@WatluszPierwszy Mam niestety bardzo dobrą pamięć, przez co pamiętam bardzo dużo szczegółów z matury. Tę zdawałem w 2015 roku jako uczeń technikum na kierunku informatycznym. Starałem się pisać spójnie i bez błędów, ale jeśli ktoś coś wyłapię jakąś niespójność lub błąd to proszę poprawiać w komentarzach.
Przez całe technikum było tłuczone wszystkim, jaka to matura jest ważna i że wstydem byłoby, gdyby ktokolwiek z nas nie podszedł do matury, ograniczając się wyłącznie do tytułu zawodowego. Większość z nas miała tego gadania po dziurki w nosie, przez co doszło do takiej sytuacji, że połowa klasy nie przystępowała do egzaminów z informatyki i matematyki rozszerzonej, które były "szczególnie polecane" przez nauczycieli. Maturę traktowałem jako zło konieczne uważając, że ten papier gówno znaczy. Egzaminy zdawałem w kolejności: polski (podstawa i rozszerzona), matematyka, angielski, angielski ustny, polski ustny.
Najlepiej zapamiętałem egzamin z angielskiego, za sprawą zjebanego wicedyrektora i niewiele mądrzej wychowawczyni. Problem ze mną jest taki, że za dzieciaka stwierdzono u mnie autyzm, przez co zdecydowano się dać mi inne zestawy. Wcześniej, jak już byłem pełnoletni, bezskutecznie próbowałem wymusić w szkole, by nie wpisywano mnie do uczniów ze szczególnymi potrzebami, bo nie życzyłem sobie zainteresowania ze strony kolegów i łatki, że mając jakieś papiery ułatwiłem sobie egzamin. Gdyby dyrektor powiedział, że przepisy mu nie pozwalają, pogodziłbym się z zaistniałą sytuacją. Ale nie, powiedział, że nie mam tutaj nic do gadania i szkoła chce dobrze. Efekt? Jak był egzamin pisemny z angielskiego to dopiero kilka minut przed rozpoczęciem dowiedziałem się, w jakiej sali piszę i że będę jedyną osobą. Wszyscy od dwóch godzin wiedzieli, gdzie są, ja zaś stresowałem się, że nie mogę znaleźć się na liście. Krótko przed wszystkim jeden z kolegów z klasy znalazł moją klasą pytając się, dlaczego pisze sam. Cóż, zostałem bardzo upokorzony i do dzisiaj pamiętam ten wkurw. Nie będę ukrywać, przed (albo w trakcie?) płakałem. Cieszę się, że ani dyrektor ani wychowawczyni zataili przede mną tę informacje, ograniczając się od okłamywania mnie, że w moim przypadku różnica będzie polecać tylko na daniu mi dodatkowego czasu na egzamin.
Zwiastunem tegoż cyrku był jednak egzamin z polskiego. Po oddaniu pracy i dyskusji wśród kolegów dowiedziałem się, że miałem inny zestaw, dostając zupełnie inny temat rozprawki (czy czegoś podobnego, w każdym razie zadania opisowego).
Matematyka była względnie łatwa i w dużym stopniu opierała się na korzystaniu z tablicy wzorów. Do dziś uważam, że o ile egzaminy z polskiego i angielskiego mogą wzbudzać kontrowersje i nie widzę problemu, jak komuś się nie uda, tak stękanie o egzaminie z matematyki traktuje jako przejaw nieuctwa. Bez żadnej nauki można było zdać na te 30 czy 40%, wystarczyło tylko uważnie przejrzeć tablice i zastosować odpowiednie wzory do zadań.
Ustny z angielskiego był naznaczony wcześniejszym egzaminem pisemnym oraz moim wiecznym kompleksom. Przez lata każdy do⁎⁎⁎⁎⁎alał się do mojego angielskiego, a tu po raz pierwszy w życiu musiałem w określonej sytuacji mówić tylko w tym języku. Sporo się uczyłem w domu, chodziłem na dodatkowe zajęcia z angielskiego (szkoła takowe oferowała za darmo, były finansowane przez UE), na komputerze zamiast gierek tłukłem zadania na raczkującym wówczas Duolingo (które jeszcze miało wartość), Anki, tłumaczyłem sobie teksty itd. Ale pomimo takiej pracy miałem (i mam nadal) kompleksy. No ale jest egzamin, który zdałem... na 80%. Dziś mam bardzo duże podejrzenie, że przez "żółte papiery" ktoś mi zawyżył wyniki, nie wierzę, że poszło mi tak dobrze lub że poziom był tak niski. Ale w maju 2015 nie zawracałem sobie tym głowy, cieszyłem się, że najgorszy dla mnie egzamin mam z głowy i że polski zdam na spokojnie.