Retelling Doktora Jekylla i Pana Hyde’a opowiedziany w formie pamiętników spisanych przez tytułową bohaterkę, młodą służącą pracującą w domu Jekylla.
Parę tygodni temu TVP Kultura przypomniała ekranizację tej powieści. Niestety, natrafiłam tylko na urywek, obiecałam sobie jednak obejrzeć film w całości, zaś przed seansem sięgnąć po literacki pierwowzór.
Mary Reilly należy do tych bardzo rzadkich retellingów/fanfików klasyki, które znacznie przewyższają wartością literacką powieść, do której nawiązują. Doktora Jekylla recenzowałam już kiedyś na Hejto i powtórzę teraz to samo, co wówczas pisałam: chociaż doceniam nowatorski pomysł, to niestety, w dzisiejszych czasach styl Stevensona czyni z tej książki niemiłosierną ramotę. Pani Martin ma znacznie lepsze pióro i nie musiała się zbytnio wysilać, by stworzyć dojrzałą, realistyczną prozę, nie tylko świetnie portretującą życie służby u schyłku epoki wiktoriańskiej, ale też lepiej przedstawiającą postać samego Jekylla.
Przyznam jednak, że paru rzeczy mi w tej pozycji brakowało. Przede wszystkim dusznego, gotyckiego klimatu, który, jak zdążyłam zauważyć, miała ekranizacja. Inaczej został przedstawiony wątek miłosny – w filmie już po obejrzeniu paru minut można się było zorientować, że będzie stanowił główną siłę napędową, w powieści pozostał całkowicie w sferze platonicznej i mam wrażenie, że ucierpiał przez to dramatyzm książki, cały czas podczas lektury spodziewałam się naprawdę dramatycznego finału, który koniec końców nie nastąpił. Z tego względu moja ocena to tylko "dobra", gdyby fabuła była bardziej wyrazista, dałabym pewnie bdb.
Mimo to, uważam Mary Reilly za ciekawą pozycję, godną polecenia, zwłaszcza dla fanów opowieści o życiu służby, jak Służące do wszystkiego, czy (stricte brytyjskich) Downton Abbey albo Schodami w górę, schodami w dół. Wielka szkoda, że zarówno powieść Martin, jak i film z Malkovichem i Roberts zostały niemal całkowicie zapomniane.
Nie jestem fanem biografii chociaż kilka zdażyło mi się w życiu przeczytać, a po tę sięgnąłem szukając jakiegoś czytadła na okres świąteczny, zaintrygowany jej objętością oraz autorem który jak głosiły przypisy był też autorem biografii Steve'a Jobsa. Zastanawiałem się czy nie wziąć właśnie tej pierwszej ale ostatecznie postać Muska wydała mi się ciekawsza do zgłębienia niż Jobs.
Muszę przyznać że bawiłem się przy tej książce naprawdę nieźle, autor unika przynudzania i zgrabnie płynie przez życiorys tego dziwnego człowieka. Jeśli ktoś myśli że Musk to kawał niezrównoważonego psychicznie dupka - to ma rację, a ta książka w sumie to potwierdza pokazując fakty opatrzone nierzadko komentarzami samego Muska i unikając zbytniego podlizywania się najbogatszemu człowiekowi świata. Pod koniec książki znajduje się adnotacja że Musk nie autoryzował, ani nawet nie przeczytał tej książki przed publikacją, co wydaje się niecodzienne biorąc pod uwagę osobistość takiego kalibru, ale wpisuje się doskonale w to jak przedstawia go sama publikacja. Oby tylko autor nie dostał pozwu post factum xD
Jednocześnie wiele razy pada tutaj stwierdzenie że sposób zarządzania i ogólnie bycia Muska przypomina wspomnianego Steve'a Jobsa, który też podobno nie należał do najprzyjemniejszych osobistości. Większość wypowiedzi osób z zaufanego kręgu Muska stwierdza że no może co prawda Elon jest impulsywnym, pozbawionym empatii i lubującym się w chaosie człowiekiem, ale jednocześnie jest on piekielnie skuteczny w osiąganiu nierealistycznych celów i realizowaniu wizjonerskich projektów potrafiąc porwać ludzi i samemu pracując po 20h na dobę przez 7 dni w tygodniu
Książka kończy się w połowie 2023 roku więc jeszcze przed wygraną Trumpa i podrygami Muska w polityce ale po tym co przeczytałem, zupełnie mnie one nie dziwią. Kolejne rozdziały piszą się same, czas pokaże ile jeszcze głupich i mądrych rzeczy popełni ten syn farmera z RPA.
