Ponieważ podobno wraz ze @splash545 wygraliśmy poprzednie #nasonety i cZŁOwiek Pajonk mnie wrobił w organizację kolejnej edycji ( ͠° ͟ʖ ͡°) , zatem "otwieram nasz program już" i ogłaszam rozpoczęcie CXXV edycji #nasonety .
Widać, że wyzwania się fajnie, póki co, sprawdzają, więc wrzucam moje wytyczne xD Jest ich siedem, jak u @fonfiego. Oto i one:
1. sonet z tekstem à la disco polo xD
2. sonet popkulturowy, czyli z nawiązaniami do czegokolwiek znanego z popkultury
3. jak był sonet diss to teraz sonet pochwalny na cześć kogokolwiek lub czegokolwiek
4. sonet z suspensem
5. sonet z d⁎⁎ą
6. sonet-pastisz, parodiujący istniejący już sonet/wiersz, któregokolwiek ze znanych poetów (prosimy o podanie we wpisie z czego się śmiejemy-tytul i autora)
7. sonet chaotyczny - bez zasad. np. w jednym utworze mogą być pomieszane różne rodzaje rymów i nie musi być rytmu
Rymujemy #diproposta pod zapronowany przez @splash545 wiersz Tadka Boya Żeleńskiego.
MARZENIE
Myśl o śmierci... bezmiaru żądzy i boleści
Skojarzenie... rozszerza się strachem źrenica,
Gdy pragnieniem drży serce - dziwna tajemnica
Tkwi w tem słowie, co razem i łamie i pieści.
Myśl o śmierci... ach! ileż w swoich głębiach mieści
Uroków i przerażeń - wieczysta krynica
Uczuć drażniących, co swym nektarem nasyca
Duszę znużoną życiem bez celu i treści.
Nie czuć - nie istnieć - nie żyć... co znaczą te dźwięki...
Skąd płynie tych wyrazów mistyczna muzyka?...
Czuję dotknięcie ręki jedwabistej, miękkiej...
Gładzi lekko me czoło i oczy przymyka...
I wszystkie moje myśli, pragnienia i lęki
Gasną, cichną i dziwna rozkosz mnie przenika...
Aktualne wydanie #nasonety trwa do 10 maja 2026 r. Fajnie, żeby było #diproposta , ale nikomu głowy nie urwiemy, gdy warunek nie zostanie spełniony.
Jeśli mój współwygraniec się zgadza, wygra utwor z największą liczbą piorunów. Jeśli u 3 najwyżej punktowanych osób będzie taka sama liczba piorunów, zastrzegamy sobie możliwość wyłonienia zwycięzcy wg widzimisię organizatorów. Jeśli będzie to tylko dwie osoby, to będzie dwóch zwycięzców.
Zatem, rymować, sprośności nie żałować, rymy budować i niczego do szuflady nie chować!
– Nie sądzę – odrzekł Rincewind, mówiąc z własnego doświadczenia – Nie ma pędu powietrza. Kiedy spadasz, czujesz pęd powietrza. Poza tym całe życie przewija ci się przed oczami. A jak dotąd nie zauważyłem jeszcze niczego, co bym rozpoznał.
Ciekawe czy wtedy życie przelatujące przed oczami, to są te wyobrażenia o przeszłości, które mamy? Czy też odpala się wtedy ukryta na co dzień, głębsza część podświadomości i można zobaczyć swoją przeszłość taką jaka była naprawdę?
Kiedy otwierając tę edycję wymyśliłem sobie siedem (słownie: 7) sonetów, z których każdy miał spełniać jedną z siedmiu (słownie: 7) kategorii i do tego wszystkiego wyznaczyłem krótki termin bo tylko do 3 maja czyli, jakby nie patrzeć, do dzisiaj - byłem święcie przekonany, że zabawa zdecydowanie nam się przeciągnie. Jakież było zatem moje zdziwienie, kiedy przed chwilą siadłem do komputera i okazało się, że nie dość, że wszystkie siedem (słownie: 7) zadań zostało przez Państwa zrealizowane, to na dodatek sonetów jest więcej - bo jak kolega @George_Stark zdążył już policzyć jest ich dziewięć (słownie: 9). Muszę przyznać, że wywiązaliście się z zadania celująco. Moje gratulacje!
Niestety przez Waszą nadgorliwość i moją prokrastynację mój sonet, który planowałem sobie na spokojnie "na dniach" dokończyć nie załapie się już do konkursu. No chyba, że się wpasuje w którąś z edycji kolejnych.
