Zdjęcie w tle

Społeczność

Podróże

384

#podroze #ciekawostki #chelm byliśmy dzisiaj na pikniku edukacyjnym PANS.

jestem pod wrażeniem. jakbym nie miał rodzinnych zobowiązań, to bym znowu poszedł na studia - nawet matematykę bym podszlifował, żeby się tam dostać!!

pomijając bezpłatne dmuchańce, grochówkę i watę cukrową, to największe wrażenie zrobił sprzęt. straży pożarnej, wojskowy 19 Brygady oraz wystawka Politechniki Lubelskiej.

i lecieliśmy balonem

610f92cb-ee89-4095-868f-5cfb756b82a8
d2d136bc-fa3f-4c8e-b9a2-a27baf0b97fa
64d1d749-1c6f-4c6f-bf0d-cb79b0a74e8b
890c5290-8724-4a90-aa46-b90d72aaaf7e
4c038b0f-279b-407a-8539-85c186562c96

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Zbierałem się do tego wpisu przez 2 tygodnie, a teraz mam chwilkę wolnego, to postanowiłem, że napiszę. Szczególnie, że wpis @splash545 został odebrany tak pozytywnie to i może mój taki będzie


W skrócie:

Moim marzeniem z dawnych lat było odwiedzenie Lazurowego Wybrzeża. Wsiedliśmy z żoną i córką w samochód, objechaliśmy 4900 km. Trasa: Podlasie - Graz (Austria, tylko nocleg) - Como (nocleg) - Bellagio - Como - San Remo (Włochy) - Antibes (3 noclegi - baza wypadowa) - Awignion - Chamonix-Mount Blanc - Sallanches (nocleg) (Francja) - Monachium (Niemcy, tylko nocleg), Wrocław (tylko nocleg) - Podlasie.


Długa wersja:

Zaczęło się w 2012 roku. Wziąłem wtedy urlop na 3 tygodnie i postanowiłem pojechać na Lazurowe Wybrzeże. To była seria fatalnych pomyłek. Stanąłem na wylocie na Warszawę z Białegostoku o 7 rano. Po chwili zatrzymał się przedstawiciel handlowy, który obiecał podwieźć 30 km dalej na stację benzynową, gdzie mogę popytać i złapać kogoś w dalszą trasę. To był błąd. Utknąłem tam na 2 godziny. Na stacji prawie nikogo nie było. W końcu udało się i dojechałem do Warszawy z kolejnym przedstawicielem.


Kolejny odcinek to kolejna pomyłka. Wybrałem nie tą wylotówkę co trzeba. Uznałem, że wszystko mi jedno czy kierunek będzie na Poznań czy Wrocław. Stanąłem więc w okolicach Powązek, gdzie krzyżują się drogi. Kolejne 2 godziny nikt się nie zatrzymał, bo... auta przed miejscem gdzie łapałem rozpędzały się na tyle, że nie warto było dla mnie hamować. Ponadto kierowcy nie wiedzieli czy jadę na Poznań czy na Wrocław.


Ostatecznie pojechałem na wylotówkę w Jankach (Kraków, Łódź). Tam skierowałem się na Łódź i złapałem dostawczaka. Dojechałem do Bełchatowa. Tam szybko złapałem TIR-a i dojechałem do Wielunia. Była już godzina 19. Straciłem totalnie cały dzień na tak krótki odcinek. Poszedłem do Biedry po kolacyjkę, a następnie zacząłem szukać noclegu. Okazało się, że Wieluń to dziura i najbliższy hotel robotniczy znajduje się w innej miejscowości. Było ciemno. Droga bez pobocza. Nie dało się tam dojść. Przyszła noc, a ja siedziałem na przystanku w Wieluniu bez pomysłu co dalej.


W końcu zacząłem łapać stopa, a nuż ktoś się zatrzyma. Zatrzymał się TIR do Wrocławia, ale po drodze musi zrobić przerwę. OK. Około 2 rano stanęliśmy na jakimś zadupiu. Kierowca zasnął, ja też. O 4 pobudka i dojazd na obrzeża Wrocławia po 5.


Zjadłem tam śniadanko na jakiejś stacji (jajecznica), potem udałem się autobusem do centrum. Tam byłem o 7 rano. Na przeciwko dworca był jakiś tani hostel, ale doba zaczynała się jakoś o 14. Morale były na dnie. Poszedłem na dworzec, by złapać jakiś pociąg, i przekimać kawałek drogi. Traf chciał, że najbliższy pociąg był do... Białegostoku. To mnie złamało. Wsiadłem i wróciłem z hehe "Lazurowego wybrzeża".


I tak przeskakujemy do 2025 roku. Tym razem nie autostopem, a własnym autem. Z rodzinką.


