Węgry rejon jeziora Balaton. Kraj znamy nam głównie z dość trudnych via ferrat, ale tym razem poszliśmy się poobijać nad ich "morzem". Po sezonie jest bardzo przyjemnie.
#wegry #podroze #balaton





Węgry rejon jeziora Balaton. Kraj znamy nam głównie z dość trudnych via ferrat, ale tym razem poszliśmy się poobijać nad ich "morzem". Po sezonie jest bardzo przyjemnie.
#wegry #podroze #balaton





Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
404 219 + 7 + 4 = 404 230
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować

Jan Szyszko poinformował, że zwrócił się do premiera Donalda Tuska o odwołanie go ze stanowiska wiceministra funduszy i polityki regionalnej. „Nienawiść, jaką wielu polityków tej Koalicji wylało z siebie po odejściu Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz tylko utwierdziła mnie w tym...
36 632,13 + 9,34 = 36 641,47
Takie słoneczko i bez wiatru, że aż ciężko uwierzyć, że po południu wjeżdża Storm Austen i robi rejwach.
#sztafeta #bieganie
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin

Zaloguj się aby komentować
1331 + 1 = 1332
Tytuł: Pride and Prejudice
Autor: Jane Austen
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydawnictwo: Wordsworth Editions Limited
Format: książka papierowa
ISBN: 978-1-85326-000-1
Liczba stron: 325
Ocena: 6/10
Nie do wiary... Myślałem już, że ta chwila nie nadejdzie, ale udało się. Zacząłem czytać tę książkę w lipcu 2025 i zwyczajnie mnie pokonała. Uparłem się, że nie przeczytam nic innego, dopóki nie pokonam tego dzieła i w końcu nadszedł ten dzień, gdy odzyskałem wolność.
Na trudność w szybszym przeczytaniu książki złożyło się kilka elementów. Po pierwsze, czytałem w oryginale i zwyczajnie szło to ciężej, niż się spodziewałem. Uważam, że całkiem nieźle znam angielski, ale nie widocznie nie aż tak dobrze: rozbudowane słownictwo i archaiczna konstrukcja zdań skutecznie utrudniały czytanie i trochę zajęło, zanim się przestawiłem.
Drugą przeszkodą okazała się sama tematyka. Powieści obyczajowe chyba zwyczajnie mnie nie interesują. Duma i Uprzedzenie to w zasadzie Ploty: Książka. Jest w niej dużo humoru, wyraźnych postaci, pod koniec nawet się rozkręca, ale ogólnie przerosły mnie ciągłe domysły, knucia, osądzania... Uprzedzenia? Rozumiem zamiar, jestem w stanie docenić pomysł, kunszt pisarski i formę, ale cóż z tego, skoro ostatecznie nie byłem w stanie zmusić się do zainteresowania tym, co było opisywane i przez ponad połowę książki zwyczajnie się męczyłem.
Ostateczną ocenę podnosi kilkadziesiąt ostatnich stron, przy których poczułem już jakieś emocje, byłem w stanie się zaangażować, wszystkie wątki zaczęły się dopinać. Ktoś może uznać, że to i tak niska ocena, bo Duma i Uprzedzenie to klasyka literatury i winny jej większy szacunek, oceniam jednak jako zwykły, prosty, ale też prostolinijny chłop.
Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz
#bookmeter #ksiazki #czytanie

Zaloguj się aby komentować
Kolejna planszówkowa środa w Mysłowicach za nami. Na stołach m. in. Dune, Great Western Trial, Królewski Trakt i Wyprawa Darwina. Ja broniłem znowu ostatniego miasta przed Królową Roju w Aeon's End (z powodzeniem) a potem jeszcze testowałem karciankę Kolonia Księżycowa: Krwawa Jatka. Fajne, szybkie i z jajem.
https://klubygierplanszowych.pl/advert/igramy/
#igramy #gryplanszowe #grybezpradu

