@kim_jestesmy_dokad_zmierzamy mam w końcu więcej czasu to postaram się to na spokojnie opisać. Generalnie ten tekst który cytujesz
- nie piję kawy cały dzień jak niektórzy mówią, za to uważam że pracując na uczelni wyrabiam więcej roboczogodzin niż na klasycznym pełnym etacie
niewyrwany z kontekstu ma być raczej kontrą do tego, co mówią niektórzy, że "240h pracy w roku, wakacje, ferie, to jest życie kurde", pisze o tym @az5tcxo4-niekibicujepilkarzom
@lat666 z kolei wspomina o rozdrobnieniu pracy, i to właśnie ono mam wrażenie daje wrażenie że pracuje się 24/7 albo - znacznie więcej niż na klasycznym etacie.
Więc, tak jak pisałem - uważam że wyrabiam. A ten mały eksperyment który zrobiłem, polegający na siedzeniu plackiem 8h na uczelni, pokazał mi że tak się nie da żyć.
I nie, nie jest prawdą co mówisz, że tysiące osób tak pracuje.
Bo w omawianym przypadku zarówno ustawa, jak i statuty poszczególnych uczelni mówią o zadaniowym czasie pracy. I o to w tym wszystkim chodzi. Naszej pracy nie da się zamknąć w jakiekolwiek ramy, 7-15, 8-16 czy 9-17. Po prostu się nie da, niezależnie od tego, co się marzy wielu kierownikom katedr.
nauczycielowi akademickiemu należy powierzać zadania możliwe do wykonania w czasie pracy wynikającym z ogólnie przyjętych norm czasu pracy: 8 godzin dziennie i 40 godzin tygodniowo
Znalazłem to na stronie prawo.pl. Bardzo dobrze opisane. I to jest w tym wszystkim kluczowe.
Czy mogę poświęcać więcej czasu? Mogę. Jeśli nastawiam eksperyment, i czekam 2h na ekstrakcję, to według Twoich norm zapewne powinienem to ewidencjonować. A ja po prostu idę w tym czasie na obiad, jeśli wiem że wszystko jest bezpieczne pod moją nieobecność.
Czy chcę - nie zawsze. I jeśli student wysyła pracę o 23:59, a potem mówi że on wysłał w terminie (czas na wpisanie ocen mija o północy) to jest to jego problem. I to jest kluczowe, tak jak napisałeś!
Ale, jeśli wiem że różne osoby, z różnych zespołów badawczych pracują w różnych porach, to staram się w miarę to szanować. I zdrowy rozsądek - czyli nie dzwonienie o świcie, czy w nocy (chyba, że w sytuacjach awaryjnych) to jest dobre rozwiązanie, i się sprawdza. Z tego wynika to wrażenie, że pracuję więcej niż na klasycznym etacie, bo nie trzaskam drzwiami o 16 mając wszystko w nosie. I zdrowy rozsądek, czyli nie odklepywanie 8h w biurze, a potem narzekanie że trzeba coś jeszcze zrobić po południu pozwala jakoś nad tym zapanować. Bo co z tego że przesiedzę 8h w katedrze - jak 100% tego czasu nie będzie produktywne każdego dnia. Zgodnie z wizją ustawodawcy mam wykonać zadania i tyle. Zadaniowy czas pracy nie jest nienormowanym - jak niektórzy myślą. Że mogą do mnie zadzwonić po południu, i coś mi zlecić jeśli cały dzień robiłem jakiś eksperyment i jestem wypompowany.
A jeśli mam zajęcia 8-18, przez pięć dni w tygodniu, więc formalnie jestem w firmie od 7:30 do 18:30 (mam nawet na pamiątkę sączek z bibuły na którym zapisałem sobie grupy żeby się nie pogubić) to w kolejnym tygodniu robię sobie nieco więcej luzu.
Patologią norm czasu pracy była sytuacja z marketu, w którym już nie pracuję. Mój dział miał konwersację, która była aktywna w godzinach pracy sklepu. I czy miałem 1 zmianę, czy tzw. środek 10-18, czy drugą, to oczekiwano że jeśli ktoś zapyta gdzie wczoraj zostawiłem paletę z LG 42" który jest w promocji z gazetki to od razu odpiszę.
Jak ktoś jest pod telefonem to za to się płaci. Ale, na uczelni:
czas pracy nauczyciela akademickiego jest określony zakresem jego obowiązków dydaktycznych, naukowych i organizacyjnych
A poza nimi, wiadomo, siedzimy w biurze (bo po co w domu) i pijemy kawkę W większości firm to pracodawca stawiał, tutaj sam kupuję ulubioną i nie mam z tym problemu.