Pierwszy odcinek najdłuższy bo ponad 1000 km. Do Graz jedziemy przez park dinozaurów przy granicy polsko-czeskiej, gdzie robimy sobie 1,5 godziny przerwy. W 35 stopniowym upale zwiedzamy atrakcje, żeby dzieciakowi dać odpocząć jazdę. Potem kolejny przystanek to granica czesko-austriacka. Zwiedzamy tam zamek w Mikulovie i piękne ogrody. Na wieczór dojeżdżamy do Graz, od razu do hotelu.


Rano śniadanko i jazda dalej. Kierunek: Como. Teraz już "tylko" 720 km. W Como jesteśmy późnym popołudniem. Od razu idziemy na miasto. Zwiedzamy centrum i na wieczór wracamy do pensjonatu. Rano po śniadaniu jedziemy do Bellagio. Górskie, wąskie drogi wokół jeziora to piękne widoki, ale też trudna i wymagająca jazda. Po drodze chcieliśmy zobaczyć słynny wodospad i most, ale ostatecznie nie udało się to, bo ciężko było to znaleźć samochodem w plątaninie wąskich dróżek. W Bellagio o wiele lepiej. Zaparkowaliśmy i poszliśmy do jednego z portów. Potem przeprawa promem na drugą stronę jeziora i powrót do Como przez kolejne piękne miejscowości.


Jako, że wyjechaliśmy dość wcześnie, to Como opuściliśmy też w miarę wcześnie. Pogoniliśmy prosto na plażę w San Remo (311 km), gdzie zameldowaliśmy się jakoś około 17.00. To był pierwszy dotyk Lazurowego Wybrzeża. Marzenie sprzed lat spełnione


Około 21.00 zajechaliśmy pod hotel w Antibes. O ile to było zaledwie 80 km, to niemiłosierne korki wydłużyły czas podróży.


Kolejnego dnia od razu po śniadaniu pojechaliśmy na plażę w Antibes (Francja). Przyjemnie się plażowało. parę godzin do momentu aż nie przyszli Cyganie. Dwie panie, jeden pan, dwoje nastolatków (chłopak i dziewczyna). Najpierw pani wzięła bez pytania nasza matę do plażowania i zaczęła nią szarpać (bo leżała obok jej pustych od rana krzeseł). Jak wybiegłem z mordą, to było tylko gorzej. Rozsiadły się, nastolatki zaczęły zachowywać się dziwnie - niby zabawa, ale to sypnąć piaskiem, to chlapnąć wodą w moje dziecko. W obawie, że albo zaraz im wpierdolę, albo nas okradną, postanowiliśmy zawinąć się, pójść na lody, i rozłożyć w innym miejscu daleko od tej dziczy. Dalszą część dnia plażowaliśmy z przemiłymi starszymi Włochami.


Zeszliśmy z plaży popołudniu i dziecko zasnęło w samochodzie. Ruszyliśmy na wycieczkę do Cannes. Totalne korki sprawiły, że nie było jak wysiąść, więc tylko objechaliśmy główne ulice oglądając "wielki świat" z samochodu. To samo było w Nicei. Potem pojechaliśmy do Monako, a na koniec do Eze. Wszędzie było to samo - totalne korki, brak możliwości zaparkowania gdziekolwiek, obejrzenie z samochodu pięknych miast i tyle...


Generalnie następnego dnia mieliśmy do wyboru: wracać do Cannes, Nicei, Monako z Antbises, ale pociągiem, by połazić, albo jechać do Saint Tropez (100 km dalej). Wybraliśmy to drugie i to był strzał w ... korki Po godzinie stania w korku, zaparkowaliśmy na przedmieściach i doszliśmy z buta do centrum. Następnie poszliśmy na plażę, która okazała się lipna bo żwirowo-kamienna. Chwilę się tam wykąpałem i postanowiłem wracać po auto. Żona z małą zostały. Ja przebijając się przez kolejne korki dojechałem do nich później i pojechaliśmy 4 km dalej na piękną piaszczystą plażę, gdzie siedziałem w wodzie kolejne 5 godzin.


Na marginesie ciekawostka. Woda jest tam nie tylko przepięknie lazurowa od mocnego zasolenia, ale też powoduje, że będąc nawet do pasa można się położyć na tafli i leżeć. U nas od razu idzie się jak kamień na dno.


Wieczorem zahaczając o Auchan i Burger King (tu ciekawostka w Auchan nie działają inne karty niż francuskie) wróciliśmy do Antibes.


Kolejnego dnia po śniadaniu od razu ruszyliśmy do Awinion (250 km). Dawna stolica papieska była tak samo zakorkowana jak reszta. Ale na szczęście w murach zbudowano 4-piętrowy parking, toteż około 11.00 zostało ze 30 ostatnich miejsc. Zwiedziliśmy sam średniowieczny kompleks z mostem. Resztę miasta sobie darowaliśmy, bo pojechaliśmy do Chamonix-Mont Blanc (444 km).


