Zdjęcie w tle

Społeczność

Historia

683

Jak Aleksander Wielki zdobył Tyr - miasto położone na wyspie, które było nie do zdobycia (332 r p.n.e.)


Fragmenty z książki Filip i Aleksander.


Fenicki ośrodek Tyr wysłał do Aleksandra poselstwo z ofertą podporządkowania się; kiedy jednak monarcha stanął na brzegu naprzeciwko wyspiarskiego miasta, okazało się, że chodziło raczej o ogłoszenie neutralności. Macedończyk odpowiedział, że pragnie złożyć ofiarę Heraklesowi – naczelnemu bóstwu Tyryjczyków. Wpuszczenie Aleksandra w mury miasta i pozwolenie mu na ceremonię ofiarną byłoby równoznaczne z uznaniem go nie za zwykłego sprzymierzeńca, ale za zwierzchnika.


Aleksander usłyszał w odpowiedzi, że w położonym na stałym lądzie Starym Tyrze (w owym czasie opuszczonym) jest inna świątynia i jeśli tak tego pragnie, niech tam sobie odprawi wszelkie obrzędy, ale zgody na wejście do ich miasta nie otrzyma. Monarcha próbował ponowić negocjacje, jednakże jego posłów zawleczono na koronę murów i na oczach Macedończyków zabito i strącono do morza.


Aleksander nie mógł przystać na neutralność Tyru. Ponadto jeżeli macedońskich parlamentariuszy rzeczywiście zamordowano, tak zuchwała prowokacja wymagała bezwzględnej reakcji.


Armia potrzebowała zachęty, gdyż stojące przed nią zadanie było iście na miarę mitycznego Heraklesa. Tyr zbudowano na wyspie oddalonej o niespełna kilometr od wybrzeża. Morze jest tam z początku płytkie, lecz u jej brzegu dno opada mniej więcej do pięciu metrów. Wysokie mury miejskie, wzmocnione basztami, były solidnej konstrukcji i dobrze utrzymane. Co równie ważne, wzniesiono je prawie na samym brzegu, nie było więc miejsca na prowadzenie normalnych prac oblężniczych i podprowadzenie taranów. Tyryjczycy z dumą wspominali, jak kiedyś przez trzynaście lat opierali się oblężeniu babilońskiemu, aż w końcu nieprzyjaciel był zmuszony odstąpić. Zapasów mieli w bród i mogli je uzupełniać drogą morską, a w tak dużej populacji nie brakowało też dobrze zmotywowanych mężczyzn do walki i do pracy.


Aleksander i jego inżynierowie uznali, że skoro nie mają szans na podejście morzem, należy zbudować groblę między wybrzeżem a wyspą. Z ruin Starego Tyru wzięli kamienie, drewno z cedrowych lasów libańskich. Materiał trzeba było przenosić na brzeg i dalej, w miarę jak konstrukcja z wolna się wydłużała.


Tygodnie rozrosły się w miesiące. Dzięki nieustannej pracy wojska i cywilów grobla z wolna się wydłużała. Pierwsze odcinki prowadziły przez płycizny i piaszczyste łachy, co znacznie ułatwiało zadanie. Z początku Tyryjczycy reagowali na to tylko obelgami i drwinami rzucanymi z podpływających łodzi. Kiedy jednak nasyp sięgnął dalej w cieśninę, zaczęli ostrzał z lekkich katapult ustawionych na murach i okrętach. Trudno pracować w zbrojach ludzie więc odnosili rany i często musieli szukać schronienia przed pociskami.


W starożytności oblężenia były długotrwałym pojedynkiem na pomysłowość i wytrzymałość. W tym przypadku Macedończycy w odpowiedzi ustawili na krańcu grobli dwie wieże obite skórami dla ochrony przed pociskami ognistymi i uzbrojone w machiny miotające. Dzięki sporej wysokości można było z nich ostrzeliwać pokłady okrętów, co zmuszało je do trzymania się w dużej odległości, oraz utrudniać działanie obrońcom na murach. Pod ich osłoną praca znów szła sprawniej.


Inżynierom Aleksandra nie brakowało konceptów, lecz i Tyryjczycy wykazywali się nie lada sprytem. Bardzo skuteczne okazało się zastosowanie brandera – statku załadowanego materiałami palnymi i skierowanego na cel. Podwieszone na maszcie kotły z oliwą itp. miały runąć wraz z nim i wzmóc pożar. Statek przetrymowano na rufę, aby ułatwić mu wejście dziobem na groblę. Doświadczeni ludzie morza, znający swój akwen od pokoleń, odczekali na właściwe warunki i poholowali brander ku nieprzyjacielskim konstrukcjom. Odważni marynarze rozpalili ogień, holujące triery nadały statkowi odpowiednią inercję i zwolniły liny, a resztę zrobili sternicy i wiatr. W ostatniej chwili załoga wyskoczyła za burtę, brander zaś wbił się dziobem w groblę. Nadpalony maszt złamał się i upadł do przodu, jak zaplanowano, i macedońskie konstrukcje zalała fala płomieni. Skórzane obicia nie mogły ochronić przed taką pożogą i wkrótce obie wieże, jak również szkielet grobli i zbudowane na niej schrony zapłonęły niczym pochodnie. Na morzu pojawiły się kolejne tyryjskie okręty, z których ostrzeliwano próbujących się bronić Macedończyków, i desantowano oddziały, by dopełnić dzieła zniszczenia.


Wielotygodniowa praca obróciła się wniwecz w kilka godzin, do czego przyczyniła się też sama natura: resztę konstrukcji rozbił sztorm. Obejrzawszy ruiny grobli, Aleksander nakazał wznowić budowę; tym razem grobla miała być znacznie szersza i zaopatrzona w większą liczbę wież bojowych. Przypuszczalnie prace rozpoczęto w innym miejscu i pod innym kątem względem prądów pływowych, źródła nie mówią jednak o tym wyraźnie. Pewne jest tylko, że zadanie wymagało jeszcze więcej czasu niż pierwsza próba, której efekty tak szybko zostały unicestwione.


Aleksander wezwał wszystkich inżynierów i techników, jakich dało się znaleźć w Fenicji i na Cyprze, aby wzmocnić kadrę nadzoru nad pracami budowlanymi. Nowa grobla powoli pełzła ku celowi, lecz kosztowało to wiele wysiłku; coraz dalej trzeba też było szukać materiałów, zwłaszcza drewna, co znacznie wydłużało czas dostaw. Robotnikom nie groziły już pociski z morza, gdy jednak czoło konstrukcji znalazło się w zasięgu strzału z murów, problem zaczął się na nowo. Macedońskie katapulty na wieżach i okrętach starały się trzymać obrońców w szachu. Obie strony poświęcały wiele energii na ochronę przed ostrzałem, Macedończycy nie ustawali też jednak w wymyślaniu nowych działań zaczepnych. Jednym z takich pomysłów było wiązanie statków handlowych lub okrętów burtami do siebie, aby służyły za platformy do ustawiania wież oblężniczych lub taranów. Dzięki temu Aleksander mógł atakować mury w różnych miejscach, nie tylko na odcinku na wprost grobli. To zagrożenie, jak i rzeczywiste szturmy zmuszały obrońców do reakcji i z wolna wyczerpywały ich siły.


Nie wszystko jednak szło po myśli agresorów. Tyryjczycy pokrywali pokłady okrętów improwizowanymi pancerzami; chronione przed pociskami z góry mogły atakować pływające platformy z wieżami lub zrywać ich liny kotwiczne. Dla zmniejszenia skuteczności mobilnych taranów obrońcy w atakowanych miejscach wyściełali mur workami z piaskiem; dokuczliwą bronią był też piasek rozgrzany w ogniu i sypany na oblegających – wystarczyło, że parę ziarenek dostało się pod ubranie lub zbroję, by dotkliwie poparzyć delikwenta, któremu pozostawał wybór mniejszego zła: zrzucić rynsztunek i ryzykować trafienie strzałą czy pracować dalej w ustawicznym bólu.


Oblężenie Tyru było najdłuższą i najtrudniejszą tego rodzaju operacją podjętą czy to przez Aleksandra, czy jego ojca. Arrian nazwał je „zaiste ogromnym zadaniem”; według Kurcjusza nawet sam Aleksander był bliski desperacji i rozważał, czyby nie odstąpić i raczej pociągnąć na Egipt, „jednakże bardzo by mu było wstyd, […] uznał też, że zbytnio ucierpiałaby jego reputacja, gdyby zostawił Tyryjczyków w spokoju niczym na świadectwo, że jednak można go pokonać”. Jeżeli taka myśl przemknęła młodemu monarsze przez głowę, to jej nie posłuchał. Im więcej energii i prestiżu wkładał w to przedsięwzięcie, tym trudniej było z niego zrezygnować.


