Chyba jestem nienormalny, ale stwierdziłem, że skoro już praktycznie wszystkie większe wydatki w tym miesiącu mam zrobione i hajs nadal się zgadza to pokupuje już prezenty na święta, żeby w grudniu się tym nie przejmować - przecież klocki, planszówki i skarpety się nie popsują, a zęby w grudniu już mogą ^^
@Loginus07 przypomina mi się jak mój brat wykminił, że w środku lata warto kupić kurtki na zimę, bo przy braku chętnych powinni je sprzedać taniej. Było trudniej, ale za to drożej, bo zostały tylko sztuki "niesprzedawalne".
Oprócz jednego DPD odbyłem jeszcze jedną wycieczkę, która być może uratowała jedno istnienie. Otóż w sumie to po przebudzeniu nie chciało mi się iść na rower, ale jeszcze bardziej nie chciało mi się sprzątać kuchni, więc przygotowałem sobie trasę i poszedłem po buty, które od tygodnia suszyły się na balkonie i dzięki temu odkryliśmy, że jest tam gołąb. Na początku myślałem, ze chcę zakładać gniazdo i się zdenerwowałem, ale skoro nie zareagował ani na mnie ani na psa, który wlazł na balkon za mną, to uznaliśmy, że musi być z nim coś nie tak. Daliśmy mu wody, trochę płatków owsianych, spakowaliśmy w pudełko i Różowa zawiozła go do kliniki weterynaryjnej, gdzie powiedzieli, że jeżeli przeżyje noc to jutro trafi do Ostoi, czyli ośrodka dla dzikich zwierząt. Niby to gołąb i pewnie nie będą go ratować, bo przecież gdyby nie to, że był na balkonie to pewnie by go koty dorwały, ale my łapki mamy czyste, zrobiliśmy co w naszej mocy.
na wczorajszych kajakach co najmniej 5 razy Różowa zadała mi pytanie "czy na pewno nie chcę kremu przeciwsłonecznego" i co najmniej 5 razy odpowiedziałem, że "nie, bo to prawdopodobnie mój pierwszy i ostatni raz w żonobijce w tym roku i jedyna szansa by opalić ramiona"
Wyścigowa legenda Sonny Hayes daje się namówić na powrót z emerytury, żeby poprowadzić zmagający się z problemami zespół Formuły 1 i zostać mentorem młodego mistrza kierownicy. Przy okazji dostaje szansę, by raz jeszcze stanąć na szczycie.
To jest tak sztampowe kino, że szkoda gadać - po pierwszych 15 minutach znasz całą fabułe, wszystkie zwroty akcji i story arci bohaterów. A jednak mimo to bawiłem się wyśmienicie, wychodząc z seansu powiedziałem, że to Top Gun na torze i dopiero wtedy mnie uświadomiono, że to jest film tego samego reżysera i to naprawdę widać. Ale w sumie to po samym tytule spodziewałem się feel good blockbustera i dokładnie to dostałem, a te zdjęcia... ahhh, to trzeba zobaczyć.
Jeżeli ktoś myśli, że ten film będzie pokazywał prawdziwe realia F1 to niech porzuci nadzieję - nie oglądam jej od czasu jak przestali tankować bolidy, a i tak wiele głupotek rzucało się w oczy, natomaist jak wyłączymy tryb tetryka to można sie fajnie bawić i jak się okazuje kręcenie kółek w bolidach może być fajnym teatrem do opowiedzenia pokrzepiającej historii. Co prawda mieliśmy już przykład tego w "Wyścigu" (ktory był moim zdaniem lepszym), ale fajnie odświeżyć temat co jakiś czas, zwłaszcza, że w porównaniu do "Wyścigu" tutaj pojawili się prawdziwi kierowcy, których dalej można zobaczyć na torach.