Zaloguj się aby komentować
1329 + 1 = 1330
Tytuł: Gra w chowanego
Autor: Chris Carter
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydawnictwo: Sonia Draga
Format: ebook
Liczba stron: 480
Ocena: 9/10
Jestem wielkim fanem autora i jego serii z Robertem Hunterem. Nigdy tego nie ukrywałem, dlatego byłem lekko zdziwiony gdy dowiedziałem się, że Chris Carter napisał książkę bez detektywa, makabrycznych morderstw i psychopatów prześcigających się w wymyślaniu coraz bardziej wyrafinowanych sposobów zadawania cierpienia. Nie do końca wiedziałem, czego się spodziewać. Tymczasem dostałem książkę, która okazała się świetnym mariażem thrillera psychologicznego i powieści obyczajowej. Połączeniem, które na papierze może brzmieć trochę dziwnie, ale w praktyce sprawdza się znakomicie.
Główną bohaterką jest Sam Stewart, kobieta, której udaje się wyrwać z toksycznego małżeństwa i doprowadzić do skazania znęcającego się nad nią męża. Nelson Stewart trafia do więzienia, ale chwilę wcześniej, tuż po ogłoszeniu wyroku, obiecuje żonie, że ją odnajdzie i się zemści. Sam otrzymuje więc nową tożsamość i jako Mary Smith próbuje rozpocząć życie od początku na drugim końcu kraju. I całkiem sprawnie jej się to udaje, poznaje mężczyznę, w którym się zakochuje, i z którym jak jej się zdaje, jest szczęsliwa.
Problem w tym, że od przeszłości nie zawsze da się uciec, nawet jeśli zmieni się nazwisko, adres i całe dotychczasowe życie.
I właśnie tutaj Carter pokazuje zupełnie inne oblicze swojego rzemiosłą. Przez sporą część książki obserwujemy codzienność bohaterki. Jej próby odnalezienia się w nowej rzeczywistości, budowania relacji, podejmowania kolejnych decyzji i odzyskiwania kontroli nad własnym życiem. Z nieustannym oglądaniem się za siebie po każdym kroku. Chwilami bliżej tej historii do powieści obyczajowej (nawet delikatnego erotyka) niż klasycznego thrillera. Tyle że gdzieś z tyłu głowy cały czas pozostaje świadomość, że zagrożenie nie zniknęło i gdzieś się czai.
I Carter doskonale potrafi o tym przypominać, gdy czytelnik raczy zapomnieć. Kilka razy naprawdę miałem poczucie, że życie bohaterki wisi na włosku. Autor bardzo sprawnie buduje napięcie, pozwala nam na chwilę uwierzyć, że sytuacja się uspokoiła, po czym przypomina, że bezpieczeństwo Mary może być tylko złudzeniem. Co ciekawe, nie potrzebuje do tego makabrycznych scen, z których jest przecież tak dobrze znany.
Jeszcze bardziej spodobało mi się jednak to, jak stopniowo zmienia się nasze postrzeganie głównej bohaterki, gdy autor odkrywa karty.
Początkowo wydaje się, że mamy do czynienia z dość prostą historią kobiety uciekającej przed brutalnym mężem. Z czasem zaczynamy jednak dostrzegać, że Mary wcale nie jest tak krystalicznie czysta, jak mogłoby się wydawać. Coraz więcej szczegółów budzi wątpliwości, pojawiają się pytania o jej przeszłość, decyzje i prawdziwe motywacje. W pewnym momencie trudno już jednoznacznie stwierdzić, ile właściwie wiemy o osobie, której przez kilkaset stron kibicowaliśmy.
I to jest dla mnie jedna z największych zalet tej książki.
Carter bardzo umiejętnie rozgrywa informacje, które przekazuje czytelnikowi. Nie zdradza zbyt wiele, ale też nie mam poczucia, że celowo ukrywa przed nami wszystko tylko po to, żeby na koniec wyciągnąć z kapelusza absurdalne rozwiązanie. Kolejne elementy układanki pojawiają się stopniowo, a pełniejszy obraz sytuacji otrzymujemy dopiero w ostatnich rozdziałach.
Zwroty akcji są naprawdę świetne. Kilka razy wydawało mi się, że wiem już, w jakim kierunku zmierza historia, tylko po to, żeby na kolejnej stronie przekonać się, że jestem zagubiony.
Największym zaskoczeniem pozostaje jednak to, że Carterowi udało się stworzyć tak angażującą historię bez korzystania ze swojego najbardziej rozpoznawalnego przepisu na sukces. Zamiast kolejnego brutalnego śledztwa dostajemy opowieść o budowaniu życia od nowa, strachu, tajemnicach i konsekwencjach wcześniejszych wyborów. A wszystko to podszyte nieustannym poczuciem, że coś jest nie tak. Choć w pewnym momencie jakby dostajemy pomysł rodem z serii z Hunterem, to jest on również pewnego rodzaju zmyłką.
Gra w chowanego udowodniła mi, że Carter nie potrzebuje Roberta Huntera ani wyjątkowo pomysłowego seryjnego mordercy, żeby napisać znakomity thriller. Wystarczy ciekawa bohaterka, dobrze poprowadzona historia i umiejętność odkrywania kolejnych kart dokładnie wtedy, kiedy czytelnik najmniej się tego spodziewa.
Nie można dawać połówek, a dla mnie ta książka to 8,5/10, więc dodaję te 0,5 za ulubionego autora i wychodzi 9/10.
Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz
#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