Macedończycy uparcie atakowali, aż wreszcie odkryli słaby punkt po stronie południowej, nieopodal główek Portu Egipskiego. Do ostatecznego szturmu starannie się przygotowano. Główny atak ruszył z dwóch okrętów zaopatrzonych w drabiny; pierwszy wiózł hypaspistów, na drugim czekali żołnierze z jednego z oddziałów falangi. Przypuszczalnie nacierano również w innych miejscach, aby rozdzielić siły obrony w nadziei, że w końcu gdzieś się uda. Aleksander obserwował przebieg operacji z wysokiej wieży (zapewne tej na grobli), lecz widząc jej szybki postęp, sam wkrótce dołączył do atakujących.


Tyryjczycy zaczęli się wycofywać z murów zewnętrznych. Macedońskie okręty jeden za drugim wpływały do obu portów i coraz więcej szturmujących wdzierało się do miasta. Po tylu miesiącach żmudnej i niebezpiecznej pracy żołnierze – pamiętający przecież zgładzenie parlamentariuszy, a może też inne podobne akty – szli do boju rozradowani i żądni zemsty.

Aleksander zadecydował i kazał heroldom to obwieścić, że każdy, kto się schroni w świątyni, będzie oszczędzony, nie wiemy jednak, jak szeroko ta proklamacja się rozeszła i czy dawano jej wiarę. Nigdzie indziej nie okazywano litości; morderczy amok ogarnął zwłaszcza Macedończyków.


Ostatni punkt oporu liczna grupa obrońców zorganizowała w pobliżu świątyni Agenora. Arrian twierdzi, że podczas szturmu i plądrowania miasta poległo ich osiem tysięcy; według innego przekazu dwa tysiące z tej liczby wzięto żywcem i później ukrzyżowano na morskim brzegu. Aleksander z pewnością był zdolny do zarządzenia tak straszliwej kary, ale nie znaczy to, że historia ta jest prawdziwa. Około trzydziestu tysięcy (co chyba należałoby odczytać jako „dużą liczbę”) kobiet i dzieci sprzedano do niewoli, lecz ludzie, którzy zamknęli się w świątyni Heraklesa ocaleli z pogromu.


Arrian podaje, że łącznie całe oblężenie kosztowało stronę macedońską około czterystu ofiar. Jak zwykle wielu uczonych kwestionuje te dane jako znacznie zaniżone, lecz ponieważ mowa tu wyłącznie o Macedończykach, bez wliczania sojuszników i robotników cywilnych, mogą być wiarygodne. Rannych musiało być wielokrotnie więcej, aczkolwiek w kontekście długotrwałego oblężenia – z wyjątkiem paru okoliczności – łatwo można było ich opatrywać i leczyć.


Miasto na nowo zasiedlono osadnikami sprowadzonymi z innych okolic, choć całkiem możliwe, że z czasem wróciła też część ocalałych Tyryjczyków. Pewne jest, że w lokalnej kulturze nie nastąpiły żadne drastyczne zmiany, utrzymały się też więzi z Kartaginą. Tyr pozostał dużym i ważnym ośrodkiem, ale nigdy już nie odzyskał dawnej świetności i potęgi. Zmieniło się właściwie tylko jedno: z czasem prądy naniosły na pozostałości grobli tyle mułu, że utworzył się tam stały przesmyk łączący wyspę z lądem.

Choć dzielna postawa obrońców słono ich kosztowała, w wymierzonej im karze nie było nic wyjątkowego – może poza masowym ukrzyżowaniem, jeśli rzeczywiście do niego doszło. Jak w wypadku Teb, sama wielkość miasta oraz zacięty opór, jaki stawiło agresorom, sprawiły, że jego los wydawać się może aż tak tragiczny.


#historia #ciekawostki #czytajzhejto

773584f1-c632-4cd3-8f03-135369f8a50f
b6407328-a904-4f98-92be-0fcd63463a47
e916df11-8a59-4418-89d7-48d9a0798390
6635a78d-f616-42ef-b4a1-f853b4a9bd7e

Szlag mnie trafia, że takich zbrodniarzy nazywa się "wielkimi" i stawia im pomniki oraz się ich romantyzuje.


To jest dokładnie to samo co nazywanie Putina "Wielkim Putinem", albo podobnie Hitlera.

@Chrabonszcz porównanie do Putina nie jest tarfne, bo w tych czasach, w tym regionie wojna nie jest akceptowalnym sposobem załatwiania spraw. Aleksander nie zrobił jakiegoś holokaustu, żeby go do Hitlera porównać.


Jak już to niesprawiedliwy jest obraz Mongołów u nas, którzy podbijali świat tak samo i tak samo zrobili też mnóstwo dobrego

Zaloguj się aby komentować

Front Bałkański w I wojnie światowej część 19, na podstawie "Through the Serbian Campaign -The Great Retreat of the Serbian Army" By Gordon Gordon-Smith wyd. 1916


#iwojnaswiatowa #historia #pierwszawojnaswiatowa #1wojnaswiatowa #ciekawostkihistoryczne #VoivodePutnik


Poprzednie części pod tagiem #voivodeputnik


Wyczerpany stan naszych wołów zmusił nas do spędzenia trzech niespokojnych dni w Kuršumliji. Drugiego dnia głuchy huk dział po naszej prawej stronie potwierdził doniesienie, że Niemcy są w Rašce. Byliśmy więc niemal całkowicie otoczeni, Niemcy znajdowali się na północy, Austriacy na zachodzie, a Bułgarzy na wschodzie. Jedyna linia odwrotu prowadziła na południe w kierunku Prisztiny. Gdyby zarówno wojska, z którymi byliśmy, jak i Pierwsza Armia maszerująca przez Mitrowicę dotarły tam bezpiecznie, cała siła zbrojna Serbii skoncentrowałaby się wokół tego miasta. Nasz wóz leżał na stromym zboczu smaganej wiatrem góry. Nasze dwa wynędzniałe konie, które bardzo cierpiały z powodu braku paszy podczas marszu przez przełęcz, zostały wypuszczone na pastwisko. Około stu metrów za nami, na szczycie wzgórza, znajdował się nagi, spieczony słońcem płaskowyż, na którym znajdowała się seria na wpół zrujnowanych okopów, ostatnich pozostałości po wojnie z Turcją. Artyleria ustawiła tu kilka dział przeciwlotniczych, aby odstraszyć samoloty wroga, które mogłyby pokusić się o zbombardowanie gęsto upakowanego parku taborów. Za nimi serbski samolot stał pod strażą wartownika. Na pierwszy sygnał był gotowy do ataku na niemieckich lotników. Od czasu do czasu wykonywał również loty zwiadowcze w celu rozpoznania pozycji armii feldmarszałka von Mackensena. Oddziały trzymające Bułgarów w szachu w Prokuplje zostały również wzmocnione przez wojska, które bezpiecznie wycofały się z przełęczy, dzięki czemu mogliśmy swobodniej oddychać. Szanse na udany atak Bułgarów znacznie zmalały.


Cała armia serbska, z wyjątkiem kilku dywizji potrzebnych do walki w straży tylnej, niezbędnej do opóźnienia natarcia armii niemieckiej i bułgarskiej, była teraz ponownie w odwrocie. Było jasne, że panuje niezdecydowanie co do dalszych działań. Prawdopodobieństwo, że odwrót zakończy się katastrofą, stawało się z dnia na dzień coraz bardziej oczywiste. Problemy rządu osiągnęły taki punkt, że administracja cywilna i wojskowa groziły załamaniem. W rzeczywistości administracja cywilna już to zrobiła. Cała ludność północnej i południowej Serbii napływała teraz do dawnego Sandżaku w Nowym Bazarze i albańskiej prowincji leżącej między Prisztiną a Prisrendem. Dziewięćdziesiąt procent tych ludzi nie miało pieniędzy ani żywności, a nawet gdyby mieli pieniądze, chyba że w srebrze, nie byłoby to dla nich dobre, ponieważ chłopi i wieśniacy odmawiali przyjęcia papieru w jakiejkolwiek formie.


