Dawno temu studiowała ze mną typiara co była wysoko w jakiejś piramidzie finansowej. Miałem do niej kontakt na fejsie aby wymieniać się notatkami a potem miałem ją usunąć. Nie usunąłem bo regularnie wrzuca posty z tej piramidki i jest to piękna kopalnia beki.
Nie dość, że wypruwasz sobie żyły, sprzedajesz kolegów, zatruwasz życie rodzinie - to jeszcze musisz robić fikołki, dosłownie xDDD
@SaucissonBorderline mam płot z siatką do pomalowania i ogólnie zamysł pistoletu jest w celu malowania właśnie siatki i sztachetek. Zobaczymy jak wyjdzie.
Lękliwy jedenastoletni narrator powieści Friedricha Christiana Deliusa „Der Sonntag, an dem ich Weltmeister wurde" boi się ojca, Boga i właściwie wszystkiego innego. W niedzielę 4 lipca 1954 roku przesiedział nabożeństwo prowadzone przez ojca-pastora w gorączkowym napięciu, czekając na moment, gdy będzie mógł włączyć radio i usłyszeć transmisję z finału mistrzostw świata. Gdy RFN wyrównuje po przegrywaniu 0:2, chłopca ogarnia ekstaza – nawet jego jąkanie ustaje na moment. Ten obraz stał się literacką metaforą całych Niemiec Zachodnich: kraju chorego, spętanego winą, niezdolnego się wypowiedzieć, który w niespodziewanym triumfie odnajduje odrobinę poczucia własnej wartości. „Pokazaliśmy światu, ile jesteśmy warci, wróciliśmy, nie jesteśmy już przegranymi," pisał Günter Grass. Popularne powiedzenie ujmowało to krócej: „Wir sind wieder wer!" – Jesteśmy znowu kimś!
Mit „cudu Berna" stał się jednak od początku ambiwalentny. Nawet wtedy „Süddeutsche Zeitung" ostrzegała przed nacjonalistyczną euforią: „Świętujmy zawodników. Ale otrzeźwiejmy: gra się skończyła, to było tylko gra."
Piłka węgierska w okresie międzywojennym była najbardziej wpływową siłą futbolu na świecie. Ten dorobek zniszczyły dwa ciosy: faszyzujący reżim Miklósa Horthyego, który rozwiązał siłą MTK, klub zasymilowanej żydowskiej klasy średniej, oraz powojenna nacjonalizacja klubów przez komunistów, którzy zdegradowali Ferencváros za jego nacjonalistycznych kibiców.
Mimo to nacjonalizacja przyniosła krótkoterminowy zysk. Selekcjoner Gusztáv Sebes – zaangażowany komunista, dawny działacz związkowy w fabryce Renault w Paryżu – razem z taktycznym mózgiem Gyulą Mándim (Żydem, który przetrwał Holokaust dzięki sprytowi szwagra) zbudowali Aranycsapat, Złotą Jedenastkę. Drużyna z Ferencem Puskásem i Józsefem Bozsikiem zdobyła złoto olimpijskie w 1952 roku, a w listopadzie 1953 roku rozbiła Anglię 6:3 na Wembley – pierwsza wygrana zagranicznej drużyny na tym stadionie w historii. Przed mundialem Węgrzy byli niepokonani od ponad czterech lat, w ostatnim sparingu rozbijając Anglię 7:1 w Budapeszcie.
RFN dopiero w 1950 roku została przyjęta do FIFA. Selekcjoner Sepp Herberger, sklasyfikowany po wojnie jako Mitläufer – bierny człowiek reżimu, nie ideologiczny nazista – spędził pierwsze miesiące po wojnie, pisząc setki listów w poszukiwaniu swoich graczy. Przed mundialem RFN przegrała eliminacyjny mecz z Saarlandem, co „Kicker" nazwał „przeraźliwym SOS". Trzy tygodnie przed turniejem kibice szyderczo skandowali nazwisko Herbergera po porażce Kaiserslautern 1:5.
