Zostałem wybrany (za co zdecydowanie nie dziękuję, ale niestety się spodziewałem), trochę się już poociągałem, ale pora na zadanie w ramach XXII edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem .
Gatunek: poradnik
Temat: pierwsze dni nowego moderatora na hejto
Liczba słów: 100-9999
Punktacja tym razem będzie szczegółowa:
2/3 oceny za liczbę piorunków
1/3 oceny za możliwość (lub jej brak) wprowadzenia takiego poradnika w życie xD Jeszcze nie wiem, na którą wersję się zdecyduję
Opowiadania publikujemy do 13 kwietnia do godziny 16:00
W niedzielę, 16.03.2025 napisałem: Czekam na Wasze dzieła przez dwa tygodnie, do niedzieli, 30.04. Krzty w tym zdaniu sensu ni logiki, bo to ani dwa tygodnie nie było do 30.04 od tamtego dnia, kiedy te słowa pisałem, a najbliższa niedziela, która przypada 30.04 to będzie rok 2028 (o ile do tego czasu świat się nie skończy). Postanowiłem więc XXI edycję zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem zakończyć dziś, to jest rzeczywiście po dwóch tygodniach od jej otwarcia, w niedzielę 30.03.2025 i tym samym publikuję #podsumowanienaopowieści .
I nawet wziąłem pod uwagę to, że mamy tutaj takiego ananaska i osobę odmiennie gospodarującą czasem, którzy lubią dodawać swoje teksty w ostatniej chwili (absolutnie nie chroni to przed zwycięstwem, jak mogłoby się niektórym wydawać; nic nie chroni przed zwycięstwem! – haha!), więc jeśli koleżanka @KatieWee albo kolega @fonfi mieli taki zamiar, to można swoje opowiadania opublikować już po tym ogłoszeniu wyników. Jeśliby nawet ewentualnie opublikowali te swoje ewentualne opowiadania przed ogłoszeniem tego werdyktu, to, przyznam,: tegowerdyktu i tak by to nie zmieniło. Werdykt bowiem w tej edycji zapadł bardzo wcześnie, zapadł już po minucie od ogłoszenia konkursu.
Zrobię wszystko nie po kolei. Najpierw ogłoszę zwycięzcę:
a zwycięzcą XXI edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem zostaje kolega@bojowonastawionaowca za wspaniałe dzieło bez tytułu (brak tytułu dodatkowo podkreśla zwięzłość tego dzieła – tym większe za to dzieło należy się uznanie), a dzieło to wspaniałe można znaleźć tutaj .
Gratulacje!
***
Pozostałe opowiadania, które opublikowano w czasie trwanie właśnie kończącej się edycji to:
– piękny tekst koleżanki @moll pod tytułem Niefortunny zakład o wspaniałych pomysłach, które to mogą przyjść do głowy tylko po pijaku (a być może szkoda, że nie na trzeźwo, bo to jednak człowiek niepijący dużo z życia tarci);
– oraz mało kreatywny tekst kolegi @George_Stark pod tytułem Ławka łaski, któremu to koledze nie chciało się nic wymyślać (choć miał taki zamiar!) więc popisał coś tam coś tam sięgając do jakichś swoich wyeksploatowanych staroci i odrzutów, no bo owszem: można to opowiadanie nazwać odciętym kuponem, niemniej będzie się jednak wtedy w błędzie.
Koleżance @moll gratulujemy więc również!
A ja dziękuję za kolejną już edycję – tak piszącym, jak i czytającym, których to zachęcam do pisania! – i niecierpliwie czekam na kolejną!
Gratuluję wszystkim Państwu, którzy do tej edycji przystąpili świadomie, a dla Pana @bojowonastawionaowca szczególne gratulacje z powodu wygranej pomimo udziału nieświadomego. Wygrana w pełni zasłużona!
Ja z bólem przyznaję się, że odmienne gospodarowanie czasem w tym, kończącym się tygodniu mnie pokonało. Nie pozostaje mi nic innego jak z niecierpliwością czekać na kolejną edycję.
Nawet miałem ochotę napisać jakiś wstęp, ale kiedy skończyłem pisać to opowiadanie i przeczytałem je później w celu zgrubnego go zredagowania, to może jednak lepiej, żebym nic już więcej nie pisał:
***
Ławka łaski
Trójpodział władzy w Obozie polegał na tym, że Plusk sprawował władzę ustawodawczą w poniedziałki i czwartki, władzę wykonawczą we wtorki i piątki, a władzę sądowniczą w środy i soboty. W niedziele Plusk odpoczywał.
W każdej dobrze wykreowanej antyutopii w stworzonym przez tyrana systemie istnieje jakaś luka. Dziura jakaś czy wyrwa w tej szczelnej tkance nadzoru i inwigilacji, powstała – zdaje się – na skutek przeoczenia twórcy (twórcy systemu, nie wizji literackiej), którą to lukę bohaterowie znajdują i wykorzystują do działania przeciwko temu systemowi, bo inaczej trudno byłoby autorowi poprowadzić fabułę, a już na pewno trudno byłoby mu nadać tej fabule żądanego dramatyzmu. Później system orientuje się (a być może wie od samego początku?), że taka luka istnieje. Mało tego! System orientuje się, że jest osoba bądź grupa, która tę lukę znalazła i wykorzystuje ją do działania niezgodnie z założeniami systemu bądź też temu systemowi całkowicie przeciw. System jest jednak skuteczny. Buntowników dosięga więc karząca ręka sprawiedliwości – sprawiedliwości w jej systemowym rozumieniu oczywiście, bo czy znamy jakąkolwiek inną sprawiedliwość? System, nawet pomimo tych swoich słabości, nawet pomimo istniejących w nim luk, na koniec zawsze okazuje się zwycięski. Pada więc w tym momencie na luki i słabości systemu uzasadnione podejrzenie, że i one również mogą być zaprojektowanym elementem tego dziurawego systemu. Cały ten powyżej teoretycznie rozpisany proces miał miejsce również i w praktyce, w grudziądzkim Obozie Marka Pluska. Posłuchajcie:
Było ich trzech (naprawdę czterech)
w wiślanej wodzie chcieli schłodzić się
– Cholera, gorąco dzisiaj – mruknął Portos do siedzącego obok niego Atosa. – Niechże on już wreszcie kończy! Wskoczyłbym do wody!
– No. Dobrze byłoby się ochłodzić Wiśle. I dobrze, że ta Wisła jest tak blisko – dopowiedziała Aramis.
– A na koniec to mu powiemy, że chcieliśmy się utopić? Jak zwykle? – upewnił się Atos. – Tylko że te kamizelki nam na to nie pozwalają?
D’Artagnan, czwarty z trzech muszkieterów, jak nazywała siebie grupa obozowych buntowników, milczał. Zajęty był obgryzaniem skórek przy paznokciach. Miał z nimi duży problem i rzeczywiście, był to dla niego jeden z powodów wyczekiwania śmierci, bo nie wierzył w to, że z tym problemem uda mu się kiedykolwiek sobie poradzić.
Był wtedy czwartek, dzień ustawodawczy. Plusk przemawiał na Forum Grudziądzanum w trakcie trwającego właśnie zwołanego przez niego sejmu. Był rozdarty. Z jednej strony chciał być jednowładcą i nawet jego zaufany Ostrowski nie miał w Obozie żadnego prawa głosu, z drugiej zaś strony Plusk był patriotą. Sięgał więc do najwspanialszych tradycji demokracji szlacheckiej I RP: sam zwoływał sejmy, sam proponował ustawy, sam zgłaszał do nich weta, sam obrady zrywał i sam je później wznawiał. Plusk wyciągnął jednak z historii wnioski i przeciwdziałał możliwym trudnościom, które, jak wiedział z historii, już kiedyś sprowadziły na jego ojczyznę niemałe problemy. Z tego właśnie powodu w Obozie zabronione było noszenie imion takich jak Józef, Fryderyk, a już na pewno zabronione było noszenie imienia Katarzyna. Tym, którzy takie imiona nosili w momencie trafienia do obozu na mocy wydanego przez Pluska któregoś poniedziałku edyktu zostały te imiona w następujący po tym poniedziałku wtorek zmienione. W taki właśnie sposób Atos został Atosem, Portos został Portosem, a Aramis została Aramisem. D’Artagnan, który wcześniej miał na imię Tadeusz, chciał po prostu dołączyć do kolegów i koleżanki. Wystąpił więc w środę do sądu, a łaskawy Plusk, który ten sąd przeprowadzał, do wniosku Tadeusza się przychylił.
– Weto! Weto! – krzyczał Plusk tamtego czwartku sam do siebie zrywając wieczorem obrady i te jego krzyki niemal zagłuszyły rozmowę trzech muszkieterów, której z uwagą przysłuchiwał się Jerzy Ostrowski, szpieg Pluska – mistrz kamuflażu, człowiek o pięćdziesięciu twarzach, z których to twarzy każda była w jakimś odcieniu szarości. Twarze Ostrowskiego były szare tak z powodu niedożywienia, bo w Obozie zakazane były jego ulubione dania kuchni ormiańskiej – podawano wyłącznie zimnioki pozyskiwane od bratniego stoickiego narodu łotewskiego, czasami tylko polane sosem z odnajdywanych jeszcze gdzieniegdzie parówek, jak i były szare z powodu jego seksualnego niespełnienia, bo przyssanie się (do kogokolwiek, było mu już wtedy naprawdę wszystko jedno) nie było tym, co Jerzy Ostrowski kiedykolwiek byłby w stanie osiągnąć – taka już była jego konstrukcja psychiczna, nie wspominając o mocno poszarzałej aparycji, co stanowi pewien rodzaj błędnego koła, a dodatkowo zadaje też kłam twierdzeniu, że każda zmora znajdzie swego amatora. Kiedy okazało się bowiem, że amatorek na Ostrowskiego nie ma, Ostrowski rzeczywiście próbował znaleźć sobie chociaż jakiegoś amatora. Tych również jednak nie było.
Ostrowski był więc sfrustrowany. To właśnie z tego powodu bez wahania zgodził się na przedstawioną mu przez Pluska propozycję zostania agentem bezpieczeństwa (szpiegiem, szpiclem, donosicielem, konfidentem, konfiturą, ubekiem, wtyczką, kapusiem – czasami, kiedy Ostrowski się nudził, bawił się w wymyślanie synonimów dla swojego urzędu). Ostrowski propozycję Pluska przyjął, wychodził bowiem z założenia, że jeśli on ma źle – bo nie jest mu dane ani się przyssać, ani posilić się bozbaszem – i nie jest w stanie w żaden sposób swojej sytuacji poprawić, nie jest w stanie zrobić tak żeby miał lepiej, to mógł przynajmniej zrobić tak, żeby inni mieli gorzej. Sytuacji Ostrowskiego to nie poprawiało, ale poprawiało przynajmniej jego humor, a to zawsze przecież coś. Ostrowski nudził się jednak rzadko – stąd też biedne bogactwo synonimów dla jego urzędu, które udało mu się wynaleźć, a nudził się rzadko z tego powodu, że ciągle zajęty był pisaniem donosów. Donosów Ostrowski pisał dużo, bo pisać Ostrowski lubił.
W piątek wylądował więc na biurku Pluska donos w sprawie podsłuchanej rozmowy trzech muszkieterów, w sobotę zaś wszyscy czterej trzej muszkieterowie stanęli przed obliczem Pluska, Ostrowski bowiem, swoim zwyczajem relację trochę ubarwił dodając do niej kilka słów, których milczący D’Artagnan wcale nie wypowiedział. Ostrowski wychodził jednak z założenia, że D’Artagnan mógłby je wypowiedzieć, zresztą: czy cała czwórka z tej trójki nie kierowała się zasadą Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego? Dopiero później, kiedy przypomniał sobie to hasło, Ostrowski uświadomił sobie, że w zasadzie to nawet wyświadczył D’Artagnanowi przysługę.
– Winni! – zadecydował Plusk po krótkim procesie ograniczającym się w zasadzie tylko do wydania tego jednowyrazowego werdyktu, podniósł się zza biurka i ruszył w kierunku drzwi. Na starannie napisany i zredagowany przez Ostrowskiego donos Plusk nawet nie spojrzał, w tamtą sobotę nie miał bowiem czasu: musiał nadrabiać robienie pompek, które to zaniedbał w czasie swoje ostatniej wyprawy do Włoch w celu pozbierania z plaż Morza Środziemnego kamizelek ratunkowych, które porzucali tam przybywający do Europy nielegalni imigranci.
– No a kara? – zapytał Ostrowski, który jeszcze bardziej poszarzał na twarzy rozgoryczony swoim kolejnym niepowodzeniem – tym, że tworzonych przez niego tekstów nie chciał czytać już nawet Plusk.
– Nie wiem. Weź coś wymyśl – rzucił Plusk nie zatrzymując się, po czym zawołał psa: – Ziomuś, do nogi! – powiedział, i wyszedł zostawiając przygnębionego Ostrowskiego samego w pustym gabinecie.
Tak to właśnie Ostrowski został sam na sam z problem, co na początku mocno go zmartwiło. Zastanawiał się nad karą, którą mógłby ukarać wszystkich czterech trzech muszkieterów i nic nie przychodziło mu do głowy. Dopiero później uświadomił sobie, że Plusk właśnie po raz pierwszy oddał mu część władzy, którą – jeśli rozegrałby to sprytnie – Ostrowski mógł wykorzystać do własnych celów. I wtedy Ostrowski rozmarzył się. Wymyślił sobie, że – jeśli udałoby mu się dobrze wywiązać z powierzonego mu przez Pluska zadania – to być może udałoby mu się później przekonać w jakiś sposób Cesarza do tego, żeby pozwolił mu wybrać się do Lublina?
– „Nie no, bez przesady. Do Lublina to na pewno mnie nie puści, mowy nawet nie ma, bo i po co zresztą miałbym tam do tego Lublina jechać? Tam przecież kapoków nie znajdę, a nawet i Jednego z dziesięciu to już od jakiegoś czasu znowu nagrywają w Warszawie” – uświadomił sobie Ostrowski. – „No ale może udałoby się go na przykład przekonać żeby wysłał mnie na poszukiwanie kapoków nad Morze Czarne? Wylądowałbym sobie wtedy w Batumi, stamtąd niedaleko do Armenii, no to jak nie do Lublina, to może chociaż do Erywania by mi się udało? I może Gruzinki okazałyby bardziej łaskawe dla mojej szarzyzny niż te wstrętne p0lki? Tylko, cholera, co by tutaj dla tych czterech trzech muszkieterów wymyślić? No bo to musi być coś efektownego. Coś oryginalnego. Coś, co zrobiłoby wrażenie na Plusku.”
I próbował się Ostrowski skupić na tym zadaniu, ale nie potrafił zebrać myśli. Myśli jego uciekały już do Batumi, a oczami wyobraźni widział już wszystko to, co będzie robił z Gruzinkami tam, na tych dzikich plażach Morza Czarnego. Widział tę erotyczną konsumpcję dokonywaną zaraz po konsumpcji gastronomicznej przywiezionego im przez kuriera bozbaszu zamówionego przez jakąś stronę w rodzaju pyszne.ge czy innego pyszne.am. A miało to być wszystko to, co Ostrowski chciał zrobić z Pachą, a na co ta Pacha nigdy mu nie pozwoliła ze względu na stan jego uzębienia. Kiedy jednak Ostrowski wspomniał Pachę, zrobiło mu się przykro. Wspomniał wtedy to swoje piękne kocie życie u jej boku i zatęsknił za nim. Ostrowski bowiem Pachę stracił.
Któregoś dnia, kiedy poszli na zwyczajowy spacer nad Wisłę, Wisła nie zmieniła swojego biegu i udało mu się wtedy (nie bardzo jednak błyskawicznie, bo z pewnym trudem i po długiej walce) uporać z zamkiem błyskawicznym w kieszeni swojej kurtki i wyjąć zaręczynowy pierścionek, ale Pacha powiedziała wtedy:
– Odchodzę.
I odeszła.
Związki, nawet tak upośledzone jak ten związek Pachy i Jerzego, nie rozpadają się z dnia na dzień. Były wcześniej znaki że między tą dwójką nie dzieje się dobrze, ale Jerzy te znaki postanowił zignorować. Zamiast zająć się rozwiązaniem problemów w swoim związku, wolał wylegiwać się na ciepłym parapecie nad grzejnikiem. Pierwszym sygnałem, że coś się zmienia, była rezygnacja Pachy z paznokci hybrydowych, którymi to paznokciami hybrydowymi Pacha sprawiała tyle przyjemności Jerzemu w kociej postaci drapiąc go po jego włochatym brzuchu tak, że Jerzy aż mruczał wtedy z rozkoszy. Rozkosz się skończyła, ale grzejnik dalej był ciepły, miska dalej była pełna, a w kociej postaci Jerzy mógł sam lizać się po jądrach, więc był w stanie zastąpić sobie brak przyjemności drapania tą właśnie przyjemnością lizania. Z jego perspektywy nie było więc żadnego problemu.
