Książka ta moim zdaniem wyczerpuje temat homoseksualizmu, pedofilii i grzechów kościoła i Watykanu. Jest to wynik kilkuletniego śledztwa autora (btw. homoseksualisty, ale bardzo obiektywnego), w których przeprowadził rozmowy z księżami, kardynałami, męskimi prostytutkami, z których usług korzystają kardynałowie, oraz chłopakami z gwardii szwajcarskiej, którzy też są podrywani.
Jeśli chodzi o tę tematykę to wystarczy przeczytać tą książkę. Zaskakująco dobra i wyczerpująca.
Polecam, jak ktoś jest ciekaw jak to wygląda od środka. Hipokryzja na całego jak sam tytuł mówi.
@kopytakonia no i w tym momencie wszelkiej maści katofile i inne katabasy odpalają automatyczny skrzek, bo pleban to jak ponbucek więc ponbucka łobrażajo. Coś mi się zdaje, że musi jeszcze sporo lat minąć, żeby taka pozycja była powszechnie akceptowalna jako fakt, a nie coś co powoduje bolesny ścisk zwieraczy religijnych dewotów, którzy robią wszystko, żeby tylko nie dopuścić do siebie niewygodnej rzeczywistości.
Historia nieszczęśliwej miłości Wertera do zaręczonej kobiety opowiedziana za pomocą listów, które bohater pisze do swojego przyjaciela Wolfganga (pierwsze dwie części), oraz noty "Wydawca do czytelnika", która zawiera w sobie informacje na temat ostatnich dni zakochanego przekazanych za pomocą narracji trzecioosobowej, a także urywków listów i notatek.
Staram się obecnie nadrobić zaległości z czasów szkolnych, gdy większą część obowiązkowych lektur omijałem szerokim łukiem. Nie mogę powiedzieć, że żałuję, iż nie przeczytałem Cierpień... wcześniej. Nie uważam się za człowieka pozbawionego romantyzmu i jakiejś wrażliwości na piękno, ale z Werterem trudno było mi się utożsamić, a ze względu na formę powieści trochę ciężko mi się ją przyswajało.
Werter jest bohaterem wrażliwym, porywczym, uczuciowym, spędzającym większą część czasu w swojej głowie, skupiając się głównie na uczuciach i odczuciach. Jest przy tym niezwykle naiwny, romantyzując na temat pracy chłopskiej, samemu będąc dość uprzywilejowanym i posiadającym aż nadmiar wolnego czasu. Jest raczej dobry, a przynajmniej lubi tak o sobie myśleć, jednak bez opamiętania wpycha się pomiędzy narzeczeństwo - Lotę i Alberta - stając się jednym z wierzchołków miłosnego trójkąta, choć dobrze zdaje sobie sprawę, że nie powinien tego robić. Możemy go sobie określić jako bohatera tragicznego, współczuć mu i żałować, co zresztą narracja z jego perspektywy ma chyba ułatwić, jednak czuję, że gdyby ktoś podobny pojawił się w moim otoczeniu, to zamiast na litość mógłby raczej liczyć na niezbyt przyjemne traktowanie (Albert był bardzo cierpliwy i wyrozumiały).
Co do samej formy, to uważam ją za interesującą - zarówno listy jak i powieść szkatułkową zamykającą dzieło. Wszystko zmienia się w miarę rozwoju uczuć bohatera, pojawiają się motywy cierpienia, beznadziei, obłąkania. Same listy czytało się raz lepiej, raz gorzej. Najcięższy fragment (na szczęście krótki) pojawia się pod koniec w formie pieśni Osjana, które są opowieścią w opowieści - nie mogłem się zorientować, co się właściwie dzieje i kto jest kim.
Ogólnie uważam, że Cierpienia młodego Wertera spokojnie można sobie odpuścić. Na ich korzyść działa mała ilość stron - nie wyobrażam sobie czytania tego dzieła, gdyby było choć dwukrotnie dłuższe. Nie mogę też powiedzieć, że czytało się to dzieło źle - niekiedy trochę mnie nudziło, ale w miarę zbliżania się do punktów kulminacyjnych nabierało tempa i mocy. Ale jako lektura obowiązkowa? Hmm...
To jest jedna z dwóch lektur, które mnie autentycznie pokonały i nie doczytałem do końca... jak podczas omawiania okazało się, że na koniec książki bohater umiera to się dość ekspresyjnie zacząłem z tego cieszyć... nie polecam nikomu
W nienazwanym mieście nienazwanego państwa wybucha epidemia ślepoty. Kolejne osoby bez uprzedzenia przestają widzieć świat, gdy zastępuje go mleczna biel. Rząd podejmuje szybkie działania i w opuszczonym szpitalu psychiatrycznym zamyka ofiary epidemii jak i osoby, które z chorymi miały kontakt. Za bramą szpitala powstaje społeczeństwo, które musi samo wyznaczyć swoje zasady, bo żadne służby nie zagłębiają się na teren placówki w obawie przed ślepotą.