Powiem tak, nie spodziewałem się że miasteczko wywrze na mnie takie wrażenie. Te gigantyczne góry dookoła były niesamowicie przytłaczające. Człowiek się czuł taki malutki. W lokalnej knajpce zamówiłem sobie pieczone ślimaki. Jadłem już je kiedyś, gdy był francuski tydzień w Lidlu. Te w knajpie w Chamonix smakowały podobnie.


Na wieczór zjeżdżając 40 minut z gór serpentynami nocowaliśmy w Sallanches. Rano mieliśmy piękny widok na góry.


Po śniadaniu ruszyliśmy przez Szwajcarię (na granicy z Austrią włączyliśmy internet za szybko, T-Mobile zabrało 49 zł), dojechaliśmy do Monachium. Tam poszliśmy pozwiedzać okolice. Uraczyliśmy się pizzą, a ja dodatkowo lokalnym piwkiem.


Następnego dnia dojechaliśmy do Wrocławia. W zasadzie to na obrzeża. Znów straciliśmy z godzinę na korki. Tym razem nigdzie chodziliśmy. Czilerka w pokoju hotelowym i kolacyjka na dole w restauracji.


Kolejnego dnia szybko wróciliśmy na Podlasie.


Podsumowując: spełniłem swoje marzenie, zwiedziłem Lazurowe Wybrzeże, ale z planem powrotu tam za rok samolotem, by plażować i jeździć pociągiem.


Nie udało nam się zobaczyć:

  1. Portofino (woleliśmy jechać od razu na plażę w San Remo)

  2. Chur (Szwajcaria) - chcieliśmy pojeździć pociągami po górach, ale online było brak biletów, więc ostatecznie nie chcieliśmy ryzykować tam noclegu, by spróbować kupić bilet na miejscu

  3. Cannes, Nicea, Eze, Monako - zwiedziliśmy tylko z samochodu, jest niedosyt

  4. Chamonix - nie wjechaliśmy wyciągiem na 4400 m n. p. m. bo bombelek jeszcze za mały - wrócimy tam też gdy podrośnie

#podroze #wlochy #francja #lazurowewybrzeze

c48b5818-4ebb-43c5-9db4-76f3a9b5b5a9
d97b9256-d5ca-4933-949e-edbdc7da4352
46f4c4c7-62de-4bb5-a5ef-e4c239769712
eecbe720-3a9a-4d7a-be54-7925e6139876
db8be32f-2b9e-49db-bbbd-c6b59f344b3f

@tosiu elegansior, cieszę się, że inspiruję!

ᕦ( ͡° ͜ʖ ͡°)ᕤ Fajna wycieczka, też chciałbym kiedyś się wybrać na Lazurowe Wybrzeże, ale czytałem, że fajną opcją jest baza w San Remo i stamtąd robić wypady do Francji, ponoć tak jest sporo taniej.

A co do Portofino, to nie macie czego żałować! Portofino jest fajne ale zobaczyć sobie przy okazji czegoś np. wracając z San Fruttoso, bo samo w sobie jako główny cel może jedynie rozczarować. Poza tym gdybyście nie parkowali 10km od Portofino tylko pojechali prosto na miejsce, to prawdopodobnie znów byście nie znaleźli miejsca parkingowego i tyle byście zobaczyli. Żeby zwiedzić Portofino należy pojechać do San Margherita lub Camoli i stamtąd popłynąć promem najlepiej do San Fruttoso a Portofino zostawić sobie na dokładkę, moim zdaniem tylko w taki sposób to ma sens.

Zaloguj się aby komentować

#podroze #wakacje #wlochy

Zachęcony tym, co napisał @splash545 postanowiłem krótko podsumować nasz rodzinny urlop w Umbrii i jej stolicy Perugii. Nie będę ukrywał, że na kierunek podróży wpływ miała cena. Za dwoje dorosłych, dójkę dzieci i dwa bagaże rejestrowane 20 kg zapłaciliśmy 1300 zł. Lotnisko w Perugii okazało się takim większym dworcem PKS. Do miasta śmiga za 5 juro autobus AirLink. Nocleg ogarnęliśmy w samym centrum starej części miasta i tu też udało się trafić z ceną 2600 zł. Samą Perugię można podzielić na dwie części starą i nową. Obie łączy ze sobą system minimetra, czyli jeżdżące raz nad a raz pod ziemią małe wagoniki. O nowej części miasta nie ma w zasadzie co pisać. Ot domy i bloki, które czasami lekko przypominają architekturę polskich osiedli z lat 90. Zdziwiło mnie to, ile lokali jest tam pustych. Sklepy, jakieś małe firmy itp. świecą pustymi oknami, albo planszami z ofertą sprzedaży. 

