Dzień przyszedł i odszedł.
Nie wiedziałem, że to właśnie jest życie.
#naopowiesci #zafirewallem
Dzień przyszedł i odszedł.
Nie wiedziałem, że to właśnie jest życie.
#naopowiesci #zafirewallem
@KatieWee Boleśnie prawdziwe, rażąco bezpośrednie, ostentacyjnie szczere
Zaloguj się aby komentować
@bori miga się od napisania opowiadania w aktualnej edycji #naopowiesci Co najgorsze, swoją postawą demoralizuje pozostałych kawiarenkowiczów, w związku z tym NIKT, powtarzam to NIKT, do tej pory nie napisał i nie opublikował swojego opowiadania.
Moje serduszko krwawi
#zafirewallem #gownowpis #zalesie
Zaloguj się aby komentować
Pomysł szybki, genialny, w momencie pomyślenia go i być może taki, który zmobilizuje Szanownych do udziału w kolejnej edycji #naopowiesci
Proponuję tym razem napisanie maksymalnie tysiąca słów, który to tysiąc maksymalnie będzie opisem jednego dnia z życia. Z życia czegokolwiek. Przedmiotu, zwierzęcia (lub nie-zwierzęcia, ale istoty ożywionej nie będącej człowiekiem) lub rośliny.
Czas to standardowe 2 tygodnie - zakończenie wypadnie więc 15.06.2025, w godzinach bliżej nieokreślonych.
Wygrywa najkrótsze opowiadanie. Dodatkowy bonus za uczynienie z bohatera opowiadania niewiadomej do odgadnięcia dla czytających.
Życzę udanej zabawy!
#zafirewallem
@moll Szkoda że tylko dzień, korzystając z dłuższych czasookresów można ciekawe pomysły fabularne realizować.
Może być dzień z życia wiekuistej lipy, która pod swym komarem chroni strudzonego wędrowca?
Zaloguj się aby komentować
Drodzy Kochani!
Rzeczywistość mnie dopadła znienacka, żyć zacząć trzeba, a nawet jakoś dziwnie żyć się chce, jednak aktywności niektóre trzeba ograniczyć. Nie będzie więc długo.
W ogłoszonej przed dwoma tygodniami XV edycji zabawy #naopowiesci wzięło udział dwoje uczestników:
koleżanka @moll , która napisała o Czyśćcu Szeryfa
oraz kolega @moderacja_sie_nie_myje3 , który zastanawiał się To Czyściec czy Raj?.
Uczestnikom za udział serdecznie dziękuję, komisja miała problem, poziom był wyrównany itepe. W wyniku losowania w postaci rzutu monetą (dwa euro - zaznaczam, żeby potwierdzić autentyczność i sprawiedliwość losowania) kończącą się właśnie edycję wygrywa koleżanka @moll . Gratuluję!
#naopowiesci
#podsumowanienaopowieści
#zafirewallem
Zaloguj się aby komentować
Uszanowanie Kawiarenkowicze
Skoro ktoś zaczął to nie ma wyjścia, trzeba kontynuować
To Czyściec czy Raj?
Z każdą nieupływającą sekundą czarny punkt był coraz większy. Smoluch był coraz bliżej. Dzieliło ich już tylko kilkaset metrów.
Szeryf nie zważał na pragnienie, na dyszącego konia, odetchnął głęboko i napawał się chwilą. Zwolnił, sprawdził czy colty lekko wychodzą z kabur. To miała być perfekcyjna sztuka, wszystko musiało być idealnie.
Już widział wyraźnie umykającego Smolucha, który raz po raz się odwracał. Przerażenie w jego oczach sprawiało, że Kowalsky czuł się żywy jak nigdy wcześniej.
- Nie uciekniesz - powiedział do siebie, uśmiechając się szeroko
Kowalsky chwycił lasso, zarzucił i szarpnął mocno. Murzyn upadł na plecy. Harcząc głośno próbował zdjąć pętlę z szyi.
Szeryf wolno zsiadł z konia, podszedł do swojej ofiary i czekał aż się wyswobodzi.
W końcu Smoluch uwolnił się ciężko dysząc.
- To Ty... Znowu... - wymamrotał zdumiony
- A i owszem, cieszę się że mnie pamiętasz - przytaknął Kowalsky
- Tu i tam... Dlaczego mnie prześladujesz?
- I tak nie zrozumiesz - Walt wzruszył ramionami
W mgnieniu oka wyciągnął colta i strzelił. Murzyn jęknął, chwycił się za brzuch i upadł. Kowalsky zapalił cygaro i zaciągnął się mocno. Przepełniła go niewymowna radość, czuł ją każdą komórką ciała. Kopnął zamaszyście leżącego, wijącego się z bólu Smolucha.
- Kwiczysz jak zarzynany prosiak - pokręcił głową zdegustowany Szeryf
Podszedł do konia i zaczął grzebać w jukach.
- Oo, to się nada! - ucieszył się Kowalsky wyciągając małą łyżeczkę
Murzyn jęcząc nie spuszczał Szeryfa z oczu. Ten pochylił się nad nim, chwycił go za gardło jedną ręką, kolanem przycisnął brzuch i przybliżył łyżeczkę do wykrzywionej w grymasie bólu czarnej gęby.
- Hmm... I co z tym zrobimy? - zapytał - Mam pewien pomysł...
Bez zbędnych ceregieli zanurzył łyżeczkę w oczodole i dwoma sprawnymi ruchami wyłuskał smoluchowi oko. Ten drąc się w niebogłosy zaczął się rzucać jak opętany.
Kowalsky znów podszedł do juków...
- To już tysiąc sto siedemdziesiąty ósmy raz - pokręcił głową zrezygnowany Metys
- On jest niereformowalny - dodał Święty Piotr
- To się wcześniej nie zdarzyło. Nigdy.
- Za każdym razem to samo ale inaczej. Ma fantazję... - niechętnie dodał z pewnym podziwem w głosie
- Nie ma sensu próbować dalej, on tu się świetnie bawi.
- To co robimy? - spytał Metys
- Odeślijmy go lepiej z powrotem - odpowiedział prędko Święty Piotr - Jak się Ojciec dowie, że Czyściec nie działa... - dodał drżącym głosem
A w międzyczasie Kowalsky wygrzebał z juków zapalniczkę. Wolnym krokiem zbliżał się do Smolucha potrząsając nią radośnie. Już miał go na wyciągnięcie ręki...
I nagle całą bezkresną pustynię rozjaśnił oślepiający błysk i wszystko znikło.
Kowalsky otworzył oczy, rozejrzał się i rozpoznał znajomą sylwetkę klęczącą przy grobie jego ojca. Uśmiechnął się i cichutko zaszedł ją od tyłu.
- Pssst... Caroline - odezwał się przyciszonym głosem
Zaskoczona dziewczyna błyskawicznie się odwróciła. I zemdlała.
#zafirewallem
#naopowiesci
Zaloguj się aby komentować
Ktoś musi zacząć, zatem...
Czyściec Szeryfa
Pamiętał euforię, która towarzyszyła mu, gdy wyskoczył spod plandeki wozu w wiosce smoluchów. Pamiętał przerażenie na twarzach rozpierzchającej się ciżby, poganianej jego przekleństwami. To było spełnieniem, tym, z czym na ustach mógł umierać człowiek jego formatu.
A potem był rozrywający błysk.
Pustka. Dzwoniąca w uszach cisza.
Gdy się ocknął, leżał, lekko zapadając się w pustynnym piasku. Jego ogorzałą twarz, pokrytą szczeciną kilkudniowego zarostu, kłuły nieprzyjemnie kikuty zeschniętej, rachitycznej trawy, która czekała na deszcz z równym utęsknieniem, jak szeryf Kowalsky na sprawienie kolejnemu czarnuchowi krwawej łaźni.
Nieprzyjemny, wiejący nisko nad poziomem gruntu wietrzyk, zaczął zasypywać mu oczy i nozdrza piaskiem. Szeryf zerwał się na równe nogi, z niepokojem odkrył, że jest cały i zaczął rozglądać się dookoła.
Pustynia. Wszędzie cholerna pustynia - wydmy lekko przewiewanego piachu, którego nie zatrzymywała licha roślinność, przegrywająca kolejne starcie z palącym słońcem… Choć nie było tu ani słońca, ani nieba. Bezkres nad linią horyzontu sugerował poblask zmierzchu, zatrzymując poczucie czasu.
Szeryf nie był sam, w odległości kilku stóp stał metys, trzymający za uzdę osiodłanego konia. Zwierzę delikatnie przednim kopytem ryło w piachu, jakby z wolna okazywało zniecierpliwienie przymusowym postojem.
-Witaj, Szeryfie - odezwał się bezbarwnym głosem metys.
-Nie żyję - bardziej stwierdził niż zapytał Walther.
-Istotnie… Twoje życie doczesne dobiegło końca, ale masz przed sobą wieczność.
-Czy to piekło?
-Czyściec, Szeryfie.
-Czyli jest nadzieja… - Kowalsky potarł w zamyśleniu zarośniętą brodę, czekając na wyrok mieszańca.
-Możesz nazywać to nadzieją. - słowom towarzyszyło wzruszenie ramion nieznajomego i parsknięcie konia - Widzisz, tam, na horyzoncie czarny, ruchomy punkt?
Szeryf wytężył wzrok i kiwnął głową, dostrzegając oddalającą się sylwetkę.
-Weź konia. W jukach znajdziesz broń, zapasy i wodę. Wody w bukłaku będzie zawsze odrobinę mniej niż potrzeba, by ugasić pragnienie. Drobna niedogodność…
-Co mam zrobić, gdy już go dorwę?
-Zrób co uważasz za słuszne, od twojej decyzji zależeć będzie twoje odkupienie lub potępienie.
Kowalsky raz jeszcze, z rozmysłem spojrzał na niknącą coraz bardziej sylwetkę smolucha… Decyzja została podjęta, zanim ją sobie uświadomił.
A przed nim stał koń. Metys zniknął.
-Pora ruszać, maleńki. - rzucił Szeryf, siedząc wysoko w siodle.
Ruszył stępa, rozkoszując się przyjemnym kołysaniem w siodle. Planował, w jaki sposób wykończy padalca, gdy już go dopadnie. W końcu posiadał w tym wprawę, nadał swemu rzemiosłu rangę sztuki… Wiedział, że spełnienie to tylko kwestia czasu.
-------
371 słów
-------
POPRZEDNI ODCINEK - GRANDE FINALE
-------
Zakończenie pozostawiam otwarte dla kolejnej osoby, być może ktoś zechce pociągnąć wątek Szeryfa w zaświatach dalej
#naopowiesci #zafirewallem
Zaloguj się aby komentować
Szanowni Państwo,
uwaga koleżanki @KatieWee o zastanowieniu się nad formułą zabawy wydaje mi się słuszna, ale ja na szybko nie mam żadnego pomysłu, a później nie będę miał czasu, więc tę, XV edycję zabawy #naopowiesci poprowadzimy w formule dotychczasowej. Jeśli ktoś ma jednak jakieś pomysły, proszę śmiało pisać. Na przykład w komentarzach pod tym wpisem.
Żeby jednak może Państwa zachęcić do aktywności spróbujemy pobawić się parodią, pastiszem albo możemy to nawet uznać za za fanfiki, bowiem:
tematem tej edycji będzie Szeryf Kowalsky
a gatunkiem (jakże by inaczej!) western.
Liczba słów to od 10E1 do 10E4, że tak pozwolę sobie zaszpanować moją znajomością notacji naukowej, a w języku ludzkim oznacza to po prostu od 10 do 10 000.
Proszę się bawić dobrze!
#zafirewallem
#naopowiesci
Zaloguj się aby komentować
Szanowni Państwo,
w związku z tym, że w tej edycji wzięło udział dwoje uczestników - kolega @George_Stark oraz ja osobiście, wygrywa oczywiście kolega.
Może to czas na zastanowienie się nad formułą zabawy, tak żeby stała się bardziej atrakcyjna dla naszych kawiarenkowiczów?
Pozostawiam tę kwestię otwartą i przekazuję pałeczkę zwycięzcy
#podsumowanienaopowieści #naopowiesci #zafirewallem
Dziękuję serdecznie za edycję, ja się bawiłem przy pisaniu świetnie. Inni niech żałują, bo stracili taką okazję do zabawy.
Pozwolę sobie jeszcze zamieścić linki do opowiadań, bo ci podgrudziądzcy Prusacy nauczyli mnie jednak, że Ordnung muss sein.
Wanda autorstwa @George_Stark ;
Opowiadanie bez tytułu autorstwa koleżanki @KatieWee ;
Zaloguj się aby komentować
#naopowiesci #zafirewallem
Cztery czarne koty obserwowały się z czterech kątów wysprzątanego idealnie podwórka. Któryś z nich był jej ciotką, ale nie wiedziała dokładnie który. Ciotka nie lubiła ludzi, lubiła za to koty, więc gdy przeszła na emeryturę postanowiła spędzić ją w futrze. Listonosz co miesiąc przynosił pieniądze, nie pytając o nic.
Lucyna przeciągnęła się na nieco niewygodnym leżaku i przez chwilę kontemplowała gałąź czereśni, której jasna wiosenna zieloność, powoli zaczynała przechodzić w głęboką zieloność letnią, co sugerowało całkiem przyjemnie zbliżanie się wakacji.
Dwa miesiące wolnego od kartkówek i wypracowań, wiecznie zadymionego pokoju nauczycielskiego i dyrektorki o piskliwym głosie rozjeżdżanej właśnie żaby - pomyślała niejasno, gdy nagle coś zaskrzeczało jak rozjeżdżana żaba, choć nieco dłużej.
-Ręka! -wrzasnął Wojtuś, hamując swym składakiem na żwirze przed furtką. Wojtuś, posiadacz poczochranej blond czupryny i rozbieżnego zeza oraz kawałka pola, na którym przeprowadzał różne eksperymenty rolnicze, które to eksperymenty przeprowadzał bardzo często w środku nocy z butelką w ręce, przyjechał do Lucyny wyraźnie zbyt wzburzony, by wyrażać się zrozumiałe.
-Aha? - rzuciła Lucyna zachęcająco. Nie żeby była ciekawa, ale Wojtuś, z którym chodziła do jednej klasy te paręnaście lat temu, był jednym z niewielu, którzy rozmawiali z nią normalnie. Być może to brak wyobraźni pozwalał mu przyjaźnić się z małą czarownicą, a może to kwestia ściąg, którymi chętnie się dzieliła.
Wojtuś wyglądał teraz na wielce wzburzonego.
-Ręka się pokazała! Rusza się! - wyrzucił z siebie.
- O! Gdzie? - Lucyna nie traciła czasu. Pytając Wojtusia wsuwała na nogi drewniaki i przeczesywała palcami lekko spalone trwałą włosy. Chwyciła jeszcze tylko paczkę papierosów i wsunęła je do kieszeni i była gotowa.
-W Drzewie.
-W Drzewie?! - chociaż w miasteczku i lasach je otaczających rosły tysiące drzew, ona od razu wiedziała, że chodzi o to jedno jedyne w swoim rodzaju Drzewo. Było dębem, ale żyło już tak długo, że chyba zdążyło już o tym zapomnieć. Lata powykręcały jego konary tak, że stało się ulubionym miejscem spotkań młodzieży. Można było siedzieć na Drzewie nawet w dwudziestkę, a ono nawet tego nie zauważało. To tam pili pierwsze piwo ukradzione któremuś z ojców i to tam palili pierwsze papierosy.
Drzewo wyglądało w ten słoneczny dzień tak jak zwykle - prawie już bezlistne, zmęczone już tym ledwie-życiem jakie prowadziło.
Jednak w dziupli, która powstała mniej więcej na wysokości pasa, rzeczywiście była ręka. Ręka starej kobiety, pomarszczona i guzłowata, lekko skrobała korę, jakby jej właścicielka próbowała zaczepić się o coś paznokciami i wydostać z drzewa, przy czym ręka i drzewo były ze sobą zrośnięte i właścicielki nie było tam widać.
Lucyna zbadała pień i obejrzała go z każdej strony, zrzuciła chodaki i wspięła się wyżej, ale ręka była jedyną niezwykłą rzeczą w Drzewie. Zeszła więc na ziemię, poprawiła spódnicę i zastanowiła się głęboko. Wojtuś stał spokojnie z rękami w kieszeniach i przełykał tylko ślinę, aż mu jabłko adama latało w górę i w dół.
Nagle dobiegło ich ciche mamrotanie, a gdy Lucyna przyłożyła ucho do Drzewa, zrozumiała, że to nie było mamrotanie, ale wrzask wściekłości, przytłumiony grubą warstwą kory:
-Wypuść mnie idiotko! Sterczysz tu jak cielę i gapisz się jak na malowane wrota! O, popamiętasz ty jak stąd wyjdę! Widziałam wszystko! Siedzę w tym drzewie trzysta lat, a takiej beznadziejnej czarownicy jeszczem nie widziała. Tobie tylko portki w głowie, a nie takie jak trzeba czarowanie! Wszystko widziałam! No ruszże się dziewucho, chyżo, wypuść mnie! - wiedźma zaklęta w drzewie wrzeszczała coraz głośniej, a Lucyna tymczasem - z dwoma wielkimi rumieńcami na policzkach - odwróciła się do Wojtusia.
-Nie zbliżajmy się lepiej, tym musi zająć się ktoś inny.
Dwa dni później burmistrz - który był kuzynem jej matki - wydał odpowiednie zarządzenie, a w tydzień później na miejscu była ekipa z piłami.
A Lucyna stojąc w kolejce do mięsnego przytakiwała:
-Tak, tak, okropna rzecz te korniki! Jak dobrze, że tak szybko się tym zajęli! Komuś mogło przydarzyć się jakieś nieszczęście!

Zaloguj się aby komentować
Czasami (często nawet) mam tak, że budzę się z jakimś pomysłem. Tak było też i dziś, więc – choć miałem zupełnie inne plany – musiałem usiąść i to, co poniżej zamieszczam, napisać, bo takie pomysły zwykle nie dają mi spokoju. Pomysł dzisiejszy nie różnił się pod tym względem od innych pomysłów tego typu i też nie dawał mi spokoju, więc zupełnie nie mogłem się skupić na tej niezwykle ważnej sprawie, jaką niewątpliwie jest podbijanie świata – na dzisiaj miałem bowiem zaplanowaną grę w Cywilizację.
Miłej lektury!
===
Wanda
Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, żyła sobie pewna Wanda co Niemca nie chciała. To jej niechcenie Niemca nie ma w tej historii żadnego znaczenia, ale wspomnieć o nim warto, choćby ze względów patriotycznych.
Ponieważ jedno „dawno” wynosi lat sześćdziesiąt i cztery (w odróżnieniu od „bardzo dawno”, które to wynosi lat osiemdziesiąt i dwa – musi więc, że jednostki te genezę swoją mają w imperialnym systemie miar i wag), rzecz ta miała miejsce w roku pańskim tysiąc osiemset dziewięćdziesiąt i trzy. Ponieważ wspomnianymi siedmioma górami są: Narodnaja w górach Ural, Biełucha w górach Ałtaj, Mount Elbert w Górach Skalistych, Black Elk Peak w górach Black Hills, Mount Mitchell w Apallachach, Grand Ballon w Wogezach i Brocken w górach Harz, a morzami Morze Czarne, Morze Kaspijskie (które w rzeczywistości jest jeziorem, ale częściej nazywane jest jednak morzem), jezioro Bajkał (które, jak sama nazwa wskazuje, tak jak Morze Kaspijskie, również jest jeziorem, choć też czasami, zdecydowanie jednak rzadziej niż Jezioro Kaspijskie, bywa nazywane właśnie morzem), Morze Japońskie, Morze Ochockie, Morze Beringa i Ocean Atlantycki, którzy też jest morzem, tylko że jest morzem ogromnym, a Ziemia – wbrew twierdzeniom niektórych – jest jednak kulista, to działo się to wszystko w okolicach Grudziądza.
Grudziądz, na który mówiono wówczas Graudenz, i jego okolice znajdowały się wtedy pod zaborem pruskim, stąd też obecność w życiu Wandy Niemca – i to w dodatku niejednego! – żadnego jednak z tych Niemców Wanda nie chciała. Każdego z nich przepędzała na cztery wiatry, co, jakżeśmy już powiedzieli, nie ma jednak dla tej historii żadnego znaczenia. Nie ma dla tej historii żadnego znaczenia, że Wanda nie chciała żadnego Niemca, a nie ma to znaczenia dlatego, że Wanda w ogóle żadnego chłopa nie chciała, przy czym mamy tutaj na myśli jedną z dwóch tylko istniejących ówcześnie płci, a nie istniejącą wówczas formalnie – a do dziś również i w praktyce – klasę społeczną. A zalecały się do niej chłopy, oj zalecały! Zalecali się do Wandy Niemcy, zalecali się Polacy, a wśród tych Polaków szczególnie zalecał się do Wandy pewien Bolesław, gorący polski patriota.