W konsekwencji rząd musiał odwołać swój rozkaz, aby cała męska populacja powyżej czternastego roku życia wycofała się przed Niemcami. Problem wyżywienia setek tysięcy uciekinierów okazał się nierozwiązywalny i teraz nakazano im powrót do swoich domów. Ale co innego wydać rozkaz, a co innego go wykonać. Fala ludzkiego nieszczęścia, która płynęła do Sandżaku i w kierunku Albanii, teraz zawróciła i płynęła na północ. Ale ponieważ podczas marszu na południe oczyścili już kraj z wszelkiego rodzaju zapasów, wkroczyli na pustynię, gdy zaczęli ją ponownie przemierzać w drodze powrotnej. Co minutę lub dwie spotykałem grupy chudych mężczyzn i kobiet o pustych oczach, wlokących się mozolnie z powrotem drogami, które z takim trudem pokonali kilka dni wcześniej. Często można było natknąć się na martwe ciało lub biednego nieszczęśnika, który położył się, by umrzeć.


Przez cały dzień podróżowałem z czterema bateriami dział 15,5 cm, każda ciągnięta przez czternaście potężnych wołów, które przybyły z Prokuplje, gdzie trzymały Bułgarów na dystans, podczas gdy Druga i Trzecia Armia przemierzały przełęcz Kruševac-Kuršumlija. Oficerowie powiedzieli mi, że nie mieli innych rozkazów niż odwrót w kierunku Prisztiny i maszerowali w tym kierunku do czasu otrzymania nowych instrukcji. Gdy wspinaliśmy się w kierunku górnego płaskowyżu, było bardzo zimno, a gwałtowna północno-wschodnia wichura napędzała gwałtowną burzę śnieżną. Ale pomimo wszystkich przeszkód, niekończące się kolumny piechoty, kawalerii, artylerii i taborów bagażowych posuwały się stale na południe i mieliśmy pewność, że jeśli tempo postępu zostanie utrzymane, będziemy w Prisztinie za trzy dni.


Do Prisztiny dotarliśmy po południu 15 listopada. Stwierdziliśmy, że wraz z napływem serbskich uchodźców, element albański, ogólnie dominujący, został nieco zatopiony. Podczas ostatnich dwóch dni marszu nasz wóz z bykami został dołączony do kolumny zaopatrzeniowej Kombinowanej Dywizji, jednego z korpusów elitarnych armii serbskiej.


Prisztina przedstawiała niezwykły spektakl. Na amfiteatrze wzgórz otaczających miasto znajdowały się obozy i biwaki rozciągające się jak okiem sięgnąć, podczas gdy każda droga aż po horyzont była wypełniona niekończącymi się kolumnami, konnymi, pieszymi, artyleryjskimi i transportowymi, które wlewały się do miasta. Wąskie uliczki były przepełnione serbskimi żołnierzami wszystkich armii, francuskimi lotnikami i mechanikami, brytyjskimi żołnierzami z Morskiej Baterii Dział oraz francuskimi, rosyjskimi, greckimi, brytyjskimi i rumuńskimi lekarzami i pielęgniarkami Czerwonego Krzyża. Panował dziwny optymizm. W obiegu krążyły niezwykłe plotki: Bułgarzy zostali wyparci z Prokuplje, serbskie patrole ponownie wkroczyły do Niszu, Uskub został odbity, armia rosyjska wkroczyła do Bułgarii i zajęła Negotin itd. Ale nie ma na świecie kraju, w którym trzeba być bardziej nieufnym wobec plotek niż Serbia. Fakt, że cała Druga i Trzecia Armia kontynuowały swój ruch odwrotowy, znacznie zdyskredytował doniesienia o sukcesach pod Prokuplje i Niszem. Odzyskanie Uskubu było tak często ogłaszane i równie często zaprzeczane, że czułem, iż potrzebuję lepszego autorytetu niż plotki z bazaru w Prisztinie.


Wręcz przeciwnie, wszystko wskazywało na to, że sytuacja była krytyczna jak zawsze i z każdą godziną stawała się coraz bardziej rozpaczliwa. Wydawało się, że nikt nie wie, gdzie znajduje się rząd lub kwatera główna. Pytałem w pół tuzina miejsc, ale otrzymywałem tylko mgliste odpowiedzi, aż przypadkiem spotkałem pułkownika, który jest głównym adiutantem króla Piotra. Powiedział mi, że król przybył do Prisztiny dwie godziny wcześniej, a zarówno rząd, jak i sztab główny znajdują się w Mitrowicy, oddalonej o czterdzieści kilometrów. Poinformował mnie, że sytuacja stawała się coraz czarniejsza z każdą godziną i jeśli armia serbska nie zdoła ostatnim desperackim wysiłkiem przełamać otaczającego ją kręgu bagnetów, jej los będzie przesądzony. Kryzys finansowy był dotkliwy jak nigdy dotąd i szybko zbliżaliśmy się do cen głodowych. Musiałem zapłacić 20 dinarów za dodanie kawałka skóry do podeszwy moich butów. W innych czasach kilka dinarów uznano by za wygórowaną cenę. Podjęto próbę złagodzenia sytuacji monetarnej poprzez wprowadzenie do obiegu znaczków pocztowych, ale po dniu lub dwóch przestały one cieszyć się zaufaniem opinii publicznej. Chleb kukurydziany był sprzedawany na ulicach po 5 dinarów za dwufuntowy bochenek, zamiast 25 centymów. Żołnierze jednak nadal otrzymywali swoje zwykłe racje żywnościowe. Powiedziano mi, że żywności dla ludzi i paszy dla zwierząt wystarczy jeszcze na dziesięć dni; po tym czasie głód zajrzy nam w oczy. To oczywiście odnosiło się tylko do armii; ludność cywilna już dawno stanęła twarzą w twarz z głodem.


W Prisztinie udało nam się uzyskać pewne szczegółowe informacje na temat odwrotu Pierwszej Armii pod dowództwem generała Živojina Mišića, która maszerowała przez góry na linii równoległej do linii Drugiej i Trzeciej Armii, z którymi byliśmy. Trasa ta wiodła z Kraljewa przez Raškę do Mitrowicy, a stamtąd przez równinę Kossowa do Prisztiny.


We wcześniejszym rozdziale opisałem już moją wizytę w Kraljewie, gdzie rząd i korpus dyplomatyczny schronili się 18 października, gdy natarcie Bułgarów zagroziło Niszowi. Część Korpusu Dyplomatycznego i Konsularnego, która nie była w stanie znaleźć zakwaterowania w Kraljewie, została zakwaterowana w Čačaku, małym miasteczku położonym kilka mil od Kraljewa. Kilka dni później, 26 października, ruch zwrotny wykonany od zachodu przez siły austriacko-niemieckie pod dowództwem generała von Gallwitza zagroził najpierw Użicom, a następnie Čačakowi i spowodował wydanie rozkazów natychmiastowej ewakuacji tych miast. Przeprowadzono ją między 26 a 29 października. Jednocześnie nadeszła wiadomość, że Sztab Główny ewakuował Kragujevac i zainstalował się w Kruševacu. Dwa dni później Rząd i Korpus Dyplomatyczny opuścili Kraljevo, aby przejść przez przełęcz przez góry i dotrzeć do Raški, na granicy dawnego tureckiego Sandżaku w Nowym Bazarze. Wraz z rządem ludność wszystkich miast zagrożonych przez austriacko-niemieckie natarcie wylała się jak powódź przez górską przełęcz. Na wszystkich szlakach zbiegających się w kierunku doliny rzeki Ibar maszerowały tysiące bezdomnych, głodujących ludzi. W miarę zbliżania się do gór, miasta i wsie stawały się coraz mniejsze i mniej zdolne do udzielenia gościny uciekającej ludności. Tysiące ludzi zostało zmuszonych do obozowania na otwartej przestrzeni w ulewnym deszczu, a ich nędzne wozy, wypełnione mebelkami i sprzętem gospodarstwa domowego, które udało im się uratować, zaparkowane w błocie, otoczone bydłem, owcami i świniami, które udało im się zabrać ze sobą. Początkowo armia znajdowała się na tyłach tej uciekającej masy, walcząc w tylnej straży z nacierającym wrogiem i trzymając go w szachu. Wkrótce jednak zostali zaatakowani z tyłu, podobnie jak Druga i Trzecia Armia, i zmuszeni do przemierzania gór w pośpiechu, aby osiągnąć Sandżak w Nowym Bazarze, zanim wróg zdoła zamknąć drugi koniec przełęczy.