Książkę czyta się ciężko z uwagi na sposób prowadzenia dialogów. Saramago wplata je w zdania oddzielając kwestie przecinkami, przez co często miałem zagwozdkę którego z bohaterów słowa czytam. Autor ma ciekawy styl, będąc narratorem opowieści często wrzuca swoje komentarze, obserwacje i ludowe mądrości. Nie zdradza nam również imion postaci, śledzimy poczynania lekarza, pierwszego ślepca, kobiety w ciemnych okularach, bardzo mi się podobał ten zabieg!
Nietrudno się domyślić, że dużą część treści autor poświęca analizie ludzkich zachowań w izolacji, której prawa piszą się od zera. Jednak ten aspekt powieści nie był dla mnie specjalnie odkrywczy czy zaskakujący. Gdybym miał określić tę książkę jednym słowem, co mi zapadło w pamięć, to byłoby to "brudna". Obraz tego, co dzieje się w zamkniętym szpitalu, gdzie pozostawia się dopiero co oślepłych ludzi samym sobie nie napawa optymizmem, upodlenie i zezwierzęcenie człowieka, smród wręcz wylewają się momentami z kartek. Nie podoba mi się nieco nijakie zakończenie historii, mam wrażenie że tu autorowi brakło pomysłu jak dopiąć losy śledzonej grupy.
Kilka tygodni temu kupiłem na kiermaszu taniej książki tytuł pt. "Polak w kosmosie" z 1978 roku zakładając, że książka w całości jest poświęcona misji Mirosława Hermaszewskiego. Ot interesuję się astronomią, a że teraz w komos leci Sławosz Uznański to uznałem, że warto poczytać o tym pierwszym, który poleci. Mając jednocześnie świadomość, że książka powstała prawie 50 lat temu, przez co będzie w pewnej mierze zdezaktualizowana.
Wbrew pozorom nie jest to książka wyłącznie o misji Hermaszewskiego, a o misjach kosmicznych od Sputnika po misje w ramach programu Interkosmos. Jest to całkiem dobry leksykon poświęcony historii astronautyki, chociaż książka w niektórych miejscach jest już przestarzała. Oczywiście książka przedstawia stan techniki na koniec lat 70. XX wieku, przez te prawie 50 lat ludzkość doszła do wielu nowych rozwiązań. No i kolejny mankament to oczywiście okoliczności, w jakich powstała ta książka. Trochę tej propagandy ku chwalę ZSRR i Polski Ludowej jednak jest. Jak przy Amerykanach wspomina się, że przed wysłaniem ludzi w kosmos wysłali statki ze zwierzętami, podczas których padły muszki i jeden z pająków, tak przy Łajce nie ma ani słowa o jej śmierci podczas lotu. Jak dumnie pokazano radzieckiego Sputnika, tak misja Amerykanów na Księżycu została opisana bardzo sucho. Faktograficznie wszystko się zgadza, ale autor nie podzielił się swoją ekscytacją. Ale później już pochwalił Amerykanów, którzy z Sowietami zrealizowali program Apollo-Sojuz. Wreszcie na samym początku są sylwetki biograficzne Hermaszewskiego i Jankowskiego. Przy Hermaszewskim wspomniano, że jego ojciec został zamordowany przez "hitlerowców" . Cudzysłów, bo w książce są "hitlerowcy", ale k⁎⁎wa Polaków mordowali Niemcy. I Rosjanie. I Ukraińcy. I tu zaskoczenie, bo Wikipedia podaje, że ojciec Hermaszewskiego (i inni krewni przyszłego kosmonauty) zostali zamordowani przez UPA. Podejrzewam, że to było jawne łgarstwo ze strony autora, który na wszelki wypadek nie chciał pisać o obywatelach, bądź co bądź, bratniego narodu. Urocze jest również pisanie, że cała Polska żyła lotem Hermaszewskiego. No, żyła raczej brakami w sklepie i długami, w jakie wpakował nam Gierek. A w październiku show skradł Wojtyła. O, znowu nawiązanie do 2025 roku, tym razem do konklawe.
O wielkim przegranym Zenonie Jankowskim ciężko mi coś napisać. Niedoszłego kosmonautę kojarzę wyłącznie z serialu komediowego "Bulionerzy", gdzie scenarzyści uznali, że teściem głównego bohatera musi być właśnie kosmonauta Zenek Jankowski. Nie wiem kto wpadł na ten pomysł, ale nieprzyznanie tej osobie Złotej Kamery za najbardziej popierzony pozytywnie pomysł uważam za jeden z większych skandali polskiej telewizji.
Wróćmy do książki. Można ją poczytać wyłącznie jako ciekawostkę. Polecam, ale raczej tym, którzy mają jakieś pojęcie o lotach w kosmos i będą w stanie odsiać ziarno od plew. Ja aż takiej dużej wiedzy nie mam, więc tę książkę odłożę na bok i długo do niej nie będę wracać. Pozostałych zachęcam do poszukania nowszych tytułów.
