Zdjęcie w tle

enron

Gruba ryba
  • 519wpisów
  • 1672komentarzy

1 932,49 + 23,71 + 10,27 + 10,12 = 1 976,59


Jeśli się zastanawiacie co się dzieje z enronem... no to się cosik dzieje. Dzieje się już od jakiegoś czasu, ale dopiero ostatnio dopadło na tyle skutecznie, by zaburzyć regularność moich wpisów w #sztafeta


Jakoś na przełomie listopada i grudnia najstarszy syn przyniósł do domu jakąś infekcję. Na tyle wredną, że dopadła wszystkich - jeszcze nigdy tak nie miałem, by wszyscy trzej synowie byli na antybiotyku, a do tego rozłożyło zdrowotnie żonę a i mnie lekko siekło. Niby się nie dałem, ale osłabienie było wyraźne. Potem się poprawiło i niby odeszło w zapomnienie.

Dlaczego o tym piszę? Bo być może to miało jakieś powiązanie z tym, co się zaczęło dziać z moją skórą. Z początku jakieś lekkie łuszczenie i pękanie skóry za uszami, jakieś zaczerwienienia na udach (niby normalne przy bieganiu zimą), ale powoli postępowało coraz bardziej i przed świętami zaczęło być dość uciążliwe - zaczęło się ze mnie dosłownie sypać, a naskórek tu i ówdzie odchodził całymi płatami. Jako facet z wielkim bólem pogodziłem się z koniecznością smarowania się różnymi mazidłami (błeee) i próbami modyfikacji diety (choć generalnie nic nie zmieniałem w swoim życiu). Ale gdy nawet skóra na twarzy zaczęła odłazić płatami to poszedłem w końcu - dzień przed świętami - do dermatologa.

Tam diagnoza - łojotokowe zapalenie skóry, czyli teoretycznie w jakiś sposób zabiłem całą florę bakteryjną chroniącą moją skórę i teraz atakują ją grzyby i inne bakterie, co objawia się właśnie w taki sposób. Zalecone różne mazidła, jak najkrótsze kąpiele, jak najmniej mydła, polewanie się sokiem z cytryny żeby obniżyć pH. I co? I nic, zero efektu - po nowym roku przyszło takie zaostrzenie, że mógłbym bez charakteryzacji grać spalonego Słońcem Indianina. Nawet już przestałem prostować ludzi mówiących na mój widok "o, ktoś właśnie wrócił z nart" xD Kuracja cytrynowa nic nie dała, w końcu doszło do tego że tydzień temu musiałem się poddać i pogodzić z tym, że w sobotę sobie nie pobiegam. Coś naprawdę było na rzeczy, bo w nocy z piątku na sobotę przespałem prawie 10 godzin - chyba absolutny życiowy rekord, a na pewno dłużej niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich 7-8 lat. Poszedłem do innego dermatologa i tam poszły już konkretne zalecenia - ani się wychładzać, ani grzać, a już za wszelką cenę unikać wysiłku i pocenia się. Cały misterny plan, by ratować się bieganiem na siłowni diabli wzięli

I tak od równego tygodnia jestem pozbawiony radości biegania, ratuję się spacerami i codzienną krzątaniną. Zalecenia od nowego dermatologa wydają się działać skuteczniej - nowe smarowidła chyba lepiej mnie traktują, powoli tracę wygląd jaszczuroludzia zrzucającego wylinkę. Póki co w styczniu przebiegłem 115 km i nie zapowiada się, by do tego dużo doszło - to nie tak, że przestanę biegać, generalnie widzę że przy spokojnym krótkim truchcie na zimnie powinno być OK, więc pewnie coś tam pobiegam... ale też raczej nie przy kilkunastostopniowych mrozach, jakie są zapowiadane na najbliższe poranki (przy problemach skórnych zbytnie wysuszanie w zimnie może pogłębić problemy). Przy okazji mnie ominęło parę smogowych dni, choć nie wątpię że jeśli dalej pogoda się utrzyma to i parę wybiegań w masce się trafi.

Tak więc w tym miesiącu (a może i w kolejnych) będę raczej szorował dno rankingów, co nie zmienia mojego uwielbienia dla biegania i podziwu dla wszystkich, którym chce się ruszyć cztery litery Może stanie się cud i problemy magicznie miną (równie magicznie jak się pojawiły bez przyczyny), bo obecnie oprócz zakazu biegania mam też szlaban na różne przyjemności gastronomiczne (jak to w przypadkach skórnych - na wszelki wypadek) i fajnie by było znowu zacząć normalnie żyć. Tym bardziej, że o ile zimą jeszcze jest znośnie, to taka przypadłość gdy temperatury pójdą w górę to już poważny problem i dyskomfort.

Życzcie mi zdrowia. I biegajcie dalej!

Miłego weekendu

#bieganie

82eeeca1-678c-46b3-8e04-c14f252088a9

@enron

Flora bakteryjna chroniąca skórę, czyli mikrobiom, to złożony ekosystem bakterii, grzybów i wirusów, który tworzy naturalną, żywą barierę obronną, reguluje pH skóry i chroni przed patogenami, np. gronkowcami czy grzybami chorobotwórczymi. Kluczowe dla tej ochrony są korzystne bakterie z rodzajów Firmicutes, Actinobacteria, Bacteroidetes, oraz grzyby Malassezia, utrzymujące równowagę i wspierające funkcje bariery naskórka, a ich zaburzenie prowadzi do problemów.

Kurde ja nawet nie wiedziałem że coś takiego istnieje, myślałem że jedyna flora bakteryjna to ta w jelitach.

No proszę.

To nieźle cię ten antybiotyk przetrzepał.


do krwi mi się dostał paciorkowiec, po raz pierwszy w życiu zasłabłem/straciłem przytomność

Chryste.A zdrowy dbający o ruch człowiek, nie? Jak się nagle potrafi zdrowie posypać...

Zaloguj się aby komentować

363,57 + 12,37 + 21,37 + 12,73 + 1,01 + 22,42 + 1,01 = 434,48


AMBA FATIMA, BYŁA FORMA A JEJ NI MA! xD


W skrócie: noworoczny bieg GPK zaliczony, 23 kilometry i 900 m przewyższeń, zaliczyłem łącznie trzy gleby - w tym dwie kuźwa w jednym miejscu xD Poszło słabo, ale i tak było bosko - bo o to chodzi w bieganiu!


No to mamy nowy rok. Stary zakończyłem papatonem, ale sylwester był intensywny i zakończył się rozwożeniem kolegów syna po domach, potem ogarnianie domu, a potem spańsko tak długie że już trochę nie było jak wygospodarować czasu na papaton. Skończyło się na skromnym minipapatoniku czeskim, który szedł nawet w miarę.


Następnego dnia znowu zaspałem, a że żona szła do pracy to odpuściłem sobie bieganie - ale wieczorem już nie wytrzymałem i musiałem się przebiec. Zabawna sprawa - cały dzień siedziałem w domu przy komputerze, w ciepłych ciuchach, pod kocykiem... i marzłem. Dopiero jak się przebrałem w krótkie ciuchy i zaliczyłem uczciwy papaton, to zrobiło mi się ciepło


Nie wiem czy to była kwestia pełnego brzucha, czy ogólnie świąt, czy też coś tam się ze mną dzieje, ale tętno wyszło dość wysokie, a pod koniec biegu szło mi wyjątkowo słabo. Zakładam, że to raczej kwestia obżarstwa i zapuszczenia się, bo ostatnio robiłem badania i są wzorowe.


Następnego dnia... no cóż, znowu sobie przyspałem, a potem uznałem że w sumie to mam większą ochotę poleniuchować i zjeść śniadanie z rodziną. I w sumie mogłem sobie odpuścić bieganie, ale dzień wcześniej wymyłem buty po poprzednim GPK (great timing, cud że się błoto nie wżarło w nie na stałe xD) i wypadało po założeniu na nie micoacha je skalibrować. Do bieżni mam ciut ponad 4 km, więc było jak znalazł na wieczorną przebieżkę. Znowu wysokie tętno, ale już jakby bardziej w rozsądnych granicach. Gdy dobiegłem do bieżni... oops, zamknięte. Nie biegłem na nic, więc przeskoczyłem przez zamkniętą bramę i zrobiłem 5 kółek. Kurczę, 50-letni stary cap przełazi przez bramę, może żona ma rację i faktycznie coś nie tak ze mną? xD

W każdym razie buty skalibrowane, wróciłem do domu, spakowałem wszystko co ważne, przygotowałem ciuchy na dzisiejsze zawody, rzuciłem się na obiad a potem kąpciu i lulu.


Dzisiaj w końcu obudziłem się o właściwej porze. Szybko ogarnąłem smarowanie, ciuchy, a potem wziąłem się za gotowanie owsianki na mleku. Niektórzy może tego nie tolerują, ale dla mnie jest to pokarm bogów - cudowny smak i daje energię na caluteńki dzień Jeszcze strzeliłem espresso (wiem, ryzykowne, ale co tam uzależniony jestem), wskoczyłem do auta i śmignąłem na miejsce.