Do sedna jednak, a więc do strego miasta. Tutaj już dostajemy prosto w twarz całym pięknem włoskiej architektury. Stare kamienice, piękne czerwono-brązowe dachy, zielone okiennice, wąskie uliczki. Wszystko to przyprószone lekko artystycznym klimatem (polecam Via della Viola i sąsiednie uliczki), pełne street artu i małych knajpek, które wyglądają jakby mieściły się na 20 m2. Zresztą to w Perugii jest trzeci najmniejszy pub na świecie Ill Birrino. Miasto jest stare, z historią i to widać na każdym kroku. Nie będę się tu jakoś rozpisywał, bo w internecie jest masa info i pewnie masa lepiej napisanych tekstów.

Co do samej Umbrii, to odwiedziliśmy jeszcze małe wioski takie jak Toricella, San Feliciano, Magione czy Monte del Lago. Sa to lekko senne miejsca i jeśli ktoś chce się kompletnie wyłączyć z pośpiechu, to można wpaść i np. kupić sobie kawę i chwilę gdzieś posiedzieć. 

Na minus na pewno Jezioro Trazymeńskie. Ogromne, ale zasyfione. Przy brzegu walają się jakieś zaschnięte wodorosty a molo w Toricelli przypomina jakiś betonowy pomost zapomniany przez Boga i ludzi. Szerze to wiedzieliśmy o tym, ale nie spodziewaliśmy się, że aż tak to wygląda.


Z miejsc typowo turystycznych odwiedziliśmy jeszcze Asyż. Nie jestem wierzący, ale przyznam, że sam grób św. Franciszka jest ciekawym miejscem, emanującym jakimś lekko mistycznym klimatem. Miasteczko jest przepiękne, ukwiecone, małe uliczki i niskie kamienice robią wrażenie i mimo tłoku, turystów i wszechobecnych straganów gdzie obok krzyży i figurek leżą koszulki Slayera można się tam wyciszyć i poczuć jakoś... inaczej.


Co do cen, to Umbria uchodzi za region stosunkowo tani. Nawet sami Włosi mówili nam, że są tacy, którzy przeprowadzają się tam właśnie ze względu na niższe koszty życia. My jedliśmy raczej budżetowo, tym bardziej, że postawiliśmy na przemieszczanie się i czasami po prostu łapaliśmy jakiś posiłek w biegu.


Wszędzie podróżowaliśmy transportem publicznym. Pociągów jest sporo i nawet mimo remontów na kolei daliśmy radę spokojnie się przemieszczać. Jeżdżą też autobusy miejskie i podmiejskie a po Perugii śmiga dodatkowo wspomniane już minimetro. Fajnie było wsiąść w wagonik czy autobus w powszedni dzień i poczuć klimat miasta, widzieć ludzi jadących do codziennych spraw i obowiązków. Polecam taki sposób podróżowania. W zeszłym roku w Trieście postawiliśmy na samochód i taksówki a w transporcie do i z Chorwacji pomogła nam przemiła właścicielka wynajmowanego przez nas domku. Było wygodniej ale na pewno mniej podróżniczo i przygodowo.


Myślami jestem jeszcze trochę w Perugii i okolicach, mimo że słowa te piszę w przerwie na śniadanie w pracy.

4df3c8cf-7df3-49ff-8fc2-f9a1ed7dc3fb
de4291c2-f19d-445d-a889-a361885d294c
b20e06a5-42cc-4fd0-b325-93396cbd6088

Zaloguj się aby komentować

Liguria - ogólne odczucia i ceny


W tym roku spędziliśmy wczasy w Ligurii. I cóż mogę powiedzieć o tym regionie? Jeśli podobają Ci się Włochy, lecz przeszkadza Ci ten słynny włoski pierdolnik tj. zrujnowane kamienice, hałdy śmieci, czy choćby zwykła bylejakość w porządku, to Liguria będzie strzałem w dziesiątkę. Jest tutaj pięknie, do tego czysto i bezpiecznie. No czuć pinionc, więc tanio nie jest. Oznacza to, że ceny są mniej więcej na poziomie polskiego wybrzeża. Jedyne do czego można się doczepić w powyższych kwestiach, to nie polecałbym wchodzić w żadne boczne, mniej uczęszczane uliczki ani tarasy, bo praktycznie w każdym takim miejscu jest naszczane.


