#naopowiesci

26
276

Dzień dobry, spróbuję, alternatywne zakończenie Diuny 2 (film), spojlery. Tworząc zerkałem do Diuny Herberta.


ucięło mi akapity, a one dużo znaczą, nie wiem, jak je dodać :((


I nawet ściskając zakrwawioną dłonią ostrze Paul nie zapominał szkolenia Bene Gesserit.


Paul.


Nie wolno się bać, strach zabija duszę.


Lisan-al Gaib.


Oswobodził nóż Feyd-Rauthy z uścisku. Harkonnen nie zawahał się, oto nadchodził moment jego chwały. Pchnął silnie ostrzem, celując w serce Atrydy.


Kwisatz Haderach.


Opadł na kolana, słysząc wrzaski swych przodków. Tysiące kobiecych lamentów, przekleństw rzucanych przez Bene Gesserit, domagających się użycia Głosu. Nie rozumiały, nikt nie rozumiał. Ni Fremeni, z gardeł których wydał się pełen przerażenia skowyt. Ni Stilgar, którego oczyma spoglądał teraz na swe osłabione ciało. Ni jego matka, obroczona złotem, planująca już w myślach swą przyszłość bez niego. Ani Harkonnen.


Usul.


Feyd-Rautha rozluźnił mięśnie. Czekał. Czekał dopóty nóż nie dotarł w samo serce Atrydy. Oddychał głęboko, delektując się zapachem zwycięstwa. Pociągnął Paula za włosy i z rozmyślną, sadystyczną opieszałością dopchnął ostrze w samo serce przeciwnika. Wtem dopiero, obiema dłońmi porwał Księcia za szyję, zbliżył się doń i wyszczerzył zęby.


Sihaja.


"Nie bój się Atrydo, zajmę się nią" - szepnął tak, by głos jego rozpłynął się pośród fremeńskich jęków. "Zajmę się wszystkimi".


W jego oczach dostrzegł to, czego obawiał się najbardziej. Feyd-Rautha znał prawdę. Kpił z niego, z jego poświęcenia. Brnął ku tryumfowi. To nie reset, nie sztandar Atrydzkiego Dżihadu zatrzepocze w całej Galaktyce. To nie Fremeni i Głos Spoza Świata rozleje morza krwi i łez. W trwającej nieskończoność chwili Paul Atryda, syn Lety, dostrzegł przyszłość Galaktyki, skrytą do tej pory, a nieuniknioną i wywołaną przez kolejne intrygi Bene Gesserit.


Skoro to po nim pozostać miało jedynie zbroczone krwią ciało, znajdą innego. I jego matka, milcząc, przyzwalała na panowanie Wielkiego Wodza Feyd-Rauthy Harkonnena.


Przenikał przez oczy kuzyna, w których płynęła fala ekstazy wywołana nagłą wizją galaktycznego mordu, okrywającego swym całunem całą ludzkość. Rozluźnili się. Harkonnen w tryumfie, Atryda w ostatnim akcie buntu przeciw tyranii Matek Wielebnych.


Sihaja.


Oswobodził sterczący z biodra krysnóz i jednym silnym ruchem ramienia cisnął ku brodzie Harkonnena. W ostatnim momencie Feyd-Rautha pojął, że Paul Atryda umieścił na jego karku dłoń, która teraz pochwyciła go w żelaznym uścisku. Krysnóż zatopił się pod brodą Barona aż po rękojeść. Na bladej twarzy tuż przed śmiercią okazało się zdumienie to same, co na twarzy jego wujka.


Feyd-Rautha Harkonnen, jednodniowy baron, opadł na plecy, wyzionąłwszy ducha.


Sihaja.


Zastygnęli wszyscy. Miał czas. Widział to. Chwycił za rękojeść noża i uniósł twarz ku niej.


Sihaja. Sihaja. Sihaja.


Wiedział, że zrozumie.


Będę Cię kochać, Usul, tak długo, jak pozostaniesz sobą.


Jęknął. Ostrze cięło wnętrzności, rozrywało serce. Z jego piersi trysnął strumień krwi, z oczu Chani rzeka łez. Nie widział już przyszłości, nie widział nic. Ciemność. Tylko ciemność, a potem on, Sihaja i pustynie Diuny. Jego Diuny. Jego Arrakis. Zostało jeszcze jedno.


"Nie słuchaj, Sihaja, łzo wiosny. Milknąć wszyscy!" - krzyczał Głosem, brocząc w kałuży krwi. Płonął nienawiścią do nich, do Bene Gesserit, które również słuchały, pozbawione wolnej woli. - "Gourney Hallick!"


"Tak, mój książę" - z ciszy wyłonił się głos jego sługi.


"Wydaj rozkaz. Aktywować głowice atomowe."


Gourneyowi nikt nie przeszkodził. Paul słyszał cichnące kroki, a potem szmery wydawanych komend. Chani widziała już tylko jego. Obróciła go na plecy i wtuliła się weń. Jedna z łez wpadla do ust Księcia i ten nie widział już nic.


Paul.. Lisan al-Gaib. Kwisatz Haderach. Muad-Dib. Usul.


Mój Usul. Jestem z Tobą. Jestem, kochany.


Był tam, daleko, poza pajęczynami czasu i przestrzeni, a ona przy nim, przywdziana w srebrną suknię jak wtedy, gdy dostrzegł ją po raz pierwszy po zażyciu Przyprawy. Patrzyła nań, smutna i radosna jednocześnie. Na jej brązowych polikach w słońcu Diuny błyszczały ślady łez.


"Moja Sichaja" - powiedział i oparł się głową o jej ramię.


"Mój Usul. Mój Paul. Mój Muad-Dib"


Przyciągnęła go do siebie i ucałowała w czoło.


A potem świat zapłonął.


Już czasu na edytowanie nie miałem, leciałem na żywca bez przeróbek


Jeśli są babole gramatyczne, przepraszam. dodałem po edycji odstępy.

#diuna

#naopowiesci #tworczoscwlasna #zafirewallem

6b91fa08-eaf8-4082-84e6-9dbc23884a1d

A ja nic z tego nie rozumiem, bo nie znam Diuny wcale. Choć czytać próbowałem, ale to nie dla mnie.


Niemniej: miło, że zdecydował się Pan wziąć udział.

Zaloguj się aby komentować

Umarł król, niech żyje król! – czy jakoś tak.


W każdym razie chodzi o to, że zakończyła się XVIII edycja konkursu #naopowiesci , no to czas otworzyć kolejną, czyli XIX (ładny, symetryczny zapis tej liczby w systemie łacińskim). No to otwieramy!


***


W XIX edycji zabawy #naopowiesci chciałbym, żebyśmy pobawili się w fanfiki – może tak będzie łatwiej i zwiększy to frekwencję, co będę później, przy pisaniu podsumowania, ewentualnie przeklinał.


Mieliście kiedyś tak, że oglądaliście jakiś film albo czytaliście jakąś książkę i pomyśleliście „No k⁎⁎wa, nie...”, kiedy jakiś bohater zrobił coś z waszego punktu widzenia całkowicie absurdalnego? Albo uważacie może, że któryś z autorów spieprzył sprawę i zmarnował bardzo dobry pomysł? Teraz macie szansę to naprawić! (Jej, ale mi kołczingowy bełkot wyszedł.) W każdym razie chodzi o to, że chciałbym żebyście napisali alternatywną wersję wydarzeń w już stworzonej historii – czy to będzie film, książka, legenda, czy pijackie zwierzenia kolegi, jest mi wszystko jedno. Chociaż nie do końca – bo jeśli będzie to film albo książka lub inna powszechnie znana (lub przynajmniej dostępna) opowieść, to możemy mieć dodatkową zabawę zgadując czym też się autor inspirował.


EDIT:


Można też wykazać się kreatywnością i znaną historię opowiedzieć z perspektywy innej osoby, niż opowiedział ją autor (czy inny reżyser), albo w ogóle z perspektywy obserwatora z zewnątrz. Albo jeszcze jakoś inaczej.


KONIEC EDITA


Wymaganej liczby słów nie podaję, i tak każdy to olewał, a bawić się będziemy trzy tygodnie, czyli do końca sierpnia (sierpień ma 31 dni, tak dodaję dla porządku).


No to co, towarzysze? Naprawiamy błędy! Pomożecie?


***


#naopowiesci

#zafirewallem

@George_Stark Pomożemy!


ładny, symetryczny zapis tej liczby w systemie łacińskim

A to też ma nazwę - palindrom (to tak w kwestii szpanowania erudycją )

@George_Stark A piszemy normalnie w postach? Ile słów (mniej więcej, widzę, że nie ma limitu, ale tak +-)? Bo też nie chciałbym aż nadto przesadzić.

Zaloguj się aby komentować

W połowie sierpnia w ogrodzie mojej babci zakwitły kosmosy. Nie wiadomo skąd się wzięły, podejrzewaliśmy, że może pojawiły się razem z Perseidami.

Rosły wysokie, a ich płatki miały niesamowicie głęboki ciemnogranatowy kolor.

Podmuchy wiatru uginały lekko ich główki, osypując wszystko gwiezdnym pyłem.


Pszczoły zawisały przy nich przez chwilę i zdezorientowane leciały dalej.


Babcia przyniosła sobie krzesełko z kuchni i co wieczór siadała ze swoimi kosmosami, żeby z nimi porozmawiać, gładziła pomarszczoną dłonią ciemne kwiaty i szeptała do nich, a one rosły, zajmując coraz więcej miejsca w ogrodzie.


Któregoś dnia babcia weszła w gęstwinę i już więcej stamtąd nie wyszła.


Wierzymy, że płynie gdzieś wśród gwiazd, a one szepczą do niej cichutko.


#naopowiesci #zafirewallem

50209642-b5d3-4403-886c-4ad01a258394

Zazdroszczę. Zazdroszczę Koleżance umiejętności zarysowania nastroju, uczucia czy czegoś tam jeszcze w tak zwięzły sposób. Ja chyba nie umiem, a bym chciał umieć.


Aż mi się przypomniał jeden z niewielu w sumie zapisanych na później wierszy z naszej kawiarni, wiersz świętej niestety pamięci kolei @em-te i te z tego wiersza słowa:


- tnij, syp arszenik i proszek na mole

pal, zatapiaj, wieszaj, albo lepiej duś

nie zapiszesz wszystkiego matole

użyj skrótu, taki skrót to jest cuś!

Zaloguj się aby komentować

Ech. Tutaj powinno nastąpić moje standardowe starcze narzekanie na brak czasu, ale może tym razem je sobie darujemy – ważne, że opowiadanie udało się skończyć. I to jeszcze na dodatek w terminie!


Prawdą jest to, że na kieleckim Punkcie Wymiany Poezji nie ma zbyt dużego ruchu. Prawdą jest to, że punkt ten zlokalizowany jest na Skwerze Stefana Żeromskiego i że skwer ten znajduje się obok kieleckiej katedry. Prawdą jest, że na tym skwerze jest bezpłatny szalet miejski i prawdą jest też to, że na tym skwerze chętnie przesiadują pijaczki. Prawdą jest to, że kiedy czasami przy okazji tamtędy przechodzę, no to do Punktu zaglądam. Prawdą jest też w tym opowiadaniu kilka innych rzeczy, rzeczy, które dotyczą głównie prozy życia. Resztę opowieści ubarwiłem, zaprzęgając do tego cały dostępny mi romantyzm, ale że nie ma go zbyt wiele, bo przecież romantyzm jest zupełnie niepraktyczny i sprawdza się wyłącznie w literaturze romantycznej, a ja jednak jestem całkowicie praktycznym inżynierem, no to wygląda to wszystko tak, jak wygląda:





Punkt Wymiany Poezji: Kielce


I was looking for love in the strangest places

Uriah Heep, July morning


***


Pomysł od razu wydał mi się uroczy. Miał on w sobie coś tajemniczości, miał coś z romantyzmu, a można było nawet uznać go za pewien rodzaj magii. Bo czyż nie jest magią to, kiedy tak zostawiasz kawałek siebie, a w zamian zabierasz kawałek kogoś innego? Ty go nie znasz, a on nie zna ciebie. Wszystko co masz, to tylko ten kawałek papieru, który ten ktoś tam wcześniej powiesił i te kilka zapisanych na nim słów. Czasami masz jeszcze charakter pisma, o ile ten nieznajomy ktoś zdecydował się napisać swój wiersz ręcznie. Ja tak napisałem.


Zanim jednak powiesiłem swój wiersz, zabrałem czyjś. Kim był ten tajemniczy ktoś, kto tam tę swoją kartkę umieścił? Co skłoniło go do tego, żeby ją tam zostawić? – męczyły mnie te pytania. Z wiersza zapisanego na zabranej przeze mnie kartce nie mogłem wywnioskować wiele. Trudno było mi nawet rozczytać znajdujące się na tej kartce słowa. Deszcze rozmyły litery, zresztą sam papier też poddał się działaniu warunków atmosferycznych – kiedy zdejmowałem go ze spinacza, miejsce, w którym był ściśnięty, ukruszyło się. Nie, to nie tak, że ta kartka się rozdarła. Ona się naprawdę ukruszyła. Widać musiała wisieć tam już bardzo, bardzo długo.


A więc ten kruszący się papier, te parę słów zapisane atramentem o jasnoniebieskim, mocno już wyblakłym kolorze i męczące mnie pytania. I ten charakter pisma. Niepokojący. Tajemniczy. Urzekający. Litery wyraźne, z okrągłymi brzuszkami i pięknymi, długimi ogonkami. Pismo piękne, jak w siedemnastowiecznych dokumentach albo w zeszycie do kaligarfii, który prowadziła moja koleżanka Ilona. Bardzo ładny charakter pisma. Bardzo kobiecy. Ten wiersz musiała zostawić tam jakaś kobieta.


W domu ostrożnie rozprostowałem kartkę starając się nie ukruszyć jej jeszcze bardziej i włożyłem ją za okładkę dumy mojej kolekcji, mojego wydania Cierpień młodego Wertera. Wydania niemieckiego, wydania w języku oryginalnym. Wydania z roku 1832, roku śmierci Johanna Wolfganga Goethego. Goethe ist tot, also ist auch die Romantik tot – tak właśnie wygląda świat po roku 1832. A moją życiową ambicją było tę sytuację zmienić.


***


Skwer imienia Stefana Żeromskiego w Kielcach. Szeroka główna aleja prowadząca do okrągłego placu z Pomnikiem Armii Krajowej, tak bardzo przypominającego swoim kształtem słynny rzeszowski Pomnik Czynu Rewolucyjnego – a może to tylko mnie on się z jakiegoś powodu tak właśnie kojarzy? Wzdłuż alei kasztanowce z niedojrzałymi jeszcze kasztanami opatulonymi w te swoje zielone kolczaste skorupki, które zbrązowieją i zaczną pękać dopiero za mniej więcej dwa miesiące. I jeszcze dwie boczne alejki, którymi można obejść cały skwer dookoła. Jeśli spojrzeć na niego od strony katedry, z ulicy Jana Pawła II, wówczas lewa alejka będzie prowadzić do Punktu Wymiany Poezji. Znajduje się on na murze, kilka kroków przed Zakładem Aktywizacji Zawodowej i bezpłatnym szaletem miejskim. Żeby do tego Punktu dotrzeć, należy zejść z alejki pomiędzy dwiema ławkami i pokonać kilka metrów trawnikiem. Ścieżka nie jest w tamtym miejscu wydeptana.


Kilka pierwszych prób zawieszenia mojego wiersza, które podjąłem, nie zakończyło się powodzeniem. Być może to niewielka odległość od bezpłatnego szaletu miejskiego powodowała, że te dwie ławki, między którymi należało skręcić do Punktu Wymiany Poezji, zdawało mi się, że zawsze były okupowane przez dwóch miejscowych pijaczków:

– Kierowniku! Poratowałbyś może? Tak ze dwa złote chociaż? – początkowo pytali kilka razy dziennie, za każdym razem, kiedy tylko przechodziłem przed nimi tą alejką z zamiarem zejścia z niej i przypięcia wiersza pod ramką.

– Nie mam gotówki, kartą płacę – z jakiegoś powodu usprawiedliwiałem się przed nimi. Robiłem to tak długo, że w końcu przestali mnie o te dwa złote pytać.


Męczyłem się. Z jednej strony miałem silną potrzebę zostawienia tego wiersza w Punkcie. Chciałem poczuć tę magię. Więcej! – chciałem być tej magii częścią! Ten wiersz, który miałem zamiar powiesić, miał być moim zaklęciem, a ja już dobrze wiedziałem, jakie osiągnę tym zaklęciem efekty. Z drugiej jednak strony byłem na siebie zły, a nawet byłem sobą rozczarowany. Powodem tego rozczarowania było to, że nie mogłem zrozumieć w jaki sposób tych dwóch pijaczków przeszkadza mi w tym, żeby to moje postanowienie zrealizować. Należało tylko podejść do ramki i tę kartkę po prostu na niej zawiesić. Oni przecież nie mieli problemu z tym, żeby mnie o te dwa złote natarczywie wypytywać.


Męczyłem się, i to męczyłem się coraz bardziej. Doszło nawet do tego, że miałem kłopoty ze spaniem. Pierwsze promienie słońca wyrywały mnie ze snu. Budziłem się zlany potem i za nic w świecie nie mogłem ponownie zasnąć.


