#naopowiesci

26
267

Dzieńdobrywieczór się z Państwem,

Dzisiaj z rana, w wyniku ewidentnych manipulacji panów @splash545 i @George_Stark , oraz jeszcze bardziej oczywistych przejawów nepotyzmu pani @Patkapsychopatka , zostałem zmuszony do przyjęcia lauru zwycięstwa w XVII edycji zabawy #naopowiesci . Niestety - z tego co wiem - nie istnieje (jeszcze?) w kawiarni żadna komisja odwoławcza, więc odwołać się od werdyktu nie mogę. Pozostaje mi tylko cieszyć się, że moje opowiadanie spowoduje (w co głęboko wierzę), że przynajmniej część z Państwa zatrzyma się na chwilę i głęboko zastanowi zanim na kolejnych zakupach włoży do koszyka Majonez Kielecki.


Jako że wspomniany laur, przyjąłem dzisiaj z rąk Pana @splash545 , który z tego co zdążyłem się zorientować jest ojcem #naopowiesci , a mnie przyszło w zaszczycie otwarcie XVIII (słownie: 18) czyli pełnoletniej już edycji, postanowiłem uhonorować ten fakt i wrócić do gatunku, którym rozpoczęła się ta zabawa. Dlatego osiemnaste urodziny będziemy świętować w rytmie poniższych wytycznych, do których - jak to w kawiarni - można mieć stosunek nienachalnie ortodoksyjny.


Temat: Po drugiej stronie

Gatunek: literatura fantastyczno - (mniej lub bardziej) naukowa

Limity: 800 - 2000 słów

Termin: Wstępnie 16.02 ale z uwagi na fakt, że zaczynamy nieco później, jeśli będzie taka wola, to przedłużymy

Zasady wyboru zwycięzcy: jak zwykle - jeszcze nie mam pojęcia


Miłej zabawy

PS. Zastanawiałem się jeszcze nad gatunkiem: erotyk (bo takiego nie było), ale temat "Po drugiej stronie" nasuwał niepokojące skojarzenia i pomysły... Ale jak ktoś się czuje na siłach - proszę się nie ograniczać!


#naopowiesci #zafirewallem

Do oszczerstw się nie odniosę. Napisać coś się postaram.


A, póki co, to przypomniał mi się taki stary dowcip, który jak ulał pasuje i do tematu, i do gatunku. Tylko że ma mniej niż 800 słów:


Stało się: Izrael stworzył swój własny program kosmiczny. No i polecieli ci dzielni astronauci w swej koszernej rakiecie. Nowoczesna technologia - lecą niebywale szybko. Mijają kolejne planety, gwiazdy, czasem zdarzy się jakaś mgławica.

W pewnym momencie są już tak daleko, że pojawiają się masy antymaterii. Nic to, lecą dalej, mijając antygalaktyki, antygwiazdy. Patrzą: antyplaneta. Lądujemy - zapada decyzja. I wylądowali na antypolanie.

Rozglądają się, a na skraju antypolany, pod antylasem stoi sobie antydomek. Antydym leci z antykomina - pewnie zamieszkany. Podchodzą blizej, zaglądają przez antyokno - antypustka. Chwytają antyklamkę, otwierają antydrzwi, a w antysalonie, przy antystole siedzą sobie antysemici.

Zaloguj się aby komentować

Z samego rana w moim domu odbyła się poważna rozmowa z @Patkapsychopatka , a tak właściwie to nie była to rozmowa w domu bo byłem wtedy w pracy, a @Patkapsychopatka była obok domu na spacerze z psiurem i jak można się domyślić rozmowa ta odbyła się dzięki dobrodziejstwom technologii telekomunikacyjnej. No ale nie o tym. W każdym razie efektem tejże rozmowy było namaszczanie mej skromnej osoby do zakończenia bieżącej romantyczno-horrorowej edycji #naopowiesci .

Bardzo mi przykro, że nie wziąłem w niej udziału, bo ostatnio trochę się odblokowałem twórczo i nawet miałem jakiś pomysł. Jednak z tego samego powodu, z którego @Patkapsychopatka nie mogła osobiście zakończyć konkursu, to i ja nie mogłem napisać opowiadania. A tym powodem są życiowe zmiany i koncentracja uwagi na tychże zmianach bo jak wiadomo wszystko się zmienia. Tylko: War. war never changes. Swoją drogą to Falloutowskie zdanie jest strasznie bzdurne. No ale o czym ja to...


W tejże wyjątkowej edycji #naopowiesci wzięły udział 3 osoby:


Pierwszą z nich był @George_Stark , który napisał aż 3 opowiadania, a oto i one:

Muszę przypudrować nosek

Wodna róża

Jest tak, jak powinno być


Drugą z nich był @fonfi z opowiadaniem

Fabryka


Trzecią, która rzutem na taśmę rzuciła swoje klasycznie niezatytułowane opowiadanie była @KatieWee


Wszystkie opowiadania były świetne. Mi najbardziej spodobało się opowiadanie 'Wodna róża' i to wcale nie dlatego, że występuje w nim postać wzorowana na mnie. No przecież, że nie. A więc chciałbym pogratulować zwycięzcy konkursu, a jest nim:


@fonfi z opowiadaniem o zapachu octu - Fabryka


Gratuluję! Życzę dobrej zabawy przy otwieraniu kolejnej edycji!


#podsumowanienaopowieści #zafirewallem

@splash545 Dziękuję bardzo za to wyróżnienie i zaszczyt. Jednak śmiem twierdzić, że zbyt łatwo dajesz się podpuszczać panu @George_Stark Jedyne co może tłumaczyć moje zwycięstwo nad literackimi perełkami od @KatieWee i @George_Stark to fakt, że to był mój debiut.


No ale niech będzie. Ochłonę troszkę, poklikam w kąkuter w pracy i wieczorem otworzę kolejną edycję.

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci #zafirewallem


Gdyby nie musiała mieć dzisiaj tego spotkania i gdyby samochód nie postanowił się rozkraczyć właśnie wczoraj, to on dzisiaj nie musiałby stać nad synem i pilnować, żeby młody założył skarpetki w jakimś normalnym tempie. Jedna skarpetka była czerwona, druga niebieska, ale ani on ani syn nie przejmowali się tym zbytnio.

-Szybciej - warknął, a syn tylko na niego spojrzał.

A mógłby teraz być w pracy, nie musiałby teraz denerwować się o jakieś tam skarpetki, mógłby być w pracy, gdyby ona nie miała tego spotkania, o którym tyle gadała i od którego zależała jej kariera, pożal się boże kariera, i gdyby nie zepsuło mu się wczoraj auto, to nie musiałby teraz iść szybkim krokiem na przystanek tramwajowy, a młody nie truchtałby za nim burcząc jak zwykle coś pod nosem.

I po co?  Do jakiegoś tam ortodonty, polecanego niby przez wszystkich, do którego trzeba się było zapisywać dwa lata wcześniej. Ale po co? Zęby młodego były w porządku, dokładnie takie same jak jego. No ale stara się uparła, a on teraz musiał stać na przystanku patrząc z utęsknieniem na lewą stronę. Młody podszedł do barierek i coś tam sobie do siebie szeptał jak zwykle, chociaż co chwilę podchodził i zadawał mu jakieś pytanie, na które on jakoś nie miał ochoty odpowiadać. 

-A ten tramwaj to kiedy przyjedzie?

-Zaraz.

-A dasz mi skasować bilet?

-Nie, to trzeba porządnie. 

-A usiądziemy na końcu?

-A po co?

-A bo fajnie jest na końcu, kołysze.

-Nie.

-A ten pan to co robi?

-Czeka na tramwaj.

Nie wiedział co prawda jaki pan, bo stali sami na przystanku. Nie było nikogo, pewnie dlatego, że było już po porannym szczycie, ludzie byli już w pracy, a wszystkie babcie jeżdżące tramwajami o siódmej rano były już na miejskim targu.

Jak na wrzesień dzień był bardzo pochmurny, gdzieniegdzie między drzewami po drugiej stronie ulicy przemykały strzępki mgły. 

Wyciągnął telefon, żeby sprawdzić godzinę, ale zobaczył tysiąc powiadomień o esemesach od żony przypominających, żeby założył dziecku wiatrówkę i adidasy zamiast sandałów, żeby umył mu dokładnie zęby i zabrał ze sobą teczkę z papierami.

Oznaczył wszystkie wiadomości jako przeczytane i zagłębił się w cennikach części samochodowych, żeby przypadkiem mechanik nie spróbował go dzisiaj oszukać. Młody stał z twarzą przyciśniętą do barierek i od dłuższej chwili się nie odzywał.

-Ten pan, co tam stoi, ma taką samą koszulkę jak ja dzisiaj, widziałeś?

-Tak, super.

-Myślisz, że też lubi Avengersów?

-Tak.

-To fajnie - rzucił i poszedł zaglądać dalej za barierki.

Tramwaj pojawił się na horyzoncie, co młody przyjął kwikiem radości.

-Chodź tata, chodź, tramwaj! - młody cieszył się jakby była to przejażdżka kolejką górską, a nie najstarszym chyba pojazdem z taboru, skrzypiącym i piszczącym przy każdym ruchu. 

Skasował bilet, posadził młodego na siedzeniu i stanął nad nim, żeby w spokoju przejrzeć do końca ceny we wszystkich hurtowniach motoryzacyjnych. Tramwaj z niemiłym szarpnięciem ruszył.

-Tata, a w tramwaju można jeść cukierki? Bo ten pan je.

-Co?

-Krówki je, krówki, takie mordoklejki, takie co mama ich nie kupuje, bo mówi, że niezdrowe.

-A niech sobie je! 

Młody spojrzał na niego i odwrócił się do brudnawej szyby i opowiadał sobie po cichu jakąś historię, ale przynajmniej nie zagadywał co chwilę. Z tym dzieckiem zdecydowanie było coś nie tak, ale cała rodzina jego żony była pieprznięta, szczególnie jej braciszek, więc to w sumie nic dziwnego. 


Tramwaj powoli przedzierał się przez mgłę, której robiło się więcej i więcej w miarę zbliżania się do miasta. Ulice były raczej pustawe. Rzadko bywał o tej godzinie na dworze, zwykle siedział spokojnie w biurze i załatwiał swoje sprawy, ten dzisiejszy ortodonta wytrącił go zupełnie z równowagi. Młody też był bardziej podniecony niż zwykle, zaczynał gadać jak nakręcony.

-Cicho! W tramwaju się tak głośno nie gada, przeszkadzasz innym! - rzucił do młodego, bo miał już dość tej jego paplaniny o jakichś bzdurach. Rozejrzał się przy tym po tramwaju, czy ktoś mu przytaknie, ale w całym wagonie byli tylko oni i motorniczy zamknięty w swojej kabinie.

Młody posłusznie zamknął buzię, ale zaraz zaczął coś do siebie mruczeć z zamkniętymi ustami i rysować palcem po szybie, która zaparowała od jego oddechu. 

Zrobiło się chłodno. Młody w swojej koszulce z Avengersami pewnie marzł, ale nie odzywał się ani słowem, bo przecież sam ją sobie wybrał. 

-Co ten motorniczy wyprawia, żeby włączać klimę w taki dzień i przy dwóch pasażerach. Czy to na takie bzdury idą moje podatki? - już miał wstać i powiedzieć temu ciołkowi do słuchu, gdy tramwaj wszedł w zakręt skrzypiąc upiornie, a jego rzuciło na siedzeniu. 

-Co ty robisz, ziemaki wieziesz czy ludzi - wrzasnął nie podnosząc się z siedzenia, bo nie było po co. Ten głąb kapuściany z przodu na pewno słyszał.

Młody wpatrywał się w niego wielkimi oczami.

-Dlaczego ziemniaki? - zapytał.

-No ja też bym chciał wiedzieć! - teraz to już był wkurzony i gotowy powiedzieć motorniczemu co o nim myśli. Doszedł do kabiny i już chciał załomotać do drzwi, ale zauważył, że siedzi tam nie jakiś starszy dziadek jak sobie wyobrażał, ale młoda kobieta. Przewrócił więc tylko oczami - 

-No tak, baba za kierownicą, nie ma się co dziwić.

W chwilę później tramwaj zajechał na jego przystanek. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem i wreszcie mógł wysiąść z tego potwornego pojazdu.

Stojąc już na chodniku, rozejrzał się szybko i ruszył w prawo, w stronę wysokiego przeszklonego budynku. Było już za pięć dziesiąta, więc musiał wyciągać mocno nogi, żeby zdążyć na czas. W biegu ściągnął marynarkę i teraz trzymał ją lewą ręką, w prawej miał telefon, żeby dobrze widzieć godzinę. Biegł coraz szybciej i szybciej, aż w końcu popchnął wielkie drzwi i wpadł do holu minutę po czasie.


Było już za późno.

b8aa747d-8130-4004-9f09-b6f15793d3e8

Zęby młodego były w porządku, dokładnie takie same jak jego – już gościa lubię. Gdybybym było ocjem, to właśnie mniej więcej takim.


młody przyjął kwikiem radości – aż sam radośnie kwiknąłem! Piękne określenie, uwielbiam takie.


Podobała mi się narracja, choć za cholerę nie wiem o co chodzi. Trochę przypomina mi to jak jeszcze gdy chodziłem do podstawówki, to był tam taki Paweł, no ale może taki był zamysł autorki.


I, tak na marginesie, bo u mnie skojarzenia muzyczne są bardzo częste: opowiadanie przywiodło mi na myśl taką ładną piosenkę. Tutaj wersja po polsku, też w zasadzie całkiem ładna.

Zaloguj się aby komentować

Dzieńdobrerano się z Państwem,

Temat fetyszy @UmytaPacha ewidentnie zagnieździł mi się ostatnio (niczym gołębie na parapecie) w głowie. Zupełnie nie wiem dlaczego? Ani czy to dobrze, czy źle? Ale źródła inspiracji, jakiekolwiek ono by nie było, nie należy odrzucać, bo wena kapryśną jest i może się obrazić. A skoro w ogóle wygląda na to, że obecna edycja przemija nam mniej lub bardziej radośnie (o ile radosne mogą być opowieści spod znaku horroru) w temacie "Paszkowym", to postanowiłem się w ten trend wpisać.


Dlatego dzielę się poniżej z Państwem moim niewielkim, liczącym zaledwie 1250 słów, wkładem w zabawę #naopowiesci .


Fabryka


Ryszard ocknął się gwałtownie po krótkim letargu, który ciężko było nazwać snem. Przejmujący ból rozlewał się po całym jego ciele. Sytuacji zupełnie nie poprawiał fakt, że klatka, w której leżał skulony, miała może półtora metra szerokości i długości, a przez strzępki ubrania czuł lodowato zimną, metalową podłogę. Nieznośny, kwaśny fetor brudu i odchodów zaatakował mu brutalnie nozdrza, sprawiając, że nawet z zamkniętymi jeszcze oczami zakręciło mu się w głowie i ścisnęło w żołądku. Zwymiotowałby, gdyby tylko miał czym.


Przez chwilę próbował przypomnieć sobie jak długo już go tutaj trzymali, ale przez brak okien całkowicie stracił poczucie czasu. Nie był wstanie powiedzieć czy były to godziny czy dni.


Przeszył go nagły dreszcz zimna. Obejmując się ramionami próbował znaleźć inną pozycję, która pozwoliłaby - choć trochę - pozbyć się odrętwienia i bolesnych skurczów ale ciasna klatka nie pozostawiała wielkiego pola manewru. Klatek, takich jak jego, w pomieszczeniu było jeszcze kilka. Stały w szeregach pod ścianami niewielkiego, tonącego w półmroku pomieszczenia i wszystkie poza tą zajmowaną przez niego były puste. 


JUŻ były puste.


Kiedy pierwszy raz się ocknął, zupełnie nie pamiętając jak się tutaj znalazł, w pomieszczeniu były jeszcze cztery osoby. Starsza kobieta, mężczyzna i dwóch młodych chłopaków. Na początku próbował z nimi rozmawiać, ale wszyscy milczeli całkowicie sparaliżowani strachem i kulili się w najdalszych kątach swoich klatek.


Jedynymi dźwiękami w pomieszczeniu był płacz i jęki cierpienia. No i te najgorsze - dochodzące zza drzwi. Następowały bezpośrednio po tym jak przychodziła ONA. A po każdej jej wizycie w pomieszczeniu było o jedną osobę mniej. 


Za każdym razem wyglądało to tak samo. Ciężkie, podwójne drzwi, przypominające wejście na salę operacyjną jakiegoś szpitala, gwałtownie się otwierały i w prostokącie oślepiającego światła pojawiała się ONA. 


Jej drobna, kobieca sylwetka ubrana była w kitel, na którym resztki bieli walczyły bez powodzenia o miejsce z krwawymi plamami. Niektóre plamy miały wstrętną, brunatno-brązową barwę co sugerowało że powstały już dawno temu, inne były świeże i jasnoczerwone. Wolnym krokiem przechadzała się między klatkami, sącząc Kubusia i przyglądając się każdemu uwięzionemu uważnie. Ten zapach napoju - tak intensywnie malinowy - powodował, że pusty żołądek Ryszarda skręcał się w spazmach głodowego bólu.


— No i co moje ptaszynki, kogo dzisiaj zabiorę na wycieczkę? — zapytała beztrosko, jakby wybór należał do nich.


Dokonując wyboru na podstawie sobie tylko znanych kryteriów, a może całkiem przypadkowo, otwierała jedną z klatek, przyczepiała łańcuch do metalowej obroży, którą każde z nich miało na szyi i wlokła wijącą się w przerażeniu ofiarę w kierunku pomieszczenia, które znajdowało się za drzwiami.


Zaraz po tym jak drzwi się zatrzaskiwały słychać było przeraźliwe krzyki. Nie, nie krzyki... Nieludzkie wycie! Przerywane co jakiś czas charczeniem, dziwnymi odgłosami bliżej nieokreślonych urządzeń by za chwilę na nowo, z jeszcze większą intensywnością, wwiercać się w świadomość pozostałych więźniów. Czasami dźwięki urywały się nagle i następowała zbawienna cisza urozmaicona monotonnym buczeniem maszynerii. Innym razem skowyt cierpienia ciągnął się przez długie minuty, słabnąc powoli i nie było przed nim żadnej ucieczki.


Skulony Ryszard wpatrywał się tępo w puste klatki, kiedy drzwi nagle znowu się otworzyły. 


Oślepiające światło. I ten zapach. Zapach malin. 


Nie zebrał w sobie nawet tyle woli, żeby zerknąć w tamtą stronę. Usłyszał tylko powolne kroki i dzwonienie ciągniętego po podłodze łańcucha. Kiedy łańcuch przestał dzwonić, zorientował się, że stoi przed jego klatką. Dopiero wtedy uniósł głowę i spojrzał w jej uśmiechniętą twarz. “W innych okolicznościach byłaby to całkiem ładna twarz” - pomyślał smutno.


— Zostałeś mi już tylko ty wróbelku. — powiedziała do niego wyciągając klucz z tłustej i poplamionej kieszeni fartucha.


Odruchowo, pomimo iż wiedział, że to niczego nie zmieni, próbował skulić się jeszcze bardziej i wcisnąć w kąt tak, że pręty wbiły mu się w kręgosłup.