Na całej Włoskiej Riwierze panuje jednorodność architektoniczna, więc jeśli komuś podobają się kolorowe domki z Cinque Terre, to są one tu wszędzie! A przynajmniej w każdej wiosce i mieścinie znajdują się domy i kamienice wykończone w podobnym stylu. Jadąc przez Ligurię momentami można się pomylić przez jakie właściwie miasteczko się przejeżdża. Z jednej strony jest tu przez to odrobinę monotonnie. Natomiast z drugiej jest harmonijnie i naprawdę ładnie, i to gdzie się nie pojedzie! Gdyby ktoś się mnie zapytał, w którym liguryjskim miasteczku bądź w wiosce ma się zatrzymać, odparłbym, że bez różnicy. Pierwszy raz spotkałem się z sytuacją, że gdzie nie rzucisz kamieniem, tam wszędzie jest pięknie. Można się jedynie spierać gdzie jest bardziej ładnie a gdzie mniej, lecz to już będą kwestie gustu i preferencji. 

Opis tyczy się wiosek oraz małych i średnich miasteczek. W Genui i La Spezii byłem w sumie tylko przejazdem, więc się nie wypowiem. 


Jeśli chodzi o ceny, to w sklepach podobnie jak u nas, może minimalnie drożej. Za obiad w restauracji trzeba zapłacić średnio 20 euro, kawa kosztuje 1,20 - 2 euro. Mam jednak pewien protip dla oszczędnych - cena za klasyczną pizze wynosi 6 - 12 euro i ceny te obowiązują praktycznie w każdym lokalu. Czy więc zamówisz pizze w taniej pizzerii w bocznej uliczce, czy w eleganckiej restauracji na promenadzie, to za pizze zapłacisz tyle samo, czyli wyżej wspomniane 6 - 12 euro. Różnica będzie taka, że w eleganckiej restauracji pizza zazwyczaj będzie lepszej jakości. Z tym, że napoje mogą kosztować tam tyle co tańsza pizza, ale za to można posiedzieć sobie koło bogatych Niemców, którzy oczywiście też żrą te najtańsze pizze. 

Polecam też kupować jedzenie w panificio czyli piekarniach, gdzie można dostać wyśmienite foccacie. Bo foccacia została wymyślona właśnie w Ligurii i nie zjeść jej będąc w tym regionie, to grzech i to w dodatku śmiertelny. 


Ceny za wynajem leżaków na plaży, to rozbój w biały dzień. Koszt 2 leżaczków i parasola to 30 - 60 euro. Te 30 jeszcze ujdzie i raz zdecydowaliśmy się na wynajem 3 leżaków i parasola za 40e. Do tego był tam fajny beach bar, w którym zjedliśmy dobre obiady w przyzwoitych cenach 12 - 15e, lampka wina kosztowała 4e, więc zdarzają się miejsca z normalnymi cenami, lecz jest to raczej wyjątek od reguły.

Natomiast gdybym miał płacić 200zł + za wynajem leżaków dla 2 osób, to bym... podziękował i tak właśnie robiłem przez cały wyjazd. Na szczęście nie było z tym żadnego problemu, bo przy każdej nawet najdroższej plaży znajduje się się część bezpłatna - spiaggia libera i można się tam rozłożyć z kocykiem za darmoszkę.


Jeśli zaś chodzi o koszty podróży i noclegów, to wygląda to już zdecydowanie lepiej. Noclegi są na przyzwoitym poziomie i nie płacąc zbyt dużo (100-150zł/os/noc), nawet w środku sezonu można znaleźć coś ciekawego np. 70m klimatyczny domek w górach z ogrodem i super widokiem, 10min drogi od morza.

Same koszty podróży mogą być śmiesznie niskie jeśli wybierze się opcje lotu do Malpensy(MXP) + wynajmu auta, a następnie dojazdu nim na miejsce 150 - 250km. Loty do MXP kosztują między 200 a 500zł w dwie strony. Wynajem auta z pełnym ubezpieczeniem to koszt ~100zł/dzień. Czemu polecam lot do Malpensy zamiast bliższej Genui lub Pizy? Ponieważ tam loty są średnio ponad 2x droższe, a wynajem auta również potrafi kosztować 2x tyle.


Podsumowując. Gdy tylko się chce, to można pozwiedzać i wypocząć w tym niezbyt tanim i czystym regionie Włoch nie nadwyrężając zbytnio budżetu. A zdecydowanie warto to zrobić! Wszechobecne tu piękno, zarówno przyrody jak i architektury, poraża zmysły i zachęca do powrotu. Zaś miejscówek wartych uwagi jest tu tyle, że można wracać tu wielokrotnie i zawsze zostanie coś do zobaczenia. 

[Na pierwszym zdjęciu, na dole - pani, której zmysły zostały porażone liguryjskim pięknem!]

