Zdjęcie w tle

fonfi

Gruba ryba
  • 502wpisów
  • 3639komentarzy

Dzień dobry się z Państwem,

Nadrabiam troszkę zaległości w tym co się dzieje dookoła ale chciałbym się odnieść do dyskusji na temat naszej Kawiarni #zafirewallem, która wywiązała się w komentarzach tutaj i tutaj. Zrobię to w tym miejscu, w osobnym wpisie, bo tak łatwiej mi będzie zebrać myśli do kupy.


Najpierw tak bardzo ogólnie. Faktycznie mniej się dzieje chwilowo (z naciskiem na "chwilowo", mam nadzieję) ale może to po prostu przez sezon ogórkowy. Jednak okres letni obfituje w różne inne aktywności o urlopach nie wspominając, na których to urlopach chcemy sobie zazwyczaj odpocząć od wszystkiego. Internetów również Dlatego nie przejmowałbym się tym, że jedna czy druga edycja #nasonety czy #naopowiesci nie siadła - ot życie.


Bardzo podobają mi się pomysły lekkiego motywowania przypomnieniami i wołaniami. Uważam, że jeśli organizatorowi danej edycji zależy na frekwencji, to nic nie stoi na przeszkodzie co jakiś czas szturchnąć nas pod danym tagiem. Tak samo obiema rękami podpisuję się pod pomysłem dołączenia informacji do hejtonews (celowo bez tagu, żeby nie zaśmiecać panu @bojowonastawionaowca ) o aktualnie trwających zabawach. Na pewno nie zaszkodzi.


I teraz bardziej o konkretnych tagach.


Jeśli chodzi o #nasonety to mam wrażenie, że tutaj jest trochę sinusoida. Raz więcej raz mniej. Osobiście na przykład mam trochę problem (mentalny) z edycjami, gdzie dawcą nie jest sonet tylko inny utwór (wiersz/piosenka) - ale to tylko i wyłącznie mój formalistyczny problem, przez który jest mi ciężej się zmotywować. Ale proszę tej mojej uwagi w ogóle nie brać swoją uwagę. Ja bym się nie przejmował tylko motywował, wołał, szturchał.


Padła kwestia podsumowań i tego, że uczestnicy się ich boją. Całkiem niepotrzebnie. Jak pan @splash545 czy @George_Stark nam nie raz pokazali podsumowanie można zawrzeć w jednym czy dwóch zdaniach. Nikt nikogo z tego nie rozlicza. Serio! To, że ja lubię sobie popłynąć, to tylko i wyłącznie dlatego, że mnie ogromną frajdę sprawia wielokrotne obcowanie z Waszymi utworami, wczytywanie się, szukanie rytmu, smaczków a na koniec pisanie totalnych głupot na ich temat. Grafomani tak mają :stuck_out_tongue_winking_eye:


Natomiast jeśli chodzi #naopowiesci, bo tutaj faktycznie dzieje się najmniej, to pan @onpanopticon troszkę mnie już ubiegł. Mam ze swojej strony taką propozycję, żeby Państwa troszkę zmotywować:


- W każdej edycji ufunduję nagrodę książkową dla zwycięzcy. Możemy tylko wspólnie ustalić, czy książka będzie odgórnie wybrana, żeby wiadomo było o co walczymy, czy zwycięzca będzie mógł sobie na koniec wskazać co chciałby dostać (w jakimś odgórnie ustalonym budżecie).


- Bardzo mnie cały czas boli, że te nasze wytwory wszelakie giną sobie w czeluściach internetów, więc chciałbym zaproponować, że pod koniec grudnia zbiorę opowiadania z całego roku (oczywiście tych autorów, którzy wyrażą zgodę) i wydam je w formie papierowej jako "Antologię Za Firewallem" - po jednym egzemplarzu dla każdego z uczestników. Żeby było jasne - nie do żadnej sprzedaży, takie wydanie limitowane tylko dla nas. Każdy z nas będzie mógł wtedy powiedzieć, że jest "autorem publikowanym". No i będziemy mieli pamiątkę. Co Państwo na to?


Tym postem, takim na szybko po śniadaniu, mam nadzieję otworzyć szerszą dyskusję.

Chyba się odniesę. Dużo spraw, to odniesę się nie do wszystkich, a tylko do tych, które mnie w jakiś tam sposób poruszyły, bo to bardzo miłe, że komuś zależy na tym naszym wspólnie budowanym przybytku chybotliwym.


***


Publikacja – jako piszący tutaj bodaj najwięcej, napiszę to raz i nie będę powtarzał, bo mi się powtarzać nie będzie chciało: moich opublikowanych tutaj wytworów można używać w dowolny sposób oprócz:

– przypisywania sobie ich autorstwa,

– zbijania na nich kokosów bez podzielenia się ze mną oraz

– celowego karmienia nimi wszelkiej maści modeli językowych/sztucznych inteligencji.


Co do ostatniego punktu, to nie jestem aż tak głupi, żeby nie wiedzieć, że skoro są opublikowane w Internecie, to pewnie i tak są tam zindeksowane (czy jak to się tam nazywa), ale nie chciałbym żeby ktoś tam to w jakimkolwiek celu wrzucał dodatkowo. W przypadku tego całego AI nie będę oczywiście nikogo ścigał i wyciągał konsekwencji, proszę tylko o uszanowanie mojej prośby. W przypadku dwóch pierwszych punktów, gdyby zdarzyło się ich złamanie, to pewnie najpierw bym się wkurwił, a później zastanowił co z tym fantem zrobić dalej. Mam jednak nadzieję, że się nie zdarzy, bo ani wkurwiać się, ani zastanawiać z musu nie bardzo lubię.


Jeśli zaś chodzi o samą publikację, to nie mam nic przeciwko, nawet mogę się do kosztów wydania dorzucić, niemniej nie mam zamiaru (ani czasu) w tym temacie zrobić niczego więcej.


No i to w zasadzie tyle, bo w pozostałych punktach raczej nie mam zdania. Można próbować i tej aktywizacji i nagród i zobaczyć jak to wyjdzie. Tak to zawsze przecież tutaj działało.


Dziękuję za wypowiedź.

@fonfi W mojej opinii i z mojej perspektywy akcja #naopowiesci ma trochę zbyt krótkie interwały czasowe, przez co zwłaszcza w sezonie wiosenno-letnim ciężko jest się nadążyć z pisaniem. A ja lubię czasem pomęczyć dane opowiadanie 2-3 tygodnie, dlatego przy ambitniejszych tematach nawet nie startuję bo boję się, że nie zdążę. Dlatego też uważam, że najlepszą opcją byłyby cykle miesięczne, przez co po pierwsze byłoby więcej czasu na napisanie utworu, a po drugie łatwiej byłoby zapamiętać do kiedy ma się czas.


Pomysł wydania na papierze jest świetny, będę kibicował. Podobnie pomysł z nagrodami książkowymi, też chętnie ufundowałby, zwycięzcy jakąś.

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Urlop, urlop i po urlopie. No i wracamy pomału do obowiązków. Zarówno do tych mniej ale też i takich bardziej przyjemnych. Zdecydowanie do tej drugiej kategorii należą wizyty w #punktwymianypoezji. Szczególnie kiedy w trakcie takiej wizyty uda się coś pod ramką znaleźć. I nie są to tylko pety i potłuczone butelki, ale taki wiersz na przykład:


paradoks


gdy tylko mam czas dla siebie,

uciekam w wykreślanki

jakbym miała skreślić twoje imię

ty za to szukasz mojej duszy

jakbyś nie umiał jej przyjąć,

po co właściwie udawać,

skoro żyjemy w symbiozie?

wystarczy jeden pocałunek,

by to zrozumieć


Aleksandra Majka


——————————


I na deser wiersze z "centralnej dystrybucji":


——————————


W końcu

w kosmosie nic nie ginie,

więc może nasza miłość

tylko zmieniła planetę


——————————


d_nonomnismoriar_g


te ziarna, które eksplozja poniosła

te co potencjał swój cały wybebeszyły

te ziarna co pożeram jak światy całe

te ziarna już skończone

są jeszcze te na dnie czary, wyleżane

i mimo czasu, co przez palce leci i leci

one wciąż rozwój pod skorupą swą trzymają

te ziarna - smutne, drobne

te ziarna co wchodzić by się mogły

więc je chowam, pod ziemię

tak jak chowa się larwa muchy

oby wyrosły i mnie przerosły

tak jak przerasta mnie larwy mucha


——————————


Szczęście


Kiedy koszmar mi się śni,

myślę o szczęściu i znajduję do wyjścia drzwi.

Przechodząc przez nie,

pojawiam się w krainie zielonej - "zła" pozbawionej

tętniącej życiem, gdzie szczęście w każdej

formie objawia się.

Wtedy już wiem, że strach nie złapie mnie.

Bo szczęście przy mnie jest.


Antoni Roszyk, lat 14


——————————


"Między Larsem a mną"


Jutro wstanę. Może jutro pójdzie nam lepiej. A może

znowu pieczeń będzie smakować popiołem,

woda popłynie za mokra.

Za każdym razem nie wiem, czy starać się bardzo,

czy bardzo starać się pogodzić, że czasem po prostu

widzę mocniej. Że coraz bliżej mi do Justine,

coraz dalej do Claire. Kiedy w moją ziemię

uderza melancholia.


Beata Kołodziejczyk


——————————


#zafirewallem #punktwymianypoezji - tag do czarnolistowania

645f5a93-0daa-4192-a912-d93f76c63258
2936127d-0e23-42ff-a007-135cb2825af4
b2b66ec9-a949-4405-8b79-3bc710003132
6f09032c-b529-4998-b246-33845172b019

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Wzburzyłem się, proszę ja Państwa, wczoraj. To tak wygląda obecne wydanie książek Pratchetta?! Pani @moll, niech mnie Pani trzyma! A gdzie rysunki panów Josh Kirby i Paul Kidby?! No gdzie ja się pytam?! It's awful! It's disgusting! Świat (Dysku) schodzi na psy.


No to się wyżaliłem się...