Bolesław nie znosił wszystkiego co było niepolskie. Nie znosił tego, co pochodziło z Prus, nie znosił tego, co pochodziło z Austrii i nie znosił tego, co pochodziło z Rosji. Tego ostatniego, tego co pochodziło z Rosji, Bolesław nie znosił szczególnie, a nie znosił tego szczególnie z tego względu, że wytwory tej „ kultury ” – z braku lepszego słowa, użyjmy tego, choć w cudzysłowie, i to jeszcze pogrubionym – dotykały go osobiście.
– To nie jest żadne otczestwo! – wściekał się Bolesław. – Nie nazywacie mnie przecież na moskalską modłę Bolesław Bolesławowicz! Nazwisko rzeczywiście mam po ojcu, ale nie jest to nazwisko patronimiczne! Jeśli już, to nazwałbym je raczej patromimicznym!
Bo faktycznie, Bolesław nosił nazwisko po ojcu. Ojciec Bolesława miał problemy ortodontyczne, miał mocno zdeformowaną żuchwę i – nie wiedzieć czemu – to nie tego ojca z krzywą szczęką i wynikającą z tego dziwną mimiką, ale jego całkiem symetrycznego syna nazywano od tej ojcowskiej przypadłości Krzywoustym.
Bolesława, który mocno się do Wandy zalecał, Wanda – jak też żeśmy już to wcześniej powiedzieli – również nie chciała. Wanda nie chciała Bolesława, tak jak i nie chciała żadnego innego chłopa, ponieważ Wanda była feministką.
– Jestem feministką, więc obowiązki mam feministyczne! – powtarzała Wanda i te swoje feministyczne obowiązki wypełniała z najwyższą gorliwością.
Miała więc Wanda kota, nie nosiła biustonosza, a wieczory spędzała z butelką wina oglądając przy tym piciu wina gwiazdy, ponieważ nie było wtedy jeszcze Netflixa.
Nawet jednak gdyby Netflix już wtedy był, Wanda miałaby pewne problemy z tym, żeby móc sobie wygodnie oglądać na nim seriale. Wanda nie miała bowiem swojego domu, a mieć swój kawałek ziemi było dla Wandy największym marzeniem. Ileż to razy przy pochmurnej pogodzie, kiedy nie było widać gwiazd, Wanda, lekko już pijana po opróżnieniu butelki wina, zakradała się w okolice chat i zaglądała do nich przez okna! Jak Wanda marzyła wtedy o swoim własnym łóżku na którym mogłaby spać i o własnym piecu, na którym mógłby spać jej kot, nie mówiąc już o własnej piwniczce do trzymania własnego wina!
Wanda, zaglądając do tych chat przez okna, widziała jednak mieszkających tam ojców rodzin – chłopów, którzy spędzali wieczory pijąc wódkę prosto z wiader, w których to wiadrach kupowali ją u miejscowego karczmarza w karczmie należącej do ich pana, co stanowiło podstawę obiegu waluty w miejscowej podgrudziądzkiej społeczności. Obieg waluty, cały ten genialny system finansowy, zaplanowany był z iście pruską precyzją, choć stosowany nie tylko w zaborze pruskim: chłopi należeli do pana, zarabiali u pana, wydawali u pana, a wiadra na wódkę były opakowaniami zwrotnymi i pobierano za nie kaucję – nie ze względów ekologicznych, ale ze względów ekonomicznych właśnie.
Widok chłopów pijących wódkę prosto z wiader napawał Wandę obrzydzeniem:
– „Co ze szkła, to jednak ze szkła” – myślała wtedy Wanda.
Wanda jednak nie robiła nic w kierunku tego, żeby to swoje marzenie o własnym miejscu na ziemi zrealizować. Wanda była realistką. Wiedziała, że samotna kobieta nie ma co liczyć na to, że będzie miała swój dom, a myśl o małżeństwie, choć nieraz powstawała jej w głowie, przyprawiała ją o odruch wymiotny. Wanda tę myśl od siebie odpędzała, bo Wanda nie chciała wymiotować, bo szkoda byłoby jej tego wina, które wcześniej wypiła, a wino przecież swoje kosztowało, więc Wanda o małżeństwie starała się nie myśleć wcale.
Wanda piła więc wino, zaglądała do chat przez okna i utwierdzała się w słuszności swoich poglądów. Rosła w niej coraz większa gorycz, tak jak i jej wątroba stawała się coraz bardziej pomarszczona.
Wanda chodziła coraz częściej coraz bardziej pijana po tych wszystkich wsiach w okolicach Grudziądza i – nie mogąc znieść widoku chłopów i ich rodzin, szczęśliwych szczęściem takim, jakim im dane było się cieszyć – pomstowała na każdego, kto tylko pojawił się w zasięgu jej wzroku.
– Oby ci deszcz do wiadra napadał i wódkę ci rozcieńczył! Oby dzieciom twoim d⁎⁎a na czole wyrosła! – krzyczała Wanda do przypadkowych często osób.
W tamtym czasie nikt, żaden nawet ze znanych przecież z niewybrednego gustu Niemców, już się do Wandy nie zalecał.
Nie do takich rzeczy człowiek potrafi się jednak przyzwyczaić. Lokalna społeczność szybko przeszła więc nad zachowaniem Wandy do porządku dziennego. Traktowano ją jak element miejscowego folkloru, tak jak trupi jad w Wiśle.
– Ot, niegroźna wariatka – mówiono tylko i szybko wracano do swoich własnych obowiązków.
Jak to zwykle w życiu bywa, wszystkiemu winien był przypadek, zwany przez niektórych zbiegiem okoliczności. Poprzedni karczmarz, stary Żyd, imieniem Moczu, umarł. Na jego miejsce pan sprowadził nowego, a nowy karczmarz był człowiekiem, który swoją chytrością wyróżniał się nawet wśród swoich pobratymców. Pan zdecydował, że Moczu na karczmie zarabiał zbyt wiele, a oddawał zbyt mało, dlatego rozliczenia z jego następcą postanowił prowadzić w sposób korzystniejszy dla siebie, bo przecież mu się w końcu za jego trud należało. Nowy karczmarz przystał na te niekorzystne warunki, ponieważ był chytry, a ponieważ był chytry, miał już swój sprytny plan.
Tamtego wieczoru, kiedy nastąpiła zmiana karczmarza, Wanda usilnie próbowała nie myśleć o małżeństwie. Od tego niemyślenia tak się jej jakoś przykro zrobiło, że gorąco zapragnęła zakraść się pod jakąś chatę, zajrzeć do jej wnętrza przez okno i utwierdzić się w przekonaniu co do słuszności swoich życiowych decyzji obserwując to miałkie i pozbawione sensu życie rodzinne.
Wanda zakradła się więc pod chatę Bartosza i obserwowała co robi Bartosz i co robi rodzina Bartosza. Rodzina Bartosza nie robiła nic, a Bartosz przystępował właśnie do picia wódki prosto z wiadra, czego zresztą Wanda się po Bartoszu spodziewała, choć nie miała nawet pojęcia, że Bartosz ma na imię Bartosz.
Cały dzień poprzedzający tamten wieczór, którego to wieczoru Wanda zakradła się pod chatę Bartosza był dla Wandy dobrym dniem. Wykorzystując zamieszania powstałe w wyniku przybycia nowego karczmarza, Wandzie udało się podprowadzić z karczmianej spiżarni nie jedną, jak to miała w zwyczaju, ale dwie butelki wina. Pierwszą zdążyła wypić już wcześniej, drugą rozsądnie zachowała na podokienny seans.
Bartosz tymczasem przystąpił do spożycia. Pociągnął z wiadra pierwszy łyk wódki, łyk tak ogromy, że można było wręcz nazwać ten łyk grzdulem. Po tym grzdulu Bartosz skrzywił się nieco, ale skrzywił się inaczej, niż zwykle krzywili się chłopi po wódce.
– „Czyżby nabrał jakiejś ogłady?” – zastanawiała się Wanda przystawiając usta do szyjki butelki i pociągając potężny grzdul wina, większy nawet niż grzdul Bartosza.
Później Bartosz wstał od stołu, złapał się za brzuch i wybiegł z chaty. Wanda wycofała się spod okna w cień, tak żeby Bartosz nie mógł widzieć jej, ale żeby ona mogła widzieć Bartosza, bo domyślała się po co zaciskający uda Bartosz wybiega z chaty, a nieczęsty widok tego, co chłop chowa w portkach, był dla Wandy o tyle obrzydliwy, co i fascynujący – tak już niestety działa ludzka natura.
Sama jednak czynność, którą Bartosz, przykucnąwszy, wykonywał, nie była dla Wadny w ogóle pociągająca. Była dla niej wręcz nieapetyczna, dlatego Wanda, nacieszywszy wzrok przez tę krótką chwilę pomiędzy ściągnięciem przez Bartosza portek a przykucnięciem, ponownie spojrzała w stronę okna. Do Wandy dobiegł co prawda zapach i bulgotanie towarzyszące czynności wykonywanej przez Bartosza, ale na to już nic nie potrafiła poradzić.
W chacie tymczasem Bartosz, najstarszy syn Bartosza, choć dość jeszcze młody, skorzystawszy z chwilowej nieobecności ojca, zaopiekował się pozostawionym przez ojca wiadrem. Młodemu chłopcu niewiele było potrzeba – pociągnął szybko dwa tylko solidne grzdule i jakoś udało mu się dotrzeć do łóżka, choć na miękkich jednak nogach.
Co działo się później – Wanda nie bardzo potrafiła powiedzieć. Pamiętała, że Bartosz wrócił do chaty, pamiętała, że to drugie wino jakoś tak za szybko się jej skończyło, a później nie pamiętała już zupełnie nic.
Rano obudziły Wandę nie tyle zimno i rosa, która ją pokryła, ale obudziły ją krzyki:
– Mówiłem, że to czarownica? – krzyczał ktoś. – Mówiłem, że uroki rzuca? Nie przeklinała nas przecież? Nie mówiła „bodaj by wam się wódka rozcieńczyła”? Nie mówiła? Mówiła? Mówiła – nie mówiłem? I jeszcze na dziecka klątwę mi rzuciła! Chory teraz, biedny, głowa go boli i co chwilę w krzaki musi latać! I kto teraz będzie ze mną w polu robił?!
Chłopi uznali więc Wandę za czarownicę i powiesili ją na ładnej, smukłej brzozie. Ciało Wandy wisiało na tej brzozie przez kilka dni, a jedną żywą istotą, która się marwą Wandą zainteresowała, był jej kot. Kot ten, gdyby był psem, być może warowałby pod ciałem swojej pani, ale ponieważ kot był kotem to, kiedy zrobił się głodny, wspiął się na brzozę, przeskoczył na ramię wiszącej na nim Wandy i rozpoczął swoją ucztę podgryzając ją, a zaczął od okolic szyi.
Po kilku dniach chłopi zauważyli tę kocią ucztę i zatłukli kota widłami, wydało im się bowiem złym omenem to, że kot pożywiał się ciałem swojej zmarłej pani, w dodatku jeszcze czarownicy. Uważali, że mogłoby to sprowadzić na nich jakieś nieszczęście, choć żaden z nich nie potrafił wyjaśnić właściwie dlaczego ta kocia uczta miałaby zwiastować coś niedobrego. Uznali jednak, że strzeżonego Pan Bóg i strzeże i na podstawie tego właśnie wniosku, tak na wszelki wypadek, tego osieroconego kota zatłukli. Z tego samego powodu zdjęli też z brzozy ciało Wandy i oddali je ziemi. Pochowali ją za płotem cmentarza, bo czarownicy nie godzi się przecież chować w poświęconym gruncie. Tam to właśnie, pod tym płotem cmentarza, w roku pańskim tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym i trzecim Wanda znalazła swoje miejsce.
***
Zapomnieliśmy domknąć powyżej niektóre wątki, wątki dotyczące zalotników, którzy się do Wandy zalecali wtedy, kiedy jeszcze nie do końca zwariowała. Jeśli chodzi o tych wszystkich Niemców, których Wanda nie chciała, to w roku tysiąc dziewięćset osiemnastym opuścili oni (dobrowolnie lub pod mniejszym bądź większym przymusem) granice nowo powstałej II RP. Bolesław zaś – nie wiadomo czy z rozpaczy po odrzuceniu go przez Wandę, czy też z powodu tego, że wyśmiewano się z jego gorącego patriotyzmu – jeszcze za życia Wandy utopił się w Wiśle.
Nowego karczmarza z kolei wkrótce potem również powieszono, tak jak i powieszono wcześniej Wandę, choć nowego karczmarza powieszono za to, że rozcieńczał wódkę wodą z Wisły, co powodowało u chłopów zatrucia pokarmowe. Co zrobiono z jego ciałem? – nic nam w tym temacie nie wiadomo.
***
KONIEC
===
#naopowiesci
#zafirewallem
1953 słowa.
Dziękuję za uwagę.
Zaloguj się aby komentować
Kochani!
Może między grillowaniem kiełbasek, a chowaniem się przed deszczem znajdziecie chwilę na opowiadanko?
Wczoraj była Noc Walpurgi, zwana też Nocą Czarownic, stąd też temat:
Temat: czarownica
Gatunek: opowiadanie historyczne
Limit: 100-8000 słów
Termin: 18 maja
Zasady wyboru zwycięzcy: głos ludu.
Chyba, że to ja będę miała najwięcej piorunów, to wtedy nie.
Powodzenia!
#zafirewallem #naopowiesci

Zaloguj się aby komentować
Dzień dobry wszystkim kawiarenkowiczom!
Czas na publikację opowiadań minął, nadszedł czas na ogłoszenie wyników XXIII edycji naszych zmagań literackich:
W aktualnej edycji konkursu wzięły udział 3 osoby:
@fonfi ze swoim opowiadaniem It's full of stars...
@KatieWee ze swoim opowiadaniem Czy cienie umierają?
@George_Stark ze swoim opowiadaniem Cień czający się na pograniczu jawy i snu (tutaj mam obiekcje, bo ciężko mi je powiązać z fantastyką lub horrorem)
Poziom był bardzo wysoki, komisja w składzie mojej osoby i moich urojonych przyjaciół po podliczeniu piorunów i komentarzy ma przyjemność ogłosić zwycięzcą. A jest nim (werble)... @KatieWee ! Serdecznie gratulujemy! Nagrodę w postaci palety majonezu Kieleckiego wyślemy pocztą.
Pozostałych uczestników zapraszam po odbiór nagrody pocieszenia.
#zafirewallem #naopowiesci #podsumowanienaopowieści

Zaloguj się aby komentować
Cień czający się na pograniczu jawy i snu
Podłoga – bo Jerzy uświadomił sobie, że leży na podłodze – była twarda i zimna. Plecy bolały go jeszcze bardziej niż zwykle, na dodatek czuł jakieś dziwne kłucie w nerkach. Pewnie od tego zimna – cholera wie, jak długo już tam leżał. Bolała go też głowa, a w ustach miał tak sucho, jakby trociny zagryzał wapnem. Żadna jednak z tych rzeczy nie była powodem tego, że Jerzy był przerażony.
Jerzy był przerażony ponieważ po obudzeniu się nie mógł otworzyć oczu.
***
Już od jakiegoś czasu Jerzy miał kłopoty ze snem. Wszystko zaczęło się jakoś mniej więcej wtedy, kiedy Pacha zmieniła swoją różową hybrydową Toyotę Yaris na zielonego Nissana Leafa. Samo to nie było niepokojące – ot kolejna fanaberia Pachy, na którą Jerzy nie zwrócił większej uwagi, tak i nie zwracał większej uwagi na wszystkie inne jej fanaberie tak długo, dopóki miska była nieustająco pełna, a kuweta regularnie czyszczona. Miska jednak coraz częściej była pusta. Jerzy trącał ją pyszczkiem powodując donośne brzęczenie, a Pacha mówiła wtedy „Oj, przepraszam Jerzy – zapomniałam. Tyle mam na głowie”. Z kuwetą sprawa miała się podobnie, choć jednak odwrotnie – to znaczy, że kuweta również był zaniedbana, bo była pełna i to nie tylko żwirku. „Oj, przepraszam Jerzy – zapomniałam. Tyle mam na głowie” – mówiła Pacha, a Jerzy dopiero po chwili mógł sobie ulżyć, bo po awanturze, którą mu kiedyś Pacha urządziła, bał się drugi raz nasrać do łóżka.
Jerzy trenował więc swoje zwieracze i ścianki jelita grubego, ale Jerzy zaczął się też tym niekorzystnym dla ich związku obrotem spraw martwić. Chodził więc za Pachą po domu i podglądał ją zastanawiając się co też mogło być przyczyną tej jej nagłej zmiany w podejściu do swojego ukochanego. Próbował wytropić jakieś wskazówki, na których mógłby zbudować sobie jakąś teorię, którą następnie uznałby za prawdziwą. W taki właśnie sposób Jerzy zauważył, że Pacha podczas suszenia włosów wykonuje dziwne ruchy. Zupełnie jakby raził ją wtedy prąd.
– „Jakieś przebicie czy ki czort?” – pomyślał Jerzy i zdecydował, jak prawdziwy mężczyzna, sprawdzić czy z suszarką jest wszystko w porządku. – „Najwyżej poświęcę dla niej jedno ze swoich żyć. Mam ich w końcu dziewięć.”
– „Ale tylko jedno” – postanowił w końcu, kiedy już zdecydował się dotknąć tej suszarki, do której zabierał się jednak jak pies do jeża.
Z suszarką było wszystko w porządku. Skąd więc ta zmiana zachowania Pachy? Jerzy nie miał pojęcia.
To właśnie ten niepokój był przyczyną kłopotów ze snem Jerzego, choć Jerzy nie zdawał sobie z tego sprawy. Biedak przejmował się jednak swoim stanem, wertował więc internet w poszukiwaniu rozwiązania. Paraliż senny – to było to, co udało mu się znaleźć i nad czytaniem o paraliżu sennym, zwanym przez niektórych zmorą, spędził ostatni tydzień. Objawy co prawda nie pasowały, ale temat wydał mu się ciekawy.
***
I właśnie o tym paraliżu sennym Jerzy przypomniał sobie wtedy, kiedy obudził się na tej zimnej podłodze i nie mógł otworzyć oczu. Natychmiast poczuł ucisk w klatce piersiowej.
– „Może to Pacha?” – łudził się jeszcze przez chwilę, bo przecież od dawna już próbował namówić ją na to, żeby na nim usiadła. Co prawda miał na myśli twarz, a nie klatkę piersiową, ale jak się nie ma co się lubi, no to i klatka piersiowa też może przecież być. Jerzy wiedział jednak, że sam się oszukuje.
– Pacho! Pacho! – zaczął wykrzykiwać na tyle głośno, na ile było go wtedy stać, ale nie było go stać na wiele – brakowało mu przecież powietrza w płucach. (Zauważmy jednak, że nawet w takiej sytuacji Jerzy nie zapomniał użyć wołacza, który to wołacz jest pięknym przypadkiem, choć niestety już zanikającym za sprawą byle mianownika.)
– O! Już się cholero obudziłeś? – usłyszał głos Pachy. – Pięknie się wczoraj zaprezentowałeś! Po prostu pięknie! Ciebie tylko puścić do ludzi, albo ludzi do ciebie! Taki wstyd przed Erwinkiem!
– Co się stało? – zapytał Jerzy, zapominając na chwilę o swoich oczach, bo wobec gniewu Pachy nawet i ślepota była niczym. Zresztą, Homer też był przecież ślepy. Choć, z drugiej strony, nic nam nie wiadomo o tym, żeby spotykał się z jakąś kobietą. Może dlatego pamiętamy go do dzisiaj?
– Co się stało?! Jeszcze się głupio pytasz?! – wściekała się dalej Pacha. – Uchlałeś się wczoraj, zresztą Erwinek też był nie lepszy! No i jak powiedział, że strasznie ma ochotę jakieś stopy pooglądać, chciał mnie nawet namówić, ale się nie zgodziłam, to ty wtedy, ty cholero, zdjąłeś skarpety i podsunąłeś mu pod te swoje stopy pod nos! Erwinek stwierdził, że za mało kobiece, a ty wpadłeś w szał. „Za mało kobiece?! Za mało kobiece?! Czekaj, ja ci jeszcze pokażę!” – zacząłeś krzyczeć i pobiegłeś do łazienki. Chwilę tam posiedziałeś, a potem to już było słychać tylko huk, bo się przewróciłeś, ty ochlejusie jeden, i zasnąłeś na podłodze! Czekaj chwilę, sprawdzę czy znowu ci jakiś bocian siana nie podprowadził.
Jerzy poczuł rękę Pachy sięgającą do jego kieszeni i wyjmującą z niej portfel.
– No, są pieniądze. Całe szczęście – powiedziała Pacha.
– Pacho – zaczął Jerzy, wciąż nie zapominając o wołaczu – ja nic nie widzę!
– No i nie dziwota, ty moczymordo! Tak ci się zachciało być dla Erwinka kobiecym, że pomalowałeś się moim cieniem do powiek. No a potem usnąłeś i w nocy ci się te powieki posklejały.
***
#naopowiesci
#zafirewallem
***
EDIT: A, zapomniałem: 848 słów.
Jakby to miało jakieś znaczenie.
@George_Stark Ja mam tylko dwa pytania natury porządkowej:
Tak dla rozwiania moich wątpliwości, ten incydent łóżkowy to miał miejsce pod postacią kota, prawda?
A znowu fetysze z Erwinkiem to w ludzkiej postaci po skarpetach tuszę? Czy to miała być współczesna interpretacja "Kota w butach"? Znaczy się w skarpetach...
Zaloguj się aby komentować
Nawet nie opowiadanie, ale krótki obrazek, niecałe trzysta słów.
Czy cienie umierają?
Na początku wszystko wydawało się być z tym dzieckiem w porządku. Dziesięć paluszków u rąk, dziesięć paluszków u stóp, błędne spojrzenie w kolorze burzowego nieba i nieobecny uśmiech jakby przeznaczony dla kogoś innego niż ci którzy gruchali, przewijali i całowali pokrytą ciemnym puchem główkę.
Matka, która pierwsza to odkryła, o mało co nie wypuściła dziecka z rąk na zimną podłogę. Przerażenie złapało ją za gardło i zmiękczyło jej kolana, prąd strachu płynący wzdłuż kręgosłupa pozbawiło ją tchu.
Dziecko nie miało cienia.
To znaczy miało, ale nie swój.
Gdy uniosła je w góry światło lampy ukazało jej nie cień niedużego tłumoczka zawiniętego w poduszkę, ale starca! Wysokiego, wyprostowanego, ale wyraźnie wykrzywionego już przeżytymi latami.
Drżąc podeszła do ściany i opuszkami palców dotknęła cienia, który jakby wzdrygnął się pod tym dotykiem.
Miałą wrażenie, że ściana w miejscu gdzie pada cień jest cieplejsza, jakby mężczyzna ogrzewał ją swoim ciałem i oddechem.
Pokiwał do niej ręką, a ona podała mu dziecko, aby mógł je potrzymać. Kołysał malutką dziewczynkę, aż zmrużyła oczki i zasnęła.
Towarzyszył małej w każdej chwili jej życia i był z nią wszędzie.
Gdy w pokoju paliło się kilka świateł i wszyscy i wszystko inne miało cienie podwójne, potrójne, rozczworzone, zwielokrotnione, mała dziewczynka miała tylko jeden cień, czarniejszy niż inne.
Matka nauczyła się zostawiać niewielką lampkę przy łóżeczku dziecka. Gdy się budziło cień podnosił się i bujał ją delikatnie w ramionach, aż znowu usnęła.
Bawił się z nią lalkami i klockami, podtrzymywał pod pachami gdy stawiała pierwsze kroki.
Gdy podrosła ledwo nadążał za jej krokami, ale zawsze pozostawał gdzieś w pobliżu.
A pewnego dnia zniknął, żeby już nie powrócić. Dziewczynka i jej matka szukały go wszędzie, widziały go w każdym innym cieniu, nawoływały, on jednak odszedł na zawsze.
#naopowiesci #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować
Dzień dobry wieczór się z Państwem,
Tym razem, tak dla odmiany postanowiłem wyrobić się na czas. No bo termin mija chyba dopiero jutro o godzinie 19:00 czasu środkowoeuropejskiego, prawda? Prawda?!
Przyznam się szczerze, że na początku miałem zupełnie inną koncepcję na to opowiadanie. Ale jak to z koncepcjami bywa, one sobie, a życie sobie. Tak więc kiedy w końcu siadłem i zacząłem pisać, to moje myśli non stop wędrowały w kierunku @Dziwen a. Czy wysyp wszelkiego rodzaju postów związanych z #perypetiedziwena w ostatnich dniach mógł mieć na to wpływ? Nie wiem. Ale tego nie wykluczam. W każdym razie możliwości jakie otworzyła przede mną misja Grudziądzkiej Centralnej Agencji Kosmicznej wydają się tak nieograniczone i tak kuszące, że nie potrafiłem się im oprzeć. Po raz kolejny. No cóż, ten drugi pomysł będzie musiał poczekać na jakąś kolejną edycję. Albo może nie będzie musiał bo znajdę trochę czasu, żeby go skończyć pozakonkursowo...?
W każdym razie oddaję Państwu kolejny, świeży, jeszcze gorący odcinek space opery o międzygalaktycznej arce Santa Maria.
Miłej lektury.
************
It's full of stars...
Od dobrych kilku minut Dziwen siedział jak sparaliżowany, a w uszach ciągle dźwięczało mu echo płaczu. Płaczu małego dziecka. Bał się wykonać jakikolwiek, choćby najmniejszy ruch, chociaż kubek z gorącą kawą parzył go w dłonie. Ale to pieczenie - tak ku⁎⁎⁎⁎ko nieznośne - było jedyną rzeczą, która podtrzymywała jego poczucie rzeczywistości. Chwycił się go jak tonący brzytwy, żeby tylko nie oszaleć.
Najpierw ostrożnie rozluźnił palce na kubku, czując że jeśli tego nie zrobi, naczynie za chwilę pęknie i pokaleczy mu ręce. Skupił się na dźwiękach otoczenia upewniając się, że płacz naprawdę już przebrzmiał, a to słabnące poczucie czyjejś obecności to wytwór jego wyobraźni. Rozejrzał się powoli po jasno oświetlonym kambuzie, pozwalając by oddech mu się całkiem uspokoił. Jedyne co teraz słyszał to szum wymienników powietrza systemu wentylacyjnego międzygalaktycznej arki Santa Maria oraz sporadyczne pikanie robotów kuchennych.
Jak tylko szok minął i całkiem odzyskał zdolność poruszania się, pobiegł do ambulatorium. Położył się pod automatycznym skanerem i wystukał na panelu polecenie uruchomienia pełnej diagnozy, wraz ze szczegółowym rezonansem mózgu. Kiedy aparatura ożyła i przystąpiła do badania, Dziwen zaczął się zastanawiać od kiedy ma te… No właśnie, co? Zwidy? Halucynacje? Doliczył się siedmiu “epizodów”, jak je do tej pory nazywał. Pierwszy pojawił się już pierwszego dnia, tuż po uruchomieniu prototypowego napędu i wykonaniu skoku w bliżej nieokreśloną przestrzeń kosmiczną. Jednak wtedy zrzucił to na ogromne ciśnienie i stres w jakim przyszło mu funkcjonować. Nagła ucieczka z Ziemi, pierwsze użycie napędu skokowego, które równie dobrze mogło odparować całą arkę wraz ze wszystkimi uciekinierami albo zmaterializować ich w centrum czarnej dziury lub we wnętrzu jakiejś gwiazdy. I to wszystko wyłącznie na jego głowie.
Wrócił myślami do tych wydarzeń. Przypomniał sobie jak w jednym momencie, poprzez wibracje, czuł przeciążenie generowane przez potężne silniki wyrywające Santa Marię ze studni grawitacyjnej Ziemi. Pamiętał końcówkę odliczania przed skokiem. A chwilę potem klęczał już na pokładzie mostka wymiotując. Nie potrafił dokładnie opisać jak przebiegał sam skok. Miał tylko wrażenie, że ktoś wywrócił go na lewą stronę i wyrzucił w upstrzoną gwiazdami czarną otchłań, po czym szarpnął jak za smycz i sprowadził z powrotem na pokład. Do pozycji klęczącej. W której wrażenie przenicowania znajdowało ujście za pomocą gwałtownych torsji. Wtedy właśnie to poczuł. Głęboki niepokój, jakby coś monstrualnego przyglądało mu się z zaciekawieniem zza ciężkiej, niewidzialnej zasłony. Po kilku sekundach uczucie zniknęło, ale on był już wtedy zbyt zajęty kontrolą systemów statku, żeby zawracać sobie tym głowę.
Z zamyślenia wyrwało go piknięcie i komunikat “skanowanie zakończone” wypowiedziany syntetycznym głosem komputera medycznego. Dziwen wywołał wyniki badania na ekran i gorączkowo przewijał długą listę w poszukiwaniu jakichkolwiek odstępstw od normy.
Nic. Tak samo jak przy poprzednich skanach.
— Jak tak dalej pójdzie to od samych tych skanów zwariuję, albo będę świecił w ciemnościach - pomyślał, schodząc ze stołu medycznego i kierując się z powrotem w stronę kambuza.
Dziwen, choć od samego początku uczestniczył w pracach Grudziądzkiej Centralnej Agencji Kosmicznej przy projektowaniu systemów symulacji dla krio-kapsuł, to na stanowisko Głównego Kreatora został przydzielony w ostatniej chwili, dosłownie na kilka godzin przed startem. Wszystko potoczyło się wtedy szybko i gwałtownie. Inwazja, strach, ucieczka, start i skok… A teraz już pół standardowego roku przemierzał samotnie kosmiczną przestrzeń, nadzorując pracę arki.
Samotnie - jeśli nie liczyć kilku tysięcy zahibernowanych ocalałych.
Po pierwszym epizodzie, co do którego Dziwen cały czas miał jeszcze wątpliwości, czy jednak faktycznie nie był efektem intensywnego stresu, drugi wyrwał go z głębokiego snu na początku trzeciego miesiąca tułaczki. Obudził się gwałtownie z takim samym intensywnym uczuciem bycia obserwowanym. Ale wtedy też zignorował wrażenie, tłumacząc je sobie po prostu złym snem.
Kolejne zdarzały się coraz częściej i przyjmowały coraz bardziej intensywne, niemalże realne formy. Od poprzedniego minęło raptem dwa dni.
Dziwen wszedł do kambuza, rozejrzał się na wszelki wypadek i zabrał ze stołu kubek z zimną już kawą. Nie lubił zimnej kawy. Wylał zawartość do zlewni, podstawił kubek pod ekspresem i nacisnął przycisk. Ekspres zaterkotał młynkiem i w pomieszczeniu rozszedł się przyjemny zapach świeżo mielonych ziaren. Oparł się rękami o szafkę i czekając aż ekspres skończy przygotowywanie napoju przycisnął czoło do miłej, zimnej powierzchni białych drzwiczek, dając myślom zupełnie odpłynąć. Ekspres skończył parzenie i znowu nastała cisza, urozmaicona jedynie szumem wentylacji.
Zabrał gorący napój i spojrzał na stolik przy którym przed chwilą tak wyraźnie słyszał płacz dziecka. Zdecydował, że woli się jednak przespacerować i skierował kroki w stronę znajdującej się nieopodal hali widokowej. Usiadł ostrożnie na miękkiej kanapie. Naprzeciwko miał wielkie panoramiczne okno, o rozmiarach ekranu kinowego, osłonięte przez większość czasu przez grube pancerze chroniące przed radioaktywnym promieniowaniem. Systemy arki pozwalały na otwarcie osłon na nie dłużej niż 15 minut w jednym cyklu dobowym. Chociaż w przestrzeni kosmicznej nie było ani dnia ani nocy, to komputery pokładowe utrzymywały 24 godzinny cykl zegarowy, a kalendarz pracował w tzw. systemie standardowym, bazującym na Ziemskim kalendarzu gregoriańskim.
Dziwen wyjął z kieszeni terminal, z którym nigdy się nie rozstawał, rzucił okiem na ogólne podsumowanie systemów sterujących, a nie widząc tam nic niepokojącego uruchomił system hali widokowej i otworzył osłonę. Wraz z jej otwarciem, rozbłysły zewnętrzne reflektory oświetlając statek. Jego oczom ukazało się monstrualne “cielsko” Santa Marii w całej swojej okazałości.
Większość pomieszczeń “socjalnych” znajdowała się na ogromnym pierścieniu obracającym się wokół głównego kadłuba. Obrotowy ruch pierścienia zapewniał pokładom sztuczną grawitację, natomiast w centralnej części panował stan nieważkości. Tam też znajdowały się hangary, magazyny, wszelkiej maści pomieszczenia techniczne i komory z prototypowymi systemami napędowymi. Dziwen podszedł do okna i oparł się o szybę przyglądając się temu niesamowitemu wytworowi grudziądzkiej myśli technologicznej.
W pewnym momencie kątem oka dostrzegł ruch. Skupił wzrok w tym miejscu i zauważył na zewnątrz jakąś skuloną postać. Poczuł jak znowu ogarnia go panika. Jego umysł nie mógł poradzić sobie z przetworzeniem informacji, że w pustej, zimnej przestrzeni kosmicznej unosi się… dziecko! Mała dziewczynka! A kiedy uświadomił sobie, że postać nie jest na zewnątrz, ale że wpatruje się w jej odbicie w szybie, odwrócił się jeszcze bardziej przerażony.
Na kanapie, na której przed sekundą siedział on sam, kucała mała - mniej więcej 7 letnia - przestraszona dziewczynka. Zrobiło mu się ciemno przed oczami a kubek wypadł mu z ręki i z brzękiem roztrzaskał się na twardej podłodze. To przywołało go do rzeczywistości.
— Co tu się, k⁎⁎wa, dzieje?! - zdołał z siebie wydusić
Na dźwięk jego głosu, dziewczynka cofnęła się, wtuliła mocniej w miękkie oparcie kanapy i rozpłakała się. W tym samym momencie na statku zamrugały światła a terminal zasygnalizował zakłócenie w systemie zasilania. Zdezorientowany Dziwen nie bardzo wiedział jak ma zareagować. Zacisnął pięści, aż paznokcie wbiły mu się w dłoń, głównie po to żeby upewnić się, że nie śni.
Dziecko nie przestawało kwilić. I wpatrywało się w niego wielkimi, czarnymi, praktycznie pozbawionymi białek oczami.
Zrobił krok w stronę kanapy.
Kolejny.
Dziewczynka szlochała ale nie spuszczała z niego wzroku. Jej intensywne spojrzenie natychmiast przywołało to silne, znajome już uczucie bycia obserwowanym. Nie wiedzieć czemu, cały strach, który przed chwilą go tak paraliżował, teraz gdzieś zniknął. Usiadł na krawędzi, wyciągnął zachęcająco rękę w jej stronę i zapytał:
— Masz jakieś imię?
— Nazywam się Santa Maria — odpowiedziała. A w jej czarnych oczach zamigotały gwiazdy.
************
1138 słów
#zafirewallem
#naopowiesci
@fonfi Dobre! Podoba mi się jak konsekwentnie ciągniesz to swoje uniwersum 🙂
No i zdążyłeś. Już się bałem że nikt nie napisze xD
@fonfi Na razie jesteś zdecydowanym faworytem na wygraną xD
Zaloguj się aby komentować
Witam szanownych Państwa w XXIII edycji zabawy #naopowiesci!
Tym razem zaszczyt wyboru tematu przypadł mojej skromnej osobie. Zastanawiałem się długo nad przedmiotem zmagań literackich i decyzja była niełatwa. Ostatecznie wybór padł na:
Temat: Cień czający się na pograniczu jawy i snu
Gatunek: fantastyka, horror
Limit: 100-5000 słów
Termin: 30 kwietnia godzina 19:00
Zasada wyboru zwycięzcy: Ilość piorunów + ilość komentarzy pod opowiadaniem (komentarze autora się nie liczą
Powodzenia!
#naopowiesci #zafirewallem


@fonfi Jakby co to miałem na myśli czas środkowoeuropejski 😉
@Fafalala Śmiało, warto spróbować! Ja już za drugim podejściem wygrałem 😁
Teraz sobie myślę że mogłem dać bardziej wielkanocny temat. Na przykład "rycerz z zajęczą wargą na ratunek majonezowej księżniczce"
Zaloguj się aby komentować
Dobry wieczór,
przyszedł czas zamknąć XXII edycję zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem . Jako że nie jestem dobrym pisarzem, to będzie króciutko.
Do zabawy zgłosiło się 3 autorów:
@bori z wytworem "CZTEREJ PODSTĘPNI I OFCA CZYLI PORADNIK DLA NOWEGO MODERATORA NA HEJTO"
@George_Stark z wytworem "WSZYSTKIE ZWIERZĘTA SĄ RÓWNE, ALE OWCE SĄ RÓWNIEJSZE"
@fonfi z wytworem "Wielka Księga Moderacji"
Zasady były proste i uczciwe, dlatego chyba jako pierwsza osoba w konkursie podejdę do nich w pełni uczciwie
Użytkownik @fonfi opublikował swój utwór (celowo) po czasie (18:03), w związku z czym został zdyskwalifikowany.
Z kolei użytkownik @George_Stark nie spełnił wymogu formalnego napisania poradnika, w związku z czym również został zdyskwalifikowany.
Po tej części formalnej, jury udało się na burzę mózgów, trwającą aż do teraz i ostatecznie po zażartej dyskusji dokonało niejednomyślnego wyboru:
ZWYCIĘZCĄ XXII EDYCJI #naopowiesci ZOSTAJE @bori !
Wyrazy współczucia dla zwycięzcy, gratulacje dla pokonanych, a ja oficjalnie udaję się na emeryturę opowiadaniową
#naopowiesci #zafirewallem #podsumowanienaopowieści
#owcacontent <- do blokowania moich wpisów
Zaloguj się aby komentować
Dzień dobry się z Państwem,
Czy tym razem zdążyłem?
Aha - wszelkie podobieństwo do jakichkolwiek osób jest zupełnie przypadkowe i niezamierzone. No mówię Wam, że tak jest
************
Wielka Księga Moderacji
7… 8… 9… 10…
Doliczył w myślach do końca i otworzył oczy. Zorientował się, że kuca między dwoma samochodami. A właściwie tym co z nich zostało. Zardzewiała karoseria, brak kół, powybijane szyby i zdemolowane wnętrza. Wyjrzał ostrożnie spomiędzy wraków i stanął przed budynkiem, którego stan był równie opłakany. Kawałki szkła we framugach okien, dziury w elewacji, sterczące resztki elementów konstrukcyjnych i wystające zewsząd dziko rosnące rośliny sprawiły, że przez chwilę się zawahał czy to na pewno ten. Jego wątpliwości szybko jednak się rozwiały, kiedy między liśćmi dostrzegł blady, ledwie już widoczny napis “DATA CENTER”.
— No dobrze, nie ma co dłużej zwlekać. Bardziej gotowy nie będę - zdecydował, mrucząc pod nosem Max.
Spojrzał do góry, czy na błękitnym niebie, które stanowiło przeraźliwie radosny kontrast do otaczającego go mrocznego krajobrazu, nie dojrzy jakiś dronów. Te przypominające obłoczki (“albo raczej puchate owieczki” - poprawił się w myślach) france potrafiły unosić się bezgłośnie i nim się człowiek zorientował mogło być po wszystkim. Na szczęście nigdzie nie dostrzegł ich najmniejszego śladu.
Zachowując czujność ruszył w kierunku drzwi. Przyczaił się pod ścianą i zerknął na zamontowane na ręce urządzenie, które według zapewnień miało skanować okolicę i informować go o jakimkolwiek ruchu. Ze środka małego wyświetlacza leniwie mrugała do niego jedynie zielona kropka, oznaczająca jego pozycję.
Chwycił i - wstrzymując oddech - pociągnął za klamkę. Zaskoczyło go, że drzwi otworzyły się bezgłośnie.
— Na całe szczęście - pomyślał, brakowałoby mi tylko, żeby narobić tutaj hałasu.
Wślizgnął się do środka i zlustrował pomieszczenie, w którym się znalazł. Niewielka klatka schodowa, kilka kolejnych par drzwi i metalowe schody prowadzące na wyższe piętra. Tutaj również niekontrolowana przyroda zaczynała opanowywać przestrzeń, wdzierając się do środka przez puste oczodoły okien. Z informacji, które dostał wiedział, że szukać musi na pierwszym piętrze. Powoli wszedł na schody, patrząc gdzie stawia kroki. Żałował, że nie ma ze sobą broni - jakiegoś noża albo chociaż czegoś co mogłoby posłużyć za pałkę. A fakt, iż doskonale wiedział, że taka broń na nic by się zdała, zupełnie nie poprawiał mu humoru.
Dotarł na piętro. Wszedł do kolejnego małego pomieszczenia. Zbutwiałe, podziurawione resztki jakiejś kanapy w kącie i okienko w ścianie po prawej, w którym ostała się - najwyraźniej wzmacniana - szyba sugerowały, że to recepcja. Przed nim znajdowały się masywne, przeciwpożarowe drzwi zabezpieczone, martwym teraz zamkiem cyfrowym. Sprawdził klamkę, chociaż i tak wiedział, że drzwi nie puszczą. Ocenił wysokość szpary pod szybą w oknie, przecisnął się, lądując niezgrabnie w stróżówce po drugiej stronie i zamarł na chwilę. Zerknął na skaner bo wydawało mu się, że brzeg wyświetlacza zapalił się na ułamek sekundy na czerwono.
— Musiało mi się chyba przywidzieć - skwitował po kilku długich sekundach, przez które wpatrywał się pojedynczą zieloną kropkę na środku urządzenia.
Odczekał jednak jeszcze dobrą minutę, zanim postanowił ruszyć dalej.