***


Wynurzające się zza horyzontu słońce oświetlało Skwer Stefana Żeromskiego od strony ulicy Wesołej. Promienie wędrowały od Placu Wolności wzdłuż ulicy Mickiewicza i rozbijały się na liściach kasztanowców. Kiedy wiatr poruszał liśćmi, niektóre z promieni docierały aż do złotych kul wieńczących katedralną dzwonnicę i kopułę nawy głównej. Światło odbijało się od tych kopuł, a ja miałem wrażenie, jak gdyby te kule były oświetlone od dołu. Jak gdyby światłość miała swoje źródło w ziemi.


Poniedziałkowy poranek był chłodny i wilgotny. Jak na lipiec było nawet bardzo chłodno: kiedy przyspieszyłem kroku podążając w kierunku ramki, z ust zaczęła wydobywać mi się para. Powodem tego mojego przyspieszenia kroku było to, że ławki przed ramką były puste. Nikt na nich nie siedział. Widocznie dla pijaczków było jeszcze zbyt wcześnie. Wykorzystując okazję, powiesiłem więc swój wiersz i rozentuzjazmowany wróciłem do domu. W domu od razu zachciało mi się spać. Położyłem się wtedy do łóżka i zasnąłem jak niemowlę.


***


– Jego nie pytaj, on i tak powie, że ma tylko kartę – powiedział jeden pijaczek do drugiego, wkładając wiele wysiłku w to, żeby upewnić się, że jego szept zostanie przeze mnie usłyszany.

Przez kolejne dwa tygodnie od tego dnia, kiedy powiesiłem na ramce swój wiersz codziennie przechodziłem przez skwer kilkukrotnie, zawsze niby to przypadkiem. Za każdym razem zastawałem ten sam widok: pijaczki siedzące na ławce i kartka wisząca na ramce dokładnie tak, jak ją tam zostawiłem. Za każdym razem byłem tą kartką trochę bardziej rozczarowany, a może nawet czułem się coraz bardziej zawiedziony.

– „No cóż: Kielce nie są miastem poetów” – pomyślałem. – „A jeżeli już nawet w jakimś stopniu są, no to jest to raczej poezja w rodzaju u_ap-bam-beluba-uap-bem-boo_* czy innego jebać mi się chce**. No trudno. Czego ja się w ogóle spodziewałem? Że ktoś mnie tutaj doceni? Przecież oni sobie na mnie w ogóle nie załużyli!” – w taki właśnie sposób próbowałem racjonalizować sobie całą tę przykrą jednak sytuację.


***


Czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko.*** – zgodnie z tym bolesnym credo romantyków, tęsknota serca, niestety, wygrała u mnie z potęgą rozumu. Problemy ze snem wróciły. Znów budziłem się wczesnym świtem, znów pidżama była mokra od potu.


– „Dwa tygodnie to przecież mnóstwo czasu. Powinna była już dawno się pojawić” – myślałem, przewracając się z boku na bok. Obracałem tę myśl w głowie i analizowałem ją na wszystkie możliwe sposoby. Spędziłem z tą myślą tyle czasu, że już dokładnie wiedziałem jak wygląda ta moja Lotta, która kiedyś powiesiła swój wiersz w ramce. Ten wiersz, który ja później zabrałem, który przeczytałem i który doceniłem, bo przecież trzymałem go w najcenniejszym egzemplarzu z mojego obszernego zbioru poezji romantycznej. Ta Lotta, która teraz powinna teraz znaleźć moją na swój wiersz odpowiedź. – „Coś się widocznie musiało stać” – przyszło mi do nagle głowy i, przejęty tą myślą, poderwałem się z łóżka. Ubrawszy się w cokolwiek, popędziłem na skwer. Chciałem coś zrobić. Musiałem coś zrobić. Musiałem coś zrobić żeby ratować moją Lottę. Nie wiedziałem tylko co.


***


Spinacz pod ramką był pusty.

– „A więc jednak! Wystarczyło tylko wykazać się odrobiną cierpliwości!” – uradowałem się.

– Kierowniku! Poratowałbyś może tak ze dwa złote? – dobiegł mnie głos jednego ze znajomej mi już dwójki pijaczków, którzy zmierzali w kierunku swojej ławki. Wyglądali na mocno zaspanych, w dodatku zaspanych snem trudnym po wczorajszym trudnym wieczorze. Być może właśnie dlatego tym razem nie udało im się mnie poznać.

– Mam tylko piątkę – odpowiedziałem.

– Jak dla mnie to może być. Ja tam się wcale na piątkę nie obrażę.


***


Kolejne dwa tygodnie. Dwa tygodnie nerwowego oczekiwania. Dwa tygodnie problemów ze snem. Dwa tygodnie: czternaście dni. Dwa tygodnie: trzysta trzydzieści sześć godzin i niezliczona ilość piątek, którymi musiałem obdarować pijaczków, bo po pierwszym razie jakoś głupio mi było im odmówić.

– Ty to, młody, coś tak wyglądasz mi na jakiegoś przygnębionego – w rozpoczynający trzeci tydzień oczekiwania poniedziałek, po odebraniu swojej piątki, zagaił mnie jeden z nich. – Klapnij se tutaj z nami na chwilę, łyknij se, to, co to by tam nie było, to zaraz ci przejdzie. Zresztą, i tak przydałoby mi się jakieś towarzystwo, bo z niego to na razie żadnego pożytku nie będzie.


Faktycznie: drugi z pijaczków chrapał przewieszony przez oparcie ławki. W taki właśnie sposób rozpoczęła się moja znajomość z Jurkiem i Markiem, bo takie imiona nosili ci dwaj pijaczkowie.


– Aaa! Czyli o kobietę ci się rozchodzi! – skonstatował Jurek, wysłuchawszy mojej historii przerywanej od czasu do czasu co głośniejszymi chrapnięciami Marka.

– Nie tylko że o kobietę, ale też i o poezję. Przede wszystkim o poezję! – bełkotliwie przyznałem się Markowi do mojego pisania wierszy. Przyznałem mu się do czegoś, do czego jeszcze nigdy nikomu się nie przyznałem, bo trochę się tego wstydziłem, a trochę byłem przekonany, że świat nie doceni mojego geniuszu i że wcale na niego nie zasłużył, ale to wino truskawkowe, którym dzielił się ze mną Jurek, proporcjonalnie do odbieranych mi zdolności dykcyjnych dodawało mi odwagi.

– A to nie na jedno wychodzi? – zapytał Jurek i opowiedział mi swoją historię:


– Kiedyś też byłem z kobietą – powiedział – wtedy zresztą i ja pisałem wiersze. No ale z kobietami to już jest tak, że zawsze, ale to zawsze, muszą znaleźć sobie coś, co im będzie przeszkadzać. Tej mojej na przykład przeszkadzało, że gnije mi lewa górna ósemka. Jeden ząb, wyobrażasz to sobie?! Trzydzieści pięć zębów zdrowych! Trzydzieści pięć, no bo jeszcze dziewiątki mi wyrosły, taki jestem wyjątkowy, a tylko jeden chory i to właśnie tego chorego musiała się uczepić! Jakby nie mogła sobie jakiegoś innego wybrać…

– No ale co dalej? – dopytywałem się kiedy Jurek, popadłszy w jakieś przygnębienie, zawiesił się na swoim wspomnieniu.

– A… No dalej to już normalnie – kontynuował pociągnąwszy z butelki solidny łyk dla otrzeźwienia. – Wiesz, młody: złamane serce, człowiek młody, głupi, a jeszcze naczytał się tych romantycznych pierdów od Goethego czy innego Mickiewicza, no to chciał być jak jeden z tych cierpiących bohaterów. Ja na przykład chciałem być jak Werter. Kupiłem sobie biurko, niebieski płaszcz i żółtą kamizelkę i nawet chciałem zrobić pozwolenie na broń, no ale dwa razy egzaminu z Glocka nie zdałem. Ten niezdany egzamin podłamał mnie jeszcze bardziej i długo zastanawiałem się jaki inny rodzaj śmierci sobie wybrać. I tak sobie wymyśliłem wtedy, że skoro nie mogę być jak każdy, no to zrobię tak, jak nikt jeszcze nie zrobił. No i szukałem takiego rodzaju śmierci samobójczej, jakiego żaden z bohaterów romantycznych nie wybrał. No i nie znalazłem nikogo, kto by się utopił. No i wtedy pojechałem do Grudziądza…

– Nad Wisłę?!– zapytałem przejęty zgrozą.

– Nad Wisłę – z kamienną miną odpowiedział Jurek.

– I żyjesz?!

– No, jak widać żyję. Ale miałem kupę szczęścia. Stamtąd podobno mało kto wraca. W zasadzie to nie słyszałem o nikim, kto by stamtąd, znad Wisły, wrócił. Przynajmniej żywy. A mnie się udało. Ale wiesz, to właśnie tam poznałem Marka – Jurek wskazał na wciąż chrapiącego kolegę. – Jego też wtedy zostawiła kobieta. Nie umiał kiełbaski prawidłowo na ognisku upiec, czy coś takiego… Dokładnie to nie pamiętam o co im tam poszło, on zresztą chyba też już nie. No ale on był mądrzejszy ode mnie. Od dawna był już wtedy stoikiem, więc nie bardzo się tym jej odejściem przejął. Tyle, że psa mu wtedy zabrała i pająki, choć ustalenia na wypadek rozwodu mieli inne. No i tego psa i tych pająków to mu jednak szkoda było. Zresztą, pies później wrócił. Pamiętam, jak kiedyś w obozie…

– No ale co dalej? – spytałem, bo Jurek znów zawiesił na wspomnieniu, choć tym razem nie do końca na swoim.

– No to właśnie mówię. Dalej to już było życie jak Rzymie w pierwszym wieku naszej ery. Wiesz, Marek miał jakiś tam swój pomysł na życie, nie to co ja. Marzyło mu się założyć obóz stoicki. No i taki obóz w Grudziądzu założył, i zatrudnił mnie w nim jako swojego przydupasa. I tak sobie w tym obozie przez kilka lat spokojnie czekaliśmy na śmierć, ale w końcu najechali nas epikurejczycy. I, jakby chcieli nam zrobić na złość, wcale na nie zabili, tylko zburzyli nam ten nasz obóz, a na jego miejscu założyli park rozrywki…

– I? – kolejny raz musiałem przywołać Marka do rzeczywistości.

– No i zapytałem Marka „Co dalej?”, kiedy tak patrzyliśmy na tych epikurejczyków, głośno radujących się na ruinach naszego spokojnego niegdyś obozu. Marek powiedział, że w sumie to teraz jest mu już wszystko jedno i, nie mając lepszego pomysłu, wyruszyliśmy wzdłuż Wisły. Szliśmy pod prąd, chcieliśmy dotrzeć do źródeł. Jak filozofowie. W taki właśnie sposób trafiliśmy do Kielc, a kiedy znaleźliśmy w tych Kielcach martwego bociana z wypchanym portfelem pod skrzydłem, no to trochę za bardzo zabalowaliśmy. Widać udzielił się nam ten epikureizm i przepuściliśmy w ten sposób cały ten niespodziewany przypływ gotówki w ciągu jednego wieczora no i w końcu usnęliśmy tutaj, na tym właśnie skwerze. Kiedy się obudziliśmy, zauważyliśmy, że Wisła w nocy po raz kolejny zmieniła swój bieg, a nam już się nie chciało jej wtedy szukać i wówczas stwierdziliśmy, że skoro nie mamy już za czym podążać do źródeł, no to równie dobrze możemy w tych Kielcach zostać. No i tak zostaliśmy i teraz sobie tutaj jesteśmy.


***


Marek obudził się o godzinie jedenastej.

– Głodny się robię – powiedział.

– Według ciebie to można by regulować zegarek – odparł Jurek, po czym zwrócił się do mnie: – Idziemy, młody, na obiad, bo o jedenastej trzydzieści tutaj obok michę dają. Idziesz z nami? – zapytał, kiedy właśnie miałem zamiar ciągnąć go za język w sprawie tego, jak to było u niego z poezją, bo do tej pory opowiedział mi wyłącznie o swojej kobiecie i o tej kobiety w jego życiu następstwach.

– Nie, dzięki. Nie jestem głody. Trochę sobie jeszcze tutaj posiedzę – odmówiłem, ponieważ po tym winie truskawkowym bardzo kręciło mi się w głowie.

– A jakiejś piątki byś może jeszcze nie znalazł? Bo, wiesz, jak będziemy wracać, no to byśmy coś tam jeszcze może kupili. Bo to się właśnie skończyło – powiedział Jurek, po czym pociągnął ostatni, solidy łyk o objętości jednej czwartej litrowej butelki, którą następnie kulturalnie umieścił w koszu przeznaczonym na szkło.


***


Zmieniłem ławkę. Niepewnym krokiem przedostałem się przez trawnik, jeszcze mniej pewnie wspiąłem się na niski murek okalający centralny plac Skweru Stefana Żeromskiego, po czym spełzłem z jego drugiej strony i, z trudem przechodząc przez plac, zająłem miejsce po jego drugiej stronie. Miałem stamtąd doskonały widok na znajdującą się dokładnie naprzeciw mnie wiszącą na murze ramkę.


Pojawiła się nagle. Zatrzymała się na alejce dokładnie naprzeciw mnie. Stanęła pomiędzy ławkami. Nawet na mnie nie spojrzała. Patrzyła prosto w kierunku ramki.

– „Boże! Boże! Żeby tylko to nie była ona!” – pomyślałem i natychmiast przetrzeźwiałem. Przed ramką stała kobieta w wieku co najmniej osiemdziesięciu lat. Była lekko przygarbiona, ledwo powłóczyła nogami, a te resztki siwych włosów, które zostały jej jeszcze na głowie były mocno przetłuszczone i rozrzucone w zupełnym nieładzie. Kiedy zawiał wiatr, dobiegł mnie zapach potu, moczu i lawendy. Mimo zbliżającego się lipcowego południa ubrana była w futro. Futro miało widoczne nawet z tej sporej odległości, która nas dzieliła, dziury – widać lawenda, którą zapewne trzymała w szafie, niewiele jej pomagała. – „Uff…” – odetchnąłem, kiedy okazało się, że staruszka wcale nie spoglądała na Punkt Wymiany Poezji, ale na swojego pinczera, który zdecydował się murek, na którym zawieszona była ramka, oznaczyć jako swój. Na całe szczęście, po załatwieniu przez psa potrzeby, właścicielka oddaliła się zabierając go ze sobą. Nie lubię tych małych szczekających szczurów – był to więc kolejny minus tej mojej, całe szczęście że potencjalnej, Lotty.


Jurek z Markiem długo nie wracali. Siedziałem więc samotnie na ławce przyglądając się kolejnym kobietom przechodzącym obok ramki. Niejednokrotnie serce, to serce, które tak mocno biło mi na myśl o mojej Lotcie, podchodziło mi podczas tych obserwacji do gardła. Działo się tak dlatego, że żadna z kobiet, które tamtego poniedziałku widziałem na skwerze, nawet odrobinę nie przypominała mojej Lotty. Ogarniało mnie przerażenie na samą myśl, że któraś z nich mogłaby moją Lottą choćby spróbować zostać.


Drugą kobietą, która przeszła alejką zaraz po właścicielce pinczera była damulka na szpilkach i w zbyt obcisłej niby-to-skórzanej spódnicy. Na zadartym nosie nosiła ciemne okulary, a na głowie miała fryzurę typu „chcę rozmawiać z kierownikiem”.

– „Z taką babą to byłyby tylko same problemy. Po co mi jakieś wieczne pretensje? Jej to przecież zawsze coś nie będzie pasować” – pomyślałem z ulgą, kiedy minęła ramkę, nawet na nią nie spojrzawszy. Spojrzała za to na panią futrze, kiedy wyprzedzała ją, spiesząc się zapewne na jakieś superważne spotkanie, na którym będzie mogła wcielić w życie swoją przebojowość i okazać swoją niezależność. Na staruszkę z psem spojrzała z pogardą. – „Nie szanuje innych” – pomyślałem i to był kolejny jej minus, który tylko utwierdził mnie w słuszności podjętej właśnie przeze mnie decyzji.


Później przechodziła jeszcze dziewczyna w wieku w sam raz dla mnie, ale zbyt tłusta i w dodatku w legginsach, które bardzo niegustownie opinały jej tłuste jak balerony nogi. Po niej pojawiła jakaś laska wymodelowana i wypindrzona tak, że zastanawiałem się, czy to jeszcze człowiek, czy już reklama jakiejś fuzji branży kosmetologii i medycyny estetycznej z dodatkiem przedsiębiorstw odzieżowych. Zresztą, ile czasu musiała poświęcać każdego ranka na wykonanie takiego makijażu! Czasu, który porządna kobieta powinna wykorzystywać na przygotowanie pożywnego śniadania dla swojego mężczyzny.


Następna przechodziła dziewczyna w nijakich szaroblondowych włosach upiętych w skromny kucyk. Kolor jej włosów doskonale komponował się z szaronijakim kolorem cienkiego rozpinanego swetra, który miała na siebie narzucony.

– „Nie no, taka to też nie. Taka to tylko przy zgaszonym świetle, wyłącznie po bożemu, zawsze pod kołdrą i z koszulą nocną podwiniętą wyłącznie tyle, ile jest to absolutnie konieczne.”


Później pojawiły się jeszcze dwie roześmiane siksy – jedna brunetka z dość przyjemną twarzą, ale z figurą w kształcie gruszki, figurą, która zupełnie mi nie odpowiada, w dodatku ubrana w zieloną koszulkę, a ja bardzo nie lubię zielonego i jej ruda przyjaciółka, całkiem nawet niezła. Ale cóż z tego, że niezła, kiedy, wnioskując ze sposobu w jaki rozmawiała z brunetką, wszystkie nasze prywatne sprawy byłyby natychmiast wynoszone na zewnątrz.