@Mr.Mars No może kiedyś sprawdzę, ale tak jak pisałem biografie nie są moim konikiem, za to się wziąłem bo mi się spodobała objętość i nie bardzo chciałem brać żadnej beletrystyki. Chociaż rzeczywiście czytało się naprawdę spoko więc Isaacson na propsie.
Tytuł: Polowanie na małego szczupaka
Autor: Juhani Karila
Kategoria: fantasy, science fiction
Wydawnictwo: Marpress
Format: e-book
ISBN: 9788375282184
Liczba stron: 338
Ocena: 7/10
Do przeczytania książki zachęcił mnie wpis @Vampiress .
Powieść dotyczy corocznego polowania na szczupaka :-) A serio, to szczupak też tu jest, w sumie to motyw przewodni. Ale oprócz niego znajdziemy cały szereg stworzeń mniej lub bardziej fantastycznych. Sam szczupak tez jest tutaj stworzeniem niesamowitym, a na pewno majacym wielką moc. Mnóstwo tutaj czarów i dziwnych ludzi mówiących gwarą. Powieść trzyma w napięciu i zaskakuje do ostatniej strony.
Wszelkiego rodzaju biografie a tym bardziej autobiografie dotyczące Japonii podczas II wojny światowej są na wagę złota. Mimo ich naturalnego subiektywizmu. Jednak ta "ludzka cząstka" pozwala wczuć się w klimat. O kamikadze prawie każdy słyszał. Na podstawie dokumentów odtworzono ich szkolenie, a nawet wskazywano, dlaczego zakładali hełm. Tutaj jest student, humanista, który pod koniec wojny zostaje lotnikiem. Na skutek postępów Amerykanów zostaje kamikadze i to nie ze swojego wyboru. Autor opisuje walkę z samym sobą podczas lotu. Ten na skutek warunków atmosferycznych nie dochodzi do skutku. Sama książka jest pisana tak z perspektywy 20 lat od opuszczenia murów uczelni. Całość dopełnia wstawki na podstawie dokumentów czy rozmów z dowódcami i lotnikami.
Dlaczego przesłuchałem audiobooka powieści, którą skończyłem czytać parę dni temu?
Dużo dobrego słyszałem o tej superprodukcji, dlatego postanowiłem spróbować. Tylko że mam „mały” problem z audiobookami: bardzo łatwo odpływam myślami i przestaję słuchać, więc potem muszę się cofać, więc mała z tego przyjemność. Uznałem, że warto w takim razie przesłuchać coś, co już znam, dlatego padło na „Niezwyciężonego”.
No i przy słuchaniu pojawił się drugi problem: bardzo dobrze mi się zasypia przy audiobooku. xD
Kończąc ten przydługi wstęp, chciałbym zaznaczyć, że oceniam jedynie realizację nagrania.
Czytała Krystyna Czubówna. Chyba nie muszę już pisać nic więcej?
Jej głos towarzyszy mi, odkąd tylko pamiętam. Głównie za sprawą mojej babci, która uwielbia programy przyrodnicze z nią jako narratorką. Więc sam jej udział w superprodukcji sprawił, że bardzo mi się podobała. A to dopiero początek zalet.
Pozostali lektorzy również świetnie sobie poradzili, chociaż mieli zdecydowanie mniejsze pole do popisu względem pani Krystyny. Mimo to uważam, że wyciągnęli z odgrywanych postaci to, co mogli.
Bardzo podobały mi się wszystkie efekty dźwiękowe towarzyszące. Na przykład kroki robotów schodzących po pochylni „Niezwyciężonego”, oddech biegnącej postaci, deszczu et cetera. Byłem bardzo ciekawski, jak zostanie przedstawiona bitwa „Cyklopa” z „chmurą” i nie zawiodłem się. Tym bardziej, że moje słuchawki mają opcję podkręcenia bassów, więc walka dwóch potęg zrobiła spore wrażenie.
