#naopowiesci

26
287

Inspirację stojącą za poniższym opowiadaniem pozwolę sobie przemilczeć.


***


Defron


– A to weź zrób trochę grubsze – powiedział Księciunio wskazując ręką na nie do końca określony punkt monitora.

– W wytycznych było, że mam wszystkie ścianki pocienić – powiedziałem ja, przenosząc wzrok na stojącego obok Tołdiego.

– Ja się nie będę wtrącał – powiedział Tołdi.


To nie jest opowieść o Gumisiach. Nie będzie tutaj Zamiego i Grafiego, nie będzie Kabiego i Sami. Nie będzie nawet Buni. Musiałem jednak jakoś nazwać swoich bohaterów, musiałem jakoś ich zanonimizować i w taki właśnie sposób Księciunio został Księciuniem – to on ma tutaj władzę, a Tołdi został Tołdim dlatego, że – no cóż – zachowuje się dokładnie tak, jak w Gumisiach zachowywał się Toudi.


To właśnie wtedy coś we mnie pękło – dłoń zaczęła mi pulsować w tym miejscu, w którym poprzedniego dnia oparzyłem się przez przypadek dotykając mocno rozgrzanego pieca.



Cóż, tak to już bywa, że życie okazuje się prozaiczne. Mnie nie ugryzł żaden radioaktywny pająk (nie ugryzł mnie nawet żaden zwykły, choćby z takiego, dajmy na to, Grudziądza), nie zostałem napromieniowany w wyniku nieszczęśliwego wypadku (raz tylko miałem RTG klatki piersiowej), nie przybyłem z odległej planety Krypton (choć ci, którzy nie wątpią w moją męskość mogą przebąkiwać coś o jakimś Marsie, ale nawet jeśli, to Mars nie jest przecież wcale aż tak daleko), nie zostałem nawet, jak pewien inny Stark, zainfekowany X-wirusem (mnie to nawet SARS-CoV-2 chyba ominął) – ja po prosu dotknąłem gorącego pieca.



Stali więc nade mną Księciunio i Tołdi, a mnie pulsowała dłoń. Pulsowała coraz mocniej i mocniej. Pulsowanie rozchodziło się stopniowo przez przedramię do ramienia i dalej, rozchodziło się po całym ciele, a wraz z tym pulsowaniem rozlewała się po mnie frustracja. Ta poparzona dłoń była jak stygmat. Była jak znak. I może rzeczywiście była znakiem tego, co miało stać się za chwilę. Bo ja za chwilę umarłem.



Umarł król, niech żyje Król”, jak to mawiali Francuzi, tylko że w tej historii żaden król nie umarł. Jeśli ktoś miałby być w tej historii królem, to zapewne byłby nim Księciunio, ale Księciunio nie umarł. Umarłem ja, zwykły prostak, a o tym, jak świat traktuje umieranie prostaków pisał choćby, skoro już jesteśmy przy Francuzach, pan Emil Zola w swojej króciutkiej, choć bardzo treściwej książce „Jak ludzie umierają”.



Ja więc umarłem, a kiedy już umarłem, wtedy narodził się on – narodził się Defron.

Defron był wspaniały. Był wysokim, przystojnym, dobrze zbudowanym mężczyzną absolutnie bez żadnego zwisającego znad paska spodni brzuszka. Oczy miał jak sokół – pozbawiony był jakiejkolwiek wady wzroku, która zmuszałaby go do noszenia okularów, a grzywę miał jak lew – żadnych zakoli z przodu, żadnej łysiny z tyłu. Defron był potężny. Jego wspaniale wyrzeźbione ciało kryło w sobie (choć nie kryło do końca, kryło tak, żeby trochę jednak było widać) siłę i zwinność, a jago umysł cechował się wyjątkową bystrością. Defron był Übermenschem, żeby tym razem sięgnąć nie do Francji, a bliżej, bo tylko do Niemiec. To właśnie z powodu tego jego nadczłowieczeństwa Defron nie promieniował, jak zwykły człowiek, tylko w zakresie podczerwonym, ale promieniował również w zakresie nadczerwonym, co, tłumacząc z fizycznego na ludzki, oznacza tyle, że otaczały go płomienie.



Ze względu na ograniczoną w tej edycji liczbę znaków nie będziemy wymieniać wszystkich wspaniałych cech naszego superbohatera, tym bardziej że, ze względu na konstrukcję opowiadania, należałoby każdą z tych cech dodatkowo uwypuklić poprzez jakieś na przykład porównanie, a na to, niestety, nie ma tutaj miejsca. Ograniczymy się więc tylko do tych cech (choć i tak nie wszystkich) wymienienia, a będą to: inteligencja, ogłada, uprzejmość i charyzma. Żeby jednak nie pozostawać gołosłownym postąpimy zgodnie z biblijną maksymą „po owocach ich poznacie” i wszystkie wymienione (a także niewymienione) cnoty Defrona zobrazujemy opisując to, co wydarzyło się chwilę później.



– Ty, k⁎⁎wa, jesteś normalny!? – zrywając się z krzesła Defron wykrzyknął do Księciunia. – Czwarty raz mi zmieniasz, debilu j⁎⁎⁎ny, wytyczne projektowe! A ty, debilu i przydupasie debila w jednym – tutaj Defron zwrócił się do Tołdiego – przyjdziesz jutro i się będziesz, k⁎⁎wa, głupio pytał dlaczego ten projekt idzie tak powoli?!

Powiedziawszy, co miał do powiedzenia, Defron od słów przeszedł do czynów („i słowo ciałem się stało”) i wy⁎⁎⁎ał prawą ręką lutę Księciuniowi a lewą (którą miał tak samo silną i sprawną jak prawą, niczym Leonardo da Vinci) wy⁎⁎⁎ał lutę Tołdiemu.

Książę i Tołdi zostali zatrzymani przez dwie przeciwległe ściany biura, po których się zsunęli i zalegli pod nimi bez przytomności. Pozostali obecni tego dnia w biurze natomiast wstali i zaczęli klaskać.

– Dobrze zrobił! Od dawna im się należało! – rozległy się głosy.

Defron natomiast odwrócił się w kierunku drzwi i wyszedł podśpiewując po drodze, jak na człowieka w świecie obytego przystało, zwrotkę jednego z amerykańskich standardów:


"If you see me coming, better step aside,

a lot of men didn't, a lot of men died;

one fist of iron, the other of steel

if the right one don't get you, then the left one will"*



. . . . .



To wszystko powyżej oczywiście nigdy się nie wydarzyło i pewnie nigdy się nie wydarzy. To wszystko powyżej to bujda – literacka fantazja albo wylew frustracji, którą bezpieczniej jest wylać w taki właśnie a nie inny sposób, bo inny sposób mógłby nieść za sobą utrudniające życie konsekwencje. To wszystko powyżej zostało więc całkowicie zmyślone. No, może poza pierwszym akapitem.



– A to weź zrób trochę grubsze – powiedział Księciunio wskazując ręką na nie do końca określony punkt monitora.

– W wytycznych było, że mam wszystkie ścianki pocienić – powiedziałem ja, przenosząc wzrok na stojącego obok Tołdiego.

– Ja się nie będę wtrącał – powiedział Tołdi.

Przez chwilę milczeliśmy. Nie patrzyliśmy na siebie nawzajem, wszyscy patrzyliśmy w monitor. W końcu to ja przerwałem tę niezręczną ciszę:

– No dobra – powiedziałem. – Poprawię. Powinno być gotowe do końca tygodnia.

Księciunio uśmiechnął się i odszedł zadowolony. Tołdi od razu podreptał za nim.



* – Merle Travis, Sixteen tons


***


6018 znaków ze spacjami.

#naopowiesci

#zafirewallem


EDIT: Dalej mnie straaaasznie irytuje brak możliwości formatownia tekstu. Odpowiednie formatowanie bardzo pozwoliłoby w tym opowiadaniu odpowiednio zaakcentować akcenty w akapitach, ech.

@George_Stark Ja pierniczę, kartka żywcem wyrwana z mojego pamiętnika, którego nigdy nie pisałem i pewnie nie napiszę. Tylko u mnie bohaterem byłby pewnie Safetron albo jakiś inny Safeman... Piękne w treści i piękne w formie, nawet pomimo barku możliwości formatowania.

Zaloguj się aby komentować

Chciałam bardzo podziękować @fonfi za cudowny prezent w związku z wygraną w konkursie #naopowiesci. Bardzo bardzo zachęcam do brania udziału


Odpowiadając na pytanie z wiersza: Jak jeszcze ciepły to chyba nie nekrofilia


#kawiarenkazafirewallem

fb41ba88-801a-4487-abde-0abdc1e26d8c

@Cori01 cieszę się, że się podoba. No i zanotowałem, żeby sprawdzać temperaturę strzygonia. Chociaż w moim przypadku to potencjalnie raczej strzygi xD

Zaloguj się aby komentować

Opowiadanie krótkie, jak się okazuje, trudniej jest napisać niż opowiadanie dłuższe, a już na pewno trudniej niż opowiadanie, które może być tak długie, jak samo tego chce. Zrobiłem sobie wyzwanie i te kilka elementów, które wymyśliłem, chciałem zawrzeć w jak najmniejszej liczbie znaków. Chyba się nawet udało, ja w każdym razie jestem zadowolony. Pewnie dałoby się to jeszcze jakoś skrócić, no ale już mi się nie chce.




Nie każdy bohater nosi pelerynę


W ciągu dnia było gorąco i duszno. W nocy było zresztą dokładnie tak samo, tylko na dodatek było jeszcze ciemno.

– Nie waż się nawet myśleć o żadnym ognisku! Rozmawialiśmy już o tym – powiedziała Klara.

Michał rozejrzał się dookoła. Bliżej lub dalej, w każdym kierunku pomiędzy gęsto rosnącymi pniami bez trudu można było dostrzec migające światełka małych ognisk. Małych, bo rozpalanych tylko po to żeby coś na nich ugotować albo żeby móc widzieć siebie nawzajem. Czasami tylko dlatego, że ogień dawał poczucie bezpieczeństwa.

– Ale… – zaczął Michał.

– Żadnego ale! Jeśli tak chcesz, to droga wolna. Dalej możesz iść sam. Ja tylko nie chcę żeby ktoś się dowiedział, że tutaj jesteśmy.


***


– Zbieraj się! Zachciało ci się tyle siedzieć w krzakach, to wyjdziesz dzisiaj bez śniadania. Myśmy już zjedli – powiedziała Klara do Marty. Podobnie zwracała się do niej każdego ranka. Zawsze coś było nie tak. A to Marta, zdaniem Klary, nabrała zbyt dużo („znowu będzie ci za ciężko i będziesz opóźniać marsz!”) lub zbyt mało wody („znowu będziesz umierać z pragnienia!”), a to zachowywała się zbyt nierozważnie („nie wychodź na ścieżkę, zostawiasz ślady!”), czy zbyt głośno sapała w czasie marszu („ciszej, bo ktoś nas może usłyszeć!”). Michałowi również zdarzało się oberwać od Klary. Trochę tylko rzadziej niż Marcie.

Marta nie odezwała się ani słowem. Nie było sensu tłumaczyć Klarze, że od niegotowanego jedzenia tego, co udawało im się znaleźć w lesie i picia nieprzegotowanej wody dostawała biegunki. Marta bez słowa założyła plecak. Wyruszyli dalej.


***


Ostrożność Klary w końcu jednak zawiodła. Co prawda to nie Hubert ich znalazł, ale to oni trafili na Huberta.

Zbliżał się wieczór i Marta była już zmęczona. Chciała zatrzymać się na polanie, Klara jednak stwierdziła, że polana jest zbyt duża i nazbyt na widoku.

– Chodźmy dalej – powiedziała. – Do całkowitej ciemności mamy jeszcze godzinę. Znajdziemy lepsze miejsce. Poszli.


Żadne z mijanych miejsc nie wydawało się Klarze odpowiednie. Słońce już dawno schowało się za horyzontem i w lesie zapadła całkowita ciemność. Zewsząd dało się dostrzec ogniska rozpalane przez tych, którzy, tak jak Klara, Michał i Marta, szli do morza.

Klara starała się omijać jak najszerszym łukiem miejsca obozowania innych wędrowców. Była zła. Była tak zła, że ani Marta, ani Michał nawet nie próbowali się odzywać. Marta i Michał w milczeniu szli za Klarą.


– Macie może zapałki?

Klarę aż zamurowało. Zatrzymała się nagle w miejscu, ciało jej się napięło i odruchowo przyjęło postawę gotowości do walki.

– Miałem zapalniczkę, ale gaz mi się skończył – kontynuował nieznajomy, który później przedstawił się jako Hubert. – Mam też trochę żywności. Złapałem dwie wiewiórki, tylko nie mam jak ich ugotować. Niedużo to, ale na dziś powinno nam wystarczyć. Jutro możemy poszukać czegoś razem.


***


Do granicy lasu dotarli we czwórkę. Marta miała nadzieję, że kiedy wyjdą wreszcie spomiędzy drzew powietrze stanie się rzadsze i łatwiej będzie oddychać. Myliła się. Na otwartej przestrzeni było tak samo duszno jak w lesie.

– Zaczekaj! – powiedziała do Marty Klara, która ciągle jeszcze stała kilka metrów od miejsca, gdzie las się urywał.

Tak jak w czasie wędrówki przez las niebo przesłaniały im gęste korony drzew, tak teraz nad rozległą przestrzenią łąki wisiały ciężkie chmury. Na otwartej przestrzeni łąki widać było ogrom ludzi. Niektórzy maszerowali, samotnie lub w grupach, niektórzy siedzieli przy ogniskach spożywając posiłki, niektórzy rozbijali namioty. Część z wędrowców, wzorem dawnych karawan, prowadziła ze sobą objuczone zwierzęta, część wędrowała, tak jak Klara, Michał, Marta i Hubert, dźwigając cały swój dobytek na własnych plecach.

– O co ci chodzi? – zwrócił się do Klary Hubert, a Klara nie zdążyła odpowiedzieć, bo w tamtej właśnie chwili niebo jakby się rozdarło i lunął straszny deszcz.


– Nie mam płaszcza! – znad rozgrzebanego plecaka wykrzyknęła Marta. – Musiał zostać w którymś z obozów! Używałam go jako poduszki.

– Z tobą zawsze tak samo… – zaczęła Klara.

– Cisza! – przerwał jej Hubert, po czym zdjął z ramion plecak, a następnie ściągnął pelerynę, którą wcześniej na siebie założył i podał ją Marcie.

– Weź. Ubierz się szybko i chodźmy. Chodźmy tam, gdzie stoi ten biały namiot. Może pozwolą nam się schronić? A może mają coś przeciwdeszczowego na zbyciu?

– A jeśli nie? – zapytał Michał.

– W najgorszym razie nas przegonią. Pójdziemy wtedy do następnych, a jeśli i tam nas przegonią, to będziemy próbować dalej. Aż do skutku. W końcu nam się uda.

Hubert podszedł do Marty, zapiął jej ostatni guzik pod szyją i pomógł założyć plecak.

– Chodźmy – powiedział.

I poszli


Po kilku krokach Hubert odwrócił się.

– Idziesz z nami? – zapytał Klary. – Jeśli nie chcesz, to droga wolna. Dalej możesz iść sama.




4724 znaki ze spacjami (bez tytułu, ale i z tytułem, a nawet i z tym moim pobocznym przynudzaniem nadal się mieści w żądanych ośmiu tysiącach).


#naopowiesci

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Rozpoczęcie XXVII edycji #naopowiesci


Na początku bardzo bym chciała podziękować, za wszystkie plusy, które dostałam w poprzedniej edycji. Jest mi z tym dziwnie głupio, bo wiem jak dobre były pozostałe opowiadania.


No ale nie przeciągając z pełną ekscytacją czekam na kolejne opowiadania na majową edycję.


Tematyka to "narodziny superbohatera" . Żeby trochę urozmaicić wymagania chciałabym, żeby opowiadanie mieściło się w max 8 tyś znaków ze spacjami.


