W tej części Ania wciąż jest jeszcze dzieckiem, chociaż już z doroślejszymi problemami.
Kończy szkołę i sama przyjmuje posadę nauczycielki, aby zarobić na studia i pomóc Maryli z utrzymaniem gospodarstwa oraz opieką nad przygarniętymi bliźniakami.
Okazuje się że jej otwarty, marzycielski umysł świetnie radzi sobie z wychowaniem młodszego pokolenia. Ponadto angażuje się w różne akcje mające na celu poprawienie życia mieszkańców w Avonlea. Wciąż zalicza młodzieńcze gafy, ale wychodzi z nich bez szwanku, a nawet na lepsze!
Chyba ostatnia część, gdzie jeszcze czuć tą młodą Anię oraz cudowny klimat życia na Zielonym Wzgórzu.
Trochę zaległości mi się nazbierało na bookmeter, czas nadrobić.
Ania to dla wielu osób piękne czytelnicze wspomnienie z dzieciństwa, dla innych nudna lektura. Dla mnie to wspomnienie z wizyty w księgarni, kiedy to zrobiłam płaczliwą scenę, bo mama nie chciała mi kupić ładniejszego wydania Króla Lwa do kolekcji, za to na otarcie łez kupiła mi Anię z Zielonego Wzgórza.
W domu z niemałym wyrzutem, ale też z wdzięcznością że i tak dostałam nową książkę, zabrałam się do lektury. I przepadałam.
Nie wiem jakie dokładnie odczucia towarzyszyły mi podczas pierwszej lektury, ale jestem pewna że podobne jak i za drugim, trzecim, ... oraz ostatnim, nie wiem już którym, bo do dobrych książek zawsze wracam.
Ilość pozytywnych emocji oraz klap, które zawsze kończą się dobrze, jest tak wielka jak w żadnej innej książce. Ciężko czytać bez uśmiechu i unikając wilgotnych oczu 😅 oczywiście są też smutki, których trudno uniknąć, jak na przykład odejście Mateusza, który wniósł masę dobroci w tą historię i aż ciężko uwierzyć, że nie spotkamy go na dalszej drodze przygód Ani.
Wspaniała jest też przemiana Maryli, która na dobrą sprawę zaczęła prawdziwe życie dopiero od przygarnięcia tej niechcianej rudowłosej istoty.
„Jak pisać” to pierwszy w moim życiu poradnik co do pisania. z którym miałam styczność. Przyznam, że spodziewałam się jakiegoś wykładu i opinii na zasadzie: „jak nie zacząłeś pisać w wieku 3 lat, to już nic z ciebie nie będzie”. Jako dziecko zawsze marzyłam o tym, żeby zostać reżyserem. Czytając książki zawsze wyobrażałam sobie, jakby wyglądał film, który bym zrobiła na jej podstawie. Marzenia oczywiście się nie spełniły, jednak przyjemność z tworzenia sztuki dalej jest dla mnie bardzo ważna. Od jakiegoś czasu próbuję pisać. Sprawia mi to wiele przyjemności, choć wiem, że wiele mi brakuje do tego, by być na jakimkolwiek poziomie, który jest akceptowalny. Z jednej strony sprawia mi to radochę jakich mało, z drugiej jest chęć bycia docenionym - a do tego brakuje mi umiejętności.
King w swoje książce podnosi na duchu. Nie mówi niczego odkrywczego, ale są to słowa, które chce się usłyszeć, jak dobrą radę od serdecznego wujka. Co by nie mówić o oczywistych oczywistościach, książka ta spełnia swoją rolę - zachęca i motywuje do pisania, o ile sprawia ci to przyjemność.
Jest też parę rad, które sobie szczególnie zapisałam w pamięci, m. in.:
- moja ulubiona: „nie ma nic lepszego jak dobre porównywanie" - cytat w tytule wpisu właśnie do tego nawiązuje, gdyż jest to ulubione porównanie autora
- „Pisz najpierw dla siebie, a potem dla odbiorcy” - chodzi w tym o to, żeby pisząc pierwotną wersję, nie przejmować się tym, co inny mogą o tym dziele pomyśleć, a dopiero później, gdy się je poprawia, pisać to z myślą o odbiorcy. King mówił, że pisze dla swojej żony. Wiedział, co jej się podoba, dlatego też wiedział, że to co pisze, spodoba się choć jednej osobie.
- „Nie opisuj każdego dialogu” - przyznam, że nigdy nie zwracam za bardzo uwagi na to czytając książki, ale rzeczywiście jest to zabawne, jak każde wypowiedziane zdanie jest komentowane przez autora, nie dając się domyślić odbiorcy, jaki jest jego wydźwięk.
