Mnie wciąż zastanawia, po cholerę kupować mocniejszą hulajnogę, skoro da się wyrwać za okolice 500 zł już coś z podstawową amortyzacją z przodu i zasięgiem np. 20 km.
Urządzenie jest niestabilne i ze słabymi właściwościami jezdnymi (zwłaszcza hamowaniem), na chodniku nie można jechać szybciej aniżeli okolice prędkości pieszego (~ 5 km/h), po ulicy, gdzie obowiązuje prędkość dopuszczalna >30 nie można jeździć, pozostają drogi rowerowe, ulice z ograniczeniem do 30 km/h, prywatne dróżki i offroad do którego ten sprzęt słabo się nadaje nawet w konfiguracji za 10k PLN.
Dla dojazdów w mieście obleci wszystko hulajnoga elektryczna za paręset złotych. Dla bardziej wymagających zadań już lepiej inwestować w rower elektryczny, którym można się legalnie poruszać szybciej aniżeli hulajnogą, jest stabilniejszym pojazdem, bezpieczniejszym i z dużo lepszymi właściwościami jezdnymi.
Miałem kiedyś prostą hulajnogę elektryczną sygnowaną przez FIAT i oblatywało to większość potrzeb transportowych. Po zaostrzeniu przepisów, braku możliwości jazdy tym w stanie "po użyciu", straciła dla mnie sens i gdybym miał teraz decydować się na elektyczne UTO, to ładowałbym się w rower elektyczny, ale mieszczący się w granicach 5 tys. zł. Uważam, że droższe to już bezsens dla osób, które nie mają specyficznych wymagań i nie użytkują go ciągle w sposób wyczynowy.