W konsekwencji wycofująca się armia wkrótce powiększyła szeregi uciekającej ludności. Żołnierze znaleźli drogi obciążone masą chłopów, wozów, stad bydła, stad owiec i wszystkich przeszkód dla uciekającego narodu. Tylko za cenę niestrudzonego wysiłku oddziały, artyleria i tabory bagażowe przedarły się przez zatłoczone drogi. Widok głodujących tłumów był nieustannie przed oczami wycofujących się oddziałów i naturalnie nie dodawał im otuchy. Wiele pułków było bez chleba i płakało z wściekłości z powodu swojej bezradności w niesieniu pomocy lub obronie głodujących rodaków.

aa197c61-e166-4b08-bd3a-c063a02dd464
f2016420-818b-4e39-92d7-1e85d830874f
a2943240-1556-4012-8744-a7df2cb7663e

Zaloguj się aby komentować

Front Bałkański w I wojnie światowej część 18, na podstawie "Through the Serbian Campaign -The Great Retreat of the Serbian Army" By Gordon Gordon-Smith wyd. 1916


#iwojnaswiatowa #historia #pierwszawojnaswiatowa #1wojnaswiatowa #ciekawostkihistoryczne #VoivodePutnik


Poprzednie części pod tagiem #voivodeputnik


W miarę upływu dnia było jasne, że nerwowość mieszkańców rośnie. Chociaż ci, którzy pozostali, dobrowolnie zdecydowali się czekać na przybycie Niemców, było oczywiste, że w miarę zbliżania się tego momentu zaczęli się niepokoić, jak mogą zostać potraktowani przez wroga. Krótko po południu rozległ się publiczny nawoływanie wzywające najstarszych mieszkańców do ratusza. Wszyscy wiedzieli, co to oznacza. Ci starsi mężczyźni mieli utworzyć delegację, która, niosąc białą flagę, pójdzie wzdłuż głównej drogi w kierunku Stalać, aby ogłosić Niemcom kapitulację miasta. Spuszczone spojrzenia ludzi na ulicach pokazywały, jak głęboko czuli swoje położenie i ile wysiłku kosztowało ich dopuszczenie wroga do swoich bram. Około godziny trzeciej dowiedziałem się, że pojedyncze patrole kawalerii poprzedzające niemiecką straż przednią widziano między Kruševacem a Stalać. Było jasne, że nasz wyjazd nie może być dłużej opóźniany. Złożyłem ostatnią wizytę w szpitalu, aby pożegnać się z dzielnymi kobietami ze Szkockiego Czerwonego Krzyża, które zatrzymały się ze swoimi rannymi. Dałem im wszystko, co mogłem, jeśli chodzi o konserwy, ponieważ słyszałem, że przez ostatnie dwa tygodnie byli ograniczeni do suchego chleba i wiedziałem, że zasoby Kruševaca zostały całkowicie wyczerpane. Powiedzieli mi, że pan Smith, sekretarz oddziału, i trzydzieści pielęgniarek wyjechało tego ranka dwoma wozami zaprzężonymi w woły do Cettinje, stolicy Czarnogóry, przez Mitrowicę, Ipek i Andriejewicę. O piątej kazałem zaprząc konie i opuściliśmy miasto. Nie posuwaliśmy się jednak szybko, gdyż kilka kilometrów dalej dotarliśmy do drogi, którą maszerowała armia. Przejazd tysięcy wozów i setek dział był prawdziwym ciosem dla tej nędznej drogi, która w żadnym momencie nie była w najlepszym stanie. Niezliczone koła i kopyta zamieniły ją w istne grzęzawisko. Co chwila jakiś wóz utykał i blokował drogę na milę. Nasze trzy konie, zdyszane i pokryte potem, naprężały wodze i co chwila stawały w miejscu. Aby ułatwić im zadanie, du Bochet i ja wysiedliśmy i szliśmy obok. W miarę zapadania zmroku scena stawała się coraz bardziej złowieszcza. Po lewej stronie, za stacją kolejową, jeden budynek po drugim stawał w płomieniach; pracownicy podpalali magazyny i wysadzali wagony na bocznicy. Kilka minut później całym miastem wstrząsnęła seria eksplozji. Zapasy zgromadzone w magazynie prochu Obiliczewo zostały wysadzone w powietrze. Ze wzniesienia, na którym stałem, spektakl był przerażający. Kruševac płonął w pół tuzinie punktów, całe niebo było pokryte karmazynowym blaskiem, podczas gdy pod nami rzeka, krwistoczerwona w płomieniach, można było śledzić aż po horyzont, gdzie widać było błyski serbskich dział opóźniających niemieckie natarcie.


Na linii odwrotu zamieszanie stało się jeszcze większe. Cała droga była wypełniona potrójną linią wozów zaprzężonych w byki, a ich dyszące zaprzęgi z trudem przedzierały się przez nieustępliwe błoto. Nagle nastąpiła eksplozja przypominająca trzęsienie ziemi. Ogromna kolumna żółtego płomienia wystrzeliła w niebo, oświetlając cały kraj na wiele mil. Ciężki most kratownicowy nad rzeką został zdetonowany. W tym samym momencie trzy ogromne niemieckie pociski przeleciały nad głowami i rozerwały się potężnymi eksplozjami, jeden w pobliżu ratusza, a dwa w pobliżu stacji kolejowej. Te wstrząsające eksplozje wywołały dziką panikę wśród wołów, pierwszą, jaką widziałem w Serbii. Przerażone zwierzęta zerwały się do galopu i popędziły w szalejącej masie, z naszym powozem pośród nich, w dół drogi. Nagle dotarli do wąskiego mostu przecinającego niewielki wąwóz. Ci na zewnątrz zostali przyparci do balustrady. Widziałem, jak wóz balansuje przez chwilę, a następnie, wraz z trzema końmi, spada do rowu dwadzieścia stóp poniżej. Rozległ się dźwięk tłuczonego szkła i było już po naszym pojeździe. Jedyną rzeczą jaka pozostała było wyciągnięcie wierzgających koni i uratowanie bagażu, który uniknął katastrofy. Był to długi i trudny proces, ponieważ było ciemno jak w smole, a deszcz padał teraz strumieniami, ale po półtorej godzinie ciężkiej pracy w końcu udało nam się zebrać nasz dobytek na poboczu drogi. Na szczęście wąwóz, do którego wpadł nasz powóz, był porośnięty gęstymi krzakami. Zamortyzowało to upadek naszych koni, tak że poza niewielkimi uszkodzeniami, jakie wyrządziły sobie nawzajem kopytami, nic im się nie stało. Zastąpiliśmy uprząż siodłami i uzdami, co było najłatwiejszym sposobem transportu, i bezpiecznie sprowadziliśmy zwierzęta z powrotem na drogę. Kolejną trudnością było znalezienie środka transportu dla naszego bagażu. Nasz woźnica zatrzymał podoficera służby transportowej. Nie wiem dokładnie, co mu powiedział, ale wyobrażam sobie, że dał mu do zrozumienia, że jesteśmy dystyngowanymi obcokrajowcami, osobami o wielkim znaczeniu, z którymi warto się zaprzyjaźnić. W każdym razie zgodził się zatrzymać następny wóz transportowy, który powinien mieć miejsce na nasz bagaż. Kilka minut później nadjechała rezerwowa kolumna amunicyjna Dywizji Timok (która walczyła w tylnej straży, aby osłonić odwrót) i znaleziono miejsce na nasze rzeczy. Du Bochet i ja weszliśmy do drugiego wozu po przywiązaniu do niego Juliusa i Cezara. Nasz woźnica pozostał na trzecim koniu. To był ostatni raz, kiedy go widzieliśmy. Skorzystał z ciemności i odjechał z koniem i siodłem. Niestety dla niego, w ciemności zabrał ślepe zwierzę. Dwa dni później dowiedzieliśmy się, że widziano, jak próbował je sprzedać za 150 dinarów (około 5 funtów - 4 funty = uncja złota), ale nie wiem, czy znalazł nabywcę.


Kruševac, jak dowiedziałem się od przejeżdżającego obok zwiadowcy kawalerii, był bliski zajęcia przez Niemców. Wszystkie serbskie oddziały zostały wycofane, z wyjątkiem kilku grup Comitadjis, czyli serbskich nieregularnych żołnierzy, którzy wciąż trzymali się brzegu rzeki. Trzy pociski, których eksplozję widzieliśmy, były jedynymi wystrzelonymi przez Niemców i najwyraźniej miały na celu bardziej wzbudzenie terroru niż wyrządzenie rzeczywistej szkody. Gorsze wieści nadeszły ze Stalać, ostatniej stacji przed Kruševacem. Poprzedniego wieczoru zestawiono i wysłano pociąg kolejowy składający się z siedemdziesięciu wagonów. Po osiągnięciu sporego nachylenia pojedyncza lokomotywa okazała się zbyt słaba, by pokonać je z takim pociągiem za sobą. Nie pozostało nic innego, jak odczepić połowę wagonów i zostawić je za sobą. Niestety nikt nie powiadomił o tym Stalaća. W rezultacie, gdy ostatni pociąg opuścił stację z pracownikami i strażą wojskową na pokładzie w ciemności, zderzył się ze stojącymi wagonami i rozbił cały pociąg. Czterdzieści osób zginęło, a prawie sto zostało poważnie rannych.


Te wieści nie napawały optymizmem, ale mogliśmy sobie przynajmniej pogratulować, że udało nam się znaleźć transport dla siebie i bagażu. Wóz, który zajmowaliśmy, nie był idealnym środkiem lokomocji. Jego plandeka nie była do końca wodoszczelna, a skrzynki z amunicją, gdy i tak wrzuci się je do wozu, nie tworzą wzorowej kanapy do spania. Pocieszaliśmy się jednak, pamiętając, że jest to z pewnością lepsze niż jakiekolwiek zakwaterowanie, które mielibyśmy jako niemieccy jeńcy, co z łatwością mogło stać się naszym losem. Podróżowaliśmy powoli aż do północy, kiedy to zaczął się postój na noc. O świcie znów byliśmy w drodze. Ponieważ przestało padać, mogliśmy wyjść i pospacerować. Panorama, która ukazała się naszym oczom była niesamowita. Na prawo i lewo od nas ośnieżone góry wznosiły się aż do chmur. Przez środek doliny wiła się wąska droga omijająca rwący potok Rasina. Jak okiem sięgnąć, zarówno z przodu, jak i z tyłu, ciągnęła się niekończąca się linia maszerujących pułków piechoty, kawalerii i artylerii oraz tysiące białych lub żółtych wozów zaprzężonych w woły. Przez pięćdziesiąt kilometrów przed nami i dziesięć za nami toczyła się ta ludzka powódź, 130 000 ludzi, 20 000 koni i 80 000 wołów, z tu i ówdzie taborem pontonowym, sekcją telegrafu polowego lub baterią ogromnych haubic ciągniętych przez zaprzęgi złożone z dwudziestu czterech wołów. Ale za nami zawsze słychać było nieubłagany grzmot niemieckich dział. Na początku dziwiłem się, że armia nie zajęła silnej pozycji, ponieważ jeśli kiedykolwiek istniała pozycja, która wydawała się zdolna do obrony, była to dolina Rasina. Około czwartej po południu dotarliśmy do punktu, który wydawał się prawdziwymi Termopilami. Był to punkt, w którym Toplica wpada do Rasiny. Po obu stronach wznosiły się wysokie góry, podczas gdy pośrodku, zwrócone w górę doliny, znajdowało się odosobnione wzgórze, po którego lewej i prawej stronie płynęły dwa strumienie. Była to najbardziej wyjątkowa pozycja naturalnej siły, jaką kiedykolwiek widziałem.


Wkrótce jednak znalazłem wyjaśnienie, dlaczego parliśmy naprzód, nie tracąc ani chwili. Feldmarszałek von Mackensen wysłał do sił bułgarskich w Niszu rozkaz natarcia na Kuršumliję przez Prokuplje i zamknięcia wyjścia z przełęczy. Gdyby ten manewr się powiódł, cała Druga i Trzecia Armia zostałyby uwięzione w górskim wąwozie, z wejściem utrzymywanym przez Niemców i wyjściem zamkniętym przez Bułgarów. Wszystko, co Serbowie mieli do powstrzymania całej armii bułgarskiej nacierającej na Kuršumliję z Niszu, to półtorej dywizji. Gdyby siły te nie zdołały powstrzymać Bułgarów, nasz los byłby przesądzony. Nie było więc zaskoczeniem, że Serbowie wytężyli wszystkie siły, by wydostać się z przełęczy, ani to, że nie byli w stanie zatrzymać się ani na godzinę, by powstrzymać ścigających ich Niemców. Akcje straży tylnej, które zostały stoczone, były absolutnie niezbędne do ochrony marszu wycofującej się kolumny. Ponieważ serbskie woły nie mogą być pędzone znacznie powyżej ich zwykłego tempa, przy takich okazjach zwiększona prędkość musi być zastąpiona przedłużeniem wysiłku. 


Drugiego dnia naszego marszu przez przełęcz byliśmy w ruchu, nawet nie zatrzymując się, by nakarmić lub napoić woły, od szóstej rano do drugiej następnego dnia, czyli przez dwadzieścia jeden godzin. Następnie, po zaledwie czterogodzinnym postoju na karmienie i odpoczynek wyczerpanych zwierząt, marsz został wznowiony. Od czasu do czasu nad kolumną unosił się niemiecki samolot, ale, co ciekawe, nie próbował zrzucać bomb, choć wolno poruszająca się kolumna stanowiła doskonały cel.

93f68f01-f725-473a-b607-8657fd4a6335
10672b4c-efbc-413c-9eef-74cfd44df6a7
a6efdb0f-7057-4021-b5d6-607be4799599

Zaloguj się aby komentować

Front Bałkański w I wojnie światowej część 17, na podstawie "Through the Serbian Campaign -The Great Retreat of the Serbian Army" By Gordon Gordon-Smith wyd. 1916


#iwojnaswiatowa #historia #pierwszawojnaswiatowa #1wojnaswiatowa #ciekawostkihistoryczne #VoivodePutnik


Poprzednie części pod tagiem #voivodeputnik


Około wpół do dwunastej przed północą poszedłem do pokoju na pierwszym piętrze dworca i pościeliłem łóżko najlepiej, jak potrafiłem, z masy starych gazet. Nie dane mi było jednak długo pospać. Około wpół do trzeciej obudził mnie wstrząs przypominający trzęsienie ziemi. Cały budynek zatrząsł się, a wszystkie okna wypadły z hukiem. Sekcja saperów właśnie wysadziła most sto pięćdziesiąt metrów dalej. Potem nastąpiła seria mniejszych eksplozji, a czerwony blask pożogi wypełnił pomieszczenie. Rozpoczęło się wysadzanie i palenie setek wagonów. Parowóz znajdujący się kilka metrów od moich pozbawionych szyb okien gwizdał nieprzerwanie przez pół godziny, tak że wszelka nadzieja na dalszy sen dobiegła końca. Zszedłem na dół w bezchmurny świt porannej mżawki i zastałem mieszkańców wioski bawiących się jak za dawnych lat. Trzysta załadowanych po brzegi wagonów i ciężarówek padło ofiarą grabieży. Niektóre z nich zawierały tysiące butów, dwie były wypełnione kilkoma milionami paczek bibułek papierosowych, inne zawierały suchary, konserwy mięsne i warzywne, herbatę, kawę, mundury i wszelkiego rodzaju zapasy. Jeden wagon wypełniony perfumami był bardzo popularny wśród żeńskiej części populacji, chłopskich kobiet, które prawdopodobnie nigdy w życiu nie posiadały buteleczki perfum. Po dłuższym przyglądaniu się tej orgii grabieży, poszedłem pomóc matce zawiadowcy w przygotowaniu porannej kawy. Splądrowałem również naszą skrzynię z zapasami i dałem "madame le chef de gare" kilka puszek konserwowanej żywności do wykorzystania podczas długiej podróży do Prisztiny, jako niewielki rewanż za uprzejmą gościnność, jaką okazała nam ona i jej mąż. Podczas śniadania odwiedził nas niemiecki samolot. Spodziewałem się, że zrzuci bombę lub dwie na stację i byłem nieco zdenerwowany o nasz powóz i konie, ale okazało się, że był to tylko zwiad i odleciał bez żadnych wrogich działań. Po śniadaniu otrzymaliśmy niepożądane informacje. W nocy niemiecka kawaleria wysłana do utrzymania łączności między armią generała von Gallwitza, działającą przeciwko Pierwszej Armii Serbskiej w Kraljewie, dwadzieścia osiem mil na zachód, a siłami feldmarszałka von Mackensena przybyła do Varvarina, wioski oddalonej o zaledwie dwie mile. Ponieważ od Varvarina dzieliły nas tylko otwarte pastwiska, w każdej chwili mógł nas odwiedzić patrol. Postanowiliśmy więc natychmiast wyruszyć. Nigdzie jednak nie mogliśmy znaleźć naszego woźnicy. Wraz z resztą wioski poszedł szabrować. Minęła godzina, zanim się pojawił, obładowany butami, prowiantem w puszkach, setkami paczek bibułek do papierosów, puszkami nafty i buteleczkami perfum. W międzyczasie du Bochet i ja trzymaliśmy rękę na pulsie, ani na chwilę nie odrywając wzroku od Varvarina i spodziewając się, że za moment ujrzymy lance niemieckiej kawalerii zmierzającej do Ćićevaca.


Gdy tylko pojawił się nasz człowiek, nie traciliśmy czasu na zaprzęganie koni i ruszanie powozem. Aby ułatwić zadanie naszym nieszczęsnym wierzchowcom, postanowiliśmy pokonać pieszo dwadzieścia kilometrów dzielących nas od Kruševaca. Po siąpiącym deszczu pojawiło się jasne słońce, więc wędrówka była przyjemna. Nie spieszyliśmy się, więc o czwartej dotarliśmy do Kruševaca. Tam zauważyliśmy niespotykane ożywienie. Całe miasto, mężczyźni, kobiety i dzieci, było na nogach i wszyscy wydawali się być w najlepszych nastrojach. Ludzie stali w grupach, z zarumienionymi twarzami, chętnie dyskutując. Wkrótce znaleźliśmy wyjaśnienie tajemnicy. Podobnie jak w Ćićevacu, wagony na bocznicy kolejowej zostały splądrowane. Wśród ich zawartości znajdowała się partia dwudziestu tysięcy butelek szampana. Mieszkańcy wioski szybko je wchłonęli, w wyniku czego cała ludność była w bardzo podekscytowanym stanie. W pewnym momencie doszło nawet do ekscytujących scen. Wśród łupów znajdowały się setki karabinów i tysiące nabojów, a ci, którzy mieli szczęście je zdobyć, zaczęli je wystrzeliwać we wszystkich kierunkach z czystej lekkości serca, z powodu pobłażania produktom z Rheims i Epernay[fabryki broni we Francji]. To cud, że obyło się bez ofiar. Na głównej ulicy spotkaliśmy kilka pielęgniarek ze Szkockiego Kobiecego Oddziału Czerwonego Krzyża. Poinformowały nas, że dr Elsie Inglis, szefowa oddziału, postanowiła pozostać z rannymi i wezwała piętnaście ochotniczek spośród czterdziestu pięciu pielęgniarek tworzących oddział. Były nieco zdenerwowane tym, jak Niemcy mogą się zachować po wkroczeniu do Kruševaca. Byłem w stanie poinformować je, że z tego, co udało mi się dowiedzieć, wojska cesarskie dobrze zachowywały się w Serbii i dość dobrze traktowały serbskich rannych. Prawdopodobnie była to polityka z ich strony, ponieważ zależało im na pojednaniu ludności, a tym samym ułatwieniu okupacji kraju. Słyszałem nawet doniesienia, że opatrywali rany lekko rannym serbskim żołnierzom i wysyłali ich z powrotem do swoich oddziałów, aby rozgłaszać, jacy są humanitarni. Ponadto sprzedawali chłopom sól za kilka centymów za funt (sprzedaż soli w Serbii jest monopolem rządowym i przynosi duże dochody, co czyni ją drogim towarem) i dostarczali cukier za jedną piątą zwykłej ceny. Wszystko to miało oczywiście na celu, że tak powiem, przekupienie ludności i przekonanie jej, że Niemcy nie są tak czarni, jak ich reputacja.


Od tego czasu spotkałem dr Elsie Inglis w Londynie, po jej uwolnieniu przez Niemców, i przekonałem się, że nie miała powodu, by żałować, że została przy swoich rannych. Chociaż Niemcy obchodzili się z nią i jej pielęgniarkami z pewną dozą niepotrzebnej brutalności i szorstkości, nie były one w rzeczywistości źle traktowane i miały satysfakcję, wiedząc, że ich oddanie obowiązkom nie poszło na marne. Początkowe dobre traktowanie ludności serbskiej przez ich zdobywców zniknęło, gdy uznali, że nie ma już takiej potrzeby. Gdy już całkowicie opanowali Półwysep Bałkański, zrobili „porządek” ze wszystkim. Owce, świnie, bydło, zboże, metale, drewno opałowe itp., jednym słowem wszystko, co mogło być w najmniejszym stopniu przydatne dla ludności niemieckiej, zostało wysłane do Ojczyzny, a ludność serbska głodowała. Ale to już dygresja. Revenons a nos moutons[fr wrócmy do głównego tematu]. Ponieważ było pewne, że dwadzieścia cztery godziny to najdłuższy okres, w którym możemy mieć nadzieję na bezpieczne pozostanie w Kruševacu, rozpoczęliśmy przygotowania do dalszej podróży. Ponieważ stało się jasne, że ciągnięcie naszego powozu w trudnym terenie jest ponad siły naszych dwóch koni, postanowiliśmy dodać trzeciego. Kupiliśmy więc niewidome zwierzę, które pierwotnie odrzuciliśmy. Był najsilniejszy z całej trójki, a gdy umieściliśmy go między dwoma pozostałymi, jego brak wzroku został w znacznym stopniu zneutralizowany. Kiedy następnego ranka wybrałem się na spacer po mieście, zauważyłem ogromny kontrast w stosunku do tego, co było tydzień wcześniej. Tłumy uchodźców, które wypełniały je w nadmiarze, zniknęły, ponownie uciekając przed najeźdźcą. Wraz z nimi odeszła spora część stałych mieszkańców. Połowa sklepów i hoteli była zamknięta, a ulice niemal opustoszałe. Ożywienie, jakie tam panowało, pochodziło od wojska. Niekończący się strumień żołnierzy i wozów przelewał się przez miasto i zmierzał do niebieskiej linii gór, za którymi znajdował się Sandżak Nowego Bazaru.


Spotkany oficer opowiedział mi kilka wzruszających historii o królu Piotrze. Starzejący się monarcha, pomimo słabnącego zdrowia, uważał za swój obowiązek spędzać dni pośród swoich wiernych żołnierzy. Zawsze można go było znaleźć w miejscu zagrożenia i inspirował swoich żołnierzy spokojną odwagą, którą okazywał na polu bitwy. Towarzyszył Drugiej i Trzeciej Armii prawie do Ćupriji i niemal nieustannie znajdował się pod ostrzałem. Podjechał do linii walk swoim samochodem, ale kiedy już tam dotarł, wsiadł na konia, aby wejść w strefę ognia. Wszędzie był przyjmowany z bezgranicznym entuzjazmem. Karadziordżewicze zawsze byli rodem walczącym, a król Piotr jest wierny krwi swoich przodków. Ten sam oficer, który należał do Sztabu Głównego, przedstawił mi techniczne podsumowanie działań serbskich armii, z których pierwsza przeciwstawiła się generałowi von Gallwitzowi w okolicach Kragujevaca, a druga i trzecia próbowały zagrodzić drogę armii feldmarszałka von Mackensena w jej zejściu doliną Morawy. Podział niemieckiej armii inwazyjnej na dwie części był spowodowany uporem serbskiej obrony w dolinie Morawy. Feldmarszałek von Mackensen dostrzegł, że nie jest w stanie przełamać serbskiego oporu frontalnym atakiem na ich pozycje. Sprowadził więc dwie nowe dywizje, by wzmocnić oddziały pod dowództwem swojego podkomendnego, generała von Gallwitza, i wysłał te siły, by zagroziły serbskiej lewej flance. Zmusiło to feldmarszałka Putnika do wysłania do zagrożonego punktu oddziałów wziętych z sił utrzymujących dolinę Morawy oraz z sił przeciwstawiających się na wschodzie natarciu Bułgarów. Od tego momentu równowaga została zachwiana. Bułgarska dywizja atakująca linię Zaječar-Paraćin odzyskała swobodę ruchu, nie znajdując nikogo, kto mógłby się jej przeciwstawić i została wysłana w celu wzmocnienia armii, która zajęła linię Knjaževac-Saint Nicholas [przełęcz na granicy z Bułgarią] (utraconą na rzecz Serbów z winy aliantów) i której misją było zdobycie Niszu. Dzięki posiłkom z linii Zaječar-Paraćin Bułgarzy maszerujący na Nisz mieli przewagę liczebną trzy do jednego.