#ksiazki #terrypratchett #pratchett #swiatdysku

1b2bb21a-1d55-4135-9cb6-d368beb7f153
35d09e9e-f3c4-459a-92e6-402d5144dbae

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Przespałem się z moim wczorajszym wytworem i muszę przyznać, że się nie wyspałem. Na upał tego mojego niewyspania zwalić nie mogę, bo tu nad morzem temperatury nie rozpieszczają (chociaż aż tak źle nie jest). Na żonę też nie - bo żona (w przeciwieństwie do mnie) nie chrapie. No więc wychodzi na to, że powodem tego mojego niewyspania musi - ewidentnie - być wspomniany wytwór. A nawet nie tyle sam wytwór (chociaż umówmy się, wybitny to on nie był), ile niewystarczające przez niego wyczerpanie tematu. Tematu pracy. Dlatego też, żeby dzisiaj móc się w spokoju wyspać, przynoszę kolejny wiersz #diriposta traktujący o pracy wprost. Czyli stricte.


Oda do pracy


Praco fizyczna, krwawico biurowa,

Znosić cię trzeba aż do weekendu,

Na pełen etat, albo zmianowa,

Kołaczy mamisz nagrodą obłędną.


Choć w szkole każdy z nas głowę wytężał,

Sukcesów łasy w swoim zawodzie,

To dzisiaj "Janusz" nas uciemięża,

Traktując gorzej niż bydło w zagrodzie.


A ja już nie chcę szkoleń zasranych,

Ani kolejnych w świat delegacji,

Mam dość owoców w czwartki zjadanych,

I w d⁎⁎ie firmowe mam integracje!


Ja - niczym ptak - mógłbym wolną mieć głowę,

I książek bym czytał aż się porzygam,

I do południa spać snem mógłbym zdrowym,

To wszystko mógłbym, lecz - komornik mnie ściga...


#zafirewallem #nasonety #diriposta

"towarzysze moi, pracowici weseli

cieszcie się wszyscy z wolnej niedzieli

cieszcie się wszyscy z wolnej soboty

cieszcie się, cieszcie, ludzkie roboty..."


system- dezerter

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Niby człowiek na urlopie a z każdej strony różne obowiązki go dopadają. Jak nie żona, która zarządza obowiązkowe plażowanie to @George_Stark przypomina, że kawiarnia sama się nie poprowadzi. No dobrze, miało być podobno o pracy, a że urlop zdecydowanie jest tejże pochodną to śmiem twierdzić, że poniższy wytwór, do którego lektury Państwa serdecznie zapraszam, w konwencji się mieści. W jakiejś na pewno.


Lubieżne atrakcje


Żeby przypadkiem się nie przepracował,

Troskliwa żona wydała komendę:

Nad morze mnie zabierz, do Jelitkowa,

Albo Jastarni - no niech ci już będzie.


I chociaż miał już ochotę mitrężyć,

To żona rzekła jak mogła najsłodziej:

Nie masz się luby do mnie co szczerzyć,

Nad morzem - może. Jak nie, to rozchodzisz.


Nie myśląc wiele (lub nie tym organem),

Malując w myślach lubieżne atrakcje,

Zebrał się fonfi, popędem swym gnany,

Na plażę pojechał spędzać wakacje.


Lecz kiedy przyssał swój otwór gębowy,

Do żony, co słońcem leżała okryta,

To humor go dopadł iście hiobowy,

Gdy z żony piasek mu w zębach jął zgrzytać.


_#zafirewallem #nasonety #diriposta _


PS

Zdjęcie z dedykacją dla @ErwinoRommelo 😘

2f559b17-62aa-4d62-b8b9-28c586ae7e41

Ojej. Nie dość, że całość jest tak niesamowicie zgrabna, a pierwsza strofa szczególnie, to jeszcze jest to ten rodzaj humoru i świntuszenia wierszowego, który uwielbiam!

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

No nie dadzą człowiekowi w spokoju się pourlopować się. Ale niech już Wam będzie. W takim razie dzisiaj leniwie, słonecznie, plażowo…


Temat: Takie tam z rodziną na plaży…

Rymy: ciało - piachu - mało - obciachu


Miłej zabawy i udanego rymowania


#zafirewallem #naczteryrymy

f8885ebc-5178-4217-98a7-9539106fb955
ed243ee4-9dca-452c-84a4-e64d37e236f9

Synek na plaży wykopał dzisiaj ciało,

natrafił swą łopatką, gdy grzebał w piachu

lecz trupie lico opalone zbyt mało,

zakopał ponownie, by nie robić mu obciachu

PUSTA PLAŻA W WICKU MORSKIM.


Cóż, nie lada problem to ciało —

Szast, prast — dziura w ziemi i do piachu.

Straszna to zabawa, a mi wciąż mało.

Zwłoki są fajne — nie marudzą, nie ma obciachu.

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Kolega @Rozpierpapierduchacz spodziewał się pewnie w tym miejscu recenzji pióra Waterman Serenite, którym podniecaliśmy się wspólnie na #hejtopiwogrudziadz - otóż jeszcze nie tym razem. Tym razem będzie co prawda o piórach markowych, ale znowu takich z najniższej półki. No takiej drugiej od dołu, jeśli takie Jinhao na przykład uznamy za markę.


Jakiś czas temu dzieliłem się z Państwem informacją, że można na Zalando nabyć pióra Lamy w całkiem sensownych cenach. Wybór był niewielki, bo sprowadzał się w zasadzie do tego czy chcemy model Safari czy Safari. No - kolor można było sobie jeszcze wybrać. I rozmiar stalówki.


Tanie markowe pióra są dobre. Są dobre, ponieważ są markowe i są tanie. No więc, żeby nie przepuścić takiej okazji zwłaszcza, że jeszcze nie miałem żadnego pióra Lamy postanowiłem sobie takie jedno zamówić. Jak pomyślałem, tak też zrobiłem. No i mam teraz trzy takie pióra:


  • czerwone ze stalówką F, bo lubię kolor czerwony

  • rzułte ze stalówką EF, nie muszę chyba nawet wyjaśniać, a do tego pasuje mi do notesu

  • i jedno w kolorze lila, ze stalówką F, to dla żony, wiadomo


Tak naprawdę to okazało się, że jak się dobrze pogrzebało pomiędzy tymi wszystkimi modelami Safari, to można było znaleźć też kilka innych modeli. I tak pióro lila nie jest modelem Safari, jest natomiast modelem Al-Star. Co więcej jest modelem “Lilac Special Edition 2023”. Brzmi dumnie.


Chociaż każde z piór przyszło z jednym wkładem w komplecie, to ja od razu zamówiłem sobie do nich konwertery. Do czerwonego nawet taki w pasującym kolorze czerwonym. Czad!


No dobrze, to może teraz kilka słów o samych piórach: Chryste jaki ten plastik w Safari jest badziewny. A przynajmniej takie sprawia wrażenie na pierwszy rzut oka. Na drugi rzut oka też. Na trzeci rzut połączony z dotykiem okazuje się jednak , że nie jest tak źle, bo pomimo badziewnego wyglądu jest całkiem miły w dotyku, a przez swoją chropowatą fakturę a) trzyma się go bardzo pewnie, b) może nie będzie się tak rysować. Skuwka jest na zatrzask, co w tej półce cenowej nie jest niczym dziwnym. Przy czym jakoś mało pewnie “klika” i dość łatwo się zdejmuje, przez co obawiam się, że wrzucone luzem do plecaka czy torebki może się samoczynnie otwierać.


Każde pióro ma w korpusie okienko (nie wiem czy to ma jakąś fachową nazwę, nie chce mi się teraz szukać a i tak pewnie @Rozpierpapierduchacz zaraz mi powie) przez które widać poziom pozostałego atramentu w naboju bądź w konwerterze. Obawiałem się troszkę tego trójkątnego profilu sekcji, ale okazuje się, że nie było czego, bo zupełnie to w niczym nie przeszkadza i piórem pisze się zadziwiająco wygodnie.


Pióra są niesamowicie lekkie. Nie lubię takich. Na szczęście po wsadzeniu konwertera z atramentem i nałożeniu skuwki na końcówkę korpusu w końcu można poczuć je w dłoni.


Tak jak napisałem powyżej pióra mają stalówki F i EF. Feedback bardzo przyjemny, gładki, nie drapie tak jak Kaweco, które dopiero po jakimś czasie wygładziło się i ułożyło do mojej ręki. Tyle tylko, że nie bardzo widzę różnicę w grubości linii. Co więcej śmiem twierdzić, że stalówka EF daje feedback dużo przyjemniejszy i momentami zostawia grubszą linię. Konstrukcja stalówki jest mocno “geometryczna” i nie jest w żaden sposób zdobiona. Poza nazwą Lamy i oznaczeniem grubości oczywiście.


Chociaż wszystko powyższe dotyczyło modelu Safari, to Al-Star jest w zasadzie tym samym modelem wykonanym z odrobinę lepszych materiałów. Zasadnicze różnice to korpus i skuwka, które są wykonane z gładkiego plastiku a lakier ma lekki połysk. Sekcja również jest gładka i jest przezroczysta. Stalówka i spływak są chyba dokładnie te same. Generalnie w ręku pióro sprawia wrażenie dużo porządniejszego, co czuć chociażby w wadze i kliknięciu zakładanej skuwki, która w tym modelu siedzi zdecydowanie pewniej i do jej zdjęcia potrzeba odrobinę więcej siły.


I to chyba tyle. Zupełnie nie przychodzi mi do głowy nic więcej co mógłbym napisać o piórze za 50pln.

Gdyby to był Parker Vector - to co innego… 


#piorawieczne

d1f3e498-ff26-4c21-8ee7-7cbc9b9c548d
ea8e84e1-108b-46b6-9fa4-8c216d1e6129
565180b7-3246-4a4b-bf5c-807c3f01cd0e
f856c2ad-1fbd-4282-806f-bcb8d7e5482b
85e0a0bf-5620-4677-a2bd-7d6d1d1b851f

Chryste jaki ten plastik w Safari jest badziewny

Ciekawostka - plastik wykorzystywany w Safari to Plastik ABS - ten sam, który wykorzystywany jest między innymi w klawiaturach i #lego


Każde pióro ma w korpusie okienko

Okienko Podglądu albo po angielsku Ink Window jak wolisz


Co więcej śmiem twierdzić, że stalówka EF daje feedback dużo przyjemniejszy i momentami zostawia grubszą linię.

Just Lamy doing Lamy things XD

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Na dobry początek dnia (chociaż to już prawie południe), żebyście mogli umilić sobie nawodnianie organizmu pod czujnym okiem pani @Wrzoo , przynoszę Państwu garść poezji z #punktwymianypoezji przy Wrzeniu Świata w Warszawie.