Później Pacha zamieniła swoją różową hybrydową Toyotę Yaris na w pełni elektrycznego Nissana Leafa. To auto, ku zaskoczeniu wielu, było w kolorze zielonym, Pacha wymyśliła sobie bowiem, że na takim zielonym liściu będą przysiadać ptaki i ona wtedy będzie mogła je obserwować. To jej przypuszczenie okazało się słuszne – ptaki rzeczywiście na tym jej aucie przysiadały. Pacha nie wzięła jednak pod uwagę tego, że w związku z tym będzie ono nieustannie obsrane, wzorem jakiegoś pomnika, a późną wiosną i latem auto zmieni kolor na czarny za sprawą obsiadających je mszyc.
Pacha znikała wtedy z domu coraz częściej i na coraz dłużej, zamieniając swoje dni home-office na dni car-office lub forrest-office, bo jeździła wtedy do lasu.
– Jadę poobserwować ptaki – mówiła Jerzemu wychodząc z domu, ale Jerzy wtedy nawet nie podnosił powieki. Czasem machnął tylko ogonem.
Pacha zaniedbywała też swoje domowe obowiązki, przestała między innymi czyścić kuwetę Jerzego, Jerzy więc, z powodu tej niewyczyszczonej kuwety, wzorem holywoodzkich gwiazd, zmuszony był kiedyś nasrać do łóżka, o co Pacha miała do niego całkowicie nieuzasadnione pretensje. W taki właśnie sposób przebiegał powolny, acz stopiony rozpad ich związku.
Pacha lubiła tego swojego w pełni elektrycznego zielonego Nissana Leafa. Można powiedzieć nawet, że elektryczność ją wtedy zelektryzowała. Z perspektywy Jerzego ta elektryczność zelektryzowała Pachę jednak aż za bardzo.
– Dlaczego? – zapytał Jerzy, kiedy Pacha powiedziała mu „Odchodzę”. – Już zapisuję się do tego dentysty – powiedział ze zrezygnowaną miną i wyciągnął nawet z kieszeni telefon, a poszło mu to nawet sprawniej niż w przypadku pierścionka.
– Nie, Jerzy – odpowiedziała Pacha. – Tu już nie chodzi o twoje uzębienie. Na to jest już za późno. Po prostu poznałam pewnego tancerza electric-boogie i wystąpiło między nami pewne napięcie. Sam chyba rozumiesz.
Jerzy nie rozumiał, więc Pacha mu wszystko szczerze wyjaśniła. No, może nie do końca wszystko, bo Jerzy do dzisiaj nie wie czy Pacha, jeżdżąc swoim zielony Nissanem Leafem obserwować ptaki, obserwowała wtedy również ptaka tancerza electric-boogie.
I Ostrowskiemu zrobiło się smutno z powodu tych wspomnień dotyczących utraconej Pachy, ale w końcu udało mu się wziąć w garść. Nie bez znaczenia były tutaj nauki, których udział mu Plusk, nauki stoickie, no bo co Jerzy w końcu mógł poradzić na to, że ósemka mu się psuła? Pod wpływem jednak tych wspomnień przyszedł mu do głowy pewien pomysł:
– „Starożytni wierzyli w żywioły!” – pomyślał. – „Wierzyli w ogień, wierzyli w wodę, wierzyli w ziemię i wierzyli w powietrze. A prąd elektryczny? Ten, który tak zelektryzował Pachę?”
Więc wymyślił Ostrowski na początku krzesło elektryczne, ale później uświadomił sobie związane z ukaraniem w ten sposób czterech trzech muszkieterów problemy. Po pierwsze krzesło elektryczne jest jednoosobowe, a trzech muszkieterów jest czterech, więc się wszyscy na tym krześle nie zmieszczą. Po drugie krzesło elektryczne jest metodą egzekucji, a Plusk nie byłby z takiego rozwiązania zadowolony – nie chodziło mu przecież o to żeby ludzie umierali, ale żeby o śmierci pamiętali. Ostrowski miał ciągle w głowie najsłynniejsze słowa Pluska, motto jego wszystkich nauk: Przecież w życiu nie chodzi o to żeby umrzeć, tylko żeby o pamiętać o śmierci, a jak tu pamiętać o czymkolwiek, kiedy się już nie żyje? Ostrowski zmodyfikował więc swój pomysł.
Atos, Portos, Aramis i D’Artagnian siedzieli we czwórkę na drewnianej ławce na środku ogromnej hali przemysłowej, która wcześniej służyła do mechanicznego oddzielania mięsa, czego ślad można było odnaleźć jeszcze w zachowaniu czwartego spośród trzech muszkieterów: D’Artagnian w dalszym ciągu bowiem mechanicznie, to jest za pomocą zębów, oddzielał skórki wyrastające mu przy paznokciach od pozostałej części dłoni. Drewniana ławka stała na drewnianym podeście, a drewniany podest ustawiony był na betonowej posadzce. Po tej posadzce biegły druty pod napięciem, a biegły tak, że gdyby któreś z czwórki trzech muszkieterów opuściło podest i stanęło na tej posadzce zostałoby natychmiast usmażone przez prąd elektryczny. W celu zyskania jeszcze większego uznania u Pluska Ostrowski wymyślił też dodatkowy element kary. Przed skazanymi zawiesił wielki telewizor plazmowy, na którym to telewizorze przez dwadzieścia cztery godziny na dobę był wyświetlany mający przypominać im o śmierci film, film z dodatkowym, lokalnym, grudziądzkim zabarwieniem. Była to Śmierć w Wenecji – film o facecie na łódce.
Plusk jeszcze nie wrócił.
– „Pewnie poszedł gdzieś nad Wisłę pooglądać topiki” – pomyślał Ostrowski, który siedział zadowolony z siebie w gabinecie Cesarza. Ach, jaki Ostrowski był wtedy z siebie zadowolony! Wiedział, że wykonał dobrą robotę i już widział te Gruzinki na plaży w Batumi i widział też siebie pośród tych Gruzinek, już czuł dotyk rozpalonych ich ciał i czuł ten rozlewający mu się po języku boski, gorący, pikantny bozbasz! Czerpał z tego swojego zadowolenia przyjemność, a żeby tę przyjemność jeszcze zwiększyć, w odruchu warunkowym, pozostałym mu jeszcze z beztroskich kocich czasów, bezwiednie spróbował się polizać po jądrach. Spotęgowanie przyjemności uniemożliwiła mu jednak budowa szkieletu kostnego człowieka.
– „Cholera jasna!” – zdenerwował się, choć nie miał powodu żeby się denerwować, bo na budowę szkieletu kostnego człowieka nie miał przecież żadnego wpływu. To zdenerwowanie wpłynęło jednak na snute przez niego marzenia – Gruzinki stały się mniej chętne, a bozbasz zimny i niedoprawiony. Wtedy w Ostrowskim pojawiły się wątpliwości:
– „A jak i w tym Batumi też mi się nie uda?” – pomyślał drapiąc się po swojej łysinie. – „No nic. Z Gruzji to już całkiem niedaleko do Turcji, to przynajmniej włosy pojadę sobie naprawić. A – kto wie jak ta turecka medycyna jest już zaawansowana? – może uda mi się też znaleźć jakiegoś fachowca, który wyciąłby mi kilka dolnych żeber? No ale to tylko tak, na wszelki wypadek.”
Uspokoiwszy się tą myślą i zadowolony ze swojej przebiegłości Ostrowski postanowił więcej nie zastanawiać się, bowiem z tego zastanawiania się nic dobrego mu nie przychodziło, a postanowił zamiast tego zaznać należnego mu po ciężkim dniu relaksu. Ostrowski relaksował się słuchając muzyki, dlatego też włączył sobie utwór Krzesło łaski w wykonaniu pana Kazika Staszewskiego i pięcioosobowego Kwartetu Proforma .
Co prawda mamy już XXI edycję #naopowiesci , ale przez to, że jak się okazuje mamy z Panią @moll zupełnie inne definicje pojęcia wieczór, nieco spóźniony (ale tylko nieco) wrzucam moją opowieść do edycji XX. Jak obiecałem - to jest. Miłej lektury.
------------------------
Ocaleni
W obozie Nr 69 każdy miał przydzieloną osobistą kwaterę. Z własną łazienką i aneksem kuchennym. Nawet wygodne łóżko było na wyposażeniu. Nie to co obóz Nr 1 - ten w Grudziądzu, o którym chodziły słuchy, że Ocaleni musieli spać w nim na stojąco. I w kapokach. Obóz Nr 1 powstał jako pierwszy, w przededniu samej inwazji. Podobno pierwotnie był siedzibą jakiejś sekty wyznającej starożytnych filozofów: stolików, staników, stoików… Nikt już dzisiaj nie pamiętał. Ale idea obozu się przyjęła i po inwazji Hejtochtonów wszyscy Ocaleni zebrali się w społeczności żyjące w obozach właśnie.
W nowej rzeczywistości, w której przyszło im żyć, każdy obóz pełnił konkretną funkcję. Jedne produkowały broń do walki z najeźdźcami - długie nożyce do strzyżenia runa, inne miały charakter treningowy i to one szkoliły chętnych do walki oraz wspaniałą kadrę, dowodem czego był Naczelny Admirał Plusk, który stał na czele samozwańczego rządu. Jeszcze inne, pełniły funkcje zaopatrzeniowe i produkowały podstawowe artykuły niezbędne do przeżycia oraz żywność - tak jak owiany tajemnicą obóz Nr 13 w Kielcach, w którym znajdowała się fabryka majonezu.
Obóz Nr 69 - obóz Ryszarda - produkował i dystrybuował parówki.
— To nie tak, że żyje nam się źle, prawda? - pytał sam siebie - Wszystko co niezbędne do życia, mamy przecież zapewnione. Co z tego, że życie to jest monotonne i przypomina raczej wegetację? Przynajmniej żyjemy…
Tego typu niespokojne myśli zawsze nawiedzały Ryszarda zaraz po przebudzeniu. Usiadł na łóżku, wyjrzał przez okno na budzącą się do życia społeczność Ocalonych, na rzędy jednakowych, czteropiętrowych baraków mieszkalnych z wielkiej płyty, na monumentalny gmach fabryki parówek. Zegar na jej wieży pokazywał godzinę 5:15. Jego zmiana przy linii produkcyjnej zaczynała się dopiero o 6:00 więc miał jeszcze trochę czasu.
Podreptał do łazienki. Zerknął na odbicie w lustrze, z którego spojrzała na niego jakaś zmęczona i szara twarz. Chwilę zajęło mu zrozumienie, że to on sam. Mechanicznymi ruchami ogarnął poranną toaletę - twarz, zęby, golenie i zostało mu czasu akurat na śniadanie. Parówki z majonezem. Jak co dzień.
Kiedy wchodził do kuchni, obozowy centralny system sterowania uruchomił projektor i obraz na ścianie ożył postacią Naczelnego Admirała Pluska w swoim szarym mundurze i ciemnych okularach a z głośników usłyszał standardowe powitanie, które Ryszard znał już na pamięć:
— Dzień dobry obywatelu Ryszardzie. W ten piękny poranek zwracam się do Was obywatelu, z apelem o wiarę i pomoc oraz o coraz lepszą pracę. Możecie być przekonani, że wszyscy tu jesteśmy ulepieni z tej samej gliny i nie mamy innego celu jak ten, który tu wspólnie deklarowaliśmy. Jeśli nam pomożecie, to jestem pewien, że ten cel uda nam się wspólnie osiągnąć. No więc jak - pomożecie obywatelu Ryszardzie?
— Pomogę… - wymamrotał odruchowo i całkiem bez entuzjazmu Ryszard wychodząc z założenia, że nigdy nie wiadomo kto może słuchać.
Usiadł przy stole, spojrzał z rezygnacją na trzy ciepłe parówki leżące na talerzu, wzruszył ramionami i z niemal fizycznym bólem zmusił się do pierwszego kęsa. Na szczęście z każdym kolejnym kawałkiem śniadania świat zdawał się nabierać cieplejszych barw. Kolorowe graffiti na murach betonowych baraków, okna ozdobione zasłonami w wesołe wzorki, nawet surowa dotąd twarz Naczelnego Admirała Pluska spoglądającego w dalszym ciągu z projekcji na ścianie naraz wydała mu się sympatyczna.
— Jak dobrze się przyjrzeć, to Plusk się całkiem wesoło uśmiecha. - pomyślał Ryszard, i dziwiąc się samemu sobie dodał na głos - No to Wam pomogę! Razem osiągniemy ten cel! - I tylko gdzieś w tyle głowy mignęło mu pytanie “Zaraz, ale jaki cel…?”. Zanim jednak zdążył się na nim skupić uciekło w niebyt.
W doskonałym już nastroju dokończył posiłek, wsunął buty i opuścił swoją kwaterę, kierując się raźnym krokiem w stronę fabryki. Przed samą bramą dogonił Michała, który tak jak i on rozpoczynał pracę na pierwszej zmianie. Michał, zawsze wesoły i pierwszy do żartów wydał mu się jakiś osowiały.
— Ej, cześć, coś taki naburmuszony? Coś się stało? - zapytał kolegę
— Nie wiem stary. Jakoś tak… Nie zjadłem śniadania, nie mam apetytu... I w ogóle… - zaczął się tłumaczyć wyraźnie zakłopotany Michał
— Jak to nie zjadłeś? Nie dostałeś wczoraj parówek i majonezu z przydziału?
— Dostałem. Tylko jak dzisiaj na nie spojrzałem, to… no wiesz… One wydały mi się takie… Eh, zupełnie nie wiem jak Ci to wytłumaczyć… No bo czy my w ogóle wiemy z czego one są zrobione?
— No jak? Pewnie, że wiemy! Przecież codziennie pilnujemy całego procesu przy taśmie. - Ryszard próbował uspokoić Michała
— Rysiek, ale poważnie. Co my wiemy?
— Nooo, naciskamy ten pierwszy zielony przycisk, wtedy gęsta, mięso-podobna masa wlewa się do kadzi, później ten czerwony, który do masy dodaje to coś płynne i lepkie a na koniec ten ostatni jaskrawo żółty, co włącza mieszalnik. A ze szklanych rurek wszystko doprawiane jest bulgoczącym zielonym płynem. Pewnie jakieś przyprawy i konserwanty. Ale po co w ogóle drążyć ten temat? Pamiętaj, im mniej wiesz tym lepiej śpisz.
— No właśnie nie wiem, Rysiek. Nie wiem. Ostatnio jakoś tak mnie naszło na przemyślenia…
— Nie zaprzątaj sobie tym głowy chłopie. - Rysiek klepnął kolegę w ramię i poszli przebrać się w kombinezony ochronne przed wejściem na halę.
Temat rozmowy nie wrócił już przez cały dzień pracy, kiedy pilnowali żeby używać przycisków w odpowiedniej kolejności, zgodnie z instrukcją i obserwowali jak masa wypełnia kadzie, miesza się kolejno z dodatkami i przelewana jest do podłużnych foliowych foremek. Czas umilali sobie - jak co dzień - wesołą rozmową o wszystkim i o niczym, chociaż Ryszardowi zdawało się, że uśmiech kolegi przez większość czasu jest wymuszony.
Nie zwrócili też zupełnie uwagi na czujne, bardziej niż zazwyczaj, spojrzenia strażników pilnujących produkcji z wysokiej rampy.
Nazajutrz Ryszard znowu wstał w nienajlepszym humorze. Znowu spojrzał na szarą rzeczywistość za oknem, na swoją szarą twarz w lustrze, na szary mundur Naczelnego Admirała Pluska witającego go poranną przemową i na brunatno-szare parówki na talerzu. Szarym i zmęczonym głosem odpowiedział Admirałowi: “pomogę” i zmusił się do zjedzenia śniadania. Na szczęście, już po chwili, kiedy zapełnił żołądek, poczuł się lepiej i z zastrzykiem nowej energii wyszedł do pracy.
Zdziwił się trochę, kiedy nie spotkał Michała ani po drodze, ani w szatni, ani przy taśmie produkcyjnej. Zdziwił się jeszcze bardziej, kiedy zastał tam chłopaka, którego w ogóle nie znał.
— Cześć, jestem Marcin - przywitał się nowy
— Cześć. Rysiek. A gdzie jest Michał? - zapytał nie kryjąc swojego zdziwienia
— Podobno wziął urlop. Mam Ci pomóc podczas jego nieobecności.
Ryszard wzruszył tylko ramionami i postanowił na razie nie przejmować się absencją Michała. Wczoraj faktycznie był jakiś nie swój, może rzeczywiście potrzebował urlopu. Na szczęście Marcin okazał się równie dobrym kompanem i czas przy taśmie produkcyjnej minął im szybko na rozmowach i żartach.
Kolejnego dnia Ryszard obudził się nie tylko z codziennym, dobrze już znanym uczuciem apatii, ale dodatkowo z silnym wrażeniem niepokoju. Dłużej niż zazwyczaj patrzył niewidzącym wzrokiem na szare zabudowania obozu, zanim doszedł do wniosku, że nagłe zniknięcie Michała nie daje mu spokoju.