Wierzchołek kąta utworzonego przez połączenie dwóch frontów został zagrożony, a Serbowie, aby przywrócić swoją pozycję, musieli ustąpić na całym froncie. Operacja ta stanowiła bardzo delikatny problem ze względu na ekstremalną długość frontu, trudności w utrzymaniu łączności tak rozproszonych oddziałów, niewystarczające środki komunikacji, a zwłaszcza ciągłe zagrożenie, że dwie flanki mogą zostać przełamane przez wroga o tak dużej przewadze liczebnej. Interwencja dwóch nowych niemieckich dywizji wystarczyła, by przyspieszyć bieg wydarzeń. Wznowiło to całą taktykę feldmarszałka von Mackensena. Pozwolił Serbom zorganizować obronę, a następnie, po poświęceniu czasu na dokładne rozpoznanie ich pozycji, zebrał swoje rezerwy i kierując miażdżący atak na wybrany punkt, zmusił całą armię do wycofania się do nowe pozycje, aby uniknąć przełamania na pół. Nie ma nic nowego w takiej taktyce, ale feldmarszałek von Mackensen zastosował ją z cudowną precyzją i konsekwencją, kalkulując wszystko, przewidując wszystko i nie pozostawiając niczego przypadkowi. Jego ogromna przewaga liczebna, a zwłaszcza przewaga w broni ciężkiego kalibru, pozwoliła mu uderzyć z siłą młota kowalskiego na cienką, długo przeciąganą linię bitwy, którą Serbowie byli zmuszeni utrzymywać, aby pokonać ciągłe zagrożenie ruchem oskrzydlającym. Armia niemiecka, jednym słowem, przebiła się od Dunaju do linii Kruševac-Kraljewo za pomocą pocisków i szrapneli. Masy piechoty i kawalerii zawsze stanowiły zagrożenie, ale rzadko były angażowane. Teraz armia serbska znalazła się tyłem do gór i nie miała innego wyjścia, jak tylko wycofać się, Pierwsza Armia przez przełęcz z Kraljewa do Mitrowicy przez Raszkę, a Druga i Trzecia Armia przez 70-kilometrowy wąwóz górski biegnący z Kruševaca do Kuršumliji.


Na zdjęciach poniżej król Piotr I w czasie odwrotu

611aefd7-d60a-4e37-af91-2726a6744e3f
787480d0-3894-41f8-a92e-9249f835b8be
932c849c-3829-41f5-a7c3-6137d9ddfda2

Zaloguj się aby komentować

Byli wśród nich Celtowie – tym ogólnym określeniem greccy historycy obejmowali wiele ludów europejskich – i młody król spytał ich, czego się boją najbardziej na świecie, „w nadziei, że dotarła do nich sława jego imienia […] i odpowiedzą, że to on budzi w nich największy strach”. Spotkało go rozczarowanie, albowiem barbarzyńcy stwierdzili, że ponad wszystko obawiają się, iż niebo im spadnie na głowy. Aleksander nie odtrącił jednak ich przyjaźni, choć po ich odjeździe nazwał ich zwykłymi samochwałami.


(Z książki Filip i Aleksander)


#historia #ciekawostki

5a191acf-7347-45a6-a9dc-55902768903e

Zaloguj się aby komentować

Śmierć Filipa II Macedońskiego (ojca Aleksandra Wielkiego)


Pauzaniasz (...) przed laty, prawdopodobnie będąc paziem, wpadł Filipowi w oko i jakiś czas był jego kochankiem. Niestały monarcha szybko zmienił obiekt pożądania i uwagą obdarzył innego efeba, również o imieniu Pauzaniasz. W Atenach utrzymywanie tego rodzaju związku było uważane za niestosowne, jeśli młodzieńcowi zaczynała rosnąć broda, ale w innych regionach zwyczaje mogły być inne. Odtrącony kochaś w gniewie i zazdrości odgrywał się na nowym faworycie, nazywając go puszczalskim i bardziej kobietą niż mężczyzną.


Pauzaniasz numer dwa postanowił bezspornie dowieść swej męskości przez śmierć w bitwie. Okazja nadarzyła się w Ilirii w 345 roku p.n.e., kiedy Filip doznał złamania obojczyka. Chłopak uratował mu życie, płacąc za to własnym.


(...)


Attalos był jego przyjacielem i podobno znał jego plan. Zimą z 337 na 336 rok p.n.e., kiedy już cieszył się królewskimi łaskami, umyślił zemstę. Upił Pauzaniasza numer jeden, co nie było trudne w dworskiej kulturze, i gdy nieszczęśnikowi urwał się film, wraz z innymi gośćmi mocno go poturbowali i być może zgwałcili, a następnie – aby zwielokrotnić ból i przede wszystkim upokorzenie, oddali go mulnikom, którzy dokonali na nim zbiorowego gwałtu. Był to nie tylko akt zemsty, lecz także demonstracja władzy Attalosa, który nawet nie próbował skrywać uczynku.


Pauzaniasz poszedł do Filipa ze skargą, królowi jednak przez wzgląd na ciężarną żonę niesporo było karać jej krewnego, który był też jednym z nominowanych dowódców straży przedniej. Nie chciał ryzykować rozdźwięku z powodu afery, która go osobiście nie dotyczyła. Próbował natomiast udobruchać pokrzywdzonego: awansował go w poczet siedmioosobowej gwardii królewskiej, co było uważane za zaszczyt i dowód zaufania.


(...)


Filip, czterdziestosześcioletni monarcha pławił się w satysfakcji, słuchając gromkich wiwatów na swoją cześć. (...) I wtedy od szeregu gwardzistów oderwał się Pauzaniasz i rzucił ku samotnej postaci. Filip nie zdążył zareagować, nim młodzieniec go dopadł i odrzuciwszy oszczep, dobył „celtyckiego” sztyletu, który chował pod okryciem, i zadał królowi cios między żebra. Król zginął, zanim do kogokolwiek na widowni dotarło, co się właśnie stało. Zabójca pobiegł w stronę, gdzie czekały przygotowane zawczasu konie, ścigany przez trzech kolegów, którzy musieli dobrze go znać. Miał nad nimi sporą przewagę dystansu, potknął się jednak o korzeń i upadł. Gwardziści go dogonili i zabili oszczepami. Zwłoki potem ukrzyżowano.


(Z książki Filip i Aleksander)


#historia #ciekawostki

fc645b56-f902-4a97-89dd-71f5bc3b83eb

Zaloguj się aby komentować

Front Bałkański w I wojnie światowej część 16, na podstawie "Through the Serbian Campaign -The Great Retreat of the Serbian Army" By Gordon Gordon-Smith wyd. 1916


#iwojnaswiatowa #historia #pierwszawojnaswiatowa #1wojnaswiatowa #ciekawostkihistoryczne #VoivodePutnik


Poprzednie części pod tagiem #voivodeputnik


Podróż powrotna do Ćićevaca była spokojna, z wyjątkiem odkrycia, że Caesar, mój wierzchowiec, oprócz tego, że miał zwichrowany kręgosłup, zdawał się cierpieć na pewnego rodzaju kłopoty z sercem, które skłaniały go do kładzenia się w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Nigdy nie odkryłem, na ile te ataki pokrywały się ze zwykłym pragnieniem odpoczynku. Zauważyłem, że ostre użycie mojego bata przyczyniło się do jego szybkiego powrotu do zdrowia, a ataki zwykle pojawiały się, gdy trzeba było pokonać szczególnie nieprzyjemny odcinek drogi.


Nasze tempo było powolne, ponieważ droga, jak okiem sięgnąć, była zablokowana przez poruszające się kolumny piechoty, kawalerii, artylerii, wagonów bagażowych i pociągów pontonowych, które niczym powódź płynęły w kierunku gór. Druga i Trzecia Armia były teraz w pełnym odwrocie i dokładały wszelkich starań, aby jak najszybciej zdobyć wejście do przełęczy. Słowo „szybkość” w odniesieniu do armii serbskiej ma oczywiście wartość względną, ponieważ nigdy nie przekroczy ona tempa wyznaczonego przez wozy zaprzężone w woły. Szybkość w przypadku wojsk serbskich została zatem zastąpiona przez wydłużenie wysiłku, tak aby pokonać jak największy dystans w ciągu dwudziestu czterech godzin. Im więcej widziałem serbskich wołów, tym bardziej wzrastał mój podziw dla nich. Wydawały się niezmordowane, a ich siła pociągowa była wprost cudowna. Również wozy, pomimo pozornie prymitywnej konstrukcji, były cudami wytrzymałości i wydajności, wytrzymując zużycie, które zniszczyłoby każdy zwykły pojazd. Problem, przed którym stanęli feldmarszałek Stepanovitch i generał Jurišić Šturm, nie był łatwy. Chodziło o przetransportowanie stu trzydziestu tysięcy ludzi z Drugiej i Trzeciej Armii, z trzydziestoma tysiącami wozów zaprzężonych w woły, stu bateriami artylerii, trzema dywizjami kawalerii, pociągami pontonowymi, polowymi sekcjami telegraficznymi i telefonicznymi, kolumnami amunicyjnymi oraz tysiącem i jedną rzeczą, która stanowi przeszkodę dla nowoczesnej armii, przez górski wąwóz o długości siedemdziesięciu kilometrów. Wejście do tej przełęczy znajduje się tuż za Kruševacem i biegnie przez Jankovą Klissurę do Kuršumliji, kilka mil od starej granicy tureckiego Sandżaku w Nowym Bazarze, zaanektowanego przez Serbię po klęsce wojsk sułtana w 1912 roku.


