#fafasiezaburza
TLDR: Esencja bólu, ale czuję że z dobrym zakończeniem.
TRIGGER WARNING: Temat dotyczy wykorzystania s. dziecka, a wpis będzie topił się emocjach, jak to u mnie. Nie czytaj jak może Cię to zbyt mocno zoboleć. No nie warto.
63. Dobra, będzie grubo. Rozmawiałam przed publikacją z partnerem, co on o tym myśli i słusznie stwierdził, że jak już pójdzie to nie będzie odwrotu pod wieloma kątami, więc myślałam, myślałam, myślałam nad treścią, własną motywacją i słusznością mojego działania też uwzględniając Was jako odbiorców, ale jak widzicie jest. Najbardziej intymne wyznanie mojego życia. Uznałam, że skoro i tak wiele już wiecie o mnie, widzicie już prawie cały obrazek moich życiowych puzzli, to warto byłoby otrzymać ten ostatni, tłumaczący dlaczego jest jak jest, albo dlaczego tak było. Sama nie wiem. Zrozumiem jak pójdę u kogoś na czarno, za to wyznanie, jako zbyt mocną psychologiczną przeginkę.
To co teraz zrobie, jest eksperymentem, próbą, nadzieją że to odejdzie. Bardziej dla mnie, bo tutaj nie ma za bardzo o czym rozmawiać. Shit happens. Teraz to co robię, jest aktem dużej dawki egoizmu. Nie zależy mi na piorunach, komentarzach. Wylewam to z siebie trochę Waszym kosztem. Wybaczcie mi, ale potrzebuję tego. Zresztą też usłyszałam, że jest to na tyle temat tabu w społeczeństwie, że ofiarom ciężko się jest przyznać do takich sytuacji. Ofiarom jest ciężko, nie oprawcom. Wyobrażacie sobie?! Moja historia już nie będzie tabu. Pi⁎⁎⁎⁎le to.
Przedmowa będzie długa, właściwie już jest, a druga część, k⁎⁎wa druga część będzie raportem- najstraszniejszy z mojego życia.
Będzie to też obraz jak działa cPTSD. Będziecie zrazem obserwować mnie z przeszłości jak i mnie, osobę która pisze ten tekst.
Czy to dokończę, czy utknę, czy znów zakopię? Nie wiem, ale mam dość czucia się wspołwinną temu całemu zdarzeniu. Ten temat Epstaina znowu budzi to uczucie, od którego uciekam od tyłu pierdolonych lat. Próbowałam to olać, szukać sposobów, unikać triggerów, rozmawiać na terapii, nic nie załatwia sprawy. Wszystko kręci i memli się w głowie, szukając ujścia co raz w jakiś abstrakcyjny dla świadomość sposób. Usłyszałam, że dużo osób nie wyznawało swoich doświadczeń, bo sami czuli wstyd, lęk przed byciem niewysłuchanym, lub co gorsza - zostać odwinionym za to, a i tak się zdarza. To jest szaleństwo, sztuka pisana przez kompletnego wariata analfabetę. Przecież to Ty, zostałeś zraniony, powiedz o tym. Wykrzycz! Ale nie, właśnie nie. Masz wrażenie, że to Twoja wina, wina z powodu naiwności. Zasługujesz na to, zasługujesz, zasługujesz...
I to jest ten pierwszy raz gdy odważnie na forum powiem: ZOSTAŁAM ZRANIONA. TO NIE MOJA WINA! TO NIE MÓJ WSTYD!
To historia większości mojego życia w tragedii:
Do 6 r.ż. Przemoc, bezradność, terror. Brak stabilnych fundamentów, chwieje moją samooceną jak fale dziurawym statkiem, zabierając powoli na dno.
6 r.ż. (najgorszy moment, bez szczegółów, ale przebieg całego zdarzenia może być dla wielu z Was bardzo trudny, dlatego dodatkowo ostrzegam. Jednak warto przeczytać ostatni akapit).
Byłam na podwórku, Boże boli Boże... piszę wbrew sobie, odcinam się od zdarzenia, bo inaczej wracam tam całą sobą. Boli. Dam radę. Wdech, nie moja wina... bawiłam się w osiedlu obok swoich bloków. Grupka dzieciaków, głównie dziewczyny. Pamiętam kolory tamtego dnia. Zdecydowanie za bardzo. Zawołał nas jakiś facet, no to co podbiegłyśmy jak to dzieciaki lat 2000.
Wieki tak daleko nie byłam i tak świadomie jak teraz w tamtej chwili. Ostatnim razem składałam w ten sposób zeznania.
Deklarował że ma małe kotki w piwnicy. Oczywiście, kotki. Długo odpowiadaliśmy że nie, ale tego typu sk⁎⁎⁎⁎syny, mają podłą umiejętność wyłapywania najsłabszych w stadzie i tak, to byłam ja. Za słaba by się sprzeciwić. Odchodziłam z nim i już wiedziałam, że źle postąpiłam, ale nie umiałam zadbać o siebie, tak nie można. Ja nic nie znaczę, ja i moje zdanie.
