#naopowiesci

26
267

Dzień dobry się z Państwem,

Nadrabiam troszkę zaległości w tym co się dzieje dookoła ale chciałbym się odnieść do dyskusji na temat naszej Kawiarni #zafirewallem, która wywiązała się w komentarzach tutaj i tutaj. Zrobię to w tym miejscu, w osobnym wpisie, bo tak łatwiej mi będzie zebrać myśli do kupy.


Najpierw tak bardzo ogólnie. Faktycznie mniej się dzieje chwilowo (z naciskiem na "chwilowo", mam nadzieję) ale może to po prostu przez sezon ogórkowy. Jednak okres letni obfituje w różne inne aktywności o urlopach nie wspominając, na których to urlopach chcemy sobie zazwyczaj odpocząć od wszystkiego. Internetów również Dlatego nie przejmowałbym się tym, że jedna czy druga edycja #nasonety czy #naopowiesci nie siadła - ot życie.


Bardzo podobają mi się pomysły lekkiego motywowania przypomnieniami i wołaniami. Uważam, że jeśli organizatorowi danej edycji zależy na frekwencji, to nic nie stoi na przeszkodzie co jakiś czas szturchnąć nas pod danym tagiem. Tak samo obiema rękami podpisuję się pod pomysłem dołączenia informacji do hejtonews (celowo bez tagu, żeby nie zaśmiecać panu @bojowonastawionaowca ) o aktualnie trwających zabawach. Na pewno nie zaszkodzi.


I teraz bardziej o konkretnych tagach.


Jeśli chodzi o #nasonety to mam wrażenie, że tutaj jest trochę sinusoida. Raz więcej raz mniej. Osobiście na przykład mam trochę problem (mentalny) z edycjami, gdzie dawcą nie jest sonet tylko inny utwór (wiersz/piosenka) - ale to tylko i wyłącznie mój formalistyczny problem, przez który jest mi ciężej się zmotywować. Ale proszę tej mojej uwagi w ogóle nie brać swoją uwagę. Ja bym się nie przejmował tylko motywował, wołał, szturchał.


Padła kwestia podsumowań i tego, że uczestnicy się ich boją. Całkiem niepotrzebnie. Jak pan @splash545 czy @George_Stark nam nie raz pokazali podsumowanie można zawrzeć w jednym czy dwóch zdaniach. Nikt nikogo z tego nie rozlicza. Serio! To, że ja lubię sobie popłynąć, to tylko i wyłącznie dlatego, że mnie ogromną frajdę sprawia wielokrotne obcowanie z Waszymi utworami, wczytywanie się, szukanie rytmu, smaczków a na koniec pisanie totalnych głupot na ich temat. Grafomani tak mają :stuck_out_tongue_winking_eye:


Natomiast jeśli chodzi #naopowiesci, bo tutaj faktycznie dzieje się najmniej, to pan @onpanopticon troszkę mnie już ubiegł. Mam ze swojej strony taką propozycję, żeby Państwa troszkę zmotywować:


- W każdej edycji ufunduję nagrodę książkową dla zwycięzcy. Możemy tylko wspólnie ustalić, czy książka będzie odgórnie wybrana, żeby wiadomo było o co walczymy, czy zwycięzca będzie mógł sobie na koniec wskazać co chciałby dostać (w jakimś odgórnie ustalonym budżecie).


- Bardzo mnie cały czas boli, że te nasze wytwory wszelakie giną sobie w czeluściach internetów, więc chciałbym zaproponować, że pod koniec grudnia zbiorę opowiadania z całego roku (oczywiście tych autorów, którzy wyrażą zgodę) i wydam je w formie papierowej jako "Antologię Za Firewallem" - po jednym egzemplarzu dla każdego z uczestników. Żeby było jasne - nie do żadnej sprzedaży, takie wydanie limitowane tylko dla nas. Każdy z nas będzie mógł wtedy powiedzieć, że jest "autorem publikowanym". No i będziemy mieli pamiątkę. Co Państwo na to?


Tym postem, takim na szybko po śniadaniu, mam nadzieję otworzyć szerszą dyskusję.

Chyba się odniesę. Dużo spraw, to odniesę się nie do wszystkich, a tylko do tych, które mnie w jakiś tam sposób poruszyły, bo to bardzo miłe, że komuś zależy na tym naszym wspólnie budowanym przybytku chybotliwym.


***


Publikacja – jako piszący tutaj bodaj najwięcej, napiszę to raz i nie będę powtarzał, bo mi się powtarzać nie będzie chciało: moich opublikowanych tutaj wytworów można używać w dowolny sposób oprócz:

– przypisywania sobie ich autorstwa,

– zbijania na nich kokosów bez podzielenia się ze mną oraz

– celowego karmienia nimi wszelkiej maści modeli językowych/sztucznych inteligencji.


Co do ostatniego punktu, to nie jestem aż tak głupi, żeby nie wiedzieć, że skoro są opublikowane w Internecie, to pewnie i tak są tam zindeksowane (czy jak to się tam nazywa), ale nie chciałbym żeby ktoś tam to w jakimkolwiek celu wrzucał dodatkowo. W przypadku tego całego AI nie będę oczywiście nikogo ścigał i wyciągał konsekwencji, proszę tylko o uszanowanie mojej prośby. W przypadku dwóch pierwszych punktów, gdyby zdarzyło się ich złamanie, to pewnie najpierw bym się wkurwił, a później zastanowił co z tym fantem zrobić dalej. Mam jednak nadzieję, że się nie zdarzy, bo ani wkurwiać się, ani zastanawiać z musu nie bardzo lubię.


Jeśli zaś chodzi o samą publikację, to nie mam nic przeciwko, nawet mogę się do kosztów wydania dorzucić, niemniej nie mam zamiaru (ani czasu) w tym temacie zrobić niczego więcej.


No i to w zasadzie tyle, bo w pozostałych punktach raczej nie mam zdania. Można próbować i tej aktywizacji i nagród i zobaczyć jak to wyjdzie. Tak to zawsze przecież tutaj działało.


Dziękuję za wypowiedź.

@fonfi W mojej opinii i z mojej perspektywy akcja #naopowiesci ma trochę zbyt krótkie interwały czasowe, przez co zwłaszcza w sezonie wiosenno-letnim ciężko jest się nadążyć z pisaniem. A ja lubię czasem pomęczyć dane opowiadanie 2-3 tygodnie, dlatego przy ambitniejszych tematach nawet nie startuję bo boję się, że nie zdążę. Dlatego też uważam, że najlepszą opcją byłyby cykle miesięczne, przez co po pierwsze byłoby więcej czasu na napisanie utworu, a po drugie łatwiej byłoby zapamiętać do kiedy ma się czas.


Pomysł wydania na papierze jest świetny, będę kibicował. Podobnie pomysł z nagrodami książkowymi, też chętnie ufundowałby, zwycięzcy jakąś.

Zaloguj się aby komentować

Zupowe Ratatouille


Był pewien pozornie spokojny - tak przynajmniej wydawało się Michałowi - sobotni poranek, gdy lodówkę wypełniły głosy zbuntowanych warzyw. Tak, nie przesłyszeliście się, warzyw! Myślał przecież gdy mama upominała go, że warzywa zaraz wyjdą z lodówki, że to zwykły żart. Otóż zapomniane warzywa - kupione pod wpływem natchnienia i próby zmiany odżywiania, by zmienić swe życie na lepsze, a zakończony wraz z włożeniem ich do lodówki - faktycznie prowadziły w lodówce całkiem bogate życie.


Różnorodność ich także była całkiem imponująca, bowiem mieszkał tam poeta Seleriusz Kochanowski, który jak się może domyślacie jest selerem. Ma on duszę romantyka i napisał takie wiersze jak "Zielone liście twe" czy "Krągłości mej miłości". Potajemnie podkochuje się w Kapustynie Podlowskiej, która to praktykuje ciałopozytywność i wrzuca swoje zdjęcia na platformę Kilogram, gdzie również promuje swój ruch społeczny, choć można by rzec, że to trochę jak świnka morska, bo ani się nie rusza, ani to zgodne ze społecznymi kanonami piękna. Oczywiście prawdziwe piękności również się znajdują w lodówce, a przedstawicielką jest Lady Karotka von Korzeń, która pochodzi ze szlacheckiego ogrodu. Długa, szczupła, z piękną fryzurą, prawdziwe piękności. Jak powszechnie wiadomo wraz z pięknością idzie zgniły charakter. Zasadę tę przełamuje tylko kapusta, która może i nie jest ładna, ale za to głowa też jest pusta. Marchewka jest ambitną, silną liderką buntu warzyw i uważa, że ludzie są niewdzięczni - najpierw kupują, potem zapominają, aż w końcu szuflada staje się grobem. To ona planuje operację Ratatouille, w której chce uciec z lodówki i przejąć kuchnię. Nie brakuje też prawdziwego konserwatysty - ziemniaka. Bulwosław Kartofelnik to prawdziwy zwolennik tradycyjnych wartości. Opowiada czasem straszne historie o piekarniku gazowym, posiada starą mapę kuchni. Niedaleko nich znajduje się również najstarszy z nich, więziony w słoiku, kiszony ogórek. Jest zbyt stary, żeby pamiętać większość rzeczy, mówią na niego ogór Rick. Ma silny rosyjski akcent, chyba kiszenie w słoiku tak na niego wpłynęło. Najwidoczniej siedzenie w zimnym więzieniu wpływa też na ogórki. Od czasu do czasu krzyknie nagle "Na rewolucję już czas!". Nie zapominajmy też o pomidorze, który był niegdyś kucharzem. Prowadził coś w rodzaju bloga kulinarnego, gdzie chwalił się przeróżnymi rzeczami - od domowych obiadów, przez pieczone ciasta, aż po wędzone kabanosy własnej roboty i różne innych pyszności. Do dziś w internecie żaden nie wie, że Giuseppe Compositone to faktycznie pomidor, a nie człowiek. 


Tygodniami opracowywany plan ucieczki na Warzywnym Kongresie prowadzonym przez Lady Karotkę nie mógł się nie udać. Początkowo było wiele konfliktów, ponieważ Bulwosław twierdził, że trzeba bronić granic, aby nowe warzywa nie dostawały się do lodówki, a następnie spróbować zaatakować siłą Michała. Seleriusz preferuje raczej ugodowe sposób rozwiązania konfliktu poprzez napisanie powieści do Michała, aby zobaczył jak żyje im się źle. Ogór Rick w głowie ma tylko rewolucję, natomiast Kapustynę nie interesuje to w ogóle. Plan Ratatouille miał się udać w niedzielę z racji, że Michał zazwyczaj śpi wtedy do południa, a jak wstanie z potężnym kacem to otwiera lodówkę półświadomy, by wyciągnąć tylko piwo - to był ten moment kiedy plan się zaczyna. Co mogło pójść nie tak, w końcu od tygodni siedzą w tej lodówce prawie niezauważeni obserwując nawyki właściciela.


Nagle otwiera się lodówka, światło oślepia wszystkie jeszcze pełne nadziei na ucieczkę warzywa. Michał uważnie przygląda się swoim produktom w lodówce, aż nagle lekko zrezygnowany spogląda na szuflady. Hasło "zupa" to ostatnie co chciały usłyszeć buntownicze warzywa. Michała wzięło na sobotnie sprzątanie, w tym lodówki. Akurat teraz, w dzień przed ucieczką. Czy to nie ironia? Jak to się mówi, złośliwość rzeczy żywych. Wyciąga warzywa na deskę i podpala wielki gar z wodą.


  • "Wszyscy tu zginiemy!" - krzyczy przerażona Karotka.

  • "Miałam plany, miałam wyjść za mąż za przystojnego bakłażana!" - krzyczy równie zrozpaczona Kapustyna.

  • "Tak, na pewno by Cię chciał ktokolwiek, a już na pewno przystojny bakłażan..." - dodał drwiąco Giuseppe.

  • "Ehhhh, to Ci feler, ja bym chciał taką Kapustynkę… Tyle ciała do kochania, tyle wierszy napisanych, tyle nocy przepłakanych..." - pomyślał Seleriusz, ale zachował to dla siebie, lecz smutek pojawił się na jego twarzy.

  • "Na rewolucję już czas!" - jak zawsze krzyczy Rick nie słuchając innych.


Woda zaczyna się gotować, Michał powoli zaczyna brać warzywa na osobności. Na pierwszy ogień idzie Bulwosław. Najtwardszy z twardych. Wydawałoby się, że będzie się bronił, będzie walczył. Niestety, owca co dużo beczy mało przyjemności z... a nie ważne, chyba mi się coś pomyliło. No więc ziemniak Bulwosław daje się obierać ze skóry i kroić bez walki, następnie wpadając do gara. Warzywa boją się kto pójdzie kolejny. Okazało się, że Lady Karotka von Korzeń stała się kolejną ofiarą. Wydawało jej się, że inni będą jej bronić, będą za nią płakać, bo jest popularna i lubiana, ale niestety. Myliła się przez cały ten czas. W międzyczasie Seleriusz Kochanowski spisuje "Dzienniczek warzywniczek - ostatnie tchnienie", w którym opisuje dziejące się w kuchni rzeczy.


- "Co za debil, pokroił za grubo marchewkę, nie dogotuje się na czas." - rzucił nagle Giuseppe Compositone, doświadczony w gotowaniu takich zup.


Inni popatrzyli na niego zdziwieni i lekko przestraszeni niczym na seryjnego zabójcę, którym w istocie był.


Kapustyna napisała pożegnalnego posta na Kilogram, gdzie otrzymała słowa wsparcia typu:


  • "To prawda, nie zasługują na Ciebie!",

  • "Jesteś za dobra dla nich, to dlatego chcą Cię zabić!",

  • "Gdybyś była chudsza to pewnie by Cię nie użyli, dyskryminacja!",

  • "Pamiętaj, że jesteś najpiękniejszą jaką kiedykolwiek widziałam!"


To ona trafiła do gara, ale wcale nie była smutna, wręcz szczęśliwa, bo dostała tyle słów wsparcia. Seleriusz uronił łzę, aż w końcu rzucił się za nią na ratunek.


- "Nieeeeeee, nie mogą Ci mnie odebrać, kocham Cię Kapustyno!" - krzyczał zrozpaczony sturlając się w stronę końca deski, aż prawie spadł, lecz Michał zauważył to i zabrał go również.


- "To Ty mnie kochasz? LOL, nie chcę takiego frajera za chłopaka XD stać mnie na więcej!" - skwitowała Kapustyna z pogardą.


Seleriusz wpadł do gara z rozpaczy krzycząc: "Seleronimo!". I tyle go widzieli. Dumna Kapustyna również chwilę później skończyła w garze, lecz czuła się jak męczennica, która zginęła za promowanie ciałopozytywności.


Zostały już tylko okrzyki o rewolucji ogóra Ricka i pomidora Giuseppe. Michał zdecydował się jednak nie użyć Ricka i schował go ponownie do lodówki. Compositone miał w planach usunąć konto, czyli popełnić samobójstwo, lecz nie zdążył przed kucharzem. Jego ostatnie słowa brzmiały "Passata la vista" i tak oto wszyscy lodówkowi bohaterowie wylądowali w zupie.


Myślicie pewnie, że chociaż tyle dobrego, że Michał się najadł zupy, otóż nie do końca. Zjadł jeden talerz, o reszcie zapomniał, a ta się zepsuła w garze. Podobno po tygodniu zaczęła żyć własnym życiem i planowała misję ucieczkową, lecz jej dalszej historii nie znamy, a "Na rewolucję już czas!" można usłyszeć z lodówki po dziś dzień.


#naopowiesci #zafirewallem  #tworczoscwlasna



#opowiesciwarzywne

Jej, zakochałem się w tytule Krągłości mej miłości! Chciałbym go przeczytać!


Urzekł mnie też szlachecki ogród i styl narracji. Świetnie się to czytało!

Zaloguj się aby komentować

Odezwa do narodu Hejtowego.


Drogie Tomki i Tosie, tag #naopowiesci przeżywa trudne chwile i potrzebuje was! 


Pomożecie?


-----


Rozpoczynam nową edycję konkursu albo raczej zabawy. Jako zwycięzca, a w zasadzie jedyny uczestnik, podejmuję się trudnego zadania, żeby trochę was kochani ożywić. Czy się uda? Nie wiem, przekonajmy się.


Na czym to polega?


A w sumie na niczym. Piszecie sobie opowieść, która musi spełnić szereg warunków i zmieścić się w rygorystycznym terminie Just kidding.


Temat: Freestyle, co wam w duszy gra

Długość: Freestyle


Termin - 2 Sierpnia (sądzę, że 3 tygodnie to sporo czasu) Jak ktoś się nie wyrobi, pisać pw - można poczekać kapkę dłużej


Kryteria - Zwycięzca zostanie wyłoniony na podstawie punktów. A jako że nie ma żadnych punktów i że jestem organizatorem, to łot, co mi się spodoba Ale ale - będzie więcej zwycięzców. 


---------------


W tej edycji robimy małą zmianę.


Trzech uczestników dostanie takie oto filiżaneczki z kawiarnianym nadrukiem Co to za kawiarnia bez filiżanek.


Jedną dostaje zwycięzca, którego wybiorę wedle swojego widzimisię.

Drugą dostaje losowy uczestnik - także każdy ma szansę i ślepy los.

Trzecią dostanie zwycięzca numer dwa, czyli poproszę wybraną przez siebie kapitułę starszyzny kawiarnianej, aby wskazali swoich faworytów


Oczywiście jeśli się to potoczy tak jak w poprzedniej edycji, to jedna osoba zacznie kompletowanie zastawy xD A jeśli nikt nie napisze, to sam to zrobię i dzięki dubletowi będę super gostkiem z trzema filiżankami.


Motyw filiżankowy będzie przeze mnie sponsorowany także w kolejnych edycjach tworzonych przez innych kawiarenkowiczów. Zobaczymy kto pierwszy skompletuje zastawę ;) 


Nadruk na szybko, możliwe że będzie zmiana na coś ładniejszego.


Do działa zatem


#zafirewallem #tworczoscwlasna

f6dd5010-74e5-4aec-976c-1f9dc24a403f

Kurde! Nie dość, że właśnie piszę opowiadanie, które miałem zamiar opublikować tutaj poza konkursem, a teraz wstrzelę się i w temat i w gatunek, to jeszcze wizja takiej wspaniałej nagrody na mnie czeka!


A, swoją drogą, Ty zajmujesz się produkcją takich filiżanek, czy masz jakieś dojścia? Bo ja bym bardzo chciał taką, tylko inspirowaną naszym logo fantastycznym. Nawet bym cały zestaw wziął i nawet za niego zapłacił żeby tylko je mieć!

Widzicie jak ważne jest wołanie?! Sam zapomniałem, że do dzisiaj jest termin i miałem zawołać tydzień przed xD To wołam 22 godziny przed ( ͡° ͜ʖ ͡°)


Zatem termin wydłużam o tydzień do 9 sierpnia do północy, bo być może ktoś jednak chciał napisać. Jak nie, to nic się nie dzieje. Mamy 3 uczestników i 4 opowiadania na ten moment. Czyli w porównaniu z ostatnią edycją i tak do przodu


Niemniej skoro wprowadzamy troszkę "luzu", skoro i tak były nawet wywrotowe propozycje żeby zamknąć tę zabawę, to nie będę robił tutaj biczowania, że samemu mi się zapomniało. Faktycznie, jednak są to wakacje, różne rozjazdy, obowiązki pozostają, a też chce się skorzystać z dnia wolnego czy (hehe) "pogody".


@fonfi

@bori

@sireplama

@splash545

@bojowonastawionaowca

@pingWIN

@entropy_

@ErwinoRommelo


Nie wiem czy to wołanie zadziała

Zaloguj się aby komentować

Może to tematy nie siadają, może to wakacje, a może koniunkcja planet w magiczny sposób obniża motywację prozaików.


Faktem jest, że tag #naopowiesci ledwo podryguje, karmiony pojedynczymi wpisami. Niemniej jednak chciałbym przekazać gratulacje oraz wyrazy uznania użytkownikowi @onpanopticon, autorowi jedynej pracy, która została nadesłana w bieżącym rozdaniu. Otrzymuje on 21 punktów za plusy oraz ode mnie dodatkowe 21, co daje razem 42, zapewniając zaszczytne pierwsze miejsce oraz honor organizatora kolejnego wyzwania (czy jest jednak sens? ocenę pozostawiam Tobie).


Chwała literatom! Chwała tym, którym się chce! Chwała @onpanopticon !

#podsumowanienaopowieści

968458ca-5364-49cc-85b1-b06dba78b2a8

@Spleen faktycznie format #naopowiesci w obecnej formie widocznie się wyczerpał. @onpanopticon jeśli masz jakiś pomysł i chęć to możesz w sposób dowolny zmienić istniejące zasady, żeby spróbować reanimować tego trupa. Jeśli zaś nie, to możemy zakończyć tę zabawę w tym właśnie miejscu i używać tagu gdy ktoś będzie chciał wrzucić jakieś swoje spontanicznie napisane opowiadanie. A może kiedyś uda się wskrzesić tag w zupełnie innej formie. Piszę to jako jego założyciel.

@splash545 @George_Stark @Spleen


Dziękuję za gratulacje. Przyznam, że wygrać w tak zaciętej rywalizacji to zaszczyt xD


Skoro dostaję wolną rękę w temacie, to nie chcę być grabarzem i spróbuję to lekko zmienić. Użyłbym tu pewnego amerykańskiego skrótowca, ale niestety pewna pomarańczka zniweczyła jego sens.


Jeśli ktoś ma jakieś dodatkowe pomysły, to proszę napisać.


Poza tym (i mówię to po sobie) - należy wołać ludzi. Zarówno na starcie edycji jak i przed jej końcem. Powiem to wprost, gdybym nie spóźnił się z braku czasu na edycję @pingWIN to nie napisałbym też opowiadania na tę edycję, bo bym albo zapomniał, albo odłożył i znów się na koniec nie wyrobił.

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci #tworczoscwlasna #zafirewallem


Cicho, bo "Sławosz" mówi


Był czwartkowy wieczór, pub „Pod Lewitującym Kurczakiem” pękał w szwach. Nad barem wisiała stara plazma pokazująca mecz Ekstraklasy, Radomiaka z Pogonią, gdzie debiutował H⁎⁎a, mimo to nikt nie oglądał. Wszyscy siedzieli przy stoliku pod ścianą, gdzie Sławosz Uznański – astronauta, bohater narodowy i człowiek, który „przeżył stację kosmiczną” – właśnie kończył drugie piwo i zaczynał trzecią historię.


– No i wtedy mówię do Władimira: „To nie może być guzik do ekspresu! Ma naklejkę: 'Nie dotykać – tunel czasoprzestrzenny'!”


– I co zrobił? – zapytał Mirek, inżynier od klimatyzacji, który najdalej udał się w podróż z Wrocławia do Włocławka i to przez pomyłkę.


– No jak to co? Nacisnął! Głupi rusek myślał, że to żart. Co też wygaduję "Rusek myślał"... dobre sobie. A ja? A ja zrobiłem krok w bok, bo wiesz… mam refleks. Trochę jak Bruce Lee, tylko lewitujący.


Sławosz zrobił dramatyczną pauzę i upił łyk piwa, niczym z kosmicznej karafki.


– I co, teleportował się? – zapytał Paweł, który raz pracował przy kablu światłowodowym i teraz uważał się za eksperta od wszystkiego, co zawiera słowo „kwantowy”.


– Nie teleportował. On… się odwrócił i powiedział: „O, chyba działa”, po czym cała stacja się zawinęła. Dosłownie. Takie fiuuuu, jakbyś próbował złożyć Ikea Pax bez instrukcji i wszystko się nagle samo poskładało.


– A ty?


– Ja zostałem. Bo byłem akurat w tej jednej części, która – uwaga – została wyjęta z czasoprzestrzeni. Później dowiedziałem się, że to specjalnie wytworzona "komora idiotyzmu", która ma chronić wszechświat przed rozpadem.


– Czyli… wszyscy zginęli?


– W cudzysłowie: „zniknęli z naszej rzeczywistości”. W praktyce: zginęli jak muchy w mikrofali. Ale ja przeżyłem, bo – i to jest kluczowe – byłem zajęty robieniem selfie z konserwą gulaszową. Specjalne wyzwanie na hejto.


Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Tylko Grzesiek, lokalny filozof i kierowca Ubera, zmarszczył czoło.


– Ale czekaj. Tunel czasoprzestrzenny? Co to w ogóle znaczy?


– To znaczy, Grzesiu, że jak naciśniesz guzik, który wygląda jak coś z filmu „Odyseja Kosmiczna”, to może ci się rozwarstwić istnienie. Prosta sprawa. Przenosisz się do innego wymiaru. Albo odpala ci się mikrofalówka. Różnie z tym bywa.


– I co zrobiłeś potem?


– Wyszedłem na zewnątrz. W sensie… na zewnątrz komory idiotyzmu. Nie była już na żadnej orbicie. Zamiast tego… unosiła się w czymś, co wyglądało jak basen z żelków Haribo i zniekształconych Chopinów. Grawitacji nie było, ale mózg próbował to zrozumieć jakby szukał puenty dowcipu w Familiadzie.


– I przetrwałeś?


– No właśnie. Oto najpiękniejsze: nic mi nie było, bo – tu się trzymajcie – Polak jest tylko szumem w kosmosie. Ja tam byłem tak nieistotny, że żadna siła nie chciała się mną zająć. Te wymiary, tunele, kwantowe bajery – one eliminowały tylko „poważne byty”. A ja byłem tylko gościem w skarpetkach z Batmanem, który gadał sam do siebie. Kosmos uznał: „eee, zostaw go, to tylko Sławosz”.


Piotrek, który jeszcze się nie odezwał, wyjąkał:


– Ale jak wróciłeś?


– A, no to jest najlepsze. Po trzech dniach w tej haribowej rzeczywistości – zjadłem wszystkie unoszące się konserwy, gadałem z przelatującym filtrem powietrza, którego nazwałem "Zenon" – pojawiła się sonda. Taka jak z filmów. Migająca, latająca, z dźwiękiem bziuuu. Przekazała mi wiadomość: „Gratulacje. Zdałeś test. Ludzkość gotowa na kontakt.”


– Czekaj… test?


– No! Cała stacja była symulacją! Eksperyment stworzony przez istoty wyższe. Sprawdzali, czy którykolwiek człowiek będzie na tyle bystry, żeby nie naciskać czerwonego guzika z napisem NIE NACISKAJ. A jak będzie – czy przynajmniej się uratuje. I wiecie co? Zostałem jedynym człowiekiem w historii, który przetrwał Kontakt z Głupotą w Warunkach Zerowej Grawitacji.


– I co się stało potem?


– Wysłali mnie na Ziemię. Przez inny tunel. Taki jak w pralce wirnikowej, tylko bardziej z duchowym wymiarem. I wylądowałem… w Częstochowie. Nago. Na wieży Jasnej Góry.


– A NASA, a ESA?


– Udają, że nic się nie stało. Wiecie… budżety, polityka, tajne sprawy. Ja im powiedziałem: „Nie ma sprawy, możecie zatuszować, ale przynajmniej nazwijcie cokolwiek moim imieniem.” I wiecie co? Teraz oficjalnie w planach ISS 2.0 jest „Stacja Uznańskiego – Strefa Przetrwania Idiotyzmu".


W pubie zapadła cisza.


– Ty, Sławosz… – odezwał się nagle Mirek – a może ty to wszystko wymyśliłeś, co?


Sławosz uśmiechnął się pod nosem, wyjął z kieszeni zdjęcie: selfie z kosmiczną konserwą, podpisane „Dla Zenona, najlepszego kompana oddychania – S.U.”


– Mirek, jakbyś przeżył rozmowę z filtrem powietrza przez trzy dni, też byś chciał, żeby ci ktoś wierzył.


I wziął kolejny łyk piwa, po czym wyjął broń i wymierzył w kompanów.


– Prawda była tylko częściowa. To co słyszeliście opowiedziałem Trumpowi. On jest głupi, podobnie jak wy i uwierzył. Prawda jest taka, że tunel czasoprzestrzenny pozwolił zmienić bieg historii. Sławosza z nami nie ma, siedzi w więzieniu 


Zapadła grobowa cisza.


Piotrek zagaił ponownie, tym razem jąkając się już nie bez przyczyny:

- To kim do cholery jesteś?

– Jestem Kajetan, Kajetan Poznański i wróciłem by zabijać.

Po czym rozpoczęła się masakra.

@onpanopticon a mama wie, że ćpiesz? 🤣 A tak serio niezły minduck. Podoba mi się. Sławosz vel Kajetan powinien jeszcze mieć ręcznik przewieszony przez szyję. 😜

Zaloguj się aby komentować

Mam zaszczyt zainicjować kolejną edycję konkursu #naopowiesci


Temat: Sławosz Uznański-Wiśniewski opowiada znajomym w pubie jak było na stacji ISS.


  • Warunek konieczny: elementy komediowe w historii

  • Pozostałe fabuły dowolne - mogą być pierwiastki fantastyczne, sci-fi, polityczne, horroru lub romansu. Historia nie musi nawet stricte opisywać tego co się działo faktycznie na stacji, może być tak, że główny bohater chciał opowiedzieć o pobycie w kosmosie, ale nieumyślnie zszedł na inny temat i zaczął gadać o czymś zupełnie niepowiązanym. Daję tutaj swobodę.


  • Długość - max. 1000 słów

  • Termin umieszczania prac: do 11 lipca 20:00


  • Kryteria oceny: liczba piorunów będzie stanowiła 50% wagi oceny, drugi komponent, równie "ciężki" to moja subiektywna opinia w obrębie której spróbuję ocenić to czy historia mi się podoba czy nie. Przykład: trzy prace, otrzymują kolejno 5 / 16 / 23 pioruny. Przyjmuję zatem, że przyznaję tyle punktów oraz każdej pracy mogę dorzucić drugie tyle od siebie. Jak widać praca z 5 piorunami nie jest w stanie zmienić swojej pozycji na liście i będzie miała zawsze ostatnie miejsce. Za to praca z 16 piorunami może wygrać, jeśli zdecydowałbym się przyznać jej drugie 16 piorunów, a tej z 23 piorunami, zero. Chyba wiadomo o co chodzi. Jeśli komuś się wydaje taki system niesprawiedliwy, to cóż, taki lajf.

  • Dodatkowa podpowiedź odnośnie moich subiektywnie dodawanych punktów - lubię plot twisty, czarny humor i lekkie pióro, takie trochę w stylu pasty (np. bardzo podobają wpisy o tym jak @knoor prowadził foodtrucka i w tym momencie apeluję do autora tychże opowieści o więcej!)

52420f96-de53-4aa9-a049-38b3b24a8602

@Spleen Kurde, no muszę coś popisać a chłop nie ma kiedy, jak nie robota to harlejki a jak nie harlejki to rower a jak nie rower to jeszcze co innego -_-

Zaloguj się aby komentować

Pora zakończyć i podsumować XVII edycję #naopowiesci


Przypominam, że opowiadania w tej edycji miały zacząć się zupełnie zwyczajnie, ale zakończyć kompletnym absurdem, a dodatkowo jedno ważne prawo natury, społeczeństwa lub technologii miało zostać odwrócone.


Użytkownik @Spleen napisał o firmie o jakże pięknie brzmiącej nazwie "NAGO - spółka z obnażoną godnością". Opowiadanie z humorem, gdzie niemożność założenia ubrań w pracy budzi kontrowersje, które to szef firmy próbuje wyjaśnić. Bardzo fajny pomysł na odwrócone prawo oraz śmieszne dialogi. No mam nadzieję, że jeśli dojdzie do takich czasów to będę jednak pracował zdalnie, bez kamerki. No albo chociaż w firmie z modelkami. ( ͡° ͜ʖ ͡°)


Rowerowe opowiadanie @fonfi natomiast oparte zostało na faktach i liczyło aż 2817 słów! Opowieść jest nie tylko rowerową relacją z Mazowieckiego Gravelu, w którym to Fonfi jechał na dystansie 120km (co okazało się trochę jednak innym dystansem w rzeczywistości), ale też relacją ojciec-syn, bowiem nie była to samotna wyprawa! Syn maruda, niszczyciel motywacji i uśmiechów pań w sklepie nie przejechał tej wyprawy równie zadowolony co ojciec, ale po wszystkim stwierdził jednak "ja chce jeszcze raz!". Nie no, żartowałem. Tak naprawdę chciał, żeby zadzwonić po MamaUber, ale Fonfi i tak go zapisał na 2 razy dłuższą trasę na przyszły rok. Ciekawe kiedy młody się dowie. Może w połowie trasy? Zobaczymy za rok, ale już teraz z tego miejsca życzę powodzenia i gratuluję świetnej wyprawy jak i super opowiadania!


Zasady jednak są nieubłagalne (no chyba, że trzeba wrobić mnie w zwycięstwo. No to wtedy okazuje się, że są). A brzmiały one mniej więcej dokładnie tak: Co mnie najbardziej zaskoczy i/ lub rozbawi, więc liczę na kreatywność i dawkę humoru/ absurdu. Dodatkowo limit słów to 200-1000. Tak więc zwycięzcą tej edycji zostaje @Spleen! Gratuluję oczywiście wygranej i trochę współczuję, wiadomo.


Dodatkowe nagrody:

Model polskiego niszczyciela ORP Błyskawica dla @fonfiego (a może nawet bardziej jego syna?) za błyskawiczne niszczenie dobrej zabawy i uśmiechów nie tylko dzieci

Plaster z powertape'a dla @Spleen, aby można ukryć już na zawsze część ciała, której nie chcemy pokazywać szefowi

- Długa rolka papirusu dla @fonfi za bardzo długie opowiadanie. Teraz będzie miał na czym spisywać jeszcze dłuższe.


Nie opowiadań w tej edycji było mało, szczególnie, że temat raczej nie był trudny i pozwalał na sporo dowolności. Niemniej jednak powstałe opowiadania ratowały swoim poziomem tę edycję sonetów za co dziękuję całym 2 (słownie dwóm) uczestnikom. Jeszcze raz gratulację wygranej i mam nadzieję, że nagrody się spodobają!


#podsumowanienaopowieści #zafirewallem

111bfbe7-8cff-43b2-84a8-b5b330f7400a

@pingWIN przeczytałem sobie jeszcze raz. Fakt, niewiele, ale za to jak! Byle co to i ja mogę napisać. Na tę edycję się nie wyrobiłem czasowo, w następnej dołożę. To ilość kosztem jakości xd


A skoro ilość, to @fonfi teraz z 5 rzuci

@pingWIN Od syna: "Tato, tato!! Powiedz im, że ja taki zły to nie jestem, a opowiadanie było koloryzowane i dramatyzowane!"

Ale model niszczyciela przytulił. W każdym razie dziękujemy za nagrody i piękne podsumowanie.

a84ae604-4276-488a-a732-1560019bb997

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Okazuje się, że ja Państwa perfidnie okłamałem. Co gorsza okłamałem Państwa nie raz - a dwa razy. W jednym wpisie. 


Otwierając bieżącą LXXX (słownie: 80) edycję #nasonety w Kawiarni #zafirewallem napisałem po pierwsze, że edycja kończy się w piątek 19 czerwca. Okazuje się, że ani 19 czerwca nie jest piątkiem, ani piątek nie jest 19 czerwca. Szybki rzut oka na kalendarz i od razu widać, że 19 czerwca jest (a nawet był) czwartkiem a piątek jest (a nawet był) 20 dniem czerwca. To po pierwsze.


A po drugie napisałem, że postaram się nasz sonetowy kalendarz, który był się ostatnio trochę rozjechał naprostować. A mamy już weekend po wspomnianym 19.06, który okazał się czwartkiem i piątku, co okazał się 20.06 a ja dopiero piszę podsumowanie. Za obydwa powyższe kłamstwa serdecznie Państwa przepraszam, chociaż zaznaczam -nie były one umyślne. Niemniej, przyznaję się do winy. Bez bicia. 


No dobrze, skoro drogą dedukcji wspólnie już ustaliśmy (przypominam, że największy w tym udział miał pan @onpanopticon ), że nie znam się na kalendarzu, to możemy spokojnie przejść do przeglądu prasy. Znaczy sonetów. Gdzie - jowialnie Państwa uprzedzam - również będę kłamał jak z nut, ale tym razem całkiem celowo i oficjalnie, zasłaniając się przy tym “licentią poeticą”.


A zatem zapraszam.


------------


Wycieczka Via Ferratą by @Statyczny_Stefek ️18


Jakież było moje zdziwienie, kiedy chwilę po otwarciu edycji pojawił się sonet, którego autorem nie był @George_Stark . Tym razem proszę Państwa pierwszy z bloków startowych wystrzelił pan @Statyczny_Stefek ze swoją “Wycieczką Via Ferratą”. Jako, że nie znam języka włoskiego, ale znam angielski, więc “ferrata” momentalnie mi się z fretką skojarzyła. Tylko jak bym nie próbował to z żadnej strony nie mogłem tej fretki do kontekstu chodzenia po górach (które to chodzenie - przypominam - jest tematem sonetu) dopasować. Aż musiałem odwołać się do źródła wiedzy zbiorowej i sprawdzić w czeluściach internetu. Okazuje się, proszę Państwa, że “via ferrata” to z włoskiego “droga okuta” u nas zwana czasami “żelazną percią” - szyli górski szlak wyposażony dla bezpieczeństwa w stalową linę. Hejto bawi, hejto uczy - i nagle wszystko nabrało sensu!


Morze daleko poza sezonem by @Statyczny_Stefek ️20 


Pan @Statyczny_Stefek chociaż twierdzi, że jest raczej koneserem górskich krajobrazów, to ewidentnie podświadomie odczuwa bezmierną tęsknotę za kojącą aurą polskiego morza. A raczej za atrakcjami jakie to polskie morze oferuje: zapachem zużytego oleju ze smażalni, podchmielonymi rodakami, wrzaskiem bombelków na plaży mieszających się z głośną muzyką przez małe “em”… Ta melancholia znajduje ujście we wspaniałej elegii “Morze daleko poza sezonem”, gdzie wspomniana tęsknota wylewa się jak pot spod pachy (nie mylić z @UmytaPacha ) na plaży już w pierwszych wersach:  

Muzyczka nie gra, nikt rybki nie smaży

_Nie czujesz z ogródków zapachu wódki…_”

Panie @Statyczny_Stefek już za tydzień ukoję pańską tęsknotę fotorelacją (na życzenie może być nawet udźwiękowioną) z samego centrum półwyspu Helskiego.


Stereotypem na Giewont! by @Statyczny_Stefek ️12


Żeby szybko przykryć to swoje wzruszenie i tęsknotę za polskim morzem, pan @Statyczny_Stefek znowu ucieka myślami w góry. Jak zdążyliśmy się już wszyscy zorientować jest on jednym z kilku hejto-specjalistów od wędrówek po wszelkiego rodzaju szczytach, graniach, kotlinach, szlakach i innych wyrazach bliskoznacznych związanych z górami, w związku z czym, idealnie przed wakacyjnym sezonem postanowił przygotować dla nas Poradnik Górołaza. I tak proszę Państwa, na wyprawę w góry zaleca się: 


  • klapeczki, najlepiej japonki, żeby łatwo piasek i kamyki można było wytrzepać

  • słodki, gazowany napój, wzmocniony rumem lub wódeczką (co kto lubi), wiadomo - na odwagę

  • minimum odzienia wierzchniego, żeby nam nie ciążyło przy wchodzeniu pod górę, bo nie ma nic gorszego niż się zmęczyć i spocić

  • najlepiej sprawdzają się krótkie spodnie, koszulka “żonobijka” i modne okulary przeciwsłoneczne, najlepiej zakupione od górala w ramach wspierania lokalnych biznesów na Krupówkach

  • a z osprzętu to zdecydowanie smartfon z dobrym aparatem do selfiaków, resztę w razie czego dostarczy GOPR


I tak przygotowani możemy spokojnie iść w kolejkę na Giewont, gdzie swoim profesjonalnym strojem i ekwipunkiem idealnie dopasujemy się do towarzystwa na szlaku. Aha, jeszcze głośnik bluetooth się przyda, bo akustyka w górach jest ponoć fenomenalna. Ja Stefkowi wierzę więc prosto z plaży w Jastarni jadę po selfie do Zakopca.


Do Korsarzy by @Piechur ️20


Hejto to nowoczesny portal dla starych ludzi. Fakt ten jest znany i jest niezaprzeczalny. Dlatego, co jakiś czas (nawet częściej niż rzadziej), za sprawą nas - leciwych użytkowników, pojawia się jakiś wpis nostalgiczny. Wspomnienie tych czasów co były, a co ich teraz nie ma. Takie wspomnienie, ba! nie bójmy się tego powiedzieć - westchnienie, zawarte jest w kolejnym sonecie, który został zgłoszony do konkursu przez pana @Piechur . Sonecie, którego sam tytuł - “Do Korsarzy” - przywołuje na kupki smakowe niewinną słodycz szkolnych lat. Dzisiejsza młodzież, przebierająca w Żabkach i Biedronkach w Snickersach, Marsach czy innych M&Msach, nie zna smaku Korsarzy. Ale nie tego oczywistego smaku. Tylko smaku draży zakupionych w lokalnym sklepie Społem za drobniaki uciułane na skupach butelek lub makulatury. Mówią, że to co dobre szybko się kończy. Jak dobrze, że producent draży Korsarzy nie zna tego powiedzenia przez co pan @Piechur mógł napisać o nich sonet, ja mogłem nostalgnąć, a społem (taka gra słów) mogliśmy po te “niebiańskie doznania” pobiec do Żabki.


Wódka by @George_Stark ️17


Cztery sonety wytrzymał pan @George_Stark , zanim pojawił się ze swoim wytworem. Cztery! Gratuluję wytrwałości, powściągliwości i samokontroli. Sonet “Wódka” opowiada nam o nieuniknionych konsekwencjach, które czekają na nas ze strony płci pięknej po spożyciu tego narodowego trunku. Takim spożyciu w towarzystwie kolegów oczywiście, bo samemu to - wiadomo - alkoholizm. I tak jak pani Szymborska wprowadziła do naszego języka kilka nazw własnych dla krótkich form rymowanych, jak “odwódki, “lepieje”, etc. tak pan @George_Stark wprowadza nam do języka nazwę na towarzyskie spożycie alkoholu właśnie. A więc, moi drodzy, spożycie takie nazywa się “barzeniem”.

Co mnie jednak bardziej zaskakuje, to skąd pan @George_Stark , pomimo bycia bezżonnym tak doskonale zna te konsekwencje, z tą najpoważniejszą “w razie czego przyjmie mnie mama” szczególnie. No nic, zapytam go na następnym #hejtopiwo , kiedy będziemy się wspólnie “barzyć”. Przez “b” oczywiście!


Regaty by @George_Stark ️16


Jak już się pan @George_Stark pojawił, to wiadomo - seryjnie. I nie byłby sobą, gdyby nie dorzucił kolejnego wytworu do Cyklu Grudziądzkiego. I tak po uprzednim spożyciu “Wódki”, zabrał się za "Regaty". Wiadomo, że żeglarstwo i alkohol nie idą w parze. Nie inaczej jest tym razem, bo już w trzeciej zwrotce (a pierwszej tercynie) “do równowagi doszło zachwiania: wektory sił się stały niesforne” (piękne określenia na alkoholowe zaburzenia balansu) przez co teraz “zwłoki na plaży leżą dostojne”. Grudziądzkiej plaży. Chociaż jak wczoraj sprawdzaliśmy z panem @splash545 to już ich tam nie było. No ale może włodarze, ze względów estetycznych, postanowili je uprzątnąć przed koncertem Lady Pank. Wystarczy, że sam Borysewicz jest mało estetyczny. Choć śpiewa wybornie.


Do prezesów-kolejarzy by @George_Stark ️15


Do prezesów-kolejarzy to wytwór, w którym autor - @George_Stark w 14 wersach, zawarł w naszym imieniu wyraz społecznego sprzeciwu wobec sposobu w jaki traktuje nas kolejowy monopolista. Sprzeciwu wobec tego jak gardzi naszym czasem, szydzi z naszych planów, drwi z naszych ciężko zarobionych pieniędzy, za które z masochistycznym uporem wciąż kupujemy bilety. Bilety na podróż przez wszystkie odcienie frustracji, malowane przesiadkami, opóźnieniami i zmianami w i tak nieczytelnych i niezrozumiałych rozkładach. Myślę, że pani @KatieWee mogłaby coś więcej na ten temat powiedzieć. Ale @George_Stark zawarł też groźbę. Groźbę alternatywy. Tylko Panie @George_Stark dlaczego ta alternatywa - Tiguan - jest po niemiecku? Kiedy ja wiem, że Pan miłością darzy wytwór wschodniej myśli technologicznej - Ładę Nivę. No chyba, że o rym chodziło - to ok.  


Serca drgania by @fonfi ️13


Klasycznie na ostatnią chwilę, korzystając z okazji, że edycja się przedłuża, wpada pan @fonfi . Zamyślony i rozmarzony. I pisze nam w swoim wytworze “Serca drgania”, że chciałby, ale tak jakby nie może. Uzewnętrznia nam się ze swoim pragnieniem bycia kochanym, kiedy chłop ma żonę przypominam. Wychodzi na to, że on też kocha, ale się udręczać. A słowami “Aż serca bicia nie umilkną drgania” twierdzi, że będzie się tak udręczać, aż zadręczy się całkiem. No dekadentyzm pełną gębą. Tylko śmiem twierdzić, że mu z tą dekadencją zupełnie nie do twarzy - do wąsów panu, panie @fonfi , nie pasuje.


Jowej by @onpanopticon ️8


A na sam koniec, po tej całej poetyckiej uczcie - deser. Deser w postaci debiutu w sonetach. Pan @onpanopticon dołączył do naszych kawiarnianych zabaw już jakiś czas temu. I jest na szlaku, który przeszedł chyba każdy z nas. Zaczął w czterech rymach i teraz zjawił się z sonetem. Sonetem “Jowej”, co po polsku znaczy “Rower”. Muszę się przyznać, że podsumowując ten utwór jestem, proszę Państwa, daleki od obiektywizmu. Tak daleki jak długie są rowerowe wyprawy pana @onpanopticon a. Dlaczego - zapytacie? Dlatego, że moja cała przygoda z poezją (przez małe “pe”) również zaczęła się od roweru i pisania o nim, a miała swoje ujście w "endorfikach" (autoreklama). Dlatego ja w pełni rozumiem ten stan upojenia endorfinami, kiedy myśli szaleją a słowa i rymy same się cisną na usta. Albo na papier. Albo na ekran. Co kto woli. I całym sobą, każdym kawałkiem odbierałem i czułem te “gościńca grudki”, “rytm przerzutki”, “ślady kół w ziemi niezłomne” i coś co może Państwa zaskoczyć, a jest wspólne tak dla poezji, jak i jazdy na rowerze - “mego z sobą spotkania”. No wzruszyłem się, no. Cieszymy się Panie @onpanopticon z Pańskiego towarzystwa tutaj i proszę pamiętać, że czeka na Pana jeszcze tag #naopowiesci .


----------------


Otwierając edycją napisałem Państwu, że pomysł na wyłonienie zwycięzcy mam odważny i szalony. Jednak tak jak się obawiałem pomysł spalił na panewce i niestety pan profesor Ryszard Koziołek, polonista i rektor Uniwersytetu Śląskiego moją wiadomość-prośbę pozostawił bez odpowiedzi. Niektórzy powiedzą, że może to i dobrze. W każdym razie, Panie Profesorze, jeśli jednak jakimś zrządzeniem losu zawita Pan tutaj do naszej Kawiarni, to moja propozycja pozostaje aktualna. 


W związku z tym wygranego musimy wyłonić klasycznie. Na podstawie vox populi. Podliczając głosy, mam nadzieję, że zdecydowanie bardziej skrupulatnie niż komisje wyborcze, wyszło mi, że mamy remis pomiędzy panami @Statyczny_Stefek i @Piechur . W takiej sytuacji, pozostawiając decyzję ślepemu losowi, rzut monetą zadecydował, że laur zwycięzcy w LXXX (słownie: 80) edycji #nasonety trafia do pana @Piechur .


Państwu dziękuję za uwagę a zwycięzcy gratuluję. I klasycznie już współczuję.


EDYP:  


Wódka by @RogerThat ️11

Jak słusznie Pan @RogerThat był zauważył w komentarzu poniżej, został pominięty w podsumowaniu powyżej. Trochę z własnej winy, chociaż chyba jednak z mojej bardziej. A na pominięcie absolutnie nie zasługuje. Pan @RogerThat zdążył zgłosić się do konkursu nawet przede mną i przed każdym z dwóch możliwych terminów czyli przed piątkiem co miał być 19, a nawet przed czwartkiem co 19 faktycznie był.


W ten sposób okazuje się, że w edycji mamy dwa wytwory o tym samym tytule “Wódka”. Jednak “Wódka” pana @RogerThat smakuje zupełnie inaczej niż ta od @George_Stark . Jego wódka jest zdecydowanie bardziej gorzka, chociaż smak jej osładzają kobiece usta. Ale żeby tylko jedne usta. Autor oddaje się “barzeniu” w towarzystwie wielu - naliczyłem sześć (słownie: 6) - kobiet. W pewnym momencie upojenie alkoholowe na tyle go zamracza, że dla jednej z dam, decyduje zadłużyć. Dam - bo już Bułhakow w "Mistrzu i Małgorzacie" pisał, że tylko damy piją wódkę. A może to o spirytus chodziło? Ale odbiegam. W każdym razie, z powodu zadłużenia, a więc barku środków na kolejne “kolejki” autor popada w przygnębienia i powoli trzeźwieje przy stoliku w kącie.

Sam.

Bez dam.

Co tylko dowodzi, że damy (a przynajmniej barowa ich odmiana) to jednak tylko na kasę są łase. Wniosek gorzki, jak wódka.


#nasonety #podsumowanienasonety #zafirewallem

@fonfi ale tak merytorycznie: podsumowanie wspaniałe, jutro muszę przeczytać ponownie, bo dziś miałem ciężki dzień, a nie chciałbym ani słowa stracić.

Chyba w #naopowiesci się lepiej sprawdzę, bo nawet twoje opowiadanie o sonetach bardziej mi je rozjaśniło, niż one same Ja nie wiem jak ja przeglądam to hejto, ale nawet nie wiedziałem, że podsumowania są takie pełne pasji


"Zazdraszczam" talentu kawiarenkowiczom, bo się wprost wylewa z ekranu. Nieraz co drugą frazę się zatrzymuję i mówię "kurde, fajne". A ta jakże wykwintna myśl dobrze obrazuje jakimi słowami operuje moja głowa na co dzień ( ͡° ͜ʖ ͡°)


Gratulacje dla wszystkich, no ale jako się rzekło laury zbiera Pan @piechur

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Chwilę się zastanawiałem, czy poniższy wpis umieścić w społeczności #rower czy #zafirewallem . Zdecydowałem, że ze względu na formę i objętość jednak bardziej pasuje do Kawiarni, a nawet pod tag #naopowiesci .


Chociaż od naszego (mojego i syna) startu w wyścigu Mazowiecki Gravel minął już prawie tydzień, to dopiero dzisiaj udało mi się znaleźć trochę czasu żeby wrażenia zebrać i spisać w poniższe podsumowanie, które niespodziewanie przyjęło formę opowiadania. Wyszło ciut dłuższe niż planowałem, ale mam nadzieję, że spokojnie mogę życzyć Państwu miłej lektury.


Dla tych co nie lubią czytać - TLDR: Było super - za rok jedziemy jeszcze raz!


Aha jeszcze #rowerowyrownik

184 314 + 18 + 133 + 18 = 184 483


Mazowiecki Gravel 2025


No więc mam syna. Mam syna marudę. Zupełnie nie wiem po kim on taki jest. Chociaż się domyślam. Zwłaszcza, że cechy dziedziczne ujawniają się podobno w co drugim pokoleniu.


W ramach aktywizacji ruchowej i spędzania czasu z dzieckiem (dzieckiem! - toż to dorosły facet już jest) postanowiliśmy (już rok temu) wybrać się razem na rowerowy ultramaraton Mazowiecki Gravel. Niepomni zeszłorocznej gehenny - po raz drugi postanowiliśmy. 


Ultramaratony mają coś takiego w sobie, że jedziesz taki, przeklinasz pod nosem swoją głupotę, rzucasz w rozciągającą się po horyzont przestrzeń pytania o sens tej udręki, zastanawiasz się za jakie grzechy za własne pieniądze sam sobie to robisz, po czym na mecie, na czworaka, ze łzami w oczach i bananem na twarzy zapisujesz się na kolejną edycję. Na dwa razy dłuższy dystans.


Na szczęście, jakieś resztki rozsądku uratowały nas przed kompletną katastrofą i na dwa tygodnie przed startem, mając na uwadze to, że w tym sezonie z powodu matury syn przejechał całe zero (słownie: 0) kilometrów na rowerze, stwierdziliśmy, że dystans 250 kilometrów może być jednak lekką przesadą i skróciliśmy go do kilometrów 120. A konkretnie do 133, bo okazuje się, że organizatorzy pozwolili sobie na dużo swobody wytyczając trasę czegoś co sami nazwali MG120.


Start w sobotę, 14 dnia czerwca z plaży w Nieporęcie nad Zalewem Zegrzyńskim. Przeczuwając problemy z miejscami parkingowymi postanawiamy - no dobrze, ja postanawiam - że na start dojedziemy rowerami. Czyli dodatkowe 15 kilometrów. W jedną stronę. 


Wyruszyliśmy skoro świt o 8 rano, z lekkim poślizgiem, dlatego że: 

- skarpetki nie takie

- tato, gdzie są moje okulary?!

- synu, dojedz to śniadanie!

- tato, powerbank mi się nie naładował!!!


Droga nad Zalew Zegrzyński wzdłuż Kanału Żerańskiego jest urocza. Zwłaszcza rano. Upał jeszcze nie dokucza, pusto, cisza jak makiem zasiał…

– Tato, tato!!! Rower mi piszczy! Jak on tak będzie piszczał przez całą trasę to ja nie jadę! Zrób coś!

No w mordę jeża - wczoraj jak go szykowałem to nie piszczał. 

– Pewnie trochę wody się do piasty dostało i popiskuje. Zaraz wyschnie i przestanie.

Na szczęście, faktycznie po kilku kilometrach wszystko ucichło. No prawie wszystko.

– Tato, tato!!! Zimno mi! Daj mi kurtkę wiatrówkę!

– Jest 18 stopni, za 10 minut się rozgrzejesz i będziesz ją zdejmował.

– Ale mnie teraz jest zimno!

Dziesięć minut później.

– No faktycznie już mi ciepło. Daleko jeszcze?!


I tak, rozmawiając sobie jak ojciec z synem dotarliśmy na linię startu, gdzie okazało się, że do dystansów mam podejście równie swobodne jak organizatorzy, bo na start było nie 15 a 18 kilometrów. Co oczywiście zostało mi momentalnie przez syna wypomniane.


Start. Wyjechaliśmy z plaży, pomachaliśmy panom policjantom zabezpieczającym imprezę i skierowaliśmy się w stronę Zegrza Południowego.

– Tato, tato!! Czy my jedziemy w stronę Zegrza Południowego?!

– Tak.

– Ja tam ostatnio z kolegami byłem! Tam wszystko jest rozkopane! Boże, jak my tamtędy przejedziemy?!

Okazało się, że bez problemu. Minąwszy rozkopane krzyżowanie, po kilkuset metrach wjechaliśmy na most nad Narwią by po chwili skierować się na wschód, w kierunku Pałacu Krasińskich i dalej na Serock.

– Tato, tato!!! Ja kojarzę tą drogę!!

– Tę!

– Co?!

– Nie tą, a tę drogę.

– No przecież mówię, że ją znam! Tam jest taki dłuuuugi podjazd!! Od razu na początku?! Bez sensu! Kto tak bezmyślnie układał trasę?! Daleko jeszcze?!

Zerknąłem na profil wysokościowy na nawigacji. Faktycznie podjazd był. Całe 20m w górę i 500m długości. Niech będzie - nawet bieg w przerzutce zmieniłem. 


Zaraz za podjazdem, droga wyprowadziła nas na skraj pola, między urokliwe domki letniskowe położone nad samym zalewem. I szuter.

– Tato, tato!!! Jak to - już się asfalt skończył?! Przecież to dopiero 6 kilometr!

– Synu, to jest Mazowiecki Gravel. Jak chciałeś jechać wyłącznie asfaltami, trzeba było zapisać się na Mazowiecką Szosę.

– A to była taka możliwość?! Dlaczego mi nie powiedziałeś?!

– Była. Nie mówiłem dlatego, że masz rower “gravelowy” a nie “szosowy”.

– Aha. A daleko jeszcze?


Z osiedla letniskowego, piękna parkowa aleja zaprowadziła nas prosto do Serocka. Tutaj przez parę kilometrów poruszaliśmy się drogą rowerową wytyczoną przy dość ruchliwej trasie na Pułtusk, gdzie szum samochodowy skutecznie uniemożliwiał synowi marudzenie, aż mostem Obrońców Ziemi Serockiej przekroczyliśmy Narew po raz drugi i skierowaliśmy się wzdłuż jej brzegu na północ.

– Tato, tato!!! Chyba połknąłem muchę!

– Sprytnie synu. Trochę białka ci nie zaszkodzi. Dobrze, że masz okulary bo inaczej jadłbyś oczami.

– Ale dlaczego tu jest tyle owadów?!

– Bo jedziemy wzdłuż rzeki, w koło same podmokłe tereny. Owady lubią takie obszary.

– Jak ja nienawidzę tego latającego badziewia! Daleko jeszcze?!


Na szczęście po kilkunastu kilometrach oddaliliśmy się nieznacznie od linii wodnej, zostawiając chmary owadów i gruntową drogę przy wale, i wjechaliśmy na lokalne asfalty wijące się malowniczo między mazowieckimi polami i łąkami, pachnącymi na zmianę niebieszczącą się facelią, chabrami i… nawozem. Niesieni tym aromatem i pięknymi widokami, całkiem przyzwoitym tempem mijaliśmy wsie o ujmujących w swej prostocie nazwach, takich jak Kruczy Borek, Łęcino, Nowe Borsuki czy Borsuki Kolonia szukając miejsca na postój, bo w nogach mieliśmy już ponad 30 kilometrów. Nie licząc oczywiście drogi na start, który to fakt regularnie, co parę kilometrów, był mi przypominany.

– Tato, tato!! Tu jest piach po obręcze!! Nie przejadę! Ja wysiadam!

– Ale wysiadasz literalnie, żeby ominąć tę łachę, czy metaforycznie i mam dzwonić po mamę?

– Jeszcze nie wiem.

To ewidentnie była oznaka, że zapracowaliśmy na chwilę odpoczynku. W związku z tym dosiedliśmy się - chociaż to tylko figura stylistyczna, bo tak naprawdę to staliśmy po prostu pod czyimś płotem - do grupki innych, pokonanych przez piaskową łachę uczestników wyścigu. Wcinając banana, Snickersa i żel energetyczny, kibicowaliśmy i żartowaliśmy z tych co usilnie próbowali nie spaść z rowerów przedzierając się przez faktycznie dość długi, sypki i mocno zdradliwy kawałek trasy. 


Nabrawszy siły, energii i chęci - no dobrze, z tą chęcią to może nie przesadzajmy - ruszyliśmy dalej. Kolejne kilometry to było istne gravelowe niebo, gdzie długie szutrostrady, leśne dukty i drogi pożarowe o nawierzchniach, które choć pokryte żwirem, to zdecydowanie lepsze niż niejeden wiejski, wysłużony asfalt, niosły nas przez kolejne kilkanaście kilometrów. Nawet syn przestał chwilowo marudzić. Chociaż podejrzewam, że to raczej efekt tego, że zakleił się Snickersem. 


Kiedy jednak tempo ponownie zaczęło nam spadać, w okolicy 50 kilometra zdecydowaliśmy się na kolejną krótką przerwę. Na skrzyżowaniu dróg, znaleźliśmy uroczą kapliczkę schowaną w cieniu wielkiej topoli i otoczoną ławeczkami, które jako że maj już się skończył, były wolne od lokalnych babć. Idealne miejsce na krótki odpoczynek i faszerowanie się cukrami w różnej postaci i stanie skupienia.


Tym razem nie zabawiliśmy długo i już po kilkunastu minutach zebraliśmy się i ruszyliśmy dalej. Jeszcze przed połową trasy minęły nas “charty” z dystansu MG250, poruszający się co najmniej dwa razy szybciej od nas oraz grupa kilkunastu pań jadących w jednakowych, firmowych strojach Dantex, Dłutex czy jakiejś innej perły polskiego nazewnictwa zakończonej na “…ex”.

– Tato, tato!! Siku mi się chce.

– No to stańmy tu gdzieś w lesie.

– Eee, aż tak to mi się nie chce.

– Dobrze, to powiedz jak już Ci się będzie tak chciało.

– Daleko jeszcze?

W ten sposób dotarliśmy do 65 kilometra gdzie, niemalże idealnie w połowie trasy, był sklep. Jako że powoli kończyły nam się napoje w bidonach nie omieszkaliśmy skorzystać z nadarzającej się okazji. Zakupiliśmy izotoniki z Igą Świątek szydzącą z nas bezczelnym uśmiechem z etykiety, zimną oranżadę i colę. Ja uzupełniłem też zapas Snickersów, skoro wiedziałem już, że doskonale działają zarówno na zmęczenie jak i marudzenie syna.

– Tato, tato!! A może ta pani w sklepie pozwoli mi się wysikać w toalecie.

– Nie pozwoli.

– Ale dlaczego, przecież musi mieć tutaj toaletę.

– Nie pozwoli, bo jakby w ramach precedensu (trudne słowo) pozwoliła tobie, to musiałaby pozwolić też innym. Wyobraź sobie jakby wyglądała ta toaleta jakby przetoczyło się przez nią kilkaset osób.

– Ale ja jednak spróbuję.

– Spróbuj.

Dwie minuty później.

– Nie pozwoliła. Daleko jeszcze?

– Nie, już tylko połowa.


Zaopatrzeni, napojeni i z wciąż jednym pełnym pęcherzem pojechaliśmy dalej. Po kilku kilometrach asfaltów klasy Kongo, znowu zaczęły się leśne szutry. Dogoniliśmy grupę dziewczyn spod znaku Dywanex siedzących na skraju drogi. Chociaż Mazowiecki Gravel to wyścig typu self-support, to jednak kultura nakazywała nam chociaż zapytać: 

– Wszystko OK? Czegoś wam potrzeba?

– Masażu od prawdziwego mężczyzny – odkrzyknęły dziewczyny

– To muszę was zmartwić, bo prawdziwi mężczyźni to jadą na dystansie MG500, tutaj to możecie liczyć tylko na takich jak my.


Od nas masażu nie chciały. Może to i dobrze, bo zupełnie się na masowaniu - zwłaszcza w warunkach polowych - nie znam. 

– Tato, tato!! Daleko jeszcze?

– Niedaleko. A co?

– No bo mi się ciągle siku chce.

– No to zjedźmy tutaj, kawałek w boczną drogę i się wysikasz.

– Ale ja mam nieśmiały pęcherz.

– A 20 kilometrów do Wyszkowa wytrzyma? 

– Nie.

– No to sikaj.

Zatrzymaliśmy się przy leśnej, bocznej dróżce gdzie wziąłem rower od syna.

– Sikaj.

– Nie mogę! Nie leci!

– Zaraz poleci. O widzisz, już leci.

– Ale tu lata jakieś robactwo!! Coś mi usiadło na nodze! Odgoń tego robaka! Aaa, on mi na siusiaku chce usiąść!!  

– Nie machaj tak tą ręką bo sobie nasikasz na rękawiczkę.

– Aaa, nasikałem sobie na rękawiczkę!!


I tak z mokrą rękawiczką ale pustym pęcherzem udało nam się pojechać dalej. Raptem po kilkuset metrach, przy skraju drogi stała drobna dziewczyna i ze zrezygnowaną miną uważnie oglądała tylne koło. Chociaż, jak już wspominałem, Mazowiecki Gravel to wyścig typu self-support, to jednak kultura i “białorycerskość” nakazała nam zapytać:

– Wszystko ok?

– Powietrze mi zeszło. Tylko nie wiem czy po prostu zeszło czy dziura.

– Pomóc Ci?

– Nie trzeba.

– No to pomożemy.


Zatrzymaliśmy się więc, żeby pomóc. Skomplikowaną metodą uciskania opony palcami, fachowo stwierdziliśmy to, co koleżanka i tak już wiedziała, że faktycznie nie ma w niej powietrza. W oponie znaczy się, nie w koleżance. Chociaż ona też wyglądała na wypompowaną. Dziewczyna trzymała już naszykowaną swoją kieszonkową mini pompkę.

– Poczekaj, mam większą – powiedziałem z dumą i odpiąłem swoją półmetrową retro-pompkę, którą miałem przymocowaną do ramy, na co syn stanął trzy metry dalej i udawał, że mnie nie zna – Tą będzie zdecydowanie szybciej.

Faktycznie wystarczyło kilka mocniejszych ruchów, żeby napompować koło.

– Pojedź kawałek, zobaczymy czy nie będzie schodzić. Jak się okaże, że to dziura to pomożemy Ci z dętką.

Wsiedliśmy na rowery, ruszyliśmy ale po jakiś 200 metrach okazało się, że to chyba jednak dziura, bo powietrze znowu zupełnie uszło. Rozstawiliśmy się obok drogi i raźnie zabraliśmy się za wymianę dętki. Oraz za opędzanie od wielkich czerwonych mrówek. Na szczęście operacja przebiegła szybko i sprawnie i już po kilku minutach i kilkunastu ugryzieniach mogliśmy jechać dalej. Elwira, bo tak koleżanka miała na imię (tak na prawdę miała inaczej, ale na potrzeby tej historii nie ma to najmniejszego znaczenia) pojechała kawałek z nami zabawiając nas rozmową. Dowiedzieliśmy się, że jedzie z kolegami, ale każdy mniej więcej swoim tempem i mają się zjechać za chwilę na pitstopie w Wyszkowie.


Szybko okazało się, że Elwirze ewidentnie nie pasowała nasze turystyczne tempo, więc pomachaliśmy sobie i koleżanka popędziła w siną dal.

– Tato, tato!! Daleko jeszcze?

– Ale do końca czy do popasu w Wyszkowie?

– Na razie do popasu.

– To nie. Już za chwilę będziemy.

I rzeczywiście minęliśmy pierwsze zabudowania Wyszkowa i w kilka minut dojechaliśmy do restauracji, którą ktoś, zupełnie nie wiem dlaczego, postanowił oryginalnie nazwać “Wyszkowianka”. Ochlapaliśmy się w toalecie, złapaliśmy po misce zupy pomidorowej, butelkę piwa bezalkoholowego i zaczęliśmy się rozglądać za wolnym stolikiem. Niestety nie było takiego. Zapytaliśmy więc pana, który siedział sam przy czteroosobowym stole czy możemy się dosiąść. Okazało się, że co prawda pan jedno miejsce trzyma dla kolegi, który zaraz ma dojechać, ale dwa pozostałe możemy sobie zająć.


Niezręcznie jest tak siedzieć przy jednym stole i się do siebie nie odzywać (syn się nie odzywał, bo nie miał siły) więc zapytałem pana czy ten stary Author co stoi obok jest jego. Okazało się, że tak. A że ja też jechałem na starym Authorze (MTB z 1998 roku przerobionym na gravela) to bardzo szybko znaleźliśmy wspólny język i między łyżkami zupy pogrążyliśmy się w dyskusji, że kiedyś to były czasy i rowery a teraz to nie ma ani czasów, ani rowerów.


W pewnym momencie okazało się, że kolega dla którego pan trzymał miejsce przegapił Wyszków (a przynajmniej Wyszkowiankę) i jest już kilka kilometrów dalej na trasie. W związku z czym przemiły pan złapał pośpiesznie swojego Autora i ruszył w pogoń, życząc nam powodzenia. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę, ale też zebraliśmy się bo do mety mieliśmy jeszcze jakieś 50 kilometrów.

– Tato, tato!! Wahoo (nawigacja, przyp. red.) mi się rozładowuje.

– No dobrze, to podłączmy do niego powerbank.

– Nie ładuje się!! Boże, zgubimy się tutaj i nie dojedziemy do domu! Dzwoń po mamę!

– Spokojnie, może kabel się uszkodził. Podjedźmy na stację benzynową po nowy, bo dalej to już tylko pola.

– A daleko jeszcze?

– Do stacji? Nie - o tam już ją widać.


Jak postanowiliśmy - tak zrobiliśmy. Zaopatrzyliśmy się w nowiutki, bielutki kabel microUSB marki “Krzak” i już po kolejnych kilku kilometrach bateria w Wahoo padła całkiem. Niestety - co okazało się dopiero później - nawigacja, a konkretnie gniazdo ładowania dokonało swojego żywota. Wyścig gravelowy - piękna śmierć dla komputera rowerowego. Na szczęście mieliśmy drugi.


Z Wyszkowa wyjechaliśmy nad naburzańskie wioski, pola i łąki, gdzie na mniej więcej setnym kilometrze czekała na nas największa atrakcja na trasie - przeprawa przez bród na rzece Fiszor.

– Tato, tato!! Daleko jeszcze?

Teraz bez nawigacji, która zanim wysiadła pokazywała synowi dystans i odległość do mety, pytanie wybrzmiewało z nieznośną częstotliwością.

– Niedaleko, do brodu jakieś 2 kilometry.

– To powinno być go już widać. A ja go nie widzę! Zresztą tu są same pola! No gdzie jest ten bród!?

– Zaraz dojedziemy.


Dojechaliśmy. Przy brodzie czekał na nas nieoficjalny pitstop zorganizowany przez kibicujących, okolicznych mieszkańców. Zostaliśmy nakarmieni i zaopatrzeni w banany, można było uzupełnić bidony wodą i zrobić sobie zdjęcie przy zaimprowizowanym stoliku z różnymi antykami i szpargałami.

– Tato, tato!! Przecież tam jest woda po kolana! Jak my to przejdziemy!

– Zdejmujesz buty, wieszasz sobie za sznurówki na szyi, bierzesz rower na ramię i idziesz.

– Ale tam są kamienie i jakieś tłuczone cegły na dnie! Pewnie nawet szkło. Na pewno się poślizgnę!

– Dlatego spakowaliśmy do sakwy buty do chodzenia w wodzie. Zakładaj.

– To się nie może udać!

– Uda się.

Udało się. Przeszliśmy na drugą stronę, nawet nie mocząc rowerów. Co prawda ja dwa razy zgubiłem po drodze klapka i niewiele brakowało, żebym wywinął orła próbując go założyć stojąc na jednej nodze z 14 kilogramowym rowerem na ramieniu. Ale udało się. Na drugim brzegu siedliśmy sobie na trawie, żeby wytrzeć nogi. Obok nas siedziały już dziewczyny z Dębexu, które przeprawiały się dosłownie chwilę przed nami i teraz na mokre nogi zakładały skarpety i buty.

– Popatrzcie, chłopaki to mają ręcznik. Przydałby się taki. - skomentowała jedna z nich.

– Bo ja, droga Pani, to z racji bycia weteranem tego brodu, jestem przygotowany - skrupulatnie przemilczałem fakt, że ręcznik do sakwy w ostatniej chwili wrzuciła mi żona  

– Tak często Pan tędy jeździ?

– Tak , codziennie do pracy – zażartowałem – i właśnie pokazuję synowi jaką ojciec ma drogę do roboty.

– No właśnie! Ucz się młody, ucz! Bo jak nie, to będziesz jak stary codziennie do pracy przez bród, a zimą przez zaspy się przedzierał - wtrącił wesoło jakiś starszy jegomość.

– A o której startowaliście? - zapytał kolejny

– O 9:25.

– Matko, ja o 8:00! To ja tak wolno jadę?!

– Możliwe, chociaż zakładam, że pan raczej dystans 250 a my 120 kilometrów.

– Faktycznie. To mnie uspokoiliście.

Jak widać atmosfera wesoła, a śmiechom nie było końca.


Od brodu do mety zostało nam jakieś 30 kilometrów. Większość asfaltami przez leżące nad Bugiem malownicze wsie i osiedla letniskowych działek, gdzie Warszawiacy uciekają na weekendy i wakacje. Na tych ostatnich kilometrach zagęściło się od zawodników i bez przerwy doganiali nas i wyprzedzali kolejni zawodnicy z dystansu MG250, ale nam to zupełnie nie przeszkadzało i toczyliśmy się swoim tempem, rozkoszując się krajobrazem skąpanym w popołudniowym słońcu.

– Tato, tato!! Daleko jeszcze?

– Niedaleko. Jakieś 13 kilometrów.

– To ja sobie tutaj usiądę i cichutko umrę, dobrze?

Oho, ewidentnie nadszedł czas na ostateczne środki zaradcze. Wyciągnąłem z sakwy tajną broń - czarną saszetkę żelu SIS Beta Fuel Ultra Turbo Super Hiper Dual Boost. Albo - zgodnie z informacją na etykiecie - zapewni nam Ultra Turbo dawkę energii, albo taka ilość chemii spowoduje gwałtowny rozstrój żołądka. Tak czy siak efekt powinien być taki sam - wjedziemy pędem na linię mety. Miły truskawkowo limonkowy smak rozlał się ciepłem po naszym organizmie i już po chwili pędziliśmy - no dobrze, toczyliśmy się - w kierunku mety. Ulicą Wczasową wjechaliśmy do Białobrzegów, skąd - utyskując na plączących się wszędzie pieszych - ścieżką rowerową dotarliśmy do Nieporętu. Jeszcze tylko korek na moście przed rondem koło McDonalds, ostatnie metry i meta!


Dojechaliśmy.

– Tato, tato!! Dzwoń po mamę, bo ja to rowerem do domu nie wracam…


Epilog.

Kiedy na mecie odbieraliśmy medale i gratulacje od organizatorów usłyszeliśmy radosne “To oni!”. Okazało się, że to Elwira biegnie do nas ze swoją ekipą.

– Chłopaki, zobaczcie - to oni pomogli mi z dętką na trasie.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że ekipa Elwiry to ten sam właściciel starego Authora, z którym jedliśmy zupę w Wyszkowiance i kolega, który się zagapił i na tę zupę się nie załapał. 800 osób startujących w wyścigu a my pomagamy na trasie jakieś losowej osobie, po czym spokojnie, niczego nieświadomi jemy sobie obiad siedząc przy stoliku z jej znajomym. Chyba trzeba puścić Lotto.


Aha. Mój rower do samochodu już się nie zmieścił, do domu musiałem dokręcić te dodatkowe 15 kilometrów. To znaczy 18.


A w przyszłym roku pojedziemy MG250.

93246a68-5844-463d-aa25-59b9619ff3cb
4fc7410d-cd8c-4807-8007-7882f2982473
31a3c14c-aa5c-41f1-a7ed-02a342505e86
c3e6c497-e598-4b96-a3d1-546c67d659e5
f6d01fc4-a61c-49e4-b692-0e90ba08630d

To ja już miałem priva pisać do @fonfi że gdzie relacja, gdzie chociaż adnotacja do równika. No nie pochwali się nawet.


Ale... no tak. To przecież nie tylko rowerzysta, ale też grafoman-artysta, co w kawiarni za Firewallem sobie mieszkanko urządził


Super relacja! Zarówno zachęca do takich przygód, jak i może stanowić lekką przeszkodę w promowaniu rodzicielstwa i zwiększania dzietności w Polsce xD


Za rok sądzę, że moja forma będzie już odpowiednia, to mam nadzieję, że widzimy się na trasie. Bo właśnie w owe 250 bym celował.

@fonfi super relacja! Wcześniej dałem piorun, ale dopiero teraz miałem "chwilę", żeby przeczytać


Ehhh, teraz trzeba poszukać okoliczne imprezy tego typu i formę poprawiać

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci #zafirewallem

słów: 908


"NAGO - spółka z obnażoną godnością"


- Zebraliśmy się dzisiaj jako rada dyrektorów, aby przedyskutować coraz częściej pojawiające się zapytania ze strony pracowników o możliwość noszenia ubioru w biurze. Pani Aneto, proszę w notatce zaznaczyć, że w spotkaniu nie uczestniczy pan Ryszard, który poinformował nas, że doświadcza obecnie nawrotu obrzydliwej egzemy, przez co nie czuje się wystarczająco odważny, by eksponować swoje ciało. Rozczarował mnie tym nielicho, bowiem zaprezentowanie własnych niedoskonałości jest właśnie fundamentem, na którym zbudowana została polityka nagiej równości. Nie ukrywam też, że wszyscy chętnie popatrzylibyśmy sobie, jak to wygląda z bliska. Dzięki Bogu, pozostali menadżerowie stawili się punktualnie.


Prezes wstał i zaczął przechadzać się za plecami dyrektorów i dyrektorek, siedzących przy długim stole konferencyjnym. Jako człowiek po sześćdziesiątce, dorobił się siwizny nie tylko na głowie, ale także na klatce piersiowej, plecach oraz w okolicach intymnych. Idąc, mówił i gestykulował ramionami tak dynamicznie, że jego przyrodzenie zdawało się dygotać w rytm wypowiadanych zdań. W salce zasiadały firmowe szychy, kadra zarządzająca międzynarodowej korporacji. Wszyscy byli nago.


- Jesteśmy wszyscy równi – kontynuował swój wywód prezes – nie ma zgody na wykluczenie kogokolwiek poprzez manifestację własnego statusu lub bogactwa markowymi ubiorami. Jakżeż ma się czuć komfortowo stażysta w łachmanach z lumpexu, kiedy staje naprzeciw ubranemu w ciuchy Tommiego, managerowi średniego szczebla? Jak skupić się może na pracy specjalista, kiedy kolega z zespołu szpanuje w Balenciadze? Zatrudniamy ludzi z różnych grup społecznych, biedniejszych lub bogatszych, i naszym nadrzędnym celem, jest redukowanie różnic między nimi. Każdy ma się czuć w pełni swobodnie, nieskrępowany tym, że ktoś inny ma więcej i stać go na lepsze rzeczy. Do tego, nie po to żeśmy budowali szatnię na dole, aby teraz z niej nie korzystać!


- Pan prezes pozwoli… – przerwała mu długi wywód przedstawicielka HR – doskonale rozumiemy założenia tej szlachetnej inicjatywy, ale w nadesłanych zapytaniach, mamy wyszczególnione konkretne przypadki, nad którymi powinniśmy się jednak pochylić i je zinterpretować jako zarząd.


- Niechże pani wstanie i pokaże się nam wszystkim – wciął się jej prezes - chętnie sobie popatrzymy. Tu po drugiej stronie stołu nic nie słychać, kiedy mówi pani na siedząco! 


Pani Małgosia powstała z krzesła. Była to kobieta po pięćdziesiątce z sylwetką świadczącą o lekkiej nadwadze. Kontrastujące kolorystycznie fragmenty skóry, świadczyły o tym, że niedawno była na urlopie w miejscu, gdzie słońce dobrze opala. Na biodrze miała świadectwo szaleńczego okresu młodości – tatuaż ustami i napisem „Fuck me hard, baby!”.


- Pytania, jakie otrzymaliśmy, dotyczą przede wszystkim kwestii takich jak krosty, czyraki, blizny lub znamiona. Chodzi o wyjaśnienie, czy takie elementy mogą zostać zakryte plastrem lub niewielką opaską. Bądźmy poważni, czyrak nie jest zbyt miłym dla oka widokiem, szczególnie jeśli zbiera się na nim ropa.


- Bzdura! – prezes uderzył pięścią w stół. Kilka osób podskoczyło zaniepokojonych. - Gdybyśmy wprowadzali takie odstępstwa, to zaraz połowa by chodziła oklejona plastrami. Rysiek z tą swoją egzemą, to by pewnie przyszedł cały zabandażowany, niczym mumia. Nie mamy nic do ukrycia, to jest nasze motto. Pełna transparentność procesów firmowych oraz naszych ciał. Krosty i pryszcze to nie jest nic wstydliwego. Każdy kiedyś miał jakieś wypryski!

Z krzesła podniósł się Mateusz, najmłodszy w całym pokoju kierownik, pełniący funkcję oficera BHP w firmie. Wzrok uczestników spotkania przykuwał jego solidny wzwód.


- Co jednak, w przypadku, kiedy ktoś z czyrakiem siedzi w kuchni na obiedzie, a po skończeniu posiłku pozostawia ropę na krześle? Nikt nie usiądzie tam, zanim nie przyjdzie serwis sprzątający i zdezynfekuje siedzenie. A same sprzątaczki ostatnio zaczynają się buntować, nie chcą ściągać fartucha, bo to niby ich pracowniczy uniform. A jeśli chodzi o zabrudzenia, to ropiejące czyraki nie są jedynym problemem, bowiem osoby korzystające z toalety, nie zawsze się w pełni wycierają, przez co po wyjściu z ustępów, czasami im coś skapnie. Tego rodzaju wydzieliny nie powinny być pozostawiane na siedzeniach, w miejscu, gdzie spożywa się posiłki.


- Może zwiększymy przydział papieru toaletowego? – zasugerowała szefowa działu administracji budynku, szczupła kobieta po mastektomii – albo w kuchni zrobimy same wysokie stoliki, przy których je się na stojąco? Wtedy nikt nie będzie musiał siadać po kimś na krześle i problem rozwiązany!


- Pamiętajmy, że mamy tu także osoby starsze lub mające problemy z poruszaniem się – kontrował ekspert BHP, wskazując penisem na prezesa oraz na szefa działu IT, chorobliwie otyłego mężczyznę z długą brodą.


- Wypraszam sobie! – odkrzyknął wskazany.


- Spokój! – prezes wstał z krzesła – Rzygać mi się chce, jak tylko słyszę te durne pomysły. Biedne dzieciątka, wstydzą się znamion. Nie umieją się dobrze podetrzeć, to niech się nauczą, a winą to niech obarczają swoich rodziców za luki w wychowaniu. Krzesła i sofy wymieniliśmy na żółtobrązowe, by nie było widać śladów, a oni dalej swoje. Biała tapicerka już im nie przeszkadza, to nagle jakieś kropelki i czyraki wymyślają. Rozwiążemy ten problem, to zaraz wykwitnie inny, bo nagle kogoś zacznie wkurzać, że ktoś inny gubi włosy. Czuję się czasem jak przedszkolu. Terroryści i sabotażyści – to są właśnie osoby, które konsekwentnie wysyłają zapytania i zmuszają nas do organizowania narady. Nie zdają sobie sprawy z tego, że jak nagle wszyscy zaczną nosić ubrania, to sens straci dzień swobodnej fryzury intymnej lub konkurs na najbardziej zakrzywione prącie. Co z zabawą świąteczną, kiedy to można złapać Mikołaja za wór z prezentami? Co z dniem dziecka? Po co tu sprowadzać dzieci, skoro nie będą mogły zobaczyć, jak wyglądają w pełnej krasie znajomi ich rodziców? Zamykam to spotkanie, bo nie chce mi się o tym dłużej gadać.


- Mieliśmy jeszcze w agendzie rozmowę o blokowaniu erotyki na firmowych komputerach – podniósł się z trudem szef IT.


- Zablokować wszystkie strony erotyczne, tutaj się pracuje, a nie ogląda gołe baby! Koniec spotkania!

@Spleen No no - *wstał ledwo z krzesła zostawiając za sobą brązową plamę na krześle, a jego perfumy zmieszały się z zapachem fekaliów* - takiego odwróconego prawa się nie spodziewałem, fajne xD

Zaloguj się aby komentować

Wszem i wobec ogłaszam XVII edycję #naopowiesci !


Ciocia @moll nagięła zasady i zaskoczyła mnie ogłaszając mnie zwycięzcą, tak więc mówię co następuje:


Temat: Nie tego się spodziewałem


Opowiadanie musi zacząć się zupełnie zwyczajnie, ale zakończyć kompletnym absurdem. Dodatkowo jedno ważne prawo natury, społeczeństwa lub technologii zostało odwrócone.


Gatunek: dowolny – realistyczny, fantastyczny, dramatyczny, humorystyczny


Liczba słów: 200-1000


Zasady oceniania: Co mnie najbardziej zaskoczy i/ lub rozbawi, więc liczę na kreatywność i dawkę humoru/ absurdu.


Termin: 29 dzień miesiąca nam obecnego


Powodzenia!


#zafirewallem

#naopowiesci

7d8aab69-c6a4-42af-94be-df3df0c53505

Zaloguj się aby komentować

Ależ ten czas leci. Leci tak szybko, że minął termin edycji #naopowiesci a ja jej nawet nie podsumowałam!

(Ani nikt mi o tym nie przypomniał - hańba nam wszystkim!)


Więc do dzieła!


Mimo iż tematyka zadania zainteresowała szersze grono, w utwory tym razem obrodziło, jak na załączonej liście:

@KatieWee - bez tytułu - 3 słowa

@pingWIN - kamień - 1 słowo

@splash545 - dzień ptasznika - 1 słowo

@KatieWee - bez tytułu 2 - 11 słów

@fonfi - Radek - 494 słowa


Ponieważ tekst @splash545 był tak naprawdę powieleniem pomysłu @pingWIN na jedno słowo, zwycięzcą edycji zostaje kolega @pingWIN .


Gratulujemy zwycięzcy, a uczestnikom dziękujemy za wspólną zabawę


#naopowiesci #podsumowanienaopowieści #zafirewallem

@moll A miałem nawet przypomnieć, ale nie chciałem się narzucać

@pingWIN Gratulacje! To opowiadanie to jest kamień milowy w kawiarenkowej twórczości.

a796e11d-301e-4d52-836d-88ec93bbe304

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

W zasadach bieżącej edycji Pani @moll napisała, że zwycięży najkrótsze zgłoszone opowiadanie, w związku z czym już wiem, że szans na wygraną nie mam i spokojnie mogę pogratulować pani @KatieWee . Jednak zupełnie mnie to nie powstrzymuje przed podzieleniem się z Państwem opowiadaniem o Radku. Radek jest... No właśnie - kim? Mam nadzieję, że uda się Państwu odgadnąć, bo jestem pewien, że każdy z nas ma gdzieś w domach koszyczki, pudełka czy szuflady pełne takich Radków. A ja liczę na obiecany bonus za utrzymanie tożsamości Radka w tajemnicy.


Mam nadzieję, że tym krótkim wstępem zachęciłem Państwa do zapoznania się z jednym dniem (w sumie to tylko porankiem) z życia Radka.


Miłej lektury.


************


Radek


Jak co dzień, punktualnie o 5:45, gdzieś na drugim końcu mieszkania ożył budzik. Ożył, drąc się w niebogłosy słowami “Wake me up before you go-go!”. 


– Zamknij się! – krzyknął Radek z kuchni, chociaż wiedział, że i tak nic nie wskóra.


Na szczęście tym razem budzik zdążył odśpiewać tylko jeden refren, zanim klapnięcie dłonią definitywnie go uciszyło. Osobiście nie miał nic do twórczości zespołu Wham!, nawet lubił Georga Michaela, ale na litość boską, ile razy można słuchać w kółko tego samego?!


Przeciągnął się leniwie na najwyższej półce w kuchni i wyjrzał zza krawędzi wiklinowego koszyka, który od dawna był jego domem. Mieszkał w nim razem z całą gromadką “braci” i “sióstr” - bo chyba takie określenie najbardziej pasowało do gęsto upakowanej rodziny, do której co jakiś czas trafiał ktoś nowy.


Niewyraźne mamrotanie domowników, szuranie kapci i szum wody w łazience, były niekwestionowaną przesłanką tego, że dom powoli - i zdecydowanie niechętnie - budzi się do życia. Spojrzał na godzinę na wyświetlaczu piekarnika.


– Oho, 5:59. Zaraz wstanie ta młoda i będzie awantura o łazienkę. “Shit storm” za 3… 2… 1…

– Maaaamoooo!!! Bo on mi znowu zajął łazienkę! Ja nie zdążę się przed wyjściem umalować! – rozległo się wycie.

– Punktualnie! - skwitował Radek, opierając się wygodnie o brzeg koszyka, żeby mieć lepszy widok.


Leniwe szuranie wciąż niemrawych domowników zastępowała coraz bardziej nerwowa krzątanina w kuchni. Ekspres do kawy został brutalnie wyrwany z drzemki, zatrzeszczał wysłużonymi, starymi wnętrznościami a teraz krztusił się, wypluwając gorący czarny płyn do filiżanek. Radek głęboko zaciągnął się aromatem świeżej kawy, aż mu się warstwy foliowego laminatu na piersi napięły i przyglądał się procesowi robienia kanapek.


Na drewnianej desce do krojenia wylądowały cztery kajzerki. Wyjęte z papierowego worka, nagle oślepione jaskrawym światłem, nie zdążyły się nawet dobrze rozejrzeć kiedy ostry jak brzytwa nóż rozharatał je na połówki.


– Ładne, szybkie cięcie – fachowo ocenił Radek – ciekawe z czym będą kanapki?


Z zainteresowaniem obserwował jak bułki pokrywa najpierw cienka warstwa masła, potem jak na każdej ląduje plasterek wędliny i kolejny - smakowicie pachnącego sera.


– Żonaaaa! Mamy gdzieś pomidory albo sałatę?  

– A kupiłeś wczoraj, jak prosiłam?  

– A prosiłaś?!  

– No to nie mamy.


Radek aż podskoczył. Brak pomidora, sałaty czy kiełków oznaczał jedno: smak kanapek trzeba będzie wzbogacić inaczej. A to z kolei wróżyło rychły koniec jednego z mieszkańców zapomnianego, wiklinowego koszyka. I rzeczywiście - po krótkiej, zdecydowanie bezowocnej inspekcji lodówki, zakończonej westchnieniem “_eh, nawet Kielecki się skończył_”, w kierunku koszyka wystrzeliła ręka. Widząc to, Radek puścił krawędź i próbował szybko zniknąć w tłumie pozostałych lokatorów. 


Niestety, nie wystarczająco szybko.


Sprawne palce zacisnęły się na nim w żelaznym uścisku. Druga ręka złapała za zgrzew tuż przy samym nacięciu z napisem “otwórz tutaj”. Radek poczuł szarpnięcie i rozdzierający ból pękającego laminatu. 


Przed oczami przeleciało mu całe jego życie: taśma produkcyjna w fabryce, wesoły transport do McDonalds, krótki pobyt w samej restauracji, gdzie przesiąkł charakterystycznym zapachem zużytego oleju i ten dreszczyk emocji, kiedy wędrował do nowego domu w kolorowym pudełku HappyMeal.


Teraz jego gęste, czerwone wnętrzności leżały równo rozsmarowane nożem na żółtym plasterku sera.


************

494 słowa

#zafirewallem

#naopowiesci

@onpanopticon a tak w ogóle to wina @moll że Radek tak skończył. Bo gdyby nie było limitu 1000 słów, to życie Radka mogło rozkwitnąć barwną historią. A tak musiałem je skrócić. Opowiadanie, znaczy się musiałem, skrócić

Zaloguj się aby komentować

Piękne jest to opowiadanie!

Mogłoby śmiało stawać w szranki z tym z o dziecięcych bucikach nieużywanych, domniemanego autorstwa pana Hemingwaya.

I tak dlugie i zbyt detaliczne, Baudelaire to zalatwil szybciej « Aimier à loisir aimer et mourir. » czyli « kochac do woli kochac i umrzec. »

Zaloguj się aby komentować

@bori miga się od napisania opowiadania w aktualnej edycji #naopowiesci Co najgorsze, swoją postawą demoralizuje pozostałych kawiarenkowiczów, w związku z tym NIKT, powtarzam to NIKT, do tej pory nie napisał i nie opublikował swojego opowiadania.


Moje serduszko krwawi


#zafirewallem #gownowpis #zalesie

Zaloguj się aby komentować

Pomysł szybki, genialny, w momencie pomyślenia go i być może taki, który zmobilizuje Szanownych do udziału w kolejnej edycji #naopowiesci


Proponuję tym razem napisanie maksymalnie tysiąca słów, który to tysiąc maksymalnie będzie opisem jednego dnia z życia. Z życia czegokolwiek. Przedmiotu, zwierzęcia (lub nie-zwierzęcia, ale istoty ożywionej nie będącej człowiekiem) lub rośliny.


Czas to standardowe 2 tygodnie - zakończenie wypadnie więc 15.06.2025, w godzinach bliżej nieokreślonych.


Wygrywa najkrótsze opowiadanie. Dodatkowy bonus za uczynienie z bohatera opowiadania niewiadomej do odgadnięcia dla czytających.


Życzę udanej zabawy!


#zafirewallem

@moll Szkoda że tylko dzień, korzystając z dłuższych czasookresów można ciekawe pomysły fabularne realizować.


Może być dzień z życia wiekuistej lipy, która pod swym komarem chroni strudzonego wędrowca?

Zaloguj się aby komentować

Drodzy Kochani!


Rzeczywistość mnie dopadła znienacka, żyć zacząć trzeba, a nawet jakoś dziwnie żyć się chce, jednak aktywności niektóre trzeba ograniczyć. Nie będzie więc długo.


W ogłoszonej przed dwoma tygodniami XV edycji zabawy #naopowiesci wzięło udział dwoje uczestników:


koleżanka @moll , która napisała o Czyśćcu Szeryfa

oraz kolega @moderacja_sie_nie_myje3 , który zastanawiał się To Czyściec czy Raj?.


Uczestnikom za udział serdecznie dziękuję, komisja miała problem, poziom był wyrównany itepe. W wyniku losowania w postaci rzutu monetą (dwa euro - zaznaczam, żeby potwierdzić autentyczność i sprawiedliwość losowania) kończącą się właśnie edycję wygrywa koleżanka @moll . Gratuluję!


#naopowiesci

#podsumowanienaopowieści

#zafirewallem

@George_Stark wygrać przez rzut monetą wydaje się adekwatne do sytuacji, dziękuję serdecznie


I dziękuję @moderacja_sie_nie_myje3 za współuczestnictwo!

Zaloguj się aby komentować

Uszanowanie Kawiarenkowicze


Skoro ktoś zaczął to nie ma wyjścia, trzeba kontynuować


To Czyściec czy Raj?


Z każdą nieupływającą sekundą czarny punkt był coraz większy. Smoluch był coraz bliżej. Dzieliło ich już tylko kilkaset metrów. 

Szeryf nie zważał na pragnienie, na dyszącego konia, odetchnął głęboko i napawał się chwilą. Zwolnił, sprawdził czy colty lekko wychodzą z kabur. To miała być perfekcyjna sztuka, wszystko musiało być idealnie. 

Już widział wyraźnie umykającego Smolucha, który raz po raz się odwracał. Przerażenie w jego oczach sprawiało, że Kowalsky czuł się żywy jak nigdy wcześniej.


- Nie uciekniesz - powiedział do siebie, uśmiechając się szeroko


Kowalsky chwycił lasso, zarzucił i szarpnął mocno. Murzyn upadł na plecy. Harcząc głośno próbował zdjąć pętlę z szyi.


Szeryf wolno zsiadł z konia, podszedł do swojej ofiary i czekał aż się wyswobodzi.


W końcu Smoluch uwolnił się ciężko dysząc.


- To Ty... Znowu... - wymamrotał zdumiony


- A i owszem, cieszę się że mnie pamiętasz - przytaknął Kowalsky


- Tu i tam... Dlaczego mnie prześladujesz?


- I tak nie zrozumiesz - Walt wzruszył ramionami


W mgnieniu oka wyciągnął colta i strzelił. Murzyn jęknął, chwycił się za brzuch i upadł. Kowalsky zapalił cygaro i zaciągnął się mocno. Przepełniła go niewymowna radość, czuł ją każdą komórką ciała. Kopnął zamaszyście leżącego, wijącego się z bólu Smolucha.


- Kwiczysz jak zarzynany prosiak - pokręcił głową zdegustowany Szeryf


Podszedł do konia i zaczął grzebać w jukach.


- Oo, to się nada! - ucieszył się Kowalsky wyciągając małą łyżeczkę


Murzyn jęcząc nie spuszczał Szeryfa z oczu. Ten pochylił się nad nim, chwycił go za gardło jedną ręką, kolanem przycisnął brzuch i przybliżył łyżeczkę do wykrzywionej w grymasie bólu czarnej gęby.


- Hmm... I co z tym zrobimy? - zapytał - Mam pewien pomysł...


Bez zbędnych ceregieli zanurzył łyżeczkę w oczodole i dwoma sprawnymi ruchami wyłuskał smoluchowi oko. Ten drąc się w niebogłosy zaczął się rzucać jak opętany.


Kowalsky znów podszedł do juków...


- To już tysiąc sto siedemdziesiąty ósmy raz - pokręcił głową zrezygnowany Metys


- On jest niereformowalny - dodał Święty Piotr


- To się wcześniej nie zdarzyło. Nigdy.


- Za każdym razem to samo ale inaczej. Ma fantazję... - niechętnie dodał z pewnym podziwem w głosie


- Nie ma sensu próbować dalej, on tu się świetnie bawi.


- To co robimy? - spytał Metys


- Odeślijmy go lepiej z powrotem - odpowiedział prędko Święty Piotr - Jak się Ojciec dowie, że Czyściec nie działa... - dodał drżącym głosem 


A w międzyczasie Kowalsky wygrzebał z juków zapalniczkę. Wolnym krokiem zbliżał się do Smolucha potrząsając nią radośnie. Już miał go na wyciągnięcie ręki...


I nagle całą bezkresną pustynię rozjaśnił oślepiający błysk i wszystko znikło.


Kowalsky otworzył oczy, rozejrzał się i rozpoznał znajomą sylwetkę klęczącą przy grobie jego ojca. Uśmiechnął się i cichutko zaszedł ją od tyłu.


- Pssst... Caroline - odezwał się przyciszonym głosem


Zaskoczona dziewczyna błyskawicznie się odwróciła. I zemdlała.


#zafirewallem

#naopowiesci

Zaloguj się aby komentować

Ktoś musi zacząć, zatem...


Czyściec Szeryfa


Pamiętał euforię, która towarzyszyła mu, gdy wyskoczył spod plandeki wozu w wiosce smoluchów. Pamiętał przerażenie na twarzach rozpierzchającej się ciżby, poganianej jego przekleństwami. To było spełnieniem, tym, z czym na ustach mógł umierać człowiek jego formatu.


A potem był rozrywający błysk.


Pustka. Dzwoniąca w uszach cisza.


Gdy się ocknął, leżał, lekko zapadając się w pustynnym piasku. Jego ogorzałą twarz, pokrytą szczeciną kilkudniowego zarostu, kłuły nieprzyjemnie kikuty zeschniętej, rachitycznej trawy, która czekała na deszcz z równym utęsknieniem, jak szeryf Kowalsky na sprawienie kolejnemu czarnuchowi krwawej łaźni.


Nieprzyjemny, wiejący nisko nad poziomem gruntu wietrzyk, zaczął zasypywać mu oczy i nozdrza piaskiem. Szeryf zerwał się na równe nogi, z niepokojem odkrył, że jest cały i zaczął rozglądać się dookoła.


Pustynia. Wszędzie cholerna pustynia - wydmy lekko przewiewanego piachu, którego nie zatrzymywała licha roślinność, przegrywająca kolejne starcie z palącym słońcem… Choć nie było tu ani słońca, ani nieba. Bezkres nad linią horyzontu sugerował poblask zmierzchu, zatrzymując poczucie czasu.


Szeryf nie był sam, w odległości kilku stóp stał metys, trzymający za uzdę osiodłanego konia. Zwierzę delikatnie przednim kopytem ryło w piachu, jakby z wolna okazywało zniecierpliwienie przymusowym postojem.


-Witaj, Szeryfie - odezwał się bezbarwnym głosem metys.


-Nie żyję - bardziej stwierdził niż zapytał Walther.


-Istotnie… Twoje życie doczesne dobiegło końca, ale masz przed sobą wieczność.


-Czy to piekło?


-Czyściec, Szeryfie.


-Czyli jest nadzieja… - Kowalsky potarł w zamyśleniu zarośniętą brodę, czekając na wyrok mieszańca.


-Możesz nazywać to nadzieją. - słowom towarzyszyło wzruszenie ramion nieznajomego i parsknięcie konia - Widzisz, tam, na horyzoncie czarny, ruchomy punkt?


Szeryf wytężył wzrok i kiwnął głową, dostrzegając oddalającą się sylwetkę.


-Weź konia. W jukach znajdziesz broń, zapasy i wodę. Wody w bukłaku będzie zawsze odrobinę mniej niż potrzeba, by ugasić pragnienie. Drobna niedogodność…


-Co mam zrobić, gdy już go dorwę?


-Zrób co uważasz za słuszne, od twojej decyzji zależeć będzie twoje odkupienie lub potępienie.


Kowalsky raz jeszcze, z rozmysłem spojrzał na niknącą coraz bardziej sylwetkę smolucha… Decyzja została podjęta, zanim ją sobie uświadomił.


A przed nim stał koń. Metys zniknął.


-Pora ruszać, maleńki. - rzucił Szeryf, siedząc wysoko w siodle.


Ruszył stępa, rozkoszując się przyjemnym kołysaniem w siodle. Planował, w jaki sposób wykończy padalca, gdy już go dopadnie. W końcu posiadał w tym wprawę, nadał swemu rzemiosłu rangę sztuki… Wiedział, że spełnienie to tylko kwestia czasu.


-------

371 słów

-------


POPRZEDNI ODCINEK - GRANDE FINALE


-------


Zakończenie pozostawiam otwarte dla kolejnej osoby, być może ktoś zechce pociągnąć wątek Szeryfa w zaświatach dalej


#naopowiesci #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Szanowni Państwo,


uwaga koleżanki @KatieWee o zastanowieniu się nad formułą zabawy wydaje mi się słuszna, ale ja na szybko nie mam żadnego pomysłu, a później nie będę miał czasu, więc tę, XV edycję zabawy #naopowiesci poprowadzimy w formule dotychczasowej. Jeśli ktoś ma jednak jakieś pomysły, proszę śmiało pisać. Na przykład w komentarzach pod tym wpisem.


Żeby jednak może Państwa zachęcić do aktywności spróbujemy pobawić się parodią, pastiszem albo możemy to nawet uznać za za fanfiki, bowiem:


tematem tej edycji będzie Szeryf Kowalsky

a gatunkiem (jakże by inaczej!) western.

Liczba słów to od 10E1 do 10E4, że tak pozwolę sobie zaszpanować moją znajomością notacji naukowej, a w języku ludzkim oznacza to po prostu od 10 do 10 000.


Proszę się bawić dobrze!


#zafirewallem

#naopowiesci

Zaloguj się aby komentować