Ze względu na ciężki stan dróg nasze postępy były powolne. Zwykle, gdy byliśmy konno, mogliśmy przepychać się obok wolno poruszających się kolumn wojskowych, ale w tym przypadku było to niemożliwe, ponieważ powódź chłopów i ich rodzin, uciekających z Ćupriji, Paraćina i wielu innych wiosek, wypełniała drogę po obu stronach maszerujących wojsk. Gdy dotarliśmy do Ćićevaca, zapadł zmrok. Na stacji kolejowej zastaliśmy rozebrany budynek dworca. Wszystkie meble zniknęły, a sędziwa matka zawiadowcy gotowała wieczorny posiłek w przybudówce, w której ustawiono stół i kilka krzeseł, by służyły za tymczasową jadalnię. Sekcja saperów przybyła, by wysadzić most i podpalić wagony kolejowe wypełniające bocznice przed przybyciem Niemców. Komunikacja telegraficzna i telefoniczna nadal istniała na północy do Ćupriji i na południu do Stalać. Dzięki temu mogliśmy śledzić postępy Niemców godzina po godzinie. Podczas kolacji co jakiś czas rozlegał się dzwonek telefonu na stacji. Zawiadowca podnosił czapkę i wychodził odebrać. Pierwsze wiadomości pochodziły z Ćupriji, dwadzieścia pięć kilometrów w górę linii. „Niemcy są trzy mile od miasta”, brzmiał pierwszy komunikat. Następnie kilka minut później: „Pociski spadają dookoła stacji. Przygotowujemy się do odjazdu”. Następnie po półgodzinnej przerwie: „To nasza ostatnia wiadomość. Aparatura telegraficzna została zdemontowana i załadowana do pociągu wraz z całym personelem. Wyjeżdżamy za kilka minut”.


Po tym Ćuprija zamilkła, a Paraćin (szesnaście kilometrów dalej) podjął opowieść. „Odgłos dział staje się coraz głośniejszy z każdą minutą”, zatelefonował, „Ćuprija jest w rękach wroga”. Pół godziny później: „Nasze posterunki i »Comitadjis«” (nieregularne oddziały serbskie, które ze względu na swoją znajomość kraju zazwyczaj pozostają w kontakcie z wrogiem do samego końca) są zaangażowane w walkę z niemiecką strażą przednią”. Po około trzydziestu minutach nadeszła wiadomość: „Wygląda na to, że Niemcy zatrzymali się na noc. Ostrzał prawie ustał. Widzimy ogniska biwakowe wroga na całym horyzoncie”. To było ciekawe uczucie, gdy z godziny na godzinę otrzymywaliśmy wiadomości o postępach najeźdźców. Przypominało to nocne czuwanie przy łóżku umierającego. Kawałek po kawałku widzieliśmy, jak zbliża się ostatni śmiertelny moment. Kiedy pociąg z personelem kolejowym przybył z Ćupriji, otrzymaliśmy kilka dodatkowych szczegółów. Feldmarszałek von Mackensen zatrzymał swoją armię, która była zaangażowana od świtu, tuż przed Paraćinem, który miał zostać zajęty następnego ranka. Pociąg zabrał na pokład kilku uchodźców z Ćićevaca, a następnie powoli ruszył do Stalać, węzła komunikacyjnego położonego około dziesięciu kilometrów dalej. Jak się dowiedzieliśmy, większość mieszkańców Ćićevaca postanowiła nie uciekać, lecz czekać na przybycie Niemców. Wykazali się przy tym rozsądkiem, gdyż ucieczka niewiele by im dała. Zatłoczenie spowodowane exodusem ludności groziło katastrofą narodową. W miarę zmniejszania się kraju pozostającego wciąż w rękach Serbów, masa ludzi, którzy uciekli z dzielnic najechanych przez Bułgarów na południu i wschodzie oraz przez Niemców i Austriaków na północy, była codziennie gromadzona coraz bliżej siebie. Brakowało żywności i nie można było znaleźć zakwaterowania. I to u progu zimy. Do tej pory owce, woły, świnie i mąka, które uciekająca ludność była w stanie zabrać ze sobą, utrzymywały ich przy życiu, ale te zapasy szybko znikały, a wtedy głód zajrzał im w twarz. Nie było mowy o tym, by wąski pas terytorium, do którego zostali powoli, ale pewnie zepchnięci, mógł zapewnić żywność setkom tysięcy głodujących ludzi. Pierwszą troską rządu było zaspokojenie potrzeb armii, od której zależały ostatnie nadzieje na ocalenie narodu. Należało znaleźć racje żywnościowe dla prawie 200 000 mężczyzn i 40 000 „Komordjis” (woźniców), a także paszę dla 80 000 wołów i 20 000 koni. Aby zwiększyć trudności rządu, armia i ludzie zostali zmuszeni do wejścia do kraju, który był serbski od zaledwie trzech lat i którego administracja wciąż znajdowała się w początkowej fazie. Nie można było całkowicie polegać na lojalności tureckiej i albańskiej części ludności. Było więcej niż pewne, że część turecka (na szczęście niewielka mniejszość) uzna Niemców, będących sojusznikami sułtana, za swoich wybawicieli. To właśnie w takich okolicznościach rozpoczął się wielki odwrót do Sandżaku w Nowym Bazarze i nowo podbitych terytoriów albańskich. Trzeba przyznać, że perspektywa była daleka od wspaniałej.


O Aliantach w Salonikach słyszeliśmy niewiele lub nic. Dowiedzieliśmy się, że próba francuskiego natarcia w kierunku Uskubu[Skopje] została odparta przez Bułgarów. Linia kolejowa Monastir-Saloniki wciąż działała, ale była poważnie zagrożona i w każdej chwili mogła zostać przerwana. O ruchach wojsk brytyjskich w Salonikach nic nie słyszeliśmy. Wszystko to nie napawało optymizmem, a kolacja była przygnębiająca. Ponieważ było pewne, że Niemcy nie dotrą do Ćićevaca do następnego wieczora, postanowiłem około północy położyć się spać. Jest to "façon de parler"[fr język potoczny], ponieważ nie było tam żadnego miejsca do spania, z wyjątkiem gołych desek w pokojach dworca. W tym momencie po raz kolejny zadzwonił dzwonek telefonu. Był to telefon ze Stalać, informujący, że inspektor kolejowy przyjeżdża lokomotywą, aby zobaczyć się z zawiadowcą stacji. Ponieważ Stalać znajdował się zaledwie kwadrans drogi stąd, poczekałem na jego przybycie. Instrukcje, które przywiózł, były takie, że jak tylko pociąg z personelem z Paraćina przejedzie, most przed stacją Ćićevac zostanie wysadzony w powietrze, a instrumenty telegraficzne i telefoniczne zostaną odkręcone. Załadowane wagony na bocznicach miały zostać przeznaczone do splądrowania przez ludność cywilną, a następnie wszystko, co pozostało, miało zostać zniszczone przez pożar i eksplozję. Następnie personel stacji miał wsiąść do pociągu i odjechać do Kruševaca. Wszyscy urzędnicy kolejowi i funkcjonariusze cywilni otrzymali rozkaz udania się do miasta Prisztina, oddalonego o około sto dwadzieścia mil.

1aeb3ebf-a5f7-45e3-b9b0-473dff2af9d6
2c0407ef-e2b3-4f14-8f1e-f418cc48127f
e7348c86-c0db-4843-b035-cf44ee8d57d6

@Hans.Kropson najgorsze są chorwackie urwy zbrodniarze z obozów - nożami gardła podcinając potrafili zamordować dziennie tylu co niemcy w komorach gazowych w treblince

Zaloguj się aby komentować