#nostalgia #gownowpis #matury #szkola #hejto30plus #hejto40plus

Dziś matury. Setki tysięcy przedstawicieli tzw. młodzieży, do której jak śpiewał Kazik "już nie należę" ruszy do szkół, by zdawać niegdyś najważniejszy egzamin w życiu. Ten czas zawsze nastraja mnie mocno nostalgicznie. Liceum wspominam raczej źle a w najlepszym wypadku neutralnie. Jedak zdawanie matury paradoksalnie wspominam bardzo dobrze i z dużą dawką nostalgii. Chodziłem do pięcioletniego liceum ekonomicznego, maturę zdawałem w 2002, jeszcze "po staremu". Szczęściem było to, że bez matematyki. Inaczej pewnie bym nie zdał, nawet gdybym ściągał. Pamiętam, że język polski napisałem chyba w godzinę i przez resztę czasu się nudziłem. Jak to zwykle ja z tamtego momentu nie zapamiętałem tematu pracy ani innych w miarę sensownych rzeczy tylko widok zielonych liści drzew za oknem sali w której pisaliśmy i szum ulicy wpadający przez uchylone okna. Pamiętam tych wystraszonych, wystrojonych uczniów w garniturach i dziewczyny w czarnych spódniczkach. Pamiętam ściąganie na maturze z historii i stres na egzaminie ustnym. Z polskiego udało mi się tego uniknąć, bo część pisemną zdałem na piątkę. Kolejne co kojarzę, to że chyba dzień przed oficjalnymi wynikami się o tym dowiedziałem. Przyszedłem po coś do szkoły i ktoś z nauczycieli powiedział mi, że zdałem, ale nie zdradzi na jaką ocenę. Zresztą pamiętam, że kilka osób właśnie tak poznało wyniki Później siedzieliśmy na skwerku niedaleko szkoły, koło pomnika Bohaterów Wyzwolenia Ziem Piastowskich i czuliśmy się jakby, to co najmniej dla nas go tam postawili. W domu entuzjazmu nie było. Ojciec pogratulował a mama, jak to ona, odetchnęła z ulgą, bo zapewne myślała, że po moich przebojach, które jej fundowałem przez pięć lat edukacji w liceum ekonomicznym, na pewno nie zdam matury i to dopiero będzie finał całej tej historii.

6282c290-a204-4b0a-b055-6994f25858a7

Komentarze (23)

O nie, matura... Pierwszy z wielu egzaminów które wyssały że mnie energię. Dla wielu z tej młodzieży będzie to początek tej samej drogi, początek utrapienia i prawdziwego stresu. Wielu to wyczerpie.

@WatluszPierwszy Ja swój pamiętam A Ty zapewne miałeś coś z tego:

1. Człowiek nie wybiera sytuacji, ale musi jej sprostać. Rozwiń myśl Andrzeja Szczypiorskiego, analizując postawy wybranych bohaterów literackich.

2. Są utwory dawno temu napisane lepiej odpowiadające naszym oczekiwaniom niż utwory świeższej daty. Skomentuj tę opinię na wybranych przykładach.

3. Analiza i interpretacja porównawcza wierszy: Juliusza Słowackiego "Hymn" i Antoniego Słonimskiego "Smutno mi, Boże" lub analiza i inetrpretacja wiersza Antoniego Słonimskiego "Smutno mi, Boże".

4. O odpowiedzialności (Józef Tischner "Pole odpowiedzialności"). Czytanie ze zrozumieniem i pisanie własnego tekstu.

@mannoroth za nic w świecie sobie nie przypomnę. Nawet kilka dni temu rozmawiałem z synem o mojej maturze i nie byłem w stanie odkopać z pamięci, jakie były tematy. Jednak znalazłem w necie właśnie te, które wkleiłeś. Niestety nie pamiętam na który temat pisałem, ale coś mi świta, że na trzeci.

@WatluszPierwszy Oj mordeczko, to ja pisałem trochę później, czasy gimnazjum here. Nawet ciężko mi opisać jak wspominam maturę. Najbardziej pamiętam chyba angielski bo jako jedna z nielicznych osób w szkole zdawałem na rozszerzonym. Boombox na którym ledwo co było słychać. W sumie to nawet pamiętam gdzie siedziałem na maturze z polaka. Ostatnia ławka po lewej, od okna. Jak zawsze było mi za ciepło. Do teraz mi tak zostało. Temat jak to temat, jakoś napisałem. Nawet ciężko mi powiedzieć co robiłem po maturze. Choć pewno poszedłem się spotkać z ziomkami z innej szkoły bo w sumie tam miałem najwięcej kumpli. Pomyśleć, że to było już prawie 20 lat temu.

@Tomekku to mamy sporo wspólnego. Ja poszedłem na maturę z historii w samej koszuli, bo jest mi zawsze gorąco i marynarkę zostawiłem przed salą na skrzyni gimnastycznej. Historię pisałem w trzeciej ławce od końca i to przy ścianie, co mi pomogło w ściąganiu. A na polskim przy oknie myślałem, że umrę z gorąca. No i pamiętam, że po maturach leciałem do kumpli z innego liceum, bo tam też zawsze miałem więcej znajomych niż u siebie. Z ludźmi z mojej szkoły spędziłem czas jedynie po egzaminie ustnym. Całość matur tak mnie wypompowała jeśli chodzi o stres, że jak było po wszystkim, to dwa dni siedziałem w domu. Po prostu musiałem odpocząć.

@WatluszPierwszy chyba tylko ustny z polaka musiałem odchorować. A reszta jakoś tak na spokojnie. Byłem raczej dobrze przygotowany. Zawsze brałem przedmioty które lubiłem więc to nie była jakaś tragedia. Choć nie ze wszystkich wyników byłem zadowolony do końca.

@WatluszPierwszy A ja ni cholery nie pamiętam co robiłem na i po maturach.

Ale wiem że nie zdałem xD

Na własne życzenie, bo nie poszedłem na ustne.

A z przygotowań to pamiętam że pisaliśmy próbną z biologii, chcieli bym oddał telefon do sekretariatu, nie zgodziłem się to wyprosili mnie z sali.

@myoniwy o rany, nas straszyli niezdaną maturą roztaczając wizje, że jak nam się nie uda, to skończymy w piekle. Po latach widzę, jaki to był farmazon i to szyty grubymi nićmi. Z moich znajomych nie zdało kilka osób i wszyscy oni żyją na lepszym poziomie finansowym niż ja Tyle daje matura

@WatluszPierwszy Mnie też straszyli i nagadywali że musisz zrobić, musisz pójść na studia etc. Zadziała odwrócona psychologia i wyszło jak wyszło. I jakoś sobie radzę w świecie.

A teraz sam siedzę po tej drugiej stronie i patrzę jak piszą inni. W sumie zaraz muszę wyjeżdżać.

@WatluszPierwszy Mam niestety bardzo dobrą pamięć, przez co pamiętam bardzo dużo szczegółów z matury. Tę zdawałem w 2015 roku jako uczeń technikum na kierunku informatycznym. Starałem się pisać spójnie i bez błędów, ale jeśli ktoś coś wyłapię jakąś niespójność lub błąd to proszę poprawiać w komentarzach.


Przez całe technikum było tłuczone wszystkim, jaka to matura jest ważna i że wstydem byłoby, gdyby ktokolwiek z nas nie podszedł do matury, ograniczając się wyłącznie do tytułu zawodowego. Większość z nas miała tego gadania po dziurki w nosie, przez co doszło do takiej sytuacji, że połowa klasy nie przystępowała do egzaminów z informatyki i matematyki rozszerzonej, które były "szczególnie polecane" przez nauczycieli. Maturę traktowałem jako zło konieczne uważając, że ten papier gówno znaczy. Egzaminy zdawałem w kolejności: polski (podstawa i rozszerzona), matematyka, angielski, angielski ustny, polski ustny.