#wlochy #riwiera #podroze #wczasy

a8540e21-9a7d-47b7-9fdb-d5c6f4f02760
b21ee12a-f4a7-41d2-8a9f-b2d21b2ba2fa
8191d546-6564-424e-8ef9-da6b3fa92691
78327d56-fbe6-46de-84a2-458b4873af1f
e9a2fd72-b12b-40a7-97a8-7beedb448858

Wygląda naprawdę świetnie, i dodatkowo ładnie opisane. Może się z kobietą skusimy na wakajki tam, bo marzą się jej Włochy, a Sycylia dość przereklamowana - dzięki!

W ligurii byłem dwukrotnie. Zjeździłem ją praktycznie całą autem.

Generalnie wraz z żoną mamy opinię taką, że to taki trochę klimat Como, ale nad morzem. Naszym zdaniem są piękniejsze rejony we Włoszech. Ponadto, jedzenie w tamtej części Włoch jest mało 'włoskie', raczej podjeżdża pod kuchnie francuską. W porównaniu do kuchnii na Sycylii czy nawet Apulii/Kalabrii to jest niestety sporo gorzej.

Nie rozumiem tez samego hype'u tego regionu. Najbardziej znane, drogie i limitowane w ilości osób Portofino w porównaniu z takimi perełkami jak Taormina, Syrakuzy, Polignano a Mare czy Monopoli to w ogóle się nie umywa.

Wydaje mi się, że to taki trochę region dla bogatych Szwajcarów, Francuzów i Niemców, żeby się polansować.

W naszym prywatnym rankingu Liguria wypada poniżej średniej dla Włoch, a zjeździliśmy niemalże całe - poza Sardynią. Pozytywny aspekt jest taki, że @splash545 prawdopodobnie najlepsze dopiero przed Tobą ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Zaloguj się aby komentować

Nigdy w życiu nie przypuszczałem że wyląduję w Chinach...


Wraz z rodziną byłem na około tygodniowej objazdówce po ChRL, odwiedzając Pekin, Wuzhen, Hangzhou i Szanghaj. Z 30-osobową grupą zwiedzaliśmy główne atrakcje - świątynie buddyjskie, Zakazane Miasto, plac Tiananmen, Wielki Mur, Oriental Pearl Tower i inne zabytki.


Jedzenie było pyszne, była nawet kaczka po pekińsku. Oczywiście dużo kontroli turystów przed wejściami (Tiananmen to paranoja). Jeżeli chodzi zaś o turystów to rzadko było widać ludzi z zagranicy, za to sami Chińczycy są sympatyczni i z zaciekawieniem patrzą na Europejczyków, pytają czy mogą zrobić sobie zdjęcie z nami, w ekstremalnym przypadku ktoś z naszej grupy jako prezent dostał lody! Z drugiej strony w większości słabo u nich z językiem angielskim (choć zdarzali się co poniektórzy którzy potrafili coś powiedzieć po polsku), a na targach czy marketach gorączkowo zachęcają do kupna i lubią się targować. Kupiliśmy sobie trochę rzeczy, od herbaty przez pluszowe pandy po aparat cyfrowy.


Co do pogody to było kilka deszczowych dni, ale nie mieliśmy na co narzekać bo po naszym odlocie z Szanghaju sytuacja się totalnie pogorszyła, chyba nie muszę pisać jak bardzo. Były też dni kiedy grzało słońce, a na Wielkim Murze nawet była mgła przez którą weszliśmy o wiele wyżej niż w normalnych warunkach.


Konkludując, jest to póki co moja ulubiona zagraniczna wycieczka. Robi wrażenie wielkość lotnisk czy ekranów, podróż bullet trainem, a także dawne budowle. Cieszę się że mogłem zobaczyć skrajnie odmienną część świata i poznać nową kulturę i historie. Z Azji na pewno zostanie jeszcze Japonia bo mój ojciec jest fanatykiem marynarki wojennej i serialu Shogun.


#podroze #chiny

9128eb75-e375-45ef-8438-1ec970fe82c8
27fe8531-2c81-45bb-97d5-e23b6eb22c52
9dadf318-8529-4d9c-be0f-a139725f5548
385bebdd-856d-41ef-9e2c-957ac522e042
a023d801-a91a-4231-a4c7-8933a5caf771

Widziałeś strażników z gaśnicami? Klient mi opowiadał że stali na jakimś placu i czekali na takich co chcieli dokonać samospalenia.

Zaloguj się aby komentować

Czy wiecie że nie tylko w Polsce są problemy z budową metra?


W greckich Salonikach pierwszą linię budowano 18 lat - umowę podpisano w 2006 roku, a pierwszy pociąg przejechał w 2024 roku. Po drodze było wiele przeszkód, m.in. kryzys od 2008 roku czy pandemia. Innym poważnym problemem były setki zabytków związanych z ponad 2 tysiącami lat historii miasta. Zabytki te udało się ciekawie wyeksponować na terenie stacji metra, dzięki czemu schodząc w dół pasażer powoli cofa się w przeszłość. Na jednej ze stacji można między schodami zobaczyć fragment rzymskiej Via Egnatia prowadzącej z Rzymu do Bizancjum wraz z pozostałościami głównej bramy wjazdowej do miasta.


Samo metro jest też o tyle ciekawe, że jest w pełni automatyczne, a poszczególne pociągi poruszają się zdalnie, dzięki czemu można było zrezygnować z kabiny maszynisty. Tylko w paru innych miastach jest taki system (np. Mediolan, Rzym czy Kopenhaga).


Filmik z przejazdu możecie znaleźć m.in. tutaj.


Swoją drogą piękna to była wkrętka dzieciaka jak siedzieliśmy z przodu:

"Tato, a kto to prowadzi?"

"Myślałem że Ty"

<zszokowana mina>


#podroze #grecja #ciekawostki #metro

60924d4e-6a31-4e5b-ab1b-6455819e5de3
a1049dc0-28c6-4cd2-ae9f-30c3af7dd17e
5ce9a1a8-bc11-406a-a8b6-eec36340d871
86231952-ae55-4cad-a629-6c85333ca699
78fb5a7a-fb1c-46f4-ac39-b7f06e8b0a61
bori userbar

@bori o panie, tylko nie metro w Kopenhadze. Straszne gowno. Jak ja się triggeruję jak mi się to ich ch⁎⁎⁎we metro przypomina ( ͠° ͟ʖ ͡°)

@976497 warszawskie metro to jest złoto w porównaniu z CPH.

problemy w Cph:

  • pociag jest malutki, bywało nie raz i nie dwa, że nie byłem w stanie wsiąść.

  • brak klimatyzacji a nawet wentylacji. Nie pamiętam czy były tam otwierane lufciki

  • sporo stacji jest nad ziemią

  • metro często się psuje i staje pomiedzy stacjami. Jak weźmiesz pod uwagę, że czasem stoisz nad ziemią, jest ścisk, brak klimy i do tego trochę słońca to łatwo się domyślić jak to się kończy.

ogólnie to słabo.

Uwielbiam podziemne ekspozycje archeo! Muzeum w Bath i Placa del Rei w Barcelonie bardzo mi się podobały, to chyba następne będzie metro w Salonikach.

Zaloguj się aby komentować

Jadę przez ten #chorzow jadę i jadę już ponad 30 minut do tego #zabrze i się ciągle czuję jakbym jechał przez #baluty #lodz tylko 10 razy większe.

Wielki skurwesyn ta aglomeracja.


Ide na lumpy.


#slask #katowice #przemysleniazdupy #podroze #gornoslaskazaglebiowskametropolia

18a3814f-c26b-4966-9083-7ba58abf2a03
0cd2faf8-c316-476f-9f03-04747985a4b2
8c755a0b-b06b-4620-9bd2-50f2a9759cb1
Opornik userbar

@Opornik tam jakby ruski dron spadł to by poziom cywilizacji skoczył o 1000 lat do przodu Tylko popatrz- Dante Alighieri wybrał się tam raz i doznał takiego szoku, że pisząc Boską Komedię przypomniał sobie swoje własne słowa z tego tripu i postanowił ich użyć jako ostrzeżenia nad bramą piekła- "Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy wchodzicie"

Zaloguj się aby komentować

Kolega @Atexor wrzucił dwa tygodnie temu post o autonomicznej republice mnichów Athos zlokalizowanej na jednym z "palców" greckiego półwyspu Chalcydyckiego. I tak śmiesznie się złożyło, że kilka dni później leciałem na wakacje pod samą granicę republiki xD


Jak było wspomniane, wstęp z marszu na teren republiki jest praktycznie niemożliwy. Ale z sąsiadującego z republiką miasteczka Uranupoli codziennie odbywają się rejsy statkiem wokół półwyspu, z którego chętnie skorzystaliśmy. Wycieczki nie mogą zbliżać się na mniej niż 500 metrów od brzegu.


Co do zasady, republika jest autonomiczna i zarządzana przez mnichów, a kobiety na jej teren nie mają wstępu. Składa się z 20 klasztorów rozrzuconych na górzystym półwyspie o długości około 50 km i szerokości około 10 km wcinającym się w morze Egejskie. Niektóre z klasztorów są położone bardzo malowniczo, na wysokich skałach czy stromych stokach. Oprócz monastyrów można zaobserwować dużo mniejszych budynków rozsianych wokół nich. Wydawało się że życie toczy się warto, promami przypływały ciężarówki z zaopatrzeniem, a w niektórych trwały intensywne prace remontowe.