Zaloguj się aby komentować
No i koniec końców zakończyłem męczący sezon w pracy, czas wracać na rower. Idealnie, bo ma być zimno xD
Ile udało się zarobić? Otóż nic. Pominę kwestię płacenia pracownikom jak powalony, bo mam fetysz jakości i jak łapnę kogoś dobrego, to za wuja nie chcę zmieniać.
Chodzi o to, że po długim, długim czasie zwlekania, powolutku zmieniam profil działalności - nadal w obrębie tematu, ale nie chcę być już wytwórcą, a na pewno w takim stopniu, bo okrojoną bazę sobie zostawię (skoro działa i wygeneruje utrzymanie). Produkcja przy takim obłożeniu podatkowym mija się z celem w tym kraju. Za mały "przemiał" wychodzi. Stąd zarobek od razu szedł w materiał, inwestycje i choć jestem na sporym ryzyku, to czuję się z tym dobrze. Zebrałem wystarczająco wiedzy, informacji i wiem o branży za wiele, aby nie być bardziej konkurencyjny od tych, u których się zaopatrywałem. Kiedyś jeszcze myślałem, że tą jakością wejdzie się na wyższą cenówkę, że będą powracający klienci i co? I tak dokładnie jest. Ceny rok do roku mam dużo wyższe, powracający klienci to trzon, więc można ograniczać reklamę, ale zawsze jest ale. To rośnie zbyt wolno na moje potrzeby. Nie potrzeby finansowe, ale żeby móc tę swoją firemkę bardziej zostawiać innym, a nie być absolutnym jej trzonem, że jak zaniemogę, to jest nara. Przy tej prędkości prędzej zdechnę, niż to komuś oddeleguję.
Wszystkim zawsze był internet i internet, a teraz mnie jara otwarcie własnej placówki, własnego fizycznego sklepu
Sezony są zbyt wykańczające, liczę, że to ostatni w takiej formie. Bo mogę spędzać tyle samo czasu, ale nie na takiej orce. No i jeśli wszystko pójdzie chociaż w połowie tak jak planuję, to raczej będzie duży skok pod względem wielkości firmy. Tego akurat nie chciałem. Wolałbym takie stabilne 6-10 pracowników i spokojne życie. No nie wyjdzie, paradoksalnie więcej spokoju wyjdzie mi większym zatrudnieniu i innym profilu.
A wpis dodaję dlatego, że jakby ktoś coś chciał, to wróciłem i będę teraz shitopostował. xD
#firma #gownowpis
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
406 909 + 73 = 406 982
Na początku nie było chęci by tyle km przejechać, ale wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Nawet ładnie się jechało, wiaterek ledwo wiał, temperatura między 8-10°C, więc skorzystałem z okazji by się odstresować :)
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Zaloguj się aby komentować