— Nie uciekaj. Nie ma sensu. — próbowała go uspokoić przypinając łańcuch do jego obroży.

— Gdzie mnie zabierasz?! Co ze mną będzie?! — wychrypiał przez długo nieużywane i zaschnięte gardło.

— Za chwilę się dowiesz. Już dobrze. Chodź! — i z zaskakującą siłą szarpnęła za łańcuch wyciągając go z klatki.


Ryszard miał niewiele siły żeby stawiać opór, ale nie zamierzał niczego ułatwiać. Ciągnięty po betonowej posadzce - jedną ręką, żeby się nie udusić, trzymał za naprężony łańcuch, a drugą próbował znaleźć cokolwiek, czego udałoby mu się uczepić w nadziei na opóźnienie nieuniknionego. Jakimś cudem udało mu się chwycić w palce pręty ostatniej klatki.


— To na prawdę bezcelowe! - warknęła poirytowana i pociągnęła jeszcze mocniej.


Mężczyzna zawył gdy poczuł jak pękają mu kości w dwóch palcach, aż zrobiło mu się ciemno przed oczami.


Pomieszczenie, do którego go zawlokła było oślepiająco jasne. Przez chwilę mrużył oczy przyzwyczajając je do zimnego, białego, laboratoryjnego oświetlenia. Kiedy jego wzrok wystarczająco oswoił się z blaskiem, pożałował że w ogóle może patrzeć. Z rosnącym przerażeniem i paniką rozglądał się po sali.


Była wielka. Po jednej stronie ciągnęły się rzędy półek, szafek i różnych metalowych stołów zastawionych wszelkiego rodzaju szklanymi fiolkami, kolbami, skraplaczami i różnego rodzaju destylatorami, wirówkami i bóg wie czym jeszcze. Wszystko to wypełnione było różnokolorowymi płynami, parowało albo bulgotało złowrogo. Cała przeciwległa ściana była w zasadzie wielką szybą, za którą widać było linię produkcyjną z rzędem pustych jeszcze słoików, czekających na napełnienie. 


Na środku za to stał wielki stół ze stali nierdzewnej z regulowanym uchwytami do mocowania przegubów nadgarstków i kostek. Obok leżały przyrządy. Piły, noże, tasaki, skalpele, haki i inne narzędzia których nawet nie potrafiłby nazwać.


A wszystko to albo ociekało świeżą krwią, albo było poobklejane zaschniętą mazią. Dookoła, gdzie nie spojrzał, leżały gnijące szczątki ludzkich ciał: kawałki kończyn, wnętrzności, włosy, fragmenty skóry i kości. Poczuł że natrafił na coś dłonią na podłodze. Spojrzał w tamtą stronę i kiedy zorientował się, że trzyma w dłoni gałkę ludzkiego oka puściły mu zwieracze. Chciał wrzasnąć ale terror ścisnął go za gardło tak, że tylko zacharczał.

Nawet nie zorientował się jak i kiedy znalazł się na stole, a ONA kończyła przypinać mu nogi i ręce do stołu. Obrócił głowę i zobaczył pod szklaną ścianą wielkie zbiorniki z napisem OCET i wściekle żółtymi symbolami “biohazard”. Ich zawartość powoli przelewała się gumowym wężem do sąsiedniego pojemnika, który wyglądał jak ogromny blender z potężnym ostrzem na spodzie. Pomieszczenie zaczynało się wypełniać kwaśnym, lekko sfermentowanym zapachem octu. Z wielkiego rozdrabniacza, skomplikowany układ rur i jakiś urządzeń (przeszło mu przez głowę, że to chyba pompy) prowadził za szybę do aparatury napełniającej czekające na taśmociągu słoiki.


Nagle poczuł ukłucie na szyi i rozpierające ciepło rozchodzące się błyskawicznie po całym ciele.


— To znieczulenie, mój ty szpaczku — szepnęła mu do ucha — Nie chcielibyśmy, żebyś za szybko nam tu zszedł. Krew przestaje wtedy krążyć i ciało wiotczeje a to zdecydowanie niekorzystnie wpływa na konsystencję i smak. Później trzeba całe partie wycofywać z rynku.


Zaczął zapadać się w letarg, wdzięczny za chwilowe otępienie. Nagle do świadomości przywołał go rozdzierający ból, silniejszy od wszystkiego co do tej pory pamiętał. Zaczął się szarpać i wyrywać ale pewnie trzymające pasy poraniły mu tylko nadgarstki. Na tyle na ile zdołał, uniósł głowę i spojrzał w dół ciała! P to tylko, żeby z przerażeniem zobaczyć jak ONA trzyma w ręku jego jelita i wrzuca po kawałku do blendera. Zaczął się drzeć, ale wrzaski zostały stłumione przez uruchamiającą się aparaturę. Ostrze miksera zawirowało. Przez długie minuty z niedowierzaniem, że jeszcze nie zemdlał, oglądał jak kolejne jego wnętrzności lądują w wirującej brei. Powoli tracił kontakt z rzeczywistością. Usłyszał jeszcze jak uruchamiają się pompy i do życia budzi się taśmociąg za szybą. Odwrócił się w tamtą stronę by zobaczyć jak napełnia się pierwszy słoik. Z wielkim trudem zdołał przeczytać niewielką, biało-zieloną etykietę. 


Majonez Kielecki!


Terminalne drgawki szarpnęły jego głową w drugą stronę a ostatnie co zarejestrowała, gasnącym wzrokiem, jego świadomość był, stojący na stole między probówkami, wazon. Z bukietem świeżych, krwisto-czerwonych róż…


#zafirewallem #naopowiesci #tworczoscwlasna

Drobna, kobieca sylwetka pociągająca Ryszarda z taką siłą, że aż pękają mu kości palców wskazuje na to, że malinowy Kubuś musiał mieć podobne działanie co najmniej do soku z gumijagód.


Zaraz się okaże, że zbierzemy te opowiadania i wydany w antologii 50 pach Pachy.


EDIT: A w ogóle to Twój debiut opowiadaniowy tutaj?

@UmytaPacha no co Ty?! Tak powstaje Kielecki? ಠ_ಠ

Tak tylko dodam, że nikt z #rebeliapomorskiego by czegoś takiego nie zrobił.

Zaloguj się aby komentować

Padł ostatnio pod moim adresem zarzut, że zamiast pisać jerzowskie sielanki, to piszę jakieś hocki klocki . Choć gatunek określony przez organizatorkę trwającej właśnie w kawiarni #zafirewallem kolejnej (której?) edycji zabawy #naopowiesci nie pozostawia mi wiele możliwości manewru, to zrobiłem co mogłem i, pozostając w gatunkowych ramach horroru (apokalipsa zombie, mam nadzieję, się do horroru zalicza?), postarałem się o sielankowe, szczęśliwe zakończenie kolejnego wariantu tej samej chyba historii. Tak że, spoilerując trochę zakończenie: żyli. Nie mam, co prawda, pojęcia czy żyli długo i szczęśliwie, no ale żyli. A to już zawsze coś.


Uwaga! Tekst ponad dwukrotnie przekracza zadaną maksymalną dopuszczoną do konkursu długość. Można to zrzucić na karb mojego poszanowania zasad, można rozpatrywqćć to przez pryzmat dyspensy długościowej, której udzieliłem sobie sam z racji tego, że dwa poprzednie moje opowiadania były jednak krótsze niż można było napisać, można ukarać mnie za to jakimiś punktami karnymi, jak to drzewiej w zasadach poprzednich edycji bywało, choć w zasadach obecnej edycji nie ma ani słowa o konsekwencjach ich nieposzanowania. Ale można też (co zalecam!) mieć pretensje do bohaterki opowiadania, która to w pewnym momencie postanowiła zasunąć mi tak długi monolog, że aż się sam przy spisywaniu tego monologu zmęczyłem.


***


Jest tak, jak powinno być


Ulica Marszałka Focha, główna arteria komunikacyjna Grudziądza, stała. Wjazd w nią blokował zatrzymany na środku skrzyżowania, skręcający z ulicy Dworcowej tramwaj, który zastygł w połowie wykonywanego manewru, wtedy kiedy nagle zanikło napięcie w zasilającej go sieci trakcyjnej. To jednak nie ten unieruchomiony tramwaj linii T2 był przyczyną całkowitego zatrzymania ruchu nie tylko w centrum miasta, nie tylko w całym Grudziądzu i nie tylko w województwie Kujawsko-Pomorskim, czy też w całej Polsce, a może nawet i poza jej granicami. Równocześnie z zanikiem napięcia zgasły też silniki większości samochodów znajdujących się wtedy w ruchu. Dlaczego tylko niektórych? I jak daleko rozprzestrzeniła się ta katastrofa, ta apokalipsa, która tak niespodziewanie spadła wtedy na świat – a może tylko na część świata? – tego nie było wiadomo. Nie było też wiadomo co było jej przyczyną. Nie było na ten temat żadnych ogólnodostępnych przypuszczeń i spekulacji, nie powstawały żadne teorie spiskowe, których wcześniej, natychmiast po nastąpieniu nawet znacznie mniejszej skali zjawiska, w Internecie pojawiało się mnóstwo. Do zdezorientowanych ludzi nie docierały żadne informacje. W momencie katastrofy przestała działać wszelka oparta na elektronice komunikacja.


Aplikacje w telefonach komórkowych natychmiast przeszły w tryb offline, w taki tryb przeszły również Mapy Google, które większość kierujących wykorzystywała do nawigacji, a nawet kiedy nie tej nawigacji nie potrzebowali, kiedy znali miasto i tak w większości mieli tę aplikację uruchomioną, używali jej bowiem do wyznaczenia optymalnej trasy, która omijałaby korkujące się ulice.

– Noż k⁎⁎wa! Co jest, do c⁎⁎ja?! – rzucił sam do siebie elegancki zasiadający za kierownicą granatowego Opla Insigni, którego silnik z nieznanego powodu nadal pracował. Mężczyzna ten przeniósł wzrok na wbudowany w deskę rozdzielczą samochodu ekran. – Przecież nie pokazuje mi tutaj żadnego korka, do c⁎⁎ja!

Mężczyzna spojrzał na zegarek. Wziął trzy głębokie oddechy.

– „Noż k⁎⁎wa! Ja pi⁎⁎⁎⁎lę! Spóźnię się, do c⁎⁎ja!” – pomyślał już spokojniej.

Na spóźnienie nie mógł sobie jednak pozwolić, był przecież przedstawicielem Rady Miasta i był umówiony na spotkanie z delegatem Ministerstwa Kultury, a spotkanie to miało dotyczyć kandydatury miasta Grudziądza do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury.

Mężczyzna, wiedziony silnym poczuciem obowiązku, wyłączył więc silnik, wysiadł z samochodu i piechotą udał się do pobliskiego Centrum Kultury Teatr, gdzie miał umówione to niezwykle ważne spotkanie. Wydawało mu się, że powinien na nie zdążyć.


Cierpliwość jest cechą mocno indywidualną, stąd inni kierujący, którzy utknęli w tym niespodziewanym korku w różnym odstępie czasowym szli w ślady kierującego Oplem Insignią. Jedni porzucali swoje auta wcześniej, inni robili to później. Jeszcze inni, ci najbardziej cierpliwi, ale również i ci, którzy nawet w obliczu katastrofy nie potrafili znaleźć w sobie nawet krzty zaufania do drugiego człowieka i, wiedzeni żądzą obrony stanu swojego posiadania, postanowili pilnować tej swojej własności aż do końca, zostawali w autach. Znajdowano ich później. Znajdowano ich rozkładające się zwłoki.


Katastrofa, oprócz zniszczenia, może nieść też za sobą inne niespodziewane skutki. Tak zdarzyło się również i w tym przypadku. Zatrzymany ruch drogowy w jednej chwili zakończył ponadstuletnią trójstronną wojnę, wojnę toczoną od czasu wprowadzenia na rynek pierwszego samochodu osobowego, Forda model T, wojnę toczoną pomiędzy zmotoryzowanymi, pieszymi i cyklistami. Nie były do zakończenia tej wojny potrzebne żadne negocjacje pokojowe, nikt nie musiał stawiać nikomu żadnego ultimatum, nikt też żadnego ultimatum nie był zmuszony przyjmować. Ta wojna zakończyła się samoistnie. Zakończyła się, bo zmieniły się okoliczności. Zakończyła się, bo kiedy ruch drogowy zatrzymał się, nie było już o co walczyć. Katastrofa pozostała, co prawda, bez wpływu na działanie odchodzących już powoli do lamusa klasycznych rowerów napędzanych siłą ludzkich mięśni, ale mało kto już w nowoczesnym mieście Grudziądzu wykorzystywał te archaiczne pojazdy do czegokolwiek. W ogóle mało kto wykorzystywał do czegokolwiek jakiekolwiek rowery, chyba że dostawcy jedzenia, oni jednak woleli korzystać z „rowerów” napędzanych silnikiem elektrycznym. I, być może nawet, ci dostawcy, zmuszeni okolicznościami, przesiedli by się na rowery mechaniczne, dostarczanie pożywienia jest bowiem jednym z podstawowych mechanizmów zapewniających funkcjonowanie jakiejkolwiek cywilizacji, gdyby nie to, że na skutek zaniku opartej na elektronice komunikacji nie otrzymywali żadnych zamówień. Na skutek zaniku opartej na elektronice komunikacji ludzie nie mieli jak tych zamówień składać. Ludzka cywilizacja chyliła się ku upadkowi.


– „Черт возьми, я не думаю, что у нас когда-либо была такая засуха.” – wpatrując się w ekran swojego iPhone’a myślał pochodzący z Rosji Iwan, student grudziądzkiej Wyższej Szkoły Demokracji, który po zajęciach, a często również w ich trakcie, dorabiał jako kurier rowerowy.

– „Ciekawe czy kupon w Lidl Plus mi zadziała? I czy będę mogła dalej zbierać Żappsy?” – zastanawiała się Weronika, młoda gospodyni domowa, kiedy kolejny raz uruchomiła ponownie telefon, postępując tak, jak ojciec pierwszego z jej piątki dzieci (jak on miał na imię?) zawsze jej radził, kiedy coś dziwnego działo się z jakim urządzeniem elektronicznym.

– „Rozkładać parasol czy nie rozkładać?” – głowił się Krzysztof, starszy mężczyzna, który swój telefon wykorzystywał głównie do sprawdzania tego, jaka jest pogoda, bo akurat ta informacja wyświetlała mu się od razu na ekranie głównym. Sam dzwonił raczej rzadko, nie bardzo miał gdzie. Połączeń przychodzących też nie otrzymywał wielu, tyle co od czasu do czasu zadzwonił do niego jakiś specjalista od fotowoltaiki – na co jednak bezdomnemu panele słoneczne? I gdzie w ogóle miałby je zainstalować?

– „Ciekawe co tam na najnowocześniejszym portalu dla starych ludzi?” – zastanawiał się wysoki mężczyzna, który, niewzruszony sytuacją, spokojnie spacerował przez miasto ze swoim psem.


W taki właśnie sposób Grudziądz przemienił się w miasto-widmo. Stał się miastem chodzących po ulicach zombie, wpatrzonych w swoje, równie jak oni półmartwe telefony, choć rzeczywistość mocno rozminęła się ze scenariuszami kreowanymi przez pisarzy-fantastów, którzy z mniejszym bądź większym rozmachem przedstawiali czytelnikiom zrodzone w ich chorych głowach wizje żywych trupów błąkających się po świecie w poszukiwaniu mózgów. Mózgów, które mogłyby wyrwać a później zjeść. Grudziądzkie zombie nie poszukiwały mózgów. Czuły, że nikt w całym Grudziądzu nie ma już nawet szczątków takiego organu jak mózg. Znały – być może intuicyjnie? – zjawisko atrofii, choć z powodu braku mózgu nie potrafiły go nazwać. Wiedziały jednak – być może z autopsji? – że narząd nieużywany zanika.


I do takiego właśnie Grudziądza trafili bohaterowie naszej opowieści: Pacha, nazwiskiem Umyta i Ostrowski, imieniem Jerzy. Dlaczego spotkali się akurat w Grudziądzu? Byli przecież umówieni w Głogowie, nad Odrą i to właśnie tam Pacha czekała cierpliwie na Jerzego. Czekała na niego kilkanaście dni. Jerzy jednak w umówionym miejscu spotkania uparcie się nie pojawiał, a nie pojawiał się w nim nie ze względu na złośliwość czy obojętność, ale nie pojawiał się w nim na skutek problemów z czytaniem ze zrozumieniem. Z wysłanego mu przez Pachę SMS-a, ostatniego SMS-a, jak się miało później okazać, którego Pacha kiedykolwiek wysłała i ostatniego, który Jerzy kiedykolwiek odebrał, wywnioskował, że miejscem spotkania jest Gorzów. I to właśnie w Gorzowie Jerzy czekał na Pachę tak cierpliwie, jak cierpliwie Pacha czekała na Jerzego w Głogowie.


Gdyby ta dwójka dotarła do Grudziądza wcześniej, gdyby znajdowali się w którymś z aut zatrzymanych na ulicy Focha, najpewniej to Jerzy byłby tym, którego ciało zostałoby znalezione w stanie rozkładu wewnątrz któregoś z zatrzymanych na ulicy pojazdów. To właśnie Jerzy cechował się bowiem większą niż Pacha cierpliwością. I to właśnie z tego powodu po upływie dwóch tygodni w czasie których ani Jerzy nie pojawił się w Głogowie, ani Pacha nie pojawiła się w Gorzowie, Pacha postanowiła skontaktować się ze swoim wybrankiem. Sięgnęła w tym celu po swój telefon komórkowy.

– „No nie! Motyla noga! Nie ma zasięgu!” – wyciągnęła słuszny wniosek na widok małego, pustego trójkąta, który wyświetlał się w prawym górnym rogu ekranu. Nie odkładając smartfona, ciągle wpatrując się w jego wyświetlacz, przespacerowała się w tę i z powrotem wzdłuż brzegu rzeki. W niczym to nie pomogło – znacznik zasięgu wciąż sygnalizował brak połączenia z siecią. Sygnalizował brak połączenia z siecią nawet wówczas, kiedy Pacha wspięła się na wierzchołek najwyższej w okolicy topoli.

– „No kurza stopa!” – pomyślała mocno już zdenerwowana sytuacją. Wówczas jednak dostrzegła siedzącego na gałęzi obok niej gołębia.

– „No dobra, załatwimy to inaczej.” – ucieszyła się na jego widok.


– „Ja wiem, że kobieta musi się spóźniać, taka już jej kobieca natura” – pomyślał Jerzy, którego znajomość kobiet była równie głęboka, co teoretyczna – „ale zaczynam się martwić. No nic. Poczekam jeszcze ze dwa tygodnie, a potem spróbuję się zorientować o co może chodzić.”

Po podjęciu tej męskiej decyzji Jerzy wrócił do przerwanego zajęcia i wyciągał z Odry co większe okazy spływających nią śniętych ryb. Rozkładał później na brzegu szeroko ręce, samemu przed sobą szczycąc się swoimi wędkarskimi osiągnięciami, po wędkarsku zawyżając nieco i tak już imponujące własne wyniki wędkarskie. To właśnie wtedy na jego lewym przedramieniu wylądował gołąb. Gołąb upstrzył rękę Jerzego guanem.

