Jak się nie układa, nie ma tego co było a są ciągle jakieś doły itp to trzeba to zakończyć i się przestać męczyć.
Ja sam zastanawiam się czy dobrze wybrałem, odkąd jest dziecko to wszystko zdechło praktycznie.
Otrzymuję tłumaczenia o wiecznym zmęczeniu, staram się i pomagam ile mogę często poświęcając swoje dotychczasowe strefy komfortu.
Do pracy wyjeżdżam o 7 wracam 10 - 11 by być jak najwcześniej przy nich i pomagać, wstają 8-9 więc jest sama z dzieckiem 2-3h w sytuacji gdy dziecko nie idzie do przedszkola.
Podczas gdy dziecko jest w żłobku/przedszkolu a moja jedzie na 14 do pracy i wraca 20 ja jestem znaczne dłużej.
Ciągle słyszę że wszystko nie tak wszystko źle.
Ratunkiem miały być wakacje choć mówiłem że to nie będą wakacje jak dotychczas tylko latanie za dzieckiem - wybrała 37stC i potem narzekała na mnie że c⁎⁎j nie wakacje.
Były wyjazdy weekendowe - też źle
Siedzenie w domu - źle
Wypad na miasto - źle
Jeszcze jak o mnie chodzi to tam już przywykłem do tego i nawet nie zwracam uwagi ale najbardziej mnie boli i wkurwia jednocześnie jak wyzywa dziecko od bachorów dzieciorów i innymi epitetami wszelkiej maści...
Wiem że czasami święty by nie wytrzymał ale takie coś i to praktycznie codziennie nie jest normalne i prosiłem już kilkanaście razy o to by zapisała się do psychologa- nawet nas wspólnie i niech psycholog rozkminia co jest nie tak bo mi się już skończyły pomysły i siły by to ratować.
Nawet przy stole wigilijnym to mówiłem, nie wspomnę że w gąszczu życzeń nawet nie podeszła do mnie by mi życzenia złożyć