Aby jednak coś pozytywnego wynieść z tej książki zostawiam. Kosmoplan - tak miały nazywać się wahadłowce. Na stronie 93. wspomniano jako ciekawostkę koncept statku kosmicznego wielokrotnego użytku.
Esej poświęcony państwom autokratycznym, które pomimo różnic ideologicznych i narzędzi do sprawowania kontroli nad obywateli zawiązują sojusze, które mają umocnić ich władze.
Książka ta to XXI-wieczny odpowiednik "Księgi" Goldsteina - jest to synteza najważniejszych informacji poświęconych współczesnym dyktaturom, powstałym w ciągu ostatnich dwudziestu bądź trzydziestu lat. O ile w XX wieku stawiono na propagandę, która miała pokazać idealny obraz dyktatury, tak dzisiaj dyktatura nie ukrywa, że żyje się źle, ale i tak jest dobrze, bo u innych jest gorzej. Dyktatury mają się dobrze, bo wszystkim ważnym graczom pasują istniejące układy. Ruchy prodemokratyczne upadają, bo dyktatorzy uczą się na błędach. Jako punkt odniesienia Applebaum podaje ruchy demokratyczne w Hongkongu, które uczyły się walczyć z książeczką "Od dyktatury do demokracji" Gene'a Sharpa, ale zwraca również uwagę, że chińscy komuniści również czytali ten tytuł, co pozwoliło stłumić bunt w tej dawnej kolonii brytyjskiej.
Perspektywy są dalekie od optymizmu, odkąd w Białym Domu przebywa rednecki głupek i jego klakierzy, którym odpowiadają takie mendy jak Putin. Nie mniej zachęcam do zapoznania się z tą książką, jeśli ktoś chce mieć lepszy obraz polityki międzynarodowej.
Wypadałoby w końcu dołączyć do tagu, zwłaszcza, że sporo czytam. Nie będę jednak zasypywać Hejto wpisami, więc licznik zaczynamy wyjątkowo od zera, dodając po prostu to, co teraz wpadło mi w ręce.
Tytuł książki w zasadzie mówi wszystko. Jest to wywiad, w którym Geremek opowiada o przemianach w Polsce w 1989 roku. Bardzo dziwnie (i smutno) czyta się tę książkę, bo widać ogromną przepaść intelektualną pomiędzy ówczesnymi politykami a dzisiejszymi. Politycy niesamowicie schamieli. Przez lata Geremek uchodził za bardzo zarozumiałego typa, który uważał się za lepszego z racji swojego obycia. Po lekturze wywiadu kompletnie go tak nie odbieram. Ot po prostu trzeźwo myślący polityk, który potrafił wziąć na siebie odpowiedzialność za podjęte decyzje w 1989.
Z drobnych szczegółów wartych uwagi. Już w 89 roku widziano w Adamie Michniku i Jarosławie Kaczyńskim mącicieli i cwaniaczków. Pierwszy tym słynnym artykułem "Wasz prezydent - nasz premier" napsuł krwi obu stronom, drugi po prostu miał za duże ambicje i apetyt na władzę. Pod koniec książki Geremek opowiada o polityce zagranicznej. Doceniam, że Polska starała się uzyskać kontakty z opozycją na Litwie i Ukrainie, ale szkoda, że nie wspomniano nic o Białorusi. Nic tam się nie działo? Przerażające było czytać, że w 89 stawiano, że jeśli wybuchnie wojna w Europie to zacznie się w Sarajewie. Książka została wydrukowana w 1990 roku, wojna wybuchła dwa lata poźniej. ZSRR/Rosja klasycznie - o ile odpuściła sobie Litwę tak Geremek z ekipą mieli w głowie słowie Gorbaczowa, żeby nie wpierdalać się do Ukrainy, bo to ich strefa wpływów. Moskwa nic się nie zmieniła.
Książka ma dwa pytania, ja korzystałem z pierwszej z 1990 roku. Fundacja Geremek udostępniła wywiad online w drugiej wersji, opatrzonej przypisami redaktorskimi.
Zanim ją przeczytam, dla mnie Geremek to był jeden z wielkich polityków, dzięki któremu udały się obrady Okrągłego Stołu i wszystkie te ważne przemiany gospodarcze. Mieliśmy naprawdę wielkie szczęście, że kilka osób umiało się dogadać, nie wiem czy przy dzisiejszej klasie politycznej to by się udało.
Kolejna niezwykła pozycja w dorobku Lema i to w dodatku taka, z której sam był zadowolony. Istny kocioł, w którym autor miesza style, bawi się formą, językiem i doprawia to wszystko ogromną ilością rozważań filozoficznych i religijnych, okraszając je przy okazji sporą dawką humoru.