Najlepiej zapamiętałem egzamin z angielskiego, za sprawą zjebanego wicedyrektora i niewiele mądrzej wychowawczyni. Problem ze mną jest taki, że za dzieciaka stwierdzono u mnie autyzm, przez co zdecydowano się dać mi inne zestawy. Wcześniej, jak już byłem pełnoletni, bezskutecznie próbowałem wymusić w szkole, by nie wpisywano mnie do uczniów ze szczególnymi potrzebami, bo nie życzyłem sobie zainteresowania ze strony kolegów i łatki, że mając jakieś papiery ułatwiłem sobie egzamin. Gdyby dyrektor powiedział, że przepisy mu nie pozwalają, pogodziłbym się z zaistniałą sytuacją. Ale nie, powiedział, że nie mam tutaj nic do gadania i szkoła chce dobrze. Efekt? Jak był egzamin pisemny z angielskiego to dopiero kilka minut przed rozpoczęciem dowiedziałem się, w jakiej sali piszę i że będę jedyną osobą. Wszyscy od dwóch godzin wiedzieli, gdzie są, ja zaś stresowałem się, że nie mogę znaleźć się na liście. Krótko przed wszystkim jeden z kolegów z klasy znalazł moją klasą pytając się, dlaczego pisze sam. Cóż, zostałem bardzo upokorzony i do dzisiaj pamiętam ten wkurw. Nie będę ukrywać, przed (albo w trakcie?) płakałem. Cieszę się, że ani dyrektor ani wychowawczyni zataili przede mną tę informacje, ograniczając się od okłamywania mnie, że w moim przypadku różnica będzie polecać tylko na daniu mi dodatkowego czasu na egzamin.


Zwiastunem tegoż cyrku był jednak egzamin z polskiego. Po oddaniu pracy i dyskusji wśród kolegów dowiedziałem się, że miałem inny zestaw, dostając zupełnie inny temat rozprawki (czy czegoś podobnego, w każdym razie zadania opisowego).


Matematyka była względnie łatwa i w dużym stopniu opierała się na korzystaniu z tablicy wzorów. Do dziś uważam, że o ile egzaminy z polskiego i angielskiego mogą wzbudzać kontrowersje i nie widzę problemu, jak komuś się nie uda, tak stękanie o egzaminie z matematyki traktuje jako przejaw nieuctwa. Bez żadnej nauki można było zdać na te 30 czy 40%, wystarczyło tylko uważnie przejrzeć tablice i zastosować odpowiednie wzory do zadań.


Ustny z angielskiego był naznaczony wcześniejszym egzaminem pisemnym oraz moim wiecznym kompleksom. Przez lata każdy do⁎⁎⁎⁎⁎alał się do mojego angielskiego, a tu po raz pierwszy w życiu musiałem w określonej sytuacji mówić tylko w tym języku. Sporo się uczyłem w domu, chodziłem na dodatkowe zajęcia z angielskiego (szkoła takowe oferowała za darmo, były finansowane przez UE), na komputerze zamiast gierek tłukłem zadania na raczkującym wówczas Duolingo (które jeszcze miało wartość), Anki, tłumaczyłem sobie teksty itd. Ale pomimo takiej pracy miałem (i mam nadal) kompleksy. No ale jest egzamin, który zdałem... na 80%. Dziś mam bardzo duże podejrzenie, że przez "żółte papiery" ktoś mi zawyżył wyniki, nie wierzę, że poszło mi tak dobrze lub że poziom był tak niski. Ale w maju 2015 nie zawracałem sobie tym głowy, cieszyłem się, że najgorszy dla mnie egzamin mam z głowy i że polski zdam na spokojnie.

Kontynuacja, bo komentarz był za długi:


Ustny z polskiego miałem chyba jako ostatni w klasie, a na pewno ostatni wśród osób, które zdawały w tym samym dniu. Przyszedłem dwie godziny wcześniej, by po prostu spotkać się z kolegami i pomóc im w przygotowaniu się na egzaminy. Na 25 czy 30 pytań z puli znaliśmy już połowę z nich i jak jakiś kolega rzucał temat to od ręki potrafiłem wymienić do pięciu tekstów kultury, do których należy się odwołać, i z miejsca przygotować cały konspekt. Trzy oczywiście wystarczyły, ale co osoba to każdy pamiętał coś innego. Ja na swoim egzaminie trafiłem na pytanie, którego nikt wcześniej nie znał. Problemy w relacjach miłosnych, bardzo ten temat mi się nie podobał. Dostałem jeden tekst kultury (jakąś gówniany fragment powieści młodzieżowej) i 15 minut na przygotowanie konspektu, gdzie miałem omówić przytoczony fragment i dwa dodatkowe utwory literackie (wziąłem "Lalkę" i "Rok 1984"). Pomimo niezachwycającego tematu odpowiadałem na pewniaka, komisja tylko dwa razy zwróciła mi na coś uwagę - raz na jakiś szczegół z "Lalki", drugi raz przy samym wyjściu, gdy kazano mi oddać długopis (z nieznanych mi powodów ubzdurałem sobie, że przyszedłem z własnym długopisem, gdzie tymczasem te były na miejscu). Zdałem na 100%.


Po jedenastu latach wyszło na moje, gdy twierdziłem, że matura jest bezwartościowa. Jako informatyk nie przepracowałem ani jednego dnia, znienawidziłem ten przedmiot i nie wyobrażam sobie, bym nagle miał się przekwalifikować i wrócić do korzeni, zwłaszcza że z miejsca przegrałbym z SI. Idąc później na studia wybrałem... historię, zakładając, że to będą ostatnie miłe lata, gdzie będę uczyć się tego, co mi się podoba (a nie "fachu w ręku", by mieć jakiś konkret na rynku pracy), a potem będę harować za gówno pieniądz w januszeksach. Próg był taki, że wystarczyło w zasadzie zdać maturę, by dostać się na studia. Wyszło tak, że od kilku lat pracuje w pewnej placówce historycznej, gdzie obsługuje sekretariat i oprowadzam gości po muzeum. Zarabiam śmieszne pieniądze (jak to budżetówka) ale przynajmniej robię to, co mi się podoba.

@WatluszPierwszy ja z matury pamiętam moje dwa małe zwycięstwa


Pierwszym było napisanie matmy na 87%, podczas gdy do samego końca walczyłem z typką żeby w ogóle mnie dopuściła. Matma mi nigdy nie wchodziła, nie miałem cierpliwości do skupiania się nad tymi zadaniami i liczeniem.


I drugi, to moja zemsta na historyczce, która mi historię obrzydziła do cna na długie lata. Historia to zawsze był mój konik, przedmiot z tych że nie musiałem się uczyć, bo sam dużo czytałem, więc rozwalałem co się tylko dało. Moja nauczycielka była święcie przekonana że w tym technikum ma do czynienia z debilami i nie ukrywała tego i nie zamierzała tego zmieniać (a jej metody nauczania, to typowe "otwieramy zeszyt i piszemy co dyktuję"). Nic jej nie mówiłem, że będę chciał zdawać z historii, ale jak się dowiedziała, to robiła mi próbne matury dwa razy na kwartał. Miałem je serdecznie gdzieś, bo ja wiedziałem że sobie poradzę i nie obchodziły mnie jej ambicje żeby pierwsza od lat osoba zdająca w szkole historię miała maksymalny wynik. Typka przeholowała jak raz powiedziała przy całej klasie że jej dziesięcioletnia córka sprawdzała moją próbną i powiedziała "mamo ja ci współczuję że z takimi kretynami musisz się użerać" i cisnęła mi chyba z kwardans z użyciem różnych niewybrednych określeń. Po tym zacząłem grać w jej grę i kolejne próbne pisałem już tak na tak wysokie wyniki, jak tylko umiałem. Na oficjalne maturze przeczytałem arkusz, uznałem że spokojnie napiszę na wynik w przedziale 90%+, ale wiedziałem już że inne przedmioty poszły mi dobrze i nie potrzebuję tych dodatkowych punktów żeby dostać się tam gdzie chciałem. Oszacowałem ile muszę zrobić żeby ledwie zdać, oddałem arkusz patrząc jej w oczy i mówiąc że mam nadzieję że mój wynik pokaże w całej szkole jak świetną jest nauczycielką.


Kilka lat po maturze nadal mi na moje przeuprzejme dzień dobry nie odpowiadała jak ją spotykałem w zbiorkomie, satysfakcja jest do dziś.

Ja pamiętam że było straszenie obowiązkowa maturą z matematyki. Weszła dopiero 2 lata później. Trudna w naszym przypadku nie była.

Jedno z tych czasów zapamiętałem lata lecą a maturzystki nigdy się nie starzeją

@WatluszPierwszy Ja na szczęście liceum wspominam bardzo dobrze, w przeciwieństwie do gimbazy i podstawówki. Pierwszy raz współdzieliłem klasę z cywilizowanymi ludźmi.

@yourgrandma to u mnie odwrotnie im dalej tym gorzej. Na studiach to juz w ogole na palcach jednej reki mozna bylo policzyc spoko ludzi. Reszta same banany albo kujony

Ja matury samej jako tako nie pamiętam (co na niej było i tak dalej), ale pamiętam ten vibe - ciepły maj, zieleń, wszystko jest inne niż do tej pory - brak już lekcji, luz, wolne, pusta szkoła, jakieś egzaminy gdzie wszyscy poważni i odwaleni na galowo, uczucie że cały etap życia się kończy, otwierają się nowe perspektywy, zaczynają nowe możliwości.

@GazelkaFarelka ja to uczucie zakończenia jakiegoś etapu życia bardzo dobrze pamiętam. Nawet nie chodziło o samą edukację, tylko po prostu jakby coś się kończyło. Pamiętam, jak jeszcze po ustnym z historii, który kończył dla mnie etap matur poszliśmy z kumplem zajrzeć jeszcze do szkoły. Puste korytarze, sprzątaczka myje podłogi, cisza. Nie lubiłem swojego liceum, ale wtedy zrobiło mi się smutno.

@WatluszPierwszy ja nawet nieźle wspominam

Nie pamiętam tematu pisemnego Polaków, ale ustny to było "wizja końca świata w literaturze i sztuce" - w dzień egzaminu była burza stulecia XD

Czekałem tylko aż się drzewa zaczną łamać

Angielski jako jedyny ze szkoły zdawałem rozszerzony XD Tyle lepiej bo zdawałem sam i mogłem dobrze słuchać radyjka

Czekałem tylko aż się drzewa zaczną łamać

Wyobraziłem sobie taką scenę: Panie @LaMo.zord, chce Pan powiedzieć, że słowa "Potężna wichura, łamiąc duże drzewa / Trzciną zaledwie ledwo kołyszę" to nie jest jednak wizja końca świata Stachury tylko właśnie Stachurskiego?

@WatluszPierwszy Patrzę na to zdjęcie, które wkleiłeś i zastanawiam się, czy ci maturzyści też mieli te odczucia co ja wtedy: radość, że idę na wymarzone studia i zawojuję świat (tak mi się wtedy wydawało!), że wreszcie jestem dorosły (tak mi się wtedy wydawało), że przede mną najdłuższe wakacje życia (nie wiedziałem jeszcze, że będę kiedyś na bezrobociu). Po maturze zrobiliśmy z ludźmi z klasy imprezę wyjazdową na działce leśnej. Pierwszy raz w życiu piłem wtedy wódkę. Rano wszyscy byli skacowani i nieprzytomni. Potem 4 miesiące spędziłem w górach, mieszkając w namiocie, żyjąc właściwie o chlebie i wodzie, ale wtedy nie miało to najmniejszego znaczenia!

Zaloguj się aby komentować