I jeszcze ostatnie słówko odnośnie obsady. Brad Pitt jest Bradem Pittem - uwielbiam go jako aktora, zawsze chętnie obejrzę produkcję z nim i tutaj jak zwykle dowiózł z umiejętnościami i charyzmą. Damson Idris też całkiem dobrze wypadł, ale bardziej mi pasował jako arogancki dupek, potem trochę przestałem mu wierzyć. Edmund Tully jak zwykle wkurwia nieziemsko. No i Kerry Condon - lubię ją od czasów Rzymu i cieszę się, że ostatnio widzę ją częściej w fajnych produkcjach (najpierw Duchy Inisherin, teraz F1) i w sumie to życzyłbym sobie widywać w swoich social mediach częściej Kerry niż jakieś Sydneye Sweeneye ^^
DPD (w tym jeden DPD+, gdzie po robocie stwierdziłem, że w sumie to można się pokręcić po mieście) oraz "epicka" wyprawa od Teściów do domu. Czemu epicka? No bo biorąc pod uwagę, że w ostatnich tygodniach ciągle padało, a część obszarów była podtopiona to co mogło pójść nie tak podczas planowania drogi żeby odhaczyć #kwadraty i realizować 5 letni plan budowania yardinho z Gdańska do Elbląga? ^^ 7km takich ujebów, że godzinę to pokonywałem, zaliczyłem coś w stylu półgleby (można powiedzieć, że się wywaliłem, ale z drugiej strony kałuża w koleiny była tak głeboka, że zatrzymałem się pod kątem 45° oparty udem o pobocze). Trasa zakładała jeszcze jeden podobny odcinek, ale jako, że Wisłe przekroczyłem już po zachodzie słońca to zrezygnowałem i pewnie dobrze, bo rower tak uwalony, że przerzutka przednia przestała działać, a błoto to do Gdańska odpadało ^^
Zainspirowany ostatnimi widokami postanowiłem wrócić po latach do #commandos i powiem wam, że gameplay nie zestarzał się ani o dzień - to jest tak cholernie dobre i wciągające, że powinno być w kanonie lektur ^^ zbalansowane postaci, konieczność działania jako drużyna oraz różnorodne misje. Nie wiem jak za dzieciaka to przeszedłem całe bez korzystania ze skrótów klawiszowych oraz znajomości angielskiego, bo na odprawach mówią o problemach, jakie możemy napotkać oraz o potencjalnych rozwiązaniach ^^
do 6 siedziałem próbując wysadzić kwaterę główną w Trondheim bez wszczynania alarmu i udało się dzisiaj na świeżo, także lecimy dalej z misjami i jak tak dalej pójdzie to skończę jeszcze przed Świętem Wojska Polskiego ^^
@Loginus07 Ech w notesie strategie spisywałem. Giga akcja nurkiem byla niefortunnie jego noż jest w pobliżu pontonu nie zlicze ile razy zamiast noża chłop mi przed patrolem ponton rozkładal :].
Słowo się rzekło, także wrzucam podsumowanie wyjazdu bikepackingowego do północnej Norwegii. Celem wyprawy były Lofoty, archipelag Vesterålen, Senja, Kvaloya oraz Tromso.
Zaczęło się wesoło o czym już pisałem na hejto - otóż do Bodo nie doleciały nasze rowery, co "delikatnie" skomplikowało nam plany. Otóż zakładaliśmy, że na Lofoty dostaniemy się porannym promem (na szczęście cebula była we mnie mocna i nie bookowałem miejsca na statku za cebuliony, bo 50% miejsc dla pieszych nie była do zarezerwowania i była za darmo), natomiast ranek musieliśmy poświęcić na odebranie rowerów i złożenie ich, przez co zamiast być na miejscu o 11 byliśmy o 17. Odbiło się to czkawką na nas, bo cały program rozplanowany na dwa dni, czyli wieczorne kajaki po okolicach Reine, hikingi na Reinebringen oraz Menkebu, a także wizyta w Å, wcisnęliśmy w półtora dnia, co się odbiło na kondycji. Dlatego pierwszy przejazd skróciliśmy o 20km i zamiast objechać fiordy to je ścięliśmy.