Gospodarzem turnieju wybrano Szwajcarię na tym samym kongresie FIFA z 1946 roku, który przyznał mundial 1950 Brazylii – neutralność wojenna dawała jej infrastrukturę, jakiej nie miał żaden inny europejski kraj. Format okazał się wadliwy: począwszy od kwalifikacji, gdzie niektóre drużyny walczyły w grupach złożonych z 4 ekip, zaś na przykład Węgry awansowały do Mistrzostw Świata bez gry, jako że ich jedyny oponent czyli Polska wycofała się tuż po rozlosowaniu grup. Z kolei Hiszpania niespodziewanie wypadła z eliminacji po kontrowersyjnym barażu w Rzymie, gdzie rzekomy pracownik FIFA oznajmił, że Lászlo Kubala jest niezdolny do gry dla Hiszpanii - następnego dnia okazało się, że FIFA nie wysłała żadnego wysłannika do Rzymu, a tożsamość mężczyzny została tajemnicą. Z kolei w grupach już podczas samych mistrzostw drużyny rozstawione grały tylko z nierozstawionymi, ale w ćwierćfinałach nie obowiązywało już rozstawienie. RFN miało szczęście - cała czwórka zwycięzców grup trafiła do górnej części drabinki co oznaczało, że z najtrudniejszymi rywalami mogło się spotkać dopiero w finale.
Świadomie godząc się z rolą faworyta turnieju w drugim meczu grupowym, Herberger dał odpocząć ośmiu kluczowych zawodnikom na mecz z Węgrami – przegrany 3:8 – wiedząc, że i tak czeka go baraż z Turcją. Niemiecka prasa nie wybaczyła mu tej decyzji: „Der Spiegel" pisał, że nadszedł czas, by „zdradzieckiego trenera Herbergera powiesić na jabłoni". W tym meczu Puskás doznał urazu kostki za sprawą Wernera Liebricha – do dziś nie wiadomo, czy aby nie celowo.
Ćwierćfinał Węgry–Brazylia, starcie dwóch zespołów na czele rozwoju taktycznego, przeszedł do historii jako „Bitwa w Bernie" – seria bójek, czerwonych kartek, rzuconej butelki i walk w tunelu prowadzącym do szatni, gdzie selekcjoner Sebes doznał rozcięcia wymagającego czterech szwów. Brazylijska federacja oficjalnie złożyła do FIFA absurdalną skargę, że sędzia Arthur Ellis był agentem Kremla.
Półfinał Węgry–Urugwaj uznawany jest za jeden z najwspanialszych meczów w historii mundiali aż do finału 1982 roku. Mimo nieobecności kontuzjowanego Puskása Węgrzy prowadzili 2:0, ale obrońcy tytułu wyrównali w ostatnich minutach regulaminowego czasu. W dogrywce Sándor Kocsis strzelił dwie głowy, w tym decydującą cztery minuty przed końcem – swój trzynasty gol turnieju.
Poranek 4 lipca był mokry i z każdą godziną robił się mokrzejszy – mecz finałowy rozpoczął się po trzydziestu sześciu godzinach deszczu. Dla Węgrów to był problem, dla Fritza Waltera – który od czasu malarii cierpiał w upale, ale ożywał w deszczu – idealna pogoda. Puskás i Czibor dali Węgrom prowadzenie 2:0 po ośmiu minutach. Po dwóch minutach Max Morlock zdobył kontaktowego gola czubkiem buta. Niemcy zdominowali kolejne minuty i Helmut Rahn wyrównał na 2:2 jeszcze przed osiemnastą minutą.
Węgrzy uderzali w słupek, niemiecki bramkarz Toni Turek bronił kapitalnie, a sześć minut przed końcem Rahn przechwycił piłkę od Mihály'ego Lantosa, przełożył piłkę na lewą nogę i strzelił w dolny róg bramki. Komentator Herbert Zimmermann wykrzyczał słowa, które stały się częścią niemieckiej tożsamości narodowej: „Rahn strzela... Gol! Gol! Gol! Gol! Bramka dla Niemiec! Trzy do dwóch prowadzą Niemcy! Nazwijcie mnie szaleńcem, nazwijcie mnie wariatem!" Cztery minuty przed końcem Puskás trafił do siatki, lecz walijski sędzia liniowy Mervyn Griffiths po długim wahaniu ostatecznie uznał, że strzelec był na spalonym. RFN triumfowała 3:2.