– „Za życia zostałem pomnikiem” – pomyślał nasz aspirujący wieszcz i rozmarzył się, oczami wyobraźni widząc już buldożery strącające figurę Adama Mickiewicza ze stojącego na krakowskim Rynku cokołu po to, żeby zrobić tam miejsce dla poety od Mickiewicza jeszcze większego. Kiedy ta wspaniała wizja dobiegła końca, optyka Jerzego ponownie skoncentrowała się na przyodrzańskiej rzeczywistości. Zauważył obrączkę na nóżce gołębia i wciśnięty za nią kawałek papieru. Opętała go dzika żądza. Papier oznaczał zapisane na nim słowa, a słowa wręcz fizycznie domagały się od niego tego, aby je przeczytać.


Po przeczytaniu wiadomości Jerzy natychmiast i bezzwłocznie, nie zabierając ze sobą żadnych rybich zwłok („Coś się upoluje po drodze, jak Hemingway” – pomyślał) wyruszył na północny wschód. Wyruszył w kierunku miasta Grudziądza. W tym samym kierunku wyruszyła też i Pacha, o czym poinformowała go w przesłanym za pomocą gołębia liście. W liście, w którym zmieniała miejsce spotkania na miasto, którego nie sposób pomylić z żadnym innym miastem na całym świecie.


Do Grudziądza Jerzy dotarł pierwszy. Nie dość, że miał bliżej, to jeszcze Pacha po drodze co i rusz zatrzymywała się po to, żeby pooglądać igrające w krzakach ptaki, a także przydarzyła jej się pewna nieprzyjemna przygoda.


Jerzy siedział w ogródku nieczynnej restauracji McDonald’s znajdującej się przy zbiegu ulic Marszałka Focha i Józefa Włodka, która była przedłużeniem ulicy Dworcowej. Wszędzie dookoła chodziły wpatrzone w telefony grudziądzkie zombie. Potrącały się nawzajem, wpadały na siebie i na znajdujące się na ulicy obiekty. Jedno z nich, niska blondynka o dziewięciu palcach, przez pół godziny uparcie uderzała czołem o przeszklony parkan mający osłaniać restauracyjny ogródek przed hałasem dobiegającym z sąsiadujących z nim, gwarnych niegdyś jezdni. Jerzy ignorował te żywe trupy. Spoglądał na zablokowanie skrzyżowanie. Oglądał stojący na jego środku zastygły w połowie manewru skrętu tramwaj linii T2 i zastanawiał się ile dałoby się za taki tramwaj wyciągnąć na złomie. Pieniądze by mu się przydały – tak myślał, był bowiem głodny i chciał kupić sobie coś do jedzenia. Po drodze okazało się, że żaden z niego Hemingway – nic nie udało mu się upolować. Może dlatego, że nie miał broni? Nie ruszał się jednak z ławki przed tą wykwintną restauracją serwującą niegdyś najwyszukańsze dania kuchni amerykańskiej. Obawiał się, że kiedy on oddali się w celu zdobycia pożywienia, właśnie wtedy na miejsce dotrze Pacha. Obawiał się, że widząc, że nie ma go na miejscu ustalonego przez nią spotkania obrazi się i gdzieś sobie pójdzie. I weź tu później szukaj wiatru w polu! Szukaj igły w stogu siana! A później weź się jeszcze i, z tego swojego oddalenia, weź się jej jeszcze wtedy wytłumacz!


Pacha nadeszła po trzech dniach. Nadeszła od zachodu, od strony Wisły. Nadeszła ulicą Włodka i to dlatego Jerzy, odwrócony w kierunku ulicy Dworcowej, jej nie zauważył. Tamtego dnia wiatr, delikatny kujawsko-pomorski zefirek wiał od strony Wisły niosąc ze sobą aromat mułu, wilgoci i tataraku. Niesione znad wody powietrze wolne było tamtego dnia od zwyczajnego dla grudziądzkiego odcinka Wisły zapachu trupów, przemienieni bowiem w zombie mieszkańcy miasta już od dłuższego czasu nikogo w Wiśle nie utopili – ot, tyle, co od czasu do czasu któryś z nieumarłych sam przez nieuwagę pogrążył się w topieli, ale dla Wisły było to tyle co i nic. Z taką nieznaczną liczbą zwłok Wisła radziła sobie bez problemu. Jerzy nagle wyczuł w powietrzu jeszcze inny zapach – zapach róży.


Perfumy nałożone na ciało u każdego człowieka zachowują się troszeczkę inaczej. Ten sam zapach u różnych osób przybiera różne odcienie. Zapachu róży, który wtedy poczuł, Jerzy nie mógł pomylić z żadnym innym zapachem na całym świecie. Nawet jeśli ten zapach był, tak jak się to tam wtedy w tym Grudziądzu zdarzyło, zapachem róży lekko przefermentowanej.

– Pacho! Jesteś! Różyczko ty moja! – krzyknął obracając się na ławce, po czym wstał i podbiegł w kierunku swojej ukochanej.

Różyczka wyglądała dokładnie tak samo jak pachniała: twarz miała upstrzoną wysypką – płaskie, różowe plamy zlewały się na niej ze sobą. Włosy miała w nieładzie, przetłuszczone, a końcówki były niepodcięte. Jerzy nie przejął się jej wyglądem, sam zresztą wyglądał nie najlepiej, czym również i Pacha się nie przejęła, Jerzy bowiem zawsze wyglądał nie najlepiej. Tylko ta niewiadomego pochodzenia biała, zaschnięta plama na jego lewym przedramieniu wydała się Pasze w jakiś niezrozumiały dla niej sposób nobilitująca.


Zerwał się więc wtedy Jerzy ze swojej ławki i podbiegł do Pachy, i porwał ją w ramiona, i w tych ramionach uniósł ją, i uściskał ze wszystkich swoich sił, których, wygłodzony, nie miał zbyt wiele, ale uścisk ten wzmocniony był całą tą tęsknotą, jaką przez ten nieskończenie długi czas rozłąki przeżywał i wzmocniony był też całą tą radością, jaką wstąpiła tam w niego z powodu tej nieskończenie długiej rozłąki zakończenia, był to więc, mimo osłabienia Jerzego, uścisk wyjątkowo silny.

– Auć – powiedział, coś bowiem wbiło mu się wtedy pod żebro.


„Nie ma róży bez kolców” – jak to powiadają, a tym kolcem, którym Pacha, ta róża Jerzego, ukłuła go wtedy po żebrem, była stłuczona szklana butelka umieszczona w kieszeni jej różowej, mocno przybrudzonej bluzy-kangurki.


– Przepraszam! Przepraszam cię, Jerzy – powiedziała Pacha, kiedy mężczyzna odstawił ją na ziemię. – Przepraszam! Z tej radości zapomniałam że schowałam sobie na później resztkę malinowego Kubusia. Wiesz jak trudno go teraz dostać? Ostatnią butelkę, małą zresztą, bo dużych to już chyba nigdzie nie ma, znalazłam w Biedronce w Łabiszynie. Zresztą, tę Biedronkę przejęli szabrownicy i grabią teraz ludzi, którzy przychodzą tam po zaopatrzenie. Wiesz ile oni wzięli ode mnie za tego Kubusia? Wiesz ile? DWIEŚCIE SZEŚĆDZIESIĄT CZTERY złote wzięli, bandyci jedni! Moje ostatnie pieniądze wzięli! Ostatnią moją gotówkę! Ale co ja mogłam?! No sam powiedz: co ja wtedy mogłam?! Jak w taką długą podróż miałam się udać bez malinowego Kubusia?! No sam powiedz, jak miałam?! A później, kiedy w Solcu Kujawskim zobaczyłam Wisłę, to zaczęłam biec, bo pomyślałam, że to już Grudziądz, tak mi się pomyliło. Taka byłam wyczerpana. Taka byłam wyczerpana, że aż mi się, tak jak tobie z tym Gorzowem, pomyłka geograficzna przytrafiła, i zaczęłam tam biec ciesząc się na spotkanie z tobą i potknęłam się o wystającą studzienkę kanalizacyjną i się przewróciłam i wypadła mi ta butelka z malinowym Kubusiem i rozbiła się na asfalcie. I wylizałam z tego asfaltu to, co się udało mi z niego wylizać, ale nie wszystko udało mi się z tego asfaltu wylizać i wpadłam wtedy w rozpacz. Rozpacz mnie wtedy ogarnęła i pomyślałam, że chyba już do ciebie nie dojdę, że już mi się do ciebie nie uda dotrzeć, no bo jak miałam iść dalej, jak tu iść tyle kilometrów bez malinowego Kubusia w zanadrzu?! No jak miałam iść?! Sam powiedz. Ale później pomyślałam, że ty na pewno znajdziesz jakiś sposób na to, żeby dla mnie tego Kubusia malinowego zdobyć, jesteś w końcu mężczyzną, prawda? – jesteś mężczyzną czy nie? – i to dało mi siłę do tego żeby się podnieść i żeby iść dalej, ale zanim jeszcze się podniosłam i poszłam dalej, to zobaczyłam, że ta butelka, co to z kieszeni mi wypadła, to tylko szyjka się w niej utłukła i trochę na górze też się zniszczyła, ale denko w niej ocalało, denko zostało w całości i jeszcze nad tym denkiem ścianki były, choć ostre i postrzępione, ale jednak były i trzymały resztki tego mojego ostatniego malinowego Kubusia wewnątrz, jak w szklance go tam w tej potłuczonej butelce trzymały i to mi dało wtedy siłę i nadzieję. I to właśnie wtedy wstałam i zabrałam ze sobą te resztki Kubusia malinowego i niosłam go z ostrożnością, niemal z nabożnością niosłam go wtedy dalej i dopiero w gdzieś okolicach Sztynwagu go wypiłam, bo już z pragnienia nie mogłam dłużej wytrzymać, a później wylizałam to szkło do czysta i chciałam je wyrzucić, ale nie było tam nigdzie kosza na śmieci, a przecież nie mogłam wyrzucić go ot tak, gdzieś przy drodze czy do lasu nie mogłam go przecież wyrzucić, bo nawet kiedy świat się kończy to nie można przecież tak zrobić, bo to nieładnie, więc schowałam go do kieszeni mojej bluzy-kangurki, a później zupełnie o nim zapomniałam i dlatego właśnie się ukłułeś, za co ogromnie cię przepraszam, przepraszam cię, Jerzy.

– Nie no, luz. Nic się nie stało – powiedział Jerzy głosem zamyślonym, bo inne myśli już mu wtedy głowę zaprzątały. Miał w tej swojej głowie istną galopadę, istny natłok myśli, a każda kolejna myśl, która przez tę jego głowę tam mu wtedy przemknęła, zatrzymywała się w niej w pewnym momencie i dołączała do tych wszystkich poprzednich, które również się tam w tej jego głowie wtedy zatrzymały, i rosła, rosła tak jak i rosły te wszystkie inne poprzednio zatrzymane, a każda z tych myśli była tylko kolejnym wariantem tej samej obawy „skąd ja tu jej teraz w tym postapokaliptycznym Grudziądzu malinowego Kubusia wytrzasnę?”.


I usiedli razem na ławce przed tą zamkniętą restauracją, i Pacha z ciekawością rozglądała się dookoła, a Jerzy patrzył na Pachę i we wzroku jego było tyle samo miłości co było też i w nim czujności i obawy. I za każdym razem, kiedy tylko Pacha otwierała usta, on odzywał się pierwszy. Byle tylko nie dać jej dojść do głosu. Byle tylko nie dopuścić do tego żeby miała okazję zadać mu tego pytania o malinowego Kubusia. Pytania, które mogło zniszczyć to wszystko, co jeszcze im na tym świecie pozostało. To, co nie zostało jeszcze w nich zniszczone.


Więc pytał ją Jerzy:

– A jakiegoś ciekawego ptaka niespotykanego może gdzieś tam po drodze widziałaś? – pytał. Albo:

– A jakiegoś szczególnie śmiesznego poliszdżołka może sobie przypominasz? – pytał. Albo:

– A jakiś sonet ci przypadkiem może nie przyszedł do głowy? – pytał.

I pytał ją jeszcze o wiele innych rzeczy, aż w końcu wykorzystał cały zasób pytań jakim dysponował i zamilkł. Wtedy odezwała się Pacha:

– A znasz może legendę o Wielkim Plusku? – zapytała.

– Coś tam kojarzę – odparł Jerzy. – Było coś o dwumetrowych falach i o wodnej róży niesionej na grzbiecie jednej z nich i jeszcze…

– Ale tam było też o tym, że woda w Wiśle ma smak malinowego Kubusia! – wykrzyknęła nagle Pacha i zerwała się z ławki. – Chodźmy, Jerzy! Chodźmy nad Wisłę!


I Pacha pobiegła, a Jerzy pobiegł za nią i chciał ją ostrzec przed piciem wody z Wisły, bo legendy legendami, ale fakty są takie, że na grudziądzkim odcinku Wisły woda może sobie zawierać co tam tylko chce, Jerzy nie miał pojęcia co mogła tam ta woda jeszcze zawierać, ale przede wszystkim zawiera trupi jad – tego akurat był zupełnie pewien. Biegł jednak znacznie wolniej od Pachy i kiedy wreszcie dotarł nad brzeg, jego ukochana już klęczała nad korytem rzeki i złożonymi dłońmi czerpała z niej wodę, a później ją wypijała. Jerzy patrzył na to przejęty zgrozą.


Tak jak przejęty zgrozą był też i później, kiedy Pacha wstała z kolan, kiedy z uśmiechem obróciła się w jego kierunku, po czym cała jej twarz nagle zrobiła się zupełnie fioletowa. Tak jak przejęty zgrozą był i wówczas, kiedy sfioletowiała Pacha popędziła w krzaki.


A później z tych krzaków dobiegł go uspokajający bulgoczący dźwięk i zaraz po nim równie uspokajający zapach, który wymieszał się z zapachem sfermentowanej róży i cała zgroza opuściła wtedy Jerzego.


– „Jest dobrze. Jest tak jak było. Jest tak, jak powinno być” – pomyślał. Bo natura sobie poradziła. Ekosystem posapokaliptycznej Wisły oczyścił się z trupiego jadu, który zdążył już spłynąć do Bałtyku. W wiślanej wodzie zostały tylko zanieczyszczenia w postaci starych dobrych bakterii escherichia coli.


***


3216 słów, bez wstępu i tytułu.

Zaloguj się aby komentować

Kolega @splash545 zasugerował żeby takie opowiadanie napisać, więc napisałem. Napisałem je motywowany obawą, żeby mnie przypadkiem w akcie zemsty przy najbliższej okazji, wiedziony grudziądzkim instynktem, nie utopił.


Miało być bardziej o różach, bo za punkt wyjścia obrałem sobie piękny utwór wykonywany przez pana Nicka Cave’a z jego zespołem The Bad Seeds oraz z panią Kylie Minogue pod tytułem Where the wild roses grow (w polskiej, niemal tak samo pięknej wersji nagrali to między innymi pan Maciej Maleńczuk do spółki z panią Anną Marią Jopek, z tej polskiej wersji zresztą pożyczyłem sobie sampel do opowiadania). No ale po drodze gdzieś mi to opowiadanie uciekło w swoją stronę, nie chciało się słuchać, co w zasadzie mnie cieszy, bo w ten sposób i mnie samego zaskoczyła historia, którą opowiedziałem, a to zwykle jest miłe. I tym razem takie właśnie było. A piszę o tym wszystkim wyłącznie po to, żeby nie uchybić prawu cytatu i poinformować, że ten sampel tam w tekście jest i podać jego źródło. No i jeszcze trochę po to, żeby się podzielić ładnym utworem muzycznym. A nawet dwoma.


===


Wodna róża


– Trochę się boję – powiedziała.

– To może ty chcesz pierwsza… – zaczął, ale nie pozwoliła mu dokończyć.

– Nie. Tak będzie dobrze. Tak, jak się umawialiśmy.

Schylił się więc i podniósł leżący na plaży przyniesiony tam wcześniej kamień. Wcześniej znaleźli ten kamień wspólnie. Wspólnie przynieśli go z miejsca leżącego nieopodal, z małego zagajnika, w którym rosły dzikie róże. On zerwał tam też jeden z kwiatów i również ten kwiat przyniósł ze sobą na plażę. Zrobił to dla niej. Zrobił to, bo ją kochał. A ona kochała róże.


Otrzepał kamień z piasku. Wydawało mu się, że tak trzeba. Że należy go otrzepać. Że takim brudnym się nie godzi.

Spojrzał jej w oczy.

– Możesz się odwrócić? – zapytał.

Odwróciła się. Nie patrzyła już na niego. Patrzyła na Wisłę.

Uderzył.


Uderzył mocno, więc się przewróciła. Przewróciła się twarzą w piach. Uderzył mocno, więc jej twarz zagłębiła się piachu grudziądzkiej plaży.


Odczekał chwilę.

– „Udało się” – pomyślał.

Nie oddychała. Gdyby oddychała, uniosłaby głowę. Albo krztusiłaby się piaskiem. Tak przynajmniej sobie kombinował. Nie wiedział przecież jak to jest. Nigdy wcześniej nikogo nie zabił.


Jeszcze na plaży obrócił ją na plecy. Była piękna. Piękna jak śmierć, więc kwiat róży w martwe usta włożył jej na do widzenia.


Później wrzucił ciało do rzeki. Przez chwilę stał na brzegu i obserwował jak prąd unosi zwłoki jego ukochanej. W Grudziądzu był przyjezdnym, nie znał miejscowych obyczajów. Nie wiedział jak zachowuje się ciało wrzucone do Wisły. „Jak kamień w wodę” – mówią.


Tak mówią, ale nie mają racji. Kiedyś, kiedy był dzieckiem, wrzucał kamienie w wodę, kamienie rzeczywiście od razu opadały na dno. Z jej ciałem było inaczej. Jej ciało unosiło się na wodzie. Płynęło z prądem. Dopiero po jakimś czasie, dopiero kiedy niemal zniknęła mu już z zasięgu wzroku, kiedy niemal skryła się za porastającym zakole rzeki tatarakiem, zniknęła pod wodą. Stało się to nagle i niespodziewanie i wcale nie był pewien, czy rzeczywiście widział tę rękę, którą ją pod wodę wciągnęła.


Jeszcze później sam stanął na brzegu. Rzekę miał za plecami. Patrzył na zielony zagajnik, który porastał brzeg od miejsca, gdzie kończyła się plaża. Podziwiał białą korę brzóz, zachwycał się soczystą zielenią liści i traw. Najbardziej jednak podobał mu się intensywny róż kwiatów dzikiej róży. To była ostatnia rzecz, jaką w tym życiu oglądał, nie spojrzał bowiem na lufę rewolweru, którą wsunął sobie do ust zanim pociągnął za spust.


***


W ustach poczuł smak malinowego Kubusia.


– Udało się, Jerzy! Udało się! – krzyknęła Pacha.

Jerzy uśmiechnął się, jeszcze nie do końca przytomny, a zanim w pełni odzyskał świadomość podziwiał akrobacje, jaka Pacha z radości wyczyniała w tym podwodnym świecie, do którego, tak jak mieli nadzieję, udało im się po śmierci trafić. Nieskrępowana ograniczeniami życia na lądzie wywijała w wodzie salta i koziołki. Wykorzystując wyporność, szalała radośnie, tak jak ptaki potrafią szaleć w powietrzu. Szalała z radości tak, jak żywym nie jest i nigdy nie będzie dane szaleć.

