#naopowiesci

26
267

@George_Stark nie przypomniał mi w weekend, więc przypomnę dzisiaj, że jesteśmy już lekko za połową aktualnej edycji #naopowiesci i że jeśli ktoś ma ochotę napisać antyutopię z fabryką parówek w tle (lub na bliższym planie) to ma na to czas do niedzieli do godzin wieczornych.


Zachęcam do wspólnej zabawy!


#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Obóz stoicki


Pod bramą żelazną biegły tam tory,

na bramie był napis „Momento mori”.


– w taki właśnie sposób poeta opisywał później to miejsce, które odcisnęło swoje mroczne piętno na historii miasta Grudziądza.


Dawno temu w tym miejscu znajdował się Fort Wielka Księża Góra. Później wybudowano na jego miejscu kosmodrom. Grudziądzki Program Kosmiczny został w końcu porzucony z racji tego, że nigdzie w kosmosie nie udało się znaleźć wody, nie było więc sensu kolonizować innych planet, jeśli nie dało się nikogo na nich utopić. Infrastruktura kosmodromu została jednak wykorzystana – zaaranżowano ją na najnowocześniejszą na świecie fabrykę parówek. Fabryka upadła. Upadła z racji tego, że produkowane w niej parówki okazały się tak podłej jakości, że nawet psy po ich obwąchaniu tylko wzruszały ramionami. Miejsce stało przez jakiś czas opuszczone aż do tego dnia, kiedy zjawiły się w nim oddziały grudziądzkiej organizacji SS.


Stoikom Seneki przewodził Marek Plusk, a jego przydupasem był Jerzy Ostrowski. Plusk uznał, że opuszczona fabryka parówek będzie idealnym miejscem na stworzenie stoickiej utopii – nic tak nie przypominało o śmierci jak znajdujące się tam szafy pancerne wypełnione grubymi tomami akt związanych z pozwami, jaki wnosiły rodziny ofiar, które śmiertelnie zatruły się wyrobami firmy. Członkowie sekty przystąpili więc do działania.


Na początku nie było ich wielu. Ci, którzy z własnej podążali za słowem Cesarza Pluska zostali zaordynowani do aranżacji budynków na potrzeby jego wizji. Sam Plusk zaś martwił się nielicznością swoich wyznawców.

– Przecież nie masz wpływu na to w co ludzie wierzą, no to czym się przejmujesz? – mówił mu Ostrowski.

– Nie mam?! Nie mam?! Ja k⁎⁎wa nie mam?! No to jeszcze zobaczymy! – odpowiedział tamtego dnia Plusk, w którego głowie już rodził się plan.


Plan ten był szczególnej wagi, dlatego Plusk zdecydował się wykonać go osobiście, do pomocy zabierając ze sobą tylko zaufanego Ostrowskiego. Pewnej nocy, kiedy Grudziądz już spał, wybrali się do centrum. Rozmontowali część tramwajowego torowiska, a wyrwane z ziemi szyny położyli w taki sposób, że linia kończyła się teraz w założonym przez nich obozie. Następnego dnia rano zaspany motorniczy wiozący równie zaspanych Grudziądzan do pracy nie zauważył zmian i przywiózł dwa pełne wagony przyszłych mimowolnych wyznawców do obozu Pluska. Fort został otoczony przez kordony policji, a po długich negocjacjach stanęło na tym, że w zamian za zwrot tramwaju wraz z motorniczym Plusk może sobie zatrzymać resztę pasażerów. W zakładach pracy na miejsca uwięzionych zostali przyjęci ci, którzy do tej pory pozostawali bez pracy i w ten właśnie sposób rozwiązał się jeden z problemów Grudziądza – Grudziądz stał się miastem z najniższą stopą bezrobocia w całym kraju.


W obozie zaś życie biegło według zasad ustalony przez Pluska. Zasady te nie były jakoś szczególnie uciążliwe, tyle tylko, że związane były ze stoickim sposobem postrzegania świata. Nie została wprowadzona cenzura – wolno było rozmawiać o wszystkim, tyle tylko, że każdą rozmowę należało kończyć słowami „no i co z tego, jak i tak wszyscy umrzemy”, które to słowa szybko stały się obozowym pożegnaniem. Plusk wprowadzał też do życia mieszkańców obozu elementy umartwiające, a wprowadzał je po to żeby mieszkańcy z większą niecierpliwością wyczekiwali śmierci, która to miała ich od tych umartwień wybawić. W tym celu został przez cesarza wydany edykt zabraniający przybierać jakąkolwiek inną pozycję niż pozycja stojąca. Zabronione było siedzenie, zabronione było też leżenie. Mieszkańcy obozu jedli na stojąco, załatwiali potrzeby fizjologiczne na stojąco i nawet spali na stojąco, wzorem konia, na którym siedział Marek Aureliusz, a którego to konia uwieczniono na jego konnym pomniku znajdującym się na rzymskim Kapitolu.


– Dzień dobry – powiedział pewnego dnia Ostrowski, wchodząc do gabinetu Pluska.

– Żeby umrzeć – odpowiedział Plusk tradycyjnym obozowym pozdrowieniem, po czym zadał Ostrowskiemu pytanie: – Dlaczego, mój drogi Jerzy, ten napis nad bramą jest z błędem, k⁎⁎wa jego mać, pytam się spokojnie?!

– Ja zamówiłem dobrze, mogę ci pokazać kwity. A że wykonawca zrobił co zrobił, no to na to przecież nie miałem żadnego wpływu. Zresztą teraz trudno byłoby już to naprawić – odpowiedział Ostrowski, a Plusk mu przytaknął, choć całkowicie uspokoił się dopiero po trzech dniach.


Ostrowski rzeczywiście miał rację twierdząc, że pomyłkę trudno byłoby naprawić, Wisła bowiem w tamtym czasie ponownie zmieniła swój bieg. Grudziądz stał się wyspą z dwóch stron otoczoną wodą – zniknęło jezioro Tarpno, które stało się częścią wschodniego koryta podzielonej rzeki, a sam stoicki obóz znajdował na powstałej na tej odnodze łasze. Został oddzielony nie tylko od Grudziądza, ale i od całego świata.


– W sumie to dobrze się złożyło. Problem sam się rozwiązał. – podsumował Plusk, bo zdarzało się, że ludzie nie chcieli poddać się jego naukom, nie chcieli przy każdej wykonywanej czynności myśleć o tym, że kiedyś umrą, nie chcieli po stoicku spać na stojąco i w związku z tym zdarzało się, że uciekali z obozu. Plusk nie przewidział jednak jednego. Zrozpaczeni ludzie zamiast pamiętać o śmierci woleli rzeczywiście umrzeć. W tym celu sami topili się w opływającej obóz rzece.

– Nie no, k⁎⁎wa! Jak wszyscy się utopią, to kto będzie wtedy pamiętał o śmierci?! – pieklił się Plusk. – Przecież w życiu nie chodzi o to żeby umrzeć, tylko żeby o pamiętać o śmierci, a jak tu pamiętać o czymkolwiek, kiedy się już nie żyje?


I myślał Plusk, myślał intensywnie, aż pewnego dnia wymyślił. Wykorzystując jedną z pozostawionych po upadku Grudziądzkiego Programu Kosmicznego rakiet udał się do siedziby Związku Kajakarzy, gdzie zakupił zapas kamizelek ratunkowych. Na wzór średniowiecznych pokutników ubranych we włosienice, mieszkańcy obozu zostali przez Pluska przyobleczeni w te kapoki, które Plusk osobiście spiął kłódkami tak, żeby nie dało się z nich wyswobodzić. Oczywiście pojawiły się narzekania – mieszkańcom obozu było w tych kapokach niewygodnie.


– Głupcy! – grzmiał Plusk w czasie swoich codziennych przemów na Forum Grudziądzanum. – Głupcy! Czy nie rozumiecie, że przez noszenie tych kamizelek będziecie z jeszcze większym zapałem wyczekiwać śmierci? Czy nie rozumiecie, że to wszystko dla waszego dobra? Nie tylko nie zapomnicie dzięki tym kamizelkom o tym, że kiedyś umrzecie, ale będziecie też z większą nadzieją tego momentu wyczekiwać, śmierć bowiem będzie dla was nie tylko wybawieniem od tych wszystkich trosk, jakie mieliście do tej pory, ale i od tej nowej troski w postaci kamizelki, którą teraz na sobie nosicie!


Mieszkańcy obozu mieli jednak swój rozum. Domyślili się rzeczywistego powodu jaki kierował ich cesarzem każącym im nosić te niewygodne kamizelki i właśnie dlatego w obozowej gwarze taki kapok nazywał się antyutopia.


***


1015 słów.


***


#naopowiesci

#zafirewallem

@George_Stark

—Dzień dobry

—Żeby umrzeć

🤣🤣🤣

To mi zupełnie przypomina mojego ojca, który potrafi dowolne zdanie na dowolny temat zakończyć sentencją „czas umierać…”. Serio, rozmowa z nim potrafi wyglądać tak:

„O zobacz synu jaka piękna wiosna, roślinki mamie w ogrodzie pączki puściły, słoneczko tak cudnie grzeje, czas umierać…” 🤯

Zaloguj się aby komentować

#zafirewallem #naopowiesci

Liczba słów: 1108

Uwaga: Czytasz na własną odpowiedzialność!

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest przypadkowe i niezamierzone.


ANTYUTOPIA W CIENIU PARÓWEK


Zapadał powoli zmierzch. Cienie w pomieszczeniu nieubłaganie stawały się coraz dłuższe a kąty i zakamarki jego sypialni pogrążały się w nieprzyjaznym mroku. Wysłużone meble, których najlepsze lata już dawno minęły, w świetle dnia budziły co najwyżej politowanie, ale po zmroku nabierały złowrogich kształtów, przywodząc na myśl przedwieczne plugastwa w zapomnianych krainach.


Mężczyzna siedział przed ekranem komputera. Biurko z tym urządzeniem stanowiło centralny element jego pokoju i jednocześnie był to jedyny mebel, który budził w nim jeszcze jakiekolwiek zainteresowanie. Dziwny odludek, bez przyjaciół i opuszczony przez rodzinę. Życiowe doświadczenia sprawiły, że stracił wszelką ochotę na jakiekolwiek uciechy, zarówno ciała jak i ducha. Jedyną jego rozrywkę stanowiło codzienne przesiadywanie przed monitorem, na którym dzień w dzień obserwował jak napisany kilka lat temu prosty program-bot sukcesywnie spamował pewien średnio popularny portal:

CYTAT NA DZIŚ

PRZEPIS NA PIECZEŃ

RECENZJA KOLEJNEJ KSIĄŻKI W TYM ROKU

ZAWOALOWANE STRĘCZYCIELSTWO

SPRAWOZDANIE JAK DZIECKO POŁKNĘŁO LEGO I TERAZ STAWIA KLOCKI


Kiedyś zautomatyzowane interakcje elektronicznego urządzenia z anonimowymi odbiorcami sprawiały mu nieukrywaną radość, lecz te czasy już dawno minęły. Oszukiwanie użytkowników stało się monotonne, a i tych było już coraz mniej, przez co jego ulubiony portal wyraźnie podupadał. Ostatnio często się niepokoił, że jedyne pozostałe mu jeszcze okno na świat w końcu się nieodwołalnie zamknie, a on będzie już całkowicie wyobcowany od reszty świata.


Kończący się dzień przypomniał Mężczyźnie, że nadchodził czas na codzienny, wieczorny rytuał. Z niechęcią, lekko się ociągając wstał, wyszedł z pokoju i powoli, powłócząc nogami, udał się do hali produkcyjnej przylegającej do budynku. Gdy wszedł do jej środka i ujrzał rzędy wyeksploatowanych maszyn, wróciły do niego stare wspomnienia. Czasy dawno minione, gdy był pełen sił, ogromnego zapału i młodzieńczych ideałów. Gdy jako nieopierzony chłopaczek rozstawił swoje pierwsze stoisko na ulicy. Biedny młokos, który brał z mieszkania dwie rynienki, wkładał świeczki i je zapalając, podgrzewał domowej produkcji paróweczki. Jego ciocia robiła je wieczorami, a on szedł i sprzedawał te paróweczki od bladego świtu na rogu ulicy Wiązów i Piekarskiej. Ciocia przygotowywała wyborne paróweczki, także wkrótce zamiast 2 sprzedawał 4, potem 8, następnie sprzedawał 16, zaraz 30, potem zatrudniał 4 bezrobotnych, którzy za niego handlowali na ulicy. On już tylko te paróweczki przygotowywał z ciocią. Po kilku miesiącach założył firmę, która zatrudniała setkę ludzi i sprzedawała paróweczki na ulicy. Nie minęło parę lat, a stał na czele PARÓWECZKOPOLEXU, ogromnej parówkowej korporacji z filią w Puławach, z własną nowoczesną halą i w pełni zmechanizowaną linią produkcyjną.


Zatracony w pogoni za sukcesem, spędzając całe dnie doglądając produkcji, zamieszkał w końcu na zakładzie oraz zatracił się w obserwowaniu powiększającej się ilości zer na koncie. Nawet nie zauważył, jak bezpowrotnie minęła jego młodość. W końcu, gdy kolejny milion na koncie przestał robić mu już jakąkolwiek różnicę, przyszło otrzeźwienie. Niestety dla niego, o wiele za późno. Nie spostrzegł w porę, jak sam stał się korporacyjnym zombie, takim jakie kiedyś z obrzydzeniem obserwował z boku, od rana handlując na ulicy. Znajomi ze szkół dawno się powyprowadzali i pozakładali rodziny, urodziły im się dzieci, jego rodzice pochorowali się i pomarli, a ciocia sprzedała swoje udziały w spółce i poleciała do Barcelony tańczyć bachatę całymi dniami i nocami. Nie pamiętał już nawet, czy dzwonili do siebie w ostatnie święta. A on ciągle tkwił w codziennym kieracie obowiązków zarządczych, aż monotonia zawodowa całkowicie go wypaliła. Zrezygnowany i pozbawiony od dłuższego czasu wszelkiej chęci do działania, postanowił zakończyć działalność, zwolnić całą załogę i zamknąć firmę. Od tamtego czasu snuł się, niczym samotny cień, między wyłączonymi maszynami, stanowiącymi już tylko smutne wspomnienie czasów, gdy rozgrzane niemal do czerwoności pracowały dniami i nocami, wypluwając z siebie tony produktów mięsopodobnych.


Mężczyzna dotarł do swojego ostatniego przedsięwzięcia na terenie zakładu: rzędu ogromnych, lecz obecnie pustych, klatek. Sowicie opłaceni Belgriklungrejanie zmontowali je bez zadawania zbędnych pytań, chociaż zapewne o nic nie pytali bo po prostu nie znali języka. Przypomniał sobie, jak jeszcze całkiem niedawno owe klatki tętniły życiem, o ile można tak przewrotnie nazwać krzyki, jęki, błagania, potępieńcze śmiechy i zlęknione spojrzenia uwięzionych. Idąc wzdłuż swego podręcznego „magazynu”, wspominał byłych już lokatorów poszczególnych cel:

- ten za dużo brykał,

- ten był maxymalnie zaangażowany w politykę,

- ten był mocno niekumaty,

- ten nigdy nie miał apetytu mimo swojego przydomka,

- ten niepoprawnie wierzył że zamiłowanie do pociągów go uratuje,

- ten zawsze wyglądał jak waleń wyświniony tuszem,

- ten był błędnym rycerzem który w głodowych majakach wymyślał sobie nieistniejące apanaże,

- ten jednak nie na wszystko lubił patrzeć,

- ten ciągle tylko beczał,

- ten wciąż się dziwił,

- a ten był zwykłym rowerzystą który po prostu napisał (w jego mniemaniu) prześmiewcze opowiadanie w bardzo złym momencie.


Pozostałych już nawet nie pamiętał. Poszczególne osoby wymieszały się powoli w bezkształtną masę, zarówno w jego wspomnieniach jak i w stalowej kadzi. Czasem tylko jeszcze budził się w nocy na wspomnienie twarzy pełnych przerażenia i bezbrzeżnej trwogi, metalicznie trzeszczących wysłużonych mechanizmów oraz zwierzęcych ryków kończących się nagle charczeniem i gardłowym bulgotem, ale i to już coraz rzadziej mu się zdarzało.

- Zemsta się dokonała – zamruczał do siebie pod nosem – Zostałaś pomszczona moja umiłowana.


Zapewne obserwator z zewnątrz to, co tu się wydarzyło określiłby mianem istnego horroru, plugastwa, abominacji czy makabry, a nie jeden śledczy znalazłby tutaj rozwiązanie swojej sprawy, ale Mężczyzny już nic nie ruszało. Był wyprany z emocji. Nie było dla niego ratunku. Chyba osiągnął już ten mistyczny chłód. Jego ojciec, gdy jeszcze żył i obsługiwał w fabryce maszynę która drgając powolnie oddzielała jego mięso od kości ostrzegał go przed tym, ale to było za mało by udało się ocalić jego duszę przed zatraceniem. Podobno seryjni mordercy zabijając czują radość, euforię czy podniecenie, ale on nie czuł nic.


Mężczyzna podszedł do maszyny na końcu taśmy. Podsunął miskę i pociągnął za dźwignię. Tryby zapiszczały, coś zatrzeszczało w niekonserwowanym mechanizmie, a z końcówki rury wydobyła się z sykiem różowawa masa. Dzięki dodatkowi szlachetnego majonezu konsystencja była aksamitna, a domieszka delikatnego octu skutecznie zabijała wapnisty posmak mączki kostnej.


Idąc i trzymając podgrzaną w ElFrajerze miskę, jeszcze raz omiótł wzrokiem halę. Poczuł lekkie ukłucie nostalgii w sercu. Czy było warto? Czy na pewno dokonał dobrych wyborów? Czy jeszcze kiedyś będzie szczęśliwy? Ale echo w opustoszałym pomieszczeniu nie potrafiło udzielić odpowiedzi na te pytania.


Mężczyzna powoli wszedł do pokoju na poddaszu. Na łóżku, skulona w kącie, siedziała cicho dziewczyna. Lata jej starań i wysiłków, by uczynić pewien portal lepszym miejscem spełzły na niczym. Zaszczuta tylko za to, że preferowała prawdziwy majonez zamiast chemicznych erzaców, nie wytrzymała w końcu psychicznie. Załamała się, popadając w głęboką katatonię. Puste spojrzenie jej oczu kazało się zastanawiać, czy pozostała jeszcze gdzieś w niej dusza. Mężczyzna delikatnie usiadł koło niej, nabrał łyżką różowej papki i przysunął do jej ust, tak jak to robił co wieczór, od wielu lat.

- Jedz Ptaszynko – wyszeptał – jedz.


KONIEC

bori userbar

@bori czyli możliwe, że na hejto nie ma nawet tych kilku kobiet bo to boty som.

A tak ogólnie to bardzo ciężki klimat tu zbudowałeś. Podoba mi się styl i użyte słownictwo, elegansior opowiadanie.

Zaloguj się aby komentować

#zafirewallem

Rzucam jednostrzałowca bo po tym debiucie będę miała zakaz wstępu w przybytku #naopowiesci , a może i kilka zaproszeń na czarnolisto xd


"Trzej pancerni i cygański dar"

Było ich trzech (właściwie ich troje) w każdym z nich inna krew, ale jeden przyświecał im cel - dotarcie do Wytrwórczej Spółdzielni Pracy Społem w Kielcach, gdzie na hali produkcji miał skrywać się magiczny złoty słoik spełniający życzenia. Przynajmniej tak twierdził Erwino, któremu w metrze powrotnym z nocki Cyganka wcisnęła tajemniczą mapę za euraska.

- Mówię ci erwinek że baba po prostu nasmarała w chusteczkę i nie miała gdzie ją wsadzić - powiedziała Paszka wsłuchując się w turkot czołgu, który ciężko znosił pracę na oleju po frytkach.

- coty muwie ci to byla prawdziwa cyganka jak w filmach co maly Erwinek ogladal na vhs, wszysciutko mi zdradzila ze wystarczy scisnac zloty sloik i powiedziec zyczenie a na koniec dala to, widzisz na mapie tego gluta w krztalcie korony?

- ...że co, korona jak na logo Społem?

- ze korona jak w korona kielce

- ehhhh... to jest po prostu szpiczasty glut. - odwarknęła Pacha, próbując dojrzeć na horyzoncie zarys budynku "Społem" znad wielkiego brzucha leżącego na lufie Vredo.

- Boli mnie brzuszek - zamiałczał Vredo - To twoja wina umita pachio, przez wylanie całej wódki musiałem ratować się spirytusem

- To nie spirytus ci rozrywa bęben tylko wsunięcie wszystkich naszych zapasów frytek w jedną noc.

- Jejku no koffam frytki. Was też koffam :*

- xdddd - spuentował trafnie erwinek.

Dotarli. Do fabryki nigdzie nie było widać wjazdu, decyzja była więc prosta - ładowanie odłamkowo-burzącego i wystrzał w ścianę. Wraz z lotem pocisku dało się słyszeć cienkie pingwinie "ratunkuuuu...!" - widocznie załoga zapomniała go wyjąć po strzelaniu do owcy. Tak czy srak, w ścianie powstała dziura i czołg prześlizgnął się przez nią bez problemu. Tylko co to co to, zamiast majonezowych piramid wszędzie były parówki! Paszka i erwinko zeskoczyli z czołgu, a vredo poturlał się za nimi. Przy wielkich wrotach prowadzących do dalszego pomieszczenia stał nie kto inny jak sam Pan Pomidor!

- xD A więc odkryliście właśnie co robię w pracy... - powiedział wycierając dłonie w fartuszek.

- jakto, parowki?

- Parówki. Płacą to robię

- Dobra - ucięła temat Paszka - bo my musimy na halę produkcji kieleckiego, to te drzwi?

- Tak. Ale żeby tam przejść musicie podać poprawną odpowiedź na trzy zagadki! Każda błędna odpowiedź to reset i powrót do zadania kolejnych trzech zagadek. Macie jedną opcję pomocniczą, telefon do owcy, ale nie sądzę by mógł wam wiele pomóc. A więc pytanie pierwsze: Czym jest maceracja węgl... - nie dokończył, bo Vredo przeturlał się po nim jak wałek po cieście i wyważył wrota. Tym sposobem droga do cesarstwa majonezu kieleckiego stała otworem.

- No no... - pokiwała z uznaniem Paszka przechodząc przez wyrwę w drzwiach. Słoików były tysiące i zapowiadały tysiące minut poszukiwań. Poturbowany Vredo walnął się na paletę i zawodził:

- Ałaa Paaszko dalej wszystko mnie boli!

- Trza było tyle nie źreć! Jak nie chcesz pomóc w szukaniu to przynajmniej siedź cicho.

Minęła godzina, dwie, trzy, a złotego słoika nigdzie nie było.

- Erwinko - zagadała ocierając pot z czoła Pacha - a jeśli Cyganka nie kłamała i znajdziemy ten słoik to czego sobie zażyczysz?

- À nie powiem bo to jak w urodzinki, jak dmuhasz swieczki i powiesz to sie nie zpelni!

Odsuwając jeden z czteropaków Erwino znalazł kalendarz z gołom babom.

- umm takiego rudzixa tez by podmuhal ( ͡ʘ ͜ʖ ͡ʘ)

- ZOSTAW I SZUKAJ!

- Pokaż! - zawołał wciąż bolejąc z odległej palety Vredo.

- spojz tylko na te stoopki! - zachwycał się Erwino biegnąc i wymachując zdobyczą.

- Eee tam stópki, jakie czyczki! - rozpromienił się Vredo - Ehh, chciałbym mieć takie czyczki...

Gdy tylko skończył wypowiadać te słowa wybałuszył oczy i poczuł jak górna część koszuli rozrywa się na części, a obfity biust rozlewa po całej palecie. Złoty słoik, na którym siedział, pękł.

Licznik słów: koło 600

1e5a861e-d2f1-483d-b977-5b190b9598b2

@UmytaPacha już nie będę pisał, że śmieszne bo wiadomo. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Napiszę za to, że świetne odwzorowanie stylu pisania postaci, a te orty Erwina w szczególności mnie urzekły. xd

Zaloguj się aby komentować

Kojarzycie może taką serię gier komputerowych jak FIFA? No właśnie. Szukając pomysłu na opowiadanie do XX edycji konkursu #nasonety postanowiłem zastosować strategię wydawniczą wzorowaną na strategii wydawniczej producenta FIFY, firmy EA Sports. Obiecuję jednak, że to już ostatni raz.


===


Jak dziwnie płynie ta Wisła

wydanie III i ostatnie – zaadaptowane na potrzeby XX edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem


***


Lecz Parówka, niczym głucha,

małej Asi już nie słucha.

Zakochała się – o rety ! –

w kimś kto ceni jej zalety.


Dla niej ważne, że bez mdłości

Azor połknie ją w całości.


Jacek Cudny, Zakochana parówka [fragment]


***


Ta rozmowa nie przebiegała tak, jak miała przebiegać. Nic nie szło w tej rozmowie zgodnie z planem. Nic nie szło w tej rozmowie ani zgodnie z planem jej, ani zgodnie z planem jego, bo oboje mieli na tę rozmowę przygotowane swoje własne, całkowicie różne i zupełnie od siebie niezależne plany.


Spacerowali nad Wisłą. Ona, ubrana w różową bluzę-kangurkę i on, wypychający od czasu do czasu prawy policzek przy użyciu języka, którym sięgał do dokuczającej mu od dawna górnej ósemki. Tak jakby ten zabieg miał mu w jakiś sposób pomóc. Tak jakby ten zabieg mógł ten jego ból zęba w jakiś sposób złagodzić.


Okolica była znajoma – mieszkali w końcu w Grudziądzu już od jakiegoś czasu, żyli tam ze sobą na kocią łapę – a jednak znów wydawało im się, że wszystko dookoła wygląda jakoś inaczej niż wyglądało dotychczas. Wydawało im się, że Wisła płynie trochę inaczej niż płynęła kiedy spacerowali w tym miejscu poprzednim razem. Nie zrobiło to na nich wrażenia. Owszem, kiedyś, na początku, zaraz po przeprowadzce dziwili się temu, ale później zdążyli się do tego przyzwyczaić. Tak jak i zdążyli się też przyzwyczaić do bezustannie spływających rzeką zwłok.


– Wszystko płynie – żartował czasami Jerzy, a Pacha śmiała się z tych jego dowcipów. To im wychodziło, takie rozmowy im się udawały. Umieli się razem śmiać i żartować. Tak jak i potrafili rozmawiać o zwykłych, codziennych sprawach, tak jak potrafili dzielić się ze sobą swoimi obserwacjami:


– Jerzy, a ta jabłonka to nie rosła ostatnio na tamtym brzegu? – zapytała Pacha. – Nie no, rosła! Na pewno tam rosła! Przecież pamiętam! Siedziały na niej trzy sikorki i mazurek jeszcze na niej siedział. Co mnie zdziwiło, bo mazurki to przecież występują bardziej na wsiach, w miastach to raczej wróble. No a tu przecież jest miasto! Nie no, na pewno tam rosła, przez tego mazurka to pamiętam!

– Patrz, a ten wysoki gość z psem? – powiedział Jerzy. – Tam, ten po drugiej stronie. Wydaje mi się, że przed chwilą się z nim mijaliśmy.

– Może na takich długich nogach szybciej dochodzi się do mostu? - tym razem zażartowała Pacha, a Jerzy roześmiał się z jej dowcipu.


Tak, umieli ze sobą żartować. Nie umieli jednak rozmawiać o sprawach poważnych. Za każdym razem, kiedy tylko któreś z nich podejmowało próbę skierowania rozmowy na rzeczy fundamentalne, na kwestie dotyczące ich związku i ich przyszłości, wtedy właśnie gdzieś wewnątrz ciała pojawiał się jakiś dziwny impuls, jakieś ściskające napięcie blokujące w krtani te słowa, które już dawno powinny zostać wypowiedziane.


Tak było i wtedy, kiedy tamtego dnia spacerowali nad Wisłą, a ich rozmowa nie przebiegała według planu. Już to jedno, już drugie miało zamiar przerwać tę bezsensowną paplaninę o niczym, która się tam wtedy między nimi rozgrywała i wreszcie powiedzieć to, co miało do powiedzenia, ale właśnie w tym momencie znów pojawiało się to mrowienie w kąciku ust, to drętwienie którejś dłoni albo ten nieprzyjemny ucisk w żołądku. Wtedy dawali za wygraną. Odkładali te zaplanowane słowa na później.


Mimo że nie zrobiło tego żadne z nich, to ta ich bezsensowna paplanina została tamtego dnia przerwana. Zmienił się kierunek wiatru. Nie wiało już od rzeki, podmuch przyszedł ze strony miasta i przyniósł ze sobą odór lekko rozkładającego się mięsa, silnej chemii i rozmaitych odpadów. Był to zapach fabryki parówek Krąg Życia otwartej na terenach dawnych ogródków działkowych Metalowiec, fabryki, która wpisując się w nowoczesne trendy zarządzania ekologicznego i zrównoważonego rozwoju kierowała się zasadą zero waste.


Pachę lekko zemdliło, targnął nią odruch wymiotny i – żeby nie puścić pawia, choć tak bardzo lubiła ptaki – zatkała usta, co nie tylko powstrzymało ją przed zwróceniem obiadu (ziemniaki, przysmażona kaszanka, zielony groszek i jajka z majonezem na deser), ale również uniemożliwiło jej kontynuowanie bezsensownej paplaniny. Do Jerzego odór dotarł również, ale nie zrobił na nim wrażenia. Był przyzwyczajony do zapachu zgnilizny. Osiągnął już niewrażliwość na ten zapach, a to z powodu zabiegu autoimmunologicznego – szczepionki w postaci własnego gnijącego zęba.


– "Skoro oni potrafią robić parówki z mięsa oddzielanego mechanicznie, z kopyt, z rogów, z oczu, z gówna i z papier mâché, to dlaczego mnie tak trudno jest powiedzieć jej tych kilka słów?" – pomyślał wtedy Jerzy.

– "Skoro oni potrafią robić parówki z mięsa oddzielanego mechanicznie, z kopyt, z rogów, z oczu, z gówna i z papier mâché, to dlaczego mnie tak trudno jest powiedzieć mu tych kilka słów?" – pomyślała wtedy Pacha.


I właśnie wtedy oboje jednocześnie się zdecydowali. Nastąpiło przełamanie, jak gdyby, wbrew zasadzie zero waste, postanowili nie pracować nad swoimi ograniczeniami i wątpliwościami, nie próbowali przekuwać ich na zalety, a tylko oboje w jednej chwili postanowili te ograniczenia i wątpliwości odrzucić.


Jerzy przyklęknął i przez chwilę mocował się z własną kieszenią, w której miał schowany zaręczynowy pierścionek. Nie potrafił sobie poradzić z wyciągnięciem go i dopiero kiedy spojrzał na kieszeń uświadomił sobie, że jest ona zasunięta. Rozpoczął mocowanie się z zamkiem błyskawicznym. Pacha w tym czasie zamknęła oczy i próbował wziąć pierwszy z trzech głębokich wdechów, za pomocą których miała zamiar opanować emocje przed zbliżającą się wypowiedzią, wszechogarniający smród mocno jej jednak to zadanie utrudniał.


– Wyjdziesz za mnie? – zapytał Jerzy, był bowiem przekonany, że to właśnie Pachę chce w tym momencie pojąć za żonę.

– Odchodzę! – powiedziała Pacha, nie była już bowiem w stanie znosić dłużej odoru z ust Jerzego powodowanego przez jego gnijącą górną prawą ósemkę, której za nic w świecie nie chciał wyleczyć.


Cisza. I on, i ona nie usłyszeli żadnej odpowiedzi drugiej strony na te swoje nagłe wyznania. Jerzy oderwał wzrok od kieszeni, Pacha rozwarła powieki. Nic. Pusto. Przed Jerzym nie stała Pacha, przed Pachą nie klęczał Jerzy.


Jerzy poderwał się z klęczek, Pacha rozglądała się dookoła. W końcu dostrzegli siebie nawzajem: stali na dwóch przeciwnych brzegach. Jerzy gestami dał Pasze znać żeby skierowała się na południe, żeby udała się w górę rzeki. Tam, gdzie stoi most im. Bronisława Malinowskiego.


Spotkali się na środku przeprawy. W milczeniu wrócili razem do domu i wszystko było między nimi tak jak do tej pory. Nic się nie zmieniło: znów nie powiedzieli sobie tego, co mieli sobie nawzajem do powiedzenia, znów te tłumione słowa umościły się w nich gdzieś głęboko i cały czas ich tam głęboko uwierały.


I tylko pod jabłonią znajdującą się na wyspie leżącej na środku rzeki stał wysoki mężczyzna z psem. Mężczyzna wyciągnął z kieszeni parówkę i – po chwili podejrzliwego przyglądania się jej – zatopił zęby w mięsopodobnej masie. Drugą parówkę podał psu, który – zupełnie bez żadnej podejrzliwości – pochłonął ją dwoma kęsami. Na drzewie nie siedziały żadne ptaki. Mężczyzna ukruszył swój ząb trafiając w parówce na coś twardego, co wyglądało zupełnie tak jak dziób mazurka.


===


1072 słowa

@splash545 Pan @George_Stark psa Ci podłą parówką chce zepsuć...

Drugą parówkę podał psu, który – zupełnie bez żadnej podejrzliwości – pochłonął ją dwoma kęsami. 


Powinno być:

Drugą parówkę podał psu, który z wyraźnym niesmakiem i dezaprobatą w ślepiach wzruszył tylko ramionami.

Zaloguj się aby komentować

@moll @splash545 Uff, całe szczęście, bo mam już 1000 słów, ale w przypływie weny trochę zboczyłem od głównego motywu

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


Kocim kaprysem powołana zostałam do otwarcia kolejnej edycji #naopowiesci Dlatego też proponuję co następuje:


Antyutopia

Część wydarzeń w opowieści rozgrywa się w fabryce parówek (czynnej lub takiej, która zakończyła działalność - pełna dowolność, byle się fabryka pojawiła)

Długość opowiadania: 500-2500 słów


Opowiadania publikujemy do 16.03.2025

Podsumowanie raczej w godzinach wieczornych.


Kryterium wyboru - się jeszcze zobaczy


Powodzenia i miłej zabawy!


#zafirewallem

@moll Antyutopia w fabryce parówek?


Rozumiem że podmiot liryczny, miłośnik parówek z ketchupem Kieleckim, przeżywa dysonans poznawczy widząc psa mielonego razem z budą?

@moll tego się nie spodziewałem. Ale jako, że mam już doświadczenie z fabryką (co prawda nie parówek a Kieleckiego) więc może dam radę 🤔

Zaloguj się aby komentować

Szanowni Państwo!

Nie przedłużając niepotrzebnie przechodzimy od razu do #podsumowanienaopowieści !


Udział wzięło troje uczestników:


kolega @George_Stark z tekstami Jak dziwnie płynie ta Wisła, Księgi Jerzego i Kocie życie

koleżanka @moll z tekstem Wiedźma, która praktykowała jogę. Pogłaszcz kotka

oraz kolega @fonfi z tekstem Koci Punkt Widzenia, czyli tuńczyk, polityka i programowanie rozproszone


Jury w postaci Panny Księżniczki zadecydowało, że w tej edycji wygrywa koleżanka @moll !


Jak możemy przeczytać w werdykcie jury: "Autorka z niezwykłym wyczuciem i swobodą operuje zarówno klasycznymi motywami baśniowymi, jak i współczesną refleksją nad konstrukcją opowieści. Kreacja głównej bohaterki – tytułowej wiedźmy – daleka jest od stereotypowego wizerunku czarownicy jako siły czysto złowrogiej lub bezkrytycznie mądrej. Zamiast tego otrzymujemy postać pełną wewnętrznych sprzeczności, działającą na pograniczu fatum i przypadku, kierującą się własną logiką, wymykającą się jednoznacznej ocenie. To właśnie ta niejednoznaczność stanowi o sile tekstu, wpisując go w tradycję literatury, która nie tylko opowiada historię, ale też zmusza czytelnika do jej interpretowania.(...) Sama konstrukcja fabularna – rozgrywająca się na granicy realności i magicznego fatum – przywodzi na myśl narracje postmodernistyczne, w których bohaterowie, choć zanurzeni w rzeczywistości konwencjonalnie rozpoznawalnej, podlegają prawom irracjonalnym, a jednak zaskakująco logicznym w swojej wewnętrznej konsekwencji. (...) To utwór, który można czytać na wielu poziomach: jako świetnie napisaną historię o losie, władzy i kobiecej niezależności, ale także jako metatekstualną refleksję nad samą istotą opowieści. W pełni zasługuje na wyróżnienie i mamy nadzieję, że autorka nadal będzie eksplorować literackie światy, dostarczając czytelnikom równie fascynujących narracji"


Szanownym kolegom serdecznie dziękujemy za udział w tej edycji, wasze teksty również poruszyły serduszko Panny Księżniczki, jednak nie aż tak jak opowieść o Alim, którego uznała za absolutnego przystojniaka


Gratulujemy @moll i prosimy o przejęcie pałeczki


#naopowiesci #zafirewallem

@KatieWee przekaż Pannie Księżniczce podziękowania za wspaniałą edycję i jeszcze wspanialsze podsumowanie.


@moll gratulacje. Muszę przyznać, że mnie też Twoje opowiadanie podobało się bardziej od mojego. 😜

Zaloguj się aby komentować

Dzieńdobrywieczór się z Państwem,

O mały włos zapomniałbym o opowiadaniu. Ale na szczęście nie zapomniałem. To znaczy ściśle mówiąc, to zapomniałem, ale zostało mi przypomniane. W każdym razie jest. Teraz mogę mieć jedynie nadzieję, że czytając będziecie mieli Państwo przynajmniej tyle frajdy ile ja miałem przy pisaniu.


Uprzedzając pytania: tak - Doris jest postacią autentyczną (tą z załączonego dla atencji zdjęcia), nie - nie potrafi gadać. Ale szaleć w środku nocy i drzeć się w niebogłosy już zdecydowanie tak. Wszelkie podobieństwa i zachowania są całkowicie nieprzypadkowe.


Zatem - nie przedłużając - zapraszam Państwa do lektury opowiadania powstałego na potrzeby zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem .


------------------


Koci Punkt Widzenia, czyli tuńczyk, polityka i programowanie rozproszone


— Doris, wróciłem! - krzyknął Ryszard w głąb mieszkania zamykając drzwi wejściowe za sobą.

— Dobra, zaraz przyjdę - dało się słyszeć zaspany głos z głębi mieszkania, gdzieś z okolicy sypialni.


Pomimo, że był piątek - a w piątki Ryszard zazwyczaj kończył pracę wcześniej - tego dnia dotarł do domu dość późno. Wieszając lekko przemoczoną kurtkę na wieszaku, usłyszał znajome ziewnięcie, które zawsze towarzyszyło przeciąganiu i rozciąganiu się świeżo rozbudzonej Doris. Poszedł do kuchni i wstawił czajnik z wodą żeby zaparzyć sobie herbatę.


— Jesteś głodna? Nałożyć ci coś? — krzyknął do Doris lustrując przy okazji zawartość lodówki.

— Jest wieczór. Oczywiście, że jestem głodna. I nie musisz się tak drzeć.


Ryszard aż podskoczył słysząc głos bezpośrednio za plecami i obejrzał się przez ramię obrzucając Doris karcącym wzrokiem.


— Chryste, mówiłem ci tyle razy, żebyś się tak nie zakradała. Zawału kiedyś dostanę.

— Ja się nie zakradam. Ja po prostu tak się poruszam. Jak mam inaczej chodzić? - odparła ze znudzeniem — F komsu jessem kotem — dodała niewyraźnie, wylizując sobie prawą łapę — A koty poruszają się cicho.

— Akurat! Nagram to i odtworzę ci o 4 nad ranem, jak przegalopujesz przez mieszkanie i moje łóżko niczym stado dzików.

— O! kochany - od zoomies to ty się odczep. Dobrze wiesz, że tego nie da się kontrolować.

— Hektor u sąsiadki jakoś kontroluje - rzucił złośliwie Ryszard

— Czy ty widziałeś tego spaślaka?! On nawet nie jest w stanie wylizać sobie jajek pod ogonem. Albo raczej tego co po nich zostało. A co dopiero przebiec parę metrów.


Mówiąc to, zeskoczyła ze stołu, na krawędzi którego przeprowadzała przed chwilą powierzchowną toaletę i usiadła zgrabnie przy miskach, wyglądając jak koci egipski posążek. 


— No dobrze, niech ci będzie. Kurczak czy tuńczyk? - zapytał Ryszard trzymając dwie puszki w ręku.

— Tuńczyk. Tylko podgrzej trochę. Nie lubię takiego z lodówki. Powinien mieć temperaturę świeżej myszki. A tak w ogóle to gdzie byłeś do tej pory, hę?

— Zasiedziałem się w biurze bo próbowałem rozwiązać problem synchronizacji procesów w serwerach - wiesz, to o czym ci wczoraj opowiadałem. A później skorzystałem z zaproszenia na obiad od Anki.

— Tej z pracy?! Tej co ma tę szylkretową kotkę Plamkę?! Chcesz mi powiedzieć, że kładłeś łapy na obcym futrze?! - syknęła Doris, a oczy zmieniły się w szparki i złowieszczo zabłysły.

— Byłem u Anki. Nie u Plamki. — próbował bronić się Ryszard

— Jasne! Ale ta mała małpa siedziała ci na kolanach!? Nie kłam! Widzę jej kłaki na twoich spodniach!

— Owszem, Plamka jest bardzo towarzyska…

— Masz w domu Rexa Kornwalijskiego, a łazisz głaskać jakiegoś parchatego dachowca?! - warczała coraz bardziej nakręcona Doris

— Hej! To było rasistowskie! - oburzył się Ryszard


Na szczęście sprzeczkę przerwało piknięcie mikrofalówki i letnia kocia karma z tuńczykiem znalazła się, z charakterystycznym mlaśnięciem, w misce. Na ten dźwięk Doris, zupełnie jak gdyby nic się przed chwilą nie stało, zaczęła kręcić ósemki między nogami Ryszarda, zaczepiając go ogonem i głośno przy tym mrucząc. Postawił miskę na podłodze, zalał sobie herbatę i usiadł na kanapie przyglądając się jak kocica pałaszuje zawartość miski z takim zapałem, że kawałki jedzenia fruwały dookoła lądując jej nawet między uszami.


— Jesz jak prosię… - skwitował.

— Kwjaaaa?! - oburzyła się Doris z pełnym pyszczkiem, przez co pytanie zabrzmiało bardziej jak kwiknięcie, dopełniając całości obrazu.


Ryszard uśmiechnął się pod nosem, zostawił kocicę w spokoju i włączył kanał informacyjny, żeby nadrobić zaległości z całego dnia. Akurat pokazywali relację ze sprzeczki prezydenta Zełeńskiego z Trumpem i J.D. Vansem w Gabinecie Owalnym. Zaproszeni do studia komentatorzy i eksperci w równie nerwowy co panowie prezydenci sposób, prowadzili ożywioną dyskusję, przekrzykując się i próbując przewidzieć co z tej awantury wyniknie dla szeroko pojętej geopolityki.


— A ci dwaj co znowu nawywijali?


Ryszard po raz kolejny wzdrygnął się zaskoczony głosem tuż przy jego uchu. Spojrzał groźnie na siedzącą na oparciu kanapy i wyraźnie zadowoloną z efektu zaskoczenia kocicę.


— Jeszcze nie wiem, dopiero włączyłem informacje, ale najwyraźniej nie bardzo mogą się dogadać.

— A to wszystko przez to, że nie ma tam kota - oceniła Doris - Koty łagodzą obyczaje. Tyko obecność kotów gwarantuje, że ludzie są spokojni, racjonalni i zachowują odpowiedni dystans do siebie i świata.

— A to ciekawe, masz na to jakieś dowody, czy tak na poczekaniu sobie wymyśliłaś? No i weź odwróć się jak wylizujesz się tym tuńczykiem. Nieludzko śmierdzi ci z pyska.


Na ten komentarz kocica przerwała w połowie wylizywanie futra na brzuchu i spojrzała na niego z groźnie położonymi uszami. Jednak złowrogi w zamyśle wygląd pyska, zniweczył całkowicie, komicznie wysunięty do połowy język. Ryszard parsknął śmiechem, wziął kocicę na ręce i - ewidentnie niezadowoloną - posadził sobie na kolanach.


— No to jak to jest z tą mądrością i łagodzeniem obyczajów, co? - zapytał wracając do tematu rozmowy.

— No weźmy takiego Piechocińskiego i jego Miauczura - zaczęła Doris, wydeptując czwarte już kółko na kolanach Ryszarda w poszukiwaniu właściwej miejscówki - łażą sobie na grzyby, robią selfiaki, wrzucają ciekawostki do internetu. Świat dookoła płonie, a oni heheszkują - zero spiny. O, albo taki Larry…

— Jaki Larry, nie kojarzę żadnego Larrego.

— No ten co jest Głównym Myszołapem w służbie Sekretariatu Gabinetu na Downing Street w Londynie. Ci to dopiero mają dystans do siebie. Nie ma to jak brytyjski humor, nie? Widziałeś kiedyś zdenerwowanego brytola? Pijanego - owszem. Głośnego też. Ale zdenerwowanego…?

— A Brexit? To chyba nie była zbyt rozsądna decyzja? A podjęta za “kadencji” Larrego, nie?

— Ryszard, nie udawaj głupiego. Przecież tak jak ja, dobrze wiesz, że dzięki staraniom Larrego zarówno David Cameron jak i Theresa May byli przeciwni Brexitowi. Jedyne czego ten napuszony angielski sierściuch nie dopilnował to tego porąbanego pomysłu z referendum. No ale może akurat był zajęty obowiązkami i łapał myszy. W każdym razie to na pewno nie jego wina.

— A Fiona? - drążył Ryszard

— Jarkowa Fiona, ta histeryczka?! - Doris aż przysiadła z wrażenia i przestała ugniatać ciasteczka na miękkim brzuchu Ryszarda - To akurat wyjątek. Ona faktycznie jest zdrowo rąbnięta. Myślę, że to schronisko ją tak załatwiło zanim ją stamtąd zabrał. Kto wie co tam się mogło dziać. A do tego przeraźliwie linieje. Powinna bardziej o siebie zadbać. Zwłaszcza o tę przetłuszczoną sierść na ogonie i rozdwojone końcówki. Biedna kocica. Ale trafił swój na swego… A… A pamiętasz Socks’a?

— Tego kota Clintonów? Pamiętam, co z nim? - zaciekawił się Ryszard

— No właśnie, przypomnij sobie jak wyglądała polityka Clintona jak Socks mieszkał w Białym Domu. Reformy gospodarcze, reformy edukacji, a żeby daleko nie szukać to przecież za jego prezydentury przyjęto nas do struktur NATO dzięki czemu teraz możemy spać w miarę spokojnie. - wyliczała Doris - Chyba nie myślisz, że ten stary erotoman sam to wszystko wymyślał?

— No właśnie, nie dało się uniknąć tych seksafer? Przecież to się później ciągnęło za nim latami - dopytywał Ryszard

— Nooo, akurat z faktem, że Bill miał problem z utrzymaniem ptaszka w spodniach to Socks niewiele mógł zrobić. A do tego ta cała Linda z jej nagraniami jak Socks z Billem instruują Lewinsky co ma mówić. Kto mógł podejrzewać… W każdym razie, jak widzisz, za każdym człowiekiem sukcesu stoi kot. Albo kocica.

— Mój boże… - zamyślił się Ryszard

— Boga w to nie mieszaj. Już ci kiedyś tłumaczyłam, że ONA, na swoje podobieństwo stworzyła koty, a was - ludzi - z końcówki ogona, żeby miał nas kto karmić. Nie wracajmy do tego.

— Jasne, jasne - pojednawczo mruknął Ryszard drapiąc Doris za uchem - ale może chodźmy już spać bo późno się zrobiło.


Doris, jak gdyby tylko czekając na to zaproszenie, zeskoczyła z wdziękiem z kolan Ryszarda i potruchtała w kierunku sypialni. Przystanęła na chwilę w progu i obejrzawszy się żeby sprawdzić czy za nią idzie, rzuciła od niechcenia:


— Jak się wyśpisz, to ci jutro pokażę jak ogarnąć tę synchronizację procesów w serwerze. Na wielką kuwetę - ileż można się męczyć z taką pierdołą…


1234 słowa. Wliczając tytuł.

09b802b5-fb2f-4ef8-b90f-6180a1651ba6

Zaloguj się aby komentować

Próbując nadać tytuł poniższemu opowiadaniu szukałem definicji wyrażenia „pieskie życie”. Zawsze kojarzyło mi się (ba! – byłem tego pewien!) to wyrażenie z określeniem na życie lekkie, łatwe i przyjemne, czyli z życiem takim, jakie chciałbym i jakie staram się prowadzić. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że źródło dość wiarygodne, bo strona internetowa Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Gdańskiego stwierdza że: […] wyrażenie pieskie życie, oznaczające ‘życie nędzne, pełne wyrzeczeń i trudności’, obecne jest już w najstarszych słownikach. Kurde! – całe życie w błędzie!


No ale: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo skoro „pieskie życie” oznacza życie nędzne, pełne wyrzeczeń i trudności, to tytuł opowiadania sam mi się w związku z tym nasunął:


***


Kocie życie


Pacha była zatrudniona w trybie hybrydowym. Pierwsze trzy dni każdego tygodnia spędzała w biurze, natomiast w czwartki i w piątki pracowała z domu. Była kobietą nie tylko efektowną – to jeśli chodzi o kwestie wyglądu, ale również i kobietą efektywną, to z kolei w kwestii jej charakteru. Od poniedziałku do środy Pacha nadganiała robotę tak, że jej czwartkowo-piątkowy homeoffice był bardziej home a mniej office. Wykorzystywała więc zalety pracy hybrydowej, tak jak na przykład zrobiła to poprzedniego dnia. Był wtedy czwartek, a Pacha zamówiła sobie domową wizytę kosmetyczki, która, w godzinach pracy nie tylko swojej, ale przede wszystkim w godzinach pracy Pachy zrobiła tej Pasze manicure – przyozdobiła ją wspaniałymi wściekleróżowymi paznokciami hybrydowymi.


Po czwartku nadszedł piątek. Pacha dzień pracy rozpoczęła od gorącej kąpieli z dodatkiem różanego olejku eterycznego importowanego z bułgarskiego Karłowa. Później, owinięta ręcznikiem, usiadła na kanapie. Włączony laptop położyła obok, od czasu do czasu głaskała tylko palcem touchpad żeby komputer nie przeszedł w stan uśpienia a zielone kółeczko obok jej nazwiska na firmowym komunikatorze nie zapłonęło żółcią będącą powodem gromadzenia się żółci u jej przełożonych. Na kolanach rozłożyła album z reprodukcjami prac francuskich impresjonistów i podziwiała ten fascynujący sposób w jaki te ich nieregularne maźnięcia pędzlem układały się w coś jednak przedstawiające obrazy.

– Noż motyla noga! Dopiero co się umyłam, a ty mi znowu kłaki pod pachą chcesz zostawić? – powiedziała do swojego liniejącego kota, który wskoczył na oparcie kanapy i trącał Pachę od tyłu łebkiem, rzeczywiście próbując wcisnąć się jej pod pachę. Kot pozazdrościł touchpadowi i również zapragnął być głaskany.

– No dobra, chodź już tutaj, niech ci już będzie. – Pacha zgodziła się litościwie po trzecim trąceniu łbem i uniosła ramię pozwalając kotu prześlizgnąć się pod nim żeby mógł się ułożyć na spoczywającym na jej kolanach albumie. Pacha głaskała kota, kot prężył się, mruczał i zostawiał swoje wypadające włosie na dłoni Pachy.


Pacha nie tylko była kobietą efektowną i efektywną, jak to powiedzieliśmy już wcześniej, ale była też kobietą afektowną. Jakiś czas temu zapałała gorącym uczuciem do tego śmietnikowego kota, którego pewnego zimowego wieczora znalazła obok kontenera, gdzie krył się w wrzuconym przez kogoś bucie przed styczniowym chłodem i to jej rozpalone wtedy uczucie trwało przez długie lata, aż do dnia, z którego zdajemy tutaj relację, a i w tym dniu to jej rozpalone wtedy uczucie również nie wygasło.

– Oj ty bidulo jedna – powiedziała wtedy Pacha. – Tak mi ciebie szkoda! Chodź, wezmę cię do domu. Tylko żebyś mi na żadne ptaki nie ważył się polować! – dodała, ostrzegając znajdę. Rozsunęła swoją różową kurtkę wypełnioną syntetycznym puchem i schowała kota do kieszeni swojej różowej bluzy-kangurki. Tak zaczęła się miłość Pachy do kota i być może nawet miłość kota do Pachy, choć kot tę swoją kocią miłość okazywał jej iście po kociemu.


Miłość kota do Pachy objawiała się przede wszystkim jego troską o utrzymanie w należytym porządku ich wspólnego gospodarstwa domowego. Kot szczególnie lubił czwartki i piątki, które Pacha spędzała w domu – nie czuł się wtedy samotny. Tamtego czwartku na przykład, kiedy Pacha zamykała za kosmetyczką drzwi, kot wskoczył na parapet i zaczął tarmosić rosnące tam w doniczkach róże czyniąc przy tym niemały hałas.

– Co ty robisz, cholero jedna?! Weź no ty się uspokój! – krzyknęła wtedy Pacha podbiegając do okna. Natychmiast jednak zreflektowała się, przeprosiła kota i nawet go pogłaskała, bowiem kot w ten sposób przypomniał jej o podlaniu kwiatów, o czym Pacha wciąż i wciąż zapominała pomimo nawet tego, że zastąpiła zasłony roletkami okiennymi po to, żeby się te jej róże nie miały za czym schować. W podjęciu tej decyzji kot zresztą również miał swój udział – wieszał się na tych różowych zasłonach i robił sobie z nich huśtawkę, a że był tłustym kocurem, to często zdarzało się tak, że trzymające zasłonę żabki puszczały. Pacha musiała stawać wtedy na krześle żeby z powrotem tę urwaną zasłonę przypiąć.


Leżał więc tamtego piątku kot na albumie spoczywającym na kolanach Pachy, mruczał, prężył się i gubił włosie, ale w ciągu trzech minut to leżenie zdążyło mu się znudzić. Wstał wtedy, przeciągnął się prężąc grzbiet, zeskoczył na podłogę i z zadartym ku górze ogonem potruchtał w kierunku kuchni. Pacha zgarnęła sierść z albumu, odłożyła ją na bok żeby później wyrzucić do kosza – wstawać z kanapy jej się nie chciało, miała zresztą touchpad do głaskania – przewróciła stronę w albumie i zaczęła czytać o pięknym, kwiatowym obrazie Ogród w Pontoise autorstwa Camilla Pissarro. Nie dane jednak jej było dowiedzieć się o tym obrazie wiele, z kuchni dobiegł bowiem metaliczny brzęk. Pacha więc – czy się jej chciało, czy nie – wstała i, szybciej nawet niż kot, pobiegła sprawdzić co się stało.

– Ty cholero! Nie dasz mi ani chwili popracować w spokoju! – pomyślała wstając, a była tak zdenerwowana, że, zapominając chwilowo o swojej efektywności, nie zabrała ze sobą kłębka kociej sierści, który wcześniej przygotowała do wyrzucenia. Kiedy jednak dotarła do kuchni cała złość od razu jej przeszła. Kot zrzucił bowiem z blatu zakrętkę od Majonezu Kieleckiego, a Pacha była mu za to ogromnie wdzięczna, inaczej cały świeżo otwarty osiemsetpięćdziesięciomililitrowy słoik mógłby się zepsuć i pójść na zmarnowanie. Pacha zakręciła więc ten słoik, schowała majonez do lodówki i odwróciła się żeby podziękować kotu za wyświadczoną jej przysługę. Ten stał na parapecie, obrzucał ją tęsknym wzrokiem i trącał łapką stojącą na tym parapecie pustą miskę domagając się od Pachy uczynienia zadość jego prawom.

– Cholera! Masz rację! Przepraszam, zapomniałam – powiedziała Pacha i w te pędy pognała do pokoju. Zrzuciła tam z siebie ręcznik, założyła bieliznę w majtkoworóżym kolorze, ciemnoróżowe spodnie i jasnoróżową koszulkę, a całość stroju dopełniła bladoróżową gumką do włosów. Dokonała jeszcze jednego głaśnięcia touchpada, po czym zamyśliła się na chwilę, aż w końcu zdecydowała się ustawić na komunikatorze status „nie przeszkadzać”. Kolor kółeczka przy jej nazwisku zmienił się na czerwony, ale przez ustawienia barw na jej monitorze czerwień ta wpadała w róż. Ukontentowana Pacha wyszła na korytarz, założyła na stopy różowe sandałki i wybiegła z domu. Wsiadła do swojej różowej hybrydowej Toyoty Yaris i, mimo kilku sklepów zoologicznych w pobliżu, pojechała na drugi koniec miasta do sklepu Kakadu, był to bowiem jedyny znany jej sklep zoologiczny, który w swoim logo miał kolor dający się od biedy nazwać kolorem różowym.


– No, jest saszeta dla ciebie! – powiedziała Pacha kiedy wróciła z zakupów. Naprawiła błąd pustej kociej miseczki a kot od razu zabrał się do jedzenia. Pacha przyglądała się kotu z miłością, zastanawiała się nawet czy nie dodać mu trochę majonezu dla smaku, ale kot nie wyglądał jakby cokolwiek więcej było mu do szczęścia potrzebne. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że kotu do szczęścia było potrzebne mniej, bo kiedy już opróżnił swoją miskę zeskoczył z parapetu i udał się do kuwety celem defekacji.


Śmierdziało. Pacha spojrzała na zegarek. Dochodziła jedenasta.

– „Nie no, strasznie wcześnie” – pomyślała. – „Sama muszę to zrobić, bo tyle godzin to w tym smrodzie nie wytrzymam.”

Wzięła więc Pacha łopatkę do kuwety, przesiała przez nią żwirek oddzielając go od kocich odchodów, te zapakowała w foliową torebkę i wyszła je wyrzucić do śmietnika po drodze zgarniając jeszcze przegotowany wcześniej do wyrzucenia kłębek kociej sierści.


Kiedy wróciła, kot spał na kanapie. Ostrożnie usiadła po drugiej stronie. Żałując trochę utraconej przechodzącej w róż czerwieni zmieniła status na komunikatorze na „dostępny” i, głaszcząc od czasu do czasu touchpad, powróciła do albumu. Dowiedziała się, że Ogród w Pontise to olej na płótnie o wymiarach 165x125 centymetrów, że został namalowany w 1877 roku i że aktualnie znajduje się w prywatnej kolekcji. Dowiedziała się, że Pontise to miejscowość na obrzeżach Paryża i że Camille Pissarro bywał tam w latach 1866-1870, a później w 1871 roku, po zakończeniu wojny francusko-pruskiej przeprowadził się tam na stałe wraz ze swoją nowo poślubioną żoną Jullie Vellay, która wcześniej była służącą jego matki. Dowiedziała się, że Pontise było inspiracją dla wielu obrazów Pissarra, że ten konkretny, Ogród w Pontise, przedstawia posiadłość Marie Desraimes, i że ta sama sceneria jest wykorzystana również w innym obrazie tego samego autora, w obrazie Zakątek ogrodu w Ermitażu, a te dwa obrazy różnią między sobą postacie siedzące na ławce.


Pacha, głaszcząc od czasu do czasu touchpad, kontemplowała Ogród w Pontise, a później porównywała go z również zamieszczonym w tym albumie Zakątkiem ogrodu w Ermitażu i tak mijał jej tamten piątek aż do czasu kiedy to czterokrotnie uderzył dzwon na wieży grudziądzkiego ratusza.

– „No! To na ten tydzień fajrant!” – ucieszyła się i zamknęła laptop tak energicznie, że trzaskiem wyrwała kota ze snu. Kot z wyrzutem popatrzył na nią jeszcze nie do końca rozbudzonym wzrokiem, a Pacha porwała go w ramiona, podniosła z kanapy i ucałowała w nos. Wtedy kot zamienił się Jerzego.


– Cholera, trochę się nie wyspałem – powiedział Jerzy na dzień dobry, zaraz po tym jak sam się do siebie uśmiechnął.

– Jerzy! Weekend się zaczął! Wiesz ile możemy rzeczy w tym czasie zrobić? Możemy oglądać albumy malarskie, możemy przesadzać róże, możemy robić sałatki i kanapki z majonezem albo możemy nawet pójść do lasu poszukać sobie jakiegoś fajnego patyka! Weekend się zaczął, Jerzy! Fajnie będzie! Na co masz ochotę?

– No ja to najchętniej to bym się do ciebie przyssał – powiedział Jerzy, choć w jego głosie było słychać, że w spełnienie swoich marzeń nie wierzy wcale.

– A u dentysty byłeś? – zapytała Pacha i Jerzy wiedział już, że do tematu przyssania lepiej nie wracać, bo nic nie dawały jego tłumaczenia, że w weekendy to dentyści nie pracują, chyba że prywatnie albo na dyżurze, ale prywatnie to wychodzi bardzo drogo i się w ogóle nie opłaca, a na dyżurze to nie ma co miejsca zajmować, bo przecież w końcu to nie boli go aż tak bardzo i może są inni bardziej potrzebujący, a w ogóle to wtedy jak go Pacha raz wsadziła w transporter i w środku tygodnia zawiozła do weterynarza, to to, że wtedy tak tego weterynarza podrapał, że aż weterynarz odmówił zajęcia się jego uzębieniem, to wcale nie była jego wina, bo to było spowodowane jego zwierzęcym instynktem, nad którym nie potrafił zapanować.


Weekend upłynął więc Pasze i Jerzemu nie tak miło, jak miło mógłby im upłynąć, ale i tak był to całkiem miły weekend. Oglądali razem albumy malarskie, przesadzali róże, robili sałatki i kanapki z majonezem i znaleźli w lesie bardzo fajny patyk. I tylko kiedy nastała niedziela wieczur, Pacha była smutna, bo wiedziała, że choć położy się obok Jerzego, to rano obudzi się obok kota, w którego jej ukochany zamieniał się regularnie co tydzień pod wpływem dźwięku poniedziałkowego budzika.


Jerzemu zaś wcale nie było z tego powodu smutno. Było mu to całkiem na rękę.


***


1714 słów


#naopowiesci

#zafirewallem


***


PS: @splash545 ! Weź no sonety podsumuj, co?!

@George_Stark no pamiętałem do południa, ale już zapomniałem. Dzięki za przypomnienie, może uda mi się wrzucić coś po 22, ale to się jeszcze okaże.

Zaloguj się aby komentować

dawno nic nie napisałam, ale jakoś tak mnie na szło #naopowiesci


Wiedźma, która praktykowała jogę

Pogłaszcz kotka


Magii nikt, no może prawie nikt - poza specjalistkami od magii urody - nie ma wypisanej na twarzy. Z pewnością nie miała jej wypisanej w żadnym widocznym (ani nawet niewidocznym) miejscu Jowita…

Poznałyśmy się w trakcie zajęć jogi. Praktyka 2-3 razy w tygodniu doskonale działała na moje skołatane nerwy młodszej księgowej. Technika, precyzja, harmonia i kojący głos prowadzącej zajęcia Magdy były mieszanką, pozwalającą naprawdę się odprężyć. Widok ćwiczącej Jowity poniekąd też. 

Kojarzycie osoby tak niezborne, że boicie się, że zrobią sobie same krzywdę przy wykonywaniu najprostszych ćwiczeń gimnastycznych? Oraz takie, które niezależnie od sytuacji nie tracą dobrego humoru i pokładów niezdrowego optymizmu? Tym właśnie była praktyka jogi w wykonaniu Jowity. Widowiskiem totalnego braku gracji czy choć odrobiny koordynacji, połączonego z prywatną fontanną niczym nieskrępowanej radości. Widowiskiem, które choć rozgrywało się gdzieś na tyłach sali, przyciągało jak magnes ukradkowe spojrzenia i uśmieszki politowania w wykonaniu całej grupy. W tym moje.

Jowita na jogę wpadała sama. Praktycznie z nikim nie rozmawiała, czasami tylko wymieniając uśmiechy i drobne słowa powitania. Była kimś w rodzaju naszej maskotki. Lekko niezgrabna i gapowata, błądząca myślami wiecznie gdzieś daleko, zaraz po zakończeniu zajęć odpływała wraz z innymi w kierunku szatni i widziałyśmy się dopiero w trakcie kolejnej wspólnej praktyki.

Trwało to kilka tygodni, gdy w końcu zebrała się na odwagę i poza mierzeniem mnie dziwnie przeszywającym wzrokiem, zdecydowała się podejść i powiedzieć:

-Pogłaszcz w końcu kotka.

Po rzuconej w ten sposób uwadze po prostu odwróciła się na pięcie, prawie się wywracając i odeszła, a ja nie miałam pojęcia, skąd wiedziała o tym cholernym sierściuchu, który prześladował mnie od pół roku.

No tak, zapomniałam wspomnieć…

Jakieś pół roku temu udało mi się znaleźć i wynająć przyjemne mieszkanko, kilka minut drogi spacerem od biurowca, w którym mieści się filia mojego korpo. Nowe osiedle, trochę kiepsko skomunikowane z centrum, ale za to jeszcze chwilowo ciche i spokojne, póki nie zabudują widoku na otaczające pola kolejnymi kilkupiętrowymi budynkami.

W każdym razie, krótko po mojej przeprowadzce, na osiedlu pojawił się kot (a może był wcześniej, ale ja go poznałam trochę później?). Wielki i śmierdzący bury dachowiec. W czasie swoich codziennych “obchodów” terytorium, w trakcie których wygląda jak udzielny pan na włościach, obnosi się z całym tym swoim kocurzym majestatem oraz wszystkimi starymi bliznami i nowymi ranami, jakby były to co najmniej wojskowe ordery. Tej parszywej kociej mordy boją się nawet okoliczne psy. Ostatni kozak, który próbował Alemu (bo tak kotka “ochrzczono” na osiedlu) szczeknąć w nos, skończył z tak pokiereszowanym pazurami pyskiem, że weterynarz miał co szyć przez dobre dwie godziny. Od tego incydentu zarówno psy jak i co bardziej zdroworozsądkowi mieszkańcy, schodzili nadętemu grubasowi z drogi.

Ale on upatrzył sobie mnie!

Codziennie, w drodze do pracy, mijałam go siedzącego na schodkach prowadzących do sutereny miejscowego sklepu ostatniej potrzeby. Siedział i łypał na mnie co najmniej jednym zdrowym okiem, w zależności od wyniku ostatniego sparingu z bliżej nieznanymi przeciwnikami (tak, Ali według miejscowej legendy potrafił rozprawić się z nawet 4 psami na raz). Po prostu siedział i nawet nie mrugnął, póki nie zniknęłam za zakrętem osiedlowej dróżki. I wcale nie patrzył na mnie jakoś przyjacielsko!

I teraz wyobraźcie sobie radę, żeby taką kreaturę wziąć i pogłaskać!? Może jeszcze saszetę wyjąć z torebki i poczęstować?

Ale nie dawało mi to spokoju. Borze szumiący, jak mi to nie dawało spokoju! Przez dobre dwa tygodnie chodziłam struta. I patrzyłam niemal co dzień na tą zalegającą na schodkach kupę sierści. A on gapił się na mnie. Wciąż tak samo nieprzyjemnie. Raz nawet prawie się przy nim zatrzymałam. Śmierdział bardziej niż zwykle. I chyba wyczuł co chcę zrobić, bo na mnie fuknął. Przerażona odskoczyłam i złamałam obcas na nierównej kostce chodnikowej. Pierwszy raz spóźniłam się do pracy. Kuśtykanie do domu na szybką zmianę obuwia też miłe nie było.

Jowity od czasu jej błyskotliwego wystąpienia w sprawie kotka nie widywałam na jodze. Na początku nie zwróciłam na to uwagi, jednak po jej jakichś 3 kolejnych absencjach nie tylko mnie brakowało pokracznej dziewczyny, zmagającej się z własna materią gdzieś w odległym zakątku sali. Irytowało mnie to i podskórnie czułam, że jest to powiązane z pogłaskaniem kotka.

Raz kozie śmierć! Postanowiłam pogłaskać Alego następnego dnia rano.

I wiecie co? Zrobiłam to! Podeszłam to tego przerośniętego mruczka, zignorowałam ostrzegawcze prychnięcie i go pogłaskałam. Po tym wielkim, lepiącym się od krwi i błota parszywym łbie. A zaraz potem tego pożałowałam… 

Alemu Jowita najwidoczniej wcześniej nie powiedziała: Daj się pogłaskać tej miłej pani, bo kocur jak tylko poczuł moją dłoń na swoim czerepie zaatakował. Wywinął się zwinnie spod mojej dłoni i rzucił się na nią, jakby od tego zależało jego życie.

Potem nastała miotła. Pani Renia, właścicielka sklepiku, widząc co się dzieje, ruszyła mi z odsieczą ze swoją miotłą. Choć przy okazji nabiła mi pokaźnego guza na czole (zbyt szeroki zamach), udało jej się kilkoma energicznymi pacnięciami trzonka zmusić kocura do taktycznego odwrotu. Zaraz potem odstawiła miotłę do sklepu, zdjęła firmowy fartuch i odstawiła mnie na SOR. Pełna poczekalnia, długa kolejka i ja sama, bo co pani Renia będzie ze mną siedziała. Interes się sam nie zakręci!

I tam poznałam Pawła. Dosiadł się obok. Z wybitym kciukiem. Trochę pogadaliśmy - kolejki do lekarza łączą ludzi. Wypiliśmy po podłej herbacie ze szpitalnego automatu.

Izbę przyjęć opuściliśmy razem; ja z kilkoma szwami i obolała po zastrzykach przeciw tężcowi i wściekliźnie, a on z usztywniaczem na ręce.

Umówiliśmy się też na następną herbatę…

I jeszcze jedną...

Kilka kolejnych…

Paweł okazał się być koneserem tego napoju (gustował głównie w czarnych herbatach) i po kwartale znajomości postanowił podzielić się ze mną sekretnym źródłem swoich najlepszych herbat. 

W trakcie spaceru po starówce weszliśmy do niewielkiego sklepiku, ulokowanego w jednej z bocznych uliczek. Aromat suszonych liści był wyczuwalny już z kilku metrów, a po przestąpieniu progu zakręciło mi się w nosie.

Zanim zdążyliśmy się przywitać, Jowita odezwała się, ze śmiechem, do mnie słowami:

-O, widzę, że w końcu pogłaskałaś kotka.


------


973 słowa (według dokumentów google)


#zafirewallem

@moll Poprawnie. Tak do "Pani domu". Do gazetki parafialnej też ujdzie xD

Nie no, widać obycie z materią. Zrób z tego opowieść na 100 słów. Wtedy mocniej ujawnią się sensy i będzie większe napięcie. I poważna myślówa, lepsza niż sudoku.

Albo nic nie rób i miej wywalone xD

Uwaga!: będzie chwalone, bo jest za co. Bardzo ładne opowiadanie, widać, że swatanie to jakaś idee fixe autorki.


A pierwsze zdanie jest świetne - mnie bardzo zaintrygowało. I jeszcze bardzo podobało mi się takie punktujące podsumowywanie myśli na początku. Pięknie to nadawało tempo.

Zaloguj się aby komentować

Ciężkie jest życie twórcy, a już szczególnie twórcy wybitnego. Twórca wybitny często bywa niezrozumiany i właśnie tak też zdarzyło się wczoraj, kiedy to mój zamysł artystyczny zupełnie nie trafił do jednej z odbiorczyń i w wyniku tego niezrozumienia zostałem przez nią posądzony o lenistwo .


Jak taki wybitny twórca może się w takiej sytuacji bronić? Może wdawać się w jałowe polemiki, ale twórca uznał, że nie będzie to miało sensu. Twórca postanowił wobec tego pokierować się zasadą „czyny, nie słowa” i w myśl tej zasady postanowił udowodnić rzecz, której udowadniać wcale nie musiał, bo jest to przecież rzecz zupełnie oczywista: wiadomo przecież, że twórca potrafi zupełnie od podstaw napisać całkiem nowe opowiadanie.


„Czyny, nie słowa” – pomyślał więc twórca i jak pomyślał, tak też uczynił, pisząc całkiem nowe opowiadanie zawierające 710 słów:


***


Księgi Jerzego


Jerzy skierował do Pachy, mieszkanki Grudziądza, te słowa: „Wstań, idź do Sopotu – wielkiego miasta – i upomnij je, albowiem nieprawość jego dotarła przed mojej oblicze”. W tamtym czasie bowiem w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Sopocie już od kilku miesięcy na szczytach bestborrow’ów utrzymywała się Saga Kaszubska autorstwa pani Darii Kaszubowskiej, zaś słowo Jerzego, z racji absolutnego braku zainteresowania, nie było nawet w bibliotecznych statystykach ujmowane.


A Pacha wstała, spojrzała na swoją różową bluzę-kangurkę, ale zdecydowała się tamtego dnia założyć jednak różowy sweterek. Na plecy zarzuciła różowy plecaczek, do którego spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i tak odziana opuściła domostwo.


– „Nie no, nie będzie mną tu Jerzy tak sobie rozporządzał” – pomyślała już po wyjściu i postanowiła uciec przed Jerzym do Kielc. Zaszła na dworzec, znalazła autobus jadący do Kielc, uiściła należną opłatę i wsiadła do niego, by udać się do Kielc, daleko od Jerzego.


Po drodze z autokarem działy się różne rzeczy straszliwe: pasek klinowy piszczał, hamulce nie hamowały, kierownica nie skręcała, światła nie świeciły, a z rury wydechowej wydobywały się kłęby białego dymu, tak jakby wybrano papieża albo pękła uszczelka pod głowicą i płyn chłodniczy dostawał się do cylindrów. Przerazili się pasażerowie i każdy szukał przyczyny nieszczęścia, każdy bowiem z nich wyśmienicie znał się na motoryzacji. Tylko Pacha zachowywała spokój. Wyciągnęła ze swojego różowego plecaczka grubo posmarowaną majonezem kanapkę i zaczęła jeść. Przystąpił do niej więc jeden ze współpasażerów i zapytał:

– Dlaczego ty jesz, zamiast próbować razem z nami ustalić co mogło się z tym autokarem stać? I dlaczego w ogóle tak daje od ciebie octem?

I podburzył innych podróżnych ten mężczyzna, który pochodził z Kalisza, i wzięli razem Pachę i wyrzucili z pojazdu pozostawiając ją na pastwę losu w lasach w okolicy Szydłowca. Autokar bez problemów odjechał zaś w dalszą drogę, pozostawiając za sobą czarny dym, tak jak stary diesel dymić powinien.


Z lasu wyszedł wielki kot, który połknął Pachę. I była Pacha we wnętrznościach kota trzy dni i trzy noce. Chciała przeprosić za swoje nieposłuszeństwo Jerzego i próbowała wysłać do niego SMS-a, wewnątrz kota nie było jednak zasięgu. Po trzech dniach i trzech nocach kot wyrzucił Pachę na grudziądzkiej plaży.


Jerzy przemówił tam do Pachy po raz drugi tymi słowami: „Wstań, idź do Spotu i głoś mu upomnienie, które ja ci zlecam”. Pacha wstała i poszła do Spotu, jak powiedział Jerzy.


Pacha dotarła do miasta akurat wówczas, kiedy trwało spotkanie z autorką Sagi Kaszubskiej. Weszła na scenę, gdzie zepchnęła z krzesła siedzącą na nim panią Kaszubowską po czym zaczęła głosić: „Jeszcze czterdzieści dni, a dzieła Jerzego zostaną spalone! Zaprawdę, powiadam wam – czytajcie dzieła Jerzego! Ze śmiechu można się przy nich zesrać!” – nauczała, a na dowód połączyła się projektorem i wyświetliła na ekranie zdjęcie zrobione w toalecie lotniska Londyn-Stansted przy okazji swojej lektury Księgi XII opus magnum Wielkiego Wieszcza, którą czytała właśnie w tamtym miejscu.


Dzieła Jerzego zaczęły być wypożyczane, ludzie ustawiali się po nie w kolejkach, ulitował się więc Jerzy nad Spotem i postanowił nie karać jego mieszkańców i dzieł swoich postanowił nie palić.


Nie podobało się to Pasze i oburzyła się ona. Zrobiła Jerzemu awanturę i wyrzucała mu, że od początku nie miał zamiaru swojej twórczości niszczyć, a chciał jedynie ją wypromować i posłużył się w tym celu Pachą jako swoim narzędziem.

– Wiedziałam! Od początku wiedziałam, że nigdy nie spalisz Ksiąg swoich! – krzyczała wtedy Pacha. – Zbyt wielka jest twoja miłość do nich, zbyt wielka jest twoja miłość własna, żebyś takiego czynu mógł dokonać! To właśnie dlatego pojechałam wtedy do Kielc, bo wiedziałam, że i bez mojego napominania swoich Ksiąg w Spocie nie spalisz!”

– Czy uważasz, że słusznie jesteś oburzona? – zapytał Jerzy.


Pacha nie odpowiedziała. Wyszła do drugiego pokoju, gdzie gdzie usiadła na wersalce i tak postanowiła poczekać i zobaczyć co się będzie działo dalej. Wpatrywała się w stojącą na parapecie usychającą różę i denerwowała się na Jerzego, bo to na pewno była jego wina, że wszystkie róże, które tylko ona próbowała w domu wyhodować zawsze w końcu usychały.


– Czy słusznie oburzasz się z powodu tego krzewu? – zapytał Jerzy, który bezszelestnie wślizgnął się do pokoju.

– Słusznie gniewam się śmiertelnie – odpowiedziała Pacha.

– Tobie żal krzewu, którego nie uprawiałaś i nie podlewałaś, a czy mnie nie powinno być żal tych wszystkich dzieł, nad którymi spędziłem tyle czasu? – odparł Jerzy i wlał szklankę wody w suchą ziemię, która podtrzymywała korzenie stojącej na parapecie róży.


***


#naopowiesci

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Mam takie wrażenie, jakbym poniekąd został zmuszony do napisania tego, co zamieszczam poniżej. Nie że przez organizatorkę tej edycji zostałem do tego zmuszony, nie przypisuję jej żadnego w tym zmuszaniu mnie udziału. Uważam, że ten przymus jest to raczej sprawka losu albo może moich własnych zaburzeń:


===


Jak dziwnie płynie ta Wisła

wydanie II – delikatnie zredagowane i zaadaptowane na potrzeby XIX edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem.


***


Wzdycha kotek: O!

- Co ci, kotku, co?

- Śniła mi się wielka rzeka,

wielka rzeka pełna mleka

aż po samo dno.


Julian Tuwim, Kotek [fragment]


***


Ta rozmowa nie przebiegała tak, jak miała przebiegać. Nic nie szło w tej rozmowie zgodnie z planem. Nic nie szło w tej rozmowie ani zgodnie z planem jej, ani zgodnie z planem jego, bo oboje mieli na tę rozmowę przygotowane swoje własne, całkowicie różne i zupełnie od siebie niezależne plany.


Spacerowali nad Wisłą. Ona, ubrana w różową bluzę-kangurkę i on, wypychający od czasu do czasu prawy policzek przy użyciu języka, którym sięgał do dokuczającej mu od dawna górnej ósemki. Tak jakby ten zabieg miał mu w jakiś sposób pomóc. Tak jakby ten zabieg mógł ten jego ból zęba w jakiś sposób złagodzić.


Okolica była znajoma – mieszkali w końcu w Grudziądzu już od jakiegoś czasu, żyli tam ze sobą na kocią łapę – a jednak znów wydawało im się, że wszystko dookoła wygląda jakoś inaczej niż wyglądało dotychczas. Wydawało im się, że Wisła płynie trochę inaczej niż płynęła kiedy spacerowali w tym miejscu poprzednim razem. Nie zrobiło to na nich wrażenia. Owszem, kiedyś, na początku, zaraz po przeprowadzce dziwili się temu, ale później zdążyli się do tego przyzwyczaić. Tak jak i zdążyli się też przyzwyczaić do bezustannie spływających rzeką zwłok.


– Wszystko płynie – żartował czasami Jerzy, a Pacha śmiała się z tych jego dowcipów. To im wychodziło, takie rozmowy im się udawały. Umieli się razem śmiać i żartować. Tak jak i potrafili rozmawiać o zwykłych, codziennych sprawach, tak jak potrafili dzielić się ze sobą swoimi obserwacjami:


– Jerzy, a ta jabłonka to nie rosła ostatnio na tamtym brzegu? – zapytała Pacha. – Nie no, rosła! Na pewno tam rosła! Przecież pamiętam! Siedziały na niej trzy sikorki i mazurek jeszcze na niej siedział. Co mnie zdziwiło, bo mazurki to przecież występują bardziej na wsiach, w miastach to raczej wróble. No a tu przecież jest miasto! Nie no, na pewno tam rosła, przez tego mazurka to pamiętam!

– Patrz, a ten wysoki gość z kotem? – powiedział Jerzy. – Tam, ten po drugiej stronie. Wydaje mi się, że przed chwilą się z nim mijaliśmy.

– Może na takich długich nogach szybciej dochodzi się do mostu? - tym razem zażartowała Pacha, a Jerzy roześmiał się z jej dowcipu.


Tak, umieli ze sobą żartować. Nie umieli jednak rozmawiać o sprawach poważnych. Za każdym razem, kiedy tylko któreś z nich podejmowało próbę skierowania rozmowy na rzeczy fundamentalne, na kwestie dotyczące ich związku i ich przyszłości, wtedy właśnie gdzieś wewnątrz ciała pojawiał się jakiś dziwny impuls, jakieś ściskające napięcie blokujące w krtani te słowa, które już dawno powinny zostać wypowiedziane.


Tak było i wtedy, kiedy tamtego dnia spacerowali nad Wisłą, a ich rozmowa nie przebiegała według planu. Już to jedno, już drugie miało zamiar przerwać tę bezsensowną paplaninę o niczym, która się tam wtedy między nimi rozgrywała i wreszcie powiedzieć to, co miało do powiedzenia, ale właśnie w tym momencie znów pojawiało się to mrowienie w kąciku ust, to drętwienie którejś dłoni albo ten nieprzyjemny ucisk w żołądku. Wtedy dawali za wygraną. Odkładali te zaplanowane słowa na później.


Mimo że nie zrobiło tego żadne z nich, to ta ich bezsensowna paplanina została tamtego dnia przerwana. Paplaninę tę przerwało niespodziewane miauknięcie. Powietrze wokół nich zawirowało, zadrżało nagle i oczom ich ukazał się widok, który zdziwił ich nawet po wielu latach mieszkania w Grudziądzu. Oto po ich lewej stronie, jakby z powietrza wynurzył się idący powoli czarny kot. Najpierw pojawił się nos, później wibrysy, następnie cała głowa, za nią przednie łapy i tak po kolei, aż do samego czubka ogona.


Kot przemaszerował powoli przed Pachą i Jerzym, nie zaszczycając ich przy tym nawet jednym spojrzeniem, oni zaś przyglądali mu się z niedowierzaniem. Kot wykonał przed nimi te kilkanaście miękkich kocich kroków po czym, dokładnie w takim samym porządku w jakim się pojawiał, znikał po ich prawej stronie. W końcu zniknął całkowicie.


– "Skoro koty potrafią materializować się i znikać, to dlaczego mnie tak trudno jest powiedzieć jej tych kilka słów?" – pomyślał wtedy Jerzy.

– "Skoro koty potrafią materializować się i znikać, to dlaczego mnie tak trudno jest powiedzieć mu tych kilka słów?" – pomyślała wtedy Pacha.


I właśnie wtedy oboje jednocześnie się zdecydowali. Nastąpiło przełamanie, jak gdyby – wbrew wszelkim zabobonom – ten czarny kot, ten kot, który przed momentem przeciął im drogę, miał być znakiem czegoś dobrego. Jakby miał być znakiem tego, że wyjdą w końcu z impasu, tak jak ten kot wyszedł nagle z nicości.


Jerzy przyklęknął i przez chwilę mocował się z własną kieszenią, w której miał schowany zaręczynowy pierścionek. Nie potrafił sobie poradzić z wyciągnięciem go i dopiero kiedy spojrzał na kieszeń uświadomił sobie, że jest ona zasunięta. Rozpoczął mocowanie się z zamkiem błyskawicznym. Pacha w tym czasie zamknęła oczy i brała pierwszy z trzech głębokich wdechów, za pomocą których miała zamiar opanować emocje przed zbliżającą się wypowiedzią.


– Wyjdziesz za mnie? – zapytał Jerzy, był bowiem przekonany, że to właśnie Pachę chce w tym momencie pojąć za żonę.

– Odchodzę! – powiedziała Pacha, nie była już bowiem w stanie znosić dłużej odoru z ust Jerzego powodowanego przez jego gnijącą górną prawą ósemkę, której za nic w świecie nie chciał wyleczyć.


Cisza. I on, i ona nie usłyszeli żadnej odpowiedzi drugiej strony na te swoje nagłe wyznania. Jerzy oderwał wzrok od kieszeni, Pacha rozwarła powieki. Nic. Pusto. Przed Jerzym nie stała Pacha, przed Pachą nie klęczał Jerzy.


Jerzy poderwał się z klęczek, Pacha rozglądała się dookoła. W końcu dostrzegli siebie nawzajem: stali na dwóch przeciwnych brzegach. Jerzy gestami dał Pasze znać żeby skierowała się na południe, żeby udała się w górę rzeki. Tam, gdzie stoi most im. Bronisława Malinowskiego.


Spotkali się na środku przeprawy. W milczeniu wrócili razem do domu i wszystko było między nimi tak jak do tej pory. Nic się nie zmieniło: znów nie powiedzieli sobie tego, co mieli sobie nawzajem do powiedzenia, znów te tłumione słowa umościły się w nich gdzieś głęboko i cały czas ich tam głęboko uwierały.


I tylko pod jabłonią znajdującą się na wyspie leżącej na środku zupełnie białej rzeki stał wysoki mężczyzna z kotem. Mężczyzna schylił się, podniósł jedną z leżących w trawie papierówek, po czym wytarł ją o sweter i z rozkoszą zatopił zęby w słodkim, kruchym owocu. Kot zaś w tym samym czasie zatopił zęby w siedzącym na gałęzi drzewa mazurku.


===


1006 słów.

Dziękuję, dobranoc.

Zaloguj się aby komentować

Kochani,

oto przed Wami dziewiętnasta już edycja mojej ulubionej zabawy #naopowiesci w kawiarence #zafirewallem !


W związku z tym, że przeraziła mnie wizja zmieniania biegunów i tak dalej, zadaniem nie będzie powieść o dorastaniu, chociaż korciło, nie powiem


Moja propozycja to:


Temat: kot

Gatunek: realizm magiczny

Limity: 800-2000 słów

Termin: 2 marca, godzina 15

Zasady wyboru zwycięzcy: ktoś wygra i otworzy nową edycję


Realizm magiczny to nurt w literaturze, w którym elementy fantastyczne i niezwykłe są przedstawiane w realistycznym świecie jako naturalna część rzeczywistości, bez zdziwienia bohaterów. Cechuje go połączenie codzienności z magią i niezwykła atmosfera.


Miłej zabawy!

741aaf4e-2da2-4f9b-853f-0e2f1d33be67

Zaloguj się aby komentować

Dzieńdobrywieczór się z Państwem,

Ponownie...


Bardzo miło jest mi poinformować szanownych gości w Kawiarni, że mamy "niedzielę wieczur", a zatem czas zakończyć trwającą dwa tygodnie (prawie) osiemnastą (słownie: 18) edycję zabawy #naopowiesci . Zadaniem w tejże, było napisanie opowiadania utrzymanego w konwencji literatury popularno-naukowej. Z zadaniem tym zmierzyły się trzy osoby:


  • niezawodny Pan @George_Stark z dwoma utworami: "Jak dziwnie płynie ta Wisła" oraz "Imperator"

  • równie niezawodna Pani @KatieWee w kontynuacji przygód Profesor Weatherfish i jej zdolnych inaczej uczniów

  • ja - piszący do Was te słowa z utworem "Po drugiej stronie"

  • (oraz prawie @moderacja_sie_nie_myje2 , który chyba się jednak rozmyślił)


Edycja ta była szczególnie przyjemna, choćby z uwagi na fakt, że poklepaliśmy się z panem @George_Stark po wackach. On mnie w "Imperatorze", ja jego w "Po drugiej stronie". Muszę jednak szczerze przyznać, że historia z utworu "Jak dziwnie płynie ta Wisła", będącego kontynuacją "Uniwersum Grudziądzkiego" pomogła mi skrystalizować i ubrać w słowa kiełkujący już wcześniej w mojej głowie pomysł, z którymi to słowami mieliście Państwo możliwość zaznajomić się dzisiaj w moim opowiadaniu.


Co nie zmienia faktu, że palmę zwycięstwa w tej, XVIII edycji przyznaję, zgodnie z głosami, pani @KatieWee . Historia profesor Weatherfish, akwarium profesor Wrzosinsky i egzaminy z gotowania na gazie u profesor Mollitz rozbawiły mnie do łez i uważam, że to zwycięstwo jest więcej niż zasłużone.


@KatieWee - gratulacje i czekamy z niecierpliwością na nowe otwarcie.


#zafirewallem #naopowiesci #podsumowanienaopowieści

Kurde! Zataczyliśmy krąg! Teraz pewnie będzie bildungsroman, który wygra koleżanka @moll !


Niemniej, koleżanko @KatieWee , serdeczne gratulacje, uff!

@KatieWee gratuluję zasłużonej wygranej. Reszcie uczestników też gratuluję, bo Wasze opowiadania również były świetne. No i przede wszystkim za to, że w ogóle je napisaliście.

@fonfi Niestety mi się nie udało nic napisać gdyż mając zasłużony urlop nie mam czasu na nic produktywnego xD


Gratulacje dla wszystkich realnych uczestników i dla zwyciezcy @KatieWee , bardzo fajne opowiadanka były w tej edycji

Zaloguj się aby komentować

Dzieńdobry się z Państwem,

Zainspirowany kilkoma opowiadaniami, które pojawiły się pod tagiem #naopowiesci , a których bohaterami jest nasza zaginiona Pacha i Jerzy, postanowiłem rozwiązać tajemnicę zaginięcia tej pierwszej.


Przejrzałem wpisy, przeanalizowałem opowieści, prześwietliłem autorów i ich bohaterów i poniżej, w 1154 słowach, prezentuję Państwu najbardziej (w mojej subiektywnej ocenie) prawdopodobną wersję wydarzeń, które doprowadziły do tego, że Pani @UmytaPacha zniknęła i nie daje znaków życia.


Zapraszam do lektury.


--------------------------------------


Po drugiej stronie


Rozdział 1 

Grudziądz, czasy współczesne


Otworzyła gwałtownie oczy. Jakaś myśl, nie - nie myśl - bardziej uczucie wyrwało ją z popołudniowej drzemki. Usiadła na kanapie z nieznośnym, niepozwalającym się bliżej zdefiniować wewnętrznym niepokojem. Zdała sobie sprawę, że to napięcie towarzyszy jej już od dłuższego czasu. Spróbowała określić w pamięci jakiś moment, miejsce lub wydarzenie, które mogłoby być powodem tego lęku - zupełnie bez powodzenia.


Zresztą pamięć też zdawała się płatać jej ostatnio figle. Coraz częściej miała wrażenie jakiś braków, dziur i niekonsekwencji. Ot chociażby dzisiaj. Pamiętała, że wybrała się z Jerzym na spacer nad Wisłę. Pamiętała, że chciała mu powiedzieć coś ważnego. Zdało jej się nawet, że wydusiła to z siebie. Ale zupełnie nie mogła sobie przypomnieć co to było. A z samego spaceru pamiętała tylko powrót mostem Bronisława Malinowskiego. I jakieś niewyraźne, mgliste wspomnienie wysokiego mężczyzny z psem na spacerze. A może tylko jej się to przyśniło…?


Pamiętała też jak kilka tygodni temu umówiła się z Jerzym w Głogowie. Kiedy to Jerzy przez nieznośny ból zęba, ból tak silny, że zaburzał mu nawet widzenie, błędnie odczytał wiadomość SMS i na spotkanie udał się nie do Głogowa a do Gorzowa. Koniec, końców, po wielu perypetiach, udało im się w końcu spotkać tutaj, w Grudziądzu.


— To było chyba w czasie apokalipsy cyfrowych zombie? Wtedy kiedy przestały działać wszystkie urządzenia elektroniczne? — zamyśliła się Pacha, po czym spojrzała ze zdziwieniem na trzymany w ręku, całkiem sprawny telefon komórkowy. — Chryste?! Czy to też mi się tylko przyśniło?!


Zdezorientowana potrząsnęła głową, żeby rozgonić niespokojne myśli. Może to tylko od majonezowego głodu? Już nie pamiętała, kiedy ostatni raz miała w ustach Kielecki. Jakby na potwierdzenie, żołądek zaburczał głośno, domagając się czegoś do jedzenie. Wstała, zarzuciła różową kangurkę i udała się do kuchni. 


—Jerzy, chcesz kanapkę? — Zawołała szperając w lodówce za Kieleckim i jakąś wędliną.


Odpowiedziała jej głucha cisza. Pomyślała, że może kiedy drzemała Jerzy udał się w końcu do dentysty. I tak zbyt długo już zwlekał z tą gnijącą górną prawą ósemką. Albo może wezwali go do tych jego prac konserwatorskich na terenie Fortu Wielka Księża Góra. Zupełnie nie rozumiała, czemu te roboty były tak pilne. Jerzy spędzał tam większość czasu w ostatnich tygodniach, a na jakiekolwiek pytania związane ze swoją pracą, zbywał ją za każdym razem żartując z udawanym poważnym tonem, że to “tajny projekt kosmiczny pod kryptonimem Santa Maria”. 


— Jasne, tajny projekt Agencji Kosmicznej w Grudziądzu. Przecież wszyscy wiemy, że nawet w Kenii mają lepszą Agencję Kosmiczną niż tutaj w Polsce. —pomyślała Pacha, dojadając kanapkę z jajkiem pod kołderką z Kieleckiego.


Wrzuciła talerz do zmywarki i siadła zamyślona przed komputerem. Zerknęła na skrzynkę pocztową, gdzie kilkanaście nowych wiadomości krzyczało z ekranu kolorowymi reklamami majonezów przeróżnych marek oraz nowych smaków Kubusia. Skasowała je wszystkie z obrzydzeniem. Dochodziła powoli godzina 20, więc włączyła hejto i zostawiła czekając aż pojawi się nowe wyzwanie w #naczteryrymy


Rozsiadła się wygodnie na krześle, obejmując rękami podciągnięte pod brodę kolana, na które narzuciła kangurkę i pozwoliła myślom swobodnie krążyć, kiedy ona podziwiała wieczorną panoramę Grudziądza rozciągającą się za oknem. Gdzieś w oddali nad Wielką Księżą Górą, niebo raz na jakiś czas rozbłyskiwało dziwną łuną, żeby po chwili znowu skryć się w mroku. 


Nagle wydało jej się, że w chmurach, wiszących nad horyzontem mignęła jej jakaś twarz. Wytężyła wzrok i ze zdziwieniem dostrzegła dziwnie znajomy zarys wielkich ślepi i… dzioba?! Przetarła oczy z niedowierzaniem ale mara nie zniknęła. Co więcej, stwierdziła z przerażeniem, że chmura z wytrzeszczonymi oczami, staje się coraz większa i pedzi prosto na nią. Zerwała się z krzesła i odskoczyła od okna dokładnie w momencie, kiedy szyba pękła i wpadła do środka w eksplozji odłamków.


Rozdział 2  

Głęboka przestrzeń kosmiczna, dzień 1470 Nowego Kalendarza


@Dziwen siedział z nogami opartymi o błyszczący pulpit sterowniczy potężnej, międzyplanetarnej arki o nazwie Santa Maria. Przed nim, na wielkich monitorach o hiperrealistycznej rozdzielczości, pokrywających całą ścianę, rozciągała się zimna czerń kosmosu ,upstrzona migoczącymi punkcikami różnych systemów gwiezdnych. Sięgnął po kubek z parującą, gorącą kawą, który stał pomiędzy kolorowymi, dotykowymi wyświetlaczami. Obrazy na nich zdawały się żyć własnym życiem.


Na kolanach miał tablet, na ekranie którego w wielu okienkach przewijały się szybko dane. Upiwszy łyk kawy, Dziwen wrócił do pracy, a jego palce gorączkowo przemykały po klawiaturze.


— K⁎⁎wa! — syknął pod nosem — W sektorze Grudziądz.2025 znowu sypie się symulacja.


Dziwen, ze względu na swoje niezwykłe umiejętności został wybrany przez Centralną Agencję Kosmiczną na Głównego Kreatora co wiązało się ze stanowiskiem dowodzenia na Santa Marii. Wcale o to nie prosił. Ba! Nawet tego nie chciał. Ale wypadki potoczyły się po prostu tak szybko, że nie bardzo mieli jakąś alternatywę.


Inwazja zaczęła się niewinnie. W styczniu 2021 roku standardowych lat ziemskich. Wtedy to Bojowi Hejtochtoni, pod panowaniem Jej Magnificencji Bojowo Nastawionej Owcy Pierwszej (znanej też po prostu jako @bojowonastawionaowca), pojawili się na orbicie okołoziemskiej. Nie zareagowały żadne systemy wczesnego ostrzegania. Ot - w jednej chwili przestrzeń była pusta, w kolejnej zmaterializowały się ogromne, białe, przypominające puchate obłoki, statki.


Wtedy też zaczął w Internecie grasować, napędzany sztuczną inteligencją, wirus. Wirus o nazwie “hejto”. Wirus przybrał bardzo atrakcyjną dla ludzi formę niewinnego portalu, gdzie mogli oglądać śmieszne obrazki, czerstwy humor czy wesołe kotki. Wirus rozprzestrzeniał się w zastraszającym tempie, zarażając coraz więcej Ziemian, którzy spędzając coraz więcej czasu przed ekranami, zupełnie oderwani od rzeczywistości nie zauważyli nawet jak Hejtochtoni opanowują i kolonizują ich rodzimą planetę.


Tylko mała grupa grudziądzkich naukowców pod kierownictwem dr. Jerzego, świadoma zbliżającej się zagłady, stworzyła szalony plan ocalenia rasy ludzkiej. Projekt Santa Maria miał na celu wybudowanie międzygalaktycznej arki, na pokładzie której kilka tysięcy ludzi, zamkniętych w kapsułach hibernacyjnych, miało wyruszyć w podróż w poszukiwaniu Nowej Ziemi.


Co zaskakujące, plan zadziałał perfekcyjnie. Santa Maria wyrwała się z grudziądzkiego kosmodromu wybudowanego zaledwie w tydzień na terenie Fortu Wielka Księża Góra. Jak tylko arka znalazła się na orbicie, uruchomiono prototypowy napęd skokowy, który przeniósł uciekinierów gdzieś w nieznaną przestrzeń kosmiczną. Teraz sunęli przez zimną pustkę popychani klasycznymi silnikami plazmowymi. 


Dziwen natomiast nadzorował symulację, która za pomocą odwróconej elektroencefalografii dbała o poprawną pracę elektromagnetycznych fal mózgowych zahibernowanych ludzi.


K⁎⁎wa! — powtórzył, kiedy zauważył że monitory na pulpicie rozjarzyły się na czerwono.


Wyprostował się na krześle i wywołał system raportowania. Przewinął słupki danych i znalazł to czego szukał. Oprogramowanie informowało o awarii jednej z kapsuł hibernacyjnych. Kapsuły o numerze 21.37.


Zerwał się z krzesła i popędził w kierunku hali hibernacyjnej jakby od tego zależało ludzkie życie. W sumie, to zależało… Wystukał kod dostępu na manipulatorze obok masywnych drzwi pancernej śluzy i jak tylko zwory ustąpiły popędził wzdłuż szeregu przeszklonych kapsuł, zerkając na tabliczki z identyfikatorami:


21.34…

21.35…

21.36…

21.37 - JEST!


Komputer sterujący rozpoczął już awaryjną procedurę wybudzania. Dziwen z niedowierzaniem zaczął gwałtownie zbliżać twarz do swojego tabletu z oprogramowaniem symulacji, żeby sprawdzić kto był w środku uszkodzonej kapsuły. Kiedy jego oczy i nos znalazły się dosłownie kilka centymetrów od ekranu, urządzenie wyślizgnęło mu się ze spoconej dłoni i upadło na podłogę, roztrzaskując ekran w drobny mak. 


W tym monecie kapsuła otworzyła się, a leżąca z ciągle jeszcze zamkniętymi oczami kobieta, przerażonym głosem wyszeptała: 


— DZIWEN?!


— Witaj Paszko - powiedział, próbując nadać swojemu głosowi spokojny ton.


1154 słowa

#zafirewallem #naopowiesci

Zaloguj się aby komentować

W osiemnastej edycji zabawy #naopowiesci powracamy do uniwersum powstałego na potrzeby edycji pierwszej, tym samym spełniając życzenie koleżanki @Wrzoo , która chciała poznać następne przygody studentów i wykładowców pewnej uczelni.

Część pierwsza tu .

Moja bohaterka musi powrócić, ponieważ to czego szukała znów zaginęło…


-No i tak to właśnie wygląda - zakończyłam prezentację na temat Drogi Mlecznej. 

-Czy macie jakieś pytania? - zapytałam dla formalności.

Smoluch podniósł rękę. 

-Pani profesor, czy ja dobrze zrozumiałem, są dwie gwiazdy rozdzielone Drogą Mleczną, która nazywana jest też Srebrną Rzeką i mogą się spotkać tylko wtedy, kiedy sroki stworzą most nad rzeką? - zapytał z niedowierzaniem.

-Dokładnie i one się kochają i trzeba zrobić wszystko, żeby się połączyły.

-Tak, teraz już wszystko rozumiem - Smoluch spojrzał na Juleczkę z dziwnym wyrazem twarzy. Juleczka, moja najlepsza studentka, aż podskakiwała na krześle, podnosząc jak najwyżej mackę. 

-Tak, Juleczko?

-Pani profesor, a w jakim programie zrobiła pani takie ładne serduszka?

Zaczęłam wtajemniczać Juleczkę w arkana zaawansowanych programów graficznych, a Smoluch w tym czasie zwijał przewód od projektora.

Cicho uchyliły się drzwi i do sali zajrzał mój ukochany Bogduś.

-Przepraszam, pani profesor… - zagaił.

-Tak, ukochany? - zapytałam radośnie. Bogduś wyglądał dzisiaj przeuroczo. Kupiłam mu ostatnio śliczny nowy kitelek do pracy i udało mi się go przekonać, żeby go nosił.

-Pan rektor panią prosi.


Rektor od czasu odnalezienia gwiazdozbioru Róży stał się dla mnie o wiele milszy. Przestał krzyczeć i nie wzywał już wszystkich bogów prosząc ich o cierpliwość. Stał się o wiele spokojniejszy i nawet uśmiechał się od czasu do czasu. Zauważyłam jednak, że jest nie do końca zdrowy i prawdopodobnie ma niedobory magnezu, bo ciągle drga mu powieka.


-Panno Weatherfish, proszę usiąść. Na fotelu - zaznaczył od razu.

-Oczywiście pamięta pani wypadki z czerwca zeszłego roku - rozpoczął.

Jakże bym mogła zapomnieć! To właściwie tylko dzięki mnie udało się odnaleźć Siedem Sióstr i gwiazdozbiór Róży i stałam się sławna! Miałam nawet wystawę swoich zdjęć w osiedlowej bibliotece.

-Pamiętając o pani zasługach, chcielibyśmy prosić, żeby odbyła pani jeszcze jedną podróż - powiedział niezwykle poważnie rektor. Na tyle poważnie, na ile może poważnie wyglądać ktoś, komu ciągle drga powieka.

-A co, znowu zgubiliście Różę? - zażartowałam. 

-No, tak jakby - rzucił zmieszany nieco rektor.

-Po tym wszystkim zgubiliście ją znowu?! No nie do wiary! - krzyknęłam z rozpaczą. 


Dobrze wiedziałam, że poszukiwania nie będą takie proste. Ostatnio winny okazał się być Baran, który po bliższym poznaniu okazał się być bardzo miłym stworzeniem i po prostu nastąpiło pewne nieporozumienie. A jaki teraz był powód zniknięcia Róży?


Musiałam jeszcze tylko przekupić moich studentów, żeby chcieli lecieć ze mną. Juleczce obiecałam dodatkową piątkę, a Smoluchowi zwolnienie z egzaminu z gotowania na gazie u profesor Mollitz i mogliśmy ruszać w podróż.


Bogduś niestety w ostatniej chwili przypomniał sobie, że musi dolać wody do akwarium profesor Wrzosinsky i w żadnym wypadku nie może lecieć, ponieważ pani profesor mogłaby wyschnąć na wiór, biedactwo.

Obsypałam Bogdusia pocałunkami, oblałam rzewnymi łzami i ruszyliśmy na poszukiwanie Róży.

Gdy rakieta wleciała w okolice, gdzie powinien być ten gwiazdozbiór, zastaliśmy głuchą ciszę i ciemność. Oczywiście metaforyczną, bo w takich miejscach zwykle jest ciemno i cicho.

Nic, pustka i ani śladu Barana.

Polataliśmy trochę wte i wewte, ale nie znaleźliśmy żadnych śladów zbrodni. Postanowiliśmy zrobić jeszcze jedno kółeczko, to znaczy ja postanowiłam, a moja załoga pokiwała głowami, że się zgadza.

Polecieliśmy odpocząć chwilę nad Rzekę, bo Juleczce zrobiło się trochę niedobrze. 

-W porządku, zróbmy sobie teraz przerwę na drugie śniadanie - powiedziałam i już wyciągałam moje pudełko z kanapkami, gdy nagle mnie olśniło. Byliśmy w miejscu o którym opowiadałam dzisiaj moim studentom! Wyprawa po Różę zmieniła się w wycieczkę edukacyjną! 

-Smoluchu, spojrzyj no przez lewą szybę i powiedz co widzisz! - rzuciłam.

-Gwiazdozbiór Orła widzę.

-Bardzo dobrze! A Altaira widzisz?

-Widzę! Czy to ta gwiazda, która raz do roku może spotkać się z ukochaną Wegą z gwiazdozbioru Lutni, jeżeli sroki stworzą most nad Drogą Mleczną? - zapytał.

-Piąteczka Smoluchu! Tak, Altair i Wega połączone są wieczną miłością, tak jak pan Bogduś i ja, i tak samo nie mogą być razem ze względu na okrutny los… - zamyśliłam się, jednak szybko wróciłam do rzeczywistości.

-Juleczko, słoneczko, przestań przeglądać się w lusterku wstecznym i spojrzyj no przez prawą szybę. Co widzisz? - zapytałam.

-Wielką Srebrną Rzekę zwaną też Drogą Mleczną. Coś nią płynie, nie wiem co to jest, wygląda trochę obrzydliwie.

-A dalej, za Rzeką?

-Lutnię, pani profesor i jakieś ptaszyska - odpowiedziała Juleczka.

-Co?

-No jakieś ptaszyska się tam kłębią.

Wykręciłam rakietą tak, żebyśmy mogli wszystko lepiej widzieć. Ptaki kręciły się i latały jak oszalałe, jednak ich nieskoordynowane ruchy miały jakiś cel! Nad Drogą Mleczną powstawał most!

-Niemożliwe! - krzyknęłam - Sroki tworzą most tylko raz do roku, siódmego dnia siódmego miesiąca, a teraz jest połowa lutego dopiero!

Polecieliśmy bliżej, żeby przyjrzeć się temu niezwykłemu zjawisku.

-To sowy! - krzyknęliśmy jednym głosem, rozpoznając z trudem gatunek wśród tysięcy latających wokół brązowych piór.

Nagle ukazał się nam Woźnica, który przyjechał z bardzo daleka, co widać było po jego zmęczeniu i dużej ilości gwiezdnego pyłu na jego Gwieździe.

Po drugiej stronie Rzeki ukazała się Róża o pięknej, jasnej twarzy. Woźnica na jej widok uśmiechnął się szeroko. Wstąpili radośnie na sowi most i spotkali się pośrodku, wśród łopotu tysięcy skrzydeł.


-Ćśśś, nie przeszkadzajmy im - powiedziałam cicho do moich studentów i odlecieliśmy do domu.


#naopowiesci #zafirewallem

6459b00b-1e64-4d8f-9de6-023dec2b49ce

@moderacja_sie_nie_myje2 Właśnie jak przygotowywałem obecne #naopowiesci i przeglądałem historię tagu (od początku) to stwierdziłem, że kurde zobaczyłbym co słychać u Szeryfa Kowalskyego... Fajnie, że wróciłeś

Moderacja brudna dalej

Ujebana czarnym smarem

A gdy skóra człeka czarna

Lepiej niech go zmielą żarna


@moderacja_sie_nie_myje2 dobrze, że wróciłeś.

Zaloguj się aby komentować

Tylko 679 słów, no ale to takie napisane na szybko rozwinięcie pomysłu, który przyszedł mi do głowy przed spaniem, jeszcze w dodatku pisane na telefonie (da się, jak się okazuje, choć cholernie to niewygodne), a nie wiem czy znajdę czas żeby je poprawić. Nie mówiąc już o tym, że mógłbym o tym opowiadaniu zapomnieć, a może byłoby go wtedy szkoda?


***


Imperator


O Imperatorze mówiono różne. Rozmaite historie krążyły na jego temat. Jedni mówili, że ma pociąg do pedałów, inni z kolei twierdzili, że na wieczność obrósł w piórka. Jak było z nim naprawdę? – ciężko powiedzieć. Nikt spośród ludu nie widział nigdy tego człowieka w jego własnej osobie, ukazywał się on się bowiem ludowi wyłącznie za pośrednictwem swojego awatara. Kiedy zaś awatar ten pojawiał się w okolicy, wzbudzał w ludzkich sercach strach i trwogę. Kładł się ten awatar na ekranach czernią, mrokiem straszliwym, i tylko w centrum tego mroku bielą przeraźliwą bieliły się zarysy wąsów nad którymi dało się dostrzec (jeśli ktoś potrafił przezwyciężyć przejmującą go zgrozę i popatrzeć wyżej) równie biały zarys okularów i kasku ochronnego – Imperator był bowiem wyznawcą religii behapistycznej.


Mówiono, że kiedy grudziądzka wyrocznia, @Patkapsychopatka , ślepa jak sprawiedliwość i niema jak pająk, przemówiła głosem swojego posłańca wskazując w ten sposób, że to właśnie Imperator będzie kolejnym Organizatorem, Imperator ogromnie się z tego faktu ucieszył. Nie okazał on, rzecz jasna, tej swojej radości na zewnątrz – byłoby to niezgodne z tradycją, a on skrupulatnie dbał o swój image i PR. Tłumiąc tę radość w sobie nie poprzestał jednak na zwyczajowym narzekaniu: zaczął bluźnić i ubliżać bogom, oskarżając ich o nepotyzm i kolesiostwo, a także o wywieranie wpływu na wieszczkę. Bogowie niewiele sobie z tego robili, niewiele zresztą mogli też na to poradzić, a nawet gdyby mogli, Imperator nie bardzo by się tym wszystkim przejął. Nie wierzył on bowiem w bogów. Wierzył w środki ochrony osobistej i dyrektywę 2006/42/WE, zwaną dyrektywą maszynową.


Jak powiedzieliśmy, o Imperatorze niewiele było wiadomo. On sam twierdził, że ma córkę, ale czy rzeczywiście tak było, czy rzeczywiście było to jego dziecko, czy tylko wytwór jego chorej wyobraźni? – tego z całkowitą pewnością stwierdzić nie sposób. A jednak to właśnie ta córka Imperatora jest bohaterką niniejszej legendy, choć jest jej bohaterką tragiczną.


Mówią, że kiedy zbliżał się termin Rozstrzygnięcia pogoda była piękna i Imperator poczuł zew pedała – silną wewnętrzną potrzebę wyjścia no rower. Cóż jednak robić, kiedy na ocenę czekało tyle opowiadań?


– Córko moja! – zawołał Imperator ze swojego tronu. – Pozwól no tutaj do mnie na moment.

– Czego sobie ode mnie życzysz, Ojcze? – zapytała córka.

Imperator próbował wrobić ją w wybór najlepszego z opowiadań, ona jednak Imperatorowi odmówiła:

– Nie! – powiedziała.


– “No nie! Tak być to nie będzie! Jakiś szacunek się w końcu chyba ojcu należy?!” – pomyślał Imperator i, żeby zmusić córkę do wykonania polecenia, wysłał ją na niezamieszkałą planetę w układzie króliczej gwiazdy Star Bugs, która nie poruszała się ruchem ciągłym po orbicie eliptycznej zgodnie z prawami Keplera, ale nieregularnym ruchem skokowym, zgodzie z prawami Warnera-Brosa. Wysłał ją tam razem ze stosem opowiadań i przysyłał jej dziennie tylko jednego bajgla i jedną ginger spice latte żeby nie umarła tam z głodu i pragnienia. Dzień na tej planecie według jej czasu lokalnego był jednak dużo dłuższy niż wszystkie znane nam dni na innych planetach, Imperator więc niezanadto się na utrzymanie tej swojej córki wykosztował.


Mówią, że córka Imperatora uległa w końcu ojcu, że wybrała zwycięskie opowiadanie, choć nawet w podaniach i legendach nie zachowała się informacja, które opowiadanie to było (nie wspominając już o jego treści) i kto wtedy ten konkurs wygrał, ani kto w nim uczestniczył. Mówią też, że córka Imperatora od czytania idiotycznej twórczości ludu postradała zmysły. Że popadła w szaleństwo. Że uciekła z miejsca, w którym uwięził ją ojciec i że wybrała życie pustelnicze. Że wyemigrowała w najdalsze krańce Wszechświata, tam gdzie już od dawna nikt się nie zapuszczał, bo i nie było się tam zapuszczać po co. Że osiadła na zniszczonej wojnami atomowymi planecie zwanej niegdyś Ziemią, że zamieszkała tam na plażach krainy zwanej niegdyś Grecją. Że z obawy przed tym, żeby nie zobaczyć już nigdy więcej żadnych liter, które mogłyby się ułożyć w jakieś kolejne kretyńskie opowiadanie z własnej woli wybrała ślepotę mocno zaciśniętych powiek. Podobno po dziś dzień siedzi tam na tej plaży z zamkniętymi oczyma i, wykorzystując asystenta głosowego w swoim zasilanym energią jądrową smartfonie, układa za pomocą pieśni plan jak zainfekować koniami trojańskimi telefony i komputery wszystkich użytkowników, którzy wzięli udział w XVIII edycji konkursu #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem.

@George_Stark xd

Śpieszę poinformować, że Imperator świadom niedoskonałości zapisów i przepisów zawartych w Dyrektywie 2006/42/WE, zdążył ją już zmienić. Dwukrotnie. W 4 roku ery AH (After Hejto), w dniu 1470 Nowego Kalendarza, w życie weszły Rozporządzenie 596/2009/WE oraz nowa Dyrektywa 2009/127/WE, które chronią image Imperatora w sposób absolutny - nawet przed panteonem bogów.


Ponad to, w odnalezionych niedawno fragmentach dzienników, odkryto zapisy świadczące o tym, że Córka Imperatora, będąca jak on sam cudownym dzieckiem dwóch pedałów, faktycznie przebywa na zesłaniu. Jednak powrót jej został przepowiedziany na dzień 1473 Nowego Kalendarza, co potwierdzają obserwacje astronomiczne szalonych orbit planet w układzie króliczej gwiazdy Star Bugs, które to planety znajdą się wtedy w koniunkcji zwanej Ferios Finitos. Powrót jej zwiastują również inne znaki. W szczególności coraz częściej odbierane sygnały radiowe o treści "Ojcze, zaprawdę powiadam Ci, kasa mi się kończy"...


To rzekłszy, Imperator oddalił się do swoich komnat, gdzie wezwały go obowiązki związane z tworzeniem idiotycznej twórczości, którą - ze skrzętnie ukrywaną radością - będzie mógł się dzielić, ukryty za mrocznym wizerunkiem swojego awatara.

@fonfi Aha, jeszcze co do tego, żeby Ci bardziej głowę pozawracać i nie dać się zająć tym, czym powinieneś, bo ja też jakoś nie mogę:


Śpieszę poinformować, że Imperator świadom niedoskonałości zapisów i przepisów zawartych w Dyrektywie 2006/42/WE, zdążył ją już zmienić. Dwukrotnie. W 4 roku ery AH (After Hejto), w dniu 1470 Nowego Kalendarza, w życie weszły Rozporządzenie 596/2009/WE oraz nowa Dyrektywa 2009/127/WE, które chronią image Imperatora w sposób absolutny - nawet przed panteonem bogów.


Otóż, wytłumaczenie tego faktu jest bardzo proste proste: Imperator był wyznawcą prawosławnego odłamu behapistów.

@George_Stark tak w ogóle, to nie wiem czym sobie zasłużyłem na takie wyróżnienie, ale skoro już stałem się bohaterem Twojego opowiadania, to chyba nie zostało mi nic więcej do osiągnięcia w życiu i mogę umierać w spokoju i spełnieniu. Dziękuję.

to chyba nie zostało mi nic więcej do osiągnięcia w życiu i mogę umierać w spokoju u spełnieniu


@fonfi Nie no, tak ze dwa sonety (oprócz dzisiejszego) to mógłbyś jeszcze napisać.

Zaloguj się aby komentować

Coś nie wychodzi mi dzisiaj zasypianie, więc zająłem się czymś pożytecznym i rozwinąłem pierwszą myśl jaka mi przyszła do głowy po przeczytaniu tematu XVIII edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem. W taki oto sposób powstało poniższe opowiadanie.


Opowiadanie to osadzone jest bardziej w konwencji fantasy, w baśni trochę być może, albo i w realizmie magicznym nawet, jeśli ktoś by się na taką opcję zdecydował uprzeć, bo z całym tym sf to raczej mało jest mi po drodze. No ale: mając zasady w najwyższym jednak poszanowaniu, zdecydowałem się wprowadzić do opowieści również pierwiastek fantastyczno-naukowy.


To jest już kolejna wersja tej samej historii, a moje silne wrażenie, że można by ją opowiadać wciąż od nowa i od nowa coraz bardziej przeistacza się w coś jeszcze silniejszego. W coś w rodzaju pewności.


846 słów, proszę:


===


Jak dziwnie płynie ta Wisła


Płynie, wije się rzeczka

jak błyszcząca wstążeczka,

tu się srebrzy, tam ginie,

a tam znowu wypłynie.


Julian Tuwim, Rzeczka [fragment]


***


Ta rozmowa nie wyglądała tak, jak miała wyglądać. Nic nie szło w niej zgodnie z planem, zarówno z planem jej, jak i z planem jego, bo oboje mieli na tę rozmowę opracowane swoje własne, niezależne od siebie plany.


Spacerowali nad Wisłą. Ona, ubrana w różową bluzę-kangurkę i on, wypychający od czasu do czasu prawy policzek przy użyciu języka, którym sięgał do dokuczającej mu od dawna górnej ósemki. Tak jakby taki zabieg mógł mu jakoś pomóc. Jakby mógł w jakiś sposób ten jego ból zęba złagodzić.


Okolica była znajoma – mieszkali już w końcu od jakiegoś czasu w Grudziądzu, gdzie żyli na kocią łapę – a jednak wydawała im się jakaś inna niż dotychczas. Nie byli tym wcale zdziwieni, tak jak i od dawna nie dziwiły ich też bezustannie spływające rzeką zwłoki. Za każdym razem, kiedy wybierali się w to miejsce na spacer, wydawało im się, że Wisła płynie trochę inaczej niż płynęła poprzednio.


– Wszystko płynie – żartował czasami Jerzy, a Pacha śmiała się z tych jego dowcipów. To im wychodziło, takie rozmowy im się udawały. Umieli się razem śmiać i żartować. Tak jak i potrafili rozmawiać o zwykłych, codziennych sprawach, tak jak potrafili dzielić się ze sobą swoimi obserwacjami:


– Jerzy, a ta jabłonka to nie rosła ostatnio na tamtym brzegu? – zapytała Pacha. – Nie no, rosła! Na pewno tam rosła! Przecież pamiętam! Siedziały na niej trzy sikorki i mazurek jeszcze na niej siedział. Co mnie zdziwiło, bo mazurki to przecież występują bardziej na wsiach, w miastach to raczej wróble. No a tu przecież jest miasto! Nie no, na pewno tam rosła, przez tego mazurka to pamiętam!

– Patrz, a ten wysoki gość z psem? – powiedział Jerzy. – Ten, tam po drugiej stronie. Wydaje mi się, że przed chwilą się z nim mijaliśmy.

- Może na takich długich nogach szybciej dochodzi się do mostu? - tym razem zażartowała Pacha, a Jerzy roześmiał się z jej dowcipu.


Tak, umieli ze sobą żartować. Nie umieli jednak rozmawiać o sprawach poważnych. Za każdym razem, kiedy tylko któreś z nich podejmowało próbę skierowania rozmowy na rzeczy fundamentalne, na kwestie dotyczące ich związku i ich przyszłości, wtedy gdzieś wewnątrz ciała pojawiał się jakiś dziwny impuls, jakieś napięcie blokujące w krtani te słowa, które już dawno powinny zostać wypowiedziane.


Tak było i wtedy, kiedy tamtego dnia spacerowali nad Wisłą, a ich rozmowa nie przebiegała według planu. Już to jedno, to drugie miało zamiar przerwać tę bezsensowną paplaninę, która się między nimi rozgrywała i wreszcie powiedzieć to, co miało do powiedzenia, ale właśnie w tym momencie pojawiało się to mrowienie w kąciku ust, to drętwienie którejś dłoni albo ten nieprzyjemny ucisk w żołądku. Wtedy dawali za wygraną. Odkładali te zaplanowane słowa na później.


Mimo że nie zrobiło tego żadne z nich, to ich paplanina została tamtego dnia przerwana. Przerwał ją ogromny huk, huk który nagle dobiegł od strony miasta. Był to ryk czterech silników rakietowych. Absolutnie tajny projekt kolonizacji Marsa opracowany przez grudziądzkich uczonych w absolutnej tajemnicy i ekspresowym tempie został ogłoszony zaledwie wczoraj, a już dziś z kosmodromu zbudowanego pod przykrywką prac konserwatorskich na terenie Fortu Wielka Księża Góra startowała rakieta, którą pierwsi ziemscy osadnicy mieli dotrzeć na Czerwoną Planetę. Oboje obserwowali tę wznoszącą się kosmiczną Santa Marię w milczącym podziwie.


- "Skoro oni potrafią dokonywać takich rzeczy, to dlaczego mnie tak trudno jest powiedzieć jej tych kilka słów?" - pomyślał wtedy Jerzy.

- "Skoro oni potrafią dokonywać takich rzeczy, to dlaczego mnie tak trudno jest powiedzieć mu tych kilka słów?" - pomyślała wtedy Pacha.


I właśnie wtedy oboje jednocześnie się zdecydowali. Nastąpiło przełamanie, jak gdyby energia z silników startującego pojazdu kosmicznego wlała się w ich ciała i dusze. Jerzy przyklęknął i przez chwilę mocował się z własną kieszenią, w której miał schowany zaręczynowy pierścionek. Nie potrafił sobie poradzić z wyciągnięciem go i dopiero kiedy spojrzał na kieszeń uświadomił sobie, że jest ona zasunięta. Rozpoczął mocowanie się z zamkiem błyskawicznym. Pacha w tym czasie zamknęła oczy i brała pierwszy z trzech głębokich wdechów, za pomocą których miała zamiar opanować emocje przed zbliżającą się wypowiedzią.


- Wyjdziesz za mnie? - zapytał Jerzy, był bowiem przekonany, że to właśnie Pachę chce w tym momencie pojąć za żonę.

- Odchodzę! - powiedziała Pacha, nie była już bowiem w stanie znosić dłużej odoru z ust Jerzego powodowanego przez jego gnijącą górną prawą ósemkę, której za nic w świecie nie chciał wyleczyć.


Cisza. I on, i ona nie usłyszeli żadnej odpowiedzi drugiej strony na te swoje nagłe wyznania. Jerzy oderwał wzrok od kieszeni, Pacha rozwarła powieki. Nic. Pusto. Przed Jerzym nie stała Pacha, przed Pachą nie klęczał Jerzy.


Jerzy poderwał się z klęczek, Pacha rozglądała się dookoła. W końcu dostrzegli siebie nawzajem: stali na dwóch przeciwnych brzegach. Jerzy gestami dał Pasze znać, żeby skierowała się na południe, w górę rzeki. Tam, gdzie stoi most im. Bronisława Malinowskiego.


Spotkali się na środku przeprawy. W milczeniu wrócili razem do domu i wszystko było jak dawniej. Było jak zwykle: znów nie powiedzieli sobie tego, co mieli sobie nawzajem do powiedzenia. Tylko pod znajdującą się na wyspie na środku rzeki jabłonią stał wysoki mężczyzna z psem. Schylił się, podniósł jedną z leżących w trawie papierówek, wytarł ją o sweter i z rozkoszą zatopił zęby w słodkim, kruchym owocu.

@George_Stark dopiero nadrabiam zaległości. Ciekawe, lekkie i zabawne. A tak swoją drogą to tyle lat tu mieszkam a nigdy się do tego fortu nie wybrałem. Chyba trzebaby to zmienić.

Zaloguj się aby komentować