W tym momencie walczy tak wiele rzeczy we mnie. Palce ledwo trafiają w litery. Wszystko jest powolne, a świadomość rozciąga się jak guma pod wpływem myśli "nie bój się, nie jesteś w niebezpieństwie, jesteś pod kołdrą w dobrym życiu", a "uciekaj, uciekaj, uciekaj, uciekaj z tej piwnicy!!". Dysocjacja, kolejna. Cholera jasna, zawieszam się jakby ktoś się włącznikiem od światła bawił. Z szacunku dla siebie i dla Was, bo nie mogę być tak podła, zachowam elementy ze zdarzenia dla siebie. Uciekając w labiryncie piwnicznych korytarzy bałam się, że na niego natrafię. Znalazłam długie schody w górę, modliłam się aby były otwarte. Modliłam, do wszystkich bogów, których tych, których nawet nie znałam. Schody w mojej świadomości się nie kończyły. Nacisnęłam na klamkę, a światło uderzyło w moja twarz jakbym trafiła do nieba. Wolność! A jednak nie do końca. Pod pewnymi kątami te drzwi, nigdy nie uległy pod wpływem naciśnięcia klamki.
Wróciłam do domu, nie wiedząc co, ale to było złe. Dzieci to czują, nie muszą rozumieć. I pojawił się wstyd, który kazał mi milczeć. Co rodzice powiedzą, będą źli, zawsze są źli. Gdybym mogła, to przytuliłbym siebie z całych sił w tamtym momencie mówiąc jej to, co wiem już teraz.
Tutaj mam w sumie najważniejsze do przekazania dla Was - Ludzi, niezależnie czy to rodzic, czy kontaktu z siostrzenicą: Uczcie dzieci sprzeciwiania się dorosłym i zdrowej asertywności. Sugestia nie rozmawiaj z obcymi niczego nie tłumaczy. Dzieciaki w pewnym stopniu muszą znać sedno problemu. Ja porozmawiałam, ale to zgoda zadecydowała o moim losie. I niech ufają Wam, niech nie boją się mówić. Niech nawet nie będą w stanie pomyśleć, że tego nie uniesiecie
Do 17 r.ż.
To był dziwny czas, zawieszony między dwoma rzeczywistościami. Ja istniałam, walczyłam z innymi rzeczami, a z drugiej strony pojawił się lęk przed dotykiem, wybuchy kortyzolu w losowych momentach, samookaleczenia, strach przed innymi, drętwienie, omdlenia, pogarszające się samopoczucie właśnie z jakiego powodu? Wyparłam, ale ciało nie. Przez jakiś czas to było wygodne i wystarczało.
Pierwszym ważnym elementem, jest to że ten sk⁎⁎⁎⁎syn miał wodogłowie. Aż mnie ściska jak widzę i słyszę to słowo. Był charakterystyczny. Spotykałam go niedaleko osiedli z jego mamą- niskorosłął czy jakoś tak. Byli straszni, jak z horrorów o upiornej rodzinie. Zwlasza dla mnie. Poza osiedlem widywałam go w kościele, katolik zjebany. Jak raz go zobaczyłam na procesji, będąc z mamą to wpadłam w tłum niczym w tunel czasoprzestrzenny. I to były takie kadry, tu uciekałam, tu się bałam i tak w kółko. Przypomniałam sobie, nie pamiętałam tego wcześniej, widzę wszystko, gdzie i o jakiej porze. Kiedyś zobaczyłam go między garażami jak przechodziłam, miałam wrażenie że mnie rozpoznaje, lecz on szedł, a ja? Ja walczyłam o życie.
Okazało się że Wielka Głowa, tak go nazwałam (to najstraszniejsze dwa słowa dla mnie, a jak są w połączeniu to automatycznie panika, klik w głowie, napięcie, kręcę wtedy głową, jakbym chciała wytrącić mechanicznie temat), próbował z innymi dzieciakami. Tą samą podłą metodą. Zaczaił się na moją dawną przyjaciółkę. Dowiedziałam się o tym bardzo naturalnie - jak we dwie spierdalałyśmy przed nim i tą jego matką. Powiedziała, że przed samą klatką uciekła, bo się przestraszyła, a ja powiedziałam że też. Też uciekłam. Znów ta złość na siebie, jak mogłam być taka głupia. Ona nie była, a ja byłam. Moja wina. Obie milczałyśmy w tym temacie od tego momentu.
Drugim ważnym wątkiem tego etapu jest to, że do kościoła chodził też inny pobożny chłopak z wodogłowiem. Większym, straszniejszym. Wtedy nie wiedziałam, że boję się dwóch zupełnie różnych osób.
17 r.ż.
Chciałam się zabić, odratowali mnie, potem szpital. W nim jedna dziewczyna, z którą zbudowałam relację zaczęła mi wyznawać, że jakiś chłopak się na nią rzucił kiedyś tam i coś chciał zrobić. Później się z tego wycofała, ale to co zrobiła było kolosalne do mnie. Wybuchłam, ale tak dosłownie wybuchłam płaczem tak wielkim, że rozrywał serce i paraliżował mięśnie. Nie mogli mnie ogarnąć, ja sama nie wiedziałam dlaczego. Mur wyparcia padł. Całe miasto runęło. Null. Chcieli mnie uspać lekami, ale ta szalona dawka adrenaliny była w stanie przeciwstawić się zastrzykom. Czułam się jak Hulk. Chciałam się powiesić, znaleźli mnie. Spędziłam 3 dni w pasach. Na korytarzu. Upodlona. Znowu. W końcu mogli ze mną rozmawiać. Musiałam opowiedzieć, czułam że nie może być inaczej. Zaprosił mnie psycholog (fun fact: występował w jednym z odcinków "Jeden z dziesięciu") i to rozdarcie, które czułam w trakcie jest nie do opisania. Pamiętam głównie to, że w kółko prosił mnie o spogladanie w oczy jak mówiłam. On facet, ja mówię o tym pierwszy raz, przepotężny wstyd, lęk, a ten w kółko "Spójrz na mnie. Spójrz na mnie". Podnosił za brodę, abym patrzyła. Gdybym mogła to teraz bym go mokrą ścierą za to w łeb strzeliła. Obiecał, że nic nie powie, że to tajemnica lekarska, on chyba musiał sprawdzić czy mówię prawdę. Nie wiem, ale poza tym że było to przykre, to również wkurwiające. Zaprosił mnie parę dni później, mówiąc że musiał zgłosić to do prokuratury. Rzuciłam się na niego, jak mógł, ale za późno. Już poszło. Potem jeszcze jakby ze wstydem dodał, że rodzice też już wiedzą. Mogłabym wtedy go zabić. Zniszczył wszystko co budowałam tyle lat. Ten piękny papierowy zamek, obok wulkanu.
Mama przyjechała do mnie. Ja jak zbity pies, przecież to mój wstyd, lecz moja mamunia przytuliła mnie tak mocno, tak płakałam i powiedziała coś, co tak bardzo chciałam usłyszeć "Dojedziemy tego sk⁎⁎⁎⁎syna". To było ostre i bezkompromprisowe. Na chwilę dało mi to siłę. W końcu.
Mój ojciec też wiedział, ale nie mówił o tym do pewnego momentu.
Po 17 r.ż.
Wróciłam do domu po 3 miesiącach, tzw. ustabilizowana. Nie musiałam długo czekać. Dostałam wezwanie na komendę. Co?! Już tak szybko? Dajcie się trochę pozbierać, odpocząć, pooglądać seriale. Znów muszę mówić, znów facetowi, lecz z większą ilością szczegółów. To było k⁎⁎wa podłe! Kazali mi pokazywać wszystkie miejsca zdarzenia, gdzie robili mi zdjęcia z wyciągnięta ręka mówiącą: "proszę to tutaj mnie zniszczył". W tym momencie zaczeło występować zjawisko wtórnej traumatyzacji. Wracanie do tych samych miejsc, fizycznie i myślą, przepalało mi styki. Przecież minęło 11 lat od zdarzenia. Zero zaopiekowania psychologicznego. Sk⁎⁎⁎⁎syny, kolejne.
Nawet złapała mnie moja przyjaciółka z dzieciństwa, którą powołałam jako osobę też znająca Wielką k⁎⁎wa pierdoloną Głowę. Cieszyła się, że ruszyłam w sprawie i pamiętam jak powiedziała krótkie i smutne "Czyli Ty nie uciekłaś?". Od tego momentu byłyśmy w tej sprawie razem, tylko z innym balastem.
I tutaj znaczyna się dla mnie najdziwniejszy aspekt ogarniania tej sprawy przez prokuraturę, ale to tyle na ten moment, już nie mam siły na więcej na ten moment. I tak zrobiłam gigantyczny, ale to gigantyczny krok. W dziwny sposób się cieszę, ale to w bardzo dziwny.
Tak jak pisałam wyżej, nie wiem czy wrócę do tego, mam nadzieję że tak, ale to ze względu na to, że chcę zamknąć tę sprawę w treści, a nie tylko w świadomości. Znaczy nie wiem jak to opisać. Ja już tak wiele robiłam w tym temacie, uwierzcie mi, ale tak jeszcze nigdy w ten sposób i liczę, że dzięki temu nie będę już tak boleśnie mptyzowała słysząc o bólu innych zranionych dzieci.
PS Jestem z siebie dumna. Napisałam to, już jest. Nie wyję, nie dysocjuje, nie mam flashbacków. Konwersuje z koleżanką. Tak zwyczajnie.
PS2 Poprawiam tekst, nadal myślę czy to puścić, ale jest łatwiej, lepiej się w tym rozeznać, oswoić. Wiadomo, bez rewelacji, ale chociaż telefon mi nie wyslizguje się z dłoni z powodu przepoconych dłoni. Ciało mniej reaguje, a ciało nie kłamie.

