#naopowiesci

26
267

Szanowni Państwo,

w związku z tym, że w tej edycji wzięło udział dwoje uczestników - kolega @George_Stark oraz ja osobiście, wygrywa oczywiście kolega.


Może to czas na zastanowienie się nad formułą zabawy, tak żeby stała się bardziej atrakcyjna dla naszych kawiarenkowiczów?


Pozostawiam tę kwestię otwartą i przekazuję pałeczkę zwycięzcy


#podsumowanienaopowieści #naopowiesci #zafirewallem

@KatieWee Ja się przyznaję bez bicia, że po prostu to "opowiadanie historyczne" mnie trochę zbiło z pantałyku. Próbowałem się w konwencję wstrzelić, ale jakoś chyba nie mój gatunek i się poddałem. Może, jak to mawia @George_Stark , trzeba było olać zasady

Dziękuję serdecznie za edycję, ja się bawiłem przy pisaniu świetnie. Inni niech żałują, bo stracili taką okazję do zabawy.


Pozwolę sobie jeszcze zamieścić linki do opowiadań, bo ci podgrudziądzcy Prusacy nauczyli mnie jednak, że Ordnung muss sein.


Wanda autorstwa @George_Stark ;

Opowiadanie bez tytułu autorstwa koleżanki @KatieWee ;

Ja myślę, że wrócę, jak przeczytam te zaplanowane 12 książek w tym roku, bo na ten moment wolny czas podzieliłem na bieganie i czytanie, i już nic więcej nie mogę wcisnąć

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci #zafirewallem


Cztery czarne koty obserwowały się z czterech kątów wysprzątanego idealnie podwórka. Któryś z nich był jej ciotką, ale nie wiedziała dokładnie który. Ciotka nie lubiła ludzi, lubiła za to koty, więc gdy przeszła na emeryturę postanowiła spędzić ją w futrze. Listonosz co miesiąc przynosił pieniądze, nie pytając o nic.


Lucyna przeciągnęła się na nieco niewygodnym leżaku i przez chwilę kontemplowała gałąź czereśni, której jasna wiosenna zieloność, powoli zaczynała przechodzić w głęboką zieloność letnią, co sugerowało całkiem przyjemnie zbliżanie się wakacji.

Dwa miesiące wolnego od kartkówek i wypracowań, wiecznie zadymionego pokoju nauczycielskiego i dyrektorki o piskliwym głosie rozjeżdżanej właśnie żaby - pomyślała niejasno, gdy nagle coś zaskrzeczało jak rozjeżdżana żaba, choć nieco dłużej.


-Ręka! -wrzasnął Wojtuś, hamując swym składakiem na żwirze przed furtką. Wojtuś, posiadacz poczochranej blond czupryny i rozbieżnego zeza oraz kawałka pola, na którym przeprowadzał różne eksperymenty rolnicze, które to eksperymenty przeprowadzał bardzo często w środku nocy z butelką w ręce, przyjechał do Lucyny wyraźnie zbyt wzburzony, by wyrażać się zrozumiałe.

-Aha? - rzuciła Lucyna zachęcająco. Nie żeby była ciekawa, ale Wojtuś, z którym chodziła do jednej klasy te paręnaście lat temu, był jednym z niewielu, którzy rozmawiali z nią normalnie. Być może to brak wyobraźni pozwalał mu przyjaźnić się z małą czarownicą, a może to kwestia ściąg, którymi chętnie się dzieliła.

Wojtuś wyglądał teraz na wielce wzburzonego.

-Ręka się pokazała! Rusza się! - wyrzucił z siebie.

- O! Gdzie? - Lucyna nie traciła czasu. Pytając Wojtusia wsuwała na nogi drewniaki i przeczesywała palcami lekko spalone trwałą włosy. Chwyciła jeszcze tylko paczkę papierosów i wsunęła je do kieszeni i była gotowa.

-W Drzewie.

-W Drzewie?! - chociaż w miasteczku i lasach je otaczających rosły tysiące drzew, ona od razu wiedziała, że chodzi o to jedno jedyne w swoim rodzaju Drzewo. Było dębem, ale żyło już tak długo, że chyba zdążyło już o tym zapomnieć. Lata powykręcały jego konary tak, że stało się ulubionym miejscem spotkań młodzieży. Można było siedzieć na Drzewie nawet w dwudziestkę, a ono nawet tego nie zauważało. To tam pili pierwsze piwo ukradzione któremuś z ojców i to tam palili pierwsze papierosy.


Drzewo wyglądało w ten słoneczny dzień tak jak zwykle - prawie już bezlistne, zmęczone już tym ledwie-życiem jakie prowadziło.

Jednak w dziupli, która powstała mniej więcej na wysokości pasa, rzeczywiście była ręka. Ręka starej kobiety, pomarszczona i guzłowata, lekko skrobała korę, jakby jej właścicielka próbowała zaczepić się o coś paznokciami i wydostać z drzewa, przy czym ręka i drzewo były ze sobą zrośnięte i właścicielki nie było tam widać.

Lucyna zbadała pień i obejrzała go z każdej strony, zrzuciła chodaki i wspięła się wyżej, ale ręka była jedyną niezwykłą rzeczą w Drzewie. Zeszła więc na ziemię, poprawiła spódnicę i zastanowiła się głęboko. Wojtuś stał spokojnie z rękami w kieszeniach i przełykał tylko ślinę, aż mu jabłko adama latało w górę i w dół.


Nagle dobiegło ich ciche mamrotanie, a gdy Lucyna przyłożyła ucho do Drzewa, zrozumiała, że to nie było mamrotanie, ale wrzask wściekłości, przytłumiony grubą warstwą kory:


-Wypuść mnie idiotko! Sterczysz tu jak cielę i gapisz się jak na malowane wrota! O, popamiętasz ty jak stąd wyjdę! Widziałam wszystko! Siedzę w tym drzewie trzysta lat, a takiej beznadziejnej czarownicy jeszczem nie widziała. Tobie tylko portki w głowie, a nie takie jak trzeba czarowanie! Wszystko widziałam! No ruszże się dziewucho, chyżo, wypuść mnie! - wiedźma zaklęta w drzewie wrzeszczała coraz głośniej, a Lucyna tymczasem - z dwoma wielkimi rumieńcami na policzkach - odwróciła się do Wojtusia.


-Nie zbliżajmy się lepiej, tym musi zająć się ktoś inny.


Dwa dni później burmistrz - który był kuzynem jej matki - wydał odpowiednie zarządzenie, a w tydzień później na miejscu była ekipa z piłami.


A Lucyna stojąc w kolejce do mięsnego przytakiwała:


-Tak, tak, okropna rzecz te korniki! Jak dobrze, że tak szybko się tym zajęli! Komuś mogło przydarzyć się jakieś nieszczęście!

a803c72d-7404-42c3-b4d1-17bbc4f60d72

@KatieWee Swietne opowiadanie Ja niestety poległem bo pisałem już o czarownicy w przygodach Kowalskiego i taki cygański come back średnio mi wychodził, a byle gówna publikować nie będę

jasna wiosenna zieloność, powoli zaczynała przechodzić w głęboką zieloność letnią


Dzisiaj już mam zajęte, mój dzisiejszy dzień sponsorują szep-Ty. Ale jutro mam wolne. A w zasadzie to nie mam, bo właśnie się zajęło.


***


Czy kolega @George_Stark ma już zacząć organizować kolejną edycję?

Zaloguj się aby komentować

Czasami (często nawet) mam tak, że budzę się z jakimś pomysłem. Tak było też i dziś, więc – choć miałem zupełnie inne plany – musiałem usiąść i to, co poniżej zamieszczam, napisać, bo takie pomysły zwykle nie dają mi spokoju. Pomysł dzisiejszy nie różnił się pod tym względem od innych pomysłów tego typu i też nie dawał mi spokoju, więc zupełnie nie mogłem się skupić na tej niezwykle ważnej sprawie, jaką niewątpliwie jest podbijanie świata – na dzisiaj miałem bowiem zaplanowaną grę w Cywilizację.


Miłej lektury!


===


Wanda


Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, żyła sobie pewna Wanda co Niemca nie chciała. To jej niechcenie Niemca nie ma w tej historii żadnego znaczenia, ale wspomnieć o nim warto, choćby ze względów patriotycznych.


Ponieważ jedno „dawno” wynosi lat sześćdziesiąt i cztery (w odróżnieniu od „bardzo dawno”, które to wynosi lat osiemdziesiąt i dwa – musi więc, że jednostki te genezę swoją mają w imperialnym systemie miar i wag), rzecz ta miała miejsce w roku pańskim tysiąc osiemset dziewięćdziesiąt i trzy. Ponieważ wspomnianymi siedmioma górami są: Narodnaja w górach Ural, Biełucha w górach Ałtaj, Mount Elbert w Górach Skalistych, Black Elk Peak w górach Black Hills, Mount Mitchell w Apallachach, Grand Ballon w Wogezach i Brocken w górach Harz, a morzami Morze Czarne, Morze Kaspijskie (które w rzeczywistości jest jeziorem, ale częściej nazywane jest jednak morzem), jezioro Bajkał (które, jak sama nazwa wskazuje, tak jak Morze Kaspijskie, również jest jeziorem, choć też czasami, zdecydowanie jednak rzadziej niż Jezioro Kaspijskie, bywa nazywane właśnie morzem), Morze Japońskie, Morze Ochockie, Morze Beringa i Ocean Atlantycki, którzy też jest morzem, tylko że jest morzem ogromnym, a Ziemia – wbrew twierdzeniom niektórych – jest jednak kulista, to działo się to wszystko w okolicach Grudziądza.


Grudziądz, na który mówiono wówczas Graudenz, i jego okolice znajdowały się wtedy pod zaborem pruskim, stąd też obecność w życiu Wandy Niemca – i to w dodatku niejednego! – żadnego jednak z tych Niemców Wanda nie chciała. Każdego z nich przepędzała na cztery wiatry, co, jakżeśmy już powiedzieli, nie ma jednak dla tej historii żadnego znaczenia. Nie ma dla tej historii żadnego znaczenia, że Wanda nie chciała żadnego Niemca, a nie ma to znaczenia dlatego, że Wanda w ogóle żadnego chłopa nie chciała, przy czym mamy tutaj na myśli jedną z dwóch tylko istniejących ówcześnie płci, a nie istniejącą wówczas formalnie – a do dziś również i w praktyce – klasę społeczną. A zalecały się do niej chłopy, oj zalecały! Zalecali się do Wandy Niemcy, zalecali się Polacy, a wśród tych Polaków szczególnie zalecał się do Wandy pewien Bolesław, gorący polski patriota.


Bolesław nie znosił wszystkiego co było niepolskie. Nie znosił tego, co pochodziło z Prus, nie znosił tego, co pochodziło z Austrii i nie znosił tego, co pochodziło z Rosji. Tego ostatniego, tego co pochodziło z Rosji, Bolesław nie znosił szczególnie, a nie znosił tego szczególnie z tego względu, że wytwory tej kultury – z braku lepszego słowa, użyjmy tego, choć w cudzysłowie, i to jeszcze pogrubionym – dotykały go osobiście.

– To nie jest żadne otczestwo! – wściekał się Bolesław. – Nie nazywacie mnie przecież na moskalską modłę Bolesław Bolesławowicz! Nazwisko rzeczywiście mam po ojcu, ale nie jest to nazwisko patronimiczne! Jeśli już, to nazwałbym je raczej patromimicznym!

Bo faktycznie, Bolesław nosił nazwisko po ojcu. Ojciec Bolesława miał problemy ortodontyczne, miał mocno zdeformowaną żuchwę i – nie wiedzieć czemu – to nie tego ojca z krzywą szczęką i wynikającą z tego dziwną mimiką, ale jego całkiem symetrycznego syna nazywano od tej ojcowskiej przypadłości Krzywoustym.


Bolesława, który mocno się do Wandy zalecał, Wanda – jak też żeśmy już to wcześniej powiedzieli – również nie chciała. Wanda nie chciała Bolesława, tak jak i nie chciała żadnego innego chłopa, ponieważ Wanda była feministką.

– Jestem feministką, więc obowiązki mam feministyczne! – powtarzała Wanda i te swoje feministyczne obowiązki wypełniała z najwyższą gorliwością.

Miała więc Wanda kota, nie nosiła biustonosza, a wieczory spędzała z butelką wina oglądając przy tym piciu wina gwiazdy, ponieważ nie było wtedy jeszcze Netflixa.


Nawet jednak gdyby Netflix już wtedy był, Wanda miałaby pewne problemy z tym, żeby móc sobie wygodnie oglądać na nim seriale. Wanda nie miała bowiem swojego domu, a mieć swój kawałek ziemi było dla Wandy największym marzeniem. Ileż to razy przy pochmurnej pogodzie, kiedy nie było widać gwiazd, Wanda, lekko już pijana po opróżnieniu butelki wina, zakradała się w okolice chat i zaglądała do nich przez okna! Jak Wanda marzyła wtedy o swoim własnym łóżku na którym mogłaby spać i o własnym piecu, na którym mógłby spać jej kot, nie mówiąc już o własnej piwniczce do trzymania własnego wina!

Wanda, zaglądając do tych chat przez okna, widziała jednak mieszkających tam ojców rodzin – chłopów, którzy spędzali wieczory pijąc wódkę prosto z wiader, w których to wiadrach kupowali ją u miejscowego karczmarza w karczmie należącej do ich pana, co stanowiło podstawę obiegu waluty w miejscowej podgrudziądzkiej społeczności. Obieg waluty, cały ten genialny system finansowy, zaplanowany był z iście pruską precyzją, choć stosowany nie tylko w zaborze pruskim: chłopi należeli do pana, zarabiali u pana, wydawali u pana, a wiadra na wódkę były opakowaniami zwrotnymi i pobierano za nie kaucję – nie ze względów ekologicznych, ale ze względów ekonomicznych właśnie.

Widok chłopów pijących wódkę prosto z wiader napawał Wandę obrzydzeniem:

– „Co ze szkła, to jednak ze szkła” – myślała wtedy Wanda.


Wanda jednak nie robiła nic w kierunku tego, żeby to swoje marzenie o własnym miejscu na ziemi zrealizować. Wanda była realistką. Wiedziała, że samotna kobieta nie ma co liczyć na to, że będzie miała swój dom, a myśl o małżeństwie, choć nieraz powstawała jej w głowie, przyprawiała ją o odruch wymiotny. Wanda tę myśl od siebie odpędzała, bo Wanda nie chciała wymiotować, bo szkoda byłoby jej tego wina, które wcześniej wypiła, a wino przecież swoje kosztowało, więc Wanda o małżeństwie starała się nie myśleć wcale.

Wanda piła więc wino, zaglądała do chat przez okna i utwierdzała się w słuszności swoich poglądów. Rosła w niej coraz większa gorycz, tak jak i jej wątroba stawała się coraz bardziej pomarszczona.

Wanda chodziła coraz częściej coraz bardziej pijana po tych wszystkich wsiach w okolicach Grudziądza i – nie mogąc znieść widoku chłopów i ich rodzin, szczęśliwych szczęściem takim, jakim im dane było się cieszyć – pomstowała na każdego, kto tylko pojawił się w zasięgu jej wzroku.

– Oby ci deszcz do wiadra napadał i wódkę ci rozcieńczył! Oby dzieciom twoim d⁎⁎a na czole wyrosła! – krzyczała Wanda do przypadkowych często osób.

W tamtym czasie nikt, żaden nawet ze znanych przecież z niewybrednego gustu Niemców, już się do Wandy nie zalecał.


Nie do takich rzeczy człowiek potrafi się jednak przyzwyczaić. Lokalna społeczność szybko przeszła więc nad zachowaniem Wandy do porządku dziennego. Traktowano ją jak element miejscowego folkloru, tak jak trupi jad w Wiśle.

– Ot, niegroźna wariatka – mówiono tylko i szybko wracano do swoich własnych obowiązków.


Jak to zwykle w życiu bywa, wszystkiemu winien był przypadek, zwany przez niektórych zbiegiem okoliczności. Poprzedni karczmarz, stary Żyd, imieniem Moczu, umarł. Na jego miejsce pan sprowadził nowego, a nowy karczmarz był człowiekiem, który swoją chytrością wyróżniał się nawet wśród swoich pobratymców. Pan zdecydował, że Moczu na karczmie zarabiał zbyt wiele, a oddawał zbyt mało, dlatego rozliczenia z jego następcą postanowił prowadzić w sposób korzystniejszy dla siebie, bo przecież mu się w końcu za jego trud należało. Nowy karczmarz przystał na te niekorzystne warunki, ponieważ był chytry, a ponieważ był chytry, miał już swój sprytny plan.


Tamtego wieczoru, kiedy nastąpiła zmiana karczmarza, Wanda usilnie próbowała nie myśleć o małżeństwie. Od tego niemyślenia tak się jej jakoś przykro zrobiło, że gorąco zapragnęła zakraść się pod jakąś chatę, zajrzeć do jej wnętrza przez okno i utwierdzić się w przekonaniu co do słuszności swoich życiowych decyzji obserwując to miałkie i pozbawione sensu życie rodzinne.

Wanda zakradła się więc pod chatę Bartosza i obserwowała co robi Bartosz i co robi rodzina Bartosza. Rodzina Bartosza nie robiła nic, a Bartosz przystępował właśnie do picia wódki prosto z wiadra, czego zresztą Wanda się po Bartoszu spodziewała, choć nie miała nawet pojęcia, że Bartosz ma na imię Bartosz.


Cały dzień poprzedzający tamten wieczór, którego to wieczoru Wanda zakradła się pod chatę Bartosza był dla Wandy dobrym dniem. Wykorzystując zamieszania powstałe w wyniku przybycia nowego karczmarza, Wandzie udało się podprowadzić z karczmianej spiżarni nie jedną, jak to miała w zwyczaju, ale dwie butelki wina. Pierwszą zdążyła wypić już wcześniej, drugą rozsądnie zachowała na podokienny seans.

Bartosz tymczasem przystąpił do spożycia. Pociągnął z wiadra pierwszy łyk wódki, łyk tak ogromy, że można było wręcz nazwać ten łyk grzdulem. Po tym grzdulu Bartosz skrzywił się nieco, ale skrzywił się inaczej, niż zwykle krzywili się chłopi po wódce.

– „Czyżby nabrał jakiejś ogłady?” – zastanawiała się Wanda przystawiając usta do szyjki butelki i pociągając potężny grzdul wina, większy nawet niż grzdul Bartosza.


Później Bartosz wstał od stołu, złapał się za brzuch i wybiegł z chaty. Wanda wycofała się spod okna w cień, tak żeby Bartosz nie mógł widzieć jej, ale żeby ona mogła widzieć Bartosza, bo domyślała się po co zaciskający uda Bartosz wybiega z chaty, a nieczęsty widok tego, co chłop chowa w portkach, był dla Wandy o tyle obrzydliwy, co i fascynujący – tak już niestety działa ludzka natura.

Sama jednak czynność, którą Bartosz, przykucnąwszy, wykonywał, nie była dla Wadny w ogóle pociągająca. Była dla niej wręcz nieapetyczna, dlatego Wanda, nacieszywszy wzrok przez tę krótką chwilę pomiędzy ściągnięciem przez Bartosza portek a przykucnięciem, ponownie spojrzała w stronę okna. Do Wandy dobiegł co prawda zapach i bulgotanie towarzyszące czynności wykonywanej przez Bartosza, ale na to już nic nie potrafiła poradzić.


W chacie tymczasem Bartosz, najstarszy syn Bartosza, choć dość jeszcze młody, skorzystawszy z chwilowej nieobecności ojca, zaopiekował się pozostawionym przez ojca wiadrem. Młodemu chłopcu niewiele było potrzeba – pociągnął szybko dwa tylko solidne grzdule i jakoś udało mu się dotrzeć do łóżka, choć na miękkich jednak nogach.


Co działo się później – Wanda nie bardzo potrafiła powiedzieć. Pamiętała, że Bartosz wrócił do chaty, pamiętała, że to drugie wino jakoś tak za szybko się jej skończyło, a później nie pamiętała już zupełnie nic.


Rano obudziły Wandę nie tyle zimno i rosa, która ją pokryła, ale obudziły ją krzyki:

– Mówiłem, że to czarownica? – krzyczał ktoś. – Mówiłem, że uroki rzuca? Nie przeklinała nas przecież? Nie mówiła „bodaj by wam się wódka rozcieńczyła”? Nie mówiła? Mówiła? Mówiła – nie mówiłem? I jeszcze na dziecka klątwę mi rzuciła! Chory teraz, biedny, głowa go boli i co chwilę w krzaki musi latać! I kto teraz będzie ze mną w polu robił?!


Chłopi uznali więc Wandę za czarownicę i powiesili ją na ładnej, smukłej brzozie. Ciało Wandy wisiało na tej brzozie przez kilka dni, a jedną żywą istotą, która się marwą Wandą zainteresowała, był jej kot. Kot ten, gdyby był psem, być może warowałby pod ciałem swojej pani, ale ponieważ kot był kotem to, kiedy zrobił się głodny, wspiął się na brzozę, przeskoczył na ramię wiszącej na nim Wandy i rozpoczął swoją ucztę podgryzając ją, a zaczął od okolic szyi.


Po kilku dniach chłopi zauważyli tę kocią ucztę i zatłukli kota widłami, wydało im się bowiem złym omenem to, że kot pożywiał się ciałem swojej zmarłej pani, w dodatku jeszcze czarownicy. Uważali, że mogłoby to sprowadzić na nich jakieś nieszczęście, choć żaden z nich nie potrafił wyjaśnić właściwie dlaczego ta kocia uczta miałaby zwiastować coś niedobrego. Uznali jednak, że strzeżonego Pan Bóg i strzeże i na podstawie tego właśnie wniosku, tak na wszelki wypadek, tego osieroconego kota zatłukli. Z tego samego powodu zdjęli też z brzozy ciało Wandy i oddali je ziemi. Pochowali ją za płotem cmentarza, bo czarownicy nie godzi się przecież chować w poświęconym gruncie. Tam to właśnie, pod tym płotem cmentarza, w roku pańskim tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym i trzecim Wanda znalazła swoje miejsce.


***


Zapomnieliśmy domknąć powyżej niektóre wątki, wątki dotyczące zalotników, którzy się do Wandy zalecali wtedy, kiedy jeszcze nie do końca zwariowała. Jeśli chodzi o tych wszystkich Niemców, których Wanda nie chciała, to w roku tysiąc dziewięćset osiemnastym opuścili oni (dobrowolnie lub pod mniejszym bądź większym przymusem) granice nowo powstałej II RP. Bolesław zaś – nie wiadomo czy z rozpaczy po odrzuceniu go przez Wandę, czy też z powodu tego, że wyśmiewano się z jego gorącego patriotyzmu – jeszcze za życia Wandy utopił się w Wiśle.


Nowego karczmarza z kolei wkrótce potem również powieszono, tak jak i powieszono wcześniej Wandę, choć nowego karczmarza powieszono za to, że rozcieńczał wódkę wodą z Wisły, co powodowało u chłopów zatrucia pokarmowe. Co zrobiono z jego ciałem? – nic nam w tym temacie nie wiadomo.


***


KONIEC


===


#naopowiesci

#zafirewallem


1953 słowa.


Dziękuję za uwagę.

Zaloguj się aby komentować

Kochani!


Może między grillowaniem kiełbasek, a chowaniem się przed deszczem znajdziecie chwilę na opowiadanko?


Wczoraj była Noc Walpurgi, zwana też Nocą Czarownic, stąd też temat:


Temat: czarownica

Gatunek: opowiadanie historyczne

Limit: 100-8000 słów

Termin: 18 maja

Zasady wyboru zwycięzcy: głos ludu.

Chyba, że to ja będę miała najwięcej piorunów, to wtedy nie.


Powodzenia!


#zafirewallem #naopowiesci

5af1b46b-bdd1-4a85-983d-2c30784f99ae

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wszystkim kawiarenkowiczom!


Czas na publikację opowiadań minął, nadszedł czas na ogłoszenie wyników XXIII edycji naszych zmagań literackich:


W aktualnej edycji konkursu wzięły udział 3 osoby:

@fonfi ze swoim opowiadaniem It's full of stars...

@KatieWee ze swoim opowiadaniem Czy cienie umierają?

@George_Stark ze swoim opowiadaniem Cień czający się na pograniczu jawy i snu (tutaj mam obiekcje, bo ciężko mi je powiązać z fantastyką lub horrorem)


Poziom był bardzo wysoki, komisja w składzie mojej osoby i moich urojonych przyjaciół po podliczeniu piorunów i komentarzy ma przyjemność ogłosić zwycięzcą. A jest nim (werble)... @KatieWee ! Serdecznie gratulujemy! Nagrodę w postaci palety majonezu Kieleckiego wyślemy pocztą.


Pozostałych uczestników zapraszam po odbiór nagrody pocieszenia.


#zafirewallem #naopowiesci #podsumowanienaopowieści

bori userbar

Zaloguj się aby komentować

Cień czający się na pograniczu jawy i snu


Podłoga – bo Jerzy uświadomił sobie, że leży na podłodze – była twarda i zimna. Plecy bolały go jeszcze bardziej niż zwykle, na dodatek czuł jakieś dziwne kłucie w nerkach. Pewnie od tego zimna – cholera wie, jak długo już tam leżał. Bolała go też głowa, a w ustach miał tak sucho, jakby trociny zagryzał wapnem. Żadna jednak z tych rzeczy nie była powodem tego, że Jerzy był przerażony.


Jerzy był przerażony ponieważ po obudzeniu się nie mógł otworzyć oczu.


***


Już od jakiegoś czasu Jerzy miał kłopoty ze snem. Wszystko zaczęło się jakoś mniej więcej wtedy, kiedy Pacha zmieniła swoją różową hybrydową Toyotę Yaris na zielonego Nissana Leafa. Samo to nie było niepokojące – ot kolejna fanaberia Pachy, na którą Jerzy nie zwrócił większej uwagi, tak i nie zwracał większej uwagi na wszystkie inne jej fanaberie tak długo, dopóki miska była nieustająco pełna, a kuweta regularnie czyszczona. Miska jednak coraz częściej była pusta. Jerzy trącał ją pyszczkiem powodując donośne brzęczenie, a Pacha mówiła wtedy „Oj, przepraszam Jerzy – zapomniałam. Tyle mam na głowie”. Z kuwetą sprawa miała się podobnie, choć jednak odwrotnie – to znaczy, że kuweta również był zaniedbana, bo była pełna i to nie tylko żwirku. „Oj, przepraszam Jerzy – zapomniałam. Tyle mam na głowie” – mówiła Pacha, a Jerzy dopiero po chwili mógł sobie ulżyć, bo po awanturze, którą mu kiedyś Pacha urządziła, bał się drugi raz nasrać do łóżka.


Jerzy trenował więc swoje zwieracze i ścianki jelita grubego, ale Jerzy zaczął się też tym niekorzystnym dla ich związku obrotem spraw martwić. Chodził więc za Pachą po domu i podglądał ją zastanawiając się co też mogło być przyczyną tej jej nagłej zmiany w podejściu do swojego ukochanego. Próbował wytropić jakieś wskazówki, na których mógłby zbudować sobie jakąś teorię, którą następnie uznałby za prawdziwą. W taki właśnie sposób Jerzy zauważył, że Pacha podczas suszenia włosów wykonuje dziwne ruchy. Zupełnie jakby raził ją wtedy prąd.


– „Jakieś przebicie czy ki czort?” – pomyślał Jerzy i zdecydował, jak prawdziwy mężczyzna, sprawdzić czy z suszarką jest wszystko w porządku. – „Najwyżej poświęcę dla niej jedno ze swoich żyć. Mam ich w końcu dziewięć.”

– „Ale tylko jedno” – postanowił w końcu, kiedy już zdecydował się dotknąć tej suszarki, do której zabierał się jednak jak pies do jeża.


Z suszarką było wszystko w porządku. Skąd więc ta zmiana zachowania Pachy? Jerzy nie miał pojęcia.


To właśnie ten niepokój był przyczyną kłopotów ze snem Jerzego, choć Jerzy nie zdawał sobie z tego sprawy. Biedak przejmował się jednak swoim stanem, wertował więc internet w poszukiwaniu rozwiązania. Paraliż senny – to było to, co udało mu się znaleźć i nad czytaniem o paraliżu sennym, zwanym przez niektórych zmorą, spędził ostatni tydzień. Objawy co prawda nie pasowały, ale temat wydał mu się ciekawy.


***


I właśnie o tym paraliżu sennym Jerzy przypomniał sobie wtedy, kiedy obudził się na tej zimnej podłodze i nie mógł otworzyć oczu. Natychmiast poczuł ucisk w klatce piersiowej.

– „Może to Pacha?” – łudził się jeszcze przez chwilę, bo przecież od dawna już próbował namówić ją na to, żeby na nim usiadła. Co prawda miał na myśli twarz, a nie klatkę piersiową, ale jak się nie ma co się lubi, no to i klatka piersiowa też może przecież być. Jerzy wiedział jednak, że sam się oszukuje.


– Pacho! Pacho! – zaczął wykrzykiwać na tyle głośno, na ile było go wtedy stać, ale nie było go stać na wiele – brakowało mu przecież powietrza w płucach. (Zauważmy jednak, że nawet w takiej sytuacji Jerzy nie zapomniał użyć wołacza, który to wołacz jest pięknym przypadkiem, choć niestety już zanikającym za sprawą byle mianownika.)


– O! Już się cholero obudziłeś? – usłyszał głos Pachy. – Pięknie się wczoraj zaprezentowałeś! Po prostu pięknie! Ciebie tylko puścić do ludzi, albo ludzi do ciebie! Taki wstyd przed Erwinkiem!

– Co się stało? – zapytał Jerzy, zapominając na chwilę o swoich oczach, bo wobec gniewu Pachy nawet i ślepota była niczym. Zresztą, Homer też był przecież ślepy. Choć, z drugiej strony, nic nam nie wiadomo o tym, żeby spotykał się z jakąś kobietą. Może dlatego pamiętamy go do dzisiaj?

– Co się stało?! Jeszcze się głupio pytasz?! – wściekała się dalej Pacha. – Uchlałeś się wczoraj, zresztą Erwinek też był nie lepszy! No i jak powiedział, że strasznie ma ochotę jakieś stopy pooglądać, chciał mnie nawet namówić, ale się nie zgodziłam, to ty wtedy, ty cholero, zdjąłeś skarpety i podsunąłeś mu pod te swoje stopy pod nos! Erwinek stwierdził, że za mało kobiece, a ty wpadłeś w szał. „Za mało kobiece?! Za mało kobiece?! Czekaj, ja ci jeszcze pokażę!” – zacząłeś krzyczeć i pobiegłeś do łazienki. Chwilę tam posiedziałeś, a potem to już było słychać tylko huk, bo się przewróciłeś, ty ochlejusie jeden, i zasnąłeś na podłodze! Czekaj chwilę, sprawdzę czy znowu ci jakiś bocian siana nie podprowadził.

Jerzy poczuł rękę Pachy sięgającą do jego kieszeni i wyjmującą z niej portfel.

– No, są pieniądze. Całe szczęście – powiedziała Pacha.

– Pacho – zaczął Jerzy, wciąż nie zapominając o wołaczu – ja nic nie widzę!

– No i nie dziwota, ty moczymordo! Tak ci się zachciało być dla Erwinka kobiecym, że pomalowałeś się moim cieniem do powiek. No a potem usnąłeś i w nocy ci się te powieki posklejały.


***


#naopowiesci

#zafirewallem


***


EDIT: A, zapomniałem: 848 słów.

Jakby to miało jakieś znaczenie.