Cyberiada to zbiór opowiadań o różnej długości, których bohaterami jest dwójka znakomitych Konstruktorów w postaci robociej: Klapaucjusza i Trurla. Mierzą się oni z wyzwaniami, które sami sobie stawiają, chcąc udoskonalić świat lub dokonać rzeczy niezwykłych, a także z zadaniami stawianymi im przez władców odległych krain i planet. Forma dzieła przypomina nieco Dzienniki Gwiazdowe, a same opowiastki swój początek biorą z Bajek Robotów, w których autor dostrzegł duży potencjał.
W historiach mieszających w sobie elementy science-fiction oraz baśni Lem korzysta chyba ze wszystkich sztuczek ze swojego warsztatu literackiego. Jest sprytny, inteligentny i kreatywny do poziomu, który ciężko mi jest w ogóle pojąć. I to jest mój główny problem: wychodzi, że jestem na tę książkę za głupi. Fragmentami wymęczyła mnie potwornie, zwłaszcza opowieść szufladkowa zaprezentowana w Bajce o trzech maszynach opowiadających króla Genialona. Podczas lektury zacząłem odczuwać znaczny przesyt konceptów, słowotwórstwa i zagmatwania opowieści. Może błędem było czytanie tych opowiadań na raz - większość nie jest powiązana fabularnie, więc można je czytać jako samodzielne twory pomiędzy innymi książkami.
Do Cyberiady będę musiał jeszcze wrócić w przyszłości, gdy odetchnę nieco od klimatów science-fiction, bo czuję, że brak urozmaicenia w ostatnim czasie również mógł wpłynąć na mój odbiór tej książki. Wymaga ona skupienia, żeby móc w pełni docenić kunszt autorski Lema. Dla fanów jego twórczości powinna to być zdecydowanie pozycja obowiązkowa.
@zuchtomek Według mnie najbardziej przystępne były Dzienniki Gwiazdowe Nie wiem, może to zwyczajnie zmęczenie gatunkiem i trochę autorem, ale Cyberiada wchodziła mi strasznie ciężko. Do tej pory gorzej czytało mi się tylko Wysoki Zamek, ale to autobiograficzna książka (swoją drogą przedsłowie do niej było świetne).
W przerwie od reportarzy o kościele, Watykanie, księżach postanowiłem sięgnąć po coś szybkiego. Padło na Korowód. Jest to moja pierwsza styczność z tym gatunkiem jako świadomy czytalnik, bo ostatni raz miałem do czynienia jedynie z fragmentami w liceum zmuszony nauką. Jestem zauroczony tym jak została napisana ta książka mianowicie chodzi mi tutaj o swego rodzaju efekt motyla, to jak wątki, postacie z różnych okresów się sklejają elegancko i łączą. Czytając czułem ten klimat wsi wczesnego wieku XX, miasta lat 90 itd. Myślę, że może ta książka skłonić do wielu refleksji, zależy od czytalnika - mnie akurat zmusiła do rozmyślania o przemijaniu.
Jestem zawiedziony ta ksiazka. Szukalem czegos w podobie do Kod Leonarda da Vinci, jakis intryg w tle, a tutaj slaba intryga wyjasniona chemia i fizyka, w dodatku opisana ciekawe jedynie na ostatnich kilkunastu stronach. Reszte ksiazki od poczatku do konca to w kolko to samo - zlapanie -> poscig -> zlapanie -> poscig. Do bohaterow tez jakos emocjonalnie sie nie moglem przywiazac, prawde mowiac byli mi obojetni, sa jacys plytcy. Przemeczylem ta ksiazke, liczac, ze w koncu bedzie jakies ostre boom, a ostatecznie nie siegne po drugi tom.
@kopytakonia jak znajdziesz coś podobnego do Daną Browna, to wołaj, też szukam ;) kilka osób mi polecało autora - Clive Cussler, więc zaczynam serię z Dirkiem Pittem
Zwieńczenie trylogii "Wspomnienie o przeszłości Ziemi" jest dla mnie najsłabszą częścią tej serii - i widząc oceny to jestem w mniejszości. Wymęczone ukończenie, mimo że nie czytałem jej a słuchałem.
Przywykłem już do tego że Cixin Liu nie jest najlepszy w tworzeniu charakterów i rozwijaniu ich i nawet nie specjalnie mi to przeszkadzało, bo potrafi to zastąpić ciekawymi pomysłami które drąży i oplata potężną dawką własnej interpretacji nauki. Podobała mi się pierwsza część historii, swoisty kosmiczny "mexican standoff" między cywilizacjami, rola dzierżyciela miecza (w ogóle jakie piękne tłumaczenie, za każdym razem jak słyszałem tę nazwę uśmiech sam mi się nasuwał na twarz) i różne ery przyszłości ludzi po nawiązaniu kontaktu z kosmitami. Skupienie się na bardzo technicznych i naukowych terminach w prozie też było czymś, co może stanowiło nieco wyzwania (a może bardziej zaskoczenia), ale finalnie dało charakteru tej serii. To dlaczego tak kręcę nosem?
