#pasta

36
647

Podczas sprzątania peceta, między memami z papajem a folderem z gondolami znalazłem coś, czym szkoda byłoby się nie podzielić. Złoto polskich czanów, jedna z niewielu dobrych rzeczy, które wyszły z tego obsranego gównem chlewa: Cykl past o Sebastianku, znany również jako Rewir. Autorze, gdziekolwiek teraz jesteś, dziękuję za świetną lekturę!


Zacząłem postować na portalu z nieśmiesznymi prawakami trzy dni temu, ale pomyślałem, że z Tomeczkami też powinienem się podzielić. W ramach rekompensaty, dostaniecie dzisiaj prolog oraz dwa pierwsze rozdziały na raz.


Bez zbędnego pierdolenia, #codziennyrewir 1, 2 i 3/115 czas zacząć!


#pasta #coolstory #truestory #heheszki #lata90 #rewir

__________________________________________________________


PROLOG


Właściwie rzecz biorąc nigdy nie miałem rodziny – jeśli nie liczyć oczywiście matki, Eweliny. Odkąd pamiętam, mieszkaliśmy tylko we dwójkę, zdani wyłącznie na samych siebie.

Wszelacy krewni - jak dziadkowie, ojciec czy wujkowie, byli w naszym życiu nieobecni. Ewelina zerwała kontakty z jej rodzicami po tym jak „pokłócili się” z nią na temat jej wpadki – czyli mnie, jakkolwiek by to nie brzmiało.

Oczywiście nigdy nie powiedziała tego głośno, ale nie trzeba być geniuszem żeby wiedzieć, że dwudziestolatki z reguły nie zakładają rodzin, prawda?

Ojciec opuścił matkę, gdy już się urodziłem – nigdy o niego nie pytałem, nigdy go nie szukałem, nigdy się nim nie interesowałem. Od najmłodszych lat wiedziałem za to, że nie chcę mieć niczego do czynienia z takim człowiekiem. O ile w ogóle zasługiwał na to miano.

No i w końcu, była jeszcze siostra mamy – czyli ciocia Iza. Starsza od niej o tych kilka lat, bodajże siedem, ale zupełnie oderwana od rzeczywistości, jak gdyby były to lata świetlne. Ewelina utrzymywała z nią kontakty przez jakiś czas, ale przestała z nią rozmawiać, gdy ta próbowała przekonać mnie, żebym zamieszkał z nią, jej mężem i ich dziećmi. Miałem wtedy sześć lat.

Brak krewnych nie znaczył jednak, że mieliśmy problemy finansowe czy społeczne. Mówiąc szczerze, było wręcz przeciwnie… Jeśli nie liczyć plotek okolicznych dewot, dawno temu. Chyba wszyscy bowiem wiemy, jak czasami oczerniane są samotne matki – a zwłaszcza takie, które mają czelność wychylać się przed szereg, paradując w kolorowych krótkich sukieneczkach i szpilkach. A do takich osób należała właśnie Ewelina. Lubiła rzucać się w oczy.

Jako dziecko, nigdy nie zwracałem na to uwagi, bo wydawało mi się, że to powszechnie spotykana norma – do czasu, gdy poznałem zwyczaje panujące w domach kolegów, gdzie szczytem higieny było mydło Biały Jeleń, a mody - zwyczajna para jeansów lub czasami nawet spódnica uszyta ze starej zasłony. Wtedy też zrozumiałem, że moja mama zdecydowanie wyróżnia się na tle innych.

Odstępstwa były widoczne również w jej zachowaniu – bo mimo, iż byłem jedynakiem, nie była wobec mnie szczególnie nadopiekuńcza – przynajmniej nie do przesady. Doskonale rozumiała potrzeby młodych i chyba nie powiem na wyrost, że była dla mnie zazwyczaj bardziej koleżanką niż rodzicielką.

No, przynajmniej póki zachowywałem się grzecznie.


* * *


Dziadkowie Kamila urodzili się, wychowali i zestarzeli w jednej miejscowości – tutaj też spłodzili dwie córki, które podobnie jak rodzice, nigdzie nie wyjechały. Miejscowi, po prostu.

Starsza córka – Milena, zaszła w ciążę bardzo młodo, będąc jeszcze nieletnią. Razem ze świeżo upieczonym mężem-tatą, zamieszkała w rodzinnym domu, zajmując górne pomieszczenia.

Kobieta zgarnęła w puli genowej wszystko co najlepsze, co w połączeniu z odważnym sposobem bycia i zamiłowaniem do kobiecych, kusych ubrań, wyrobiło jej w pewnych kręgach opinię puszczalskiej, ladacznicy – co kompletnie mijało się z prawdą. Plotki, plotki.

Jej odmienność podkreślała również krótka fryzura, jej znak firmowy – kontrowersyjna trzystusześćdziesięciostopniowa grzywka, w kolorze jasnego blond, z krótko wystrzyżonym dołem, naturalnie brązowym - która naprawdę podkreślała jej urodę, co zaskakujące.

Zresztą, podobnie było z Eweliną, z którą zresztą dzięki znajomości ich synów, zaprzyjaźniła się na dobre i na złe. Dwie „bezwstydne dziwaczki”.

Młodsza o rok od niej siostra, Agata, po dwóch latach również została młodą mamą. Niedługo potem, przeprowadziła się z mężem do niskiego bloku mieszkalnego, oddalonego o kilkaset metrów od domu jej rodziców.

Niestety, parze nie wyszło. Mąż odszedł po kilku latach, porzucając syna (Emila), gdy ten miał iść do szkoły podstawowej. Słuch o nim zaginął kompletnie, jeśli nie liczyć informacji, że „zakochał się w młodszej”.

Agata zaś, która całe życie spędziła w cieniu dużo bardziej atrakcyjnej i towarzyskiej siostry, powoli zaczęła stawać się własnym… Cieniem, no właśnie.

Samotne życie odcisnęło na niej swoje piętno i chociaż nigdy do specjalnych piękności nie należała, to z czasem, było tylko gorzej. Kobieta zaczęła chudnąć, przestała dbać o swój wygląd i w końcu, zaczęła nałogowo palić (mniej więcej wtedy, kiedy jej syn), co miało fatalne następstwa dla skóry, włosów, zębów i paznokci. Ale, to miało wydarzyć się dopiero w dalszej przyszłości.

Dziadkowie Kamila i Emila, kilka lat później również przenieśli się do nowego miejsca – również bloku mieszkalnego (ale wyższego i bardziej obskurnego), zostawiając Milenie i jej mężowi cały dom dla siebie.


* * *


Spośród wszystkich członków naszej paczki, Sperma wychował się chyba w najbardziej toksycznym środowisku. Na pozór, był w dużo lepszej sytuacji niż ja czy Emil, którzy dorastali bez ojców. Z drugiej strony, trzeba wziąć pod uwagę całokształt – a nie tylko jeden element składowy.

Rodzice Spermy sprowadzili się do miasta prawdopodobnie w latach osiemdziesiątych. Jak wielu przyjezdnych, osiedlili się w blokach mieszkalnych – przy czym mieli na tyle szczęścia, by trafić do czteropiętrowców, które w porównaniu do sąsiadujących z nimi „dziesiątek”, były dużo bardziej luksusowe (czyli nie miały głośnych i zdezelowanych wind, piwnice ukryte pod ziemią, większe mieszkania i mniejsze zagęszczenie sąsiadów).

Niedługo potem, rodzina powiększyła się o córeczkę – Martę, a kilka lat później o syna – Patryka (później znanego właśnie jako Sperma).

Ojciec, żeby zapewnić byt rodzinie, zaczął ciężko pracować w różnych zakładach przemysłowych. Wkrótce padł ofiarą choroby zawodowej, trawiącej niższe klasy społeczne – czyli zaczął pić.

Ela, jego żona, zajęła się domem i utrzymaniem przy życiu dzieci. Nie było to zadaniem prostym, ponieważ z pensji prostego robotnika po podstawówce (lub „nawet” zawodówce) trudno było związać koniec z końcem jako tako, nie wspominając o stale przepijanym procencie pieniędzy.

Jakimś jednak cudem, rodzina trwała przez lata, dzieci posłano do szkoły, a Ela zaczęła zyskiwać na wadze, w przeciwieństwie do męża, który z roku na rok stawał się chudszy.

Marta została zapisana do okolicznej szkoły podstawowej, gdzie poznała kilku mieszkańców „slamsów” – czyli obszaru zamieszkałego przez najniższą możliwą klasę społeczną, w której wykształcenie gimnazjalne jest czymś niezwykłym, a środki antykoncepcyjne… Cóż, one były nawet ponad sferą science fiction.

Z jakiegoś powodu, młoda dziewczyna odnalazła tam swoje miejsce - gdzie nauczyła się pić, palić i ćpać, a po jakimś czasie, w jej ślady miał pójść młodszy braciszek, chcący być tak fajny, jak jego siostra.


* * *


Młody wychował się w normalnej rodzinie, będącej żywcem wyjętą z obrazka – jego ojciec był inżynierem, matka nauczycielką, a brat szkolnym prymusem. Chłopak już od najmłodszych lat wyróżniał się więc na ich tle, chcąc zwrócić na siebie uwagę otoczenia poprzez nie do końca poprawne zachowanie. Prawdziwa czarna owca, wypisz wymaluj.

Koledzy Kluchy (czyli Piotrka, starszego brata) szybko ochrzcili kilkuletniego Patryka pseudonimem Młody – i tak już zostało.

Jeszcze przed tym, jak wszyscy poszliśmy do szkoły podstawowej, Młody poznał Spermę (wtedy znanego jeszcze po imieniu) i oboje stali się nierozłącznymi osiedlowymi rozrabiakami. „Dwóch Patryków – jeden duży, drugi mały”, jak zwykła mawiać czasami Milena, matka Kamila.

Mimo próśb i gróźb rodziców, żaden z nich nie starał się poprawić swojego zachowania – i tym samym, inne dzieci z bloków autentycznie się ich bały.

Jednak, strach ma wielkie oczy – i ich lęk nie zawsze był w pełni uzasadniony. Młody bowiem, mimo całej tej buntowniczej otoczki i nieprzewidywalności, już wtedy miał silnie rozwinięty instynkt przywódczy i wiedział, co to lojalność.

W późniejszych latach, gdy nasza paczka została na dobre uformowana, pełnił więc on rolę naszego niepisanego lidera… I w zasadzie, dzięki niemu, byliśmy też postrzegani przez pewnych ludzi jako łobuzy i chuligani. Cóż, nie można nikogo za to winić, prawda?


* * *


Rodzice trzeciego z kolei Patryka i jego starszego brata Bartka, przeprowadzili się w nasze okolice w czasach, gdy mieliśmy nie więcej niż pięć lat. Mieszkania w „luksusowych” blokach, w których żyli Sperma i Młody były już dawno zajęte, ale udało im się wynająć małe lokum w sąsiednim betonowcu, po drugiej stronie ulicy, przeznaczonym dla nieco niższej klasy społecznej.

Ojciec chłopców zatrudnił się w jednej z malutkich ekip remontowych, przeważnie pracując w okolicznych dziesięciopiętrowcach.

Jego żona z początku zajmowała się domem – przynajmniej dopóki, dopóty obaj synowie nie mogli bezpiecznie zostawać sami. Potem zaczęła rozglądać się za pracą – padło na kasę w osiedlowym sklepie, co i tak nie było najgorszą możliwą posadą, zwłaszcza, gdy nie ma się żadnego znaczącego wykształcenia.