Próbowałem słuchać na soundbarze, jednakże nie był to dobry pomysł i szybko zrezygnowałem - dźwięki trochę się zlewały. To słuchowisko zdecydowanie lepiej jest wysłuchać na słuchawkach.
Jedyną wadą, która sprawiła, że nie wystawiłem najwyższej oceny, jest to, że dźwięki są nierówne. Głos narratorki jest znacznie głośniejszy niż głosy postaci - co ogółem jest fajnym pomysłem, gdy na przykład podczas sceny jeden z bohaterów mówiąc opuszcza pomieszczenie i wyraźnie słychać, że jego głos oddala się od nas. Jednakże często było tak, że gdy panią Krystynę bardzo dobrze słyszałem, to przy dialogach musiałem podgłaśniać, przez co potem narratorka była dla mnie zbyt głośna.
Niekiedy też dźwięki otoczenia również były zbyt głośne i musiałem wytężać słuch, żeby wychwycić wszystkie słowa wypowiadane przez Czubównę.
Bardzo pozytywnie oceniam tę superprodukcję i w przyszłości na pewno sięgnę po kolejne. Wiele dobrego słyszałem o „Wiedźminie”, mimo że projekt nie został jeszcze zakończony. Jednak zdecydowanie wolę czytać niż słuchać - wady bycia wzrokowcem.
PS kolega zbyt późno podsunął mi pomysł, żeby czytać powieść i jednocześnie słuchać audiobooka. xD
Jest sobie Pan Jerzy Górski. Ćpał, chlał, palił wszystko co popadnie od 14 roku życia przez 15 lat, przełom lat 60-80. W końcu dostaje się na prawdziwy odwyk i zaczyna wkręcać się w bieganie w potem w triatlon. Przyjemna pozycja.
[…] toteż ludzie od Calla oczekiwali rozkazów, a pili z Gusem.
Czasami człowiek coś powie, a później głupio już jest się z tego wycofać, no i trzeba ponosić konsekwencje, tak jak na przykład w przypadku Woodrowa Calla, który złożył obietnicę Augustusowi McCrae i słowa musiał dotrzymać, choć to nie miało już żadnego znaczenia. Albo jak ja, kiedy na ostatnim, grudniowym spotkaniu kieleckiego Klubu z Kawą nad Książką wyrwany z rozmowy pytaniem o propozycję na kolejne spotkanie rzuciłem Na południe od Brazos. – „Przecież się nie wylosuje” – myślałem. Ale się wylosowało.
Już kiedyś czytałem tę książkę (cztery i pół roku temu, jak ustaliłem po zakończeniu lektury) i bardzo mi się podobała. Nie pamiętałem co prawda, że jest ona aż tak długa (to zaleta czytania na czytniku – kiedy wyłączy się te wszystkie wskaźniki postępu i widoczność numeracji stron, nie wie się jak dużo jeszcze do końca, więc można się bardziej zagłębić w opowieść), bo gdybym pamiętał, to pewnie wymieniłbym inny tytuł. No ale wymieniłem ten, on się wylosował i przyszło mi po raz kolejny wyruszyć z kowbojami pędzącymi bydło przez całe Stany Zjednoczone. Kolejny raz w towarzystwie Augustusa McCrae, Woodrowa Calla, Jake Spoona, Newta Doodsa, Joshuy Deetsa, P.E. Parkera i innych przyszło mi przebyć drogę spod granicy z Meksykiem aż do granicy z Kanadą i kolejny raz była to podróż fascynująca.
Fabuła tego utworu w zasadzie jest prosta. Dwóch dawnych pograniczników, Woodrow Call i Augustus McCrae po bodaj dwudziestoletniej służbie założyło w Teksasie przedsiębiorstwo handlu bydłem. Być może żyliby tam sobie spokojnie, bo i niewiele się w tym przedsiębiorstwie działo, gdyby w tarapaty nie wpadł ich dawny kompan, Jakie Spoon. To właśnie przybycie Spoona i przyniesione przez niego informacje o dostępie do ziemi w Montanie spowodowały, że Call zdecydował się zebrać bydło, zebrać ludzi i wyruszyć na północ. I tak sobie na tę północ wędrowali.