Mam wrażenie, że w pewnym momencie autor postanowił zrobić z tej książki pudło na wszystkie pomysły, które zrodziły się w jego głowie. Przednie części eksplorowały pewien główny motyw wraz z otoczką dodatkowych ciekawych histiorii lub zagadnień, które mogły zaskoczyć i dawały satysfakcję z rozwiązania. Tym razem pomysły są wrzucane w zbyt dużej ilości, często na chwilę i przez to nie mają czasu na to by zostać odpowiednio długo rozważane i obudowane. W połączeniu ze stylem autora, który uwielbia pisać jakby robił podumowanie badania naukowego, często męczyłem się, co nie było potem nagrodzone odpowiednią dawką satysfakcji jak to miało miejsce w poprzednich dwóch książkach. Czy warto było? Do przesłuchania tak, ale gdybym to czytał to chyba byłby DNF.
@minaret Mnie się bardzo podobało, ale rzeczywiście ostatnie pół książki trochę chaotyczne a ostatnie kilka stron to już jazda bez trzymanki - jak dla mnie tam jeszcze było materiału na kolejny tom. Ale no Ciemny Las najlepszy chyba z całej trylogii.
Wiele nowego sie tutaj nie dowiedzialem, co juz bylo wiadomo z publikacji szeroko omawianych w internetach. Najbardziej uderzylo mnie nie tyle pedofilstwo, bo o tym mowa juz o dawna, podobnie jak o hipokryzji bandytow w sutannach, a historia Teresy z Kalkuty i uznanie wyleczonych antybiotykami chorob jako cud. Polecam jesli ktos jest jak ja negatywnie nastawiony do tej firmy zwanej kosciolem, ale na pewno nie wynaleziono prochu w tej ksiazce, ze tak powiem
Zwieńczenie trylogii "Red Rising" zostawiło mnie z pozytywnymi ale mieszanymi uczuciami. Dalej mamy sporo tego, co dawało frajdę w dwóch poprzednich częściach: ładnie i drastycznie opisane walki na ziemi i ich skutki, intrygi i gdzieniegdzie prostacki dialog przy którym kącik ust mimowolnie unosi się ku górze. Dalej czyta się to lekko i łyka kolejne strony. Były nawet całkiem wzruszające momenty, które od razu przeczytałem drugi raz. Miło było też poznać nieco szczegółowej chociaż jeden z Kolorów, jego wierzenia i historię.
Mimo tych pozytywów w moich oczach seria zaliczyła zjazd formy ze "Złotego Syna", w którym fragmenty ze środka lektury potrafiły być badziej emocjonujące, niż tu zdarzenia w kulminacyjnym momencie serii. Mam wrażenie że autor jest też mało konsekwentny w stosunku do poprzednich książek i charakterystyk różnych kast społecznych. Najwyżsi, Złoci, jakby stracili ze swojej niemal boskości bez konkretnego powodu, przez co zmagania bohatera wydają się nieco spłaszczone. Mimo to lektura była mega przyjemna i wiem że będę sięgał po kolejne osadzone w tym świecie (autorzy wypuścił kolejne 3), ale może nie od razu.
@minaret jeszcze jej nie skończyłem, ale mam te same odczucia po jakichś 65-70%. Mocny start i ciekawe momenty, ale jakoś tak średnio tu z akcją, która by mnie mocno trzymała i zachęcała do kontynuowania w taki sam sposób, jak poprzednie części (tamte dosłownie połykałem, tak mnie ciekawiły). Jak akcja skoczyła na północ w mroźniejsze tereny, to bardziej byłem zmęczony, niż zaciekawiony. Może po prostu efekt tego, że wcześniejsze książki były tak dobre i poprzeczka jest wysoko.
Bestsellerowa erotyczna seria w jednotomowym wydaniu.
Rozpala, szokuje, zdumiewa i daje do myślenia.
To nie jest zwyczajny erotyk. To nie jest grzeczna książka. To nie jest łatwa historia.
To nie jest typowy bad boy. Albo go pokochasz, albo znienawidzisz.
Gordian skrywa mroczne tajemnice i zawsze stawia na swoim. Nie bawi się w konwenanse. Dla niego seks ma być przyjemnością: szybki, ostry, bez całowania i zobowiązań.
Wszystko zmienia się, gdy w jego życiu pojawia się przybrana siostra.
Czy dziewczyna z przeszłością i mężczyzna, który nie wierzy w miłość, mają szansę stworzyć zdrową relację? I czy każdy grzech można odkupić?
Przychodzi w życiu taki moment, że trzeba zmierzyć się z nieuniknionym.
Wtedy nawet najbardziej nieugięty i nieokrzesany facet powinien w końcu zrozumieć, że popełnił błędy, za które trzeba ponieść karę.