No i powiem tak: było jak zawsze bosko! Oprócz mnie jeszcze dwie osoby były uczciwie ubrane Bylo sporo śniegu, mnóstwo liści i conieco lodu. I ten ostatni dał mi się we znaki - pod koniec pierwszej pętli byłem już dość pewny siebie, gdy nagle mnie pociągnęło do przodu i przejechałem dobrych parę metrów na tyłku. Bez większych strat, od czegóż jest tłuste dupsko? No i najlepsze, że na drugim okrążeniu uważałem... i znowu w tym samym miejscu się przejechałem. Widać było mi dane. A potem dosłownie minutę później, zaliczyłem kolejną glebę xD Ale już chwilę później była meta i radocha


Poszło słabiutko, mój drugi najgorszy czas na GPK. Może to jakiś spadek formy, może problemy które mnie ostatnio męczą (coś mi się na skórę rzuciło), może to że sobie coś porobiłem z prawym czworogłowym i teraz kuśtykam na obie nogi? Whatever, liczy się radość z biegania a ta jest absolutnie cudowna


Miłego wieczoru!


#sztafeta #bieganie #2137

0f76b7f4-43a9-4a5b-be69-347efda8bb5a

@WujekAlien jeez, gdzie dzisiaj było -13? 😮Wydawało mi się, że najzimniej było w Małopolsce a u nas już w południe było powyżej zera

Zaloguj się aby komentować

43 585,18 + 11,05 + 17,32 + 17,32 + 21,37 = 43 652,24


No i nadjszedł on - koniec roku! Roku, który zakończyłem dokładnie tak jak zacząłem - czyli papatonem xD

Papatonem, których było w tym roku równe 110


Rok, który był wyjątkowy pod wieloma względami - biegowo i nie tylko, ale skupmy się na bieganiu


Absolutny życiowy rekord - 6032 km, co było możliwe dzięki tak wielu różnym nietypowym sytuacjom, że raczej już się nie powtórzy. I chyba by mi się nie chciało xD Grudzień to była ostra walka, bo było wyjątkowo dużo przeciwności losu zdrowotno-logistycznych, przez które moja liczba bezbiegowych dni urosła aż do pięciu. Ale koniec końców się udało, nawet przebiłem nieco 300 km w grudniu (łącznie 326) ale w wykresie kilometrów wyraźnie widać że nie było lekko.


Absolutny rekord miesiąca - 700 km zaliczonych w maju. Miesiąc wypełniony codziennymi papatonami, czasem z dodatkowymi biegami bo jak świrować to na całego


Rekordowe 42 dni codziennych papatonów - tak wyszło, że załapała się śmierć papieża, konklawe i wybór nowego.

Rok, w którym zaliczyłem pierwsze okrążenie wokół Ziemi. Powiedziałby mi ktoś 15 lat temu, że będę mógł uczcić przebiegnięte 40k kilometrów to bym go śmiechem i bebzonem zabił!


Zrobiona życiówka w maratonie - 3h21m, ponad godzinę lepiej od maratońskiego debiutu


Poprawiona życiówka w półmaratonie - w końcu, po 11 latach, poprawiłem o 2 minuty (do 1h35m) wynik zrobiony na swoim pierwszym półmaratonie xD


Znacząco poprawiona życiówka na 5 km - 20:38. Zacząłem na serio wierzyć, że kiedyś zejdę poniżej 20 minut


Do tego doszło jeszcze 525 km spacerów.


A dzięki pięcioletniemu wyzwaniu widzę, że przez ostatnie 5 lat zaliczyłem 25600 km (bez, hehe, półtora kilometra).

I tak jakoś przeleciał ten rok. Fajnie było, więcej się takie wariactwo nie powtórzy. To był też ostatni rok w kategorii M40 - w przyszłym (pod koniec, ale jednak) zmieniam na kolejną


Zdjęcie sprzed paru dni, ale je lubię i bardzo dobrze pokazuje w jakim stanie najczęściej można mnie spotkać o poranku


WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO NA TEN NADCHODZĄCY ROK!


#sztafeta #bieganie #2137

13e23359-f6d1-4a68-9da1-b25e79035c30
bcaf804e-2898-423a-8ef2-2eb3c8eb8ace

@bacteria chyba Cię pojebało, za przeproszeniem. Ze #sztafeta mam tyle wspólnego, co raptem parę piorunów, a OP jest żywą legendą tego portalu Nie ma co mu umniejszać.

@scorp no weź, rozwodu mi życzysz? xD Gdybym liczył, ile razy w grudniu słyszałem "powinieneś się na jakiś czas wstrzymać"... to bym się kurczę nie doliczył 😅

Zaloguj się aby komentować

43 033,77 + 21,37 = 43 055,14

Pamiętaj, aby dzień świenty świencić! 😉

Tragicznie obżarty po wigilii położyłem się spać gdzieś o 1:30... ale organizm tak się domagał uczciwego papatonu #2137 że kwadrans po 5 się obudziłem i poszedłem się ogarniać. Na zewnątrz - 7°C, odczuwalna - 12°C - więc trochę trwało, zanim się ze wszystkim zebrałem i nasmarowałem wszelakimi mazidłami. Potem poszedłem po pasek HRM, który se wczoraj wziął padł i trzeba mu było wymienić baterię. Jak już skończyłem, to zgłosiła się kota z reklamacją że nie dostała szynki. No i wtedy nagle padło TAAATOOO TAAATOOOO i trzeba było najmłodszego syna uśpić kołysanką. No i tak się z moim wychodzeniem zrobiło, że dopiero o 6:44 wybiegłem xD

Było mroźno, ale nie dramatycznie. No może na Wałach Wiślanych, jak wmordewind wjechał na pełnej, było nieco bardziej rześko 😅 ale jak najbardziej do przeżycia. Trochę liczyłem na Słońce, które teoretycznie miało zaszczycić poranek swoim obliczem - ale ten punkt programu akurat nie wyszedł.

Było fajnie, mocno pustawo - ale dwóch biegaczy spotkałem, co na te warunki uważam i tak za niezły wynik 😎

Jak wróciłem do domu to akurat wstała żona, więc sobie strzeliliśmy pyszną kawkę do dokładki serniczka 😁

Teraz czas się rzucić w dalszy wir konsumpcji - ale to już koniec szaleństw, bo wczorajsze wciśnięcie się w świąteczną garderobę uświadomiło mi, że dość folgowania sobie z jedzonkiem 😢

Miłego świętowania! ♥️

#sztafeta #bieganie

10c53332-803b-444d-8784-a6e632aa66cc

Zaloguj się aby komentować

42 927,6 + 17,23 + 17,32 + 10,12 + 12,73 + 13,27 = 42 998,27


Kochani! WESOŁYCH ŚWIĄT!

Niech się Wam szczęści, niech śnieg pod butem chrzęści, niech prezenty olśniewają, a kalorie magicznie znikają!


Ależ ten czas leci, co? Zaraz koniec roku, a ledwo co się zaczynał... Na razie nie bawię się w podsumowania, ale w sumie nie mam powodów do narzekań - wręcz przeciwnie Może zdrowotnie trochę gorzej, bo na początku grudnia mi dzieci sprzedały jakieś choróbsko i było ciężko jak diabli, a do tego mam teraz jakieś problemy skórne - ale już byłem u dermatologa i jest nadzieja że wyjdę na prostą, ale póki co straszę czerwoną mordą xD


Trzymajcie się ciepło! I nie przejadajcie się w święta, a jak już się przejecie to wiecie jak spalić


#sztafeta #bieganie

30a64c7d-33d7-463b-be2d-b91ccdd001a1

@enron nie biegam, więc rzadko komentuję - ale zawsze dam pioruna bo szanuję zajawkę na bieganie i zazdroszczę pozytywnego podejścia! zawsze mi poprawia humor jak widzę Twój ryjek uśmiechnięty i zadowolony z biegania

Zaloguj się aby komentować

42 329,92 + 12,01 + 9,01 + 10,01 + 11,01 = 42 371,96


Czas płynie leniwie... aż zbyt leniwie. Co gorsza, widzę że udzieliło się wszystkim dzikom na tagu, bo mimo że zbijam bąki, to jakimś cudem nadal jestem na górze listy xD


Ludziska, co to ma być? Rozumiem, że jak miałem przebiegi rzędu 600, 500 czy 400 km w miesiącu to nikomu nie chciało się tyle zapitalać, ale teraz to naprawdę nic tylko rozjechać enrona który dzień w dzień się obija i nawet jak coś pobiegnie to jest to ledwo marna dycha z groszami


Ostatnio pogoda łaskawa, ale po tym jak byłem rozwalony zdrowotnie na początku miesiąca to nawet gdy jest w okolicach zera, jak dzisiaj, biegam asekuracyjnie w opasce na uszy i w kominie. Przy okazji żona mniej narzeka, choć generalnie narzeka na mnie sporo, z racji paskudnego uczulenia które mnie dorwało i masakruje mi twarz i nie tylko... i oczywiście według niej jest gorzej za każdym razem jak pójdę pobiegać


Co do pogody to jeszcze miłe jest, że póki co nie ma nawet powodu by się zastanawiać gdzie leży maska przeciwsmogowa - powietrze cały czas w normie! Fajnie by było przejść jakiś sezon zimowy, w którym ani razu jej nie założę czego życzę sobie i wszystkim mieszkańcom Krakowa.


Co tam jeszcze? No główne buciki mi się rozpękły, ulubione Ultraboosty 1.0 (no prawie ulubione, ultraboost lego są fajniejsze i jeszcze się nie rozleciały) - w dodatku skandalicznie szybko, po zaledwie 1800 km! Poszły do kosza, jeszcze tam leżą i trochę myślę czy z nimi do szewca nie pójść... oj instynkt krakusa mocny xD


Nic to - lecim dalej! Miłego czwartunia!


#sztafeta #bieganie

330872c2-2638-460b-b944-ffb8e88ac3b7

Zaloguj się aby komentować

42 038,55 + 7,27 + 11,28 + 12,37 + 12,13 + 13,27 + 12,37 + 17,32 = 42 124,56

No i powoli wracam do gry, tuptając sobie jakieś skromne dystansiki, często wariacje na temat papatonu. Na weekend planowałem podwóny papaton - no ale życie miało inne plany, a dokładniej najmłodsze życie w domu które wczoraj i dziś tuż przed moim wyjściem zawołało "taaatooo chodź mi zaśpiewać i mnie uuuśpiiiić" xD\ \ Niemniej coś tam pobiegałem, dzisiaj już prawie się udało przebiec papaton - ale za dużo spraw było do załatwienia, więc kupiłem tylko pieczywo i wróciłem do domu na śniadanie.\ \ Za to wczoraj zamiast czegoś dłuższego wpadłem na nasz parkrun i przynajmniej mam jakąś fotkę inną niż selfik \ Muszę wrócić na siłkę, bo już grubo ponad tydzień się obijam... Nic to, dam radę jakoś.\ \ Miłej nocy! \ \ #sztafeta #bieganie

e9c0883a-34b7-4a1a-8877-2760f11d8097

Zaloguj się aby komentować

41 572,0 + 2,66 + 1,02 + 3,06 + 1,02 + 22,28 + 1,12 = 41 603,16


NO DOBRA, JESTEM


Po niemal tygodniu męczarni z ograniczaniem biegania do jakichś 1-2-3 km przebieżek na siłowni czy podczas spaceru w końcu się wyrwałem. Oczywiście od razu na ulubiony 23km bieg po Lasku Wolskim


Taki update co do sytuacji - pod koniec listopada najstarszy syn przyniósł do domu takiego syfa, że porozkładało wszystkich ze mną włącznie. Tylko kot się uchował xD Trójka dzieci na antybiotykach... No nie pamiętam jeszcze takiego pogromu. Na domiar złego dorwało mnie od jakiegoś czasu jakieś paskudne uczulenie skórne w różnych, mniej i bardziej publicznych miejscach - totalnie nie wiadomo dlaczego.


Sam byłem mocno osłabiony i kaszlałem jak gruźlik. Trochę jeszcze kaszlę, ale stosunkowo najmniej z rodziny. Tak czy siak, mój udział w dzisiejszym biegu był mocno dyskusyjny, żona groźnie pomrukiwała zarzucając mi głupotę i "kawalerowanie" w związku ze skrajną nieodpowiedzialnością, jaką było choćby rozważanie uczestnictwa. Jednak wczoraj lekko spuściła z tonu, pozwoliła na oficjalną testową przebieżkę, a dziś - choć nie była zbyt zachwycona - przewróciła oczami i padło słynne "a rób jak uważasz". Normalnie to jest sygnał do ABORT ABORT ABORT, ale po 20 latach małżeństwa człowiek już trochę inaczej do takich spraw podchodzi i ma swoje priorytety No i przede wszystkim - głupi nie jestem, gdybym po rozpoczęciu biegu czuł że nie jestem w stanie biec albo dostał turbozadyszki, to bym się nie wygłupiał tylko zakończył bieg nie czekając aż się totalnie rozwalę z osłabienia.


Dziś był bieg mikołajkowy, więc też adekwatnie się ubrałem. Było dość ciepło, ale osób na krótko i tak było zaskakująco mało. Żeby żona nie warczała na mój skromny ubiór, wziąłem dla przyzwoitości komin na szyję a pod czapkę opaskę wiatroszczelną. W sumie niegłupie, tym bardziej że ostatnio miałem jakieś bóle ucha - nie ma co ryzykować, z uchem nie ma żartów!

No i nic. Stawiłem się na starcie, przemyślałem raz jeszcze jak bardzo głupi jestem - i poszłooo! Jak zwykle cała masa ludzi mnie wyprzedziła - jestem do tego w zupełności przyzwyczajony, bo antylopa to ze mnie słaba jest. Leciałem spokojnie swoim tempem, górki, dolinki. Warunki były fajne - błota niby było sporo, ale nie było śliskie tylko wręcz przeciwnie, zaskakująco lepkie i grząskie. Do tego sporo liści, ale też raczej przylepionych niż robiących za niebezpiecznie śliski film. Słońca praktycznie nie było, wszystko zasnute było mgłą. Biegnąc obok Kopca Piłsudskiego ledwo było widać podstawę i majaczący pierwszy poziom chodnika.


Na pierwszym okrążeniu - gdzieś koło 8-9 km - na chwilę straciłem czujność, zahaczyłem o coś stopą i po ułamku sekundy już leciałem na pysk. Nauczony doświadczeniem zwinąłem się w kulkę, zaliczyłem pełnego fikołka i niemal bez utraty prędkości poleciałem dalej. Co prawda lekko poharatałem nogę i przez zdezorientowanie pomyliłem trasę, ale już po chwili trafiłem na właściwą ścieżkę (jakiś bidok pobiegł za mną, cóż poradzić) i byłem znowu na trasie. Z tego co widzę, wyszło na dokładnie to samo - tylko trochę trudniej, bo stromiej z górki było xD


Tym razem korzystałem ze wszystkich okazji do wypicia wody (czyli całych trzech). Cudowne orzeźwienie, zwłaszcza że czapka razem z opaską trochę za bardzo grzały. Wsysnąłem też dwa żele SIS - jeden "Beta Fuel", drugi jakiś zwykły. Czy dały mi kopa? Nie wiem, ale na pewno nie zaszkodziły


W kilku tradycyjnych miejscach przeszedłem do marszu - na jeden dłuugi i stromy podbieg po prostu sobie odpuściłem z biegiem, a w jednym z trickowych miejsc gdzie można szybko śmignąć albo mozolnie się wspinać - raz trafiłem na taki zator z ludzi, że niestety trzeba było wybrać drugą opcję. Trochę mnie zaskoczyło, gdy pod koniec drugiego okrążenia trafiłem na ludzi biegnących dystans 5,7km i wielu było tak wykończonych, że bez problemu ich wyprzedzałem. No ale może to był już ogon tego dystansu - ciężko stwierdzić.


Na metę dobiegłem po 2:31h, czyli jednak zauważalnie później niż zwykłem w poprzednich biegach - więc coś tam na rzeczy było ze zdrowiem i wydolnością. O tyle dziwne, że jakoś tego specjalnie nie odczuwałem. Tętno nie było jakieś wybitnie wysokie - 159, z częstymi epizodami powyżej 160, max 174. W sumie bez dramatu, zdaje się 88. na 128 czy jakoś tak.


Dobiegłem, przeżyłem, hektolitry wody wypiłem, potem jeszcze w biurze zawodów podłączyłem się do herbatki z malinami bananów, ciasteczek i czekolady. Czyli standardowo i całkiem miło.

Dobra, kończę bo już poniedziałek wjechał xD


#sztafeta #bieganie

6a172930-c438-4e9f-9ff8-3f934f7aeded

@ErwinoRommelo


... i jeszcze napierdziela jakieś dzikie fikołasy i wygibasy xD


Nauczony doświadczeniem zwinąłem się w kulkę, zaliczyłem pełnego fikołka i niemal bez utraty prędkości poleciałem dalej.

Zaloguj się aby komentować

41 002,47 + 10,02 + 7,02 + 14,28 + 4,23 + 7,04 + 12,10 + 21,37 + 7,11 + 2,01 + 3,07 + 2,62 = 41 093,34


Po pierwsze - dawno nie wrzucałem wpisów. Leń jestem, zabiegany ale przede wszystkim leń.


Po drugie - oj, słaby był to miesiąc. Najsłabszy ze wszystkich w tym roku! Co i rusz zdarzało mi się a to zaspać, a to musiałem dziecko awaryjnie do szkoły odwieźć, a to jakieś pilne sprawy z rana do załatwienia, a to robota nagle zaatakowała... Niby nie opuściłem ani jednego dnia z bieganiem, ale bywało że moje bieganie to było urwanych marne kilka km na bieżni na siłce Gdy pod koniec zorientowałem się, że ciężko będzie dobić do 400 km to ostro się zebrałem w przedostatni dzień listopada, strzeliłem przyjemny poranny #2137 papaton... i SRU! Najstarszy syn dnia poprrzedniego przyniósł do domu taką paskudną zarazę, że chyciła pozostałych dwóch i żonę. W niedzielę rano nie miałem litości zostawić półżywej małżonki z tym lazaretem, w południe nie było jak się urwać, a pod wieczór już sam kaszlałem i urwałem ledwie jakieś 7 km po okolicy, po czym wróciłem mocno wymęczony. I rozłożyło mnie na dobre


Od trzech dni ledwie wyrabiam normę kroków (coś tam w sprawach pracowych połazić trzeba), urwę jakieś 2-3 km delikatnego testowego truchciku w tajemnicy przed żoną żeby sprawdzić, czy w ogóle mogę myśleć o starcie w niedzielnych zawodach GPK. To znaczy myśleć sobie mogę, pewnie bym jakoś przebiegł, ale ja muszę być w takiej formie żebym po powrocie nie został potraktowany wałkiem przez żonę Czuję że już jest lepiej, wychodzę z zarazy, został mi sporadyczny kaszel i głos jak ze studni - ale przed niedzielą muszę być idealny.


A żeby było weselej, siłownia też jest na czarnej liście, bo mi jakieś uczuleńsko na skórze wyskoczyło tu i ówdzie i siłownia jest głównym podejrzanym. A drugim (albo i pierwszym) podejrzanym oczywiście bieganie i mróz xD


Tak czy siak - to będzie słaby miesiąc, ale swoje zrobić muszę i już. Ale będzie słaby.


Więc, ten tego, jeśli ktoś na początku myślał "a chciałbym tego gnidę enrona wyprzedzić w którymś miesiącu w tym roku" to pozwolę sobie zacytować O-Ren Ishii:


NOW THE FUCKING TIME!



Serdecznie pozdrawiam, a w załączniku fotka z przyjemnej przebieżki przy -7 albo -9 stopniach (zależy którego termometru i serwisu słuchać xD)


Zdrówka!


#sztafeta #bieganie

4b03622a-d78b-4793-b357-ec9a952daaf2

Zaloguj się aby komentować

39 821,25 + 6,10 + 13,27 = 39 840,62


Pierwszy śnieżek, pierwszy mrozik... a teraz pierwszy PRAWDZIWY śnieg!


Wczoraj rano mi wszystko poszło nie tak organizacyjnie - do tego stopnia, że w końcu - niby gotów na bieganie - uznałem, że trzeba wziąć się za różne obowiązki i zdjąłem ciuchy biegowe Niemniej, pod koniec dnia sprężyłem się i wybrałem się na last minute na siłkę - która u nas jest w weekendy czynna zaledwie do 20:00 - więc tam nawet nie bawiłem się w machanie jakimkolwiek żelastwem tylko od razu wskoczyłem na bieżnię i sobie zapodałem dość solidne interwały, na przemian 4:00 i 4:37 min/km. Dobiłem do 6 km i uznałem że styknie... i miałem rację, ledwo się wyrobiłem z kąpielą przed zamknięciem siłki xD

A z dzisiejszym dniem wiązałem spore nadzieje. Po pierwsze całą noc i poranek miał padać śnieg i trzymać -1°C - idealne warunki do biegania! Po drugie - dziś wieczorem jest koncert Electric Callboy i jestem podjarany że głowa mała
Pierwsze się spełniło - i choć sporo zamarudziłem rano i koniec końców zamiast papatonu pobiegłem minipapaton czeski to i tak byłem mega szczęśliwy, co chyba widać na zdjęciu i na filmiku

https://streamable.com/f5lj3g

Nauczony piątkowymi poślizgami nie ryzykowałem, tylko od razu założyłem terenowe salomony, których normalnie używam wyłącznie na zawody GPK. No i dziś wieczorem też się przydadzą

Miłego popołudnia i wieczoru! Bo mój będzie oooooj przedni! Synowie też już nakręceni na wyjście!

#sztafeta #bieganie

366e621d-b504-417c-87f6-07a72c716ae4

Zaloguj się aby komentować

39 512,5 + 4,03 + 13,27 + 14,02 + 4,16 + 6,50 = 39 554,48


Oj, coś się zapuściłem. Dzień w dzień jak nie zaśpię, to mam coś ważnego do załatwienia wcześnie rano albo zbieram się jak muchy w smole. Jakieś zmęczenie materiału? Znudzenie? A bo ja wiem... A niby trochę radochy jest, bo przedwczoraj wpadł pierwszy raz w fajnym mroziku (-4°C), a dzisiaj nawet się udało pobiegać w śniegu (ʘ‿ʘ) No dobra, pobiegać to dużo powiedziane, bo generalnie było paskudnie ślisko - na termometrze 0°C z tendencją rosnącą, śnieg sypał a pod nim była śliska breja. Ledwo wyrobiłem się na zakręcie do piekarni, babka życzyła żebym bezpiecznie dotarł do domu xD Dlatego też nie przeciągałem i tylko odklepałem grzecznie parę kilometrów.


Na siłowni też bez szaleństw - przychodziłem późno, ćwiczyłem mało, pobiegałem tyle żeby cokolwiek się poruszać. Ani długo, ani szybko (no dobra, jakoś bardzo wolno też nie), ot tak sobie.

Ale nic to. Weekend idzie, może jakoś się choć trochę odkuję?


Miłego wieczoru!


#sztafeta #bieganie

e2a5e565-8404-4341-ac08-548fe2c5510c

Zaloguj się aby komentować

39 070,55 + 6,44 + 11,37 + 3,13 + 8,11 + 17,23 + 21,37 = 39 138,2


Czołgiem waszmości! (ʘ‿ʘ)

No i jakoś minęło parę kolejnych dni. Fajerwerków nie było, ale się nie nudziłem


Środa była mocno na luzaka, bo jednak te 27 km z flagą trochę było czuć w nogach - a poza tym po prostu sobie srogo zaspałem i mimo że teoretycznie było mnóstwo czasu (dzieciaki miały później do szkoły) to starczyło czasu na żałosne 6 km z hakiem. Miałem sobie odbić wieczorem na siłowni, ale znowu wyszły jakieś obowiązki, trochę lenia, coś wpadło na ząb a jak tu ćwiczyć z pełnym bebzonem? No i czy wspominałem o leniu?

Kolejny poranek wyszedł już ciut lepiej, żona chwilowo na chorobowym to może oporządzić najmłodszego syna więc mam ciut więcej czasu - potem tylko wpadam, kąpię się i zawożę go do przedszkola. Ale że postanowiłem, że już nie będzie tygodni z tylko jedną siłką, wieczorem poszedłem sobie co nieco pomachać a potem pomachać też kulasami Miałem - a jakże - lenia, więc tym razem wpadły zaledwie 3 km, w tym 6 powtórzeń w tempie 4:00 przez 250-300m. Muszę przyznać, że zaczęło mi się to lekkie katowanie na bieżni podobać i trochę nabrałem wprawy, bo po tych 3 km byłem trochę spocony ale ledwo było co przemywać na maszynie. Tradycyjnie, jak to po siłowni (mam ledwie kilometr z domu, a jadę autem, bo... JESTEM LEŃ!) nie chciało mi się kąpać, tylko polazłem w treningowych ciuchach do samochodu, pod tyłek podłożyłem jakąś foliową torbę i poturlałem się do domu

W piątek znowu wpadł króciec - trochę z lenia, trochę z zaspania, trochę z pośpiechu - no i uznałem, że coś dłuższego sobie w weekend pobiegam.

No i przyszła sobota - i co? I żem zaspał z kretesem, na tyle srogo że wybiegłem niemal o 10 rano! To znaczy najpierw zaspałem, potem żona zaproponowała kawkę, potem wyszło że młody chce się pobawić, potem trzeba było śniadanie zorganizować... więc w sumie cud że choć o tej 10 się zebrałem. Ale miałem konkretny plan - po wtorkowym przelocie z flagą ostatecznie zgubiłem ostatni z kompaktowych, składanych plecaczków - wygląda na to, że nigdy się nie nauczę że jak się rozpina saszetkę by wyjąć telefon to może wylecieć plecaczek. Zgubiłem ich niniejszym już 5 sztuk, a nawet nie chcę liczyć ile w nich kasy było poupychanej Stary człowiek a głupi. W każdym razie celem był Decathlon i zakup dwóch plecaczków. Dolot do Decathlona poszedł szybko, wyszło równe 8 km. Plecaczki namierzyłem, wylądowały w saszetce i poleciałem do domu. Po drodze już jeden przetestowałem, kupując arbuza, stos masła (idzie u nas jak woda) i coś tam na śniadanie. Przy okazji wyszedł średni minipapaton, 17,23 km

A dziś niedziela, więc nie było innego wyjścia - papaton musi się odbyć! Wszystko elegancko zaplanowałem, pieczywo miałem kupić w piekarni czynnej w niedzielę od 8 rano jakieś pół godziny biegu od domu, więc idealnie by było wylecieć o 6:30, zrobić zakupy o 8 i wpaść do domu o 8:30 niczym bohater, ze świeżutkim pieczywem w sam raz na rodzinne śniadanie o 9 rano.
No więc oczywiście zaspałem i wstałem po 7 rano xD a do tego tak się gramoliłem, że wybiegłem dopiero kwadrans przed 8 ᶘᵒᴥᵒᶅ Kroki skierowałem ku centrum, bo żona biadoliła że nie kupiłem pora do rosołu - a jedyne pewne miejsce gdzie coś takiego kupię w niedzielę rano to biedra na krakowskim dworcu. Ostatnio ciut popierniczyłem trasę, więc tym razem nieco zoptymalizowałem i do kas dotarłem już po 9,5 km. Szybkie zakupy, szastuprastu i już leciałem w kierunku Lubicz. Tym razem odpuściłem sobie Rynek, zależało mi by choć w miarę przyzwoicie dotrzeć do domu. Po drodze przeleciałem na paru czerwonych, w tym na jednym nieświadomie - ul. Mogilska i JP2 to jedna wielka strefa wojny i remontu, byłem przekonany że światła są wyłączone a tu mnie strąbił autobus xD Potem już grzecznie doleciałem do piekarni, by od niej już sobie optymalizować końcówkę trasy pod uczciwy papaton #2137 zakończony pod domem. Na koniec mi coś tempo zdechło, może dlatego że wyszło że i tak przed 10 rano się nie wyrobię. Ale i tak najważniejsze, że dotarłem tych parę minut po 10, z kompletem zakupów i zaliczonym 136. papatonem

A w ogóle to jeszcze w sobotę mnie odwiedziła fizjo, bo mnie prawa noga bolała przy siedzeniu. Jest lepiej, teraz wszystko mnie boli ale przynajmniej mam instrukcje jak to rozciągać xD

I niby dzieci częściowo już coś tam podjadły, ale jak ogłosiłem że organizuję śniadanie i szukam chętnych to o 11:30 już w komplecie zasiedliśmy do śniadania. Nie ma to jak fajna, LENIWA niedziela

Miłej reszty tejże niedzieli!

#sztafeta #bieganie

13a57caa-cffc-4614-aade-dc1d8bdb1e23

@enron ech, zawsze lecę z pełnym bebzonem bo jak miałbym wybierać to musiałbym albo głodny, albo w ogóle

Podstawa to mieć ze sobą chusteczki i zawsze wybierać drogę przez las (norweskie lasy są ładne i mają dużo mchu xD).

@AdelbertVonBimberstein no ja właśnie wybieram bieganie na głodniaka 😅 weszło mi już w krew. Jak jest bieganie po południu to staram się jak najdalej odsuwać posiłek - albo jeść po, choćby w nocy...

Zaloguj się aby komentować

38 654,06 + 8,31 + 4,09 + 27,31 = 38 693,77


Minęły dwa dni i niby niewiele minęło, ale coś tam podziałałem


Najpierw poniedziałek - niby miał być luz, dzieci bez szkoły, żona wolne, nic tylko biegać ile wlezie - ale jakoś zaspałem, zaatakowały mnie plany i obowiązki i skończyło się na króciutkiej, ośmiokilometrowej przebieżce. Nie panikowałem, bo na wieczór planowałem siłkę...


Ale gdy już nadszedł wieczór, to chęci do zebrania się było coraz mniej - zero zaskoczenia, sporo pokus by zostać w domu, zalec przy telewizorze... Od początku, gdy zapisywałem się na siłkę, wiedziałem że tak będzie - biorąc pakiet na cały rok bez żadnych multisportów itp. było oczywiste, że będę musiał się motywować wrodzonym centusiostwem by chodzić dwa razy w tygodniu - ot taki hart ducha xD No i bym nie poszedł, gdyby nie to że przed świętem trzeba było uzupełnić zapas serków i jogurtów. Westchłem, spakowałem plecaczek i wyruszyłem na zakupy i się pomęczyć


Jak już dotarłem to nie było tak źle - trochę mi się nie chciało, ale pomęczyłem trochę plecy, klatę i brzuch. Na koniec oczywiście okropna święta bieżnia - tym razem nie porywałem się na żadne długie zapieprzanie, tylko na pierwszych 500m dotarłem do 15 km/h, by potem sobie na przemian strzelać na przemian 15 km/h i 13 km/h. Dotrwałem do końca czwartego kilometra i stwierdziłem że na razie styknie


A dzisiaj… o, wczoraj xD (usypiałem młodego i mi się przy nim przysnęło) mieliśmy oczywiście święto narodowe. Standardowo jest wtedy wysyp wszelkich biegów na 11 km - ten krakowski nawet kusił dodatkową matą pomiarową na dziesiątym kilometrze, gdyby ktoś chciał sobie życiówkę strzelić Ale dla mnie te pory typu 11:11 po prostu są nieludzkie - cały dzień rozwalony, a tu z najstarszym synem miałem sporo nauki do odwalenia… Poza tym takie 11 km to za mało żeby się nabiegać, a biec wte i wewte to już się robiło 30 + bieg bez szans na fajny wynik, więc też trochę słabo. Dlatego zapodałem temat na FB, lokalnym whatsappie i znalazło się dwóch chętnych by mi potowarzyszyć w spacerku z osiedla na Wawel i przez Rynek z powrotem. Biegł ze mną ultradzik, który potrafi od niechcenia zapodać tempo rzędu 3:50/km - na szczęście był tuż po obiedzie i starał się być na tyle miły, by mnie nie zarżnąć. Na rowerze towarzyszył nam @pluszowy_zergling - przez kontuzję chwilowo nie może biegać - i tak się w trójkę spokojnie turlaliśmy w stronę Wawelu. Było bardzo fajnie - cieplutko (9°C), bez deszczu, wiatru, przyjemne pogaduszki, sporo oznak sympatii od mijanych przechodniów i kierowców (ja z flagą, kolega z peleryną z flagi a drugi w koszulce z biegu narodowego), miłe klimaty Jak dotarliśmy do Wawelu to się zrobiło tłoczno, ale przy zbieganiu z niego to już był dziki tłum i raczej dreptanie niż bieg… Podobnie było fragmentami na Grodzkiej. Wpadliśmy na Rynek, poleciała runda honorowa, aż wylecieliśmy Floriańską i na Warszawską, by potem pomknąć tunelem rowerowym pod Dworcem i Mogilską w kierunku osiedla. Po drodze oczywiście wykopy, bo cały #krakow rozwalony - mogliśmy najwyżej wybierać które rozwalone ulice wolimy xD @pluszowy_zergling odjechał nieco wcześniej do domu, a na koniec oczywiście był tradycyjny morderczy podbieg na nasze Wzgórza, gdzie już się rozdzieliliśmy a ja dotuptałem do przerośniętego czeskiego papatonu więc pozwolę zapodać sobie #2137 xD


Się wpisisko straszne zrobiło, co poradzić. A miało być szybko i krótko. Ech, brak samokontroli


Miłej nocy!


#sztafeta #bieganie

23b4e478-c0c8-42b0-89bb-8a6698b2ca2e

Zaloguj się aby komentować

38 360,12 + 5,02 + 23,71 + 11,44 + 8,28 + 23,17 = 38 431,74

A uzbierało się w sumie trochę. Leń niby nadal trzyma, ale coś tam staram się powalczyć.
Jeszcze tego samego dnia co ostatni wpis poleciałem na siłkę. Niby nie miałem sił i ochoty, ale powoli się rozkręciłem i zrobiłem sobie najpierw solidną rozgrzewkę (w 500m od 10 do 15 km/h) i potem na przemian 250m 15 i 100m 12,5 km/h. Wykresy w komentarzu, bo nawet ładne wyszły

Następnego dnia wyszło zabawnie. Rano nie mogłem biegać, bo miałem wczesny wyjazd na działkę żeby dyskutować z Lasami Państwowymi, czy moja działka jest leśna czy nie więc byłem generalnie nastawiony na to, żeby polecieć sobie na osiedlowe podbiegi. Ale jak już wróciłem do domu, to napisałem do jednej koleżanki, do drugiej i tak jakoś potem wyszło, że poleciała nas nawet zdrowa gromadka Jakoś tak wyszło, że z koleżankami się odłączyłem od grupy bo lecieliśmy trochę szybciej - i tak fajnie się biegło, że zupełnie straciliśmy poczucie czasu i odległości. Gdzieś tam między jedną a drugą pauzą zapomniałem odpauzować i diabli wzięli 2 km, ale co tam Potem odprowadziłem... w sumie odbiegłem - jedną koleżankę, potem drugą i doleciałem do domu. Ze skromnego parokilometrowego wypadu zrobiło się prawie 24 km - przy okazji czeski papaton xD więc taguję z lekkim naciąganiem #2137

Potem był piątunio, jakoś mało pary miałem po poprzednim wieczorze więc skończyło się na 11 km. Jeszcze gorzej było w sobotę - zaspałem, bo młody mnie wezwał do usypiania, przez co wybiegłem tak późno że tylko poleciałem na szybkie zakupy do biedry i mięsnego, a że obok jest parkrun to postanowiłem dołączyć. Za węgłem 11. listopada, więc pożyczyłem od kolegi flagę i tenże parkrun przeleciałem sobie z flagą - fajnie było! Poleciałem na luzie, ale potem jakoś instynktownie przyspieszyłem - chyba trochę nie umiem się powstrzymać, gdy słyszę tuż za sobą pościg xD Dzięki podbiegom zwiększyłem przewagę i zakończyłem na 10. pozycji z w sumie przyzwoitym czasem 22:26 Wróciłem do domu objuczony jak wielbłąd, dobrze że chodzę na siłkę bo by mi ręce odpadły xD ale wyszło łącznie ciut ponad 8 km.

A dzisiaj musiałem sobie odbić wczorajszego króćca i poleciałem na Rynek Po drodze wpadłem do jedynej czynnej biedry na Dworcu Głównym, gdzie zrobiłem małe zakupy (dziś na wieczór mam przygotowane śledziki, więc cytrynę trza było kupić), zgarnąłem jeszcze parę obwarzanków i wróciłem spokojnie do domu. Fajnie wyszło, kolejny czeski papaton, w tempie 5:16/km więc ujdzie w tłumie.

I byłoby super, ale coś sobie słabo nogę jedną rozmasowałem i napieprza mnie jak cholera. Jak wrócę do Krakowa, to biorę się za rolowanie bo trzeba coś jutro pobiegać z rana

To na tyle, miłego popołudnia... a nie, wieczoru!

#sztafeta #bieganie

a1782dbb-2f98-4848-a48b-9879a6e76ef3

Zaloguj się aby komentować

37 965,98 + 10,38 + 13,27 + 11,01 = 38 000,64


Takie tam sobie luzackie człapanie bez większego celu, ot kupić bułeczki przeczyścić głowę i do domciu.

Wpadł jeden bieg w deszczu, jeden minipapatonik czeski a dzisiaj taka sobie spokojna jedenastka przy przepięknym Słońcu


Ostatnio mam mniejsze ciśnienie na wczesne bieganie bo żona chora to ogarnie najmłodszego - ale w sumie przydałoby się coś w końcu sprężyć i zacząć biegać o uczciwej porze


Miłego dzionka moi drodzy!


#sztafeta #bieganie

3a3a38ab-82f5-48f1-b982-657bdb8437ed

Zaloguj się aby komentować

37 799,99 + 7,12 + 21,37 = 37 828,48


No to, że tak powiem, niewiele się zmieniło. Lenia jak miałem, tak mam xD


Do tego stopnia, że jak wczoraj sobie planowałem jakąś połóweczkę strzelić, tak pierwszy raz obudziłem się o 5, ale nie ot tak sobie tylko obudzony zostałem przez nawoływanie "tatuuusiuuu, tatuuusiuuuu"... no i musiałem pójść do młodego się przytulić. I tak sobie wstałem o 7 xD


I to by nie było jakieś tragiczne - ale tu pogaduszki z żoną, tu kawka, tu cośtam, śmośtam, zrobiła się 8 rano... i po chwili już była taka pora, że stwierdziłem że jedyne na co mnie stać czasowo to lokalny parkrun na który ledwo-ledwo zdążę


Potruchtałem, zdążyłem (w końcu mam do niego ledwie kilometr z groszami), przywitałem się ze wszystkimi znajomymi i w miarę wyluzowany sobie poleciałem. Nie liczyłem na żadne rekordy - nasz parkrun to jest ciężki kawałek chleba, łącznie 80m przewyższeń, 4 pętle z nawrotkami i mnóstwem ostrych zakrętów, miejscami szuter, wszędzie liście. Ale mimo że wystartowałem dość luźno to potem jakoś nabrałem wiatru w skrzydła, w dodatku gonił mnie taki jeden któremu starałem się uciekać... i koniec końców zrobiłem swój PB na tym parkrunie - 22:20 Muszę kiedyś spróbować sił w głównym krakowskim parkrunie, może uda się jakiś fajniejszy czas urwać. Tylko to jest tak niewygodne dla mnie logistycznie, że nie wiem czy kiedykolwiek mi się będzie chciało xD


Po parkrunie było buzi-buzi z koleżankami, piąteczki z kolegami i podreptałem z powrotem do domu, żeby się w miarę pozbierać do standardowej wyprawy cmentarnej.


Postanowiłem, że w niedzielę się odkuję z dystansem - myślałem o papatonie albo i czymś dłuższym. Ale gdy przyszło co do czego, to wczoraj przekiblowałem do późnej nocy i do łóżka położyłem się o 1:30... więc rzecz jasna nic nie wyszło z mojej pobudki - ani o 5, ani o 6 xD Wstałem dopiero o 7, w zasadzie razem z całą rodzinką. Szybka kawa z żoną... i żadnego wychodzenia, jeszcze przynieść jajka i wodę z piwnicy, znieść pranie do pralni, młody się aktywował i chce śniadanie, trzeba zmienić baterię w pasku HRM, przepleść sznurówki by w końcu założyć micoacha do głównych butów - i masz, wybiegłem po 8 rano


Jedno co dobre, to nie musiałem się jakoś strasznie spieszyć z powrotem, bo wiedziałem że raczej nie ma szans na duże rodzinne śniadanie. Po drodze miałem jeszcze odwiedzić aptekę i piekarnię - ale już widziałem że będzie mi się fajnie biegło, pogoda była idealna i samopoczucie świetne. Apteka załatwiona na 4. kilometrze, piekarnia na 6. - i już plecaczek nieco ciążył. Ale nadal biegło się dobrze, miałem wyjątkowo wysoką kadencję - cały czas powyżej 190, pewnie dlatego że od dwóch dni gra mi bez przerwy w głowie nowy hicior Electric Callboy Jezusicku, jeszcze tylko 3 tygodnie do koncertu, cieszę się jak mały dzieciak


Doleciałem do wałów wiślanych, gdzie było cudnie - niewielki zefirek, promienie Słońca pieszczące twarz. Wyjątkowo pusto było tym razem - minąłem tylko 5 rowerzystów, tyluż biegaczy i jednego spacerowicza. Patrząc na dystans wiedziałem, że nie ma innej opcji jak papaton - już numer 135


Leciało mi się cały czas świetnie, jak wleciałem w Lasek Mogilski to mi ciutkę tempo spadło, ale nie jakoś znacząco. Potem były pola między Laskiem a kombinatem, aż doleciałem do tuneli pod S7 i wybiegłem tuż przy kombinacie, a przeleciawszy koło Kopca Wandy doleciałem do budowanej i częściowo uruchomionej S7. Ponieważ nadal działa na pół gwizdka (ruch w obie strony puszczony jedną nitką i pobocze odgrodzone pachołkami) to nie zastanawiając się wiele przeskoczyłem przez bariery i sobie pomknąłem w stronę domu. Po chwili musiałem przeciąć drogę - co nie było problemem ze względu na znikomy ruch - i wpadłem już na piękną dwupasmówkę, która w sumie mogłaby być otwarta ale jeszcze czeka na dokończenie węzła. Po drodze spotkałem jakiegoś samotnego geodetę, który coś tam jeszcze obmierzał - widocznie nie miał już siły siedzieć z rodziną

Doleciałem do miejsca, gdzie z S7 można bez przeskakiwania głębokich rowów wskoczyć na chodnik i już dodreptałem do osiedla i do domu. Dystans wszedł idealnie. Tempo zaskakująco dobre jak na losowy papaton - 5:02 min/km. Żeby to był efekt treningu to byłbym zadowolony, ale że nie panuję nad tempem to po prostu to zaakceptowałem


No to na chwilę spokój, papaton zaliczony i mogę sobie spokojnie dreptać krótsze dystanse.


Miłej niedzieli!


#sztafeta #bieganie #2137

6706b616-bb7f-491e-8439-8fe9bf8e7759

Parę wykresów. Najlepsza w tym wszystkim była kadencja - średnio 190spm xD Już dawno tak szybko nie przebierałem nogami, zwłaszcza przy - jak by nie patrzeć - umiarkowanym tempie. Za to w bilansie prawa/lewa totalna katastrofa, od 9. kilometra masakryczna dysproporcja. Kurczę, może to wynik tego że cały czas w prawej ręce trzymałem plecaczek, który sobie tych parę kilo ważył? Ale chyba nie, bo wtedy już od 6. kilometra by było źle, a tu zaczęło się 3 km dalej, mniej więcej od momentu wbiegnięcia na wały wiślane

89f1318e-3e91-47d3-b277-eeccc00734a2

Zaloguj się aby komentować

37 599,72 + 12,37 + 11,41 + 6,09 + 8,02 + 13,17 + 14,22 = 37 665


No i doczłapaliśmy do końca miesiąca Wyszło łącznie 451 km - nawet więcej niż się spodziewałem, myślałem że ledwo do 400 dobiję


Dość spokojnie, bo po niedzielnym GPK już sobie tylko spokojnie truchtałem po 10 (i mniej) kilometrów w tempach z okolicy 5:40 min/km. Nawet siłownia (tym razem jedna, dzisiaj miałem iść drugi raz ale przez to że jutro sklepy zamknięte to zamiast robić serie na maszynach latałem po sklepach xD) była ciut leniwsza niż zwykle, ze średnim tempem 4:30.


Swoją drogą, garmin, jeśli się biegnie na bieżni bez czujnika na nodze i bez pulsomierza z pomiarą dynamiki biegu (jednego nie chciało mi się zakładać bo trzeba zupełnie przepleść sznurówki, a drugi wziął i padł przez zdechnięcie baterii) to jest totalna porażka, ukradł kilometr dystansu


Ostatnio, mimo że wcześniej robi się jasno, już parę razy ktoś mnie próbował mnie rozjechać mimo oczojebnych ciuchów, odblaskowych szelek i stroboskopowego światła - muszę uważać jeszcze bardziej niż zwykle Czasami, jak widzę ludzi biegających albo jadących na rowerze w słuchawkach, to zastanawiam się gdzie mają głowę Ja rozumiem w jakimś parku, ale kurde w ruchu ulicznym odcięcie jednego z ważniejszych zmysłów to szaleństwo.


Nic to, widzimy się w listopadzie! To już za mniej niż kwadrans xD


#sztafeta #bieganie

66b1b156-6b33-44ea-9d42-c5d852e331ac

@enron W ogole nie biegam, to nie moj swiat, ale Twoja USMIECHNIĘTA twarz jest juz od kilku ladnych miesiecy czescia mojej internetowej banki, i to jest k⁎⁎wa wspaniale xD


wielu kilometrow, czy czego tam sie Wam, biegaczom zyczy xD

Bo w Garmin bieżnie kalibrujesz sobie po biegu. Jak przerywasz bieg to masz opcje zapisz lub trochę niżej kalibruj. I tam wpisujesz dane z bieżni i następnym razem już dobrze liczy. No chyba że korzystasz za każdym razem z innej bieżni to wtedy nie ma siły kalibracja co bieg.

@Morfi_pl jakoś mi się wydawało, że tylko za pierwszym razem pozwalał kalibrować 😅 Teraz biegam z micoachem to jest niemal perfekcyjny pomiar, tylko ostatnio prałem buty i pogubiłem sznurówki 🤣

Zaloguj się aby komentować

37 055,90 + 10,01 + 7,12 + 7,41 + 11,12 + 1,13 + 23,00 + 1,05 = 37 116,74


No to nadszedł dzień kolejnych zawodów


Od ostatniego wpisu tak się luźno telepałem - nie za dużo ani niezbyt intensywnie.

W czwartek rano wpadło zaledwie 10 km - może skutek intensywnego chomiczkowania w środę


W piątek w ogóle słabo się wszystko zapowiadało, bo potężnie zaspałem i wypadło poranne bieganie. Jakoś się pozbierałem na wieczór - chciałem skalibrować micoacha w butach GPKowych (trailowe salomony Wander GORE-TEX, bardziej zwykłe buty do chodzenia niż biegowe, ale lubię je) i pobiegłem na stadion lekkoatletyczny, a potem przekalibrowałem i zakręciłem jeszcze parę kółek po czym wróciłem do domu.


Sobota to też był luz - potruchtałem grzecznie po bułki i wróciłem, zaliczywszy zaledwie 11 km.


Wszystko pod kątem dzisiejszego Grand Prix Krakowa w Biegach Górskich, gdzie tradycyjnie biegnę "Hardą 23"

To bieg, który sprawił, że na nowo polubiłem bieganie po niepłaskim Dwie pętle po ok. 11,5km po Lasku Wolskim z łączną sumą przewyższeń ok. 930m


Dlaczego lubię GPK? Nie muszę wyjeżdżać daleko poza Kraków, jest fajna, rodzinna atmosfera, dużo luzu, dużo błota, dużo śmiechu Do tego bieg jest bardzo fajnie zbilansowany - co się człowiek zmęczy na podbiegach, to zaraz jest wypłaszczenie albo lot z górki, dzięki czemu niby człowiek jest zmęczony ale nie jest zmasakrowany.


Przez ostatnie dni często padał deszcz, a to zapowiadało dość błotniste Wielkie Otwarcie. Moja drużyna mocno się wykruszyła, przez co koniec końców zostałem sam jak palec - ale szczęśliwie, jako że to Kraków to parę znajomych twarzy się trafiło


Poza tym jako ekstrawertyk i tak wszystkich zagadywałem xD


Dziś rano jadę na parking... a tu leje deszcz Hue Hue Hue. Będzie wesoło.


Na miejscu skoczyłem po numerek (wpadł bonusowy kilometr), pogadałem z ludźmi i sru! poszedł start


Tradycyjnie, na starcie mnóstwo osób poleciało dużo szybciej ode mnie - z tym to ja już się oswoiłem, demonem szybkości to ja nie jestem. Potem jeszcze sporo luda mnie wyprzedziło, zwłaszcza na zbiegach - ale mieszkanie na wzgórzu zapunktowało na podbiegach, gdzie mozolnie udało mi się kilku delikwentów wyprzedzić. Ku mojemu zaskoczeniu, nie było tak tragicznie ślisko - a gęsta wyściółka z liści byłaby dość niebezpieczna, gdyby się pod nią czaiło gęstsze błoto. Na pierwszej pętli parę razy przeszedłem w marsz - starałem się robić to nieco później niż inni, ale z racji wąskich ścieżek czasami nie było wyjścia. Niemniej na obu pętlach (zwłaszcza na drugiej) miewałem chwile, gdzie lekko mnie wkurzało że mnie blokują ludzie przede mną, parę razy wyskakiwałem obok by wyprzedzić - i niby skoczenie w sobotę na rywalizacji GPS by mogło dać lepszy wynik, z drugiej strony bez całej tej oprawy, kibiców, współzawodników... byłoby nudno i nie byłoby tej fajnej adrenalinki, Tak więc nie narzekam - raczej widzę miejsce na poprawę w przyszłości.


Każdy kto biegł GPK wie co oznacza "wąwóz" i "polanka". Pierwsze to wąski wąwozik pod koniec pętli, z reguły przypominający pole orne tuż po intensywnych opadach, zaś drugie to dość długa, stromo opadająca polana, cudownie chłonąca wodę i znana z tego, że gdyby było dozwolone używanie jabłuszek to mielibyśmy nowe rekordy tras xD


No więc o ile wąwóz - tak jak zawsze dotąd - przebyłem bez przeszkód, to na polance niewiele brakowało do katastrofy. Niestety nabrałem na niej takiej prędkości, że nie załapałem się na pierwszy zakręt w stronę drugiej pętli, a na drugi - parę metrów dalej - dotarłem z takim impetem, że nogi poszły w jedną stronę a reszta ciała w drugą, po czym klasycznie wyglebiłem całą prawą stroną w błoto xD. W sekundę się zebrałem, pogoniony tekstem "tu się nie opierdala tylko biega, koniec leżenia" i poleciałem dalej. W sumie jedynym zmartwieniem było, czy dam radę rozpakować trzeci żel (pierwszy wziąłem tuż przed startem, drugi po 50 minutach biegu), ale po drodze jakoś powycierałem ręce w garderobę i szczęśliwie nie było z tym problemów


Druga pętla niby łatwiejsza od pierwszej bo już człowiek pamięta co gdzie jest i jak biec, ale wiadomo - zmęczenie robi swoje. Drobnym problemem drugiej pętli bywa też, że w pewnym momencie łączy z innymi biegami i robi się ciut tłoczno. Tym razem zrobiło się zaskakująco tłoczno, wyprzedziło mnie 20-30 świeżaków spod znaku 5,7km i zaczęło być trochę za ciasno. Jeszcze na jednym zbiegu się najnormalniej w świecie potkłem, poleciałem na pysk i zaliczyłem klasyczne salto, ubogacając swój ubiór o kolejne kilogramy błota i liści Uspokoiłem biegnących że jest obok i pozbierałem się momentalnie, by do końca już nie zaliczyć trzeciego upadku Coś tam sobie łokieć nieznacznie otarłem - w sumie lepiej się wypiedrolić w lesie niż na asfalcie, gdzie od razu wszystko starte jak od papieru ściernego


Na metę doleciałem po 2h20m - open 65 na 145 zawodników, w M40 byłem 30 na 51 - biorąc pod uwagę, że to mój ostatni rok w tej kategorii to nie jest tak źle. Co się ubawiłem to się ubawiłem, co się wymęczyłem to moje. Jak zwykle miewałem chwile zwątpienia i myśli "po grzyba ja tu się pchałem" i jak zwykle po mecie już tylko planowałem że fajnie będzie pobiec za półtora miesiąca (w tym roku trochę inaczej są rozłożone starty GPK. Może w tej serii uda mi się pobiec wszystkie 5 biegów (w poprzedniej z powodów logistycznych musiałem odpuścić ostatni bieg) - trzymajcie kciuki!

Dobra, dość tego, późno jest. Miłej nocy i dobrego nowego tygodnia!


#sztafeta #bieganie

3f54f3b9-616c-472b-b251-bf0cce3f618f

Zaloguj się aby komentować

36 538,95 + 5,07 + 13,27 + 10,22 + 10,04 = 36 577,55


No to minęło sobie parę dni od niedzielnego papatonu. Dni leniwych, dni zaspanych. Ba - bardzo leniwych, bo w poniedziałek dodatkowo odpuściłem sobie siłownię Ale co poradzić jak człowieka leń dorwie? No nic się nie da, nic a nic!

Tak więc do listy doszły dwie marne dyszeczki - o tyle fajne, że w mrozie (symbolicznym, bo tylko -1°C, ale zawsze to coś).


Odnalazłem co prawda już sprzęty zimowe, ale nie chciało mi się ich zakładać - potem trzeba to prać, jeszcze się jakieś rękawiczki zgubią itede itepe Smogu jakoś nawet nie pomyślałem by sprawdzić, ale powietrze nie śmierdziało a jak po fakcie zweryfikowałem to całkiem spoko było - CAQI w okolicach 40-45.


W środę już przyszła odmiana. Z samego rańca było już +7°C, za to lał rzęsisty deszcz. Kota, która zeszła ze mną do garażu, po otwarciu bramy ruszyła z impetem po czym zaciągnęła hamulec. Spojrzała na mnie, miauknęła czymś co można luźno przetłumaczyć na "pierd*lę to, idę srać do kuwety" i wróciła do środka xD A ja sobie radośnie pomknąłem w deszcz. Muszę przyznać, że nawet nie wiem kiedy mi się to odmieniło - kiedyś w taki deszcz za Chiny bym nie wybiegł, choć gdyby mnie złapał po drodze to bym się już pewnie nie przejął. A teraz wręcz dodawało mi to radochy - może to, że powolutku się kąpię zamiast się pocić?


Przeleciałem standardowo przez piekarnię i do pani z obwarzankami, szczęśliwie wyposażyłem się w dodatkowe torebki do zabezpieczenia pieczywa więc nie groziło mu zalanie. Standardowo usłyszałem komentarze typu "że się panu tak chce" zbywając je tradycyjnie uśmiechem


Gdy doleciałem nad Zalew Nowohucki, pojawił się fajny widoczek - mimo ulewy zaczął się przebijać róż wschodu Słońca. Chwilę później niebo dosłownie zapłonęło i szczęśliwie też udało się zrobić fotkę, co nie jest takie oczywiste przy przemoczonym telefonie i palcach. Doleciałem do domu i rozpocząłem dzień. Aha, dociągnąłem do minipapatonu czeskiego, czyli #1327 zamiast #2137


Bardzo zależało mi, by zaliczyć choć jedną siłkę - więc gdy po południu wróciłem z młodym z zajęć gimnastycznych, szybko wypiłem z żoną kawkę i poleciałem się cosik pomęczyć. Nie chciałem wracać zbyt późno, więc zaliczyłem tylko 6 maszyn (tradycyjnie plecy, klata, brzuch) - muszę w końcu wprowadzić jeden dzień z ćwiczeniami na nogi. Na deser oczywiście pozostawiłem sobie bieżnię - ale że byłem jakiś słaby i nażarty, to dzisiaj specjalnie nie poszalałem. Co prawda po 700m leciałem już 15 km/h, ale po 500m stwierdziłem że niefajnie mi się biegnie i zjechałem do 14 km/h. Potem tam sobie robiłem parę odcinków wolniejszych i szybszych, aż dobiłem do 5 km i zakończyłem trening ze średnim tempem 4:27 min/km. Lepsze to niż nic


... no i se przysnąłem usypiając młodego. Heh. Dobra, czas kończyć, iść lulu bo rano trza cokolwiek pobiec


Miłej nocy!


#sztafeta #bieganie

ade932bd-8e25-421b-9049-cbcd62109ccd

@enron Nie musisz za dużo ćwiczyć nóg jak tyle biegasz, wydaje mi się, że jedyny mięsień, który mógłby potrzebować dodatkowego bodźca to czworogłowy, ale generalnie jeden porządny trening nóg na dwa tygodnie powinien ci wystarczyć, chyba że jesteś w stanie odpuścić/ograniczyć bieganie po treningu nóg częściej niż raz na dwa tygodnie- dla poprawnej regeneracji. ja nie jestem.

@AdelbertVonBimberstein faktycznie czworogłowy można by wzmocnić... w sumie to po prostu przysiady głównie, więc i w domu mogę

Zaloguj się aby komentować

36 189,08 + 14,59 + 12,08 + 5,02 + 4,95 + 5,01 + 6,13 + 21,37 = 36 258,23


No dobra, dawno nie było więc jest. Papatonik numer 134 odklepion


Niby niewiele się działo. Spokojne tuptanka w strefach luzackich strefach, ale z paroma fajnymi akcencikami


Najpierw w czwartek skoczyłem na siłkę i standardowo sobie na koniec przeleciałem piątkę. Tym razem nie było zapieprzania na maxa, bo byłem świeżo po obiedzie i za bardzo mi się przewalało w brzuchu xD Niemniej ruszyłem żwawo, od 11 km/h i już po 750m dobiłem do 15 km/h. Żeby nie przegiąć, potem robiłem sobie zabawy z tempem, okresowo zwalniając do 13 km/h, przyspieszając do 15,5 km/h i takie tam. Trening trwał równe 21:37


W sobotę miałem zamiar uczestniczyć w Biegu na Piątkę wokół Zalewu Nowohuckiego. Ponieważ w czasie gdy były zapisy nie miałem pewności co do tego czy będę w ten weekend w Krakowie, skończyłem goły i wesoły - zapisy zamknięte, rezerwowe numery będą albo ich nie będzie Więc wiedziałem, że lecę w ciemno - jako plan B miałem pomysł, by w razie braku numeru po prostu sobie pobiec coopera na sąsiedniej bieżni.


Ta sobota to był jeden wielki festiwal awarii. Oczywiście na miejsce chciałem dobiec - mam tam ok. 4-5 km w zależności od trasy. Najpierw pulsomierz się zbiesił, zegarek go nie wykrywał. Dobra, trudno. Potem okazało się, że coś się popierdzieliło micoachowi - naliczył mi kilometr grubo z 200m przed czasem, pierwszy kilometr spokojnego truchtu se wyliczył na 3:44 min/km xD Nic to, zakończyłem trening i poleciałem wyłączywszy micoacha. Doleciałem nad Zalew, 10 minut do startu... kurczę, gdzie jest biuro zawodów? ᶘᵒᴥᵒᶅ Heh, na stadionie obok! Poleciałem, już nie truchtem - i pytam błagalnie o pakiety... jest! Ostatni pakiet rezerwowy! Dobrze, że pisałem maila do organizatora, bo mnie kojarzył i stwierdził że i tak nikt już nie zdąży się po niego zgłosić I faktycznie, doleciałem do miejsca startu na niecałą minutę przed rozpoczęciem biegu.


BUM! Poszło, a ja stwierdziłem nagle że jadę na maxa. Średni to pomysł po dobiegu i całej tej szarpaninie - i już po pierwszym kilometrze, gdy zegarek mi pokazał czas 4:06, wiedziałem że rekordów bić nie będę. Z drugiej strony staruszek fenix różnie nalicza kilometry więc kto wie... Ale kolejne kilometry z czasami jeszcze większymi jasno mi pokazały że se po prostu fajnie pobiegam i tyle. Koniec końców i tak nieźle wyszło, bo 20:42 czyli bardzo blisko życiówki. Trzeba będzie popracować nad zejściem poniżej 20 minut


No i dzisiaj papatonik Niby miałem wstać koło 5 rano, ale wstałem koło 7 xD i jeszcze tak zamarudziłem, że wybiegłem o 8:30 Ikskurłade. Nie spieszyłem się zbytnio, jeszcze leciałem przez aptekę i piekarnię, potem doleciałem do Wałów Wiślanych, by wrócić przez Zalew Nowohucki i zamknąć trasę pod domem równiutkim #2137


No i to w zasadzie tyle. Tydzień zamknięty, generalnie wszystko zgodnie z planem a ja nawet dość wyluzowany.


Miłej reszty niedzieli!


P.S. Dziwnie mi przerobiło filmik na gifa, przez jakąś dziwną stabilizację wygląda jakbym się wkleił xD


#sztafeta #bieganie

359b35aa-7f02-4147-bf75-55d63dda8803

Zaloguj się aby komentować