— Nawet jeśli pojechał gdzieś na urlop, to czemu nie dał mi znać - zastanawiał się podczas toalety.
W kuchni zagrzał sobie parówki i usiadł nad parującym talerzem. W tle Admirał Plusk skończył swój apel ale tym razem Ryszard nie zwrócił na to uwagi i nie zapewnił o swojej chęci “pomocy”.
Nabił kawałek parówki na widelec, podniósł ją na wysokość twarzy i przyjrzał się jej uważnie. Szara, jednolita masa, umazana w majonezie. Wzdrygnął się i odłożył talerz z nieruszonym posiłkiem do zlewu. Pogrążony w myślach, ubrał się i wyszedł do pracy. Po drodze spotkał tego nowego - Marcina.
— Cześć, coś taki przybity? - zapytał nowy
— Eee, co? A nie, nic. Tak tylko myślę kiedy wróci Michał.
— Wróci kiedy wróci, po co się tym zadręczać? - skwitował wesoło chłopak
Niespokojne myśli nie dawały jednak Ryszardowi spokoju. Kiedy przyszła pora lunchu i wszyscy skierowali się do stołówki, postanowił zajrzeć do kadr w celu uzyskania jakiś informacji na temat Michała. Wyszedł z hali i ruszył korytarzem, na końcu którego mieściły się biura. Po drodze minął wypełnione bulgoczącym zielonym płynem szklane rury, które przecinały w tym miejscu korytarz i z jednej strony zmierzały w kierunku hali, a z drugiej ginęły w pomieszczeniu z drzwiami na których widniała tabliczka z napisem “Laboratorium”. Zamknięte i zabezpieczone zazwyczaj biometrycznym zamkiem drzwi, tym razem były uchylone. Normalnie Ryszard nie zwróciłby na to pewnie uwagi, ale dzisiaj, kiedy jego myśli pogrążone były w różnego rodzaju domysłach, zatrzymał się i rozejrzał dookoła kierowany dziwną ciekawością. Nie widząc nikogo na korytarzu, wszedł do pomieszczenia.
Pomieszczenie było nieduże, może 10 metrów kwadratowych. Na środku stał okrągły metalowy pojemnik, z którego wychodziły znane mu szklane rurki z zieloną cieczą. Obszedł pojemnik z drugiej strony i przeczytał napis na etykiecie:
— Hej! Co ty tutaj robisz?! - zdążył tylko usłyszeć zdziwiony głos strażnika za sobą zanim poczuł mocne uderzenie i zapadła ciemność…
Ryszard ocknął się gwałtownie po krótkim letargu, który ciężko było nazwać snem. Przejmujący ból rozlewał się po całym jego ciele. Sytuacji zupełnie nie poprawiał fakt, że klatka, w której leżał skulony, miała może półtora metra szerokości i długości, a przez strzępki ubrania czuł lodowato zimną, metalową podłogę. Nieznośny, kwaśny fetor brudu i odchodów zaatakował mu brutalnie nozdrza, sprawiając, że nawet z zamkniętymi jeszcze oczami zakręciło mu się w głowie i ścisnęło w żołądku. Zwymiotowałby, gdyby tylko miał czym...
Ależ mi się podoba ta ciasnota (czy może duszność? - albo jeszcze jakieś inne słowo?) kawiarenkowej twórczości, to wzajemne odwoływanie się do znanych już motywów. Tak motywów własnych, jak i motywów cudzych.
Szybko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu, albo opuści mnie słuszność tej koncepcji!
Ekspresowy strzał w #naopowiesci o zabarwieniu wakacyjnym!
Niefortunny zakład
Choć od tamtego spływu minęło dobrych 20 lat, do dzisiaj, widząc w parkach ławkę wykonaną z rozciętej na pół kłody, uśmiecham się pod nosem i wracam myślami do sierpnia 2003 roku. Ostatnich wakacji w rodzinnym domu i ostatnich dni, które spędzaliśmy w pełnym składzie - Łysy, Kuba, Wiosło i ja.
Był to kolejny wieczór, kiedy rozwaleni z ciepłymi browarkami nad Notecią obserwowaliśmy ruch na rzece. Tępo wpatrywaliśmy się w mijające nas łódki i stateczki. Akurat na naszej wysokości przepływała grupa kajakarzy, gdy Kuba wypalił:
-Ale bym sobie też tak popływał… Może wynajmiemy jutro kajaki?
-Na kajaku to każdy debil popłynie - wypaliłem w jego stronę.
-Taaaa, a ty, Tomuś, to na czym chciałbyś popłynąć?
-A chociażby na ławce? Do samej Bydgoszczy! - ułańska fantazja, zaprawiona głośnym beknięciem uderzyła mi do głowy.
-Ale jakiej ławce? Takiej z parku? - Łysy próbował nadążać, nie był najostrzejszą kredką w naszym piórniku.
-Ta, z oparciem i poręczami, żeby się wygodnie rozsiąść… Myśl, debilu! - zapalałem się coraz bardziej do własnego planu. - Na placu zabaw przy przystani poustawiali poprzecinane kłody. Na takim czymś dałoby radę. Wiosło, plecak i można płynąć!
-I kapok - rzucił ponuro Wiosło, po kilku browarkach robił się burkliwy i milczący, ale i jemu plan się na tyle spodobał, by dorzucić swoje trzy grosze.
-Ty, a jak długo będziesz płynąć? - Łysy w końcu zadał sensowne pytanie.
-Aha… - Łysy zaczynał coś liczyć na palcach. - To jakbyś jutro ruszył dajmy na to o szóstej, to koło południa byłbyś w Bydgoszczy? A co z nami?
-Na ławce ze mną nie popłyniecie. Wsiądziecie do pekaesu i będziecie na mnie czekać gdzieś przy ujściu Starego Kanału. Pomożecie wytargać ławkę na brzeg.
-A co z nią potem zrobimy? - Łysy nie dawał za wygraną.
-A co ma być? Zostawimy. Na pamiątkę naszych dokonań - zarechotałem, a reszta razem ze mną. - To co panowie? Jutra 5:30 zbiórka na placu zabaw?
Pokiwali głowami na zgodę. Dopiliśmy ostatnie browce i ruszyliśmy do domu. Nazajutrz szykował się ciekawy dzień.
Gdy wstawałem po czwartej, genialny plan spływu nie wydawał mi się już tak genialny. Ale teraz głupio byłoby się wycofywać… Co by sobie o mnie pomyślała reszta? Z nieszczególnie wesołą miną zacząłem się ubierać i pakować plecak - woda, coś do przegryzienia,ciuchy na zmianę i kawałek liny do zabezpieczenia plecaka.
Na miejsce wszyscy dotarli punktualnie, nawet Łysy.
-Tomuś, naprawdę to zrobisz? - stęknął Wiosło, który wraz z Łysym przenieśli ławkę nad brzeg Kanału Bydgoskiego. - To ponad 20 kilasów, a ty będziesz sam jak ten cieć siedział na tej kłodzie.
-Luz, gdybym do drugiej nie dotarł, możecie wszczynać alarm - rzuciłem głosem wykluczającym taką ewentualność.
Szybko do kłody przymocowałem plecak. Wiosło uparł się na kapok, więc dla świętego spokoju narzuciłem rozpięty, z zamiarem pozbycia się go za pierwszym zakrętem. Zwinęliśmy go razem z dwoma wiosłami do kajaków z przystani. Drugie zamocowałem wraz z plecakiem, gdybym jakimś cudem zgubił pierwsze.
-Jak ci się to uda, to stawiam 0,7 czystej - zaoferował się Kuba.
-Trzymaj, to na drogę - Łysy z kieszeni bojówek wyjął zawiniątko w szarym papierze. - Jakbyś po drodze zgłodniał.
Było to pęto śląskiej. Spakowałem do plecaka.
-Cóż panowie… Na mnie już czas! - rzuciłem dziarskim głosem, w duszy przeklinając debilny pomysł, na który się porywałem.
Wszyscy pomogli mi zwodować ławkę. Postali chwilę na brzegu, patrząc jak powoli odpływam w stronę Bydgoszczy. Sami ruszyli sprawdzić kiedy odchodzi najbliższy autobus do wojewódzkiego.
Droga była monotonna. Z góry grzało coraz mocniej, bliżej brzegu komary próbowały ciąć, a ja machałem wiosłem raz z jednej, raz z drugiej strony kłody. Nie było źle. Trochę więcej roboty i mniejsza sterowność niż przy kajaku, w ciągu pierwszej godziny zalałem sobie plecak wodą, ale poza tym było ok.
Było jakoś po ósmej, gdy pogoda robiła się coraz bardziej duszna, a z mijającej mniej grupy kajakarzy, którzy zaczęli rżeć na widok mojej łajby, ktoś rzucił:
-Kolo, nie wiem gdzie chcesz tym dopłynąć, ale do dwóch godzin ma się rozpętać burza. Szukaj portu, marynarzu!
Pokiwałem głową, ignorując ostrzeżenie. Odpłynęli dalej. Ponownie spotkałem ich jakieś 40 minut później (dobrze, że zabrałem ze sobą chociaż zegarek), gdy wyciągali swoje kajaki na brzeg, szukając schronienia.
-Gościuuuuu, schodź do nas? Niedługo lunie! - ostrzegli mnie po raz kolejny, ale kto by się przejmował? Trochę duszno, słonko grzało, niebo czyste, zaczynał się lekki wiaterek. Przyznajcie sami, warunki idealne!
I tak sobie płynąłem, dobre pół godziny od spotkania z kajakarzami, gdy przestało być fajnie. Zaczęło robić się ciemno, zerwał się dość silny wiatr. Ławka zaczęła się ostrzegawczo kołysać. Jak na złość brzegi kanału w tym miejscu były dość wysokie, zacząłem gorączkowo zastanawiać się co robić.
Na początek zapiąłem porządnie kapok. Zaraz potem odszukałem w plecaku resztę linki - przywiązałem się nią luźnym węzłem do ławki i tak zabezpieczony wiosłowałem jakby mnie sam diabeł gonił.
Nie pomogło!
Jakiś kwadrans potem rozpętało się piekło! O ile wcześniej siedziałem wygodnie wyciągnięty na kłodzie, tak teraz starałem się ją ciasno obejmować kolanami, by jakoś się na jej chybotliwej powierzchni utrzymać. Wiatr wiał strasznie, spychając mnie w kierunku skarpy lewego brzegu. Siekący z boku deszcze uniemożliwiał mi widzenie. Walcząc z aurą cały czas parłem na przód. Byłem już praktycznie na środku kanału, gdy usłyszałem warkot silnika.
Tramwaj wodny!
Kłoda niebezpiecznie zakołysała się po raz kolejny, gdy podjąłem paniczną próbę ucieczki z toru kolizyjnego z prącym na moją rufę statkiem. Beznadziejna sterowność wdawała się mocno we znaki. Czułem już zmarszczki rozcinanej przez tramwaj wody na swoich nogach.
Było, blisko, było tak cholernie blisko! Krypa otarła mi się niemal o nogę, zakołysało tak, że spod mocowania wypadło mi zapasowe wiosło.
I kiedy myślałem, że najgorsze za mną, strugi deszczu zasilił grad. Lodowe odpryski wielkości orzechów laskowych siekały niemiłosiernie przez dobre 5 minut. W tym czasie kłoda urządziła sobie rodeo, a ja kuląc się i ściskając kurczowo wiosło, próbowałem już tylko nie spaść z tego cholerstwa. Szlak wzburzonej po tramwaju wody również nie pomagał, ale jego wpływ na ławkę z minuty na minutę malał.
Burza nagle się urwała. Przemoczony i posiniaczony kontynuowałem spływ. Była już niemal 11:00, byłem coraz bliżej celu. Wznowiłem miarowe machanie wiosłem.
Niestety, ławka postanowiła zacząć przeciekać. wypadł jeden z sęków. Nie wiem jakim cudem, ale całe to cholerstwo zaczęło się niebezpiecznie przechylać, nie pomogły próby balansowania własnym ciałem. I wtedy przypomniałem sobie o śląskiej od Łysego. Z pętka oderwałem pojedynczą laskę i załatałem nią dziurę. Lekko podciekała, ale udało mi się ustabilizować kłodę.
Wrócił upał, do końca trasy, a było tego dobre półtorej godziny, śmierdziało mi przed twarzą starą śląską. Zleciało się nawet kilka much, brzęcząc paskudnie.
Ostatecznie tuż przed 14:00 zawitałem w Bydgoszczy. Chłopaki tracili powoli nadzieję, że dotrę.
Szybko wskoczyli do wody i pomogli mi wciągnąć krypę na brzeg. Kuba wyciągnął z plecaka obiecane 0,7. Było obrzydliwie ciepłe.
Moją ławkę widziałem w tamtym miejscu jeszcze z 8 lat temu. Nadal tkwi tam, gdzie ją wyrzuciliśmy na brzeg, brakuje tam tylko kapoka i wiosła, z którymi głupio nawet na rauszu było wracać do Nakła…
Jako że siedzę i całkiem skutecznie unikam tego co zaplanowałem sobie na dziś do zrobienia, szczęśliwie przypadło mi to nieszczęście otwarcia kolejnej, XXI już edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem, a to pozwala mi dalej unikać podjęcia trudu wykonania własnego planu, choć już teraz bez wyrzutów sumienia, o ile takie sumienie w ogóle posiadam.
Czyli tak:
gatunkiem, którego sobie życzę niech będzie sensacja,
tematem niech będzie ławka,
a limit słów ustalmy sobie szeroki, powiedzmy od 10 do 5000, bo tymi limitami i tak mało kto się przejmuje.
Dobrej zabawy więc. Czekam na Wasze dzieła przez dwa tygodnie, do niedzieli, 30.04, kiedy to ogłoszę zwycięzcę wybranego przeze mnie według kryterium jeszcze mi nieznanego.
Niedziela, co prawda nie wieczór, ale raczej nie mam się co spodziewać, że wpadnie kolejne opowiadanie, więc póki chwilka czasu - #podsumowanienaopowieści !
Choć napisanie antyutopii z fabryka parówek w tle jako temat początkowo zyskał duże zainteresowanie, ostatecznie powstały 4 sztuki tekstów, popełnione przez 3 autorów:
konkurecję otworzył @George_Stark utworem Jak dziwnie płynie ta Wisła (wydanie III i ostatnie – zaadaptowane na potrzeby XX edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem) - w którym po raz kolejny niefortunne wyznania powodują, że Pacha i Jerzy lądują na przeciwległych brzegach Wisły, by spotkać się na środku mostu i z wciąż niewypowiedzianym brzemieniem oraz z niepuszczonym pawiem wrócić do domu
jednak to @UmytaPacha swoim tekstem "Trzej pancerni i cygański dar" zatrzęsła posadami powieściowej kawiarenki oraz załogą hejtowego czołgu. Fabryki majonezu na tyłach fabryki parówek spodziewać się mogli tylko pracownicy Wytrwórczej Spółdzielni Pracy Społem w Kielcach oraz posiadacze zasmarkanej chusteczki w cenie jednego euraska. W każdym razie, uważajcie na co siadacie i czego sobie życzycie, bo nie daj słoiku może się Wam spełnić.
temat majonezowo-parówczany znalazł również odbicie w utworze ANTYUTOPIA W CIENIU PARÓWEK autorstwa @bori , którego twórczości nie da się odzobaczyć i odcsinęła ona równie mocne piętno na uniwersum hejto, jak wcześniejszy utwór Paszki. Tytuł uważam za mylący, bliżej tu do horroru niż antyutopii mimo tak przyjaznej nazwy zakładu przetwórstwa mięsnego jak PARÓWECZKOPOLEX. W pogoni za sukcesem czasem brak pogoni za rozumem...
na szczęście z parówkowo-majonezowej makabry wybawia nas w swym drugim dziele Obóz stoicki @George_Stark, który roztacza przed nami obraz sprawnie stworzonej i działającej stoickiej komuny na terenie Grudziądza. W tekście autor antyutopię sprowadził do granic absurdu i klamerek kapoka, przez co utwór zyskuje dodatkowe walory artystyczne.
Ponieważ zasady ocenianiania nie zostały początkowo ustalone, chciałabym wyróżnić laurem zwycięstwa @George_Stark za Obóz stoicki, który faktycznie przedstawił antyutopię.
Lecz, by oddać wszystkim sprawiedliwość, jury w postaci mnie oraz młodszego bombelka przyznało dodatkowe nagrody:
talon na terapię dla par @George_Stark za ostatnie wydanie sagi paszkowo-jerzowo-grudziądzkiej
żółte 5l wiaderko majonezu kieleckiego dla @UmytaPacha - może i nie spełni życzeń, ale wystarczy do wielu kanapek z jajkiem oraz maseczek na włosy
roczny abonament na obserwowanie tagu #stoicyzm dla odzyskania równowagi duchowej dla @bori , pamiętaj Robaczku, pogoń za pieniądzem to nie wszystko!
Dziękuję wszystkim za uczestnictwo, czytanie, komentowanie aktualnie zakończonej edycji!
@moll no i nie zdążyłem… Trudno - cyk do szuflady 🙄A podsumowanko śliczne 😍
@George_Stark gratuluję, bo Twoja antyutopia urzekła mnie znów na tyle, że w niedkończonym opowiadaniu które właśnie spoczęło w szufladzie pozwoliłem sobie nawiązać do kapokôw i imć Pluska. U mnie już w randze admirała 😜
@George_Stark nie przypomniał mi w weekend, więc przypomnę dzisiaj, że jesteśmy już lekko za połową aktualnej edycji #naopowiesci i że jeśli ktoś ma ochotę napisać antyutopię z fabryką parówek w tle (lub na bliższym planie) to ma na to czas do niedzieli do godzin wieczornych.
– w taki właśnie sposób poeta opisywał później to miejsce, które odcisnęło swoje mroczne piętno na historii miasta Grudziądza.
Dawno temu w tym miejscu znajdował się Fort Wielka Księża Góra. Później wybudowano na jego miejscu kosmodrom. Grudziądzki Program Kosmiczny został w końcu porzucony z racji tego, że nigdzie w kosmosie nie udało się znaleźć wody, nie było więc sensu kolonizować innych planet, jeśli nie dało się nikogo na nich utopić. Infrastruktura kosmodromu została jednak wykorzystana – zaaranżowano ją na najnowocześniejszą na świecie fabrykę parówek. Fabryka upadła. Upadła z racji tego, że produkowane w niej parówki okazały się tak podłej jakości, że nawet psy po ich obwąchaniu tylko wzruszały ramionami. Miejsce stało przez jakiś czas opuszczone aż do tego dnia, kiedy zjawiły się w nim oddziały grudziądzkiej organizacji SS.
Stoikom Seneki przewodził Marek Plusk, a jego przydupasem był Jerzy Ostrowski. Plusk uznał, że opuszczona fabryka parówek będzie idealnym miejscem na stworzenie stoickiej utopii – nic tak nie przypominało o śmierci jak znajdujące się tam szafy pancerne wypełnione grubymi tomami akt związanych z pozwami, jaki wnosiły rodziny ofiar, które śmiertelnie zatruły się wyrobami firmy. Członkowie sekty przystąpili więc do działania.
Na początku nie było ich wielu. Ci, którzy z własnej podążali za słowem Cesarza Pluska zostali zaordynowani do aranżacji budynków na potrzeby jego wizji. Sam Plusk zaś martwił się nielicznością swoich wyznawców.
– Przecież nie masz wpływu na to w co ludzie wierzą, no to czym się przejmujesz? – mówił mu Ostrowski.
– Nie mam?! Nie mam?! Ja k⁎⁎wa nie mam?! No to jeszcze zobaczymy! – odpowiedział tamtego dnia Plusk, w którego głowie już rodził się plan.
Plan ten był szczególnej wagi, dlatego Plusk zdecydował się wykonać go osobiście, do pomocy zabierając ze sobą tylko zaufanego Ostrowskiego. Pewnej nocy, kiedy Grudziądz już spał, wybrali się do centrum. Rozmontowali część tramwajowego torowiska, a wyrwane z ziemi szyny położyli w taki sposób, że linia kończyła się teraz w założonym przez nich obozie. Następnego dnia rano zaspany motorniczy wiozący równie zaspanych Grudziądzan do pracy nie zauważył zmian i przywiózł dwa pełne wagony przyszłych mimowolnych wyznawców do obozu Pluska. Fort został otoczony przez kordony policji, a po długich negocjacjach stanęło na tym, że w zamian za zwrot tramwaju wraz z motorniczym Plusk może sobie zatrzymać resztę pasażerów. W zakładach pracy na miejsca uwięzionych zostali przyjęci ci, którzy do tej pory pozostawali bez pracy i w ten właśnie sposób rozwiązał się jeden z problemów Grudziądza – Grudziądz stał się miastem z najniższą stopą bezrobocia w całym kraju.
W obozie zaś życie biegło według zasad ustalony przez Pluska. Zasady te nie były jakoś szczególnie uciążliwe, tyle tylko, że związane były ze stoickim sposobem postrzegania świata. Nie została wprowadzona cenzura – wolno było rozmawiać o wszystkim, tyle tylko, że każdą rozmowę należało kończyć słowami „no i co z tego, jak i tak wszyscy umrzemy”, które to słowa szybko stały się obozowym pożegnaniem. Plusk wprowadzał też do życia mieszkańców obozu elementy umartwiające, a wprowadzał je po to żeby mieszkańcy z większą niecierpliwością wyczekiwali śmierci, która to miała ich od tych umartwień wybawić. W tym celu został przez cesarza wydany edykt zabraniający przybierać jakąkolwiek inną pozycję niż pozycja stojąca. Zabronione było siedzenie, zabronione było też leżenie. Mieszkańcy obozu jedli na stojąco, załatwiali potrzeby fizjologiczne na stojąco i nawet spali na stojąco, wzorem konia, na którym siedział Marek Aureliusz, a którego to konia uwieczniono na jego konnym pomniku znajdującym się na rzymskim Kapitolu.
– Dzień dobry – powiedział pewnego dnia Ostrowski, wchodząc do gabinetu Pluska.
– Żeby umrzeć – odpowiedział Plusk tradycyjnym obozowym pozdrowieniem, po czym zadał Ostrowskiemu pytanie: – Dlaczego, mój drogi Jerzy, ten napis nad bramą jest z błędem, k⁎⁎wa jego mać, pytam się spokojnie?!
– Ja zamówiłem dobrze, mogę ci pokazać kwity. A że wykonawca zrobił co zrobił, no to na to przecież nie miałem żadnego wpływu. Zresztą teraz trudno byłoby już to naprawić – odpowiedział Ostrowski, a Plusk mu przytaknął, choć całkowicie uspokoił się dopiero po trzech dniach.
Ostrowski rzeczywiście miał rację twierdząc, że pomyłkę trudno byłoby naprawić, Wisła bowiem w tamtym czasie ponownie zmieniła swój bieg. Grudziądz stał się wyspą z dwóch stron otoczoną wodą – zniknęło jezioro Tarpno, które stało się częścią wschodniego koryta podzielonej rzeki, a sam stoicki obóz znajdował na powstałej na tej odnodze łasze. Został oddzielony nie tylko od Grudziądza, ale i od całego świata.
– W sumie to dobrze się złożyło. Problem sam się rozwiązał. – podsumował Plusk, bo zdarzało się, że ludzie nie chcieli poddać się jego naukom, nie chcieli przy każdej wykonywanej czynności myśleć o tym, że kiedyś umrą, nie chcieli po stoicku spać na stojąco i w związku z tym zdarzało się, że uciekali z obozu. Plusk nie przewidział jednak jednego. Zrozpaczeni ludzie zamiast pamiętać o śmierci woleli rzeczywiście umrzeć. W tym celu sami topili się w opływającej obóz rzece.
– Nie no, k⁎⁎wa! Jak wszyscy się utopią, to kto będzie wtedy pamiętał o śmierci?! – pieklił się Plusk. – Przecież w życiu nie chodzi o to żeby umrzeć, tylko żeby o pamiętać o śmierci, a jak tu pamiętać o czymkolwiek, kiedy się już nie żyje?
I myślał Plusk, myślał intensywnie, aż pewnego dnia wymyślił. Wykorzystując jedną z pozostawionych po upadku Grudziądzkiego Programu Kosmicznego rakiet udał się do siedziby Związku Kajakarzy, gdzie zakupił zapas kamizelek ratunkowych. Na wzór średniowiecznych pokutników ubranych we włosienice, mieszkańcy obozu zostali przez Pluska przyobleczeni w te kapoki, które Plusk osobiście spiął kłódkami tak, żeby nie dało się z nich wyswobodzić. Oczywiście pojawiły się narzekania – mieszkańcom obozu było w tych kapokach niewygodnie.
– Głupcy! – grzmiał Plusk w czasie swoich codziennych przemów na Forum Grudziądzanum. – Głupcy! Czy nie rozumiecie, że przez noszenie tych kamizelek będziecie z jeszcze większym zapałem wyczekiwać śmierci? Czy nie rozumiecie, że to wszystko dla waszego dobra? Nie tylko nie zapomnicie dzięki tym kamizelkom o tym, że kiedyś umrzecie, ale będziecie też z większą nadzieją tego momentu wyczekiwać, śmierć bowiem będzie dla was nie tylko wybawieniem od tych wszystkich trosk, jakie mieliście do tej pory, ale i od tej nowej troski w postaci kamizelki, którą teraz na sobie nosicie!
Mieszkańcy obozu mieli jednak swój rozum. Domyślili się rzeczywistego powodu jaki kierował ich cesarzem każącym im nosić te niewygodne kamizelki i właśnie dlatego w obozowej gwarze taki kapok nazywał się antyutopia.
To mi zupełnie przypomina mojego ojca, który potrafi dowolne zdanie na dowolny temat zakończyć sentencją „czas umierać…”. Serio, rozmowa z nim potrafi wyglądać tak:
„O zobacz synu jaka piękna wiosna, roślinki mamie w ogrodzie pączki puściły, słoneczko tak cudnie grzeje, czas umierać…” 🤯
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest przypadkowe i niezamierzone.
ANTYUTOPIA W CIENIU PARÓWEK
Zapadał powoli zmierzch. Cienie w pomieszczeniu nieubłaganie stawały się coraz dłuższe a kąty i zakamarki jego sypialni pogrążały się w nieprzyjaznym mroku. Wysłużone meble, których najlepsze lata już dawno minęły, w świetle dnia budziły co najwyżej politowanie, ale po zmroku nabierały złowrogich kształtów, przywodząc na myśl przedwieczne plugastwa w zapomnianych krainach.
Mężczyzna siedział przed ekranem komputera. Biurko z tym urządzeniem stanowiło centralny element jego pokoju i jednocześnie był to jedyny mebel, który budził w nim jeszcze jakiekolwiek zainteresowanie. Dziwny odludek, bez przyjaciół i opuszczony przez rodzinę. Życiowe doświadczenia sprawiły, że stracił wszelką ochotę na jakiekolwiek uciechy, zarówno ciała jak i ducha. Jedyną jego rozrywkę stanowiło codzienne przesiadywanie przed monitorem, na którym dzień w dzień obserwował jak napisany kilka lat temu prosty program-bot sukcesywnie spamował pewien średnio popularny portal:
CYTAT NA DZIŚ
PRZEPIS NA PIECZEŃ
RECENZJA KOLEJNEJ KSIĄŻKI W TYM ROKU
ZAWOALOWANE STRĘCZYCIELSTWO
SPRAWOZDANIE JAK DZIECKO POŁKNĘŁO LEGO I TERAZ STAWIA KLOCKI
Kiedyś zautomatyzowane interakcje elektronicznego urządzenia z anonimowymi odbiorcami sprawiały mu nieukrywaną radość, lecz te czasy już dawno minęły. Oszukiwanie użytkowników stało się monotonne, a i tych było już coraz mniej, przez co jego ulubiony portal wyraźnie podupadał. Ostatnio często się niepokoił, że jedyne pozostałe mu jeszcze okno na świat w końcu się nieodwołalnie zamknie, a on będzie już całkowicie wyobcowany od reszty świata.
Kończący się dzień przypomniał Mężczyźnie, że nadchodził czas na codzienny, wieczorny rytuał. Z niechęcią, lekko się ociągając wstał, wyszedł z pokoju i powoli, powłócząc nogami, udał się do hali produkcyjnej przylegającej do budynku. Gdy wszedł do jej środka i ujrzał rzędy wyeksploatowanych maszyn, wróciły do niego stare wspomnienia. Czasy dawno minione, gdy był pełen sił, ogromnego zapału i młodzieńczych ideałów. Gdy jako nieopierzony chłopaczek rozstawił swoje pierwsze stoisko na ulicy. Biedny młokos, który brał z mieszkania dwie rynienki, wkładał świeczki i je zapalając, podgrzewał domowej produkcji paróweczki. Jego ciocia robiła je wieczorami, a on szedł i sprzedawał te paróweczki od bladego świtu na rogu ulicy Wiązów i Piekarskiej. Ciocia przygotowywała wyborne paróweczki, także wkrótce zamiast 2 sprzedawał 4, potem 8, następnie sprzedawał 16, zaraz 30, potem zatrudniał 4 bezrobotnych, którzy za niego handlowali na ulicy. On już tylko te paróweczki przygotowywał z ciocią. Po kilku miesiącach założył firmę, która zatrudniała setkę ludzi i sprzedawała paróweczki na ulicy. Nie minęło parę lat, a stał na czele PARÓWECZKOPOLEXU, ogromnej parówkowej korporacji z filią w Puławach, z własną nowoczesną halą i w pełni zmechanizowaną linią produkcyjną.
Zatracony w pogoni za sukcesem, spędzając całe dnie doglądając produkcji, zamieszkał w końcu na zakładzie oraz zatracił się w obserwowaniu powiększającej się ilości zer na koncie. Nawet nie zauważył, jak bezpowrotnie minęła jego młodość. W końcu, gdy kolejny milion na koncie przestał robić mu już jakąkolwiek różnicę, przyszło otrzeźwienie. Niestety dla niego, o wiele za późno. Nie spostrzegł w porę, jak sam stał się korporacyjnym zombie, takim jakie kiedyś z obrzydzeniem obserwował z boku, od rana handlując na ulicy. Znajomi ze szkół dawno się powyprowadzali i pozakładali rodziny, urodziły im się dzieci, jego rodzice pochorowali się i pomarli, a ciocia sprzedała swoje udziały w spółce i poleciała do Barcelony tańczyć bachatę całymi dniami i nocami. Nie pamiętał już nawet, czy dzwonili do siebie w ostatnie święta. A on ciągle tkwił w codziennym kieracie obowiązków zarządczych, aż monotonia zawodowa całkowicie go wypaliła. Zrezygnowany i pozbawiony od dłuższego czasu wszelkiej chęci do działania, postanowił zakończyć działalność, zwolnić całą załogę i zamknąć firmę. Od tamtego czasu snuł się, niczym samotny cień, między wyłączonymi maszynami, stanowiącymi już tylko smutne wspomnienie czasów, gdy rozgrzane niemal do czerwoności pracowały dniami i nocami, wypluwając z siebie tony produktów mięsopodobnych.
Mężczyzna dotarł do swojego ostatniego przedsięwzięcia na terenie zakładu: rzędu ogromnych, lecz obecnie pustych, klatek. Sowicie opłaceni Belgriklungrejanie zmontowali je bez zadawania zbędnych pytań, chociaż zapewne o nic nie pytali bo po prostu nie znali języka. Przypomniał sobie, jak jeszcze całkiem niedawno owe klatki tętniły życiem, o ile można tak przewrotnie nazwać krzyki, jęki, błagania, potępieńcze śmiechy i zlęknione spojrzenia uwięzionych. Idąc wzdłuż swego podręcznego „magazynu”, wspominał byłych już lokatorów poszczególnych cel:
- ten za dużo brykał,
- ten był maxymalnie zaangażowany w politykę,
- ten był mocno niekumaty,
- ten nigdy nie miał apetytu mimo swojego przydomka,
- ten niepoprawnie wierzył że zamiłowanie do pociągów go uratuje,
- ten zawsze wyglądał jak waleń wyświniony tuszem,
- ten był błędnym rycerzem który w głodowych majakach wymyślał sobie nieistniejące apanaże,
- ten jednak nie na wszystko lubił patrzeć,
- ten ciągle tylko beczał,
- ten wciąż się dziwił,
- a ten był zwykłym rowerzystą który po prostu napisał (w jego mniemaniu) prześmiewcze opowiadanie w bardzo złym momencie.
Pozostałych już nawet nie pamiętał. Poszczególne osoby wymieszały się powoli w bezkształtną masę, zarówno w jego wspomnieniach jak i w stalowej kadzi. Czasem tylko jeszcze budził się w nocy na wspomnienie twarzy pełnych przerażenia i bezbrzeżnej trwogi, metalicznie trzeszczących wysłużonych mechanizmów oraz zwierzęcych ryków kończących się nagle charczeniem i gardłowym bulgotem, ale i to już coraz rzadziej mu się zdarzało.
- Zemsta się dokonała – zamruczał do siebie pod nosem – Zostałaś pomszczona moja umiłowana.
Zapewne obserwator z zewnątrz to, co tu się wydarzyło określiłby mianem istnego horroru, plugastwa, abominacji czy makabry, a nie jeden śledczy znalazłby tutaj rozwiązanie swojej sprawy, ale Mężczyzny już nic nie ruszało. Był wyprany z emocji. Nie było dla niego ratunku. Chyba osiągnął już ten mistyczny chłód. Jego ojciec, gdy jeszcze żył i obsługiwał w fabryce maszynę która drgając powolnie oddzielała jego mięso od kości ostrzegał go przed tym, ale to było za mało by udało się ocalić jego duszę przed zatraceniem. Podobno seryjni mordercy zabijając czują radość, euforię czy podniecenie, ale on nie czuł nic.
Mężczyzna podszedł do maszyny na końcu taśmy. Podsunął miskę i pociągnął za dźwignię. Tryby zapiszczały, coś zatrzeszczało w niekonserwowanym mechanizmie, a z końcówki rury wydobyła się z sykiem różowawa masa. Dzięki dodatkowi szlachetnego majonezu konsystencja była aksamitna, a domieszka delikatnego octu skutecznie zabijała wapnisty posmak mączki kostnej.
Idąc i trzymając podgrzaną w ElFrajerze miskę, jeszcze raz omiótł wzrokiem halę. Poczuł lekkie ukłucie nostalgii w sercu. Czy było warto? Czy na pewno dokonał dobrych wyborów? Czy jeszcze kiedyś będzie szczęśliwy? Ale echo w opustoszałym pomieszczeniu nie potrafiło udzielić odpowiedzi na te pytania.
Mężczyzna powoli wszedł do pokoju na poddaszu. Na łóżku, skulona w kącie, siedziała cicho dziewczyna. Lata jej starań i wysiłków, by uczynić pewien portal lepszym miejscem spełzły na niczym. Zaszczuta tylko za to, że preferowała prawdziwy majonez zamiast chemicznych erzaców, nie wytrzymała w końcu psychicznie. Załamała się, popadając w głęboką katatonię. Puste spojrzenie jej oczu kazało się zastanawiać, czy pozostała jeszcze gdzieś w niej dusza. Mężczyzna delikatnie usiadł koło niej, nabrał łyżką różowej papki i przysunął do jej ust, tak jak to robił co wieczór, od wielu lat.
Rzucam jednostrzałowca bo po tym debiucie będę miała zakaz wstępu w przybytku #naopowiesci , a może i kilka zaproszeń na czarnolisto xd
"Trzej pancerni i cygański dar"
Było ich trzech (właściwie ich troje) w każdym z nich inna krew, ale jeden przyświecał im cel - dotarcie do Wytrwórczej Spółdzielni Pracy Społem w Kielcach, gdzie na hali produkcji miał skrywać się magiczny złoty słoik spełniający życzenia. Przynajmniej tak twierdził Erwino, któremu w metrze powrotnym z nocki Cyganka wcisnęła tajemniczą mapę za euraska.
- Mówię ci erwinek że baba po prostu nasmarała w chusteczkę i nie miała gdzie ją wsadzić - powiedziała Paszka wsłuchując się w turkot czołgu, który ciężko znosił pracę na oleju po frytkach.
- coty muwie ci to byla prawdziwa cyganka jak w filmach co maly Erwinek ogladal na vhs, wszysciutko mi zdradzila ze wystarczy scisnac zloty sloik i powiedziec zyczenie a na koniec dala to, widzisz na mapie tego gluta w krztalcie korony?
- ...że co, korona jak na logo Społem?
- ze korona jak w korona kielce
- ehhhh... to jest po prostu szpiczasty glut. - odwarknęła Pacha, próbując dojrzeć na horyzoncie zarys budynku "Społem" znad wielkiego brzucha leżącego na lufie Vredo.
- Boli mnie brzuszek - zamiałczał Vredo - To twoja wina umita pachio, przez wylanie całej wódki musiałem ratować się spirytusem
- To nie spirytus ci rozrywa bęben tylko wsunięcie wszystkich naszych zapasów frytek w jedną noc.
- Jejku no koffam frytki. Was też koffam :*
- xdddd - spuentował trafnie erwinek.
Dotarli. Do fabryki nigdzie nie było widać wjazdu, decyzja była więc prosta - ładowanie odłamkowo-burzącego i wystrzał w ścianę. Wraz z lotem pocisku dało się słyszeć cienkie pingwinie "ratunkuuuu...!" - widocznie załoga zapomniała go wyjąć po strzelaniu do owcy. Tak czy srak, w ścianie powstała dziura i czołg prześlizgnął się przez nią bez problemu. Tylko co to co to, zamiast majonezowych piramid wszędzie były parówki! Paszka i erwinko zeskoczyli z czołgu, a vredo poturlał się za nimi. Przy wielkich wrotach prowadzących do dalszego pomieszczenia stał nie kto inny jak sam Pan Pomidor!
- xD A więc odkryliście właśnie co robię w pracy... - powiedział wycierając dłonie w fartuszek.
- jakto, parowki?
- Parówki. Płacą to robię
- Dobra - ucięła temat Paszka - bo my musimy na halę produkcji kieleckiego, to te drzwi?
- Tak. Ale żeby tam przejść musicie podać poprawną odpowiedź na trzy zagadki! Każda błędna odpowiedź to reset i powrót do zadania kolejnych trzech zagadek. Macie jedną opcję pomocniczą, telefon do owcy, ale nie sądzę by mógł wam wiele pomóc. A więc pytanie pierwsze: Czym jest maceracja węgl... - nie dokończył, bo Vredo przeturlał się po nim jak wałek po cieście i wyważył wrota. Tym sposobem droga do cesarstwa majonezu kieleckiego stała otworem.
- No no... - pokiwała z uznaniem Paszka przechodząc przez wyrwę w drzwiach. Słoików były tysiące i zapowiadały tysiące minut poszukiwań. Poturbowany Vredo walnął się na paletę i zawodził:
- Ałaa Paaszko dalej wszystko mnie boli!
- Trza było tyle nie źreć! Jak nie chcesz pomóc w szukaniu to przynajmniej siedź cicho.
Minęła godzina, dwie, trzy, a złotego słoika nigdzie nie było.
- Erwinko - zagadała ocierając pot z czoła Pacha - a jeśli Cyganka nie kłamała i znajdziemy ten słoik to czego sobie zażyczysz?
- À nie powiem bo to jak w urodzinki, jak dmuhasz swieczki i powiesz to sie nie zpelni!
Odsuwając jeden z czteropaków Erwino znalazł kalendarz z gołom babom.
- umm takiego rudzixa tez by podmuhal ( ͡ʘ ͜ʖ ͡ʘ)
- ZOSTAW I SZUKAJ!
- Pokaż! - zawołał wciąż bolejąc z odległej palety Vredo.
- spojz tylko na te stoopki! - zachwycał się Erwino biegnąc i wymachując zdobyczą.
- Eee tam stópki, jakie czyczki! - rozpromienił się Vredo - Ehh, chciałbym mieć takie czyczki...
Gdy tylko skończył wypowiadać te słowa wybałuszył oczy i poczuł jak górna część koszuli rozrywa się na części, a obfity biust rozlewa po całej palecie. Złoty słoik, na którym siedział, pękł.
@UmytaPacha już nie będę pisał, że śmieszne bo wiadomo. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Napiszę za to, że świetne odwzorowanie stylu pisania postaci, a te orty Erwina w szczególności mnie urzekły. xd
Kojarzycie może taką serię gier komputerowych jak FIFA? No właśnie. Szukając pomysłu na opowiadanie do XX edycji konkursu #nasonety postanowiłem zastosować strategię wydawniczą wzorowaną na strategii wydawniczej producenta FIFY, firmy EA Sports. Obiecuję jednak, że to już ostatni raz.
===
Jak dziwnie płynie ta Wisła
wydanie III i ostatnie – zaadaptowane na potrzeby XX edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem
***
Lecz Parówka, niczym głucha,
małej Asi już nie słucha.
Zakochała się – o rety ! –
w kimś kto ceni jej zalety.
Dla niej ważne, że bez mdłości
Azor połknie ją w całości.
Jacek Cudny, Zakochana parówka [fragment]
***
Ta rozmowa nie przebiegała tak, jak miała przebiegać. Nic nie szło w tej rozmowie zgodnie z planem. Nic nie szło w tej rozmowie ani zgodnie z planem jej, ani zgodnie z planem jego, bo oboje mieli na tę rozmowę przygotowane swoje własne, całkowicie różne i zupełnie od siebie niezależne plany.
Spacerowali nad Wisłą. Ona, ubrana w różową bluzę-kangurkę i on, wypychający od czasu do czasu prawy policzek przy użyciu języka, którym sięgał do dokuczającej mu od dawna górnej ósemki. Tak jakby ten zabieg miał mu w jakiś sposób pomóc. Tak jakby ten zabieg mógł ten jego ból zęba w jakiś sposób złagodzić.
Okolica była znajoma – mieszkali w końcu w Grudziądzu już od jakiegoś czasu, żyli tam ze sobą na kocią łapę – a jednak znów wydawało im się, że wszystko dookoła wygląda jakoś inaczej niż wyglądało dotychczas. Wydawało im się, że Wisła płynie trochę inaczej niż płynęła kiedy spacerowali w tym miejscu poprzednim razem. Nie zrobiło to na nich wrażenia. Owszem, kiedyś, na początku, zaraz po przeprowadzce dziwili się temu, ale później zdążyli się do tego przyzwyczaić. Tak jak i zdążyli się też przyzwyczaić do bezustannie spływających rzeką zwłok.
– Wszystko płynie – żartował czasami Jerzy, a Pacha śmiała się z tych jego dowcipów. To im wychodziło, takie rozmowy im się udawały. Umieli się razem śmiać i żartować. Tak jak i potrafili rozmawiać o zwykłych, codziennych sprawach, tak jak potrafili dzielić się ze sobą swoimi obserwacjami:
– Jerzy, a ta jabłonka to nie rosła ostatnio na tamtym brzegu? – zapytała Pacha. – Nie no, rosła! Na pewno tam rosła! Przecież pamiętam! Siedziały na niej trzy sikorki i mazurek jeszcze na niej siedział. Co mnie zdziwiło, bo mazurki to przecież występują bardziej na wsiach, w miastach to raczej wróble. No a tu przecież jest miasto! Nie no, na pewno tam rosła, przez tego mazurka to pamiętam!
– Patrz, a ten wysoki gość z psem? – powiedział Jerzy. – Tam, ten po drugiej stronie. Wydaje mi się, że przed chwilą się z nim mijaliśmy.
– Może na takich długich nogach szybciej dochodzi się do mostu? - tym razem zażartowała Pacha, a Jerzy roześmiał się z jej dowcipu.
Tak, umieli ze sobą żartować. Nie umieli jednak rozmawiać o sprawach poważnych. Za każdym razem, kiedy tylko któreś z nich podejmowało próbę skierowania rozmowy na rzeczy fundamentalne, na kwestie dotyczące ich związku i ich przyszłości, wtedy właśnie gdzieś wewnątrz ciała pojawiał się jakiś dziwny impuls, jakieś ściskające napięcie blokujące w krtani te słowa, które już dawno powinny zostać wypowiedziane.
Tak było i wtedy, kiedy tamtego dnia spacerowali nad Wisłą, a ich rozmowa nie przebiegała według planu. Już to jedno, już drugie miało zamiar przerwać tę bezsensowną paplaninę o niczym, która się tam wtedy między nimi rozgrywała i wreszcie powiedzieć to, co miało do powiedzenia, ale właśnie w tym momencie znów pojawiało się to mrowienie w kąciku ust, to drętwienie którejś dłoni albo ten nieprzyjemny ucisk w żołądku. Wtedy dawali za wygraną. Odkładali te zaplanowane słowa na później.
Mimo że nie zrobiło tego żadne z nich, to ta ich bezsensowna paplanina została tamtego dnia przerwana. Zmienił się kierunek wiatru. Nie wiało już od rzeki, podmuch przyszedł ze strony miasta i przyniósł ze sobą odór lekko rozkładającego się mięsa, silnej chemii i rozmaitych odpadów. Był to zapach fabryki parówek Krąg Życia otwartej na terenach dawnych ogródków działkowych Metalowiec, fabryki, która wpisując się w nowoczesne trendy zarządzania ekologicznego i zrównoważonego rozwoju kierowała się zasadą zero waste.
Pachę lekko zemdliło, targnął nią odruch wymiotny i – żeby nie puścić pawia, choć tak bardzo lubiła ptaki – zatkała usta, co nie tylko powstrzymało ją przed zwróceniem obiadu (ziemniaki, przysmażona kaszanka, zielony groszek i jajka z majonezem na deser), ale również uniemożliwiło jej kontynuowanie bezsensownej paplaniny. Do Jerzego odór dotarł również, ale nie zrobił na nim wrażenia. Był przyzwyczajony do zapachu zgnilizny. Osiągnął już niewrażliwość na ten zapach, a to z powodu zabiegu autoimmunologicznego – szczepionki w postaci własnego gnijącego zęba.
– "Skoro oni potrafią robić parówki z mięsa oddzielanego mechanicznie, z kopyt, z rogów, z oczu, z gówna i z papier mâché, to dlaczego mnie tak trudno jest powiedzieć jej tych kilka słów?" – pomyślał wtedy Jerzy.
– "Skoro oni potrafią robić parówki z mięsa oddzielanego mechanicznie, z kopyt, z rogów, z oczu, z gówna i z papier mâché, to dlaczego mnie tak trudno jest powiedzieć mu tych kilka słów?" – pomyślała wtedy Pacha.
I właśnie wtedy oboje jednocześnie się zdecydowali. Nastąpiło przełamanie, jak gdyby, wbrew zasadzie zero waste, postanowili nie pracować nad swoimi ograniczeniami i wątpliwościami, nie próbowali przekuwać ich na zalety, a tylko oboje w jednej chwili postanowili te ograniczenia i wątpliwości odrzucić.
Jerzy przyklęknął i przez chwilę mocował się z własną kieszenią, w której miał schowany zaręczynowy pierścionek. Nie potrafił sobie poradzić z wyciągnięciem go i dopiero kiedy spojrzał na kieszeń uświadomił sobie, że jest ona zasunięta. Rozpoczął mocowanie się z zamkiem błyskawicznym. Pacha w tym czasie zamknęła oczy i próbował wziąć pierwszy z trzech głębokich wdechów, za pomocą których miała zamiar opanować emocje przed zbliżającą się wypowiedzią, wszechogarniający smród mocno jej jednak to zadanie utrudniał.
– Wyjdziesz za mnie? – zapytał Jerzy, był bowiem przekonany, że to właśnie Pachę chce w tym momencie pojąć za żonę.
– Odchodzę! – powiedziała Pacha, nie była już bowiem w stanie znosić dłużej odoru z ust Jerzego powodowanego przez jego gnijącą górną prawą ósemkę, której za nic w świecie nie chciał wyleczyć.
Cisza. I on, i ona nie usłyszeli żadnej odpowiedzi drugiej strony na te swoje nagłe wyznania. Jerzy oderwał wzrok od kieszeni, Pacha rozwarła powieki. Nic. Pusto. Przed Jerzym nie stała Pacha, przed Pachą nie klęczał Jerzy.
Jerzy poderwał się z klęczek, Pacha rozglądała się dookoła. W końcu dostrzegli siebie nawzajem: stali na dwóch przeciwnych brzegach. Jerzy gestami dał Pasze znać żeby skierowała się na południe, żeby udała się w górę rzeki. Tam, gdzie stoi most im. Bronisława Malinowskiego.
Spotkali się na środku przeprawy. W milczeniu wrócili razem do domu i wszystko było między nimi tak jak do tej pory. Nic się nie zmieniło: znów nie powiedzieli sobie tego, co mieli sobie nawzajem do powiedzenia, znów te tłumione słowa umościły się w nich gdzieś głęboko i cały czas ich tam głęboko uwierały.
I tylko pod jabłonią znajdującą się na wyspie leżącej na środku rzeki stał wysoki mężczyzna z psem. Mężczyzna wyciągnął z kieszeni parówkę i – po chwili podejrzliwego przyglądania się jej – zatopił zęby w mięsopodobnej masie. Drugą parówkę podał psu, który – zupełnie bez żadnej podejrzliwości – pochłonął ją dwoma kęsami. Na drzewie nie siedziały żadne ptaki. Mężczyzna ukruszył swój ząb trafiając w parówce na coś twardego, co wyglądało zupełnie tak jak dziób mazurka.
A czy w najnowszej edycji #naopowiesci, której tematem będzie fabryka parówek, antyutopia może nosić bardziej cechy osobistej dystopii w której znalazł się bohater?
Kocim kaprysem powołana zostałam do otwarcia kolejnej edycji #naopowiesci Dlatego też proponuję co następuje:
Antyutopia
Część wydarzeń w opowieści rozgrywa się w fabryce parówek (czynnej lub takiej, która zakończyła działalność - pełna dowolność, byle się fabryka pojawiła)
Nie przedłużając niepotrzebnie przechodzimy od razu do #podsumowanienaopowieści !
Udział wzięło troje uczestników:
kolega @George_Stark z tekstami Jak dziwnie płynie ta Wisła, Księgi Jerzego i Kocie życie
koleżanka @moll z tekstem Wiedźma, która praktykowała jogę. Pogłaszcz kotka
oraz kolega @fonfi z tekstem Koci Punkt Widzenia, czyli tuńczyk, polityka i programowanie rozproszone
Jury w postaci Panny Księżniczki zadecydowało, że w tej edycji wygrywa koleżanka @moll !
Jak możemy przeczytać w werdykcie jury: "Autorka z niezwykłym wyczuciem i swobodą operuje zarówno klasycznymi motywami baśniowymi, jak i współczesną refleksją nad konstrukcją opowieści. Kreacja głównej bohaterki – tytułowej wiedźmy – daleka jest od stereotypowego wizerunku czarownicy jako siły czysto złowrogiej lub bezkrytycznie mądrej. Zamiast tego otrzymujemy postać pełną wewnętrznych sprzeczności, działającą na pograniczu fatum i przypadku, kierującą się własną logiką, wymykającą się jednoznacznej ocenie. To właśnie ta niejednoznaczność stanowi o sile tekstu, wpisując go w tradycję literatury, która nie tylko opowiada historię, ale też zmusza czytelnika do jej interpretowania.(...) Sama konstrukcja fabularna – rozgrywająca się na granicy realności i magicznego fatum – przywodzi na myśl narracje postmodernistyczne, w których bohaterowie, choć zanurzeni w rzeczywistości konwencjonalnie rozpoznawalnej, podlegają prawom irracjonalnym, a jednak zaskakująco logicznym w swojej wewnętrznej konsekwencji. (...) To utwór, który można czytać na wielu poziomach: jako świetnie napisaną historię o losie, władzy i kobiecej niezależności, ale także jako metatekstualną refleksję nad samą istotą opowieści. W pełni zasługuje na wyróżnienie i mamy nadzieję, że autorka nadal będzie eksplorować literackie światy, dostarczając czytelnikom równie fascynujących narracji"
Szanownym kolegom serdecznie dziękujemy za udział w tej edycji, wasze teksty również poruszyły serduszko Panny Księżniczki, jednak nie aż tak jak opowieść o Alim, którego uznała za absolutnego przystojniaka
O mały włos zapomniałbym o opowiadaniu. Ale na szczęście nie zapomniałem. To znaczy ściśle mówiąc, to zapomniałem, ale zostało mi przypomniane. W każdym razie jest. Teraz mogę mieć jedynie nadzieję, że czytając będziecie mieli Państwo przynajmniej tyle frajdy ile ja miałem przy pisaniu.
Uprzedzając pytania: tak - Doris jest postacią autentyczną (tą z załączonego dla atencji zdjęcia), nie - nie potrafi gadać. Ale szaleć w środku nocy i drzeć się w niebogłosy już zdecydowanie tak. Wszelkie podobieństwa i zachowania są całkowicie nieprzypadkowe.
Zatem - nie przedłużając - zapraszam Państwa do lektury opowiadania powstałego na potrzeby zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem .
------------------
Koci Punkt Widzenia, czyli tuńczyk, polityka i programowanie rozproszone
— Doris, wróciłem! - krzyknął Ryszard w głąb mieszkania zamykając drzwi wejściowe za sobą.
— Dobra, zaraz przyjdę - dało się słyszeć zaspany głos z głębi mieszkania, gdzieś z okolicy sypialni.
Pomimo, że był piątek - a w piątki Ryszard zazwyczaj kończył pracę wcześniej - tego dnia dotarł do domu dość późno. Wieszając lekko przemoczoną kurtkę na wieszaku, usłyszał znajome ziewnięcie, które zawsze towarzyszyło przeciąganiu i rozciąganiu się świeżo rozbudzonej Doris. Poszedł do kuchni i wstawił czajnik z wodą żeby zaparzyć sobie herbatę.
— Jesteś głodna? Nałożyć ci coś? — krzyknął do Doris lustrując przy okazji zawartość lodówki.
— Jest wieczór. Oczywiście, że jestem głodna. I nie musisz się tak drzeć.
Ryszard aż podskoczył słysząc głos bezpośrednio za plecami i obejrzał się przez ramię obrzucając Doris karcącym wzrokiem.
— Chryste, mówiłem ci tyle razy, żebyś się tak nie zakradała. Zawału kiedyś dostanę.
— Ja się nie zakradam. Ja po prostu tak się poruszam. Jak mam inaczej chodzić? - odparła ze znudzeniem — F komsu jessem kotem — dodała niewyraźnie, wylizując sobie prawą łapę — A koty poruszają się cicho.
— Akurat! Nagram to i odtworzę ci o 4 nad ranem, jak przegalopujesz przez mieszkanie i moje łóżko niczym stado dzików.
— O! kochany - od zoomies to ty się odczep. Dobrze wiesz, że tego nie da się kontrolować.
— Hektor u sąsiadki jakoś kontroluje - rzucił złośliwie Ryszard
— Czy ty widziałeś tego spaślaka?! On nawet nie jest w stanie wylizać sobie jajek pod ogonem. Albo raczej tego co po nich zostało. A co dopiero przebiec parę metrów.
Mówiąc to, zeskoczyła ze stołu, na krawędzi którego przeprowadzała przed chwilą powierzchowną toaletę i usiadła zgrabnie przy miskach, wyglądając jak koci egipski posążek.
— No dobrze, niech ci będzie. Kurczak czy tuńczyk? - zapytał Ryszard trzymając dwie puszki w ręku.
— Tuńczyk. Tylko podgrzej trochę. Nie lubię takiego z lodówki. Powinien mieć temperaturę świeżej myszki. A tak w ogóle to gdzie byłeś do tej pory, hę?
— Zasiedziałem się w biurze bo próbowałem rozwiązać problem synchronizacji procesów w serwerach - wiesz, to o czym ci wczoraj opowiadałem. A później skorzystałem z zaproszenia na obiad od Anki.
— Tej z pracy?! Tej co ma tę szylkretową kotkę Plamkę?! Chcesz mi powiedzieć, że kładłeś łapy na obcym futrze?! - syknęła Doris, a oczy zmieniły się w szparki i złowieszczo zabłysły.
— Byłem u Anki. Nie u Plamki. — próbował bronić się Ryszard
— Jasne! Ale ta mała małpa siedziała ci na kolanach!? Nie kłam! Widzę jej kłaki na twoich spodniach!
— Owszem, Plamka jest bardzo towarzyska…
— Masz w domu Rexa Kornwalijskiego, a łazisz głaskać jakiegoś parchatego dachowca?! - warczała coraz bardziej nakręcona Doris
— Hej! To było rasistowskie! - oburzył się Ryszard
Na szczęście sprzeczkę przerwało piknięcie mikrofalówki i letnia kocia karma z tuńczykiem znalazła się, z charakterystycznym mlaśnięciem, w misce. Na ten dźwięk Doris, zupełnie jak gdyby nic się przed chwilą nie stało, zaczęła kręcić ósemki między nogami Ryszarda, zaczepiając go ogonem i głośno przy tym mrucząc. Postawił miskę na podłodze, zalał sobie herbatę i usiadł na kanapie przyglądając się jak kocica pałaszuje zawartość miski z takim zapałem, że kawałki jedzenia fruwały dookoła lądując jej nawet między uszami.
— Jesz jak prosię… - skwitował.
— Kwjaaaa?! - oburzyła się Doris z pełnym pyszczkiem, przez co pytanie zabrzmiało bardziej jak kwiknięcie, dopełniając całości obrazu.
Ryszard uśmiechnął się pod nosem, zostawił kocicę w spokoju i włączył kanał informacyjny, żeby nadrobić zaległości z całego dnia. Akurat pokazywali relację ze sprzeczki prezydenta Zełeńskiego z Trumpem i J.D. Vansem w Gabinecie Owalnym. Zaproszeni do studia komentatorzy i eksperci w równie nerwowy co panowie prezydenci sposób, prowadzili ożywioną dyskusję, przekrzykując się i próbując przewidzieć co z tej awantury wyniknie dla szeroko pojętej geopolityki.
— A ci dwaj co znowu nawywijali?
Ryszard po raz kolejny wzdrygnął się zaskoczony głosem tuż przy jego uchu. Spojrzał groźnie na siedzącą na oparciu kanapy i wyraźnie zadowoloną z efektu zaskoczenia kocicę.
— Jeszcze nie wiem, dopiero włączyłem informacje, ale najwyraźniej nie bardzo mogą się dogadać.
— A to wszystko przez to, że nie ma tam kota - oceniła Doris - Koty łagodzą obyczaje. Tyko obecność kotów gwarantuje, że ludzie są spokojni, racjonalni i zachowują odpowiedni dystans do siebie i świata.
— A to ciekawe, masz na to jakieś dowody, czy tak na poczekaniu sobie wymyśliłaś? No i weź odwróć się jak wylizujesz się tym tuńczykiem. Nieludzko śmierdzi ci z pyska.
Na ten komentarz kocica przerwała w połowie wylizywanie futra na brzuchu i spojrzała na niego z groźnie położonymi uszami. Jednak złowrogi w zamyśle wygląd pyska, zniweczył całkowicie, komicznie wysunięty do połowy język. Ryszard parsknął śmiechem, wziął kocicę na ręce i - ewidentnie niezadowoloną - posadził sobie na kolanach.
— No to jak to jest z tą mądrością i łagodzeniem obyczajów, co? - zapytał wracając do tematu rozmowy.
— No weźmy takiego Piechocińskiego i jego Miauczura - zaczęła Doris, wydeptując czwarte już kółko na kolanach Ryszarda w poszukiwaniu właściwej miejscówki - łażą sobie na grzyby, robią selfiaki, wrzucają ciekawostki do internetu. Świat dookoła płonie, a oni heheszkują - zero spiny. O, albo taki Larry…
— Jaki Larry, nie kojarzę żadnego Larrego.
— No ten co jest Głównym Myszołapem w służbie Sekretariatu Gabinetu na Downing Street w Londynie. Ci to dopiero mają dystans do siebie. Nie ma to jak brytyjski humor, nie? Widziałeś kiedyś zdenerwowanego brytola? Pijanego - owszem. Głośnego też. Ale zdenerwowanego…?
— A Brexit? To chyba nie była zbyt rozsądna decyzja? A podjęta za “kadencji” Larrego, nie?
— Ryszard, nie udawaj głupiego. Przecież tak jak ja, dobrze wiesz, że dzięki staraniom Larrego zarówno David Cameron jak i Theresa May byli przeciwni Brexitowi. Jedyne czego ten napuszony angielski sierściuch nie dopilnował to tego porąbanego pomysłu z referendum. No ale może akurat był zajęty obowiązkami i łapał myszy. W każdym razie to na pewno nie jego wina.
— A Fiona? - drążył Ryszard
— Jarkowa Fiona, ta histeryczka?! - Doris aż przysiadła z wrażenia i przestała ugniatać ciasteczka na miękkim brzuchu Ryszarda - To akurat wyjątek. Ona faktycznie jest zdrowo rąbnięta. Myślę, że to schronisko ją tak załatwiło zanim ją stamtąd zabrał. Kto wie co tam się mogło dziać. A do tego przeraźliwie linieje. Powinna bardziej o siebie zadbać. Zwłaszcza o tę przetłuszczoną sierść na ogonie i rozdwojone końcówki. Biedna kocica. Ale trafił swój na swego… A… A pamiętasz Socks’a?
— Tego kota Clintonów? Pamiętam, co z nim? - zaciekawił się Ryszard
— No właśnie, przypomnij sobie jak wyglądała polityka Clintona jak Socks mieszkał w Białym Domu. Reformy gospodarcze, reformy edukacji, a żeby daleko nie szukać to przecież za jego prezydentury przyjęto nas do struktur NATO dzięki czemu teraz możemy spać w miarę spokojnie. - wyliczała Doris - Chyba nie myślisz, że ten stary erotoman sam to wszystko wymyślał?
— No właśnie, nie dało się uniknąć tych seksafer? Przecież to się później ciągnęło za nim latami - dopytywał Ryszard
— Nooo, akurat z faktem, że Bill miał problem z utrzymaniem ptaszka w spodniach to Socks niewiele mógł zrobić. A do tego ta cała Linda z jej nagraniami jak Socks z Billem instruują Lewinsky co ma mówić. Kto mógł podejrzewać… W każdym razie, jak widzisz, za każdym człowiekiem sukcesu stoi kot. Albo kocica.
— Mój boże… - zamyślił się Ryszard
— Boga w to nie mieszaj. Już ci kiedyś tłumaczyłam, że ONA, na swoje podobieństwo stworzyła koty, a was - ludzi - z końcówki ogona, żeby miał nas kto karmić. Nie wracajmy do tego.
— Jasne, jasne - pojednawczo mruknął Ryszard drapiąc Doris za uchem - ale może chodźmy już spać bo późno się zrobiło.
Doris, jak gdyby tylko czekając na to zaproszenie, zeskoczyła z wdziękiem z kolan Ryszarda i potruchtała w kierunku sypialni. Przystanęła na chwilę w progu i obejrzawszy się żeby sprawdzić czy za nią idzie, rzuciła od niechcenia:
— Jak się wyśpisz, to ci jutro pokażę jak ogarnąć tę synchronizację procesów w serwerze. Na wielką kuwetę - ileż można się męczyć z taką pierdołą…
Próbując nadać tytuł poniższemu opowiadaniu szukałem definicji wyrażenia „pieskie życie”. Zawsze kojarzyło mi się (ba! – byłem tego pewien!) to wyrażenie z określeniem na życie lekkie, łatwe i przyjemne, czyli z życiem takim, jakie chciałbym i jakie staram się prowadzić. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że źródło dość wiarygodne, bo strona internetowa Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Gdańskiego stwierdza że: […] wyrażenie pieskie życie, oznaczające ‘życie nędzne, pełne wyrzeczeń i trudności’, obecne jest już w najstarszych słownikach. Kurde! – całe życie w błędzie!
No ale: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo skoro „pieskie życie” oznacza życie nędzne, pełne wyrzeczeń i trudności, to tytuł opowiadania sam mi się w związku z tym nasunął:
***
Kocie życie
Pacha była zatrudniona w trybie hybrydowym. Pierwsze trzy dni każdego tygodnia spędzała w biurze, natomiast w czwartki i w piątki pracowała z domu. Była kobietą nie tylko efektowną – to jeśli chodzi o kwestie wyglądu, ale również i kobietą efektywną, to z kolei w kwestii jej charakteru. Od poniedziałku do środy Pacha nadganiała robotę tak, że jej czwartkowo-piątkowy homeoffice był bardziej home a mniej office. Wykorzystywała więc zalety pracy hybrydowej, tak jak na przykład zrobiła to poprzedniego dnia. Był wtedy czwartek, a Pacha zamówiła sobie domową wizytę kosmetyczki, która, w godzinach pracy nie tylko swojej, ale przede wszystkim w godzinach pracy Pachy zrobiła tej Pasze manicure – przyozdobiła ją wspaniałymi wściekleróżowymi paznokciami hybrydowymi.
Po czwartku nadszedł piątek. Pacha dzień pracy rozpoczęła od gorącej kąpieli z dodatkiem różanego olejku eterycznego importowanego z bułgarskiego Karłowa. Później, owinięta ręcznikiem, usiadła na kanapie. Włączony laptop położyła obok, od czasu do czasu głaskała tylko palcem touchpad żeby komputer nie przeszedł w stan uśpienia a zielone kółeczko obok jej nazwiska na firmowym komunikatorze nie zapłonęło żółcią będącą powodem gromadzenia się żółci u jej przełożonych. Na kolanach rozłożyła album z reprodukcjami prac francuskich impresjonistów i podziwiała ten fascynujący sposób w jaki te ich nieregularne maźnięcia pędzlem układały się w coś jednak przedstawiające obrazy.
– Noż motyla noga! Dopiero co się umyłam, a ty mi znowu kłaki pod pachą chcesz zostawić? – powiedziała do swojego liniejącego kota, który wskoczył na oparcie kanapy i trącał Pachę od tyłu łebkiem, rzeczywiście próbując wcisnąć się jej pod pachę. Kot pozazdrościł touchpadowi i również zapragnął być głaskany.
– No dobra, chodź już tutaj, niech ci już będzie. – Pacha zgodziła się litościwie po trzecim trąceniu łbem i uniosła ramię pozwalając kotu prześlizgnąć się pod nim żeby mógł się ułożyć na spoczywającym na jej kolanach albumie. Pacha głaskała kota, kot prężył się, mruczał i zostawiał swoje wypadające włosie na dłoni Pachy.
Pacha nie tylko była kobietą efektowną i efektywną, jak to powiedzieliśmy już wcześniej, ale była też kobietą afektowną. Jakiś czas temu zapałała gorącym uczuciem do tego śmietnikowego kota, którego pewnego zimowego wieczora znalazła obok kontenera, gdzie krył się w wrzuconym przez kogoś bucie przed styczniowym chłodem i to jej rozpalone wtedy uczucie trwało przez długie lata, aż do dnia, z którego zdajemy tutaj relację, a i w tym dniu to jej rozpalone wtedy uczucie również nie wygasło.
– Oj ty bidulo jedna – powiedziała wtedy Pacha. – Tak mi ciebie szkoda! Chodź, wezmę cię do domu. Tylko żebyś mi na żadne ptaki nie ważył się polować! – dodała, ostrzegając znajdę. Rozsunęła swoją różową kurtkę wypełnioną syntetycznym puchem i schowała kota do kieszeni swojej różowej bluzy-kangurki. Tak zaczęła się miłość Pachy do kota i być może nawet miłość kota do Pachy, choć kot tę swoją kocią miłość okazywał jej iście po kociemu.
Miłość kota do Pachy objawiała się przede wszystkim jego troską o utrzymanie w należytym porządku ich wspólnego gospodarstwa domowego. Kot szczególnie lubił czwartki i piątki, które Pacha spędzała w domu – nie czuł się wtedy samotny. Tamtego czwartku na przykład, kiedy Pacha zamykała za kosmetyczką drzwi, kot wskoczył na parapet i zaczął tarmosić rosnące tam w doniczkach róże czyniąc przy tym niemały hałas.
– Co ty robisz, cholero jedna?! Weź no ty się uspokój! – krzyknęła wtedy Pacha podbiegając do okna. Natychmiast jednak zreflektowała się, przeprosiła kota i nawet go pogłaskała, bowiem kot w ten sposób przypomniał jej o podlaniu kwiatów, o czym Pacha wciąż i wciąż zapominała pomimo nawet tego, że zastąpiła zasłony roletkami okiennymi po to, żeby się te jej róże nie miały za czym schować. W podjęciu tej decyzji kot zresztą również miał swój udział – wieszał się na tych różowych zasłonach i robił sobie z nich huśtawkę, a że był tłustym kocurem, to często zdarzało się tak, że trzymające zasłonę żabki puszczały. Pacha musiała stawać wtedy na krześle żeby z powrotem tę urwaną zasłonę przypiąć.
Leżał więc tamtego piątku kot na albumie spoczywającym na kolanach Pachy, mruczał, prężył się i gubił włosie, ale w ciągu trzech minut to leżenie zdążyło mu się znudzić. Wstał wtedy, przeciągnął się prężąc grzbiet, zeskoczył na podłogę i z zadartym ku górze ogonem potruchtał w kierunku kuchni. Pacha zgarnęła sierść z albumu, odłożyła ją na bok żeby później wyrzucić do kosza – wstawać z kanapy jej się nie chciało, miała zresztą touchpad do głaskania – przewróciła stronę w albumie i zaczęła czytać o pięknym, kwiatowym obrazie Ogród w Pontoise autorstwa Camilla Pissarro. Nie dane jednak jej było dowiedzieć się o tym obrazie wiele, z kuchni dobiegł bowiem metaliczny brzęk. Pacha więc – czy się jej chciało, czy nie – wstała i, szybciej nawet niż kot, pobiegła sprawdzić co się stało.
– Ty cholero! Nie dasz mi ani chwili popracować w spokoju! – pomyślała wstając, a była tak zdenerwowana, że, zapominając chwilowo o swojej efektywności, nie zabrała ze sobą kłębka kociej sierści, który wcześniej przygotowała do wyrzucenia. Kiedy jednak dotarła do kuchni cała złość od razu jej przeszła. Kot zrzucił bowiem z blatu zakrętkę od Majonezu Kieleckiego, a Pacha była mu za to ogromnie wdzięczna, inaczej cały świeżo otwarty osiemsetpięćdziesięciomililitrowy słoik mógłby się zepsuć i pójść na zmarnowanie. Pacha zakręciła więc ten słoik, schowała majonez do lodówki i odwróciła się żeby podziękować kotu za wyświadczoną jej przysługę. Ten stał na parapecie, obrzucał ją tęsknym wzrokiem i trącał łapką stojącą na tym parapecie pustą miskę domagając się od Pachy uczynienia zadość jego prawom.
– Cholera! Masz rację! Przepraszam, zapomniałam – powiedziała Pacha i w te pędy pognała do pokoju. Zrzuciła tam z siebie ręcznik, założyła bieliznę w majtkoworóżym kolorze, ciemnoróżowe spodnie i jasnoróżową koszulkę, a całość stroju dopełniła bladoróżową gumką do włosów. Dokonała jeszcze jednego głaśnięcia touchpada, po czym zamyśliła się na chwilę, aż w końcu zdecydowała się ustawić na komunikatorze status „nie przeszkadzać”. Kolor kółeczka przy jej nazwisku zmienił się na czerwony, ale przez ustawienia barw na jej monitorze czerwień ta wpadała w róż. Ukontentowana Pacha wyszła na korytarz, założyła na stopy różowe sandałki i wybiegła z domu. Wsiadła do swojej różowej hybrydowej Toyoty Yaris i, mimo kilku sklepów zoologicznych w pobliżu, pojechała na drugi koniec miasta do sklepu Kakadu, był to bowiem jedyny znany jej sklep zoologiczny, który w swoim logo miał kolor dający się od biedy nazwać kolorem różowym.
– No, jest saszeta dla ciebie! – powiedziała Pacha kiedy wróciła z zakupów. Naprawiła błąd pustej kociej miseczki a kot od razu zabrał się do jedzenia. Pacha przyglądała się kotu z miłością, zastanawiała się nawet czy nie dodać mu trochę majonezu dla smaku, ale kot nie wyglądał jakby cokolwiek więcej było mu do szczęścia potrzebne. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że kotu do szczęścia było potrzebne mniej, bo kiedy już opróżnił swoją miskę zeskoczył z parapetu i udał się do kuwety celem defekacji.
Śmierdziało. Pacha spojrzała na zegarek. Dochodziła jedenasta.
– „Nie no, strasznie wcześnie” – pomyślała. – „Sama muszę to zrobić, bo tyle godzin to w tym smrodzie nie wytrzymam.”
Wzięła więc Pacha łopatkę do kuwety, przesiała przez nią żwirek oddzielając go od kocich odchodów, te zapakowała w foliową torebkę i wyszła je wyrzucić do śmietnika po drodze zgarniając jeszcze przegotowany wcześniej do wyrzucenia kłębek kociej sierści.
Kiedy wróciła, kot spał na kanapie. Ostrożnie usiadła po drugiej stronie. Żałując trochę utraconej przechodzącej w róż czerwieni zmieniła status na komunikatorze na „dostępny” i, głaszcząc od czasu do czasu touchpad, powróciła do albumu. Dowiedziała się, że Ogród w Pontise to olej na płótnie o wymiarach 165x125 centymetrów, że został namalowany w 1877 roku i że aktualnie znajduje się w prywatnej kolekcji. Dowiedziała się, że Pontise to miejscowość na obrzeżach Paryża i że Camille Pissarro bywał tam w latach 1866-1870, a później w 1871 roku, po zakończeniu wojny francusko-pruskiej przeprowadził się tam na stałe wraz ze swoją nowo poślubioną żoną Jullie Vellay, która wcześniej była służącą jego matki. Dowiedziała się, że Pontise było inspiracją dla wielu obrazów Pissarra, że ten konkretny, Ogród w Pontise, przedstawia posiadłość Marie Desraimes, i że ta sama sceneria jest wykorzystana również w innym obrazie tego samego autora, w obrazie Zakątek ogrodu w Ermitażu, a te dwa obrazy różnią między sobą postacie siedzące na ławce.
Pacha, głaszcząc od czasu do czasu touchpad, kontemplowała Ogród w Pontise, a później porównywała go z również zamieszczonym w tym albumie Zakątkiem ogrodu w Ermitażu i tak mijał jej tamten piątek aż do czasu kiedy to czterokrotnie uderzył dzwon na wieży grudziądzkiego ratusza.
– „No! To na ten tydzień fajrant!” – ucieszyła się i zamknęła laptop tak energicznie, że trzaskiem wyrwała kota ze snu. Kot z wyrzutem popatrzył na nią jeszcze nie do końca rozbudzonym wzrokiem, a Pacha porwała go w ramiona, podniosła z kanapy i ucałowała w nos. Wtedy kot zamienił się Jerzego.
– Cholera, trochę się nie wyspałem – powiedział Jerzy na dzień dobry, zaraz po tym jak sam się do siebie uśmiechnął.
– Jerzy! Weekend się zaczął! Wiesz ile możemy rzeczy w tym czasie zrobić? Możemy oglądać albumy malarskie, możemy przesadzać róże, możemy robić sałatki i kanapki z majonezem albo możemy nawet pójść do lasu poszukać sobie jakiegoś fajnego patyka! Weekend się zaczął, Jerzy! Fajnie będzie! Na co masz ochotę?
– No ja to najchętniej to bym się do ciebie przyssał – powiedział Jerzy, choć w jego głosie było słychać, że w spełnienie swoich marzeń nie wierzy wcale.
– A u dentysty byłeś? – zapytała Pacha i Jerzy wiedział już, że do tematu przyssania lepiej nie wracać, bo nic nie dawały jego tłumaczenia, że w weekendy to dentyści nie pracują, chyba że prywatnie albo na dyżurze, ale prywatnie to wychodzi bardzo drogo i się w ogóle nie opłaca, a na dyżurze to nie ma co miejsca zajmować, bo przecież w końcu to nie boli go aż tak bardzo i może są inni bardziej potrzebujący, a w ogóle to wtedy jak go Pacha raz wsadziła w transporter i w środku tygodnia zawiozła do weterynarza, to to, że wtedy tak tego weterynarza podrapał, że aż weterynarz odmówił zajęcia się jego uzębieniem, to wcale nie była jego wina, bo to było spowodowane jego zwierzęcym instynktem, nad którym nie potrafił zapanować.
Weekend upłynął więc Pasze i Jerzemu nie tak miło, jak miło mógłby im upłynąć, ale i tak był to całkiem miły weekend. Oglądali razem albumy malarskie, przesadzali róże, robili sałatki i kanapki z majonezem i znaleźli w lesie bardzo fajny patyk. I tylko kiedy nastała niedziela wieczur, Pacha była smutna, bo wiedziała, że choć położy się obok Jerzego, to rano obudzi się obok kota, w którego jej ukochany zamieniał się regularnie co tydzień pod wpływem dźwięku poniedziałkowego budzika.
Jerzemu zaś wcale nie było z tego powodu smutno. Było mu to całkiem na rękę.
dawno nic nie napisałam, ale jakoś tak mnie na szło #naopowiesci
Wiedźma, która praktykowała jogę
Pogłaszcz kotka
Magii nikt, no może prawie nikt - poza specjalistkami od magii urody - nie ma wypisanej na twarzy. Z pewnością nie miała jej wypisanej w żadnym widocznym (ani nawet niewidocznym) miejscu Jowita…
Poznałyśmy się w trakcie zajęć jogi. Praktyka 2-3 razy w tygodniu doskonale działała na moje skołatane nerwy młodszej księgowej. Technika, precyzja, harmonia i kojący głos prowadzącej zajęcia Magdy były mieszanką, pozwalającą naprawdę się odprężyć. Widok ćwiczącej Jowity poniekąd też.
Kojarzycie osoby tak niezborne, że boicie się, że zrobią sobie same krzywdę przy wykonywaniu najprostszych ćwiczeń gimnastycznych? Oraz takie, które niezależnie od sytuacji nie tracą dobrego humoru i pokładów niezdrowego optymizmu? Tym właśnie była praktyka jogi w wykonaniu Jowity. Widowiskiem totalnego braku gracji czy choć odrobiny koordynacji, połączonego z prywatną fontanną niczym nieskrępowanej radości. Widowiskiem, które choć rozgrywało się gdzieś na tyłach sali, przyciągało jak magnes ukradkowe spojrzenia i uśmieszki politowania w wykonaniu całej grupy. W tym moje.
Jowita na jogę wpadała sama. Praktycznie z nikim nie rozmawiała, czasami tylko wymieniając uśmiechy i drobne słowa powitania. Była kimś w rodzaju naszej maskotki. Lekko niezgrabna i gapowata, błądząca myślami wiecznie gdzieś daleko, zaraz po zakończeniu zajęć odpływała wraz z innymi w kierunku szatni i widziałyśmy się dopiero w trakcie kolejnej wspólnej praktyki.
Trwało to kilka tygodni, gdy w końcu zebrała się na odwagę i poza mierzeniem mnie dziwnie przeszywającym wzrokiem, zdecydowała się podejść i powiedzieć:
-Pogłaszcz w końcu kotka.
Po rzuconej w ten sposób uwadze po prostu odwróciła się na pięcie, prawie się wywracając i odeszła, a ja nie miałam pojęcia, skąd wiedziała o tym cholernym sierściuchu, który prześladował mnie od pół roku.
No tak, zapomniałam wspomnieć…
Jakieś pół roku temu udało mi się znaleźć i wynająć przyjemne mieszkanko, kilka minut drogi spacerem od biurowca, w którym mieści się filia mojego korpo. Nowe osiedle, trochę kiepsko skomunikowane z centrum, ale za to jeszcze chwilowo ciche i spokojne, póki nie zabudują widoku na otaczające pola kolejnymi kilkupiętrowymi budynkami.
W każdym razie, krótko po mojej przeprowadzce, na osiedlu pojawił się kot (a może był wcześniej, ale ja go poznałam trochę później?). Wielki i śmierdzący bury dachowiec. W czasie swoich codziennych “obchodów” terytorium, w trakcie których wygląda jak udzielny pan na włościach, obnosi się z całym tym swoim kocurzym majestatem oraz wszystkimi starymi bliznami i nowymi ranami, jakby były to co najmniej wojskowe ordery. Tej parszywej kociej mordy boją się nawet okoliczne psy. Ostatni kozak, który próbował Alemu (bo tak kotka “ochrzczono” na osiedlu) szczeknąć w nos, skończył z tak pokiereszowanym pazurami pyskiem, że weterynarz miał co szyć przez dobre dwie godziny. Od tego incydentu zarówno psy jak i co bardziej zdroworozsądkowi mieszkańcy, schodzili nadętemu grubasowi z drogi.
Ale on upatrzył sobie mnie!
Codziennie, w drodze do pracy, mijałam go siedzącego na schodkach prowadzących do sutereny miejscowego sklepu ostatniej potrzeby. Siedział i łypał na mnie co najmniej jednym zdrowym okiem, w zależności od wyniku ostatniego sparingu z bliżej nieznanymi przeciwnikami (tak, Ali według miejscowej legendy potrafił rozprawić się z nawet 4 psami na raz). Po prostu siedział i nawet nie mrugnął, póki nie zniknęłam za zakrętem osiedlowej dróżki. I wcale nie patrzył na mnie jakoś przyjacielsko!
I teraz wyobraźcie sobie radę, żeby taką kreaturę wziąć i pogłaskać!? Może jeszcze saszetę wyjąć z torebki i poczęstować?
Ale nie dawało mi to spokoju. Borze szumiący, jak mi to nie dawało spokoju! Przez dobre dwa tygodnie chodziłam struta. I patrzyłam niemal co dzień na tą zalegającą na schodkach kupę sierści. A on gapił się na mnie. Wciąż tak samo nieprzyjemnie. Raz nawet prawie się przy nim zatrzymałam. Śmierdział bardziej niż zwykle. I chyba wyczuł co chcę zrobić, bo na mnie fuknął. Przerażona odskoczyłam i złamałam obcas na nierównej kostce chodnikowej. Pierwszy raz spóźniłam się do pracy. Kuśtykanie do domu na szybką zmianę obuwia też miłe nie było.
Jowity od czasu jej błyskotliwego wystąpienia w sprawie kotka nie widywałam na jodze. Na początku nie zwróciłam na to uwagi, jednak po jej jakichś 3 kolejnych absencjach nie tylko mnie brakowało pokracznej dziewczyny, zmagającej się z własna materią gdzieś w odległym zakątku sali. Irytowało mnie to i podskórnie czułam, że jest to powiązane z pogłaskaniem kotka.
Raz kozie śmierć! Postanowiłam pogłaskać Alego następnego dnia rano.
I wiecie co? Zrobiłam to! Podeszłam to tego przerośniętego mruczka, zignorowałam ostrzegawcze prychnięcie i go pogłaskałam. Po tym wielkim, lepiącym się od krwi i błota parszywym łbie. A zaraz potem tego pożałowałam…
Alemu Jowita najwidoczniej wcześniej nie powiedziała: Daj się pogłaskać tej miłej pani, bo kocur jak tylko poczuł moją dłoń na swoim czerepie zaatakował. Wywinął się zwinnie spod mojej dłoni i rzucił się na nią, jakby od tego zależało jego życie.
Potem nastała miotła. Pani Renia, właścicielka sklepiku, widząc co się dzieje, ruszyła mi z odsieczą ze swoją miotłą. Choć przy okazji nabiła mi pokaźnego guza na czole (zbyt szeroki zamach), udało jej się kilkoma energicznymi pacnięciami trzonka zmusić kocura do taktycznego odwrotu. Zaraz potem odstawiła miotłę do sklepu, zdjęła firmowy fartuch i odstawiła mnie na SOR. Pełna poczekalnia, długa kolejka i ja sama, bo co pani Renia będzie ze mną siedziała. Interes się sam nie zakręci!