Pytania o przyczyny klęski Węgrów mnożyły się od razu: deszcz i błoto, zmęczenie po brutalnych meczach z Brazylią i Urugwajem, hałas orkiestry dętej zakłócający sen przed finałem, kontuzja Puskása. Gdy dwa miesiące po finale Rahn, bracia Walter, Morlock i Mai zachorowali na żółtaczkę, na Węgrzech odczytano to jako dowód dopingu – badanie opublikowane w 2013 roku przez Humboldt University wskazuje na poszlaki dotyczące pervitiny, metamfetaminy stosowanej przez wojska niemieckie w czasie wojny.
Reakcja w Budapeszcie na porażkę w finale była gwałtowna: setki tysięcy ludzi wylały się na ulice w gniewie, drużynę trzeba było skierować na objazd do górniczego miasteczka Tata, a mieszkania niektórych zawodników zaatakowano. Bramkarz Gyula Grosics nazwał te wydarzenia zarodkiem powstania węgierskiego z 1956 roku. Gdy ono nadeszło, Puskás, Kocsis, Czibor i cała młodzieżowa kadra wyemigrowali na Zachód – złota era węgierskiej piłki dogorywała.
W Niemczech Zachodnich radość pozostała niejednoznaczna. Część kibiców na stadionie, wbrew oficjalnym wytycznym, odśpiewała pierwszą, nacjonalistyczną zwrotkę hymnu – szwajcarskie i wschodnioniemieckie radio natychmiast przerwały transmisję. Prezes DFB Peco Bauwens na bankiecie wygłosił przemówienie przywołujące Wotana (najwyższe germańskie bóstwo) i Führerprinzip (zasadzie wodzostwa w III Rzeszy), co zmusiło bawarskie radio do zaprzestania nadawania. Mimo to dla powojennej Republiki Federalnej, dopiero co powstałej w 1949 roku, futbol pozostawał jedynym obszarem, w którym wypadało otwarcie cieszyć się z bycia Niemcem.
Tekst został skompilowany przy użyciu AI oraz książki "Potęga i chwała. Nieznana historia mistrzostw świata" Jonathana Wilsona. Zdjęcia zaczerpnięte ztejstrony.
Jest taki aspekt mieszkania na wsi - wywóz szamba. Za 8m3 zapłaciłem dzisiaj chłopu 350zł, to normalna, nawet dość niska cena podobno mi wujek powiedział xD
Bo jeżeli tak to nie dziwi mnie że tak dużo ludzi pompuje szambo na pole albo do rowu. No tyle dobrego że mieszkam sam to mi to 8m starczy na kwartał.
@MarianoaItaliano Ale musisz mieć dokumentację że było wywożone. Chyba że ktoś z firmy szambiarskiej na lewo wystawia papiery powiedzmy za 100 zł że świadczył tę usługę . I na te 100 minus podatek na czysto bez roboty
@Felonious_Gru Ojciec mi mówił, że już nie wolno i nie wydają nowych pozwoleń. Nie wiem, czy to ino u nich lokalnie, czy ogólnopolskie, bo nie wnikałem, ale biorą się i za to.
Part 14 - kelnerka w restauracji z ramenem i sushi
2019
Po ostatniej pracy w pato kawiarni, zrobiłam sobie niecały rok przerwy od zarabiania cebulionow. Głównie ze względu na zbyt dużą ilość nauki na studiach. Zwłaszcza na pierwszym semestrze magisterki, który był semestrem wyrównawczym na politechnice. Moje życie towarzyskie przestało wtedy istnieć, a o pracy zarobkowej nie było co myśleć. Dlatego też bardzo podziwiałam dziewczynę z roku, która równo jechała na kelnerowaniu co weekend. Nie wiem jak ona to robiła, no ale też była dużo bardziej kumata w nauce chemii i generalnie przedmiotów ścisłych, których było najwięcej.