@George_Stark Ja mam tylko dwa pytania natury porządkowej:


  1. Tak dla rozwiania moich wątpliwości, ten incydent łóżkowy to miał miejsce pod postacią kota, prawda?

  2. A znowu fetysze z Erwinkiem to w ludzkiej postaci po skarpetach tuszę? Czy to miała być współczesna interpretacja "Kota w butach"? Znaczy się w skarpetach...

Zaloguj się aby komentować

Nawet nie opowiadanie, ale krótki obrazek, niecałe trzysta słów.


Czy cienie umierają?


Na początku wszystko wydawało się być z tym dzieckiem w porządku. Dziesięć paluszków u rąk, dziesięć paluszków u stóp, błędne spojrzenie w kolorze burzowego nieba i nieobecny uśmiech jakby przeznaczony dla kogoś innego niż ci którzy gruchali, przewijali i całowali pokrytą ciemnym puchem główkę.

Matka, która pierwsza to odkryła, o mało co nie wypuściła dziecka z rąk na zimną podłogę. Przerażenie złapało ją za gardło i zmiękczyło jej kolana, prąd strachu płynący wzdłuż kręgosłupa pozbawiło ją tchu.


Dziecko nie miało cienia.


To znaczy miało, ale nie swój. 


Gdy uniosła je w góry światło lampy ukazało jej nie cień niedużego tłumoczka zawiniętego w poduszkę, ale starca! Wysokiego, wyprostowanego, ale wyraźnie wykrzywionego już przeżytymi latami.

Drżąc podeszła do ściany i opuszkami palców dotknęła cienia, który jakby wzdrygnął się pod tym dotykiem.

Miałą wrażenie, że ściana w miejscu gdzie pada cień jest cieplejsza, jakby mężczyzna ogrzewał ją swoim ciałem i oddechem. 

Pokiwał do niej ręką, a ona podała mu dziecko, aby mógł je potrzymać. Kołysał malutką dziewczynkę, aż zmrużyła oczki i zasnęła. 


Towarzyszył małej w każdej chwili jej życia i był z nią wszędzie. 


Gdy w pokoju paliło się kilka świateł i wszyscy i wszystko inne miało cienie podwójne, potrójne, rozczworzone, zwielokrotnione, mała dziewczynka miała tylko jeden cień, czarniejszy niż inne.

Matka nauczyła się zostawiać niewielką lampkę przy łóżeczku dziecka. Gdy się budziło cień podnosił się i bujał ją delikatnie w ramionach, aż znowu usnęła.

Bawił się z nią lalkami i klockami, podtrzymywał pod pachami gdy stawiała pierwsze kroki.

Gdy podrosła ledwo nadążał za jej krokami, ale zawsze pozostawał gdzieś w pobliżu. 


A pewnego dnia zniknął, żeby już nie powrócić. Dziewczynka i jej matka szukały go wszędzie, widziały go w każdym innym cieniu, nawoływały, on jednak odszedł na zawsze.


#naopowiesci #zafirewallem

1ea10538-a214-4d8a-9e15-4c9f78e8bb3e

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Tym razem, tak dla odmiany postanowiłem wyrobić się na czas. No bo termin mija chyba dopiero jutro o godzinie 19:00 czasu środkowoeuropejskiego, prawda? Prawda?!


Przyznam się szczerze, że na początku miałem zupełnie inną koncepcję na to opowiadanie. Ale jak to z koncepcjami bywa, one sobie, a życie sobie. Tak więc kiedy w końcu siadłem i zacząłem pisać, to moje myśli non stop wędrowały w kierunku @Dziwen a. Czy wysyp wszelkiego rodzaju postów związanych z #perypetiedziwena w ostatnich dniach mógł mieć na to wpływ? Nie wiem. Ale tego nie wykluczam. W każdym razie możliwości jakie otworzyła przede mną misja Grudziądzkiej Centralnej Agencji Kosmicznej wydają się tak nieograniczone i tak kuszące, że nie potrafiłem się im oprzeć. Po raz kolejny. No cóż, ten drugi pomysł będzie musiał poczekać na jakąś kolejną edycję. Albo może nie będzie musiał bo znajdę trochę czasu, żeby go skończyć pozakonkursowo...?


W każdym razie oddaję Państwu kolejny, świeży, jeszcze gorący odcinek space opery o międzygalaktycznej arce Santa Maria.


Miłej lektury.


************


It's full of stars...


Od dobrych kilku minut Dziwen siedział jak sparaliżowany, a w uszach ciągle dźwięczało mu echo płaczu. Płaczu małego dziecka. Bał się wykonać jakikolwiek, choćby najmniejszy ruch, chociaż kubek z gorącą kawą parzył go w dłonie. Ale to pieczenie - tak ku⁎⁎⁎⁎ko nieznośne - było jedyną rzeczą, która podtrzymywała jego poczucie rzeczywistości. Chwycił się go jak tonący brzytwy, żeby tylko nie oszaleć. 


Najpierw ostrożnie rozluźnił palce na kubku, czując że jeśli tego nie zrobi, naczynie za chwilę pęknie i pokaleczy mu ręce. Skupił się na dźwiękach otoczenia upewniając się, że płacz naprawdę już przebrzmiał, a to słabnące poczucie czyjejś obecności to wytwór jego wyobraźni. Rozejrzał się powoli po jasno oświetlonym kambuzie, pozwalając by oddech mu się całkiem uspokoił. Jedyne co teraz słyszał to szum wymienników powietrza systemu wentylacyjnego międzygalaktycznej arki Santa Maria oraz sporadyczne pikanie robotów kuchennych.


Jak tylko szok minął i całkiem odzyskał zdolność poruszania się, pobiegł do ambulatorium. Położył się pod automatycznym skanerem i wystukał na panelu polecenie uruchomienia pełnej diagnozy, wraz ze szczegółowym rezonansem mózgu. Kiedy aparatura ożyła i przystąpiła do badania, Dziwen zaczął się zastanawiać od kiedy ma te… No właśnie, co? Zwidy? Halucynacje? Doliczył się siedmiu “epizodów”, jak je do tej pory nazywał. Pierwszy pojawił się już pierwszego dnia, tuż po uruchomieniu prototypowego napędu i wykonaniu skoku w bliżej nieokreśloną przestrzeń kosmiczną. Jednak wtedy zrzucił to na ogromne ciśnienie i stres w jakim przyszło mu funkcjonować. Nagła ucieczka z Ziemi, pierwsze użycie napędu skokowego, które równie dobrze mogło odparować całą arkę wraz ze wszystkimi uciekinierami albo zmaterializować ich w centrum czarnej dziury lub we wnętrzu jakiejś gwiazdy. I to wszystko wyłącznie na jego głowie.


Wrócił myślami do tych wydarzeń. Przypomniał sobie jak w jednym momencie, poprzez wibracje, czuł przeciążenie generowane przez potężne silniki wyrywające Santa Marię ze studni grawitacyjnej Ziemi. Pamiętał końcówkę odliczania przed skokiem. A chwilę potem klęczał już na pokładzie mostka wymiotując. Nie potrafił dokładnie opisać jak przebiegał sam skok. Miał tylko wrażenie, że ktoś wywrócił go na lewą stronę i wyrzucił w upstrzoną gwiazdami czarną otchłań, po czym szarpnął jak za smycz i sprowadził z powrotem na pokład. Do pozycji klęczącej. W której wrażenie przenicowania znajdowało ujście za pomocą gwałtownych torsji. Wtedy właśnie to poczuł. Głęboki niepokój, jakby coś monstrualnego przyglądało mu się z zaciekawieniem zza ciężkiej, niewidzialnej zasłony. Po kilku sekundach uczucie zniknęło, ale on był już wtedy zbyt zajęty kontrolą systemów statku, żeby zawracać sobie tym głowę.


Z zamyślenia wyrwało go piknięcie i komunikat “skanowanie zakończone” wypowiedziany syntetycznym głosem komputera medycznego. Dziwen wywołał wyniki badania na ekran i gorączkowo przewijał długą listę w poszukiwaniu jakichkolwiek odstępstw od normy. 


Nic. Tak samo jak przy poprzednich skanach.


— Jak tak dalej pójdzie to od samych tych skanów zwariuję, albo będę świecił w ciemnościach - pomyślał, schodząc ze stołu medycznego i kierując się z powrotem w stronę kambuza. 


Dziwen, choć od samego początku uczestniczył w pracach Grudziądzkiej Centralnej Agencji Kosmicznej przy projektowaniu systemów symulacji dla krio-kapsuł, to na stanowisko Głównego Kreatora został przydzielony w ostatniej chwili, dosłownie na kilka godzin przed startem. Wszystko potoczyło się wtedy szybko i gwałtownie. Inwazja, strach, ucieczka, start i skok… A teraz już pół standardowego roku przemierzał samotnie kosmiczną przestrzeń, nadzorując pracę arki. 


Samotnie - jeśli nie liczyć kilku tysięcy zahibernowanych ocalałych.


Po pierwszym epizodzie, co do którego Dziwen cały czas miał jeszcze wątpliwości, czy jednak faktycznie nie był efektem intensywnego stresu, drugi wyrwał go z głębokiego snu na początku trzeciego miesiąca tułaczki. Obudził się gwałtownie z takim samym intensywnym uczuciem bycia obserwowanym. Ale wtedy też zignorował wrażenie, tłumacząc je sobie po prostu złym snem. 

Kolejne zdarzały się coraz częściej i przyjmowały coraz bardziej intensywne, niemalże realne formy. Od poprzedniego minęło raptem dwa dni.


Dziwen wszedł do kambuza, rozejrzał się na wszelki wypadek i zabrał ze stołu kubek z zimną już kawą. Nie lubił zimnej kawy. Wylał zawartość do zlewni, podstawił kubek pod ekspresem i nacisnął przycisk. Ekspres zaterkotał młynkiem i w pomieszczeniu rozszedł się przyjemny zapach świeżo mielonych ziaren. Oparł się rękami o szafkę i czekając aż ekspres skończy przygotowywanie napoju przycisnął czoło do miłej, zimnej powierzchni białych drzwiczek, dając myślom zupełnie odpłynąć. Ekspres skończył parzenie i znowu nastała cisza, urozmaicona jedynie szumem wentylacji. 


Zabrał gorący napój i spojrzał na stolik przy którym przed chwilą tak wyraźnie słyszał płacz dziecka. Zdecydował, że woli się jednak przespacerować i skierował kroki w stronę znajdującej się nieopodal hali widokowej. Usiadł ostrożnie na miękkiej kanapie. Naprzeciwko miał wielkie panoramiczne okno, o rozmiarach ekranu kinowego, osłonięte przez większość czasu przez grube pancerze chroniące przed radioaktywnym promieniowaniem. Systemy arki pozwalały na otwarcie osłon na nie dłużej niż 15 minut w jednym cyklu dobowym. Chociaż w przestrzeni kosmicznej nie było ani dnia ani nocy, to komputery pokładowe utrzymywały 24 godzinny cykl zegarowy, a kalendarz pracował w tzw. systemie standardowym, bazującym na Ziemskim kalendarzu gregoriańskim.


Dziwen wyjął z kieszeni terminal, z którym nigdy się nie rozstawał, rzucił okiem na ogólne podsumowanie systemów sterujących, a nie widząc tam nic niepokojącego uruchomił system hali widokowej i otworzył osłonę. Wraz z jej otwarciem, rozbłysły zewnętrzne reflektory oświetlając statek. Jego oczom ukazało się monstrualne “cielsko” Santa Marii w całej swojej okazałości.


Większość pomieszczeń “socjalnych” znajdowała się na ogromnym pierścieniu obracającym się wokół głównego kadłuba. Obrotowy ruch pierścienia zapewniał pokładom sztuczną grawitację, natomiast w centralnej części panował stan nieważkości. Tam też znajdowały się hangary, magazyny, wszelkiej maści pomieszczenia techniczne i komory z prototypowymi systemami napędowymi. Dziwen podszedł do okna i oparł się o szybę przyglądając się temu niesamowitemu wytworowi grudziądzkiej myśli technologicznej. 


W pewnym momencie kątem oka dostrzegł ruch. Skupił wzrok w tym miejscu i zauważył na zewnątrz jakąś skuloną postać. Poczuł jak znowu ogarnia go panika. Jego umysł nie mógł poradzić sobie z przetworzeniem informacji, że w pustej, zimnej przestrzeni kosmicznej unosi się… dziecko! Mała dziewczynka! A kiedy uświadomił sobie, że postać nie jest na zewnątrz, ale że wpatruje się w jej odbicie w szybie, odwrócił się jeszcze bardziej przerażony. 


Na kanapie, na której przed sekundą siedział on sam, kucała mała - mniej więcej 7 letnia - przestraszona dziewczynka. Zrobiło mu się ciemno przed oczami a kubek wypadł mu z ręki i z brzękiem roztrzaskał się na twardej podłodze. To przywołało go do rzeczywistości.


— Co tu się, k⁎⁎wa, dzieje?! - zdołał z siebie wydusić


Na dźwięk jego głosu, dziewczynka cofnęła się, wtuliła mocniej w miękkie oparcie kanapy i rozpłakała się. W tym samym momencie na statku zamrugały światła a terminal zasygnalizował zakłócenie w systemie zasilania. Zdezorientowany Dziwen nie bardzo wiedział jak ma zareagować. Zacisnął pięści, aż paznokcie wbiły mu się w dłoń, głównie po to żeby upewnić się, że nie śni.


Dziecko nie przestawało kwilić. I wpatrywało się w niego wielkimi, czarnymi, praktycznie pozbawionymi białek oczami.


Zrobił krok w stronę kanapy. 


Kolejny. 


Dziewczynka szlochała ale nie spuszczała z niego wzroku. Jej intensywne spojrzenie natychmiast przywołało to silne, znajome już uczucie bycia obserwowanym. Nie wiedzieć czemu, cały strach, który przed chwilą go tak paraliżował, teraz gdzieś zniknął. Usiadł na krawędzi, wyciągnął zachęcająco rękę w jej stronę i zapytał:


— Masz jakieś imię?


— Nazywam się Santa Maria — odpowiedziała. A w jej czarnych oczach zamigotały gwiazdy.


************

1138 słów


#zafirewallem

#naopowiesci

@fonfi Dobre! Podoba mi się jak konsekwentnie ciągniesz to swoje uniwersum 🙂


No i zdążyłeś. Już się bałem że nikt nie napisze xD

Zaloguj się aby komentować

Witam szanownych Państwa w XXIII edycji zabawy #naopowiesci!


Tym razem zaszczyt wyboru tematu przypadł mojej skromnej osobie. Zastanawiałem się długo nad przedmiotem zmagań literackich i decyzja była niełatwa. Ostatecznie wybór padł na:


Temat: Cień czający się na pograniczu jawy i snu

Gatunek: fantastyka, horror

Limit: 100-5000 słów

Termin: 30 kwietnia godzina 19:00

Zasada wyboru zwycięzcy: Ilość piorunów + ilość komentarzy pod opowiadaniem (komentarze autora się nie liczą )


Powodzenia!


#naopowiesci #zafirewallem

310d99db-e746-43b1-8f8e-47507436c436
bori userbar

Teraz sobie myślę że mogłem dać bardziej wielkanocny temat. Na przykład "rycerz z zajęczą wargą na ratunek majonezowej księżniczce"

Zaloguj się aby komentować

Dobry wieczór,


przyszedł czas zamknąć XXII edycję zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem . Jako że nie jestem dobrym pisarzem, to będzie króciutko.


Do zabawy zgłosiło się 3 autorów:


  • @bori z wytworem "CZTEREJ PODSTĘPNI I OFCA CZYLI PORADNIK DLA NOWEGO MODERATORA NA HEJTO"

  • @George_Stark z wytworem "WSZYSTKIE ZWIERZĘTA SĄ RÓWNE, ALE OWCE SĄ RÓWNIEJSZE"

  • @fonfi z wytworem "Wielka Księga Moderacji"


Zasady były proste i uczciwe, dlatego chyba jako pierwsza osoba w konkursie podejdę do nich w pełni uczciwie


Użytkownik @fonfi opublikował swój utwór (celowo) po czasie (18:03), w związku z czym został zdyskwalifikowany.

Z kolei użytkownik @George_Stark nie spełnił wymogu formalnego napisania poradnika, w związku z czym również został zdyskwalifikowany.


Po tej części formalnej, jury udało się na burzę mózgów, trwającą aż do teraz i ostatecznie po zażartej dyskusji dokonało niejednomyślnego wyboru:


ZWYCIĘZCĄ XXII EDYCJI #naopowiesci ZOSTAJE @bori !


Wyrazy współczucia dla zwycięzcy, gratulacje dla pokonanych, a ja oficjalnie udaję się na emeryturę opowiadaniową


#naopowiesci #zafirewallem #podsumowanienaopowieści

#owcacontent <- do blokowania moich wpisów

@bojowonastawionaowca Znowu ustawiony konkurs, żądam ponownego przelicze.... A nie, czekaj xD


Zastanowię się nad jakimś ciekawym tematem i postaram się dzisiaj wrzucić post

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Czy tym razem zdążyłem?


Aha - wszelkie podobieństwo do jakichkolwiek osób jest zupełnie przypadkowe i niezamierzone. No mówię Wam, że tak jest


************


Wielka Księga Moderacji


7… 8… 9… 10… 

Doliczył w myślach do końca i otworzył oczy. Zorientował się, że kuca między dwoma samochodami. A właściwie tym co z nich zostało. Zardzewiała karoseria, brak kół, powybijane szyby i zdemolowane wnętrza. Wyjrzał ostrożnie spomiędzy wraków i stanął przed budynkiem, którego stan był równie opłakany. Kawałki szkła we framugach okien, dziury w elewacji, sterczące resztki elementów konstrukcyjnych i wystające zewsząd dziko rosnące rośliny sprawiły, że przez chwilę się zawahał czy to na pewno ten. Jego wątpliwości szybko jednak się rozwiały, kiedy między liśćmi dostrzegł blady, ledwie już widoczny napis “DATA CENTER”.


— No dobrze, nie ma co dłużej zwlekać. Bardziej gotowy nie będę - zdecydował, mrucząc pod nosem Max.


Spojrzał do góry, czy na błękitnym niebie, które stanowiło przeraźliwie radosny kontrast do otaczającego go mrocznego krajobrazu, nie dojrzy jakiś dronów. Te przypominające obłoczki (“albo raczej puchate owieczki” - poprawił się w myślach) france potrafiły unosić się bezgłośnie i nim się człowiek zorientował mogło być po wszystkim. Na szczęście nigdzie nie dostrzegł ich najmniejszego śladu.


Zachowując czujność ruszył w kierunku drzwi. Przyczaił się pod ścianą i zerknął na zamontowane na ręce urządzenie, które według zapewnień miało skanować okolicę i informować go o jakimkolwiek ruchu. Ze środka małego wyświetlacza leniwie mrugała do niego jedynie zielona kropka, oznaczająca jego pozycję.


Chwycił i - wstrzymując oddech - pociągnął za klamkę. Zaskoczyło go, że drzwi otworzyły się bezgłośnie.


— Na całe szczęście - pomyślał, brakowałoby mi tylko, żeby narobić tutaj hałasu.


Wślizgnął się do środka i zlustrował pomieszczenie, w którym się znalazł. Niewielka klatka schodowa, kilka kolejnych par drzwi i metalowe schody prowadzące na wyższe piętra. Tutaj również niekontrolowana przyroda zaczynała opanowywać przestrzeń, wdzierając się do środka przez puste oczodoły okien. Z informacji, które dostał wiedział, że szukać musi na pierwszym piętrze. Powoli wszedł na schody, patrząc gdzie stawia kroki. Żałował, że nie ma ze sobą broni - jakiegoś noża albo chociaż czegoś co mogłoby posłużyć za pałkę. A fakt, iż doskonale wiedział, że taka broń na nic by się zdała, zupełnie nie poprawiał mu humoru.


Dotarł na piętro. Wszedł do kolejnego małego pomieszczenia. Zbutwiałe, podziurawione resztki jakiejś kanapy w kącie i okienko w ścianie po prawej, w którym ostała się - najwyraźniej wzmacniana - szyba sugerowały, że to recepcja. Przed nim znajdowały się masywne, przeciwpożarowe drzwi zabezpieczone, martwym teraz zamkiem cyfrowym. Sprawdził klamkę, chociaż i tak wiedział, że drzwi nie puszczą. Ocenił wysokość szpary pod szybą w oknie, przecisnął się, lądując niezgrabnie w stróżówce po drugiej stronie i zamarł na chwilę. Zerknął na skaner bo wydawało mu się, że brzeg wyświetlacza zapalił się na ułamek sekundy na czerwono. 


— Musiało mi się chyba przywidzieć - skwitował po kilku długich sekundach, przez które wpatrywał się pojedynczą zieloną kropkę na środku urządzenia.


Odczekał jednak jeszcze dobrą minutę, zanim postanowił ruszyć dalej.


Z pomieszczenia ochrony, wyszedł na długi korytarz, który po jakiś stu metrach skręcał pod kątem prostym w lewo. Przemieszczał się ostrożnie, uważając żeby nie potknąć się o pozwijane wszędzie pnącza i łodygi. Co kilka kroków stawał, sprawdzał skaner i nasłuchiwał. Po lewej i prawej stronie mijał szerokie, podwójne drzwi, oznaczone napisami “STREFA” z kolejnymi numerami. Niektóre były zamknięte, inne otwarte a jeszcze inne wisiały na jednym zawiasie jakby wyrwała je z framug jakaś eksplozja wewnątrz pomieszczenia. Dotarł w końcu do zakrętu. Uspokoił oddech i wyjrzał ostrożnie za róg. Przez chwilę przyglądał się zarośniętej przestrzeni. Kiedy nic nie wzbudziło jego podejrzeń ruszył dalej. Minął kolejne dwie pary drzwi, aż zauważył oznaczenie: STREFA 21-37. 


— Są. Dokładnie tak jak mówił. Na szczęście chyba nie są zamknięte. - pomyślał, zerkając na wąską szczelinę.


Ostrożnie uchylił je bardziej. W pomieszczeniu, które kiedyś było serwerownią panował całkowity mrok. Ostrożnie wślizgnął się do środka i przywarł do ściany z nadzieją, że wzrok mu się przyzwyczai do ciemności. Zaczął co prawda dostrzegać niewyraźne kształty, ale nie na tyle, żeby móc się bezpiecznie poruszać. Sięgnął ręką do pasa po latarkę, skierował ją w głąb pomieszczenia i nacisnął włącznik. W nagłym rozbłysku światła zdążył tylko zauważyć poziome, prostokątne źrenice, które z przerażającą szybkością rzuciły się na niego. Ostatnie co zapamiętał to przeraźliwy, beczący głos…


************


Max ocknął się przerażony. Uspokoił się jednak szybko, czując pod sobą miły chłód automatycznie dostosowującej się do ciała, wkładki żelowej fotela antyprzeciążeniowego międzyplanetarnej arki Santa Maria.


@Dziwen , mogłeś mnie, k⁎⁎wa, o nich uprzedzić… - warknął, otrząsając się z resztek symulacji, do siedzącego przy pulpicie sterowniczym Głównego Kreatora.

— Max, przecież ci mówiłem, że symulacja się sypie. Nie dość, że nad niektórymi obszarami tracę kontrolę, to w niektórych nie jestem w stanie nawet podejrzeć wizualizacji. Wszystkie ślady, jakie udało mi się namierzyć prowadzą w obszar STREFY 21-37 - bronił się Dziwen i dodał - To tam musi być źródło problemu.

— Wiem, wiem mówiłeś. Pewnie dlatego też, wysiadła akurat kapsuła 21.37. Biedna Pacha… Doszła już do siebie?

— Jeszcze dochodzi. Chociaż szczęśliwa to nie jest. Nie na to się pisała. 

— Nikt z nas się nie pisał na to, co właśnie się dzieje. Dobra, chyba musimy spróbować ponownie. Rozumiem, że dalej nie wiesz czego szukamy? - upewniał się Max

— Nie. Ale myślę, że jak znajdziesz to będziesz wiedział o co chodzi. - zapewnił go Dziwen, przekrzywiając głowę na bok w charakterystyczny dla siebie, “sowi” sposób.

— Przynajmniej teraz wiem czego się spodziewać. - pocieszał się Max

— Nooo… Właściwie to niekoniecznie… Ten obszar symulacji “żyje własnym życiem”. W logach wygląda to tak jakby się cały czas sam modyfikował.

— Żartujesz sobie?! Chcesz mi powiedzieć, że cholera wie co tam teraz zastanę? - zdenerwował się Max - Też się nie na to nie pisałem… Dobra, podłączaj mnie. - dodał zrezygnowany


************


7… 8… 9… 10… 

Otworzył oczy. 

Błękitnie niebo, budynek i samochody. Jednak tym razem wszystko w idealnym stanie.


— Szlak! - podsumował widok Max - Chociaż tyle, że zaczynam w tym samym miejscu.


Rozejrzał się za dronami, sprawdził skaner na ręku i trochę pewniej niż ostatnim razem, ruszył w stronę budynku z - tym razem - wyraźnym napisem DATA CENTER. Drzwi otworzyły się tak samo lekko jak ostatnio. Klatka schodowa lśniła nienaturalnie sterylną czystością. Przystanął nasłuchując. W przeciwieństwie do poprzedniego wejścia w symulację, tym razem zamiast martwej ciszy słyszał gdzieś w oddali szum pracujących urządzeń. Wszedł na piętro. Kanapa w poczekalni zachęcała miękkimi poduchami, a zamek cyfrowy na drzwiach mrugał czerwoną diodą. Max zajrzał ostrożnie do stróżówki, przez pancerną szybę ale nikogo nie zauważył.


— Ciekawe, kogo się spodziewałem tutaj zastać - zaśmiał się duchu


Na biurku, przy włączonym monitorze, na którym widać było obraz z kamer bezpieczeństwa, leżało kilka plastikowych kart dostępu. Sięgnął po nie ręką przez szparę pod szybą, przez którą poprzednio się przeciskał. Zerknął na kawałek plastiku i na zamek przy drzwiach.


— To się nie może udać - próbował przekonać sam siebie


Przyłożył kartę do czytnika. Dioda zmieniła kolor z czerwonego na zielony, elektro-zwora puściła z charakterystycznym “pyknięciem” i drzwi się uchyliły.


— Za łatwo idzie tym razem… - pomyślał


Pomimo coraz większych podejrzeń, otworzył drzwi i wyszedł na korytarz. Ruszył powoli w kierunku zakrętu. Tym razem wszystkie, mijane po lewej i prawej stronie, drzwi były zamknięte, a przy każdych z nich mrugały aktywne systemy kontroli dostępu. Na korytarzu było dość głośno przez pracującą na wysokich obrotach wentylację. Krok za krokiem zbliżał się do zakrętu. Tak jak poprzednio, uspokoił oddech, sprawdził skaner i wyjrzał za róg. Tym razem widoku nie zasłaniały żadne dzikie pnącza. Było zupełnie pusto.


Zebrał się w sobie i ruszył w stronę drzwi oznaczonych napisem STREFA 21-37. Tak jak wszystkie pozostałe - były zamknięte, a czytnik przy drzwiach mrugał na niego diodą. Na myśl o tym, co ostatnio czekało na niego za tymi drzwiami, oblał go zimny pot. Niestety nie było odwrotu. Przyłożył kartę a zamek odblokował dostęp. Nie zastanawiając się dłużej, żeby przypadkiem się nie rozmyślić, szarpnął gwałtownie za klamkę. Drzwi stanęły otworem. Światła w środku automatycznie się włączyły, ukazując rzędy szaf z szumiącymi głośno serwerami różniej maści.


Stał tak przez chwilę, w obawie czy tym razem też go coś przypadkiem nie zaatakuje, ale na tyle na ile był w stanie stwierdzić, w pomieszczeniu nikogo nie było. Pomiędzy rzędami szaf, dostrzegł na końcu pomieszczenia biurko z terminalem. Podszedł bliżej. Ekran terminala, pomimo że włączony, był cały czarny i tylko na środku świeciły się dwa jasne prostokąty. Miejsca na wpisanie loginu i hasła. Obok monitora i klawiatury leżała książka.


— Książka?! - zapytał sam siebie zaskoczony Max


Wziął ją do ręki, żeby przyjrzeć się jej dokładnie. Książka zupełnie nie pasowała do nowoczesnego wnętrza centrym danych. Była oprawiona w skórę, z bogatymi, mosiężnymi zdobieniami, zamknięta na zatrzask. Na okładce widniała głowa barana z wielkimi zakręconymi rogami. Żadnych napisów, żadnego tytułu - nic co mogłoby sugerować zawartość. 


Otworzył zamek i ostrożnie uchylił grubą okładkę. Na pierwszej stronie, wypisany ozdobnym pismem i mieniącym się atramentem widniał tytuł: 


WIELKA KSIĘGA MODERACJI


a pod nim tekst, który wyglądał na ostrzeżenie:


Gdy T0m@s2-H@jt0 zatwierdzisz enterem,

Nie będziesz jeno marnym luserem,

Lecz władzę ogromną do ręki dostaniesz,

I panem ich losu natychmiast się staniesz!


Przekartkował książkę, gdzie na kolejnych stronach drobne, odręczne pismo przeplatało się z ozdobnymi szkicami, wykresami i notatkami na marginesach aż zatrzymał się na ostatniej stronie. Tam, na samym jej środku widniał odręczny rysunek głowy barana, identyczny z tym na okładce a pod nim tylko jedno zdanie:


“Wszyscy są równi, ale Owce są równiejsze!”


Wiedział już, że znalazł to po co przyszedł. Wiedział, że musi zabrać księgę i wynieść na zewnątrz, żeby Dziwen mógł w niej znaleźć rozwiązanie i przywrócić kontrolę nad symulacją. Wiedział. Jednak nie mógł oderwać wzroku od mieniącej się złoto-zielonym sheenem głowy barana i wiedziony jakimś dziwnym impulsem położył ręce na klawiaturze i uzupełnił obydwa pola: 


- admin 

- T0m@s2-H@jt0


Nacisnął ENTER.

Szum serwerów zniknął gdzieś w oddali.


************


Dziwen aż krzyknął z przerażenia kiedy urządzenia monitorujące funkcje życiowe Maxa zawyły alarmami. 


— Max?! K⁎⁎wa!!!! Kurwaaaaa!!!! Co tam się dzieje!!!!!


Jego palce biegały nerwowo po klawiaturze pulpitu sterowniczego, przeglądając wszystkie możliwe logi i podprogramy w poszukiwaniu odpowiedzi - bez rezultatu. Nagle ekran jego monitora zgasł na moment by po chwili znowu się uruchomić. Ale zamiast znajomych okien i narzędzi - na czarnym tle mrugał tylko biały, prostokątny kursor.


Jesteś tam Max? - Dziwen niepewnie wpisał pytanie, chociaż wiedział, że ten obszar symulacji jest poza jego kontrolą.


Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Nagle pytanie zniknęło, a na ekranie pojawił się napis:


— Maxa już nie ma. Od dzisiaj zwracaj się do mnie @bojowonastawionaowca . I taguj, jak ze mną rozmawiasz!!!


************

1662 słowa

#zafirewallem

#naopowiesci

4a5957f9-ca15-4303-8e7f-def40988250c

Tak było... Nie wiem czy wiecie, ale pierwotnie na hejto nie miało być tagów, ale Owcen zagroził rodzinom adminów i specjalnie dla niego wprowadzili :]


Opowiadanie prima sort

Zaloguj się aby komentować

Pan Michau nie był dobrym gospodarzem. Pasza w jego gospodarstwie była coraz bardziej niestrawna, zbiory z roku na rok coraz gorsze (głównie za sprawą podeptanego przez złośliwe elfy zboża), ziarno coraz trudniej było oddzielić od plew, a na dodatek ogrodzenie było tak dziurawe, że do folwarku bez problemu nocą dostawali się pijani imigranci z Rumunii, którzy wykrzykiwali obraźliwe hasła o jakiejś Monice i jej magicznej waginie, w której według ich relacji znikały różne przedmioty.