I przeszło tamtego poniedziałku przez skwer Stefana Żeromskiego w Kielcach jeszcze kilka innych kobiet, ale każda z nich miała w sobie coś, co dyskwalifikowało ją jako moją potencjalną partnerkę. Żadna z nich nie mogła być moją Lottą.


Cierpiałem więc. Cierpiałem z każdą odchodzącą spod ramki zmarnowaną szansą, cierpiałem z każdym krokiem tych oddalających się kobiet. Cierpiałem z każdym ich krokiem, z którym razem z nimi oddalała się nasza wspólna szczęśliwa przyszłość, bo żadna z tych oddalających się kobiet nie była taka, jaką być powinna.


***


Na skutek tego cierpienia, jak u każdego prawdziwego romantyka, obudził się we mnie nastrój. Nastrój przygnębienia, a może nawet głębokiej depresji. Nastrój, z którym, jak każdy prawdziwy poeta, umiałem poradzić sobie tylko w jeden sposób. Wyciągnąłem więc zeszyt, który zawsze noszę przy sobie na wypadek nagłego przypływu natchnienia i zapisałem w nim co następuje:


Lotto, moja droga Lotto!

Życie moje – grząskie błoto:

ranek wita ciemną grotą,

puste dni są mi Golgotą,

wieczór jak walka z Gołotą…


Jakże sprostać mam kłopotom?

Jak zamienić ołów w złoto? –

bo kobiety ze ślicznotą

odrzucają mnie głupotą,

ale te z rozumu cnotą

odrzucają mnie brzydotą.


A więc gryzę się zgryzotą,

choć bym zrobił wszystko po to

żeby przestać być sierotą

miłości.


;


Lotto! Moja droga Lotto!

Przyjmij! Przyjmij mnie z ochotą!

Uracz! Uracz mnie pieszczotą!

Ja uraczę ciebie strofą –

tego pragnę! Ale: co to?!


Życia mnie realia zgniotą:

szansa, by cię spotkać Lotto,

mniejsza niż na szóstkę w Lotto.


Po napisaniu przeczytałem ten wiersz jeszcze kilkukrotnie i byłem z niego bardzo zadowolony. Później wyrwałem tę kartkę, na której go zapisałem, ostrożnie złożyłem ją na pół i zawiesiłem pod ramką.


***


– A oto jest i nasz poeta! A my tutaj mamy natchnienie! – wykrzyknął Jurek wyciągając w górę jeszcze nie otwartą butelkę wina truskawkowego, kiedy po obiedzie, w towarzystwie Marka, zmierzał w kierunku ławki, na której pogrążony w smutku czekałem sam nie wiem na co. Być może nawet na nich. Czekałem więc, w dalszym ciągu jednak z jeszcze nie do końca umarłą nadzieją obserwując, czy nagle nie pojawi się pod ramką moja Lotta żeby zabrać ten mój wyraz rozpaczy przelany przeze mnie dla niej przed chwilą na papier.


Jurek z Markiem usiedli na ławce obok mnie.

– Daj, to odbiję – powiedział Marek wyciągając rękę w kierunku wina. – Coś mnie suszy po tym obiedzie. Chyba przesolili.

– Czekaj! – wykrzyknął Jurek cofając rękę, w której dzierżył płynne różowe natchnienie. – Metabolizm się we mnie odzywa. Zaraz wracam, bo to niezdrowo tak spożywać z pełnymi jelitami.


Następnie Jurek wstał i udał się w kierunku pobliskiego bezpłatnego szaletu miejskiego. Drzwi nie zdążyły się jeszcze za nim do końca zamknąć, kiedy otworzyły się ponownie, a w otworze drzwiowym ukazała się jego wściekła twarz.

– Noż k⁎⁎wa! – wykrzyknął. – To miasto schodzi na psy! Nie dość, że cała poezja w tym mieście ogranicza się do uap-bam-beluba-uap-bem-boo czy innego jebać mi się chce, to jeszcze w sraczach nie mają papieru! No i co ja mam teraz uczynić?

– A, ostatnio też tak miałem – spokojnie odezwał się wtedy Marek, którego, jako stoika, nawet takie tragedie nie wzruszały. – Ale trzeba sobie jakoś w życiu radzić. Ja poradziłem sobie w taki sposób, że jakiś kretyn, tutaj na murku, zaraz obok, przypina z jakiegoś powodu jakieś kartki, no to sobie taką kartkę wziąłem. Nawet miękki ten papier i całkiem przyjemny w dotyku, tylko trzeba go najpierw trochę w rękach potarmosić.


***


* – Liroy, Scoobiedoo Ya;

** – Liroy, ...A J⁎⁎ać Mi Się Chce!!!;

*** – Adam Mickiewicz, Romantyczność;


***


#naopowiesci

#zafirewallem


3524 słowa, dwie redakcje i już więcej nie robię; za ewentualne błędy, niezgrabności i nieścisłości przepraszam.


I dziękuję.

@George_Stark No takiego końca to się nie spodziewałem. Różne mi się w trakcie czytania koncepcje rodziły, ale na tę strzelbę na ścianie to nie zwróciłem uwagi, chociaż Szanowny Pan Autor kilka razy ją w kadrze umieścił. Ale to świadczy tylko o tym, że umieścił ją tam po mistrzowsku.


Tak więc uśmiałem się.


I nawet refleksję mam po tej lekturze, a o to chyba chodzi w literaturze (o, nawet się zrymowało). A refleksję mam taką, że teraz nie wiem czy ten cały interes z poezją to przypadkiem nie jest po prostu do d⁎⁎y.

@fonfi


I nawet refleksję mam po tej lekturze, a o to chyba chodzi w literaturze (o, nawet się zrymowało). A refleksję mam taką, że teraz nie wiem czy ten cały interes z poezją to przypadkiem nie jest po prostu do d⁎⁎y.


Cieszę się, że taka refleksja Pana naszła (proszę pozdrowić żonę). Cały ten tekst miał być taką właśnie konstatacją zupełnego bezsensu tego, co tutaj (ale i przy tych ramkach) robimy. Co nie jest, oczywiście, żadnym argumentem za tym, żeby przestawać to robić.


@onpanopticon


Koniec końców tylko dodam, że surowa ta "laurka" dla kieleckich kobiet i ich powabu intelektualno-wizualnego xDD


Patrz, a zamiar był zupełnie inny! To zawsze jest bardzo ciekawe dowiadywać się, jak bardzo zamiar różni się od odbioru.


EDIT:

A co do wiersza, to dziękuję, choć mocno starałem się żeby był możliwie jak najbardziej mizerny literacko.


***


Dziękuję, chłopacy, za miłe słowa, za refleksje i uwagi, bo to nie tylko cenne na przyszłość, ale i przyjemne tak je sobie przeczytać z raniacza.

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Tym razem, z uwagi na fakt, że w bieżącej edycji #naopowiesci wszystkie chwyty są dozwolone, to zupełnie nie miałem już problemów i rozterek czy kolejną "przygodę" rowerową umieścić pod tagiem #rower czy #zafirewallem . Dlatego, bez zbędnych wstępów, dodam jeszcze tylko dla formalności cyferki do #rowerowyrownik :


192 365 + 243 = 192 608


i zapraszam Państwa do relacji z 243 kilometrów jazdy rowerem.


--------------------


Gitara


To były 243 kilometry. 243 nudne kilometry. Nie wiem, czy da się napisać coś ciekawego o 243 kilometrach nudy, co nie znaczy, że nie spróbuję. Zapraszam.


Dość istotną rolę w poniższej historii odegrał kolega, który - na potrzeby tego opowiadania - umówmy się, że ma na imię Paweł. To, że przypadkiem faktycznie tak ma na imię nie powinno w takim razie stanowić problemu. Ale skoro jest to relacja z jazdy rowerem to naturalne jest, że oprócz Pawła równie istotna jest… gitara.


Wszystko zaczęło się jakieś dwa tygodnie temu, kiedy w fabryce gruchnęła informacja, że będziemy się integrować. Na kajakach będziemy się integrować. Wiadomo, że do kajaków potrzebny jest jakiś zbiornik wodny. Najlepiej rzeka. Z uwagi na fakt, że zespół rozrzucony jest właściwie po całym kraju, to żeby wszyscy mieli tak samo daleko (poza jednym kolegą, który akurat złośliwie mieszka pod Chęcinami) wybór padł na Nidę, z noclegiem w ruinach (w tej odrestaurowanej części ruin) zamku w Sobkowie. Województwo świętokrzyskie, powiat jędrzejowski. 


Plan integracyjny był prosty jak drut i składał się zasadniczo z dwóch punktów:


  • kajaki i alkohol w czwartek

  • kac i powrót do domów w piątek


Jednym słowem: klasyka.


Ale w tym miejscu historii pojawia się on. On, czyli Paweł.

– Fonfi, a może byśmy wrócili rowerami?

– Tak!

– Długo Cię nie trzeba namawiać.

– Tak.


W ten sposób powstał drugi plan, doszczegóławiający (w ogóle istnieje takie słowo? - bo mi Word podkreśla) ten poprzedni w zakresie powrotu. Jako że Paweł mieszka w Krakowie, a z Sobkowa do Krakowa jest całe 120 kilometrów, zapowiadał się leniwy, towarzyski “caffé ride” przez urokliwe okolice województw świętokrzyskiego i małopolskiego. Z „happy endem” w postaci 20-kilometrowego odcinka WTR (Wiślanej Trasy Rowerowej). Nie pozostało nic innego jak przezornie, z wyprzedzeniem, zarezerwować sobie bilet na pociąg z Krakowa do Warszawy z miejscem dla roweru.


10 lipca, w czwartek, z samego rana, z rowerem, spakowaną sakwą, biletem w ręku (chociaż tak dokładnie to w telefonie) wsiadłem do samochodu kolegi (nie Pawła) i pojechaliśmy się zintegrować. Na miejsce dojechaliśmy jako jedni z pierwszych więc witaliśmy kolejno zjeżdżających się ludzi, w tym ekipę z Krakowa.


Paweł wysiadł z samochodu, podszedł do bagażnika, a ja radośnie, jak labrador w błocie, podbiegłem, żeby pomóc mu z rowerem. I przeżyłem szok. Roweru nie było. Nie było go w samochodzie, nie było go też na samochodzie, ani nie było go nawet pod samochodem - wiem, bo na wszelki wypadek sprawdziłem. 


Była za to gitara.

– Paweł, to nie jest rower!

– Nie.

– To jest gitara.

– Brawo!

– Zdajesz sobie sprawę, że na gitarze ciężko Ci będzie dojechać do Krakowa?


Okazało się, że w wyniku szeregu nieporozumień i nienachalnej znajomości kalendarza, ktoś zaplanował Pawłowi spotkanie z klientem akurat w dzień naszego powrotu. Paweł oczywiście rozważał przez jakiś czas opcję podłączenia się do telekonferencji w trakcie jazdy na rowerze. Jednak a) po pierwsze - sapanie i rzężenie mogłoby zostać przez klientów zauważone i niekoniecznie dobrze odebrane, b) po drugie - pozostawała kwestia zamocowania laptopa do kierownicy na potrzeby prezentacji. Zaważyło zwłaszcza to drugie. W konsekwencji całkowitego braku dostępności tego typu uchwytów na rynku – wygrała wspomniana gitara.


Kajaki, jak kajaki – o nich pewnie można by było napisać odrębną historię. Z kolei integracja, też jak integracja. Ten się spił na wesoło, tamten na smutno, tamten do nieprzytomności.


A to wszystko przy dźwiękach tej cholernej gitary.


Kolejnego dnia wyjazd do Krakowa zaplanowałem mniej więcej między 8:00 a 9:00 rano, dzięki czemu miałem się porządnie wyspać. Oczywiście - jak na złość - obudziłem się już o 6:00, na długo przed budzikiem. Starzy ludzie tak mają, że wstają skoro świt. Podejrzewam, że jest to element ewolucji i w pewnym wieku naturalnie przystosowujemy się do wczesnego wstawania, bo to w kolejkach do przychodni gwarantuje miejsce przed słabszymi osobnikami.


Skoro już się obudziłem to postanowiłem się też umyć i ubrać. W ten sposób już o 6:30 stałem przed hotelem wdychając rześkie, poranne powietrze. Bufet otwierali dopiero o godzinie 9:00, więc - w ramach śniadania - zakupioną poprzedniego dnia owsiankę zagryzłem lekko czerstwą jagodzianką i właściwie byłem gotowy do drogi. Nie budząc nikogo (co, mając na względzie uprzedni wieczór, i tak skazane byłoby na porażkę) wsiadłem na rower. Wyjechałem przez bramę i wiedząc, że do Krakowa mam się skierować na południe, zaskoczyłem sam siebie skręcając na północ. No dobrze, trochę z tym zaskoczeniem konfabuluję, bo gdzieś - w tak zwanym międzyczasie - przeszła mi przez głowę myśl, że skoro i tak jadę sam, to po co do Krakowa jak można od razu do Warszawy. Myśl ta zostawiła nawet swój ślad w postaci przygotowanej trasy w nawigacji.


Nawigacja ta, już po kilku pierwszych kilometrach kazała mi zjechać w szutrową drogę wzdłuż nasypu kolejowego, która miała skrócić wycieczkę o parę kilometrów. Szuter, owszem - był. Miejscami. Tam, gdzie akurat nie było piachu po obręcze. Dzięki czemu zamiast jazdy mogłem rozkoszować się porannym spacerem.


Jak tylko udało mi się dotrzeć do bardziej utwardzonej nawierzchni jazda nabrała bardziej rozsądnego tempa. Rozsądnego na tyle, na ile pozwalały podjazdy przed i w samych Chęcinach, gdzie postanowiłem uzupełnić uprzednie skromne śniadanie i zaopatrzenie. Zjedzona (tym razem świeża) drożdżówka i banan, oraz dwa kolejne na zapas, spowodowały, że świat nabrał barw. I dla jasności - nie były to nasze narodowe odcienie szarości.


Przez kolejne dwadzieścia kilometrów nie działo się nic wartego uwagi. Ot na zmianę pod górę i na dół, dość silny boczny wiatr (wiadomo – kieleckie) nie pomagał, ale też specjalnie nie przeszkadzał, ciemne chmury straszyły z oddali perspektywą zmoknięcia, a ja mogłem się cieszyć wspaniałymi widokami jakie oferowała okolica.


Aż nagle, na 36 kilometrze nawigacja kazała skręcić na skrzyżowaniu w prawo i moim oczom ukazał się podjazd. Ale nie jakiś tam podjazd, jakich minąłem już kilka. Tamte to mogły mu co najwyżej za wypłaszczenia robić. Ten podjazd ciągnął się po horyzont i ginął gdzieś w górze we mgle. Chociaż mogłem odnieść tylko takie wrażenie przez okulary, które zaszły mi z wrażenia parą. 


Zaatakował od razu. Nawigacja rozbłysła czerwonym alarmem, wyświetlając 15% nachylenia. W rozpaczliwej próbie obrony klikałem szaleńczo manetkami, żeby dobrać odpowiednie do walki przełożenia. Łańcuch przeskakiwał w zawrotnym tempie jednak już po chwili zazgrzytał przeraźliwie, informując mnie, że zakres się skończył. Tę walkę przegrałem zanim na dobre się zaczęła. Nie pozostało mi nic innego, jak wspinać się w zawrotnym tempie kilku kilometrów na godzinę, sapiąc i rzężąc niczym zarzynane zwierzę, aż okoliczne psy, których codzienną rozrywką jest podgryzanie kolarzy po kostkach, uciekły skowycząc. Mógłbym przysiąc, że podjazd ten ciągnął się przynajmniej dwadzieścia kilometrów. Jakież było zatem moje zdziwienie, kiedy wdrapawszy się ostatkiem sił, z mroczkami przed oczami i smakiem wstępnie przetrawionej jagodzianki w ustach nawigacja pokazała, że przejechałem niecałe dwa. Nagrodą była jednak wspaniała panorama na okolicę i, jak to po podjazdach bywa - długi zjazd.


Takich zjazdów, zresztą było jeszcze kilka. Na jednym z nich, w miejscowości Hucisko przed Stąporkowem, przez chwilę nieuwagi, rower rozpędził się nawet do szaleńczych 60km/h co przeraziło nie tylko mnie (boję się takich prędkości) ale i pana policjanta z „suszarką”, który mierzył prędkość, schowany za płotem przed samą tablicą wyznaczającą koniec obszaru zabudowanego. Trzymając się kurczowo kierownicy, skupiony na najbliższych kilku metrach asfaltu pochłanianych przez przednie koło, zdążyłem tylko kątem oka zauważyć przedstawiciela władzy, który potrząsał radarem i chyba z niedowierzaniem wpatrywał się w wynik pomiaru.


Po stu kilometrach powoli dojeżdżałem w moje rodzinne strony - okolice Wolnego Miasta Radom. Nieznośny ból zadka i lekkie ssanie w żołądku przywołały natrętną chęć zajechania do mamusi na obiad i kontynuowania wycieczki w mniej lub bardziej wygodnym fotelu PKP. W celu przegonienia tych głupich pomysłów, pomachałem energicznie ręką przed swoim nosem. Stojący na mijanym przystanku młody chłopak odmachał lekko zdziwiony.