Bartek załapał się do jednej z fal dzieci urodzonych i wychowanych na wsi, które w wieku szkolnym zderzyły się z miejską rzeczywistością. Okazało się bowiem, że lokalni rówieśnicy mówią, myślą i zachowują się znacząco inaczej od przyjezdnych. To zaś owocowało wewnętrznymi sporami i dyskryminacją. Finalnie, chłopak zaklimatyzował się w nowym świecie, ale zajęło mu to wiele lat.

Patryk miał na tyle szczęścia, by przed pójściem do pierwszej klasy zrozumieć, jak żyje się w blokach i czego nie należy robić. Znalazł sobie znajomych, z którymi grał w piłkę na jednym z prowizorycznych boisk – i jak się okazało, miał do tego wrodzony talent, z którym w przyszłości, chciał wiązać przyszłość.

Kiedy inni chłopcy pragnęli być policjantami i strażakami, jego marzeniem było zostać profesjonalnym piłkarzem.


_________________________________________________________


SZKOŁA PODSTAWOWA

_________________________________________________________


ROZDZIAŁ 1


Po latach nie pamięta się traumy związanej z pierwszym dniem w szkole. Pierwszego dnia w zupełnie nowym świecie – ogromnym i po brzegi wypełnionym kilkuletnimi rówieśnikami – równie zagubionymi i przerażonymi co my sami.

I w końcu, nie pamięta się spokoju rodziców, którzy z jakiegoś powodu, wcale nie podzielali niepewności dzieci – przeciwnie, zdawali się doskonale wiedzieć, co czeka nas w przeciągu następnych sześciu lat.

Wtedy nie mogłem nadziwić się, jak moja mama może czuć się pewnie w miejscu takim jak to, podczas gdy ja dreptałem tuż koło niej, trzymając ją za rękę i marząc tylko o tym, by z powrotem znaleźć się w doskonale mi znanym, bezpiecznym domu.

Zgodnie z tym, co powiedziała mi wcześniej Ewelina, w klasie powinna znajdować się tablica – i rzeczywiście, kiedy wszedłem do pomieszczenia, ciemnozielony prostokąt wisiał na ścianie… Ale naprzeciw niego, na drugim końcu sali, był kolejny.

- Dwie tablice? – Zapytał sam siebie chłopiec, który znikąd pojawił się koło mnie, jakby czytając w moich myślach. Miał brązowe włosy, z grzywką starannie przyciętą nad wysokością brwi i okrążającą głowę jak grzyb albo garnek.

Niepewny, obróciłem się za siebie, by zapytać mamę, gdzie i w którą stronę powinienem usiąść - ale gdy podniosłem wzrok, zobaczyłem, że jest zajęta rozmową z inną kobietą – o włosach praktycznie takich samych jak te należące do chłopaka stojącego koło mnie. Obie wydawały się być w doskonałych humorach.

- Chodź, poszukamy wolnych miejsc. – Zaproponowałem nowemu znajomemu, nie chcąc przeszkadzać dorosłym.

- Dobra! – Odparł uradowany. – Jestem Kamil. Będziemy najlepszymi kumplami?

Poczułem, że strach, który mnie trawił od środka nagle przepadł. Roześmiałem się serdecznie do Kamila i podałem mu rękę.

Usiedliśmy w ostatniej ławce, nie mając pojęcia, czy jest to przód, czy tył klasy. Po naszej lewej, przy oknie, siedzieli razem dwaj chłopcy, którzy głośno żartowali i wygłupiali się. Jeden z nich był wyjątkowo wysoki i chudy jak na swój wiek, a drugi z kolei był niepozorny i znacząco niższy, mniej więcej mojego wzrostu. Mimo to, zdawał się jakby emanować jakąś dystynkcją, powagą.

On też jako pierwszy zwrócił uwagę na mnie i na Kamila.

- Hej! – Krzyknął. Obróciłem się w jego stronę, nie wiedząc, jak zareagować. – Cześć. Ostatnia ławka, co?

- Chyba tak. – Zaśmiałem się, zdając sobie sprawę, że rzeczywiście znajdujemy się na końcu klasy.

- Jestem Patryk, ale kumple wołają na mnie Młody. A ten obok to też Patryk.

Podszedłem do obu chłopców i przywitałem się z nimi.

I tak, poznałem Młodego i Spermę.


_________________________________________________________


ROZDZIAŁ 2


Pierwsza klasa była okresem aklimatyzacji i nawiązywania znajomości – w szkole i poza nią przebywałem głównie w towarzystwie Kamila, co z kolei pomogło zaprzyjaźnić się naszym mamom. Poza tym, powoli zaczęła się formować nasza paczka – coraz więcej czasu spędzaliśmy z trzema Patrykami, którzy mieszkali w pobliskich blokach.

Gdzieś w tle przewinęła się jeszcze postać Maćka, mieszkającego nieopodal naszej podstawówki, w przedwojennym zrujnowanym domu, razem z kilkorgiem rodzeństwa, rodzicami, dziadkami i wujostwem. Była to rodzina biedna, prosta i bogobojna – jedna z wielu, które przybyły do miasta ze wsi, by rozkoszować się urokami kapitalizmu, do czasu gdy jej członkowie nie zdali sobie sprawy, że pieniądze są niestety poza ich zasięgiem.

Jeszcze wczesną jesienią, czyli na samym początku mojego pierwszego roku szkolnego, Maciek zapytał się mnie, czy nie wpadłbym do niego po lekcjach. Chłopak do tej pory nie znalazł sobie żadnych znajomych i zazwyczaj do nikogo się nie odzywał, więc nie wiedziałem do końca co o nim sądzić. Powiedziałem mu, że muszę poprosić mamę o zgodę (a przy okazji pewnie i o radę).

Ewelinę zauważyłem od razu, kiedy wyszedłem ze szkoły – nawet pomimo swojego niskiego wzrostu, była mniej więcej dwukrotnie wyższa od większości dzieci zmierzającym do domów. Dopiero gdy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że tuż koło niej stoi Maciek, mówiąc coś z wyrazem podekscytowania na twarzy.

- Cześć, mamo! – Krzyknąłem.

- Cześć. Jak było w szkole? – Zapytała się mnie mama, schylając się by dać mi buziaka w policzek.

- Fajnie. – Odparłem.

- Twój kolega przed chwilą zapytał się mnie, czy wpadniesz do niego po południu.

Maciek przytaknął uradowany.

- No… Miałem się ciebie zapytać najpierw. – Powiedziałem niepewnie.

- Och, nie ma problemu. Odrobimy tylko lekcje, zjesz obiad i cię podrzucę.

Z jakiegoś powodu, nie poczułem się specjalnie szczęśliwy.

Dom rodziny Maćka znajdował się przy gruntowej drodze, otoczony podobnymi mu zabudowaniami. W powietrzu czuć było odór krowiego łajna, bowiem niektórzy sąsiedzi hodowali zwierzęta użytkowe. Zaskakujące, biorąc pod uwagę rozmiary ich działek i fakt, że teoretycznie przebywaliśmy w mieście, a nie na wsi.

Zadziwiająca była również różnica kulturowa pomiędzy tą właśnie uliczką a ulicą, przy której mieszkałem ja z mamą. Były to dwa zupełnie odmienne światy, choć oddalone zaledwie o kilometr.

Zatrzymaliśmy się przy zardzewiałym ogrodzeniu.

- To chyba tutaj. – Powiedziała Ewelina, gasząc silnik i otwierając drzwi. – O kurczę! – Dodała poirytowana, gdy jeden z jej wysokich obcasów zatopił się do połowy w błocie.

Na powitanie wyszedł nam Maciek, a zaraz za nim starsza, nieco przygarbiona i wyraźnie zmęczona życiem kobieta – pomyślałem wtedy, że to jego babcia, ale pomyliłem pokolenia – była to jego matka.

- Cześć! – Maciek pomachał mi i podbiegł roześmiany od ucha do ucha. – Dzień dobry pani!

- Dzień dobry. – Odpowiedziała Ewelina, skoncentrowana na stąpaniu po kępkach trawy i unikaniu błota, jakby miało to coś zmienić. Jeden z jej butów był już i tak kompletnie brązowy.

- Chodź, pokażę ci fajne miejsca! I tutaj jest sklep niedaleko! – Krzyczał kolega.

- Tylko uważajcie, dobra? – Powiedziała mama i skinęła mi głową, żebym podszedł. – Skoro idziecie do sklepu, to masz tutaj złotówkę. Kupcie sobie coś, jeśli będzie okazja. – Pocałowała mnie w policzek i uśmiechnęła się.

Pobiegliśmy do sklepu.

Sklep znajdował się kilka domów dalej i stanowił jedyne miejsce publiczne w tej okolicy. Weszliśmy do dusznego pomieszczenia, będącego przerobionym garażem i rozejrzeliśmy się dokoła. Wybór był niewielki, o ile nie gustowało się w tanich trunkach.

Maciek podszedł do lady i poprosił o dwie miętowe gumy do żucia – wtedy pierwszy raz spotkałem się ze sprzedawaniem ich na sztuki. Sprzedawca wyciągnął z napoczętego opakowania dwa listki i podał je klientowi.

- Podać co? – Zapytał się mnie.

Wcześniej zastanawiałem się nad kupieniem paczki bekonowych Lay’sów (które niestety zostały w przyszłości wycofane ze sprzedaży), ale widząc co kupił Maciek, postanowiłem pójść w jego ślady. Skoro ten chciał się ze mną podzielić, to niegrzecznie byłoby nie dać niczego w zamian.

Zamówiłem dwie owocowe gumy, zapłaciłem, podziękowałem i razem z kolegą wyszliśmy.

Od razu otworzyłem jedną gumę, a drugą podałem Maćkowi.

- Dzięki! – Ucieszył się i włożył gumę do kieszeni. Jedną ze swoich, miętowych, odpakował i włożył do ust. – Chodź, pokażę ci ogródek!

Przez ułamek sekundy zastanawiałem się, czy czasami coś nie umknęło mojej uwadze. Było nas dwóch, każdy miał po dwie gumy. Mama zawsze uczyła mnie, bym dzielił się z innymi, jeśli tylko mogłem. Tak też zrobiłem, ale Maciek zdawał się albo nie rozumieć sytuacji, albo udawał, że jej nie rozumie. Mój dziecięcy umysł był skołowany.

- Hej, a po co ci były dwie gumy? – Zapytałem w końcu, po dłuższym namyśle, starając się nie zabrzmieć nachalnie.

- A bo mama mi kazała kupić dla siebie i dla niej.

Pobiegłem za Maćkiem, nie okazując zawodu, choć wewnątrz czułem się nierad. Swoją gumę wyplułem po zaledwie kilku minutach, gdy zaczęła wydawać mi się gorzka.

3aa1f848-44c9-4993-a6e6-c91ee3f0c69d

Zaloguj się aby komentować

U mnie na wiosce był duet Bigos i Radar. Nie wiem skąd się wzięła ksywa bigosa ale radara stąd, że miał uszy jak dziecko Jerzego Urbana i słoniątka Dumbo. Bez przesady każde ucho jak spodek pod filiżankę. Co najlepsze sam Radar myślał chyba, że ksywa wzięła się stąd, że jest niby taki czujny bo nikt nie był na tyle odważny żeby mu powiedzieć, że ma wielkie uszy a u niego w domu była taka bieda i patologia, że na pewno nie mieli lustra.