Drugi dzień jazdy również nie rozpieszczał - otóż wszystkie prognozy, wyjątkowo jak jeden mąż mówiły, że o 13 zacznie obficie padać i utrzyma się taki stan do 16. Pomyliły się - padało do 17 ^^ także również skróciliśmy i zamiast pokonać 161km, zrobiliśmy tylko 123 uciekając z Eurovelo 1, które prowadziło drogami "wojewódzkimi", na główne drogi by ograniczyć czas w deszczu. I tak w strugach deszczu opuściliśmy promem Lofoty i dotarliśmy na archipelag Vesterålen, gdzie zrobiliśmy sobie jednodniowy postój. W ramach postoju mieliśmy pojechać do miejscowości Sto, ale niestety planując podróż źle spojrzałem w kalendarz promów i nie zauważyłem, że w niedziele jest tylko jeden i to po 13, także zamiast tego zrobiliśmy sobie krótki hiking po kilka #geocache a potem na plaży zrobiliśmy sobie grilla i upiekliśmy łososia. Nie wiem czy to kwestia głodu czy okoliczności przyrody, ale mam wrażenie, że smakował lepiej niż w Polsce.
W poniedziałek ruszyliśmy w dalszą wyprawę i na najdłuższy odcinek tej przygody - z interioru Langoyi do portu w Andenes na Andoyi. Pogoda nie rozpieszczała - 12 stopni, wiatr w ryj i mimo iż nie padało to nisko zawieszone chmury zabrały większość widoczków.
Z Andenes popłynęliśmy porannym promem na Senje, gdzie jednym z punktów programu miał być krótki hiking na Hesten by zobaczyć majestatyczną Seglę. Pogoda jednak się nie poprawiła od wczoraj, także zdecydowaliśmy się odpuścić i nacieszyliśmy się widokiem tylko z przeciwległego wybrzeża. Załączam obrazek w komentarzu byście mogli nacieszyć oczy tym co widzieliśmy :P
Senja była przedostatnim etapem naszej wyprawy, kolejnego dnia kolejny prom, tym razem na Kvaloye, a stamtąd już do Tromso, skąd mieliśmy odlecieć. Chmury się podniosły i widoki były już lepsze, ale w zamian za to mżyło przez większą część podróży, a czasami przechodziło w lekki opad. Życie, liczyliśmy się z tym, że pogoda może nam nie sprzyjać, aczkolwiek przyszły tydzień zapowiadają po 20 kilka stopni i lampę :P także po prostu pech i tyle.
W samym Tromso zaraz po przybyciu zaczeliśmy szukać kartonów do spakowania rowerów, bo okazało się, że sklep, który w czerwcu mówił, że "spoko, to nie będzie problem, odłożymy kartony, tylko was za to skasujemy (to akurat podobno normalka w tych rejonach)" po przypomnieniu stwierdził, że ich pracownik mnie wprowadził w błąd i niestety nie mają żadnych kartonów na sprzedaż. Także naszym priorytetem było znalezienie czegoś do zapakowania rowerów lub budowy frankenboxa. Na szczęście XXL (coś w stylu decathlona) miał akurat dostawę nowych rowerów dla nastolatków, a okazuje się, że szosy się do niego mieszczą prawie bez problemów (u mnie było delikatne wybrzuszenie przy sztycy, ale Różowa spakowała się bez najmniejszych problemów).
Czwartek w związku z tym przeznaczyliśmy na krótki hiking na Floye, skąd rozpościera się piękna panorama na miasto, oraz na pakowanie, a w piątek już leżeliśmy do 12 w hotelu, bo o 16.30 lot do Gdańska.
Pewnie nikt nie dotrwał do końca, więc pozwole sobie zapowiedzieć, że w ramach spisania "co wyszło, a co nie" na dniach postaram się przygotować znalezisko odnośnie #bikepacking.