Spodobał mi się pomysł na to, że odbiorcy wybierają wygranego. Więc dodaje dodatkowa opcję. Opowiadania można wstawiać do 28.05 a na 3 ostatnie dni miesiąca wrzucę ankietę, w której będzie możliwość wybrania przez czytających opowiadania, które im się najbardziej podobało


#zafirewallem

8 tyś znaków ze spacjami

@Cori01 a nie słów?

A pomysł z ankietą bardzo mi się podoba. Też mi przyszedł do głowy, ale już po otwarciu edycji i nie chciałem zmieniać zasad w trakcie.

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Czemu nikt mi nie przypomina, że kwiecień już się skończył i trzeba zrobić podsumowanie XXVI (słownie: 26) edycji #naopowiesci ? Dobrze, że się zorientowałem, bo byłoby jak z nagrodami za #jesiennewyzwania albo podsumowaniem #zimowewyzwania.


No dobrze, skoro jednak się zorientowałem, to podsumujmy to co wydarzyło się przez ostatni miesiąc w naszym grafomańskim światku. A wydarzyło się całkiem sporo.


Do konkursu zgłosiło się pięcioro (słownie: 5) autorów (i autorek), którzy w sumie zgłosili pięć (słownie: 5) opowiadań. Dla formalności przypomnę, że jedyną zasadą w kończącej się właśnie edycji było rozpoczęcie historii od słów: “Monika otworzyła oczy. Oślepiona intensywnym światłem zamrugała i…”.


Pierwszy do konkursu zgłosił się kolega @cyberpunkowy_neuromantyk ze swoim opowiadaniem “Dzień z życia wannabe pisarza” Ewidentnie brak narzuconych zasad nie przysłużył się koledze, bo swoją historię, a raczej historie (liczba mnoga) rozpoczynał - jeśli dobrze policzyłem - cztery (słownie: 4) razy tylko po to, żeby na sam koniec poddać się słowami “A pi⁎⁎⁎⁎lę to wszystko, nic nie napiszę!”. No coż, za dobre chęci też należą się gratulacje


Kolejna praca, którą mieliśmy przyjemność przeczytać to “Zobowiązania” koleżanki @Cori01 . Autorka oddała w nasze ręce utwór, który bardzo zgrabnie balansuje między tragedią egzystencjalną a subtelnym, zakamuflowanym panegirykiem nekrofilii. Nie mnie oceniać fetysze, ale ogromne brawa za tak zgrabne wplątanie postaci ze słowiańskiego bestiariusza w historię osadzoną we współczesnych czasach, co dodatkowo wzmocnione zostało wspaniałym maskulatywem “strzygoń”. Okazuje się, że wspólny kredyt zdecydowanie mocniej cementuje związek niż słowa przysięgi “oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci”.


Zachęcony przeze mnie @George_Stark również wygospodarował trochę czasu na opowiadanie pod tytułem “Przysięga”. Opowiadanie mroczne, tajemnicze o zaskakującym zakończeniu. Na co jednak należy zwrócić szczególną uwagę to fakt, że jest to opowiadania z gatunku fantastyki, który to gatunek nie leży (a proszę mi wierzyć, wiem to z pierwszej ręki) w obszarze i tak bardzo szerokich zainteresowań autora. Doceniam też mrugnięcie oczkiem, poprzez “WERSALIKOWANE” nawiązanie do jednego z moich ulubionych pisarzy.


A skoro kogoś zachęciłem/zmusiłem/popchnąłem* (*niepotrzebne skreślić) do napisania opowiadania, to bardzo nieelegancko byłoby samemu czegoś nie napisać. Przygotowując to pierwsze zdanie, które było tematem przewodnim edycji, miałem w głowie zupełnie inny pomysł na opowiadanie. Jednak jak tylko siadłem do pisania historia Moniki i Anny sama wylała mi się na klawiaturę. Musiałem ją tylko pozbierać i zamknąć w słowach. I chociaż w komentarzach pisaliście, że opowiadanie “Dzień, którego nie było” Wam się podobało, to ja i tak nie jestem do końca przekonany, że udało mi się udźwignąć ten trudny temat.


Na sam koniec, tuż przed zamknięciem listy dołączył do nas jeszcze @sireplama ze swoją wersją historii Moniki. Nie od dziś wiadomo, że życie pisze najlepsze scenariusze więc nie powinno nikogo dziwić, że kolega zainspirował się historią “na faktach autentycznych” innego hejtowicza. Wystarczyło wziąć, podrasować, dopieścić, dorobić odpowiednie zakończenie i opowiadanie gotowe. Muszę przyznać, że doskonale się bawiłem czytając tę historię zwłaszcza, że nie jest daleka od moich własnych - równie autentycznych - wspomnień z czasów studenckich. Nie powiem, nostalgłem…


No dobrze - najwyższa pora na ogłoszenie zwycięzcy.


Zgodnie z tym co napisałem otwierając tę edycję zabawy #naopowiesci, o wygranej decyduje liczba otrzymanych piorunów co oznacza ni mniej ni więcej, że laur zwyciężczyni przypada koleżance @Cori01.


Gratulacje i czekam na wiadomość z informacją jaką lekturę mam wysłać w ramach nagrody.


#zafirewallem #naopowiesci #podsumowanienaopowieści

Zaloguj się aby komentować

Monika otworzyła oczy. Oślepiona intensywnym światłem zamrugała i… nie mogła uwierzyć własnym oczom! To już ranek? Co to słońce robi za oknem?! Przeklęty budzik wył alarmem obnosząc całemu światu, że jest już szósta!


- Jezu, ludzie tak żyją?


Z grubym przekleństwem na ustach wstała by przejść do łazienki. Stopień poświęcenia sprawie, jaki okazywała, zaskakiwał nawet nią samą, ale już niedługo wszystko powinno się zakończyć.


Bez wszelkiej chęci do życia i z ogromnym pragnieniem by wrócić do łóżka, wlekła się warszawskim tramwajem do swojego kołchozu i miejsca upodlenia. Po przebrnięciu przez bramki i dzienniczki Komendy Stołecznej Policji, udała się do swojego działu by z resztą "pracowników cywilnych" poniżać się za najniższą krajową.


- Monika! Chcesz zarobić darmowy obiad?

- Ke?

- Znowu jest okazanie! Kolejny świadek Mafii Zielonkowej!

- No za obiad? Niech będzie!


Okazanie było upierdliwą procedurą, w którą chwytano pechowych przechodniów na czerwonym świetle lub co bardziej zdesperowanych pracowników Komendy. Polegało na postawieniu wspólnie z podejrzanym kilku figurantów, by zweryfikować świadka czy nie plecie trzy po trzy. Monika miała tę procedurę obcykaną już całkiem nieźle. Ilość obiadów kupionych za kasę za pozowanie na okazaniu oscylowała już wokół kilkunastu. Niemniej za każdym razem wywoływało to w niej atak adrenaliny.


- Co jak świadek wskaże nią - myślała - a policja postanowi ją zatrzymać i zacznie ją obwiniać o przewinienia oskarżonych i skończy w więzieniu i nie wyjdzie do późnej 50-ki i... dość! - już czas.


Wraz z resztą pozorantów weszła do pokoju okazań. Był raczej malutki z lustrem weneckim na jednej ścianie. Do pokoju wprowadzono oskarżoną w kajdankach i tam ją rozkuto. Policjant prowadzący przydzielił wszystkim numerki. Monice jedynkę, bandziorce - dwójkę. Wszyscy musieli poczekać aż świadek dostanie się na drugą stronę lustra. Monika rzucała kilka suchych tekstów. Kryminalny westchnął widząc jej reakcję na stres. Kryminalistka wyraźnie się już uspokoiła, patrzyła na Monikę, a uśmiech miała szeroki.


Zaczęło się!


- Dzień dobry, poproszę profil lewy, profil prawy, proszę się odwrócić - nagle padło polecenie - Numer jeden krok do przodu, ponownie profil lewy, profil prawy!


Monika wykonała polecenie, z głębokim przekonaniem, że świadek chce jej się bliżej przyjrzeć. W głowie rozszalała się gonitwa myśli:


- O k⁎⁎wa, mają mnie! Świadek mnie wskaże, a ja już nigdy nie wyjdę z więzienia! - wkrótce jednak na jej twarzy rozbłysł szeroki uśmiech - Świadek mnie wskazał! Ze wszystkich tutaj... mnie! Pozorantkę! - po kilku sekundach zaczęła parskać śmiechem.


Kazali im jeszcze pospacerować kilka kroków, a zza lustra było słychać stłumiony harmider - To ona, mówię wam! Poznaję ją! Ona za tym stała! - kryminalistka nie była w stanie wystudzić triumfalnego uśmiechu i nastał koniec.


Po minucie przyszedł Pan z kryminalnych - Czegoś się tak szczerzyła?! Świadek o mało nie zesrała się ze strachu jak wietrzyłaś zęby! Musiałem coś pi⁎⁎⁎⁎lić, ze wam kolega dowcip opowiedział!


Monika odpowiedziała niemrawe przepraszam, że nie sądziła że znowu wygra przy okazaniu. Wszyscy przeczekali kilka minut. Kryminalni trochę ponabijali się z niej, wydali kwity za okazania i odprowadzili pozorantów do wyjścia.


- Masz chyba zbyt powszechną twarz, albo jakieś wykroczenie na niej wytatuowane, że tak namiętnie cię wskazują. - wspomniał - To już chyba ósmy świadek w sprawie Mafii Zielonkowej, którego przefiltrowaliśmy dzięki tobie.


Odpalił papierosa z wyraźnym zniesmaczeniem.


- Tyle ofiar... Tyle cierpienia... Tyle ukradzionych pieniędzy, a ci marnują czas swój i policji by zmyślać na temat MZ i członków gangu! - splunął wyraźnie wzburzony - Co z tego mają?! Atencję wymiaru sprawiedliwości?! Powinni ich jakimiś mandatami i opłatami obarczać, do k⁎⁎wy nędzy!


Monika uśmiechała się tylko niemrawo, wyraźnie zakłopotana.


- No nic, ty swoją robotę odwaliłaś, trzymaj kwit do kasy, kup sobie jakiś obiad za zmarnowany czas. Elo...


Koniec końców reszta dnia, po zjedzeniu niesmacznego obiadu z policyjnej stołówki, przeminęła na spokojnej i monotonnej robocie informatyczki w policji. Kilka poluzowanych USBków, kilka wymienionych baterii, kilka razy wciśnięta kombinacja alt+shift... ot dzień jak co dzień.


Po 16:00 umęczona Monika wywlekła się z Komendy na Placu Bankowym i ledwo przytomna pojechała do Galerii Wileńskiej. Choć do centrum handlowego wkroczyła praktycznie zgięta w pół i jakby wyssana ze wszelkiej energii, to jednak im bliżej toalety w centrum, tym bardziej jej krok robił się mocniejszy, plecy wyprostowane, a uśmiech szerszy.


Gdy weszła do trzeciej kabiny w WC w dolnej kondygnacji galerii, niczym już nie przypominała umęczonej trzydziestolatki z godziny szóstej. Założyła nogę na nogę i cierpliwie czekała na przyjazd kolejki z Zielonki.


Pukanie w drzwi wyrwało ją z przemyśleń.


- Wejdź!


Do ciasnej kabiny wcisnęła się przypakowana dziewczyna, uklękła na kolano przed porcelanowym tronem Moniki i ucałowała ją w dłoń.


- Witaj Matrona! Mam informację od prawniczki Lisicy. Bardzo ci dziękuje za pomoc na komendzie dzisiaj. Mają ją wypuścić w ciągu najbliższych dwóch dni.


Monika uśmiechnęła się z wyższością.


- Dobrze! Mój plan rozgrywa się zgodnie z założeniami. Zatrudnienie się jako kret w policji i dyskredytowanie świadków mogących mnie wskazać jako głowę Mafii Zielonkowej idzie nadzwyczaj skutecznie! W ciągu dwóch miesięcy powinniśmy wyprać tyle kasy, by móc pozakładać legalne wydmuszki do kręcenia kasy, a policja zamknąć sprawę związaną z nami z powodu braku dowodów i świadków! Wkrótce czeka nas zasłużona i bogata emerytura!


Złowrogi rechot wyrwał się z gardła Moniki. Śmiała się głośno, nieskrępowana na swoim porcelanowym tronie w kabinie toalety Galerii Wileńskiej, świadoma, że nie istnieje na świecie nić co mogłoby ją teraz już powstrzymać.


Humor psuła tylko perspektywa wstania jutro o szóstej do tego zasranego kołchozu...




Utwór ten dedykuję @YourUncle i jego historii.


#naopowiesci #zafirewallem

sireplama userbar

Chciałem koledze pogratulować. To jest umiejętność wziąć historię prawdziwą i przekuć ją na ciekawą opowieść. A, żeby nie być gołosłownym, podeprę się przykładem: choćby pan Łukasz Orbitowski robi coś takiego, na przykład w Kulcie zrobił.

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Powoli dobiega końca kolejna edycja #naopowiesci, dlatego też w ramach przypomnienia (a jest jeszcze trochę czasu) wrzucam swoje opowiadanie.


Nie będę ukrywał, że troszkę się spociłem żeby skonstruować je w taki sposób, żeby dokładnie oddało mój zamysł. Nie wiem, czy to mi się finalnie w 100% udało. Ale pewnie nigdy się nie udaje. Z kilku fragmentów jestem bardzo zadowolony, inne - mam świadomość, że można by było jeszcze dopieścić.


Tak czy siak, zapraszam do lektury.



Dzień, którego nie było


Monika otworzyła oczy. Oślepiona intensywnym światłem zamrugała i przymknęła na powrót powieki, pozwalając wzrokowi powoli przyzwyczaić się do jasności. Na twarzy czuła przyjemne ciepło porannego słońca, którego promienie wpadały do pomieszczenia przez duże, niczym nie zasłonięte okno. Chciała jak najdłużej zatrzymać tę ulotną chwilę - moment, gdy szum budzącego się miasta i charakterystyczny zapach rozgrzanej ciałem pościeli pozwalały jeszcze trwać na granicy snu i jawy.


Próbowała przypomnieć sobie, co jej się śniło — była przecież pewna, że śniła. Strzępki obrazów i urywki wspomnień tańczyły pod przymkniętymi powiekami, lecz im bardziej próbowała je uchwycić, tym szybciej blakły i rozpływały się w niepamięci. Sen musiał być jednak przyjemny, skoro czuła się wyspana i wypoczęta.


Kiedy nabrała pewności, że jej wzrok przywykł już do światła, dźwignęła się z lekkim wysiłkiem i usiadła na krawędzi łóżka. Dopiero wtedy dotarło do niej, że znajduje się w zupełnie obcym miejscu. Zaniepokojona rozejrzała się po pokoju.


Pomieszczenie było przestronne i przytulnie urządzone. Łóżko, na którym siedziała, miało ciężką, drewnianą, bogato zdobioną ramę — trudno było stwierdzić, czy rzeczywiście jest stare, czy tylko na takie stylizowane. Po przeciwnej stronie, tyłem do drzwi balkonowych, stało równie duże biurko w podobnym stylu, a przy nim skórzany, wygodnie wyglądający fotel. Na blacie panował pozorny nieład: porozrzucane kartki zapisane odręcznym pismem, zeszyty, pióra i ołówki.


Ścianę po lewej, od podłogi aż po sufit, zajmowała wypełniona po brzegi biblioteczka. Książki stały nie tylko pionowo - wiele z nich ustawiono w dwóch rzędach, inne leżały w stosach, wypełniając każdą wolną przestrzeń. Przeciwległą ścianę, tę z drzwiami, zdobiło kilka obrazów w złotych ramach. Monika przyjrzała im się uważniej i z zaskoczeniem odkryła, że wszystkie przedstawiają jej ulubiony motyw - strachy na wróble kołyszące się na wietrze.


Cały pokój emanował ciepłem i spokojem. Mimo że widziała go po raz pierwszy, wydawał się niepokojąco znajomy — jakby ktoś zadał sobie wiele trudu, by poczuła się tu jak u siebie.


Z zamyślenia wyrwały ją odgłosy gorączkowego krzątania i brzęk naczyń. Wsunęła stopy w pantofle, które ktoś najwyraźniej zostawił dla niej przy łóżku, i ostrożnie wyszła z pokoju. Znalazła się w przedpokoju, z którego kilka par drzwi prowadziło do różnych pomieszczeń rozległego mieszkania, a te na wprost otwierały się na kuchnię. W środku jakaś młoda kobieta wyjmowała właśnie z szafki filiżanki, dzbanek i talerze.


– Dzień dobry, co pani robi? – zapytała niepewnie Monika

– Herbatę. Zaraz przygotuję śniadanie, usiądź – odpowiedziała kobieta, wskazując krzesło przy stole.


Nie wiedząc, jak właściwie zareagować, Monika bez sprzeciwu zajęła wskazane miejsce. Z napięciem obserwowała kobietę, która wsypała suszone liście do dzbanka i zalała je wrzątkiem. W powietrzu szybko rozszedł się przyjemny, owocowy aromat.


W czasie, kiedy napar nabierał mocy Monika - żeby zająć czymś ręce - zaczęła obracać w dłoniach filiżankę, którą kobieta chwilę wcześniej postawiła przed nią na stole. Jej uwagę przykuły kolorowe, prawdopodobnie ręcznie malowane kwiaty zdobiące porcelanę.


– Piękna filiżanka, zawsze chciałam taką mieć – powiedziała nieśmiało

– Jest twoja – odparła kobieta i również usiadła przy stole – Jak ty się dziś w ogóle czujesz?

– Dobrze. Dlaczego miałabym się źle czuć? - zdziwiła się Monika


Kobieta, przez dłuższą chwilę - w ocenie Moniki zdecydowanie zbyt długą - przyglądała jej się uważnie, jakby chciała ją przejrzeć na wylot. W końcu westchnęła, wstała i wróciła do przygotowywania śniadania. To zachowanie, choć na pozór uprzejme, miało w sobie nutę protekcjonalności, która wyraźnie Monikę zirytowała.


– Co ja tutaj robię? – nie mogła się powstrzymać od zadania tego oczywistego pytania.

– Mieszkasz, oczywiście.

– Jak to: mieszkam? Czyje to mieszkanie?

– Moje. Rozmawiałyśmy już o tym.

– Nie przypominam sobie.


Kobieta na chwilę przerwała przygotowywanie kanapek, oparła dłonie o blat i zwiesiła głowę, jakby zbierała myśli. Po chwili odwróciła się i powiedziała z wyraźną rezygnacją w głosie:


– Naprawdę nie mam dzisiaj siły o tym dyskutować.

– Wydaje się pani bardzo miła i szczerze dziękuję za gościnę, ale chyba powinnam już iść – zdecydowała Monika

– Wiesz, że to niemożliwe. Musisz tu zostać. Masz tu przecież wszystko, czego potrzebujesz: troskliwą opiekę, towarzystwo, rozrywki, telewizję, książki… O nic nie musisz się martwić, niczym się przejmować. A przede wszystkim jesteś tutaj bezpieczna.


Wbrew tym zapewnieniom Monika nie czuła się bezpiecznie. Wręcz przeciwnie - narastał w niej niepokój. Miała wrażenie, że kobieta beznamiętnie recytuje wyuczoną kwestię, jakby odgrywała rolę w źle napisanym przedstawieniu. Co więcej, sprawiała wrażenie zmęczonej tą grą, a w każdym kolejnym zdaniu, geście czy westchnieniu Monika dostrzegała narastającą irytację.


Czuła się coraz bardziej zagrożona. Obudziła się w obcym domu, w towarzystwie nieznajomej, która najwyraźniej nie zamierzała pozwolić jej odejść - ograniczała jej wolność, jednocześnie zapewniając o swoich dobrych intencjach. Coś było nie tak.


Postanowiła trzymać się podjętej wcześniej decyzji, więc wstała z krzesła.


– Jeszcze raz dziękuję, ale na mnie już pora - powiedziała, kierując się w stronę drzwi.


Kobieta natychmiast zagrodziła jej drogę i złapała ją za nadgarstek. Spokojnie, lecz stanowczo, powiedziała:


– Bardzo cię proszę, uspokój się.

– Jestem spokojna – skłamała Monika – Proszę puścić moją rękę.


Spróbowała się wyrwać, ale uścisk tylko się wzmocnił. Gospodyni pociągnęła ją z powrotem w stronę stołu.


– Jeszcze raz proszę, żebyś się uspokoiła. Usiądź i weź głęboki oddech. Dokończę robić śniadanie i zaraz porozmawiamy. Wtedy wszystko ci się rozjaśni.


Uśmiech na ustach kobiety kontrastował z jej twardym, nieustępliwym spojrzeniem.


Dopiero teraz Monika zauważyła, że przez cały czas w drugiej ręce trzyma nóż, którym przed chwilą kroiła pieczywo. Przerażona, zadziałała instynktownie. Chwyciła filiżankę w malowane kwiaty, zamachnęła się i z całej siły rozbiła ją na głowie oprawczyni.


– Co ty, do cholery, robisz?! – krzyknęła kobieta, puszczając jej nadgarstek i chwytając się za czoło. Krew z niewielkiego rozcięcia zaczęła spływać po jej twarzy. – Chryste, co cię opętało?! Nie ruszaj się stąd, muszę to opatrzyć.


Po tych słowach wyszła z kuchni. Po chwili Monika usłyszała ciche przekleństwa, dobiegające najpewniej z łazienki.


Serce waliło jej jak młot. Bojąc się, co może ją spotkać za ten atak, cicho przemknęła do drzwi wejściowych. Były zamknięte — dokładnie tak, jak się spodziewała. Rozejrzała się gorączkowo, ale nigdzie w zasięgu wzroku nie dostrzegła kluczy.


Zajrzała do szuflady w szafce pod lustrem — nic. Dopiero przeszukując kieszenie wiszącego na wieszaku damskiego płaszcza, natrafiła na pęk kluczy. Starając się nie robić hałasu, otworzyła drzwi i wyślizgnęła się na klatkę schodową.


Tam nie oglądała się już za siebie. Zbiegła na dół, pokonując po dwa stopnie naraz. Kilka razy omal nie straciła równowagi, ale w ostatniej chwili chwytała się poręczy.


Znalazła się na ulicy dużego, tętniącego porannym życiem miasta. Wybrała losowy kierunek i rzuciła się do biegu. Udało jej się minąć kilka przecznic, zanim pieczenie w płucach zmusiło ją do zatrzymania. Oparta plecami o ścianę budynku, czekała, aż oddech się jej uspokoi, i rozglądała się gorączkowo szukając znajomych elementów krajobrazu.


Uspokoiła się nieco, gdy dostrzegła charakterystyczny zegar na wieży Pałacu Kultury i Nauki. Była w Warszawie — mieście, w którym spędziła większość życia. Spojrzała na tabliczkę z nazwą ulicy: Grzybowska.


Znała tę ulicę. Ale Grzybowska, którą widziała teraz, nie miała nic wspólnego z tą z jej pamięci. Zamiast stylowych kamienic wokół piętrzyły się szklane bryły wieżowców, odbijające ostre światło poranka.


Ruszyła dalej, w kierunku, w którym — jak jej się wydawało — powinna znajdować się ulica Juliana Marchlewskiego. Po drodze minęła sklep o jaskrawo zielonej fasadzie z wielkim napisem „Żabka”. Dotarła do skrzyżowania, ale ze zdumieniem odkryła, że ulica nazywa się Aleja Jana Pawła II.


Hałas uderzył ją nagle — ruch samochodów, szum rozmów, pośpiech kroków. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że wybiegła w piżamie. Skuliła się zawstydzona, ale na mijających ją w pośpiechu ludziach zdawało się to nie robić najmniejszego wrażenia. Zresztą większość i tak wpatrzona była w urządzenia, które trzymali w dłoniach i chyba tylko cudem nie wpadali na siebie.


Skręciła w prawo, oddalając się od Pałacu Kultury. Szła teraz powoli, z niedowierzaniem przyglądając się strzelistym, niemal futurystycznym budynkom, które całkowicie zasłaniały widnokrąg. Takie obrazy znała dotąd tylko z filmów w telewizji.


Kiedy po raz kolejny mijała zieloną witrynę “Żabki” przestraszyła się, że zupełnie zabłądziła i krąży w kółko. Jednak gdy uważnie rozejrzała się po okolicy uświadomiła sobie, że w zasięgu jej wzroku są co najmniej cztery takie sklepy. Wydało się jej to absurdalne. Zresztą nic, co widziała, nie miało dla niej sensu.


Nagle tuż za nią rozległ się ostry, przeszywający dźwięk klaksonu. Zorientowała się, że stoi na środku ulicy.


– Jak leziesz, wariatko?! Chcesz się zabić?! – krzyczał ktoś przez otwarte okno samochodu.


Ktoś inny chwycił ją za rękę i pociągnął na chodnik.


– Wal się, frustracie! Nie widzisz, że to starsza pani? – rzucił w stronę kierowcy, po czym zwrócił się do niej łagodniej –

Ale pani też musi bardziej uważać.


Została znowu sama.


Czuła się coraz bardziej przytłoczona. Miastem, hałasem, samochodami, ludźmi… Wszystkim naraz.


Przyspieszyła kroku, trzymając się blisko ścian budynków, jakby to mogło ją ochronić. Za rogiem dostrzegła skrawek zieleni. Park?


Podbiegła i opadła na ławkę. Tu hałas był bardziej znośny. Schowała twarz w dłoniach i próbowała zebrać myśli, jednak im bardziej próbowała się skupić, tym większą czuła pustkę. Narastało w niej przerażenie. W końcu wstała i ruszyła przed siebie. Bez celu.


Nie wiedziała, jak długo błąkała się po ulicach, które — choć nosiły znajome nazwy — były jej zupełnie obce. Wreszcie, zmęczona, głodna i zrezygnowana, zatrzymała się przed kolejną zieloną, szklaną witryną „Żabki”.


W odbiciu zobaczyła kobietę, która przyglądała się jej uważnie. Przez chwilę jej nie poznała. Poszarzała twarz, przygaszone oczy kogoś zmęczonego życiem. Przerzedzone, siwiejące, potargane włosy. Przeczesała je palcami, obserwując, jak postać w lustrze robi dokładnie to samo. Nie mogła uwierzyć, że patrzy na siebie. Nie taką siebie pamiętała.


Ale i Warszawa nie była taka, jaką ją zapamiętała. Miejsce kamienic, straganów i uśmiechniętych ludzi zajęły betonowo-szklane bryły, krzykliwe witryny sklepów i zabiegani, zamknięci w sobie przechodnie.


Nagle poczuła się bardzo stara, zagubiona i bezsilna. Nie wiedziała, gdzie jest — a co gorsza, nie wiedziała nawet, kiedy jest. W młodości czytywała fantastykę naukową, historie o podróżach w czasie i powrotach z gwiazd, w których bohaterowie trafiali do świata, który przestał istnieć. Ona jednak nie czuła ani fascynacji, ani podniecenia. Czuła narastającą, obezwładniającą niemoc.


Usiadła pod witryną a łzy popłynęły jej po policzkach.


– Przepraszam, czy wszystko w porządku? – poczuła delikatny dotyk na ramieniu.


Spojrzała w górę i napotkała zatroskaną twarz młodego mężczyzny w mundurze. Tuż za nim stał drugi, ubrany tak samo, z napisem „Policja” na piersi, i rozmawiał z kimś przez radio.


– Nie. Nic nie jest w porządku – przyznała Monika

– Chętnie pani pomożemy. Jak się pani nazywa?

– Monika. Monika Zawadzka.

– Czy mamy do kogoś zadzwonić? Kogoś powiadomić? – dopytywał policjant. – A może powie pani, gdzie mieszka?

– Nie… nie wiem. Nie pamiętam. To znaczy pamiętam, ale… Wszystko jest takie inne.

– Jak to: inne? – nie zrozumiał.

– Inne. Nic nie jest takie jak powinno być. Takie jak pamiętam. Nie rozumiem, co się stało… z miastem… ze mną… Nie jestem pewna, czy cokolwiek jeszcze rozumiem.

– Andrzej, chyba wiem, dokąd powinniśmy ją zawieźć – wtrącił drugi policjant. – Centrala ma zgłoszenie o zaginięciu starszej kobiety. Opis i nazwisko się zgadzają.

– Proszę pójść z nami – Andrzej pomógł jej wstać i skierowali się w stronę zaparkowanego nieopodal radiowozu.


Zrezygnowana Monika pozwoliła się poprowadzić i usadzić w samochodzie. Kiedy ruszyli, przez szybę obserwowała miasto, które - choć w jakiś sposób znajome - wydawało się jednocześnie tak bardzo obce. Zamknęła oczy.


Podróż nie trwała długo.




Anna usłyszała dzwonek do drzwi. Zerwała się z krzesła i pobiegła otworzyć. Po drugiej stronie stali dwaj mundurowi i Monika. Policjanci pomogli wprowadzić zapłakaną, wyraźnie zmęczoną kobietę do środka i usadzili ją w fotelu.


– Nawet nie wiecie, panowie, jak bardzo jestem wam wdzięczna. Dziękuję – powiedziała Anna drżącym głosem.

– Naprawdę nie ma za co, to nasz obowiązek.

– Tak bardzo się martwiłam…

– Dobrze, że nic złego się nie stało. Czy możemy jeszcze w czymś pomóc?

– Chyba dam sobie radę. Odprowadzę panów do drzwi.


Kiedy mężczyźni wyszli, Anna zamknęła drzwi na klucz. Już miała, jak zwykle, schować go do kieszeni wiszącego na wieszaku płaszcza, ale zawahała się. Ostatecznie postanowiła, że od teraz będzie go mieć zawsze przy sobie.


Poszła do kuchni i nastawiła herbatę. Zaparzyła ją w dzbanku, po czym ustawiła na metalowej tacy dwie filiżanki i pokrojone w kawałki ciasto. Zaniosła wszystko do pokoju.


Monika siedziała w fotelu dokładnie tak, jak zostawili ją policjanci. Zamyślonym wzrokiem patrzyła gdzieś w dal za oknem. Ożywiła się dopiero na widok wchodzącej Anny.


– O, widzę, że zostało nam jeszcze trochę ciasta. A co ci się stało w czoło córeczko? - zapytała, zauważając plaster.

– Nic poważnego, uderzyłam się o otwarte drzwi szafki, mamo.


Monika przyjęła to wyjaśnienie, ale dodała:


– Musisz bardziej na siebie uważać.


Sięgnęła po herbatę, ale w ostatniej chwili zawahała się


– A gdzie jest moja ulubiona filiżanka? Wiesz, ta w kwiaty?

– Stłukła się w zmywarce – skłamała Anna.

– Szkoda. Mówiłam, że trzeba ją myć ręcznie.

– Nie przejmuj się, mamo. Zamówię ci taką samą.


Anna usiadła w drugim fotelu i sięgnęła po książkę leżącą na jego oparciu. Monika spojrzała na okładkę i przeczytała na głos:


– “Alzheimer - dzień, którego nie było”. Nie szkoda ci czasu na takie lektury? W książkach jest tyle ciekawych historii…


Anna spojrzała na nią smutno.


– Żadna z nich nie jest nawet w połowie tak przejmująca jak ta, którą pisze moje życie, mamo.


2116 słów, jakby to kogoś interesowało.


#zafirewallem #naopowiesci

9cec58ac-bfed-43cf-b4c0-2eb2b53562e9

Chciałem pochwalić. Po pierwsze napisałeś dwie fantastyczne postaci (ileż można z tą Anną zrobić! - tak dobrego, jak i złego, gdyby się chciało o niej pisać dalej). Po drugie to to jest bardzo dobre narracyjnie. Nic nie ujmując poprzednim opowiadaniom, to to na ich tle bardzo się wyróżnia. Na plus.

@George_Stark kurcze, aż nie wiem co powiedzieć. Dziękuję bardzo. Nie spodziewałem się takiej pochwały. Chociaż pewnie jej chciałem, bo kto by nie chciał. Zwłaszcza od Ciebie.

Bardzo dobrze napisane opowiadanie. Miałam babcie z tą choroba i zawsze się zastanawiałam co się działo w jej głowie, ale myślę że ciężko to sobie wyobrazić. Jest jedno zdanie, które do dziś pamiętam ze studiów, które padło na zajęciach o biologii człowieka. "Alzheimer nie jest wtedy kiedy zapomina się gdzie są klucze, a wtedy kiedy zapomina się do czego one służą". Straszna choroba, której bardzo się boje

@fonfi


Spodobało mi się. Dobrze napisane, z ciekawym pomysłem, który został zmyślnie zrealizowany. Zastanawiam się tylko, czy dałoby się w mniej dobitny sposób wyjaśnić, że Monika choruje na Alzheimera, ale nic mi nie przychodzi do głowy.

Zaloguj się aby komentować

Opowiadanie do napisana którego zostałem zachęcony (popchnięty?; zmuszony?) wczoraj. Jakby nie było, dziękuję za to, bo bawiłem się przy nim cały dzień bardzo dobrze i może zwiastuje ono przełamanie niemocy?


Ono miało wyglądać zupełnie inaczej, ale wyszło jak samo chyba chciało (co znajduję jako jego zaletę). I, mimo że jeszcze to i owo bym w nim poprawił, to publikuję jak jest, bo już nie będę miał raczej w kwietniu czasu nawet na krótką redakcję. Proszę bardzo:


=====================================================================


Przysięga


Monika otworzyła oczy. Oślepiona intensywnym światłem zamrugała i, zanim jeszcze zdążyła oprzytomnieć do końca, naciągnęła na twarz przykrywającą ją kołdrę. Monika poczuła strach. Oślepiające ją światło dostawało się do pomieszczenia przez prowadzące na korytarz drzwi, które były uchylone. Te drzwi nie powinny być uchylone. Powinny być zamknięte. Monika, zanim się położyła, zamknęła je własnoręcznie, pamiętała o tym doskonale, zresztą robiła tak co wieczór od dnia, kiedy wprowadziła się do tego pokoju. Jedyny klucz do znajdującego się w drzwiach zamka wciąż spoczywał tam, gdzie go odłożyła. Monika była tego pewna. Czuła, jak gniecie ją przez poduszkę.


***


– Ja ci nie mówię żebyś nie ufała ludziom. Po prostu bądź ostrożna – powiedział tamtego dnia Monice ojciec. Rodzice przywieźli ją do klasztoru, matka udała się poczynić ostatnie ustalenia z siostrą przełożoną, a ojciec, obejrzawszy pokój, zszedł na dół do wozu i przyniósł worek z rzeczami Moniki. Nie było tych rzeczy dużo – trzy skromne sukienki, w tym jedna, ładniejsza, na niedziele i święta, tygodniowa zmiana bielizny oraz odkładane przez rok najlepsze wiktuały, których przez cały poprzedni rok rodzice odmawiali sobie nawet w święta, chcąc wyposażyć swoją córkę na nauki najlepiej, jak tylko było to możliwe. To właśnie rok temu rodzina dowiedziała się, że Monika została wybrana.

Zanim matka zdążyła wrócić, ojciec wymienił zamek w drzwiach klasztornej celi. Spieszył się przy tej pracy, trzęsły mu się ręce i co chwila spoglądał nerwowo w głąb korytarza, tak jakby sprawdzał czy ktoś tym korytarzem nie nadchodzi.

– Pilnuj go i nie zgub. Nie ma zapasowego – powiedział Monice, kiedy skończył pracę, a skończył ją w samą porę, bo kiedy tylko Monika zawiesiła klucz na szyi i schowała go za ubraniem, usłyszała na korytarzu kroki. Zza załomu wyłoniły się matka i siostra przełożona. Kierowały się w stronę nowego lokum Moniki.

Siostra przełożona stanęła z założonymi rękami w kącie i stała tam przez cały ten czas kiedy rodzice żegnali się ze swoją córką. Wydawała się zniecierpliwiona tym i tak niedługim pożegnaniem, matkę Moniki rozpierała zaś duma. Ojciec z kolei, tak się Monice wydawało, żegnając się z nią miał łzy w oczach.

– Uważaj na siebie – powiedział, po czym odwrócił się i, nie czekając na żonę, ruszył w stronę prowadzących do wyjścia schodów. Matka uśmiechnęła się jeszcze do siostry przełożonej i podążyła za nim.

– Kiedy usłyszysz dzwonek, przyjdziesz do refektarza. Zejdziesz tymi schodami, którymi tu przyszłaś, ale nie skręcisz w prawo, tak jak do wyjścia, tylko w lewo – powiedziała do Moniki siostra przełożona i również ona opuściła pokój.


Monika została sama. Podeszła do okna i wyjrzała przez nie w nadziei, że uda się jej dostrzec odjeżdżających rodziców. Z okna swojego nowego pokoju nie widziała placu znajdującego się przed wejściem do klasztoru, na którym ojciec zostawił wóz, widziała za to w oddali wyłaniającą się lekkim zakosem prowadzącą do domu drogę. Wpatrywała się w tę pustą drogę aż nie pojawił się na niej wóz. Czy byli to jej rodzice? – Monika nie potrafiła tego odgadnąć. Wóz był zbyt daleko. Upływ czasu wcale nie ułatwiał jej zadania – wóz stawał się coraz mniejszy i mniejszy. Zanim jednak zdążył zamienić się w znikający w lesie punkcik rozległ się dźwięk dzwonka. Monika musiała udać się do refektarza.


***


Minęło pół roku, a w tym czasie Monika nauczyła się klasztornego życia. Nauczyła się modlitwy i pracy, nauczyła się również być posłuszną siostrze przełożonej, bo za każde nieposłuszeństwo groziły surowe kary. Kara taka spotkała Monikę już na samym początku pobytu, wtedy gdy siostra przełożona poprosiła ją o oddanie żywności, którą zostawili jej rodzice, bo jej posiadanie, jak stwierdziła przeorysza, było zabronione. Monika odparła, że ona żadnej żywności nie posiada, na co natychmiast dostała w twarz, a kiedy zapłakana wróciła do swojej celi, do której została przez siostrę przełożoną odesłana, zauważyła, że zniknęły suszone mięsa i konfitury malinowe, w które wyposażyli ją rodzice. Przez następny miesiąc Monika w czasie każdego posiłku dostawała tylko kromkę chleba i szklankę wody. Z zazdrością przypatrywała się wyjątkowo wykwintnym i smakowitym posiłkom jakie jadały Klara, Weronika, Justyna i Joanna – pozostałe adeptki, które wraz z Moniką zostały wybrane, nie narzekała jednak na swój los. Od tamtej pory Monika wykazywała się całkowitym posłuszeństwem wobec siostry przełożonej.



Mimo że była pewna, że nie zrobiła nic niestosownego, Monika czuła się nieswojo, kiedy siostra przełożona po śniadaniu poprosiła ją o to, żeby została w refektarzu. Siedziała niecierpliwie na swoim miejscu zastanawiając się o co może chodzić i przyglądała się, jak przeorysza niespiesznie ociera usta po posiłku. Kiedy zostały w sali same, siostra przełożona podeszła do Moniki.

– Pewnie zastanawiasz się po co się w ogóle tutaj znalazłaś? – zapytała.

Monika nie wiedziała co odpowiedzieć. Na szczęście nic odpowiadać nie musiała, bo siostra przełożona po chwili milczenia sama odpowiedziała na swoje pytanie:

– Ten klasztor, w którym się znajdujesz jest, Moniko, tak stary, jak stary jest świat. On nie został zbudowany, on został razem z tym światem stworzony, a więc stoi tutaj od zawsze i również zawsze będzie tutaj stał. Klasztor musi mieć jednak swoją przełożoną, tak również było od zawsze i zawsze tak będzie, bo taki jest porządek świata. Właśnie teraz nadszedł czas żeby wyłonić kolejną przełożoną, tę która mnie zastąpi, a zostanie nią jedna z waszej piątki. Wszystkie pięć zostałyście wybrane, ale prawdziwą Wybraną może zostać tylko jedna i o tym, która to będzie, zadecyduję ja. Po tym czasie, który już tutaj spędziłyście, wydaje mi się, że mój wybór padnie na ciebie. A jest się o co starać. Ta, która zostanie Wybraną będzie się cieszyć długim życiem. Tak długim, jak tylko tego zapragnie, bo sama będzie o tej długości decydować. Będzie miała możliwość pozyskiwać dla siebie wszystko, czego tylko zapragnie. W istocie to właśnie ona obejmie ten klasztor w posiadanie, a to jak dalej potoczą się jego losy będzie zależeć wyłącznie od jej woli. Będzie też po części panią całego świata, bo jej jurysdykcja, o czym być może się przekonasz, będzie obejmować właśnie cały świat. Moje życie było długie i skosztowałam w nim wszystkiego co chciałam, wszystkiego o czym tylko marzyłam, przychodzi więc pora aby wybrać tę, która mnie zastąpi. Zapałałam do ciebie, Moniko, wyjątkową sympatią, dlatego mówię ci to wszystko w zaufaniu i mam nadzieję, że tego zaufania nie nadużyjesz. A teraz przysięgnij! Przysięgnij na swoje życie, że żadnej z pozostałych dziewcząt nie powtórzysz tego, co tutaj usłyszałaś!



Tamtego dnia Monika taką przysięgę siostrze przełożonej złożyła.


***


Cisza nocna rozpoczynała się wraz z zachodem słońca i nigdy wcześniej nie zdarzyło się żeby wypoczynek adeptek został przerwany. Monice dłuższą chwilę zajęło zorientowanie się w sytuacji, kiedy w środku nocy została nagle wyrwana ze snu donośniejszym niż zwykle i jakby bardziej nerwowym dzwonieniem. Wciąż zaspana miała problemy nie tylko z kojarzeniem, ale też z otwarciem drzwi. Przez jakiś czas nie mogła zrozumieć dlaczego drzwi nie chcą się otworzyć. Pomimo dwóch lat spędzonych w klasztorze, wciąż nie mogła przyzwyczaić się do tego, że drzwi należy otwierać kluczem. Razem z rodzicami Monika mieszkała w jednej tylko izbie, a jedyne drzwi tej chaty, te prowadzące na zewnątrz, były zamykane na zasuwę. Zaspana Monika zmitrężyła trochę czasu zanim przypomniała sobie, że klucz, zgodnie z zaleceniami ojca, trzyma schowany pod poduszką.


Monika stawiła się w refektarzu. Przywitał ją tam chłodny wzrok stojącej w drzwiach siostry przełożonej, dziewczyna jednak nie zwróciła na to uwagi. Jasna w ciągu dnia sala, rozświetlana od rana do wieczora promieniami słońca wpadającymi przez ogromne, znajdujące się na trzech ścianach zdobione witrażami okna, tym razem tonęła w mroku. W szczytowej części pomieszczenia, przy stole, przy którym zazwyczaj w samotności swoje posiłki jadała siostra przełożona, stały cztery rozstawione w narożnikach świece. Przed stołem stały odwrócone tyłem trzy dziewczęce postaci. Monika odetchnęła, uświadamiając sobie, że nie jest ostatnia. Ostatnią z adeptek, jeśli siostra przełożona uznała, że pojawiła się na wezwanie zbyt późno, zdarzało się, że spotykała kara.

– Wreszcie jesteś! Chodźmy! – rzuciła siostra przełożona i porwała rękę Moniki prowadząc ją w stronę stołu.


Kiedy Monika została doprowadzona w miejsce, w którym stały Klara, Weronika i Justyna okazało się, że jednak dotarła do refektarza jako ostatnia. Siostra przełożona zwolniła uchwyt na przedramieniu Moniki i popchnęła ją w stronę stołu, a dziewczyna zauważyła wówczas, że na blacie leży Joanna. Joanna oddychała ciężko, miała zamknięte oczy, ręce splecione na piersiach, a jej piękne, ciemne włosy, których Monika w skrytości tak bardzo koleżance zazdrościła, okalały twarz bledszą nawet niż sukienka, w którą Joanna była ubrana.


– Joanna, wasza siostra i przyjaciółka ciężko dzisiaj zachorowała. Módlmy się o jej wyzdrowienie – powiedziała siostra przełożona, która zajęła miejsce za stołem, po przeciwnej jego stronie niż stały Klara, Justyna i Monika. Siostra przełożona opuściła głowę i pogrążyła się w skupieniu, adeptki po chwili poszły w jej ślady. W całym refektarzu zapadła pełna skupienia cisza.

– Do świtu pozostało sześć godzin – skończywszy się modlić, odezwała się siostra przełożona. – O świcie poślemy po księdza Antoniego, a do tego czasu będziecie czuwać przy swojej siostrze w półtoragodzinnych zmianach. Pierwsza zostanie Justyna, później zastąpi ją Weronika, następna będzie Klara, na koniec zaś przyjdzie Monika. Po upływie półtorej godziny usłyszycie dzwonek. Będzie to oznaczało, że nadszedł czas na zmianę.

Klara uklęknęła przed stołem, pozostałe dziewczęta skierowały się do wyjścia. Tuż przed drzwiami prowadzącymi na korytarz zatrzymał je głos siostry przełożonej:

– Zaczekaj Moniko. Ciebie poproszę ze mną.


***


Monika po raz pierwszy w czasie swojego pobytu w klasztorze weszła do pokoju siostry przełożonej. Zdziwiło ją to, że jest on urządzony równie skromnie jak ten pokój, który został przydzielony jej samej. Monika, po tym co usłyszała od przeoryszy w refektarzu półtorej roku temu, często zastanawiała się jak może być urządzone jej mieszkanie. Spodziewała się luksusów, co najmniej takich jak w tych baśniach o księżniczkach, których słuchała w rodzinnej wsi wieczorami, zanim jeszcze została wybrana i zamieszkała w klasztorze. W pokoju siostry przełożonej znajdowała się jednak dokładnie taka sama prycza, taki sam kufer, taki sam stolik z krzesłem, na którym siedziała teraz siostra przełożona i taka sama miska na wodę do mycia jaki Monika miała w swoim. Monika przypatrywała się tym wszystkim tak dobrze jej znanym sprzętom z zainteresowaniem, a robiła to tylko po to, żeby zająć myśli czymś innym niż mającą odbyć się za chwilę rozmową i karą, którą spodziewała się otrzymać.

– Joanna umrze dzisiaj nad ranem – po chwili milczenia odezwała siostra przełożona. – Jutro umrze Justyna, później Klara, a ostatnia będzie Weronika.

– Ale… Ale jak to?! – spytała przerażona Monika. – Ale jak to? Epidemia? Tyfus? Ospa? Cholera? Przecież to było dawno! Mówili, że pokonaliśmy już epidemie! Że to już skończone!… – Monika urwała, a następnie zapytała po chwili zawahania. – A ja? Ja kiedy umrę?

– Ty nie umrzesz, Moniko. Ty je zabijesz.

– Słucham?… – rzuciła Monika bez zastanowienia, a nim zdążyła w pełni wypowiedzieć to krótkie pytanie, głos jej przygasł. Kwestionowanie poleceń siostry przełożonej, a nawet samo zadawanie na ich temat pytań wiązało się przecież z surowymi karami.

– Zastanów się, Moniko, kiedy ostatni raz uczestniczyłaś w pogrzebie? Kiedy ostatni raz widziałaś jakiś pogrzeb? Kiedy ostatni raz w ogóle słyszałaś żeby ktoś umarł?

Monika zamyśliła się. Jak przez mgłę przypomniała sobie pogrzeb babci Franciszki, matki jej matki. Babcia Franciszka umarła dawno temu, umarła kiedy Monika miała pięć lat. Monika pamiętała smutek swojej matki i łzy dziadka Józefa, męża babci Franciszki, obraz ten mocno wyrył się w jej pamięci, ale to był ostatni pogrzeb, który Monika potrafiła sobie przypomnieć. I choć zastanawiała się długo, choć szukała głęboko we wspomnieniach, nie potrafiła znaleźć tam żadnego innego pogrzebu. Owszem, ludzie we wsi mówili, opowiadali o pogrzebach, wspominali zmarłych. Owszem, Monika wraz z rodzicami odwiedzała groby – co roku pierwszego listopada ojciec zaprzęgał wóz i jechali we trójkę na cmentarz, i palili światło babci Franciszce a także babci Anieli i dziadkowi Klemensowi, rodzicom jej ojca, których Monika nie zdążyła poznać. Ale żeby po babci Franciszce ktoś umarł? – nie, tego Monika nie potrafiła sobie przypomnieć.