Radar z bigosem byli sąsiadami i zawsze wszystko robili razem. Oczywiście terroryzowali całą wieś tak, że ludzie się bali zgłaszać na policję (na wsi są inne układy z policją niż w mieście i ogólnie mundurowi się nie mieszają na siłę do spraw między ludźmi). Z moich czasów gimbazjalnych to nie pamiętam jakichś większych inb poza standardowym napierdalaniem ludzi czy drobnymi kradzieżami typu kradzież górala za 300zł (super mafia k⁎⁎wo). Do licbazy chodziłem już w mieście powiatowym i mieszkałem tam na stancji więc sporo mnie omineło ale na bieżąco dostawałem relacje od znajomych jak przyjeżdżałem do domu na weekend. Pamiętam jak przyjechałem jakoś w klasie maturalnej i znajome sebki mnie namówiły żebym z nimi poszedł się napić pod lokalne disko.

Miastowym anonom wytłumaczę na czym polega ta rozrywka:

W każdym powiecie jest kilka takich tańcbud, do których w piątki i soboty zjeżdża się okoliczna młodzież aby się na⁎⁎⁎ać, potańczyć i ewentualnie ponapierdalać. Zabawa w picie pod dyskoteką polega na tym, że siedzi się w golfie (zima) lub na jego masce/w otwartym bagażniku (lato), chleje się, pozdrawia się przechodzących znajomych i zaprasza na lufę, obraża się nieznajomych i zaprasza na wpierdol, puszcza własną muzykę z samochodu, patrzy kto idzie dymać jaką karynę itd. Zaletą picia na zewnątrz jest to, że możesz pić własną wódkę, można pogadać bo muzyka nie napierdala i nie płacisz 20zł za wejście więc jesteś flachę do przodu.

Więc siedzimy sobie tak i opowiadam chłopakom co tam słychać w wielkim świecie czyli w mieście 10.000 mieszkańców a tu nagle z dyskoteki wylatuje Bigos z taką ekipą z innej wsi i kręci z nią na⁎⁎⁎⁎ny aferę. Do tamtych typów doszło jeszcze kilku (łącznie już z 10) i bigos nagle jest ze wszystkich stron otoczony ale nie daje jebania tylko dalej ich bluzga i zachęca "NO WYPIERDOL MI K⁎⁎WO J⁎⁎⁎NA, NO WYPIERDOL MI TO ZOBACZYSZ CO BĘDZIE KONDONIE". Tamci już byli gotowi zobaczyć co będzie Bigosowi, a tu nagle zza dyskoteki wyskakuje Radar z tą słynną sztachetą, wskakuje do bigosa w sam środek kółka i zapierdala sztachetą dookoła jak barbarzyńca w diablo 2. Uszy nie tylko go nie spowolniły ale widocznie zadziałały jak śmigło bo tak mocno się zakręcił że dwóch typów straciło po jednym oku, kilku zęby a i Radar jeszcze wyłapał w potylicę i padł nieprzytomny. Zaraz była policja, karetka itd. ale chłopaki z tamtej wsi zachowali się prawilnie i wyszło na to, że byli pijani i nie pamiętają kto im oczy wydłubał xD

Po tej całej aferze wszystkie seby z tamtej wsi poprzysięgły, że Bigosa i Radara normalnie zabiją za tą akcję. Radar z Bigosem byli mocni ale tamtych było łącznie kilkunastu i na prawdę nie żartowali więc obydwaj spierdolili do roboty do Niemiec. Ślad po nich zaginął na dwa lata, ja już poszedłem na studia i do domu przyjeżdżałem tylko na święta, aż któregoś pięknego dnia nagle podjeżdżają do wsi dwa wyjebane audi na niemieckich rejestracjach i wysiadają z nich Bigos i Radar. Podobno byli nie do poznania bo z wiejskich mirków w 5 letnich dresach zmienili się w poważnych biznesmeno-gangsterów w skórach i po solarium. Nakupowali wszystkim dzieciakom słodyczy, sebkom wódki i zacząli świętowanie wielkiego powrotu na ojcowiznę.

Powitanie na ich koszt trwało kilka dni aż którejś nocy pokłócili się nagle przy wszystkich o jedną pierdoloną butelkę wódki za 20zł i skończyło się tak, że Bigos potłukł tą butelkę wódki o płot tak, że powstał "tulipan" a potem wsadził rzeczonego tulipana Radarowi prosto w brzuch. Krew trysnęła, ktoś zadzwonił na pogotowie ale zanim przyjechało to Radar już zamknął oczy (jeszcze wtedy myśleli, że tylko stracił przytomność) a jak przyjechało pogotowie to lekarze od razu stwierdzili zgon. Bigos ocipiał i pognał przed siebie a następnego dnia policja go znalazła nad jeziorem powieszonego na pasku.


#pasta

Tymczasem autor tej historii ukończył studia i znalazł pracę w zawodzie. Cała wieś patrzy z zawiścią na jego Audi Q7 gdy odwiedza rodziców ze swoją piękną żoną.

Bo nie ma dróg na skróty.

Myślę że każdy mieszkaniec wioski co przeżył parędziesiąt wiosen jest w stanie znaleźć tu choć kawałek swojej młodości. Piękna pasta.

Zaloguj się aby komentować

Rzecz działa się, gdy byłem w gimnazjum - zamierzchłe czasy, gdy telefony komórkowe były zarezerwowane dla elity, a palacze byli odrzutkami społecznymi.

Może ze dwa lata wcześniej, przeprowadził się w nasze okolice Antek - taki typowy wieśniak (jak zresztą parę osób go nazywało), ale w gruncie rzeczy w porządku. Chciał pokazać się w nowym miejscu z jak najlepszej strony, więc bardzo szybko przylgnęła mu łatka lizusa i konfidenta - co nie podobało się kilku "fajnym" chłopakom.

Wśród nich był Patryk i Kamil, którzy całe dnie spędzali razem. Siedzieli razem na lekcjach, na przerwach razem łazili po korytarzu - praktycznie jak geje (bez uprzedzeń).

No więc Antek pewnego dnia musiał zrobić jakieś zakupy w aptece, dla babci czy dziadka, więc postanowił zerwać się z lekcji żeby jechać po lekarstwa (jakieś specjalne, sprzedawane w specjalistycznej aptece, w innej dzielnicy miasta) - a że ja, Kamil i Patryk nie mieliśmy co robić, to pojechaliśmy z nim.

Antek kupił leki, porzucaliśmy się chwilę śnieżkami (bo była zima) i postanowiliśmy wracać do domu. Po drodze jednak okazało się, że Antek zgubił gdzieś swój telefon. Zaczęliśmy przeszukiwać teren, na którym rzucaliśmy się tymi śnieżkami, ale nikt niczego nie znalazł.

Po paru minutach Kamil i Patryk powiedzieli, że pójdą sprawdzić, czy komórki nie ma za pobliskim wzgórzem (razem, oczywiście).

Zostałem z Antkiem, niezręczna cisza.

- Ojciec mnie zabije jak się dowie. - Mówi.

- Spoko, znajdziemy ten telefon - musi tu gdzieś być.

Jak się okazało, nie było. Zniknął, przepadł bez śladu. K i P wrócili po parunastu minutach, jacyś tacy k⁎⁎wa dziwni, zarumienieni, ale niczego nie znaleźli.

W końcu jakoś się rozdzieliliśmy - Antek został sam żeby dalej szukać komórki, a my pojechaliśmy do domu.


Po południu ktoś puka do moich drzwi - otwieram, patrzę, ojciec Antka. Cały w nerwach, mówi, że syn jest w szpitalu, bo został pobity, jak wracał z apteki.

Ja oczywiście w szoku, pytam się co z nim i w ogóle.

Ojciec poszedł, ja się ubrałem i pobiegłem do Kamila, bo mieszkał bliżej od Patryka. Wchodzę do niego, mówię co się dzieje, a ten w śmiech.

Rozumiecie - taki typowy k⁎⁎wa perfidny śmiech.

Patrzę na biurko, a tam szczątki telefony Antka.

- Znaleźliśmy go z Patrykiem i rozjebaliśmy na torach za górką xD Szkoda, że z nami nie poszedłeś, była beka.


Zna się człowieka całe życie praktycznie, chodzi z nim grać w piłkę i pić piwo na czterech w krzakach, a on odpierdala takie cuda.

Antek tak się bał, że dostanie wpierdol w domu, że poszedł do jakichś okolicznych dresów i zaczął się do nich przystawiać żeby mu najebali, by potem powiedzieć, że ukradli mu ten j⁎⁎⁎ny telefon.

Koledzy mocno.


#pasta

Zaloguj się aby komentować

Kap.

Kap.


Ogarnij się, chłopie.


Kap.


Nie wytrzymam.


Kap.


- przepraszam, proszę używać ręcznika.

- słucham?

- pot z pańskich jaj kapie mi na plecy.


Ostatni raz przyszedłem do Aquaparku w godzinach popołudniowych.

Opuszczam saunę i idę do bufetu.


- sałatka Colesław i Pepsi Max

- Kolslo i Pepsi Max

- Colesław - upewniam się.

- Kolslo.


Chyba ma udar.

Płacę i zajmuję miejsce przy stoliku.

W oczekiwaniu próbuję naliczyć trzy z rzędu przechodzące osoby bez garba.


- mogę się dosiąść?


To prezydent Wrocławia, Jacek Sutryk.


- jak Twoje kolslo?

- Colesław? Dobry.

- Mój pomysł. - uśmiechnął się i sięgnął po serwetkę.

- gratuluję.

- masz jakieś hobby?

- ee, muzyka. Dlaczego?


Zapisał kilka zdań i przesunął serwetkę w moją stronę.


- właśnie zostałeś członkiem rady programowej ds. kultury w Aquaparku. Dwa koła na miesiąc.


- praca w młodym dynamicznym zespole i owocowe czwartki? Pan żartuje.


- owocowe czwartki nie, ale mamy warzywne środy. Podpisz na dole. - wyszczerzył zęby.


- może pan rozdawać kolejne stanowiska bez żadnych ograniczeń?


- nie no, ograniczenia są. Na przykład ilość tuszu długopisie he, he.


- pan jest socjopatą.


- lepiej socjopatą niż socjologiem xD


Wstałem i szybkim krokiem ruszyłem w stronę przebieralni.


Przy wyjściu minąłem grupę osób poruszących się na wózkach inwalidzkich.

Dopiero teraz moją uwagę przykuł wiszący na drzwiach plakat - „nauka pływania dla niepełnosprawnych”.


- warzywna środa - pomyślałem i opuściłem kąpielisko


#wroclaw #pasta

Cybulion userbar

Zaloguj się aby komentować

- Spójrz, jak ci słowianie sie ruszają! Nie sądzisz, ze chłopakom z cesarstwa też przydałoby się trochę luzu? Przekumaj ten taniec plemienny! Moglibyśmy się od słowian wiele nauczyć. Sława i do przodu, to moje hasło. Dobre, nie? Czasami żałuje że nie urodziłem się słowianinem. Ej, chłopaki, a może macie ochotę przeczytać Historię Sekretną? Ja czytam po kilka razy dziennie. Zagadki, intrygi, dworskie skandale – to mój chleb codzienny. Mam nowy, za⁎⁎⁎⁎sty poemat: "Śmierć w Konstantynopolu". Nieźle brzmi, co?


- Ty, jak ty się nazywasz?, bo zapomniałem... Kleks? Pumeks?


- Aleksy...


- No, więc posłuchaj mnie teraz uważnie, Alek. Byłeś na słowiańszczyźnie?


- Nie.


- No właśnie, a ja... znam kogoś, kto był i opowiedział mi to i owo. Wiesz, skąd się wzieli słowianie w cesarstwie?


- Awarowie ich przyprowadzili.


- No właśnie... Awarowie ich sobie podporządkowali, przywieźli ich z północy... A myślisz, że to taka prosta sprawa pójść do północnej puszczy, złapać w siatkę zwinnego, silnego słowianina i wywieźć go na bałkany?


