@PanNiepoprawny u nas w szkole beka prowadzili te wszystkie zamki elektryczne karty itd A tymczasem chłopak z autyzmem który się wkurwił na wf-ie po prostu wziął i wyszedł przez drzwi od wf-u
Ze względu na to, że były uczeń, o którym widocznie system edukacji wolał nie pamiętać, wszedł do byłej szkoły i zaczął machać nożem, dzisiaj rodzice nie mogą odprowadzić dziecka do przedszkola.
Rodzice sami sobie robią krzywdę odprowadzajac dziecko pod same drzwi klasy. Jak już nauczysz dziecko że od drzwi idzie samo do szatni i potem do klasy, to podwożenie zajmie minutę, bo staniesz, wysadzisz dziecko, popatrzysz tylko wzrokiem czy na pewno weszło do budynku i jedziesz, zamiast marnować 10-15 minut na wchodzenie z nim, czekając aż zmieni buty, zdejmie kurtkę...
Co robiliście głupiego jako dzieciaki w #szkola ? Bo ja cały dzień sie śmieje z dzieciaków teraz.
Otóż moje dziecko wczoraj miało apel w szkole i co bylo poruszane:
Zakaz przynoszenia cyrkli i nożyczek i prośba aby nie dzgac innych ostrymi przedmiotami. Standard wiadomo. Nic niezwyklego
Drugi temat to sikanie po ścianach w łazience. Powiesili na ścianiekartke zeby nie sikać po ścianach i kartka została obsikana. Skislem mocno, to jakos sobie wyobrażam i za swoich czasów. Ale najlepsze na koniec.
Pani zabroniła przynosić do szkoły młotki. Na co młodzieży młotki w szkole? Aby bic innych? Absolutnie nie. Młodzież obecnie młotkami stuka sie po twarzy. Nie innych, samych siebie.
Chłopcy w szkole córki założyli klub stukania sie mlotkami po twarzy, robili to w szkole, wrzucali filmiki i nawet na co Pani dyrektor wyszła z siebie i stanęła obok: zrobili oficjalna stronę klubu stukanie sie młotkiem po twarzy z logiem szkoły
Młodzież chciała robić kluby zainteresowan a jak zwykle dziadersi wszystko niszczą.
Pewnie jesteście ciekawi po co stukać sie po twarzy młotkiem? Otóż w ramach #lookmaxing czyli upiększania sie, powstało #bonesmashing czyli walenie w kości aby w miejscu uszkodzenia kość narastala i chłopcy chcieli mieć bardziej męskie szczęki. Jak macie kiepskie szczęki to młotki w dłoń panowie:)
@NatenczasWojski Mieliśmy niestety podobną zabawę. Stawaliśmy w kręgu i uderzaliśmy pięścią kolegę po prawej stronie. Nie można było oddawać bijącemu, "oddawałeś" następnej osobie po prawej stronie. Normalne było, że kolejne uderzenia były coraz mocniejsze. Z zabawy można było się w każdej chwili wycofać, ale wtedy przegrywałeś. Ten, który wytrzymał do końca i zostawał sam na placu boju, to wygrywał.
@NatenczasWojski W liceum koło szkoły była biedronka i normalnie na przerwie się chodziło coś kupić. Ale trzeba było przejść przez pasy na drodze krajowej. To dyrekcja zabroniła tam chodzić bo bezpieczeństwo. Nauczyciele stali na warcie i spisywali i dawali naganę dla każdego kto wracał z biedry.
To z kumplem puściliśmy info różnymi kanałami że wtedy i wtedy danego dnia całą szkołą idziemy do biedronki. Gdzieś ponad pół szkoły faktycznie przyszło xD Tłum jak na pielgrzymce. A mina wicedyrki cudowna.
Spisała każdego po kolei. Ale bez żadnych konsekwencji.