Pan Michau nie chciał swojego gospodarstwa opuścić, pomimo nawet protestów zwierząt zbierających się pod hasłem Folwark upaństwowić, a parobków wypierdolić, wobec czego dwa niesubordynowane barany o imionach Emil i Krzysztof postanowiły założyć własne gospodarstwo. W 24 godziny wznieśli budynki gospodarskie i postawili ogrodzenie. Budynki chwiały się przy najmniejszym wietrze, zdarzało się, że spadały z nich dachówki, ale wszystko jako tako trzymało się kupy. Ogrodzenie za to wydawało się dość szczelne, a przynajmniej nic nam nie wiadomo o jego naruszeniach, choć powodem braku tych naruszeń może być brak prób ich podejmowania, bo gospodarstwo knurów nie cieszyło się zbyt dużą popularnością.


Barany od czasu do czasu pojawiały się gospodarstwie pana Michaua. Nie przez dziury w płocie, wchodziły tam bramą, bo pan Michau nie zamknął przed nimi drogi powrotnej. Barany prowadziły więc działalność dywersyjną – namawiały zwierzęta w zagrodzie pana Michaua do przenosin obiecując im gruszki na wierzbie zamiast znanych im już mirabelek, których zresztą wcale nie było u pana Michaua tak dużo. Na koniec barany odśpiewywały Barkę i wynosiły się do siebie, a niektóre zwierzęta podążały za nimi.


Pewnego dnia pan Michau postanowił polepszyć byt zwierząt znajdujących się pod jego opieką. Odpicował swoje budynki za pomocą farby w sprayu, w miejsce dziur w ogrodzeniu poupychał kartony i ogłosił zwycięstwo przeprowadzonej przez siebie rewolucji. Pan Michau nie wziął jednak pod uwagę jednego czynnika (być może uznał go za nieistotny?), a czynnikiem tym były potrzeby jego zwierząt. Wtedy rozpoczął się eksodus.


W gospodarstwie Emila i Krzysztofa w wyniku imigracji nastąpił skokowy przyrost populacji. Żeby nad tym wszystkim zapanować, zwierzęta ustanowiły mające rządzić ich społecznością przykazania, a przykazania te brzmiały tak:

– wszystko, co nie ma jajek jest wrogiem;

– wszystko co nie jest wrogiem, jest przyjacielem;

– żadne zwierzę nie będzie dodawać wpisów politycznych bez odpowiedniego tagu;

– w ogóle żadne zwierzę nie będzie dodawać wpisów bez odpowiednich tagów;

– żadne zwierzę nie będzie kazać innemu zwierzęciu usunąć konta;

– wszystkie zwierzęta są równe.

Zwierzęta były dumne z ustanowionych przez siebie przykazań, a przykazania te były przechowywane w niezabezpieczonym pliku tekstowym Przykazania.txt, który, jak głosi legenda, niektóre zwierzęta od czasu do czasu nawet czytały, a czytały go po to, żeby przypomnieć sobie jego treść. Strażnikiem przykazań został wyznaczony bojowo nastawiona owca.


Życie towarzyskie na farmie kwitło. Zwierzęta spotykały się ze sobą i wspólnie spędzały czas. Tworzyły się grupy, które wiązały wzajemne zainteresowania: pojawiali się miłośnicy perfum, wiecznych piór, książek, filmów, gier komputerowych, a nawet poezji. Zwierzętom nigdy nie brakowało żywności dostarczanej im z okolic Lublina, ani świeżej bałtyckiej wody odsalanej w Gdańsku.


Z czasem zwierzęta zaczęły wybierać się poza folwark. Grupy spotykały się ze sobą w mniejszych podgrupkach, które łączyła głównie geografia, ale zdarzało się że również i zainteresowania. Tak na przykład spotkali się w Warszawie miłośnicy poezji, co zorganizowała owca, bo knur Jerzy, który po rocznym błąkaniu się po bezdrożach po opuszczeniu gospodarstwa pana Michaua postanowił osiąść w tej ziemi obiecanej, zorganizować takiego spotkania nie potrafił. Wtedy zaczęły się kłopoty. Po takich spotkaniach zwierzęta zaczęły znikać.


Pierwszym, który zniknął był mongolski słoń dyskotekowy, słoń niezwykły, ze skórą nie w kolorze szarym, jak u zwykłego słonia, ale ze skórą lustrzaną, podzieloną w dodatku na segmenty, jak skóra pancernika tak, że przypominałby kulę dyskotekową, gdyby tylko nie te jego rude wąsy. Później, po kolejnym spotkaniu zniknął ostatni i jedyny na świecie czosnkowy smok. Zwierzęta poczuły się zaniepokojone, a były zaniepokojone bym bardziej, że przypomniało im się jeszcze wcześniejsze zniknięcie pewnego łosia o zbyt dużym popędzie. Niepokoje wiązały się też z pewną ptaszyną, która co jakiś czas odlatywała, ale później na szczęście wracała – być może nie leciała do Aryki wyłącznie na zimę, ale zawsze wtedy, kiedy robiło jej się zimno?


Ze względu na kurczącą się populację farmy robiło się na niej coraz mniej wesoło, więc pewnego dnia zaniepokojony pająk przyszedł do owcy i zapytał:

– Owca, coś niedobrego się dzieje. Zwierzęta nam z farmy uciekają. Może coś jest nie tak z naszymi przykazaniami?

– Nie z przykazaniami wszystko jest w porządku – odpowiedział owca. – Sam możesz sprawdzić, jeśli chcesz.


I pająk otworzył plik Przykazania.txt, a wszystkim jego dwunastu oczom ukazało się tylko jedno zdanie:


WSZYSTKIE ZWIERZĘTA SĄ RÓWNE, ALE OWCE SĄ RÓWNIEJSZE.


***


#naopowiesci

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

W przypływie weny napędzanej dłuższymi niedoborami alkoholu postanowiłem dzisiaj zgwałcić Wasze gusta literackie, bezwstydnie publikując swoje wydaliny quasi pisarskie w ramach kolejnego wydania #naopowiesci #zafirewallem


CZTEREJ PODSTĘPNI I OFCA

CZYLI PORADNIK DLA NOWEGO MODERATORA NA HEJTO


Witaj młody człowieku w naszej serwerowni! Usiądź wygodnie na fotelu (uważaj na resztki jedzenia) i się zrelaksuj – przed Tobą rozpościerają się wspaniałe perspektywy zaszczytnej pracy na nocnych zmianach w naszym dynamicznie rozwijającym się, młodym zespole. Płacimy szalone 30,50 zł na rękę, przypominam w tym miejscu że papier toaletowy we własnym zakresie, a dwa pompnięcia soku są tylko dla zarządu.


Jeśli ciekawi Cię co się stało z poprzednikiem, to niestety musiał udać się na urlop. Codzienne pranie brudów tego portalu nadwyrężyło jego psychikę – zamknął się w toalecie i beczał pół dnia - więc razem z zarządem zasponsorowaliśmy mu wyjazd w pewne bardzo spokojne miejsce, pełne all-inclusive.


Pozwól że z tej okazji przedstawię Tobie kilka złotych rad, jakie pozostawił wypisane krwią na ścianie Twój poprzednik, zanim trafił na Dziekankę:


  1. Zapomnij o wszystkim o czym do tej pory się dowiedziałeś – tutaj jest prawdziwy dziki zachód – czeka Cię istna orka na ugorze.

  2. Pamiętaj, że nieważne ile argumentów przedstawi interlokutor, Ty masz zawsze rację. Ale udawaj że oni ją mają, stwarza im to iluzję ważności.

  3. Listę haseł bezpieczeństwa masz na karteczce przyklejonej do monitora.

  4. Co jakiś czas, zupełnie losowo, wiesza się główny serwer. Musisz go wtedy zrestartować przez wyciągnięcie wtyczki z kontaktu. UWAGA: kabel jest podziobany przez bażanty, może kopnąć prąd.

  5. Po restarcie serwera upewnij się, że koparka Bitcoinów załączyła się prawidłowo.

  6. W lewej szafie jest destylarnia napędzana ciepłem z serwerów. W razie nalotu policji wyrzuć ją przez okno!

  7. W roku pomieszczenia jest stary poradziecki komputer MO-11 obsługujący bota generującego kontent. Jak zacznie rzęzić to trzaśnij go w obudowę, wtedy się uspokoi.

  8. Czasem, o 3:15, ze schowka na miotły dobiegają jęki – to tylko echo, pamiętaj.

  9. Jakbyś zgłodniał w nocy, to sporo jedzenia możesz wygrzebać z klawiatury.

  10. Nasz zaawansowany algorytm wyrzuca Tobie posty z przekleństwami do moderacji. Musisz wtedy je ręcznie wykropkować.

  11. Uważaj na użytkowników z deficytem kalorycznym. Dłuższe niedobory węglowodanów powodują urojenia, w trakcie których wydaje im się że tutaj rządzą. Cierpliwie poczekaj aż im atak minie i się uspokoją.

  12. Programiści mają problem z implementacją trzeciego rogala przy nicku, stąd ich prośba żeby przy najbliższej okazji (ale koniecznie jeszcze przed WOŚPem!), zbanować jednego użytkownika. Nick znajdziesz w kopercie.

  13. Nie banuj gołych bab. Użytkownicy to lubią i generują one ruch.

  14. Co jakiś czas przeglądam skrzynkę [email protected] i odpisuj na losowe maile. Daje to złudzenie że interesują nas problemy i zdanie użytkowników.

  15. Jeśli zauważysz że mało się dzieje, wrzuć z multikonta moderacji coś kontrowersyjnego: polityka, religia, majonez – to zawsze działa.

  16. Dotyczy punktu wyżej: pod żadnym pozorem nie zdradź się że moderacja ma multikonto @pokojofaofca. Grozi to poważną aferą.

  17. Szczególną troską otaczaj pacjentów z programu terapeutycznego „Dziwen” – z nimi trzeba na spokojnie i delikatnie.

  18. Jak będziesz chciał podbić sobie rangę zrób kolejną edycję #popularitycheck.


A na sam koniec, najważniejsza rada, niech przyświeca Ci stara łacińska maksyma: Hominem te esse memento!


Z poważaniem

#nowszywlasicielhejto

1316703b-96f6-47c1-bb3b-164e20aa3e75
bori userbar

Zaloguj się aby komentować

Zostałem wybrany (za co zdecydowanie nie dziękuję, ale niestety się spodziewałem), trochę się już poociągałem, ale pora na zadanie w ramach XXII edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem .


Gatunek: poradnik

Temat: pierwsze dni nowego moderatora na hejto

Liczba słów: 100-9999


Punktacja tym razem będzie szczegółowa:

2/3 oceny za liczbę piorunków

1/3 oceny za możliwość (lub jej brak) wprowadzenia takiego poradnika w życie xD Jeszcze nie wiem, na którą wersję się zdecyduję


Opowiadania publikujemy do 13 kwietnia do godziny 16:00


Dziękuję za inspirację koledze @fonfi


Dobrej zabawy!


#naopowiesci #zafirewallem

#owcacontent <- do blokowania moich wpisów

Zaloguj się aby komentować

Dobrze, moi Drodzy!


W niedzielę, 16.03.2025 napisałem: Czekam na Wasze dzieła przez dwa tygodnie, do niedzieli, 30.04. Krzty w tym zdaniu sensu ni logiki, bo to ani dwa tygodnie nie było do 30.04 od tamtego dnia, kiedy te słowa pisałem, a najbliższa niedziela, która przypada 30.04 to będzie rok 2028 (o ile do tego czasu świat się nie skończy). Postanowiłem więc XXI edycję zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem zakończyć dziś, to jest rzeczywiście po dwóch tygodniach od jej otwarcia, w niedzielę 30.03.2025 i tym samym publikuję #podsumowanienaopowieści .


I nawet wziąłem pod uwagę to, że mamy tutaj takiego ananaska i osobę odmiennie gospodarującą czasem, którzy lubią dodawać swoje teksty w ostatniej chwili (absolutnie nie chroni to przed zwycięstwem, jak mogłoby się niektórym wydawać; nic nie chroni przed zwycięstwem! – haha!), więc jeśli koleżanka @KatieWee albo kolega @fonfi mieli taki zamiar, to można swoje opowiadania opublikować już po tym ogłoszeniu wyników. Jeśliby nawet ewentualnie opublikowali te swoje ewentualne opowiadania przed ogłoszeniem tego werdyktu, to, przyznam,: tegowerdyktu i tak by to nie zmieniło. Werdykt bowiem w tej edycji zapadł bardzo wcześnie, zapadł już po minucie od ogłoszenia konkursu.


Zrobię wszystko nie po kolei. Najpierw ogłoszę zwycięzcę:


a zwycięzcą XXI edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem zostaje kolega @bojowonastawionaowca za wspaniałe dzieło bez tytułu (brak tytułu dodatkowo podkreśla zwięzłość tego dzieła – tym większe za to dzieło należy się uznanie), a dzieło to wspaniałe można znaleźć tutaj .


Gratulacje!


***


Pozostałe opowiadania, które opublikowano w czasie trwanie właśnie kończącej się edycji to:

– piękny tekst koleżanki @moll pod tytułem Niefortunny zakład o wspaniałych pomysłach, które to mogą przyjść do głowy tylko po pijaku (a być może szkoda, że nie na trzeźwo, bo to jednak człowiek niepijący dużo z życia tarci);

– oraz mało kreatywny tekst kolegi @George_Stark pod tytułem Ławka łaski, któremu to koledze nie chciało się nic wymyślać (choć miał taki zamiar!) więc popisał coś tam coś tam sięgając do jakichś swoich wyeksploatowanych staroci i odrzutów, no bo owszem: można to opowiadanie nazwać odciętym kuponem, niemniej będzie się jednak wtedy w błędzie.


Koleżance @moll gratulujemy więc również!


A ja dziękuję za kolejną już edycję – tak piszącym, jak i czytającym, których to zachęcam do pisania! – i niecierpliwie czekam na kolejną!

@George_Stark wypraszam sobie nazywanie ananaskiem, ja po prostu odmiennie gospodaruję czasem, ot co!

@bojowonastawionaowca gratulacje, no nie mogę się doczekać na otwarcie następnej edycji

Gratuluję wszystkim Państwu, którzy do tej edycji przystąpili świadomie, a dla Pana @bojowonastawionaowca szczególne gratulacje z powodu wygranej pomimo udziału nieświadomego. Wygrana w pełni zasłużona!


Ja z bólem przyznaję się, że odmienne gospodarowanie czasem w tym, kończącym się tygodniu mnie pokonało. Nie pozostaje mi nic innego jak z niecierpliwością czekać na kolejną edycję.

Zaloguj się aby komentować

Nawet miałem ochotę napisać jakiś wstęp, ale kiedy skończyłem pisać to opowiadanie i przeczytałem je później w celu zgrubnego go zredagowania, to może jednak lepiej, żebym nic już więcej nie pisał:


***


Ławka łaski


Trójpodział władzy w Obozie polegał na tym, że Plusk sprawował władzę ustawodawczą w poniedziałki i czwartki, władzę wykonawczą we wtorki i piątki, a władzę sądowniczą w środy i soboty. W niedziele Plusk odpoczywał.


W każdej dobrze wykreowanej antyutopii w stworzonym przez tyrana systemie istnieje jakaś luka. Dziura jakaś czy wyrwa w tej szczelnej tkance nadzoru i inwigilacji, powstała – zdaje się – na skutek przeoczenia twórcy (twórcy systemu, nie wizji literackiej), którą to lukę bohaterowie znajdują i wykorzystują do działania przeciwko temu systemowi, bo inaczej trudno byłoby autorowi poprowadzić fabułę, a już na pewno trudno byłoby mu nadać tej fabule żądanego dramatyzmu. Później system orientuje się (a być może wie od samego początku?), że taka luka istnieje. Mało tego! System orientuje się, że jest osoba bądź grupa, która tę lukę znalazła i wykorzystuje ją do działania niezgodnie z założeniami systemu bądź też temu systemowi całkowicie przeciw. System jest jednak skuteczny. Buntowników dosięga więc karząca ręka sprawiedliwości – sprawiedliwości w jej systemowym rozumieniu oczywiście, bo czy znamy jakąkolwiek inną sprawiedliwość? System, nawet pomimo tych swoich słabości, nawet pomimo istniejących w nim luk, na koniec zawsze okazuje się zwycięski. Pada więc w tym momencie na luki i słabości systemu uzasadnione podejrzenie, że i one również mogą być zaprojektowanym elementem tego dziurawego systemu. Cały ten powyżej teoretycznie rozpisany proces miał miejsce również i w praktyce, w grudziądzkim Obozie Marka Pluska. Posłuchajcie:


Było ich trzech (naprawdę czterech)

w wiślanej wodzie chcieli schłodzić się


– Cholera, gorąco dzisiaj – mruknął Portos do siedzącego obok niego Atosa. – Niechże on już wreszcie kończy! Wskoczyłbym do wody!

– No. Dobrze byłoby się ochłodzić Wiśle. I dobrze, że ta Wisła jest tak blisko – dopowiedziała Aramis.

– A na koniec to mu powiemy, że chcieliśmy się utopić? Jak zwykle? – upewnił się Atos. – Tylko że te kamizelki nam na to nie pozwalają?

D’Artagnan, czwarty z trzech muszkieterów, jak nazywała siebie grupa obozowych buntowników, milczał. Zajęty był obgryzaniem skórek przy paznokciach. Miał z nimi duży problem i rzeczywiście, był to dla niego jeden z powodów wyczekiwania śmierci, bo nie wierzył w to, że z tym problemem uda mu się kiedykolwiek sobie poradzić.


Był wtedy czwartek, dzień ustawodawczy. Plusk przemawiał na Forum Grudziądzanum w trakcie trwającego właśnie zwołanego przez niego sejmu. Był rozdarty. Z jednej strony chciał być jednowładcą i nawet jego zaufany Ostrowski nie miał w Obozie żadnego prawa głosu, z drugiej zaś strony Plusk był patriotą. Sięgał więc do najwspanialszych tradycji demokracji szlacheckiej I RP: sam zwoływał sejmy, sam proponował ustawy, sam zgłaszał do nich weta, sam obrady zrywał i sam je później wznawiał. Plusk wyciągnął jednak z historii wnioski i przeciwdziałał możliwym trudnościom, które, jak wiedział z historii, już kiedyś sprowadziły na jego ojczyznę niemałe problemy. Z tego właśnie powodu w Obozie zabronione było noszenie imion takich jak Józef, Fryderyk, a już na pewno zabronione było noszenie imienia Katarzyna. Tym, którzy takie imiona nosili w momencie trafienia do obozu na mocy wydanego przez Pluska któregoś poniedziałku edyktu zostały te imiona w następujący po tym poniedziałku wtorek zmienione. W taki właśnie sposób Atos został Atosem, Portos został Portosem, a Aramis została Aramisem. D’Artagnan, który wcześniej miał na imię Tadeusz, chciał po prostu dołączyć do kolegów i koleżanki. Wystąpił więc w środę do sądu, a łaskawy Plusk, który ten sąd przeprowadzał, do wniosku Tadeusza się przychylił.


– Weto! Weto! – krzyczał Plusk tamtego czwartku sam do siebie zrywając wieczorem obrady i te jego krzyki niemal zagłuszyły rozmowę trzech muszkieterów, której z uwagą przysłuchiwał się Jerzy Ostrowski, szpieg Pluska – mistrz kamuflażu, człowiek o pięćdziesięciu twarzach, z których to twarzy każda była w jakimś odcieniu szarości. Twarze Ostrowskiego były szare tak z powodu niedożywienia, bo w Obozie zakazane były jego ulubione dania kuchni ormiańskiej – podawano wyłącznie zimnioki pozyskiwane od bratniego stoickiego narodu łotewskiego, czasami tylko polane sosem z odnajdywanych jeszcze gdzieniegdzie parówek, jak i były szare z powodu jego seksualnego niespełnienia, bo przyssanie się (do kogokolwiek, było mu już wtedy naprawdę wszystko jedno) nie było tym, co Jerzy Ostrowski kiedykolwiek byłby w stanie osiągnąć – taka już była jego konstrukcja psychiczna, nie wspominając o mocno poszarzałej aparycji, co stanowi pewien rodzaj błędnego koła, a dodatkowo zadaje też kłam twierdzeniu, że każda zmora znajdzie swego amatora. Kiedy okazało się bowiem, że amatorek na Ostrowskiego nie ma, Ostrowski rzeczywiście próbował znaleźć sobie chociaż jakiegoś amatora. Tych również jednak nie było.


Ostrowski był więc sfrustrowany. To właśnie z tego powodu bez wahania zgodził się na przedstawioną mu przez Pluska propozycję zostania agentem bezpieczeństwa (szpiegiem, szpiclem, donosicielem, konfidentem, konfiturą, ubekiem, wtyczką, kapusiem – czasami, kiedy Ostrowski się nudził, bawił się w wymyślanie synonimów dla swojego urzędu). Ostrowski propozycję Pluska przyjął, wychodził bowiem z założenia, że jeśli on ma źle – bo nie jest mu dane ani się przyssać, ani posilić się bozbaszem – i nie jest w stanie w żaden sposób swojej sytuacji poprawić, nie jest w stanie zrobić tak żeby miał lepiej, to mógł przynajmniej zrobić tak, żeby inni mieli gorzej. Sytuacji Ostrowskiego to nie poprawiało, ale poprawiało przynajmniej jego humor, a to zawsze przecież coś. Ostrowski nudził się jednak rzadko – stąd też biedne bogactwo synonimów dla jego urzędu, które udało mu się wynaleźć, a nudził się rzadko z tego powodu, że ciągle zajęty był pisaniem donosów. Donosów Ostrowski pisał dużo, bo pisać Ostrowski lubił.


W piątek wylądował więc na biurku Pluska donos w sprawie podsłuchanej rozmowy trzech muszkieterów, w sobotę zaś wszyscy czterej trzej muszkieterowie stanęli przed obliczem Pluska, Ostrowski bowiem, swoim zwyczajem relację trochę ubarwił dodając do niej kilka słów, których milczący D’Artagnan wcale nie wypowiedział. Ostrowski wychodził jednak z założenia, że D’Artagnan mógłby je wypowiedzieć, zresztą: czy cała czwórka z tej trójki nie kierowała się zasadą Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego? Dopiero później, kiedy przypomniał sobie to hasło, Ostrowski uświadomił sobie, że w zasadzie to nawet wyświadczył D’Artagnanowi przysługę.


– Winni! – zadecydował Plusk po krótkim procesie ograniczającym się w zasadzie tylko do wydania tego jednowyrazowego werdyktu, podniósł się zza biurka i ruszył w kierunku drzwi. Na starannie napisany i zredagowany przez Ostrowskiego donos Plusk nawet nie spojrzał, w tamtą sobotę nie miał bowiem czasu: musiał nadrabiać robienie pompek, które to zaniedbał w czasie swoje ostatniej wyprawy do Włoch w celu pozbierania z plaż Morza Środziemnego kamizelek ratunkowych, które porzucali tam przybywający do Europy nielegalni imigranci.

– No a kara? – zapytał Ostrowski, który jeszcze bardziej poszarzał na twarzy rozgoryczony swoim kolejnym niepowodzeniem – tym, że tworzonych przez niego tekstów nie chciał czytać już nawet Plusk.

– Nie wiem. Weź coś wymyśl – rzucił Plusk nie zatrzymując się, po czym zawołał psa: – Ziomuś, do nogi! – powiedział, i wyszedł zostawiając przygnębionego Ostrowskiego samego w pustym gabinecie.


Tak to właśnie Ostrowski został sam na sam z problem, co na początku mocno go zmartwiło. Zastanawiał się nad karą, którą mógłby ukarać wszystkich czterech trzech muszkieterów i nic nie przychodziło mu do głowy. Dopiero później uświadomił sobie, że Plusk właśnie po raz pierwszy oddał mu część władzy, którą – jeśli rozegrałby to sprytnie – Ostrowski mógł wykorzystać do własnych celów. I wtedy Ostrowski rozmarzył się. Wymyślił sobie, że – jeśli udałoby mu się dobrze wywiązać z powierzonego mu przez Pluska zadania – to być może udałoby mu się później przekonać w jakiś sposób Cesarza do tego, żeby pozwolił mu wybrać się do Lublina?

– „Nie no, bez przesady. Do Lublina to na pewno mnie nie puści, mowy nawet nie ma, bo i po co zresztą miałbym tam do tego Lublina jechać? Tam przecież kapoków nie znajdę, a nawet i Jednego z dziesięciu to już od jakiegoś czasu znowu nagrywają w Warszawie” – uświadomił sobie Ostrowski. – „No ale może udałoby się go na przykład przekonać żeby wysłał mnie na poszukiwanie kapoków nad Morze Czarne? Wylądowałbym sobie wtedy w Batumi, stamtąd niedaleko do Armenii, no to jak nie do Lublina, to może chociaż do Erywania by mi się udało? I może Gruzinki okazałyby bardziej łaskawe dla mojej szarzyzny niż te wstrętne p0lki? Tylko, cholera, co by tutaj dla tych czterech trzech muszkieterów wymyślić? No bo to musi być coś efektownego. Coś oryginalnego. Coś, co zrobiłoby wrażenie na Plusku.”


I próbował się Ostrowski skupić na tym zadaniu, ale nie potrafił zebrać myśli. Myśli jego uciekały już do Batumi, a oczami wyobraźni widział już wszystko to, co będzie robił z Gruzinkami tam, na tych dzikich plażach Morza Czarnego. Widział tę erotyczną konsumpcję dokonywaną zaraz po konsumpcji gastronomicznej przywiezionego im przez kuriera bozbaszu zamówionego przez jakąś stronę w rodzaju pyszne.ge czy innego pyszne.am. A miało to być wszystko to, co Ostrowski chciał zrobić z Pachą, a na co ta Pacha nigdy mu nie pozwoliła ze względu na stan jego uzębienia. Kiedy jednak Ostrowski wspomniał Pachę, zrobiło mu się przykro. Wspomniał wtedy to swoje piękne kocie życie u jej boku i zatęsknił za nim. Ostrowski bowiem Pachę stracił.


Któregoś dnia, kiedy poszli na zwyczajowy spacer nad Wisłę, Wisła nie zmieniła swojego biegu i udało mu się wtedy (nie bardzo jednak błyskawicznie, bo z pewnym trudem i po długiej walce) uporać z zamkiem błyskawicznym w kieszeni swojej kurtki i wyjąć zaręczynowy pierścionek, ale Pacha powiedziała wtedy:

– Odchodzę.

I odeszła.


Związki, nawet tak upośledzone jak ten związek Pachy i Jerzego, nie rozpadają się z dnia na dzień. Były wcześniej znaki że między tą dwójką nie dzieje się dobrze, ale Jerzy te znaki postanowił zignorować. Zamiast zająć się rozwiązaniem problemów w swoim związku, wolał wylegiwać się na ciepłym parapecie nad grzejnikiem. Pierwszym sygnałem, że coś się zmienia, była rezygnacja Pachy z paznokci hybrydowych, którymi to paznokciami hybrydowymi Pacha sprawiała tyle przyjemności Jerzemu w kociej postaci drapiąc go po jego włochatym brzuchu tak, że Jerzy aż mruczał wtedy z rozkoszy. Rozkosz się skończyła, ale grzejnik dalej był ciepły, miska dalej była pełna, a w kociej postaci Jerzy mógł sam lizać się po jądrach, więc był w stanie zastąpić sobie brak przyjemności drapania tą właśnie przyjemnością lizania. Z jego perspektywy nie było więc żadnego problemu.


Później Pacha zamieniła swoją różową hybrydową Toyotę Yaris na w pełni elektrycznego Nissana Leafa. To auto, ku zaskoczeniu wielu, było w kolorze zielonym, Pacha wymyśliła sobie bowiem, że na takim zielonym liściu będą przysiadać ptaki i ona wtedy będzie mogła je obserwować. To jej przypuszczenie okazało się słuszne – ptaki rzeczywiście na tym jej aucie przysiadały. Pacha nie wzięła jednak pod uwagę tego, że w związku z tym będzie ono nieustannie obsrane, wzorem jakiegoś pomnika, a późną wiosną i latem auto zmieni kolor na czarny za sprawą obsiadających je mszyc.


Pacha znikała wtedy z domu coraz częściej i na coraz dłużej, zamieniając swoje dni home-office na dni car-office lub forrest-office, bo jeździła wtedy do lasu.

– Jadę poobserwować ptaki – mówiła Jerzemu wychodząc z domu, ale Jerzy wtedy nawet nie podnosił powieki. Czasem machnął tylko ogonem.

Pacha zaniedbywała też swoje domowe obowiązki, przestała między innymi czyścić kuwetę Jerzego, Jerzy więc, z powodu tej niewyczyszczonej kuwety, wzorem holywoodzkich gwiazd, zmuszony był kiedyś nasrać do łóżka, o co Pacha miała do niego całkowicie nieuzasadnione pretensje. W taki właśnie sposób przebiegał powolny, acz stopiony rozpad ich związku.


Pacha lubiła tego swojego w pełni elektrycznego zielonego Nissana Leafa. Można powiedzieć nawet, że elektryczność ją wtedy zelektryzowała. Z perspektywy Jerzego ta elektryczność zelektryzowała Pachę jednak aż za bardzo.

– Dlaczego? – zapytał Jerzy, kiedy Pacha powiedziała mu „Odchodzę”. – Już zapisuję się do tego dentysty – powiedział ze zrezygnowaną miną i wyciągnął nawet z kieszeni telefon, a poszło mu to nawet sprawniej niż w przypadku pierścionka.

– Nie, Jerzy – odpowiedziała Pacha. – Tu już nie chodzi o twoje uzębienie. Na to jest już za późno. Po prostu poznałam pewnego tancerza electric-boogie i wystąpiło między nami pewne napięcie. Sam chyba rozumiesz.

Jerzy nie rozumiał, więc Pacha mu wszystko szczerze wyjaśniła. No, może nie do końca wszystko, bo Jerzy do dzisiaj nie wie czy Pacha, jeżdżąc swoim zielony Nissanem Leafem obserwować ptaki, obserwowała wtedy również ptaka tancerza electric-boogie.


I Ostrowskiemu zrobiło się smutno z powodu tych wspomnień dotyczących utraconej Pachy, ale w końcu udało mu się wziąć w garść. Nie bez znaczenia były tutaj nauki, których udział mu Plusk, nauki stoickie, no bo co Jerzy w końcu mógł poradzić na to, że ósemka mu się psuła? Pod wpływem jednak tych wspomnień przyszedł mu do głowy pewien pomysł:

– „Starożytni wierzyli w żywioły!” – pomyślał. – „Wierzyli w ogień, wierzyli w wodę, wierzyli w ziemię i wierzyli w powietrze. A prąd elektryczny? Ten, który tak zelektryzował Pachę?”

Więc wymyślił Ostrowski na początku krzesło elektryczne, ale później uświadomił sobie związane z ukaraniem w ten sposób czterech trzech muszkieterów problemy. Po pierwsze krzesło elektryczne jest jednoosobowe, a trzech muszkieterów jest czterech, więc się wszyscy na tym krześle nie zmieszczą. Po drugie krzesło elektryczne jest metodą egzekucji, a Plusk nie byłby z takiego rozwiązania zadowolony – nie chodziło mu przecież o to żeby ludzie umierali, ale żeby o śmierci pamiętali. Ostrowski miał ciągle w głowie najsłynniejsze słowa Pluska, motto jego wszystkich nauk: Przecież w życiu nie chodzi o to żeby umrzeć, tylko żeby o pamiętać o śmierci, a jak tu pamiętać o czymkolwiek, kiedy się już nie żyje? Ostrowski zmodyfikował więc swój pomysł.


Atos, Portos, Aramis i D’Artagnian siedzieli we czwórkę na drewnianej ławce na środku ogromnej hali przemysłowej, która wcześniej służyła do mechanicznego oddzielania mięsa, czego ślad można było odnaleźć jeszcze w zachowaniu czwartego spośród trzech muszkieterów: D’Artagnian w dalszym ciągu bowiem mechanicznie, to jest za pomocą zębów, oddzielał skórki wyrastające mu przy paznokciach od pozostałej części dłoni. Drewniana ławka stała na drewnianym podeście, a drewniany podest ustawiony był na betonowej posadzce. Po tej posadzce biegły druty pod napięciem, a biegły tak, że gdyby któreś z czwórki trzech muszkieterów opuściło podest i stanęło na tej posadzce zostałoby natychmiast usmażone przez prąd elektryczny. W celu zyskania jeszcze większego uznania u Pluska Ostrowski wymyślił też dodatkowy element kary. Przed skazanymi zawiesił wielki telewizor plazmowy, na którym to telewizorze przez dwadzieścia cztery godziny na dobę był wyświetlany mający przypominać im o śmierci film, film z dodatkowym, lokalnym, grudziądzkim zabarwieniem. Była to Śmierć w Wenecji – film o facecie na łódce.


Plusk jeszcze nie wrócił.

– „Pewnie poszedł gdzieś nad Wisłę pooglądać topiki” – pomyślał Ostrowski, który siedział zadowolony z siebie w gabinecie Cesarza. Ach, jaki Ostrowski był wtedy z siebie zadowolony! Wiedział, że wykonał dobrą robotę i już widział te Gruzinki na plaży w Batumi i widział też siebie pośród tych Gruzinek, już czuł dotyk rozpalonych ich ciał i czuł ten rozlewający mu się po języku boski, gorący, pikantny bozbasz! Czerpał z tego swojego zadowolenia przyjemność, a żeby tę przyjemność jeszcze zwiększyć, w odruchu warunkowym, pozostałym mu jeszcze z beztroskich kocich czasów, bezwiednie spróbował się polizać po jądrach. Spotęgowanie przyjemności uniemożliwiła mu jednak budowa szkieletu kostnego człowieka.

– „Cholera jasna!” – zdenerwował się, choć nie miał powodu żeby się denerwować, bo na budowę szkieletu kostnego człowieka nie miał przecież żadnego wpływu. To zdenerwowanie wpłynęło jednak na snute przez niego marzenia – Gruzinki stały się mniej chętne, a bozbasz zimny i niedoprawiony. Wtedy w Ostrowskim pojawiły się wątpliwości:

– „A jak i w tym Batumi też mi się nie uda?” – pomyślał drapiąc się po swojej łysinie. – „No nic. Z Gruzji to już całkiem niedaleko do Turcji, to przynajmniej włosy pojadę sobie naprawić. A – kto wie jak ta turecka medycyna jest już zaawansowana? – może uda mi się też znaleźć jakiegoś fachowca, który wyciąłby mi kilka dolnych żeber? No ale to tylko tak, na wszelki wypadek.”

Uspokoiwszy się tą myślą i zadowolony ze swojej przebiegłości Ostrowski postanowił więcej nie zastanawiać się, bowiem z tego zastanawiania się nic dobrego mu nie przychodziło, a postanowił zamiast tego zaznać należnego mu po ciężkim dniu relaksu. Ostrowski relaksował się słuchając muzyki, dlatego też włączył sobie utwór Krzesło łaski w wykonaniu pana Kazika Staszewskiego i pięcioosobowego Kwartetu Proforma .


***


2538 słów, choć nie wiem po co to policzyłem.


***


#naopowiesci

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Co prawda mamy już XXI edycję #naopowiesci , ale przez to, że jak się okazuje mamy z Panią @moll zupełnie inne definicje pojęcia wieczór, nieco spóźniony (ale tylko nieco) wrzucam moją opowieść do edycji XX. Jak obiecałem - to jest. Miłej lektury.


------------------------

Ocaleni


W obozie Nr 69 każdy miał przydzieloną osobistą kwaterę. Z własną łazienką i aneksem kuchennym. Nawet wygodne łóżko było na wyposażeniu. Nie to co obóz Nr 1 - ten w Grudziądzu, o którym chodziły słuchy, że Ocaleni musieli spać w nim na stojąco. I w kapokach. Obóz Nr 1 powstał jako pierwszy, w przededniu samej inwazji. Podobno pierwotnie był siedzibą jakiejś sekty wyznającej starożytnych filozofów: stolików, staników, stoików… Nikt już dzisiaj nie pamiętał. Ale idea obozu się przyjęła i po inwazji Hejtochtonów wszyscy Ocaleni zebrali się w społeczności żyjące w obozach właśnie.


W nowej rzeczywistości, w której przyszło im żyć, każdy obóz pełnił konkretną funkcję. Jedne produkowały broń do walki z najeźdźcami - długie nożyce do strzyżenia runa, inne miały charakter treningowy i to one szkoliły chętnych do walki oraz wspaniałą kadrę, dowodem czego był Naczelny Admirał Plusk, który stał na czele samozwańczego rządu. Jeszcze inne, pełniły funkcje zaopatrzeniowe i produkowały podstawowe artykuły niezbędne do przeżycia oraz żywność - tak jak owiany tajemnicą obóz Nr 13 w Kielcach, w którym znajdowała się fabryka majonezu.


Obóz Nr 69 - obóz Ryszarda - produkował i dystrybuował parówki.


— To nie tak, że żyje nam się źle, prawda? - pytał sam siebie - Wszystko co niezbędne do życia, mamy przecież zapewnione. Co z tego, że życie to jest monotonne i przypomina raczej wegetację? Przynajmniej żyjemy…


Tego typu niespokojne myśli zawsze nawiedzały Ryszarda zaraz po przebudzeniu. Usiadł na łóżku, wyjrzał przez okno na budzącą się do życia społeczność Ocalonych, na rzędy jednakowych, czteropiętrowych baraków mieszkalnych z wielkiej płyty, na monumentalny gmach fabryki parówek. Zegar na jej wieży pokazywał godzinę 5:15. Jego zmiana przy linii produkcyjnej zaczynała się dopiero o 6:00 więc miał jeszcze trochę czasu. 


Podreptał do łazienki. Zerknął na odbicie w lustrze, z którego spojrzała na niego jakaś zmęczona i szara twarz. Chwilę zajęło mu zrozumienie, że to on sam. Mechanicznymi ruchami ogarnął poranną toaletę - twarz, zęby, golenie i zostało mu czasu akurat na śniadanie. Parówki z majonezem. Jak co dzień.


Kiedy wchodził do kuchni, obozowy centralny system sterowania uruchomił projektor i obraz na ścianie ożył postacią Naczelnego Admirała Pluska w swoim szarym mundurze i ciemnych okularach a z głośników usłyszał standardowe powitanie, które Ryszard znał już na pamięć:


— Dzień dobry obywatelu Ryszardzie. W ten piękny poranek zwracam się do Was obywatelu, z apelem o wiarę i pomoc oraz o coraz lepszą pracę. Możecie być przekonani, że wszyscy tu jesteśmy ulepieni z tej samej gliny i nie mamy innego celu jak ten, który tu wspólnie deklarowaliśmy. Jeśli nam pomożecie, to jestem pewien, że ten cel uda nam się wspólnie osiągnąć. No więc jak - pomożecie obywatelu Ryszardzie?

— Pomogę… - wymamrotał odruchowo i całkiem bez entuzjazmu Ryszard wychodząc z założenia, że nigdy nie wiadomo kto może słuchać.


Usiadł przy stole, spojrzał z rezygnacją na trzy ciepłe parówki leżące na talerzu, wzruszył ramionami i z niemal fizycznym bólem zmusił się do pierwszego kęsa. Na szczęście z każdym kolejnym kawałkiem śniadania świat zdawał się nabierać cieplejszych barw. Kolorowe graffiti na murach betonowych baraków, okna ozdobione zasłonami w wesołe wzorki, nawet surowa dotąd twarz Naczelnego Admirała Pluska spoglądającego w dalszym ciągu z projekcji na ścianie naraz wydała mu się sympatyczna.


— Jak dobrze się przyjrzeć, to Plusk się całkiem wesoło uśmiecha. - pomyślał Ryszard, i dziwiąc się samemu sobie dodał na głos - No to Wam pomogę! Razem osiągniemy ten cel! - I tylko gdzieś w tyle głowy mignęło mu pytanie “Zaraz, ale jaki cel…?”. Zanim jednak zdążył się na nim skupić uciekło w niebyt.


W doskonałym już nastroju dokończył posiłek, wsunął buty i opuścił swoją kwaterę, kierując się raźnym krokiem w stronę fabryki. Przed samą bramą dogonił Michała, który tak jak i on rozpoczynał pracę na pierwszej zmianie. Michał, zawsze wesoły i pierwszy do żartów wydał mu się jakiś osowiały.


— Ej, cześć, coś taki naburmuszony? Coś się stało? - zapytał kolegę

— Nie wiem stary. Jakoś tak… Nie zjadłem śniadania, nie mam apetytu... I w ogóle… - zaczął się tłumaczyć wyraźnie zakłopotany Michał

— Jak to nie zjadłeś? Nie dostałeś wczoraj parówek i majonezu z przydziału?

— Dostałem. Tylko jak dzisiaj na nie spojrzałem, to… no wiesz… One wydały mi się takie… Eh, zupełnie nie wiem jak Ci to wytłumaczyć… No bo czy my w ogóle wiemy z czego one są zrobione?

— No jak? Pewnie, że wiemy! Przecież codziennie pilnujemy całego procesu przy taśmie. - Ryszard próbował uspokoić Michała

— Rysiek, ale poważnie. Co my wiemy?

— Nooo, naciskamy ten pierwszy zielony przycisk, wtedy gęsta, mięso-podobna masa wlewa się do kadzi, później ten czerwony, który do masy dodaje to coś płynne i lepkie a na koniec ten ostatni jaskrawo żółty, co włącza mieszalnik. A ze szklanych rurek wszystko doprawiane jest bulgoczącym zielonym płynem. Pewnie jakieś przyprawy i konserwanty. Ale po co w ogóle drążyć ten temat? Pamiętaj, im mniej wiesz tym lepiej śpisz.

— No właśnie nie wiem, Rysiek. Nie wiem. Ostatnio jakoś tak mnie naszło na przemyślenia…

— Nie zaprzątaj sobie tym głowy chłopie. - Rysiek klepnął kolegę w ramię i poszli przebrać się w kombinezony ochronne przed wejściem na halę.


Temat rozmowy nie wrócił już przez cały dzień pracy, kiedy pilnowali żeby używać przycisków w odpowiedniej kolejności, zgodnie z instrukcją i obserwowali jak masa wypełnia kadzie, miesza się kolejno z dodatkami i przelewana jest do podłużnych foliowych foremek. Czas umilali sobie - jak co dzień - wesołą rozmową o wszystkim i o niczym, chociaż Ryszardowi zdawało się, że uśmiech kolegi przez większość czasu jest wymuszony.


Nie zwrócili też zupełnie uwagi na czujne, bardziej niż zazwyczaj, spojrzenia strażników pilnujących produkcji z wysokiej rampy.


Nazajutrz Ryszard znowu wstał w nienajlepszym humorze. Znowu spojrzał na szarą rzeczywistość za oknem, na swoją szarą twarz w lustrze, na szary mundur Naczelnego Admirała Pluska witającego go poranną przemową i na brunatno-szare parówki na talerzu. Szarym i zmęczonym głosem odpowiedział Admirałowi: “pomogę” i zmusił się do zjedzenia śniadania. Na szczęście, już po chwili, kiedy zapełnił żołądek, poczuł się lepiej i z zastrzykiem nowej energii wyszedł do pracy.


Zdziwił się trochę, kiedy nie spotkał Michała ani po drodze, ani w szatni, ani przy taśmie produkcyjnej. Zdziwił się jeszcze bardziej, kiedy zastał tam chłopaka, którego w ogóle nie znał.


— Cześć, jestem Marcin - przywitał się nowy

— Cześć. Rysiek. A gdzie jest Michał? - zapytał nie kryjąc swojego zdziwienia

— Podobno wziął urlop. Mam Ci pomóc podczas jego nieobecności. 

Ryszard wzruszył tylko ramionami i postanowił na razie nie przejmować się absencją Michała. Wczoraj faktycznie był jakiś nie swój, może rzeczywiście potrzebował urlopu. Na szczęście Marcin okazał się równie dobrym kompanem i czas przy taśmie produkcyjnej minął im szybko na rozmowach i żartach.


Kolejnego dnia Ryszard obudził się nie tylko z codziennym, dobrze już znanym uczuciem apatii, ale dodatkowo z silnym wrażeniem niepokoju. Dłużej niż zazwyczaj patrzył niewidzącym wzrokiem na szare zabudowania obozu, zanim doszedł do wniosku, że nagłe zniknięcie Michała nie daje mu spokoju. 


— Nawet jeśli pojechał gdzieś na urlop, to czemu nie dał mi znać - zastanawiał się podczas toalety. 


W kuchni zagrzał sobie parówki i usiadł nad parującym talerzem. W tle Admirał Plusk skończył swój apel ale tym razem Ryszard nie zwrócił na to uwagi i nie zapewnił o swojej chęci “pomocy”.


Nabił kawałek parówki na widelec, podniósł ją na wysokość twarzy i przyjrzał się jej uważnie. Szara, jednolita masa, umazana w majonezie. Wzdrygnął się i odłożył talerz z nieruszonym posiłkiem do zlewu. Pogrążony w myślach, ubrał się i wyszedł do pracy. Po drodze spotkał tego nowego - Marcina.


— Cześć, coś taki przybity? - zapytał nowy

— Eee, co? A nie, nic. Tak tylko myślę kiedy wróci Michał.

— Wróci kiedy wróci, po co się tym zadręczać? - skwitował wesoło chłopak


Niespokojne myśli nie dawały jednak Ryszardowi spokoju. Kiedy przyszła pora lunchu i wszyscy skierowali się do stołówki, postanowił zajrzeć do kadr w celu uzyskania jakiś informacji na temat Michała. Wyszedł z hali i ruszył korytarzem, na końcu którego mieściły się biura. Po drodze minął wypełnione bulgoczącym zielonym płynem szklane rury, które przecinały w tym miejscu korytarz i z jednej strony zmierzały w kierunku hali, a z drugiej ginęły w pomieszczeniu z drzwiami na których widniała tabliczka z napisem “Laboratorium”. Zamknięte i zabezpieczone zazwyczaj biometrycznym zamkiem drzwi, tym razem były uchylone. Normalnie Ryszard nie zwróciłby na to pewnie uwagi, ale dzisiaj, kiedy jego myśli pogrążone były w różnego rodzaju domysłach, zatrzymał się i rozejrzał dookoła kierowany dziwną ciekawością. Nie widząc nikogo na korytarzu, wszedł do pomieszczenia.


Pomieszczenie było nieduże, może 10 metrów kwadratowych. Na środku stał okrągły metalowy pojemnik, z którego wychodziły znane mu szklane rurki z zieloną cieczą. Obszedł pojemnik z drugiej strony i przeczytał napis na etykiecie: 


UWAGA! Wenlafaksyna. Silny inhibitor wychwytu zwrotnego serotoniny.


— Hej! Co ty tutaj robisz?! - zdążył tylko usłyszeć zdziwiony głos strażnika za sobą zanim poczuł mocne uderzenie i zapadła ciemność…


Ryszard ocknął się gwałtownie po krótkim letargu, który ciężko było nazwać snem. Przejmujący ból rozlewał się po całym jego ciele. Sytuacji zupełnie nie poprawiał fakt, że klatka, w której leżał skulony, miała może półtora metra szerokości i długości, a przez strzępki ubrania czuł lodowato zimną, metalową podłogę. Nieznośny, kwaśny fetor brudu i odchodów zaatakował mu brutalnie nozdrza, sprawiając, że nawet z zamkniętymi jeszcze oczami zakręciło mu się w głowie i ścisnęło w żołądku. Zwymiotowałby, gdyby tylko miał czym...


1490 słowa


#zafirewallem #naopowiesci

Ależ mi się podoba ta ciasnota (czy może duszność? - albo jeszcze jakieś inne słowo?) kawiarenkowej twórczości, to wzajemne odwoływanie się do znanych już motywów. Tak motywów własnych, jak i motywów cudzych.

@George_Stark A najfajniejsze, że każdy kolejny wytwór, tę ciasnotę rozszerza odrobinę, robiąc miejsce na kolejne odwołania i powiązania. Tylko ciekawe czy ktoś będzie w stanie później ten gordyjski węzeł wzajemnych powiązań rozsupłać...

f8896065-97e8-413d-a6c2-57d830f95ee4

Zaloguj się aby komentować

Szybko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu, albo opuści mnie słuszność tej koncepcji!

Ekspresowy strzał w #naopowiesci o zabarwieniu wakacyjnym!


Niefortunny zakład


Choć od tamtego spływu minęło dobrych 20 lat, do dzisiaj, widząc w parkach ławkę wykonaną z rozciętej na pół kłody, uśmiecham się pod nosem i wracam myślami do sierpnia 2003 roku. Ostatnich wakacji w rodzinnym domu i ostatnich dni, które spędzaliśmy w pełnym składzie - Łysy, Kuba, Wiosło i ja.

Był to kolejny wieczór, kiedy rozwaleni z ciepłymi browarkami nad Notecią obserwowaliśmy ruch na rzece. Tępo wpatrywaliśmy się w mijające nas łódki i stateczki. Akurat na naszej wysokości przepływała grupa kajakarzy, gdy Kuba wypalił:

-Ale bym sobie też tak popływał… Może wynajmiemy jutro kajaki?

-Na kajaku to każdy debil popłynie - wypaliłem w jego stronę.

-Taaaa, a ty, Tomuś, to na czym chciałbyś popłynąć?

-A chociażby na ławce? Do samej Bydgoszczy! - ułańska fantazja, zaprawiona głośnym beknięciem uderzyła mi do głowy.

-Ale jakiej ławce? Takiej z parku? - Łysy próbował nadążać, nie był najostrzejszą kredką w naszym piórniku.

-Ta, z oparciem i poręczami, żeby się wygodnie rozsiąść… Myśl, debilu! - zapalałem się coraz bardziej do własnego planu. - Na placu zabaw przy przystani poustawiali poprzecinane kłody. Na takim czymś dałoby radę. Wiosło, plecak i można płynąć!

-I kapok - rzucił ponuro Wiosło, po kilku browarkach robił się burkliwy i milczący, ale i jemu plan się na tyle spodobał, by dorzucić swoje trzy grosze.

-Ty, a jak długo będziesz płynąć? - Łysy w końcu zadał sensowne pytanie.

-Kajakiem schodzi jakieś 4,5 godziny, ławką pewnie 5-6. - odpowiedziałem.

-Aha… - Łysy zaczynał coś liczyć na palcach. - To jakbyś jutro ruszył dajmy na to o szóstej, to koło południa byłbyś w Bydgoszczy? A co z nami?

-Na ławce ze mną nie popłyniecie. Wsiądziecie do pekaesu i będziecie na mnie czekać gdzieś przy ujściu Starego Kanału. Pomożecie wytargać ławkę na brzeg.

-A co z nią potem zrobimy? - Łysy nie dawał za wygraną.

-A co ma być? Zostawimy. Na pamiątkę naszych dokonań - zarechotałem, a reszta razem ze mną. - To co panowie? Jutra 5:30 zbiórka na placu zabaw?

Pokiwali głowami na zgodę. Dopiliśmy ostatnie browce i ruszyliśmy do domu. Nazajutrz szykował się ciekawy dzień.


Gdy wstawałem po czwartej, genialny plan spływu nie wydawał mi się już tak genialny. Ale teraz głupio byłoby się wycofywać… Co by sobie o mnie pomyślała reszta? Z nieszczególnie wesołą miną zacząłem się ubierać i pakować plecak - woda, coś do przegryzienia,ciuchy na zmianę i kawałek liny do zabezpieczenia plecaka.

Na miejsce wszyscy dotarli punktualnie, nawet Łysy.

-Tomuś, naprawdę to zrobisz? - stęknął Wiosło, który wraz z Łysym przenieśli ławkę nad brzeg Kanału Bydgoskiego. - To ponad 20 kilasów, a ty będziesz sam jak ten cieć siedział na tej kłodzie.

-Luz, gdybym do drugiej nie dotarł, możecie wszczynać alarm - rzuciłem głosem wykluczającym taką ewentualność.

Szybko do kłody przymocowałem plecak. Wiosło uparł się na kapok, więc dla świętego spokoju narzuciłem rozpięty, z zamiarem pozbycia się go za pierwszym zakrętem. Zwinęliśmy go razem z dwoma wiosłami do kajaków z przystani. Drugie zamocowałem wraz z plecakiem, gdybym jakimś cudem zgubił pierwsze.

-Jak ci się to uda, to stawiam 0,7 czystej - zaoferował się Kuba.

-Trzymaj, to na drogę - Łysy z kieszeni bojówek wyjął zawiniątko w szarym papierze. - Jakbyś po drodze zgłodniał.

Było to pęto śląskiej. Spakowałem do plecaka.

-Cóż panowie… Na mnie już czas! - rzuciłem dziarskim głosem, w duszy przeklinając debilny pomysł, na który się porywałem.

Wszyscy pomogli mi zwodować ławkę. Postali chwilę na brzegu, patrząc jak powoli odpływam w stronę Bydgoszczy. Sami ruszyli sprawdzić kiedy odchodzi najbliższy autobus do wojewódzkiego.


Droga była monotonna. Z góry grzało coraz mocniej, bliżej brzegu komary próbowały ciąć, a ja machałem wiosłem raz z jednej, raz z drugiej strony kłody. Nie było źle. Trochę więcej roboty i mniejsza sterowność niż przy kajaku, w ciągu pierwszej godziny zalałem sobie plecak wodą, ale poza tym było ok.


Było jakoś po ósmej, gdy pogoda robiła się coraz bardziej duszna, a z mijającej mniej grupy kajakarzy, którzy zaczęli rżeć na widok mojej łajby, ktoś rzucił:

-Kolo, nie wiem gdzie chcesz tym dopłynąć, ale do dwóch godzin ma się rozpętać burza. Szukaj portu, marynarzu!

Pokiwałem głową, ignorując ostrzeżenie. Odpłynęli dalej. Ponownie spotkałem ich jakieś 40 minut później (dobrze, że zabrałem ze sobą chociaż zegarek), gdy wyciągali swoje kajaki na brzeg, szukając schronienia.

-Gościuuuuu, schodź do nas? Niedługo lunie! - ostrzegli mnie po raz kolejny, ale kto by się przejmował? Trochę duszno, słonko grzało, niebo czyste, zaczynał się lekki wiaterek. Przyznajcie sami, warunki idealne!


I tak sobie płynąłem, dobre pół godziny od spotkania z kajakarzami, gdy przestało być fajnie. Zaczęło robić się ciemno, zerwał się dość silny wiatr. Ławka zaczęła się ostrzegawczo kołysać. Jak na złość brzegi kanału w tym miejscu były dość wysokie, zacząłem gorączkowo zastanawiać się co robić.

Na początek zapiąłem porządnie kapok. Zaraz potem odszukałem w plecaku resztę linki - przywiązałem się nią luźnym węzłem do ławki i tak zabezpieczony wiosłowałem jakby mnie sam diabeł gonił.


Nie pomogło!


Jakiś kwadrans potem rozpętało się piekło! O ile wcześniej siedziałem wygodnie wyciągnięty na kłodzie, tak teraz starałem się ją ciasno obejmować kolanami, by jakoś się na jej chybotliwej powierzchni utrzymać. Wiatr wiał strasznie, spychając mnie w kierunku skarpy lewego brzegu. Siekący z boku deszcze uniemożliwiał mi widzenie. Walcząc z aurą cały czas parłem na przód. Byłem już praktycznie na środku kanału, gdy usłyszałem warkot silnika. 

Tramwaj wodny!

Kłoda niebezpiecznie zakołysała się po raz kolejny, gdy podjąłem paniczną próbę ucieczki z toru kolizyjnego z prącym na moją rufę statkiem. Beznadziejna sterowność wdawała się mocno we znaki. Czułem już zmarszczki rozcinanej przez tramwaj wody na swoich nogach.

Było, blisko, było tak cholernie blisko! Krypa otarła mi się niemal o nogę, zakołysało tak, że spod mocowania wypadło mi zapasowe wiosło.

I kiedy myślałem, że najgorsze za mną, strugi deszczu zasilił grad. Lodowe odpryski wielkości orzechów laskowych siekały niemiłosiernie przez dobre 5 minut. W tym czasie kłoda urządziła sobie rodeo, a ja kuląc się i ściskając kurczowo wiosło, próbowałem już tylko nie spaść z tego cholerstwa. Szlak wzburzonej po tramwaju wody również nie pomagał, ale jego wpływ na ławkę z minuty na minutę malał.


Burza nagle się urwała. Przemoczony i posiniaczony kontynuowałem spływ. Była już niemal 11:00, byłem coraz bliżej celu. Wznowiłem miarowe machanie wiosłem.


Niestety, ławka postanowiła zacząć przeciekać. wypadł jeden z sęków. Nie wiem jakim cudem, ale całe to cholerstwo zaczęło się niebezpiecznie przechylać, nie pomogły próby balansowania własnym ciałem. I wtedy przypomniałem sobie o śląskiej od Łysego. Z pętka oderwałem pojedynczą laskę i załatałem nią dziurę. Lekko podciekała, ale udało mi się ustabilizować kłodę.


Wrócił upał, do końca trasy, a było tego dobre półtorej godziny, śmierdziało mi przed twarzą starą śląską. Zleciało się nawet kilka much, brzęcząc paskudnie.


Ostatecznie tuż przed 14:00 zawitałem w Bydgoszczy. Chłopaki tracili powoli nadzieję, że dotrę.

Szybko wskoczyli do wody i pomogli mi wciągnąć krypę na brzeg. Kuba wyciągnął z plecaka obiecane 0,7. Było obrzydliwie ciepłe.


Moją ławkę widziałem w tamtym miejscu jeszcze z 8 lat temu. Nadal tkwi tam, gdzie ją wyrzuciliśmy na brzeg, brakuje tam tylko kapoka i wiosła, z którymi głupio nawet na rauszu było wracać do Nakła…


----


liczba słów: 1144 (według DG)


#zafirewallem

No i tak właśnie powstają legendy: ktoś po pijaku coś obiecał, ktoś po pijaku coś zrobił, ktoś jeszcze inny później po pijaku o tym opowiedział.


Piękne!

Zaloguj się aby komentować

Dobrze, moi Drodzy!


Jako że siedzę i całkiem skutecznie unikam tego co zaplanowałem sobie na dziś do zrobienia, szczęśliwie przypadło mi to nieszczęście otwarcia kolejnej, XXI już edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem, a to pozwala mi dalej unikać podjęcia trudu wykonania własnego planu, choć już teraz bez wyrzutów sumienia, o ile takie sumienie w ogóle posiadam.


Czyli tak:

gatunkiem, którego sobie życzę niech będzie sensacja,

tematem niech będzie ławka,

a limit słów ustalmy sobie szeroki, powiedzmy od 10 do 5000, bo tymi limitami i tak mało kto się przejmuje.


Dobrej zabawy więc. Czekam na Wasze dzieła przez dwa tygodnie, do niedzieli, 30.04, kiedy to ogłoszę zwycięzcę wybranego przeze mnie według kryterium jeszcze mi nieznanego.



#naopowiesci

Zaloguj się aby komentować

Niedziela, co prawda nie wieczór, ale raczej nie mam się co spodziewać, że wpadnie kolejne opowiadanie, więc póki chwilka czasu - #podsumowanienaopowieści !


Choć napisanie antyutopii z fabryka parówek w tle jako temat początkowo zyskał duże zainteresowanie, ostatecznie powstały 4 sztuki tekstów, popełnione przez 3 autorów:


konkurecję otworzył @George_Stark utworem Jak dziwnie płynie ta Wisła (wydanie III i ostatnie – zaadaptowane na potrzeby XX edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem) - w którym po raz kolejny niefortunne wyznania powodują, że Pacha i Jerzy lądują na przeciwległych brzegach Wisły, by spotkać się na środku mostu i z wciąż niewypowiedzianym brzemieniem oraz z niepuszczonym pawiem wrócić do domu


jednak to @UmytaPacha swoim tekstem "Trzej pancerni i cygański dar" zatrzęsła posadami powieściowej kawiarenki oraz załogą hejtowego czołgu. Fabryki majonezu na tyłach fabryki parówek spodziewać się mogli tylko pracownicy Wytrwórczej Spółdzielni Pracy Społem w Kielcach oraz posiadacze zasmarkanej chusteczki w cenie jednego euraska. W każdym razie, uważajcie na co siadacie i czego sobie życzycie, bo nie daj słoiku może się Wam spełnić.


temat majonezowo-parówczany znalazł również odbicie w utworze ANTYUTOPIA W CIENIU PARÓWEK autorstwa @bori , którego twórczości nie da się odzobaczyć i odcsinęła ona równie mocne piętno na uniwersum hejto, jak wcześniejszy utwór Paszki. Tytuł uważam za mylący, bliżej tu do horroru niż antyutopii mimo tak przyjaznej nazwy zakładu przetwórstwa mięsnego jak PARÓWECZKOPOLEX. W pogoni za sukcesem czasem brak pogoni za rozumem...


na szczęście z parówkowo-majonezowej makabry wybawia nas w swym drugim dziele Obóz stoicki @George_Stark, który roztacza przed nami obraz sprawnie stworzonej i działającej stoickiej komuny na terenie Grudziądza. W tekście autor antyutopię sprowadził do granic absurdu i klamerek kapoka, przez co utwór zyskuje dodatkowe walory artystyczne.


Ponieważ zasady ocenianiania nie zostały początkowo ustalone, chciałabym wyróżnić laurem zwycięstwa @George_Stark za Obóz stoicki, który faktycznie przedstawił antyutopię.


Lecz, by oddać wszystkim sprawiedliwość, jury w postaci mnie oraz młodszego bombelka przyznało dodatkowe nagrody:

talon na terapię dla par @George_Stark za ostatnie wydanie sagi paszkowo-jerzowo-grudziądzkiej

żółte 5l wiaderko majonezu kieleckiego dla @UmytaPacha - może i nie spełni życzeń, ale wystarczy do wielu kanapek z jajkiem oraz maseczek na włosy

roczny abonament na obserwowanie tagu #stoicyzm dla odzyskania równowagi duchowej dla @bori , pamiętaj Robaczku, pogoń za pieniądzem to nie wszystko!


Dziękuję wszystkim za uczestnictwo, czytanie, komentowanie aktualnie zakończonej edycji!


#zafirewallem #naopowiesci

@moll no i nie zdążyłem… Trudno - cyk do szuflady 🙄A podsumowanko śliczne 😍


@George_Stark gratuluję, bo Twoja antyutopia urzekła mnie znów na tyle, że w niedkończonym opowiadaniu które właśnie spoczęło w szufladzie pozwoliłem sobie nawiązać do kapokôw i imć Pluska. U mnie już w randze admirała 😜

@moll Niech żyją hejto powiadomienia, dopiero teraz odkryłem ten post xD


Żądam przywrócenia terminu na wniesienie odwołania, wyniki są tendencyjne! xD


A kolegę @George_Stark zaprasza na zwiedzanie Paróweczkopolexu!

Zaloguj się aby komentować