Natomiast jakby ktoś miał jakieś pytania odnośnie #lofoty #vesteralen #senja #tromso to dawajcie znać, postaram się odpowiedzieć zgodnie z tym co wiem (czyli nie liczcie na zbyt wiele :P)
Zakończyłem bikepacking po Norwegii, ale jako, że dawno się nie meldowałem na tagu, to pozwólcie, że dzisiaj wrzucę zaległe pracodomy (i dwie wycieczki po Kaszubach), a jutro postaram się skrobnąć coś dłuższego o Lofotach, Vesterålen, Skeji i Tromso w osobnym wpisie
Dobrze, wiem, ze #nikogo , ale w nawiązaniu do wczorajszego wpisu (https://www.hejto.pl/wpis/zaczynamy-dzisiaj-bikepacking-w-norwegii-my-jestesmy-w-bodo-torby-sa-w-bodo-a-ro ) to rowery przyleciały pierwszym lotem Oslo, nawet całe, a my juz na Lofotach, także czekajcie na sierpień to wrzesień relację (chyba, ze coś sie wysra wczesniej)
Zaczynamy dzisiaj #bikepacking w Norwegii - my jesteśmy w Bodo, torby sa w Bodo, a rowery zostały w Oslo xd na szczęście mam jeden dzień taki na spierdolenie, ale liczyłem, ze coś sie uda ugrać fajnego...
@Loginus07 w Oslo mają rozpierdol na bagażowni. Przyżydzili ponoć na tragarzach, ta garstka co była zatrudniona jest przeładowana pracą więc szybko im kręgosłupy i ścięgna się zepsuły, poszli na zwolnienia i ogólnie nie ma komu robić. Jeszcze przed sezonem wakacyjnym czekałem 1,5h na walizkę, teraz ludzie po 2-3h stoją. Miejmy nadzieję, że rowery Wam dotrą
Z Bodø lecicie na Narvik czy bezpośrednio promem na Lofoty?
Niby prestiżowe niby ludzie uśmiechnięci i zgodni,a jak przychodzi co do czego to robią sobie pod górkę. Wolę chyba te swoje blokowiska z lat 60 niż te z obrazka. Nie ma zieleni.
Zawsze mialem te opowiesci z takich osiedli za troche urban legend.
Ostatnio bylem w poznaniu po wozek. Kupowalem od wlascicielki zlobka na nowym osiedlu. Nie bylo ogrodzone, ale szlaban na parking zewnetrzny (i prawidlowo).
Kobieta mowila, ze mieszkancy nie zgodzili sie na to, zeby rodzice dzieci otwierali szlaban przez apke na tel, mimo ze, zlobek ma wykupione 2 miejsca. Za kazdym razem jak ktos przyjezdzal musialy wychodzic na zewnatrz i otwierac z pilota, bo z lokalu nie lapalo.
Bylo jeszcze pare innych kwestii, ale nie pamietam, w kazdym razie meritum bylo takie, ze jesli wiedzialaby, ze takie kurly tu mieszkaja to by nigdy zlobka nie otworzyla.
Obecnie furorę w internecie robi afera coldplayowa i dużo fanpage'y nabija sobie zasięgi podczepiając się pod ten trend. Nie będę gorszy i opowiem wam historię, jak ja zniszczyłem relacje dwójki ludzi swoją obecnością na koncercie.
Byłem na pierwszym roku studiów w obcym mieście - jeszcze człowiek nie miał ugruntowanego w 100% swojego towarzystwa, więc trzymał się z wieloma ludźmi. W moim szerokim gronie znajomych był też wokalista grupy death/trash/niewiemco metalowej (ogólnie to darł ryja) i tak kiedyś na wykładzie się zgadaliśmy, że jego zespół będzie dawał koncert na jakimś przeglądzie kapel metalowych i padło pytanie czy nie chcę wpaść. Stwierdziłem, że czemu nie, ale w sumie koniec miesiąca jest i nie mam hajsu na bilety. Miałem się tym nie martwić, przyjść w dniu imprezy, powołać się na kolegę i będzie git. I dostałem jedno, proste, zadanie, które było początkiem końca pewnego związku - jak będę w środku to mam znaleźć naszą wspólną znajomą, a ówczesną partnerkę kolegi, i dać jej opaskę, którą dostane na wejściu. Wtedy nie wiedziałem czemu to takie ważne, ale zarówno ta zagadka, jak i związek rozwiązały się w przeciągu tygodnia.