Spotkać kogoś kto nie kojarzy motywu Doktora Jekylla i Pana Hyde'a graniczy z cudem. To, że w kiczowym (do granic genialności) serialu Once Upon a Time umieścili go pomiędzy sezonem o Pieknej i Bestii a sezonem o Krainie Lodu dużo mówi o jego pozycji w popkulturze. A jeszcze więcej o tej pozycji mówi, że pokolenie naszych rodziców przez dekadę albo i dwie nuciło regularnie "WCZOORAAJ DŻEKYL, DZISIAJ MISTER HAJD".
Nadrabiać klasyki fajnie jest, a że stron ma niewiele, to choćby skały srały - damy radę. I tu, ku mojemu zdziwieniu, książkę czytało się bardzo fajnie. Ząb czasu zostawił odcisk, to oczywiste, ale nie odgryzł kawałka frajdy z tego dzieła. Sposób prowadzenia fabuły powoduje że odkładanie książki na bok wiąże się z dyskomfortem, ilość ciekawych szczegółów (które potem będą spójnie zazębione z puentą) jest bardzo satysfakcjonująca, a samo zakończenie jest jak drop w hicie techno - spodziewasz się go, wyczekujesz, a jak pojawia się to z przyjemnym uczuciem ulgi.
Najpoważniejszym minusem książki jest nie jakiś aspekt jej treści, lecz jej sława. Jestem pewien, że gdybym czytał ją nie mając o niczym pojęcia, byłbym bardziej zachwycony. Kto nie oglądał Gwiezdnych Wojen gdy wychodziły ten nie może liczyć że "No, I am your father" wywrze na nim wrażenie. I tak samo jest tutaj - sukces wykastrował ją z największego asa w rękawie. Trochę szkoda, ale cóż, taka cena sławy.
Nie chce wchodzić w interpretacje filozoficzno moralne, bo tym pewnie zajmie się nasza lokalna elita intelektualna na spotkaniu na żywo, ale zapewniam, że nie ustępują one jakością innym sferom książki, i chętnego czytelnika zostawiają sam na sam z garścią wniosków i przemyśleń.
@SuperSzturmowiec zgaduje że chodzi Ci o zdjecie do posta? W ostatniej chwili przed wrzuceniem posta uznałem to za zabawne, bo mam wrażenie że w kraju kwitnącej Wisły najwięcej osób zna te postacie z refrenu kawałka Ich Troje. Reszta posta to prawdziwa recenzja po mojemu. Chyba że pytasz o co innego?
@Barcol Hah, no należę do najmłodszych tego portalu, ale z tego co wiem to są jeszcze trochę młodsi xD
No wpisałem w google i chatgpt, żeby wyjaśnił głębiej koncepcję. Ciekawy motyw rozdzielenia, teraz już zapamiętam, ale cud i tak się zdarzył! ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Za mną kolejna, czwarta już, część cyklu. Będą spoilery.
No jest grubo. Przeskok o 3500 lat do przodu. Leto II jest praktycznie niezniszczalną, omnipotentną hybrydą człowieka i czerwia. Fremeni w zasadzie wyginęli. Na Arrakis płyną rzeki. Gdzie tu jest Diuna w tej Diunie?
Mimo tego wszystkiego, mam wrażenie, że to jest część którą przeczytałem najszybciej. Prawdopodobnie przez to, że fabuła jest w zasadzie jednowątkowa. Wszystko kręci się dookoła Boga Imperatora, a wątki poboczne, które by go nie dotyczyły praktycznie nie istnieją.
Zostawia to dużo miejsca na filozoficzne rozważania. Na temat natury władzy, wolnej woli i tak dalej. Przez całą książkę bardzo trudno jest postawić jednoznaczna ocenę głównego bohatera. Bo jak ocenić wszechmocnego Boga? Nie wiadomo czy Leto jest dobrym, czy złym bohaterem. Jego niemal nieskończona wiedza, sprawia że praktycznie nie jest w stanie czuć emocji. Nieczęste momenty kiedy to się zdarza, sprawiają mu przyjemność, nawet jeżeli są to emocje negatywne - lepiej czuć złość, niż nie czuć nic. I takie rozważania ciągną się przez ponad 500 stron.
Jedynym, obok Leta, bohaterem, który powraca z poprzednich części jest Duncan Idaho, a raczej jego kolejna z rzędu iteracja pod postacią gholi. Stanowi dla Leto swego rodzaju maskotkę, ulubieńca mimo woli. Prowokuje to ciekawe przemyślenia na temat klonowania, niekoniecznie z woli klonowanego.
W porównaniu do doniosłości całego dzieła, zakończenie jest nieco rozczarowujące. Koniec Boga Imperatora okazał się zaskakująco… łatwy do przeprowadzenia. Oczywiście sam opis zakończenia jest na bardzo wysokim, godnym Herberta, poziomie. Tylko sama intryga, która do tego końca doprowadziła wydaje się trochę za prosta.