W piśmie do marszałka Sejmu PKW wskazała, że konieczne są zmiany liczby posłów wybieranych w niektórych okręgach w związku ze zmianami w liczbie mieszkańców - np. w okręgu Warszawa II i w okręgu wrocławskim powinno być więcej mandatów poselskich do obsadzenia niż obecnie. PKW zaznaczyła, że...
1349 + 1 = 1350
Tytuł: Pożyczone wzgórza
Autor: Scott Preston
Kategoria: literatura piękna
Wydawnictwo: Czarne
Format: ebook
Liczba stron: 368
Ocena: 7/10
Są książki, które zabierają nas do miejsc pozornie spokojnych, żeby po chwili pokazać, jak wiele przemocy, cierpienia i ludzkiej podłości może kryć się za pięknym krajobrazem. Tym właśnie są "Pożyczone wzgórza" Scotta Prestona. Surową, momentami brutalną opowieścią o ludziach, którzy całe życie poświęcają ziemi, choć ta nigdy tak naprawdę do nich nie należy.
Głównym bohaterem i narratorem jest Steve Elliman, pasterz z angielskiej Kumbrii, który po latach wspomina wydarzenia na zawsze zmieniające życie jego rodziny i lokalnej społeczności. Wszystko rozpoczyna się kiedy epidemia pryszczycy doprowadza do masowego wybijania stad zarażonych owiec. Dla ludzi, którzy od pokoleń zajmowali się hodowlą, oznacza to nie tylko utratę źródła utrzymania, ale również całego dotychczasowego świata.
Z tej tragedii wyrasta historia o przyjaźni, zdradzie, niespełnionej miłości i stopniowym przekraczaniu granic, zza których coraz trudniej zawrócić. Steve wiąże swoje losy z Williamem Herne’em, właścicielem sąsiedniej farmy, który desperacko próbuje uratować rodzinny majątek. Problem w tym, że kolejne decyzje Williama prowadzą ich obu w coraz bardziej niebezpieczne rejony, gdzie kradzież owiec jest jedynie początkiem znacznie poważniejszych problemów.
Najciekawszy jest dla mnie jednak sam Steve. Bohater, który przez większość życia właściwie nie podejmuje samodzielnych decyzji. Podąża za ojcem, później za Williamem, podporządkowuje się silniejszym osobowościom i pozwala, żeby wydarzenia po prostu go niosły. Nie jest klasycznym bohaterem, któremu łatwo kibicować. Bywa bierny, tchórzliwy, podejmuje fatalne decyzje, a czasami ich po prostu nie podejmuje, co prowadzi do jeszcze gorszych konsekwencji.
I właśnie w tym tkwi siła tej historii. Preston pokazuje, jak człowiek może stopniowo stawać się częścią zła, którego początkowo był jedynie świadkiem. Jak łatwo usprawiedliwiać kolejne ustępstwa i przekonywać samego siebie, że przecież nie miało się wyboru.
Bardzo podoba mi się również sposób przedstawienia pasterskiego świata. Góry, doliny, owce, stare gospodarstwa i ludzie przywiązani do ziemi od pokoleń. Nie ma tutaj romantycznej wizji życia na wsi. Jest ciężka praca, bieda, długi, brutalność i świadomość, że jeden kryzys może przekreślić dorobek kilku pokoleń. Ziemia, która miała zapewniać stabilność, staje się czymś, co powoli niszczy swoich właścicieli.
Szczególnie interesujący jest motyw owiec. Zwierząt, wokół których kręci się całe życie bohaterów, ale które jednocześnie stają się świadkami ich upadku. Ocalały z epidemii Rusty urasta niemal do symbolu świata, którego bohaterowie desperacko próbują się trzymać, nawet kiedy właściwie nic już z niego nie zostało.
Preston oddaje głos staremu pasterzowi, który opowiada historię po swojemu, posługując się regionalnymi określeniami i charakterystycznym rytmem wypowiedzi. Nadaje to opowieści autentyczności, choć wymaga od czytelnika przyzwyczajenia się do sposobu narracji. W polskim tłumaczeniu może jednak tracić trochę na autentyczności.
"Pożyczone wzgórza" są dla mnie przede wszystkim opowieścią o dziedziczeniu nie tylko ziemi i rodzinnych obowiązków, ale również błędów, obsesji i przemocy. O ludziach, którzy tak bardzo boją się utraty swojego świata, że ostatecznie sami doprowadzają do jego zniszczenia.
Najbardziej gorzka pozostaje jednak historia Steve’a. Człowieka, który przez lata żył w cieniu innych, a kiedy wreszcie otrzymał możliwość decydowania o własnym losie, okazało się, że nie różni się od nich tak bardzo, jak chciałby wierzyć. To brudna, ponura i pozbawiona sentymentów opowieść, w której piękno angielskich wzgórz stanowi jedynie kontrast dla ludzkiego okrucieństwa. A sam tytuł nabiera z każdą kolejną stroną gorzkiego znaczenia.
Okładka może się Wam wydawać znajoma, bo to obócony o 90 stopni fragment obrazku "Udręka" autorstwa Augusta Friedricha Schencka.
Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz
#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto #owcaspam

@efceka Miałem kurs szybkiego czytania za dzieciaka, ale czy on coś pomógł to nie wiem. Do tego sporo książek słucham jako audiobooki, albo oficjalnie z Legimi, Audioteki, EmpikGo czy Storytel albo z użyciem ElevenLabs i głosu Piotra Fronczewskiego.
Zamiast papierowych książek, czytam ebooki, bo duzo łatwiej znaleźć czas na czytanie z czytnika w kuchni, jak robię kawę czy jedzenie, niż czytanie papierowej dużej książki, szczególnie 1 ręką.
Pracując na Open Space w korpo nauczyłem się odcinać od otoczenia, więc dość łatwo mi się skupić na książce, gdy żona na kanapie obok ogląda TV albo rozmawia przez telefon. I to bym chyba uznał, za najważnieszy skill przy czytaniu.
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Funfact: do roboty samochodem jeżdżę 25 minut w jedną stronę.
W teorii mógłbym autobusem bo po trasie jest autobus. Wtedy wysiadam na najbliższym przystanku i idę 30 minut do roboty (kolejne 2,5 km) xD
Zbiorkom to jednak domena dużych miast a nie zadupi.
#przemysleniazdupy
Mieszkałem kiedyś w Krakowie i jeździłem samochodem 20 min bo komunikacja w drodze powrotnej była tak niedeterministyczna że zajmowała od 35 do 90 min, także ten. Pamiętam też, że Lublin za każdym razem jak słońce wstało na wschodzie ogłaszał zmiany w rozkładzie które nie były cięciami ale jakoś podróże zawsze trwały po nich dłużej.
Ja mam przystanek pod domem, autobus jedzie 47 minut, 12 minut piechotą od przystanku do bramy kołchozu, mam jeszcze 10 minut dla siebie na przebranie i śniadanie. Powrót o 15:20, w domu na 16:07. Autem jadę 25 minut rano i 30 minut po południu, trasa ma 25 km więc trzeba liczyć 50 km dziennie. Auto pali 7 litrów benzyny, bilet miesięczny kosztuje 150 zł. Jakbym dojeżdżał sam, to kompletnie by mi się nieopłacało auta wyciągać, zwłaszcza zimą, gdy nie pracuję na podwórku i nie zależy mi na czasie.
Zaloguj się aby komentować