– I w ogóle wszystko tutaj jest takie cudowne! – Pacha nie przerywała potoku słów, który wypływał z jej ust. – Wisła ma smak malinowego Kubusia i wcale nie ma tak, jak w sklepach, że go nie ma! I jeszcze są tutaj wszyscy! Wszyscy, za którymi tak się stęskniłam! @DiscoKhan tutaj jest! I @CzosnkowySmok też tutaj jest, choć z nim akurat dzieje się coś niedobrego.


Jerzy rozejrzał się dookoła. Faktycznie, na wschodzie udało mu się dostrzec podwodne jurty wykonane z dwudziestopięciolitrowych foliowych opakowań po żwirku dla kota Benek, a między jurtami błyskały kolorowe światła, jakby z kuli dyskotekowej, choć mogły to też być błystki używane przez wędkarzy polujących na szczupaki. Kiedy spojrzał zaś na zachód, zobaczył wznoszącą się pod wodą budowlę. Budowla ta swoją smukłością przypominała wieżę Saurona, choć jej kształt kojarzył się Jerzemu raczej z waginą, od czego zresztą zaraz zachciało mu się do Pachy przyssać. Zimna wiślana woda o smaku malinowego Kubusia natychmiast jednak ostudziła te jego zapały. Na szczycie budowli powiewała unoszona rzecznym nurtem flaga, flaga przedstawiająca białe koło na tle czerwieni, w tym zaś kole dumnie prezentował się czarny cień czosnku. Jerzy ze zgrozą spoglądał w tamtym kierunku.

– Tak, ze Smokiem dzieje coś niepokojącego – powiedziała Pacha, która przerwała swoje podwodne akrobacje i zatrzymała się koło Jerzego. – Smok chyba zwariował. Bredzi coś, że jakiś Trzeci Rzeszów będzie tutaj zakładał, wąs nawet taki wąski pod nosem zapuścił. Ale nie ma co się tym na razie przejmować. W razie czego popłyniemy pod prąd i może uda nam się dotrzeć do jakiejś Rumunii?

– Tak, ta Wisła tak dziwnie płynie – zamyślił się Jerzy. – Cholera wie, gdzie można jej korytem dotrzeć. Wiesz co? Masz rację. Nie ma się co martwić na zapas.

I Jerzy ucałował Pachę, a później poprawił spoczywający za jej uchem kwiat dzikiej róży, który przekrzywił jej się w czasie tych podwodnych akrobacji, a który musiała tam wcześniej z ust swoich przełożyć, bo inaczej nie mogłaby przecież mówić.


***


Mężczyzna ten powiedział żonie, że idzie biegać nad Wisłą, ale nie było to prawdą. Mężczyzna ten często okłamywał w ten sposób swoją żonę, choć kiedy wychodził z domu, rzeczywiście udawał się nad Wisłę. Nie biegał tam jednak, a oglądał topiki – wodne pająki, których żona nie pozwalała mu hodować w domu, była bowiem kobietą twardo stąpającą po ziemi i uznawała tylko pająki lądowe.


Mężczyzna ten ukucnął nad brzegiem Wisły i spokojnie wpatrywał się w jej toń. Oglądał nawodne igraszki owadów, podziwiał lekkość z jaką ważki poruszają się w powietrzu, ale przede wszystkim zachwycał się ślizgiem topików, które wyglądały tak, jakby tańczyły na wodzie zrozumiały tylko dla nich jakiś tajemniczy pajęczy taniec. Mężczyzna ten nie przejmował się spływającymi Wisłą ciałami, mieszkał bowiem w Grudziądzu od dawna i zdążył już przywyknąć do miejscowego folkloru. Wspomniał nawet z uśmiechem panią Mikulską, swoją nauczycielkę matematyki z gimnazjum, którą całą klasą dawno temu, któregoś pierwszego dnia wiosny wrzucili do wody, mimo że miała na imię Marzena, a nie Marzanna, tak jak i była mężatką, zresztą raczej z tych gorących, a nie jakąś tam zimową panną. Tak było im jednak łatwiej niż przyznać się wieczorem w domu, że na jutro trzeba przynieść do szkoły materiały do wykonania Marzanny.


Mężczyzna ten nie przewidział tamtego dnia jednej rzeczy. Nie przewidział, że kobieta zmienną jest i nie spodziewał się, że akurat tamtego dnia jego twardo stąpająca po ziemi małżonka ulegnie przeczuciu, że zaufa swojej kobiecej intuicji i również postanowi wybrać się na spacer nad Wisłę. Małżonka tego mężczyzny zrobiła tamtego dnia to, czego ten mężczyzna się nie spodziewał: założyła kalosze, zabrała ze sobą psa i powędrowała nad rzekę.


Mężczyzna ten dziwił się temu co tamtego dnia ujrzał w wodzie, bo choć posiadał dużo rozleglejszą wiedzę w dziedzinie entomologii niż botaniki, bo choć niczym zaskakującym nie były dla niego płynące Wisłą zwłoki, to podwodna róża nie była dla niego widokiem, do którego byłby przyzwyczajony. Słyszał co prawda o liliach wodnych, ale żeby o wodnych różach? Nie, co to, to nie. O takim czymś na pewno nigdy w życiu nie słyszał.


Mężczyzna ten dziwił się więc temu co zobaczył, zachowując jednak w tym swoim zdziwieniu iście stoicki spokój. Ten jego stoicki spokój zaburzyło dopiero rozlegające się za jego plecami radosne szczekanie. Szczekanie, które poznał od razu.

– „Ziomeczek?” – zdziwił się mężczyzna, po czym odwrócił wzrok od rzeki. Widok, jaki ukazał się jego oczom przeraził go. Przeraził go tak, że aż z tego przerażenia zesrał się gacie.


Mężczyzna ten był wyszkolony w sztuce samoobrony, wiedział więc, że najlepszą obroną jest atak. Ponieważ nie miał przy sobie karabinu, był bowiem po godzinach pracy, zaatakował żonę słownie:

– Co ty jakaś psychopatka jesteś żeby męża swojego śledzić?! – zapytał.


Nie doczekał się jednak odpowiedzi. Dwie pary rąk, jedne kobiece i jedne męskie, wystrzeliły nagle z wody, uczepiły się łydek mężczyzny i pociągnęły go ku sobie. Mężczyzna zachwiał się, stracił równowagę i runął do rzeki. Mężczyzna ten to był kawał chłopa, spokojną tego dnia taflę wody zaburzył Wielki Plusk.


***


Gdańszczanie, którzy tamtego dnia udali się na szaber aż w okolice Mikoszewa, tam gdzie Wisła ma swoje ujście, bo wszystkie bliżej leżące sady zdążyli już wcześniej rozszabrować, opowiadali później, że fale na Wiśle miały ponad dwa metry wysokości. Niektórzy mówili też, że na grzbiecie pierwszej z nadciągających fal można było dostrzec wodną różę – kwiat rzadszy nawet niż legendarny kwiat paproci.


===


1339 słów


#naopowiesci

#zafirewallem

Pierwsza część opowiadania bardzo klimatyczna i mocna. Bardzo mi się spodobała.

Kolejna była za to wspaniała. xd

A trzecia część była jeszcze wspanialsza i klimatyczna. Właśnie za tę część nie masz się co obawiać tego:

przypadkiem w akcie zemsty przy najbliższej okazji, wiedziony grudziądzkim instynktem, nie utopił.


A taką robisz legendę Grudziądzowi i tamtejszemu fragmentowi Wisły, że nie widzę innej możliwości niż zorganizować jakoś na wiosnę spotkania kawiarenki #zafirewallem właśnie na grudziądzkiej nadwiślańskiej plaży w celu zrobienia ogniska i przekonania się co jeszcze tam się zdarzy.

ba310296-0be7-4627-85fe-9c1cfff922e7

Zaloguj się aby komentować

Czy randkę, której główną treścią jest spacer można potraktować jako podróż? Czy jednostronną rozmowę, wygłaszany przez kogoś monolog można potraktować jako rozmowę? I co w ogóle można potraktować jako romantyczne? Jak trafić na idealną partnerkę (albo partnera) i czy w ogóle jest to możliwe, kiedy dookoła same groby pobielane? Takie pytana pojawiły mi się w głowie, kiedy skończyłem pisać to opowiadanie, którym zgłaszam się do kolejnej edycji konkursu #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem .


***


Muszę przypudrować nosek


Pachniała bzem i agrestem. I czymś jeszcze. Ten trzeci zapach czasami przebijał się przez tę intensywną nutę jej perfum i bywał niepokojący. Starałem się ignorować go, dopuszczać do siebie tylko te dwa pierwsze. Bez i agrest. A jednak coś jeszcze. To coś, czego nie umiałem wtedy nazwać. To, co nie dawało mi wtedy spokoju.


Makijaż nosiła mocny. Miała wymodelowane, równe brwi, pociągnięte czarną kredką. Na powieki nałożyła ciepły, ciemnoróżowy cień, cień przechodzący w czerwień, kiedy wychodziliśmy z kręgu światła padającego z ulicznych latarń. Te jej powieki kończyły się najgrubszymi i najciemniejszymi rzęsami, jakie w całym swoim życiu miałem okazję oglądać. Wydatne usta miała równo pomalowane szminką o burgundowym odcieniu, kilka tonów ciemniejszą od tego cienia na powiekach i doskonale się z nim komponującą. Na twarz miała nałożoną grubą warstwę ciemnego pudru. Ten puder znajdował się również na jej szyi, nie wyłączając karku, na co zwróciłem uwagę kiedy, wychodząc z kawiarni, przepuszczałem ją w drzwiach a podmuch wpadającego do pomieszczenia wiatru rozwiał jej kruczoczarne włosy. I może zdziwiłby mnie wtedy ten upudrowany kark, gdyby nie to, że jeszcze bardziej zdziwiły mnie jej upudrowane dłonie. Dłonie zresztą również miała wspaniałe. Długie, smukłe palce pianistki zakończone wypielęgnowanymi paznokciami dokładnie pokrytymi lakierem w kolorze czerwonego wina. Być może tylko mi się wydawało, że pod tymi paznokciami dostrzegłem brud. Czarne półkola, jak gdyby osadziła się tam ziemia.


Nie nosiła za to żadnej biżuterii. Żadnych pierścionków na tych smukłych palcach, żadnych kolczyków w uszach, żadnego łańcuszka z wisiorkiem, który mógłby spocząć na opinającej się na jej wydatnych piersiach białej bluzce, którą założyła pod czarny żakiet.


Lubię biżuterię u kobiet. Biżuteria jest dla mnie tym akcentem, który podkreśla kobiecość. Jest dla mnie tej kobiecości zwieńczeniem. To właśnie dlatego w czasie tego naszego spaceru przez miasto zatrzymałem się przed wystawą zamkniętego już o tej porze sklepu jubilerskiego.

– Podoba ci się? – zapytałem wskazując na jeden z wielu pierścionków, które znajdowały się za szybą.

Zmieszała się. Przez chwilę nie powiedziała nic, zresztą w ogóle przez cały wieczór niewiele mówiła. Być może bała się że mówiąc rozmaże tę szminką, którą miała na ustach. Że zaburzy tę idealną kompozycję, jaką tamtego wieczoru stanowiła. Czasami miałem wrażenie, że nawet nie oddycha. Być może właśnie z tego powodu.

– Przepraszam, muszę przypudrować nosek – powiedziała po chwili zupełnie ignorując moje pytanie i nie czekając na odpowiedź żwawym krokiem ruszyła w kierunku wejścia do najbliższego baru. Od razu poszedłem za nią. Kiedy tylko minąłem próg, rozejrzałem się po sali. Zdążyłem tylko zobaczyć zamykające się za nią drzwi do damskiej toalety.


– „Dba o siebie. Chce zrobić wrażenie” – pomyślałem wtedy. Bo faktycznie, od początku naszej randki, od kiedy spotkaliśmy się w kawiarni często wychodziła do toalety poprawić makijaż, choć nie zauważałem żeby była taka potrzeba. – „A może się denerwuje? Potrzebuje chwili na uspokojenie?” – przyszło mi też do głowy, bo sam również byłem dość spięty. Również chciałem wypaść dobrze.


Czekając na jej powrót oglądałem swoje odbicie w wiszącym przy wejściu do baru lustrze. Byłem z siebie zadowolony. Męska, wyrażająca pewność siebie postawa, włosy, pomimo wieku, wciąż ciemne i gęste, pokrywające całą czaszkę, równy, zadbany zarost. Tak, prezentowałem się dobrze i taka kobieta jak ona idealnie by do mnie pasowała. Byłaby wspaniałym akcentem podkreślającym moją męskość, idealnym tej męskości zwieńczeniem. Upewniwszy się, że wszystko jest ze mną w porządku, zająłem się poprawianiem krawata, który delikatnie przekrzywił mi się na szyi. A może tylko tak mi się wydawało?


– Już – usłyszałem nagle jej słodki, cichy głos tuż obok siebie. I poczułem bez. Bez i agrest. I poczułem to coś jeszcze.

– To chodźmy – spojrzałem na nią i chciałem chwycić ją za rękę, ona jednak się odsunęła.

– Chodźmy – powiedziała.


Poszliśmy. Szliśmy wzdłuż głównej ulicy, później skręciliśmy w stronę parku. Nie mówiła wiele, w zasadzie nie mówiła nic. To ja mówiłem. Opowiadałem jej o swoim życiu, o pracy, o moich wyjazdach i o klubie strzeleckim, którego byłem przewodniczącym, a przy okazji najlepszym strzelcem. Ona co jakiś zatrzymywała się, sięgała do torebki po lusterko i przeglądała się w nim. Dobrze nam się wtedy rozmawiało.


Dzwon na grudziądzkiej katedralnej wieży rozkołysał się, w mieście rozległy się cztery uderzenia.

– Zaraz będzie świtać – powiedziałem, a ona znów się zmieszała.

Rozejrzała się dookoła niepewnym wzrokiem, spojrzała w niebo.

– Ja… Ja muszę już wracać – powiedziała i, nie czekając na moją reakcję, chciała odejść. Nie pozwoliłem jej na to. Złapałem ją za rękę, ująłem tę wspaniałą, smukłą dłoń, na której tak pięknie prezentowałby się zaręczynowy pierścionek, który już miałem zamiar jej kupić.


Poczułem chłód. Jej dłoń była zimna i sztywna. I lekka. Jej dłoń została w mojej ręce, oddzieliła się, odpadła od reszty jej ciała. Po chwili te jej oddzielona od reszty ciała dłoń rozsypała się w mojej dłoni, zmieniła się w proch, który pokrył moje palce. Ona zaś szła dalej.


Dopiero po chwili odwróciła się i spojrzała na mnie. Spojrzała na mnie po raz ostatni. W niczym nie przypominała już tej wspaniałej kobiety, z którą spotkałem się kilka godzin temu. Nie była już wcale kobietą, teraz była upiorem. Płat skóry, wciąż pokryty pudrem, zwisał jej z policzka odsłaniając żuchwę, ukazując światu jej poczerniałe zęby. To rzuciło mi się w oczy. To najbardziej zapamiętałem. I jeszcze ten zapach. Ten smród. Smród zgnilizny i rozkładu.


– Przepraszam, muszę… Muszę przypudrować nosek – powiedziała, po czym poleciała jej z oka jedna jedyna łza. A później cała rozpadła się w proch.


***


873 słowa, licząc bez wstępu i tytułu

Dzwon na grudziądzkiej katedralnej wieży

Best can Grudziądz do is bazylika ¯\_( ͡° ͜ʖ ͡°)_/¯


A co do opowiadania do fajny klimacik i opisy.

Zaloguj się aby komentować

Bardzo się cieszę, że udało mi się wygrać chociaż konkurencja była gęsta. Przepraszam za opóźnienie a to nowe zadanie.


Temat: romantyczna podróż


Gatunek: horror


Termin: 02.02.25


Liczba słów: 800 - 1600


Bawcie się dobrze.

#naopowiesci #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Pan Autor Filmów chyba rzucił na mnie klątwę, bo pomimo kilku podjętych prób nie udało mi się napisać opowiadania w tej edycji zabawy #naopowiesci


Szczęśliwie klątwą nie zostali obłożeni @Patkapsychopatka (Opowiadanie bez tytułu) i @George_Stark (Wszyscy mężczyźni są tacy sami), którzy zgłosili się do konkursu.


W związku z tym, że zasady wyboru osoby wygrywającej są uznaniowe, w XVI edycji zabawy zwycięża @Patkapsychopatka, za humanitarny wydźwięk tekstu, który można odczytywać na różne sposoby


#zafirewallem #podsumowanienaopowieści

Zaloguj się aby komentować

Pewnego dnia wataha wilków przybyła w okolice małej wioski Kajkowo. Przebywały one głównie na terenie Wzgórz Dylewskich, ale od jakiegoś czasu czasu jeden z nich zaczął polować na zwierzęta gospodarskie jednego z mieszkańców wioski Andrzeja Kani. Mieszkańcy wsi byli zaniepokojeni, obawiali się o bezpieczeństwo swoich rodzin i zwierząt, które były jedynym źródłem ich utrzymania.

Minął tydzień od pojawienia się wilków, wtedy pan Kania, który zazwyczaj pamietał o zabezpieczeniu swoich zwierząt, tym razem zapomniał zrobić to ze swoimi kozami. Na taką okazję tylko czekały wilki.

Następnego ranka gospodarz zobaczył rozszarpane truchła dwóch swoich kózek, doliczył się też, że jedna zniknęła, doskonale wiedział co go spotkało. Wpadł wtedy na pomysł zamontowania monitoringu w obrębie swojego gospodarstwa.

Wieczorami siedział wpatrując się w obraz z kamery i starając się wywnioskować coś z zachowania kręcących się w pobliżu zwierząt. Po dwóch tygodniach wiedział już, że pod jego gospodarstwo podchodzi jeden wilk i robi to zawsze o tej samej porze. Znalazł w internecie informację o tym, że wilki często mają nadajniki i dowiedział się, że wilk spod jego gospodarstwa jest konkretnie wilczycą.


W tym czasie w pobliskim parku narodowym przebywała spora wataha, w której jedna z samic spodziewała się młodych. Właśnie to było powodem ataków na zwierzęta gospodarskie. Jednak po jakimś czasie ataki ucichły. Mieszkańcy Kajkowa myśląc, że to już koniec zagrożenia ze strony wilków, przestali się obawiać ataków i wrócili do zwykłej rzeczywistości.

W tym samym czasie wilczyca wydała na świat potomstwo, była to piątka pięknych, małych, futrzastych pociech, lecz jeden z nich był wyraźnie mniejszy od reszty swojego rodzeństwa.


Po miesiącu doszło do ponownego ataku na gospodarstwo Andrzeja. W pobliskich lasach zostały wtedy zamontowane fotopułapki, które sfotografowały wilczycę opiekującą się swoimi młodymi.

Pewnej nocy Andrzej wpatrując się w swój monitoring dostrzegł atak wilczycy na jego kozę oraz jak szybko oddala się z łupem chcąc zapewnić posiłek dla swoich małych podopiecznych.