Otóż okazało się, że wszedłem na koncert jako... partner kolegi xD Jak ona się dowiedziała, że musiała zapłacić za wejściówkę (i piwo, bo dostałem kupon) to była śmiertelnie obrażona, kolega za to stwierdził, że nawet nie wiedział, że tak szybko można zweryfikować potencjalną partnerkę i był mi za to wdzięczny xD
A ktoś zapyta - co do tego wszystkiego miała opaska? Otóż opaska pozwalała wejść osobie towarzyszącej za scenę i dlatego się dowiedziała, że musiała zapłacić za swój bilet (to były jakieś śmieszne pieniądze, rzędu 20pln max, ale jak chlejesz dzień w dzień na studiach to dużo) i uruchomiła sekcje nieuchronnych zdarzeń...
Nie chcę nic mówić ale fakt że wszedłeś jako jego partner i że wolał zasponsorować ciebie a nie swoją ówczesną dziewczynę brzmi jak poczatek pięknej romantycznej historii
Podchodziłem do tego filmu nie wiedząc o nim praktycznie nic, poza tym, że był szeroko zachwalany zarówno przez krytyków, jak i znajomych. I powiem wam, że nie wiem czy to ja zbudowałem sobie nie wiadomo jakie oczekiwania czy po prostu film został przehypowany, ale w każdym razie to taki średniaczek bym rzekł. I chyba należę do mniejszości, ale bardziej mi się podobała ta pierwsza część filmu, gdzie było czuć ten pot, krew i bawełnę, niż druga, żeby nie spoilerować, to powiem, że akcyjna część. Muzycznie świetny, aktorsko dobry, reszta taka nijaka, jak dla mnie.
Czy polecam? Jak ktoś ma czas to tak, nie są to zmarnowane godziny, ale czy wróciłbym do niego? raczej nie.
Nie wiedziałem o tym, że mam, ale chyba skończyła mi się właśnie gwarancja na moje mieszkanie, bo wszystko zaczeło się psuć z dnia na dzień. W ciągu ostatniego miesiąca:
zepsuła się pralka - padł jakiś moduł, który w serwisie wyceniono łącznie z robocizną na 60% ceny pralki w dniu zakupu, także kupiona już nowa
z dnia na dzień, bez żadnego uprzedzenia zatkał się zlew w kuchni - wiadomo, że to ciężko nazwać nawet usterką, ale że zrobił to tak "bez dawania znaków wcześniej" to mnie zaskoczyło
dosłownie przed chwilą wystrzeliła mi lampa w projektorze - projektor nagle zaczął "piszczeć", już wyłączyłem konsole i nagle huk i obrazu nie ma ^^
Zawsze się nad tym zastanawiam dlaczego nieszczęścia lubią się tak bardzo kumulować. O ile spalenie się płyty głównej od zmywarki i sterownika od pieca jednocześnie jestem w stanie sobie wytłumaczyć jakimś przepięciem w sieci o tyle złapania kapcia na drodze, potem pęknięcia wężyka od spłuczki a na koniec zjedzenia trutki na szczury u sąsiada przez kota i jego śmierć tego samego dnia, to nie jestem w stanie połączyć.
Na zatkany zlew pomaga przetkanie zazwyczaj. Musisz uklęknąć pod nim, podstawić jakieś wiaderko i odkręcić kolanko. Wyjmij z niego wszystkie syfy, wygrzeb je też z rury odpływowej i starannie przykręć z powrotem.
@Lemon_ nie no, zlew odetkałem i już działa tutaj chodziło tylko o to, że zwykle człowiek widzi, ze woda wolniej spływa, a tutaj po prostu w pewnym momencie powiedział, że nie i zakładamy staw ^^
Powiem tak - zakończenie aktu 1 Clair Obscur mnie zaskoczyło chyba bardziej niż większość gier, w ktore ostatnio grałem razem wziętych... nie byłem na to przygotowany... :/