Ustawialiśmy się po dwóch stronach korytarza plecami do ściany i kiedy ktoś przechodził, wystarczyło krzyknąć "pogo" i nagle na randomowego typka rzucało się 10 osób "tańcząc" ten klasyczny układ znany z koncertów.
Kolejna zabawa, którą uskutecznialem ze znajomym, to wieszanie plecaka / piórnika kolegów na doniczce przy tablicy. Nieświadoma ofiarą wchodzi do sali na początku lekcji i po paru chwilach zdaje sobie sprawę, że musi wstać i podejść do nauczyciela i tablicy, aby zdjąć swoje rzeczy. Glupie, ale nieszkodliwe i strasznie bawiło całą klasę. Pewnego razu kolega-ofiara się wkurwil po kolejnej takiej naszej akcji i wziął plecak mojego kolegi z ławki (z którym to miałem w zwyczaju robić ten psikus) i go wy⁎⁎⁎al za okno w ramach rewanżu.
Czy muszę dodawać, że tym razem to ja byłem odpowiedzialny za całą akcję, a kolega z ławki za nią pokutował?
W gimnazjum podłożyłem pod krzesło zakonnicy, pod każdą nogę siedziska, po jednym naboju do pióra, aby sprawdzić, czy zrobią "pyk". Zrobiły. Plamy też piekne. Ale zanim pingwinica usiadła to 4 razy przymierzała się do krzesła, za każdym razem już miała siadać, ale jakiś aspekt tę czynność przerywał. Emocje były niesamowite. W końcu jak usiadła, to mało się nie zesrałem że śmiechu.
Kolega z ławki śmiał się jednak głośniej ode mnie, więc to on musiał to sprzątać.
Ja ogólnie byłem kulturalny i moje żarty były na poziomie - w gimnazjum bardziej pato koledzy z klasy mojej i tych równoległych dopuszczały się gorszych czynów, raz jeden z większych debili podpalił rzeczonej siostrze habit zapalniczką. Rzucanie kluczami o tablice to był standard, raz któraś nauczycielka dostała kluczami, bo kolega (pseudonim ślepy) nie trafił. Potem gruba inba była, bo nie chcieli uwierzyć, że chodziło o rzucanie w tablicę celem zrobienia hałasu vs rzut ciężkim przedmiotem w nauczycielkę celem wyrządzenia uszczerbku na zdrowiu.
Ten sam kolega (ślepy) starał się żyć spokojnie i w ignorancji względem patoli, ale jak się wkurwil, to chwytał za krzesło. Raz na oczach przerażonej nauczycielki chciał tylko postraszyć zaczepiającego go kolegę, wstał chwycił za krzesło, uniósł nad głowę, ale nauczycielka odebrała to jako atak, agresję, zagrożenie życia, trwałe kalectwo i świętokradztwo. Krzesło zostało rzucone na ziemię w ramach gestu. Była inba, choć oczywiście nikomu nic się nie stało, to motyw krzesła ciągnął się za kolegą do końca nauki w placówce.
Jeden kolega przyklejał regularnie podpaskę do drzwi gabinetu dyrektorki. Nie bardzo wiedział do czego podpaska służy, co też dodało całej sprawie smaczku.
Po dzwonku na przerwę pierwszą rzeczą w gimnazjum która się działa było otwieranie okien i wyrzucanie przez nie koszy na śmieci, ewentualnie czyichś plecaków. Proceder nie ustawał mimo apeli, więc po tygodniu zniknęły klamki z okien.
Jako osoba szeroko uzdolniona, tworzyłem z papieru i przyborów szkolnych wierne repliki papierosów, które potem patusiarnia nosiła za uszami, aby wkurzac nauczycieli. Niestety mój pomysł na zrobienie z tego wielkiego biznesu nie wypalił, bo, tu zacytuję, "za 50 groszy to ja mogę mieć prawdziwego szluga".