Z pomieszczenia ochrony, wyszedł na długi korytarz, który po jakiś stu metrach skręcał pod kątem prostym w lewo. Przemieszczał się ostrożnie, uważając żeby nie potknąć się o pozwijane wszędzie pnącza i łodygi. Co kilka kroków stawał, sprawdzał skaner i nasłuchiwał. Po lewej i prawej stronie mijał szerokie, podwójne drzwi, oznaczone napisami “STREFA” z kolejnymi numerami. Niektóre były zamknięte, inne otwarte a jeszcze inne wisiały na jednym zawiasie jakby wyrwała je z framug jakaś eksplozja wewnątrz pomieszczenia. Dotarł w końcu do zakrętu. Uspokoił oddech i wyjrzał ostrożnie za róg. Przez chwilę przyglądał się zarośniętej przestrzeni. Kiedy nic nie wzbudziło jego podejrzeń ruszył dalej. Minął kolejne dwie pary drzwi, aż zauważył oznaczenie: STREFA 21-37.
— Są. Dokładnie tak jak mówił. Na szczęście chyba nie są zamknięte. - pomyślał, zerkając na wąską szczelinę.
Ostrożnie uchylił je bardziej. W pomieszczeniu, które kiedyś było serwerownią panował całkowity mrok. Ostrożnie wślizgnął się do środka i przywarł do ściany z nadzieją, że wzrok mu się przyzwyczai do ciemności. Zaczął co prawda dostrzegać niewyraźne kształty, ale nie na tyle, żeby móc się bezpiecznie poruszać. Sięgnął ręką do pasa po latarkę, skierował ją w głąb pomieszczenia i nacisnął włącznik. W nagłym rozbłysku światła zdążył tylko zauważyć poziome, prostokątne źrenice, które z przerażającą szybkością rzuciły się na niego. Ostatnie co zapamiętał to przeraźliwy, beczący głos…
************
Max ocknął się przerażony. Uspokoił się jednak szybko, czując pod sobą miły chłód automatycznie dostosowującej się do ciała, wkładki żelowej fotela antyprzeciążeniowego międzyplanetarnej arki Santa Maria.
— @Dziwen , mogłeś mnie, k⁎⁎wa, o nich uprzedzić… - warknął, otrząsając się z resztek symulacji, do siedzącego przy pulpicie sterowniczym Głównego Kreatora.
— Max, przecież ci mówiłem, że symulacja się sypie. Nie dość, że nad niektórymi obszarami tracę kontrolę, to w niektórych nie jestem w stanie nawet podejrzeć wizualizacji. Wszystkie ślady, jakie udało mi się namierzyć prowadzą w obszar STREFY 21-37 - bronił się Dziwen i dodał - To tam musi być źródło problemu.
— Wiem, wiem mówiłeś. Pewnie dlatego też, wysiadła akurat kapsuła 21.37. Biedna Pacha… Doszła już do siebie?
— Jeszcze dochodzi. Chociaż szczęśliwa to nie jest. Nie na to się pisała.
— Nikt z nas się nie pisał na to, co właśnie się dzieje. Dobra, chyba musimy spróbować ponownie. Rozumiem, że dalej nie wiesz czego szukamy? - upewniał się Max
— Nie. Ale myślę, że jak znajdziesz to będziesz wiedział o co chodzi. - zapewnił go Dziwen, przekrzywiając głowę na bok w charakterystyczny dla siebie, “sowi” sposób.
— Przynajmniej teraz wiem czego się spodziewać. - pocieszał się Max
— Nooo… Właściwie to niekoniecznie… Ten obszar symulacji “żyje własnym życiem”. W logach wygląda to tak jakby się cały czas sam modyfikował.
— Żartujesz sobie?! Chcesz mi powiedzieć, że cholera wie co tam teraz zastanę? - zdenerwował się Max - Też się nie na to nie pisałem… Dobra, podłączaj mnie. - dodał zrezygnowany
************
7… 8… 9… 10…
Otworzył oczy.
Błękitnie niebo, budynek i samochody. Jednak tym razem wszystko w idealnym stanie.
— Szlak! - podsumował widok Max - Chociaż tyle, że zaczynam w tym samym miejscu.
Rozejrzał się za dronami, sprawdził skaner na ręku i trochę pewniej niż ostatnim razem, ruszył w stronę budynku z - tym razem - wyraźnym napisem DATA CENTER. Drzwi otworzyły się tak samo lekko jak ostatnio. Klatka schodowa lśniła nienaturalnie sterylną czystością. Przystanął nasłuchując. W przeciwieństwie do poprzedniego wejścia w symulację, tym razem zamiast martwej ciszy słyszał gdzieś w oddali szum pracujących urządzeń. Wszedł na piętro. Kanapa w poczekalni zachęcała miękkimi poduchami, a zamek cyfrowy na drzwiach mrugał czerwoną diodą. Max zajrzał ostrożnie do stróżówki, przez pancerną szybę ale nikogo nie zauważył.
— Ciekawe, kogo się spodziewałem tutaj zastać - zaśmiał się duchu
Na biurku, przy włączonym monitorze, na którym widać było obraz z kamer bezpieczeństwa, leżało kilka plastikowych kart dostępu. Sięgnął po nie ręką przez szparę pod szybą, przez którą poprzednio się przeciskał. Zerknął na kawałek plastiku i na zamek przy drzwiach.
— To się nie może udać - próbował przekonać sam siebie
Przyłożył kartę do czytnika. Dioda zmieniła kolor z czerwonego na zielony, elektro-zwora puściła z charakterystycznym “pyknięciem” i drzwi się uchyliły.
— Za łatwo idzie tym razem… - pomyślał
Pomimo coraz większych podejrzeń, otworzył drzwi i wyszedł na korytarz. Ruszył powoli w kierunku zakrętu. Tym razem wszystkie, mijane po lewej i prawej stronie, drzwi były zamknięte, a przy każdych z nich mrugały aktywne systemy kontroli dostępu. Na korytarzu było dość głośno przez pracującą na wysokich obrotach wentylację. Krok za krokiem zbliżał się do zakrętu. Tak jak poprzednio, uspokoił oddech, sprawdził skaner i wyjrzał za róg. Tym razem widoku nie zasłaniały żadne dzikie pnącza. Było zupełnie pusto.
Zebrał się w sobie i ruszył w stronę drzwi oznaczonych napisem STREFA 21-37. Tak jak wszystkie pozostałe - były zamknięte, a czytnik przy drzwiach mrugał na niego diodą. Na myśl o tym, co ostatnio czekało na niego za tymi drzwiami, oblał go zimny pot. Niestety nie było odwrotu. Przyłożył kartę a zamek odblokował dostęp. Nie zastanawiając się dłużej, żeby przypadkiem się nie rozmyślić, szarpnął gwałtownie za klamkę. Drzwi stanęły otworem. Światła w środku automatycznie się włączyły, ukazując rzędy szaf z szumiącymi głośno serwerami różniej maści.
Stał tak przez chwilę, w obawie czy tym razem też go coś przypadkiem nie zaatakuje, ale na tyle na ile był w stanie stwierdzić, w pomieszczeniu nikogo nie było. Pomiędzy rzędami szaf, dostrzegł na końcu pomieszczenia biurko z terminalem. Podszedł bliżej. Ekran terminala, pomimo że włączony, był cały czarny i tylko na środku świeciły się dwa jasne prostokąty. Miejsca na wpisanie loginu i hasła. Obok monitora i klawiatury leżała książka.
— Książka?! - zapytał sam siebie zaskoczony Max
Wziął ją do ręki, żeby przyjrzeć się jej dokładnie. Książka zupełnie nie pasowała do nowoczesnego wnętrza centrym danych. Była oprawiona w skórę, z bogatymi, mosiężnymi zdobieniami, zamknięta na zatrzask. Na okładce widniała głowa barana z wielkimi zakręconymi rogami. Żadnych napisów, żadnego tytułu - nic co mogłoby sugerować zawartość.
Otworzył zamek i ostrożnie uchylił grubą okładkę. Na pierwszej stronie, wypisany ozdobnym pismem i mieniącym się atramentem widniał tytuł:
WIELKA KSIĘGA MODERACJI
a pod nim tekst, który wyglądał na ostrzeżenie:
Gdy T0m@s2-H@jt0 zatwierdzisz enterem,
Nie będziesz jeno marnym luserem,
Lecz władzę ogromną do ręki dostaniesz,
I panem ich losu natychmiast się staniesz!
Przekartkował książkę, gdzie na kolejnych stronach drobne, odręczne pismo przeplatało się z ozdobnymi szkicami, wykresami i notatkami na marginesach aż zatrzymał się na ostatniej stronie. Tam, na samym jej środku widniał odręczny rysunek głowy barana, identyczny z tym na okładce a pod nim tylko jedno zdanie:
“Wszyscy są równi, ale Owce są równiejsze!”
Wiedział już, że znalazł to po co przyszedł. Wiedział, że musi zabrać księgę i wynieść na zewnątrz, żeby Dziwen mógł w niej znaleźć rozwiązanie i przywrócić kontrolę nad symulacją. Wiedział. Jednak nie mógł oderwać wzroku od mieniącej się złoto-zielonym sheenem głowy barana i wiedziony jakimś dziwnym impulsem położył ręce na klawiaturze i uzupełnił obydwa pola:
- admin
- T0m@s2-H@jt0
Nacisnął ENTER.
Szum serwerów zniknął gdzieś w oddali.
************
Dziwen aż krzyknął z przerażenia kiedy urządzenia monitorujące funkcje życiowe Maxa zawyły alarmami.
— Max?! K⁎⁎wa!!!! Kurwaaaaa!!!! Co tam się dzieje!!!!!
Jego palce biegały nerwowo po klawiaturze pulpitu sterowniczego, przeglądając wszystkie możliwe logi i podprogramy w poszukiwaniu odpowiedzi - bez rezultatu. Nagle ekran jego monitora zgasł na moment by po chwili znowu się uruchomić. Ale zamiast znajomych okien i narzędzi - na czarnym tle mrugał tylko biały, prostokątny kursor.
Jesteś tam Max? - Dziwen niepewnie wpisał pytanie, chociaż wiedział, że ten obszar symulacji jest poza jego kontrolą.
Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Nagle pytanie zniknęło, a na ekranie pojawił się napis:
— Maxa już nie ma. Od dzisiaj zwracaj się do mnie @bojowonastawionaowca . I taguj, jak ze mną rozmawiasz!!!
************
1662 słowa
#zafirewallem
#naopowiesci

Zaloguj się aby komentować
Pan Michau nie był dobrym gospodarzem. Pasza w jego gospodarstwie była coraz bardziej niestrawna, zbiory z roku na rok coraz gorsze (głównie za sprawą podeptanego przez złośliwe elfy zboża), ziarno coraz trudniej było oddzielić od plew, a na dodatek ogrodzenie było tak dziurawe, że do folwarku bez problemu nocą dostawali się pijani imigranci z Rumunii, którzy wykrzykiwali obraźliwe hasła o jakiejś Monice i jej magicznej waginie, w której według ich relacji znikały różne przedmioty.
Pan Michau nie chciał swojego gospodarstwa opuścić, pomimo nawet protestów zwierząt zbierających się pod hasłem Folwark upaństwowić, a parobków wypierdolić, wobec czego dwa niesubordynowane barany o imionach Emil i Krzysztof postanowiły założyć własne gospodarstwo. W 24 godziny wznieśli budynki gospodarskie i postawili ogrodzenie. Budynki chwiały się przy najmniejszym wietrze, zdarzało się, że spadały z nich dachówki, ale wszystko jako tako trzymało się kupy. Ogrodzenie za to wydawało się dość szczelne, a przynajmniej nic nam nie wiadomo o jego naruszeniach, choć powodem braku tych naruszeń może być brak prób ich podejmowania, bo gospodarstwo knurów nie cieszyło się zbyt dużą popularnością.
Barany od czasu do czasu pojawiały się gospodarstwie pana Michaua. Nie przez dziury w płocie, wchodziły tam bramą, bo pan Michau nie zamknął przed nimi drogi powrotnej. Barany prowadziły więc działalność dywersyjną – namawiały zwierzęta w zagrodzie pana Michaua do przenosin obiecując im gruszki na wierzbie zamiast znanych im już mirabelek, których zresztą wcale nie było u pana Michaua tak dużo. Na koniec barany odśpiewywały Barkę i wynosiły się do siebie, a niektóre zwierzęta podążały za nimi.
Pewnego dnia pan Michau postanowił polepszyć byt zwierząt znajdujących się pod jego opieką. Odpicował swoje budynki za pomocą farby w sprayu, w miejsce dziur w ogrodzeniu poupychał kartony i ogłosił zwycięstwo przeprowadzonej przez siebie rewolucji. Pan Michau nie wziął jednak pod uwagę jednego czynnika (być może uznał go za nieistotny?), a czynnikiem tym były potrzeby jego zwierząt. Wtedy rozpoczął się eksodus.
W gospodarstwie Emila i Krzysztofa w wyniku imigracji nastąpił skokowy przyrost populacji. Żeby nad tym wszystkim zapanować, zwierzęta ustanowiły mające rządzić ich społecznością przykazania, a przykazania te brzmiały tak:
– wszystko, co nie ma jajek jest wrogiem;
– wszystko co nie jest wrogiem, jest przyjacielem;
– żadne zwierzę nie będzie dodawać wpisów politycznych bez odpowiedniego tagu;
– w ogóle żadne zwierzę nie będzie dodawać wpisów bez odpowiednich tagów;
– żadne zwierzę nie będzie kazać innemu zwierzęciu usunąć konta;
– wszystkie zwierzęta są równe.
Zwierzęta były dumne z ustanowionych przez siebie przykazań, a przykazania te były przechowywane w niezabezpieczonym pliku tekstowym Przykazania.txt, który, jak głosi legenda, niektóre zwierzęta od czasu do czasu nawet czytały, a czytały go po to, żeby przypomnieć sobie jego treść. Strażnikiem przykazań został wyznaczony bojowo nastawiona owca.
Życie towarzyskie na farmie kwitło. Zwierzęta spotykały się ze sobą i wspólnie spędzały czas. Tworzyły się grupy, które wiązały wzajemne zainteresowania: pojawiali się miłośnicy perfum, wiecznych piór, książek, filmów, gier komputerowych, a nawet poezji. Zwierzętom nigdy nie brakowało żywności dostarczanej im z okolic Lublina, ani świeżej bałtyckiej wody odsalanej w Gdańsku.
Z czasem zwierzęta zaczęły wybierać się poza folwark. Grupy spotykały się ze sobą w mniejszych podgrupkach, które łączyła głównie geografia, ale zdarzało się że również i zainteresowania. Tak na przykład spotkali się w Warszawie miłośnicy poezji, co zorganizowała owca, bo knur Jerzy, który po rocznym błąkaniu się po bezdrożach po opuszczeniu gospodarstwa pana Michaua postanowił osiąść w tej ziemi obiecanej, zorganizować takiego spotkania nie potrafił. Wtedy zaczęły się kłopoty. Po takich spotkaniach zwierzęta zaczęły znikać.
Pierwszym, który zniknął był mongolski słoń dyskotekowy, słoń niezwykły, ze skórą nie w kolorze szarym, jak u zwykłego słonia, ale ze skórą lustrzaną, podzieloną w dodatku na segmenty, jak skóra pancernika tak, że przypominałby kulę dyskotekową, gdyby tylko nie te jego rude wąsy. Później, po kolejnym spotkaniu zniknął ostatni i jedyny na świecie czosnkowy smok. Zwierzęta poczuły się zaniepokojone, a były zaniepokojone bym bardziej, że przypomniało im się jeszcze wcześniejsze zniknięcie pewnego łosia o zbyt dużym popędzie. Niepokoje wiązały się też z pewną ptaszyną, która co jakiś czas odlatywała, ale później na szczęście wracała – być może nie leciała do Aryki wyłącznie na zimę, ale zawsze wtedy, kiedy robiło jej się zimno?
Ze względu na kurczącą się populację farmy robiło się na niej coraz mniej wesoło, więc pewnego dnia zaniepokojony pająk przyszedł do owcy i zapytał:
– Owca, coś niedobrego się dzieje. Zwierzęta nam z farmy uciekają. Może coś jest nie tak z naszymi przykazaniami?
– Nie z przykazaniami wszystko jest w porządku – odpowiedział owca. – Sam możesz sprawdzić, jeśli chcesz.
I pająk otworzył plik Przykazania.txt, a wszystkim jego dwunastu oczom ukazało się tylko jedno zdanie:
WSZYSTKIE ZWIERZĘTA SĄ RÓWNE, ALE OWCE SĄ RÓWNIEJSZE.
***
#naopowiesci
#zafirewallem
Zaloguj się aby komentować
W przypływie weny napędzanej dłuższymi niedoborami alkoholu postanowiłem dzisiaj zgwałcić Wasze gusta literackie, bezwstydnie publikując swoje wydaliny quasi pisarskie w ramach kolejnego wydania #naopowiesci #zafirewallem
CZTEREJ PODSTĘPNI I OFCA
CZYLI PORADNIK DLA NOWEGO MODERATORA NA HEJTO
Witaj młody człowieku w naszej serwerowni! Usiądź wygodnie na fotelu (uważaj na resztki jedzenia) i się zrelaksuj – przed Tobą rozpościerają się wspaniałe perspektywy zaszczytnej pracy na nocnych zmianach w naszym dynamicznie rozwijającym się, młodym zespole. Płacimy szalone 30,50 zł na rękę, przypominam w tym miejscu że papier toaletowy we własnym zakresie, a dwa pompnięcia soku są tylko dla zarządu.
Jeśli ciekawi Cię co się stało z poprzednikiem, to niestety musiał udać się na urlop. Codzienne pranie brudów tego portalu nadwyrężyło jego psychikę – zamknął się w toalecie i beczał pół dnia - więc razem z zarządem zasponsorowaliśmy mu wyjazd w pewne bardzo spokojne miejsce, pełne all-inclusive.
Pozwól że z tej okazji przedstawię Tobie kilka złotych rad, jakie pozostawił wypisane krwią na ścianie Twój poprzednik, zanim trafił na Dziekankę:
Zapomnij o wszystkim o czym do tej pory się dowiedziałeś – tutaj jest prawdziwy dziki zachód – czeka Cię istna orka na ugorze.
Pamiętaj, że nieważne ile argumentów przedstawi interlokutor, Ty masz zawsze rację. Ale udawaj że oni ją mają, stwarza im to iluzję ważności.
Listę haseł bezpieczeństwa masz na karteczce przyklejonej do monitora.
Co jakiś czas, zupełnie losowo, wiesza się główny serwer. Musisz go wtedy zrestartować przez wyciągnięcie wtyczki z kontaktu. UWAGA: kabel jest podziobany przez bażanty, może kopnąć prąd.
Po restarcie serwera upewnij się, że koparka Bitcoinów załączyła się prawidłowo.
W lewej szafie jest destylarnia napędzana ciepłem z serwerów. W razie nalotu policji wyrzuć ją przez okno!
W roku pomieszczenia jest stary poradziecki komputer MO-11 obsługujący bota generującego kontent. Jak zacznie rzęzić to trzaśnij go w obudowę, wtedy się uspokoi.
Czasem, o 3:15, ze schowka na miotły dobiegają jęki – to tylko echo, pamiętaj.
Jakbyś zgłodniał w nocy, to sporo jedzenia możesz wygrzebać z klawiatury.
Nasz zaawansowany algorytm wyrzuca Tobie posty z przekleństwami do moderacji. Musisz wtedy je ręcznie wykropkować.
Uważaj na użytkowników z deficytem kalorycznym. Dłuższe niedobory węglowodanów powodują urojenia, w trakcie których wydaje im się że tutaj rządzą. Cierpliwie poczekaj aż im atak minie i się uspokoją.
Programiści mają problem z implementacją trzeciego rogala przy nicku, stąd ich prośba żeby przy najbliższej okazji (ale koniecznie jeszcze przed WOŚPem!), zbanować jednego użytkownika. Nick znajdziesz w kopercie.
Nie banuj gołych bab. Użytkownicy to lubią i generują one ruch.
Co jakiś czas przeglądam skrzynkę [email protected] i odpisuj na losowe maile. Daje to złudzenie że interesują nas problemy i zdanie użytkowników.
Jeśli zauważysz że mało się dzieje, wrzuć z multikonta moderacji coś kontrowersyjnego: polityka, religia, majonez – to zawsze działa.
Dotyczy punktu wyżej: pod żadnym pozorem nie zdradź się że moderacja ma multikonto @pokojofaofca. Grozi to poważną aferą.
Szczególną troską otaczaj pacjentów z programu terapeutycznego „Dziwen” – z nimi trzeba na spokojnie i delikatnie.
Jak będziesz chciał podbić sobie rangę zrób kolejną edycję #popularitycheck.
A na sam koniec, najważniejsza rada, niech przyświeca Ci stara łacińska maksyma: Hominem te esse memento!
Z poważaniem
#nowszywlasicielhejto


Zaloguj się aby komentować