Przytyk, który znajdował się na 120 kilometrze, czyli praktycznie w połowie trasy, wydał mi się idealnym miejscem na pierwszy postój, uzupełnienie kalorii i zapasów, które zdążyły się uszczuplić o wszystkie zakupione wcześniej banany, batona proteinowego, żel energetyczny i jeden bidon z izotonikiem. Do wyboru był kebab, kebab albo pizza. Pomimo, że akurat wypadał Światowy Dzień Kebaba postawiłem na pizzę. A dokładnie na zapiekankę. Ale w pizzerii.


Pizzeria okazała się malutkim lokalem, z jednym stoliczkiem, który głównie obsługiwał zamówienia na wynos. Usiadłem więc w kąciku, podłączyłem nawigację do powerbanka, żeby się trochę podładowała i wiercąc się na twardym krześle cichutko sobie cierpiałem w oczekiwaniu na posiłek.


Zapiekanka, choć była to najprostsza z możliwych jej wersji, smakowała mi jak żadna inna do tej pory. Zjadłem, popiłem napojem gazowanym jednego z popularnych producentów, nazwy którego nie wymienię, bo nie zgodził się zapłacić za reklamę. I tu pojawił się malutki problem. Ilość spożytej kofeiny, protein, chemii i zjedzona w pośpiechu zapiekanka wywołała u mnie gwałtowny proces trawienny i tak zwaną potrzebę. Jednak w lokalu nie było toalety. A przynajmniej takiej dla gości. Co gorsza ani obsługa lokalu, ani pobliskiego sklepu, w którym zakupiłem kolejne banany i napoje, nie potrafiła mi powiedzieć, gdzie mógłbym taki przybytek znaleźć. „No nic – rozejdzie się po kościach” pomyślałem i na wszelki wypadek dokupiłem paczkę chusteczek higienicznych.


Z kolejnych trzydziestu kilometrów pamiętam niewiele. Właściwie to pamiętam tylko mocno zaciskane pośladki. Okazuje się, że stacje benzynowe na bocznych, lokalnych drogach są równie rzadkie jak rozsądek w komentarzach w internecie. Na szczęście wjechałem do Białobrzegów, gdzie zatrzymałem się na pierwszej napotkanej stacji benzynowej. Wpadłem do środka, gdzie sprzedawca tylko spojrzał na mnie, przestępującego z nogi na nogę i powiedział jedno słowo: “tam”, wskazując przy tym na drzwi do toalety. Po wszystkim nawet pieniędzy nie chciał, choć na drzwiach toalety wyraźnie było napisane, że płatna. Czyli są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie, którzy pomogą w potrzebie. Tej literalnej.


W tym miejscu dołączyli do mnie Maciek Okraszewski i Michalina Kowol – czyli podcast “Dział zagraniczny”. Podziwiając tereny “Mazowieckiej Toskanii” położone w okolicy Warki i Grójca (wraz z niesamowitym zatrzęsieniem idiotów w zdezelowanych “beemkach”, którzy wyprzedzali mnie z ogromną prędkością na grubość lakieru albo udawali, że mnie nie widzą jadąc na czołówkę) Maciek i Michalina szeptali mi do ucha dlaczego w Europie znikają listonosze, czemu Indie zmuszają obywateli do wegetarianizmu, wyjaśnili zawiłości egipskiego manualnego systemu recyclingu oraz poinformowali kiedy zostanie zniszczony Neapol. Przerwę zrobili sobie tylko dwa razy, kiedy musiałem wracać po zgubioną na grójeckich wybojach słuchawkę.


W okolicy Warki ponownie zagnieździła mi się w głowie myśl roztaczająca przede mną uroki podróży w PKP, a która to myśl - z racji, że jechałem wzdłuż linii kolejowej – mniej lub bardziej natrętnie towarzyszyła mi aż do samych przedmieść Warszawy, czyli do Piaseczna. Jednak powszechnie wiadomo, że najgorsza jest pierwsza setka, drugą jedzie się już nieźle, a trzecia i kolejne to sama przyjemność - więc przyjemności tej postanowiłem sobie już do samego końca nie odmawiać. Zresztą ostatnie kilometry umilały mi różne rozmowy telefoniczne.


Na sam koniec, już w samym centrum Warszawy, na Nowym Świecie zaskoczył mnie Marsz Wołyński, którego uczestnicy skutecznie blokowali przejazd, przez co zmuszony byłem skorzystać z ulicy Ordynackiej, której brukowana nawierzchnia zapewniła mi bezpłatny masaż prostaty akurat w momencie, kiedy zadzwonił do mnie Paweł i siedząc na miękkiej kanapie w Krakowie zapytał:

– Żyjesz?


A w tle, w słuchawce, słychać było gitarę…


----------

Dla porządku: 1803 słowa

4d866c69-2a40-4ae6-89a0-aad6e8082625
c2d4214b-69b7-42cc-af15-6a38360fd6c6
7e7a77fb-1f21-4f69-86e0-c8c0a0276702
8306cfff-c669-40f0-8e77-4d6d4ebcfa12
1a462115-0844-40c4-97be-9af6b3bd5246

Generalnie jakby się komuś nie chciało czytać, to całość można podsumować takim TLDR:


Jeszcze kiedy byłem w Sobkowie, to był tam taki Paweł i on pomylił rower z gitarą. I potem miałem bilet na pociąg z Krakowa i po drodze do domu wtedy do Warszawy jeszcze pojechałem.


Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Nadrabiam troszkę zaległości w tym co się dzieje dookoła ale chciałbym się odnieść do dyskusji na temat naszej Kawiarni #zafirewallem, która wywiązała się w komentarzach tutaj i tutaj. Zrobię to w tym miejscu, w osobnym wpisie, bo tak łatwiej mi będzie zebrać myśli do kupy.


Najpierw tak bardzo ogólnie. Faktycznie mniej się dzieje chwilowo (z naciskiem na "chwilowo", mam nadzieję) ale może to po prostu przez sezon ogórkowy. Jednak okres letni obfituje w różne inne aktywności o urlopach nie wspominając, na których to urlopach chcemy sobie zazwyczaj odpocząć od wszystkiego. Internetów również Dlatego nie przejmowałbym się tym, że jedna czy druga edycja #nasonety czy #naopowiesci nie siadła - ot życie.


Bardzo podobają mi się pomysły lekkiego motywowania przypomnieniami i wołaniami. Uważam, że jeśli organizatorowi danej edycji zależy na frekwencji, to nic nie stoi na przeszkodzie co jakiś czas szturchnąć nas pod danym tagiem. Tak samo obiema rękami podpisuję się pod pomysłem dołączenia informacji do hejtonews (celowo bez tagu, żeby nie zaśmiecać panu @bojowonastawionaowca ) o aktualnie trwających zabawach. Na pewno nie zaszkodzi.


I teraz bardziej o konkretnych tagach.


Jeśli chodzi o #nasonety to mam wrażenie, że tutaj jest trochę sinusoida. Raz więcej raz mniej. Osobiście na przykład mam trochę problem (mentalny) z edycjami, gdzie dawcą nie jest sonet tylko inny utwór (wiersz/piosenka) - ale to tylko i wyłącznie mój formalistyczny problem, przez który jest mi ciężej się zmotywować. Ale proszę tej mojej uwagi w ogóle nie brać swoją uwagę. Ja bym się nie przejmował tylko motywował, wołał, szturchał.


Padła kwestia podsumowań i tego, że uczestnicy się ich boją. Całkiem niepotrzebnie. Jak pan @splash545 czy @George_Stark nam nie raz pokazali podsumowanie można zawrzeć w jednym czy dwóch zdaniach. Nikt nikogo z tego nie rozlicza. Serio! To, że ja lubię sobie popłynąć, to tylko i wyłącznie dlatego, że mnie ogromną frajdę sprawia wielokrotne obcowanie z Waszymi utworami, wczytywanie się, szukanie rytmu, smaczków a na koniec pisanie totalnych głupot na ich temat. Grafomani tak mają :stuck_out_tongue_winking_eye:


Natomiast jeśli chodzi #naopowiesci, bo tutaj faktycznie dzieje się najmniej, to pan @onpanopticon troszkę mnie już ubiegł. Mam ze swojej strony taką propozycję, żeby Państwa troszkę zmotywować:


- W każdej edycji ufunduję nagrodę książkową dla zwycięzcy. Możemy tylko wspólnie ustalić, czy książka będzie odgórnie wybrana, żeby wiadomo było o co walczymy, czy zwycięzca będzie mógł sobie na koniec wskazać co chciałby dostać (w jakimś odgórnie ustalonym budżecie).


- Bardzo mnie cały czas boli, że te nasze wytwory wszelakie giną sobie w czeluściach internetów, więc chciałbym zaproponować, że pod koniec grudnia zbiorę opowiadania z całego roku (oczywiście tych autorów, którzy wyrażą zgodę) i wydam je w formie papierowej jako "Antologię Za Firewallem" - po jednym egzemplarzu dla każdego z uczestników. Żeby było jasne - nie do żadnej sprzedaży, takie wydanie limitowane tylko dla nas. Każdy z nas będzie mógł wtedy powiedzieć, że jest "autorem publikowanym". No i będziemy mieli pamiątkę. Co Państwo na to?


Tym postem, takim na szybko po śniadaniu, mam nadzieję otworzyć szerszą dyskusję.

Chyba się odniesę. Dużo spraw, to odniesę się nie do wszystkich, a tylko do tych, które mnie w jakiś tam sposób poruszyły, bo to bardzo miłe, że komuś zależy na tym naszym wspólnie budowanym przybytku chybotliwym.


***


Publikacja – jako piszący tutaj bodaj najwięcej, napiszę to raz i nie będę powtarzał, bo mi się powtarzać nie będzie chciało: moich opublikowanych tutaj wytworów można używać w dowolny sposób oprócz:

– przypisywania sobie ich autorstwa,

– zbijania na nich kokosów bez podzielenia się ze mną oraz

– celowego karmienia nimi wszelkiej maści modeli językowych/sztucznych inteligencji.


Co do ostatniego punktu, to nie jestem aż tak głupi, żeby nie wiedzieć, że skoro są opublikowane w Internecie, to pewnie i tak są tam zindeksowane (czy jak to się tam nazywa), ale nie chciałbym żeby ktoś tam to w jakimkolwiek celu wrzucał dodatkowo. W przypadku tego całego AI nie będę oczywiście nikogo ścigał i wyciągał konsekwencji, proszę tylko o uszanowanie mojej prośby. W przypadku dwóch pierwszych punktów, gdyby zdarzyło się ich złamanie, to pewnie najpierw bym się wkurwił, a później zastanowił co z tym fantem zrobić dalej. Mam jednak nadzieję, że się nie zdarzy, bo ani wkurwiać się, ani zastanawiać z musu nie bardzo lubię.


Jeśli zaś chodzi o samą publikację, to nie mam nic przeciwko, nawet mogę się do kosztów wydania dorzucić, niemniej nie mam zamiaru (ani czasu) w tym temacie zrobić niczego więcej.


No i to w zasadzie tyle, bo w pozostałych punktach raczej nie mam zdania. Można próbować i tej aktywizacji i nagród i zobaczyć jak to wyjdzie. Tak to zawsze przecież tutaj działało.


Dziękuję za wypowiedź.

@fonfi W mojej opinii i z mojej perspektywy akcja #naopowiesci ma trochę zbyt krótkie interwały czasowe, przez co zwłaszcza w sezonie wiosenno-letnim ciężko jest się nadążyć z pisaniem. A ja lubię czasem pomęczyć dane opowiadanie 2-3 tygodnie, dlatego przy ambitniejszych tematach nawet nie startuję bo boję się, że nie zdążę. Dlatego też uważam, że najlepszą opcją byłyby cykle miesięczne, przez co po pierwsze byłoby więcej czasu na napisanie utworu, a po drugie łatwiej byłoby zapamiętać do kiedy ma się czas.


Pomysł wydania na papierze jest świetny, będę kibicował. Podobnie pomysł z nagrodami książkowymi, też chętnie ufundowałby, zwycięzcy jakąś.

Zaloguj się aby komentować

Zupowe Ratatouille


Był pewien pozornie spokojny - tak przynajmniej wydawało się Michałowi - sobotni poranek, gdy lodówkę wypełniły głosy zbuntowanych warzyw. Tak, nie przesłyszeliście się, warzyw! Myślał przecież gdy mama upominała go, że warzywa zaraz wyjdą z lodówki, że to zwykły żart. Otóż zapomniane warzywa - kupione pod wpływem natchnienia i próby zmiany odżywiania, by zmienić swe życie na lepsze, a zakończony wraz z włożeniem ich do lodówki - faktycznie prowadziły w lodówce całkiem bogate życie.


Różnorodność ich także była całkiem imponująca, bowiem mieszkał tam poeta Seleriusz Kochanowski, który jak się może domyślacie jest selerem. Ma on duszę romantyka i napisał takie wiersze jak "Zielone liście twe" czy "Krągłości mej miłości". Potajemnie podkochuje się w Kapustynie Podlowskiej, która to praktykuje ciałopozytywność i wrzuca swoje zdjęcia na platformę Kilogram, gdzie również promuje swój ruch społeczny, choć można by rzec, że to trochę jak świnka morska, bo ani się nie rusza, ani to zgodne ze społecznymi kanonami piękna. Oczywiście prawdziwe piękności również się znajdują w lodówce, a przedstawicielką jest Lady Karotka von Korzeń, która pochodzi ze szlacheckiego ogrodu. Długa, szczupła, z piękną fryzurą, prawdziwe piękności. Jak powszechnie wiadomo wraz z pięknością idzie zgniły charakter. Zasadę tę przełamuje tylko kapusta, która może i nie jest ładna, ale za to głowa też jest pusta. Marchewka jest ambitną, silną liderką buntu warzyw i uważa, że ludzie są niewdzięczni - najpierw kupują, potem zapominają, aż w końcu szuflada staje się grobem. To ona planuje operację Ratatouille, w której chce uciec z lodówki i przejąć kuchnię. Nie brakuje też prawdziwego konserwatysty - ziemniaka. Bulwosław Kartofelnik to prawdziwy zwolennik tradycyjnych wartości. Opowiada czasem straszne historie o piekarniku gazowym, posiada starą mapę kuchni. Niedaleko nich znajduje się również najstarszy z nich, więziony w słoiku, kiszony ogórek. Jest zbyt stary, żeby pamiętać większość rzeczy, mówią na niego ogór Rick. Ma silny rosyjski akcent, chyba kiszenie w słoiku tak na niego wpłynęło. Najwidoczniej siedzenie w zimnym więzieniu wpływa też na ogórki. Od czasu do czasu krzyknie nagle "Na rewolucję już czas!". Nie zapominajmy też o pomidorze, który był niegdyś kucharzem. Prowadził coś w rodzaju bloga kulinarnego, gdzie chwalił się przeróżnymi rzeczami - od domowych obiadów, przez pieczone ciasta, aż po wędzone kabanosy własnej roboty i różne innych pyszności. Do dziś w internecie żaden nie wie, że Giuseppe Compositone to faktycznie pomidor, a nie człowiek. 


Tygodniami opracowywany plan ucieczki na Warzywnym Kongresie prowadzonym przez Lady Karotkę nie mógł się nie udać. Początkowo było wiele konfliktów, ponieważ Bulwosław twierdził, że trzeba bronić granic, aby nowe warzywa nie dostawały się do lodówki, a następnie spróbować zaatakować siłą Michała. Seleriusz preferuje raczej ugodowe sposób rozwiązania konfliktu poprzez napisanie powieści do Michała, aby zobaczył jak żyje im się źle. Ogór Rick w głowie ma tylko rewolucję, natomiast Kapustynę nie interesuje to w ogóle. Plan Ratatouille miał się udać w niedzielę z racji, że Michał zazwyczaj śpi wtedy do południa, a jak wstanie z potężnym kacem to otwiera lodówkę półświadomy, by wyciągnąć tylko piwo - to był ten moment kiedy plan się zaczyna. Co mogło pójść nie tak, w końcu od tygodni siedzą w tej lodówce prawie niezauważeni obserwując nawyki właściciela.


Nagle otwiera się lodówka, światło oślepia wszystkie jeszcze pełne nadziei na ucieczkę warzywa. Michał uważnie przygląda się swoim produktom w lodówce, aż nagle lekko zrezygnowany spogląda na szuflady. Hasło "zupa" to ostatnie co chciały usłyszeć buntownicze warzywa. Michała wzięło na sobotnie sprzątanie, w tym lodówki. Akurat teraz, w dzień przed ucieczką. Czy to nie ironia? Jak to się mówi, złośliwość rzeczy żywych. Wyciąga warzywa na deskę i podpala wielki gar z wodą.


  • "Wszyscy tu zginiemy!" - krzyczy przerażona Karotka.

  • "Miałam plany, miałam wyjść za mąż za przystojnego bakłażana!" - krzyczy równie zrozpaczona Kapustyna.

  • "Tak, na pewno by Cię chciał ktokolwiek, a już na pewno przystojny bakłażan..." - dodał drwiąco Giuseppe.

  • "Ehhhh, to Ci feler, ja bym chciał taką Kapustynkę… Tyle ciała do kochania, tyle wierszy napisanych, tyle nocy przepłakanych..." - pomyślał Seleriusz, ale zachował to dla siebie, lecz smutek pojawił się na jego twarzy.

  • "Na rewolucję już czas!" - jak zawsze krzyczy Rick nie słuchając innych.