- „Usuwaj min. 10 procent z tego, co napisałeś pierwotnie” - jest to cenna rada, bo łatwo ulec laniu wody 😃
Poza wskazówkami co do pisania, można też poznać trochę autora. Nie rozwleka się o sobie, ale widać w nim dużo pokory i autorefleksji, co sprawia, że nabiera się do niego sympatii i pewnego wspólnego zrozumienia rzeczywistości.
Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić jedną rzecz: nie istnieje jedna ustalona metoda jak tworzyć. Jasne, trzeba poznać podstawowe zasady, żeby móc je ewentualnie złamać - jak jedna powieść wydana przez ArtRage, w której nie ma znaków interpunkcyjnych. Jednakże cała reszta to już dowolna interpretacja.
King pisze zwięźle, jego opisy często odnoszą się do ludzkiej wyobraźni. Na przykład, chyba nawet w tej książce, użył sformułowania „postać weszła do obskurnego baru”. Nie opisuje go wprost, ino pozwala czytelnikowi samemu go sobie wyobrazić. Mój obskurny bar będzie się różnił od Twojego, jednakże dla nas oboje będzie to obskurny bar.
Z drugiej strony barykady mamy takiego G. R. R. Martina, który lubuje się w dokładnych opisach. Pamiętam, jak mnie zmęczył opis proporców i innych takich podczas bitwy.
Któremu mamy uwierzyć, że tak powinno się pisać, skoro obaj odnieśli sukces? ; )
Dlatego warto wypracować swoją własną metodę i przede wszystkim cieszyć się z samego aktu pisania. Bez martwienia się, czy znajdzie to odbiorców. Jasne, można tworzyć stricte pod nich, ale czy miałoby to wtedy sens?
Lata temu co prawda, pamiętam dwie rzeczy: właśnie o tym by finalną wersję pisać dla kogoś (zresztą pan Vonnegut twierdził to samo, więc może coś w tym jest?). Później przeczytałem jeszcze podręcznik Maszyna do pisania pani Bondy, a ostatnio wpadło mi w oko to - polecają, ale czytać już nie zamierzam.
Wydaje mi się, że do mnie najbardziej przemawia manifest pana Andrzeja Stasiuka , który brzmi: pisać, skreślać, myśleć, patrzeć, słuchać, pisać i skreślać, skreślać, skreślać…
Jako niespełniony autor który zupełnie niczego nie osiągnął, acz autor taki, któremu pisanie od czasu do czasu do czasu sprawia jeszcze przyjemność, mogę Ci zaproponować dołączenie do naszej kawiarni #zafirewallem (zresztą już tam byłaś, wygrałaś jedną edycję #naopowiesci, jeśli dobrze pamiętam). Co prawda mamy tam klub klepania się po siurka... no, po plecach, bo i panie czasami z nami piszą, ale jeśli jasno poprosisz o krytykę, to myślę, że ją dostaniesz. Nawet rzeczową. A krytyka jest ważna, bo samemu się wielu rzeczy nie zauważa. Nie mówiąc już o tym, że, zgodnie z bardzo mądrą metodą learning by doing, sam widzę, jak przez te ponad dwa lata rozwinęły się nasze umiejętności pisania wierszy (bo to głównie piszemy, pewnie dlatego, że szybciej idzie). Widzę to tak po sobie, jak i po innych. A ci, którzy piszą i publikują częściej, moim zdaniem naprawdę piszą coraz lepiej.
To tyle. Powodzenia! - głównie w znajdywaniu przyjemności, bo jakbyś nie była dobra, na wiele więcej bym nie liczył. Choć życzę Ci, żebym się w tym ostatnim mylił.
@Cori01 o ile dobrze pamiętam to Pan King przez ponad dekadę by uzależniony od białego proszku... Także wiesz, nie zawsze warto iść ścieżką (dwuznaczność zamierzona) wielkiego pisarza.
@Mila nikt tu nie mówi, o pójściu w jego ścieżkę, tylko o radach które daje. O uzależnieniach też wspomina w tej książce więc nie jest to coś czego się wstydzi
Gdzież więc teraz, mając przed sobą cały ten świat, miałem skierować swe kroki?