@lukmar To jest jedyna (jak do tej pory) część, zarówno z głównego cyklu jak i ze wszystkich pobocznych z uniwersum, po której cieszyłem się, że już koniec. Wymęczyły mnie te filozoficzne rozkminy...
Geralt - podrostek, który ledwo co ukończył szkolenie w Kaer Morhen - po raz pierwszy wyrusza na wiedźmiński szlak. Jest… ciężko. Angażuje się, ufa we wszystko co widzi, popełnia błędy i czasem jedynie łut szczęścia sprawia, że wychodzi obronną ręką z opresji.
Po kilku latach od ukończenia #3wiedźmin3 i jeszcze kilku więcej od przeczytania całej “sagi” wróciłem do książek autorstwa Andrzeja Sapkowskiego.
Koncepcja odkrycia początku przygody Geralta jest interesująca. Z jednej strony jest to świeże. Czytelnicy mogą razem z bohaterem przeżyć przygody, które sprawiły że Geralt stał się chłodnym cynikiem jakiego znamy z późniejszych chronologicznie opowiadań. Dowiadujemy się jak wyglądały jego kształtujące początki na wiedźmińskim szlaku.
Z drugiej strony, w dobie wyciskania ostaniej kropli z każdej popularnej franczyzy, takie nadmierne eksplorowanie pobocznych wątków zaczyna mnie nużyć. Czy naprawdę musimy wiedzieć wszystko o każdej postaci? To nie jest do końca krytyka tej książki, tylko generalnego trendu, ale myślę, że niektóre wątki byłyby lepsze, gdyby pozostały niedopowiedziane.
Mimo tych zastrzeżeń, Rozdroże Kruków jest dobrą książką. Czyta się lekko, a historia, choć momentami przewidywalna, jest wciągająca
Czuć że przedstawiony świat faktycznie jest młodszy. Potworów jest więcej, a atak na Kaer Morhen funkcjonuje w społecznej świadomości jako stosunkowo niedawne wydarzenie.
Krótkie opowiadanie japońskiej autorki. Samotna matka pracująca jako pomoc domowa zostaje zatrudniona do opieki nad emerytowanym profesorem matematyki. Zlecenie jest o tyle wyjątkowe, że naukowiec w przeszłości uległ wypadkowi, którego efektem ubocznym jest brak pamięci na dłużej niż 180 minut w przeszłość.
W związku ze swoją niepełnosprawnością nie opuszcza domu, a jego jedynym zajęciem jest rozwiązywanie łamigłówek matematycznych.
Z czasem pomiędzy gosposią a profesorem nawiązuje się relacja. Ona zaczyna przyprowadzać swojego dziesięcioletniego syna, a profesor daje się namówić na krótkie wyjścia z domu. Przez książkę przewija się motyw matematyki, o której profesor opowiada swoim gościom, jednak ten wątek jest poprowadzony w taki sposób, żeby nie zniechęcić czytelników nie mających z tą dziedziną nic wspólnego. Pomaga w tym pierwszoosobowa narracja z punktu widzenia prostej gosposi domowej.
Generalnie, jest to dość prosta, obyczajowa opowieść. Postaci nie mają imion, a, mimo że akcja dzieje się w Japonii, historia jest na tyle alegoryczna, że mogłaby wydarzyć się wszędzie. Rzadko mam do czynienia z tego rodzaju literaturą, ale muszę stwierdzić że słuchałem z przyjemnością. Jest momentami wzruszająco, ale cały czas bezpiecznie. Comfort book.
Audiobook został mi puszczony przez żonę w trakcie podróży samochodem. Cały odsłuch trwa około 6 godzin, więc w sam raz na dłuższą trasę. Czyta kobieta, co dobrze współgra z pierwszoosobową narracją.
W zeszłym roku na emeryturę odszedł Kjeld Kirk Chritiansen - wieloletni prezes i członek zarządu grupy LEGO, a także wnuk Olego Kirka Christiansena - założyciela firmy LEGO.
Kjeld jest drugoplanowym bohaterem książki napisanej przez Jensa Andersena, a zarazem jednym z głównych źródeł autora. Książka jest przeplatana akapitami wspomnień odchodzącego prezesa. Głównym bohaterem jednak jest sama grupa LEGO.
Książka jest podzielona na rozdziały, z których każdy opisuje kolejną dekadę istnienia firmy poczynając od lat trzydziestych dwudziestego wieku. Posiłkując się wspomnieniami prezesa seniora, śledzimy historię, która zaczynaja się od drewnianych figurę, a z czasem rewolucjonizuje świat zabawek systemem klocków do budowania. Tłem historii oraz motorem napędowym firmy jest saga rodziny Kirk Christiansen, która od czterech pokoleń dzierży ster i jest decyzyjnym właścicielem firmy. Książka opisuje zmiany pokoleniowe, oraz różnice w podejściu do zarządzania kolejno Olego, Godtfreda, Kjelda, i w końcu nadchodzącego Thomasa.
Znajdziemy tu historie o pożarach, tragicznych wypadkach, kredytach, błędnych decyzjach i wielu innych kryzysach, które sprawiały że grupa LEGO stawała u progu bankructwa.
Początek książki jest zdecydowanie jej mocniejszą stroną. Historia duńskiego cieśli, który w trakcie kryzysu lat 30. zajął się robieniem zabawek, żeby połączyć koniec z końcem, nie była do tej pory często opowiadana. Początkowe rozdziały są krótsze, a historia w nich zawarta (mimo że prawie stuletnia) wydaje się być świeższa. Czytamy w nich o początkach firmy i jej niepewnych pierwszych krokach w kierunku nowoczesnego tworzywa jakim był plastik.
Z czasem książka traci nieco impet. Dokończenie jej zajęło mi ponad rok. Prawdopodobnie dużo łatwiej jest opowiadać historie dawno minione, kiedy większość ludzi, którym można nieopatrznie nadepnąć na odcisk już od dłuższego nie żyje. Jest to pozycja napisana przez fana, dla fanów, pod ścisłym nadzorem kierownictwa grupy LEGO. Nie ma tu zbyt wielu pikantnych ani kontrowersyjnych szczegółów. Momentami może być zbyt laurkowo. Przydałoby się nieco więcej mięsa.
Niemniej, dla fanów duńskich klocków jest to pozycja obowiązkowa.
Rozwój technologiczny sprawił że życie w przyszłości jest dużo łatwiejsze. Niewielka grupa ludzi nadzoruje zautomatyzowaną produkcję, podczas gdy reszta społeczeństwa korzysta z dobrodziejstw przychodu gwarantowanego.
Jednak czy na pewno jest tak kolorowo? Wszyscy mają taki sam dostęp do edukacji, a co za tym idzie Równe Szanse. Żeby rozróżnić obywateli, wprowadzony został system kastowy. Każdy ma przydzieloną numeryczną klasę od 0 do 6, w zależności od ilorazu inteligencji (im niżej tym lepiej). Dochód gwarantowany jest taki sam dla każdego, ale zaspokaja tylko podstawowe potrzeby. Tym, którzy naprawdę chcieliby korzystać z życia potrzebny jest dodatkowy dochód, a do zatrudnienia potrzebna jest dobra klasa inteligencji. Do tego dziewczyny nie chcą umawiać się z facetami powyżej “czwórki”.
Jednak, czy ten nowy wspaniały świat faktycznie jest pozbawiony wad?
Janusz Zajdel stworzył konspekt tej książki w 1979 roku. Przewidział w nim istnienie internetu (u niego pod nazwą Globalnego Systemu Komputerowego - Syskomu), elektroniczną identyfikację obywateli, publiczne samochody dostępne na minuty, i wiele innych. Książka jest satyrą na PRL - odgórnie narzucony system, o którym wszyscy wiedzą że nie działa, ale jednocześnie zgodnie naginają rzeczywistość, żeby zadowolić Wielkiego Brata, który im ten system narzucił. Zajdel zręcznie omija cenzurę, opisując w swojej książce absurdy systemu, ukryte pod kalką społeczeństwa przyszłości.
Odkrywanie tego świata odrobinę zepsuł mi opis z tyłu okładki. W czterech zdaniach streszczono całą fabułę, w tym wszystkie zwroty akcji. Jednakowoż, każdy ówcześnie żyjący mógł się spodziewać jaki jest faktyczny obraz tego pozornie idyllicznego świata. Fabuła tej książki, choć niewątpliwie dobra, jest raczej pretekstem do pokazania absurdów komunizmu, na każdym szczeblu drabiny społecznej.
Polska fantastyka urosła na eskapizmie i omijaniu cenzury. Świat, w którym żyli autorzy dostarczał niezliczonych inspiracji, a często jedynym dozwolonym sposobem na krytykę ówczesnego sytemu, było ukrycie go w odległej przyszłości. Limes Inferior słusznie jest klasyką tego gatunku.
Moje wydanie zostało opatrzone posłowiem autorstwa Macieja Parowskiego, napisanym w kwietniu 1989, na dwa miesiące przed upadkiem PRL. Pan Maciej mógł sobie już pozwolić na bardziej otwarte opisanie paralel pomiędzy światem Limes Inferior, a gierkowską Polską. W ten sposób podsumował on swoją recenzję:
(…) jest to świat oryginalny, literacko barwny, nawet zabawny, jego atrakcyjność nie wyczerpuje się w trafności aluzji. Zajdlowska konstrukcja dostarczała czytelnikom szczególnych satysfakcji estetycznych i intelektualnych. Nie zmniejszą się one, mam nadzieję, nawet teraz, gdy rzeczywiste mechanizmy, które inspirowały Zajdla do pisania zostały nazwane i będę (podobno) demontowane.
Pisząc te słowa trzydzieści sześć lat później mogę stwierdzić że moje satysfakcje z czytania nie uległy zmniejszeniu.