Mimo że samych mnichów odwiedzać nie można, to oni sami chętnie podpływają motorówką na statki, przywożąc relikwie i sklepik z pamiątkami, z czego szczególnie żarliwie skorzystała grupa pielgrzymów z Serbii. Podobno mieli nawet relikwie apostołów. Na sam koniec dali się fotografować z pasażerami i ściskać paniom xD Zdjęcia w komentarzu.


#podroze #grecja #ciekawostki #religia

9ab4d1ec-42c4-4233-9005-f420773fe4e0
9d916060-4c30-4e55-a1d4-f6aaf20e9db7
47c17865-3575-4073-becd-ab50d18bd063
59b86738-94dd-4763-84da-eb8ebd9dadd6
8cd67b18-4f43-4db6-90c2-ef9eb247e7cd
bori userbar

@bori tak sobie teraz pomyślałem, że mnisi może czasem mają czas wolny dla siebie i w ramach rozrywki grają sobie w nożną na placu (widziałem już grających księży, jak i katolickich mnichów, to i tu czemu nie). I potem posyłają jakiegoś biednego Diogenesa czy innego Herakliusza po piłkę jak wyleci xD

c35dd6df-289f-4a35-9fe0-43a577d80000

Zaloguj się aby komentować

Czy wiedzieliście że zabudowa śródmieścia greckich Salonik jest tak gęsta, że w parterze kamienic można spotkać nie tylko zwykłe sklepy, ale nawet takie przybytki jak warsztaty samochodowe czy stacje benzynowe?


Dla niedowiarków linki do Google Maps:

Swoją drogą ciekawe co na to greckie przepisy przecipożarowe...


(wybaczcie screeny ze Street View ale nie ogarnąłem robienia zdjęć w czasie jazdy)


#podroze #grecja #saloniki #ciekawostki #motoryzacja

93d3cd7b-c4fa-4d90-8f06-43452c91eeec
a8ebaf1d-407b-4f13-8cc5-e5fb57ac5749
bori userbar

Zaloguj się aby komentować

(kontynuacja wątku z tego wpisu)


Osoby podróżujące po Grecji szybko zauważą, że wszędzie pełno jest malutkich kapliczek, szczególnie przy drogach. Czy wiecie skąd to się wzięło i czemu to służy?


Otóż Grecy jeżdżą po prostu jak wariaci, co w połączeniu z krętymi drogami i licznymi przeszkodami terenowymi sprawia że często dochodzi do wypadków, w tym i śmiertelnych. I gdy ktoś w takim miejscu zginie, rodzina stawia mu kapliczkę, gdzie umieszcza ikony i pali znicze w intencji zmarłego - trochę na takiej zasadzie jak u nas przydrożne krzyże. Podobnie dzieje się gdy z poważnego wypadku ktoś cudownie ocaleje, ale tutaj to już sam zainteresowany stawia kapliczkę, tym razem w podzięce za darowanie życia. Sytuacji nie poprawia podejście do samochodów jako wyłącznie środka transportu w który nie warto inwestować, przez co ogromną część stanowią auta stare i w wątpliwym stanie technicznym. Dochodzi do takich absurdów, że w jednym miejscu, przy zakręcie, spotkałem dwie kapliczki skoszone wraz z barierą w kolejnym wypadku... (zdjęcie w komentarzach).


Innym zastosowaniem kapliczek są przydomowe miejsca kultu religijnego. Odnoszę wrażenie że Grecy lubią mieć blisko siebie strefy sacrum, stąd można spotkać wiele mniejszych i większych kaplic. Gdy kogoś nie stać na większą kaplicę (a i takie widziałem w ogródkach) to stawia sobie taką kapliczkę przy domu jako erzac.


Same kapliczki są na tyle popularne, że są firmy wyspecjalizowane w ich produkcji i można je dostać w marketach budowlanych.


#podroze #grecja #ciekawostki #wypadkidrogowe

1f709803-7705-44a7-8130-a0b43a72e5ee
87c97ec7-895d-4113-b668-e171bddb8bb3
33b6dd48-f862-4e0e-b2b6-fbffc457a73e
6d817230-0634-46a8-bb60-90618041c51e
367344b4-cd6a-4fa2-a73a-909c9d4a1f4c
bori userbar

Kapliczki jeszcze są z niebieskim lub czerwonym daszkiem. Te z niebieskim oznaczają, że ktoś przeżył lub postawiona w podziekowaniu itd itp z czerwonym daszkiem oznacza iż doszło do logout'u

@bori jak stałem przy przejściu dla pieszych na Korfu, to tylko auta z wypożyczalni się zatrzymywały. Nawet polskich kierowców można docenić po tygodniu na greckich drogach.

Zaloguj się aby komentować