Frankenstein, jak twierdzi (a ja się z nią zgadzam) pani Marzena Kwietniewska-Talarczyk, autorka dość ciekawego posłowia do wydania, które czytałem, to książka z kategorii […] o których wszyscy słyszeli, ale mało kto je czytał. Sam zbierałem się do jej przeczytania już od kilku lat i pewnie poczekałbym z tym kolejnych kilka, gdyby nie to, że przygotowuję się do lektury Biednych istot pana Alsadira Graya (ciekawe ile ma twarzy?), a ta książka jest ponoć na Frankenstenie w jakiś tam sposób oparta. I choć już przed lekturą wiedziałem, że Frankenstein to nie ten powołany do życia potwór, ale jego twórca – ten, który go do życia powołał, to i tak miałem przecież przed oczami obrazek z ucharakteryzowanym panem Borisem Karloffem , tak silnie ten motyw został przemielony przez popkulturę. Pani autorka natomiast w swojej książce nie opisuje dokładnie wyglądu potwora (w przeciwieństwie do przyrody – tak szwajcarskiej, jak i angielskiej, choć daleko jej w tym jeszcze do pani Orzeszkowej).
Zabierając się do lektury nie bardzo wiedziałem czego się po niej spodziewać, choć czułem swego rodzaju ekscytację, bo lubię śledzić to, jak powstawały i jak później rozwijały się motywy literackie. Zresztą sam Frankenstein (którego podtytuł brzmi Nowoczesny Prometeusz) również nie jest niczym nowym, a, ni mniej ni więcej, tylko opowieści opartą na micie o Prometeuszu (tylko że na tej jego części o stworzeniu człowieka, a nie o kradzieży ognia czy przykuciu do skał Kaukazu i całej tej późniejszej historii z wątrobą), o czym zresztą w tym dość ciekawym posłowiu pani Marzena Kwietniewska-Talarczyk również napisała.
Frankenstein to książka z roku 1818, nie ma więc co spodziewać się po niej nowoczesnej, dynamicznej narracji (choć nie jest w odbiorze tak ciężka, jaką być by mogła). Sama opowieść prowadzona jest ramowo (jak twierdzi pani Marzena Kwietniewska-Talarczyk) lub szkatułkowo, jak ja bym to raczej nazwał. Opowieść ta przedstawiona jest w trzech planach narracyjnych – w listach podróżnika Roberta Waltona pisanych do jego siostry, listy te zaś zawierają spisaną przez niego opowieść Wiktora Frankensteina, w której z kolei przedstawiona jest również obszerna relacja z życia demona (jak Frankenstein nazywał stworzoną przez siebie istotę), opowiedziana tego demona własnymi słowami. Pani Marzena Kwietniewska-Talarczyk twierdzi, że pani Shelley nie do końca wykorzystała możliwości, jakie daje taka konstrukcja powieści (z czym również się zgadzam, ale co mogę pani Shelley wybaczyć – wszak Frankenstein ukazał się przed Nędznikami pana Vicotra Hugo, autorzy mieli więc wówczas prawo nie wiedzieć jeszcze jak należy pisać powieści), natomiast od pewnego momentu zupełnie mi to nie przeszkadzało. Tym przełomowy momentem w książce był dla mnie rozdział XI (z dwudziestu czterech), w którym to zaczyna się opowieść stwora. O ile wcześniej miałem do czynienia z opisem wydarzeń, które mocno wpływały na narratora (ach, ta literacka egzaltacja, której w książce nie brakuje!), to mnie pozostawiały jednak wobec tego wszystkiego obojętnym, tak los demona i ultimatum, które postawił swojemu stwórcy zaangażowało nie tylko moją uwagę, ale również emocje. A już największą zaletą drugiej części książki było to, że moje sympatie rozkładały się po równo w kierunku obu wrogów – stwórcy i jego stworzenia. Nie wiedziałem komu w tym starciu mam kibicować (choć teraz, po odetchnięciu i przemyśleniu sprawy, skłaniam się raczej trzymać stronę potwora).
To, co wiedziałem przed lekturą, to liczne interpretacje wskazujące samotność jako główny motyw Frankensteina. Mądrzejszy już po zakończeniu lektury, zgadam się z nimi, choć niekoniecznie w całej ich rozciągłości. Tematów, które znalazłem w książce jest dużo więcej – choćby odpowiedzialność stwórcy za stworzenie (lub szerzej: za własne czyny) czy poszukiwanie przyczyny zła w tym, jak istotę kształtują okoliczności. Choć, jak pisałem wcześniej, momentami przedstawione to wszystko jest trochę niezgrabnie (ale nie jakoś bardzo źle), to lektura zostawiła mnie, tak mi się wydaje, bogatszym o kolejne spojrzenie. A chyba o to w czytaniu książek chodzi. Przynajmniej mnie.
***
Ciekawe w ogóle są też okoliczności tego, że Frankenstein w ogóle powstał. Jest ta historia zarysowana w posłowiu pani Marzny Kwietniewskiej-Talarczyk, a pojawia się w niej angielska bohema literacka tamtych czasów (łącznie z niejakim Georgem Byronem), skandale obyczajowe, konkurs (albo zakład). I chyba trochę nudy (albo innego zblazowania).
Wyszłam z domu, bo nie miałam co czytać i w sklepie z używanymi rzeczami trafiłam na tę książeczkę. Okładka i tytuł zwiastowały fascynującą lekturę, więc nie wahałam się zbytnio.
I tak, to było fascynujące, takie fascynujące jak rozmowa z dawno niewidzianą ciotką na imieninach babci, kiedy wszyscy znaleźli innych rozmówców i popatrują na ciebie ze współczuciem, bo wiedzą co przeżywasz.
A ty siedzisz przy stole i dowiadujesz się od cioci, że Jan Paweł II był wielkim człowiekiem, że ciotka w dzieciństwie widywała anioły, a jako dorosła miała wizję Urbana w piekle, że Kościół jest wspaniałą instytucją, ale rozwody to powinny być wydawane od ręki, że kobiety głupie poświęcają dzieciom mało czasu (wtedy dzieci zostają narkomanami), a te mądre śpiewają dzieciom kołysanki, że najlepszą polską piosenką jest Pamiętasz była jesień, a największą gwiazdą piosenki Janusz Gniatkowski i że seks w peerelu był beznadziejny, ale niektóre koleżanki dawały swoim mężom do czytania Wisłocką i tylko te były zadowolone z życia - tu ciotka zaczyna chichotać, bo koniaczek zaczyna działać, a ty z jednej strony chcesz uciec, a z drugiej strony nie możesz się oderwać.
Ja zaufam Koleżance i o książce pewnie zaraz zapomnę, ale opis naprawdę jest kapitalny. Może i miał rację @CzosnkowySmok, kiedy twierdził, że warto czytać tylko opisy książek z niską oceną?
Swoją drogą, to zastanawiam się czy Koleżanka nie dostanie po tym wpisie kolejnego maila od jakiegoś rzecznika autorki? @KatieWee tamta poprzednia historia miała jakiś dalszy ciąg?
"Złodziej" to historia Lockena - samotnego złodzieja z Dolnej Dzielnicy, funkcjonującego w mieście kontrolowanym przez Kuźnicowców i ich wszechobecną Gildię. To świat, w którym władza, religia i technologia mieszają się w duszną, opresyjną całość, a każdy, kto próbuje działać poza systemem, szybko staje się celem. Locken gra na własnych zasadach, nie należy do gildii złodziei, przyjmuje zlecenia po swojemu i okrada tych bogatych, których chce. Jest samotnikiem, choć w pewnym momencie dołącza do niego chłopiec, któremu wcześniej pomógł uniknąć kary za kradzież jedzenia. Jest pojętnym uczniem, a do tego potrafi odwracać uwagę i prowadzić rozeznanie, co w fachu złodzieja jest niezwykle ważne.
To, co w tej książce działa najlepiej, to klimat. Miasto jest brudne, ciężkie, opresyjne - czuć tu inspirację estetyką Thiefa i to od pierwszych stron. Skradanie się, cień, napięcie, poczucie bycia obserwowanym - wszystko to buduje bardzo fajną "złodziejską" atmosferę.
Locken jako bohater też się broni - jest samotnikiem i to czuć, nawet gdy do jego paczki dołączają kolejne osoby. Działa instynktownie, ale nie jest pozbawiony zasad. Inni bohaterowie też są fajnie napisani, od chłopaka, przez kurtyzany i praczki, po czynszownika, który szantażuje Lockena ujawnieniem jego profesji straży miejskiej.
To co nie gra, to moim zdaniem paranormalne zjawiska i stwory. Domyślam się, że musiały zostać tu wplecione dla uniknięcia plagiatu, ale są bardzo źle napisane. Instynkt Garetha, tzn. Lockena średnio mu pomaga, bo ujawnia się w oczywistych sprawach, a w tych, w któych serio może pomóc - milczy. Dziecioszczury w kanałach wydłużają książkę o 2 akapity, może pół strony i nic więcej. Nie odgrywają żadnej roli, nawet nie walczą z Lockenem, po prostu go spowalniają w trakcie akcji, która nie jest na czas. Nie podoba mi się tez upływ czasu - liczony oddechami Lockena, żadnych zegarków, żadnych oznaczeń dni. Tu autor mógł się bardziej postarać. Na plus jedynie amulety, ale to dość nieistotny wątek w całej książce, może w kolejnych tomach zyskają na sile.