I tam poznałam Pawła. Dosiadł się obok. Z wybitym kciukiem. Trochę pogadaliśmy - kolejki do lekarza łączą ludzi. Wypiliśmy po podłej herbacie ze szpitalnego automatu.
Izbę przyjęć opuściliśmy razem; ja z kilkoma szwami i obolała po zastrzykach przeciw tężcowi i wściekliźnie, a on z usztywniaczem na ręce.
Umówiliśmy się też na następną herbatę…
I jeszcze jedną...
Kilka kolejnych…
Paweł okazał się być koneserem tego napoju (gustował głównie w czarnych herbatach) i po kwartale znajomości postanowił podzielić się ze mną sekretnym źródłem swoich najlepszych herbat.
W trakcie spaceru po starówce weszliśmy do niewielkiego sklepiku, ulokowanego w jednej z bocznych uliczek. Aromat suszonych liści był wyczuwalny już z kilku metrów, a po przestąpieniu progu zakręciło mi się w nosie.
Zanim zdążyliśmy się przywitać, Jowita odezwała się, ze śmiechem, do mnie słowami:
@moll Poprawnie. Tak do "Pani domu". Do gazetki parafialnej też ujdzie xD
Nie no, widać obycie z materią. Zrób z tego opowieść na 100 słów. Wtedy mocniej ujawnią się sensy i będzie większe napięcie. I poważna myślówa, lepsza niż sudoku.
Uwaga!: będzie chwalone, bo jest za co. Bardzo ładne opowiadanie, widać, że swatanie to jakaś idee fixe autorki.
A pierwsze zdanie jest świetne - mnie bardzo zaintrygowało. I jeszcze bardzo podobało mi się takie punktujące podsumowywanie myśli na początku. Pięknie to nadawało tempo.
Ciężkie jest życie twórcy, a już szczególnie twórcy wybitnego. Twórca wybitny często bywa niezrozumiany i właśnie tak też zdarzyło się wczoraj, kiedy to mój zamysł artystyczny zupełnie nie trafił do jednej z odbiorczyń i w wyniku tego niezrozumienia zostałem przez nią posądzony o lenistwo .
Jak taki wybitny twórca może się w takiej sytuacji bronić? Może wdawać się w jałowe polemiki, ale twórca uznał, że nie będzie to miało sensu. Twórca postanowił wobec tego pokierować się zasadą „czyny, nie słowa” i w myśl tej zasady postanowił udowodnić rzecz, której udowadniać wcale nie musiał, bo jest to przecież rzecz zupełnie oczywista: wiadomo przecież, że twórca potrafi zupełnie od podstaw napisać całkiem nowe opowiadanie.
„Czyny, nie słowa” – pomyślał więc twórca i jak pomyślał, tak też uczynił, pisząc całkiem nowe opowiadanie zawierające 710 słów:
***
Księgi Jerzego
Jerzy skierował do Pachy, mieszkanki Grudziądza, te słowa: „Wstań, idź do Sopotu – wielkiego miasta – i upomnij je, albowiem nieprawość jego dotarła przed mojej oblicze”. W tamtym czasie bowiem w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Sopocie już od kilku miesięcy na szczytach bestborrow’ów utrzymywała się Saga Kaszubska autorstwa pani Darii Kaszubowskiej, zaś słowo Jerzego, z racji absolutnego braku zainteresowania, nie było nawet w bibliotecznych statystykach ujmowane.
A Pacha wstała, spojrzała na swoją różową bluzę-kangurkę, ale zdecydowała się tamtego dnia założyć jednak różowy sweterek. Na plecy zarzuciła różowy plecaczek, do którego spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i tak odziana opuściła domostwo.
– „Nie no, nie będzie mną tu Jerzy tak sobie rozporządzał” – pomyślała już po wyjściu i postanowiła uciec przed Jerzym do Kielc. Zaszła na dworzec, znalazła autobus jadący do Kielc, uiściła należną opłatę i wsiadła do niego, by udać się do Kielc, daleko od Jerzego.
Po drodze z autokarem działy się różne rzeczy straszliwe: pasek klinowy piszczał, hamulce nie hamowały, kierownica nie skręcała, światła nie świeciły, a z rury wydechowej wydobywały się kłęby białego dymu, tak jakby wybrano papieża albo pękła uszczelka pod głowicą i płyn chłodniczy dostawał się do cylindrów. Przerazili się pasażerowie i każdy szukał przyczyny nieszczęścia, każdy bowiem z nich wyśmienicie znał się na motoryzacji. Tylko Pacha zachowywała spokój. Wyciągnęła ze swojego różowego plecaczka grubo posmarowaną majonezem kanapkę i zaczęła jeść. Przystąpił do niej więc jeden ze współpasażerów i zapytał:
– Dlaczego ty jesz, zamiast próbować razem z nami ustalić co mogło się z tym autokarem stać? I dlaczego w ogóle tak daje od ciebie octem?
I podburzył innych podróżnych ten mężczyzna, który pochodził z Kalisza, i wzięli razem Pachę i wyrzucili z pojazdu pozostawiając ją na pastwę losu w lasach w okolicy Szydłowca. Autokar bez problemów odjechał zaś w dalszą drogę, pozostawiając za sobą czarny dym, tak jak stary diesel dymić powinien.
Z lasu wyszedł wielki kot, który połknął Pachę. I była Pacha we wnętrznościach kota trzy dni i trzy noce. Chciała przeprosić za swoje nieposłuszeństwo Jerzego i próbowała wysłać do niego SMS-a, wewnątrz kota nie było jednak zasięgu. Po trzech dniach i trzech nocach kot wyrzucił Pachę na grudziądzkiej plaży.
Jerzy przemówił tam do Pachy po raz drugi tymi słowami: „Wstań, idź do Spotu i głoś mu upomnienie, które ja ci zlecam”. Pacha wstała i poszła do Spotu, jak powiedział Jerzy.
Pacha dotarła do miasta akurat wówczas, kiedy trwało spotkanie z autorką Sagi Kaszubskiej. Weszła na scenę, gdzie zepchnęła z krzesła siedzącą na nim panią Kaszubowską po czym zaczęła głosić: „Jeszcze czterdzieści dni, a dzieła Jerzego zostaną spalone! Zaprawdę, powiadam wam – czytajcie dzieła Jerzego! Ze śmiechu można się przy nich zesrać!” – nauczała, a na dowód połączyła się projektorem i wyświetliła na ekranie zdjęcie zrobione w toalecie lotniska Londyn-Stansted przy okazji swojej lektury Księgi XII opus magnum Wielkiego Wieszcza, którą czytała właśnie w tamtym miejscu.
Dzieła Jerzego zaczęły być wypożyczane, ludzie ustawiali się po nie w kolejkach, ulitował się więc Jerzy nad Spotem i postanowił nie karać jego mieszkańców i dzieł swoich postanowił nie palić.
Nie podobało się to Pasze i oburzyła się ona. Zrobiła Jerzemu awanturę i wyrzucała mu, że od początku nie miał zamiaru swojej twórczości niszczyć, a chciał jedynie ją wypromować i posłużył się w tym celu Pachą jako swoim narzędziem.
– Wiedziałam! Od początku wiedziałam, że nigdy nie spalisz Ksiąg swoich! – krzyczała wtedy Pacha. – Zbyt wielka jest twoja miłość do nich, zbyt wielka jest twoja miłość własna, żebyś takiego czynu mógł dokonać! To właśnie dlatego pojechałam wtedy do Kielc, bo wiedziałam, że i bez mojego napominania swoich Ksiąg w Spocie nie spalisz!”
– Czy uważasz, że słusznie jesteś oburzona? – zapytał Jerzy.
Pacha nie odpowiedziała. Wyszła do drugiego pokoju, gdzie gdzie usiadła na wersalce i tak postanowiła poczekać i zobaczyć co się będzie działo dalej. Wpatrywała się w stojącą na parapecie usychającą różę i denerwowała się na Jerzego, bo to na pewno była jego wina, że wszystkie róże, które tylko ona próbowała w domu wyhodować zawsze w końcu usychały.
– Czy słusznie oburzasz się z powodu tego krzewu? – zapytał Jerzy, który bezszelestnie wślizgnął się do pokoju.
– Słusznie gniewam się śmiertelnie – odpowiedziała Pacha.
– Tobie żal krzewu, którego nie uprawiałaś i nie podlewałaś, a czy mnie nie powinno być żal tych wszystkich dzieł, nad którymi spędziłem tyle czasu? – odparł Jerzy i wlał szklankę wody w suchą ziemię, która podtrzymywała korzenie stojącej na parapecie róży.
Mam takie wrażenie, jakbym poniekąd został zmuszony do napisania tego, co zamieszczam poniżej. Nie że przez organizatorkę tej edycji zostałem do tego zmuszony, nie przypisuję jej żadnego w tym zmuszaniu mnie udziału. Uważam, że ten przymus jest to raczej sprawka losu albo może moich własnych zaburzeń:
===
Jak dziwnie płynie ta Wisła
wydanie II – delikatnie zredagowane i zaadaptowane na potrzeby XIX edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem.
***
Wzdycha kotek: O!
- Co ci, kotku, co?
- Śniła mi się wielka rzeka,
wielka rzeka pełna mleka
aż po samo dno.
Julian Tuwim, Kotek [fragment]
***
Ta rozmowa nie przebiegała tak, jak miała przebiegać. Nic nie szło w tej rozmowie zgodnie z planem. Nic nie szło w tej rozmowie ani zgodnie z planem jej, ani zgodnie z planem jego, bo oboje mieli na tę rozmowę przygotowane swoje własne, całkowicie różne i zupełnie od siebie niezależne plany.
Spacerowali nad Wisłą. Ona, ubrana w różową bluzę-kangurkę i on, wypychający od czasu do czasu prawy policzek przy użyciu języka, którym sięgał do dokuczającej mu od dawna górnej ósemki. Tak jakby ten zabieg miał mu w jakiś sposób pomóc. Tak jakby ten zabieg mógł ten jego ból zęba w jakiś sposób złagodzić.
Okolica była znajoma – mieszkali w końcu w Grudziądzu już od jakiegoś czasu, żyli tam ze sobą na kocią łapę – a jednak znów wydawało im się, że wszystko dookoła wygląda jakoś inaczej niż wyglądało dotychczas. Wydawało im się, że Wisła płynie trochę inaczej niż płynęła kiedy spacerowali w tym miejscu poprzednim razem. Nie zrobiło to na nich wrażenia. Owszem, kiedyś, na początku, zaraz po przeprowadzce dziwili się temu, ale później zdążyli się do tego przyzwyczaić. Tak jak i zdążyli się też przyzwyczaić do bezustannie spływających rzeką zwłok.
– Wszystko płynie – żartował czasami Jerzy, a Pacha śmiała się z tych jego dowcipów. To im wychodziło, takie rozmowy im się udawały. Umieli się razem śmiać i żartować. Tak jak i potrafili rozmawiać o zwykłych, codziennych sprawach, tak jak potrafili dzielić się ze sobą swoimi obserwacjami:
– Jerzy, a ta jabłonka to nie rosła ostatnio na tamtym brzegu? – zapytała Pacha. – Nie no, rosła! Na pewno tam rosła! Przecież pamiętam! Siedziały na niej trzy sikorki i mazurek jeszcze na niej siedział. Co mnie zdziwiło, bo mazurki to przecież występują bardziej na wsiach, w miastach to raczej wróble. No a tu przecież jest miasto! Nie no, na pewno tam rosła, przez tego mazurka to pamiętam!
– Patrz, a ten wysoki gość z kotem? – powiedział Jerzy. – Tam, ten po drugiej stronie. Wydaje mi się, że przed chwilą się z nim mijaliśmy.
– Może na takich długich nogach szybciej dochodzi się do mostu? - tym razem zażartowała Pacha, a Jerzy roześmiał się z jej dowcipu.
Tak, umieli ze sobą żartować. Nie umieli jednak rozmawiać o sprawach poważnych. Za każdym razem, kiedy tylko któreś z nich podejmowało próbę skierowania rozmowy na rzeczy fundamentalne, na kwestie dotyczące ich związku i ich przyszłości, wtedy właśnie gdzieś wewnątrz ciała pojawiał się jakiś dziwny impuls, jakieś ściskające napięcie blokujące w krtani te słowa, które już dawno powinny zostać wypowiedziane.
Tak było i wtedy, kiedy tamtego dnia spacerowali nad Wisłą, a ich rozmowa nie przebiegała według planu. Już to jedno, już drugie miało zamiar przerwać tę bezsensowną paplaninę o niczym, która się tam wtedy między nimi rozgrywała i wreszcie powiedzieć to, co miało do powiedzenia, ale właśnie w tym momencie znów pojawiało się to mrowienie w kąciku ust, to drętwienie którejś dłoni albo ten nieprzyjemny ucisk w żołądku. Wtedy dawali za wygraną. Odkładali te zaplanowane słowa na później.
Mimo że nie zrobiło tego żadne z nich, to ta ich bezsensowna paplanina została tamtego dnia przerwana. Paplaninę tę przerwało niespodziewane miauknięcie. Powietrze wokół nich zawirowało, zadrżało nagle i oczom ich ukazał się widok, który zdziwił ich nawet po wielu latach mieszkania w Grudziądzu. Oto po ich lewej stronie, jakby z powietrza wynurzył się idący powoli czarny kot. Najpierw pojawił się nos, później wibrysy, następnie cała głowa, za nią przednie łapy i tak po kolei, aż do samego czubka ogona.
Kot przemaszerował powoli przed Pachą i Jerzym, nie zaszczycając ich przy tym nawet jednym spojrzeniem, oni zaś przyglądali mu się z niedowierzaniem. Kot wykonał przed nimi te kilkanaście miękkich kocich kroków po czym, dokładnie w takim samym porządku w jakim się pojawiał, znikał po ich prawej stronie. W końcu zniknął całkowicie.
– "Skoro koty potrafią materializować się i znikać, to dlaczego mnie tak trudno jest powiedzieć jej tych kilka słów?" – pomyślał wtedy Jerzy.
– "Skoro koty potrafią materializować się i znikać, to dlaczego mnie tak trudno jest powiedzieć mu tych kilka słów?" – pomyślała wtedy Pacha.
I właśnie wtedy oboje jednocześnie się zdecydowali. Nastąpiło przełamanie, jak gdyby – wbrew wszelkim zabobonom – ten czarny kot, ten kot, który przed momentem przeciął im drogę, miał być znakiem czegoś dobrego. Jakby miał być znakiem tego, że wyjdą w końcu z impasu, tak jak ten kot wyszedł nagle z nicości.
Jerzy przyklęknął i przez chwilę mocował się z własną kieszenią, w której miał schowany zaręczynowy pierścionek. Nie potrafił sobie poradzić z wyciągnięciem go i dopiero kiedy spojrzał na kieszeń uświadomił sobie, że jest ona zasunięta. Rozpoczął mocowanie się z zamkiem błyskawicznym. Pacha w tym czasie zamknęła oczy i brała pierwszy z trzech głębokich wdechów, za pomocą których miała zamiar opanować emocje przed zbliżającą się wypowiedzią.
– Wyjdziesz za mnie? – zapytał Jerzy, był bowiem przekonany, że to właśnie Pachę chce w tym momencie pojąć za żonę.
– Odchodzę! – powiedziała Pacha, nie była już bowiem w stanie znosić dłużej odoru z ust Jerzego powodowanego przez jego gnijącą górną prawą ósemkę, której za nic w świecie nie chciał wyleczyć.
Cisza. I on, i ona nie usłyszeli żadnej odpowiedzi drugiej strony na te swoje nagłe wyznania. Jerzy oderwał wzrok od kieszeni, Pacha rozwarła powieki. Nic. Pusto. Przed Jerzym nie stała Pacha, przed Pachą nie klęczał Jerzy.
Jerzy poderwał się z klęczek, Pacha rozglądała się dookoła. W końcu dostrzegli siebie nawzajem: stali na dwóch przeciwnych brzegach. Jerzy gestami dał Pasze znać żeby skierowała się na południe, żeby udała się w górę rzeki. Tam, gdzie stoi most im. Bronisława Malinowskiego.
Spotkali się na środku przeprawy. W milczeniu wrócili razem do domu i wszystko było między nimi tak jak do tej pory. Nic się nie zmieniło: znów nie powiedzieli sobie tego, co mieli sobie nawzajem do powiedzenia, znów te tłumione słowa umościły się w nich gdzieś głęboko i cały czas ich tam głęboko uwierały.
I tylko pod jabłonią znajdującą się na wyspie leżącej na środku zupełnie białej rzeki stał wysoki mężczyzna z kotem. Mężczyzna schylił się, podniósł jedną z leżących w trawie papierówek, po czym wytarł ją o sweter i z rozkoszą zatopił zęby w słodkim, kruchym owocu. Kot zaś w tym samym czasie zatopił zęby w siedzącym na gałęzi drzewa mazurku.