Tym razem, poza karteczkami powieszonymi uprzednio przeze mnie (częścią się ktoś poczęstował, ale kilka jeszcze dyndało) czekał na mnie poniższy utwór. Nie dość, że uroczy, to na dodatek napisany na maszynie do pisania. Jak to by powiedziała moja córka - "lofciam". (tak serio, to jakbym tak powiedział, to stanęła by pewnie przynajmniej pięć metrów ode mnie)


Suchy sad


Codziennie dokonuję niemożliwego,

sadząc małe nasionko,

jedyne przywiane przez wiatr tego dnia,

w glebie bez wody.

Harda jest ziemia, sadzonkę chroni,

jednak zbyt sucha by trzymać się w jednym kawałku,

tak popękana, że jedna rysa więcej

rozpierzchnie skamieniałe płaty

i rozłoży niebiosom widok

na płomienne czeluście w środku -

najczulsze warstwy planety Ziemii.


Własnym potem i kroplą łzy

chronię grunt przed zapłonem,

pozwalam mu żyć

chociażby w kalectwie.

-

Mój cień podsuwa mi sen,

co karmi mnie, gdy plonów brak,

że z tych wątłych, brzydkich nasionek

wyrośnie przepiękny sad.

Znając moje szczęście

wykwitnie trochę kwiatów na ogród

strasznie niezwykły

i

niezwykle straszny.


(podpis nieczytelny)


——————————


Wiadomo, że przy okazji każdej wizyty muszę dorzucić też coś od siebie, więc tym razem powiesiłem się z jednym z moich #endorfiki


Tonacja O-dur


Mimo upału niczym w boilerze,

Ja będę tutaj bronił swych racji,

Że lepszy własny pot na rowerze,

Niż potu odór w komunikacji…


——————————


No i jeszcze wiersze z "centralnej dystrybucji":


——————————


Bywają myśli,

nie do odgadnienia

Bywają słowa,

nie do powiedzenia

Bywają sny,

nie do zapamiętania

Bywa nawyk,

trudny do złamania

Bywają wspomnienia,

nie do wspominania

i takie

nie do wymazania


J.


——————————


Brak prądu spowodował

snucie fantastycznych teorii

siedzimy razem w ciemności

milcząc na wiele sposobów

tam i z powrotem

wdech i wydech

cała subiektywna rzeczywistość

w jednym pomieszczeniu


——————————


A jak leci nade mną

to co za mną leciało

i tak tego nie złapię

bym tego nie złapała

mimo tego żeby się

łapać nie chciało


——————————


#zafirewallem #punktwymianypoezji - tag do czarnolistowania

21078034-09f5-4064-b83b-86b6c601828c
1ccdfdcc-4f05-41f2-b284-12c2698dff42
c744b6fc-68ca-4e8c-9d69-2cf78410bcb7
4a0fbc94-1bcc-40c8-9a61-34bb21fa1e62

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Okazuje się, że ja Państwa perfidnie okłamałem. Co gorsza okłamałem Państwa nie raz - a dwa razy. W jednym wpisie. 


Otwierając bieżącą LXXX (słownie: 80) edycję #nasonety w Kawiarni #zafirewallem napisałem po pierwsze, że edycja kończy się w piątek 19 czerwca. Okazuje się, że ani 19 czerwca nie jest piątkiem, ani piątek nie jest 19 czerwca. Szybki rzut oka na kalendarz i od razu widać, że 19 czerwca jest (a nawet był) czwartkiem a piątek jest (a nawet był) 20 dniem czerwca. To po pierwsze.


A po drugie napisałem, że postaram się nasz sonetowy kalendarz, który był się ostatnio trochę rozjechał naprostować. A mamy już weekend po wspomnianym 19.06, który okazał się czwartkiem i piątku, co okazał się 20.06 a ja dopiero piszę podsumowanie. Za obydwa powyższe kłamstwa serdecznie Państwa przepraszam, chociaż zaznaczam -nie były one umyślne. Niemniej, przyznaję się do winy. Bez bicia. 


No dobrze, skoro drogą dedukcji wspólnie już ustaliśmy (przypominam, że największy w tym udział miał pan @onpanopticon ), że nie znam się na kalendarzu, to możemy spokojnie przejść do przeglądu prasy. Znaczy sonetów. Gdzie - jowialnie Państwa uprzedzam - również będę kłamał jak z nut, ale tym razem całkiem celowo i oficjalnie, zasłaniając się przy tym “licentią poeticą”.


A zatem zapraszam.


------------


Wycieczka Via Ferratą by @Statyczny_Stefek ️18


Jakież było moje zdziwienie, kiedy chwilę po otwarciu edycji pojawił się sonet, którego autorem nie był @George_Stark . Tym razem proszę Państwa pierwszy z bloków startowych wystrzelił pan @Statyczny_Stefek ze swoją “Wycieczką Via Ferratą”. Jako, że nie znam języka włoskiego, ale znam angielski, więc “ferrata” momentalnie mi się z fretką skojarzyła. Tylko jak bym nie próbował to z żadnej strony nie mogłem tej fretki do kontekstu chodzenia po górach (które to chodzenie - przypominam - jest tematem sonetu) dopasować. Aż musiałem odwołać się do źródła wiedzy zbiorowej i sprawdzić w czeluściach internetu. Okazuje się, proszę Państwa, że “via ferrata” to z włoskiego “droga okuta” u nas zwana czasami “żelazną percią” - szyli górski szlak wyposażony dla bezpieczeństwa w stalową linę. Hejto bawi, hejto uczy - i nagle wszystko nabrało sensu!


Morze daleko poza sezonem by @Statyczny_Stefek ️20 


Pan @Statyczny_Stefek chociaż twierdzi, że jest raczej koneserem górskich krajobrazów, to ewidentnie podświadomie odczuwa bezmierną tęsknotę za kojącą aurą polskiego morza. A raczej za atrakcjami jakie to polskie morze oferuje: zapachem zużytego oleju ze smażalni, podchmielonymi rodakami, wrzaskiem bombelków na plaży mieszających się z głośną muzyką przez małe “em”… Ta melancholia znajduje ujście we wspaniałej elegii “Morze daleko poza sezonem”, gdzie wspomniana tęsknota wylewa się jak pot spod pachy (nie mylić z @UmytaPacha ) na plaży już w pierwszych wersach:  

Muzyczka nie gra, nikt rybki nie smaży

_Nie czujesz z ogródków zapachu wódki…_”

Panie @Statyczny_Stefek już za tydzień ukoję pańską tęsknotę fotorelacją (na życzenie może być nawet udźwiękowioną) z samego centrum półwyspu Helskiego.


Stereotypem na Giewont! by @Statyczny_Stefek ️12


Żeby szybko przykryć to swoje wzruszenie i tęsknotę za polskim morzem, pan @Statyczny_Stefek znowu ucieka myślami w góry. Jak zdążyliśmy się już wszyscy zorientować jest on jednym z kilku hejto-specjalistów od wędrówek po wszelkiego rodzaju szczytach, graniach, kotlinach, szlakach i innych wyrazach bliskoznacznych związanych z górami, w związku z czym, idealnie przed wakacyjnym sezonem postanowił przygotować dla nas Poradnik Górołaza. I tak proszę Państwa, na wyprawę w góry zaleca się: 


  • klapeczki, najlepiej japonki, żeby łatwo piasek i kamyki można było wytrzepać

  • słodki, gazowany napój, wzmocniony rumem lub wódeczką (co kto lubi), wiadomo - na odwagę

  • minimum odzienia wierzchniego, żeby nam nie ciążyło przy wchodzeniu pod górę, bo nie ma nic gorszego niż się zmęczyć i spocić

  • najlepiej sprawdzają się krótkie spodnie, koszulka “żonobijka” i modne okulary przeciwsłoneczne, najlepiej zakupione od górala w ramach wspierania lokalnych biznesów na Krupówkach

  • a z osprzętu to zdecydowanie smartfon z dobrym aparatem do selfiaków, resztę w razie czego dostarczy GOPR


I tak przygotowani możemy spokojnie iść w kolejkę na Giewont, gdzie swoim profesjonalnym strojem i ekwipunkiem idealnie dopasujemy się do towarzystwa na szlaku. Aha, jeszcze głośnik bluetooth się przyda, bo akustyka w górach jest ponoć fenomenalna. Ja Stefkowi wierzę więc prosto z plaży w Jastarni jadę po selfie do Zakopca.


Do Korsarzy by @Piechur ️20


Hejto to nowoczesny portal dla starych ludzi. Fakt ten jest znany i jest niezaprzeczalny. Dlatego, co jakiś czas (nawet częściej niż rzadziej), za sprawą nas - leciwych użytkowników, pojawia się jakiś wpis nostalgiczny. Wspomnienie tych czasów co były, a co ich teraz nie ma. Takie wspomnienie, ba! nie bójmy się tego powiedzieć - westchnienie, zawarte jest w kolejnym sonecie, który został zgłoszony do konkursu przez pana @Piechur . Sonecie, którego sam tytuł - “Do Korsarzy” - przywołuje na kupki smakowe niewinną słodycz szkolnych lat. Dzisiejsza młodzież, przebierająca w Żabkach i Biedronkach w Snickersach, Marsach czy innych M&Msach, nie zna smaku Korsarzy. Ale nie tego oczywistego smaku. Tylko smaku draży zakupionych w lokalnym sklepie Społem za drobniaki uciułane na skupach butelek lub makulatury. Mówią, że to co dobre szybko się kończy. Jak dobrze, że producent draży Korsarzy nie zna tego powiedzenia przez co pan @Piechur mógł napisać o nich sonet, ja mogłem nostalgnąć, a społem (taka gra słów) mogliśmy po te “niebiańskie doznania” pobiec do Żabki.


Wódka by @George_Stark ️17


Cztery sonety wytrzymał pan @George_Stark , zanim pojawił się ze swoim wytworem. Cztery! Gratuluję wytrwałości, powściągliwości i samokontroli. Sonet “Wódka” opowiada nam o nieuniknionych konsekwencjach, które czekają na nas ze strony płci pięknej po spożyciu tego narodowego trunku. Takim spożyciu w towarzystwie kolegów oczywiście, bo samemu to - wiadomo - alkoholizm. I tak jak pani Szymborska wprowadziła do naszego języka kilka nazw własnych dla krótkich form rymowanych, jak “odwódki, “lepieje”, etc. tak pan @George_Stark wprowadza nam do języka nazwę na towarzyskie spożycie alkoholu właśnie. A więc, moi drodzy, spożycie takie nazywa się “barzeniem”.