Po skończonym lunchu w japońskich szkołach podstawowych i średnich dzieje się coś, co dla większości europejskich rodziców byłoby trudne do wyobrażenia. Punktualnie o ustalonej godzinie, przez głośniki szkolnego radiowęzła zaczyna płynąć rytmiczna marszowa muzyka albo lekka klasyka, którą uczniowie nazywają nieformalnie "piosenką sprzątania". Dzieci, zamiast szykować się do następnej lekcji albo wybiegać na boisko, sięgają po szmaty, mopy, miotły i wiadra. Przez kolejne dwadzieścia minut cała szkoła zamienia się w sprawnie funkcjonującą armię siedmio, dziesięcio i piętnastolatków, którzy myją podłogi, wycierają tablice, czyszczą biurka, polerują klamki, opróżniają kosze, a w starszych klasach również szorują toalety.
Ta codzienna rutyna ma w Japonii swoją nazwę. Mówi się o niej o-soji (お掃除) albo gakko soji, czyli dosłownie "sprzątanie szkoły", a praktyka ta sięga stuleci wstecz i ma swoje korzenie w japońskiej tradycji buddyjskiej oraz w konfucjańskim systemie wartości. W buddyzmie zen sprzątanie jest jedną z głównych form medytacji, a klasztory zen do dziś zaczynają i kończą każdy dzień rytualnym sprzątaniem przez mnichów. W konfucjanizmie troska o wspólną przestrzeń jest dowodem szacunku do społeczności i odpowiedzialności wobec innych. Z tych dwóch tradycji w drugiej połowie XIX wieku, w czasie reform Meiji, japoński system edukacji wziął i wbudował w siebie konkretną praktykę pedagogiczną, którą do dziś realizują wszystkie szkoły publiczne w kraju.
W praktyce wygląda to tak. Każda klasa otrzymuje na początku semestru przydział, czyli rejony, za które jest odpowiedzialna. Zwykle jest to własna sala lekcyjna plus dwa inne miejsca w szkole, na przykład gabinet pielęgniarki, biblioteka, sala gimnastyczna, korytarz, schody albo część boiska. Klasa dzieli się na mniejsze grupy zwane "han", liczące po pięć do sześciu uczniów, a każda taka grupa ma swoje konkretne zadanie. Jedna myje podłogę, druga wyciera meble, trzecia opróżnia kosze, czwarta polerujе klamki i okna, piąta sprząta wokół umywalek. Wszyscy pracują w ciszy lub przy muzyce, bez nadzoru dorosłych, w skoncentrowanej, spokojnej atmosferze.
W szkołach starszych, gimnazjalnych i licealnych, sprzątanie obejmuje też toalety. Uczniowie czternasto i piętnastoletni szorują muszle klozetowe, czyszczą umywalki i myją podłogi w łazienkach, dokładnie tak samo jak w klasach. Niektóre szkoły zostawiają to zadanie dorosłym, ale większość uważa, że właśnie sprzątanie najbardziej brudnego miejsca w budynku jest najgłębszą lekcją pokory, jaką dziecko może odebrać w trakcie swojej edukacji. Cytuję japońskiego pedagoga Yutaka Okihary z jego klasycznej książki "Gakko Soji" z 1992 roku. "Żadna praca, nawet brudna praca sprzątania, nie jest zbyt niska dla ucznia. Wszyscy powinni dzielić równo wspólne zadania. Utrzymanie szkoły jest odpowiedzialnością wszystkich."
Trzeba przy tym uczciwie powiedzieć, że twierdzenie, jakoby japońskie szkoły w ogóle nie miały woźnych, jest pewnym uproszczeniem. W większości placówek pracują niepedagogiczni pracownicy nazywani yomushuji albo w skrócie shuji, którzy odpowiadają za głębokie sprzątanie, konserwację techniczną, naprawy hydrauliczne, prace ogrodnicze i inne czynności wymagające specjalistycznej wiedzy. Czasem służą też jako "crossing guards" przeprowadzający dzieci przez przejścia dla pieszych na początku i końcu dnia szkolnego. Codzienne, rutynowe sprzątanie wykonują jednak uczniowie i to oni są bezpośrednio odpowiedzialni za stan szkoły na co dzień.