Nie da się jednak uciec od kontrowersji wokół tej książki. Inspiracja światem gry Thief jest bardzo bardzo bardzo wyraźna - na tyle, że momentami trudno nie odnieść wrażenia, że to coś więcej niż tylko luźne nawiązanie. Nawet jeśli ostatecznie zmieniono imię bohatera i pewne elementy świata, a fabuła jest niezwiązana, to niesmak trochę zostaje. To jedna z tych sytuacji, gdzie czytelnik sam musi zdecydować, czy traktuje to jako hołd, inspirację czy coś więcej.
Fabularnie to solidna przygodowa historia, choć raczej bez większych zaskoczeń. Wątek artefaktu i ucieczki przed konsekwencjami działa, ale nie wychodzi poza dobrze znane schematy. Największą siłą pozostają klimat, świat - miasto, bohaterowie, a mniej sama intryga. Fabularnie pierwsza połowa książki urywa tyłek. Czytałem ją, jakbym grał w grę, tak potrafiła mnie porwać. Ostatniego Thiefa zrobiłem na 100% zaglądając w każdy zaułek i do każdej szuflady i tak się czułem czytając pierwsze rozdziały "Złodzieja". A później fabuła siada i to wyraźnie, a szkoda, bo potencjał był ogromny.
To dobra książka fantasy z bardzo wyraźną tożsamością - choć nie do końca własną. Jestem ciekaw, jak wypadną kolejne tomy.
Książka opowiada o radzieckich polarnikach transportujących paliwo do stacji badawczych na Antarktydę. Bardzo ciekawie są tu opisane warunki z jakimi się zmagają, niewyobrażalne mrozy, zimno aż czuć z kartek książki! Czytając można zdać sobie sprawę ile radości może dać człowiekowi ciepła herbata, czy kilka godzin w śpiworze. Wiele rozdziałów to opis teraźniejszości lub przeszłości z życia każdego bohatera z osobna, niektóre są weselsze, drugie smutniejsze i każda chwyta za serce, czyta się to bardzo przyjemnie i można się zżyc z bohaterami.
Książka dedykowaną dla osób które chcą treningiem siłowym wzmocnić się pod swoją "docelową" dyscyplinę i równoważnie się rozwijać siłowo. Bo jak wiadomo, jesteśmy tak silni, jak nasze najsłabsze ogniwo.
Głównie szukałam tu informacji o pliometrii i ją znalazłam.
Autor ma całkiem dobre podejście, choć nie ze wszystkim w 100% się zgadzam. Jeśli ktoś się gubi w rozwoju na siłowni a zależy mu na takim zrównoważonym rozwoju całego ciała - może tu się odnaleźć.
Sporo zdjęć, wyjaśnień do danych ćwiczeń (jak i progresji i regresji danego ćwiczenia) oraz dostęp do nagrań wideo.
“Jeśli tylko w grę wchodziła sprawiedliwość, to czymże było poświęcenie własnego życia?”
Kilka(naście?) lat temu przeżywałem fascynację kinem dalekowschodnim, głównie koreańskim i hongkońskim. Wówczas zetknąłem się z wuxia - popularnym nurtem zarówno literackim jak i filmowym w Chinach i Hong Kongu. Są to historie opowiadające o losach mistrzów sztuk walki często obdarzonych nadzwyczajnymi zdolnościami, ignorujących prawa fizyki. Ojcem tego gatunku w kinematografii jest Tsui Hark - reżyser, scenarzysta i producent znany m.in. z takich klasyków jak “Dao” z 1995 roku, czy serii “Dawno temu w Chinach” z Jetem Li. Mniej popularną, przynajmniej w Polsce, jest trylogia o “Swordsman” o Dongfang Bubai, dla której inspiracją była powieść “The Smiling, Proud Wanderer” autorstwa niejakiego Louisa Cha Leung-yung. Natomiast jedynym tytułem tego autora dostępnym w języku polskim były właśnie “Narodziny Bohatera” opublikowane pod pseudonimem Jin Yong.
Ale do rzeczy.
Niech nikogo nie zmyli reklama na okładce, to nie jest żaden chiński “Władca pierścieni”, tylko wuxia pełną gębą. Książka trzyma się konwencji wręcz perfekcyjnie. Fikcyjne wydarzenia wplecione zostały w tło historyczne średniowiecznych Chin i Mongolii, a dokładniej w czasy panowania dynastii Jin na północy (1115–1234) oraz Song na południu (960–1279). Na szczęście w przypisach zawarto objaśnienia dotyczące licznych wydarzeń i postaci historycznych oraz niektórych elementów kulturowych.