– Sama więc widzisz. – Siostra przełożona, jakby czytając jej w myślach, przerwała Monice przeszukiwanie jej wspomnień. – I tak jest nie tylko u was, nie tylko w waszej wsi. Wszędzie jest tak samo. A teraz przypomnij sobie wszystkich tych starych, zmęczonych ludzi, których znasz. Przypomnij sobie swojego dziadka Józefa. Pomyśl o tym, jak bardzo tęskni za babcią Franciszką. Ile razy powtarzał, że bez niej życie nie jest już wiele warte. Albo pomyśl o ojcu Weroniki. Weronika opowiadała wam o nim. Pomyśl o tym, jak leży przykuty do łóżka, jak co dzień zmaga się z toczącą go chorobą. Jak modli się o to, żeby już rozstać się z życiem, bo jego życie jest już tylko bólem. Pomyśl o tym jak on jest już tym bólem zmęczony. Jak bardzo chciałby umrzeć. Tylko ojciec Weroniki nie może na razie umrzeć. Nie może na razie umrzeć, bo ja też już jestem ogromnie zmęczona.

– To znaczy, że ty…?

– Tak, Moniko. Jeszcze przez chwilę.

– A my? Mówiłaś… Mówiła siostra, że jedna z nas ma ją zastąpić. To znaczy, że od początku było wiadomo, że jedna z nas miała zostać…

– Tak, Moniko. Po to zostałyście wybrane. Zupełnym przypadkiem, odpowiadam uprzedzając twoje pytanie. Każda istota ma bardzo ograniczony wpływ na swój los. Żadna z was nie zrobiła nic, co by ściągnęło na was ten wybór, żadna również nie mogła zrobić nic, co mogłoby go od niej odsunąć. Nazwij to jak chcesz: przeznaczeniem, losem, szczęściem, pechem, przypadkiem albo rachunkiem prawdopodobieństwa, każda z tych odpowiedzi będzie równie dobra, jak i równie zła. Ja nie mam pojęcia dlaczego tak się stało, tak jak nie mam też pojęcia dlaczego musiałam przychodzić w danym momencie właśnie do tego, a nie innego człowieka. Ja tylko wykonywałam rozkazy,, że tak powiem, choć o tym, kto te rozkazy wydawał, o tym również nie mam żadnego pojęcia.

– No dobrze. Ale było nas cztery…

– Pytasz dlaczego ty? Bo kogoś musiałam wybrać. Tak, decyzja należy wyłącznie do mnie i, możesz mi wierzyć albo nie, ale nie było mi łatwo ją podjąć. To nie jest łatwa praca, sama się o tym przekonasz. Owszem, bywa satysfakcjonująca, bo zdarzają się ludzie źli, którzy żyć nie powinni. Zdarzali się czasem na przykład pozbawieni wszelkich skrupułów mordercy. Muszę ci się przyznać, że lubiłam do nich przychodzić. Lubiłam widzieć ten strach w ich oczach, to przerażenie, kiedy wreszcie przychodziła ich kolej. Wiesz, to było to samo przerażenie, które widziałam w oczach tych, do których byłam wzywana za ich sprawą. Nie, znów odpowiadam zanim zapytasz, nic nie mogłam na to poradzić, jak już mówiłam, ja tylko wykonywałam rozkazy. Tyle co mogłam, to uczynić to w miarę szybko i bezboleśnie. Choć, tak jak w przypadku tych morderców, czasami wcale się nie spieszyłam… – siostra przełożona urwała i podniosła się z krzesła. – Przepraszam na chwilę, zaraz wrócimy do rozmowy.

Siostra przełożona opuściła swoją celę pozostawiając w niej Monikę samą. Dziewczyna próbowała zebrać swoje rozbiegające się myśli i kiedy już wydawało się jej, że choć mniej więcej pojęła znaczenie tego, co przed chwilą usłyszała, myśli znów się jej rozproszyły za sprawą przenikliwego dzwonienia, które rozległo się na korytarzu.

– Na czym to ja skończyłam? – zapytała siostra przełożona kiedy wróciła do celi. – A, tak. Dlaczego ty? Zdecydowałam się na ciebie z kilku powodów. Z was czterech to ty nie masz problemu z samotnością, to ty na noc zamykałaś się w pokoju podczas kiedy pozostałe wymykały się i zabawiały rozmowami czy buszowaniem po klasztorze albo w sadzie. Z was czterech to ty najszybciej nauczyłaś się być całkowicie posłuszną i nie kwestionować poleceń, w dodatku zwykle nie z obawy przed karą, ale z powodu uznania słuszności polecenia, nawet jeśli jego sensu nie rozumiałaś. Z was czterech to ty, po usłyszeniu ode mnie sekretu to ty nie zmieniłaś swojego zachowania, nie zaczęłaś spiskować i próbować podstępem zdobyć dla nagrody dla siebie. Z was czterech to to okazałaś się sprawiedliwa. Wreszcie z was czterech to ty, jako jedyna potrafiłaś dochować sekretu, a co za tym idzie tylko ty dotrzymałaś przysięgi. A wszystkie cztery przysięgałyście przecież na swoje życie, stąd pozostałe muszą umrzeć. Idź, Moniko, odpocznij jeszcze chwilę. Później zabijesz Joannę, zabijesz Justynę, Klarę i Weronikę, a ja ci w tym pomogę, pokażę ci jak należy to zrobić. Później zabijesz i mnie i zostaniesz tutaj zajmując moje miejsce. Ale teraz idź, odpocznij. Przyjdę po ciebie, kiedy nadejdzie właściwy moment.


***


Monika otworzyła oczy. Oślepiona intensywnym światłem zamrugała i, zanim jeszcze zdążyła oprzytomnieć do końca, naciągnęła na twarz przykrywającą ją kołdrę. Monika poczuła strach. Oślepiające ją światło dostawało się do pomieszczenia przez prowadzące na korytarz drzwi, które były uchylone. Te drzwi nie powinny być uchylone. Powinny być zamknięte. Monika, zanim się położyła, zamknęła je własnoręcznie, pamiętała o tym doskonale, zresztą robiła tak co wieczór od dnia, kiedy wprowadziła się do tego pokoju. Jedyny klucz do znajdującego się w drzwiach zamka wciąż spoczywał tam, gdzie go odłożyła. Monika była tego pewna. Czuła, jak gniecie ją przez poduszkę.


Mimo tego drzwi były jednak otwarte. Do pokoju Moniki wlewało się jasne światło. Pomimo wciśnięcia głowy w poduszkę, pomimo nakrycia uszu kołdrą, Monika usłyszała dźwięk trzeciego dzwonka. Nie podniosła się z łóżka.

– WSTAWAJ, MONIKO. JUŻ CZAS – do uszu dziewczyny dobiegł spokojny, choć nieco zmieniony, trochę jakby chłodniejszy głos siostry przełożonej.


=====================================================================


#naopowiesci

#zafirewallem


2771 słów, choć to przecież nie ma żadnego znaczenia.

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci #zafirewallem


ZOBOWIĄZANIA



Monika otworzyła oczy, oślepiona intensywnym światłem i z grymasem na twarzy, wymamrotała "A ten znów się tam tłucze..". Leniwie zwlekła się z łóżka i ruszyła do kuchni, skąd również dochodziły irytujące hałasy.



-Musisz się tak teraz tłuc i mówiłam, żebyś nie włączał górnego światła? zajmij się może nową aplikacją, albo nie wiem, pozamiataj?



-Hrrrr... – to było jedyne, co Stefan od dłuższego czasu potrafił powiedzieć. Odszedł zrezygnowany od zlewozmywaka, złapał za miotłę, porzucając niedomyte naczynia i odkręconą wodę.



-Przepraszam, po prostu wiesz, nie wysypiam się... – przerwała w połowie zdania nie dopuszczając, by jej słowa przerodziły się w narzekanie, które w tej sytuacji nikomu nie było potrzebne - a zwłaszcza jej mężowi. Podeszła do niego i czule poklepała po ramieniu, czując chłód bijący od ciała. Nie potrafiła się do tego przyzwyczaić. Zapach już dawno przestał jej przeszkadzać, ale dotyku nie da się tak łatwo oszukać. Wróciła do łóżka patrząc z rozczarowaniem na zegarek - druga w nocy. A to znaczyło, że znów do pracy pójdzie zmęczona i rozdrażniona.



Poranek był cięższy, niż się spodziewała, a wytrzymanie ośmiu godzin przy biurku, w nieustannej walce z opadającymi powiekami – jeszcze trudniejsze. Myśl, że po powrocie do domu znów będzie czekał ją ten sam koszmar, stawała się żartem w obliczu problemów, które generował. Już nawet przestawała się przejmować kolegami z pracy, którzy zaczęli jej unikać. W sumie nawet im się nie dziwiła, a widok osób zakrywających czy marszczących nos w jej otoczeniu był dla niej jak kołtun dla chłopa pańszczyźnianego – przynajmniej nikt jej nie męczył zbędnym small-talkiem czy udawanym współczuciem.



Na początku wszystko zdawało się być dla niej bajką. Lekko mroczną, bo to nie była historia o rycerzu na białym koniu ratującym księżniczkę w opałach. Dla młodej wdowy ujrzenie własnego męża w jego gabinecie zaraz po powrocie z pogrzebu był właśnie jak bajka, o której nikt nie chce śnić. lekko odmieniony, ale dalej to był jej własny mąż.



-Ccco.. jak to, to jakiś nieśmieszny żart? - zapytała przecierając zamglone od łez i opuchlizny oczy. Jej mąż długo nie odpowiadał, był blady, a jego wzrok nie miał już tego dawnego uwodzicielskiego blasku.



-Dokończyłem zlecenie, wyślij je proszę za mnie - odpowiedział z mechaniczną bezsilnością...



Minęło sporo czasu, zanim Monika pojęła, co zaczęło dziać się w jej życiu. W jej świecie martwi mężowie nie wstają z grobu, żeby utrzymać rodzinę czy jak w jej przypadku, marnie zarabiającą żonę - A jednak jej się to przytrafiło. Kiedy już emocje opadły, a myśli z powrotem stały się klarowne, zaczęła zastanawiać się do kogo może pójść żeby poszukać odpowiedzi. Nawet przez chwile pomyślała o egzorcyście. Rozsądek jednak odciągał ją od zwierzenia się komukolwiek, nawet rodzinie. Dlatego został jej jedynie „niezawodny” chat GPT. Prócz standardowych formułek, że takie sytuacje nie mają miejsca w rzeczywistości, zalecił zwrócenie się do specjalisty, ponieważ trauma mogła wywołać omamy i przewidzenia. „Ale to żadne przewidzenia, ja nawet z nim... Eh było dziwnie” - pomyślała Monika.



Starała się podejść do sprawy na tyle zdroworozsądkowo na ile mogła. Nawet zaczęła wierzyć, że to wszystko jest wytworem jej chorej od rozpaczy wyobraźni, ale jednego była pewna, z jej dwoma lewymi rękoma do komputerów, a tym bardziej do programowania nie napisałaby żadnej aplikacji. „Prędzej szympans prędzej by to zrobił, a nawet Charon ” – Pomyślała, patrząc na niewinnie merdającego ogonem czworonoga. Zaczęła więc wertować książki, legendy, powieści ludowe. Wytłumaczeń było tyle co kultur na tej Ziemi. Zostało jej tylko jedno, cieszyć się dodatkowymi chwilami z jej „niemężem”.



Początkowo dobre relacje i pomoc, jaką otrzymywała od Stefana, były dla Moniki wybawieniem, ulgą i spokojem. Choć to nie był już ten sam Stefan, znacznie mniej się śmiał i często jego myśli były zupełnie gdzie indziej. Mijały miesiące, a relacje z jej martwym mężem były coraz, o ironio, chłodniejsze.



Zapach w domu zaczął przypominać prosektorium. Masa świeczek, kadzideł czy porozwieszanych wszędzie kolorowych Wunderbaumów jedynie chwilowo maskowały problem. Przestała przyjmować gości. Wymówka nie była trudna - „żałoba przecież nie trwa kilka dni”. Wygląd męża z zaświatów stawał się coraz bardziej odpychający i mroczny. Jego policzki zapadły się, a w miejsce oczodołów pojawiły się czarne wgłębienia. Nawet kazała mu nosić okulary przeciwsłoneczne. Wszystko mogła znieść ale dziury zamiast oczu wywoływały w niej ciarki obrzydzenia za każdym razem, kiedy w nie spojrzała.



Wprost proporcjonalnie do prędkości spłacania hipoteki w jej głowie wzrastał żal do siebie o brak reakcji i próby odesłania Stefana tam gdzie teraz powinien zaznawać świętego spokoju. „Ale kto by nie uległ tak wygodnej sytuacji?” – Zadawała sobie to pytanie, żeby choć trochę zracjonalizować swoją bezczynność. Przecież miała męża tylko dla siebie, co prawda przez 8 godzin doby. Pojawiał się zawsze równo o 21:00 i punkt 5:00 rano po prostu znikał. Każdego dnia od jego pogrzebu bez przerwy pomagał we wszystkim. Prawie żadne obowiązki domowe nie należały już do niej, posprzątane, pozmywane, poprane, śmieci wyrzucone, pies nakarmiony, wyczesany i wybawiony. Jedynie nie pozwala mu gotować. Widok żywego trupa przy garach odbierał jej apetyt. W łóżku też na początku było cudownie, inaczej - ale zaspokajało to jej potrzeby.



Wszystkie te chwile nieuchronnie wymykały jej się przez palce. Nie zastanawiała się nad tym kiedy to się skończy, a ewidentnie ciało Stefana nie chciało zostać w tym świecie. Jego umysł również coraz mniej należał do jej rzeczywistości. Jego zachowanie, stawało się coraz bardziej obce i obojętne. Nawet jak prosiła, żeby odpuścił sobie, choć jeden dzień. Nie słuchał jej, a czasami chyba nawet nie rozumiał.



Wszystko jednak miało swój kres wytrzymałości i zarobione przez Stefana pieniądze przestawały wygrywać wojnę argumentów za i przeciw. Miarka się przelała, kiedy przestał zupełnie jej słuchać. Wykonywał obowiązki domowe, których nie chciała żeby robił. Marnowało się mnóstwo jedzenia, które gotował ze wszystkiego co znalazł w domu, nawet z psiej karmy.



Zaczęła jeść na mieście, Charona oddała pod opiekę swoich rodziców. Bała się, że i jego znajdzie kiedyś pyrkającego na wolnym ogniu. Skończyło się na tym, że mąż zaczął gotować samą wodę i podawać jako zupę. Gdy zaczynało mu się nudzić zaczął odmalowywać ściany w pokoju - suchym pędzlem. W gruncie rzeczy nie był szkodliwy, a tym bardziej agresywny. Musiało się jednak to wszystko skończyć, postanowiła, że weźmie się za siebie i spłaci kredyt sama. „Parę lat ciężkiej pracy jeszcze nikomu nie zaszkodziło” – motywowała się Monika. Choć znała już się na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że lekko nie będzie.



Znalazła w internecie ogłoszenie wróżki. Pomyślała, że wróżki same w sobie są lekko odklejone, więc przy nich poczucie wstydu nie będzie aż tak trudne do przełamania. Ogłoszenie było zachęcające i czuła, że wybiera się do profesjonalistki. Zakres usług był szeroki, od wróżenia z fusów po wypędzanie duchów z nawiedzonych domów. Wszystko z czego Monika zawsze szydziła. „Jak to nie pomoże to spróbuję gdzieś indziej, aż do skutku, albo Stefan całkowicie się rozpadnie w mieszkaniu”. Parę dni wcześniej znalazła jego palec w jej ulubionym kubku. Na szczęście zniknął tak samo jak on o 5 rano. Jednak gdy Stefan wrócił, na miejscu serdecznego palca w prawej dłoni, sterczał kikut.



Pomieszczenie do którego weszła Monika było najbardziej stereotypowym domem wróżki, jaki można sobie wyobrazić. Mnóstwo symboli, suszonych ziół, kolorowych paciorków i tkanin zajmujących niemal całą możliwą wolną przestrzeń na meblach, ścianach, a nawet suficie. Ostra woń kadzideł drapała ją w gardło powodując niezręczny kaszel.



-Witam zbłąkaną dusze, w czym mogę ci pomóc? – Z enigmatycznym uśmiechem na twarzy przywitała ją młoda, zadbana kobieta, wystrojona równie stereotypowo, co jej lokum.



-A to pani nie wie? Myślałam, że jest Pani wróżka.



Inteligentne spojrzenie szybko ją zmieszało — Monika poczuła się jak dziecko, które właśnie opowiedziało nikogo niebawiący fekalny żart.



-Przepraszam nie mogłam się powstrzymać. Głupio wyszło. – Wytłumaczyła się wdowa, po czym kontynuowała.



-Przyznam, że i tak czuję, że mi pani nie uwierzy, ale niech mnie pani powącha. Tak pachnie całe moje mieszkanie! - Wróżka, zdziwiona wykonała polecenie, powąchała ubranie klientki i odruchowo odsunęła się parę kroków w tył



-Ukradła je pani nieboszczykowi czy co? – odpowiedziała jednocześnie zszokowana i zaintrygowana.



-Nie.., nieboszczyk odwiedza mnie. Przychodzi do mnie codziennie mój zmarły mąż. Na początku było fajnie, ale on z czasem zaczął się rozkładać. Tak, wiem, pewnie bierze mnie Pani za wariatkę. Ale ja nie zwariowałam. Proszę u mnie przenocować. Mam też nagrania, ale one niewiele dadzą, pewnie pomyśli pani że to SI czy coś… Niech pani u mnie przenocuje, naprawdę, a zobaczy pani! – Monika słysząc siebie, sama zaczęła myśleć o sobie w kategoriach „lekko szurnięta”. Z nikim jeszcze o tym nie rozmawiała i opisanie tej sytuacji na głos wywołało w niej lekką niespodziewaną dezorientacje.



-Zapłacę pani ile pani chce - dodała



-Nie trzeba... nie pani pierwszą to spotkało. Czy będzie trudno się go pozbyć? To już zależy już od pani. Z opowieści mojej świętej pamięci babci wiem, że choć rozwiązanie wydaje się proste, jego realizacja dla wielu kobiet jest trudniejsza niż przepłynięcie Atlantyku wpław – Mówiąc to, wróżka cały czas przeszukiwała ze skupieniem liczne drobne szufladki w antycznym sekretarzyku. Na jej twarzy brakowało zdziwienia, bardziej zszokowana była zapachem ubrań Moniki niż opowiedzianą przez nią historią. Nie tak to sobie wyobrażała. Była tym nawet pozytywnie zaskoczona.



– Czyli wie pani, co to jest?! – wykrzyknęła Monika z entuzjazmem.

-Cóż...Ma Pani w domu strzygonia. Słyszała pewnie Pani o tej legendzie...



-Kojarzę coś o strzydze, ale strzygoń?



-Do babci przychodziły kobiety w podobnej sytuacji, choć nie zwlekały na tyle długo, żeby ich ubrania przesiąkły zapachem rozkładających się mężów. Chyba wolę nie pytać, dlaczego tak późno Pani reaguje...cóż każdy przeżywa żałobę na swój sposób. – Spokojna i pełna wyrozumiałości wróżka wyjaśniała wdowie jej położenie, zerkając na nią znad okularów zsuniętych na czubek lekko garbatego nosa.



-Nie do końca chodziło o żałobę - odburknęła Monika



-Proszę?



-Nic nic...To co musimy zrobić, żeby się go pozbyć? Znaczy, odesłać go w zaświaty, żeby zaznał spokoju - poprawiła się, czując jak wyrachowanie jej słowa zabrzmiały.



-Jak już wspomniałam, to pozornie łatwe, ale musi go pani po prostu przeprosić i szczerze wytłumaczyć, że nie jest już pani potrzebna jego pomoc. Strzygonie obwiniają się w różny sposób. Łączy ich to, że są to materialne zjawy mężów, którzy czują wyrzuty sumienia, że zostawiają swoich bliskich samych sobie. Wina ta musiała być wywołana jakimś wydarzeniem, słowami, czy kłótnią mającą miejsce krótko przed lub po jego śmierci. Jego dusza została obciążona silną energią, która uniemożliwia przedostanie się na drugą stronę. Ich dusze cierpią, nie wiedzą, co się z nimi dzieje, nie postrzegają już świata tak jak żywi. Desperacko szukają rozwiązania, pomagając swoim bliskim na wszelki możliwy sposób, ale to nie jest rozwiązanie. To właśnie przez to pani mąż tutaj utknął i żyje życiem, które nie jest już jego. – Wróżka w końcu wygrzebała z sekretarzyka małe słomiane zawiniątko, i włożyła je delikatnie w dłoń Moniki.



-Proszę to rozpalić w domu przed rozmową z mężem, mieszanka ziół pozwoli oczyścić powietrze z negatywnych emocji i pozwoli się pani wyciszyć. – poleciła jej wróżka, pełna troski i współczucia.



Monika powąchała podarunek, którego zapach był jeszcze bardziej odpychający niż jej męża. Zamaskowała wyraz obrzydzenia na twarzy i podziękowała ze skruchą w głosie.



Wracając rozmyślała nad tym co mogło obciążyć duszę Stefana i bez większych wątpliwości domyśliła się czym zostało to wywołane. Wyrzuty sumienia wracały do niej wielokrotnie — z powodu pierwszej myśli, jaka pojawiła się w jej głowie po telefonie od policjanta. Nie był to żal czy brak nadziei na szczęśliwe życie bez ukochanego, a po prostu „jak ja teraz sama spłacę ten kredyt”. Pozostało jej jedynie go przeprosić, szczerze czuła, że już dawno powinna to zrobić. Wiedziała, że na to zasługiwał.

”Powinien odpoczywać w spokoju, a nie być tutaj i się dosłownie rozpadać.” – pomyślała, a jej oczy zeszkliły się od łez.



W tej samej chwili przyszło powiadomienie z banku: „Dziękujemy za nadpłacenie kredytu. Ilość pozostałych rat do spłaty to 35” – Pomyślała, że może jeszcze trochę poczeka z przeprosinami. „W końcu te parę miesięcy to i tak nic w obliczu wieczności.

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Słuchajcie! Właśnie dotarła do mnie nagroda od kolegi @fonfi za wygraną w poprzedniej (XXV) edycji zabawy #naopowiesci, bo nie wiem czy Państwo wiecie/pamiętacie, ale za każdą wygraną w tej zabawie kolega @fonfi wysyła nagrodę książkową (taką w budżecie 100PLN, więc jest w czym wybierać).


Pytacie jaką książkę zażyczyłem sobie ja?


Troszkę ponad miesiąc temu, kolega @Whoresbane poinformował w tym wpisie, że wydawnictwo REBIS zapowiada dodruk książki Dziedzic Kaladanu ze świata Diuny. A że akurat tej książki mi w kolekcji brakowało, to padło właśnie na ten tytuł.


Ja wiem, że książki pisane przez panów Briana i Kevina to takie fanfiki. Ja wiem, że są bardzo nierówne - jedne lepsze a inne (delikatnie mówiąc) gorsze. Ja to wszystko wiem. Ale i tak je przeczytam i chcę mieć wszystkie na półce, bo a) nerwica natręctw, b) grafiki Siudmaka


A przy okazji, jako że w kolekcji brakowało mi nie tylko Dziedzica ale w ogóle całej Trylogii Kaladanu, to już całkiem sam domówiłem sobie dwie pozostałe. I tym sposobem, do skompletowania wszystkich książek z uniwersum Diuny, brakuje mi już tylko 4 z 26 (chyba, że coś przeoczyłem).


W każdym razie chciałem powiedzieć, że kolega @fonfi do solidny Tomeczek. Polecam tego hejtowicza!


PS.

Przy tej okazji pozwolę sobie w imieniu kolegi @fonfi przypomnieć, że trwa właśnie XXVI (słownie: 26) edycja, której "tematem" jest:
Monika otworzyła oczy. Oślepiona intensywnym światłem zamrugała i…

Gorąco zachęcam do wzięcia udziału. Nagroda czeka!!!


#zafirewallem #naopowiesci #ksiazki

e4d6cf4c-1d21-48af-8de3-957eab599a15
17a50df9-2b75-4a36-a96b-ebb8e98ac443
ed154c52-e684-4a34-b0ad-9a9eab5ec20b

Zaloguj się aby komentować

„Dzień z życia wannabe pisarza”.


„Monika otworzyła oczy. Oślepiona intensywnym światłem zamrugała i z ulgą stwierdziła, że to był tylko sen...”


– Nie no, historia nie może zakończyć się taką kliszą – mruknął pod nosem Autor, z niedowierzaniem wpatrując się w monitor. – To tak, jakby Rick Grimes po tych wszystkich trudnościach, które przeżył, obudził się ze śpiączki. Poza tym, to musi być na początku.


„Monika otworzyła oczy. Oślepiona intensywnym światłem zamrugała i z ulgą stwierdziła, że to był tylko sen. Nie sen. Koszmar. Przez duże K.


Ale rzeczywistość wcale nie rysowała się lepiej.


Zamknęła oczy, ponieważ nie była w stanie patrzeć na jarzeniówki. Przyzwyczajenie wzroku do ostrego światła zajęło jej chwilę, ale w końcu mogła rozejrzeć się po pomieszczeniu.


Z niepokojem odkryła, że leży na kozetce na samym środku białego pokoju. Nigdzie nie widziała nawet zarysu drzwi. Na sobie miała tylko koszulę operacyjną, ale nie pamiętała, żeby zapisywała się na jakikolwiek zabieg.


Co się stało? Gdzie ja jestem i jak się tutaj znalazłam?”


Westchnął. To, co napisał, wydawało się niewłaściwe, a sam zalążek historii po prostu nudny. Stwierdził, że spróbuje innego podejścia.


„Monika otworzyła oczy. Oślepiona intensywnym światłem zamrugała i zorientowała się, że wydarzyła się rzecz potencjalnie bardzo niebezpieczna dla członków załogi stacji kosmicznej, na której stacjonowała. Chwyciła za radio, by nadać ostrzegawczy komunikat, ale spotkała się z ciszą - komunikacja została zagłuszona albo, o zgrozo, padła całkowicie.


Odbiła się od stanowiska i korzystając z braku grawitacji, płynnie ruszyła ku łącznikowi segmentu obserwacyjnego i nawigacyjnego.


Stacją targnął nagły wstrząs. Monika uderzyła boleśnie barkiem w ścianę łącznika. Zaklęła.”


– Noż cholera jasna! – Autor skreślił wszystkie napisane słowa. Postanowił spróbować jeszcze raz.


„Monika otworzyła oczy. Oślepiona intensywnym światłem zamrugała i odkryła, że zaklęcia ochronne ponownie powstrzymały atak nieprzyjaciela. Wroga armia tylko czekała, aż bariera zniknie. Wszystko wskazywało, że stanie się to niebawem.


Otarła pot z czoła i powoli podniosła się z kolan. Była u kresu sił. Nie pomagało widmo nieuchronnej klęski i rzezi mieszkańców bronionego jeszcze miasta.”


– A pi⁎⁎⁎⁎lę to wszystko, nic nie napiszę! – Ze złością zamknął laptopa. Przeraził się jednak i sprawdził, czy przypadkiem nie uszkodził ekranu. Odetchnął z ulgą, po czym wyszedł z pokoju.


Monika została sama, oślepiona i zawieszona w próżni.


#naopowiesci #zafirewallem

@cyberpunkowy_neuromantyk o Cie pieron, sprytnie. To teraz weź otwórz tego laptopa i dawaj - dokończ każdą wersję. NA PEWNO nie dasz rady… 😜😈🙃

Kurde, to o mnie!


A, swoją drogą, ten tekst, a szczególnie jego ostatnie zdanie przypomniało mi o książce Gniazdo światów pana Marka Huberatha. Literacko to jest straszna ramota, Ty dużo lepiej napisałeś, ale pomysł kapitalny. Jak u Ciebie.

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,
Kolega @George_Stark zakończył był poprzednią edycję naszej zabawy #naopowiesci, w której - jak sam zauważył - moje opowiadanie okazało się "bezkonkurencyjne". Głównie dlatego, że literalnie nie miało żadnej konkurencji. Z tego też powodu mam teraz przyjemność otworzyć edycję kolejną - oznaczoną numerem XXVI (słownie: 26). Edycja ta będzie miała tylko jedną zasadę. Zgłoszone opowiadanie musi zaczynać się od słów:


Monika otworzyła oczy. Oślepiona intensywnym światłem zamrugała i…


Wydawałoby się, że narzucam Państwu w ten sposób postać głównego bohatera, czy może raczej głównej bohaterki, a nawet jej imię. No więc nic podobnego. Bardzo mnie ciekawi jak może rozwinąć się taki początek, czy faktycznie opowiadanie będzie o jakiejś Monice, czy może uda się Wam zgrabnie podmienić bohatera, albo nawet bohaterów.


Nie proponuję żadnej konkretnej formy, żadnego gatunku ani żadnej objętości. Gorąco za to zachęcam - piszcie! Naprawdę wystarczy raptem kilka akapitów, albo nawet kilka zdań. A wiem, że potraficie Najtrudniej jest zacząć.


Na koniec kilka formalności:

  • bawimy się do końca kwietnia

  • zwycięzcę wybierzemy na podstawie zdobytych piorunów

  • zwycięzca otrzyma nagrodę książkową, którą będzie mógł sam sobie wybrać (budżet ~100pln)


Have fun!


#zafirewallem #naopowiesci

Zaloguj się aby komentować

Życząc Państwu (ale również - a może i przede wszystkim - sobie) więcej weny, ochoty, a nade wszystko więcej jednak czasu (nadzieją niech będą zbliżające się święta) ogłaszam co następuje:


zwycięzcą XXV edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem zostaje kolega @fonfi! - gratuluę!


Kolega, który napisał wspaniałe (już się nim zachwycałem, ale zachwycę się jeszcze raz) opowiadanie o Rzesiu (pod tytułem Rzesio) okazał się w tej edycji bezkonkurencyjnym. Jakiego bym więc kryterium nie obrał, no to według niego i tak i tak wygrywa właśnie on. Nie obieram więc kryterium żadnego, albo obieram je wszystkie - proszę sobie wybrać. Efekt i tak będzie ten sam.


Dziękuję za uwagę, koledze dziękuję za udział i jeszcze raz gratuluję. Ze swojej strony ponownie zaś wyrażam już raz wyrażoną na początku tego wpisu nadzieję.


#podsumowanienaopowieści

@George_Stark niby człowiek widział, a jednak się łudził.

"okazał się w tej edycji bezkonkurencyjnym" - fakt, literalnie nie miałem żadnej konkurencji. Ale przynajmniej mogę sobie teraz bezkarnie zakupić książkę w ramach nagrody


Pozostaje mi podziękować za słowa uznania i przystąpić do dumania nad tematem kolejnej edycji, którą postaram się rychło otworzyć.

Zaloguj się aby komentować

Chcę podziękować koledze @fonfi ,

że słowa dotrzymał (w com i nie wątpił)

i za to, co mi się napisać zdarzyło

dostałem nagrodę. I jest mi miło.


A będzie mi jeszcze być może milej,

kiedy butelkę przechylę za chwilę,

choć zrobię to jednak dopiero za moment,

bo najpierw proszę pozdrowić żonę.


#zafirewallem

i #naopowiesci chyba, bo to w tym konkursie nagroda

4fcfaac0-2d32-4e83-952a-8814aea7ad62

@Kaligula_Minus


Ja ją niedawno skończyłem. I mocno polecam. A w zasadzie to raczej nie zbieram przedmiotów, w tym również i książek, ale tę akurat bardzo zapragnąłem mieć gdzieś w połowie czytania egzemplarza z biblioteki i traf chciał, że tego samego dnia kiedy miałem ją zamówić, dostałem wiadomość, że wygrałem książkę. No to potraktowałem to jako znak od boga. Tylko, po lekturze, nie jestem pewien od którego.

@George_Stark Uff, czyli dotarło w całości. Cieszę się, przepraszam za zwłokę i życzę smacznego. No i pozdrawiamy, że się tak wyrażę "vice versa"

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Skoro prawie miesiąc temu, przy okazji otwarcia XXV edycji zabawy #naopowiesci, zostałem przez kolegę @George_Stark wywołany do tablicy, to niezręcznie byłoby po raz kolejny robić uniki. Jako że temat opowiadania miał nawiązywać do "porażki, nieporozumienia, albo innego pszypału", to zapraszam Państwa do lektury krótkiego opowiadania (~1170 słów) o Rzesiu, które dodatkowo nawiązuje do tematu edycji XXIII (Sekrety małych miejscowości/wsi - mroczne, pozytywne, jakie tylko chcecie), czym mam nadzieję zmniejszę sobie o 1 (słownie: jeden) liczbę zaległych prac.


Pozwolę sobie jeszcze dodać, że historia Rzesia (a dokładnie sama jej końcówka) oparta jest na "faktach autentycznych".




Rzesio


Cześć. Mam na imię Rzesiek i mam 19 lat. Mam też dziewczynę. To znaczy jeszcze wczoraj wieczorem miałem. Miałem też przestać być prawiczkiem. Niestety prawiczkiem jestem nadal, ale za to nie mam już dziewczyny. Mam natomiast chwilę, żeby opowiedzieć Wam jak to się stało, że jest czwarta nad ranem, a ja siedzę na przystanku pod jednym z warszawskich szpitali czekając na nocny autobus. Ale zacznijmy od początku.


A więc, tak jak mówiłem, mam na imię Rzesiek. Tak - właśnie Rzesiek. To zdrobnienie od Rzegosz. I tak - macie rację - takie imię nie istnieje. A przynajmniej w żadnym znanym mi spisie, co nie zmienia faktu, że tak właśnie zostałem ochrzczony. Ale do genezy mojego oryginalnego imienia zaraz dojdziemy, bo jest ono tylko jedną z serii wielu pomyłek i porażek, z których składa się całe moje życie.


Zaczęło się dość wcześnie, bo już w dniu moich narodzin. Matka moja, Halina, prowadziła dwa domy: swój własny i plebanię, gdzie była gospodynią u proboszcza. Przyzwyczajona do codziennych trudów, nieważne — gorączka, grypa czy ostatnie tygodnie ciąży — wszystko musiało być poprane, posprzątane, a obiad ugotowany.


Dlatego też, na tydzień przed wyznaczoną datą porodu, matka uznała, że umyje okna na plebanii, no bo “co by też ludzie powiedzieli jakby na Wielkanoc brudne zostały”. Okna były wysokie, więc żeby do nich dosięgnąć, wdrapała się na drabinę.


Czy to lekarz źle oszacował termin, czy matce nie wyszły obliczenia w kalendarzyku — faktem jest, że kiedy siedziała na tej drabinie, wody odeszły jej prosto na stojącego pod spodem, a często towarzyszącego jej w pracach domowych, wikarego.


Kiedy w szpitalu, po wielu godzinach, w końcu matka wydała mnie na świat, resztką sił zrobiła lekarzowi awanturę, że jej dziecko podmienił. Była święcie przekonana, że spodziewa się córki, bo przecież wszystko zaplanowała dokładnie tak, jak radziły jej własna matka i babka. Poczyniła odpowiednie pomiary, wyniki zanotowała w kalendarzyku, nie dała się ojcu do siebie dobrać inaczej niż “po misjonarsku”, założyła kalosze, zostawiła otwarte okno, a pod łóżkiem schowała siekierę.


Za to ojciec na wieść, że ma syna, przez trzy dni upajał się w domu szczęściem. I alkoholem. Po czym, trwając w tym stanie, pojechał zarejestrować mnie w Urzędzie Stanu Cywilnego, gdzie przy pomocy długopisu i szwagra wypełnił wniosek, wpisując w rubrykę “imię” - Rzegosz. Kiedy zaskoczona urzędniczka próbowała się upewnić, czy nie chodzi przypadkiem o Grzegorza, oburzony ojciec czknął i odpowiedział:


– No pszesiesz yba wyraśśnie napisałę, żże Rzegosz!


A że imię spełniało wszystkie wymogi polskiego prawa - nie było ośmieszające, nie było nieprzyzwoite, pozwalało jednoznacznie określić moją płeć i było, przynajmniej teoretycznie, zgodne z polską pisownią - urzędniczka z rezygnacją przybiła na wniosku pieczątkę. Czym, nomem omen, przypieczętowała mój los.


Zresztą historię tę znam jedynie z opowieści matki i jej brata, wujka Andrzeja, bo ojca w zasadzie nie pamiętam. Kilka miesięcy po moich narodzinach zostawił nas, wyjechał za granicę i słuch po nim zaginął. A to wszystko przez włosy. Moje włosy.


Kiedy się urodziłem, miałem na głowie czarną jak węgiel czuprynę. Jednak po kilku miesiącach te miękkie włoski, jak u wszystkich dzieci, całkowicie się wytarły, a w ich miejsce zaczęły wyrastać nowe - rude. Zupełnie jak u młodego wikarego. Ojciec doszedł do - prawdopodobnie słusznych - wniosków, że matka zbyt mocno zaangażowała się w “pracę” na plebanii. Co mogłoby też tłumaczyć, dlaczego wszystkie jej starania o córkę, podejmowane w domowej alkowie, zakończyły się fiaskiem.


No więc nie dość, że Rzesio - to na dodatek rudy.


Po odejściu ojca matka wzięła na siebie wszelkie obowiązki związane z utrzymaniem rodziny i dwóch domów, więc na wychowywanie mnie nie starczało jej już ani czasu, ani sił. Dlatego plątałem się między domem - gdzie doglądała mnie babka, a plebanią - gdzie potykali się o mnie proboszcz z wikarym.


Z tego okresu najbardziej utkwiły mi w pamięci tradycyjne metody lecznicze babki. Za każdym razem, kiedy się przeziębiłem i miałem dreszcze, zamiast zabrać mnie do lekarza, zamykała mnie na “trzy zdrowaśki” w piekarniku. Żeby mieć pewność, że jej modlitwy zostaną usłyszane i - co ważniejsze - zrozumiane, odmawiała je bardzo starannie. Czyli głośno i powoli. Z powodu tej babcinej pobożności do dzisiaj mam na plecach i pośladkach blizny po oparzeniach.


Dla odmiany, kiedy dostawałem gorączki smarowała mnie całego spirytusem i nacierała czosnkiem, a do czoła przykładała ziemniaki. Czy to skutecznie zwalczało gorączkę? Nie wiem. Wiem za to, że pachniałem wtedy zupełnie jak wujek Andrzej, kiedy wracał wieczorem od księdza proboszcza.


Pamiętam też, że kiedy miałem jakieś siedem czy osiem lat - w każdym razie gdzieś na początku szkoły - wikary nakrył mnie z córką sąsiada, Ludmiłą, w składziku na szczotki. Ze spuszczonymi do kolan majtkami sprawdzaliśmy, czym różnią się chłopcy od dziewczynek. Zaciągnął mnie za ucho do babki, krzycząc przez całą drogę, że mnie diabeł opętał. Babka bardzo się wtedy tym diabłem przejęła, przez co musiałem przez całe popołudnie stać nago w progu, z nogami w misce z zimną wodą, żeby “złe ze mnie wyszło”.


Chyba faktycznie ta niezdrowa ciekawość na długo ze mnie wyszła, bo do dzisiaj na samą myśl o dziewczynach pieką mnie uszy i pocą się stopy.


Ale zastanawiacie się pewnie, dlaczego opowiadam Wam to wszystko o czwartej nad ranem, na przystanku pod szpitalem. Dlatego że wszystkie te - i wiele innych, na które pewnie zabrakłoby mi czasu - epizody, z których składa się całe moje życie, doprowadziły mnie właśnie tutaj.


Jakieś dwa miesiące temu zostałem zaproszony na klasową imprezę. Imprezę, która okazała się przebieraną, o czym — oczywiście — dowiedziałem się dopiero na miejscu. Na szczęście wyjściowy, błyszczący garnitur po wujku Andrzeju, w którym według babci jestem najprzystojniejszym kawalerem w okolicy, wpasował się idealnie w konwencję. To tam poznałem Krystynę.


Od słowa do słowa zaczęliśmy się spotykać. Na kawie, na spacerach, aż w końcu wczoraj poszliśmy do kina. Po seansie, kiedy odprowadziłem ją do domu, zaprosiła mnie do środka. Powiedziała, że na herbatę. Ale kiedy weszliśmy do mieszkania, okazało się, że „herbata” to tylko taka figura retoryczna i… ujmę to tak: kiedy zaprowadziła mnie do swojego pokoju, nagle bardzo zaczęły mnie piec uszy.


– Masz gumki?

– Co mam? - nie zrozumiałem

– No prezerwatywy, zabezpieczenie. Jeśli nie masz, to zejdź na dół i kup w Żabce.


Zrobiłem, jak prosiła, i już po chwili byłem z powrotem na górze. Zaprowadziła mnie do łóżka, rozebraliśmy się, po czym powiedziała:


– Daj tę gumkę.

– Nie trzeba, już użyłem.

– Jak to użyłeś?

– No tak, jak kazała ta pani w Żabce.


Krystyna przyjrzała mi się zaintrygowana. Szczególnie długo przyglądała mi się tam, na dole.


– A możesz mi powiedzieć, co dokładnie ci ta pani powiedziała?

– Oczywiście. Kiedy płaciłem, zapytałem nieśmiało, czy może mi powiedzieć, jak się tego używa. Spojrzała na mnie zaskoczona i powiedziała, że niezły ze mnie żartowniś. Na koniec, ciągle się śmiejąc, dodała, że można połknąć. (*) Więc dokupiłem wodę i zażyłem przed drzwiami.


Dalej wypadki potoczyły się już bardzo szybko: taksówka, SOR, przedstawienie dyżurnemu lekarzowi mojej niezręcznej sytuacji, a potem ponowne jej przedstawienie szerszemu gronu, bo lekarz powiedział, że jemu nikt nie uwierzy…


I tak oto jest czwarta nad ranem, siedzę na przystanku, czekając na autobus, z informacją, że jeśli mój układ pokarmowy w ciągu dwóch dni sam sobie nie poradzi w naturalny sposób, to mam wrócić na konsultację.


(*) Tak się jakoś stało, że moja mama jest (a raczej była, bo teraz jest już na emeryturze) farmaceutką, więc w swoim dość długim życiu i aptekarskim otoczeniu nasłuchałem się przeróżnych, mniej lub bardziej, zabawnych "historii z apteki". Wśród nich te ze speszonymi panami próbującymi nabyć prezerwatywy były niemalże na porządku dziennym. Od niewinnych nieporozumień, kiedy zamiast "poproszę paczkę prezerwatyw" ktoś usłyszał "poproszę paczkę białej waty", po tę o "można połknąć" wspomnianą w opowiadaniu powyżej. I o ile ta historia dzisiaj wydaje się może mało prawdopodobna, to pamiętajcie, że pochodzi ona z czasów, kiedy nie było internetu, w telewizji były tylko dwa kanały, a edukację seksualną zdobywało się na podwórku. W każdym razie idealnie mi się to wpasowało w temat bieżącej edycji #naopowiesci.


#zafirewallem #naopowiesci

Chciałem powiedzieć, że zanim jeszcze na dobre zacząłem czytać no to już się skończyło.


Za to ogromnie mi się spodobało, już na samym początku, że wikary miał śmigus-dyngus kawałek przed Wielkanocą.


A tak serio, to przeczytałbym dłuższą formę o takim Rzesiu. Może sobie tę postać kiedyś ukradnę, jak to niektórzy z wielkich literatów mieli w zwyczaju? Tym bardziej, że postać, ale i forma narracji, od razu skojarzyły mi się z Bomblem od Mirosława Nahacza, a ta książka też mi się bardzo kiedyś podobała (właśnie! – miałem też inne pozycje od tego autora przeczytać, cholera…).

@George_Stark A co do historii Rzesia, to powiem Ci, że aż żal było mi tak urywać i kończyć, bo samo się pisało. Ale za późno się za nią wziąłem (jak zwykle) i jakbym popłynął, to raczej bym się przed końcem bieżącej edycji #naopowiesci nie wyrobił

Zaloguj się aby komentować

Zmieniają zdanie, kręcą, wprowadzają chaos oraz nagłe i niespodziewane zwroty akcji. Byłem pewien, że XXV (chyba) edycja zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem została przedłużona o miesiąc, a tu się okazało, że jednak ją wygrałem. Jak to mówią: pomyśl zanim napiszesz, a już na pewno pomyśl zanim opublikujesz, a już na pewno na pewno pomyśl zanim się przyznasz, że jako jedyny opublikowałeś. Zwłaszcza wtedy, kiedy organizator tej publikacji nie zauważył. No trudno.


Głupio zrobiłem, że się przyznałem, no i teraz trzeba ponosić tej swojej głupoty konsekwencje. Otwieram więc kolejną, XXVI (chyba) edycję zabawy #naopowiesci! Jej tematem niech będzie porażka, nieporozumienie, albo inny pszypau. Terminem niech będzie koniec marca, przynajmniej terminem wstępnym. Innych zasad nie podaję, bo ich nadmiar może zniechęcić, a z chęcią mamy ostatnio problemy, być może przejściowe, mam nadzieję.


Miłej zabawy i tylko tak na marginesie nadmienię, że kolega @fonfi (proszę pozdrowić żonę), ma już do napisania nie trzy, a cztery opowiadania. Mogą być krótkie.

Zaloguj się aby komentować

W związku z pewnymi zawirowaniami i błędnym zapisaniem błędnego tagu, nie dotarła ro żyri jedna z prac konkursowych #naopowiesci która wyszła spod palców znamienitego pisarza @George_Stark'a


https://www.hejto.pl/wpis/boze-chron-krolowa-karzel-knyp-liliput-kurdupel-krasnal-chujowo-jest-byc-niskim-


Także decyzją jaka teraz następuje zostaje odwołane poranne przedłużenie (post zostawiam dla zachowania ciągłości). A pałeczka organizatora kolejnej edycji wędruje do zwycięzcy.


Serdeczne gratulacje dla @George_Stark!


#naopowiesci #zafirewallem

b5c3e78c-9a27-4c39-a1d4-70c8f1489b6d

Hej @George_Stark taka przypominajka, że od cb kolejna edycja konkursu zależy. Chyba że napisałeś post, a ja znowu przeoczyłem xD

@MJB Ech, cholera. Człowiek sobie zrobi wolne od internetu bo myśli, że wszystko ma pozamykane, że edycja przedłużona, a tu się okazuje, że wygrał.

Zaloguj się aby komentować

Hej, ponieważ nikt nie przesłał opowiadania, wraz z @fonfi uznaliśmy, że dobrym pomysłem będzie przedłużenie obecnej XXV edycji #naopowiesci


Gwoli przypomnienia

Tematem tegomiesięcznej edycji jest: "PUNK!"

Steampunk, cyberpunk, solarpunk, itp

Technicznie rzecz biorąc punki, które leją skinów też się zaliczają.

Interpretacja tego terminu dowolna

Zasady są tylko dwie:

  1. Dobrze się bawcie

  2. Zwycięzcę wybiorę według własnego widzimisię.

A moje widzimisie mówi mi, że będę brał pod uwagę, w głównej mierze pioruny. Ale nie tylko.