- Chyba nie.


- No jasne, że nie... udało im się to zrobić ponieważ brali tylko takich co albo nie potrafili spierdolić przed siatką, albo byli największymi głąbami z plemienia i wódz sprzedawał ich za worek paszy, bo i tak nie miałby z nich pożytku. I ci wszyscy nieudacznicy wyruszyli na bałkany. Pożenili się, porobili dzieci... świat poszedł do przodu... pojawił się ogień grecki, trójpolówka, pronoia... ale co z tego, jeżeli ich serca pompują tę samą krew, są potomkami człowieka, który na własnym podwórku dał się złapać w siatkę, więc nie uważam, że naszym chłopakom brakuje luzu...


- Zaraz będę miał sakiewkę, ubijemy interes...


-Nie przerywaj mi kiedy zbieram myśli! Przełknąłem te zniewagę, bo pomyślałem sobie: najważniejsze w tej chwili to ubić interes.


- Nie ma sprawy, ubijemy ten interes!


- Masz eunucha, ktory wygląda jak małpa, gibasz sie jak pierdolony derwisz, zachwycasz się panem Chujomirem, marnujesz mojemu towarzyszowi beczki gruzińskiego wina, a na koniec pokazujesz nam poemat o facecie w dromonie. I ty chcesz, żebyśmy ubili interes?


- No właśnie, kim ty k⁎⁎wa jesteś, ikonoklasto?


- Rzeczywiście, może nie wszystko wyszło tak jak należy, ale to da się naprawić... zaraz przyjdą dziewczyny i ubijemy ten interes.


- Po tym co tu zobaczyłem, nie wiem czy chciałbym z tobą ubić turka na stepie.


#pasta #heheszki #chlopakinieplacza #bizancjum

Zaloguj się aby komentować

#pasta


Czasy się zmieniają, a zawartość półki z fantastyką i SF w Empiku pozostaje taka sama. Co możemy tam znaleźć?

- najnowszy zbiór opowiadań Pilipiuka, w którym doktor Skórzewski bawi się w carskiego Indianę, Storm znajduje sanacyjne artefakty, a za cara to w ogóle było;

- kolejny tom kosmicznej sagi, w której drobny przemytnik firaksytu z Io musi uporać się z nagłym brakiem wodoru na Słońcu;

- żołnierze wyklęci, ale to antykomunistyczne wilkołaki;

- nowe wydanie Lema z posłowiem redaktora poprzedniego wydania;

- powieść średniowieczno-fantastyczna z magicznymi Piastami ganiającymi się po lasach;

- przetłumaczona na szybko książkowa wersja filmu SF będącego hitem ostatniego lata;

- Mordimmer Maddderdin znowu rozpierdala całe Cesarstwo III, czyli Piekara robi wszystko, żeby nie ruszać najciekawszych fragmentów świata;

- cegła Dukaja stojąca na półce od 12 lat;

- kolejny tom magicznej sagi o spisku, smoku i spusze w style „Sztylet krwi”, „Korona popiołów” albo „Tron pogardy”;

- stalker znowu snuje się przez Zonę po ikonach, rękopisach, karabinach w poszukiwaniu spełniacza życzeń, żeby uleczyć córkę, a tak naprawdę to nie;

- coś dla YA (ang. gówniarze), czyli nowelizacja nowego Assasyna albo trzy fantasy fanficki z Wattpada w prochowcu i kapeluszu udające powieść;

- Ziemiański pisze o swoich fetyszach i Wielkim Dolnym Śląsku;

- Pratchett, czyli 31 część opowieści dla nielubianych nerdów;

- „Bulbulator Diuny" na podstawie zachowanej listy zakupów Herberta;

- kolejne wydanie Hobbita albo Władcy Pierścieni z plakatem filmowym na okładce;

- nowa powieść „Kinga” na gościnnych występach;

- na pewno nie Głowacki xD

- steampunk, czyli para w ruch, zioła buch, bonusowe punkty za akcję w Polsce pod zaborami, motyw buntu podziemi przeciw dzielnicy bogaczy i latające pancerniki Wokulskiego;

- spermiarska powieść o azjatyckiej wojowniczce walczącej ze złym imperium i sypiającej z kim popadnie;

- „Ostatnie życzenie”.


#ksiazki #scifi #fantasy #heheszki

4f373bd9-7fb4-4482-b996-d0ba0f61de14

@smierdakow

- spermiarska powieść o azjatyckiej wojowniczce walczącej ze złym imperium i sypiającej z kim popadnie;

Da ktoś jakiś przykład, nudzi mi się i poczytałbym coś takiego xD.

Zaloguj się aby komentować

Mialem odpalony portal na w z ostatniej sesji (raz na miesiąc, może dwa wchodzę , co by poczuć głębsze wody), ale do rzeczy.

Skroluje czytam dwa posty, komentarze i myślę kurde co z tym hejto, tragedia itp.

Szybka dedukacja, gdzie ja jestem.

Po czym szybko wróciłem na ten nudny portal dla dziadków.

Miłej soboty wszystkim

#pasta

Zaloguj się aby komentować

#pasta


Byłem ostatnio w Empiku, spojrzałem na półki z “literaturą kobiecą” i dochodzę do wniosku, że zarząd składa się z Patricka Batemana, dzieciaka z ostatniej ławki w garniaku i najświętszego Ala Bundy’ego, bo inaczej tego doboru pozycji nie da się wytłumaczyć. Jakie arcydzieła możemy tam znaleźć?

- Generowane przez AI obyczajowe romanse polskich autorek z kobietą w czapce z kubkiem na okładce o tytule typu “Miłość w szmaragdowych oczach zaklęta”, bonusowe punkty za akcję w pensjonacie na Mazurach w Boże Narodzenie;

- Herstoria, czyli o roli kobiet w II wojnie światowej / na dworze sułtana / historii seksuologii / hodowli jedwabników;

- Popłuczyny po dystopii z silną, niezależną i wrażliwą bohaterką, która walczy ze złym imperium i miłością do dwóch chłopaków naraz;

- POLSKA ODPOWIEDŹ NA GREYA, czyli molestowanie magicznie znika, kiedy facet ma 2 m, Bentleya, willę z basenem, kwadratową szczenę i włoski akcent;

- Najnowsza książka Sparksa, Evansa czy Picoult o nieszczęśliwej miłości / kochankach z amnezją / romantycznej dramie sądowej;

- Poważny medyczny poradnik życia z BPD / ChADem / OCD / depresją / pierdolcem;

- Psychoterapeutka z obozu, czyli jak bolcowałam się z esesmanem, ale było mi przykro;

- POLSKA ODPOWIEDŹ NA GREYA 2, czyli Giovanni ma brata bliźniaka Giorgio, który jest gangsterem, ale ma helikopter i większego;

- Blondynka w Bydgoszczy / Kobieta na końcu świata XVII: Bałuty;

- Zbiór reportaży rodem z Wyborczej o ciężkim życiu kobiet na plantacji śniegu w Magadanie;

- Autobiografia kolejnej autorki napisana na akord przez ghost writera, żeby wyrobić się na benefis;

- POLSKA ODPOWIEDŹ NA GREYA 3, czyli Giovanni walczy z Giorgio, a główna bohaterka znajduje prawdziwą miłość z ogrodnikiem (z największym);

- Książka kucharska i poradnik dietetyczny w jednym, jak schudnąć bez ćwiczeń i odstawiania czekolady (amfa);

- Poradnik sprzątania, czyli jak oczyścić szafę i wyczyścić sobie umysł;

- Wydany na szybko kolejny apoteozowany fanfic z Wattpada z pseudonimem autorki;

- POLSKA ODPOWIEDŹ NA GREYA 4, czyli bohaterka cofa się w czasie do sułtańskiego haremu;

- Jakaś klasyka romansu typu Przeminęło z Wiadrem, Duma i uprzedzenie, milionowe wydanie Romea i Julii czy Mistrza i Małgorzaty (oczywiście z czarnym kotem na okładce);

- Coś autorki, której ostatnio się odeszło do krainy wiecznych łowów ze spacjami;

- Poradnik silnej niezależnej businesswoman o ćwiczeniach, kryptowalutach i ars amandi;

- 365 dni w Auschwitz.


#ksiazki #heheszki #pasta

a22c3bc9-b2c1-46e4-89ac-8c4b0a33e7c2

A później ona taka oczytana, wykształcona i nie da sobie nic powiedzieć. To jakiś rak, który z nawet mądrej dziewczynki tworzy tępą juleczke

Zaloguj się aby komentować

Wątek z pastami, nie piorunujesz, tylko wklejasz swoja ulubioną ( albo jakąkolwiek ( ͡° ͜ʖ ͡°) )


Pozwolisz, że wtrącę się na momencik. Rzecz do której się odnosisz jako Linux, to w gruncie rzeczy GNU/Linux lub jak ostatnio zacząłem to nazywać - GNU plus Linux. Sam Linux nie jest systemem operacyjnym, lecz kolejnym wolnym (od wolności) składnikiem w pełni funkcjonalnego systemu GNU, użytecznego dzięki głównym bibliotekom GNU, narzędziom powłoki oraz niezbędnym składnikom systemu, składającym się na kompletny system operacyjny, zdefiniowany przez POSIX (ang. Portable Operating System Interface for Unix – przenośny interfejs dla systemu operacyjnego Unix). Wielu użytkowników komputera, nie zdając sobie z tego sprawy, codziennie używa zmodyfikowanej wersji systemu GNU. Poprzez dziwny zbieg okoliczności, wersja GNU używana na szeroką skalę, nazywana jest "Linux" i wielu jego użytkowników nie jest świadomych, że w rzeczy samej jest to system GNU rozwinięty przez GNU Project. Linux naprawdę istnieje i ci ludzie go używają, ale to jest tylko jeden ze składników systemu operacyjnego. Linux to jądro - program w systemie operacyjnym, odpowiedzialny za przydzielanie zasobów sprzętowych do innych programów których używasz. Jądro jest niezbędną częścią systemu operacyjnego, ale samo jest bezużyteczne - może funkcjonować jedynie w odniesieniu do całego systemu operacyjnego. Linux jest zazwyczaj używany w połączeniu z systemem operacyjnym GNU - cały system to w zasadzie GNU z dodanym Linuxem, lub GNU/Linux. Wszystkie tak zwane dystrybucje "Linuxa" to w rzeczy samej dystrybucje GNU/Linux.


#pasta

Idę z psem na wystawę do galerii sztuki nowoczesnej.

- Tu nie wolno z psami - mówi ochroniarz.

- To nie jest pies - odpowiadam. - To jest performance.

- A, to przepraszam.

Idziemy z psem dalej. Oglądamy rzeźbę Smefra centaura. Pół koń, pół Smerf.

- Zawsze się zastanawiałem - mówię do psa - komu kibicują centaury w czasie rodeo.

- Srać mi się chce - odpowiada pies.

- Trzeba było srać przed wejściem.

- Wtedy mi się nie chciało.

Idziemy dalej. Oglądam jakąś kobietę, która stoi po kolana w basenie z moczem i wykrzykuje alfabet od tyłu.

- Z, Y, X - krzyczy. - U, V, W.

Mój pies kręci się w kółko i węszy nosem po ziemi.

- Fajfus - mówię do niego. - Fajfus, nie sraj tutaj.

- Kiedy mnie ciśnie - odpowiada i zaczyna srać na podłogę.

Jakiś człowiek podchodzi i przygląda się temu, co wychodzi mojemu psu z d⁎⁎y.

- To jest interesująca propozycja - mówi.

Ktoś inny też podchodzi i patrzy.

- To jest świeże - mówi.