Narracja może wydać się zbyt gwałtowna i chaotyczna dla europejskiego czytelnika, ale to też jest specyfika gatunku wynikająca z różnic kulturowych i odmiennego systemu wartości. Narodziny Bohatera są opowieścią o zdradzie, zemście i honorze, jednak nacisk położony jest na zupełnie inne elementy. Czas często staje w miejscu aby wspomnieć wydarzenia z przeszłości, chwalebne bitwy, dawnych mistrzów czy szkoły walki. Honor jest wszystkim, a raz dane słowo napędza całą fabułę opowieści. Dobro vs zło zastąpione zostaje przez lojalność vs zdrada. Magią nie są kule ognia, tylko nadprzyrodzone umiejętności wypracowane przez lata treningu tajemnych technik. Nie mogło oczywiście zabraknąć dramatycznych pojedynków barwnych postaci o niezwykłych umiejętnościach i testów “wewnętrznej siły”. W tym świecie walki nie są jednak realistyczne, gdyż nie stanowią wyłącznie narzędzia przemocy, a stają się formą sztuki, co podkreślają malownicze nazwy stosowanych technik np. “cios jadowitego smoka wylatującego z jaskini”, “biała rosa przekraczającą rzekę”, “jesienny wiatr zamiatający liście”, czy “dym z kadzidła unoszący się w niebo”. Hołdując formie gdzieniegdzie wplecione zostały również elementy poezji i humoru.
Dawno nie wciągnąłem żadnej powieści z taką lekkością (to zapewne zasługa “techniki lekkiego ciała” hehe) bawiąc się przy tym wybornie. Jeśli komuś podobały się dwie pierwsze części “Swordsmana” lub “Dao” Tsui Harka, poetycki “Hero” z Jetem Li (do dziś chyba najpiękniejszy wizualnie film jaki miałem przyjemność oglądać) albo nawet skrojony pod zachodniego widza “Przyczajony tygrys, ukryty smok” to również i tą ksiązkę serdecznie polecam.
#czytelniczebingo - książka autora z Dalekiego Wschodu - spośród kilku posiadanych pozycji pasujących do tej kategorii chciałem wybrać coś baaardzo azjatyckiego i chyba bardziej się nie dało
Pod kątem literackim polecam też gatunki bardziej fantastyczne, ale wywodzące się z Wuxii - czyli Xianxia (仙侠) i Xuanhuan (玄幻).
Pierwszy rozszerza "fantastyczność" świata z mistrzów sztuki walk na "magiczne" ścieżki poszukiwania nieśmiertelności wywodzące się z taoizmu i buddyzmu - dla chętnych spróbowania polecam Er Gena i jego "I Shall Seal the Heavens" (jak lubisz pozytywnych bohaterów) oraz "Renegade Immortal" (jak lubisz bohaterów którzy mają swoje zasady i się w tańcu nie pi⁎⁎⁎⁎lą).
Drugi, robi to samo - tylko zrywając z tradycją i traktując tradycję jako sugestię to wymyślenia własnych założeń, luźno inspirowanych chińską mitologią (albo i nie, bo sporo też czerpie pomysły z "zachodniego" fantasy, krzyżując je z typowymi dla Chin formami). Tutaj ciężko wymienić jakieś "wejściówki" bo tematyka jest duuużo szersza, ale od siebie mogę polecić "Coiling Dragon" Wo Chi Xi Hong Shiego (dosłownie "I eat tomatoes", pseudonimy literackie niektórych autorów to jazda bez trzymanki), "Lord of Mysteries" Ai Qian Shui De Wu Zei (Cuttlefish That Loves Diving, mówiłem że jazda bez trzymanki), "Warlock of the Magus World" Wen Chao Gonga (ale tylko jak nie przeszkadza Ci książka z perspektywy złola w której dobro nie wygrywa) czy "Douluo Dalu"/"Soul Land" Tang Jia San Shaoego.
Tylko muszę nadmienić że większość z nich jest dostępna w formie WebNoveli które są popularną formą w państwie środka - przez co czytanie na papierze raczej nie wchodzi w grę. I to będzie czytanie po angielsku bo z ograniczonymi wydaniami papierowymi, nie ma też zbytnio tłumaczeń na inne języki. Także byłaby to raczej lektura na tablecie/telefonie/czytniku. Swoją drogą większość Wuxii też jest w takiej formie, a nie na papierze - bo cenzorzy luźniej traktują mniej tradycyjne twory niż drukowane książki.