Co mnie jednak bardziej zaskakuje, to skąd pan @George_Stark , pomimo bycia bezżonnym tak doskonale zna te konsekwencje, z tą najpoważniejszą “w razie czego przyjmie mnie mama” szczególnie. No nic, zapytam go na następnym #hejtopiwo , kiedy będziemy się wspólnie “barzyć”. Przez “b” oczywiście!


Regaty by @George_Stark ️16


Jak już się pan @George_Stark pojawił, to wiadomo - seryjnie. I nie byłby sobą, gdyby nie dorzucił kolejnego wytworu do Cyklu Grudziądzkiego. I tak po uprzednim spożyciu “Wódki”, zabrał się za "Regaty". Wiadomo, że żeglarstwo i alkohol nie idą w parze. Nie inaczej jest tym razem, bo już w trzeciej zwrotce (a pierwszej tercynie) “do równowagi doszło zachwiania: wektory sił się stały niesforne” (piękne określenia na alkoholowe zaburzenia balansu) przez co teraz “zwłoki na plaży leżą dostojne”. Grudziądzkiej plaży. Chociaż jak wczoraj sprawdzaliśmy z panem @splash545 to już ich tam nie było. No ale może włodarze, ze względów estetycznych, postanowili je uprzątnąć przed koncertem Lady Pank. Wystarczy, że sam Borysewicz jest mało estetyczny. Choć śpiewa wybornie.


Do prezesów-kolejarzy by @George_Stark ️15


Do prezesów-kolejarzy to wytwór, w którym autor - @George_Stark w 14 wersach, zawarł w naszym imieniu wyraz społecznego sprzeciwu wobec sposobu w jaki traktuje nas kolejowy monopolista. Sprzeciwu wobec tego jak gardzi naszym czasem, szydzi z naszych planów, drwi z naszych ciężko zarobionych pieniędzy, za które z masochistycznym uporem wciąż kupujemy bilety. Bilety na podróż przez wszystkie odcienie frustracji, malowane przesiadkami, opóźnieniami i zmianami w i tak nieczytelnych i niezrozumiałych rozkładach. Myślę, że pani @KatieWee mogłaby coś więcej na ten temat powiedzieć. Ale @George_Stark zawarł też groźbę. Groźbę alternatywy. Tylko Panie @George_Stark dlaczego ta alternatywa - Tiguan - jest po niemiecku? Kiedy ja wiem, że Pan miłością darzy wytwór wschodniej myśli technologicznej - Ładę Nivę. No chyba, że o rym chodziło - to ok.  


Serca drgania by @fonfi ️13


Klasycznie na ostatnią chwilę, korzystając z okazji, że edycja się przedłuża, wpada pan @fonfi . Zamyślony i rozmarzony. I pisze nam w swoim wytworze “Serca drgania”, że chciałby, ale tak jakby nie może. Uzewnętrznia nam się ze swoim pragnieniem bycia kochanym, kiedy chłop ma żonę przypominam. Wychodzi na to, że on też kocha, ale się udręczać. A słowami “Aż serca bicia nie umilkną drgania” twierdzi, że będzie się tak udręczać, aż zadręczy się całkiem. No dekadentyzm pełną gębą. Tylko śmiem twierdzić, że mu z tą dekadencją zupełnie nie do twarzy - do wąsów panu, panie @fonfi , nie pasuje.


Jowej by @onpanopticon ️8


A na sam koniec, po tej całej poetyckiej uczcie - deser. Deser w postaci debiutu w sonetach. Pan @onpanopticon dołączył do naszych kawiarnianych zabaw już jakiś czas temu. I jest na szlaku, który przeszedł chyba każdy z nas. Zaczął w czterech rymach i teraz zjawił się z sonetem. Sonetem “Jowej”, co po polsku znaczy “Rower”. Muszę się przyznać, że podsumowując ten utwór jestem, proszę Państwa, daleki od obiektywizmu. Tak daleki jak długie są rowerowe wyprawy pana @onpanopticon a. Dlaczego - zapytacie? Dlatego, że moja cała przygoda z poezją (przez małe “pe”) również zaczęła się od roweru i pisania o nim, a miała swoje ujście w "endorfikach" (autoreklama). Dlatego ja w pełni rozumiem ten stan upojenia endorfinami, kiedy myśli szaleją a słowa i rymy same się cisną na usta. Albo na papier. Albo na ekran. Co kto woli. I całym sobą, każdym kawałkiem odbierałem i czułem te “gościńca grudki”, “rytm przerzutki”, “ślady kół w ziemi niezłomne” i coś co może Państwa zaskoczyć, a jest wspólne tak dla poezji, jak i jazdy na rowerze - “mego z sobą spotkania”. No wzruszyłem się, no. Cieszymy się Panie @onpanopticon z Pańskiego towarzystwa tutaj i proszę pamiętać, że czeka na Pana jeszcze tag #naopowiesci .


----------------


Otwierając edycją napisałem Państwu, że pomysł na wyłonienie zwycięzcy mam odważny i szalony. Jednak tak jak się obawiałem pomysł spalił na panewce i niestety pan profesor Ryszard Koziołek, polonista i rektor Uniwersytetu Śląskiego moją wiadomość-prośbę pozostawił bez odpowiedzi. Niektórzy powiedzą, że może to i dobrze. W każdym razie, Panie Profesorze, jeśli jednak jakimś zrządzeniem losu zawita Pan tutaj do naszej Kawiarni, to moja propozycja pozostaje aktualna. 


W związku z tym wygranego musimy wyłonić klasycznie. Na podstawie vox populi. Podliczając głosy, mam nadzieję, że zdecydowanie bardziej skrupulatnie niż komisje wyborcze, wyszło mi, że mamy remis pomiędzy panami @Statyczny_Stefek i @Piechur . W takiej sytuacji, pozostawiając decyzję ślepemu losowi, rzut monetą zadecydował, że laur zwycięzcy w LXXX (słownie: 80) edycji #nasonety trafia do pana @Piechur .


Państwu dziękuję za uwagę a zwycięzcy gratuluję. I klasycznie już współczuję.


EDYP:  


Wódka by @RogerThat ️11

Jak słusznie Pan @RogerThat był zauważył w komentarzu poniżej, został pominięty w podsumowaniu powyżej. Trochę z własnej winy, chociaż chyba jednak z mojej bardziej. A na pominięcie absolutnie nie zasługuje. Pan @RogerThat zdążył zgłosić się do konkursu nawet przede mną i przed każdym z dwóch możliwych terminów czyli przed piątkiem co miał być 19, a nawet przed czwartkiem co 19 faktycznie był.


W ten sposób okazuje się, że w edycji mamy dwa wytwory o tym samym tytule “Wódka”. Jednak “Wódka” pana @RogerThat smakuje zupełnie inaczej niż ta od @George_Stark . Jego wódka jest zdecydowanie bardziej gorzka, chociaż smak jej osładzają kobiece usta. Ale żeby tylko jedne usta. Autor oddaje się “barzeniu” w towarzystwie wielu - naliczyłem sześć (słownie: 6) - kobiet. W pewnym momencie upojenie alkoholowe na tyle go zamracza, że dla jednej z dam, decyduje zadłużyć. Dam - bo już Bułhakow w "Mistrzu i Małgorzacie" pisał, że tylko damy piją wódkę. A może to o spirytus chodziło? Ale odbiegam. W każdym razie, z powodu zadłużenia, a więc barku środków na kolejne “kolejki” autor popada w przygnębienia i powoli trzeźwieje przy stoliku w kącie.

Sam.

Bez dam.

Co tylko dowodzi, że damy (a przynajmniej barowa ich odmiana) to jednak tylko na kasę są łase. Wniosek gorzki, jak wódka.


#nasonety #podsumowanienasonety #zafirewallem

@fonfi ale tak merytorycznie: podsumowanie wspaniałe, jutro muszę przeczytać ponownie, bo dziś miałem ciężki dzień, a nie chciałbym ani słowa stracić.

Chyba w #naopowiesci się lepiej sprawdzę, bo nawet twoje opowiadanie o sonetach bardziej mi je rozjaśniło, niż one same Ja nie wiem jak ja przeglądam to hejto, ale nawet nie wiedziałem, że podsumowania są takie pełne pasji


"Zazdraszczam" talentu kawiarenkowiczom, bo się wprost wylewa z ekranu. Nieraz co drugą frazę się zatrzymuję i mówię "kurde, fajne". A ta jakże wykwintna myśl dobrze obrazuje jakimi słowami operuje moja głowa na co dzień ( ͡° ͜ʖ ͡°)


Gratulacje dla wszystkich, no ale jako się rzekło laury zbiera Pan @piechur

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Korzystając z okazji, że @fonfi - pomimo, że pisał że zabawa trwa do piątku 19 czerwca, a dzisiaj nie dość, że mamy piątek to na dodatek 20 dzień czerwca - nie zakończył jeszcze LXXX edycji #nasonety, to pozwolę sobie wrzucić swój wytwór #diriposta.


Serca drgania


Chciałbym się kiedyś w końcu odważyć,

Posłuchać serca, przegonić smutki,

Mentalnych blokad roztrzaskać kłódki,

I marzyć.


Aby uwagą ktoś dziś mnie obdarzył,

Bym poczuł się ważny, a nie malutki,

O byciu kochanym - choć przez moment krótki,

Bym marzył.


Lecz mnie ciągle trawią: obawy, wahania,

I bez odpowiedzi ulotne pytania,

Na wpół obłąkane pragnienia ułomne.


Wiem też, że widma tych cierpień ogromnych,

Nie będę władny się pozbyć, zapomnieć,

Aż serca bicia nie umilkną drgania.


#zafirewallem


PS

Że też nikt poza panem @onpanopticon takiego babola w datach mi nie wytknął.

@fonfi jak już to przeczyta to może uznać za mocnego kandydata do zwycięstwa.

Btw ja zauważyłem babola w dacie, ale nie mam serca, żeby wytykać.