Ten akapit wyżej to w zasadzie całkiem niezłe streszczenie tych blisko dziewięciuset stron westernu, ale to nie jest wszystko co można w Na południe od Brazos znaleźć. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że Na południe od Brazos westernem nie jest, ja nazwałbym tę książkę raczej powieścią obyczajową osadzoną w estetyce westernu. Bo faktycznie, to co dla mnie wybija się w tej opowieści na pierwszy plan, to wcale nie wydarzenia, ale postaci. Pan McMurtry stworzył je fantastycznie, każdy z bohaterów Na południe od Brazos jest tak krwisty, jak dobry wołowy befsztyk, przy czym od takiego befsztyku sporo jednak żywszy. Na pierwszy plan wybijają się oczywiście Woodrow Call i Augustus McCrae, bo to oni dowodzą całym tym przedsięwzięciem. Ciekawą rzeczą jest to, że o ile o Gusie dowiadujemy się w zasadzie wszystkiego od razu, tak na pełną diagnozę charakteru Calla (wypowiedzianą zresztą ustami Gusa) należy poczekać na koniec książki. W ogóle Calla jest, jak na głównego bohatera, w opowieści mało – wspaniały zabieg, coś jak z Hanibalem Lecterem w Milczeniu owiec. Wspaniały jest też kontrast między tą dwójką, tak bardzo przywodzący mi na myśl kontrast, który znalazłem (albo sobie dopowiedziałem) w postaciach Ala i Ptaśka z Ptaśka pana Williama Warthona.
Postaci w tej książce jest mnóstwo i każda z nich jest jakaś, o każdej można by napisać coś ciekawego (co zresztą autor zrobił – niemal nikt nie pojawia się znikąd, a nawet jeśli się pojawia, jak na przykład Duży Zwey, to ma to swoje uzasadnienie). Każdy z bohaterów ma siłę postaci literackiej przejawiającą się przez jakąś jej słabość z którą sobie radzi (albo w którą ucieka, bo i tak się u pana McMurtryego zdarza). A silne, wyraźne postaci to i silne między nimi relacje. I tego w tej książce nie brakuje. Autor wrzuca kowbojów w rozmaite trudne sytuacje z którymi ci muszą sobie lepiej lub gorzej poradzić, a każda ich decyzja ma swoje konsekwencje. Tak, pan McMurtry zdecydowanie zrobił to bardzo dobrze – tak się, moim zdaniem, powinno pisać powieści.
Ale nie tylko to w tej książce można znaleźć. Można w niej znaleźć również przygodę, można znaleźć co najmniej kilka problemów natury moralnej, można znaleźć sporo niezłego humoru. I można naprawdę poczuć gorąc i suchość południa Stanów Zjednoczonych (ale i mróz północy), a to za sprawą między innymi doskonałego języka jakim jest napisana. Tu ciekawostka – czytałem książkę w polskim przekładzie autorstwa pana Michała Kłobukowskiego, uhonorowanym nagrodą Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich w roku 1991 i kilka rozdziałów przeczytałem w oryginale. Co ciekawe dużo bardziej podeszła mi wersja polska – być może ze względu na to, że ten język jest mi po prostu bliższy. W każdym razie Na południe od Brazos to jedna z tych książek, o których mogę powiedzieć po lekturze „byłem tam”.
Na południe od Brazos jest książką generalnie chwaloną i docenianą, choć spotkałem się z zarzutami w jej kierunku. Przede wszystkim dotyczą one rozwleczonego początku (nie zgadzam się – faktycznie dzieje się tam powoli, ale ma to swój urok) oraz trochę urwanej końcówki (tutaj akurat częściowo się zgadzam – o ile nagłe i niespodziewane wprowadzenie przełomowego wydarzenia ma swoje uzasadnienie, o tle sama końcówka jest napisana bardzo skrótowo i trochę po łebkach; o ile potrafię sobie wyobrazić dlaczego autor napisał to tak a nie inaczej, o tyle czuję lekki niedosyt, bo przyzwyczajony do tego, co zaprezentował mi wcześniej, chciałbym jednak móc poczuć te wydarzenia mocniej i być może warto byłoby je opisać w kolejnym tomie).
Wydaje mi się, że największą zaletą Na południe od Brazos jest to, że można znaleźć w niej tak wiele rozmaitych rzeczy, że wielu osobom coś będzie się podobać. Sam, czytając tę książkę po raz kolejny, zwróciłem uwagę na inne rzeczy niż poprzednio (choć niektóre się pokryły – znów zaznaczyłem sobie ten sam cytat, którym otworzyłem wpis sprzed tych czterech i pół roku). Ja znalazłem takich rzeczy kilka, a najsilniejszą chyba z nich jest pytanie ile chciałbym w sobie Gusa McCrae, a ile jest we mnie Woodrowa Calla. I nad tym właśnie idę się zastanowić, bo mógłbym o tej książce jeszcze pisać i pisać, ale lepiej chyba czytać ją niż o niej.
Bohaterka książki, Wera przeżywa ciemne czasy. Już dawno straciła swój zakład fryzjerski, w którym pracowała całe życie. Teraz zmarł mąż - trzeba zająć się pogrzebem. Tylko za co, kiedy cały skromny majątek już dawno wyprzedany na bazarze?
Bohaterka kreowana przez autorkę na wielce samodzielną i niezależną, mi wydała się odpychającą babą, której nie chciałbym spotkać na ulicy. Bieduje, wyprzedaje wszystko co ma, grzebie po śmietnikach, ale do pracy w innym zakładzie fryzjerskim nie pójdzie - bo nie, ma swoją godność nie będzie na kogoś robiła. Pali skręty z najtańszego tytoniu, na śniadanie obiad i kolacje je cienką zupę z tego co udało jej się zorganizować, ale JEST SILNOM KOBIETOM! Sama książka budzi mieszane uczucia. Ciekawy język, fajnie napisana, krótkimi, celnymi zdaniami, pełna refleksji do rzeczywistości. Wulgarna i cięta momentami, innym razem nawet zabawna. Niestety zgrzytają wstawki z lesbijskimi podbojami naszej Wery, które są co najmniej niesmaczne, zwłaszcza ostatnia przygoda z Heleną.
Ocena trochę naciągnięta. Ciekawe przeżycie, ale raczej nie wrócę do tej książki.
"Tylko na ziemię zawsze możesz liczyć. Piach wyleczy z każdej choroby. W piach pójdziesz i jak ręką odjął"
Historia grupy chłopców, którzy po dostaniu się na bezludną wyspę, muszą ustanowić zasady i swoje małe społeczeństwo. Szybko wychodzi na wierzch paskudna natura większości.
Ciekawe i dość zwięzłe przedstawienie trudnych zależności międzyludzkich. Osobiście wolę dłuższe formy.
Stary dobry "Habek". Sama książka ma jakieś 160 stron, ale autor "upchnął" rozgrywkę polityczną jako wstęp do tytułowej bitwy. Jest on konieczny z uwagi na Kleopatrę. Następnie jest historia rzymskiej sztuki wojny na morzu. Ci na początku nie byli chętni z uwagi na przesądy, jednak konieczność rodzi pomysłowość i tak narodził się "kruk", czyli coś, co dzisiaj można nazwać rampą do abordażu. Udoskonalony taran jak i "parasol" chroniący przed pociskami również znalazł swoje miejsce. W kwestii manewrów starano się niszczyć wiosła wroga i dokonać przejęcia jednostki. Sama bitwa nie była spektakularna raczej powolną agonią i tak słabnącej z racji dezercji i nieprawomyślności armii Marka Antoniusza. No i zabranie na bitwę Kleopatrę to nie był zbyt dobry pomysł. Sam Antoniusz i Kleopatra ostatecznie zostali "wymanewrowani" przez Oktawiana Augusta, który ostatecznie pozbawiał swoich oponentów strefy wpływów. Tak więc Juliusz Cezar został pomszczony wraz z rozszerzeniem rzymskiej strefy wpływów na całym Morzu Śródziemnym.
"Męczennik" autorstwa Kaveha Akbara to ambitna, literacko gęsta powieść, która próbuje opowiedzieć nam coś więcej niż tylko historię jednego bohatera. To książka o sensie i pustce, o potrzebie nadania znaczenia życiu, cierpieniu i śmierci, a także o sztuce jako sposobie radzenia sobie z traumą.
Głównym bohaterem jest Cyrus Shams - queerowy, irańsko-amerykański poeta, świeżo po wyjściu z alkoholizmu, obciążony tragiczną historią rodzinną. Śmierć matki w katastrofie lotniczej, skomplikowana relacja z ojcem oraz poczucie kulturowego i egzystencjalnego zawieszenia sprawiają, że Cyrus nieustannie krąży wokół pytania: jak odnaleźć sens życia w świecie pełnym bólu? Próbuje dowiedzieć się czy śmierć (własna lub cudza) może ten sens w ogóle nadać.
Najmocniejszą stroną powieści jest język. Akbar, jako poeta, świetnie radzi sobie z obrazami, metaforą i introspekcją. Wiele fragmentów jest pięknych, gęstych znaczeniowo i zapadających w pamięć. Jednocześnie jednak ta poetyckość bywa problematyczna - książka często sprawia wrażenie przegadanej, a narracja momentami rozmywa się w strumieniu myśli, skojarzeń i idei.
Doceniam odwagę w podejmowaniu trudnych tematów: uzależnienia, żałoby, tożsamości płciowej i życiowej, religii, przemocy symbolicznej i rzeczywistej. Problem w tym, że fabularnie "Męczennik" bywa mało angażujący a momentami nawet męczący. W niektóych momentach autor zapomina, co zadeklarował się napisać, a książka zaczyna przypominać bardziej esej filozoficzno-poetycki niż spójną powieść, przez co tempo siada, a emocjonalne zaangażowanie słabnie. Pozytywnie wypada tu też wątek queerowy, który nie jest bez sensu, tylko po to, żeby podkreślić 1 cechę bohatera, a podkreśla rozdarcie bohatera.
Dla mnie to książka mocno pomiędzy: z jednej strony inteligentna, ambitna i momentami poruszająca, z drugiej nierówna, chaotyczna i chwilami męcząca. Czuć, że autor ma bardzo dużo do powiedzenia, ale nie zawsze potrafi nadać temu klarowną strukturę, której oczekuje czytelnik.
Rok zaczynam od złota. Miks kryminału z wciągającą zagadką i dwójką ciekawych śledczych, oraz fantasy ze świetnie wykreowanym, intrygującym światem.
Zaczyna się od trupa, który zginął bo wyrosło z niego drzewo. W świecie, który jest gdzieś na poziomie średniowiecza, ale z bardzo rozwiniętą biologią. Wszczepy zwiększające na różne sposoby fizyczne i psychiczne możliwości ludzi, grzyby filtrujące powietrze, rośliny chroniące posiadłości, przez które przejść mogą tylko posiadający specjalny klucz feromonowy itd. W Imperium otoczonym kilkoma warstwami murów sięgających do morza, z którego co roku podczas pory deszczowej wychodzą gigantyczne, opancerzone potwory zwane lewiatanami.
Nasz trup oczywiście okazuje się być ofiarą morderstwa i prowadzi do większego spisku, politycznych intryg i kolejnych morderstw. A śledztwo prowadzą Din - asystent dla którego to pierwsza poważna sprawa, zmodyfikowany tak, że potrafi idealnie zapamiętać wszystkie szczegóły tego co widzi, słyszy, czuje. Oraz doświadczona inspektorka Ana Dolabra, która jest błyskotliwa, ale cierpi na nadwrażliwość na bodźce, więc zajmuje się głównie myśleniem.
Wszystko mi się tu podobało i nie mogę się doczekać kolejnego tomu.
A jako że to wydał MAG to tradycyjnie karny k⁎⁎as. Tym razem nie ma literówek i błędów gramatycznych, a zamiast tego częsty brak enterów przy dialogach tak, że wypowiedzi kilku osób zlewają się w jeden akapit. xd
@Hilalum ja bym to zaznaczył bardziej jako nietypowy system magii lub technologia Bo to kategoria, w której jest niewiele książek i będzie trudniej coś znaleźć niż kryminał bez detektywa.
Książka mi się mega podobała, czytałem i w orygniale i po polsku, teraz czekam na tłumaczenie 2 tomu.
@Hoszin nie no sprawa z tej książki jest wyjaśniona, a w kolejnych będzie na pewno rozwój bohaterów i świata. A część druga wychodzi w marcu więc długo nie będziesz czekał.
Tytuł: Kochanek Sybilli Thompson. Fantazja przyszłości w trzech aktach
Autor: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
Kategoria: dramat
Liczba stron: 80
Ocena: 7/10
W tym dramacie z 1926 roku Maria Pawlikowska-Jasnorzewska opisała fascynującą wizję przyszłości - a dokładniej lat siedemdziesiątych, kiedy powojenna Europa jest pod politycznym i kulturowym władaniem Chin.
Sybilla, której młodość przypadła na lata dwudzieste, nie jest w stanie przyzwyczaić się nie tylko do swojej starości, ale też do świata, w którym przyszło jej żyć.
Postanawia poddać się zabiegowi odmładzania i próbuje odnaleźć się w świecie ludzi, którzy nie chcą i nie potrafią kochać, płakać i nie znają gradu, burzy i tęczy. Okazuje się jednak, że młodość i piękno nie gwarantują szczęścia.
Marię Pawlikowską-Jasnorzewską większość zna jako poetkę, twórczynię małych i uroczych drobiażdżków - ale była też uzdolnioną malarką i twórczynią dramatów stawianą w jednym rzędzie z Zapolską czy Witkacym.
Zawsze zaskakuje mnie jej poczucie humoru - subtelne i nieco absurdalne, jej umiejętność zestawiania kontrastów i opisywania małych gestów.
Polecam!
Czytelnicze bingo: SF, w którym technologia jest moralnym problemem
Większa część akcji powieści dzieje się mniej więcej równolegle względem wydarzeń początkowej trylogii Herezji Horusa. Po trzymającej w napięciu Ucieczce Eisensteina Fulgrim przynosi zmianę tempa. Zaczyna się powoli, najpierw poznajemy specyfikę pasażerów Dumy Imperatora (okrętu flagowego Legionu Dzieci Imperatora), którymi okazują się nie tylko wojownicy, ale też historycy i wszelkiem maści artyści: malarze, rzeźbiarze, a nawet światowej sławy kompozytorka oper! Wszystko dlatego, że doktryną Dzieci Imperatora jest dążenie do doskonałości i dotyczy ona zarówno zagadnień militarnych, jak i artystycznego piękna. Napięcie stopniowo tężeje, zepsucie postępuje, a narracja coraz bardziej zaczyna przybierać formę gotyckiego horroru. Elementy grozy niestety nie zawsze wprowadzone zostały umiejętnie i momentami zalatują kieszonkowym horrorem w stylu Grahama Mastertona. Sam Fulgrim okazał się zaś postacią na wskroś tragiczną, postawioną przed niemożliwymi wyborami i targaną sprzecznymi uczuciami, a także największą drama queen wśród dotychczas poznanych prymarchów. Bezgranicznie arogancki gnojek, ale mimo wszystko trochę szkoda chłopa.
Spoglądając na nazwisko autora można zauważyć pewną prawidłowość. Spod pióra Grahama McNeilla po raz wtóry wyszła powieść być może mniej spektakularna, ale niezmiernie istotna dla kształtu uniwersum, gdyż nie będąca w swej istocie epicką przygodą, a tragicznym studium upadku wielkiego przywódcy.
Taki mix autobiografii z książką dotyczącą językoznawstwa. Bralczyk bierze jakiś aspekt swojego życia, wybiera z niego konkretny wyraz, który następnie za pomocą przykładów, wskazuje jak należy go używać. Lepsze to niż czytanie kolejnej akademickiej cegły.
Tytuł: Coś tu śmierdzi. Nauka, która wrze, bulgocze i wybucha
Autor: Adam Mirek
Kategoria: literatura młodzieżowa
Wydawnictwo: Znak Emotikon
Format: książka papierowa
ISBN: 9788383679518
Liczba stron: 288
Ocena: 8/10
Prywatny licznik: 2/48
Książka ta, podobnie jak Bebechy i Glutologia, przekazuje wiedzę przy okazji, powiadając tym razem detektywistyczną historię w stylu Scooby Doo. Młody zachwycony. Mirek trzyma poziom. Jedynie spodziewałem się więcej śmierdzących informacji
#czytelniczebingo 2/25 - Świeżaczek - książka wydana w/lub po 2025
When an ass goblin hoots, you know Shit Slaughter is coming.
Dupogobliny prowadzą obóz w pewnej znanej miejscowości, gdzie więzą dzieci. Główny bohater jest jednym z bliźniaków (a jeśli słyszeliście co nieco o obozach koncentracyjnych pewnie kojarzycie, że lubili tam takich). Książka to głównie opis okropieństw, jakie im się dzieją. Takich raczej średnio realistycznych z biologicznego punktu widzenia.
Miało być spoza strefy komfortu, ale na pewno nie dla człowieka, który zarywa nockę, żeby obejrzeć cały sezon Biotoksu. Ale da radę dopasować do innego okienka #czytelniczebingo
Bardzo przygnębiająca książka, w której bohater snuje refleksje nad swoim nieudanym życiem, a tłem jego życia jest wojna o niepodległość Irlandii, druga wojna światowa i wojna o niepodległość Ghany. Samej wojny w tej książce mało, więcej tu wątków obyczajowych, ale to plus, bo są bardzo poruszające i niebanalne.
Tytuł: Niezwyciężony. Na podstawie powieści Stanisława Lema
Autor: Rafał Mikołajczyk
Kategoria: komiks
Wydawnictwo: Booka
Format: książka papierowa
ISBN: 9788395521416
Liczba stron: 236
Ocena: 8/10
Kiedyś przeczytałem, że książki (w tym przypadku komiks) są jak wino. Kolekcjonuje się je po to, żeby czasem przeleżały kilka lat w oczekiwaniu na odpowiedni czas, nastrój czy po prostu okazję. Tak też było z komiksem na podstawie „Niezwyciężonego” Lema - kupiłem go bodaj w 2019 czy 2020 roku, już nie pamiętam, a przeczytałem wczoraj. Dobrze zrobiłem, że wtedy się w niego zaopatrzyłem, ponieważ sprawdziłem i dzisiaj wydaje się być niezłym rarytasem. : D
Rafał Mikołajczyk we wstępie napisał, że po przeczytaniu powieści w czasach nastoletnich stwierdził, że musi koniecznie narysować tę historię. I to zrobił. Widać w komiksie jego fascynację „Niezwyciężonym” - zdecydowana większość dialogów została żywcem wzięta z powieści, ale czy to źle? Po co poprawiać coś, co zostało świetnie zrobione?
Świetne są także rysunki Mikołajczyka, tu już w pełni jego autorstwa. Bardzo estetyczne, oddające surowość i nieprzyjazność Regis III.
Czy poleciłbym komiks komuś, kto nie przeczytał powieści? Trudno powiedzieć.
Przeczytałem go na świeżo po przeczytaniu książki, jednocześnie słucham też audiobooka, więc fabułę mam wciąż w pamięci. Komiks czytało mi się trochę jak streszczenie - to zrozumiałe, że Mikołajczyk musiał wyselekcjonować to, co chce przedstawić i to w taki sposób, żeby całość wciąż była zrozumiała i po prostu dobrze skonstruowana. Jak tak o tym myślę, to nie wydaje mi się, żeby „Niezwyciężony” był wdzięczną historią do przedstawienia w formie komiksu. Dlatego tym bardziej podziwiam autora, że udało mu się dobrze oddać ducha historii.
Ciekawie było poznać to, w jaki sposób ktoś widzi dane kadry i porównać je z własnymi wyobrażeniami.
No i miły smaczek: jednego z naukowców Mikołajczyk narysował na podobieństwo Stanisława Lema. : )
@cyberpunkowy_neuromantyk jest też gra oparta na tej powieści, którą zresztą ograłem przez święta. Całkiem fajnie zrobiona, ale krótka, na nie więcej niż dwa wieczory.