Starałam się bardzo żeby uzyskać wystarczająco wysoką średnią, aby dostać się do programu Erasmus co wymuszało na mnie dodatkowy stres w postaci dobrych ocen, a nie tylko zaliczeń - mówię o tym ponieważ to będzie też istotną informacja w kolejnym wpisie w tym temacie. Generalnie dawałam z siebie wszystko. No więc po zakończeniu drugiego semestru i dostaniu się na Erasmusa, wiedziałam, że mam parę miesięcy wolnego, żeby coś tam sobie dorobić. Po znajomości dostałam pracę w lokalu z ramenem i sushi. To znaczy był jeden pracodawca i dwa lokale. Raz miałam zmianę w jednym, a raz w drugim.
No i powiem tak. Praca jak ja tamte czasy była idealna. Prawie na nic nie mogę narzekać, jedynie na siebie, no i parę niedociągnięć, które mnie jakaś szczególnie nie dotyczyły ale uważałam że były one po prostu słabe.
Zaczynając od plusów. To codziennie jako obiad pracowniczy wcinałam sobie najlepszy ramen jaki jadłam do tej pory, nic go nie przebiło i myślę, że nie przebije. Była super atmosfera, a z napiwków wyciągałam drugą wypłatę. Wiadomo wolałam mieć zmiany w lokalu z ramenem bo tam była masa ludzi codziennie i na tamte czasy ludzie stali w kolejkach żeby tam zjeść.
W lokalu z sushi było mniej ludzi i można było sobie odpocząć ale przez to mniej się zarabiało. Bardzo lubiłam te wolne chwilę przestoju gdzie można było sobie pogadać z sushimasterem, pożartować posłuchać historii, które do dziś mnie bawią jak sobie je przypomnę. Szefostwo było nie wiele starsze ode mnie i bardzo na luzie. Mieli ludzkie podejście gdyż sami pare lat wcześniej pracowali jako kelnerzy w innym lokalu i potem po prostu założyli spółkę i otworzyli dwa lokale już pod swoim brandem.
Tutaj się zatrzymam i uważam, że właśnie to jest bardzo ważne, żeby szef wiedział jak to jest pracować na niższym szczeblu i wiedzieć z czym ma doczynienia typowy pracownik. To po prostu widać jak ktoś szanuje pracę swojego pracownika. No ale też wie jak pracownicy potrafią kombinować...
Przyznam, że tutaj też panowała zasada "kto nie pije i pali, ten pilnuje sali" no i ma gorsze relacje z resztą zespołu. Wszyscy mnie tam szanowali, ale widać było, że nie jestem "swoja".
Pamiętam pierwszy szok z jedną dorywcza kucharką jaki doznałam. Przebierałam się w toalecie i nagle słyszę walenie do drzwi i tekst "długo będziesz tam k⁎⁎wa siedzieć". Oburzylam się i pomyślałam no "po⁎⁎⁎⁎na i chamska baba" ale okazało się że tak wyrażała swoją sympatię xd do każdego tak gadała i nikt nie uważał to za dziwne, taki styl bycia. - no pewno nie używała wulgaryzmów po to żeby kogoś poniżyć.
Niestety czuję, że ja trochę w tej pracy niedowozilam. O ile praca w ramenie była banalnie prosta. Wystarczyło być miłym dla klientów i nie mylić zamówień, tak w sushi były trochę bardziej skomplikowane zamówienia i wkurzał się na mnie kucharz jak ciągle zapominałam mu przynosić kamienny talerz jak ktoś zamawial kotleta xd Też nie jestem z siebie dumna, że nakrzyczałam na dostawcę jedzenia. Który coś tam sobie sprawdzał z zamówieniami gdzie ma zawieść, a ja nie niego nakrzyczałam "co robisz, zaraz mi wszystko pomieszasz" no i nie miałam okazji go przeprosić do dziś czuję wyrzuty sumienia, że nie umiałam się skontrolować bo mnie stres zeżarl i wylałam to na kogoś zupełnie postronnego.