Woda zaczyna się gotować, Michał powoli zaczyna brać warzywa na osobności. Na pierwszy ogień idzie Bulwosław. Najtwardszy z twardych. Wydawałoby się, że będzie się bronił, będzie walczył. Niestety, owca co dużo beczy mało przyjemności z... a nie ważne, chyba mi się coś pomyliło. No więc ziemniak Bulwosław daje się obierać ze skóry i kroić bez walki, następnie wpadając do gara. Warzywa boją się kto pójdzie kolejny. Okazało się, że Lady Karotka von Korzeń stała się kolejną ofiarą. Wydawało jej się, że inni będą jej bronić, będą za nią płakać, bo jest popularna i lubiana, ale niestety. Myliła się przez cały ten czas. W międzyczasie Seleriusz Kochanowski spisuje "Dzienniczek warzywniczek - ostatnie tchnienie", w którym opisuje dziejące się w kuchni rzeczy.


- "Co za debil, pokroił za grubo marchewkę, nie dogotuje się na czas." - rzucił nagle Giuseppe Compositone, doświadczony w gotowaniu takich zup.


Inni popatrzyli na niego zdziwieni i lekko przestraszeni niczym na seryjnego zabójcę, którym w istocie był.


Kapustyna napisała pożegnalnego posta na Kilogram, gdzie otrzymała słowa wsparcia typu:


  • "To prawda, nie zasługują na Ciebie!",

  • "Jesteś za dobra dla nich, to dlatego chcą Cię zabić!",

  • "Gdybyś była chudsza to pewnie by Cię nie użyli, dyskryminacja!",

  • "Pamiętaj, że jesteś najpiękniejszą jaką kiedykolwiek widziałam!"


To ona trafiła do gara, ale wcale nie była smutna, wręcz szczęśliwa, bo dostała tyle słów wsparcia. Seleriusz uronił łzę, aż w końcu rzucił się za nią na ratunek.


- "Nieeeeeee, nie mogą Ci mnie odebrać, kocham Cię Kapustyno!" - krzyczał zrozpaczony sturlając się w stronę końca deski, aż prawie spadł, lecz Michał zauważył to i zabrał go również.


- "To Ty mnie kochasz? LOL, nie chcę takiego frajera za chłopaka XD stać mnie na więcej!" - skwitowała Kapustyna z pogardą.


Seleriusz wpadł do gara z rozpaczy krzycząc: "Seleronimo!". I tyle go widzieli. Dumna Kapustyna również chwilę później skończyła w garze, lecz czuła się jak męczennica, która zginęła za promowanie ciałopozytywności.


Zostały już tylko okrzyki o rewolucji ogóra Ricka i pomidora Giuseppe. Michał zdecydował się jednak nie użyć Ricka i schował go ponownie do lodówki. Compositone miał w planach usunąć konto, czyli popełnić samobójstwo, lecz nie zdążył przed kucharzem. Jego ostatnie słowa brzmiały "Passata la vista" i tak oto wszyscy lodówkowi bohaterowie wylądowali w zupie.


Myślicie pewnie, że chociaż tyle dobrego, że Michał się najadł zupy, otóż nie do końca. Zjadł jeden talerz, o reszcie zapomniał, a ta się zepsuła w garze. Podobno po tygodniu zaczęła żyć własnym życiem i planowała misję ucieczkową, lecz jej dalszej historii nie znamy, a "Na rewolucję już czas!" można usłyszeć z lodówki po dziś dzień.


#naopowiesci #zafirewallem  #tworczoscwlasna



#opowiesciwarzywne

Jej, zakochałem się w tytule Krągłości mej miłości! Chciałbym go przeczytać!


Urzekł mnie też szlachecki ogród i styl narracji. Świetnie się to czytało!

Zaloguj się aby komentować

Może to tematy nie siadają, może to wakacje, a może koniunkcja planet w magiczny sposób obniża motywację prozaików.


Faktem jest, że tag #naopowiesci ledwo podryguje, karmiony pojedynczymi wpisami. Niemniej jednak chciałbym przekazać gratulacje oraz wyrazy uznania użytkownikowi @onpanopticon, autorowi jedynej pracy, która została nadesłana w bieżącym rozdaniu. Otrzymuje on 21 punktów za plusy oraz ode mnie dodatkowe 21, co daje razem 42, zapewniając zaszczytne pierwsze miejsce oraz honor organizatora kolejnego wyzwania (czy jest jednak sens? ocenę pozostawiam Tobie).


Chwała literatom! Chwała tym, którym się chce! Chwała @onpanopticon !

#podsumowanienaopowieści

968458ca-5364-49cc-85b1-b06dba78b2a8

@Spleen faktycznie format #naopowiesci w obecnej formie widocznie się wyczerpał. @onpanopticon jeśli masz jakiś pomysł i chęć to możesz w sposób dowolny zmienić istniejące zasady, żeby spróbować reanimować tego trupa. Jeśli zaś nie, to możemy zakończyć tę zabawę w tym właśnie miejscu i używać tagu gdy ktoś będzie chciał wrzucić jakieś swoje spontanicznie napisane opowiadanie. A może kiedyś uda się wskrzesić tag w zupełnie innej formie. Piszę to jako jego założyciel.

Zaloguj się aby komentować

Mam zaszczyt zainicjować kolejną edycję konkursu #naopowiesci


Temat: Sławosz Uznański-Wiśniewski opowiada znajomym w pubie jak było na stacji ISS.


  • Warunek konieczny: elementy komediowe w historii

  • Pozostałe fabuły dowolne - mogą być pierwiastki fantastyczne, sci-fi, polityczne, horroru lub romansu. Historia nie musi nawet stricte opisywać tego co się działo faktycznie na stacji, może być tak, że główny bohater chciał opowiedzieć o pobycie w kosmosie, ale nieumyślnie zszedł na inny temat i zaczął gadać o czymś zupełnie niepowiązanym. Daję tutaj swobodę.


  • Długość - max. 1000 słów

  • Termin umieszczania prac: do 11 lipca 20:00


  • Kryteria oceny: liczba piorunów będzie stanowiła 50% wagi oceny, drugi komponent, równie "ciężki" to moja subiektywna opinia w obrębie której spróbuję ocenić to czy historia mi się podoba czy nie. Przykład: trzy prace, otrzymują kolejno 5 / 16 / 23 pioruny. Przyjmuję zatem, że przyznaję tyle punktów oraz każdej pracy mogę dorzucić drugie tyle od siebie. Jak widać praca z 5 piorunami nie jest w stanie zmienić swojej pozycji na liście i będzie miała zawsze ostatnie miejsce. Za to praca z 16 piorunami może wygrać, jeśli zdecydowałbym się przyznać jej drugie 16 piorunów, a tej z 23 piorunami, zero. Chyba wiadomo o co chodzi. Jeśli komuś się wydaje taki system niesprawiedliwy, to cóż, taki lajf.

  • Dodatkowa podpowiedź odnośnie moich subiektywnie dodawanych punktów - lubię plot twisty, czarny humor i lekkie pióro, takie trochę w stylu pasty (np. bardzo podobają wpisy o tym jak @knoor prowadził foodtrucka i w tym momencie apeluję do autora tychże opowieści o więcej!)

52420f96-de53-4aa9-a049-38b3b24a8602

@Spleen Kurde, no muszę coś popisać a chłop nie ma kiedy, jak nie robota to harlejki a jak nie harlejki to rower a jak nie rower to jeszcze co innego -_-

Zaloguj się aby komentować

Pora zakończyć i podsumować XVII edycję #naopowiesci


Przypominam, że opowiadania w tej edycji miały zacząć się zupełnie zwyczajnie, ale zakończyć kompletnym absurdem, a dodatkowo jedno ważne prawo natury, społeczeństwa lub technologii miało zostać odwrócone.


Użytkownik @Spleen napisał o firmie o jakże pięknie brzmiącej nazwie "NAGO - spółka z obnażoną godnością". Opowiadanie z humorem, gdzie niemożność założenia ubrań w pracy budzi kontrowersje, które to szef firmy próbuje wyjaśnić. Bardzo fajny pomysł na odwrócone prawo oraz śmieszne dialogi. No mam nadzieję, że jeśli dojdzie do takich czasów to będę jednak pracował zdalnie, bez kamerki. No albo chociaż w firmie z modelkami. ( ͡° ͜ʖ ͡°)


Rowerowe opowiadanie @fonfi natomiast oparte zostało na faktach i liczyło aż 2817 słów! Opowieść jest nie tylko rowerową relacją z Mazowieckiego Gravelu, w którym to Fonfi jechał na dystansie 120km (co okazało się trochę jednak innym dystansem w rzeczywistości), ale też relacją ojciec-syn, bowiem nie była to samotna wyprawa! Syn maruda, niszczyciel motywacji i uśmiechów pań w sklepie nie przejechał tej wyprawy równie zadowolony co ojciec, ale po wszystkim stwierdził jednak "ja chce jeszcze raz!". Nie no, żartowałem. Tak naprawdę chciał, żeby zadzwonić po MamaUber, ale Fonfi i tak go zapisał na 2 razy dłuższą trasę na przyszły rok. Ciekawe kiedy młody się dowie. Może w połowie trasy? Zobaczymy za rok, ale już teraz z tego miejsca życzę powodzenia i gratuluję świetnej wyprawy jak i super opowiadania!


Zasady jednak są nieubłagalne (no chyba, że trzeba wrobić mnie w zwycięstwo. No to wtedy okazuje się, że są). A brzmiały one mniej więcej dokładnie tak: Co mnie najbardziej zaskoczy i/ lub rozbawi, więc liczę na kreatywność i dawkę humoru/ absurdu. Dodatkowo limit słów to 200-1000. Tak więc zwycięzcą tej edycji zostaje @Spleen! Gratuluję oczywiście wygranej i trochę współczuję, wiadomo.


Dodatkowe nagrody:

Model polskiego niszczyciela ORP Błyskawica dla @fonfiego (a może nawet bardziej jego syna?) za błyskawiczne niszczenie dobrej zabawy i uśmiechów nie tylko dzieci

Plaster z powertape'a dla @Spleen, aby można ukryć już na zawsze część ciała, której nie chcemy pokazywać szefowi

- Długa rolka papirusu dla @fonfi za bardzo długie opowiadanie. Teraz będzie miał na czym spisywać jeszcze dłuższe.


Nie opowiadań w tej edycji było mało, szczególnie, że temat raczej nie był trudny i pozwalał na sporo dowolności. Niemniej jednak powstałe opowiadania ratowały swoim poziomem tę edycję sonetów za co dziękuję całym 2 (słownie dwóm) uczestnikom. Jeszcze raz gratulację wygranej i mam nadzieję, że nagrody się spodobają!


#podsumowanienaopowieści #zafirewallem

111bfbe7-8cff-43b2-84a8-b5b330f7400a

@pingWIN Od syna: "Tato, tato!! Powiedz im, że ja taki zły to nie jestem, a opowiadanie było koloryzowane i dramatyzowane!"

Ale model niszczyciela przytulił. W każdym razie dziękujemy za nagrody i piękne podsumowanie.

a84ae604-4276-488a-a732-1560019bb997

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Okazuje się, że ja Państwa perfidnie okłamałem. Co gorsza okłamałem Państwa nie raz - a dwa razy. W jednym wpisie. 


Otwierając bieżącą LXXX (słownie: 80) edycję #nasonety w Kawiarni #zafirewallem napisałem po pierwsze, że edycja kończy się w piątek 19 czerwca. Okazuje się, że ani 19 czerwca nie jest piątkiem, ani piątek nie jest 19 czerwca. Szybki rzut oka na kalendarz i od razu widać, że 19 czerwca jest (a nawet był) czwartkiem a piątek jest (a nawet był) 20 dniem czerwca. To po pierwsze.


A po drugie napisałem, że postaram się nasz sonetowy kalendarz, który był się ostatnio trochę rozjechał naprostować. A mamy już weekend po wspomnianym 19.06, który okazał się czwartkiem i piątku, co okazał się 20.06 a ja dopiero piszę podsumowanie. Za obydwa powyższe kłamstwa serdecznie Państwa przepraszam, chociaż zaznaczam -nie były one umyślne. Niemniej, przyznaję się do winy. Bez bicia. 


No dobrze, skoro drogą dedukcji wspólnie już ustaliśmy (przypominam, że największy w tym udział miał pan @onpanopticon ), że nie znam się na kalendarzu, to możemy spokojnie przejść do przeglądu prasy. Znaczy sonetów. Gdzie - jowialnie Państwa uprzedzam - również będę kłamał jak z nut, ale tym razem całkiem celowo i oficjalnie, zasłaniając się przy tym “licentią poeticą”.


A zatem zapraszam.


------------


Wycieczka Via Ferratą by @Statyczny_Stefek ️18


Jakież było moje zdziwienie, kiedy chwilę po otwarciu edycji pojawił się sonet, którego autorem nie był @George_Stark . Tym razem proszę Państwa pierwszy z bloków startowych wystrzelił pan @Statyczny_Stefek ze swoją “Wycieczką Via Ferratą”. Jako, że nie znam języka włoskiego, ale znam angielski, więc “ferrata” momentalnie mi się z fretką skojarzyła. Tylko jak bym nie próbował to z żadnej strony nie mogłem tej fretki do kontekstu chodzenia po górach (które to chodzenie - przypominam - jest tematem sonetu) dopasować. Aż musiałem odwołać się do źródła wiedzy zbiorowej i sprawdzić w czeluściach internetu. Okazuje się, proszę Państwa, że “via ferrata” to z włoskiego “droga okuta” u nas zwana czasami “żelazną percią” - szyli górski szlak wyposażony dla bezpieczeństwa w stalową linę. Hejto bawi, hejto uczy - i nagle wszystko nabrało sensu!


Morze daleko poza sezonem by @Statyczny_Stefek ️20 


Pan @Statyczny_Stefek chociaż twierdzi, że jest raczej koneserem górskich krajobrazów, to ewidentnie podświadomie odczuwa bezmierną tęsknotę za kojącą aurą polskiego morza. A raczej za atrakcjami jakie to polskie morze oferuje: zapachem zużytego oleju ze smażalni, podchmielonymi rodakami, wrzaskiem bombelków na plaży mieszających się z głośną muzyką przez małe “em”… Ta melancholia znajduje ujście we wspaniałej elegii “Morze daleko poza sezonem”, gdzie wspomniana tęsknota wylewa się jak pot spod pachy (nie mylić z @UmytaPacha ) na plaży już w pierwszych wersach:  

Muzyczka nie gra, nikt rybki nie smaży

_Nie czujesz z ogródków zapachu wódki…_”

Panie @Statyczny_Stefek już za tydzień ukoję pańską tęsknotę fotorelacją (na życzenie może być nawet udźwiękowioną) z samego centrum półwyspu Helskiego.


Stereotypem na Giewont! by @Statyczny_Stefek ️12


Żeby szybko przykryć to swoje wzruszenie i tęsknotę za polskim morzem, pan @Statyczny_Stefek znowu ucieka myślami w góry. Jak zdążyliśmy się już wszyscy zorientować jest on jednym z kilku hejto-specjalistów od wędrówek po wszelkiego rodzaju szczytach, graniach, kotlinach, szlakach i innych wyrazach bliskoznacznych związanych z górami, w związku z czym, idealnie przed wakacyjnym sezonem postanowił przygotować dla nas Poradnik Górołaza. I tak proszę Państwa, na wyprawę w góry zaleca się: 


  • klapeczki, najlepiej japonki, żeby łatwo piasek i kamyki można było wytrzepać

  • słodki, gazowany napój, wzmocniony rumem lub wódeczką (co kto lubi), wiadomo - na odwagę

  • minimum odzienia wierzchniego, żeby nam nie ciążyło przy wchodzeniu pod górę, bo nie ma nic gorszego niż się zmęczyć i spocić

  • najlepiej sprawdzają się krótkie spodnie, koszulka “żonobijka” i modne okulary przeciwsłoneczne, najlepiej zakupione od górala w ramach wspierania lokalnych biznesów na Krupówkach

  • a z osprzętu to zdecydowanie smartfon z dobrym aparatem do selfiaków, resztę w razie czego dostarczy GOPR


I tak przygotowani możemy spokojnie iść w kolejkę na Giewont, gdzie swoim profesjonalnym strojem i ekwipunkiem idealnie dopasujemy się do towarzystwa na szlaku. Aha, jeszcze głośnik bluetooth się przyda, bo akustyka w górach jest ponoć fenomenalna. Ja Stefkowi wierzę więc prosto z plaży w Jastarni jadę po selfie do Zakopca.


Do Korsarzy by @Piechur ️20


Hejto to nowoczesny portal dla starych ludzi. Fakt ten jest znany i jest niezaprzeczalny. Dlatego, co jakiś czas (nawet częściej niż rzadziej), za sprawą nas - leciwych użytkowników, pojawia się jakiś wpis nostalgiczny. Wspomnienie tych czasów co były, a co ich teraz nie ma. Takie wspomnienie, ba! nie bójmy się tego powiedzieć - westchnienie, zawarte jest w kolejnym sonecie, który został zgłoszony do konkursu przez pana @Piechur . Sonecie, którego sam tytuł - “Do Korsarzy” - przywołuje na kupki smakowe niewinną słodycz szkolnych lat. Dzisiejsza młodzież, przebierająca w Żabkach i Biedronkach w Snickersach, Marsach czy innych M&Msach, nie zna smaku Korsarzy. Ale nie tego oczywistego smaku. Tylko smaku draży zakupionych w lokalnym sklepie Społem za drobniaki uciułane na skupach butelek lub makulatury. Mówią, że to co dobre szybko się kończy. Jak dobrze, że producent draży Korsarzy nie zna tego powiedzenia przez co pan @Piechur mógł napisać o nich sonet, ja mogłem nostalgnąć, a społem (taka gra słów) mogliśmy po te “niebiańskie doznania” pobiec do Żabki.


Wódka by @George_Stark ️17


Cztery sonety wytrzymał pan @George_Stark , zanim pojawił się ze swoim wytworem. Cztery! Gratuluję wytrwałości, powściągliwości i samokontroli. Sonet “Wódka” opowiada nam o nieuniknionych konsekwencjach, które czekają na nas ze strony płci pięknej po spożyciu tego narodowego trunku. Takim spożyciu w towarzystwie kolegów oczywiście, bo samemu to - wiadomo - alkoholizm. I tak jak pani Szymborska wprowadziła do naszego języka kilka nazw własnych dla krótkich form rymowanych, jak “odwódki, “lepieje”, etc. tak pan @George_Stark wprowadza nam do języka nazwę na towarzyskie spożycie alkoholu właśnie. A więc, moi drodzy, spożycie takie nazywa się “barzeniem”.

Co mnie jednak bardziej zaskakuje, to skąd pan @George_Stark , pomimo bycia bezżonnym tak doskonale zna te konsekwencje, z tą najpoważniejszą “w razie czego przyjmie mnie mama” szczególnie. No nic, zapytam go na następnym #hejtopiwo , kiedy będziemy się wspólnie “barzyć”. Przez “b” oczywiście!


Regaty by @George_Stark ️16


Jak już się pan @George_Stark pojawił, to wiadomo - seryjnie. I nie byłby sobą, gdyby nie dorzucił kolejnego wytworu do Cyklu Grudziądzkiego. I tak po uprzednim spożyciu “Wódki”, zabrał się za "Regaty". Wiadomo, że żeglarstwo i alkohol nie idą w parze. Nie inaczej jest tym razem, bo już w trzeciej zwrotce (a pierwszej tercynie) “do równowagi doszło zachwiania: wektory sił się stały niesforne” (piękne określenia na alkoholowe zaburzenia balansu) przez co teraz “zwłoki na plaży leżą dostojne”. Grudziądzkiej plaży. Chociaż jak wczoraj sprawdzaliśmy z panem @splash545 to już ich tam nie było. No ale może włodarze, ze względów estetycznych, postanowili je uprzątnąć przed koncertem Lady Pank. Wystarczy, że sam Borysewicz jest mało estetyczny. Choć śpiewa wybornie.


Do prezesów-kolejarzy by @George_Stark ️15


Do prezesów-kolejarzy to wytwór, w którym autor - @George_Stark w 14 wersach, zawarł w naszym imieniu wyraz społecznego sprzeciwu wobec sposobu w jaki traktuje nas kolejowy monopolista. Sprzeciwu wobec tego jak gardzi naszym czasem, szydzi z naszych planów, drwi z naszych ciężko zarobionych pieniędzy, za które z masochistycznym uporem wciąż kupujemy bilety. Bilety na podróż przez wszystkie odcienie frustracji, malowane przesiadkami, opóźnieniami i zmianami w i tak nieczytelnych i niezrozumiałych rozkładach. Myślę, że pani @KatieWee mogłaby coś więcej na ten temat powiedzieć. Ale @George_Stark zawarł też groźbę. Groźbę alternatywy. Tylko Panie @George_Stark dlaczego ta alternatywa - Tiguan - jest po niemiecku? Kiedy ja wiem, że Pan miłością darzy wytwór wschodniej myśli technologicznej - Ładę Nivę. No chyba, że o rym chodziło - to ok.  


Serca drgania by @fonfi ️13


Klasycznie na ostatnią chwilę, korzystając z okazji, że edycja się przedłuża, wpada pan @fonfi . Zamyślony i rozmarzony. I pisze nam w swoim wytworze “Serca drgania”, że chciałby, ale tak jakby nie może. Uzewnętrznia nam się ze swoim pragnieniem bycia kochanym, kiedy chłop ma żonę przypominam. Wychodzi na to, że on też kocha, ale się udręczać. A słowami “Aż serca bicia nie umilkną drgania” twierdzi, że będzie się tak udręczać, aż zadręczy się całkiem. No dekadentyzm pełną gębą. Tylko śmiem twierdzić, że mu z tą dekadencją zupełnie nie do twarzy - do wąsów panu, panie @fonfi , nie pasuje.


Jowej by @onpanopticon ️8


A na sam koniec, po tej całej poetyckiej uczcie - deser. Deser w postaci debiutu w sonetach. Pan @onpanopticon dołączył do naszych kawiarnianych zabaw już jakiś czas temu. I jest na szlaku, który przeszedł chyba każdy z nas. Zaczął w czterech rymach i teraz zjawił się z sonetem. Sonetem “Jowej”, co po polsku znaczy “Rower”. Muszę się przyznać, że podsumowując ten utwór jestem, proszę Państwa, daleki od obiektywizmu. Tak daleki jak długie są rowerowe wyprawy pana @onpanopticon a. Dlaczego - zapytacie? Dlatego, że moja cała przygoda z poezją (przez małe “pe”) również zaczęła się od roweru i pisania o nim, a miała swoje ujście w "endorfikach" (autoreklama). Dlatego ja w pełni rozumiem ten stan upojenia endorfinami, kiedy myśli szaleją a słowa i rymy same się cisną na usta. Albo na papier. Albo na ekran. Co kto woli. I całym sobą, każdym kawałkiem odbierałem i czułem te “gościńca grudki”, “rytm przerzutki”, “ślady kół w ziemi niezłomne” i coś co może Państwa zaskoczyć, a jest wspólne tak dla poezji, jak i jazdy na rowerze - “mego z sobą spotkania”. No wzruszyłem się, no. Cieszymy się Panie @onpanopticon z Pańskiego towarzystwa tutaj i proszę pamiętać, że czeka na Pana jeszcze tag #naopowiesci .


----------------


Otwierając edycją napisałem Państwu, że pomysł na wyłonienie zwycięzcy mam odważny i szalony. Jednak tak jak się obawiałem pomysł spalił na panewce i niestety pan profesor Ryszard Koziołek, polonista i rektor Uniwersytetu Śląskiego moją wiadomość-prośbę pozostawił bez odpowiedzi. Niektórzy powiedzą, że może to i dobrze. W każdym razie, Panie Profesorze, jeśli jednak jakimś zrządzeniem losu zawita Pan tutaj do naszej Kawiarni, to moja propozycja pozostaje aktualna. 


W związku z tym wygranego musimy wyłonić klasycznie. Na podstawie vox populi. Podliczając głosy, mam nadzieję, że zdecydowanie bardziej skrupulatnie niż komisje wyborcze, wyszło mi, że mamy remis pomiędzy panami @Statyczny_Stefek i @Piechur . W takiej sytuacji, pozostawiając decyzję ślepemu losowi, rzut monetą zadecydował, że laur zwycięzcy w LXXX (słownie: 80) edycji #nasonety trafia do pana @Piechur .


Państwu dziękuję za uwagę a zwycięzcy gratuluję. I klasycznie już współczuję.


EDYP:  


Wódka by @RogerThat ️11

Jak słusznie Pan @RogerThat był zauważył w komentarzu poniżej, został pominięty w podsumowaniu powyżej. Trochę z własnej winy, chociaż chyba jednak z mojej bardziej. A na pominięcie absolutnie nie zasługuje. Pan @RogerThat zdążył zgłosić się do konkursu nawet przede mną i przed każdym z dwóch możliwych terminów czyli przed piątkiem co miał być 19, a nawet przed czwartkiem co 19 faktycznie był.


W ten sposób okazuje się, że w edycji mamy dwa wytwory o tym samym tytule “Wódka”. Jednak “Wódka” pana @RogerThat smakuje zupełnie inaczej niż ta od @George_Stark . Jego wódka jest zdecydowanie bardziej gorzka, chociaż smak jej osładzają kobiece usta. Ale żeby tylko jedne usta. Autor oddaje się “barzeniu” w towarzystwie wielu - naliczyłem sześć (słownie: 6) - kobiet. W pewnym momencie upojenie alkoholowe na tyle go zamracza, że dla jednej z dam, decyduje zadłużyć. Dam - bo już Bułhakow w "Mistrzu i Małgorzacie" pisał, że tylko damy piją wódkę. A może to o spirytus chodziło? Ale odbiegam. W każdym razie, z powodu zadłużenia, a więc barku środków na kolejne “kolejki” autor popada w przygnębienia i powoli trzeźwieje przy stoliku w kącie.

Sam.

Bez dam.

Co tylko dowodzi, że damy (a przynajmniej barowa ich odmiana) to jednak tylko na kasę są łase. Wniosek gorzki, jak wódka.


#nasonety #podsumowanienasonety #zafirewallem

@fonfi ale tak merytorycznie: podsumowanie wspaniałe, jutro muszę przeczytać ponownie, bo dziś miałem ciężki dzień, a nie chciałbym ani słowa stracić.

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Chwilę się zastanawiałem, czy poniższy wpis umieścić w społeczności #rower czy #zafirewallem . Zdecydowałem, że ze względu na formę i objętość jednak bardziej pasuje do Kawiarni, a nawet pod tag #naopowiesci .


Chociaż od naszego (mojego i syna) startu w wyścigu Mazowiecki Gravel minął już prawie tydzień, to dopiero dzisiaj udało mi się znaleźć trochę czasu żeby wrażenia zebrać i spisać w poniższe podsumowanie, które niespodziewanie przyjęło formę opowiadania. Wyszło ciut dłuższe niż planowałem, ale mam nadzieję, że spokojnie mogę życzyć Państwu miłej lektury.


Dla tych co nie lubią czytać - TLDR: Było super - za rok jedziemy jeszcze raz!


Aha jeszcze #rowerowyrownik

184 314 + 18 + 133 + 18 = 184 483


Mazowiecki Gravel 2025


No więc mam syna. Mam syna marudę. Zupełnie nie wiem po kim on taki jest. Chociaż się domyślam. Zwłaszcza, że cechy dziedziczne ujawniają się podobno w co drugim pokoleniu.


W ramach aktywizacji ruchowej i spędzania czasu z dzieckiem (dzieckiem! - toż to dorosły facet już jest) postanowiliśmy (już rok temu) wybrać się razem na rowerowy ultramaraton Mazowiecki Gravel. Niepomni zeszłorocznej gehenny - po raz drugi postanowiliśmy. 


Ultramaratony mają coś takiego w sobie, że jedziesz taki, przeklinasz pod nosem swoją głupotę, rzucasz w rozciągającą się po horyzont przestrzeń pytania o sens tej udręki, zastanawiasz się za jakie grzechy za własne pieniądze sam sobie to robisz, po czym na mecie, na czworaka, ze łzami w oczach i bananem na twarzy zapisujesz się na kolejną edycję. Na dwa razy dłuższy dystans.


Na szczęście, jakieś resztki rozsądku uratowały nas przed kompletną katastrofą i na dwa tygodnie przed startem, mając na uwadze to, że w tym sezonie z powodu matury syn przejechał całe zero (słownie: 0) kilometrów na rowerze, stwierdziliśmy, że dystans 250 kilometrów może być jednak lekką przesadą i skróciliśmy go do kilometrów 120. A konkretnie do 133, bo okazuje się, że organizatorzy pozwolili sobie na dużo swobody wytyczając trasę czegoś co sami nazwali MG120.


Start w sobotę, 14 dnia czerwca z plaży w Nieporęcie nad Zalewem Zegrzyńskim. Przeczuwając problemy z miejscami parkingowymi postanawiamy - no dobrze, ja postanawiam - że na start dojedziemy rowerami. Czyli dodatkowe 15 kilometrów. W jedną stronę. 


Wyruszyliśmy skoro świt o 8 rano, z lekkim poślizgiem, dlatego że: 

- skarpetki nie takie

- tato, gdzie są moje okulary?!

- synu, dojedz to śniadanie!

- tato, powerbank mi się nie naładował!!!


Droga nad Zalew Zegrzyński wzdłuż Kanału Żerańskiego jest urocza. Zwłaszcza rano. Upał jeszcze nie dokucza, pusto, cisza jak makiem zasiał…

– Tato, tato!!! Rower mi piszczy! Jak on tak będzie piszczał przez całą trasę to ja nie jadę! Zrób coś!

No w mordę jeża - wczoraj jak go szykowałem to nie piszczał. 

– Pewnie trochę wody się do piasty dostało i popiskuje. Zaraz wyschnie i przestanie.

Na szczęście, faktycznie po kilku kilometrach wszystko ucichło. No prawie wszystko.

– Tato, tato!!! Zimno mi! Daj mi kurtkę wiatrówkę!

– Jest 18 stopni, za 10 minut się rozgrzejesz i będziesz ją zdejmował.

– Ale mnie teraz jest zimno!

Dziesięć minut później.

– No faktycznie już mi ciepło. Daleko jeszcze?!


I tak, rozmawiając sobie jak ojciec z synem dotarliśmy na linię startu, gdzie okazało się, że do dystansów mam podejście równie swobodne jak organizatorzy, bo na start było nie 15 a 18 kilometrów. Co oczywiście zostało mi momentalnie przez syna wypomniane.


Start. Wyjechaliśmy z plaży, pomachaliśmy panom policjantom zabezpieczającym imprezę i skierowaliśmy się w stronę Zegrza Południowego.

– Tato, tato!! Czy my jedziemy w stronę Zegrza Południowego?!

– Tak.

– Ja tam ostatnio z kolegami byłem! Tam wszystko jest rozkopane! Boże, jak my tamtędy przejedziemy?!

Okazało się, że bez problemu. Minąwszy rozkopane krzyżowanie, po kilkuset metrach wjechaliśmy na most nad Narwią by po chwili skierować się na wschód, w kierunku Pałacu Krasińskich i dalej na Serock.

– Tato, tato!!! Ja kojarzę tą drogę!!

– Tę!

– Co?!

– Nie tą, a tę drogę.

– No przecież mówię, że ją znam! Tam jest taki dłuuuugi podjazd!! Od razu na początku?! Bez sensu! Kto tak bezmyślnie układał trasę?! Daleko jeszcze?!

Zerknąłem na profil wysokościowy na nawigacji. Faktycznie podjazd był. Całe 20m w górę i 500m długości. Niech będzie - nawet bieg w przerzutce zmieniłem. 


Zaraz za podjazdem, droga wyprowadziła nas na skraj pola, między urokliwe domki letniskowe położone nad samym zalewem. I szuter.

– Tato, tato!!! Jak to - już się asfalt skończył?! Przecież to dopiero 6 kilometr!

– Synu, to jest Mazowiecki Gravel. Jak chciałeś jechać wyłącznie asfaltami, trzeba było zapisać się na Mazowiecką Szosę.

– A to była taka możliwość?! Dlaczego mi nie powiedziałeś?!

– Była. Nie mówiłem dlatego, że masz rower “gravelowy” a nie “szosowy”.

– Aha. A daleko jeszcze?


Z osiedla letniskowego, piękna parkowa aleja zaprowadziła nas prosto do Serocka. Tutaj przez parę kilometrów poruszaliśmy się drogą rowerową wytyczoną przy dość ruchliwej trasie na Pułtusk, gdzie szum samochodowy skutecznie uniemożliwiał synowi marudzenie, aż mostem Obrońców Ziemi Serockiej przekroczyliśmy Narew po raz drugi i skierowaliśmy się wzdłuż jej brzegu na północ.

– Tato, tato!!! Chyba połknąłem muchę!

– Sprytnie synu. Trochę białka ci nie zaszkodzi. Dobrze, że masz okulary bo inaczej jadłbyś oczami.

– Ale dlaczego tu jest tyle owadów?!

– Bo jedziemy wzdłuż rzeki, w koło same podmokłe tereny. Owady lubią takie obszary.

– Jak ja nienawidzę tego latającego badziewia! Daleko jeszcze?!


Na szczęście po kilkunastu kilometrach oddaliliśmy się nieznacznie od linii wodnej, zostawiając chmary owadów i gruntową drogę przy wale, i wjechaliśmy na lokalne asfalty wijące się malowniczo między mazowieckimi polami i łąkami, pachnącymi na zmianę niebieszczącą się facelią, chabrami i… nawozem. Niesieni tym aromatem i pięknymi widokami, całkiem przyzwoitym tempem mijaliśmy wsie o ujmujących w swej prostocie nazwach, takich jak Kruczy Borek, Łęcino, Nowe Borsuki czy Borsuki Kolonia szukając miejsca na postój, bo w nogach mieliśmy już ponad 30 kilometrów. Nie licząc oczywiście drogi na start, który to fakt regularnie, co parę kilometrów, był mi przypominany.

– Tato, tato!! Tu jest piach po obręcze!! Nie przejadę! Ja wysiadam!

– Ale wysiadasz literalnie, żeby ominąć tę łachę, czy metaforycznie i mam dzwonić po mamę?

– Jeszcze nie wiem.

To ewidentnie była oznaka, że zapracowaliśmy na chwilę odpoczynku. W związku z tym dosiedliśmy się - chociaż to tylko figura stylistyczna, bo tak naprawdę to staliśmy po prostu pod czyimś płotem - do grupki innych, pokonanych przez piaskową łachę uczestników wyścigu. Wcinając banana, Snickersa i żel energetyczny, kibicowaliśmy i żartowaliśmy z tych co usilnie próbowali nie spaść z rowerów przedzierając się przez faktycznie dość długi, sypki i mocno zdradliwy kawałek trasy. 


Nabrawszy siły, energii i chęci - no dobrze, z tą chęcią to może nie przesadzajmy - ruszyliśmy dalej. Kolejne kilometry to było istne gravelowe niebo, gdzie długie szutrostrady, leśne dukty i drogi pożarowe o nawierzchniach, które choć pokryte żwirem, to zdecydowanie lepsze niż niejeden wiejski, wysłużony asfalt, niosły nas przez kolejne kilkanaście kilometrów. Nawet syn przestał chwilowo marudzić. Chociaż podejrzewam, że to raczej efekt tego, że zakleił się Snickersem. 


Kiedy jednak tempo ponownie zaczęło nam spadać, w okolicy 50 kilometra zdecydowaliśmy się na kolejną krótką przerwę. Na skrzyżowaniu dróg, znaleźliśmy uroczą kapliczkę schowaną w cieniu wielkiej topoli i otoczoną ławeczkami, które jako że maj już się skończył, były wolne od lokalnych babć. Idealne miejsce na krótki odpoczynek i faszerowanie się cukrami w różnej postaci i stanie skupienia.


Tym razem nie zabawiliśmy długo i już po kilkunastu minutach zebraliśmy się i ruszyliśmy dalej. Jeszcze przed połową trasy minęły nas “charty” z dystansu MG250, poruszający się co najmniej dwa razy szybciej od nas oraz grupa kilkunastu pań jadących w jednakowych, firmowych strojach Dantex, Dłutex czy jakiejś innej perły polskiego nazewnictwa zakończonej na “…ex”.

– Tato, tato!! Siku mi się chce.

– No to stańmy tu gdzieś w lesie.

– Eee, aż tak to mi się nie chce.

– Dobrze, to powiedz jak już Ci się będzie tak chciało.

– Daleko jeszcze?

W ten sposób dotarliśmy do 65 kilometra gdzie, niemalże idealnie w połowie trasy, był sklep. Jako że powoli kończyły nam się napoje w bidonach nie omieszkaliśmy skorzystać z nadarzającej się okazji. Zakupiliśmy izotoniki z Igą Świątek szydzącą z nas bezczelnym uśmiechem z etykiety, zimną oranżadę i colę. Ja uzupełniłem też zapas Snickersów, skoro wiedziałem już, że doskonale działają zarówno na zmęczenie jak i marudzenie syna.

– Tato, tato!! A może ta pani w sklepie pozwoli mi się wysikać w toalecie.

– Nie pozwoli.

– Ale dlaczego, przecież musi mieć tutaj toaletę.

– Nie pozwoli, bo jakby w ramach precedensu (trudne słowo) pozwoliła tobie, to musiałaby pozwolić też innym. Wyobraź sobie jakby wyglądała ta toaleta jakby przetoczyło się przez nią kilkaset osób.

– Ale ja jednak spróbuję.

– Spróbuj.

Dwie minuty później.

– Nie pozwoliła. Daleko jeszcze?

– Nie, już tylko połowa.


Zaopatrzeni, napojeni i z wciąż jednym pełnym pęcherzem pojechaliśmy dalej. Po kilku kilometrach asfaltów klasy Kongo, znowu zaczęły się leśne szutry. Dogoniliśmy grupę dziewczyn spod znaku Dywanex siedzących na skraju drogi. Chociaż Mazowiecki Gravel to wyścig typu self-support, to jednak kultura nakazywała nam chociaż zapytać: 

– Wszystko OK? Czegoś wam potrzeba?

– Masażu od prawdziwego mężczyzny – odkrzyknęły dziewczyny

– To muszę was zmartwić, bo prawdziwi mężczyźni to jadą na dystansie MG500, tutaj to możecie liczyć tylko na takich jak my.


Od nas masażu nie chciały. Może to i dobrze, bo zupełnie się na masowaniu - zwłaszcza w warunkach polowych - nie znam. 

– Tato, tato!! Daleko jeszcze?

– Niedaleko. A co?

– No bo mi się ciągle siku chce.

– No to zjedźmy tutaj, kawałek w boczną drogę i się wysikasz.

– Ale ja mam nieśmiały pęcherz.

– A 20 kilometrów do Wyszkowa wytrzyma? 

– Nie.

– No to sikaj.

Zatrzymaliśmy się przy leśnej, bocznej dróżce gdzie wziąłem rower od syna.

– Sikaj.

– Nie mogę! Nie leci!

– Zaraz poleci. O widzisz, już leci.

– Ale tu lata jakieś robactwo!! Coś mi usiadło na nodze! Odgoń tego robaka! Aaa, on mi na siusiaku chce usiąść!!  

– Nie machaj tak tą ręką bo sobie nasikasz na rękawiczkę.

– Aaa, nasikałem sobie na rękawiczkę!!


I tak z mokrą rękawiczką ale pustym pęcherzem udało nam się pojechać dalej. Raptem po kilkuset metrach, przy skraju drogi stała drobna dziewczyna i ze zrezygnowaną miną uważnie oglądała tylne koło. Chociaż, jak już wspominałem, Mazowiecki Gravel to wyścig typu self-support, to jednak kultura i “białorycerskość” nakazała nam zapytać:

– Wszystko ok?

– Powietrze mi zeszło. Tylko nie wiem czy po prostu zeszło czy dziura.

– Pomóc Ci?

– Nie trzeba.

– No to pomożemy.


Zatrzymaliśmy się więc, żeby pomóc. Skomplikowaną metodą uciskania opony palcami, fachowo stwierdziliśmy to, co koleżanka i tak już wiedziała, że faktycznie nie ma w niej powietrza. W oponie znaczy się, nie w koleżance. Chociaż ona też wyglądała na wypompowaną. Dziewczyna trzymała już naszykowaną swoją kieszonkową mini pompkę.

– Poczekaj, mam większą – powiedziałem z dumą i odpiąłem swoją półmetrową retro-pompkę, którą miałem przymocowaną do ramy, na co syn stanął trzy metry dalej i udawał, że mnie nie zna – Tą będzie zdecydowanie szybciej.

Faktycznie wystarczyło kilka mocniejszych ruchów, żeby napompować koło.

– Pojedź kawałek, zobaczymy czy nie będzie schodzić. Jak się okaże, że to dziura to pomożemy Ci z dętką.

Wsiedliśmy na rowery, ruszyliśmy ale po jakiś 200 metrach okazało się, że to chyba jednak dziura, bo powietrze znowu zupełnie uszło. Rozstawiliśmy się obok drogi i raźnie zabraliśmy się za wymianę dętki. Oraz za opędzanie od wielkich czerwonych mrówek. Na szczęście operacja przebiegła szybko i sprawnie i już po kilku minutach i kilkunastu ugryzieniach mogliśmy jechać dalej. Elwira, bo tak koleżanka miała na imię (tak na prawdę miała inaczej, ale na potrzeby tej historii nie ma to najmniejszego znaczenia) pojechała kawałek z nami zabawiając nas rozmową. Dowiedzieliśmy się, że jedzie z kolegami, ale każdy mniej więcej swoim tempem i mają się zjechać za chwilę na pitstopie w Wyszkowie.


Szybko okazało się, że Elwirze ewidentnie nie pasowała nasze turystyczne tempo, więc pomachaliśmy sobie i koleżanka popędziła w siną dal.

– Tato, tato!! Daleko jeszcze?

– Ale do końca czy do popasu w Wyszkowie?

– Na razie do popasu.

– To nie. Już za chwilę będziemy.

I rzeczywiście minęliśmy pierwsze zabudowania Wyszkowa i w kilka minut dojechaliśmy do restauracji, którą ktoś, zupełnie nie wiem dlaczego, postanowił oryginalnie nazwać “Wyszkowianka”. Ochlapaliśmy się w toalecie, złapaliśmy po misce zupy pomidorowej, butelkę piwa bezalkoholowego i zaczęliśmy się rozglądać za wolnym stolikiem. Niestety nie było takiego. Zapytaliśmy więc pana, który siedział sam przy czteroosobowym stole czy możemy się dosiąść. Okazało się, że co prawda pan jedno miejsce trzyma dla kolegi, który zaraz ma dojechać, ale dwa pozostałe możemy sobie zająć.


Niezręcznie jest tak siedzieć przy jednym stole i się do siebie nie odzywać (syn się nie odzywał, bo nie miał siły) więc zapytałem pana czy ten stary Author co stoi obok jest jego. Okazało się, że tak. A że ja też jechałem na starym Authorze (MTB z 1998 roku przerobionym na gravela) to bardzo szybko znaleźliśmy wspólny język i między łyżkami zupy pogrążyliśmy się w dyskusji, że kiedyś to były czasy i rowery a teraz to nie ma ani czasów, ani rowerów.


W pewnym momencie okazało się, że kolega dla którego pan trzymał miejsce przegapił Wyszków (a przynajmniej Wyszkowiankę) i jest już kilka kilometrów dalej na trasie. W związku z czym przemiły pan złapał pośpiesznie swojego Autora i ruszył w pogoń, życząc nam powodzenia. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę, ale też zebraliśmy się bo do mety mieliśmy jeszcze jakieś 50 kilometrów.

– Tato, tato!! Wahoo (nawigacja, przyp. red.) mi się rozładowuje.

– No dobrze, to podłączmy do niego powerbank.

– Nie ładuje się!! Boże, zgubimy się tutaj i nie dojedziemy do domu! Dzwoń po mamę!

– Spokojnie, może kabel się uszkodził. Podjedźmy na stację benzynową po nowy, bo dalej to już tylko pola.

– A daleko jeszcze?

– Do stacji? Nie - o tam już ją widać.


Jak postanowiliśmy - tak zrobiliśmy. Zaopatrzyliśmy się w nowiutki, bielutki kabel microUSB marki “Krzak” i już po kolejnych kilku kilometrach bateria w Wahoo padła całkiem. Niestety - co okazało się dopiero później - nawigacja, a konkretnie gniazdo ładowania dokonało swojego żywota. Wyścig gravelowy - piękna śmierć dla komputera rowerowego. Na szczęście mieliśmy drugi.


Z Wyszkowa wyjechaliśmy nad naburzańskie wioski, pola i łąki, gdzie na mniej więcej setnym kilometrze czekała na nas największa atrakcja na trasie - przeprawa przez bród na rzece Fiszor.

– Tato, tato!! Daleko jeszcze?

Teraz bez nawigacji, która zanim wysiadła pokazywała synowi dystans i odległość do mety, pytanie wybrzmiewało z nieznośną częstotliwością.

– Niedaleko, do brodu jakieś 2 kilometry.

– To powinno być go już widać. A ja go nie widzę! Zresztą tu są same pola! No gdzie jest ten bród!?

– Zaraz dojedziemy.


Dojechaliśmy. Przy brodzie czekał na nas nieoficjalny pitstop zorganizowany przez kibicujących, okolicznych mieszkańców. Zostaliśmy nakarmieni i zaopatrzeni w banany, można było uzupełnić bidony wodą i zrobić sobie zdjęcie przy zaimprowizowanym stoliku z różnymi antykami i szpargałami.

– Tato, tato!! Przecież tam jest woda po kolana! Jak my to przejdziemy!

– Zdejmujesz buty, wieszasz sobie za sznurówki na szyi, bierzesz rower na ramię i idziesz.

– Ale tam są kamienie i jakieś tłuczone cegły na dnie! Pewnie nawet szkło. Na pewno się poślizgnę!

– Dlatego spakowaliśmy do sakwy buty do chodzenia w wodzie. Zakładaj.

– To się nie może udać!

– Uda się.

Udało się. Przeszliśmy na drugą stronę, nawet nie mocząc rowerów. Co prawda ja dwa razy zgubiłem po drodze klapka i niewiele brakowało, żebym wywinął orła próbując go założyć stojąc na jednej nodze z 14 kilogramowym rowerem na ramieniu. Ale udało się. Na drugim brzegu siedliśmy sobie na trawie, żeby wytrzeć nogi. Obok nas siedziały już dziewczyny z Dębexu, które przeprawiały się dosłownie chwilę przed nami i teraz na mokre nogi zakładały skarpety i buty.

– Popatrzcie, chłopaki to mają ręcznik. Przydałby się taki. - skomentowała jedna z nich.

– Bo ja, droga Pani, to z racji bycia weteranem tego brodu, jestem przygotowany - skrupulatnie przemilczałem fakt, że ręcznik do sakwy w ostatniej chwili wrzuciła mi żona  

– Tak często Pan tędy jeździ?

– Tak , codziennie do pracy – zażartowałem – i właśnie pokazuję synowi jaką ojciec ma drogę do roboty.

– No właśnie! Ucz się młody, ucz! Bo jak nie, to będziesz jak stary codziennie do pracy przez bród, a zimą przez zaspy się przedzierał - wtrącił wesoło jakiś starszy jegomość.

– A o której startowaliście? - zapytał kolejny

– O 9:25.

– Matko, ja o 8:00! To ja tak wolno jadę?!

– Możliwe, chociaż zakładam, że pan raczej dystans 250 a my 120 kilometrów.

– Faktycznie. To mnie uspokoiliście.

Jak widać atmosfera wesoła, a śmiechom nie było końca.


Od brodu do mety zostało nam jakieś 30 kilometrów. Większość asfaltami przez leżące nad Bugiem malownicze wsie i osiedla letniskowych działek, gdzie Warszawiacy uciekają na weekendy i wakacje. Na tych ostatnich kilometrach zagęściło się od zawodników i bez przerwy doganiali nas i wyprzedzali kolejni zawodnicy z dystansu MG250, ale nam to zupełnie nie przeszkadzało i toczyliśmy się swoim tempem, rozkoszując się krajobrazem skąpanym w popołudniowym słońcu.

– Tato, tato!! Daleko jeszcze?

– Niedaleko. Jakieś 13 kilometrów.

– To ja sobie tutaj usiądę i cichutko umrę, dobrze?

Oho, ewidentnie nadszedł czas na ostateczne środki zaradcze. Wyciągnąłem z sakwy tajną broń - czarną saszetkę żelu SIS Beta Fuel Ultra Turbo Super Hiper Dual Boost. Albo - zgodnie z informacją na etykiecie - zapewni nam Ultra Turbo dawkę energii, albo taka ilość chemii spowoduje gwałtowny rozstrój żołądka. Tak czy siak efekt powinien być taki sam - wjedziemy pędem na linię mety. Miły truskawkowo limonkowy smak rozlał się ciepłem po naszym organizmie i już po chwili pędziliśmy - no dobrze, toczyliśmy się - w kierunku mety. Ulicą Wczasową wjechaliśmy do Białobrzegów, skąd - utyskując na plączących się wszędzie pieszych - ścieżką rowerową dotarliśmy do Nieporętu. Jeszcze tylko korek na moście przed rondem koło McDonalds, ostatnie metry i meta!


Dojechaliśmy.

– Tato, tato!! Dzwoń po mamę, bo ja to rowerem do domu nie wracam…


Epilog.

Kiedy na mecie odbieraliśmy medale i gratulacje od organizatorów usłyszeliśmy radosne “To oni!”. Okazało się, że to Elwira biegnie do nas ze swoją ekipą.

– Chłopaki, zobaczcie - to oni pomogli mi z dętką na trasie.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że ekipa Elwiry to ten sam właściciel starego Authora, z którym jedliśmy zupę w Wyszkowiance i kolega, który się zagapił i na tę zupę się nie załapał. 800 osób startujących w wyścigu a my pomagamy na trasie jakieś losowej osobie, po czym spokojnie, niczego nieświadomi jemy sobie obiad siedząc przy stoliku z jej znajomym. Chyba trzeba puścić Lotto.


Aha. Mój rower do samochodu już się nie zmieścił, do domu musiałem dokręcić te dodatkowe 15 kilometrów. To znaczy 18.


A w przyszłym roku pojedziemy MG250.

93246a68-5844-463d-aa25-59b9619ff3cb
4fc7410d-cd8c-4807-8007-7882f2982473
31a3c14c-aa5c-41f1-a7ed-02a342505e86
c3e6c497-e598-4b96-a3d1-546c67d659e5
f6d01fc4-a61c-49e4-b692-0e90ba08630d

@fonfi super relacja! Wcześniej dałem piorun, ale dopiero teraz miałem "chwilę", żeby przeczytać


Ehhh, teraz trzeba poszukać okoliczne imprezy tego typu i formę poprawiać

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci #zafirewallem

słów: 908


"NAGO - spółka z obnażoną godnością"


- Zebraliśmy się dzisiaj jako rada dyrektorów, aby przedyskutować coraz częściej pojawiające się zapytania ze strony pracowników o możliwość noszenia ubioru w biurze. Pani Aneto, proszę w notatce zaznaczyć, że w spotkaniu nie uczestniczy pan Ryszard, który poinformował nas, że doświadcza obecnie nawrotu obrzydliwej egzemy, przez co nie czuje się wystarczająco odważny, by eksponować swoje ciało. Rozczarował mnie tym nielicho, bowiem zaprezentowanie własnych niedoskonałości jest właśnie fundamentem, na którym zbudowana została polityka nagiej równości. Nie ukrywam też, że wszyscy chętnie popatrzylibyśmy sobie, jak to wygląda z bliska. Dzięki Bogu, pozostali menadżerowie stawili się punktualnie.


Prezes wstał i zaczął przechadzać się za plecami dyrektorów i dyrektorek, siedzących przy długim stole konferencyjnym. Jako człowiek po sześćdziesiątce, dorobił się siwizny nie tylko na głowie, ale także na klatce piersiowej, plecach oraz w okolicach intymnych. Idąc, mówił i gestykulował ramionami tak dynamicznie, że jego przyrodzenie zdawało się dygotać w rytm wypowiadanych zdań. W salce zasiadały firmowe szychy, kadra zarządzająca międzynarodowej korporacji. Wszyscy byli nago.


- Jesteśmy wszyscy równi – kontynuował swój wywód prezes – nie ma zgody na wykluczenie kogokolwiek poprzez manifestację własnego statusu lub bogactwa markowymi ubiorami. Jakżeż ma się czuć komfortowo stażysta w łachmanach z lumpexu, kiedy staje naprzeciw ubranemu w ciuchy Tommiego, managerowi średniego szczebla? Jak skupić się może na pracy specjalista, kiedy kolega z zespołu szpanuje w Balenciadze? Zatrudniamy ludzi z różnych grup społecznych, biedniejszych lub bogatszych, i naszym nadrzędnym celem, jest redukowanie różnic między nimi. Każdy ma się czuć w pełni swobodnie, nieskrępowany tym, że ktoś inny ma więcej i stać go na lepsze rzeczy. Do tego, nie po to żeśmy budowali szatnię na dole, aby teraz z niej nie korzystać!


- Pan prezes pozwoli… – przerwała mu długi wywód przedstawicielka HR – doskonale rozumiemy założenia tej szlachetnej inicjatywy, ale w nadesłanych zapytaniach, mamy wyszczególnione konkretne przypadki, nad którymi powinniśmy się jednak pochylić i je zinterpretować jako zarząd.


- Niechże pani wstanie i pokaże się nam wszystkim – wciął się jej prezes - chętnie sobie popatrzymy. Tu po drugiej stronie stołu nic nie słychać, kiedy mówi pani na siedząco! 


Pani Małgosia powstała z krzesła. Była to kobieta po pięćdziesiątce z sylwetką świadczącą o lekkiej nadwadze. Kontrastujące kolorystycznie fragmenty skóry, świadczyły o tym, że niedawno była na urlopie w miejscu, gdzie słońce dobrze opala. Na biodrze miała świadectwo szaleńczego okresu młodości – tatuaż ustami i napisem „Fuck me hard, baby!”.


- Pytania, jakie otrzymaliśmy, dotyczą przede wszystkim kwestii takich jak krosty, czyraki, blizny lub znamiona. Chodzi o wyjaśnienie, czy takie elementy mogą zostać zakryte plastrem lub niewielką opaską. Bądźmy poważni, czyrak nie jest zbyt miłym dla oka widokiem, szczególnie jeśli zbiera się na nim ropa.


- Bzdura! – prezes uderzył pięścią w stół. Kilka osób podskoczyło zaniepokojonych. - Gdybyśmy wprowadzali takie odstępstwa, to zaraz połowa by chodziła oklejona plastrami. Rysiek z tą swoją egzemą, to by pewnie przyszedł cały zabandażowany, niczym mumia. Nie mamy nic do ukrycia, to jest nasze motto. Pełna transparentność procesów firmowych oraz naszych ciał. Krosty i pryszcze to nie jest nic wstydliwego. Każdy kiedyś miał jakieś wypryski!

Z krzesła podniósł się Mateusz, najmłodszy w całym pokoju kierownik, pełniący funkcję oficera BHP w firmie. Wzrok uczestników spotkania przykuwał jego solidny wzwód.


- Co jednak, w przypadku, kiedy ktoś z czyrakiem siedzi w kuchni na obiedzie, a po skończeniu posiłku pozostawia ropę na krześle? Nikt nie usiądzie tam, zanim nie przyjdzie serwis sprzątający i zdezynfekuje siedzenie. A same sprzątaczki ostatnio zaczynają się buntować, nie chcą ściągać fartucha, bo to niby ich pracowniczy uniform. A jeśli chodzi o zabrudzenia, to ropiejące czyraki nie są jedynym problemem, bowiem osoby korzystające z toalety, nie zawsze się w pełni wycierają, przez co po wyjściu z ustępów, czasami im coś skapnie. Tego rodzaju wydzieliny nie powinny być pozostawiane na siedzeniach, w miejscu, gdzie spożywa się posiłki.


- Może zwiększymy przydział papieru toaletowego? – zasugerowała szefowa działu administracji budynku, szczupła kobieta po mastektomii – albo w kuchni zrobimy same wysokie stoliki, przy których je się na stojąco? Wtedy nikt nie będzie musiał siadać po kimś na krześle i problem rozwiązany!


- Pamiętajmy, że mamy tu także osoby starsze lub mające problemy z poruszaniem się – kontrował ekspert BHP, wskazując penisem na prezesa oraz na szefa działu IT, chorobliwie otyłego mężczyznę z długą brodą.


- Wypraszam sobie! – odkrzyknął wskazany.


- Spokój! – prezes wstał z krzesła – Rzygać mi się chce, jak tylko słyszę te durne pomysły. Biedne dzieciątka, wstydzą się znamion. Nie umieją się dobrze podetrzeć, to niech się nauczą, a winą to niech obarczają swoich rodziców za luki w wychowaniu. Krzesła i sofy wymieniliśmy na żółtobrązowe, by nie było widać śladów, a oni dalej swoje. Biała tapicerka już im nie przeszkadza, to nagle jakieś kropelki i czyraki wymyślają. Rozwiążemy ten problem, to zaraz wykwitnie inny, bo nagle kogoś zacznie wkurzać, że ktoś inny gubi włosy. Czuję się czasem jak przedszkolu. Terroryści i sabotażyści – to są właśnie osoby, które konsekwentnie wysyłają zapytania i zmuszają nas do organizowania narady. Nie zdają sobie sprawy z tego, że jak nagle wszyscy zaczną nosić ubrania, to sens straci dzień swobodnej fryzury intymnej lub konkurs na najbardziej zakrzywione prącie. Co z zabawą świąteczną, kiedy to można złapać Mikołaja za wór z prezentami? Co z dniem dziecka? Po co tu sprowadzać dzieci, skoro nie będą mogły zobaczyć, jak wyglądają w pełnej krasie znajomi ich rodziców? Zamykam to spotkanie, bo nie chce mi się o tym dłużej gadać.


- Mieliśmy jeszcze w agendzie rozmowę o blokowaniu erotyki na firmowych komputerach – podniósł się z trudem szef IT.


- Zablokować wszystkie strony erotyczne, tutaj się pracuje, a nie ogląda gołe baby! Koniec spotkania!

@Spleen No no - *wstał ledwo z krzesła zostawiając za sobą brązową plamę na krześle, a jego perfumy zmieszały się z zapachem fekaliów* - takiego odwróconego prawa się nie spodziewałem, fajne xD

Zaloguj się aby komentować

Wszem i wobec ogłaszam XVII edycję #naopowiesci !


Ciocia @moll nagięła zasady i zaskoczyła mnie ogłaszając mnie zwycięzcą, tak więc mówię co następuje:


Temat: Nie tego się spodziewałem


Opowiadanie musi zacząć się zupełnie zwyczajnie, ale zakończyć kompletnym absurdem. Dodatkowo jedno ważne prawo natury, społeczeństwa lub technologii zostało odwrócone.


Gatunek: dowolny – realistyczny, fantastyczny, dramatyczny, humorystyczny


Liczba słów: 200-1000


Zasady oceniania: Co mnie najbardziej zaskoczy i/ lub rozbawi, więc liczę na kreatywność i dawkę humoru/ absurdu.


Termin: 29 dzień miesiąca nam obecnego


Powodzenia!


#zafirewallem

#naopowiesci

7d8aab69-c6a4-42af-94be-df3df0c53505

Zaloguj się aby komentować

Ależ ten czas leci. Leci tak szybko, że minął termin edycji #naopowiesci a ja jej nawet nie podsumowałam!

(Ani nikt mi o tym nie przypomniał - hańba nam wszystkim!)


Więc do dzieła!


Mimo iż tematyka zadania zainteresowała szersze grono, w utwory tym razem obrodziło, jak na załączonej liście:

@KatieWee - bez tytułu - 3 słowa

@pingWIN - kamień - 1 słowo

@splash545 - dzień ptasznika - 1 słowo

@KatieWee - bez tytułu 2 - 11 słów

@fonfi - Radek - 494 słowa


Ponieważ tekst @splash545 był tak naprawdę powieleniem pomysłu @pingWIN na jedno słowo, zwycięzcą edycji zostaje kolega @pingWIN .


Gratulujemy zwycięzcy, a uczestnikom dziękujemy za wspólną zabawę


#naopowiesci #podsumowanienaopowieści #zafirewallem

@moll A miałem nawet przypomnieć, ale nie chciałem się narzucać

@pingWIN Gratulacje! To opowiadanie to jest kamień milowy w kawiarenkowej twórczości.

a796e11d-301e-4d52-836d-88ec93bbe304

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

W zasadach bieżącej edycji Pani @moll napisała, że zwycięży najkrótsze zgłoszone opowiadanie, w związku z czym już wiem, że szans na wygraną nie mam i spokojnie mogę pogratulować pani @KatieWee . Jednak zupełnie mnie to nie powstrzymuje przed podzieleniem się z Państwem opowiadaniem o Radku. Radek jest... No właśnie - kim? Mam nadzieję, że uda się Państwu odgadnąć, bo jestem pewien, że każdy z nas ma gdzieś w domach koszyczki, pudełka czy szuflady pełne takich Radków. A ja liczę na obiecany bonus za utrzymanie tożsamości Radka w tajemnicy.


Mam nadzieję, że tym krótkim wstępem zachęciłem Państwa do zapoznania się z jednym dniem (w sumie to tylko porankiem) z życia Radka.


Miłej lektury.


************


Radek


Jak co dzień, punktualnie o 5:45, gdzieś na drugim końcu mieszkania ożył budzik. Ożył, drąc się w niebogłosy słowami “Wake me up before you go-go!”. 


– Zamknij się! – krzyknął Radek z kuchni, chociaż wiedział, że i tak nic nie wskóra.


Na szczęście tym razem budzik zdążył odśpiewać tylko jeden refren, zanim klapnięcie dłonią definitywnie go uciszyło. Osobiście nie miał nic do twórczości zespołu Wham!, nawet lubił Georga Michaela, ale na litość boską, ile razy można słuchać w kółko tego samego?!


Przeciągnął się leniwie na najwyższej półce w kuchni i wyjrzał zza krawędzi wiklinowego koszyka, który od dawna był jego domem. Mieszkał w nim razem z całą gromadką “braci” i “sióstr” - bo chyba takie określenie najbardziej pasowało do gęsto upakowanej rodziny, do której co jakiś czas trafiał ktoś nowy.


Niewyraźne mamrotanie domowników, szuranie kapci i szum wody w łazience, były niekwestionowaną przesłanką tego, że dom powoli - i zdecydowanie niechętnie - budzi się do życia. Spojrzał na godzinę na wyświetlaczu piekarnika.


– Oho, 5:59. Zaraz wstanie ta młoda i będzie awantura o łazienkę. “Shit storm” za 3… 2… 1…

– Maaaamoooo!!! Bo on mi znowu zajął łazienkę! Ja nie zdążę się przed wyjściem umalować! – rozległo się wycie.

– Punktualnie! - skwitował Radek, opierając się wygodnie o brzeg koszyka, żeby mieć lepszy widok.


Leniwe szuranie wciąż niemrawych domowników zastępowała coraz bardziej nerwowa krzątanina w kuchni. Ekspres do kawy został brutalnie wyrwany z drzemki, zatrzeszczał wysłużonymi, starymi wnętrznościami a teraz krztusił się, wypluwając gorący czarny płyn do filiżanek. Radek głęboko zaciągnął się aromatem świeżej kawy, aż mu się warstwy foliowego laminatu na piersi napięły i przyglądał się procesowi robienia kanapek.


Na drewnianej desce do krojenia wylądowały cztery kajzerki. Wyjęte z papierowego worka, nagle oślepione jaskrawym światłem, nie zdążyły się nawet dobrze rozejrzeć kiedy ostry jak brzytwa nóż rozharatał je na połówki.


– Ładne, szybkie cięcie – fachowo ocenił Radek – ciekawe z czym będą kanapki?


Z zainteresowaniem obserwował jak bułki pokrywa najpierw cienka warstwa masła, potem jak na każdej ląduje plasterek wędliny i kolejny - smakowicie pachnącego sera.


– Żonaaaa! Mamy gdzieś pomidory albo sałatę?  

– A kupiłeś wczoraj, jak prosiłam?  

– A prosiłaś?!  

– No to nie mamy.


Radek aż podskoczył. Brak pomidora, sałaty czy kiełków oznaczał jedno: smak kanapek trzeba będzie wzbogacić inaczej. A to z kolei wróżyło rychły koniec jednego z mieszkańców zapomnianego, wiklinowego koszyka. I rzeczywiście - po krótkiej, zdecydowanie bezowocnej inspekcji lodówki, zakończonej westchnieniem “_eh, nawet Kielecki się skończył_”, w kierunku koszyka wystrzeliła ręka. Widząc to, Radek puścił krawędź i próbował szybko zniknąć w tłumie pozostałych lokatorów. 


Niestety, nie wystarczająco szybko.


Sprawne palce zacisnęły się na nim w żelaznym uścisku. Druga ręka złapała za zgrzew tuż przy samym nacięciu z napisem “otwórz tutaj”. Radek poczuł szarpnięcie i rozdzierający ból pękającego laminatu. 


Przed oczami przeleciało mu całe jego życie: taśma produkcyjna w fabryce, wesoły transport do McDonalds, krótki pobyt w samej restauracji, gdzie przesiąkł charakterystycznym zapachem zużytego oleju i ten dreszczyk emocji, kiedy wędrował do nowego domu w kolorowym pudełku HappyMeal.


Teraz jego gęste, czerwone wnętrzności leżały równo rozsmarowane nożem na żółtym plasterku sera.


************

494 słowa

#zafirewallem

#naopowiesci

@onpanopticon a tak w ogóle to wina @moll że Radek tak skończył. Bo gdyby nie było limitu 1000 słów, to życie Radka mogło rozkwitnąć barwną historią. A tak musiałem je skrócić. Opowiadanie, znaczy się musiałem, skrócić

Zaloguj się aby komentować

Piękne jest to opowiadanie!

Mogłoby śmiało stawać w szranki z tym z o dziecięcych bucikach nieużywanych, domniemanego autorstwa pana Hemingwaya.

I tak dlugie i zbyt detaliczne, Baudelaire to zalatwil szybciej « Aimier à loisir aimer et mourir. » czyli « kochac do woli kochac i umrzec. »

Zaloguj się aby komentować

@bori miga się od napisania opowiadania w aktualnej edycji #naopowiesci Co najgorsze, swoją postawą demoralizuje pozostałych kawiarenkowiczów, w związku z tym NIKT, powtarzam to NIKT, do tej pory nie napisał i nie opublikował swojego opowiadania.


Moje serduszko krwawi


#zafirewallem #gownowpis #zalesie

Zaloguj się aby komentować

Pomysł szybki, genialny, w momencie pomyślenia go i być może taki, który zmobilizuje Szanownych do udziału w kolejnej edycji #naopowiesci


Proponuję tym razem napisanie maksymalnie tysiąca słów, który to tysiąc maksymalnie będzie opisem jednego dnia z życia. Z życia czegokolwiek. Przedmiotu, zwierzęcia (lub nie-zwierzęcia, ale istoty ożywionej nie będącej człowiekiem) lub rośliny.


Czas to standardowe 2 tygodnie - zakończenie wypadnie więc 15.06.2025, w godzinach bliżej nieokreślonych.


Wygrywa najkrótsze opowiadanie. Dodatkowy bonus za uczynienie z bohatera opowiadania niewiadomej do odgadnięcia dla czytających.


Życzę udanej zabawy!


#zafirewallem

@moll Szkoda że tylko dzień, korzystając z dłuższych czasookresów można ciekawe pomysły fabularne realizować.


Może być dzień z życia wiekuistej lipy, która pod swym komarem chroni strudzonego wędrowca?

Zaloguj się aby komentować

Drodzy Kochani!


Rzeczywistość mnie dopadła znienacka, żyć zacząć trzeba, a nawet jakoś dziwnie żyć się chce, jednak aktywności niektóre trzeba ograniczyć. Nie będzie więc długo.


W ogłoszonej przed dwoma tygodniami XV edycji zabawy #naopowiesci wzięło udział dwoje uczestników:


koleżanka @moll , która napisała o Czyśćcu Szeryfa

oraz kolega @moderacja_sie_nie_myje3 , który zastanawiał się To Czyściec czy Raj?.


Uczestnikom za udział serdecznie dziękuję, komisja miała problem, poziom był wyrównany itepe. W wyniku losowania w postaci rzutu monetą (dwa euro - zaznaczam, żeby potwierdzić autentyczność i sprawiedliwość losowania) kończącą się właśnie edycję wygrywa koleżanka @moll . Gratuluję!


#naopowiesci

#podsumowanienaopowieści

#zafirewallem

@George_Stark wygrać przez rzut monetą wydaje się adekwatne do sytuacji, dziękuję serdecznie


I dziękuję @moderacja_sie_nie_myje3 za współuczestnictwo!

Zaloguj się aby komentować