Także kombinujcie, wymyślajcie. Ale pamiętajcie - nie przesadzajcie

Link do wiki z małą pomocą

https://en.wikipedia.org/wiki/Cyberpunk_derivatives


#naopowiesci #zafirewallem

Nowy termin do końca marca (t.j. 31.03)


Jeśli znów nic się nie pojawi, to przekażę pałeczkę komuś innemu. A wtedy istnieje szansa, że przejmie ją poprzedni organizator i znów będziecie musieli wymyślać opowiadania, które mają odpowiedni stosunek liczby "ć" to ilości "ś". Ale tym razem już was nie uratuję, więc lepiej coś napiszcie


Edit:

Przedłużenie odwołane, post zostawiam dla zachowania ciągłości. Wynik lutowej edycji pod tym linkiem:

https://www.hejto.pl/wpis/w-zwiazku-z-pewnymi-zawirowaniami-i-blednym-zapisaniem-blednego-tagu-nie-dotarla

d7d4e909-8a11-47c0-813e-ca30f0aa7b91
8edfcea6-525d-4aec-ab11-f5c8881c0503
8c4b149a-ebd4-404f-897e-1b90bc4c725c
22e65af9-e216-46f5-9d03-8c8fb0e05f2a

@bojowonastawionaowca mogę prosić o dorzucenie na początek posta tego co poniżej? Bo już nie mogę edytować:


Edit:

Przedłużenie odwołane, post zostawiam dla zachowania ciągłości. Wynik lutowej edycji pod tym linkiem:

https://www.hejto.pl/wpis/w-zwiazku-z-pewnymi-zawirowaniami-i-blednym-zapisaniem-blednego-tagu-nie-dotarla



Zaloguj się aby komentować

Boże, chroń Królową


Karzeł. Knyp. Liliput. Kurdupel. Krasnal. Chujowo jest być niskim.


Mówi się, że metr pięćdziesiąt w kapeluszu. I nawet by to do mnie pasowało, gdyby nie to, że nie w kapeluszu, ale w irokezie, no i nie metr pięćdziesiąt, ale metr czterdzieści osiem. Z tym irokezem zresztą to też same tylko problemy. Stawiało się te włosy, kupę czasu mi z tym schodziło, bo jakoś ani talentów ani zapędów fryzjerskich nigdy nie miałem, a poza tym cukier był drogi, a później szło się w miasto, sztuczny tłum żeśmy zaczynali robić żeby skroić jakiegoś frajera żeby było się za co napić i cukru na jutro dokupić, a w tym tłumie zaraz ktoś ręką machnął jak jakaś p⁎⁎da nieuważna i od razu fryzura zepsuta. Cały mój imidż, półtorej godziny stawiania włosów psu w d⁎⁎ę! A weź tu w ogóle utrzymaj imidż, kiedy masz wzrostu tyle co przedszkolak! Weź tu, k⁎⁎wa, kup jakieś ciuchy, ramonę jakąś weź tu znajdź na swój rozmiar, jak musisz się na dziale dziecięcym ubierać, a tam same, k⁎⁎wa spondżboby i inne spajdermeny zasrane! Tyle miałem farta, że Kura w Cegielskim na krawcową się uczyła, to coś tam mi zawsze skróciła, przeszyła i jakoś się dało podobnie do człowieka wyglądać.


No więc chujowo jest być niskim. Tak jak wtedy, kiedy żeśmy szli przed miasto z Ablem i Kurą, koło katedry żeśmy przechodzili, ludzie akurat ze mszy wychodzili i jakaś dewoty jak tylko nas zobaczyły, to zaraz się zatrzymały i gapić się na nas zaczęły. Jedna to aż się przeżegnała.

– Mój Boże! Diaboł! – powiedziała, a ja wystawiłem język, zrobiłem zeza i rykiem piekielnym ryczeć do niej zacząłem.

– Ładnie państwo synka wychowujecie – rzuciła druga dewota do Kury i Abla, a przecież Abel był z mojego rocznika, a Kura była od nas o rok młodsza. No odpaliłem się wtedy, miałem ochotę wziąć i przyjebać głupiej piździe w ryj, no ale ochotę to mogłem sobie mieć. Co z tego, że miałem ochotę jej przyjebać, jak do tego jej głupiego ryja nie dałbym rady dosięgnąć, nawet gdybym podskoczył.

Podszedłem więc podkurwiony, kopnąłem ją w kostkę i, jako że nie dałbym rady jej w ryj przyjebać, chciałem jej w ten ryj chociaż napluć. Charknąłem, zebrałem najgęstszą flegmę, taką spod samego serca, ściągnąłem usta w dzióbek i strzyknąłem śliną. Nie doleciało. Zatrzymało się na gdzieś na broszce. Chciałem poprawić, ale baba, po kościelnemu, rozdarła się wniebogłosy:

– Ratunku! Ludzie! Ratunku! – krzyczała.

Ludzie odwracali się, patrzyli co się dzieje, niektórzy nawet skręcali w naszym kierunku. Czy chcieli pomóc babie, czy chcieli nam wpierdolić, czy może sami chcieli melę na ryj wyłapać – nie mam pojęcia. Baba krzyczała, darła się coraz głośniej i głośniej, darła się jakby ją ta moja chara jak jakaś siarka piekielna paliła, aż w końcu głośniej od baby krzyknęła Kura:

– Proboszcz! Spierdalamy!

No i żeśmy spierdolili.


Chujowo jest być niskim. Kiedy dobiegłem zziajany do parku, Abel z Kurą już siedzieli na ławce. Dotarli tam sporo przede mną, mieli w końcu dłuższe nogi, to łatwiej im się spierdalało. Mnie samego proboszcz prawie wtedy złapał. Tyle miałem farta, że przy moim wzroście, choć nie jestem szybki, to akurat zwinności odmówić mi nie można. A kiedy zestawić to z tym, że chłop z natury nie jest nawykły do chodzenia w sukienkach, to jakoś udało mi się w ostatniej chwili zrobić unik, a proboszcz wtedy zaplątał się przy próbie nagłego skrętu w tę swoją kieckę i zaliczył glebę. Zanim zdążył z prochu powstać i z tego prochu się otrzepać, ja już zniknąłem mu za winklem.

No więc kiedy dotarłem do parku, Kura z Ablem już siedzieli na ławce. Kleili się do siebie. Kura z Ablem mieli się ku sobie, a mieli się ku sobie zwłaszcza wtedy, kiedy nie udało nam się jeszcze zorganizować jakiegoś wina. Później, kiedy flaszka już się znajdywała, a takim czy innym sposobem znajdywała się przecież zawsze, Abel dużo bardziej niż ku Kurze miał się właśnie ku winu. Co jednak ciekawe, to Kura piła więcej niż Abel. Abel najpierw jakby się delektował tym winem, zresztą zawsze łeb miał słaby i już po pierwszym łyku odpalała mu się filozofia i zaczynał poruszać tematy egzystencjalne:

– K⁎⁎wa, ta polska flaga biało czerwona, zupełnie jak kolory wina. Naród, k⁎⁎wa, alkoholików. A w godle to co? Korona orła to jaka jest? Złota jest, k⁎⁎wa! A browar to jaki ma kolor co? Zresztą, orzeł też biały, a czyściochę to jak się nazywa?

Kura zabierała wtedy od niego flaszkę i pociągała solidny łyk, po którym coraz bardziej przesuwała się w stronę wciąż niemilknącego Abla, przesuwała się bliżej i bliżej, aż w końcu siedziała z nim bok w bok i jej ręka wędrowała na jego udo.

– Albo właśnie, czemu, k⁎⁎wa, nie nosi się naszywek na udach? – wykrzykiwał Abel i wstawał wtedy, choć stał już raczej chwiejnie, i z zainteresowaniem przyglądał się własnym udom. – Tutaj, z przodu, to można by se jakąś anarchię pierdolnąć. A na d⁎⁎ie to bym se flagę naszą narodową przyszył. Albo swastykę. Albo nie! Tego orzełka z policyjnej czapki bym sobie na d⁎⁎ie przyszył! Tylko jak takiego orzełka zdobyć? – zastanawiał się.

Abel, jak już się odpalił, to długo potrafił tak pi⁎⁎⁎⁎lić przeskakując z tematu na temat, choć tematy zawsze poruszał te same, zmieniała się tylko kolejność. Kura w tym czasie osuszała flaszkę do końca. Czasami udało mi się wyrwać to wino z jej rąk i ściągnąć łyka albo i dwa. Mnie, tak jak Ablowi, też niewiele było potrzeba. Co prawda chujowo jest być niskim, ale niekiedy ma to swoje zalety.


– Napiłby się czegoś – powiedział Abel wtedy, kiedy dotarłem zziajany do parku. Abel, dopóki nie pociągnął pierwszego łyka, był bardzo konkretny, mało raczej wygadany.

– No, napiłby się się. Tyle że nie ma za co – stwierdziłem wówczas w stylu Abla, filozoficznie.

Wszyscy wywróciliśmy kieszenie na drugą stronę. Cztery agrafki, skasowany bilet autobusowy i dwie zawleczki z puszek od piwa stanowiły cały nasz wspólny majątek. Wiele za ta kupić się nie dało.

– No to trzeba za⁎⁎⁎ać – wpadłem na genialny pomysł.

– Ta, za⁎⁎⁎ać. Tylko skąd? – Kura obnażyła słabość mojego planu i rzeczywiście, miała rację. W każdym sklepie spożywczym w promieniu kilku kilometrów od centrum, w którym tylko pojawialiśmy się, czy to we trójkę, czy osobno, natychmiast dostawaliśmy obstawę. Co jak co, ale mieliśmy wówczas na mieście wyrobioną renomę.


Siedzieliśmy więc w tym parku o suchym pysku, gadać za bardzo nie było o czym, więc oglądaliśmy pływające w stawie kaczki.

– Ech, przydałby się jakiś Jezus – spoglądając na wodę stwierdził Abel, który w dzieciństwie był ministrantem i znał te wszystkie historyjki, choć tę o zamianie wody w wino to nawet i ja znałem, tyle że nawet w czasie najgorszej posuchy nie przychodziła mi ona do głowy.

– Jezus, mówisz? – spytała Kura. – To ja wiem, skąd możemy wziąć wino.




– My, proszę księdza, chcieliśmy zapisać się na nauki przedmałżeńskie – powiedziała Kura do zdziwionego księdza proboszcza, kiedy zjawiliśmy się w drzwiach zakrystii.

– No.. Ale to trzeba by przyjść do kancelarii, to trzeba by się najpierw zapisać. To termin musi być ustalony, to grupa się musi zebrać, to nie może przecież być tak, że każdy może sobie przychodzić kiedy mu się podoba…

– A takie nauki to długo trwają? A czego na nich się można dowiedzieć? A kiedy grupa się zbierze? A ksiądz ma już jakieś plany co terminu? – Kura zasypywała proboszcza pytaniami.

– Proszę przyjść w czwartek o 17, to się wszystkiego dowiecie. A teraz przepraszam, ale nie mam czasu. Muszę się przygotować do mszy w intencji intronizacji Matki Boskiej na Królową Polski.

– Matki Boskiej na Królową Polski? – spytała Kura z perfekcyjnie udawanym entuzjazmem. – A mógłby ksiądz coś o tym więcej? Bo wie ksiądz, to wydaje się strasznie ciekawe i…

Chujowo jest być być niskim, ale niekiedy ma to swoje zalety. Kiedy Kura zagadywała księdza proboszcza, ja prześlizgnąłem się obok. Myszkując po szafkach w zakrystii słyszałem coraz bardziej zniecierpliwiony ton księdza i coraz bardziej natarczywe pytania zadawane mu przez Kurę. Denerwowałem się. Zastanawiałem się czy zdążę Przeszukiwałem więc kolejno szafkę po szafce, chciałem działać metodycznie, nie chciałem robić niczego na chybił-trafił. Takie działanie zmniejszyłoby prawdopodobieństwo sukcesu. Zacząłem od komody. Otworzyłem pierwszą szufladę. Pudło – jakieś świece, opłatki, nic co by nas interesowało. Nie mieliśmy przecież zamiaru urządzać nie tylko czarnej mszy, ale w ogóle nie mieliśmy zamiaru urządzać żadnej mszy w jakimkolwiek innym kolorze. Druga szuflada, również pudło. Znajdowała się w niej jakieś rzucone niedbale szaty liturgiczne, przeznaczone chyba do prania, a na wierzchu stosu leżały czerwone majtki z napisem „Roma”. Trzecia szuflada, też nic co by mogło się nam przydać – jakieś oprawiane w skórę grube księgi. Następnie otworzyłem drzwi znajdującej się obok komody szafki. Zanim jeszcze zajrzałem do środka, wiedziałem już, że tym razem się udało. Mebel poruszył się przy otwieraniu, a z jego wnętrza wydobył się miły, znajomy brzęk. Nie zdążyłem się jednak nawet ucieszyć, bo usłyszałem krzyk Kury:

– Spierdalamy!

No i żeśmy spierdolili, ale na szczęście udało mi się zabrać ze sobą jedną ze stojących w szafce butelek.


– Ale się wy⁎⁎⁎⁎⁎olił, jak się zaplątał w tę swoją sukienkę! – cieszyła się Kura, kiedy zziajany dotarłem do parku, gdzie na ławce siedzieli wtuleni w siebie moi kompani.

Abel zabrał się za wyciąganie korka z butelki metodą wybijania go od strony denka, a kiedy mu się to udało, skosztował zawartości po czym rozpoczął rozważania na tematy heraldyczne:

– A jakby tak zastąpić orła Matką Boską? Może to i było by lepiej? No ale Matka Boska zwykle przedstawiana jest w niebieskiej szacie, a niebieski zupełnie jak Curaçao…

Kura zabrała butelkę z rąk Abla, swoim zwyczajem pociągnęła solidny łyk i przesunęła się na ławce kawałek w stronę Abla.

A ja byłem z siebie dumny. Chujowo jest być być niskim, ale niekiedy ma to swoje zalety. Zwłaszcza kiedy potrafi się wykorzystywać sprzyjające okoliczności. Sięgnąłem po butelkę, a kiedy Kura niechętnie mi ją oddała, wzniosłem toast:

– Boże, chroń Królową!



***

POSŁOWIE:

Kiedy tylko zobaczyłem te grafiki obrazujące rodzaje punków, które zostały załączone do posta otwierającego bieżącą edycję zabawy #nasonsty w kawiarni #zafirewallem, i zauważyłem na nich napis „nanopunk” od razu przyszedł mi do głowy niskorosły (upośledzony w wymiarze pionowym) punk. Pomysł na opowiadanie, jak to z pomysłami bywa, był oczywiście zupełnie inny niż ten szkic, który mi wyszedł i który tam wyżej zamieściłem, no ale przecież to zawsze tak się zdarza – trzeba się do tego przyzwyczaić. W każdym razie przy pisaniu bawiłem się świetnie, mam nadzieję, że przy czytaniu mieli Państwo podobne wrażenia.


#naopowiesci

Zaloguj się aby komentować

@George_Stark mnie podpuścił, więc wziąłem się i poszukałem, która to będzie edycja. I chciałbym powiedzieć że się naszukałem, ale ostatnie 2 były bardzo krótkie, a w grudniowej był numer.


Tak więc mam niesamowitą przyjemność zaprosić Was wszystkich na XXV edycję #naopowiesci


Tematem tegomiesięcznej edycji jest: "PUNK!"

Steampunk, cyberpunk, solarpunk, itp

Technicznie rzecz biorąc punki, które leją skinów też się zaliczają.


Zasady są tylko dwie:

  1. Dobrze się bawcie

  2. Żeby zrobić na złość organizatorowi poprzedniej edycji - zwycięzcę wybiorę według własnego widzimisię (co oznacza że nawet jak będę chciał, to nie zrobię tego samego co Żorż Stark i nie złamię tej jednej zasady). I mogę to widzimisię dowolnie zmienić.

A moje widzimisie mówi mi, że pewnie będę brał pod uwagę, w głównej mierze pioruny. Ale nie tylko.


Także kombinujcie, wymyślajcie. Ale pamiętajcie - nie przesadzajcie


Jakby co link do wiki

https://en.wikipedia.org/wiki/Cyberpunk_derivatives


#naopowiesci #zafirewallem


Termin do końca lutego (t.j. 28.02)

93ec84d4-91d2-4eab-9061-731dafa2a3ce
8f594450-ef58-48d8-8bda-42a890e79adb
687ab31d-7d0d-4b65-8890-44dcf0dd75ab
fb1f1178-a4c2-435c-b0c2-f3f0a32e614d
4a4054f1-3f6f-4d24-8f77-05bbb77a49bb

@bojowonastawionaowca do końca miesiąca. Zapomniałem napisać, ale w sumie to standard myślałem

Jak możesz to dodaj notkę, bo już nie mogę edytować.

Zaloguj się aby komentować