Z głupich akcji to pracując tam zaliczyłam najbardziej żenującą sytuację w moim życiu. Do lokalu z ramenem wszedł wtedy mój ówczesny ulubiony twórca YT. Był to Dem3000, uwielbiałam jego poczucie humoru więc się podjaralam jak wszedł. Zamiast dać mu zjeść to poprosiłam go o zdjęcie. Oczywiście mnie zignorował - bardzo słusznie. Jednak później zostawił swój rysunek z podpisem dla fanki Było to bardzo miłe z jego strony. Do dziś czuję ciary żenady, że zapomniałam o zasadzie nie przeszkadzania ludziom w jedzeniu.
Generalnie zabawne było to jak ten lokal z ramenem przyciągał ludzi, o charakterystycznym wyglądzie. A w tym przypadku fanów mangi. Kiedyś przyszła grupka dzieciaków i na zamówieniu trzeba było podać swoje imię (była to ankieta do wypełnienia z zaznaczonym ramenem i dodatkami) dzieciaki wpisały swoje mangowe imiona, które były dla mnie łamaczem języka. Więc po prostu się pytałam który ramen to jest dla kogo - pewnie byli rozczarowani.
Pamiętam też córkę z mamą, która bardzo głośno bekneła po zjedzeniu ramenu, praktycznie prosto mi w twarz i powiedziała, że tak się dziękuję za dobre jedzenie w Japonii. Jej mama zrobiła się bardzo czerwona że wstydu. Mnie to rozbawiło, fajnie że dziewczyna się nie krępowała zwykłym ludzkim odruchem, wyglądała na bardzo sympatyczną.
Zawsze mnie bawi jak sobie przypomnę to jak różnymi światami jest sala/kuchnia. Jakby się człowiek przenosił z jednego wymiaru do drugiego. Sala to pełna kulturka, wszyscy są dla siebie mili, uśmiechają się, ładnie ubrani ludzie, utopia xd. Wchodzisz na kuchnie, a tam zjarany kucharz nie ogarnia zamówienia. Idziesz do toalety, gdzie szef kuchni dopija ostatni łyk wódki, wyrzucasz papierek do kosza na śmieci i dostrzegasz test ciążowy, w oddali słyszysz jak jeden z kucharzy przegania szczury wyrzucając śmieci do kontenera na zewnątrz xd No dzień jak co dzień xd
Swoją drogą mam pełny szacunek do ludzi pracujących za garami (w sumie mam szacunek do każdego kto ciężko pracuje), warunki są trudne, zapach oleju, powietrze gęste od pary jak w saunie, mało miejsca i pewnie wiele innych trudności, których nie udało mi się zaobserwować. Akurat w tym lokalu co pracowałam okno było w kuchni bardzo duże i ciągle otwarte, niezależnie od pogody. Przez te okno też kucharze wychodzili sobie na zewnątrz zapalić czy wyrzucić śmieci.
Co do jarania to najbardziej pamiętam jak 10 razy tłumaczyłam typowi co ma być w zamówieniu, a ten z uwagą i przekrwionymi oczami patrzył na mnie i wszystko powtarzał, a potem i tak zapomniał pomylil zamówienia xd No ale lubiłam tych ludzi, wszyscy ciężko pracowali i tworzyli swoistą paczkę dobrych znajomych, którzy razem dobrze się bawili więc fajnie się ich obserwowalo mimo, że do tej paczki nie należałam
Była jednak jedna krzywa akcja, w sensie to był już moment w którym choć trochę starałam się żeby ludzie mi nie wychodzili na głowę tylko dlatego że byłam miła i cicha. Często na zmianie lądowałam z laską, która była wiecznie na kacu. Mimo apelu kierowniczki o nie przychodzenie do pracy skacowanym, nikt tego nie słuchał. Raz już była tak zjechana imprezą z poprzedniego dnia, że co 5 minut mówiła jak ja boli głowa - może od kaca, a może od tego że za⁎⁎⁎⁎la głową w grzejnik w klubie na imprezie. Więc robiła wszystko w ślimaczym tępie a ja pracowałam za nią... Ta w pewnym momencie się na mnie wydarła, że myje naczynia zamiast obsłużyć klientów (było tyle naczyń do zmywania, że nie było w czym podawać ludziom jedzenia-pani na zmywak nie przyszła) więc musiałam myć, potem sala i potem znów myć i sala. A ta chodziła i jęczała wszystkim, że ma kaca. Powiedziałam je, że się nie rozdwoje i że sama niech pójdzie do klientów, a ona że kogoś tam rozliczała z rachunku - no typowe wymówki. Powiedziałam potem kierowniczce, że nie chce być z nią już więcej na zmianie bo jest laska wiecznie skacowana i ta prośba została uszanowana.
W zasadzie największy problem był właśnie z osobami które miały przychodzić na zmywak, nie było nikogo stałego do tego zajęcia i przez to kelnerki musiały brać to na siebie, a jak już ktoś przychodził to często ta osoba wyglądała jakby była od czegoś uzależniona (to samo co było w arabskiej restauracji) i też była ta sama smutna sytuacja że pani, ze zmywaka wyjadala resztki z talerzy, mimo, że dostała by od kuchni jedzenie jakby tylko powiedziała, że jest głodna
Druga krzywa akcja to to, że chyba nikt tam nie miał umowy o pracę oprócz kluczowych kucharzy, a i z tym było ciężko. W sushi pracowała kelnerka od 2 lat i co chwile prosiła o UoP a jej przesuwali obietnice ciągle na kolejne terminy. Laska miała zamiar tam pracować, ale nie chciała lecieć ciągle na zleceniowce, była odlewana, choć rozumiem to bo w gastro ciężko o pracownika, który nie znika bez powodu więc też się właściciele wycwanili i przestali dawać umowy ... Albo może zawsze tak było?
Podsumowując bardzo dobrze wspominam to miejsce pracy, jedynie weekendy były niesamowicie trudne i wykańczające fizycznie ,że musiałam po takiej zmianę odsypiać prawie cały dzień. Jako praca dla młodych ludzi super, jednak z wiekiem to ciężko mi sobie wyobrazić taka pracę np w wieku 30+ lat.
Było to pierwsze miejsce pracy gdzie właściciel traktował po ludzku swoich pracowników tak samo kierownicy i już sami pracownicy byli wobec siebie normalni. Dzięki tej pracy odzyskałam wiarę w to, że można mieć miejsce pracy które cię nie wkurwia na samą myśl o przysłowiowej niedzieli wieczór
De facto trylogia, ale nie chciało mi się opisywać każdej książki z osobna. Historyczna powieść przygodowa dla młodzieży. Pamiętam jak pierwszy raz czytałem, to nie potrafiłem się oderwać od lektury. A dostałem piękne wydanie od chrzestnej, które niestety magicznie zniknęło przy przeprowadzce do Niemiec (matka pewnie wy⁎⁎⁎⁎ła i się przyznać nie chce...).
Pierwsze dwa tomy są moim zdaniem rewelacyjne. Ciekawa historia Tehawanki (później nazwanego Przebiegłym Wężem): dostanie się w niewolę, uprowadzenie branki, wyprawy wojenne, itd., a ponadto przedstawione życie w wiosce Dakotów. Niestety ostatni tom został napisany w innym stylu, gdzie śledzimy wypieranie Dakotów przez białych osadników, późniejsze powstanie i jego konsekwencje.
Zawsze jak się zderzę z jakimś zachowaniem spoza mojej bańki, to ciężko mi to przyswoić.
Wczoraj wracałem z przedszkola z dzieciakami i byłem świadkiem jak jakiś gość, z wyglądu taki typowy Mariusz budowlaniec/magazynier odszedł 100m od żabki, stanął w takiej mało uczęszczanej ścieżce, wyciągnął małpkę, wlał ją sobie do gardła na raz, a butelkę wy⁎⁎⁎ał na boisko pobliskiej szkoły. Zaraz potem wsadził sobie do gęby gumę do żucia i chyłkiem spierdziela. Zjebałem go, że jak chce, to niech sobie chleje, ale przynajmniej niech śmieci zabiera ze sobą, to się tylko zaśmiał jak debil i poszedł.
I od wczoraj wraca do mnie ta myśl - jak bardzo upadla człowieka alkoholizm, że (z pozoru) normalny chłop MUSI w tajemnicy przed całym światem wy⁎⁎⁎ać w 3s ćwiartkę wódki o godzinie 15tej, bo bez tego nie wytrzyma...
@Aksal89 mnie strasznie uderzyło jak w stolicy, rano, na jakiejś stacji kolei podmiejskiej, na uboczu jakiś typ w moim wieku, 30+, przelewał najtańsze piwo "żeby klepało" do jakiejś butelki. To jest właśnie alkoholizm.
Oststnio na dworcu gość przelał do bidonu, takiego co ludzie cały dzień noszą i wodę piją 3/4 dużego energetyka z puchy, potem dolał setkę wódki z niedopitej małpki XXL znaczy dwieście i sobie będzie sączył w podróży. Już pomijam "smak" tego bidonu w przyszłości.
Obejrzyjcie sobie wykład ruskiego profesora na temat alkoholu. Gość tam wytłumaczył łopatologicznie dlaczego alkoholik zachowuje się tak a nie inaczej.
Jest to krótka pozycja, która wywołała we mnie falę negatywnych emocji. Intensywna opowieść, która millenialsom wywoła flashbacki z dzieciństwa. Polecam, bo warta przeczytania.
Jezu jak patrzę na 40latków (facetów) to dla was związki to była gra na easy mode. I nikt mnie nie przekona.
Przykładowo kolega z pracy. Lat 40, dosłownie piotruś pan:
1. Chłop zostawia puste szklanki w zlewie w pracy i se wychodzi z jadalni. Drzemy się za nim, że nie pozmywał. Wtedy dopiero się wraca i myje. W domu nie myje. W domu zostawia szklankę na stole a żona ją zabiera i wkłada do zmywarki
2. Chłop odbiera dzieciaka z przedszkola. Przedszkolanka mówi, że na jutro dzieciaki na galowo bo jakieś święto - dobra, ubierzemy - chłop wraca z dzieciakiem do domu i nic. Wieczorem jego żona na grupie klasowej czyta, że trzeba na galowo, wstaje ona i idzie szykować.
3. Żona pracuje z domu, ogarnia dzieciaki, sprząta, gotuje. Ona i on robią podobną robotę. Robiłem analizę to mają podobną produktywność mimo, że ona ogarnia wszystko w międzyczasie a on siedzi w robocie z kawusią i klika z kąkuter
4. Chłop praktycznie co weekend bierze rower albo jakieś biegi przełajowe albo basen a żona zajmuje się domem i dzieciakami
Jeszcze żeby był jakiś piękny adonis, a on brzydal jak ja xD
Jakby teraz przy pomocy czarnej magii odmłodzić tego chłopa te 15 lat aby znowu miał 25 wiosen to już za sam numer ze szklanką by dostał w ryj patelnią (albo szklanką) od laski gdyby mieszkali razem.
I to tylko jeden gość. A znam jeszcze kilka takich przykładów.
@SzubiDubiDU Wyniósł to z domu i jego kobita to akceptuje. Tyle. A może zaraz przestanie. Mam w dalszej rodzinie gościa wypisz wymaluj. Jak nas odwiedza, to sobie nawet kanapki nie zrobi, ani herbaty. Czeka, żeby powiedzieć, najczęściej mojej żonie, żeby zrobiła mu herbatę albo że jego dziecko jest głodne xD