Co praktyka o-soji daje dziecku poza obowiązkiem fizycznym. Po pierwsze, uczy odpowiedzialności za wspólną przestrzeń. Dziecko, które samo szoruje tę samą podłogę, na której wcześniej tego dnia zostawiło ślad błota, błyskawicznie uczy się, że bezmyślne brudzenie generuje dla niego osobiście dodatkową pracę. Po drugie, uczy szacunku dla pracy fizycznej. W systemie japońskim nie ma podziału na uczniów lepszych i gorszych przy sprzątaniu, syn dyrektora banku szoruje toaletę tak samo, jak syn rolnika z prowincji. Po trzecie, uczy pracy zespołowej. Każdy han ma jedno zadanie do wykonania i jeśli ktoś się boczy albo robi mniej, reszta grupy musi to nadrobić, co bardzo szybko generuje społeczną presję na uczciwy wkład każdego ucznia. Po czwarte, buduje to, co japońska kultura nazywa "kizuna", czyli głębokie więzi między ludźmi pracującymi razem nad wspólnym celem.
Jest jeszcze jeden niezauważalny dla obserwatora aspekt o-soji. Każdy uczeń, każdego dnia, przez wszystkie lata swojej edukacji, przeżywa moment fizycznej pracy. W kraju, w którym dzieci spędzają coraz więcej czasu przed ekranami, w którym presja akademicka jest jedną z najwyższych na świecie, w którym co roku liczba dzieci z otyłością, niedoborami snu i zaburzeniami nastroju rośnie, codzienne dwadzieścia minut fizycznego sprzątania jest, w pewnym sensie, jedyną gwarantowaną aktywnością ruchową niektórych uczniów w ciągu dnia.
Efekt tego systemu, kontynuowanego przez dwanaście lat edukacji, widać potem w całym dorosłym społeczeństwie japońskim. Każdy, kto kiedykolwiek był w Tokio, Osace albo Kyoto, zauważył, że ulice są tam praktycznie pozbawione śmieci, mimo że publicznych koszy jest tam o wiele mniej niż w europejskich stolicach. Każdy, kto oglądał Mundial w Brazylii w 2014 roku albo w Katarze w 2022 roku, widział słynne nagrania japońskich kibiców, którzy po przegranym meczu zostawali na trybunach, żeby posprzątać śmieci po sobie i po sąsiadach. To nie był marketingowy gest, to było po prostu coś, co dorośli Japończycy robią automatycznie, bo robili to przez dwanaście lat każdej szkoły swojego życia.
Profesor Hiroyuki Onozuka z Uniwersytetu Tokijskiego, który od lat bada wpływ o-soji na rozwój dziecka, powiedział w jednym z wywiadów dla New York Times krótko i mocno. "Sprzątanie nie jest dla nas karą ani upokorzeniem. Jest to forma medytacji w ruchu. Dziecko, które uczy się sprzątać świat, jednocześnie uczy się sprzątać siebie."
W ostatnich latach kilkanaście krajów na świecie, w tym Finlandia, Szwajcaria, Singapur, Tajwan i niektóre stany USA, próbowało wprowadzić w swoich szkołach uproszczone wersje o-soji. Wyniki są mieszane. Tam, gdzie kultura już zachęca do podobnych zachowań, jak na Tajwanie czy w Singapurze, praktyka się przyjmuje. Tam, gdzie kultura indywidualistyczna i prawnicza dominuje, jak w niektórych amerykańskich stanach, rodzice szybko zaczynają protestować, że ich dzieci nie powinny być zmuszane do "darmowej pracy". Krytycy w samej Japonii też istnieją i wskazują, że ten system, choć piękny, niesie ze sobą cień przymusu, którego niektóre dzieci nie znoszą i z którego nie mogą się wyłamać bez społecznej kary.
Mimo tych zastrzeżeń, japońskie ministerstwo edukacji nigdy nie rozważało zniesienia o-soji. Jest to jeden z fundamentów systemu, którego nikt nie chce ruszać. Dziecko, które samo, na klęczkach, czyści podłogę swojej klasy, odbiera lekcję, której nie da się przekazać żadną wykładową godziną etyki ani religii. Lekcja brzmi tak. To, co jest twoje, masz utrzymywać w porządku. To, co jest wspólne, masz utrzymywać w porządku razem z innymi. Świat nie jest miejscem, w którym ktoś za ciebie posprząta. Świat jest miejscem, w którym ty masz nauczyć się zostawiać po sobie czystość.
Może w epoce, w której nasze polskie szkoły coraz bardziej upodabniają się do hoteli, a dzieci uczą się, że za sprzątanie odpowiada ktoś inny, jest jakaś dyskretna mądrość w japońskiej tradycji, do której warto kiedyś spojrzeć z ciekawością, a nie z lekceważeniem. Najmniej obciążające dwadzieścia minut dnia może okazać się tymi, które najmocniej zbudują dorosłego człowieka.
Bo dziecko z mopem w ręku, sprzątające za sobą po lekcjach, jest dzieckiem, które rozumie świat lepiej niż wielu dorosłych w skrojonych garniturach.
Okihara Y., Gakko Soji, Tokio, 1992. European Cleaning Journal, 2017. BrightVibes, 2018. Japanese Ministry of Education (MEXT) materials.
Jak daleki jestem od zmuszania do czegoś, tak to fajne. Przede wszystkim lekcja szacunku dla pracowników utrzymania, sprzątaczy i ich pracy. Lekcja szacunku dla przestrzeni wspólnej.
Niestety u nas trzebaby wymienić społeczeństwo po prostu żeby to wprowadzić, bo w tym kraju, nawet jak mieszkasz w miejscowości X, jest ona twoim domem, to nie przeszkadza ci to w tym swoim domu śmiecić butelkami, petami i oponami. Tak po prostu rzucasz peta pod nogi w miejscu, w którym żyjesz.
Niesamowite. Chciałbym to zrozumieć.
@pfu Nie chce mi się tego czytać bo po paru pierwszych zdaniach już wiem o czym to będzie a każdy kto ogląda dłużej anime czy interesuje się Japonią będzie to wiedział.
Ale next time PLZ podziel to na akapity bo taka ściana tekstu jest niewygodna do czytania.
@Earl_Grey_Blue ja piszący na grupce że jutro nie będzie sprawdzianu z matematyki bo zamierzam iść rano do facetki, bo a NUŻ się uda, a o 6 rano mam komandosów na chacie
Nie dość że mają ogarniać grupę dzieciaków, wszyscy spanikowani, to jeszcze mieliby ogarniać spanikowanych rodziców i pilnować kto dziecko odbiera a kto nie?
W temacie nożowników w szkole i gadania "kurła kiedyś nie było a teraz to jest ta patologia". Siadajcie k⁎⁎⁎ie opowiem jak to było w mojej podstawówce gdzieś w okolicy 2010 roku. Był z nami taki cygan, nazwijmy go Cygan (oryginalne, wiem).
Są dwa rodzaje cyganów. Cwane cygany co cię okradną i jeszcze sprzedadzą tobie twój portfel. Oraz cygany które są wynikiem chowu wsobnego i cechują się IQ na poziomie temperatury pokojowej. Nasz klasowy Cygan ewidentnie był owocem miłości brata i siostry.
No więc do rzeczy. Wigilia klasowa, jesteśmy w 5 lub 6 klasie. Albo to już była 1 gimnazjum (gimbaza była w tym samym budynku). Cygan wtedy miał problemy z nauką gorsze niż zwykle a do tego zaczął czuć się gangsterem. Przestał chodzić do szkoły jakoś w tygodniu przed wigilią klasową. Tymczasem wychowawczyni oddelegowała mnie oraz takiego Kamila z wielką michą pierogów do odgrzania w opiekaczu w pokoju nauczycielskim.
Idziemy z Kamilem przez puste korytarze bo wszyscy w tym czasie mieli własne wigilie klasowe. I z naprzeciwka idzie Cygan. Podchodzi do nas, wyciąga nożyk i mówi "No i co teraz".
Ja chyba też za mądry nie jestem bo totalnie zignorowałem ten nóż przed swoją gębą. Zaczałęm na luzie gadać do niego o nożach
-Ty ale fajny, i się składa. A widziałeś te noże motylkowe, możesz nimi machać i robić triki i podrzucać i łapać w powietrzu...
I tak sobie gadam z Cyganem, tymczasem Kamila strach całkowicie sparalizował i stoi w milczeniu z wielkimi oczami. A ja gadam z Cyganem o nożach i w końcu już mieliśmy się rozejść w pokoju a tu Kamilowi przywróciło mowę i się wydarł na całą szkołę
-CYGAN CZY CIEBE POJEBAŁO CHODZIĆ Z NOŻEM DO SZKOŁY! ZOSTAW NAS!
Wtedy otworzyły się drzwi z salach dookoła i wychyliły się nauczycielki. Zobaczyły Cygana z nożem i przybiegły szybko. Złapały za fraki, zabrały nóż i gdzieś zaprowadziły. Najpewniej do dyrekcji.
Cygana więcej nie widzieliśmy w szkole. Wychowawczyni też nigdy nie opowiedziała co z nim się stało. Uznaliśmy, że rzucił szkołę.
A wracając jeszcze do wigilii. Ponieśliśmy tą miskę do pokoju nauczycielskiego. Miska była szklana ale przykryta aluminium. Mieliśmy odgrzać w opiekaczu czy tam innym piecyku. Zobaczyliśmy w pokoju coś co wyglądało na opiekacz. Niestety żaden z nas nie miał opiekacza ani mikrofali. Ale jakoś wsadziliśmy miskę i włączyliśmy. W środku świeciło na niebiesko. Wtedy wpadła matematyczka i nas opierdoliła, że do mikrofali nie wolno wkładać aluminium xD
@SzubiDubiDU ja pierwszą broń palną na żywo widzialem w podstawówce jak kolega przyniósł. Noże i kastety to dawali nawet potrzymać i przetestować na czymś...
Nie twierdzę że pochwalam te stare czasy w tym kontekście.
@plemnik_w_piwie W liceum przyszła policja i robiła dzień bezpieczeństwa. Można było potrzymać pałkę gumową. Był symulator crash testu w fotelu samochodowym (wózek zjeżdża po pochylni i uderza). Oraz policjanta pokazywała jak to jest być zakutym w kajdanki. No i dałem się zakuć, śmichy, chichy, gadamy dalej a ja albo miałem za wąskie nadgarstki albo za słabo się postarała bo sam zdjąłem te kajdanki i jej oddaję a policjantka wielkie oczy xD
@SzubiDubiDU Sam miałem kiedyś nóż motylkowy i chodziłem z nim na uczelnie (albo do technikum, nie pamiętam kiedy to było). W każdym razie nie z zamiarem zabicia kogokolwiek. Teraz też czasami noszę ze sobą nóż składany, ale raczej z jakichś praktycznych względów, żeby coś przeciąć, podważyć, etc.
Pieknie jednak cala sytuacja pokazuje, jak bardzo medialnosc w takich sprawach szkodzi (jeden zjeb co ma glupie pomysly widzie w mediach ze ktos mial "odwage" to zrobic), a takze jak niewiele trzeba by nakrecic spirale paniki i spierdolenia