A i nawiązując do Twojego wrzutu z trailerem obrazującym jak wygląda Wuxia skierowana do Chińskiego widza, to Xianxia skierowana na własny rynek wygląda tak:
Dwór polski dążył do samowystarczalności, dlatego prowadzenie takiego gospodarstwa nie było proste. Korzystano z doświadczeń przodków, ale jednocześnie starano się poszukiwać nowych rozwiązań.
Panie domu często zakładały zeszyty, w których zapisywały interesujące przepisy na bardziej wyszukane potrawy, a także sposoby radzenia sobie z chorobami, plamami, robactwem i innymi szkodnikami. Takie zeszyty były i do dziś bywają przekazywane z pokolenia na pokolenie, najczęściej w linii żeńskiej.
Przykładem takiego zbioru jest wydana w zeszłym roku książka Szparagi solić, krety gubić, która powstała w rodzinie Morawskich z Jurkowa w Wielkopolsce. Przepisy poprzedza krótka opowieść o losach rodziny w XIX wieku, nakreślona przez jedną z potomkiń.
Książka jest bogato ilustrowana i choć jej treść stanowią głównie przepisy kulinarne oraz inne porady, dziś już nie do końca przystające do naszych realiów, pozostaje bardzo ciekawa. Zabrakło mi jednak szerszego komentarza edytorskiego – na przykład wypowiedzi historyka, który umieściłby ten zeszyt w szerszym kontekście dziejów regionu czy historii życia codziennego.
To reportaż, który zamiast skupiać się na technologii czy polityce, oddaje głos ludziom - żołnierzom i cywilom, którzy faktycznie znaleźli się w samym centrum prób nuklearnych. Dynowski prowadzi czytelnika przez miejsca takie jak Nevada, atol Bikini, Nowa Ziemia czy Kiribati, pokazując nie tylko przebieg testów, ale przede wszystkim ich skutki dla zwykłych ludzi. To historia weteranów wysyłanych w stronę wybuchów, mieszkańców żyjących pod radioaktywnymi chmurami i rodzin, które przez pokolenia mierzyły się z konsekwencjami tych eksperymentów
Największą siłą książki jest jej perspektywa. To nie jest "wielka historia" zimnej wojny, tylko opowieść o tym, jak decyzje podejmowane na najwyższych szczeblach krajowych przekładały się na konkretne życie i zdrowie ludzi. Szczególnie mocno wybrzmiewa fakt, że wielu z nich brało udział w testach bez świadomości realnych konsekwencji - wykonywali rozkazy albo po prostu żyli w miejscach, które znalazły się na drodze radioaktywnego opadu. Oczywiście możemy próbować bronić rządy, że nikt nie znał konsekwencji i po to były testy, żeby je zrozumieć, ale to tym badziej nadaje książce bardzo ciężki, momentami wręcz przytłaczający wymiar.
Podobało mi się też to, że Dynowski dobrze balansuje między historią a reportażem. Mamy tu tło - Projekt Manhattan, wyścig zbrojeń, napięcia zimnej wojny - ale to wszystko jest tylko ramą dla ludzkich historii. Dzięki temu książka działa bardziej emocjonalnie niż klasyczne opracowanie historyczne i zostaje w głowie na dłużej.
To dla mnie bardzo solidne wprowadzenie do tematu. Pokazuje różne miejsca, różne grupy ludzi i różne konsekwencje testów nuklearnych, dzięki czemu daje szeroki obraz problemu. Jednocześnie nie jest to książka wyczerpująca temat - raczej dobry punkt wyjścia, który zachęca, żeby dowiedzieć się więcej. Bardzo dobry reportaż, który uświadamia, jak wysoką cenę za "postęp" i "bezpieczeńśtwo" zapłacili ludzie, o których często się nie pamięta.
@Dziwen Mi się podobało, ale tak jak napisałem, ta książka to tylko punkt wyjścia.
Właściwie nie ma tu nic o radzieckich testach po za Tzar bombą, ale też jest wspomniana tylko jako straszak i nie ma relacji rosjan biorących udział w jej tworzeniu czy testowaniu. Może po prostu nie ma i nie było dostępu do tych ludzi i informacji.
Autorka opowiada o swoim dzieciństwie i młodości w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych w Belgradzie. Tworzy poetycką mapę powiązań rodzinnych, traum, bólu, trosk, straconych szans i rozlicza się ze sobą i swoimi uczuciami.
Trzeci tom sagi Blackwater wyraźnie zmienia ton całej historii. Po dwóch częściach, które były bardziej obyczajową kroniką rodziny Caskeyów z ledwie zarysowanym elementem niesamowitości, "Dom" w końcu idzie w stronę pełnoprawnego horroru. Relacje rodzinne nadal są ważne, ale tym razem to, co ukryte pod powierzchnią - natura Elinor i związane z nią zjawiska - zaczyna wychodzić na pierwszy plan. Atmosfera gęstnieje, a czytelnik dostaje w końcu więcej konkretów dotyczących tego, z czym tak naprawdę ma do czynienia.
Największą zaletą tej części jest właśnie to przesunięcie akcentów. W końcu pojawia się groza - nie tylko sugerowana, ale realnie obecna (wręcz namacalna) w wydarzeniach i zachowaniach bohaterów. McDowell zaczyna odsłaniać karty, pokazując bardziej nadprzyrodzoną stronę historii, co świetnie współgra z tym, co było wcześniej tylko delikatnie sygnalizowane. Tytułowy dom zaczyna żyć własnym życiem, sprawiając, że horrorowy element zyskuje kolejny wymiar. Całość sprawia, żę książka zyskuje zupełnie nową energię i dużo bardziej angażuje czytelnika.
Jednocześnie czuć, że tym razem warstwa horrorowa wypada lepiej niż obyczajowa. Relacje rodzinne i konflikty nadal są obecne, ale momentami wydają się mniej interesujące niż to, co dzieje się obok w sferze nadnaturalnej. To trochę odwrócenie sytuacji z poprzednich tomów, gdzie to właśnie saga rodzinna była na pierwszym planie.
To zdecydowanie najmocniejsza część serii do tej pory - taka, która w końcu spełnia obietnicę ukrytą w pierwszych tomach i pokazuje, dokąd ta historia naprawdę zmierza. Nie mogę się doczekać 4 tomu.
Ta książka to świetny przykład na to, jak można rozwijać znane uniwersum bez ciągłego kręcenia się wokół tej samej postaci. Zamiast kolejnej przygody Bonda dostajemy historię Felixa Leitera - byłego agenta CIA, który przez lata funkcjonował trochę w cieniu 007. Tym razem to on trafia na pierwszy plan, a fabuła pozwala lepiej poznać jego przeszłość, sposób działania i motywacje. To wciąż szpiegowska intryga z akcją, zagrożeniem i operacjami specjalnymi, ale opowiedziana z innej perspektywy - bardziej kameralnej, mniej ikonicznej.
Bardzo ciekawie wypada też umiejscowienie tej historii w czasie. Benson osadza ją w klasycznej osi wydarzeń znanej z książek Iana Fleminga - pomiędzy "Żyj i pozwól umrzeć" a "Diamenty są wieczne". Dzięki temu czujemy, że to nie jest oderwany spin-off, tylko realne rozszerzenie świata Bonda, które wypełnia lukę gdzieś obok głównej historii. To nie jest opowieść zamiast Bonda, tylko obok niego i to działa zaskakująco dobrze.
Kluczowy jest tu jednak sam Felix Leiter i moment, w którym go poznajemy. To już nie jest ten sam bohater, którego znamy jako partnera Bonda. Po wydarzeniach z wcześniejszych książek jest fizycznie okaleczony, funkcjonuje z protezami i próbuje odnaleźć się na nowo poza strukturami CIA. W tej odsłonie jest bardziej ludzki, mniej niezniszczalny, a przez to ciekawszy. Widać, że to człowiek po przejściach - nie tylko fizycznych, ale też psychicznych, który musi na nowo zdefiniować swoją rolę w świecie.
To właśnie ten aspekt najmocniej wyróżnia książkę. Zamiast typowej historii o superagencie, dostajemy opowieść o kimś, kto nadal jest skuteczny, ale działa z innym bagażem doświadczeń i ograniczeń. Momentami bliżej temu do klimatu noir niż klasycznego Bonda - mniej tu spektaklu, więcej pracy u podstaw, decyzji i konsekwencji.
Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to właśnie do tego, że momentami książka trzyma się jednak bezpiecznych ram gatunku i nie zawsze wykorzystuje w pełni potencjał tej bardziej ludzkiej historii. Ale nawet wtedy czyta się ją bardzo dobrze - głównie dzięki temu, że autor naprawdę rozumie, czym jest to uniwersum i jak można je rozwijać.
To naprawdę udane rozszerzenie świata Bonda, które pokazuje, że czasem najciekawsze historie kryją się nie w centrum wydarzeń, ale tuż obok nich. Druga książka po Q, która mi się bardzo podobała.
Wrzucam też na LC, bo jest to pierwsza opinia w Polsce xD
@crs333 było dodać chociaż ze 3 zdania odczuć. Po co wpisy bez opisu... Bez sensu ten zrzut, bo te posty nic nikomu nie powiedzą o wspomnianych książkach.