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Chwilę się zastanawiałem, czy poniższy wpis umieścić w społeczności #rower czy #zafirewallem . Zdecydowałem, że ze względu na formę i objętość jednak bardziej pasuje do Kawiarni, a nawet pod tag #naopowiesci .


Chociaż od naszego (mojego i syna) startu w wyścigu Mazowiecki Gravel minął już prawie tydzień, to dopiero dzisiaj udało mi się znaleźć trochę czasu żeby wrażenia zebrać i spisać w poniższe podsumowanie, które niespodziewanie przyjęło formę opowiadania. Wyszło ciut dłuższe niż planowałem, ale mam nadzieję, że spokojnie mogę życzyć Państwu miłej lektury.


Dla tych co nie lubią czytać - TLDR: Było super - za rok jedziemy jeszcze raz!


Aha jeszcze #rowerowyrownik

184 314 + 18 + 133 + 18 = 184 483


Mazowiecki Gravel 2025


No więc mam syna. Mam syna marudę. Zupełnie nie wiem po kim on taki jest. Chociaż się domyślam. Zwłaszcza, że cechy dziedziczne ujawniają się podobno w co drugim pokoleniu.


W ramach aktywizacji ruchowej i spędzania czasu z dzieckiem (dzieckiem! - toż to dorosły facet już jest) postanowiliśmy (już rok temu) wybrać się razem na rowerowy ultramaraton Mazowiecki Gravel. Niepomni zeszłorocznej gehenny - po raz drugi postanowiliśmy. 


Ultramaratony mają coś takiego w sobie, że jedziesz taki, przeklinasz pod nosem swoją głupotę, rzucasz w rozciągającą się po horyzont przestrzeń pytania o sens tej udręki, zastanawiasz się za jakie grzechy za własne pieniądze sam sobie to robisz, po czym na mecie, na czworaka, ze łzami w oczach i bananem na twarzy zapisujesz się na kolejną edycję. Na dwa razy dłuższy dystans.


Na szczęście, jakieś resztki rozsądku uratowały nas przed kompletną katastrofą i na dwa tygodnie przed startem, mając na uwadze to, że w tym sezonie z powodu matury syn przejechał całe zero (słownie: 0) kilometrów na rowerze, stwierdziliśmy, że dystans 250 kilometrów może być jednak lekką przesadą i skróciliśmy go do kilometrów 120. A konkretnie do 133, bo okazuje się, że organizatorzy pozwolili sobie na dużo swobody wytyczając trasę czegoś co sami nazwali MG120.


Start w sobotę, 14 dnia czerwca z plaży w Nieporęcie nad Zalewem Zegrzyńskim. Przeczuwając problemy z miejscami parkingowymi postanawiamy - no dobrze, ja postanawiam - że na start dojedziemy rowerami. Czyli dodatkowe 15 kilometrów. W jedną stronę. 


Wyruszyliśmy skoro świt o 8 rano, z lekkim poślizgiem, dlatego że: 

- skarpetki nie takie

- tato, gdzie są moje okulary?!

- synu, dojedz to śniadanie!

- tato, powerbank mi się nie naładował!!!


Droga nad Zalew Zegrzyński wzdłuż Kanału Żerańskiego jest urocza. Zwłaszcza rano. Upał jeszcze nie dokucza, pusto, cisza jak makiem zasiał…

– Tato, tato!!! Rower mi piszczy! Jak on tak będzie piszczał przez całą trasę to ja nie jadę! Zrób coś!

No w mordę jeża - wczoraj jak go szykowałem to nie piszczał. 

– Pewnie trochę wody się do piasty dostało i popiskuje. Zaraz wyschnie i przestanie.

Na szczęście, faktycznie po kilku kilometrach wszystko ucichło. No prawie wszystko.

– Tato, tato!!! Zimno mi! Daj mi kurtkę wiatrówkę!

– Jest 18 stopni, za 10 minut się rozgrzejesz i będziesz ją zdejmował.

– Ale mnie teraz jest zimno!

Dziesięć minut później.

– No faktycznie już mi ciepło. Daleko jeszcze?!


I tak, rozmawiając sobie jak ojciec z synem dotarliśmy na linię startu, gdzie okazało się, że do dystansów mam podejście równie swobodne jak organizatorzy, bo na start było nie 15 a 18 kilometrów. Co oczywiście zostało mi momentalnie przez syna wypomniane.


Start. Wyjechaliśmy z plaży, pomachaliśmy panom policjantom zabezpieczającym imprezę i skierowaliśmy się w stronę Zegrza Południowego.

– Tato, tato!! Czy my jedziemy w stronę Zegrza Południowego?!

– Tak.

– Ja tam ostatnio z kolegami byłem! Tam wszystko jest rozkopane! Boże, jak my tamtędy przejedziemy?!

Okazało się, że bez problemu. Minąwszy rozkopane krzyżowanie, po kilkuset metrach wjechaliśmy na most nad Narwią by po chwili skierować się na wschód, w kierunku Pałacu Krasińskich i dalej na Serock.

– Tato, tato!!! Ja kojarzę tą drogę!!

– Tę!

– Co?!

– Nie tą, a tę drogę.

– No przecież mówię, że ją znam! Tam jest taki dłuuuugi podjazd!! Od razu na początku?! Bez sensu! Kto tak bezmyślnie układał trasę?! Daleko jeszcze?!

Zerknąłem na profil wysokościowy na nawigacji. Faktycznie podjazd był. Całe 20m w górę i 500m długości. Niech będzie - nawet bieg w przerzutce zmieniłem. 


Zaraz za podjazdem, droga wyprowadziła nas na skraj pola, między urokliwe domki letniskowe położone nad samym zalewem. I szuter.

– Tato, tato!!! Jak to - już się asfalt skończył?! Przecież to dopiero 6 kilometr!

– Synu, to jest Mazowiecki Gravel. Jak chciałeś jechać wyłącznie asfaltami, trzeba było zapisać się na Mazowiecką Szosę.

– A to była taka możliwość?! Dlaczego mi nie powiedziałeś?!

– Była. Nie mówiłem dlatego, że masz rower “gravelowy” a nie “szosowy”.

– Aha. A daleko jeszcze?


Z osiedla letniskowego, piękna parkowa aleja zaprowadziła nas prosto do Serocka. Tutaj przez parę kilometrów poruszaliśmy się drogą rowerową wytyczoną przy dość ruchliwej trasie na Pułtusk, gdzie szum samochodowy skutecznie uniemożliwiał synowi marudzenie, aż mostem Obrońców Ziemi Serockiej przekroczyliśmy Narew po raz drugi i skierowaliśmy się wzdłuż jej brzegu na północ.

– Tato, tato!!! Chyba połknąłem muchę!

– Sprytnie synu. Trochę białka ci nie zaszkodzi. Dobrze, że masz okulary bo inaczej jadłbyś oczami.

– Ale dlaczego tu jest tyle owadów?!

– Bo jedziemy wzdłuż rzeki, w koło same podmokłe tereny. Owady lubią takie obszary.

– Jak ja nienawidzę tego latającego badziewia! Daleko jeszcze?!


Na szczęście po kilkunastu kilometrach oddaliliśmy się nieznacznie od linii wodnej, zostawiając chmary owadów i gruntową drogę przy wale, i wjechaliśmy na lokalne asfalty wijące się malowniczo między mazowieckimi polami i łąkami, pachnącymi na zmianę niebieszczącą się facelią, chabrami i… nawozem. Niesieni tym aromatem i pięknymi widokami, całkiem przyzwoitym tempem mijaliśmy wsie o ujmujących w swej prostocie nazwach, takich jak Kruczy Borek, Łęcino, Nowe Borsuki czy Borsuki Kolonia szukając miejsca na postój, bo w nogach mieliśmy już ponad 30 kilometrów. Nie licząc oczywiście drogi na start, który to fakt regularnie, co parę kilometrów, był mi przypominany.

– Tato, tato!! Tu jest piach po obręcze!! Nie przejadę! Ja wysiadam!

– Ale wysiadasz literalnie, żeby ominąć tę łachę, czy metaforycznie i mam dzwonić po mamę?

– Jeszcze nie wiem.

To ewidentnie była oznaka, że zapracowaliśmy na chwilę odpoczynku. W związku z tym dosiedliśmy się - chociaż to tylko figura stylistyczna, bo tak naprawdę to staliśmy po prostu pod czyimś płotem - do grupki innych, pokonanych przez piaskową łachę uczestników wyścigu. Wcinając banana, Snickersa i żel energetyczny, kibicowaliśmy i żartowaliśmy z tych co usilnie próbowali nie spaść z rowerów przedzierając się przez faktycznie dość długi, sypki i mocno zdradliwy kawałek trasy. 


Nabrawszy siły, energii i chęci - no dobrze, z tą chęcią to może nie przesadzajmy - ruszyliśmy dalej. Kolejne kilometry to było istne gravelowe niebo, gdzie długie szutrostrady, leśne dukty i drogi pożarowe o nawierzchniach, które choć pokryte żwirem, to zdecydowanie lepsze niż niejeden wiejski, wysłużony asfalt, niosły nas przez kolejne kilkanaście kilometrów. Nawet syn przestał chwilowo marudzić. Chociaż podejrzewam, że to raczej efekt tego, że zakleił się Snickersem. 


Kiedy jednak tempo ponownie zaczęło nam spadać, w okolicy 50 kilometra zdecydowaliśmy się na kolejną krótką przerwę. Na skrzyżowaniu dróg, znaleźliśmy uroczą kapliczkę schowaną w cieniu wielkiej topoli i otoczoną ławeczkami, które jako że maj już się skończył, były wolne od lokalnych babć. Idealne miejsce na krótki odpoczynek i faszerowanie się cukrami w różnej postaci i stanie skupienia.


Tym razem nie zabawiliśmy długo i już po kilkunastu minutach zebraliśmy się i ruszyliśmy dalej. Jeszcze przed połową trasy minęły nas “charty” z dystansu MG250, poruszający się co najmniej dwa razy szybciej od nas oraz grupa kilkunastu pań jadących w jednakowych, firmowych strojach Dantex, Dłutex czy jakiejś innej perły polskiego nazewnictwa zakończonej na “…ex”.

– Tato, tato!! Siku mi się chce.

– No to stańmy tu gdzieś w lesie.

– Eee, aż tak to mi się nie chce.

– Dobrze, to powiedz jak już Ci się będzie tak chciało.

– Daleko jeszcze?

W ten sposób dotarliśmy do 65 kilometra gdzie, niemalże idealnie w połowie trasy, był sklep. Jako że powoli kończyły nam się napoje w bidonach nie omieszkaliśmy skorzystać z nadarzającej się okazji. Zakupiliśmy izotoniki z Igą Świątek szydzącą z nas bezczelnym uśmiechem z etykiety, zimną oranżadę i colę. Ja uzupełniłem też zapas Snickersów, skoro wiedziałem już, że doskonale działają zarówno na zmęczenie jak i marudzenie syna.

– Tato, tato!! A może ta pani w sklepie pozwoli mi się wysikać w toalecie.

– Nie pozwoli.

– Ale dlaczego, przecież musi mieć tutaj toaletę.

– Nie pozwoli, bo jakby w ramach precedensu (trudne słowo) pozwoliła tobie, to musiałaby pozwolić też innym. Wyobraź sobie jakby wyglądała ta toaleta jakby przetoczyło się przez nią kilkaset osób.

– Ale ja jednak spróbuję.

– Spróbuj.

Dwie minuty później.

– Nie pozwoliła. Daleko jeszcze?

– Nie, już tylko połowa.


Zaopatrzeni, napojeni i z wciąż jednym pełnym pęcherzem pojechaliśmy dalej. Po kilku kilometrach asfaltów klasy Kongo, znowu zaczęły się leśne szutry. Dogoniliśmy grupę dziewczyn spod znaku Dywanex siedzących na skraju drogi. Chociaż Mazowiecki Gravel to wyścig typu self-support, to jednak kultura nakazywała nam chociaż zapytać: 

– Wszystko OK? Czegoś wam potrzeba?

– Masażu od prawdziwego mężczyzny – odkrzyknęły dziewczyny

– To muszę was zmartwić, bo prawdziwi mężczyźni to jadą na dystansie MG500, tutaj to możecie liczyć tylko na takich jak my.


Od nas masażu nie chciały. Może to i dobrze, bo zupełnie się na masowaniu - zwłaszcza w warunkach polowych - nie znam. 

– Tato, tato!! Daleko jeszcze?

– Niedaleko. A co?

– No bo mi się ciągle siku chce.

– No to zjedźmy tutaj, kawałek w boczną drogę i się wysikasz.

– Ale ja mam nieśmiały pęcherz.

– A 20 kilometrów do Wyszkowa wytrzyma? 

– Nie.

– No to sikaj.

Zatrzymaliśmy się przy leśnej, bocznej dróżce gdzie wziąłem rower od syna.

– Sikaj.

– Nie mogę! Nie leci!

– Zaraz poleci. O widzisz, już leci.

– Ale tu lata jakieś robactwo!! Coś mi usiadło na nodze! Odgoń tego robaka! Aaa, on mi na siusiaku chce usiąść!!  

– Nie machaj tak tą ręką bo sobie nasikasz na rękawiczkę.

– Aaa, nasikałem sobie na rękawiczkę!!


I tak z mokrą rękawiczką ale pustym pęcherzem udało nam się pojechać dalej. Raptem po kilkuset metrach, przy skraju drogi stała drobna dziewczyna i ze zrezygnowaną miną uważnie oglądała tylne koło. Chociaż, jak już wspominałem, Mazowiecki Gravel to wyścig typu self-support, to jednak kultura i “białorycerskość” nakazała nam zapytać:

– Wszystko ok?

– Powietrze mi zeszło. Tylko nie wiem czy po prostu zeszło czy dziura.

– Pomóc Ci?

– Nie trzeba.

– No to pomożemy.


Zatrzymaliśmy się więc, żeby pomóc. Skomplikowaną metodą uciskania opony palcami, fachowo stwierdziliśmy to, co koleżanka i tak już wiedziała, że faktycznie nie ma w niej powietrza. W oponie znaczy się, nie w koleżance. Chociaż ona też wyglądała na wypompowaną. Dziewczyna trzymała już naszykowaną swoją kieszonkową mini pompkę.

– Poczekaj, mam większą – powiedziałem z dumą i odpiąłem swoją półmetrową retro-pompkę, którą miałem przymocowaną do ramy, na co syn stanął trzy metry dalej i udawał, że mnie nie zna – Tą będzie zdecydowanie szybciej.

Faktycznie wystarczyło kilka mocniejszych ruchów, żeby napompować koło.

– Pojedź kawałek, zobaczymy czy nie będzie schodzić. Jak się okaże, że to dziura to pomożemy Ci z dętką.

Wsiedliśmy na rowery, ruszyliśmy ale po jakiś 200 metrach okazało się, że to chyba jednak dziura, bo powietrze znowu zupełnie uszło. Rozstawiliśmy się obok drogi i raźnie zabraliśmy się za wymianę dętki. Oraz za opędzanie od wielkich czerwonych mrówek. Na szczęście operacja przebiegła szybko i sprawnie i już po kilku minutach i kilkunastu ugryzieniach mogliśmy jechać dalej. Elwira, bo tak koleżanka miała na imię (tak na prawdę miała inaczej, ale na potrzeby tej historii nie ma to najmniejszego znaczenia) pojechała kawałek z nami zabawiając nas rozmową. Dowiedzieliśmy się, że jedzie z kolegami, ale każdy mniej więcej swoim tempem i mają się zjechać za chwilę na pitstopie w Wyszkowie.


Szybko okazało się, że Elwirze ewidentnie nie pasowała nasze turystyczne tempo, więc pomachaliśmy sobie i koleżanka popędziła w siną dal.

– Tato, tato!! Daleko jeszcze?

– Ale do końca czy do popasu w Wyszkowie?

– Na razie do popasu.

– To nie. Już za chwilę będziemy.

I rzeczywiście minęliśmy pierwsze zabudowania Wyszkowa i w kilka minut dojechaliśmy do restauracji, którą ktoś, zupełnie nie wiem dlaczego, postanowił oryginalnie nazwać “Wyszkowianka”. Ochlapaliśmy się w toalecie, złapaliśmy po misce zupy pomidorowej, butelkę piwa bezalkoholowego i zaczęliśmy się rozglądać za wolnym stolikiem. Niestety nie było takiego. Zapytaliśmy więc pana, który siedział sam przy czteroosobowym stole czy możemy się dosiąść. Okazało się, że co prawda pan jedno miejsce trzyma dla kolegi, który zaraz ma dojechać, ale dwa pozostałe możemy sobie zająć.


Niezręcznie jest tak siedzieć przy jednym stole i się do siebie nie odzywać (syn się nie odzywał, bo nie miał siły) więc zapytałem pana czy ten stary Author co stoi obok jest jego. Okazało się, że tak. A że ja też jechałem na starym Authorze (MTB z 1998 roku przerobionym na gravela) to bardzo szybko znaleźliśmy wspólny język i między łyżkami zupy pogrążyliśmy się w dyskusji, że kiedyś to były czasy i rowery a teraz to nie ma ani czasów, ani rowerów.


W pewnym momencie okazało się, że kolega dla którego pan trzymał miejsce przegapił Wyszków (a przynajmniej Wyszkowiankę) i jest już kilka kilometrów dalej na trasie. W związku z czym przemiły pan złapał pośpiesznie swojego Autora i ruszył w pogoń, życząc nam powodzenia. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę, ale też zebraliśmy się bo do mety mieliśmy jeszcze jakieś 50 kilometrów.

– Tato, tato!! Wahoo (nawigacja, przyp. red.) mi się rozładowuje.

– No dobrze, to podłączmy do niego powerbank.

– Nie ładuje się!! Boże, zgubimy się tutaj i nie dojedziemy do domu! Dzwoń po mamę!

– Spokojnie, może kabel się uszkodził. Podjedźmy na stację benzynową po nowy, bo dalej to już tylko pola.

– A daleko jeszcze?

– Do stacji? Nie - o tam już ją widać.


Jak postanowiliśmy - tak zrobiliśmy. Zaopatrzyliśmy się w nowiutki, bielutki kabel microUSB marki “Krzak” i już po kolejnych kilku kilometrach bateria w Wahoo padła całkiem. Niestety - co okazało się dopiero później - nawigacja, a konkretnie gniazdo ładowania dokonało swojego żywota. Wyścig gravelowy - piękna śmierć dla komputera rowerowego. Na szczęście mieliśmy drugi.


Z Wyszkowa wyjechaliśmy nad naburzańskie wioski, pola i łąki, gdzie na mniej więcej setnym kilometrze czekała na nas największa atrakcja na trasie - przeprawa przez bród na rzece Fiszor.

– Tato, tato!! Daleko jeszcze?

Teraz bez nawigacji, która zanim wysiadła pokazywała synowi dystans i odległość do mety, pytanie wybrzmiewało z nieznośną częstotliwością.

– Niedaleko, do brodu jakieś 2 kilometry.

– To powinno być go już widać. A ja go nie widzę! Zresztą tu są same pola! No gdzie jest ten bród!?

– Zaraz dojedziemy.


Dojechaliśmy. Przy brodzie czekał na nas nieoficjalny pitstop zorganizowany przez kibicujących, okolicznych mieszkańców. Zostaliśmy nakarmieni i zaopatrzeni w banany, można było uzupełnić bidony wodą i zrobić sobie zdjęcie przy zaimprowizowanym stoliku z różnymi antykami i szpargałami.

– Tato, tato!! Przecież tam jest woda po kolana! Jak my to przejdziemy!

– Zdejmujesz buty, wieszasz sobie za sznurówki na szyi, bierzesz rower na ramię i idziesz.

– Ale tam są kamienie i jakieś tłuczone cegły na dnie! Pewnie nawet szkło. Na pewno się poślizgnę!

– Dlatego spakowaliśmy do sakwy buty do chodzenia w wodzie. Zakładaj.

– To się nie może udać!

– Uda się.

Udało się. Przeszliśmy na drugą stronę, nawet nie mocząc rowerów. Co prawda ja dwa razy zgubiłem po drodze klapka i niewiele brakowało, żebym wywinął orła próbując go założyć stojąc na jednej nodze z 14 kilogramowym rowerem na ramieniu. Ale udało się. Na drugim brzegu siedliśmy sobie na trawie, żeby wytrzeć nogi. Obok nas siedziały już dziewczyny z Dębexu, które przeprawiały się dosłownie chwilę przed nami i teraz na mokre nogi zakładały skarpety i buty.