W stadzie wilków obowiązuje hierarchia i było wiadomo, że najmniejszy z nich dostanie tylko ochłapy. Młode wilczki po posiłku roznosiła energia, bawiły się, skakały i gryzły, w końcu zasnęły wtulone w siebie. Nastepnego dnia gdy najmniejszy wilczek się obudził zobaczył wokół tylko pustą przestrzeń. Biegał i szukał nerwowo swojej mamy i rodzeństwa, jednak nigdzie ich nie było. Słychać było szum liści, śpiew ptaków, lecz żadnych odgłosów jego wilczej rodziny.

Pewnej nocy wilczek wybrał się pod płot gospodarstwa pana Kani, pamiętał jak był tam kiedyś ze swoją rodziną, jednak nie było ich i tam. Niestety wataha musiała się przenieść na inne tereny zostawiając za sobą najsłabsze ogniwo. Biedny maluszek został całkiem sam. Co jakiś czas podchodził pod płot znajomego mu gospodarstwa starając się zapewnić sobie coś do jedzenia, jednak za każdym razem to płot okazywał się górą.


Andrzej widząc na nagraniach monitoringu starania osamotnionego malucha poczuł jak pęka mu serce. Nie zważając na straty jakich do tej pory doznał przez działania watahy, postanowił pomóc małemu wilczkowi. Zabił jedną ze swoich kur i podrzucił ją w miejsce, w które podchodził mały. Wieczorem pilnie wpatrywał się w monitor obserwując co się stanie.

Wilczek wyszedł wtedy ze swojej kryjówki i chciał kolejny raz spróbować pokonać płot. Wyruszył na swoje polowanie. Gdy dotarł w okolicę gospodarstwa Andrzeja wyczuł zapach kury i od razu podbiegł w miejsce gdzie gospodarz ją pozostawił. W jego pięknych miodowo-żółtych oczach pojawiły się łzy szczęścia. Głodny brzuszek w końcu został napełniony. Po posiłku szczęśliwy szczeniak wrócił do swojej nory i zasnął w niej zadowolony.

Andrzej oglądając tą sytuację na swoim ekranie postanowił, że postara się uratować tego malucha.


Następnego dnia z samego rana zadzwonił do leśniczego, opowiedział mu o osamotnionym wilczku i jego próbach dokarmiania go. Leśniczy Wojtek Sowa chciał zobaczyć nagrania pana Kani, więc umówili się na wieczorne spotkanie u gospodarza. Leśniczy obiecał przynieść na nie materiały zebrane z fotopułapek z pobliskiego lasu.

Nastał wieczór, a Andrzej podekscytowany wyczekiwał leśniczego, liczył, że wspólnie wymyślą plan jak uratować małego wilczka. Na kwadrans przed umówionym spotkaniem na podwórko gospodarstwa wtoczyła się wielka niebieska terenówka z czarnymi felgami, oraz białą naklejką wilka na tylnej szybie. Gospodarz widząc ją już wiedział, że uda im się dojść do porozumienia. Z auta wyszedł wysoki mężczyzna około czterdziestki z gęstą czarną brodą, w okularach.

- Witam. Wojtek Sowa.

- Witam. Andrzej Kania.

- Rozumiem, że to z Panem rozmawiałem na temat wilczka.

- Tak, zapraszam do domu.

Andrzej zaproponował leśniczemu herbatę i w czasie jej picia panowie przeszli na Ty. Przeszli do pokoju gdzie najpierw obejrzeli nagrania z monitoringu Andrzeja. Następnie Wojtek pokazał zdjęcia z fotopułapek. Wynikało z nich, że faktycznie rodzina młodego wilczka odeszła zostawiajac go na pastwę losu.

W tym momencie wykryto ruch na kamerze i Andrzej przełączył na widok na żywo. Zobaczyli na ekranie sprawcę całego zamieszania, który znów zmagał sie z ogrodzeniem. Na ich twarzach momentalnie pojawiły się uśmiechy i łzy zakręciły się w oczach. Patrząc na starania wilczka postanowili, że zrobią co będą mogli, żeby pomóc mu przetrwać.

- Wojtku mam plan w jaki sposób możemy go uratować. Bez naszej pomocy nie uda mu się przetrwać do dorosłości.

- Słucham, obmyślmy wspólnie jak to zrobić. Serce mi pęka na jego widok.

Ich spotkanie trwało aż do późnej nocy. Plan uratowania wilczka został opracowany. Pozostało tylko wdrożyć go w życie.


Następnego dnia niewyspany gospodarz, ale za to dumny z siebie, wrócił do swoich obowiazków. Wiedząc, że wieczorem pewnie wilczek znów podejdzie do jego ogrodzenia, położył tuż przy nim kolejną kurę. Robił to każdego wieczora przez dwa tygodnie, żeby przyzwyczaić wilczka do posiłków. Następnym krokiem miała być intryga uknuta przez Wojtka z jego znajomym weterynarzem.

Dwa dni później kura zostawiona przy płocie, była wypelniona środkiem usypiającym. Wieczorem trójka mężczyzn obserwowała bacznie ekran monitoringu w oczekiwaniu na jakokolwiek ruch. Nie minęło dużo czasu, a młodziak przyszedł jak zawsze i dopadł się do posiłku. Środek zawarty w mięsie zadziałał błyskawicznie. Młody wilczek zasnął zaledwie kilka kroków od ogrodzenia.

Cała ekipa ruszyła w jego stronę. Musieli działać szybko, żeby zdążyć przed jego wybudzeniem. Na miejscu zbadali malucha, który okazał się młodą wilczycą, weterynarz pobrał jej krew, założył też chip z nadajnikiem. Mężczyzni byli podekscytowani swoim sukcesem i postanowili nazwać młodą imieniem Nona.

Po czym zostawili waderę w miejscu, w którym leżała i wrócili do domu gospodarza, sprawdzili tam działanie nadajnika.


Nona obudziła sie po 40 minutach od odejścia mężczyzn. Po narkozie świat wirował w jej oczkach i był cały rozmazany. Łapki miała wiotkie i nie nadające się do biegania. Biedulka położyła się czekając aż las przestanie tak wirować. W końcu działanie narkozy ustało, a mała pobiegła do swojej nory, skryła się tam, nie zamierzając już stamtąd wychodzić.


Kilka dni później do Wojtka przyszły wyniki badań Nony, okazało się, że młoda jest osłabiona z powodu niedożywienia. Andrzej dostał wytyczne, żeby w podawanym jej mięsie były też leki. Gospodarz dokarmiał ją przez kolejne tygodnie, aż pewnego dnia Nona nie pojawiła się pod ogrodzeniem jego gospodarstwa. Zmartwiło go to i zadzwonił do leśniczego Wojtka z pytaniem czy jest w stanie ją namierzyć. Wojtek oddzwonił popołudniu z informacją, że wszystko jest w porządku, młoda zmieniła miejsce siedliska i prawdopodobnie dołączyła do watahy. Uspokoiło to Andrzeja i rozpierała go duma, że udało im się ocalić wilczycę, ale był też trochę smutny ponieważ zdążył się przez ten czas przyzwyczaić do towarzystwa tego małego futrzastego brzdąca.


Minął rok, po którym gospodarz odkrył, że ataki na jego kozy wznowiły się. Przejrzał więc nagrane z monitoringu, zobaczył na nim wilka dużo większego i masywniejszego od Nony.

Pewnego dnia Andrzej przechadzał się po swoim gospodarstwie i tuż za płotem ujrzał wilka z nagrania, jednak teraz już wiedział, że była to Nona. Była to teraz duża, masywna samica o miodowo-żółtych oczach, gęstym srebrzystym futrze I pięknym ogonie. Andrzej przecierał oczy ze zdumienia nie mogąc uwierzyć, że przyszła mu się pokazać. Wtedy ku jego zaskoczeniu wychyliło się zza niej sześć małych futrzastych szczeniaków. Andrzej miał wrażenie, że wilczyca popatrzyła na niego z wdzięcznością, by po chwili odbiec ze swoimi maluchami.

Gospodarz nie mógl ukryć wzruszenia, w jego oczach pojawiły się łzy i zaczęły spływać po jego policzkach, na ustach za to szerzył się uśmiech, a w jego głowie kotłowały się myśli:

"Czyżby wilczyca właśnie mi podziękowała za uratownie? Pokazała, że ma się dobrze i jeszcze przeprowadziła swoje pociechy."

Andrzej zadzwonił zaraz do Wojtka, żeby opowiedzieć mu o tym co wydarzyło się przed chwilą.

- Słuchaj, nie uwierzysz co przed chwilą się stało. Szedłem przy ogrodzeniu i zza krzaków wyłoniła sie Nona. Jest przepiękna! A zaraz za nią była szóstka jej maluchów! Jestem w szoku, że pokazała się po takim czasie.

Wojtek zaniemowił z wrażenia i nie mogąc dobrać odpowiednich słów, powiedział po chwili:

- Bardzo się cieszę, że nasz plan się powiódł. Widać, że Nona musiała mieć do Ciebie zaufanie, że pokazała się razem z młodymi, to bardzo rzadkie zachowanie u wilków.


Nona z maluchami przemierzała ogromne tereny, lecz gdy tylko była w okolicy Andrzeja to odwiedzała go i zabijała mu kozę. Gospodarz wiedział, że to jest właśnie jego wilczyca i nawet nie miał jej tego za złe. Cieszył się za to, że daje mu czasem znaki życia, a on wie, że wszystko jest z nią w porządku.


#naopowiesci #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Nigdy tego faktu nie ukrywałem, choć nigdy nie przyznałem też, że wstydzę się bycia twórcą koniunkturalnym. Że próżność, niczym nieuzasadniona męska duma, poczucie wyższości (nie tylko względem kobiet, ale względem wszystkich w ogóle, to moje poczucie wyższości nie ma akurat nic wspólnego z seksizmem, być może niestety), że mój głód pochwał, niejednokrotnie wymuszonych cyniczną manipulacją, że to wszystko to właśnie esencja mnie, to filary, na których opiera się moja niezwykle głęboka i wrażliwa męska duchowość.


Z tego też powodu nie boję się podejmowania w swojej twórczości tematów trudnych, a wciąż niestety aktualnych i kontrowersyjnych. Tak się akurat złożyło, że zarys poniższego tekstu chodził mi po głowie już od dawna i tylko przypadkiem zdarzyło się i tak, że wylał się z tej głowy i ukształtował na monitorze w jedną spójną całość właśnie teraz, kiedy to na najnowocześniejszym portalu dla starych ludzi wybuchła pewna afera .


Przed państwem jedna z lepszych rzeczy, jakie zdarzyły się polskiej literaturze pięknej (tak naprawdę to literaturze światowej, ale z przyzwoitości zachowam te cyniczne pozory skromności) ostatnich dwóch dekad. Opowiadanie to umieszczone jest na tak wysokiej półce, na jaką żadne polskie wydawnictwo nie sięga ani sięgać nie będzie. Nie sięgnie tam ani Fabryka Słów, ani Wydawnictwo Literackie, ani Wydawnictwo Czarne, ani nawet żadne z szerokiego grona uznanych wydawnictw zajmujących się self-publishingiem, zostaje mi wobec tego tylko opublikowane go w jedynym godnym prawdziwej, wolnej, niczym nie skrępowanej sztuki miejscu, to jest w Internecie. Zapraszam więc państwa do próby zmierzenia z dziełem, którego i tak nie zrozumiecie, bo przekracza ono możliwości waszej intelektualnej percepcji, ale być może docenicie w nim przynajmniej literacką składnię i gramatykę. A więc wejdźcie, zatrzymajcie się, przeczytajcie i wyjdźcie. A wyjdźcie po przeczytaniu koniecznie, żeby swoją niegodną obecnością nie kalać tego wspaniałego dzieła, które to właśnie zostaje wam objawione:


***


Wszyscy mężczyźni są tacy sami


W tamto błyszczące słońcem popołudnie, kiedy poranne chmury świtu wreszcie rozstąpiły się i ustała zalewająca wcześniej miasto anomalia deszczu, podjechaliśmy we trójkę pod las. Zawsze jeździliśmy wtedy we trójkę, zawsze w tym samym towarzystwie, zawsze trzymaliśmy się wtedy razem: Ja, siedzący po mojej prawicy Jezus, jedyny, ostatni mężczyzna, jaki pozostał w całym moim życiu, oraz Anioł Stróż siedząca na tylnej kanapie samochodu.


Samochodu nie było jednak wtedy żadnego, tak jak i nigdy wcześniej nie było żadnego samochodu. Było za to ciężkie życie w tym opresyjnym kraju, który wysysał ze swoich obywateli zarówno wszystkie siły potrzebne do życia jak i większość zarobionych przez nich pieniędzy, równie do tego pozbawionego sił życia potrzebnych. To właśnie dlatego nie było wtedy żadnego samochodu, tak jak nie było go też ani nigdy wcześniej, ani nie było go też nigdy później, zresztą nie ma go do teraz i raczej nigdy już go nie będzie, bo nigdy nie będzie mnie na niego w tym opresyjnym państwie stać. Nie będzie też tego samochodu tym bardziej, że nie mam również prawa jazdy, co jest winą po części tego opresyjnego państwa, ale jeszcze bardziej jest winą dominującego w tym państwie patriarchatu – zauważyliście że wszyscy egzaminatorzy w Ośrodkach Ruchu Drogowego są mężczyznami?


Na przekór jednak wszystkiemu jeździliśmy we trójkę tym wyimaginowanym samochodem, żeby nie poddawać się naciskom społecznym, żeby łamać stereotypy – do dziś przecież pokutuje przekonanie że „baba za kierownicą” – wreszcie po to żeby móc wszędzie zdążyć w tym pędzącym świecie, bo samochodem, wiadomo przecież, jest dużo szybciej niż na piechotę. Jezus siadał zawsze obok mnie, zajmował miejsce pasażera i mówił mi gdzie mam jechać, bo gubiłam się w tych nieprzyjaznych kobietom, planowanych przez mężczyzn miastach, nie mogłam nigdy zapamiętać ani tego, w którą ulicę mam kiedy skręcić, ani tego, kto na tym akurat skrzyżowaniu ma pierwszeństwo przejazdu. Czasami wybieraliśmy się też na wieczorne wycieczki poza miasto, tam z kolei Jezus przypominał mi o światłach. „Długie włącz” – mówił, kiedy jechaliśmy przez ciemną dolinę, bo ja sama zawsze o tym włączeniu długich świateł zapominałam. Moja Anioł Stróż siedziała zaś zawsze z tyłu i robiła tam „Brrrum brrum” naśladując dźwięk pracującego silnika.


W tamto błyszczące słońcem popołudnie podjechaliśmy więc we trójkę tą uliczką prowadzącą do lasu, która kończyła się nagle, urywała się na granicy lasu, zmieniając się w zanikającą w leśnym cieniu ścieżkę, a ja zobaczyłam przybity do drzewa znak ostrzeżenie zakaz wjazdu. Zatrzymałam się wtedy przed tym ostrzeżeniem, niepewna co mam dalej zrobić, bo jednak lata tresury w tym zacofanym, patriarchalnym modelu wychowania zrobiły swoje i reagowałam automatycznie na te wszystkie opresyjne znaki mówiące mi jak mam żyć, co mam zrobić, jak mam się zachować, znaki na pewno wymyślone i poumieszczane wszędzie w przestrzeni publicznej, zaburzające tę przestrzeń publiczną, przez mężczyzn, bo przecież kobiety nie zajmują się takimi rzeczami jak praca fizyczna czy umieszczanie opresyjnych znaków ostrzeżenia zakazu wjazdu.


Stałam tam tak przez chwilę, uciśniona tym patriarchalnym ostrzeżeniem zakazu wjazdu i nie wiedziałam co mam zrobić. Jechać dalej? Zawrócić i pojechać gdzie indziej? Zawrócić i zostawić auto na parkingu (opresyjne parkowanie równoległe!), a do lasu pójść na piechotę? Jezus popatrzył wtedy na mnie i powiedział „No jedź, na co czekasz?”, a ja mu odpowiedziałam „Jezu, ufam tobie” i ruszyłam przed siebie. Pojechałam prosto w las. „Brrrum brrum” – rozchodziło się z tylnej kanapy.


Jechaliśmy tą leśną ścieżką w milczeniu, podziwialiśmy majestat przyrody. Głębokie koleiny, wyżłobione kołami poruszających się ciągle po tej ścieżce patriarchalnych samochodów Służby Leśnej (zauważyliście że wszyscy leśnicy to mężczyźni?) prowadziły nas tak jak szyny prowadzą pociąg po torach. Leśnicy jeździli tymi leśnymi drogami w tę i we w tę utrzymując, że bez ich pomocy las umrze, zniknie, ulegnie zniszczeniu i rozkładowi, jak gdyby Matka Natura nie radziła sobie z utrzymaniem lasów na długo przed nimi, na długo zanim objęli las tą swoją męską, patriarchalną opieką. Na długo zanim się w ogóle na świecie pojawili.


Ten leśnik natomiast pojawił się nie wiadomo skąd, wyrósł nagle obok naszego samochodu, zmaterializował się jego lewej stronie, zaraz obok mnie i zapukał w szybę, a ja sięgnęłam do korbki i opuściłam tę szybę reagując na to jego nieme polecenie w sposób bezrefleksyjny, automatyczny, wynikający z tych wszystkich lat bycia poddawaną tresurze patriarchalnego wychowania, która skutkowała bezzwłocznym i bezwiednym wykonywaniem wydawanych mi poleceń, czego później, już po fakcie, bardzo mocno żałowałam, nieraz wypłakując wieczorem te moje porażki w kołdrę, kiedy po całym ciężkim dniu leżałam ze stoperami w uszach w swoim wynajętym łóżku w wynajętym pokoju odcinając się tymi stoperami od śmiechu, którym za ścianą raz po raz wybuchała moja zindoktrynowana współlokatorka przyjmująca, jak niemal co wieczór, odwiedziny swojego chłopaka.


„Dzień dobry pani, leśniczy Taki a Taki” – funkcjonariusz przedstawił się nie potrafiąc przy tym odmówić sobie tej perwersyjnej, patriarchalnej przyjemności stygmatyzowania mnie przez pryzmat mojej płci, zwracania się do mnie per „pani”. „Zgodnie z artykułem takim a takim” – kontynuował mój oprawca – „obowiązuje zakaz wjazdu pojazdami silnikowymi do lasów, a złamanie tego zakazu wiąże się z nałożeniem na panią mandatu karnego w dużej wysokości. Nie zauważyła pani ostrzeżenia zakazu wjazdu?” – zapytał na koniec z przekąsem, a nawet z pewną złośliwością.


Męskim zwyczajem, wciąż mnie tym nazywaniem „panią” stygmatyzując, leśnik wydał na mnie natychmiastowy wyrok nie pozostawiając zupełnie żadnej możliwości obrony! I jeszcze to pytanie na koniec! Pytanie z tezą, pytanie tendencyjne, pytanie opresyjne i atakujące, zadane wyłącznie po to, żeby mnie w tej całej sytuacji jeszcze bardziej bardziej pogrążyć, żeby jeszcze bardziej zniszczyć moją, już i tak mocno nadwątloną przez życie w tym opresyjnym, patriarchalnym świecie pewność siebie. Pytanie zadane wyłącznie po to, żeby mógł, oprócz triumfu urzędowego, odnieść nade mną jeszcze ten swój mały, płytki, męski triumf osobisty!


Milczałam. Milczałam i wpatrywałam się przed siebie, ignorowałam leśnika, nie chciałam mu dawać satysfakcji, nie chciałam pozwolić mu cieszyć się tym jego jego triumfem. Układałam sobie w głowie myśli, zastanawiałam się co mam mu odpowiedzieć, kiedy w końcu zakończy tę swoją opresyjną przemowę, kiedy przejdzie do konkretów i zażąda ode mnie dokumentów. Zastanawiałam się na którą ustawę mam się wtedy powołać, jakimi faktami zbić go wtedy z tropu, strącić go z tego jego męskiego piedestału żeby odnieść to niespodziewane – bo przecież w jego oczach wyglądałam już na pokonaną – małe, ale jakże istotne dla sprawy oraz dla mnie zwycięstwo.


On jednak zrobić coś zupełnie niespodziewanego, zrobił coś czym zupełnie mnie zaskoczył, zawiódł mnie nawet, można by powiedzieć, bo przecież byłam już przygotowana na dalszy ciąg tej sytuacji, wiedziałam jak powinna się ona potoczyć. Spodziewałam się walki, awantury, przekrzykiwania się, zarzucania mnie przez leśnika jego absurdalnymi argumentami i całkowite przez niego ignorowaniem moich. On jednak pochylił się do mnie i zapytał tym swoim udelikatnionym, sztucznie łagodnym, fałszywie przymilnym głosem: „No to co się stało? Dlaczego pani tutaj wjechała?”.


Już wtedy wiedziałam, że to nie będzie zwykła walka. Zrozumiałam, że ten funkcjonariusz, ten podły przedstawiciel systemu męskiego ucisku, ucieleśniający w tamtej chwili i w tamtym miejscu cały ten męski ucisk w tej swojej własnej, stojącej wtedy obok mnie obrzydliwej osobie, zdecydował się na grę o wiele bardziej wyrafinowaną, grę psychologiczną, opartą na fałszywym, pozorowanym współczuciu, na chwilowym wzbudzeniu poczucia jedności, tylko po to żeby mnie zmiękczyć, żeby mnie osłabić, a później tę moją cynicznie wzbudzoną słabość przeciwko mnie obrócić. Żeby ją przeciwko mnie wykorzystać.


Zaskoczył mnie tym pytaniem i w tym zaskoczeniu instynktownie zrobiłam najgłupszą możliwą rzecz, rzecz przed robieniem której tyle razy mnie ostrzegano, przed robieniem, której sama siebie tyle razy ostrzegałam: powiedziałam mu wtedy prawdę. „Jezus mi kazał tutaj wjechać” – powiedziałam i spojrzałam w prawo, licząc że Jezus potwierdzi moje słowa, że stanie w mojej obronie. Siedzenie pasażera było jednak puste. Jezus opuścił mnie, tak jak opuścił mnie wcześniej też każdy inny mężczyzna, któremu zaufałam, każdy inny mężczyzna, który powiedział mi kiedyś co mam robić, a później, kiedy już to zrobiłam, on się ulatniał i nie było go już przy mnie nigdy więcej. Nigdy więcej już się w moim życiu żaden z tych mężczyzn nie pojawił.


To właśnie wtedy zrozumiałam, że jestem na przegranej pozycji. Że nie mam szans w starciu z tym leśnikiem, że nie mam szans w starciu z tym mężczyzną i że nie mam szans w starciu z jakimkolwiek mężczyzną. Że nawet dwie samotne kobiety są zupełnie bez szans w starciu z jednym, choćby najsłabszym mężczyzną w tym męskim, opresyjnym, patriarchalnym świecie, bo mimo że moja Anioł Stróż nadal siedziała na tylnej kanapie, nadal wydawała tam to swoje „Brrrum brrum”, te dźwięki pracującego silnika, to leśnik nawet nie kazał mi tego silnika wyłączyć.


***


1392 słowa


***


Gdyby ktoś z państwa miałby ochotę zrecenzować powyższe opowiadanie, to proszę bardzo. Recenzje do autoryzacji można przesyłać do mnie poprzez wiadomość prywatną. Jeśli natomiast zdarzyłoby się tak, co uznaję za silnie prawdopodobne, że dzieło to przekroczyłoby waszą intelektualną percepcję i nie wstydzilibyście się ani swojej względem tego dzieła zazdrości, ani nie wstydzilibyście się też przyznania do tego, że ono was przerosło, również wtedy można się do mnie przez wiadomość prywatną zwrócić, a ja odeślę wytyczne merytoryczne do sporządzenia takiej recenzji (nie zwalnia to jednak z obowiązku przesłania jej do autoryzacji!) lub, w ramach dobrej współpracy, mogę również taką recenzję za recenzenta napisać. W tym ostatnim przypadku autoryzacja recenzji nie będzie już konieczna.


***


#zafirewallem

#naopowiesci

@GazelkaFarelka


Ja jestem absolutnie zakochany we frazie "ostrzeżenie zakaz wjazdu"! Zachwyca mnie ona niesamowicie, choć muszę przyznać, że jednak przerosła moją intelektualną percepcję.

@George_Stark

nie chciałam pozwolić mu cieszyć się tym jego jego triumfem

Nie wiem czy te dwa "jego" obok siebie to celowy zabieg, czy przeoczenie, ale nadały tej wypowiedzi takiego specyficznego wydźwięku ociekającego lekko histerycznym obrzydzeniem: (...)tym jego - JEGO - triumfem!

Przynajmniej tak to w mojej zrytej głowie wybrzmiało.

W dodatku damskim głosem.

Niesprecyzowanym, choć niepokojąco znajomym...

@fonfi Do niepokojąco znajomego damskiego głosu w głowie się można przyzwyczaić, tak samo jak do męskiego zresztą.


A tym powtórzeniem to oczywiście moja pomyłka, nie miało tak być. Inaczej zaznaczyłbym to jakąś literacką interpunkcją, prawda?


No ale na redaktora ani na korektora jakoś mnie nie stać. Pieprzony, opresyjny kraj.

Zaloguj się aby komentować

Witam szanownych kawiarenkowiczów w XVI edycji zabawy #naopowiesci!


Pomyślałam sobie, że w nowy rok wejść możemy pisząc coś miłego:


temat: las

gatunek: opowieść o przyrodzie

limity: 800-2000 słów

termin: 12 stycznia, godzina 15:00

zasady wyboru zwycięzcy: może piorunki, a może nie. Dowiemy się później.


Miłej zabawy!

#naopowiesci i #zafirewallem

a6170b87-49e2-476a-9afd-6916b798f123

O, gratuluję zwycięstwa. Się zdziwiłem, że to już piątek.


EDIT: Jeszcze bardziej się zdziwiłem, że to już niedziela.


A temat piękny, aż mi panem Stasiukiem zaleciało. Zobaczymy czy i ewentualnie co się napisze.

Zaloguj się aby komentować

Dzisiaj się kończy XV edycja naszej zabawy #naopowiesci


Mimo pracochłonnego okresu świątecznego, gdzie z mozołem kawiarenkowicze taszczyli choinki podpierdolone z okolicznych nadleśnictw, kłusowali na stawach, marnowali gaz i czas na zakalce, niektórym osobom udało się znaleźć chwilkę żeby coś napisać.


Tematem przewodnim był Pogrzeb a gatunkiem Dramat. Powstały dwa utwory:


Pogrzeb autorstwa @KatieWee

Zaświaty autorstwa @moderacja_sie_nie_myje


Zasady zwycięstwa były proste - im więcej piorunków tym lepiej. Mam więc przyjemność ogłosić wszem i wobec że tę edycję zwyciężyła koleżanka @KatieWee ze swoim świetnym dramatem, serdecznie gratuluję, każdy piorunek był zasłużony


Dlatego też z przyjemnością przekazuję prawo i obowiązek zorganizowania kolejnej edycji naszej zabawy w Twoje rączki


#naopowiesci

#zafirewallem

#podsumowanienaopowieści

@moderacja_sie_nie_myje przepraszam, zaczęłam i nie skończyłam pisać

Ale tytuł wymyśliłam zacny, bo Rozdroże na Kruków

Zaloguj się aby komentować

Dobry wieczór, piątek już, można przysiąść i coś napisać


Miałem skończyć z pisaniem ale nie mam serca zostawić takiej pustki.


Koleżanka @KatieWee pokazała nam wszystkim jak wygląda dramat bo osobiście to nie miałem pojęcia jak ale człowiek się całe życie uczy. Więc postanowiłem napisać dramat, zgodnie z wytycznymi tej XV edycji #naopowiesci które zresztą sam wymyśliłem.


Żeby nie przedłużać, zapraszam do czytanki.


***


Zaświaty


Występują:


Nieznajomy

Anubis

Święty Piotr

Głos

Lucyfer


Wśród mroku i Rzeki Martwych chlupotu powoli płynie bogato zdobiona łódz z dwiema osobami na pokładzie


Nieznajomy:

Co jest?! Gdzie ja jestem? Co to za łódka?


Anubis:

Milcz śmiertelniku,

grzechów podobno masz bez liku,

Pod Sąd Ozyrysa pójdziesz!


Nieznajomy:

Ja rzymski katolik,

sram na wasz pogański pierdolnik!


Nieznajomy wyskakuje z łodzi i wraca z powrotem wpław na brzeg.


Rozlega się Głos:

Ten do mnie należy,

ściągnięty z Zachodu rubieży!


Błysk, jasność i Nieznajomy czuje jak się wznosi ponad chmury i jeszcze wyżej, wyżej...

Mruży oślepione oczy i znajduje się pod bramą z Klucznikiem. Ten zastępuje mu drogę


Święty Piotr:

Nie tak prędko grzeszniku

Na koniec kolejki, marny nędzniku!


To mówiąc wskazuje na nieprzebane tłumy, kłębiące się


Nieznajomy:

Zamknij mordę Żydzie!

Zaraz we wiecznym będziesz żyć wstydzie,

tak ci z plaskacza przy wszystkich odwinę

nietęgą parchu będziesz mieć minę!


Głos:

Kowalsky, ja wiem, że to ty!


A Kowalsky przygląda się z odrazą czemuś za bramą.

Z oddali dobiega klaskanie i śpiew gospel


Szeryf Kowalsky:

mocno wzburzony

Co to ma być?

Smoluchom pozwalacie tu żyć?


Święty Piotr:

Kto godzien, ten za bramą,

Ta tylko dla grzeszników tamą


Szeryf Kowalsky:

Bluźnisz brudny Żydzie,

Jezusa i rasę zdradziłeś,

Śmierć po ciebie już idzie


Pojawia się Lucyfer. Zniża głos i pochyla się ku Kowalskyemu


Lucyfer:

Sznurek ma taki magiczny u pasa

Gdyby o szyję pod pejsem owinąć?

Bóg nie zobaczy, hołoty tu masa


Po chwili siny żyd leży pod bramą


Szeryf Kowalsky:

Ha! Masz parchu za swoje!

Ja teraz Raju otwierać będę podwoje.

Ale najpierw porządki pewne wprowadzę

Wypierdalać smoluchy, dobrze wam radzę!


Głos:

Kowalsky, ja wiem, że to ty!


Lucyfer:

Nic bez Planu stać się nie może,

Kto zaplanował, odpowiedz mi Boże! 


Szeryf Kowalsky:

Jak mnie tu nie chcą, żegnam czym prędzej,

Wietrzno tu, zimno, czarnuchów więcej...

Do piekła udam się chętniej


Lucyfer:

U mnie też strasznie od nich już tłoczno,

włażą bezczelnie, przez każde okno


Głos:

Który bez grzechu, ten stoi przy mnie,

Kto zaś potępion, ten na piekła dnie!


Lucyfer:

Wara od piekła, to moje królestwo!


Szeryf Kowalsky:

Jest na to dobre rozwiązanie,

Powiem od razu - wcale nie tanie!

Zanim który na dobre zacznie grzeszyć,

Prędką się śmiercią jego nacieszyć.


Lucyfer:

Kto się podejmie takiego zadania?

Dość tego bydła mam doglądania.

Co chwila swary, bójki i świństwa

Dosć czarnego mam barbarzyństwa!


Kowalsky szeroko się uśmiechna


Głos:

Kowalsky, opamiętaj się!


Lucyfer:

Cóż to Ojczulku, dzieci swych nie chcesz?

Tak ich duszyczki czyściutkie chłepcesz!


Szeryf Kowalsky:

A więc już wszystko postanowione,

pewne dziewczę wezmę za żonę

Ktoś tam ostatnio wziął ją na stronę,

i tak uczynił z niej Białych Matronę


Głos:

Kowalsky, ja wiem, że to ty!


Lucyfer:

Smoluchów wysyłaj od teraz do nieba,

na dole ich więcej już nie potrzeba


Szeryf Kowalsky:

Mówiłem już, rzecz to nietania,

nie starczy nad trupem zmówiona litania.

Cena moja - nieśmiertelność,

Prosić nie będę, ja żądać mam czelność!


Głos:

Kowalsky, opamiętaj się!


Lucyfer:

Zgoda, zgoda, po trzykroć zgoda,

powiększy się tu czarna trzoda.

Lecz mam warunek jeden

umrzesz za lat dwadzieścia i siedem


Kowalsky:

Pożyjemy, zobaczymy

Czas już na mnie, sk⁎⁎⁎⁎syny!


Rozległ się grzmot i całą scenę przykrył ciemny obłok


Na starym cmentarzu stał przekrzywiony nagrobek. Z ledwo widocznych już liter można było jeszcze przeczytać S.e.yf A.drew Kow.lsky 1.3. - 188. Pochylała się nad nim młoda dziewczyna. Ukradkiem wycierała łzy zawzięcie ryjąc nożem w kamieniu. Po dłuższej chwili powstała i odczytała na głos: Szeryf Walther Kowalsky 1860-1895.

- Pogrzebu nie miałeś ale zawsze będziemy o Tobie pamiętać - powiedziała do siebie

- Psst... Caroline... - odezwał się cicho ktoś zza jej pleców


Odwróciła się szybko. Przed nią stał we własnej osobie Szeryf Kowalsky.


I Caroline zemdlała.


***


#naopowiesci

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci #zafirewallem


Pogrzeb


Występują:


Niepoliczalny Chór

Martwy Król

Duch Króla 

Królewicz

Królowa

Córki Króla: Leokadia, Oktawia i Euzebia

Biskup

Grabarze

Fundator Kaplicy


Na ciemnej scenie stoi katafalk. Na katafalku leży Martwy Król, na którego skierowany jest słup światła. W tyle sceny stoi Niepoliczalny Chór w liczbie co najmniej trzech osób płci dowolnej.


Niepoliczalny Chór: 

śpiewa

O Losie okrutny,

króla nam zabrałeś!

Każdy z nas smutny,

o biednych poddanych nie pomyślałeś!

Król do grobu śpieszy,

któż nas tu pocieszy?


Chórzysta 1:

Ale dlaczego my jesteśmy smutni?

Król uciskał nas podatkami, dziewki porywał do swej łożnicy…


Reszta Niepoliczalnego Chóru:

Zamknij się!


Na scenę wkracza wysoki młody Królewicz, odziany w jedwabie, z mieczem u boku. 


Królewicz:

z emfazą:

O, ojcze mój, czemuś, ach czemuś mnie opuścił! 


Patrzy na chór, czy ten na pewno dobrze słyszał. Chór przytakuje.


Za młody jestem, żeby obejmować twoje stanowisko, nie mam twojej mądrości, ni bojowych słoni, bo wszystkie na wieść o twojej śmierci wyzdychały. Cóż mi czynić, powiedz ojcze!


Królewicz wpatruje się w martwe ciało ojca, tymczasem z góry słychać niesłyszalny głos Ducha Króla:


Duch Króla:

Sznurowadła zawiąż, bo zaraz się wykopyrtniesz! Tobie kury szczać prowadzać, a nie państwem, na mojej krwawicy wybudowanym, rządzić!


Ponieważ głos Ducha Króla jest niesłyszalny, Królewicz westchnąwszy wychodzi. Na scenę wkracza Królowa szeleszcząc obfitymi sukniami i błyszcząc włosami.


Niepoliczalny Chór:

śpiewa:

O królowo nasza, bogini nasza,

na cześć twoją pękła niejedna flasza!

Miej nas w swej pamięci, 

niech ci się nic nie pokręci!


Królowa:

z rozpaczą

Wielkieś mi uczynił pustki w zamku moim,

Mój drogi mężu, tym zniknieniem swoim!


Patrzy na chór, czy na pewno dobrze słyszał. Chór przytakuje. 


O, mężu mój, cóż ja mam czynić? Czy oddać władzę synowi, wydać którąś z córek za jakiegoś rozsądnego księcia i posadzić na tronie w koronie? A może samej zarządzać królestwem? O mężu mój, cóż ja mam czynić!


Wpatruje się w martwe ciało męża machając rzęsami, tymczasem z góry słychać niesłyszalny głos Ducha Króla:


Duch Króla:

Królowo! puchu marny! ty wietrzna istoto!

Postaci twojej zazdroszczą anieli,

A duszę gorszą masz, gorszą niżeli! 

Niżeli ten karaluch, podczaszy, co się do ciebie przystawia! 


Ponieważ głos Ducha Króla jest niesłyszalny, Królowa westchnąwszy wychodzi. 


Chórzysta 1: 

A słyszeliście, że Królowa powiedziała, że podczaszy czyha tylko na jej złoto i wzięła sobie ogrodnika do towarzystwa?


Duch Króla:

Nie wiedziałem, ciekawe.


Reszta Niepoliczalnego Chóru:

Zamknij się!


Wchodzą trzy piękne Córki Króla: Leokadia, Oktawia i Euzebia. 


Niepoliczalny Chór:

O, piękne i dobre córy Króla,

niech wasze miłosierdzie nasze serce otula!

Przepiękne są wasze oblicza

Waszych zalet nie policzę!


Leokadia:

Och, tatusiu!


Patrzy na chór, czy na pewno dobrze słyszał. Chór przytakuje.


Oktawia: 

Och, tatusiu!


Patrzy na chór, czy na pewno dobrze słyszał. Chór przytakuje.


Euzebia:

Serio? Jeszcze wczoraj mówiłyście, że to byłoby super gdyby umarł, a teraz umarł, a wy tu "tatusiu" płaczecie?


Leokadia i Oktawia:

syczą:

Zamknij się! Ludzie patrzą!


Euzebia:

Jacy ludzie, to tylko służba przebrana za Niepoliczalny Chór. O, Wojtuś, dobrze że cię widzę, jak skończysz tutaj, sprawdź co się dzieje z moim kominkiem, bo coś nie ciągnie.


Chórzysta 2:

Dobrze, jaśnie panienko!


Leokadia:

A u mnie w komnacie z kolei coś chyba ciągnie. Sprawdzisz?


Duch Króla:

Wolałbym nie wiedzieć co.


Chórzysta 2:

Dobrze, jaśnie panienko!


Oktawia:

Co zakładacie na pogrzeb? Bo ja chyba tę czarną ze stójką i flanelową halkę, bo zimno ma być.


Leokadia: 

No ja też flanelową, wietrznie ma być i śnieg ma padać. Co myślicie o mojej nowej mantylce?


Euzebia: 

Że wyglądasz w niej jakbyś czekała na okazję pod latarnią, hehe.


Leokadia rzuca się na Euzebię z pazurami, Niepoliczalny Chór ze znudzonymi minami podchodzi, aby je rozdzielić. Wyprowadzają Leokadię i Euzebię, Oktawia wychodzi płacząc ze śmiechu. Chór wraca na miejsce i śpiewa:


Niepoliczalny Chór:

O Królu nasz Królu,

zostawiasz nas w bólu.

Wielki ból nasz,

z ócz leci płacz.


Chórzysta 1:

Przepraszam, ale kto układał te rymy? Bo brzmią jakby był pijany.


Chórzysta 2:

Ja.


Chórzysta 1:

A to już rozumiem.


Chórzysta 2:

Oj, bo mi się rączka omsknie!


Chórzysta 1:

I włożysz ją Wikcie od krów pod spódnicę? Lokaj z dójką, mezalians na poziomie, hehe.


Chórzysta 1 dostaje w twarz. Wpada na katafalk, martwe ciało Króla spada na podłogę i toczy się za kulisy. Niepoliczalny Chór zastyga na chwilę. 


Chórzysta 3:

I co teraz? Teraz miała być moja kwestia. Też mam prawo wypowiadać się na scenie. A jakby tu był jakiś znany reżyser i mógł mnie odkryć?!


Reszta Niepoliczalnego Chóru: 

Zamknij się!


Wchodzi Biskup. Fiolet jego szat aż bije po oczach. Liczy:


Biskup:

Dwa tysiące pięćset, sześćset, siedemset…


Niepoliczalny Chór:

O wielki nasz biskupie,

co masz wszystkich ludzi w grupie

modlitewnej swojej,

pragniemy dobroci twojej!


Biskup:

Prawie trzy tysiące dusz zbawionych, pięknie!

A ty Królu, jak tam twoja dusza w niebie?


Duch Króla:

Jakim niebie! Rozgrzeszenia mi nie dałeś, klecho, przed śmiercią, bo ci nie chciałem przekazać królestwa! 


Biskup:

rozgląda się ze zdziwieniem

A co to? Gdzie król?


Niepoliczalny Chór:

Gdzie Król?!

Gdzie Król?!

Gdzie Króóól?!


Duch Króla:

Zbezcześcili me martwe ciało, sługi niedomyte!


Biskup:

Król wniebowzięty, królować nam będzie z nieba!

Wola nieba! Wola nieba!

Z nią się zawsze zgadzać trzeba!


Rzuca się na kolana przy pustym katafalku. Brzuch mu przeszkadza, więc go dyskretnie poprawia.


Chórzysta 3:

do Reszty Niepoliczalnego Chóru:

Tego nie było w scenariuszu, co teraz?


Niepoliczalny Chór naradza się szeptem.


Niepoliczalny Chór:

na melodię ludową, każdy swoją:

Król w niebie, 

Król w niebie,

Król w niebie

Bóg go zabrał do siebie


Na scenę w korowodzie wkraczają Córki Króla, Królowa i Królewicz. Dostojne ich kroki zakłóca czkawka Euzebii.


Królowa:

Cicho bądź! 


Euzebia:

Co ja poradzę, że w kaplicy zimno jak w psiarni! Stopy mi zmarzły! Jak mi zimno w stopy, to mam czkawkę!


Członkowie rodziny królewskiej dołączają do pieśni Niepoliczalnego Chóru.

Na scenę wkraczają Grabarze z łopatami w rękach i radosną miną, bo żaden grabarz nie pracuje na trzeźwo, szczególnie podczas królewskiego pogrzebu. Melodia wznosi się i opada, chór miesza się w tańcu z rodziną królewską. Duch Króla wznosi ordynarne okrzyki. 


Fundator Kaplicy patrzy z miłością na swoich potomków z fresku namalowanego w którymś kącie, nie wiadomo dokładnie którym.


Kurtyna opada pozostawiając widzów z milionem pytań bez odpowiedzi.

9cb6423b-0889-497d-b969-87d8374c55c5

@KatieWee Super dramat, bardzo się cieszę, że to Ty przetarłaś szlak, teraz innym będzie łatwiej. Niby dramat ale dużo elementów humorystycznych, Ty to potrafisz bawić słowem pisanym

@moderacja_sie_nie_myje to było zadziwiająco łatwe i w dodatku świetnie się bawiłam, więc polecam, dramat nie taki znowu dramatycznie trudny jest

Zaloguj się aby komentować

Mam przyjemność otworzyć XV edycję #naopowiesci


O co chodzi? Jak ktoś nie wie to jest tak:


  • piszemy opowiadanko na zadany poniżej temat

  • jak piszemy nie na temat to nic nie szkodzi, chodzi tu tylko o dobrą zabawę

  • od dnia dzisiejszego mamy czas do niedzieli 29 grudnia (tak do wieczora)


Temat: Pogrzeb

Gatunek: Dramat

Liczba słów: 800-2000

Kryteria oceny: im więcej piorunków tym lepiej, piorunki się sumują więc można napisać nawet 8 opowiadań jak ktoś się czuje na siłach.


Zapraszam do wspólnej zabawy


#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Wracam do Was z podsumowaniem #naopowiesci #podsumowanienaopowieści

Wspaniałe to były odpowiadania, pomimo przedświąteczno-mikołajkowego nawału spraw, udało Wam się wciągnąć czytelników w świat baśni, historii czy prawdziwej akcji!

Edycja XIV zebrała dokładnie 3 wytrwałych uczestników:


@moderacja_sie_nie_myje – niezrównany Kowalsky i ciekawa zapowiedź na koniec

@George_Stark – fantastyczna forma, pomysł i przetworzenie znanych postaci, czapki z głów 

@moll – ogromny talent w kreowaniu świata baśni, przepadłam czytając Twoje opowiadanie


Wybór zwycięzcy był trudny bo uważałam (i nadal uważam), że wszystkie opowiadania zasługiwały na wyróżnienie.

Sprawę rozstrzygnęła moja przewrotna natura, po słowach:


PS. W tej zabawie #naopowiesci już wyczerpałem temat więc to był raczej mój ostatni wpis


oraz w pewnym sensie zakończeniu cyklu Kowalskiego decyzja nie mogła być inna! Tak łatwo się od nas nie uwolnisz!


Ogłaszam wszem wobec i każdemu z osobna – zwycięzcą XIV edycji #naopowiesci zostaje @moderacja_sie_nie_myje


GRATULACJE!

9a4c823a-d6d0-438f-93ed-01b8cc281341
ciszej userbar

@ciszej No nieeeee, nie zdążyłem napisać Już miałem naskrobane pół, ale jakoś nie mogłem się zabrać do dokończenia xd


Gratulacje @moderacja_sie_nie_myje!

Zaloguj się aby komentować

Zgodnie z zamówieniem - dziennik - do poczytania w bieżącej edycji #naopowiesci


Magia z włosa


Na dwoje babka wróżyła,

włos za oba końce równo wydłużyła. 

Na troje babka wróżyła,

rozstaje dróg z włosa uczyniła.

Nie dziel na czworo włosa,

Los spojrzy na wróżbę z ukosa.


Przywołanie z włosa, za Omniwłosięca, Babka Pili


Wydarzenia poniżej opisane zdarzyły się naprawdę. Wszystko, co spisałam, wydarzyło się poza przestrzenią, poza czasem, w Babim Kruku - wiosce wiecznego dnia, ostatniej ostoi włosianych wiedźm.

Dziennik ten pozostawiam dla świadectwa i potomości.

Rita Rubecula


***

Babi Kruk sam przywoływał adeptki. Podróż trwała tyle, co mgnienie oka i kończyła się spotkaniem z Mateczką - najwyższą wiedźmą sabatu. Skąd przybywała adeptka? Na jak długo? Nie było ważne, dla tej historii również nie ma - po wszystkim wracałyśmy tam, skąd przybyłyśmy, najczęściej, choć włosiana magia potrafiła wskazać nowe powołanie. Wybrane zostawały na zawsze w osadzie…

Mateczka nie była kruchą staruszką. Postawna, wysoka brunetka mogłaby zostać marszałkiem i dowodzić armiami. Bijąca od niej władcza, surowa postawa, czyniła ją bliższą posągowi starożytnej heroiny niż dobrotliwej wiedźmy-matki.

Gdy już się odezwała, przemawiała cichym i spokojnym głosem, w którym kryły się ciepłe nuty, tak różne od otaczającej ją oschłej aury. Nie zadawała pytań, patrzyła, oceniała, czytała swoim przeszywającym wzrokiem, po czym wydała dyspozycje. Była królową wiedźmiego roju. Wszystkie - starsze i młodsze wykonywały dyskretnie wydawane polecenia, wsłuchiwały się w szmer jej nauk.


***

Naukę rozpoczęłam kolejnego “dnia”. Ciężko mówić o dniach w miejscu, w którym nie istnieje noc. Jak mawiała Babunia Setae:


Czego nauczysz się w świetle dnia, wykorzystasz i nocą. Co posiądziesz w świetle Księżyca, nigdy nie ujrzy promieni słonecznych.


Dlatego uczyłyśmy się, pilnie. Całe dnie. Całe podobne do siebie dnie, gdzie moment spoczynku wyznaczały ulatujące z nas siły. Zmęczenie pozwalało nam zasnąć, mimo otaczającego blasku Słońca. W Babim Kruku nigdy nie zasłaniano okien, nie było piwnic ani ciemnych komórek. Każde pomieszczenie musiało mieć okno, okienko lub chociaż świetlik, przez który mogłaby się wedrzeć najmniejsza wiązka światła.


A czego się uczyłyśmy?? Natury włosa. Jego mocy. Jego potencjału, zwodniczego piękna, tkania z niego iluzji…

Nie uczyłyśmy się z ksiąg, nie mieszałyśmy w kociołkach. Użyczałyśmy sobie nawzajem pojedynczych włosów, obcinałyśmy kosmyki, wiłyśmy skomplikowane ufryzowania, wplatając w nie błogosławieństwa i klątwy.

A włosy niemal natychmiast odrastały (i całe szczęście, bo w tym tempie wszystkie szybko byłybyśmy łyse).


Nie było klas, ani poziomów wtajemniczeń. Babki uczyły, Kruki słuchały, ćwiczyły. Kiedy nie ćwiczyły, wraz z częścią Babek zajmowały się prowadzeniem osady - gotowanie, ogród, porządki. Osada była samowystarczalna. A w niej wszystkie byłyśmy Siostrami. A nad nami była Mateczka.


***

Lubiłam zajęcia z wróżbiarstwa. Były ciekawsze niż amulety czy klątwy. Potencjał przyszłości w nich tkwiący był wyjątkowo “magiczny”.


Los to coś, co może się spełnić, co może się odwrócić lub jeśli nawet się zdarzy - stracić pierwotny sens. Drzewo możliwości jest nieograniczone, ograniczony w danej chwili jest tylko nasz wybór. Niby kowale własnego losu, a zależni od innych, przypadków, czy zbiegów okoliczności - właśnie tym jest przestroga przed pechowym czarnym kotem.


Muśnięcie perspektywy jest piękne i kruche.


I wymagające.


Teoretycznie najprostsza inkantacja, czyniona na jednym włosie, a tyle w niej drzemie!


Pytanie musi być otwarte, ale w miarę precyzyjne. Wróżba nie może sięgać zbyt do przodu i zbytnio na boki. Z każdym rozwarstwieniem włosa rośnie ryzyko zatracenia się w osnowie czasu, pozostania włosem wplątanym w misterną tkaninę, psując jej harmonię.


***

Zakończenie nauki było jedną wielką niewiadomą. Niektóre Kruki “wyfruwały” po kilku dniach, inne opanowywały sztuki włosiane przez miesiące, inne straciły rachubę czasu, nie licząc już na powrót. Kładąc się spać, nigdy nie miałyśmy pewności, ile z nas powita kolejny dzień w wiosce. I czy ktoś nowy przybędzie. A nowe adeptki przybywały coraz rzadziej, przynajmniej według Babki Eumelianny, która odnotowywała każdą z nas, wydrapując nasze imiona swoim drobnym pismem, w swoim rejestrze - folio, spoczywającym na solidnym pulpicie. Ona jedyna w całym Babim Kruku posiadała jakąkolwiek rachubę czasu.


Moje nastąpiło… po jakimś czasie. Położyłam się z poczuciem, że mój trud już się kończy.


Obudziłam się we własnym łóżku. Kartka w kalendarzu zmieniła się z ziemskiego wczoraj na ziemskie dzisiaj. Za oknem było jeszcze szaro, gdy wstałam i wyjrzałam na zewnątrz.


-----


liczba słów: 658


-----


#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Zaskakujące bywa to pisanie opowiadań w konkursie #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem ! Ja pisałem zupełnie o czymś innym i miało być to dzieło poważne i ambitne. I kilka prób napisania tego dzieła podjąłem, w zasadzie to drugi tydzień nad nim siedzę i za cholerę ono po napisaniu nie chce być takie, jakie jest w mojej głowie. I dziś właśnie w związku z tym pisaniem odwiedziła mnie moja stara przyjaciółka, przyjaciółka imieniem frustracja, a przyprowadziła też inną dobrą znajomą o imieniu niechęć i, przynajmniej na dziś, tamten koncept porzuciłem. Wziąłem się więc w tej sytuacji, w ramach relaksu i zabawy, tak myślałem bo wcale nie miałem zamiaru tego opowiadania nie tylko publikować, ale nawet nie miałem zamiaru go kończyć, wziąłem się za kolejny z pomysłów, jaki przyszedł mi do głowy zaraz po tym, kiedy tylko przeczytałem temat tej edycji. I siadłem do niego i zacząłem pisać, zupełnie bez żadnego konceptu i planu. No i napisałem, w co sam do końca nie wierzę.


Zanim samo opowiadanie, to tylko jeszcze w kwestii formalnej. Temat tej edycji to Wioska wiecznego dnia, ale, zważywszy na to, że w XV wieku Toruń był znacznie mniejszy niż jest obecnie, myślę, że, patrząc z dzisiejszej perspektywy, można go będzie za wioskę uznać. A jeśli nie będzie można, to proszę mnie za to zdyskwalifikować. Sprzeciwu wnosił nie będę.


Za to w limicie słów się zmieściłem, bowiem słów tych w poniższym opowiadaniu użyłem dokładnie 1814 (wg OpenOffice Writer). I to licząc razem z tytułem!


I wreszcie: koniec pieprzenia, zapraszam do czytania!


***


Rękopis znaleziony w Toruniu


11 maja 1473 roku, licząc według kalendarza ludzkiego


No pieprzony Kopernik, szlag by go trafił! Musiał on to pieprzone słońce wstrzymywać?! Musiał?! A jak już nawet koniecznie je wstrzymywać musiał, to nie mógł on tego gdzie indziej zrobić, tylko nad Toruniem musiał je akurat wstrzymać?


Źle nam tutaj było? Źle nam się tutaj żyło, posługując się już tą ludzką terminologią, bo z kim przestajesz, takim się stajesz w końcu, a nas jest już tutaj coraz mniej przecież i, chcąc nie chcąc, podsłuchuje się tych ludzi, jak już pogadać nie ma z kim, a jak już się tych ludzi podsłuchuje, to, chcąc nie chcąc, przesiąka się tą ich terminologią, tym ich językiem ludzkim, paskudnym, ubogim się przesiąka, przejmuje się te ich dziwne nawyki językowe, sprzeczne nieraz z istotą rzeczy, z logiką nieraz sprzeczne. A nas jest coraz mniej przecież i odseparowani od siebie jesteśmy i coraz mniej jest też już w związku z tym się do kogo odezwać. Nie dalej jak wczoraj przecież… Wczoraj! Wczoraj! Czymże jest wczoraj, kiedy nocy nie ma?! Czym jest wczoraj, kiedy nic jednego dnia od drugiego nie oddziela, kiedy nocy nie ma już przecież wcale? Czym jest teraz wczoraj? Czym jest wczoraj, na Boga! Tfu! Na Boga, na Boga! Już za dużo tych ludzkich obyczajów przejąłem, za dużo tych ich powiedzonek sobie przyswoiłem. Już bluźnić z tego wszystkiego zacząłem, aż język mnie od tego bluźnienia piecze! Aż na języku gorąco mi się robi. A schłodzić go, a ugasić tego pragnienia, co się z tego gorąca na języku bierze, nie ma czym. Nie ma jak tego pragnienia ugasić.


No ale niech już będzie po ludzku, niech już będzie, że wczoraj, bo ludzie jakoś przecież te dni dalej odmierzają, jakoś rozróżniają jeden od drugiego, jakoś sobie z tym ich rozróżnianiem radzą. Jakoś rozwiązali ten problem, tak jak i rozwiązali do tej pory wszystkie inne problemy, które to samym sobie udało im się wcześniej stworzyć. A skąd to wiem? Skąd wiem, że dalej te dni odmierzają? A podsłuchałem! Tak, podsłuchałem! Tak jak i wszystko inne, to co wiem o świecie od momentu kiedy ten pieprzony Kopernik, szlag by go trafił, wstrzymał to pieprzone słońce, też podsłuchałem stojąc przy zabitym oknie tej mojej piwniczki z winem, do której schowaliśmy się szybko z moim kuzynem Leestatem w nadziei, że jakoś uda nam się przetrwać te ciężkie czasy, które na nas nadeszły. I mówią ci ludzie o wtorku, o środzie mówią i nawet godziny wyznaczają, zegarami wodnymi, zdaje mi się, je wyznaczają, przynajmniej tak wywnioskowałem z tego, co udało mi się z tych ich rozmów podsłuchać.


Więc niech już będzie po ludzku, niech już będzie, że wczoraj. Więc wczoraj kuzyn mój, Leestaat, tak już z tego pragnienia wytrzymać nie mógł, tak już go suszyło, że wyszedł z tej swojej trumny, cośmy je sobie tutaj z klepek od beczek z winem rozbitych naprędce i prowizorycznie wykonali, i ręce mu się trzęsły, i o białych nietoperzach coś tam bełkotliwie majaczyć zaczął, i powiedział, że on już dłużej nie da rady, i że niech się dzieje co chce, ale on idzie w miasto, bo musi się napić, bo on już dłużej wytrzyma. Bo inaczej to on zaraz z tego głodu, z tego pragnienia, zwariuje. I poszedł w to miasto, choć go przecież próbowałem przekonywać, ale głuchy był na moje argumenty, i poszedł w to miasto, choć go przecież próbowałem przed tym powstrzymywać, ale nie dałem rady, bo młodszy ode mnie był i z racji tego silniejszy, i kły tylko na mnie wyszczerzył, a ja się wtedy zlękłem i się wycofałem. Do trumny swojej się wycofałem. Takie to ciężkie czasy na nas nadeszły, że kuzyn na kuzyna kły swoje wyszczerza!


I poszedł Leestaat na to miasto, bo powstrzymać go przed tym pójściem na miasto nie dałem rady, i nie chciał mnie wcale słuchać, że przecież kiedyś w końcu ktoś do tej piwniczki, w której złożono zeszłoroczne wino, po to wino przyjść musi, i jakoś do tego czasu wytrzymamy, a kiedy już przyjdzie, to się wówczas podzielimy po równo, sprawiedliwie się podzielimy i na pół tego kogoś wtedy sobie wyssiemy. Ale nie chciał mi Leestaat w to uwierzyć, bo to piwniczka na wino długodojrzewające, pięćdziesiąt lat co najmniej, a złożono je dopiero w zeszłym roku i przez najbliższe czterdzieści dziewięć lat nikt tutaj zaglądać nie będzie, taką żeśmy to kiedyś rozmowę razem z Leestaatem podsłuchali. Więc miał Leestaat rację, że mnie nie posłuchał, bo ja nie miałem racji, bo ja myliłem się, bo myślałem, że te czterdzieści dziewięć lat jakoś uda nam się tutaj wytrzymać, ale teraz już wiem, że tych czterdziestu dziewięciu lat nie uda mi się tutaj wytrzymać. W letargu nawet tych czterdziestu dziewięciu lat nie uda mi się tutaj wytrzymać.


Piszę, że nie uda mi się wytrzymać, a nie, że nie uda nam się wytrzymać, bo Leesteaatowi na pewno już nie uda się wytrzymać, bo Leestaat poszedł przecież wczoraj na miasto, bo Leestaat wyszedł z zamkowych piwnic, mury zamkowe opuścił i na światło słoneczne wyszedł i na tym świetle słonecznym to tam Leestaat wziął i spłonął. I nie ma już Leestaata, więc jemu, zgodnie z logiką, nie uda się wytrzymać, bo on już wcale nie musi nic wytrzymywać, a nawet więcej: on już wcale nie może nic wytrzymywać. A i mnie pewnie też nie uda się wytrzymać, choć zupełnie z innych powodów jednak.


A skąd o tym wiem, że Leestaat spłonął? A podsłuchałem! Tak jak i wszystko inne, to co wiem o świecie od momentu kiedy ten pieprzony Kopernik, szlag by go trafił, wstrzymał to pieprzone słońce, też podsłuchałem, choć żeby podsłuchać co się z Leesterem stało, to wcale nie musiałem nawet przy oknie stawać.

– Gorze! Gorze! Pali się! – krzyczeli ludzie na ulicy, a z tego co później mówili, a ciszej już mówili, więc wtedy musiałem już przy oknie stanąć żeby ich usłyszeć, to wywnioskowałem, że od Leestera strzecha chaty jakiejś się zajęła, a później od tej strzechy następna, i tak kilka kolejnych chat spłonęło zanim ludziom ten pożar ugasić się udało, mniejsza zresztą o to, to nieważne, ważne jest za to to, że Leestaata już nie ma wśród żywych. Tfu! Wśród nieumarłych już go nie ma! Choć, kierując się logiką, to Leestaata również i wśród żywych już nie ma, bo Leestaata nie ma już w ogóle.


No pieprzony Kopernik, szlag by go trafił! Taki niby uczony, mędrzec taki wielki, polihistor taki, a nic o środowisku naturalnym nie pomyślał, zmian w ekosystemie nie przewidział wcale! I nie chodzi już mi nawet tutaj o istoty nadprzyrodzone, już nawet nie o nas, o szlachetne wampiry, mi tutaj chodzi, nawet nie chodzi mi też o te upośledzone utopce z niedalekiego Grudziądza, co to wrony o nich kraczą, też podsłuchałem, że podobno na tym słońcu wysychają, już nawet nie o te fachowcamipółnocnice chodzi, co to słyszę je czasami jak wyją gdzieś na polach, pochowane w tych swoich kryjówkach, cienkimi głosami wyją i powtarzają to swoje zmoraś Mario, i ich głos przenikliwy aż tutaj, do tej mojej zamkowej piwniczki się niesie. Nawet nie o nas w tym wszystkim chodzi! Ale zwierzęta? Zwykłe nocne zwierzęta?! A o zwierzętach nocnych to ten Kopernik pieprzony, polihistor wielki, że szlag by go trafił, pomyślał może?! Nie pomyślał! Nie pomyślał on, uczony wielki, mędrzec pieprzony, żeby szlag go trafił, o zwierzętach nocnych nie pomyślał on wcale! I nie ma już wycia wilków do księżyca, bo i księżyca na niebie też już nie ma, i wilki do niego nie wyją, bo nie mają już do czego wyć, i zeszły te wilki na psy, między ludzi poszły i siedzą teraz na łańcuchach przy budach uwiązane i wyją, z głodu teraz wyją, kiedy ich ludzie nie karmią, z głodu te wilki wyją, bo taka już jest wilcza natura, że wilk wyć musi, więc te wilki wyją, choć i ta ich natura również uległa wypaczeniu, bo między ludzi je pociągnęła, a nie do lasu, tak jak je, zgodnie z porządkiem rzeczy, pociągnąć powinna była!


A nietoperze?! Jest ich tutaj kilka w tej mojej piwniczce, jest kilka, a było ich więcej, więcej ich było wcześniej i latały ogłupiałe, bo przecież dzień był tylko, dzień nieustający, a nietoperz to nocne stworzenie. I tą swoja echolokacją się nawoływały w panice, hałas tylko powodując i spać człowiekowi Tfu! Człowiekowi! Pieprzona ludzka semantyka! I tą swoją echolokacją się nawoływały, usnąć mi przez to nie dając, więc nawet jeśli dało by się w letargu spędzić te czterdzieści dziewięć lat, które miałbym tutaj zostać, to i co z tego, skoro w ten letarg nie można było zapaść? A te nietoperze to później, kiedy już skończyły latać, kiedy skończyły się nawoływać, to zawisały przy stropie głową w dół, swoim nietoperzym zwyczajem i minął jakiś czas, kilka dni może minęł – nie wiem, bo wtedy jeszcze nie podsłuchiwałem, bo wtedy jeszcze Leestaat był tutaj ze mną, wtedy jeszcze nie mieliśmy potrzeby podsłuchiwać ludzi, bo wtedy jeszcze nie zdążyliśmy powiedzieć sobie tego wszystkiego, co mieliśmy sobie do powiedzenia i nie zapadło pomiędzy nami milczenie, bo żaden z nas nie miał już drugiemu nic więcej do powiedzenia – i te nietoperze wtedy zaczęły puszczać się tego stropu i padały martwe na posadzkę, bo martwe z głodu były. I padały tak jeden po drugim martwe z głodu, i ja też wtedy głodny byłem, i martwy też byłem, zgodnie z logiką, ale przede wszystkim byłem wtedy głodny, więc, wstyd się przyznać, ale wziąłem takiego nietoperza martwego i go wyssałem, kiedy Leestaat spał i kiedy na mnie nie patrzył. A niedobry był! Niedobry był ten nietoperz! Jak szczur ten nietoperz smakował. Nie to co krew ludzka, a już szczególnie ludzka krew toruńska, korzennymi przyprawami tak przyjemnie się po języku rozlewająca! A napisałem tam wcześniej, że ten nietoperz niedobry był, że szczurem mi ten nietoperz smakował. A skąd to wiem? Skąd wiem jak szczur smakuje? A wiem to, bo szczura też wyssać kiedyś próbowałem.


Pieprzony Kopernik, polihistor wielki, szlag by go trafił! I mnie już nic z tego nie przyjdzie, ale liczę tylko na to, że zemsta go dosięgnie tam, w tym jego Fromborku, do którego podobno się udał, jak podsłuchałem, bo tak ludzie gadają, bo mówią tutaj o nim, bo chwalą go na ulicy tutaj, nie wiadomo tylko za co. Ale nie dosięgnie go zemsta z rąk wampirzych, bo jedno, że nijak wyjść nam na zewnątrz, kiedy nocy nie ma, po kryptach tylko, jak który miał szczęście, albo piwnicach, jeśli, jak ja, tego szczęścia nie miał, kryć się musimy, a drugie, że, nawet jakby już wyjść któremu się z tego jego legowiska udało, to ten Kopernik cały, szlag by go trafił, jest przecież kanonikiem. Krzyż srebrny na piersi nosi i wampiry przez to przystępu do niego żadnego nie mają. Cała nadzieja więc we fromborskich południcach, i w tym, że i one również, tak jak i te nasze, których usłyszałem lament, co też się po polach niesie i aż tutaj, do tej mojej piwnicy dochodzi, że i one również są na tego pieprzonego Kopernika wściekłe, bo i one sobie z brakiem odpoczynku poradzić nie potrafią.

@splash545 A dziękuję, dziękuję, bardzo to miłe jest. Docenienie sposobu narracji to naprawdę duży komplement, bardzo doceniam, kiedy ktoś to docenia.

Zaloguj się aby komentować

Dobry Wieczór Kawiarenkowicze


Nikt nic jeszcze nie napisał w tej XIV edycji #naopowiesci ale na Szeryfa Kowalskyego zawsze można liczyć.


Poprzedni odcinek


Przedstawiam ostatni odcinek epopei Szeryfa w wojnie ze smoluchami, udało mi się ich wysmarować 14, każdy z nich był w jakiś sposób powiązany z tematem edycji więc ten również jest. Zapraszam do czytanki na dobranoc


***


Grande Finale


Kowalsky drzemał w swoim fotelu, jak zwykle zresztą gdyż było grubo po południu, mianowicie dochodziła pierwsza. Caroline nieśmiało wsadziła głowę w uchylone drzwi i szepnęła:

- Szeryfie...

Ten ani drgnął chrapiąc w najlepsze

- Pssst... Szeryfie - spróbowała troszkę głośniej

Skutek ten sam, Walt spał jak zabity. Dziewczyna uśmiechnęła się diabelsko i najciszej jak mogła

- Czarni ludzie... - nie dokończyła gdyż w ułamku sekundy kula świsnęła jej koło głowy i utkwiła we framudze. Kowalsky stał z dymiącym coltem

- Jeszcze raz nazwiesz ich ludzmi to nie chybię, zobaczysz! - szeryf schował colta, ziewając okrutnie i udając zagniewanego.

Dziewczyna zachichotała - Inaczej bym pana nie obudziła.

- Nie wiedziałem że wróciliście już. Jak było?


Caroline z przejęciem zaczęła opowiadać a Kowalsky udawał że słucha. Minęło pół godziny i nic się nie zmieniło, dziewczyna szczebiotała chodząc wokół biurka czasem robiąc pauzy zawieszając głos ale co najdłużej na dwie sekundy i kontyunowała. Aż w końcu nastała dłuższa pauza. Cisza oznajmiła słuchaczowi, że opowieść się skończyła. Spojrzał na zegar, było już po 16. Jak ten czas leci - westchnął.

- Ale najlepsze zostawiłam na koniec - uśmiechnęła się tajemniczo

- No nie daj się prosić, powiedz - przerwócił oczami szeryf


Dziewczyna podeszła do niego i wręczyła mu broszurkę. Kowalsky zmarszczył brwi i przeczytał


Wioska Wiecznego Dnia

Miejsce gdzie każdy czarny i biały jest równy


Przerwał czytanie.

- Przecież oni nie umieją czytać, co za debil to wymyślił?

- Na każdym skrzyżowaniu stoi czarny i krzyczy z pamięci - wytłumaczyła Caroline

- Ciekawe... - zainteresował się szeryf - skąd to masz?

- Ukradłam - odpowiedziała pokazując śnieżnobiałe ząbki w pięknym uśmiechu


Kowalsky z uznaniem pokiwał głową - świetnie się spisałaś, naprawdę.


- Jest jeszcze coś... Zbierają narzędzia, jedzenie, jeżdzą wozami po okolicy i przyjmują co kto da.

- Czyli kradną?

- Wielu im oddaje, kraść nie muszą, dwa pełne wozy widzieliśmy jak wracaliśmy

- To poczekamy aż któryś tu przyjedzie, żałować im nie będę, oj nie - Kowalsky uśmiechnął się od ucha do ucha

- Zorganizujemy zbiórkę? - spytał McPenny

- Tak Teddy, ruszaj d⁎⁎ę i objedz całe miasteczko. Jak ktoś jutro do południa nie przyniesie na rynek czegoś do żarcia albo jakiś narzędzi to go obedrę ze skóry, możesz zacytować. A i niech cieśla Robinson przywiezie 30 dużych skrzyń...

- A jak nie będzie miał?

- To niech zaiwania młotkiem całą noc do samego południa, ma bachory to niech pomagają, k⁎⁎wa jego mać! Skrzynie mają być! - zdenerwował się Kowalsky


Jeździł więc Zastępca od drzwi do drzwi do późnego wieczora.


A szeryf zaczął wtajemniczać Caroline w swój plan. Później się udał do burmistrza wydać mu odpowiednie dyspozycje.


Nazajutrz od samego rana przy rynku zaczęła rosnąć sterta z darami, to konserwy, pudełka z soloną wołowiną, worki z ziarnem, siekiery, łopaty, motyki, piły, gwoździe, po prostu klamoty różnej maści przydatne na budowie i w roli. Zebrało się tego tyle, że załadować można było nie dwa ale trzy wozy. W końcu przed samym południem szeryf stwierdził, że dość się zebrało. I zabrał się za pakowanie wszystkiego do skrzyń. Oczywiście rękami Teddyego. Późnym popołudniem gdy zastępca zabijał ostatnią skrzynię, nadjechał szeryf z Caroline.


- No, to teraz na nich poczekamy, powinni niedługo się zjawić.

- Jadą szeryfie, zobacz!


I istotnie nadjechały dwa duże wozy, każdy ciągnięty przez dwa rosłe konie. Z jednego wozu zsiadł woźnica, chudy murzyn dość elegancko ubrany, drugi z nich wyglądał jak parobek. W słomianym kapeluszu i bez butów.


Elegancik widząc burmistrza podszedł i oznajmił

- Szanowny panie, nazywam się Bill Cuzby i chciałbym parę słów skierować do mieszkańców tego zacnego miasteczka...

- A nie krępujcie się, to wolny kraj - łaskawie odrzekł burmistrz


Zaczął więc swoją tyreliadę o Wiosce Wiecznego Dnia i gdy doszedł do części o zbiórce Burmistrz Hopper mu przerwał.


- Słyszeliśmy o tym i zebraliśmy wszystko co się dało. Jak widzicie za mną, w tych solidnych skrzyniach wszystko już nawet spakowane, żywność i narzędzia. Niczego wam nie zabraknie, sami zobaczcie.


To mówiąc zaczął otwierać kolejno skrzynie i przepastne wory, twarz elegancika aż się wydłużyła z wrażenia.


- Słyszeliście wcześniej o naszej wiosce, prawda? - spytał Jim

- Zgadza się, przygotowaliśmy się zawczasu - potwierdził burmistrz

- Możecie być pewni że Wioska Wiecznego Dnia niedługo będzie na ustach całego kraju - dodał szeryf - tylko nie tak jak chcielibyście - dodał w myślach


- Spakujemy więc i ruszamy bo droga daleka. Pomożecie dobrzy ludzie? - zwrócił się do zebranych gapiów. Ci czekali oczekując apropaty Kowalskyego

- No co tak stoicie, pakować szybko! - ponaglił szeryf - a ja sobię pójdę z Billem do saloonu uciąć pogawędkę, ciekaw jestem tej Wioski Wiecznego Dnia

- A ciebie jak zwą? - zwrócił się do drugiego murzyna Kowalsky

- Abel

- Idziesz z nami, poznacie naszą gościnę. Noc się zbliża, rano wyruszycie.


I w istocie udali się do saloonu. Barman Rod poinstruowany przez szeryfa nie skąpił whisky i siedzący nieopodal Teddy z Caroline obserwowali jak po paru kolejkach głowy murzynów stawały się coraz to cięższe aż obaj jak na komendę usnęli przy stoliku. Szeryf wstał, zupełnie trzeźwy skinął na Caroline i udali się szybko do wyjścia.


- A ja? - zapytał szeryfa Teddy

- Ty ich pilnuj, za cholerę nie daj im wyjść przed ranem, rozumiesz? W razie czego daj im po mordach i tak nie będą pamiętać.


Po chwili rozległ się stukot kół dwóch wozów pospiesznie jadących w stronę wzgórz Rusty Mountains. Kowalskyego i Caroline czekała bardzo pracowita noc.


Nad ranem ledwo żywi murzyni podnieśli głowy ze stolików.


- No no daliście czadu - zwrócił się do nich barman Rod czyszczący szklanki - żeby naszego szeryfa przepić to trzeba się postarać.

- Gdzie on? - zaczęli się rozglądać

- Stara go niedawno zabrała. Ze trzy dni będzie chorować - dodał ze śmiechem

- Musimy jechać, już po ósmej - oprzytomniał elegancik patrząc na zegarek


Wstali więc i udali się czym prędzej do wyjścia. Odetchnęli z ogromną ulgą widząc wozy stojące przy ulicy i konie ze spokojem pijące z koryta. Elegancik Jim dla pewności zerknął jeszcze do wozów, oba wypełnione były skrzyniami i worami aż nie było gdzie szpilki wcisnąć. Wsiedli więc czym prędzej i z wolna ruszyli. A za nimi w niedalekiej odległości Caroline. 


Droga była daleka, dotrzeć mieli dopiero następnego wieczora. Spiesząc się robili krótkie postoje, byle tylko konie mogły odpocząć i zaraz ruszali dalej. Po przebyciu 69 mil ukazała się dolina pośród której stał piętrowy, rozległy budynek, otoczony mniejszymi zabudowaniami, magazynami i niezliczoną ilością ognisk, namiotów i pomniejszych chat. Wszędzie krzątały się jakieś postacie, konie same z siebie przyspieszyły zjazd drogą w dół pośród pól kukurydzy - już byli w domu.


Caroline ze wzgórza lunetą śledziła dwa wozy zbliżające się do centrum osady. Jechały coraz wolniej gdyż przeszkadzał im gromadzący się tłum, do uszu dziewczyny dochodziły ich radosne krzyki i śpiewy. Tłum gęstniał, elegancik na wozie powstał i coś mówił żywo gestykulując. Odpowiedziały mu wiwaty. Wtem z wozu wyskoczył Szeryf Kowalsky z dopalającą się laską dynamitu w ręce. Tłum zamarł. Uszu Caroline doszły bluzgi i obelgi rzucane na prawo i lewo przez Szeryfa.


Po policzkach dziewczyny spłynęły łzy. Wiedziała że nadeszła chwila której z drżącym sercem wyczekiwała od dwóch dni, od ostatniej rozmowy z Kowalskym. 

- Dziękuję Szeryfie - powiedziała i zamknęła oczy


Po chwili potężna eksplozja dwóch, wypełnionych dynamitem wozów wstrząsneła całą doliną. Z Wioski Wiecznego Dnia pozostały tylko dymiące zgliszcza usłane trupami czarnuchów i ich bękartów. Tak właśnie zginął bohaterską śmiercią Szeryf Walther Kowalsky.


***


PS. W tej zabawie #naopowiesci już wyczerpałem temat więc to był raczej mój ostatni wpis


#zafirewallem

@moderacja_sie_nie_myje dobrze się bawiłem czytając o wesołych przygodach szeryfa Kowalskiego. Już od dłuższego czasu jestem ciekawy jakbyś napisał coś innego bo lekko się czyta to co piszesz, mam nadzieję, że jeszcze coś kiedyś napiszesz.

Zaloguj się aby komentować