Podchodzi jakaś kobieta z kieliszkiem wina w ręku, cała na czarno.

- Odważne - mówi.

- Ja państwa bardzo przepraszam - mówię do nich.

- Jak się nazywa ta instalacja? - pyta kobieta. - Gówno - odpowiadam, zatykając palcami nos.

- Mocne.

Ktoś z galerii podchodzi i wtyka w psią srakę tabliczkę z napisem "Gówno, 2015". Podchodzi fotograf i robi zdjęcie. Pojawia się ktoś z kamerą i mikrofonem. Prosi mojego psa o wywiad.

- Coż, zawsze kontestowałem opresyjne dla mojego gatunku rozwiązania przestrzenne w środowisku miejskim - mówi mój pies.

- A pan jest kuratorem - pyta reporter. - Co pan sądzi o pracy swojego podopiecznego.

- Sądzę, że to gówno - odpowiadam.

- Brutalnie prawdziwe - mówi kobieta z winem.

- Ostentacyjnie szczere - mówi fotograf.

- U, T, S - krzyczy kobieta w basenie z moczem.

Ja zawsze robię tak: podchodzę do dziewczyny w autobusie i wkładam jej do ręki linijkę - Trzymaj. - mówię. Wtedy rozdziawia buzię i bada mnie spojrzeniem jakby zastanawiała się, czy przypadkiem nie chcę zjeść jej ojca. A ja, oparty o szybę autobusu mówię, że Andrzej jestem. - O chujj tu chodzi? - pyta ona. - Ściśnij linijkę i odmierz 22 centymetry - z nonszalanckim uśmieszkiem pod nosem przenoszę wzrok z jej przestraszonej twarzy na migające za szybą sosny i mieniące się złotem pola pszenicy. Przez 7 sekund odpowiednio marszczę brwi, żeby wyglądać jak groźny amerykański aktor, po czym spoglądam jej głęboko w oczy. Zdążyła wszystko pojąć. Z nutką podniecenia i szczyptą żądzy pyta zaskoczona: - Tak długi jest twój penis?! A ja wtedy odpowiadam: - Nie, mała - robię krok w kierunku drzwi - Tak długa jest moja stopa. Po czym wychodzę, bo oczywiście zagadałem do niej 34 i pół sekundy przed przystankiem, jak zawsze. Schodzę wolno po schodkach nie oglądając się za siebie, wkładam ręce w kieszenie drogiego, pedalskiego płaszcza i odchodzę pogwizdując. Ona podbiega do okna aby spojrzeć raz jeszcze, wiem to. Tajemnicza sylwetka oddalającego się podróżnika przeszywa jej ciało spazmem pożądania. Homo viator, myśli. Nie wie, że za rogiem zrzucam pedalski płaszcz, którego kieszenie pełne są linijek. Po powrocie do domu dziewczyna masturbuje się jedną z nich, jedynym, co jej po mnie pozostało. Któregoś dnia świeci na linijkę ultrafioletem i znajduje tam numer, oczywiście napisany słownie po łacinie. Odszyfrowuje go i dzwoni, a to numer do znajomego pedofila, umawiają się i dziewczyna zostaje gwałcona. Znajomy pedofil przywozi jej poroże, które wieszam w piwnicy, wyciągam z kontenera następną linijkę i opuszczam pomieszczenie, rucham psa jak sra. czas rozpocząć polowanie, rucham psa jak sra. Tak, to ja, Linijkarz, jeden z ocalałych członków załogi greckiego tankowca Lotus.

@371t3 Beka z takich planet jak Jowisz "o jaki k⁎⁎wa będę wielka gwiazda" elo, elo drugie Słońce, albo inny Altair, czy Vega. A nie mają nawet tyle wodoru, żeby być brązowymi karłami. Przede wszystkim zwiększ masę cioto.

Zaloguj się aby komentować

Dzień z życia Chińczyka (pasta)


>mieszkam w Chinach

>próbuję przygotować śniadanie, ale jedna z moich niedorozwiniętych konkubin wypiła ostatnie mleko ołowiowe

>wsiadam do samochodu

>samochód nie chce odpalić, bo wlot jest zatkany torsem niemowlaka

>a tak, zapomniałem o tym

>wyciągam to

> samochód jest nadal unieruchomiony z powodu kilku ludzkich głów blokujących koło

>nie mam czasu na naprawę, jestem spóźniony do pracy

>używam roweru konkubiny nr 3

>rower jest zepsuty, ponieważ jest chiński, tak jak ja

>f@#*!

>wygląda na to że muszę iść pieszo

>zakładam standardową chińską maskę na twarz

>widoczność jest na 20 stóp z powodu smogu

>najlepsza pogoda w roku, co za piękny dzień!

>zobaczyłem sąsiadkę zamiatającą swoje martwe dziecko do kosza na śmieci

>kolejne?!

>wzrusza ramionami, mówi „ Chiny urosną” i wraca do domu.

>kanał wybucha, ledwo unikam latającej pokrywy włazu

>docieram do stacji kolejowej

>drzwi się otwierają, wylatują uduszone i stratowane trupy

>A tak, to jest pociąg z trupami, wsiądę do następnego.

>przyjeżdża pociąg dla żywych ludzi

>otwierają się drzwi, wysypują się uduszone i stratowane trupy

>depczę je, bo jestem spóźniony, do cholery

>kierowca ogłasza „planowane wykolejenie za 10 sekund, proszę się wstrzymać”

>pociąg się wykoleja, ja i jakiś inny facet w tylnym rzędzie przeżywamy

>macha do mnie jedną ręką, która mu została i uśmiecha się.

>mówi „Będziemy żyć w dobrobycie!”

>w końcu docieram do rezerwatu przyrody, w którym pracuję

>wjeżdżam ruchomymi schodami do biura, by się zameldować

>płyta na szczycie schodów ruchomych ustępuje, koła zębate i moment obrotowy zjadłyby moją lewą nogę, gdybym ją jeszcze miał

> zamiast tego podałem mu lewą rękę jako ofiarę

>dla Chin!

>wsiadam do samochodu, by odwieźć gościa i jego rodzinę po wybiegu tygrysów

>przypominam im, że jedno z nich musi tu umrzeć zgodnie z zasadami parku

>córka mówi, że jej kolej i wyskakuje, mama mówi „byk (bleep)” i wyskakuje za nią

>Tygrys zabija matkę, ale łamie nogę podczas próby zabicia córki z powodu niedoboru wapnia.

>Muszę przeprosić córkę: „przepraszam, tygrys jest dziś zepsuty, wróć jutro”.

>Chiny staną się większe!


#heheszki #pasta #chiny

3c6cdda2-ddd7-4f6d-8009-c0f051a4163f
Opornik userbar

@ruhypnol @Ragnarokk

Padlo haslo, ze przydalaby sie #pasta o Glapie i stopach, no to jest:


   be me

   Wania, prawdziwy bohater, wracam do domu po „specjalnej operacji”

   nie mam ręki, nie mam nogi, ale wróciłem – patriotyzm lvl hard

   otwieram drzwi, ledwo stoję, myślę że Wiera rzuci mi się na szyję i zapłacze z wdzięczności


   wchodzę do salonu

   a tam Glapa na kanapie, rozparty jak u siebie

   trzyma stopy Wiery w rękach, masuje je jakby to było złoto

   obaj patrzą na mnie jakbym był jakimś przypadkowym przechodniem


   Wiera patrzy na mnie i mówi:


       „O, wróciłeś? Myślałam, że Łada ci bardziej pasuje ode mnie, skoro tak długo cię nie było”


   próbuję cokolwiek powiedzieć, ale ona już ciągnie dalej


       „Skoro już wróciłeś, to mogłeś przynajmniej przywieźć pralkę, a nie wracasz z pustymi rękami”


   mfw tylko jedna ręka, a i tak pusta.


#heheszki

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Tekst poety Krzysztofa Kościelskiego


Całe to grzybobranie to jest dla jakichś psycholi.


Rośnie to w lesie przy samej ziemi, lisy na to szczają — i nie tylko lisy, i nie tylko szczają.


Jagód z lasu pod żadnym pozorem nie jedz bez dokładnego umycia, bo lis obsra i bąblowica murowana, ale borowika to pod żadnym pozorem nie myj, bo smak wypłuczesz, tylko pędzelkiem omieć i możesz omnomnować na surowo.


Widziałeś kiedyś dwa nagie ślimaki kopulujące na jagodzie? No raczej nie, bo się na niej nie zmieszczą, ale taki kapelusz grzyba to dosłownie łóżko w leśnym burdelu.


A ty narażasz się na kleszczowe zapalenie mózgu, pobłądzenie, utonięcie w bagnie, kradzież auta zostawionego pod lasem, gwałt, walkę na śmierć i życie z dzikimi zwierzętami, przygniecenie przez drzewo, weekend we wnykach, postrzelenie przez niedowidzącego myśliwego, rozerwanie przez niewypał, klasyczne zjedzenie przez czarownicę, mimowolny udział w gangsterskich porachunkach, młodzieżowej orgii, kibolskiej ustawce, czarnej mszy lub nazistowskim zlocie — nie wspominając już o nieludzkim wstawaniu o czwartej nad ranem, żeby inni cię nie ubiegli — tylko po to, aby już w zaciszu własnego domostwa raz jeszcze położyć swe kruche człowiecze życie na szali, racząc podniebienie zebranymi plechowcami.


Popatrz na taki kebab — mały, średni, duży, XXL zemsta faraona, rollo, w bułce, w picie, w boxie, z sosem łagodnym, ostrym — jakiego nie wybierzesz, p r a w i e nic ci nie będzie.


Z pieczywem, słodyczami, nabiałem i tym zielonym z pola sytuacja ma się podobnie.


Ale z grzybami to oczywiście zupełnie inna śpiewka — połowa chcę cię zabić od razu, a reszta niekoniecznie chce, ale może, jak się będziesz z nimi niewłaściwie obchodził.


Do reklamówek i wiader nie zbieraj, bo, wiadomo, bakterie w plastiku mnożą się jak poeci w Internecie — zatrucie murowane.


Przechowywanie, wiadomo, maksimum jeden dzień w lodówce, bo inaczej rozkład białek, mordercze pleśnie i nawet jadalny może cię zabić.


Nie dogotujesz, wiadomo, śmierć w agonii.


Połączysz niewłaściwego z alkoholem, wiadomo, wątroba po jednym posiłku jak po dekadzie picia denaturatu.


Oczywiście każdy smaczny grzyb musi mieć swojego toksycznego sobowtóra, żeby był dreszczyk emocji, nierzadko poprzedzający dreszcze przedśmiertne.


Jakby tego było mało, że połowa to istne fabryki trucizny, to wszystkie są prawdziwymi składowiskami metali ciężkich wyciąganych z otoczenia — no po prostu nie może być inaczej.


Ale metale ciężkie to nic, bo przecież są jeszcze metale lekkie, a zwłaszcza alkaliczne, o których nikt nie pamięta — taki na przykład radioaktywny izotop cezu o liczbie masowej 137, obecny w polskiej przyrodzie od 1986, kiedy to nasi sąsiedzi zza Buga odtworzyli w Czarnobylu katastrofę atomową na podstawie fabuły tego znanego serialu HBO.


Oczywiście cez-137 najlepiej magazynują najpopularniejsze grzyby wszech czasów, tak zwane „czarne łebki” — innymi słowy, do jakiegoś 2136 roku konsumpcja podgrzybków w województwie olsztyńskim to igranie ze śmiercią, a w opolskim to już nawet nie igranie, a walka MMA w occie, na maśle i w śmietanie.


Całe to zbieranie grzybów to taka uproszczona wersja rosyjskiej ruletki — z użyciem dubeltówki zamiast rewolweru: czarne albo czerwone; wóz albo wywóz; niebo w gębie albo piekło za życia.


Atlasów narobili książkowych, poradników internetowych, nawet aplikacji na smartfona, a ludzie nadal zajadają się na śmierć muchomorami.


Może to dlatego, że dla amatorów zostają tylko trujaki, bo zawodowcy zrywają na potęgę, wszystko jak leci, pięćdziesiąt kilo w jeden dzień — „białko w lesie za darmo rozdajo, biere wszysko, blaszki nie blaszki, Baśka, nic to, trzy razy obgotuje i do wudeczki bendzie jak znalas”.


Normalnie zbierać, nie umierać.


Tak że naginasz pół dnia po lesie, sadząc przysiady i nerwowo oglądając się na kleszcze, żmije, wilki, gwałcicieli i myśliwych, a potem stoisz całą noc nad zlewem i omiatasz sobie grzyba pędzelkiem.


Ale i tak najciekawszą częścią rytuału jest ta, kiedy stajesz nagi przed lustrem i ze światełkiem w ręku wyginasz śmiało ciało, zaglądając w najgłębsze zakamarki siebie, żeby sprawdzić, czy ci czasem coś gdzieś nie wlazło.


Całkowicie normalne, nie powiem.


Las to w ogóle specyficzne miejsce — z dala od cywilizacji, posterunków policji i monitoringu, a możesz na legalu przemieszczać się z nożem i to w garści.


Pewnie dlatego to takie popularne zajęcie w tych nerwowych czasach.


A teraz jeszcze przyszła jesień, ludzie na Facebooku spamują na lewo i prawo, ile to nie zebrali, ledwo wysiedli z samochodu, ba, niektórzy to drzwi uchylili, a złoto lasu samo im się kilogramami do środka ładowało.


Naczyta się tego i naogląda normalny człowiek i też go nachodzi ochota na igraszki ze śmiercią, bo przecież w sklepie trzy ususzone kapelusze o łącznej wadze dwudziestu gramów kosztują dziesięć polskich złotych, a parę kilometrów dalej wystarczy parę przysiadów i fortuna zostaje w kieszeni.


Co w ogóle można zrobić z dwudziestu gram grzybów?


Okłady na oczy?


W ten właśnie sposób sam poczułem gorączkę grzybni i wylądowałem na leśnym parkingu.


To tutaj trafiają wszyscy amatorzy.


Zawodowcy strzegą najbogatszych grzybowisk lepiej niż oczu w głowie — prawdopodobnie znaleźli te miejsca, jak zakopywali tam zwłoki.


Na parkingu tymczasem tłok jak pod Ikeą w czasie pandemii.


Najbliżej stoją jakieś dziewczyny w wyzywających strojach.


Ubrały się tak, żeby były dobrze widoczne w lesie, a teraz pewnie handlują grzybami — myślę.


- Ile? – pytam.


- W pipu osięsiąt, do papu pięsiąt.


- Nie rozumiem – ponawiam pytanie: – Grzybki po ile?


- My badanu a czystu, ne ma grzybku.


Biedne grzybiarki — myślę — Nic nie nazbierały, nic nie sprzedadzą, nie będą miały co do ust włożyć.


Ale już moją uwagę zwraca biały SUV, z którego wysiada lalunia w białym dresiku i białych adidaskach. Za nią buja się popisany ochroniarz z buldogiem francuskim na smyczy i designerskim koszykiem wyplecionym z kolorowej wikliny przez chińskie dzieci za miskę ryżu zgodnie ze staropolskim wzorem i nowopolską strategią gospodarczą.


Lalunia rusza w las, ochroniarz z buldogiem za nią.


Za tymi nie ma sensu iść, chyba że chcesz zostać mistrzem drugiego planu w relacji na Instagramie, bo co chwila przystają, ale nie żeby podnieść grzyba, tylko żeby nadać internetowy przekaz dla innych przedstawicieli swojego gatunku:


„Grzybuw nie ma ale i tak jest zaebiście”.


Oczywiście grzyby są, tylko oni ich nie widzą, bo widzieć nie chcą, a jeść czegoś, co rośnie w lesie, na pewno nie zamierzają.


Kawałek dalej jakiś koleś wali pokłony przed grzybem.


- Wszystko w porządku? – pytam.


- Szatan – odpowiada i zaczyna lizać grzyba pod kapeluszem.


- Rozumiem – kłamię, kreślę znak krzyża w powietrzu i odchodzę.


Ale wtem kątem oka dostrzegam cień przemykający między drzewami.


Ruszam za nim i po chwili widzę dokładnie:


Stary sweter w jodełkę, spodnie moro, kalosze, bagnet za pasem, wiadro po farbie z ołowiem, pordzewiały rower marki Ukraina.


Widzę tutaj dwie opcje — typ albo idzie na grzyby albo wraca do porzuconych w lesie zwłok na kolejną porcję pośmiertnych amorów.


Wiem, że jeśli chcę znaleźć grzyby, muszę za nim iść, ale doskonale zdaję sobie również sprawę, że mogę już nie wrócić.


Zakładam, że to jednak mistrz ceremonii i ruszam za nim w bezpiecznej odległości.


Gość tymczasem doskonale zdaje sobie sprawę, że ma ogon, bo co jakiś czas odwraca się i posyła mi to podejrzany uśmiech, to podstępne spojrzenie.


Idę dokładnie za nim i jakimś cudem to ja zbieram twarzą pajęczyny.


Wtem rozpływa się między drzewami.


No, dobra, jestem w lesie, teraz tylko znaleźć jakieś grzyby i wyjść z tego cało.


Halo, czy są tu jakieś grzyby?


Kurde, no są.


Rosną sobie ot tak sobie.


Jak gdyby nigdy nic.


I to jeden nieopodal drugiego.


Dziwne…


Może mi w to nie uwierzycie, ale w dwie godzinki nazbierałem pełen koszyk i to bez żadnych niebezpiecznych sytuacji!


No dobra, teraz tylko odnaleźć drogę powrotną do auta i dotrzeć do niego w jednym kawałku.


Kurde…


Przecież moje auto widać stąd, gdzie stoję…


Idę i zastanawiam się nad tym wszystkim.


Jak bym nie próbował tego ugryźć, za każdym razem wychodzi mi, że po prostu miałem niebywałe szczęście.


Nieopodal parkingu ten sam koleś co wcześniej wali pokłony przed innym grzybem.


- Szatan? – pytam.


- Papierzak – odpowiada.


- Religijny człowiek – mówię do siebie.


Wracam do domu.


Myślę, czy by może nie odpocząć, ale przecież nie ma chwili do stracenia.


Biorę szczoteczkę do zębów i zabieram się za czyszczenie.


Po kilku godzinach grzyby lśnią jak nowe.


Pora je sprawdzić.


Aplikacja w smartfonie pokazuje, że połowa to pieczarki, a połowa muchomory.


Wyrzucam połowę.


Dla pewności otwieram lodówkę i skanuję grzyby na pizzy z Biedronki.


Też muchomory.


Wyrzucam pizzę i aplikację.


Połowy połowy sam jednak nie jestem pewien, więc i ta ląduje w koszu.


Tymczasem połowa połowy połowy jest obgryziona przez ślimaki.


Nie no, przecież samiec alfa i omega ze szczytu łańcucha pokarmowego nie będzie dojadał resztek po jakimś mięczaku-obojnaku.


Wyrzucam.


Rozcinam pozostałe i okazuje się, że w połowie połowy połowy połowy robale dokazują jak patusy pod Żabką w niedzielę wolną od handlu.


Wyrzucam.


Nie jest tak źle, zostały mi dwie garści grzybów!


W mojej głowie powoli układa się genialny plan:


Jedną garść usmażę, drugą — ususzę.


Wpisuję w wyszukiwarkę: „gesler, grzyby, przepis, łatwy, zanzibar”.


„Najpierw obgotuj przez 10 minut i wylej wodę. Potem obgotuj przez następne 10 minut i wylej wodę. Potem już tylko na 10 minut na rozgrzaną patelnię”.


Kierując się zdrowym rozsądkiem i rozsądnymi instrukcjami, z mojego koszyka grzybów wyszły mi dwie garści grzybów, a z jednej z nich trzy czwarte łyżki stołowej.


Coś musiałem źle zrobić, bo przecież nie wyparowały…


W końcu nadchodzi ta wiekopomna chwila:


Nabieram je na łyżkę i zjadam — na raz, bez chlebka, z namaszczeniem.


Mm… O tak… Kawior lasu…


Hm…


Smak chyba wylałem razem z wywarem…


Trudno — suszenie na pewno się uda.


W imię intensywnego grzybowego aromatu!


Zgodnie z zaleceniami — piekarnik na 40 stopni i idę spać.


Wstaję rano, w mieszkaniu unosi się intensywny grzybowy aromat.


Udało się! — myślę.


Ochoczo otwieram piekarnik.


Szukam moich grzybów, ale ich nie widzę.


Wchodzę do Internetu i tam również szukam.


W Internecie moich grzybów nie ma, ale wychodzą na jaw nowe informacje:


92% wody, no kto by pomyślał.


Ołów, kadm, rtęć i arsen.


Radioaktywny izotop cezu.


Rabdomioliza.


To całe grzebanie to jest dla jakichś psycholi!


Grzybobranie.


#heheszki #grzyby #pasta


Grzybobabranie.

Zaloguj się aby komentować

Widzieliście kiedyś na żywo prawdziwą naukową dyskusję? Ja miałem okazję wczoraj w jednej uczestniczyć. Przygotowałem prezentację o metylacji DNA (trudne zagadnienie), produkowałem się pół godziny, ale dobrze poszło. Ostatni slajd, na nim ”dziękuję za uwagę”, mówię:- Dziękuję za uwagę. Czy ktoś ma jakieś pytania albo komentarze?

Atmosfera na sali trochę się rozluźniła. Głos zabrał doktor habilitowany Karwiński:

- Z całym szacunkiem, panie Anonimski, według mnie pańska prezentacja zawierała szereg błędów. Po pierwsze, metylacja DNA...

Zaczęło się. Czułem się, jakbym schodził po schodach i nie trafił w stopień. Serce zamarło, po czym przyspieszyło do stu dwudziestu na minutę. Karwiński po kolei punktował wszystkie słabostki mojego wystąpienia

- ...mam wrażenie, że przeczytał pan jedynie przeglądówki sprzed piętnastu lat, a i to pobieżnie. Czy pan w ogóle odróżnia metylację DNA od metylacji histonów?

- Panie docencie... ja... ja... - dukałem nieporadnie. To koniec. Obrona nie była możliwa. Cały mój wysiłek poszedł na marne, słońce zaszło za chmurami, a z nim nadzieja na zaliczenie seminarium. Zawiodłem i przegrałem.

Niespodziewanie inicjatywę przejął mój promotor, profesor Bujewicz.

- Szanowni państwo - zwrócił się do zebranych - z całą pewnością wszyscy słyszeliśmy żałosne wywody docenta Karwińskiego. Jakże jednak mamy traktować je poważnie, skoro pan docent, jak powszechnie wiadomo, ma małą i giętką pałę oraz lubi ssać męskie penisy?

Szmer uznania przetoczył się przez audytorium. Ludzie kiwali głowami, przychylając się do słów profesora.

- Panie profesorze - oburzył się Karwiński - Co to do cholery znaczy? Co ma długość mojego członka do metylacji DNA? A „męski penis” to masło maślane, zna pan jakieś "żeńskie penisy"? Pan obraża naukową dyskusję!

- Sam pan ją obraża swoją paskudną mordą, docencie Karwiński. W kwestii „męskich penisów” to tak, znam jednego właściciela „żeńskiego penisa” – pana, docencie, bo pan p⁎⁎da jesteś. Pytał pan jeszcze, co ma długość pańskiego fistaszka, którego szumnie określił pan nazwą członka, do metylacji DNA? Ano to, że tankował pan wódkę z przemytu, zmetylowało panu k⁎⁎⁎sa i jego rozwój zatrzymał się na trzech centymetrach.

Widownia wybuchła śmiechem. Z osłupieniem obserwowałem tę scenę. Karwiński poczerwieniał jak burak, Bujewicz zaś, bez zażenowania, wyciągnął cygaro, zapalił je i zaciągnął się z satysfakcją. Ktoś z sali krzyknął:

- Brawo profesor Bujewicz!

- Kto wpuścił tego debila na salę? Wy⁎⁎⁎⁎⁎olić Karwińskiego!

- Wy⁎⁎⁎⁎⁎olić!

Docent poczerwieniał jeszcze bardziej, podszedł do Bujewicza i warczącym głosem zaczął mu dogryzać:

- Że niby ja mam jakieś braki? A co z panem, profesorze, co? Bujewicz-bezchujewicz! Stary impotent, bez viagry to nawet myśleć o ruchaniu nie może! Spójrzcie na niego, jakie cygaro wyciągnął, pewnie kompleksy ma! Lubi pan brać długie, grube rzeczy do gęby, co nie?

Profesor Bujewicz zaciągnął się cygarem, wypuścił dym prosto w twarz adwersarza.

- Chyba pana stary, docencie. Panie magistrze, proszę pocisnąć torpedę docentowi Kurwińskiemu. - zwrócił się do mnie.

Rozgorączkowana publiczność pokazywała nas sobie z zaciekawieniem palcami. Karwiński był już skompromitowany, a do mnie należało jego ostateczne dobicie. Widownia oczekiwała świetnej wiązanki, mój promotor patrzył na mnie z nadzieją, Karwiński zaś próbował zamordować mnie wzrokiem. Wyprostowałem się, spojrzałem mu prosto w oczy i wyrzekłem.

- Pytał się pan, docencie Kurwiński, co wiem o metylacji. Wiem, k⁎⁎wa, wszystko. I c⁎⁎j pana obchodzi, z jakich źródeł korzystałem, bo i tak pewnie czytać pan nie potrafi. Jeśli moje wywody o metylacji DNA się panu nie podobały, to może mnie pan w d⁎⁎ę pocałować. Albo w wała possać, tak jak pan lubi!

Docent skrzywił się nieprzyjemnie, wycelował oskarżycielsko palcem.

- Panie Anonichuimski! Merytorycznie pana praca leży i kwiczy, to dno plus metr mułu, gówno psie i wie pan co?

- Co? - odparłem odruchowo. Błąd.

- Chujów sto!

Audytorium zaśmiało się. Dałem się zrobić jak dziecko. Karwiński uśmiechnął się triumfalnie, pewien zwycięstwa. Profesor niewzruszony palił swoje cygaro. Kiwnął przyzwalająco głową. Zripostowałem.

- W pana d⁎⁎ę, docencie Kurwiński! Tak, jak pan lubi!

Zerwała się owacja. Karwiński starał się coś odeprzeć, coś dodać, bronić, się, atakować, ale lud nie dał dojść mu do słowa.

- Wypierdalaj! Wypierdalaj! WY-PIER-DALAJ!

- C⁎⁎j ci na imię! Kurwiński, c⁎⁎j ci na imię! C⁎⁎j ci na imię! - skandowali.

Biedny docent nie miał gdzie się schować. Usiadł na swoim miejscu, skurczył się w sobie i (choć wydaje się to niemożliwe) poczerwieniał jeszcze bardziej. Zasłonił twarz rękami. Nie wierzę. Triumfowałem. Wygrałem naukową dyskusję.

- Czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania lub komentarze? Dla odmiany sensowne?

- Tak - podjął jeden z kolegów na sali - czy metylacja w obrębie intronów też może mieć znaczenie na skuteczność transkrypcji genów?

Uśmiechnąłem się. Z sali zaczęły padać coraz to nowe pytania, ja zaś odpowiadałem na nie zgodnie z moją wiedzą. Profesor Bujewicz dopalił cygaro i pokiwał głową z uznaniem


#heheszki #pasta

Zaloguj się aby komentować

>Badz cowiek maupa

>ewolucja

>myj sie, dbaj o higiene

>Profit

>Udomawiaj psa

>pies broni doma, spi na podworku

>Zacznij pakowac psa do mieszkania

>spij z psem

>pies sie tarza we wszystkim na dworze

>pies smierdzi

>brak profitu

#pasta #takaprawda #pies

Zaloguj się aby komentować

Biedronki mają, ze wszystkich owadów, najbardziej ch⁎⁎⁎wy software, jaki istnieje. Serio k⁎⁎wa.

Bo taka na ten przykład pszczoła - zapierdala, szuka kwiatów, nawiguje na słońce, zbiera nektar, znosi do gniazda - no w c⁎⁎j skomplikowane. Zresztą, k⁎⁎wa - mucha. Mucha też musi wyczuwać woń gówna i ścierwa, nawigować, szukać pożywienia, złożyć jaja w jakimś dobrym ścierwie. Wcale nie takie proste.

A jak działa biedronka?

Otóż pierwszy punkt algorytmu biedronki brzmi:


1. Zapierdalaj w górę.

Nie wiem, czy bawiliście się kiedyś biedronkami. Jak się to weźmie na rękę, to zawsze idzie w góre. Zawsze k⁎⁎wa. Zawsze. Jak się jej w połowie drogi odwróci rękę, to się zatrzyma i zmieni kierunek, żeby isć w górę. Można se tak ruszać pińćset razy i zawsze j⁎⁎⁎na w górę. Biedronka to taki j⁎⁎⁎ny owadzi odpowiednik gradientu. Zawsze się kieruje w górę zbocza.

Ma to w c⁎⁎j zabawne konsekwencje, jak się biedronkę postawi na płaskiej powierzchni. Zaczyna iść w przypadkowym kierunku, bo k⁎⁎wa nie ma jak iść pod górę. Najlepiej jak dojdzie do krawędzi. Wtedy ten jej zjebany mósk cannot into logika, tylko zaczyna iść wzdłuż krawędzi. W dół nie zejdzie, bo k⁎⁎wa algorytm, a na płaskie też nie wróci, c⁎⁎j wie czemu.

Kiedyś z kolegą ze studiów znaleźliśmy na wykładzie biedronkę. Ławki w auli były w c⁎⁎j długie, na jakieś 30 m. Mówię mu: pacz k⁎⁎wa i położyłem biedronkę na ławce. Doszła do krawędzi i idzie wzdłuż. Idzie k⁎⁎wa i idzie, doszła do końca, skręciła i dalej wzdłuż kolejnej krawędzi, a potem jeszcze raz i szła znowu w naszą stronę. 45 minut j⁎⁎⁎na szła przez te 30 metrów i ni k⁎⁎wa c⁎⁎ja nie ogarnęła, że sytuacja jest przejebana i może by gdzieś polecieć, bo gówno. Nie, k⁎⁎wa.

Jakby ławka miała kilometr, to by j⁎⁎⁎na zdechła po drodze.

Ciąg dalszy algorytmu brzmi:


2. Jak jesteś na szczycie to poleć byle k⁎⁎wa gdzie.

Jak już pozwolicie wejść biedronce na szczyt palca, czy c⁎⁎ja, czy czegoś, to obróci się dookoła, upewni, że gradient się wyzerował i fruuuu k⁎⁎wa w losowym kierunku. Czasem potrafi wylądować znowy na tej samej ręce xD


3. Jak już leziesz i coś znajdziesz do żarcia, to opierdol.

Nie no, akurat całkiem spoko punkt. Tylko k⁎⁎wa, metoda szukania po c⁎⁎ju.


4. Jak cię coś przestraszy - to się zesraj.

Wiem, że ta żółtobrązowa maź to nie sraka, ale k⁎⁎wa, jakie lepsze słowo może to opisać. Ewentualnie rzygi? C⁎⁎j tam semantyka. Ważne, że jak biedronkę spotka zagrożenie, to zwija nóżki i sra tym smrodem. K⁎⁎wa. K⁎⁎WA. Przecież ma skrzydła, mogłaby spierdalać. Ale nie, k⁎⁎wa. Zesraj się. Najlepsze jak się wpierdoli biedronkę do pajęczyny. Jak byłem mały to wrzucałem tam różne owady. Jak wrzucisz muchę, to do ostatniej chwili walczy, żeby odlecieć i nawet czasem zdąży, zanim ją pająk dorwie. Rzadko, ale jednak. Pszczoła to już w ogóle siła, stronk i mało która pajęczyna utrzyma.

A biedronka co?

ZESRA SIĘ K⁎⁎WA. Przychodzi pająk, paczy, okurwajakjebie.jpg.

Co robi? XDDDDD owija k⁎⁎wę pajęczyną i wypierdala z pajęczyny. Nie dość, że k⁎⁎wa nie zje, bo smrut, to jeszcze j⁎⁎⁎na zdechnie z głodu, bo ją opędzlował jak po⁎⁎⁎⁎ny pajęczyną XDDDDD

Acha - jeszcze jedno - przyglądaliście się, jak wyglądają oczy biedronki? To nie są te k⁎⁎wa wielkie białe plamy. Nie. Oczy biedronki to małe kropeczki na tej durnej mordzie. Co ona tym widzi? Pewno c⁎⁎ja widzi. Mucha ma wyjebane w kosmos, dizajnerskie oczy, bo musi być czujna, patrzeć, analizować. To samo pszczoła.

ALe nie k⁎⁎wa biedronka. Po c⁎⁎j jej oczy, jak tylko lezie w górę, lata pisiont centymetrów i sra? xD

W tym roku najebało biedronek jak pokurwionych. Możecie się pobawić, sprawdzić. Tylko uwaga - bo SIĘ ZESRAJĄ!


#pasta #heheszki

f832bf9b-f910-4a40-ac57-dad10bac8f14

Zaloguj się aby komentować

Koale to są jednak k⁎⁎wa okropne zwierzęta. Proporcjonalna wielkość mózgu koali w stosunku do reszty jej ciała jest z jedną z najmniejszych wśród ssaków, dodatkowo ich mózgi są GŁADKIE. Mózg jest pofałdowany jak wiemy po to żeby zwiększyć przestrzeń użytkową dla neuronów.


Jeśli pokażesz koali liście zerwane z drzewa i położone na płaskiej powierzchni, koala nie uzna ich za jedzenie. Koale są zbyt głupie żeby dostosować swoje nawyki żywieniowe do radzenia sobie z jakimikolwiek zmianami. W pomieszczeniu pełnym jedzenia mogą one dosłownie umrzeć z głodu, ponieważ ich mózgi są tak niezdolne do radzenia sobie ze zmianami, to nie jest raczej cecha zwierzęcia wygrywającego w życie i w walce o przetrwanie.


Skoro już o głupocie i jedzeniu - jednym z możliwych powodów dlaczego ich płaskie mózgi są tak prymitywne jest fakt że liście eukaliptusa nie dość że są trujące (jedyna rzecz którą wpierdalają) to jeszcze praktycznie nie posiadają wartości odżywczych! One zwyczajnie nie pozyskują z nich dość energii by myśleć, przesypiają więcej niż 80% swojego pierdolonego życia. Kiedy nie śpią jedyne co robią to jedzą, srają i czasami wrzeszczą jak małe posrane demony.


Skoro liście eukaliptusa mają tak niską wartość odżywczą kochane misie koala muszą je fermentować w swoich bebechach przez całe dnie. Wśród ssaków proporcja ich układu trawiennego w stosunku do całego ciała jest jedną z największych. Wiele gatunków roślinożernych ssaków jest przystosowane do radzenia sobie z niesprzyjającymi roślinami działającymi na ich zęby, gryzoniom np zęby nigdy nie przestają rosnąć, niektóre zwierzęta mają zęby umieszczone tylko w dolnej szczęce i miażdżą tkankę roślinną na swoich wzmocnionych podniebieniach. Jeszcze inne mają powiększone zęby trzonowe żeby bardziej efektownie mielić sobie roślinki. Koale oczywiście nie są wyjątkiem i kiedy ich zęby zamienią się w pył rozwiązują sytuacje w bardzo prosty sposób - po prostu zdychają z głodu ponieważ są absolutnie beznadziejnymi zwierzętami.


Jako ssaki koale karmią swoje młode oczywiście mlekiem (warto zaznaczyć że wśród ssaków dają najmniej mleka w stosunku do wielkości ciała). Kiedy młode musi przejść z bogatego i pożywnego pokarmu jakim jest mleko na liście eukaliptusa (rośliny która wyraźnie daje znać że nie chce być jedzona) okazuje się że nie jest do tego w ogóle przystosowane, ponieważ nie ma w swoich jelitach flory bakteryjnej niezbędnej do strawienia tego badziewia. Rozwiązanie? Młode zaczyna całkiem dosłownie polegać na d⁎⁎ie swojej matki która musi wysrać trochę mniej strawionego eukaliptusa i później sobie to ze smakiem sączy i dzięki temu może zacząć przystosowywać swój układ trawienny do tej wspaniałej diety.


Oczywiście młode mogło też łyknąć trochę sików, bo jego matka najpewniej nie trzyma odpowiednio moczu. Czemu? Bo prawdopodobnie cierpi na jakąś chorobę weneryczną, podobnie jak reszta tych zwierząt. Na niektórych obszarach zachorowania to jakieś 80% i więcej. Bo widzicie, jedną z aktywności na jakie koale poświęcają swoją cenną energię są gwałty. Mimo iż koale rozmnażają się sezonowo samce albo nie wiedzą albo mają to totalnie w d⁎⁎ie i po prostu gwałcą samice niezależnie od tego czy akurat jest w cyklu.


Jeśli samicy przyjdzie do płaskiego mózgu się bronić, samiec może zachcieć zrzucić ją z drzewa (i spaść razem z nią oczywiście) co prowadzi nas do ostatniej ciekawostki o mózgu tego gatunku idiotów.


Koale mają ponadprzeciętną ilość płynu mózgowo-rdzeniowego w tych paskudnych łbach (maja tam dużo miejsca który zaoszczędziły na neuronach). Czemu mają go więcej? By chronić swoje mózgi przed urazami na wypadek gdyby spadły z zasranego drzewa pełnego toksycznych bezwartościowych liści.


Zwierzę tak za⁎⁎⁎⁎ście głupie że ma wbudowany w mózg swój własny mały hełm bezpieczeństwa. Jak ja ich k⁎⁎wa nienawidzę.


#pasta #koala

Zaloguj się aby komentować

Anony, k⁎⁎wa, co ja narobiłem!


Od kiedy pamiętam mój kuzyn miał nerwicę natręctw.

Nic szczególnego, objawiało się to głównie umiłowaniem porządku,

obsesyjnym myciem rąk czy domykaniem rozszczelnionych zamrażarek w sklepach.

Każdy kto oglądał Dzień Świra będzie wiedział o co chodzi.

Nawet najmniejsza zmiana w jego otoczeniu powodowała rozdrażnienie, więc gdy ubierając się zauważył w szafie,

że jedna ze skarpetek nie ma pary wiedziałem, że szykuje się inba.


- Dorian, nie wyjdę. Wiem, że to chore, ale nie da mi to spokoju dopóki nie znajdę pary.


- A nie możesz wypierodlić tej skarpetki? - spytałem. - Wtedy też będzie parzyście.


- Słusznie, ale to tak nie działa. Mamooooooo!


Chwilę później Zbyszek rozkręcał już pralkę, choć nic w niej nie znalazł.


W jednym z ostatnich sezonów Doktora House'a popularny lekarz zaprzyjaźnia się z chorym psychicznie pacjentem,

któremu wydaje się, że potrafi latać.

Wbrew zaleceniom pracowników placówki, House zabiera go do tunelu aerodynamicznego by pozwolić mu poczuć choć imitację

tego o czym marzy. Finał jest taki, że gość tylko utwierdził się w przekonaniu, że jest supermanem i skoczył z dachu.

Ja puściłem Zbyszkowi odcinek Detektywa Monka i od tej pory wszędzie węszył spisek, rozwiązywał zagadki i nazywał mnie swoim partnerem.


Naszą pierwszą sprawą było zaginięcie skarpetki.

Byłem sceptyczny, bo od czego tu zacząć?

Skarpetka nie ma znajomych, nie namierzysz jej po miejscu ostatniego logowania, ciężko też o motyw.

Jedynym sensownym wyjściem było odgrzebanie podobnych spraw z przeszłości.

Zbyszek podszedł do sprawy bardzo poważnie. Śledził kroniki policyjne, zapisał się do rozmaitych grup na FB, obdzwaniał komisariaty.

Ja postawiłem na prowokację. Zostawiałem bez opieki pranie, montowałem fotopułapki.


Po tygodniu mieliśmy udokumentowany szereg podobnych spraw, zaczęli się do nas zgłaszać ludzie z całej Polski.

Każdy taki przypadek nanosiliśmy na mapę, licząc, że znajdziemy w tym jakąś prawidłowość, która pozwoliłaby pchnąć śledztwo do przodu.

Bazując na serialowych detektywach stworzyliśmy też profil psychologiczny złodzieja.


- po co komu jedna skarpetka?

- może to fetyszysta. Teraz wali konia w kiblu, rozkoszując się zapachem Twoich stóp? - zastanawiałem się.

- to nie to, skarpeta była wyprana.

- to może Jaś Mela. Ma jedną nogę, nikt go nie podejrzewa, a ręce ma bardziej lepkie od Owsiaka.

- rękę.


Niestety, Jaś posiadał stosowne alibi i, jak się potem okazało, na protezę również ubiera skarpetę,

więc motyw zniknął tak samo szybko jak się pojawił. Śledztwo stanęło w martwym punkcie.


Przełom nastąpił podczas wyjścia do kina. Na seans wpadliśmy w ostatniej chwili więc siłą rzeczy

przypadły nam miejsca pod samym ekranem.

Wtedy nas oświeciło, że aby mieć pełen obraz trzeba na sprawę spojrzeć z szerszej perspektywy.


Być może złodziej wcale nie szukał tylko skarpetek? Naniosłem na mapę pozostałe zaginięcia i ułożyłem je w porządku chronologicznym.

Gdańsk, Wrocław, Opole, Kraków, Rzeszów i Gniezno. Ze zdumieniem odkryłem, że fala cotygodniowych zgłoszeń idealnie pokrywa się z trasą

tournee znanego podróżnika, Wojciecha Cejrowskiego. Zbyszek zaczął mnie przekonywać, że kiedyś czytał teorię o tym, że Cejrowski pochodzi z pozaziemskiego

rodu cyklopów, chcących zniszczyć ziemian.


- co Ty pierdolisz. - oburzyłem się.

- pomyśl tylko. Gdybyś chciał unicestwić obcą cywilizację, od czego byś zaczął?

- pewnie od rozpoznania. Anatomii, zwyczajów, słabych punktów.

- czyli mówiąc najprościej, został antropologiem?

- to niedorzeczne...

- idźmy dalej - ciągnął. - Podczas wojny w Wietnamie, żołnierze Wietkongu masowo zastawiali na Amerykanów pułapki mające nie tyle

zabić przeciwnika, co mocno go skaleczyć. Wiedzieli, że ranna jednostka opóźnia i osłabia oddział dużo bardziej niż śmierć kolegi.

Przenieś to do życia codziennego, co robi nasz Wojciech? Broni zdeformowanych płodów przed aborcją.


Nie mogłem się spierać, wszystko układało się w jedną całość.

Zaczęliśmy wtedy operację o kryptonimie 'Cejrop'.

Polegała ona głównie na tym, żeby uświadamiać ludzi. Jeździliśmy za nim krok w krok, ostrzegaliśmy, zakłócaliśmy występy.

W dobie memów łatwo oczernić człowieka, głupi fotomontaż zyskuje tysiące udostępnień.

Po kilku tygodniach pan Wojciech dał za wygraną i odwołał tournee. Z jego fanpejdża wnioskuję, że zyski z biletów nie pokrywały kosztów

organizacji wystąpień. Wrócił do Meksyku i oddał się działalności misyjnej. Wygraliśmy.


Nie dalej jak miesiąc później przyszedłem do Zbyszka na mecz Polaków w eliminacjach do MŚ w Rosji.

Ze zdumieniem zauważyłem, że ma na nogach obie skarpetki, w tym tę przez stratę której rozpętaliśmy potężny ambaras.


- skąd ją masz? nie mówiłeś, że udało Ci się ją odzyskać. - spytałem zdumiony.

- jednak nikt mi jej nie ukradł, mama przez pomyłkę wrzuciła do swojej szuflady z bielizną.

- o Boże... musimy koniecznie przeprosić pana Wojciecha. Zniszczyliśmy niewinnego człowieka.


Zbyszek nie oderwał wzroku od telewizora.

- a c⁎⁎j mu w d⁎⁎ę, pisiorowi.


#pasta

Cybulion userbar

Zaloguj się aby komentować

- Jessica śpisz?

- Śpię, bo co?

- Bo ja nie mogę.

- Co znowu?

- Jessica, bo ja nie mogę zrozumieć jednej rzeczy, co mnie prześladuje.

- Niby czego?

- Dlaczego ten Baron Harkonnen, to taka menda i świnia jest.

- Wiesz co? Ty nudny jesteś.Ty mnie pytasz o to, co tydzień od 30 lat.

- Jessica, bo ja od trzydziestu lat pojąć nie mogę, po co w ogóle takie coś Pan Bóg stworzył.

- Leto, a po co Pan Bóg stworzył skoczka pustynnego?

- No właśnie po co? Albo takie czerwie, po co?

- Po jajco jełopie. Dobranoc.

- (Głęboki wydech) Jessica ja rozumiem, ja żem sam święty nie jest, ale przecież taki Baron Harkonnen to jest przecież normalne obrzydlistwo. Po co w ogóle takie coś jest? Ja rozumiem jeszcze, jakby to on miał źle. Ale co, pałac ma, statek ma, mentata ma, przyprawę w silosie ma. Sam, żem widział jak wybierał.

- No szkoda, że ty nie masz z czego wybierać.

- Kurde, jak ja go nienawidzę... i po co w ogóle takie coś jest... Po co? Dlaczego on taki jest?

- Leto, nie wiem dlaczego on taki jest no! Może miał trudne dzieciństwo. I w ogóle ja ciebie proszę, skończmy ten temat, bo ja za siebie nie ręczę.

- Widzisz Jessica? Jak tylko się o tej mendzie zaczyna rozmowa, od razu konflikty się same rodzą. To jest Jessica zło dryfujące, trzeba by go wyeliminować.


#diuna #swiatwedlugkiepskich #pasta #heheszki

b3faacfc-3209-4630-b056-ed8403163ef2
bori userbar

Zaloguj się aby komentować