– Popatrzcie, chłopaki to mają ręcznik. Przydałby się taki. - skomentowała jedna z nich.

– Bo ja, droga Pani, to z racji bycia weteranem tego brodu, jestem przygotowany - skrupulatnie przemilczałem fakt, że ręcznik do sakwy w ostatniej chwili wrzuciła mi żona  

– Tak często Pan tędy jeździ?

– Tak , codziennie do pracy – zażartowałem – i właśnie pokazuję synowi jaką ojciec ma drogę do roboty.

– No właśnie! Ucz się młody, ucz! Bo jak nie, to będziesz jak stary codziennie do pracy przez bród, a zimą przez zaspy się przedzierał - wtrącił wesoło jakiś starszy jegomość.

– A o której startowaliście? - zapytał kolejny

– O 9:25.

– Matko, ja o 8:00! To ja tak wolno jadę?!

– Możliwe, chociaż zakładam, że pan raczej dystans 250 a my 120 kilometrów.

– Faktycznie. To mnie uspokoiliście.

Jak widać atmosfera wesoła, a śmiechom nie było końca.


Od brodu do mety zostało nam jakieś 30 kilometrów. Większość asfaltami przez leżące nad Bugiem malownicze wsie i osiedla letniskowych działek, gdzie Warszawiacy uciekają na weekendy i wakacje. Na tych ostatnich kilometrach zagęściło się od zawodników i bez przerwy doganiali nas i wyprzedzali kolejni zawodnicy z dystansu MG250, ale nam to zupełnie nie przeszkadzało i toczyliśmy się swoim tempem, rozkoszując się krajobrazem skąpanym w popołudniowym słońcu.

– Tato, tato!! Daleko jeszcze?

– Niedaleko. Jakieś 13 kilometrów.

– To ja sobie tutaj usiądę i cichutko umrę, dobrze?

Oho, ewidentnie nadszedł czas na ostateczne środki zaradcze. Wyciągnąłem z sakwy tajną broń - czarną saszetkę żelu SIS Beta Fuel Ultra Turbo Super Hiper Dual Boost. Albo - zgodnie z informacją na etykiecie - zapewni nam Ultra Turbo dawkę energii, albo taka ilość chemii spowoduje gwałtowny rozstrój żołądka. Tak czy siak efekt powinien być taki sam - wjedziemy pędem na linię mety. Miły truskawkowo limonkowy smak rozlał się ciepłem po naszym organizmie i już po chwili pędziliśmy - no dobrze, toczyliśmy się - w kierunku mety. Ulicą Wczasową wjechaliśmy do Białobrzegów, skąd - utyskując na plączących się wszędzie pieszych - ścieżką rowerową dotarliśmy do Nieporętu. Jeszcze tylko korek na moście przed rondem koło McDonalds, ostatnie metry i meta!


Dojechaliśmy.

– Tato, tato!! Dzwoń po mamę, bo ja to rowerem do domu nie wracam…


Epilog.

Kiedy na mecie odbieraliśmy medale i gratulacje od organizatorów usłyszeliśmy radosne “To oni!”. Okazało się, że to Elwira biegnie do nas ze swoją ekipą.

– Chłopaki, zobaczcie - to oni pomogli mi z dętką na trasie.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że ekipa Elwiry to ten sam właściciel starego Authora, z którym jedliśmy zupę w Wyszkowiance i kolega, który się zagapił i na tę zupę się nie załapał. 800 osób startujących w wyścigu a my pomagamy na trasie jakieś losowej osobie, po czym spokojnie, niczego nieświadomi jemy sobie obiad siedząc przy stoliku z jej znajomym. Chyba trzeba puścić Lotto.


Aha. Mój rower do samochodu już się nie zmieścił, do domu musiałem dokręcić te dodatkowe 15 kilometrów. To znaczy 18.


A w przyszłym roku pojedziemy MG250.

93246a68-5844-463d-aa25-59b9619ff3cb
4fc7410d-cd8c-4807-8007-7882f2982473
31a3c14c-aa5c-41f1-a7ed-02a342505e86
c3e6c497-e598-4b96-a3d1-546c67d659e5
f6d01fc4-a61c-49e4-b692-0e90ba08630d

To ja już miałem priva pisać do @fonfi że gdzie relacja, gdzie chociaż adnotacja do równika. No nie pochwali się nawet.


Ale... no tak. To przecież nie tylko rowerzysta, ale też grafoman-artysta, co w kawiarni za Firewallem sobie mieszkanko urządził


Super relacja! Zarówno zachęca do takich przygód, jak i może stanowić lekką przeszkodę w promowaniu rodzicielstwa i zwiększania dzietności w Polsce xD


Za rok sądzę, że moja forma będzie już odpowiednia, to mam nadzieję, że widzimy się na trasie. Bo właśnie w owe 250 bym celował.

@fonfi super relacja! Wcześniej dałem piorun, ale dopiero teraz miałem "chwilę", żeby przeczytać


Ehhh, teraz trzeba poszukać okoliczne imprezy tego typu i formę poprawiać

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Wygląda na to, że dzisiaj wypadło na mnie. Tym razem zaproponuję Państwu rymy ukradzione z jednego z wierszy pana Adama Asnyka "Publiczność do poetów", chociaż sam temat w przeciwieństwie do wiersza jest zdecydowanie bardziej przyziemny.


Temat: Ser długo dojrzewający

Rymy: nutę - bezbrzeżną - zatrute - lubieżną


Miłej zabawy i udanego rymowania 


#naczteryrymy #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

W zasadach bieżącej edycji Pani @moll napisała, że zwycięży najkrótsze zgłoszone opowiadanie, w związku z czym już wiem, że szans na wygraną nie mam i spokojnie mogę pogratulować pani @KatieWee . Jednak zupełnie mnie to nie powstrzymuje przed podzieleniem się z Państwem opowiadaniem o Radku. Radek jest... No właśnie - kim? Mam nadzieję, że uda się Państwu odgadnąć, bo jestem pewien, że każdy z nas ma gdzieś w domach koszyczki, pudełka czy szuflady pełne takich Radków. A ja liczę na obiecany bonus za utrzymanie tożsamości Radka w tajemnicy.


Mam nadzieję, że tym krótkim wstępem zachęciłem Państwa do zapoznania się z jednym dniem (w sumie to tylko porankiem) z życia Radka.


Miłej lektury.


************


Radek


Jak co dzień, punktualnie o 5:45, gdzieś na drugim końcu mieszkania ożył budzik. Ożył, drąc się w niebogłosy słowami “Wake me up before you go-go!”. 


– Zamknij się! – krzyknął Radek z kuchni, chociaż wiedział, że i tak nic nie wskóra.


Na szczęście tym razem budzik zdążył odśpiewać tylko jeden refren, zanim klapnięcie dłonią definitywnie go uciszyło. Osobiście nie miał nic do twórczości zespołu Wham!, nawet lubił Georga Michaela, ale na litość boską, ile razy można słuchać w kółko tego samego?!


Przeciągnął się leniwie na najwyższej półce w kuchni i wyjrzał zza krawędzi wiklinowego koszyka, który od dawna był jego domem. Mieszkał w nim razem z całą gromadką “braci” i “sióstr” - bo chyba takie określenie najbardziej pasowało do gęsto upakowanej rodziny, do której co jakiś czas trafiał ktoś nowy.


Niewyraźne mamrotanie domowników, szuranie kapci i szum wody w łazience, były niekwestionowaną przesłanką tego, że dom powoli - i zdecydowanie niechętnie - budzi się do życia. Spojrzał na godzinę na wyświetlaczu piekarnika.


– Oho, 5:59. Zaraz wstanie ta młoda i będzie awantura o łazienkę. “Shit storm” za 3… 2… 1…

– Maaaamoooo!!! Bo on mi znowu zajął łazienkę! Ja nie zdążę się przed wyjściem umalować! – rozległo się wycie.

– Punktualnie! - skwitował Radek, opierając się wygodnie o brzeg koszyka, żeby mieć lepszy widok.


Leniwe szuranie wciąż niemrawych domowników zastępowała coraz bardziej nerwowa krzątanina w kuchni. Ekspres do kawy został brutalnie wyrwany z drzemki, zatrzeszczał wysłużonymi, starymi wnętrznościami a teraz krztusił się, wypluwając gorący czarny płyn do filiżanek. Radek głęboko zaciągnął się aromatem świeżej kawy, aż mu się warstwy foliowego laminatu na piersi napięły i przyglądał się procesowi robienia kanapek.


Na drewnianej desce do krojenia wylądowały cztery kajzerki. Wyjęte z papierowego worka, nagle oślepione jaskrawym światłem, nie zdążyły się nawet dobrze rozejrzeć kiedy ostry jak brzytwa nóż rozharatał je na połówki.


– Ładne, szybkie cięcie – fachowo ocenił Radek – ciekawe z czym będą kanapki?


Z zainteresowaniem obserwował jak bułki pokrywa najpierw cienka warstwa masła, potem jak na każdej ląduje plasterek wędliny i kolejny - smakowicie pachnącego sera.


– Żonaaaa! Mamy gdzieś pomidory albo sałatę?  

– A kupiłeś wczoraj, jak prosiłam?  

– A prosiłaś?!  

– No to nie mamy.


Radek aż podskoczył. Brak pomidora, sałaty czy kiełków oznaczał jedno: smak kanapek trzeba będzie wzbogacić inaczej. A to z kolei wróżyło rychły koniec jednego z mieszkańców zapomnianego, wiklinowego koszyka. I rzeczywiście - po krótkiej, zdecydowanie bezowocnej inspekcji lodówki, zakończonej westchnieniem “_eh, nawet Kielecki się skończył_”, w kierunku koszyka wystrzeliła ręka. Widząc to, Radek puścił krawędź i próbował szybko zniknąć w tłumie pozostałych lokatorów. 


Niestety, nie wystarczająco szybko.


Sprawne palce zacisnęły się na nim w żelaznym uścisku. Druga ręka złapała za zgrzew tuż przy samym nacięciu z napisem “otwórz tutaj”. Radek poczuł szarpnięcie i rozdzierający ból pękającego laminatu. 


Przed oczami przeleciało mu całe jego życie: taśma produkcyjna w fabryce, wesoły transport do McDonalds, krótki pobyt w samej restauracji, gdzie przesiąkł charakterystycznym zapachem zużytego oleju i ten dreszczyk emocji, kiedy wędrował do nowego domu w kolorowym pudełku HappyMeal.


Teraz jego gęste, czerwone wnętrzności leżały równo rozsmarowane nożem na żółtym plasterku sera.


************

494 słowa

#zafirewallem

#naopowiesci

@onpanopticon a tak w ogóle to wina @moll że Radek tak skończył. Bo gdyby nie było limitu 1000 słów, to życie Radka mogło rozkwitnąć barwną historią. A tak musiałem je skrócić. Opowiadanie, znaczy się musiałem, skrócić

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Chociaż bardziej z Panem. Bo tym razem zwracam się, choć nie sonetem, głównie do Kolegi @Statyczny_Stefek w odpowiedzi do jego dzisiejszego wiersza .


Nadchodzi sezon wakacyjny, a wiele osób wbrew logice i często wbrew własnym chęciom ruszy ponownie w polskie góry. Choć nad polskim morzem są takie miejsca gdzie warto przyjechać. Gdzie, że pozwolę sobie zacytować: "Piach tylko z wodą się goni na plaży" i przeżywać możemy "bezhałasu doznania". I właśnie, z takiej mozaiki doznań i przenikliwych (mam nadzieję) obserwacji, spłodziłem kiedyś Babcię Galmour.


Babcia Glamour


Nad morzem, gdzieś w koktajl barze,

W fotelu, na brzegu plaży,

Gdzie czas jej zbyt szybko mija,

Drinka ze szklanki popija.


Mocny makijaż nad okiem,

Kapelusz z rondem szerokim,

Na ustach ciut pomarszczonych,

Szminka w kolorze czerwonym.


Na karku tatuaż nieduży,

W kształcie skrzydełek i róży,

Na szyi z pereł ma sznur,

W dal patrzy - Babcia Glamour.


Nad morzem, gdzieś w koktail barze,

Jest pusty fotel na plaży,

I pusta szklanka bez drinka,

Gdzie ślad odcisnęła szminka…


#zafirewallem #endorfiki #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Ślepy los zadecydował dzisiaj o tym, że zostałem zwycięzcą zakończonej już edycji #nasonety, przez co mam teraz ogromną przyjemność otworzyć edycję kolejną. Edycję sygnowaną okrągłą liczbą LXXX (słownie: 80). W związku z tym, że nam się troszkę kalendarz sonetów rozjechał, a ja zdecydowanie nie będę miał czasu i możliwości na napisanie porządnego podsumowania w środku tygodnia, to pozwolę sobie wspomniany kalendarz wyprostować. Prostując go, dam Państwu również więcej czasu na napisanie swoich wytworów, bo na zgłoszenia czekał będę aż do piątku 19 czerwca.


Pomysł na wyłonienie zwycięzcy mam troszkę odważny albo nawet szalony. Na razie nie będę go zdradzał i napiszę tylko, że jeśli nie uda mi się go na czas (albo w ogóle) zrealizować, wtedy zwycięzcę wyłonimy klasycznie - na podstawie rankingu popularności.


W tej edycji rymy dostarczy nam pan Antoni Słonimski. Niech - broń boże - nie zmyli Państwa ten prosty, żeby nie napisać banalny, tytuł: "Łódka". Bo dzieło, które Państwo za chwilę przeczytacie z banałem i prostotą nic wspólnego nie ma.


Łódka


Brzęk owadów, woń trawy, słońce mocno praży.

Wodę czystą, jak lustro, rozcina dziób łódki.

Fale lekkie mijają, jak przelotne smutki,

Jako żal z uśmiechnionej spływający twarzy.


Siła dłoni rytmicznie łódź chyżością darzy,

Jeszcze jeden ruch wiosła powolny a rzutki

I łódź sunie w tatarak, w modre niezabudki,

Gdzie się lekko kołysze wśród brzęczenia szklarzy.


Woda uczy mnie mrocznych tajemnic poznania,

Lotności - wiatr, co trzciny rozigrane słania,

Ciszy wielkiej zaś uczy mnie niebo ogromne.


Kwiaty modre, jak oczy, których nie zapomnę,

Pochylone i ciche, zwierzają mi skromne,

A bolesne - sekrety niezapominania.


Jeszcze szybkie przypomnienie zasad - jak zawsze: układamy sonet, w którym rymy w poszczególnych wersach zgadzają się z rymami w tych samych wersach w powyższym utworze "dawcy".


Powodzenia i udanego rymowania!


#zafirewallem #nasonety #diproposta

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Ostatnio do #punktwymianypoezji miałem troszkę nie po drodze. Chociaż zdecydowanie bardziej w czasowym a nie geograficznym wymiarze. Ale dzisiaj już żadnych wymówek sobie nie zalazłem (nie to, żebym ich szukał), więc przychodzę (choć bardziej jednak przyjeżdżam) z nową porcją poezji "ramkowej".


Niestety nic nowego pod ramką nie wisiało, więc dzisiaj sam się powiesiłem i dodałem wiersze z centralnej dystrubucji.

Miłej lektury.


——————————


Wiersze z "centralnej dystrybucji":


——————————


Miłość - to szept bez słów,

ciepło dłoni wśród snów.

To spojrzenia bez końca,

jak wiosna, co zawsze powraca.


——————————


Zupa bez przyjaźni się nie udaje

słońca nie świecą, nie jeżdżą tramwaje

ulice żyją lecz martwe jakieś

kawa też nie smakuje smakiem


——————————


Zeszyty


słoneczniki ptaki

kontrasty

pochyłość w słońcu

słowa do napisania

tyle do powiedzenia

tyle do wolności co pochylenia

kolory znaczeń nie wymówione

miejscami krzyczące z uśmiechem

po co nam ludzie

jesteśmy

jesteśmy


RG (13.10.2023)


——————————


anatomia bez osoby

udo ramiennej długości

oczy widzą, bo ręka na udzie

nie dłoń, a ramię, to dobrze

dłoń zajęta, igłę w brzuch wbija

brzuch, który twarz zwykł wchłaniać

pierwsza dłoń, drugi skalp

drugie włosy, pierwsze palce

były zęby wyrywane więc teraz igła do jelit

były z ust słowa więc teraz... nic

to dobrze to dobrze

oczy plecy obejmują, łkają sucho

tulą, nie ramieniem, istotą szarą

węch nie mąci, bo mózg zawiódł

to dobrze

dobrze, że to dobrze


——————————


#zafirewallem #punktwymianypoezji - tag do czarnolistowania

3a957987-b419-4b6d-8c0f-5beb961e1347
32b8cdbc-dd5a-4719-a2f5-f55502b98b5e
39ffc6ba-e225-4d37-8452-2e4b4bcff469

@fonfi o, ten wierszyk udał się na publikację Ja go mam zamiar zgodnie z zamierzeniem pozostawić w środku lasu na drzewie, ale dopiero w tym tygodniu będę jechał na prawdziwe duże i fajne lasy, gdzie ktoś rzeczywiście może się na to natknąć i gdzie ma to prawdziwy sens, bo dotarcie do jego środka nie zajmie 15 minut jak w przypadku tych mi najbliższych.

Zupa bez przyjaźni się nie udaje

słońca nie świecą, nie jeżdżą tramwaje

ulice żyją lecz martwe jakieś

kawa też nie smakuje smakiem


To jest absolutnie cudowny tekst!

A już smakowanie smakiem to zwrot z gatunku, które tak bardzo lubię, takie pięknie klarowane masło maślane. Używane z rozmysłem bardzo poprawia smak języka.

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Niewiele mogę poradzić na to, że skończył się weekend i zaczął się, znienawidzony przez wszystkich poniedziałek. Mogę natomiast trochę Państwu ten poniedziałek z samego rana umilić. A przynajmniej mogę próbować. Proszę zaparzyć sobie kawę albo herbatę - wedle uznania - a ja już podaję świeżutki, jeszcze cieplutki i chrupiący sonecik. Smacznego!


Cieńgranie poranka


Różowią się kwiaty na wierzbówki dywanie,

Gdzie mglistą koronkę chłód poranka przędzie,

A z kropelek rosy wnet tęczę wydobędzie

Promień słońca, co znad skalnych wschodzi grani.


Ze snu się paprocie otrzepują ospale,

Górskim potokiem obok szlaku pojone,

Nad nimi, swe plecy halnym wiatrem chylone,

Kilkusetletnie świerki prężą wytrwale.


A szczyty milczące niczym dawni bogowie,

Czuwają turniami co w chmurach skąpane,

I cieniem granitu spowijają polanę,

Na której stoję ja - malutki, wątły człowiek.


I tu, w dotyku ciszy, wśród której dzień wstaje,

Uczucia własnej nieskończoności doznaję.


#nasonety #zafirewallem #diriposta

@fonfi Nie wiem czy dziękować i czuć się połechtany czy wręcz przeciwnie, bo ten mózg ma też mnóstwo innych, mniej przyjemnych skojarzeń.

@fonfi Dostojne. Trochę apel dla naszych przestymulowanych mózgów - nudno? Rozejrzyj się, zobacz ile tu się kur... dzieje, ile w tym pozornym spokoju jest chaosu, który tak dziwnie składa się w harmonię.

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Chociaż ja już się dzisiaj z Państwem witałem słowami Wojciecha Młynarskiego, to postanowiłem, że przywitam się raz jeszcze - tym razem słowami własnymi. Straszne jest to, jak słowo traci dzisiaj na wartości. Straszne, jak łatwo i bezmyślnie tymi słowami szastamy. A jeszcze straszniejsze, jak mało kto już za te "szastnięte" słowa bierze odpowiedzialność.

A słowa są ważne.

Bo słowa mają moc.


Babel


Jakie to dziwne, że w globalizacji,

Czasie - w historii bezprecedensowym,

W zalewie środków do komunikacji,

O porozumieniu nie może być mowy.


Słyszymy innych - lecz słuchać nie chcemy,

“Jedyne słuszne” oglądamy stacje,

Czytamy słowa - zdań nie rozumiemy,

Apodyktycznie wieścimy swe racje.


I ciągle tylko warczymy, fukamy,

Językiem tniemy jak ostrzami szabel,

Za grosz szacunku do siebie nie mamy,

Z antagonizmów nową wznieśliśmy Babel…


#zafirewallem #endorfiki #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować