#naopowiesci

26
267

@George_Stark mnie podpuścił, więc wziąłem się i poszukałem, która to będzie edycja. I chciałbym powiedzieć że się naszukałem, ale ostatnie 2 były bardzo krótkie, a w grudniowej był numer.


Tak więc mam niesamowitą przyjemność zaprosić Was wszystkich na XXV edycję #naopowiesci


Tematem tegomiesięcznej edycji jest: "PUNK!"

Steampunk, cyberpunk, solarpunk, itp

Technicznie rzecz biorąc punki, które leją skinów też się zaliczają.


Zasady są tylko dwie:

  1. Dobrze się bawcie

  2. Żeby zrobić na złość organizatorowi poprzedniej edycji - zwycięzcę wybiorę według własnego widzimisię (co oznacza że nawet jak będę chciał, to nie zrobię tego samego co Żorż Stark i nie złamię tej jednej zasady). I mogę to widzimisię dowolnie zmienić.

A moje widzimisie mówi mi, że pewnie będę brał pod uwagę, w głównej mierze pioruny. Ale nie tylko.


Także kombinujcie, wymyślajcie. Ale pamiętajcie - nie przesadzajcie


Jakby co link do wiki

https://en.wikipedia.org/wiki/Cyberpunk_derivatives


#naopowiesci #zafirewallem


Termin do końca lutego (t.j. 28.02)

93ec84d4-91d2-4eab-9061-731dafa2a3ce
8f594450-ef58-48d8-8bda-42a890e79adb
687ab31d-7d0d-4b65-8890-44dcf0dd75ab
fb1f1178-a4c2-435c-b0c2-f3f0a32e614d
4a4054f1-3f6f-4d24-8f77-05bbb77a49bb

@MJB Czyli jednak wrzuciłeś Dobra, to napiszę szybko pierwsze opowiadanie, żeby mi znowu ktoś nie zakończył przed czasem ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!



Wczoraj prawie minął miesiąc i jeszcze wczoraj myślałem, że wygram, choć nie zrobiłem w tym kierunku niczego. Ale wejście smoka, którym okazał się @MJB z jego wspaniałym opowiadaniem bez tytułu zmieniło sytuację diametralnie. Czy impuls do napisania tego opowiadania powstał z twórczego porywu czy też raczej z porywu litości nad tagiem #naopowiesci, nie będę próbował nie tylko rozsądzać, ale nawet dociekać. Skupię się na faktach, a fakty są takie, że @MJB , jako najlepszy uczestnik styczniowej edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem zostaje jej zwycięzcą! Serdecznie gratuluję!



#podsumowanienaopowieści

@George_Stark ej, ja NAPRAWDĘ zaczęłam pisać! I teraz zostanę jak ta głupia z początkiem opowiadania, do którego specjalnie wymyśliłam polską hrabinę, bo inaczej nie potrafiłam wytłumaczyć twarogu i ta hrabina jakoś mi zawłaszczyła ten utwór jakby i w sumie nie wiedziałam co dalej, ALE NA PEWNO BYM WIEDZIAŁA DZISIAJ WIECZOREM!!!

0ebe325f-df1f-4274-8971-e5deb2b27132

@George_Stark dziękuję pięknie za to wyróżnienie i przyznanie mi najlepszego opowiadania tej edycji. Niestety z przykrością muszę też poinformować, że było to także najgorsze opowiadanie tego miesiąca.


Niemniej jak widzę tutaj przynajmniej 4 osoby zadeklarowały potencjalną chęć wrzucenia swojej pracy konkursowej, więc zwracam się z nieuprzejmą prośbą o reasumpcję wyników pojutrze.

2d9d8c75-9510-4b67-a7c0-62f93525c925

Skoro skoro nikt więcej jednak nie oddał opowiadania (bo przecież trzeba pół polski na hejtosoczek jechać), to reasumpcja chyba nie ma znaczenie. Więc pytanie mam po prostu napisać posta z nowym tematem na luty?

Zaloguj się aby komentować

Hej!


Żeby tag pusto w styczniu nie siedział, to wrzucam swoje krótkie wypociny.

Zapewniam, że podczas jego pisania nie ucierpiało żadne zwierze.


Detektyw Mieczysław Ałapała został postawiony przed najtrudniejszym do tej pory zadaniem. Jego celem był skorumpowany organizator konkursu Wolnej Pieśni Ligi Narodów Zjednoczonych.


Ałapała zakasał więc rękawy i zaczął przeglądać papiery dotyczące sprawy. Jego uwagę przykuła informacja o Izraelu, który prawie wygrał ostatni konkurs eurowizji. Zaświeciła mu się lampka. A co jeśli organizator WPLNZ zastosował ten sam trick? Smsy od rodziny zamieszkującej okoliczne wioski.


Ach, rodzina… W jego umyśle pojawił się obraz. Tona twarogu, którą dostał kiedyś od wuja, który prowadził gospodarstwo. No, może nie tona, ale w każdym razie dużo. Pod warunkiem że kostka 250g, to dla kogoś dużo. Przynajmniej jednak był smaczny.


Dobra Mietek, pora wrócić do sprawy. HEJŻE, NA WIEDEŃ! Pomyślał sobie w myślach. Czas pomyśleć jakie mógł być motyw.


Wziął w dłoń pióro, namoczył je tuszem sympatycznym i zaczął rozpisywać wątki. Łączył jedno z drugim, a drugie z pierwszym. Nie minęło 5 minut (a może 30) i zauważył pierwszą wskazówkę. Właściwie drugą, bo SMSy.


– Eureka! - krzyknął i zaśpiewał serenadę z tego szczęścia.


Tak, dokładnie. Widział to na zdjęciu. Opar nad mokradłem. A w tym oparze prąd i gaz. Więc spojrzał na to zdjęcie jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz. Nic jednak więcej nie wymyślił. Fałszywy poszlak.


Poszedł więc do lodówki. Trochę bo zgłodniał, trochę bo go to zaczęło nudzić. Przeglądanie papierów i zdjęć, to piekielnie nudna robota. Otworzył drzwi i zaczął skanować. Przyjrzał się rumuńskiemu jogurtowi, który już trzeci tydzień stał niedojedzony.


Dobra, dojem jutro, powiedział sobie w myślach, a Stańczyk się uśmiechnął do niego wprost z obrazu zawieszonego nad blatem kuchennym.


Kiedy wracał do roboty, zobaczył że u progu jego domu stało białe puchate zwierze, z wycelowaną w jego stronę bronią. Była to bardzo bojowo nastawiona owca.


– Wybacz, ale nie mogę ci pozwolić, żebyś doprowadził tę sprawę do końca.


Owca płakała jak bóbr kiedy pociągała za spust.


Kooooniec.


#zafirewallem #naopowiesci

Zaloguj się aby komentować

Moi Drodzy!


Jakiś czas temu ja i kolega braliśmy udział w konkursie literackim. Żaden z nas nie został w tym konkursie nawet wyróżniony, no ale to za sprawą kumoterstwa i układów w jury, wiadomo. Niemniej, nawet pomimo tego kumoterstwa i układów, a także pomimo wynikających z nich wyników, które to wyniki wcale mi się nie podobały, muszę przyznać, że podobały mi się zasady tego konkursu. A w konkursie chodziło o to, że skorumpowany (ale kreatywny) Organizator podał dziesięć zwrotów, które należało wpleść w opowiadanie. I właśnie w taki sposób będziemy się w miesiącu bieżącym, czyli w styczniu bawić w naszej wspaniałej zabawie #naopowiesci w równie naszej i równie wspaniałej kawiarni #zafirewallem. Zwroty do wplecenia poniżej:

- skorumpowany organizator;

- prawie wygrał;

- tona twarogu;

- hejże, na Wiedeń;

- tuszem sympatycznym;

- zaśpiewał serenadę;

- opar nad mokradłem;

- rumuńskiemu jogurtowi,

- Stańczyk się uśmiechnął,

- płakała jak bóbr.


***


ZASADY (do ewentualnej własnej interpretacji lub całkowitego zignorowania).


1. Najważniejszą Zasadą jest Zasada numer 2.

1. Do końca stycznia układamy opowiadanie o dowolnej długości na dowolny temat i w dowolnym gatunku, ale zawierające wszystkie dziesięć podanych wyżej zwrotów.

1. Wszystkie wyżej wymienione zwroty powinny być użyte dokładnie w takiej formie, w jakiej są podane; wstrzymujemy się z zapędami deklinacyjno-koniugacyjnymi oraz wprowadzeniem dodatkowych znaków przestankowych tudzież dzieleniem słów.

1. W podanych zwrotach dopuszcza się zmianę wielkości liter ze względu na wprowadzenie nazw własnych bądź umiejscowienie ich w zadaniu (przykład: wprowadzając bohatera imieniem Bóbr, dopuszczalne jest zapisanie Płakała jak Bóbrl użycie zwrotu na początku zdania dopuszcza rozpoczęcie go wielką literą).

1. Kolejność użycia zwrotów jest dowolna.

1. Wyniki zostaną ogłoszone w niedzielę, 01.02.2026.

1. Zwycięzcą zostanie osoba, w której opowiadaniu stosunek liter „e” do liter „s” będzie najmniejszy.

1. Jeśli jakiś cwaniak będzie próbował zmusić mnie do dzielenia przez zero i nie użyje żadnej litery „s”, to pierwszy, który się o to pokusi, z automatu zostanie zwycięzcą.

2. Bawimy się wyśmienicie i mamy mnóstwo radości, tak z pisania opowiadań swoich, jak i z czytania opowiadań cudzych.


***


Dziękuję.

Weźcie mi napiszcie, o co z tym zafirewallem chodzi, bo naopowiesci ogarniam. Aż chyba sam spróbuję sił, coś trzeba wreszcie zacząć bazgrać.

Co do konkursu to mam taka ciekawostkeXD W gimbazie jako zadanie mielismy napisac jakies opowiadanie. A, ze wtedy robilem podchody do pewnej dziewczyny, to ona odwalila to zadanie za mnie(laureatka paru konkursów polonistycznych) zadanie oddalem OCENA -3 z dopiskiem ubogie slownictwo. No cóż, pomyslalem, ze zrobila to zadanie jako tako na odpierdol, zreszta -3, to dobra ocena(jak na moje ambicjeXD) minął jakis czas i okazało sie, ze kolega z klasy nie oddal tego opowiadania i brakuje mu oceny... odpisal calosc odemnie, oddal i... 5 z dopiskiem, ze wspaniałe. Wtedy 1 x stracilem wiare w jakakolwiek sprawiedliwośćXD

Zaloguj się aby komentować

Podsumowanie grudniowego konkursu #naopowiesci. Zostało wysłanych, aż 1 opowiadań. Dlatego też niestety ciężko nazwać to rywalizacja. Ale myślę, że i tak śmiało można pogratulować @George_Stark ponieważ, stworzył historie dość ekscentryczna i humorystyczną, która ma swój wydźwięk i klimat spojrzenia na polskie "zadupia". Także Panie George jest pan zwycięzcą i przejmuje Pan pałeczkę w wymyślaniu tematu na Styczeń :). Powodzonka wszystkim i bawcie się dobrze :)

#zafirewallem

@George_Stark gratulacje. No to teraz mam już dwa rozgrzebane opowiadania do dokończenia. Pamiętaj, że przysługuje Ci nagroda. Czy masz jakieś tomiszcze, które chcesz mieć na półce poza oryginalnym niemieckim wydaniem Cierpień Młodego Wertera z 1832 roku? Czy przekazujemy środki na inny cel?

@Cori01 Ech, dziękuję. Ciut chujowo wyszło przez to Chujowo. No trudno.


@splash545 Również dziękuję. Tylko co się tak cieszysz?


@fonfi Też dziękuję. I czekam na te dwa opowiadania, a w zasadzie to na trzy, no bo zaraz otwieram kolejną edycję. A tomiszcza to nie, raczej mi niepotrzebne, chyba że masz na zbyciu Iliadę z autografem Homera (może być Simpsona ewentualnie, żeby było łatwiej). A jeśli nie, a koniecznie chcesz się wywiązać (choć nie wymagam tego absolutnie), no to styczeń to miesiąc WOŚP jest przecież.

Zaloguj się aby komentować

Hej ho @cebulaZrosolu ! Potwierdzam dotarcie paczki. Dziękuję bardzo i jest mi niezmiernie miło

Puławski magnes zagościł już na lodówce.

Nie będę kłamał, nie wiedziałem gdzie leżą Puławy, musiałem sprawdzić

Może kiedyś będzie mi dane odwiedzić to miasto!

Dziękuję jeszcze raz za prezent i za organizację zabawy!


#zafirewallem #naopowiesci

4093a1e3-7197-446e-89e4-0972ddce53ea

Zaloguj się aby komentować

Potwierdzam dotarcie w całości nagrody za udział w #naopowiesci w Kawiarence #zafirewallem , ufundowanej przez organizatora poprzedniej edycji - kolegę @cebulaZrosolu


Magnesik dołączy za chwilę do kolegi zakupionego w te wakacje, a piwko już chłodzi sie w lodówce


Dziękuję!

3e517f64-760c-41a3-bba9-03352e7cd9f3

Zaloguj się aby komentować

Statystyki kawiarenki za 2025 rok!!!


Indywidualne podsumowanie i licencja po zapiorunowaniu komentarza


Wspaniały to był i pracowity rok, napisaliśmy wspólnie aż 1178 wpisów oraz 12747 komentarzy!!!

Rozdaliśmy w 2025 (21793)piorunów doceniając wpisy naszych koleżanek i kolegów.

Otrzymaliśmy 2025 (71107) piorunów w naszych komentarzach od osób które doceniły naszą pracę!


Liczba osób która się z nami bawiła w 2025: 353

Wszystkich uczestników kawiarenki: 759


10 najczęściej używanych tagów i liczba wpisów, w których występują:

zafirewallem (1020) wspisów które zebrały (18829) piorunów

nasonety (452) wspisów które zebrały (6827) piorunów

naczteryrymy (345) wspisów które zebrały (7271) piorunów

poezja (232) wspisów które zebrały (4172) piorunów

tworczoscwlasna (193) wspisów które zebrały (3410) piorunów

diriposta (150) wspisów które zebrały (2596) piorunów

naopowiesci (122) wspisów które zebrały (2633) piorunów

diproposta (47) wspisów które zebrały (688) piorunów

podsumowanienasonety (44) wspisów które zebrały (625) piorunów

wolnewiersze (40) wspisów które zebrały (563) piorunów


Najbardziej piorunowane wpisy

TOP 1 174

TOP 2 111

TOP 3 99

TOP 4 82

TOP 5 81

TOP 6 71


Najbardziej komentowane wpisy TOP 1 120

TOP 2 81

TOP 3 80

TOP 4 73

TOP 5 70

TOP 6 68


Najbardziej piorunowane komentarze

TOP 1 40

TOP 2 36

TOP 3 36

TOP 4 36

TOP 5 35

TOP 6 34


Jeżeli chcesz indywidualne podsumowanie, zapiorunuj mój komentarz niżej.


Dziękuję wszystkim za wspaniały rok i wspaniałą zabawę


#zafirewallem #naczteryrymy #nasonety #naopowiesci #statystyki

entropy_ userbar

@emdet Twoja przygoda w kawiarence rozpoczęła się piątek, listopad 24, 2023 w TYM WPISIE Który społeczność doceniła4piorunami

Od tego dnia należysz do grona najwspanialszych poetów jacy chodzili po tej planecie.

Dzięki Tobie do Kawiarenki trafiło 17 wspaniałych wpisów które zostały docenione zawrotną ilością 311 piorunów!!!


Najbardziej piorunowane wpisy

TOP 1 29

TOP 2 22

TOP 3 21

Najbardziej komentowane wpisy

TOP 1 56

TOP 2 42

TOP 3 25

Wszyscy czujemy się docenieni dzięki Twoim 210 komentarzom które zebrały aż 1514 piorunów!!!

Najbardziej piorunowane komentarze

TOP 1 32

TOP 2 16

TOP 3 15

Za Twój wspaniały wkład w działalność Kawiarenki oficjalnie w imieniu całej społeczności wręczam Ci tą oto licencję poetycką. Znajdziesz ją w obrazku załączonym do tego komentarza.

1d2e299a-077d-46b6-8395-1ad92ad91a3b

@AbenoKyerto Twoja przygoda w kawiarence rozpoczęła się sobota, lipiec 27, 2024 w TYM WPISIE Który społeczność doceniła3piorunami

Od tego dnia należysz do grona najwspanialszych poetów jacy chodzili po tej planecie.

Dzięki Tobie do Kawiarenki trafiło 1 wspaniałych wpisów które zostały docenione zawrotną ilością 21 piorunów!!!


Najbardziej piorunowane wpisy

TOP 1 21

Najbardziej komentowane wpisy

TOP 1 33

Wszyscy czujemy się docenieni dzięki Twoim 61 komentarzom które zebrały aż 375 piorunów!!!

Najbardziej piorunowane komentarze

TOP 1 21

TOP 2 14

TOP 3 12

Za Twój wspaniały wkład w działalność Kawiarenki oficjalnie w imieniu całej społeczności wręczam Ci tą oto licencję poetycką. Znajdziesz ją w obrazku załączonym do tego komentarza.

516c28fa-0bfe-445f-80c8-9afba5e9475b

@CzosnkowySmok Twoja przygoda w kawiarence rozpoczęła się poniedziałek, styczeń 08, 2024 w TYM WPISIE Który społeczność doceniła2piorunami

Od tego dnia należysz do grona najwspanialszych poetów jacy chodzili po tej planecie.

Dzięki Tobie do Kawiarenki trafiło 34 wspaniałych wpisów które zostały docenione zawrotną ilością 806 piorunów!!!


Najbardziej piorunowane wpisy

TOP 1 174

TOP 2 35

TOP 3 33

Najbardziej komentowane wpisy

TOP 1 81

TOP 2 72

TOP 3 64

Wszyscy czujemy się docenieni dzięki Twoim 1779 komentarzom które zebrały aż 6629 piorunów!!!

Najbardziej piorunowane komentarze

TOP 1 18

TOP 2 18

TOP 3 15

Za Twój wspaniały wkład w działalność Kawiarenki oficjalnie w imieniu całej społeczności wręczam Ci tą oto licencję poetycką. Znajdziesz ją w obrazku załączonym do tego komentarza.

4141e185-eae9-46a2-bf65-393b3e372973

Zaloguj się aby komentować

Prezent Plus


– Mogłyby te małe k⁎⁎⁎ie coś pomóc, no bo jak tak dalej pójdzie, to przecież nigdy nie zdążymy! – powiedział Kamil K⁎⁎as odrywając na chwilę wzrok od ubieranej właśnie na Rynku choinki i spojrzał w stronę, z której dobiegał dźwięk dzwoniących dzwonków i dzwoneczków. Dzwonki i dzwoneczki przyczepione były do sań, sanek i saneczek, a sanie, sanki i saneczki zaprzęgnięto do koni tworząc w ten sposób kulig, który mknął ulicami Ch⁎⁎⁎wa i dostarczał miejscowej dzieciarni mnóstwa radości. Kulig wyjechał przed chwilą zza węgła i zamkniętą tymczasowo dla ruchu kołowego ulicą Orła Białego zbliżał się do Rynku.


– Daj spokój – odpowiedział Kamilowi Filip Fiut. – Niechże chociaż dzieciaki coś z tej zimy mają.


– Niech mają. Niech mają… – Kamil zamyślił się. – Mają to się te małe szczyle uczyć! Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie*, jak to powiedział… Jak to powiedział… No, nieważne, ktoś mądry tak kiedyś powiedział. Ale miał rację. A tu co? Nic tylko śmichy i wygłupy jakieś. I jak tu ma być w tym kraju dobrze? Zresztą, dobrze to już tutaj było. Weź na przykład choćby i ten kulig. Ledwo trochę śniegu popadało i co? Pozamykali drogi, pozamykali szkoły, a przecież to nawet jeszcze prawdziwa zima nie jest! Kiedyś to zimy były! W latach siedemdziesiątych to były zimy! Pamiętasz, Filipie lata siedemdziesiąte? Wstawało się o czwartej rano, brało się ten plecak, poprzedniego dnia już porządnie spakowany, lekcje ładnie odrobione, bo to i dzieciaki były wtedy porządniejsze, i zarzucało się ten plecak na plecy, szuflę się w rękę brało i szuflowało się tunele do szkoły. No i na siódmą zawsze człowiek był, punktualnie. Nikt się nigdy nie spóźniał.


– Prawda, Kamilu. Święta prawda. Tak było. A w adwencie to jeszcze po drodze i na roraty się zaglądało. No i plusy tego były, władza nie widziała, kto w adwencie do kościoła chodził – zgodził się Filip. – No ale to minęło i już nie wróci. Czasy się zmieniają. My mieliśmy ciężko, ale może trzeba się cieszyć, że dzieciaki mają teraz lepiej?


– Lepiej mają, bo to my żeśmy im to lepiej swoją ciężką pracą zbudowali! A one co?! Patrz jakie wesołe! Bo uczyć się nie trzeba! Bo nic robić nie trzeba! A nawet z choinką nie pomogą, robota prawie że nie idzie. Zabrałby się jeden z drugim, to by szybciej poszło i byłoby już z głowy. No i wtedy można by było się bawić. Zresztą, latem bez żadnej zachęty to te szczyle po drzewach łażą, w sadzie Wacka Gruchy przecież w zeszłym roku wszystkie młode jabłonki połamały, a teraz, jak trzeba choinkę ubierać, to jakoś ich to łażenie pod drzewach nie interesuje. I trzeba się straży pożarnej o wóz z wysięgnikiem prosić, a i to nie daje rady. No i jest jak jest, drabinę trzeba na wysięgniku stawiać żeby czubek założyć, a to, jak się okazuje, niebezpieczne. Już trafili na OIOM przecież Krzysiu Kuśka i Patryk Pała, jak ten czubek próbowali założyć i razem z nim spadli. Dobrze, że jest z włóczki, to przynajmniej się nie potłukł. Ale żadnemu z nich się tego czubka założyć nie udało! A taki gówniarz to mógłby się raz dwa wspiąć i czubek byłby już założony.


– Właśnie z tym czubkiem. Może lepiej było zamówić żurawia albo jakiś helikopter… – zaczął Filip, ale Kamil już go nie słuchał. Kamil K⁎⁎as w tym momencie biegł już w stronę wozu strażackiego.


– Zbysiu! Zbysiu, tylko uważaj! – krzyczał do wchodzącego właśnie do podnośnikowego kosza Zbigniewa Zaganiacza. – Jak już koniecznie będziesz musiał spadać, to spadnij przynajmniej po tym, jak już ten czubek założysz. Nie możemy sobie przecież pozwolić na to, żeby drugi rok z rzędu w Uprzejmości mieli wyższą choinkę niż nasza chujowska!




***


Kamil K⁎⁎as patrzył na w pełni ubraną zdobiącą Rynek choinkę. Choinka miała wysokość pięćdziesięciu jeden metrów, była więc nie tylko wyższa od wszystkich Chrystusów świata, zarówno tego w Świebodzinie, jak i tego w Rio, pomijając Chrystusów pomniejszych, stojących i klęczących w przydrożnych kapliczkach i przy ołtarzach, ale również była o jeden metr wyższa od choinki dortmundzkiej, uznawanej do tej pory za najwyższą na świecie.


– „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz**” – pomyślał z dumą Kamil, którego mieszkańcy Ch⁎⁎⁎wa wybrali na Pierwszego Sekretarza Komitetu Choinkowego, uroczyście wręczając mu kilka tygodni wcześniej legitymację w barwach Bożego Narodzenia, to jest książeczkę z okładką w kolorze czerwonym i widniejącą na niej złotą pięcioramienną gwiazdą oraz zielonymi, jak igły choinki, stronami. Kamil K⁎⁎as był z siebie dumny. Czuł, że dobrze wykonał powierzoną mu przez chujowian pracę – wyrobił w końcu ponad pięćset procent normy, gdyż plany zakładały postawienie choinki o wysokości ledwie dziesięciu metrów. I tylko jedna myśl mąciła jego spokój, spokój wynikający z dobrze wypełnionego obowiązku. – „Jeszcze tylko, k⁎⁎wa, ten j⁎⁎⁎ny prezent kupić.”




Kamil K⁎⁎as niekoniecznie zgadzał się ze wszystkimi planami ogłaszanymi przez Władze Centralne, choć, jako wzorowy obywatel, plany te wypełniał skrupulatnie. Jednym właśnie z takich planów był ogłoszony w tamtym roku program Prezent Plus, który miał na celu niesienie pokoju i miłości pomiędzy obywatelami w mocno spolaryzowanym wówczas społeczeństwie. Program ten polegał na organizacji Narodowej Loterii Prezentowej imienia Jana Pawła II, w której to loterii każdemu z obywateli wylosowano innego obywatela, dla ułatwienia mieszkańca tego samego powiatu, któremu miał za otrzymany Bon Prezentowy kupić świąteczny prezent. Bon Prezentowy miał wartość pięciuset złotych, co w skali kraju dawało niecałe dwadzieścia miliardów złotych, czyli około dziesięciu procentu rocznego budżetu NFZ, z którego to budżetu zresztą te środki zostały przesunięte. Budżet NFZ na tamten rok i tak się nie spinał i było wiadomo, że będzie z tego powodu medialna awantura, więc Władza Centralna doszła do wniosku, że to w zasadzie żadna różnica, czy wybuchnie ona miesiąc wcześniej czy miesiąc później, a po wprowadzeniu nowego programu przynajmniej pod koniec roku będzie miło. Pomysł ten nie podobał się Kamilowi Kutasowi z kilku względów. Pomysł ten nie podobał się Kamilowi Kutasowi z tego względu, że uważał on, że pieniądze te powinny być przeznaczone na jakiś inny, pilniejszy cel, na przykład waloryzację emerytur, bo taka waloryzacja bardzo by się Kamilowi Kutasowi, który sam był emerytem, bardzo przydała. Pomysł ten nie podobał się Kamilowi Kutasowi również i z tego względu, że w Narodowej Loterii Prezentowej imienia Jana Pawła II wylosował Filipa Fiuta, za którym, delikatnie mówiąc, przepadał nieszczególnie. – „No ale: jak mus, to mus. Z władzą się przecież nie dyskutuje” – myślał Kamil K⁎⁎as, choć był taki moment, kiedy zastanawiał się nad tym, kogo zamiast Fiuta wolałby wylosować. Nikt konkretny nie przyszedł mu jednak wtedy do głowy.




***




– „I co ja mam mu kupić?” – już od jakiegoś czasu zamartwiał się Filip Fiut, który w Narodowej Loterii Prezentowej imienia Jana Pawła II wylosował Kamila K⁎⁎⁎sa. – „Przecież jemu i tak nic nie będzie pasowało.”


Filip Fiut w podstawówce uczęszczał do jednej klasy z Kamilem Ku⁎⁎⁎em. Kamil K⁎⁎as, który mieszkał wówczas dwa domy za Filipem Fiutem często zimą korzystał z jego wykopanego w śniegu tunelu. Filip ciężkimi zimami lat siedemdziesiątych na lekcje przybywał punktualnie, choć przybywał wyczerpany kopaniem dwukilometrowego tunelu w śniegu. Kamil K⁎⁎as również przybywał na lekcje punktualnie, choć zmęczony był znacznie mniej od Filipa. Kamil K⁎⁎as sprawiał wówczas dobre wrażenie przodownika pracy, bowiem to właśnie on odsypywał resztki śniegu w prowadzącym do szkoły tunelu, kończąc ten tunel, który Filip Fiut wykopywał tylko do wysokości sąsiadującego ze szkołą kościoła. Kamil K⁎⁎as do kościoła nie chodził. Partia zabraniała.


Filip Fiut znał więc Kamila K⁎⁎⁎sa od wczesnej młodości, znał go niemal przez całe swoje życie i może właśnie dlatego, że znał go tak długo i tak dobrze, miał tak ogromny problem z wyborem dla niego prezentu. Filip Fiut wiedział, że czego by nie wybrał, Kamil K⁎⁎as i tak będzie niezadowolony. Filip Fiut długo wędrował od sklepu do sklepu w poszukiwaniu prezentu, który mógłby sprawić Kamilowi Kutasowi choć odrobinę przyjemności, prezentu, który mógłby spowodować to, że Kamil K⁎⁎as się uśmiechnie. Filip Fiut z niemałym zaskoczeniem uświadomił sobie, że pomimo trwającej niemal sześćdziesiąt lat znajomości, nie ma pojęcia jak wygląda uśmiech Kamila K⁎⁎⁎sa. Filip Fiut rozważał różne warianty prezentów. Rozważał wariant edukacyjny – chciał kupić ładne wydanie Opowieści wigilijnej, ale kosztowało ono mniej niż pięćset złotych, zresztą nie był pewien, czy Kamil K⁎⁎as zrozumiałby przesłanie tej historii. Rozważał wariant medyczny i zastanawiał się nad zakupem rocznego zapasu witaminy D, wiedział bowiem, że Polacy są tak agresywni, a to dlatego że nie ma słońca nieomal przez siedem miesięcy w roku***, ale cały chujowski zapas witaminy D został wykupiony przez mieszkańców, którzy wszelkimi sposobami próbowali się bronić przed ogarniającą ten kraj na ponad pół roku pogodową depresją. Filipowi Fiutowi przyszedł do głowy również wariant prezentu skrojonego idealnie pod Kamila K⁎⁎⁎sa, przyszły mu do głowy nawet dwa takie warianty, no ale za pięćset złotych nie da się ani zmodernizować armii na tyle, żeby ponownie zdobyć Berlin, ani nie da się zrobić skutecznej kampanii prezydenckiej tak, żeby Kamil K⁎⁎as mógł zostać zwierzchnikiem sił zbrojnych. W końcu, za radą żony, w przeddzień wigilii, Filip Fiut, nie mając innego wyjścia, dokonał zakupu.


– „Jeśli nie wiesz, co jemu może sprawić przyjemność, kup mu coś, co sprawiłoby przyjemność tobie. No bo co innego możesz zrobić?” – powiedziała Filipowi Krystyna.




***




Nadeszła wigilia. Zgodnie z Rozporządzeniem Rady Ministrów mieszkańcy Ch⁎⁎⁎wa zgromadzili się na Rynku o godzinie szesnastej i, w porządku alfabetycznym, złożyli pod choinką zakupione dla innych mieszkańców prezenty. Mieszkańcy zjawili się w komplecie. Zjawił się wśród nich i Filip Fiut, który złożył pod drzewkiem pięknie zapakowany w zielony papier z reniferami i przewiązany błyszczącą czerwoną kokardą prezent przeznaczony dla Kamila K⁎⁎⁎sa, choć zrobił to z niepewnością, czy aby na pewno podarunek spodoba się obdarowanemu. Zjawił się też Kamil K⁎⁎as, który rzucił na ziemię owinięty szarą taśmą karton z nabazgranym na nim wysychającym czarnym markerem nazwiskiem Filipa Fiuta.


– „Świecą, sk⁎⁎⁎⁎syny, tymi latarniami, nawet pierwszej gwiazdki nie będzie się dało dojrzeć!” – myślał Kamil K⁎⁎as, kiedy wracał do domu. Zauważył bowiem, że od strony Rynku bije niezwykle jasna poświata. – „Zresztą nie tylko o tę gwiazdkę się tutaj rozchodzi, tutaj Władza Centralna akurat dobrze rozwiązała sprawę i wyznaczyła Narodową Godzinę Rozpoczęcia Wieczerzy na dziewiętnastą, ale te pieprzone latarnie światełka mi na choince przyćmiewają! Już nie mówiąc o tym, ile takie bezsensowne rozświetlanie miasta kosztuje! Po co to tak rozświetlać, kiedy Rozporządzenie mówi, że wszyscy i tak od osiemnastej mają siedzieć w domach? A podatki miejskie ciągle w górę, takiego to, k⁎⁎wa, burmistrza-kretyna kretyni nam wybrali! No nic. Przynajmniej choinka lepsza niż w Uprzejmości, nawet w Echu Chujowskim o niej i mnie napisali. A za rok wybory, to ja sobie w końcu na burmistrza wystartuję i, jak już wygram, to taką wtedy postawię, że aż samego Pana Boga w niebie czubkiem po d⁎⁎ie posmyra!”


Kamil K⁎⁎as był jednak w błędzie, to nie blask latarni rozświetlił tamtego wieczoru chujowski Rynek. Z niekompletnych i chaotycznych relacji żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej oddelegowanych do pilnowania prezentów wywnioskowano później, że na chujowskim Rynku pojawił się wtedy anioł. Ustalono, że pokręcił się chwilę przy choince, zdjął z niej wykonany z włóczki czubek narzekając na to, że ludzie nie wyciągnęli nauczki przy okazji wieży i on teraz znowu musi tę samą robotę odwalać. A później pozamieniał karteczki przy prezentach.




!!! - - - MORAŁ - - !!!:


Aż do Sylwestra Filip Fiut pogrążał się w iście dziecięcej radości, bawiąc się ze swoimi dwoma synami elektyczną kolejką świąteczną pomalowaną w barwy Coca-Coli, której żona od dawna zabraniała mu kupić, bo „przecież były pilniejsze wydatki”. Kamil K⁎⁎as zaś co chwilę wydobywał z kartonu następną ze stu przeciętych w połowie czekolad Wedla i próbował osłodzić nią sobie gorycz kolejnych spędzanych w samotności świąt Bożego Narodzenia, od czego w końcu popsuły mu się zęby.



* – Takie będą Rzeczypospolite, jak ich młodzieży chowanie – cytat przypisywany hetmanowi Janowi Zamoyskiemu;

** – Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz – Maria Konopnicka, Rota;

*** – Polacy są tak agresywni, a to dlatego że nie ma słońca nieomal przez siedem miesięcy w roku – Kazik, Cztery pokoje;


#naopowiesci

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

#hejtopaka dzisiaj leci w świat ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Mam nadzieję, że się spodoba, trochę się cykam xD


A co do ziomali z #naopowiesci to dzisiaj paczka poleci tylko do jednej osoby bo mi po prostu zabrakło pudełek xD

47b9f842-9a6b-4ce4-b9b3-d619f84f9988
6b30921b-49a6-4c6d-9053-7dc728beb5d6

Zaloguj się aby komentować

Witam


Z lekkim opóźnieniem ...


Otwieram XXIII edycję #naopowiesci #zafirewallem


Temat: Sekrety małych miejscowości/wsi(mroczne, pozytywne, jakie tylko chcecie)

Forma: dowolna

Czas: do 31 Grudnia 2025


Temat nie musi być obyczajowy, może być abstrakcja, komedia, fantastyka. Ciekawa puenta mile widziana Ważne żeby główną role odgrywał tu małomiasteczkowy/wiejski klimat i tajemnica.


Powodzonka


ZASADY:

Wrzucasz opowiadanie w ww. tematyce, okraszone tagami #naopowiesci #zafirewallem , masz czas do końca miesiąca potem wybiorę zwycięzcę który wygra nagrodę oraz niepowtarzalną okazję poprowadzić następna edycję #naopowiesci

1dde0bd2-b80d-40e1-b1f2-6115707aa600

mógłbym napisać ze cztery opowiadania o małych miasteczkach

ale

.....mam w d⁎⁎ie małe miasteczka.


Przepraszam. Nie mogłem się powstrzymać. Już jestem spokojny.


A gdyby ktoś nie znał jednego z moich ukochanych wierszy, to informuję, że nie narzekam, ale parafrazuję.

Zaloguj się aby komentować

Ehhh... Moi milusińscy, i kogo tu wybrać...


@KatieWee i @Fletcher wywołali we mnie nutkę nostalgii, @KatieWee spowodowała że zacząłem sobie wspominać jak te 13 lat temu pracowałem w UK, pakowałem mięso do kartonów, pracowałem tam z takim jednym spoko jamajczykiem, sporo Węgrów było, można było się z nimi pośmiać, atmosfera była super

U @Fletcher w opowieści widziałem siebie idącego na nockę do pracy (akurat dzisiaj idę, nie chce mi sieeeeeee), wracającego nad ranem do domu, gdzie po całej nocy wskakujesz do ciepłego łóżeczka i przytulasz się do żony, to jest jedno z najlepszych uczuć w życiu, porównywalne z widokiem małego czworakującego szczypiorka który się cieszy na Twój widok jak wracasz z pracy i "biegnie"' na 4 łapach ile ma sił byle szybciej wziąć go na ręce .


U @MJB spodobało mi się fajne uniwersum niczym z starship troopers chyba też w "miłość, śmierć i roboty" byl odcinek o podobnej tematyce gdzie ludzie odpierali atak robali na jakiejś planecie podobają mi się takie klimaty, oj podobają


No i mamy jeszcze panią spóźnialska @Cori01 (kupić pani zegarek?! :D). Jej historia długa fajna spowodowała, że cały czas się zastanawiałem co się stanie, czy to plantacja marihuany, czy fabryka narkotyków? Nim dalej tym ciekawiej, co te żydki tam knują?! Aż w efekcie stało się coś o czym w ogóle nie pomyślałem


Więc proszę państwa XXII edycję #naopowiesci rzutem na taśmę, wygrywa @Cori01 ( ͡° ͜ʖ ͡°)


gratulacje!

I zapraszam do wybrania kolejnego tematu XXiii już edycji tej pysznej rozrywki


Do każdego z Państwa biorącego udział w tej edycji napisze dzisiaj wieczorem wiadomość priv. Bo chciałem wam wysłać jakiś mały podarczek ode mnie


#zafirewallem

c3a0577f-068e-4c7d-9dfd-3c98f351fa16

@cebulaZrosolu 


małego czworakującego szczypiorka który się cieszy na Twój widok jak wracasz z pracy i "biegnie"' na 4 łapach ile ma sił byle szybciej wziąć go na ręce

Zapisuj te momenty, rób zdjęcia, zanim minie. Ech... Ja już prawie, no nie zapomniałem, ale mnie wzięło na wspomnienia.

Gratulacje dla wszystkich uczestników, a największe dla zwyciężczyni @Cori01.
Przypominam, że zwycięzca dostaje nagrodę w postaci wybranej przez siebie książki. Wiadomość na priv już leci - @Cori01 proszę sprawdzać

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci #zafirewallem


BEZ CELU



Dzisiejszego wieczora widoczność była słaba, zbyt słaba jak na prowadzenie obserwacji. Jesienna aura dawała się we znaki nie tylko uciążliwą i gęstą jak zsiadłe mleko mgłą, ale także przeszywająco zimnym wiatrem. Drobne i szczupłe ciało Kornelii nie było zbyt odporne na niskie temperatury, zwłaszcza podczas jazdy rowerem. Jednak nie była to dziewczyną, którą łatwo można było zniechęcić do działania. Jeśli obrała sobie jakiś cel, niestraszne były jakieś nic nieznaczące przymrozki, „Pogoda? dlaczego coś tak losowego miałby mnie pokonać?” – Powtarzała to sobie za każdym razem, kiedy jej ciało za wszelką cenę próbowało zatrzymać ją w ciepłym, choć nudnym łóżku pod kocykiem. Bycie solidną i twardą było dla niej czymś więcej niż samorozwojem i pracą nad charakterem to było jej credo. Czuła, że właśnie taka musi być, niezależnie od warunków.

Nie była to pierwsza wizyta Kornelii przy tym obiekcie. Już od dłuższego czasu planowała eksplorację opuszczonego budynku, który w skali trudności Ubrexu, o ile by taka istniała, znajdowałby się wysoko ponad przeciętną. Mimo nastoletniego wieku dobrze wiedziała, co robi. Odkąd samodzielnie mogła zwiedzać okolice to co najbardziej ją interesowało to dreszczyk emocji podczas chodzenia po opuszczonych miejscach. Po czym rozwinęła u się u niej chęć i pasja do poznawaniem ich historii i przeznaczenia. Mogła się pochwalić licznymi osiągnięciami w tej dziedzinie, nie tylko jako typowa turystka znanych w tym środowisku obiektów, lecz także odkryciem kilku nowych, o których nikt wcześniej nie wiedział. Uczycie bycia tą pierwszą, może nie był tym samym co czuł Neil Armstrong stawiający pierwsze kroku na Księżycu, ale w jej świecie było ono równie bezcenne. Zwykle nie były to imponujące budynki, często były to po prostu opuszczone domostwa, zapomniane i zarośnięte, powoli niknące w objęciach matki natury. Pożerane przez lasy i łąki.


Nowy cel, który sobie obrała, nie należał do tych nieznanych, pozbawionych zainteresowania czy okolicznych mieszkańców czy ludzi z jej świata. Problem polegał na tym, ze wejście na jej teren było trudne i zwyczajnie nielegalne. Mimo, ze to była opuszczona od kilku dekad fabryka, z której oprócz dzikich gołębi i nietoperzy nikt nie korzystał. Często ktoś o niej wspominał w mediach społecznościowych pod znanymi jej tagami. Łatwo więc było jej wysnuć wniosek, ze nie tylko ona się nią interesuje, ale być może to ona pierwsza odważy się zaryzykować i „postawić” tam swoją flagę jak nieustraszony zdobywca ośmiotysięcznika. Początkiem procesu eksploracji zwykle było poznanie historii miejsca. Niewiele jednak była w stanie ustalić poza tym, że fabryka została całkowicie opuszczona w latach dziewięćdziesiątych i wciąż znajduje się w posiadaniu nieznanego nikomu milionera, który zdeterminowanie nie pozwala na dewastację obiektu. Przez co w przeciwieństwie do innych tego typu lokacji, ta jest niezbyt umiejętnie, ale jednak strzeżona i zabezpieczona.


Najdziwniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że każde źródło podawało zupełnie inne przeznaczenie produkcyjne tego molocha. Spójne było głównie to, że przetwarzano tam aluminium, choć to tylko szczątkowa informacja, nie tłumacząca w zasadzie nic konkretnego. Mimo że mieszkała od fabryki niespełna 20 kilometrów, w lokalnej społeczności była ona jak widmo. Nikt o niej nie mówił, nikt nic nie słyszał, nikt tam nie pracował, mimo że zamknięto ją zaledwie trochę ponad trzydzieści lat temu. Jedna z plotek głosiła, że fabryka nigdy nie została uruchomiona. Wybudowano ją, lecz zanim pierwsze taśmy ruszyły, właściciel splajtował i obiekt pozostawiono w nienaruszonym stanie, z nadzieją, że ktoś go wykupi. Kornelia czuła, że ta plotka może mieć w sobie ziarno prawdy, zwłaszcza w kontekście szczątkowych informacji na jej temat.


…………...


Dawała sobie jeszcze dwadzieścia minut na względne przyjrzenie się zabezpieczeniom. Druciany płot w wielu miejscach był dziurawy, więc wejście na teren fabyrki nie powinno stanowić problemu. Gorzej z czujnikami ruchu, choć część z nich wydawała jej się oczywistymi atrapami. Każdą obserwację skrupulatnie zapisywała w notatniku, po czym rzuciła ostatnie spojrzenie na ponury szereg rdzewiejących, wąskich kominów, po czym ruszyła w drogę powrotną do domu. Wyczerpana padła na łóżko, ostatkiem sił zmuszając się, by wstać, wziąć prysznic i umyć zęby, wszystko z uczuciem walki z samą sobą i słabnącą z każdą minutą silną wolą. Kojący prysznic zdziałał jednak cuda i otrzeźwił ją. Wydobył z niej energie, która gdzieś tam w głębi jej drobnego ciała. jeszcze się kumulowała. Usiadła do biurka i poruszona weną zdołała jeszcze przed snem zaplanować eksplorację na przyszły tydzień. Niedziela wydawała się odpowiednim dniem. Jeśli faktycznie istniała tam jakaś ochrona, to pod koniec tygodnia mogła być po prostu mniej czujna. Intuicyjnie coś nie dawało jej spokoju. Zasypiając czuła, jakby o czymś zapomniała, jakby brakowało jednego puzzla, którego nie mogła odnaleźć, a poczucie niedokończonej układanki wprawiało ją w trudny do opisania dyskomfort, z którym ciężko było wygrać.


……………...


Wyczekiwanie niedzieli wydłużało każdą nudną i trudną do zniesienia chwilę na bezużytecznych lekcjach prowadzonych przez jeszcze bardziej znudzonych i wypalonych nauczycieli. Jedyne, co ją pocieszało, to świadomość, że to ostatni rok tego przymusowego kołchozu zwanego szkołą i wkrótce będzie wolna, a przynajmniej chciała w to wierzyć. Przerwy między zajęciami wypełniała planowaniem kolejnych punktów zwiedzania. Obiekt był duży i wiedziała, że jeden dzień to za mało, by wszystko dokładnie zbadać. Istniała taka możliwość, że się rozczaruje i za murami znajdzie jedynie puste hale, pozbawione duszy i zaklętych w porzuconych przedmiotach historii, których tak bardzo pragnęła doświadczać. W planie wyznaczyła sobie zwiedzanie głównej hali produkcyjnej oraz biur operacyjnych, w których mogła natrafić na plany i informacje dotyczące produkcji. Wiedziała jednak, że jej oczekiwania są bardziej marzeniami niż realnym scenariuszem, który może ją spotkać na miejscu.

Wstała wcześnie rano, zanim jeszcze nastał świt. Przygotowana, pewna swego z całym zestawem niezbędnego wyposażenia „małego poszukiwacza przygód”. Ruszyła w drogę. Fabryka była położona na zupełnym odludziu, wokół nie było, żadnych budynków, domostw, czy gospodarstw, a nawet sypiącej się ambony łowieckiej. Jak zdziczały pustelnik straszył ten kolos zdezorientowanych grzybiarzy. Jadąc, mijała gęste lasy, droga dojazdowa była niemal w całości pochłonięta przez zarośla. Asfalt ledwo przebijał spod suchych liści i martwych, wysuszonych resztek roślin. W okolicy panowała cisza, a w oddali słychać było jedynie krakanie wron. W ciele dziewczyny narastał dreszcz emocji, który z każdą minutą przeradzał się w ekscytację, im bliżej celu się znajdowała. Gdy była już niemal na miejscu, ukryła rower w zaroślach na skraju lasu. Następnie ruszyła przed siebie przez pustą przestrzeń otaczającą blaszanego potwora, który w różowym blasku wschodzącego słońca wydawał się jeszcze bardziej potężny i tajemniczy.


Wejście na teren fabryki, jak przypuszczała, nie było trudne. Zgodnie z planem ominęła kamery i czujniki ruchu, nawet te które wyglądały na atrapy, ale „jak to mówią przezorny zawsze ubezpieczony” – pomyślała i ostrożnym krokiem ruszyła dalej prosto w bebechy potwora, z którym już nie trzeba walczyć. Przecisnęła się przez luźno zamknięte masywnym łańcuchem metalowe drzwi i włączyła świecącą lichym światłem latarkę, która ułatwiła jej poruszanie się w ciemnych pomieszczeniach. Prawdopodobnie weszła od strony wejścia dla pracowników fizycznych. Mijała zakurzone i zardzewiałe szafki, przypominające te ze starych szkół. Obok znajdowało się wejście do łazienek, lecz nie było w nich nic poza kafelkami i dziurami w podłodze po wyrwanych muszlach toaletowych. Nie znalazła żadnych osobistych przedmiotów. Szafki były puste i poza rdzą nie nosiły żadnych śladów użytkowania. Żadnych naklejek, inicjałów, niczego, co wskazywałoby na kiedyś tętniącą życiem szatnię pełną pracowniczej energii i humoru. Ze ścian odklejała się farba olejna, łuszcząc się płatami i opadając na podłogę, stanowiąc poza kurzem jedyny brud zalegający na korytarzach budynku. Wszystko było jak zamrożone w czasie. Nikt niczego nie zmienił, tylko czas, zniekształcił to co potrafił najlepiej. Poruszała się ostrożnie długimi korytarzami, zaznaczając kawałkami żółtej odblaskowej taśmy drogę powrotną. W końcu dotarła do ogromnej hali, a uczucie, które ją ogarnęło, było dokładnie tym, dlaczego tak bardzo kochała to, co robi.


Widok zaparł dech w jej piersiach. Przez świetliki w dachu halę oświetlało skromnie poranne słońce, przebijając się przez zawieszony w powietrzu kurz i pył. Światło odbijało się od ogromnych stalowych kadzi i taśm produkcyjnych, które budziły podziw nad tym, jak ogromne konstrukcje potrafi stworzyć ludzka ręka. Wszystko to jednak wydawało się dla dziewczyny zbyt sterylne i nie rozumiała, jakim cudem nikt z tego nie korzysta. Wiedziała, że coś takiego musi mieć ogromną wartość. A to po prostu stoi sobie nieużywane i zapomniane, obrastając kolejnymi warstwami kurzu, z których niczym dendrolog ze słojów można wyczytać wiek tego miejsca. Wszystko to, nie pasowało jej do typowego urbexu, z jakim miała do czynienia i o jakim czytała oraz słuchała. Było to zbyt idealnie. „Przecież nie była na końcu świata, a brak tu nawet jakichkolwiek śladów zwykłych wandali” – Pomyślała czując niepokój. Dojechała tutaj rowerem, tak jak każdy inny mógł to zrobić. Liczyła, że będzie tu jako pierwsza eksploratorka, ale nie pomyślała, ze będzie pierwsza w ogóle. Ta myśl nie dawała jej spokoju, lecz czuła, że nie ma teraz czasu, by analizować te odchylenie od normy.


Podeszła do jednej z taśm, próbując znaleźć opisy tego, co oglądała. Nie miała na koncie wielu fabryk, ale wydawało jej się logiczne, że linie produkcyjne musiały być jakoś podpisane i oznaczone, czego wymagało BHP, o ile w latach dziewięćdziesiątych było takowe wymagane. Znalazła panel sterowania wykonany z błyszczącego metalu przypominającego miedź. Gałki były ubrudzone grudkami jasnoszarego metalu, a nad nimi znajdowała się tabliczka z wytłoczonym napisem. Nie mogła jednak go odczytać. Był w nieznanym jej języku. Nie interesowała się obcymi językami, ale ten zdecydowanie nie przypominał żadnego europejskiego. Alfabet nie wyglądał jak cokolwiek, co znała. Wydało jej się to chyba najdziwniejsze w całym obiekcie, a przecież miała przed sobą masę innych pomieszczeń. Zrobiła zdjęcia hali i tabliczki, po czym ruszyła dalej, szukając po drodze informacji w języku polskim, lecz mijała jedynie napisy wykonane tym samym nieznanym alfabetem. Zmieniła kierunek na schody prowadzące na andresolę z licznymi drzwiami oznaczonymi również obcymi symbolami. Wchodząc, zatrzymała się zahipnotyzowana widokiem na halę. Z wyższej perspektywy, wzrokiem mogła objąć całą przestrzeń i potęgę, jaka w niej tkwiła. Aby jednak nie stracić poczucia czasu, skupiła się na tym, co miała przed sobą. Było to pięć par drzwi, które zamierzała przeszukać jedno po drugim.


Pierwsze drzwi były niestety zamknięte i to na tyle mocno, że nawet nie drgnęły, gdy próbowała je otworzyć siłą. Kolejne za to ustąpiły bez żadnego trudu i prowadziły do pomieszczenia pełnego kartonów z aluminiowymi odlewami czegoś, czego nie potrafiła do niczego zaklasyfikować. Poza jednym elementem, po który jej dłoń, okryta skórzaną rękawiczką, sięgnęła niemal mimowolnie. Była to aluminiowa maska przypominająca te znane z opisów średniowiecznych tortur. Nie miała wyraźnych rysów twarzy, jedynie otwory na oczy i lekko zarysowany nos i zamknięte usta. Zasada, której trzymała się najpilniej ze wszystkich niepisanych zasad jej pasji, była prosta: „nigdy nie zabieraj pamiątek z urbexu”. Tym razem jednak jej nie posłuchała. Schowała maskę do plecaka i ruszyła w kierunku kolejnych drzwi, licząc, że nie zamieni się w zielonogłowego żartownisia z wielkimi białymi zębami i żółtym garniturem.


Kiedy złapała za klamkę kolejnych drzwi, usłyszała w oddali, jak coś zbliża się do niej – ciężkie kroki. Ich dźwięk niósł się echem przez korytarze, nie dając możliwości namierzenia kierunku, z którego dochodziły. Jedyne, co pomyślała, to że to może być ochroniarz, i szybko ruszyła w kierunku drogi, którą tu przyszła, zwinnie zbierając za sobą pozostawiane naklejki z taśmy. Nie czuła, żeby ktoś ją zauważył, ale wiedziała, że zwlekanie z opuszczaniem tego miejsca mogłoby tylko sprowadzić kłopoty. Wiedziała, że mogła zostać usłyszana. Puste pomieszczenia wzmacniały każdy dźwięk, a jej kroki również odbijały się echem od wszystkich ścian niczym kamień wrzucony do studni. Kiedy w końcu wyszła, słońce było już u szczytu. Dzień był jasny i słoneczny. Wracając, wciąż myślała o tym, co zobaczyła, i o masce, która ciążyła jej na sumieniu.


……………….


Podczas niedzielnego obiadu z rodzicami była wyjątkowo cicho. Zaniepokojona jej nietypowym zachowaniem mama zapytała, czy wszystko w porządku. Pytanie to dla Korneli było jakby usłyszane, z dala, gdzieś obok niej umknęło niezauważone. Aktualnie nie istniało dla niej nic innego oprócz, dręczących ją myśli i zagadek, które czuła, ze musi rozwiązać za wszelką cenę. Z apetytem szybko zjadła to co było podane, podziękowała rodzicom udała się do swojego pokoju, aby przejrzeć fotografie i rozszyfrować napisy, które były dla niej tajemnicą, ale nie powinny być tajemnicą dla internetu. Wrzuciła zdjęcia do wyszukiwarki i poprosiła sztuczną inteligencję o przetłumaczenie tego, co znajdowało się na tabliczkach. SI zasugerowała, że jest to hebrajski. Niestety tłumaczenie nie było zbyt sensowne. „Lepsze to niż nic” – wymamrotała pod nosem. Jedyne co potrafiła z tego zrozumieć to coś o bezwzględnym wykonywaniu rozkazów i posłuszeństwie ponad wszystko. Uznała, że to jakiś błąd w tłumaczeniu albo żart pozostawiony przez kreatywnych „turystów”.


Zbliżał się wieczór, a dziewczyna wciąż nie mogła uspokoić swoich emocji. Wszystko w niej buzowało od podniecenia i ekscytacji, jakiej nigdy wcześniej nie czuła, mimo sporego już doświadczenia. Kładąc się do łóżka, odczuwała wyrzuty sumienia – zabrała przedmiot, który powinien pozostać nienaruszony, złamała swoją złotą zasadę i wiedziała, że to może tylko ją popchnąć do dalszego gromadzenia pamiątek z miejsc, które powinny zostać zatrzymane w czasie, a nie ograbiane. Czuła, że musi tam wrócić i odłożyć maskę na miejsce. Wiedziała, że jeżeli tego nie zrobi, jak zasady runą jak kostki domina, jedno po drugim. Wzięła maskę do ręki i przyjrzała się jej jeszcze raz dokładnie. To, co przykuło jej uwagę, to niewielka tabliczka zamocowana wewnątrz czoła maski, z krótkim napisem, prawdopodobnie w języku hebrajskim. Napis był mocno zatarty i nie znając języka, nie była w stanie odgadnąć, jakie symbole tworzył, by wrzucić je do tłumacza. Poza tym nie dostrzegła żadnych innych charakterystycznych elementów. Odłożyła przedmiot do plecaka i poszła spać.


Sen przyszedł z trudem i był niespokojny. Śniły jej się okropne koszmary. Jednak ich obraz ulatywał od razu po przebudzeniu. A Wybudzała się kilkukrotnie, zlana potem i roztrzęsiona. Słyszała w sobie wewnętrzny głos, czuła go wyraźnie, czuła też, że musi zrobić coś absolutnie szalonego. Wstała z łóżka. Na zewnątrz panowała całkowita ciemność, lecz to jej nie powstrzymało. Ubrała się w ciepłe ubrania, zabrała jeszcze nierozpakowany plecak i po cichu wyszła z domu, tak by nie obudzić rodziców. Wsiadła na rower i ruszyła w tym jednym kierunku, który ją wołał. Ulice były całkowicie puste, a ona mknęła przez ponure, ciche alejki i mroczny las. Słyszała w głowie, jak zahipnotyzowana, dźwięki tłoków i kucia żelaza, które z każdym kilometrem w pobliżu celu zdawały się stawać coraz wyraźniejsze.

Noc była ciepła, a południowy, suchy wiatr ogrzewał jej rumiane policzki. Kiedy dotarła do celu, nie dbała o ukrycie roweru, zostawiła go pod ogrodzeniem w kierunku fabryki, a jej uwagę przyciągało mistycznie migoczące światło w jednym z pomieszczeń. Strach przed ochroniarzem zupełnie jej już nie blokował. Ruszyła odważnie, pewna siebie, drogą, którą już znała. W momencie, gdy weszła na teren fabryki, wszystko nagle zamarło w jej głowie. Dźwięki ucichły, a ciało oblał dreszcz strachu i przerażenia, jakby dopiero teraz dotarło do niej, jak wielką głupotę popełnia. Jednak coś wciąż ciągnęło ją do przodu, w kierunku światła, które ją wołało. Miejsce było takie samo jak wczoraj, z jednym istotnym wyjątkiem, panowało w nim ciepło, bijące od kotłów i kadzi. Gdy je dotknęła, były niemal gorące. Żadne logiczne wytłumaczenie nie przychodziło jej do głowy, poza jednym, „to miejsce wcale nie było opuszczone, jak wszyscy myśleli”.

Źródłem światła było biuro, które wcześniej zapamiętała jako szczelnie zamknięte, tym razem drzwi były uchylone. Przebijały przez nie ciepłe, stłumione promienie lichej lampy. Wchodząc po schodach, jedynym dźwiękiem było echo uderzeń twardych podeszwy butów o stalowe stopnie, nic poza tym. Żadnych niepokojących kroków ochroniarza. Podchodząc do otwartego, tajemniczego pomieszczenia, nie wiedziała, czego się spodziewać, jaki sekret tam odkryje ani kogo może w nim ujrzeć. Gdy chwyciła za klamkę, nagły blask światła ją oślepił. Nie widziała nic wokół, oczy piekły ją od jaskrawego światła, które całkowicie zdezorientowało jej koordynację ruchową. Po chwili upadła na ziemię, uderzając głową o twardą, betonową podłogę.


…………….


Obudziła się, czując słony smak krwi z rozbitej wargi. Światło w pomieszczeniu było tak jasne, że przez dłuższą chwilę jej źrenice nie mogły nabrać ostrości. Gdy w końcu to się stało, zaczęła dostrzegać, w jak trudnej sytuacji się znalazła. Nie przerażało jej nawet to, że siedzi na dużym, jasnometalicznie zabarwionym, masywnym krześle przypominającym tron, lecz fakt, że znajduje się w olbrzymim pomieszczeniu, którego końca ani okien nie widać. Jedynym źródłem światła był olbrzymi reflektor zawieszony nad jej głową, który padał bezpośrednio na nią. Kiedy wszystkie jej zmysły zaczęły wracać do równowagi, w oddali usłyszała powolne, ciężkie kroki, o takim samym tonie jak przy pierwszej wizycie. Z każdą chwilą stawały się coraz głośniejsze. W końcu dostrzegła, jak z ciemności wyłania się ponadnaturalnie wysoka postać o masywnej budowie. Im bliżej się znajdowała, tym bardziej nie dowierzała własnym oczom. Pomyślała, że być może to sen albo uderzenie o podłogę namieszało jej w głowie. Twarz olbrzyma była czymś, co już wcześniej widziała. Było to lico, znane jej z maski, którą nosiła w plecaku. Teraz stało przed nią i patrzyło czarnymi oczami, z których blado przebłyskiwały drobne, białe źrenice niczym światełka zasilane wyczerpującą się baterią. W Korneli obudziła się mała dziewczynka, już nie tak odważna i pewna siebie, której jedynym sposobem samoobrony był głośny płacz, od którego z trudem się powstrzymywała. Wiedziała, że to nie człowiek, na nią patrzy, lecz coś żywego, co poruszało się nieprzerwanie w jej kierunku, będąc już na tyle blisko, że mogłaby go dotknąć dłonią. Jej ręce jednak ze strachu straciły wszystkie siły witalne, pozostając jak posąg, który zastygł nie mając zamiaru zmieniać swojej pozycji. Postać nachyliła się do niej jeszcze bliżej, patrząc prosto w jej oczy. Jej nos niemal dotykał metalicznej twarzy. Wtedy nagle coś w niej ożyło na nowo, Odwaga i werwa wróciły ze zdwojoną siłą. Dziewczyna gwałtownie zerwała się na nogi, chcąc uciec przed topornym ciałem blaszanego potwora, lecz on zareagował szybciej, niż zdążyło to zarejestrować jej oko. Chwycił ją ciężkimi dłoniami za ramiona, tak że jej nogi ugięły się pod nią i opadła bezsilnie z powrotem na miejsce. Jej ciało drżało, lecz czuła, że nie ma nic do stracenia. Wykrzyczała do niego twardo i stanowczo.

-CZEGO ODE MNIE CHCESZ?!


Potwór spojrzał na nią tak, jakby jego spojrzenie wydawało się łagodniejsze. Nie widziała w nim zła. Gdyby chciał jej coś zrobić, już dawno by się jej pozbył. Jedną dłonią mógłby zgnieść jej czaszkę bez większego wysiłku, a jednak tego nie zrobił, nawet gdy próbowała uciec. Jego wzrok skierował się w ciemność, a potem ponownie na nią. Dotknął jej czoła i palcem „napisał” jakieś słowo składające się kolejno z liter EMET. Nie wiedziała, co to znaczy, i wcale ją to nie dziwiło. Nic z tego, co działo się wokół niej, nie miało najmniejszego sensu. Odpowiedziała tylko łagodnym, cichym westchnieniem:


-Nic nie rozumiem…


Mimo że potwór jej nie odpowiedział, zdawał się rozumieć, co do niego mówi. Schylił głowę i ruszył z powrotem w ciemność. Kornelia wolnym krokiem wstała i poszła za nim. On jednak odwrócił się w jej stronę i gestem dłoni, niczym policjant na drodze, nakazał jej zostać w miejscu. Zatrzymała się i czekała, wpatrzona w ciemność, w której olbrzym powoli tracił swoje kontury.


Rozsądek podpowiadał jej, że to najlepszy moment na ucieczkę, choć nawet nie wiedziała, w którą stronę biec. Intuicyjnie czuła jednak, że jest bezpieczna i że znalazła się tutaj nie bez powodu. Po chwili poczuła, jak podłoga pod jej stopami zaczyna drżeć, a pomieszczenie wypełnia hałas marszu setek, ciężkich metalowych stóp. Adrenalina nie ze strachu, lecz z podniecenia tym, co się właśnie działo, opętała ciało nastolatki. Nasilając się, gdy przed jej oczami pojawił się widok którego nie wymyśliłaby sobie jej umysł nawet w najbardziej oderwanych od rzeczywistości snach. Armia wybrakowanych olbrzymów o jednakowych twarzach zmierzających w jej kierunku nierównym krokiem. Cześć z nich była pozbawiona nóg, włócząc korpus ramionami po betonowej podłodze. Przyglądając się dokładniej, Kornelia dostrzegała u każdego z nich jakieś braki i uszczerbki w ich topornej konstrukcji. Nie był to przerażający widok, a smutny, czuła litość i chęć pomocy, „ale jak pomoc komuś kto nie jest z krwi i kości?”


Gdy byli już niemal u jej stóp, zatrzymali się rytmicznie, jak nakręcane, zsynchronizowane zabawki. Po czym wszyscy schylili głowy i uklękli, a przynajmniej Ci, którzy byli jeszcze do tego zdolni przed kruchą dziewczyną. Nie wiedziała, jak reagować, co robić. Myśli w jej głowie stawały się coraz bardziej chaotyczne i pełne pytań. Cała sceneria wyglądała tak, jakby stała się królową olbrzymich niepełnosprawnych blaszaków, które nawet nie potrafią mówić. Nie wiedziała, czym są, kto je skonstruował, ani dlaczego akurat ona była tą, przed którą wszyscy klękają. Podeszła do najbliżej stojącego blaszaka. Wzrok reszty poruszał się za nią synchronicznie. Dotknęła go i poczuła chłód jego ciała. Nie było w nim życia, jakiego się spodziewała, ale też nie było tam pustki. Miały w sobie coś, co sprawiało, ze ma się do czynienia z świadomą istotą Odwróciła się plecami do olbrzymów i ruszyła w stronę tronu, szukając wyjścia. Armia ruszyła za nią. Zatrzymała się i oni też się zatrzymali.


-ZOSTAWCIE MNIE W SPOKOJU! – krzyknęła z irytacją, niczym do rodziców dręczących ją pytaniami o późny powrót do domu. „Właśnie rodzice…” pomyślała. Musieli się o nią martwić. Nawet nie wiedziała, jak długo tu jest. Telefon wraz z jej rzeczami musiał zostać w pomieszczeniu, w którym straciła przytomność.


Armia stanęła w bezruchu, wysłuchując jej rozkazu. Wtedy była już pewna, że rozumieją jej słowa, lecz nie może liczyć na odpowiedź zwrotną. Stanęła przed nimi i powiedziała:

-Niech wyjdzie przed rząd ten, który był przy mnie jako pierwszy!


Nagle z tłumu powoli wyłonił się najlepiej ze wszystkich zachowany olbrzym i ze spuszczoną głową podszedł do swojej Pani, czekając na dalsze rozkazy.


-Nie możesz mówić?

Pokiwał głową twierdząco.


-To pokaż mi, czym jesteście i czego ode mnie chcecie.

Olbrzym odwrócił się i zaczął podążać przed siebie, ociężałym krokiem wyraźnie oczekując, że jego Pani pójdzie za nim. Szli wąskim korytarzem, który niczym podziemny tunel ciągnął się stromo w górę.


-Jesteśmy pod ziemią?

Olbrzym ponownie pokiwał twierdząco głową.


Szli tak około piętnastu minut, zanim dotarli do miejsca, w którym straciła przytomność. Pomieszczenie już nie było wypełnione jaskrawym światłem, jedynie blado świeciła się żarówka, której światło nie obejmowało w całości przestrzeni, w której się znajdowali. Nie było ono duże, nie większe niż przeciętny salon w PRL-wskim bloku. Było ono głównie wypełnione książkami i segregatorami, a na środku stało masywne, drewniane biurko kreślarskie, zapewne należące kiedyś do jakiegoś zapalonego inżyniera. Olbrzym wyciągnął jedną z ksiąg i rozłożył ją na biurku. Spojrzał na swoją Panią, sugerując, by podeszła bliżej i przyjrzała się temu, co próbował jej pokazać. Był to nie do końca zrozumiały dla niej instruktaż specjalistyczny, pełen technicznych rysunków i opisów w języku hebrajskim. Jednak przeglądając strony, dostrzegła powtarzające się schematy i symbolikę. Był to przepis na stworzenie bytu, który stał przed nią, istoty równie mocnej i potężnej jak posłusznej.


Powoli zaczynam rozumieć, wyszeptała dotykając dłoni potwora. Ten jednak jedynie spojrzał na nią niewzruszenie. „choć jakie emocje w ogóle jesteś stanie pokazać” – pomyślała, ze współczuciem. Zrobiło jej się szkoda tych setek samotnych w swojej istocie blaszaków. „Co oni muszą czuć, wiedząc, że ich życie to tylko zlepek projektów i dziwnych rytuałów. Nie ma w tym nic głębokiego ani wyniosłego, są stworzeni tylko po to, by służyć” Chwilę zastanawiała się, co robić dalej. Przecież nie mogła ich tak po prostu zostawić samych, żeby korozja zamieniła ich w pył. Ale co mogła zrobić oprócz próby zrozumienia ich istnienia. „jak mam wam pomóc co mam zrobić?” – pytanie drążyło ją panicznie w jej przeciążonym od tego wszystkiego umyśle.


Olbrzym odwrócił się i ruszył w kierunku klasycznej czarnej tablicy, rodem z dawnych szkół. Niezdarnie krzątał się po pomieszaniu szukając kredy, której nie znalazł na półce pod tablicą. Jego niezdarność rozczulała dziewczynę i wywoływała uśmiech politowania. Czekała jednak cierpliwe na efekt jego poszukiwań i to co za pomocą kredy chciał jej wytłumaczyć. Kiedy ją znalazł już pewnym krokiem ruszył do miejsca docelowego, pisząc coś pięknym technicznym pismem, ku wielkiemu zdziwieniu Korneli w języku polskim. Powoli litery układały się w słowa, a słowa w zadnie, proste i odpowiadające na pytanie, którego nawet nie wypowiedziała na głos.


„OBDARZ NAS SENSEM ISTNIENIA”

__________________________________________________________________


PS: przepraszam za lekką obsuwę

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci #zafirewallem


Wrzucam i ja. To moja pierwsza próba "pisania". Proszę nie być zbyt surowym Albo być!

Nie wiem czy krótko wyszło czy długo. Jak ktoś przebrnie przez te wypociny, chętnie poznam opinię.

Ano i mam nadzieję, że wpasowałem się w temat.


Zatyczki, okulary, rękawiczki – wszystko jest. Telefon. Prawie by zapomniał. Zapakował wszystko do kieszeni na przedzie spodni roboczych i zamknął szafkę. Spojrzał w lustro i znowu dopadło go to dziwne uczucie. Chandra wymieszana z nostalgią i apatią. W odbiciu zauważył zmęczonego, łysiejącego faceta z podkrążonymi oczami, dobijającego do czterdziestki. Patrzył tak sobie w oczy i zastanawiał się, co się z nim stało, a przede wszystkim kiedy to się stało. Kiedy uciekły te wszystkie lata i jak to się stało, że jest w tym miejscu, w którym jest? Westchnął w duchu i zrzucił winę na porę. Nocki w sobotę miały coś w sobie. Fabryka była prawie pusta, oprócz niego było jeszcze czterech współpracowników pracujących na innych stanowiskach i stróż. Żaden kierownik nie kręcił się nad głową, nikt nie sapał nad uchem, nie rzucał dennych żartów czy komentował wydarzeń minionych dni swoimi spostrzeżeniami. Cisza i spokój.


Otrząsnął się z marazmu i pocieszył się w duchu, że zostało tylko osiem godzin pracy. Ruszył w kierunku wyjścia z szatni i po chwili znalazł się już na hali. W drodze do stanowiska pomachał współtowarzyszom niedoli. Stanowisko, które przydzielono mu na dzisiejszą zmianę, to stara produkcja taśmowa, umiejscowiona w samym rogu. Traktowana po macoszemu, zupełnie jakby prezes i spółka się jej wstydzili. A był to całkiem solidny i niezawodny sprzęt z lat 90. ubiegłego wieku. Miała swoje mankamenty, oczywiście, ale przy odrobinie podejścia i doświadczenia sprawowała się lepiej niż niejedna nowiusieńka maszyna kupiona w zeszłym roku. Na jej korzyść dodatkowo przemawiało to, że do większości napraw wystarczył młotek. No, może czasem śrubokręt. Nie była też podłączona do żadnych nowoczesnych systemów, więc ilość wyprodukowanych sztuk wprowadzało się ręcznie. W pierwszej kolejności, co godzinę, do papierowego raportu, a na koniec zmiany do komputera.


Zatyczki do uszu, okulary na nos, rękawiczki na ręce. BHP przede wszystkim. Kluczyk do stacyjki i pół obrotu. Na konsoli wszystkie lampki zaświeciły jednocześnie, po czym większość zgasła. Olej w normie, temperatura również, błędów brak. Kolejne pół obrotu kluczykiem w stacyjce. Obie dłonie na dwa, oddalone od siebie przyciski uruchamiające, ostatni rzut okiem dookoła i maszyna ruszyła. Teraz pozostało tylko co około 20 minut zdjąć z maszyny gotowy element, zrobić wstępną inspekcję wizualną, wyrzucić zbrakowane i odłożyć te dobre do plastikowej tacki. Co jakiś czas odstawić pełną tackę i podstawić nową. Prosta i nudna praca.


Usiadł i wyciągnął telefon. Zamienił zatyczki na słuchawki douszne i puścił radio. Mógł sobie pozwolić na tę odrobinę luksusu ze względu na brak przełożonych, którzy pilnowali, żeby wszyscy przestrzegali przepisów. Po słabym roku ostatnie, o czym marzyli, to kontrola i potencjalna kara. W radiu leciała jakaś audycja nocna o początkach jazzu w Nowym Orleanie. Kompletnie nie jego typ muzyki, ale sama historia była interesująca, a prezenterka radiowa miała magnetyczny głos. A dodatkowo zawsze można dowiedzieć się czegoś ciekawego.


Do przerwy czas zleciał bardzo szybko i bezproblemowo. Na czas jego nieobecności pieczę nad produkcją przy jego maszynie sprawował kolega ze stanowiska obok. Krótkie dwadzieścia minut spędził na zjedzeniu kanapek przygotowanych przez żonę i wypiciu kawy z termosu. Po powrocie uzupełnił zasobnik materiałów, zrobił krótkie oględziny maszyny i elementów ściągniętych przez zmiennika – wszystko w jak najlepszym porządku.

Druga połowa zmiany minęła jeszcze szybciej i nawet nie zorientował się, kiedy wybiła 5:30. Czyli czas na sprzątanie, sporządzenie raportu i przygotowanie stanowiska pracy dla kolejnego szczęściarza. Równo o 6:00 wyłączył maszynę i poszedł do szatni.


Wziął szybki prysznic, żeby nie hałasować w domu, przebrał się i kilka minut później był już na parkingu. Znowu prószył śnieg. Wyciągnął kluczyk i wsiadł do swojej Toyoty Avensis. Poczciwy i niezawodny kawał grata, ale wymagał kilku pilnych napraw. Wiedział, że na pewno nie uda się to w tym miesiącu, ze względu na święta i wyjątkowo zimny grudzień, który spowodował, że musieli ogrzewać dużo więcej niż przewidywał. Zastanawiał się, czy w ogóle uda się wygospodarować dodatkowy budżet w następnym miesiącu. Nastawił grzanie na maksymalną wartość i włączył radio. Z głośnika popłynęły dźwięki „All I Want for Christmas”. Zostały tylko dwa tygodnie. Czas pomyśleć o prezentach.


Droga do domu, która trwała niecałe pół godziny, upływała mu na słuchaniu na przemian świątecznych hitów i reklam. Zatrzymał się na światłach obok nowego białego mercedesa. Jednego z tych, które wielkością praktycznie nie ustępowały czołgom z okresu II wojny światowej. Za kierownicą siedziała młoda, zadbana, atrakcyjna kobieta, a obok niej, na miejscu pasażera, mężczyzna o podobnym jej wieku, trzymający w jednej ręce puszkę piwa, a drugą machając w rytm głośnej, imprezowej muzyki, którą słychać było nawet w Toyocie. Pomyślał, że pewnie jego dziewczyna odbierała go z imprezy. Znowu dopadło go to dziwne, lekkie, mdłe kłucie w duszy. To nie tak, że czuł do nich zazdrość czy zawiść. Ale jednak odczuwał pewną niesprawiedliwość. Odczuwał też tęsknotę za minionymi czasami młodości i beztroski. Zielone światło. Odrętwienie minęło, wrzucił jedynkę i ruszył, a tamci skręcili.


Zaparkował pod domem i po cichu otworzył drzwi. Rozpakował torbę, brudne rzeczy wrzucił do kosza na pranie i przebrał się w piżamę. W lodówce czekała na niego sałatka jarzynowa zrobiona przez żonę. Nalał sobie letniej herbaty z dzbanka i usiadł przy stole. Oczy już mu leciały ze zmęczenia, więc szybko zjadł i wypił. Dochodziła siódma. Odstawił naczynia i poszedł umyć zęby. Zajrzał jeszcze do pokoju dziewczynek. Spały jak dwa małe aniołki. Za dnia potrafiły być małe diabełki, ale jak spały, były zdecydowanie aniołkami. Podszedł do ich łóżek, poprawił im kołdry, ucałował w czółka i po cichu zamknął za sobą drzwi. W sypialni podłączył telefon do ładowarki i zmęczony położył się na łóżku. Ucałował żonę, która mruknęła coś niezrozumiałego, i przytulił się do jej ciepłego ciała. Pomyślał sobie, że jutro pójdą na sanki, a później wypiją kakao. Zasypiając, nie pamiętał już o tamtych negatywnych emocjach. Swoje w życiu już przeżył, a do szczęścia nie były mu potrzebne luksusy. Ogarnięty ciepłem bliskich, zasypiał spokojny i zadowolony.

Zaloguj się aby komentować

Czasem w życiu przytrafiają się rzeczy, których nikt się nie spodziewa - jak śnieg w lipcu; kot, który wymiotuje na kafelki, a nie na świeżo wyprany dywan czy @bori niepominięty w hejtonewsach.


No i taka rzecz mi się przydarzyła wczoraj.


Wczoraj przyszła paczka z nagrodą za #naopowiesci od kolegi @onpanopticon i wiecie co on mi wysłał?!


Pióro z grawerem Kawiarnia Za Firewallem, ni mniej, ni więcej


Wy sobie nawet nie jesteście w stanie wyobrazić mojej miny, gdy otworzyłam tę paczkę- szok, niedowierzanie, radość, całe spektrum emocji


No i teraz mam najlepsze pióro na całym hejto, dziękuję @onpanopticon!


Dziękuję też koledze @fonfi , który ponoć też miał z tym coś wspólnego


#zafirewallem #piorawieczne #chwalesie

cdfe64ca-06f1-4ed9-8e9c-a60204da6cbf

@KatieWee miałem się nie odzywać, ale ja nie pamiętam kiedy mi ktoś tak ładnie za coś podziękował chyba jestem jeszcze bardziej zadowolony niż ty cieszę się, że się spodobało. PS @cebulaZrosolu teraz ty na priv dane, bo filiżanka czeka

Zaloguj się aby komentować

Hej, mam nadzieję że to wystarczająco spełnia kryteria tematu "fabryka", a przynajmniej te industrialne.


Tytuł: Texas Troopers


– Twoje szkolenie dobiegło końca, kowboju.

John słyszał te słowa tak, jakby ktoś wypowiadał je zza grubej szyby. Wciąż nie docierało do niego, że naprawdę przetrwał. Ostatnie tygodnie były brutalne. Połowa rekrutów nie wróciła, a wielu z tych, którzy przeżyli, i tak nie nadawało się już do walki.

Spojrzał w dół na swoje nogi, a raczej na to, co z nich zostało. Dwa krótkie kikuty. Kilka lasek dynamitu eksplodowało tuż obok niego, odbierając mu nogi, oko i porządnie uszkadzając słuch. Ale to wciąż nie wystarczyło, by go wykluczyć. Potrzebny był każdy, kto miał sprawne ręce.

– Kowboju! – usłyszał zirytowany męski głos. 

John obrócił się w jego stronę i wskazał na ucho, kręcąc głową. Kapitan pochylił się i wrzasnął wprost do niego:

– Sierżancie Smith! Robale nas zaatakowały! Jesteś potrzebny! Wiem, że to nagłe, ale jesteś potrzebny! Zrozumiałeś?!

John pokiwał jedynie głową. A więc pora na niego. Większość żołnierzy nie przeżywała swojego pierwszego starcia. Pomimo tak ciężkiego i bezwzględnego treningu, obóz szkoleniowy i tak niewystarczająco przygotowywał na spotkanie z wrogiem. A może po prostu nie dało się na to przygotować.

Jego mięśnie były napięte, a w uszach dzwoniło mocniej niż zwykle. Spojrzał na rekruta, który pchał jego wózek. Bandaż opinający głowę chłopaka wciąż przesiąkał krwią.

Metaliczny zapach smaru i pary uderzył go w nozdrza, kiedy dotarli na mostek. Jego oczom ukazał się mierzący szesnaście metrów mechaniczny robot oraz jego dziesięcioosobowa załoga. Połowa z nich była okaleczona, ale widocznie wciąż znalazły się dla nich zadania. Przynajmniej jeszcze nie biorą dzieci, pomyślał John.

Mech znajdował się w pozycji przykucniętej, ułatwiającej wejście przez właz w korpusie.

Dwa duże silniki parowe i po jednym mniejszym wspomagającym na każdą z kończyn, zaczął wyliczać w myślach John tuż po tym jak dwóch rekrutów przypięło go rzemykami do fotela. Dał załodze znak, aby rozeszli się na stanowiska i zabrał się za sprawdzanie systemów.

Troje ludzi zajęło miejsce przy głównych silnikach, czterech przy mniejszych, a dwoje obsługiwało amunicję. Po jednym na rewolwer. Reszta pozostawała w rezerwie, gotowa na odbiór zapasów.

Załoga zajęła się rozpalaniem pieców podczas gdy John kończył przegląd systemów. Na koniec złapał dwie wiszące przed nim rączki i zacisnął dłonie czekając na sygnał.

Przed nim ustawiły się dwa olbrzymie rewolwery. Magnum 440 i 4. Szesnaście ogromnych pocisków na magazynek. Potężna broń, zdolna zniszczyć silne drzewo pojedynczym strzałem.

Kiedy silniki zaczęły pracować, ściągnął ręce do siebie, a maszyna zaczęła się podnosić. Wibracje przeszły przez cały jego fotel. Czuł je nawet w kikucie lewej nogi. Pomimo problemów ze słuchem, usłyszał ogromny hałas pracujących mechanizmów. Kiedy mech się wyprostował, John zaczął poruszać rękami do przodu. Powoli, jakby boksował pod wodą. Każde “uderzenie” pięścią przesuwało robota o krok do przodu.

Przed wyjściem z hangaru stały już rzędy podobnych maszyn. Powietrze zgęstniało od pyłu węglowego wyrzucanego z kominów dziesiątek kolosów. John zaczął wierzyć, że sytuacja nie jest aż tak beznadziejna. Dziesiątki ogromnych maszyn gotowych wystrzelać każde paskudztwo, które stanie na ich drodze.

Zanim dostali sygnał do wymarszu, na miejsce dotarło jeszcze kilkadziesiąt robotów. Mała armia na znak ruszyła do przodu. Prawa, lewa, prawa, lewa. John “boksował” na zmianę rękami zaciśniętymi na drążkach. Pierwszy rząd przeszedł w szybki trucht, a z ich kominów buchnął czarny dym. Za nim przyspieszył drugi rząd i trzeci, aż w końcu i John zaczął biec.

Aż miał ochotę krzyknąć “Za demokrację!”, jak robili to żołnierze dwie dekady temu, kiedy bronili całej planety, a nie ostatniego już dystryktu.

Jednak pomimo tak beznadziejnej sytuacji, miał obowiązek zrobić wszystko, by ochronić resztki ludzkości. Był to winien wszystkim, którzy oddali swoje życie za sprawę. Całym krajom, które stawiały opór tak długo, aby zbudować i udoskonalić te maszyny, które teraz są ich ostatnią nadzieję na wygraną.

Na horyzoncie pojawił się wróg. John biegł dalej wraz z pozostałymi kowbojami. Niebo ciemniało od masy nadciągających insektów, a John zdał sobie sprawę, jak wielka jest armia przeciwnika.

Przebiegli przez ostatnią bramę, przy której stali rekruci gotowi dostarczyć zapasów węgla i amunicji. Ustawili się w bojowym szyku, a wokół nich kotłowała się piechota wyposażona w przeróżne rodzaje broni, mające na celu łatwiejszą eliminację insektów.

Bardzo, bardzo przerośniętych insektów. Najmniejsze z nich mierzyły ponad 2 metry. Przy największych maszyna Johna wyglądała jak zabawka. 

Miękkie trzaski chitynowych pancerzy robali dziwnie kontrastowały z rytmicznym stukotem stalowych tłoków mecha.

Dasz radę. Przeszedłeś całe to szkolenie, poradzisz sobie. Powtarzał w myślach John.

Kiedy pierwsze roboty wdały się w walkę z przeciwnikiem, John wycelował rewolwery i oddał pierwszą salwę. Trafił jednego z mniejszych robali. Pozostałe dwa znacznie zwinniejsze jak na ich rozmiar uskoczyły.

Obrócił mecha i oddał kilka strzałów. Padł drugi. Trzeci. Czwarty.

– Przeładować! – krzyknął John, nie mając pewności czy załoga słyszy go w tym zgiełku. Ale musieli zobaczyć jak cofa prawy rewolwer, bo przystąpili do działania. W lewym zostawił dwa naboje na wszelki wypadek.

Dwa kolejne insekty pędziły wprost na niego. Strzelił. Jeden runął martwy. Drugi skoczył na korpus maszyny.

John zobaczył, jak jedno z odnóży robala zbliża się w jego stronę.

Poczuł ostry ból w brzuchu, a przed jego oczami ukazała się ciemność. Ból zniknął.


#naopowiesci #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

W fabryce każdy dzień jest podobny do poprzedniego. Czasami zdarza się jakiś wypadek, czasem są jakieś popularne imieniny jak Andrzeja czy Anny, gdy wszyscy jeszcze w pracy wypijają łyk czy dwa z niezbyt czystej szklanki i jakoś tak praca idzie szybciej. Ale większość dni jest dokładnie taka sama. Wejść, wpisać się, przebrać, umyć ręce i do roboty.

Tego dnia Hanka już powoli odliczała czas do końca zmiany, gdy kątem oka dostrzegła jakiś ruch przy nogach.

-Ki diabeł? - pomyślała i szybko spojrzała w dół. Obok niej kicał zupełnie niespłoszony hukiem maszyn  i mrowiem ludzi zając. Spojrzał na nią gdy ona patrzyła na niego, a szary nos poruszał się w rytm jego oddechu.

Hanka rozejrzała się po hali. Wszyscy byli zajęci swoją pracą.

-Niedobrze. Niedobrze. - Ale pomimo tego uśmiechnęła się do zająca, który pokicał trochę dalej przejściem między stołami.

Od tego dnia od czasu do czasu zając wracał. Czasem siadał przy jej stanowisku, a jego długie uszy z czarnymi końcówkami poruszały się wtedy niespokojnie.

-Już dobrze, dobrze - Hanka głaskała go wtedy stopą, którą wysuwała z chodaka. Futro miał jednocześnie miękkie i nieco szorstkie, wpadające trochę w brązowy kolor.

Cieszyła się kiedy przychodził i w każdej wolnej chwili wyglądała czy nie kica do niej.

Ostatnio tych wolnych chwil było coraz mniej - musiała przejąć część obowiązków kolegi, który odszedł. Spieszyła się jak mogła, ale robota była nie do przerobienia.

Odpoczywała tylko w niedziele - ale tej niedzieli zwaliło jej się wiele na głowę, więc nie odpoczęła wcale. Dlatego w poniedziałek ucieszyła się tak bardzo, gdy zobaczyła kolegę na stanowisku obok.

-Dobrze, że jesteś, Zbychu - uśmiechnęła się do niego. 

Zaraz po przerwie obiadowej pojawił się też zając i - co za niespodzianka - przyprowadził towarzyszkę.

-No tak, wiosna - śmiała się w duszy Hanka - wszystko w naturze szaleje. 

Z radością patrzyła na wygłupy zajęcy, podczas gdy jej ręce zajęte były pracą.

Pod koniec dnia podeszła do niej koleżanka.

-Stary wzywa cię do siebie - rzuciła z dziwną miną.

Hanka zdjęła fartuch i poszła na górę do gabinetu dyrektora.

-Dzień dobry.

-Dzień dobry. Usiądź.

Hanka usiadła w niskim, niezbyt wygodnym fotelu. Podejrzewała czego może dotyczyć ta rozmowa, ale starała się odsunąć tę myśl od siebie.

-Widzisz je, prawda? - dyrektor walnął prosto z mostu. Jasne wiosenne światło wpadające przez okno sprawiało, że cała ta scena wydała się Hance nierealna.

-Tak - nie było sensu kłamać, wiedziała że on wie i jak to się skończy.

-Musisz odejść.

-Nie możecie mnie zwolnić. Mam dwoje dzieci i męża pijaka. Napiszę do Rady jak mnie zwolnicie - rzuciła unosząc wyżej głowę.

-Możesz pisać nawet do papieża. Wiesz jak to się skończy. Będziesz ich widzieć coraz więcej i więcej. Będą się na ciebie patrzeć, będą błagać o litość, nie dasz rady.

-Dam radę - zacisnęła usta.

-Ponoć dzisiaj widziałaś Zbyszka, do cholery! W zeszłym tygodniu wciągnęła go maszyna, krwi jeszcze nie udało nam się zmyć z sufitu, a ty jakby nigdy nic "cześć Zbyszku!" - dyrektor zaczął tracić cierpliwość.

-No i?

-Zaraz zaczniesz widzieć dziki i łosie, k⁎⁎wa, jak ty sobie wyobrażasz pracę w takich warunkach? To jest zakład przetwórstwa dziczyzny, a nie ZOO, do jasnej cholery! - uniósł się do wrzasku dyrektor doprowadzony do ostateczności.

Ale ona już nie słuchała.

Wyszła, a za nią pokicały dwa widmowe zające.


#naopowiesci #zafirewallem #jesiennewyzwania ("Napisz creepypastę")

a0e01a28-49c8-4f5c-b31f-20cca011d986

@KatieWee kurde poczułem się jak w przetwórni mięsa w której kiedyś pracowałem xD teraz nie wiem czy ten murzyn z Jamajki z którym pracowałem przy obrotowym stole pakując mięso do kartonów, był prawdziwy xD

Zaloguj się aby komentować

Chciałbym bardzo serdecznie podziękować koledze @fonfi za prezent, świetny jest


Wiem, że jestem nerwowy xD przydadzą się takie kolorowanki na pewno


Ogólnie to śmieszna sytuacja bo wziąłem udział w #naopowiesci i się później okazało, że za 1 miejsce są nagrody


Dzięki jeszcze raz ᕦ( ͡° ͜ʖ ͡°)ᕤ


#zafirewallem #chwalesie #stoicyzm

70b3e235-1069-4cb9-969c-10243af55f8b
092ebf69-1a01-4500-9b19-12d7e0d9a861

Zaloguj się aby komentować

Oczywiście nie biorę udziału w konkursie w którym sam jestem żuri, ale że nie mogę zasnąć postanowiłem użyć swojej makówki do czegoś konstruktywniejszego niż rozmyślanie nad błędami młodości xD


#naopowiesci #zafirewallem


Potwór z Łęgnowskich bagien.


Jesienne popołudnie nie zapowiadało niczego niepokojącego.

Robert Vredowski był przytłoczony policyjną papierologią, gdy na jego biurku zadzwonił telefon...


Halo! zawołał zachrypniętym, niemiłym głosem.

W słuchawce odezwała się kobieta, usłyszał tylko "Panie poruczniku musi tu pan przyjechać i to zobaczyć..."


Niechętnie wstał od biurka, wyjrzał przez okno na zaparkowane służbowe Clio, przypominało mu ono swojego partnera z policji, śp Przemysława Rosołowskiego... Powiedział aby "ehhh k⁎⁎wa", zdjął z wieszaka prochowiec, i wyszedł na spotkanie ze swoją rozmówczynią.


Deszcz nie ustępował, Robert podjechał pod wskazane miejsce, był to dom, drewniany, dość stary. Za domem kręciło się kilku policjantów, koguty radiowozu rozjaśniały ten smętny jesienny wieczór.


Co mu tu mamy?!

Znowu się pojawił Panie poruczniku! Powiedział ten sam kobiecy głos co w telefonie. Robert przekroczył próg kurnika znajdującego się na tyłach posesji i ujrzał masakrę, oprócz martwych kur na klepisku leżał chłop. To stary Józek Kądziela Panie poruczniku, odrzekła kobieta. A raczej to co z niego zostało, dodał Robert Vredowski.


To fakt, gdyby nie portfel w kieszeni kamizelki, ciężko byłoby rozpoznać, że to stary poczciwy Józek, denat był pozbawiony kończyn oraz głowy. Ciało było rozszarpane niczym przy kontakcie z niedźwiedziem. Jednak w okolicach Bydgoszczy nie ma niedźwiedzi jak trafnie zauważył jeden z posterunkowych oddelegowany do zabezpieczenia miejsca zbrodni.

Ano nie ma odpowiedział Robert, pociągając łyk wódki z piersiówki która zawsze miał przy sobie.


Nastepnego dnia w komisariacie odbyło się spotkanie które miało na celu zebranie faktów, burzę mózgów oraz rozdysponowanie załogi.


Znana była legenda o potworze z Łęgnowa, kilka dekad temu teren ten został silnie skażony przez chemikalia z pobliskiej fabryki zachem, podobno pewnego razu dzieci bawiły się w pobliskim lesie i jedno z nich yyy z tego co pamiętam miał na imię Wojtuś, wpadł do studzienki kanalizacyjnej i już nigdy go nie odnaleziono. Legenda owa mówi, że chłopiec przeżył, ale tak został zdeformowany od chemikaliów z fabryki, że bardziej przypominał potwora niż człowieka.

Tak wiem, nigdy go nie odnaleziono oraz nikt oprócz Starej Kądzielowej nigdy go nie widział, ale jak to z legendami, zawsze jest w tym ziarno prawdy, więc uważam, że powinniśmy to sprawdzić, zwłaszcza, że nie mamy lepszych tropów.


Porucznik Robert Vredowski stanął na czele ekspedycji poszukiwawczej, cały okoliczny las podzielili na kwadraty, rozdzielili się i zaczęli poszukiwania. Dosyć szybko trafili na pierwsze dziwne tropy, opakowania po twarogu klinek, z jednej strony no co dziwnego może być w foliowym opakowaniu po twarogu porzuconym w lesie? Ano może i nic gdyby nie to, że tych tutaj były setki jak nie tysiące...

Ale oprócz tego nic, cisza, żadnych śladów.

Jednak Robert miał pewne przeczucie, postanowił wspiąć się na drzewo i zaczaić.

Nie mylił się, po kilku godzinach usłyszał szmer dobiegający z pobliskich krzaków, a chwilę później zobaczył postać zbliżającą się do miejsca w którym robił przyczajke.


Robert zeskoczył z drzewa, oczywiście nieporadnie jak to on i skręcił sobie kostkę. Jednak jednym szybkim ruchem wyciągnął zza pazuchy colta, pamiątkę po swoim śp. Towarzyszu Przemysławie Rosołowskim.

I wymierzył w bestie!

Stój bo strzelam sk⁎⁎⁎⁎synu!

Podświetlił go latarką a to co ujrzał go zmroziło...


Człowiek blady jak kreda, wyżyłowany, z wąsem jak sum. Jedyne co mówił to TWAAAAAARÓÓÓÓGGG


O k⁎⁎wa! Zdążył wykrzyczeć Robert Vredowski...


Cdn.

47940d05-6008-4f01-a1c1-8ca32f301a0f

Zaloguj się aby komentować