To jest bardzo ciekawy temat. Jako dzieciak próbowałem i wspominam jak najgorzej, choć starzy się jarali jak sucha trawa na wiosnę. Tylko że, ja wtedy nie znosiłem chrząstek.
Dziś, jak dostaję nogę z kuraka, to najpierw opierdzielam właśnie chrząstki. Jako że, konsystencję farszu wspominam jako właśnie chrząstkowatą, to z chęcią spróbowałbym jeszcze raz takich pierogów.
Stwierdzeniem nieprawdziwym było - jak niektórzy podejrzewali - to o sfermentowanym rekinie, gdzie zmieniłem lokację (Islandia) i nazwę (Hákarl) na inne, związane z Oceanią.
DLACZEGO REKINA SIĘ FERMENTUJE?
Żeby przetrwać w trudnych warunkach, rekin polarny magazynuje mocznik i trimetyloaminę w swoich tkankach, co sprawia, że jego mięso jest toksyczne i niestrawne. Na Grenlandii, gdzie hákarl jest równie popularny, osobę pijaną nazywa się "shark-sick" („chory na rekina”, choć może ktoś wpadnie na lepsze tłumaczenie) - i nie bez powodu.
Zjedzenie surowego mięsa tej ryby to nie tylko obrzydliwe doświadczenie smakowe, ze względu na wysoką zawartość amoniaku, który pachnie jak mocz lub środek czyszczący, ale również ryzyko ostrego zatrucia. Objawy to dezorientacja, osłabienie, nudności, wymioty, a nawet drgawki. Z zewnątrz może to wyglądać jak upojenie alkoholowe, a dolegliwości mogą obejmować bóle brzucha i silne osłabienie.
JAK TO SIĘ TRADYCYJNIE PRZYGOTOWUJE?
Głowa i wnętrzności rekina są usuwane, a mięso dokładnie płucze się w wodzie. Następnie umieszcza się je w płytkim dole wyłożonym żwirem lub piaskiem, przyciska ciężkimi kamieniami i pozostawia na 6 do 12 tygodni, w zależności od pory roku. W tym czasie zachodzi fermentacja, która rozbija toksyny i usuwa nadmiar amoniaku. Po fermentacji mięso kroi się w paski i suszy na wolnym powietrzu przez kilka miesięcy. Na jego powierzchni tworzy się brązowy nalot, który usuwa się przed podaniem.
Nowoczesny proces nieco się różni od tradycyjnego, ale zasada pozostaje ta sama - fermentacja neutralizuje toksyny, a suszenie wydłuża "datę zdatności do spożycia".
CZY W OCEANII JEST COŚ PODOBNEGO?
Nie w takiej formie, dlatego ją wybrałem. Sama fermentacja ryb jest powszechna, ale proces i czas trwania są zupełnie inne. Najczęściej stosuje się coś, co przypomina marynowanie (ale ja się nie znam) - ryba zanurzona jest w sfermentowanym mleczku kokosowym przez kilka lub kilkanaście dni.
Dotatkoweo w Oceanii istnieje też danie fafaru (np. w Polinezji Francuskiej), gdzie rybę fermentuje się w wodzie morskiej z dodatkiem fermentowanych skorupiaków. Proces trwa kilka dni, a nie kilka miesięcy, jak w przypadku hákarla.
Nie tylko Skandynawia zna długie fermentacje ryb - na Filipinach w potrawie bagoong proces trwa do 90 dni.
NO DOBRA, ALE DLACZEGO TO JEDZO?
Przecież to niesmaczne... Odpowiedź jest prosta: głód i tradycja.
Przed wynalezieniem tego procesu rekiny polarne były łowione dla skóry i oleju, a resztę mięsa zakopywano, bo było niejadalne. Jedna z teorii mówi, że w czasie ogromnego głodu ktoś postanowił zaryzykować, odkopując i jedząc mięso - i przeżył. Tak mógł powstać proces fermentacji, który później stał się tradycją.
Reszta to kwestia kultury, czy tradycji - część naszych preferencji smakowych kształtuje się w dzieciństwie i takim sposobem to, co dla jednych wydaje się obrzydliwe, dla innych jest przysmakiem.
---------------
Gratuluję tym, co wiedzieli lub zgadli, a o innych opcjach z ankiety, które są prawdziwe, opowiem w innym terminie, dlatego warto obserwować społeczność lub tag:
Znam, uwielbiam, robię Ale też lubię pod warunkiem, że to takie zbite danie, a nie lejące, bo spotkałam się z wariantem zalewanym bulionem, gdzie ta ryba i dodatki pływają i wtedy fujka. Moja rybka musi być bez wody i do wygodnego nakładania widelcem.
@razALgul Widać po odpowiedziach jak to faktycznie mało znana potrawa. U mnie się jadało i jada, żona od dziadków pamiętała, ale rodzice już nie robili, więc na początku się krzywiła. Teraz lubi. Dzieciaki średnio, tzn zjedzą bez grymaszenia trochę (lepiej jak grzybową czy pierogi z grzybami) ale dzieci i młodzież generalnie nie lubią śledzi w żadnej postaci (obserwując swoje i znajomych to chyba tylko o 2 wiem, co śledzia zjedzą). Dorosną to polubią tak jak i meduzkę
W sumie smakuje jak śledź w śmietanie z dużą ilością cebulki, więc jak ktoś lubi śledzika, to ciężko mi uwierzyć, że nie lubiłby tego. Może na początku nietypowa konsystencja trochę nie podchodzić, bo to jednak płyn, ale z ziemniakami w mundurkach smakuje świetnie.
U mnie barszcz to jest taki bardziej do kubka żeby się napić bo lubią tylko dziadkowie i mama. Uszka u mnie się je jak pierogi, nie do barszczu tylko tak po prostu same.
No i najważniejsza potrawa to właśnie zupa grzybowa. Lubuskie, ale to by się zgadzało, bo do rodziny weszła na wigilię przez ojca, który korzenie ma w okolicach Starachowic
Nawet nie miałem pojęcia o istnieniu takiej potrawy i googlalem. Pomyślałem, że to makówki no bardzo podobne, które u mnie się robi. Aż następnie zapytałem pana gpt o to. No i podobne poza pszenicą.
Niestety nie dla mnie. Ja bardzo "makówkowatych" nie lubię - strasznie to dla mnie mdłe i suche