No dobrze, ale żeby wyłonić zwycięzcę, musimy teraz przyjrzeć się, jak Państwo sami oceniliście się za pomocą piorunów. Poniżej lista zgłoszonych prac, w kolejności chronologicznej wraz z liczbą otrzymanych głosów:
Combo - by @splash545 ️17
Do moderatora - by @Endrevoir ️11
Wiersz modernistyczny, wysokoartystyczny, w dodatku trzynastozgłoskowy coby punkt pierwszy mieć od razu z głowy - by @George_Stark ️7
Po której stronie Odry leży Gorzów Wielkopolski? - by @George_Stark ️9
Płomienna kita - by @George_Stark ️10
O miłości absolutnie nie romantycznej - by @Evivalarte ️9
Sonet motoryzacyjny, przynajmniej przez trzy strofy - by @George_Stark ️9
Nie ze spiżu to, a z gówna - by @Kaligula_Minus ️17
Pracownia Specjalne Troski - by @George_Stark ️7
Jak widać na powyższym obrazku, najwyżej oceniani uczestnicy zdobyli tę samą liczbę piorunów. Wynik taki nazywamy remisem.
Dlatego jest mi niezmiernie miło ogłosić, że CXXIV (słownie: 124) edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem wygrywają ex aequo koleżanka @Kaligula_Minus wraz z kolegą @splash545.
@splash545 to może sonet zagadka, sonet z tekstem a la disco polo xD, sonet popkulturowy, jak był sonet diss to może sonet pochwalny na cześć (?), sonet z suspensem, sonet z dupą, sonet - pastisz parodiujący istniejący już sonet/wiersz któregokolwiek ze znanych poetów. Będzie tego?
Krótka satyra. Pewien rosyjski urzędnik budząc się zauważa, że z jego twarzy zniknął nos. Ale to nie jest najgorsze, nos ten prowadzi odrębne życie i przechadza się po ulicach petersburga. Bohater próbuje go znaleźć i przytwierdzić na właściwe miejsce.
To nie jest książka, którą da się "opowiedzieć". To raczej doświadczenie - poszatkowane, niespokojne, momentami wręcz odpychające, a jednocześnie dziwnie przyciągające. Cvijetić buduje swoją opowieść wokół Filipa Latinovicia - zbrodniarza wojennego, który wraca do domu po latach i zamiast potępienia dostaje coś znacznie bardziej niepokojącego - status bohatera - symbolu. To punkt wyjścia, ale szybko okazuje się, że fabuła jest tu tylko szkieletem dla czegoś znacznie cięższego.
Największą siłą tej książki jest jej forma. To kolaż: notatki, listy, monologi, urwane sceny, cytaty, powroty do tych samych motywów. Historia nie płynie - ona się rozrywa na kawałki i scala na nowo. I to działa, bo dokładnie tak funkcjonuje pamięć i trauma. Już od pierwszych stron widać, że autor świadomie rozbija narrację, zestawiając różne głosy i porządki - literackie, historyczne i osobiste. Dzięki temu czytelnik nie dostaje jednej wersji świata, tylko chaos, który musi sam uporządkować.
Bardzo mocno wybrzmiewa tu motyw winy. Nie jako jednorazowego aktu, ale jako czegoś, co zostaje z człowiekiem na zawsze. Świetnym przykładem jest obraz "niesienia kości" - przekonania, że każdy powinien dźwigać szczątki tych, których zabił. To jeden z tych fragmentów, które wchodzą pod skórę i zostają tam na długo. Podobnie działa cały wątek powrotu Filipa - człowieka, który sam widzi siebie jako mordercę, podczas gdy społeczeństwo próbuje zrobić z niego symbol.
Ciekawie wypadają też nawiązania do "Zbrodni i kary". Nie są one tylko literackim mrugnięciem oka - raczej próbą przepisania tej historii na realia wojny i współczesności. Raskolnikow u Dostojewskiego mierzy się z winą jednostkową, tutaj mamy winę zbiorową, rozmytą, często wypieraną. To mocne zestawienie, które pokazuje, jak bardzo zmienił się kontekst moralny w ciągu 1 wieku.
Jednocześnie to książka trudna w odbiorze. Brak klasycznej fabuły, ciągłe przeskoki, brutalność obrazów i języka - wszystko to sprawia, że momentami można się od niej odbić. Są fragmenty, które wydają się chaotyczne albo zbyt hermetyczne. To książka, za którą trudno "przepaść", ale od której trudno się oderwać. Jest w niej coś magnetycznego - może szczerość, może brutalność, może fakt, że nie próbuje być wygodna dla czytelnika. To literatura, która bardziej działa niż opowiada i choć momentami męczy, to zostawia po sobie ciężar, którego trudno się pozbyć.
Po raz kolejny musze zganić polską okładkę książki, która jest nijaka. A w porównianiu z oryginalną (2 zdjęcie), wypada blado.
Wpierdzieliłem się w cegłę "Solenoid", której lektura skutecznie wydłużyła mi czas czytania innych książek.
"Długa noc zimowa" to książka, która teoretycznie powinna bardzo dobrze trafić w mój gust: mamy postapokaliptyczny świat, dziwną biologię, resztki upadłej cywilizacji, eksperymenty na ludziach, ruiny, mity, teatr i bohaterów próbujących zrozumieć własną tożsamość. Na poziomie pomysłu jest tu naprawdę dużo rzeczy, które mogłyby złożyć się na mocną, duszną i niepokojącą powieść weird fiction, które lubię. Problem w tym, że sama lektura częściej mnie męczyła, niż wciągała.
Najbardziej podobał mi się klimat. Elizabeth Hand potrafi stworzyć obrazy, które zostają w głowie: laboratorium, Miasto Drzew, zrujnowane przestrzenie, rytuały, dziwne istoty i świat po katastrofie, który nie jest prostym pustkowiem, ale czymś bardziej organicznym, chorym, przerażającym i nieprzewidywalnym. Ciekawy jest też pomysł Wendy jako empaty - osoby stworzonej do przejmowania cudzych traum, która dopiero przez cudze emocje zaczyna uczyć się własnego człowieczeństwa.
Niestety dla mnie to za mało, żeby książka naprawdę zadziałała. Autorka zasypuje czytelnika nazwami, frakcjami, pojęciami, mitologicznymi odniesieniami i fragmentami historii świata, ale zbyt rzadko daje wystarczające oparcie, żeby się w tym wszystkim odnaleźć. Uwielbiam techniczny żargon w książkach postapo i wszystkie aspekty tego, jak doszło do katastrofy. A tu często miałem wrażenie, że zamiast odkrywać świat, muszę się przez niego przedzierać. To nie była dla mnie przyjemna tajemnica, tylko chaos, który utrudniał immersję.
Za zbędne uznałbym nadmierne komplikowanie wszystkiego: mitologii, języka, struktury świata i symboliki. Niektóre elementy brzmią ciekawie same w sobie, ale nie zawsze pracują na emocje albo fabułę. Momentami miałem poczucie, że książka bardziej chce wyglądać na głęboką i niejednoznaczną, niż naprawdę prowadzić czytelnika przez mocną historię. Przez to nawet dobre sceny tracą siłę, bo giną w nadmiarze ornamentów.
Największym problemem było dla mnie to, że trudno było się emocjonalnie przywiązać do bohaterów. Wendy i Rafael mają ogromny potencjał, ale ich historia zbyt często znika pod warstwą symboli, wizji, rytuałów i dziwności dla samej dziwności. Lubię literaturę wymagającą i nieoczywistą, ale tutaj zbyt często czułem dystans zamiast zaangażowania. A szkoda, bo potencjał był na prawdę niezły.
Książka z bardzo ciekawym światem i kilkoma świetnymi pomysłami, ale zbyt chaotyczna, przeładowana i nieprzejrzysta, żeby naprawdę mnie porwać. Zamiast hipnotycznej, postapokaliptycznej opowieści dostałem powieść, która miała duży potencjał, ale za często sama sobie przeszkadzała.
Książkę wygrzebałem na dysku z paczki setek PDFów i zachęciła mnie bardzo skrajnymi ocenami na LubimyCzytać.
Od jutra będę w szpitalu. Z tego względu nie będzie newsów książkowych przez kilka dni. Znając moje szczęście, to w tym czasie George R.R. Martin ukończy "Wichry zimy", Jacek Piekara zakończy Cykl Inkwizytorski, wydawnictwo MAG zapowie Path of Ascendancy, a mnie to wszystko ominie. Do przeczytania za jakiś czas. O ile przeżyję
Fajnie się to czytało. Chociaż sam przebieg zdarzeń jest mało prawdopodobny. Ale podobał mi się styl narracji.
Na wyspę zostaje zaproszonych 10 osób, krótko po przybyciu dowiadują się, że na wyspie nie ma gospodarza a goście zaczynają po kolei ginąć. Pozostali muszą szybko rozwiązać zagadkę.
Ogólnie właśnie się dowiedziałem, że pierwszym tytułem tej książki było "Dziesięć małych murzynków" xD
@DonBorubar spróbuj po prostu innych książek Christie, ja nie jestem za bardzo oczytany, ale ten styl narracji kojarzę z filmów inspirowanych jej twórczością więc zakładam że inne będą podobne
Na początku bardzo bym chciała podziękować, za wszystkie plusy, które dostałam w poprzedniej edycji. Jest mi z tym dziwnie głupio, bo wiem jak dobre były pozostałe opowiadania.
No ale nie przeciągając z pełną ekscytacją czekam na kolejne opowiadania na majową edycję.
Tematyka to "narodziny superbohatera" . Żeby trochę urozmaicić wymagania chciałabym, żeby opowiadanie mieściło się w max 8 tyś znaków ze spacjami.
Spodobał mi się pomysł na to, że odbiorcy wybierają wygranego. Więc dodaje dodatkowa opcję. Opowiadania można wstawiać do 28.05 a na 3 ostatnie dni miesiąca wrzucę ankietę, w której będzie możliwość wybrania przez czytających opowiadania, które im się najbardziej podobało
Zapisywałem tylko tych, którzy wypełnili wymagania danego punktu jako pierwsi, więc pozostałych, nieuwzględnionych w liście powyższej przepraszam. A byli i inni, bo wierszy w sumie mamy już osiem, czyli więcej niż siedem. Został nam punkt siódmy, a wiersz poniższy, który jego wymagania wypełnia, jest wierszem numer dziewięć, co ciągle daje więcej niż siedem:
Wydawnictwo IX zapowiada nową powieść Radomira Darmiły. "Tęcza za horyzontem" trafi do księgarń w okolicach wakacji. Poniżej okładka i krótko o treści.
Kosmiczny rajder "Kobuz" podczas bojowej misji wykonuje awaryjny skok w nadprzestrzeń i trafia... gdzieś. W absurdalne miejsce, które nie powinno istnieć. Ginie większość załogi, w tym kapitan, część personelu wariuje, a zdrowie psychiczne pozostałych dalekie jest od normy. Wszyscy mają problemy z pamięcią, a Trzeci nie wie nawet, kim właściwie jest.
Na ekranach nie widać gwiazd, a jedynie jasne obiekty nad nieskończoną równiną oświetlaną przez nieznane źródło — gasnące i znowu rozbłyskujące w nieregularnym rytmie. Komputer nie przyjmuje rozkazów i odpowiada niezrozumiałym bełkotem. Na dodatek w odległości ledwo kilkuset kilometrów znajduje się okręt nieprzyjaciela — „Rainbow Rider” — należący do Federacji, śmiertelnych wrogów Zjednoczenia. Nieprzyjaciel nie chce jednak walczyć i prosi o rozmowę. Co się za tym kryje?
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
– Ja to widze tak. Jak kto bez specjalnych reguł nie umi sam odróżnić, co dobre, a co nie, jak mu trza takie rzeczy tłumaczyć, to nie może być dobry. Jak ci jakiś Bóg musi mówić, co dobre, a co złe, to nigdy sie tego nie dowiesz.
Na samym początku chciałem podziękować koledze @JapyczStasiek za podrzucenie mi tego tytułu. Zaburzył mi tym, oczywiście, zaplanowaną kolejność czytania, ale chciałem zapoznać się z Jamesem w miarę na świeżo po lekturze Przygód Hucka Finna. Niczego nie żałuję, a co za tym idzie nie mam do kolegi żadnych w związku z tym roszczeń ani pretensji.
Pan Everett zrobił w Jamesie kilka rzeczy kapitalnych. Po pierwsze sam pomysł na to żeby przedstawić tę samą, dobrze znaną historię z perspektywy innego bohatera już zasługuje na uwagę, jeśli nie na szacunek. Na szacunek natomiast na pewno zasługuje to, że panu Everettowi udało się ten zamysł zrealizować – sam w końcu miewałem podobne pomysły, ale u mnie na pomysłach się kończyło. Drugą sprawą jest wykreowanie świata, który w żadnym momencie nie jest sprzeczny z tym, który opisał pan Mark Twain. To poprzednie zdanie zasługuje na szczególną uwagę, bo pan Everett nie zrobił czegoś, co zrobić mógłby i co byłoby ze wszech miar słuszne, uzasadnione i całkowicie poprawne (choć książka wiele by na tym straciła, a nawet byłaby książką całkowicie inną niż jest), nie osadził mianowicie swojej opowieści po prostu w świecie stworzonym przez pana Twaina. Pan Everett zrobił coś więcej, pan Everett wykreował świat znajdujący się jakby obok świata z książki pana Twaina. I nie chodzi tutaj wcale o jakieś paranormalne byty, o których Jim w Przygodach Hucka Finna opowiada Huckowi, koncept pana Everetta jest o wiele bardziej interesujący. Nie będę jednak zdradzał tutaj o co chodzi – wydaje mi się, że to powinno rozjaśnić się każdemu, kto na lekturę Jamesa by się zdecydował.
Opowieść przedstawiona w tej książce początkowo biegnie całkowicie zgodnie z tym, co opowiedział pan Mark Twain w roku 1884, a później się rozjeżdża. Oczywiście, pan Everett, decydując się na uczynienie narratorem Jima, musiał uzupełnić te luki, które pan Twain zostawił w swojej historii rozdzielając w niej na jakiś czas Jima i Hucka. Tyle że – tak mi się wydaje – opowieść (albo sam Jim) wymknął się w pewnym momencie autorowi spod kontroli (to podobno często zdarza się w czasie pisania i przynosi zaskakująco dobre efekty względem tego, co napisać się zaplanowało, o ile w ogóle nie umożliwia czasami opowiedzenia historii do końca, bo ta złośliwa małpa jakoś nie chce poddawać się wymyślonemu i skrupulatnie dopracowanemu planowi) i James od pewnego momentu podąża swoją drogą, całkowicie inną niż u pana Twaina. Tutaj powstaje u mnie pytanie, podobne do tego jakie powstało kiedy śledziłem różnice w Królu pana Twardocha w jego w jego wersji książkowej i serialowej: czy jest to jedna historia w dwóch wersjach, czy może jednak są to dwie różne historie? (Nawet zadałem kiedyś to pytanie panu Twardochowi – odpowiedział mi na nie, co słusznie przewidział kolega @CzosnkowySmok, „Nie wiem”; może spróbuję się z tym problemem zwrócić do pana Everetta? – ma ktoś może jego maila albo numer telefonu?)
I tak, James bardzo mi się podobał. Podobał mi się tak w kwestii na tę książkę pomysłu, tak w kwestii tej historii opowiedzenia (literacko i narracyjnie), jak w końcu w kwestii problemów, które poruszał (o, ile znalazłem analogii do tego, co dzisiaj obserwuję na co dzień!). Problemem okazała się dla mnie tylko tej książki końcówka. Po pierwsze od pewnego momentu (od kiedy autor rozstaje się z wersją – przyjmijmy roboczo ten wariant – pana Twaina) opowieść przyspiesza i miałem wrażenie, że, względem tego, co było wcześniej, jest napisana trochę po łebkach. Druga rzecz to to, że rozochocony wspaniałym, płynącym początkiem, gdzie sam sobie wyciągałem sądy na podstawie tego, co przeczytałem, byłem dość zdegustowany końcówką, która – w mojej ocenie – bardzo bezpośrednio i wprost narzuca (i tak zresztą oczywistą i jednoznaczną, ale to samo w sobie jeszcze nie jest wadą) interpretację całej historii.
James jest dla mnie bardzo ciekawą książką również z tego względu, że rzuca całkowicie inne światło na postaci, które znalem czy to z Przygód Tomka Sawyera czy też z Przygód Hucka Finna. Przykładem takiej postaci niech będzie sędzia Thatcher. Czy był on postacią, którą polubiłem – w utworach pana Twaina być może tak, a przynajmniej nie pojawiała się u mnie myśl, że może on być postacią złą. Po lekturze Jamesa mam już w tej sprawie wątpliwości – sędziego Thatchera już niekoniecznie lubię (to też ciekawa rzecz jak inne spojrzenie na to samo może odmienić sąd), jednak miałbym też wątpliwości czy można wprost nazywać go złym. To czasy, przynajmniej z przedstawionego w książce punktu widzenia były złe, sędzia Thatcher był po prostu tych czasów przedstawicielem. Z drugiej jednak strony, to przecież ludzie stworzyli tamte czasy i tamtą rzeczywistość. Zastanawiając się więc nad tym, czy sędzia Thatcher był postacią złą odpowiem, cytując pana Twardocha – „Nie wiem”. Ale ta niewiedza to dla mnie tylko dodatkowa wartość wynikająca z zestawienia tych trzech pozycji.
Jeszcze tylko słowo w kwestii tłumaczenia. Wydawca opisuje je jako „brawurowe” z czym absolutnie się nie zgadzam, a nawet co mnie drażni – nie lubię nadużywania wielkich słów, choć i mnie samemu w przypływie emocji się zdarza. Jestem akurat w czasie lektury książki Ocalone w tłumaczeniu pana Stanisława Barańczaka (ależ jej czytanie jest przyjemne, ale jest również mozolne! – idzie mi to bardzo powoli, bo czacha dymi) i stałem się (przynajmniej tymczasowo) dość uważny na kwestie związane z przekładem. To właśnie z tego powodu, chcąc zweryfikować to, co napisał wydawca, sięgnąłem do fragmentów oryginału. Jeśli możemy (a uważam, że możemy) mówić o brawurze, to taką językową brawurą wykazał się raczej pan Everett. Pani Gucio wykonała natomiast, moim zdaniem, kawał ogromnie solidnej (i pewnie równie trudnej) pracy translatorskiej. Jej przekład jest i piękny i wierny (przynajmniej w tych fragmentach, które sobie porównałem) ale brawury w nim jakoś znaleźć nie potrafię. Chyba że, co byłby uzasadnione, za brawurę, zgodnie z tego słowa definicją , uznać już sam fakt porwania się na tłumaczenie tej książki – wówczas zgoda, ale brawurową w tym przypadku byłaby sama pani Gucio, a nie jej tłumaczenie.
Skoro i tak jest już długo, to nie zaszkodzi jeszcze trochę tego wpisu przedłużyć informacją zupełnie bezużyteczną, choć dla mnie ważną. Otóż do lektury bardzo pozytywnie nastawiło mnie również i to, że książkę otwiera kilka tekstów piosenek folkowych z opisywanego okresu (dziś nazywanych niekiedy "standardami"), a pierwszym z nich jest tak lubiany przeze mnie Old Dan Tucker (tutaj w świetnym wykonaniu pana Bruce’a Springsteena, tutaj w wykonaniu naszego Kraków Street Band, a tutaj – co mnie zdziwiło, że w takie coś w ogóle istnieje – cała playlista z różnymi wykonaniami tego utworu, choć nie jest ta playlista kompleta, sam znam jeszcze kilka innych). No i to tłumaczenie tego tekstu na język polski – pan Barańczak chyba mnie zepsuł, bo o ile uważam, że pani Gucio z prozą poradziła sobie świetnie, tak w jej przekładzie poezji – jaką, uważam są teksty piosenek – moim zdaniem trochę nie poszło. Brakuje mi w tych polskich tekstach czegoś, co ja nazwałbym „poetyckością”, a co pan Barańczak, dużo ode mnie jednak mądrzejszy, nazywał w swojej książce „dominantą semantyczną”.
Państwowy Instytut Wydawniczy przygotowuje wznowienie w serii Rodowody Cywilizacji. "Bogowie Grecji. Obraz boskości w zwierciadle greckiego ducha" Waltera F. Otto ma ustaloną premierę na 5 czerwca 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie obejmie 352 strony, w cenie detalicznej 75 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Walter F. Otto, znakomity znawca tematu, oprowadza nas po świecie wierzeń starożytnych Greków i filozoficznych podstawach europejskiej kultury. Malując piórem portrety poszczególnych bóstw olimpijskich, jednocześnie zachęca do głębszej refleksji nad istotą relacji człowiek - bóstwo. Książka jest zaskakującą podróżą w świat greckiej myśli o transcendencji - idei, której panteon bóstw z opowieści mitologicznych jest „namacalnym” ucieleśnieniem. Sam autor objaśnia we wstępie: „Jak wszystko, co greckie, także grecka idea boga jest dla nas czymś bliskim i niemal nieosiągalnie dalekim zarazem. Celem niniejszej książki było i jest przyczynienie się do przezwyciężenia uprzedzeń, które stoją na przeszkodzie pełnemu zrozumieniu owej idei oraz dopuszczeniu do głosu jej prawdziwych świadków w stopniu, w jakim na to zasługują”. Dzieło o Bogach Grecji i jego uzupełnienie w postaci "monografii" Dionizosa są uważane za kanon podejścia do analizy mitologii i mechanizmów opisu wierzeń starożytnych.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach