#naopowiesci

26
267

Statystyki kawiarenki za 2024 rok!!!

Ponieważ zaczęliśmy zabawę zaledwie w listopadzie 2023 więc statystyki obejmą CAŁĄ DZIAŁALNOŚĆ KAWIARENKI


Wspaniały to był i pracowity rok, napisaliśmy wspólnie aż 1415 wpisów oraz 17493 komentarzy!!!


Rozdaliśmy w sumie (21534)piorunów doceniając wpisy naszych koleżanek i kolegów.

Otrzymaliśmy zawrotne (68731) piorunów w naszych komentarzach od osób które doceniły naszą pracę!

Liczba osób która się z nami bawiła to aż: 347!!!


10 najczęściej używanych tagów i liczba wpisów, w których występują:

zafirewallem (1256) wspisów które zebrały (19362) piorunów

tworczoscwlasna (779) wspisów które zebrały (11845) piorunów

nasonety (704) wspisów które zebrały (9697) piorunów

poezja (629) wspisów które zebrały (9163) piorunów

naczteryrymy (366) wspisów które zebrały (6230) piorunów

diriposta (300) wspisów które zebrały (4284) piorunów

naopowiesci (114) wspisów które zebrały (1959) piorunów

diproposta (52) wspisów które zebrały (807) piorunów

podsumowanienasonety (47) wspisów które zebrały (702) piorunów

wiersze (41) wspisów które zebrały (536) piorunów


Najbardziej piorunowane wpisy

TOP 1 96

TOP 2 71

TOP 3 70

TOP 4 57

TOP 5 52

TOP 6 51


Najbardziej komentowane wpisy

TOP 1 154

TOP 2 113

TOP 3 112

TOP 4 111

TOP 5 106

TOP 6 104


Najbardziej piorunowane komentarze

TOP 1 32

TOP 2 23

TOP 3 21

TOP 4 21

TOP 5 21

TOP 6 20


Jeżeli chcesz indywidualne podsumowanie, zapiorunuj mój komentarz niżej.


Dziękuję wszystkim za wspaniały rok i wspaniałą zabawę


#zafirewallem #naczteryrymy #nasonety #naopowiesci #statystyki

entropy_ userbar

@pingWIN Twoja przygoda w kawiarence rozpoczęła się sobota, sierpień 24, 2024 w TYM WPISIE Który społeczność doceniła17piorunami

Od tego dnia należysz do grona najwspanialszych poetów jacy chodzili po tej planecie.

Dzięki Tobie do Kawiarenki trafiło 21 wspaniałych wpisów które zostały docenione zawrotną ilością 289 piorunów!!!

Twoje najbardziej piorunowane wpisy

TOP 1 27

TOP 2 21

TOP 3 17


Najbardziej komentowane wpisy

TOP 1 88

TOP 2 43

TOP 3 39

Wszyscy czujemy się docenieni dzięki Twoim 223 komentarzom które zebrały aż 1046 piorunów!!!

Twoje najbardziej piorunowane komentarze

TOP 1 19

TOP 2 17

TOP 3 17

Za Twój wspaniały wkład w działalność Kawiarenki oficjalnie w imieniu całej społeczności wręczam Ci tą oto licencję poetycką.

Znajdziesz ją w obrazku załączonym do tego komentarza.

ed91e1f4-5ec8-4da8-8a3f-5066966f4e0f

@moderacja_sie_nie_myje Twoja przygoda w kawiarence rozpoczęła się niedziela, grudzień 03, 2023 w TYM WPISIE Który społeczność doceniła0piorunami

Od tego dnia należysz do grona najwspanialszych poetów jacy chodzili po tej planecie.

Dzięki Tobie do Kawiarenki trafiło 58 wspaniałych wpisów które zostały docenione zawrotną ilością 607 piorunów!!!

Twoje najbardziej piorunowane wpisy

TOP 1 30

TOP 2 18

TOP 3 18


Najbardziej komentowane wpisy

TOP 1 28

TOP 2 28

TOP 3 20

Wszyscy czujemy się docenieni dzięki Twoim 310 komentarzom które zebrały aż 974 piorunów!!!

Twoje najbardziej piorunowane komentarze

TOP 1 13

TOP 2 10

TOP 3 9

Za Twój wspaniały wkład w działalność Kawiarenki oficjalnie w imieniu całej społeczności wręczam Ci tą oto licencję poetycką.

Znajdziesz ją w obrazku załączonym do tego komentarza.

025aff08-b4db-4447-b1b0-2e0a2d89e035

@plemnik_w_piwie Twoja przygoda w kawiarence rozpoczęła się środa, listopad 29, 2023 w TYM WPISIE Który społeczność doceniła7piorunami

Od tego dnia należysz do grona najwspanialszych poetów jacy chodzili po tej planecie.

Dzięki Tobie do Kawiarenki trafiło 37 wspaniałych wpisów które zostały docenione zawrotną ilością 545 piorunów!!!

Twoje najbardziej piorunowane wpisy

TOP 1 23

TOP 2 21

TOP 3 21


Najbardziej komentowane wpisy

TOP 1 104

TOP 2 78

TOP 3 71

Wszyscy czujemy się docenieni dzięki Twoim 239 komentarzom które zebrały aż 1482 piorunów!!!

Twoje najbardziej piorunowane komentarze

TOP 1 15

TOP 2 14

TOP 3 14

Za Twój wspaniały wkład w działalność Kawiarenki oficjalnie w imieniu całej społeczności wręczam Ci tą oto licencję poetycką.

Znajdziesz ją w obrazku załączonym do tego komentarza.

99d0d1b9-dcac-4e2d-9ea2-d6dc50d3a3ad

Zaloguj się aby komentować

Witajcie, witajcie mieszkańcy kawiarenki #zafirewallem


Mam przyjemność ogłosić kolejną edycję zabawy #naopowiesci poniżej szczegóły wyzwania!


Edycja XIV


Tematyka: Wioska wiecznego dnia


Gatunek: Pamiętnik / wpis dziennikowy


Liczba słów: 600 - 2 500


Termin: 15.12.2024 niedziela


Kryteria oceny: dowolne


Pożeglujcie oceanami wyobraźni przemierzając niezbadane krainy, marznijcie na północy kontynentu podczas przesilenia, a może odtwarzajcie nieskończony Dzień Świstaka!


Dobrze będzie się oderwać od świątecznych przygotowań i puścić wodze wyobraźni powodzenia!

0be72a64-9e9c-47b2-be6b-b9882123925b
cb228108-5b9a-4779-8478-127e8ad0070d
b15bdf6f-7ce1-4e4c-8e56-0b561e4cba9c
ciszej userbar

@ciszej Super pomysł na opowieści Myślałem, że po debiucie nie będzie mi się chciało w kolejnej edycji pisać, ale chyba się skuszę I nawet liczba słów znośna! xD

Zaloguj się aby komentować

Dobry wieczór!


Jakem zapowiadał siedemnaście dni temu , takoż dzisiaj czynię i to właśnie dziś, to jest 1. grudnia, zakańczam tym wpisem XIII edycję zabawy #naopowiesci !


***


W tej 13. edycji nie wzięło udziału trzynastu uczestników, ale wzięło ich udział sześcioro, co i tak jest wynikiem wspaniałym. Te sześć osób opublikowało osiem tekstów, bo dwie osoby opublikowały po dwa teksty, choć tę publikację przeprowadziły innymi sposobami. A wykaz wszystkich opublikowanych tekstów poniżej:


@Patkapsychopatka z tekstem Inwazja na kiosk ;


@moderacja_sie_nie_myje z tekstami:

bez tytułu

oraz

s02e03 (?);


@pingWIN z tekstem Niech ktoś mnie oświeci, zanim zgaśnie mi światło ;


@ciszej z tekstem Tajemniczy mężczyzna z Izb: "Pamiętam tylko kiosk i... coś, coś nie z tego świata" ;


@splash545 z tekstem Brudna robota ;


@KatieWee z dwoma tekstami tekstami opublikowanymi w jednym wpisie : Mały kiosk, wielki człowiek oraz Cios w serce osiedla


***


Obrodziło nam w tej edycji debiutantami! I to zarówno debiutantami w ramach zabawy, jak i debiutantami w ramach kawiarenki #zafirewallem ! Postanowiłem więc, bardziej zachęcając marchewką niż zaganiając kijem do tego, żeby tutaj zostać dłużej, przyznać zwycięstwo osobie, która spośród tych debiutantów zadebiutowała najbardziej. Wobec powyższego


zwycięzcą XIII edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem zostaje @ciszej!


Proszę o głośne oklaski!


#podsumowanienaopowieści

#podsumowanienaopowieści - bo nie wiem, który tag jest prawidłowy, ten z "s" czy ten z "ś".

Dzięki za możliwość zadebiutowania i w tej zabawie kawiarenkowej, teraz jestem spełnionym peociną


No i oczywiście gratuluję @ciszej za zwycięstwo i odwagę debiutu z grubej rury!

Zaloguj się aby komentować

Podobno pojawiła się książka o młodości Geralta, to i pojawiło się opowiadanie o młodości Szeryfa Kowalskyego


Link do poprzedniej części


***


s02e03


10 letni Walt kręcił się niespokojnie na werandzie. Nie mógł się doczekać aż wuj Stan wreszcie przyjedzie. Tymczasem siedział już drugą godzinę a jego ani widu ani słychu.


- Tato! Nadal go nie ma!

- Jak przyjedzie to będzie - uciął krótko ojciec


Więc Kowalsky Jr. nadal czekał. I późnym wieczorem się doczekał. W oddali widać było coraz to większy tuman kurzu. Do uszu Walta dobiegał donośniejszy z każdą chwilą tętent końskich kopyt. Wuj Stan na wierzchowcu wyglądał jak prawdziwy kawalerzysta. Zatrzymał konia kilkumetrowym ślizgiem co wprawiło chłopca w prawdziwy zachwyt. Niewielu tak umiało.


- Jak dorosnę to będę taki jak ty wujku!

- Będziesz jeszcze lepszy, Walt - odpowiedział Stan


Poczochrał chłopca po czuprynie i wszedł do środka. Walt słyszał tylko urywki rozmowy: 'Nie znalazłem jej...' i krzyki ojca: ' Nie rozpłynęła się w powietrzu k⁎⁎wa mać!'. Znów o matce, to już się robi nudne - pomyślał mały Walt. Odeszła to odeszła, po co jej szukać?


Wuj wyszedł na werandę i zapalił papierosa.


- Chcesz? - mrugnął do chłopca podając paczkę

- Stan, do k⁎⁎wy, przestań! - krzyknął ojciec z głębi domu

- Żartowałem przecież...

- Słyszałem jak rozmawialiście. Dlaczego jej szukasz? - zagadnął po chwili chłopiec

- Bo to twoja matka, młody

- A może nie chce być znaleziona?

- Może... - Stan zaciągnął się papierosem - Jutro jadę do miasteczka, masz ochotę się wybrać?

- Pewnie! Straszne tu nudy...

- Bądz gotów o świcie bo budzić cię nie będę.


Walt uwielbiał wyprawy z wujkiem Stanem. Niczego mu nie bronił, na wszystko pozwalał, traktował go jak dorosłego, nie to co ojciec. Grubo przed świtem to Stan zastał Walta gotowego do wyprawy, krzątającego się po obejściu koło swojego konia. Nie minęło parę chwil i razem z wolna ruszyli na wschód.


- Zanim pojedziemy do miasteczka musimy pewną sprawę załatwić... - odezwał się Stan


Chłopiec w milczeniu skinął głową.


- Musisz mi jednak obiecać, że nie piśniesz słowa ojcu. To dobry człowiek ale to robota dla twardzieli, rozumiesz? A mój brat do nich nie należy.


Walt aż pokraśniał, wujek go doceniał przynajmniej. Na 'robotę' zabrał i to taką dla twardzieli. A ojciec to by mu kazał konia czyścić i wiadra szorować cały dzień.


- Masz robić co powiem, bez żadnego ale.


Po kilku milach dojechali pod bród. Po drugiej stronie rzeki był las i obozowisko na plaży. Stało kilka wozów, namiot i krzątało się przy nim kilka postaci.


- Nie śpią już... Widzisz Walt, mądrzy ludzie mówią, że kto śpi ten nie grzeszy. A teraz popatrz na nich. Sami grzesznicy...

- Oto koń trupio blady a imię siedzącego na nim Śmierć. I Otchłań mu towarzyszyła - powiedział po chwili do Walta grobowym głosem klepiąc konia


Zdjął z pleców strzelbę i podał chłopcu.


- To twoja chwila Walther. To plemię zabiło ci matkę. Bądz bez litości. Bo oni ci jej nie okażą.


Z wuja Stana dziwny był kaznodzieja. Brat ojca ale zupełnie inny człowiek. Walt zastanawiał się często dlaczego ojciec nie jest taki choćby w części jak Stan.


Przekroczyli bród i dwóch barczystych murzynów zastąpiło im drogę.


- Czego tu? - zapytali groźnie

- Ze słowem bożym jedziemy, dobrzy ludzie, przepuście nas - pojednawczo powiedział Stan

- Nic tu po was, wypierdalać!

- I Otchłań ich pochłonęła... - teatralnie wręcz zawiesił głos


Walt w mig zrozumiał, przyłożył strzelbę do ramienia i spokojnie nacisnął spust. Murzyn padł jak rażony na ziemię a drugiemu głowę przestrzelił kulą z colta Stan. I rozpętało się piekło, pod jednym z wozów wybuchła celnie rzucona laska dynamitu, namiot zajął się ogniem, zaskoczeni czarni padali jak muchy. Walt jak zahipnotyzowany patrzył na ten taniec Śmierci i Zniszczenia. Kogo nie dosięgła kula to dosięgnęła kolba. Po paru minutach rzezi cisza spowiła całą plażę. Przerwał ją dochodzący z niedaleka tłumiony płacz.


- Widzisz Walt jak świnki beczą? Znajdz je! - rozkazał Stan


Chłopiec bez słowa wykonał rozkaz, nieopodal za grubym konarem chowała się murzynka z paruletnią płaczącą córeczką. Kowalsky Jr. przystanął nie wiedząc co robić. Te z przerażeniem patrzyły na strzelbę łkając na zmianę. Za plecami chłopca pojawił się Stan.


- Weź tą małą i utop. Tak jak cię uczyłem z Rustym, pamiętasz?


Chłopiec dobrze pamiętał swojego ukochanego psa. Wtedy wujek powiedział, że nauka z tamtego dnia mu się przyda w przyszłości. 

Wyrwali więc dziecko z rąk matki, Stan za włosy przytrzymywał murzynkę patrzącą na to jak dziesięciolatek spokojnie zanurza głowę dziewczynki w nurcie rzeki. Pośród spazmów płaczu matki przytrzymywanej silną ręką wielebnego z każdą sekundą z małej uchodziło życie. Po parunastu wierzgnięciach małe ciałko stało się bezwładne. Walt popatrzył na wpół otwarte martwe oczy.


- Nawet nie walczyła. Nie to co Rusty. - powiedział z pogardą

- Świetnie się spisałeś młody - z uznaniem pokiwał głową Stan

- Bądzcie przeklęci! - wykrzyknęła murzynka - A ty gnoju, skończysz na szubienicy! - zwróciła nienawistne oczy do chłopca

- Dziecko mi straszysz?! - oburzył się nie na żarty Stan i poczęstował ją solidnym kopniakiem


Dwaj jeźdzcy w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wracali na drugi brzeg rzeki gdy wiszące na gałęzi ciało charczało i próbowało dobyć ostatniego oddechu.


- Wujku, to na pewno byli oni?

- Nie, ale podobni. Jeszcze wielu ich zostało.


cdn.


***


Aaha i wprowadzam osobny tag do śledzenia przygód Szeryfa #szeryfkowalsky gdyż zamierzam rozszerzyć markę i chyba zrezygnuję z publikowania pod tagiem #naopowiesci


#naopowiesci

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci


Mały kiosk, wielki człowiek


Każdego ranka, często jeszcze przed świtem Jeremi Kalski otwiera żelazne sztaby, które opasują kiosk na osiedlu Piaski. Samo osiedle budzi się dopiero około szóstej - wtedy pierwsi przechodnie przemykają obok jasno oświetlonego kiosku, gdzie Jeremi układa nową dostawę gazet. Najlepiej schodzi Gazeta Lubuska - często już koło dziesiątej nie ma już ani jednego egzemplarza. Niektórzy wybierają Ziemię Gorzowską, ale narzekają, że jakość artykułów i papieru spada na łeb na szyję. Bo klienci często wyrażają swoje opinie wsadzając głowę do okienka kiosku. Mają wiele do opowiedzenie - o tym, że to skandal, bo ławka obok stoi połamana od kilku już miesięcy, że w następnym numerze Pani Domu będzie dołączony jakiś prezent, ale nie wiadomo jeszcze jaki, może naklejki jak na Wielkanoc, i proszę pana, niech mi pan odłoży numer Twojego Stylu, na pewno po wypłacie po niego przyjdę, i że te cukierki co je wczoraj kupiłam to dobre były, ale lepsze by były czekoladowe, może pan ma? - i tak dalej przez cały dzień. Jeremi uśmiecha się i żartuje ze stałymi klientami. Śmieje się, że część starszych pań traktuje go jak wnuczka:

- Nie widują swoich dzieci, wnuków tym bardziej. Kiosk jest na trasie od bloków do kościoła, więc często zachodzą, przynoszą ciastka albo chrusty, a ostatnio jedna z pań przyniosła mi obiad - mielone, buraczki, kartofelki, wszystko zawinięte w trzy warstwy folii aluminiowej i jeszcze ciepłe.

-One potrzebują kogoś kto z nimi porozmawia - ciągnie Jeremi - Brakuje im kontaktów z młodymi ludźmi, uśmiechu, żartu, jakiegoś komplementu. Kiedy już przyzwyczaiły się do moich dredów, zaczęły ze mną plotkować, tak jak wcześniej przez pół życia plotkowały z panią Jadwigą, która pracowała w tym kiosku przez trzydzieści lat. Nie ma dnia, żeby ktoś nie wspomniał o pani Jadzi, bo to naprawdę była niezwykła osoba. Dla każdego miała dobre słowo i zawsze znalazło się u niej coś spod lady. Ludzie mają swoje teczki na gazety, a pani Jadzia zawsze pamiętała co dla kogo i kiedy. Dzisiaj teczek jest o wiele mniej, a ja i tak muszę mieć listę - śmieje się Jeremi.

-Pani Jadzia zawsze żartowała, ale nie tak, żeby się śmiała z kogo - mówi nam pani w jasnofioletowym berecie, która zajrzała po pastę do zębów - była wesoła, chyba że deszcz padał, deszczu to nigdy nie lubiła. Cały czas coś układała, przekładała i gadała - mówi nasza rozmówczyni. - Wydawało się wypełnia całkowicie ten kiosk. Ale nie tak jak pan Jeremi - uśmiecha się i szybko żegna.

Rzeczywiście - Jeremi jest wysoki, ale bardzo szczupły, jego kościste palce jednak bardzo często też coś poprawiają - gazety muszą leżeć równo i porządnie, żeby każdy mógł się zorientować jakie tytuły można dostać w kiosku.

-Pani Jadwiga jest ciocią mojego najlepszego kolegi, tak dostałem tę pracę. Niektórym może wydawać się nudna, ale mnie przynosi dużo radości. Są takie momenty w ciągu dnia, że jest spokój, czasem tylko jakiś dzieciak przybiegnie po pudełko zapałek. Słucham sobie wtedy muzyki z mojej empetrójki, czas jakoś mija, nie mogę się skarżyć. No, może zarobki mogłyby być wyższe, ale jakoś sobie daję radę, nie narzekam. Najważniejsze, że mam pracę i że ludzie mnie lubią. Czasem tylko kiedy zamykam i jest ciemno to trochę strach, bo chociaż w kasie nie ma pieniędzy, to jednak mamy papierosy. Są tacy, co za papierosy są gotowi zrobić wiele, słyszy się przecież o napadach na kioski i terroryzowaniu pań w okienku. Zastanawiałem się czy nie kupić sobie telefonu komórkowego, ale to duży wydatek. Staram się więc o tym wszystkim po prostu nie myśleć. Po pracy chodzę pograć w piłkę z chłopakami z osiedla. Ogarnęliśmy stare boisko za szkołą, wyrównaliśmy teren, pani z kwiaciarni podrzuciła nam worek nasion trawy takiej specjalnej na boiska. Szkolę też dzieciaki z podstawówki, po co mają siedzieć na klatkach schodowych i palić papierosy, jak mogą sobie pobiegać za piłką. Założyliśmy też zespół, ja śpiewam i trochę gram na gitarze, piszę też nam piosenki, chociaż gramy też covery.

-Co bym chciał robić w przyszłości? Hm, myślę, że warto byłoby, żeby szef rozbudował trochę ten kiosk, wtedy mógłbym mieć miejsce na sprzedawanie rękodzieła, które robimy ze znajomymi - kubków, koszulek, drewnianej biżuterii… Tak, w przyszłości marzy mi się większy kiosk!


***


Cios w serce osiedla


Plan był prosty: wyłamać żelazne sztaby i zamek w drzwiach, dostać się do środka, wziąć wszystko co wartościowe (papierosy i to co pod ladą), uciec i nie dać się złapać. Spieniężyć większość towaru u znajomego, oczywiście oprócz tego spod lady. Żyć bez zmartwień przez najbliższe pół roku wypełnione dobrą zabawą.


Nie wszystko jednak poszło według tego planu.


Trzydziestoletni Adam N. wraz z młodszym bratem Piotrem P. do późnego wieczora rozmawiali o planowanym na środek nocy napadzie na kiosk i dopracowywali ostatnie szczegóły. Poważnym rozmowom towarzyszyło kilka butelek wódki, które młodszy brat donosił co jakiś czas z pobliskiego sklepu o wdzięcznej nazwie "Żwirek", specjalizującego się w wyrobach monopolowych. Jest to jeden z niewielu sklepów, które utrzymują się na Piaskach w tym trudnym czasie. Zamknął się nawet lumpeks, który działał na tym osiedlu nieprzerwanie od 1989 roku, kartka "zamknięte" wisi także na drzwiach sklepu papierniczego. Po ten zeszyt czy długopis mieszkańcy zachodzą do kiosku dumnie stojącego przy skrzyżowaniu dwóch najbardziej ruchliwych ulic. W dzień otwarte okienko zaprasza przechodniów, jednak w nocy dostępu do kiosku bronią metalowe kraty i solidne sztaby na drzwiach.


Adam N. i Piotr P. na złodziejską rajzę zabrali ze sobą narzędzia - z plecaka starszego wystawał łom, młodszy dźwigał torbę z latarkami, torbami, dwiema piłami i wielkim młotem. Przyświecał im cienki sierp księżyca, gdy rozejrzawszy się dookoła stanęli pod kioskiem i z narzędziami w rękach. Kraty nie chciały się poddać, więc Adam zagrzewał do walki Piotra tłumacząc mu w bardzo obrazowy sposób co z nim zrobi, jeżeli ten się nie pospieszy. Minęły ich dwa czy trzy samochody, nie robiło to na nich zbyt dużego wrażenia, za bardzo skupieni byli na próbie dostania się do upragnionych papierosów. W końcu kilka szarpnięć i głośno wyrażonych przekleństw później kraty puściły. Uśmiechy zakwitły na twarzach braci. Adam chwycił łom i jednym eleganckim gestem wyłamał drzwi do sezamu, który stanął przed nimi otworem.

Piotr rzucił się w stronę błyszczących czasopism, które zwykle schowane były trochę z tyłu, żeby nie wywoływać zgorszenia w starszych paniach odwiedzających kiosk, Adam zaś od razu chwycił karty telefoniczne i kilka innych drobiazgów leżących pod ladą i wcisnął je do kieszeni kangurki.

Pakowali sztangi papierosów do wielkich kraciastych toreb, gdy nagle w oknie błysnęło niebieskie światło. Bracia spojrzeli po sobie i zostawiając łupy rzucili się do ucieczki.

Nie uciekli daleko. Piotr oglądając się czy policjanci go gonią, nie zauważył latarni. Policjanci mogli podziwiać widowiskowe uderzenie w słup -

-Aż zadzwoniło - powiedział później jeden z nich.

Adam zagapił się na brata, zawadził o krawężnik i z głośnym, niecenzuralnym okrzykiem upadł wprost na betonowy śmietnik. Z kieszeni wypadła mu skrzyneczka, z której na trawnik rozsypał się roślinny susz i wygniecione banknoty. Zszokowany Adam gapił się na zawartość skrzyneczki, policjanci zaś, którzy dotąd z politowaniem patrzyli na wyczyny znanych im doskonale braci, nagle odczuli niepohamowane zainteresowanie.

Wrzeszczących i obolałych po spotkaniu z elementami małej architektury Adama N. i Piotra P. zawieziono na przesłuchanie, miejsce kradzieży zaś zabezpieczono.

Grozi im do 8 lat więzienia.


#zafirewallem


1168 słów

ca0cecd7-3bb8-4140-b8ef-786a2156f97c

Zaloguj się aby komentować

Reportaż z napadu na kiosk #naopowiesci .

Liczba słów: 612


Brudna robota


Do włamania do kiosku, który znajdował się przy ulicy Piaskowej w Grudziądzu doszło w nocy z 28 na 29 listopada bieżącego roku. Tak właśnie znajdował się, bo kiosku już nie ma. Sprawcy rabunku dokonali włamu w sposób tak brutalny, że można mówić tu o kompletnym zdewastowaniu, czy wręcz anihilacji punktu handlowego.


Trzech niezidentyfikowanych sprawców, którzy zostali nagrani przez kamery monitoringu miejskiego, aby włamać się do kiosku użyli w tym celu prawdopodobnie pięciokilogramowych młotów wyburzeniowych. Cienkie ścianki małego kiosku nie stanowiły dla nich żadnego oporu. Na nagraniu widać jak zakapturzene postacie podbiegają do jednej ze ścian i po zaledwie dwóch minutach rozbijają w drobny mak jedną ze ścian kiosku. Po dostaniu się do środka wychodzą z wielką skrzynią, po czym zatrzymują się i dopełniają dzieła destrucji kilkunastoma ciosami młotów. Kolejne dwie ściany runęły, a kiosk zawalił się. Sprawców z wielkim trudem niosących skradzioną skrzynię monitoring miejski nagrywa do ulicy Kalinkowej. Po jej przekroczeniu sprawcy schodzą w stronę terenów nadwiślańskich. 


Oficer Prasowy Komendanta Miejskiego Policji w Grudziądzu aspirant Łukasz Kowalczyk zaistniałe zdarzenie komentuje krótko: 


"Śledztwo jest w toku i posiada duży priorytet. Poza rabunkiem doszło tu do dewastacji mienia na niespotykaną skalę. Zrobimy co w naszej mocy, żeby sprawcy tego zdarzenia zostali znalezieni i odpowiednio ukarani."


Kiosk przy ulicy Piaskowej znajdował się tam od 23 lat i należał do Pana Mariana Kani, emeryta mieszkającego w jego pobliżu. Nasz reporter porozmawiał z nim tuż przy zgliszczach jego dobytku:


- "Szedłem jak każdego ranka do pobliskiej piekarni po chleb i drożdżówkę. Gdy wyszedłem zza rogu i spojrzałem na moje niegdysiejsze miejsce pracy nie mogłem uwierzyć w to co widzę. Pomyślałem, o mój Boże, Putin najechał Polskę i zaczął bombardować nasze tereny właśnie od mojego kiosku! Myślałem, że dostanę zawału!" - opowiada zbulwersowany Pan Kania.


Po chwili jednak uśmiecha się i opowiada o bardziej groteskowym aspekcie napadu i dewastacji jego własności:


- "Gdy opadły emocje i dotarło do mnie jak niedorzeczne były moje pierwsze myśli. Poszedłem porozmawiać z policjantami kręcącymi się obok zgliszcz mojej budy. Wyjaśnili mi po krótce co się stało, a ja po chwili nie mogłem opanować śmiechu. 

Kiosk był już nieczynny i stał pusty!

 Dwa miesiące temu przeszedłem na emeryturę i czekałem na wywóz konteneru handlowego na wysypisko śmieci. Próbowałem go sprzedać, ale jego stan pozostawiał wiele do życzenia. Poza tym kto w dzisiejszych czasach chciałby prowadzić tak mały punkcik handlowy? Wszystko przejęły markety i sieciówki. Ostatnie dwa lata pomimo niewielkich kosztów prowadzenia działalności ledwo wiązałem koniec z końcem. Musiałem jednak jakoś dociągnąć do emerytury i udało mi się to jedynie dzięki oszczędnościom z dawnych lat, pomocy dzieci i moim niewielkim potrzebom. 

Tak naprawdę to powinienem podziękować tym panom, bo nie muszę już płacić za wywóz budy i byłem ubezpieczony. Zawsze to wpadnie trochę grosza do mojego skromnego emeryckiego budżetu."


Co jednak znajdowało się w wielkiej skrzyni, którą sprawcy z niemałym trudem targali przez kolejne ulice Grudziądza? Okazuje się, że właśnie tu zaczyna się największy absurd tego włamania:


- "Gówno!" - krzyczy Pan Marian, śmiejąc się i wycierając łzy z oczu. - "Moja kupa i siki z ostatnich dwóch tygodni przed emeryturą! 

Kiosk był stary i oczywiście nie miał podłączenia do kanalizacji miejskiej. Nie mieszkam daleko i przez większość czasu prowadzenia działalności chodziłem za potrzebą po prostu do domu. Jednak w ostatnim roku zacząłem mieć problemy z poruszaniem się i zamiast latać cztery razy dziennie na siku na 3 piętro bloku, zainwestowałem w turystyczną toaletę chemiczną. Jedyną rzeczą, która została w kiosku gdy przeszedłem na emeryturę była kaseta z tejże toalety, którą zamknąłem w skrzyni, w której niegdyś trzymałem papierosy.

Normalnie nie mogę w to uwierzyć, że ktoś zadał sobie tyle trudu i wpadł w takie tarapaty, żeby ukraść moje ekskrementy. Gang Olsena normalnie! - kończy ubawiony Pan Marian.


#zafirewallem #tworczoscwlasna

@splash545 Wiedziałem, że ta liczba wymaganych słów to podpucha... ehhh a ja głupi w swoich z 600 rozwinąłem opisy, żeby 1000 było xDDD


Piorun z góry i przeczytam w nocy

@splash545 Z Ł O T O ale śmiechłam z zakończenia - przypomina trochę pastę o trupie psa w walizce i złodzieju w tramwaju

Zaloguj się aby komentować

Dobra, mój pierwszy raz tutaj #zafirewallem


Lubię pisać, a reportaż prasowy wydawał mi się interesującą formą, taką lekko wymarłą. Może ktoś przeczyta w piątek, piąteczek xd


Tajemniczy mężczyzna z Izb: "Pamiętam tylko kiosk i... coś, coś nie z tego świata"


Komenda Powiatowa Policji w Krynicy – Zdroju w dalszym ciągu poszukuje informacji które pomogłyby w identyfikacji nieznanego mężczyzny odnalezionego w Izbach, u podnóża Ostrego Wierchu.


Nasza gazeta informowała Państwa wczoraj (21.11.2024r.) że odnaleziono mężczyznę, który nie potrafi przypomnieć sobie własnego imienia ani tego skąd pochodzi. Jedyną rzeczą, jaką zdołał opowiedzieć ratownikom, była dramatyczna historia z wędrówki po Beskidach.


Przypominamy rysopis policyjny:


  •    Wiek: około 35 lat

  •    Wzrost: wysoki, około 190 cm

  •    Sylwetka: szczupła, lekko umięśniona

  •    Włosy: brak włosów na głowie (łysy)

  •    Zarost: pełna, ciemna broda, zadbana

  •    Oczy: brązowe

  •    Cera: jasna, lekko zaróżowiona od zimna

  •    Znaki szczególne: delikatna blizna na prawej skroni (możliwa stara kontuzja)


Ubranie w momencie odnalezienia:


  •    Kurtka turystyczna w ciemnozielonym kolorze, z widocznymi przetarciami

  •    Spodnie trekkingowe, czarne, z uszkodzeniami na kolanach

  •    Buty górskie, brązowe, mocno zużyte

  •    Brak rękawiczek i czapki, co zaskoczyło ratowników w warunkach zimowych


Dodatkowo na ciele oraz ubraniach mężczyzny ślady poparzeń oraz prawdopodobnie nacięć.


Policja prosi o kontakt każdego, kto może rozpoznać tę osobę lub posiadać informacje mogące pomóc w ustaleniu jego tożsamości. Do dzisiaj nikt nie zgłosił również zaginięcia mężczyzny. 


W uzgodnieniu z KPP przekazujemy relację odnalezionego mężczyzny. Być może naprowadzi ona kogoś na tożsamość mężczyzny:


"Była śnieżyca, zimno, cholernie zimno. Wiatr zaczął się wzmagać do tego deszcz przechodzący w śnieg, ja nie pamiętam ale kluczyłem po ścieżce między zmokniętymi gałęziami ciężkimi od lodu i wody i wtedy, chyba wtedy musiałem skręcić kostkę, wykrzywiło ją w dziwnym położeniu, poczułem ból, upadłem. Zacząłem moknąć i wyziębiać się, próbowałem się pozbierać ale nie dało się iść dalej, nie mogłem… Nie miałem sił, więc pomyślałem, że muszę wezwać pomoc ale tam nie ma zasięgu! Chciałem wyjść z tego cholernego lasu, znaleźć schronienie. Schodziłem, to znaczy chciałem zejść żółtym szlakiem ale okazało się że jestem na Słowacji, zobaczyłem słupki graniczne i byłem na jakiejś ścieżce. Nie miałem mapy tylko smartfon ale bateria zaczęła padać, pewnie od tego zimna. W oddali widziałem polanę i pomyślałem że tam złapię sieć. Zejście to jakiś dramat, mordęga, myślałem że umrę. Na skraju lasu zobaczyłem kiosk – drewniany, jakby wyjęty z innej epoki. Na początku myślałem że to jakaś bacówka. Zasięgu dalej nie mogłem złapać. Włamałem się, bo byłem przekonany, że umrę z zimna, nie chciałem nic niszczyć" – relacjonował.


Jak twierdzi, w kiosku zapalił małe ognisko, używając gazet i starych dokumentów napisanych jak określił to mężczyzna „po rusku”. Wtedy zaczęły dziać się rzeczy, które trudno wytłumaczyć. "To nie byli ludzie. To coś, COŚ... płonęło, ale nie miało kształtu. Energia, która wibrowała i unosiła się w powietrzu. Znikało i pojawiało się w różnych miejscach, jakby przechodziło przez ściany."


Mężczyzna opisuje, że nie mógł wyjść z kiosku, mimo prób. "Drzwi zniknęły, a okna były jak zamarznięte. Czułem, że czas tam nie płynie normalnie. Było coś przerażającego w tej ciszy, przerywanej tylko dziwnym buczeniem, jakby w starych liniach wysokiego napięcia. Ja zacząłem krzyczeć, modlić się, nie wiem, nie pamiętam co było dalej, nic więcej nie wiem nic!"


Na miejscu, gdzie znaleziono mężczyznę, nie ma kiosku ani śladów jakiejkolwiek budowli. Policja wyklucza możliwość, by w okolicy była elektryczność czy monitoring, jednak w jego relacji pojawiają się elementy, które zaskakują nawet najbardziej sceptycznych.


Mężczyzna został odnaleziony na miejscu dawnego osiedla Łemkowskiego Bieliczna, jednak w pewnym oddaleniu od zachowanej Cerkwii. Przybyli na miejsce Ratownicy mówili o dziwnych światłach wewnątrz opuszczonego budynku które początkowo zostały wzięte za światła latarki poszukiwanego, jednak zgodnie z relacją ratowników - budynek był zamknięty od środka. Odnotowali również, że na pobliskim cmentarzu paliły się dziesiątki zniczy.


Co jeszcze bardziej zagadkowe, jak udało się dowiedzieć naszej gazecie w pobliskim lesie ratownicy odkryli dziwne ślady. Wyglądały jak wypalone w trawie inicjały, oraz odchodzące od nich znaki układające się w geometryczne wzory. "Takich form nie mogła zrobić ani natura, ani człowiek" – powiedział jeden z ratowników, pragnący zachować anonimowość. W ich okolicy nie było również żadnych ludzkich tropów, co tylko potęguje tajemnicę.


W dyżurce GOPR w Krynicy tego wieczoru dyżurował doświadczony ratownik, pan Marian K., dawny wojskowy z wieloletnim stażem w misjach zagranicznych. To właśnie on zwrócił uwagę na nietypowy sygnał radiowy, który z początku brzmiał jak zakłócenia. Po chwili zorientował się, że to alfabet Morse’a – ktoś nadawał współrzędne geograficzne. "To nie była przypadkowa transmisja. Ktoś lub coś chciało, żebyśmy tam dotarli, współrzędne były wysyłane przez dobre trzydzieści minut, poza tym słyszałem urywane słowo, coś jakby słowo ułożyć" – powiedział w rozmowie. Dzięki jego czujności ratownicy natychmiast ruszyli w teren, trafiając na miejsce, gdzie odnaleziono zdezorientowanego mężczyznę. W okolicy nie stwierdzono jednak obecności żadnego urządzenia, które mogłoby nadawać taki sygnał. Przybyła na miejsce policja, wezwana przez ratowników nie chce komentować szerzej „paranormalnych” aspektów tego zdarzenia.


Udało nam się porozmawiać również z młodszym aspirantem Mariuszem Kowalskim z KPP w Krynicy – Zdroju, który odnalazł plecak należący najprawdopodobniej do mężczyzny. Policjant, który przejrzał zawartość plecaka, opisał go jako typowe wyposażenie turystyczne: apteczka, mapa - ale nie Beskidu Niskiego a Beskidu Małego (błąd mężczyzny czy kolejny niewyjaśniony wątek - przypis redakcji), scyzoryk, kluczyki samochodowe oraz termos z zimną herbatą. Zaskoczeniem była jedynie dziewczęca pleciona bransoletka – drobna, jakby należała do bardzo szczupłej kobiety lub dziecka. Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie na bransoletce były inicjały odpowiadające wypalonym w lesie znakom.


Tego dnia pogoda, choć zimna, była dość dobra, co dodatkowo wzbudza wątpliwości śledczych. Mężczyzna został przebadany na obecność alkoholu oraz substancji psychoaktywnych jednak badania nie potwierdziły obecności jakichkolwiek substancji w krwi odnalezionego. Z relacji ratowników wynika że w chwili odnalezienia mężczyzna nie był w stanie logicznie się porozumiewać. Był wyraźnie przerażony, jednak ku zaskoczeniu ratowników nie wykazywał żadnych oznak wychłodzenia, mimo że przez długi czas leżał bez ruchu na zimnej ziemi. 


Więcej światła na sprawę mógłby z pewnością rzucić samochód mężczyzny, gdyby Policji udało się go odnaleźć. W okolicy Izb nie odnotowano jednak żadnego porzuconego pojazdu który mógłby należeć do mężczyzny Do patroli policyjnych w powiecie przesłane zostały informacje o poszukiwaniach konkretnego modelu i marki, ale póki co nie udało się odnaleźć jakiegokolwiek śladu samochodu.


Policja i ratownicy apelują o pomoc w ustaleniu jego tożsamości.


Czy ktoś rozpozna tę historię lub samego wędrowca? Być może ktoś minął mężczyznę na szlaku lub poznaje jakiekolwiek szczegóły które mogłyby pomóc Policji.


Niewykluczone że tajemnica, która łączy kiosk, Beskidy i pamięć mężczyzny, ma jeszcze głębsze wymiary.


------------------------------------------------------------------------------------


Motyw włamania do kiosku osiedlowego przykleił się do mnie od momentu przeczytania postu o kolejnej edycji #naopowiesci

Pomysł przyszedł sam, przy okazji spaceru w lesie - ale nie w Izbach Liczba słów - około 1025. Miejsca realne ale osoby i fakty częściowo zmyślone


#paranormalne

fd1bbd7a-83ca-4b00-9885-15ac881c45d4
ciszej userbar

@ciszej widzę co tu zrobiłaś Pani Kariko. Udało Ci się wpleść sporo aury tajemniczości do takiej suchej formy jaką jest reportaż, udany debiut.

Zaloguj się aby komentować

Niech ktoś mnie oświeci, zanim zgaśnie mi światło


Nocą osiedle na jednej z krakowskich uliczek wydaje się być spokojnym, wręcz sennym. Jedynie światło kilku latarni przebija się przez mrok, rzucając nikłe, pomarańczowe smugi na puste chodniki. Jednak dla Edwarda Światło ta październikowa noc miała być inna. Zupełnie inna.


Edward, znany na osiedlu jako Edek lub Edzio, był to człowiek serdeczny, który miał w sobie coś z kronikarza lokalnej społeczności – zawsze wiedział, kto z kim rozmawia, kto się kłóci, a kto potajemnie kupuje papierosy, mimo że powinien rzucić. „Jasny Kiosk” nie był zwykłym punktem handlowym; był miejscem, gdzie mieszkańcy zaopatrywali się nie tylko w gazety czy zdrapki, ale też w nowinki z życia sąsiadów. Nazwa nie była przypadkowa. „To miejsce ma świecić przykładem!” – zwykł mawiać z nutą humoru, wyjaśniając, że kiosk nie tylko nosi jego nazwisko, ale jest też jednym z nielicznych punktów w okolicy, gdzie można kupić żarówki. Głównie były to produkty marki OSRAM – najszybciej schodzący towar, szczególnie wśród starszych mieszkańców osiedla.


Osiedle, na którym znajdował się kiosk, było enklawą starszych mieszkańców. Bloki z wielkiej płyty, które pamiętały czasy PRL-u, sprawiały wrażenie, jakby zatrzymały się w czasie. Na podwórkach rzadko widywało się dzieci, bo większość mieszkańców przekroczyła już siedemdziesiątkę. Pani Eugenia, jedna z najbardziej lojalnych klientek Edka, lubiła żartować, że „to osiedle to sanatorium, tylko bez pielęgniarek”. Miała 82 lata, ale energii mogłaby pozazdrościć jej niejedna młodsza osoba.

„Dla wielu z nas to miejsce było jak światełko w tunelu. Gdy wszystko inne zamykało się na noc, kiosk Edka świecił się, przypominając, że ktoś jeszcze czuwa.” – Mówi Eugenia.


Światło kiosku, które widać było nawet z oddali, nie było jednak jedynie kaprysem Edwarda. „To forma reklamy” – przyznaje właściciel. „Świecące okno sprawiało, że ludzie wiedzieli, gdzie przyjść za dnia, by kupić to, czego potrzebują.”


Ale tej nocy kiosk przyciągnął uwagę także kogoś innego.


Była godzina 21:37, jak twierdzi Edward. Akurat oglądał w swoim małym mieszkaniu, które znajdowało się zaledwie kilkadziesiąt metrów od kiosku „Ojca Mateusza”. Mówi, że lubi oglądać jakie to dziwne przestępstwa dzieją się w Sandomierzu, przynajmniej w porównaniu do jego nudnego osiedla. Zazwyczaj o tej godzinie kończył oglądać odcinek, a następnie szykował się do snu podśpiewując pod nosem „Barkę”, ale tym razem tuż przed złapaniem przestępcy przez ojca Mateusza nagle usłyszał dziwny hałas – coś jak tłuczone szkło. Myślał, że może to w telewizji lub jakiś sąsiad zbił szklankę, różnie to bywa ze starszymi sąsiadami w nocy. Zatrzymał się na chwilę, nasłuchując czy aby na pewno ma rację. Hałas powtórzył się. Przerywając oglądanie wstał z niechęcią i podszedł do okna, ale kiedy spojrzał przez nie, serce zamarło.


Przy kiosku dostrzegł postać. Była dziwnie ubrana – jakby wyciągnięta z zupełnie innej epoki. „To wyglądało jak nieśmieszny żart” – mówi Edward. „Mężczyzna miał na sobie coś, co przypominało strój dżentelmena z dawnych czasów, ale w jakby nieładzie. Marynarka była pomięta, a cylinder wyglądał, jakby znalazł go na targu antyków.”


Edek nie zastanawiał się długo. Wybiegł z domu, chwytając po drodze kij, który trzymał na swoje wyjścia do lasu na grzyby. Gdy dotarł na miejsce, widok, który go zastał, zaskoczył go bardziej niż sam fakt włamania.


Włamywacz nie zbierał łupów. Nie grzebał w kasie ani nie sięgał po paczki papierosów. Stał na środku kiosku, patrząc na żarówkę zawieszoną na sznurku pod sufitem, jakby to było coś, czego nigdy wcześniej nie widział.

„Co pan tu robi?” – zapytał Edward, ściskając kij. Mężczyzna odwrócił się powoli, a na jego twarzy malowało się zdumienie. „Dobry człowieku, proszę wybaczyć moje zachowanie” – powiedział spokojnym głosem. „Nie jestem złodziejem. Jestem podróżnikiem… i muszę przyznać, że nigdy nie widziałem czegoś takiego. Czy to jest… małe słońce?” – zapytał, wskazując na żarówkę.


Edward opuścił kij, zdezorientowany. „To jest żarówka” – odpowiedział. „Proszę pana, gdzie pan mieszka, że nie wie pan o czymś tak prostym jak żarówka?”


„Nie mieszkałem tu, w tych czasach” – odparł mężczyzna z powagą. „Nazywam się Tomasz Edison. Udało mi się przemieścić w czasie.”


Edward patrzył na niego z niedowierzaniem. „Podróżnik w czasie? Proszę pana, co pan opowiada? Jeśli jest pan zainteresowany żarówkami, mógł pan przyjść rano, to bym panu sprzedał!”


Edison uśmiechnął się lekko. „Nie mogłem się powstrzymać. To światło… jest takie piękne. Proszę mi wyjaśnić, jak to działa.”


Edward nie wiedział, czy się śmiać, czy zadzwonić na policję. Postać przed nim wydawała się jednocześnie niedorzeczna i… przekonująca. Postanowił nie oceniać pochopnie. „Skąd pan pochodzi?” – zapytał ostrożnie.


„Z końca XIX wieku” – odparł Edison z pełnym przekonaniem. „Moja fascynacja światłem doprowadziła mnie tutaj. Nie mogłem się powstrzymać, widząc to cudo. Proszę mi wybaczyć moje nietaktowne zachowanie, ale… jak to działa?”


Edward, choć zaskoczony, postanowił wyjaśnić przybyszowi działanie żarówki najlepiej, jak umiał. „To żadna magia.” – zaczął. „Tu jest żarnik, prąd płynie przez niego i… no, świeci. Rozumie pan?”


Edison słuchał z uwagą, kiwając głową, choć widać było, że część wyjaśnień była dla niego niezrozumiała. „Fascynujące” – mówił, oglądając żarówkę z każdej strony. „Nigdy bym nie pomyślał, że takie cudo jest dostępne dla każdego. Dziękuję za tę lekcję.”


Edward nie zadzwonił na policję. Zamiast tego pomógł Edisonowi posprzątać rozbite szkło i pozwolił odejść. Ale gdy wrócił do mieszkania, coś nie dawało mu spokoju.


„Edison” – powtarzał pod nosem. Nazwisko brzmiało znajomo, ale nie mógł sobie przypomnieć, skąd je zna. Następnego dnia opowiedział o wszystkim swojemu przyjacielowi, Mieczysławowi, który wybuchnął śmiechem. „Edwardzie, no proszę cię! Edison? To przecież wynalazca żarówki! Jakiś przybłęda zrobił sobie z ciebie żarty, a ty się dałeś nabrać.”


Edward nie był przekonany. Postanowił sprawdzić to sam. Wybrał się do biblioteki, by dowiedzieć się więcej o wynalazcy. Kiedy zobaczył zdjęcie Edisona w książce historycznej, zadrżały mu ręce. „To był on” – pomyślał. „Albo ktoś, kto wyglądał dokładnie jak on.”


Do dziś Edward zastanawia się, co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy. Czy rzeczywiście spotkał wynalazcę żarówki? A może padł ofiarą zmyślnej mistyfikacji? Jedno jest pewne – „Jasny Kiosk” już nigdy nie będzie taki sam. Jak sam mówi: „Kto w końcu jest wynalazcą żarówki? Edison z książek, którego być może spotkałem w moim kiosku? Czy on sam ukradł swój wynalazek? A może to nie on tak naprawdę wynazł żarówkę? To pytanie będzie mnie dręczyć do końca życia.”


Tym razem żadna żarówka nie wydaje się, aby miała go oświecić.


_______________________________________________


Liczba słów: 1000 (wg Word)


Czułem się jakbym wrócił do szkoły, gdzie też musiałem trochę na siłę dobijać słowa. Starałem się utrzymać zadaną formę narzuconą przez edycję, ale nie wiem czy w sumie się udało


#naopowiesci #zafirewallem

@pingWIN wydaje mi się, że to nie mógł być Edison, bo skoro przybył do przyszłości, żeby podejrzeć działanie żarówki w kiosku to skąd by to światło istniało przed jego przybyciem skoro on je wynalazł? Tak czy siak spoko Debiut

Zaloguj się aby komentować

Dobry wieczór, Kawiarenkowicze


Nasza zabawa #naopowiesci trwa w najlepsze, kolega @George_Stark jest tym razem gospodarzem XIII edycji .


Niniejszym przedstawiam drugi odcinek drugiego sezonu przygód szeryfa Kowalskyego, mam nadzieję, że się spodoba


Poprzedni odcinek


***


Kowalsky bez słowa wszedł do biura, rozłożył się w fotelu, bezczelnie wyłożył nogi na biurko i zapalił cygaro. Przez długi czas milczał. Nieznośną ciszę przerwał blady jak ściana biurmistrz Hopper.

- Dobrze pana widzieć szeryfie...

- A dziękuję! - ożywił się Kowalsky

- Jak zdrowie? - z głupia frant zapytał burmistrz

- świetnie. Ptaszki ćwierkają, że to pan posłał po śledczych ze st. Augustino - zmienił ton szeryf

- Musiałem, przykry obowiązek służbowy...

- Ach tak, oczywiście. Ja też mam pewne przykre obowiązki służbowe.


Po czym wstał i udał się do wyjścia. W drzwiach odwrócił się i powiedział

- Pańska ostatnia kadencja będzie niezapomniana, gwarantuję to panu.


Przyszłość szeryfa malowała się w jasnych barwach. Ostatnie wydarzenia przekonały go dobitnie, że jest urodzony pod szczęśliwą gwiazdą. Niebiosa nagrodziły mu cięzką służbę, pozbył się wszystkich problemów a i wiedział, że po takiej kompromitacji władze stanowe będą się trzymać od niego z daleka. Na dodatek znowu miał pod ręką Teddyego, tym razem uwiązanego na łancuchu zwanym Caroline. Co do niej szeryf miał wielkie plany, młodziutka, piękna, biała dziewczyna będzie świetnym wabikiem na wszelkie zło w czarnej postaci.


Niestety, mijały dni i zło się nie ukazywało. Jednak jak to mawiał Kowalsky - szczęściu trzeba czasem dopomóc.


Teddy siedząc przy swoim biurku z wielkim zainteresowaniem czytał gazetę gdy jak duch znikąd pojawił się przed nim Szeryf.


- Szykuj się, jedziemy na akcję.


- Sekundka, tylko doczytam reportaż o...


- C⁎⁎j z reportażem! - zdenerwował się Kowalsky = gdzie Caroline?


- W motelu... - niepewnie odrzekł McPenny


- Najwyższy czas żeby się nią zająć. Siedzenie w motelu to nie życie. Pojedz po nią i weź ze sobą. Spotkamy się koło mostu nad Green River.


- Mam zabrać Caroline na akcję? - zdumiał się Teddy - Po co?!


- Najwyższy czas was czegoś pożytecznego nauczyć, ja k⁎⁎wa wiecznie żyć nie będę! - zakończył rozmowę Kowalsky


Było samo południe gdy po drewnianych deskach nad Green River stukały kopyta trzech wierzchowców. 


- Dobrze się spisaliście w sądzie, zwłaszcza ty Caroline


- Dziękuję szeryfie - uśmiechnęła się panienka


- Teraz, mam nadzieję też mnie nie zawiedziesz. Dzisiaj zdecydujesz kim będziesz.


Przejechali na drugą stronę Green River i szeryf jadąc na przedzie wypatrywał czegoś na brzegu. Nie minął kwadrans jak wstrzymał konia i zsiadł z niego.


- Jesteśmy na miejscu - zakomunikował - Teddy, ty tu zostajesz i pilnujesz koni. Choćby nie wiem co, nie ruszaj się stąd ani na dwa kroki, rozumiesz?


- Tak jest - Teddy się lekko zaniepokoił


- Ty Caroline idziesz ze mną. Weź tylko butelkę whisky, nic innego nie będzie nam potrzebne - powiedział widząc jak sięga do juków


I udali się w stronę brzegu odprowadzani zaniepokojonym wzrokiem zastępcy McPennyego. Niebawem zniknęli mu z oczu wzmagając tylko niepokój. Po krótkim marszu szeryf rozejrzał się.


- No, to idealne miejsce - powiedział z zadowoleniem - gotowa do akcji?


- Tak, szeryfie - odpowiedziała Caroline


- Widać stąd rzekę, tu jest płycizna, co najwyżej woda do pasa. Widzisz tych smoluchów z wędkami po drugiej stronie?


Caroline wyjrzała przez zarośla.


- Tak, widzę ich.


- Idź na brzeg, rozbierz się i popluskaj w wodzie.


- Szeryfie!! - zaoponowała czerwona jak burak Caroline


- Masz ich tu ściągnąć, rozumiesz? Mają tu sami przyleźć a nie ma lepszego sposobu na to.


- Ale nie tak... Nie jestem jakąś dziwką!


- A więc wracamy? Jesteś tchórzem? Tym jesteś? - spytał Kowalsky


Spojrzał na nią z pogardą, po czym się odwrócił i odszedł. Nie uszedł kilku metrów jak Caroline go dogoniła i złapała za ramię.


- Dobrze, zrobię to! - wykrzyczała to ze złością w oczach - tchórzem nie jestem! Już nie!


I zaczęła zrzucać z siebie ubrania. Szeryf uśmiechnął się w duchu, tego właśnie się spodziewał.

Po paru chwilach całkiem naga Caroline piszcząc radośnie pluskała się w rzece. Kowalsky zajął dogodne miejsce i w ukryciu czekał na rozwój wydarzeń. Nie musiał długo czekać, na odległym drugim brzegu dwie czarne postacie wstały, chwilę przypatrywały się z oddali występowi dziewczyny i powoli zaczęły się zbliżać brodząc w płytkiej wodzie. Caroline nie wyszła ze swojej roli, bawiąc się i śmiejąc radośnie.

Smoluchy cały czas się zbliżali aż dziewczyna zwróciła ku nim głowę udając zaskoczoną i po chwili piszcząc zaczęła uciekać w stronę brzegu potykając się co chwila. Czarnuchy były szybkie, po paru chwilach dogonili ją, pochwycili i szamocącą się dziewczynę zaciągnęli w stronę zarośli, rozglądając się przy tym na wszystkie strony. Wyższy z nich, rzucił Caroline na ziemię i zaczął rozpinać pas u spodni. Mniejszy doskoczył do niej i trzymał ją mocno, wnet blade pośladki dziewczyny zaczęły się czerwienić pod soczystymi uderzeniami skórzanego pasa. Caroline darła się w niebogłosy.

- Będziesz grzeczna? To przestanę - powiedział dryblas


- Będę! - skwapliwie obiecała łkająca dziewczyna


- No to się zabawimy, klękaj - mniejszy z murzynów opuścił spodnie i wyciągał kuśkę


- Ja też mogę? - zza ich pleców odezwał się Kowalsky trzymając swoje colty w dłoniach


Caroline w mig się uwolniła z rąk zaskoczonego smolucha i zniknęła w gęstwinie.


- Ręce w górze padalcu - rzucił szeryf do mniejszego który próbował podnieść spodnie - stój jak stoisz, poczekamy chwilę na panienkę, zaraz wróci. I wtedy się zabawimy.


Po chwili rzeczywiście pojawiła się Caroline z tą różnicą, że pospiesznie ubrana i w jej oczach już nie było łez tylko wściekłość.


Szeryf podał jej swojego colta i powiedział - Teraz właśnie wybierzesz kim będziesz.


Kowalsky uderzeniem kolby strzelby w głowy pozbawił przytomności obu murzynów.


- Połamię im te kulasy żeby nie uciekli - dodał


Fachowo zabrał się do rzeczy, mocnymi uderzeniami gruchotał kolejno kości nieprzytomnych osobników. Dryblas się ocknął i dorobił się jeszcze złamanego nosa.


Mniejszego murzyna Kowalsky ocucił nurzając mu głowę w zimnej rzece.


Jęczących z bólu i błagających o litość posadził przy niewielkim drzewie.


- No, są gotowi - powiedział z wyraźną satysfakcją


- Chcę żeby cierpieli bardziej - warknęła Caroline z wściekłością celując do niedawnych oprawców


- Możemy ich podpalić, taki wstęp do tego co ich czeka w piekle.


- Zróbmy to - ochodzo się zgodziła


Kowalsky otworzył litrową whisky, pociągnął dużego łyka i podał Caroline która zrobiła to samo. Następnie podniósł leżacy pas, oplótł murzynów za szyje do drzewa i obficie oblał ich whisky aż wysuszył butelkę do cna. Ci w przerażeniu obserwowali jak podaje zapaloną zapalniczkę Caroline która z uśmiechem rzuciła ją w ich kierunku. Po chwili łagodny szum rzeki przerwał przeraźliwy wrzask dwóch gardeł murzyńskiej pochodni. Szeryf z dziewczyną stali i bez słowa obserwowali aż krzyki ucichły i czarne tułowy w bezruchu dopalały się do reszty.


- Nawet Jezus nienawidził wędkarzy - powiedział Kowalsky - Wracajmy.


cdn.


***


#naopowiesci

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Inwazja na kiosk 


W poniedziałkowy poranek do kiosku stojącego przy parku przyszła dostawa gazet, słodyczy oraz przekąsek. Pan Ziutek jego właściciel, zabrał się za rozpakowywanie dostawy na półkach. Z pierwszymi czterema pudłami poszło zaskakująco szybko, lecz ostanie okazało się przerażające ciężkie dla Pana Ziutka. Była w nim ogromna ilość przekąsek, która miała wystarczyć na najbliższy kwartał. Właściciel wciągając ten ogromny karton do małego pomieszczenia delikatnie uszkodził drzwi od kiosku. Nie stało się nic strasznego ale wskutek uszczerbku pozostała delikatna przestrzeń między ścianą a drzwiami. Po całym dniu pracy w kiosku Ziutek mógł go nareszcie zamknąć, zrobił to ochoczo i wrócił do domu.  


Tej nocy było dosyć chłodno i deszczowo. Trzy młode wiewiorki wpadły na pomysł żeby schować się przed chłodem w kiosku. Biegając dookoła niego rudy wiewiór Jurek wypatrzył delikatną szczelinę w drzwiach i wbiegając w nią zawołał resztę swojej ekipy. Wiewiórka Jarosława wskoczyła za nim z wielkim impetem a jako ostatni do kiosku wturlał się puchaty Jarogniew. 

Jarosława gdy tylko się podniosła krzyknęła zachwycona:

- Zobaczcie, jesteśmy w raju! Nie pada, nie wieje!

- Do tego mamy zapas jedzenia na długi czas! - wtórował jej Jurek.


Cała trójka zaczęła buszować po malutkim kiosku. Skakały z półki na półkę. Nie przejmując się przy tym, że słodycze i gazety spadały gdzie popadnie. Po dłuższej chwili frajdy wiewiórka Jarosława zgłodniała. Zaczęła walczyć z opakowaniem orzeszków, chcąc je otworzyć. Niestety nie udało się. Spróbowała z następnym i następnym. W końcu zobaczył to Jarogniew i wspólnymi siłami udało im się rozszarpać opakowanie, a z jego wnętrza wysypała się mieszanka orzechów. Na pyszczkach wiewiórek od razu pojawił się uśmiech a w małych czarnych oczkach błysk zachwytu. Najedzone, ukryły się w najciaśniejszym i ciemnym kąciku kiosku na delikatną drzemkę. 


Ziutek wstał wcześniej niż planował. Przyszedł do kiosku szybciej w dobrym humorze, licząc na spokojny dzień po wczorajszej cieżkiej pracy przy rozkładaniu towaru. Jednak gdy tylko otworzył drzwi jego oczom ukazał się jeden wielki bałagan. Gazety, które wczoraj tak starannie układał były porozrzucane po półkach, ladzie oraz podłodze. A co najważniejsze wszędzie i to dosłownie wszędzie leżały orzechy wśród strzępków ich opakowań. To był ogromny szok dla Pana Ziutka, który natychmiast zadzwonił na policję zgłaszając napad na jego kiosk! Funkcjonariusze, którzy przybyli po chwili po pobieżnych oględzinach nie stwierdzili śladów włamania. Przyjęli więc tylko zgłoszenie i odjechali jeszcze szybciej niż przyjechali. A w tym czasie małe wiewiorki wystraszyły się hałasu dobiegającego z kiosku i nawet nie drgnęły ze swojego kącika. Biedny Ziutek został z kwitkiem i bałaganem. W dalszym ciągu nie wiedząc co się w tym jego kiosku stało. Zmartwiony tą sytuacją posprzątał swój przybytek i postanowił szybciej go zamknąć.


Gdy przyszedł wieczór i nastała cisza Jarosława wyskoczyla z kącika wykrzykując:

- Co tutaj się wydarzyło?

- Nie mam pojęcia. - odpowiedział jej Jurek.

- Jestem juz głodny. - skwitował Jarogniew.

Gryzonie znów zaczęły swoją zabawę i ucztę w kiosku, nie zwracając na nic uwagi i robiąc szybko bałagan na nowo. Za to zabawa była przednia. Skakały po półkach udając, że skaczą ze spadochronem na podłogę. Ta niesamowita zabawa trwała jeszcze kilka godzin, aż wiewiorki straciły całą swoją energię i ułożyły się w swoim kąciku na regenerację.Tak minęła noc. 


Rankiem Pan Ziutek otworzył kiosk i zobaczył jeszcze gorszy bałagan niż wczoraj. W jego oczach pojawiły się łzy.

- Nie wierzę co tutaj się dzieje! Nie jestem w stanie zrozumieć skąd ten bałagan i otwarte paczki orzeszków?! - Ziutek zadawał sobie takie pytania i nie potrafi na nie odpowiedzieć. Mając mętlik w głowie sprzątał i obsługiwał klientów zastanawiając się jak to możliwe. Sytuacja powtarzała się wciąż przez kolejne dni, a właściciel tylko cieszył się, że nikt nie dorwał się przy tym do jego utargu.


Gdy minął tydzień od pierwszego zdarzenia na dworze się wypogodziło, więc młode polatuchy postanowiły wrócić do swojego środowiska naturalnego. Ziutek przychodząc z rana był przygotowany na widok nieporządku w swoim kiosku. Jednak gdy otworzył drzwi i wszedł, przetarł oczy nie dowierzając. Tym razem wszystko było na swoim miejscu i tak już zostało. A właściciel kiosku nigdy nie dowiedział się, że przez ten czas był napadany przez wiewiórki.


Gdzie więc reportaż, spytacie? Otóż został napisany przez dziennikarkę lokalnej gazety Panią Marlenę, która zainteresowała się serią tajemniczych napadów na kiosk. Lecz owoc jej pracy zjadły szczury, które zalęgły się w jej biurze.

#naopowiesci #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry Państwu!


Jako że z literaturą nie ma żartów i należy ponosić konsekwencje jej wpływu na własne życie, zadaję z podniesioną głową zadanie w kolejnej, szczęśliwej, XIII edycji konkursu #naopowiesci!


Ponieważ, jako zwycięzca poprzedniej edycji, mam prawo sobie czegoś zażyczyć, życzę sobie żebyśmy zajęli się w najbliższym czasie paradokumentem. Ja raczej nie czytuję reportaży, więc nie mam pojęcia na czym one dokładnie polegają, i właśnie wobec tego chciałbym żeby tematem tej edycji był


reportaż prasowy o włamaniu do osiedlowego kiosku.


Optymalna objętość, w jakiej myślę, że powinny się te nasze twory zawierać ustalam na zakres 1000 – 2500 słów. Pomyślałem też, że wrócimy do tradycji niedzielnych rozstrzygnięć, stąd zwycięzcę, wybranego według nieustalonych jeszcze kryteriów, ogłoszę 01.12.2024.


No to chyba tyle. Kreatywności i dobrej zabawy życzę!


#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Dawno, dawano temu, w odległej galaktyce - a nie nie ta bajka xD


2 tygodnie temu rozpoczęła się bajkowa edycja #naopowiesci , która z powodu upływu czasu i napływu zgłoszeń wymaga od nas dokonania #podsumowanienaopowieści . Zakończmy więc!


W szranki stanęło 4 śmiałków (siebie nie liczę):


Królestwo - @George_Stark

Bajka nieregulaminowa, która nie bierze udziału w konkursie - @KatieWee

pierwszy odcinek drugiego sezonu przygód szeryfa Kowalskyego - @moderacja_sie_nie_myje

Bajka o Lęku i Gniewie - @splash545

Bajka bez Internetu - @moll


Ponieważ kryteria oceniania nie były podane, a czasem kto pierwszy, ten lepszy, więc zwycięzcą tej edycji zostaje @George_Stark .


Zwycięzcy gratulujemy. Pozostałym uczestnikom również. Dziękuję za wspólną zabawę

(a ponieważ mam kryzys bombelkowy przepraszam za brak dyplomów i wyróżnień)


#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Do końca tej edycji #naopowiesci pozostały 3 dni - termin to 13.11.2024 więc póki mam chwilkę wrzucam swoją bajkę


Bajka bez Internetu


Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma dolinami, poza granicami cywilizacji, na końcu świata, stała chatka babci Apolonii. A przynajmniej tak uważał Wojtek, jej najmłodszy wnuk, który wyjazdy do rodzicielki swojego taty uważał za najwyższy i zupełnie niezasłużony wymiar kary. A kara ta odbywała się z pewną regularnością, niezmiennie, wyznaczając rytm roku na równi z wiosną, latem, jesienią i zimą, odkąd sięgał pamięcią i jeszcze dłużej - święta, urodziny babci, czasem kilka dni ferii, a czasem część wakacji… Mimo jego narzekań, nalegań i usilnych starań, rodzice z uporem ciągali go ze sobą. A w tym roku postanowili, że na kilka wakacyjnych dni zostanie sam, zupełnie sam, w tym koszmarnym miejscu!

Domostwo babci Apolonii nie stało na końcu świata, lecz na krańcu wsi Masełko. Niemal pod samym lasem, który dopiero od niedawna odrastał od bycia monokulturą sosny, śmigającej strzeliście ku niebu, w równych rzędach niczym drzewne bataliony. Schludne i nieduże podwórko, pozostałość po dawnym gospodarstwie, było otoczone płotem z siatki w tych miejscach, gdzie akurat nie było opustoszałych budynków gospodarczych. Do parterowego domu z czerwonej cegły, skrytej pod nijakim tynkiem doklejony był na tyłach babciny ogródek - pyszniące się feerią barw rabaty wabiły słodkim zapachem i ogłuszały nieustannym od świtu do zmierzchu bzykiem pszczół i innych owadów. A poza tym nie było niczego… Co najgorsze, może i u babci był prąd, jak w każdym “normalnym” według Wojtka domu, jednak nie było Internetu! Totalnie! W ogóle! Żadna firma telekomunikacyjna nie doprowadziła do samotnej chatynki łącza kablowego, a telefon komórkowy miał tak słaby zasięg, że jeśli babcia miała ochotę na rozmowę z którymś ze swoich dzieci lub wnucząt, wsiadała na rower i jechała do nieco wyżej położonego “centrum” wioski, by podłapać kilka kresek do normalnej rozmowy. Jednak nadal było to zbyt mało i zbyt uciążliwe, by chłopiec mógł obejrzeć filmik lub pograć w swoje ulubione gry.

-Nie możecie mi tego zrobić! - w wieczór poprzedzający wyjazd do babci, Wojtek przypuścił ostatnią, beznadziejną szarżę na rodziców.

-Przecież niczego takiego nie robimy - słodki uśmiech mamy i jej spokojny głos akurat w tej chwili nie działał na Wojtka kojąco, wręcz przeciwnie.

-Zmarnujecie mi życie!

-To tylko kilka dni… - włączył się do rozmowy tata, unosząc głowę znad talerza z kolacją - wiesz dobrze, że ja jadę w delegację, a mama po pracy odwozi ciocię Halinkę na rehabilitację. Nie możemy zostawić cię samego na całe dnie.

-Kilka dni?! To cała wieczność! I mogę zostawać sam! 

-Jeszcze trochę podrośniesz i wrócimy do tematu zostawania samemu w domu - wizja siedmioletniego jedynaka samego całe dnie nie była szczytem marzeń jego rodziców. - Zaraz zaczynamy z mamą urlop, więc wynagrodzimy ci nudy u babci, pojedziemy gdzieś we trójkę, sam wybierzesz co będziemy robić, dobrze?

-Dobrze - chłopiec niechętnie postanowił się zgodzić. W głowie już mu kołatała myśl o nowym parku rozrywki, w którym było paru jego kolegów z klasy i tak strasznie przechwalali się przejazdem kolejkę górską. Też chciał się nią przejechać.

Następnego dnia podróż upłynęła Wojtkowi w ponurym nastroju. Nie pomogły ulubione łakocie, naładowany tablet czy próby zagadywania przez rodziców. 

A dalej było już tylko śmiertelnie nudno! Babcia zauważyła, że urósł od ostatniej wizyty, miała dla niego ugotowany kompot z porzeczek i chciała go uraczyć ciastem albo chociaż lodami, w czasie, gdy rozmawiała z ożywieniem z jego rodzicami.

Dorośli są tacy nudni, tylko siedzą i gadają, pomyślał malec, siedząc z głową ukrytą w dłoniach, wpatrując się w topniejącą na dnie kolorowej miseczki porcję lodów. Czas ślimaczy się niesamowicie, kiedy nie można go zająć czymś interesującym. Chciałbym być w domu i pograć z Bartkiem, on na pewno ma Internet u swojej cioci!

-No nic, to my się już będziemy zbierać, muszę się jeszcze spakować przed wyjazdem do Poznania - te słowa taty wprost zmroziły Wojtka, który wolał się jednak nudzić z rodzicami przy boku niż zostać tutaj tylko z babcią.

-Uważajcie na siebie, a ty się nie zgub w tym całym Poznaniu - żegnała syna i synową babcia Apolonia.

-Dziękujemy, mamo. Baw się dobrze, synku!

-I bądź grzeczny!

I zatrzasnęły się za nimi drzwi samochodu. I odpalił się silnik. I auto odjechało, tak po prostu polną drogą w kierunku zachodzącego na Masełkiem słońca. I Wojtek został tu zupełnie sam…

-Idę do pokoju - naburmuszony Wojtek nie miał najmniejszej ochoty siedzieć ani chwili dłużej z babcią. Ostatecznie, zanim tablet się rozładuje, może zdąży obejrzeć po raz setny “Auta”, które znał praktycznie na pamięć.

Następny poranek chłopcie powitał w równie kiepskim nastroju. Był burkliwy i niemiły dla babci, która na wszelkie babciowe sposoby chciała go rozchmurzyć.

-Może wyjdziesz na dwór? Taka ładna pogoda, nie siedź w domu. W obórce znalazłam stary rower twojego taty, mógłbyś na nim pojeździć, jeśli chcesz. Pan Zenek pomógł mi go naszykować dla ciebie. Tylko wsiąść i jechać. Tylko nie za daleko, żebyś się nie zgubił!

Wojtek ciężko westchnął i wyszedł z kuchni. Oglądanie filmów wydawało mu się równie nudne, co siedzenie z babcią, postanowił więc wciągnąć trampki i wyjść z domu. Przynajmniej będzie mógł się nudzić sam!

Nogi poniosły go w kierunku próchniejącej stodoły. Deski skrzypiały złowieszczo, za to porastające tył budynku pokrzywy wydawały się idealnym miejscem do bezproduktywnego rzucania kamieniami w chaszcze i bicia w nie patykiem, póki nie wymyśli czegoś lepszego. No i była tu odrobina cienia, a dzień zapowiadał się naprawdę upalnie.

Rzucanie kamykami szybko by się chłopcu znudziło, gdy gdzieś przy piątym lub szóstym kamyku z pokrzyw dobiegło: 

-Mrrrał! Ał! Ał! Ał - wypowiedziane bardzo kocio, z dużą dozą pretensji.

Z krzaków wyłonił się duży, bury kocur.

-To ty we mnie trafiłeś kamieniem? Kto to widział, rzucać w innych! - kot gadał jak najęty i zbliżał się do chłopca.

-Yyyyy, to ty mówisz?

-A co w tym dziwnego, ludzki szczeniaku? - kot nie wydawał się być niczym zaskoczony, w przeciwieństwie do Wojtka.

-Koty przecież nie potrafią mówić!

-A jednak, jak widzisz, mówię. Mraurycy jestem, do usług - kot się skłonił, przysiadł z gracją na zadku i wpatrując się w chłopca zaczął badać czubek głowy, w który oberwał chwilę wcześniej kamieniem.

-Wojtek! - chłopiec bez namysłu również przedstawił się kotu, w końcu byłoby to niegrzeczne, skoro Mraurycy również to zrobił.

-Skąd się tu wziąłeś szczeniaku-Wojtku? - zapytał kot, liżąc łapkę i wpatrując się przenikliwie w chłopca.

-Nie jestem szczeniakiem! Mam już 7 lat i przyjechałem do babci Apolonii na wakacje! - wyrzucił z siebie Wojtek - A właściwie to rodzice mnie przywieźli, bo ja wcale nie chciałem! Tutaj jest nudno i nie ma Bartka!

-Czyli jesteś szczeniakiem Dobrej Pani Co Daje Mleko - Mraurycy zamyślił się przez moment - Skoro się nudzisz, może chcesz ze mną zapolować na myszy?

Wojtek ożywił się na myśl o polowaniu z kotem i ruszył za Mraurycym, który nie oglądają się na niego, już znikał w wysokiej trawie na rozciągającej się za gąszczem pokrzyw łączce.

Okazało się, że Wojtek słabo łapie myszy, polowanie na ptaki w jego wykonaniu to całkowita pomyłka - wszystkie wróble w okolicy pouciekały, a zamiast łapać drobne rynki w pobliskim strumieniu, chłopiec zdjął buty i skarpetki i zaczął chlapać wodą, mocząc nią wypielęgnowane futerko Mraurycego.

Tego kotu było już za wiele, więc postanowił zabrać chłopca na podwórko, skoro dzisiejsze próby polowania spełzły na niczym.

-O, jesteś, już cię miałam szukać - babcia Apolonia właśnie odwiązywała przybrudzony fartuch - Zrobiłam racuchy na obiad. Cześć Burasku - zwróciła się do kota - chyba się zakolegowaliście, co? Przyniosę ci spodeczek mleka!

Babcia wróciła do domu, a Mraurycy (zwany Buraskiem), rozsiadł się na ganku i czekał w iście królewskiej pozie na swoje mleko. 

-Popołudnie spędzam na wygrzewaniu się za oborą, jeśli chcesz, możesz do mnie dołączyć - powiedział kot w kierunku chłopca i przymknął oczy, nie oczekując odpowiedzi.

Wojtek umył przykurzone ręce i buzię, i z apetytem pałaszował kolejne racuchy. Dawno nic mu tak nie smakowało!

-I co? Bawiłeś się dobrze? - zagaiła babcia ciekawa, gdzie wywiało jej małego marudę na tyle czasu - Co robiłeś?

-Łowiliśmy z Mraurycym myszy i ryby, i nic nie złapaliśmy, ale to nic. Ale najgorsze były ptaki. Tak szybko odlatują, że nie udało mi się złapać nawet wróbla!

Babcia słuchała opowieści Wojtka z lekkim uśmiechem. Najbardziej rozbawiło ją imię nadane Buraskowi przez Wojtka - Mraurycy - dobre sobie!

-Co będziesz robił po obiedzie?

-Idziemy za oborę, wygrzewać się na słońcu.

-Dobrze, tylko załóż czapkę z daszkiem i wróć na kolację. 

W ciągu kolejnych dni Wojtek i Mraurycy byli praktycznie nierozłączni - wspinali się po drzewach, tropili zające, wygrzewali się w słońcu, tylko ze wspólnych polowań z ludzkim szczenięciem kot chciał zrezygnować (wszystkie myszy w okolicy śmiały się w głos z jego niezgrabnego pomocnika), ale ostatecznie chociaż łowienie ryb zostało zwieńczone sukcesem, gdy pan Zdziś pożyczył Wojtkowi starą wędkę, wykonaną leszczynowej witki. Rybki chłopiec złowił pierwsza klasa i oddał mu wszystkie!

W ogóle nie brakowało mu tabletu i gier. Wieczorami bywał zbyt zmęczony, żeby obejrzeć bajkę, a babcia Apolonia potrafiła tak ciekawie opowiadać, gdy odprowadzała go do pokoju do snu. Podobały mu się szczególnie historie o Indianach. Wraz z Mraurycym założyli plemię Czarnych Stóp (babcia Apolonia twierdziła, że było to Plemię Czarnych Stóp, Rąk i Buź). Te wszystkie przygody… Miał je tutaj, z Mraurycym! Jak opowie chłopakom o wakacjach z gadającym kotem, to wszyscy będą mu zazdrościć bardziej, niż tego legendarnego miecza, który zdobył na rajdzie w maju.

Dzień, w którym przyjechali rodzice zaskoczył Wojtka niezmiernie.

-Sobota? To już? - chłopiec wydawał się tym faktem równie rozczarowany, jak wcześniej samym wyjazdem do babci na wieś.

-Tak, to już. Rodzice powinni dojechać po południu - Apolonia bardzo się ucieszyła, że mały bawił się tak dobrze, że stracił rachubę czasu. Był teraz taki żywy i opalony. Prawdziwa Czerwona Twarz. Bardzo przypominał swojego tatę w jego wieku.

Samochód rodziców z szumem silnika podjechał pod bramę. Jednak nikt tam na nich nie czekał z utęsknieniem. Podwórko było ciche i martwe, póki z domu nie wychyliła się uśmiechnięta staruszka.

-Cześć mamo! - tata Wojtka zamknął zasuszoną sylwetkę babci Apolonii w iście niedźwiedzim uścisku - gdzie Wojtek?

-A jeszcze nie wrócił, gdzieś biega z Buraskiem i się bawi. Założyli własne plemię i chyba są na łowach na bizony…Wejdźcie, zrobię coś do picia, a wódz Czarnych Stóp powinien niedługo pojawić się na obiad. 

Nie minęła godzina, w trakcie której staruszka opowiedziała synowi i synowej, jak minął jej wspólny tydzień z Wojtkiem i chłopiec już był. Trochę umorusany, z kilkoma piórami zatkniętymi na głowie wygląda jak najprawdziwszy wojownik. Za nim, statecznym krokiem podążał bury kocur. Widząc rodziców, malec rzucił się ku nim biegiem.

Kot przysiadł swoim zwyczajem na ganku, czekając na miseczkę mleka. W tym czasie nastąpiły wszystkie uściski i powitania.

Potem obiad i lody, w trakcie których Wojtkowi nie zamykała się buzia, gdy opowiadał o wspólnych wyczynach z Mraurycym.

-Tropiliśmy tego bizona już dobrych kilka mil, czołgając się w trawach. Byliśmy bezszelestni! Mieliśmy go na wyciągnięcie ręki i już, już go mieliśmy otoczyć z dwóch stron. Mraurycy od południa, ja od wschodu, byłby w kleszczach i by nam nie uciekł! I wtedy zjawił się on! Dudniący demon pól! Bizon się spłoszył, a my musieliśmy wracać na kolację, bo babcia by się martwiła.

Po kolejnej dzikiej historii rodzice postanowili wracać z Wojtkiem do domu. Chłopiec poszedł z mamą spakować swoje rzeczy. Postanowił zabrać swój pióropusz, więc mama pieczołowicie umieściła go na wierzchu, by pióra się nie połamały w trakcie drogi.

-Czas się pożegnać - tata uśmiechnął się do synka.

Malec podbiegł do babci i mocno ją uścisnął, prawie ją przewracając.

-Wojtek! - krzyknęła mama.

-To nic - babcia Apolonia przygarnęła chłopca do siebie - No, to jak? Wpadniesz jeszcze do babci?

-Tak! - uśmiech na twarzy dziecka mówił wszystko. - Ale przed muszę się jeszcze z kimś pożegnać.

W trakcie, kiedy rodzice żegnali się z babcią i pakowali torbę Wojtka do auta, ten podszedł do wylegującego się pod ławką na ganku Mraurycego, który z brzuszkiem pełnym mleka nie potrzebował już niczego więcej do szczęścia, w swoim prywatnym, kocim raju.

-Mraurycy, jadę już do domu. Fajnie było. Jeszcze do ciebie przyjadę. - chłopiec wyrzucał z siebie kolejne zdania, jednak Mraurycy nie odpowiadał. Patrzył na niego zaintrygowany i pacnął go lekko łapką w rękę, gdy ten spróbował go pogłaskać.

W końcu wstał lekko zirytowany przerywaniem mu sjesty.

-Miau - miauknął zupełnie po kociemu, z gracją otarł się o nogi swojego wodza i długimi susami oddalił się w kierunku ulubionych terenów łowieckich za stodołą.

Wojtek wzruszył ramionami i wsiadł do samochodu. Machał do babci, póki ta nie zniknęła z mu z widoku.

Po powrocie do domu Wojtek postanowił pozostać wodzem Czarnych Stóp. Koledzy z podwórka zostali wojownikami jego plemienia. Rada plemienna zbierała się niemal codziennie przy karuzeli na placu zabaw. Mniej czasu spędzał przed tabletem i komputerem, w końcu bycie wodzem to nie tylko przywileje, ale też sporo poważnych obowiązków, szczególnie, gdy w okolicy zaczęło grasować kilka innych plemion.


----


2064 słowa (dokumenty Google)


----


#zafirewallem #tworczoscwlasna

@moll ależ kapitalnie się je czytało! Bardzo przyjemne opowiadanie z tematem na czasie i super pomysł z tym gadającym kotem.

Wieś Masełko i Mraurycy O i jeszcze te drzewne bataliony i w sumie całe to zdanie z nimi wpadło mi w oko.

Zaloguj się aby komentować

Bajka o Lęku i Gniewie


Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma dolinami, dawno, dawno temu, w lesie na Lubelszczyźnie, mieszkał sobie chłopak - Brain.

Tu jednak gwoli ścisłości pozwolę sobie wtrącić, żeby była jasność, jego imię wywodzi się z angielskiego rodu szlacheckiego. Nie chciałbym, żeby ktoś pomylił to eleganckie angielskie imię z polskim plebejskim Brajankiem. Skoro mamy już jasność, kontynuujmy...

Tak więc Brain żyjąc w dawnych, niebezpiecznych czasach, na skutek pewnych zawirowań losu zamieszkał w chatce w dzikich lubelskich kniejach. Całe szczęście nasz bohater nie był sam, miał tam dwójkę swoich dobrych przyjaciół - Lęk i Gniew. To dzięki nim udawało mu się przeżyć w tej niebezpiecznej krainie. Wielokrotnie jego przyjaciele pilnowali, żeby nie wpadł w kłopoty oraz ratowali go z tarapatów. Byli niezawodni i zawsze mógł na nich polegać. Każdy z nich miał inną paletę zalet, a wzajemnie uzupełniali się wręcz doskonale.


Lęk był szybki, lecz też ostrożny i potrafił przewidywać zagrożenia z dużym wyprzedzeniem. Miał niesamowity instynkt, tak jakby szósty zmysł mówiący mu kiedy najlepiej się wycofać, lub jaką drogą najlepiej będzie obejść niebezpieczeństwo.

To dzięki niemu Brain omijał jak najszerszym łukiem chatkę na kurzej stopie. Chatka ta stała w środku lasu i była w całości zrobiona z piernika! Gdy Brain ją zobaczył chciał do niej podbiec i od razu wziąć się za wygryzanie dziury w ścianie. Wtedy lęk złapał go za rękę i rzekł:

- Poczekaj, lepiej tego nie robić, a nawet tam nie podchodzić.

- Ale jak to?! Zobacz, tyle słodkości! Ze słodkich rzeczy ostatnio jem tylko borówki!

- No właśnie! Skąd w środku lasu znalazło się tyle piernika? Nie wydaje Ci się to trochę dziwne?

Jakby na potwierdzenie tych słów zahukała sowa siedząca na dachu chatki. Przekręciła głowę w prawo, w lewo, przyglądając się naszym bohaterom pod różnymi kątami. Następnie odwróciła się i obróciwszy samą głowę o 180 stopni kontynuowała ich obserwację. Była bardzo dziwna.

- Ale, ale... - zapał Braina trochę opadł.

- Druga rzecz - kontynuwał Lęk - do kogo by ta chatka nie należała, jak myślisz co się stanie jak właściciel zastanie ją z dziurą w ścianie?

- Pewnie nie będzie zadowolony...

- No właśnie!

Tym oto sposobem Brain odpuścił, a Lęk idąc przodem prowadził go przez leśne ścieżki spowrotem do domu. Czasem przystawał i nasłuchiwał. Dzięki temu udało im się ominąć stado wilków, które wylegiwało się na polance przez, którą biegła trasa. Co prawda chłopaki się trochę pokłuli od kolców krzaków jeżyn omijając je, ale udało im się bezpiecznie dotrzeć do domu. A Brain uzbierał całą czapkę jeżyn, żeby choć trochę sobie wynagrodzić smak słodkich pierniczków, którymi się obszedł.

Później okazało się, że dobrze zrobili! Po lesie zaczęła krążyć legenda, że jakieś dzieciaki wygryzły dziurę w ścianie chatki z piernika, a straszna wiedźma ścigała potem ich matkę o zwrot kosztów naprawy! A to nie były tanie rzeczy! Nieraz Brain obserwował przez okno jak wiedźma śmieje się opętańczo lecąc na miotle po odbiór kolejnej raty. Gdyby wtedy nie posłuchał Lęku z pewnością zrujnowałoby to skromny budżet naszego bohatera.


Za to Gniew nie bał się nigdy! Brain nie znał nikogo bardziej dzielnego niż on! Gniew potrafił uratować Braina z nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji. Za każdym razem gdy już wydawało się, że nic nie da się zrobić i Braina czeka rychły koniec, wtedy właśnie Gniew zaczynał działać i robił to doskonale.

Tak też było kiedy Brain przechodził przez most idąc do miasta na zakupy. Wszyst­ko wydawało się w porządku, nasz bohater już właśnie z niego schodził. Kiedy nagle wyszedł spod niego wielki troll zaganiając Braina w przygotowaną na nim wnękę i domagając się zapłaty za jego przejście. Brain nawet nie miał tyle pieniędzy, a gdyby dał mu to co miał nie starczyłoby mu już na zakup jedzenia. Pozostała jedna droga przez barierkę wprost w nurt rwącej rzeki. Nasz bohater nie umiał pływać zbyt dobrze, poza tym był już początek grudnia.

- Nie skacz nie uda Ci się tego przeżyć. - szeptał mu Lęk zza pleców.

Wtedy do akcji wkroczył Gniew, wyszedł wprost na trolla i zaczął się wydzierać:

- Co to ma być za pobieranie opłaty z zaskoczenia?! Opłatę pobiera się jawnie! Gdzie informacja o opłacie?! Gdzie tabliczka z ceną?!

Troll lekko cofnął się, lecz nie chciał odpuścić. Gniew za to nakręcał się coraz bardziej, krzyczał, wrzeszczał, aż w końcu nie chcąc tracić rezonu dał trollowi fangę w nos! Tego troll się nie spodziewał i chyba bardziej z tego zdumienia niż od ciosu przewrócił się. Brain ośmielony działaniem Gniewu skoczył mu na mały palec i już po chwili ciągnięty przez Lęk, oddalił się w stronę miasta przy akompaniamencie trollowego wycia.

- Mój biedny paluszek, ałaaa! - niosło się po całym trakcie.

Gniew nie tylko wtedy ocalił naszego bohatera. Innym razem Gniew przepłoszył całe stado dzików, a jeszcze innym pomógł wygrać bójkę Brainowi gdy napadli go bandyci.


Tak więc pomimo wielu niebezpieczeństw dzikich lubelskich ostępów, Brain zawsze dawał sobie radę. Mając takich przyjaciół jak Lęk i Gniew niczym nie musiał się martwić. Mógł im powierzyć swoje życie, co też czynił chętnie mając do nich wielkie zaufanie. A Lęk i Gniew mogąc działać swobodnie stawali się coraz silniejsi i coraz sprawniej dawali radę przeciwstawiać się wszelakim niebezpieczeństwom.


W pewnym jednak momencie nastał czas transformacji i wszystko się pozmieniało. Na tronie małego wówczas miasteczka - Lublin zasiadł król Jerzy, zapamiętany po wsze czasy jako Twórca. Przydomek jego wynikał z tego, że z małej mieściny w środku lasu udało mu się stworzyć wielkie miasto-królestwo. Chodziły plotki, że ponoć też tworzył poezję, jednak była ona tak niskich lotów, a traktowała o tematach takich jak kał i uryna, więc może lepiej byłoby o tym wcale nie wspominać...

Także zapomnijmy o tym i skupmy się na pozytywach! Lublin za panowania króla Jerzego rozrósł się na potęgę, wchłonął sporą część lubelskiej dziczy, gdzie nastała cywilizacja i dobrobyt! Jerzy Twórca zadbał też o bezpieczeństwo mieszkańców całego regionu i przy pomocy swojej prawej ręki, kapitana straży, syna kowala - Kowalskiego, zaprowadził tam prawo i porządek. Kowalski zasłynął z licznych eskapad w leśne rejony gdzie razem ze swoją grupą elitarnych żołnierzy zwanych Czarną Brygadą, łapał wszelakich bandytów i wybijał czające się wszędzie straszne potwory. Już nikogo nie nękały trolle, strzygi i wilkołaki. Natomiast największą sławę zyskał zabijając ostatniego Smoka ukrywającego się w sercu lubelskiego lasu, w grocie Kraka i od tamtej pory wszystkie dziewice mogły już czuć się bezpieczne.


Wróćmy jednak do głównego bohatera naszej opowieści Braina. Otóż Brain na skutek przemian wprowadzonych przez króla Jerzego, pozbył się swojego dawnego domku w zamian za udziały w połowie lokali mieszkalnych w kamienicy, która wyrosła w jego miejscu. Tak więc nasz bohater zamieszkał w jednym z nich, a konkretnie na parterze i żył sobie w dostatku pobierając czynsz, który płacili mu mieszkańcy reszty należących do niego lokali.

W każdym razie tak było na początku... Bo gdy tylko wrzawa transformacji ustała Brain wrócił do swoich dawnych nawyków z życia w dziczy i w całości zawierzył swoje życie przyjaciołom - Gniewu i Lękowi.

Lęk gdy tylko słyszał jakieś szmery, stuki, czy dyskusje w mieszkaniach wyżej interpretował to jako zagrożenie. I właśnie wtedy nasz bohater razem z Lękiem przechadzali się nocą ulicami miasta. Unikając przy tym zatłoczonej starówki, na której każdego wieczoru mieszańcy Lublina gromadzili się w kawiarniach i pubach, żeby się bawić oraz nawiązywać i umacniać relacje.


Przez te nocne wędrówki Brain był ciągle niewyspany i rozdrażniony. Gniew widząc co się dzieje uderzył pięścią w stół!

- Dosyć tego! Wykończysz się! Trzeba coś z tym zrobić!

Od tego momentu gdy tylko Lęk informował o niebezpiecznych dźwiękach, wtedy Gniew wkraczał do akcji. Zaciągnął Braina do mieszkania wyżej i zrobili razem awanturę jego mieszkańcom. Okazało się, że słusznie! Ponieważ mieszkali tam wieczni imprezowicze, zaprawiajacy się różnego rodzaju trunkami każdego wieczora a późniejsze hałasy były skutkiem ich działania. Na kilka dni był spokój i znów hałasy. Gniew wiedział już co robić i po kolejnych dwóch kłótniach, wziął za chabety po kolei każdego z kłopotliwych lokatorów i wyrzucił ich na bruk.

Kolejni lokatorzy byli już cisi... do czasu, aż urodziło im się dziecko. Gniew nie zastanawiając się ani chwili ciągnął Braina i urządzał awanturę młodemu małżeństwu za płacze noworodka. Szybko się przez to wyprowadzili. Gniew zadowolony ze swojej skuteczności rozszerzył swoją działalność na klatkę i awanturował się z każdym z sąsiadów. A to bo wchodził za głośno, a to za późno, a to za wcześnie, a to za wnoszenie mebli do lokalu. Przez te działania klatka kamienicy należąca do Braina szybko opustoszała i nikt nie chciał wynajmować lokali należących do niego. Brain już nie musiał obawiać się hałasów, bo żadnych nie było. Za to Lęk każdego wieczoru zamartwiał się wraz z Brainem, podsuwając mu myśli: co oni teraz poczną i za co będą żyli. I faktycznie, nie minęły dwa miesiące a poza pismami urzędowymi domagającymi się zapłaty, do drzwi Braina zapukał urzędnik domagający się pieniędzy. Brain niewiele myśląc dopingowany przez Gniew uderzył go w twarz, co skończyło się tygodniowym pobytem w areszcie dla naszego bohatera.


Brain gdy tylko opuścił areszt, w dalszym ciągu słuchając ciągle przekrzykujących się, nie wiedzących już sami co robić Lęku i Gniewu, postanowił uciec z nimi do lasu i żyć tak jak kiedyś. Ruszyli więc bez namysłu otoczeni przez lutowe mrozy wprost w leśne knieje.

Szli i szli, brnąc w coraz głębszym śniegu. Lęk zaczął się lękać o przemoczone buty, a Gniew gniewał się o to samo. A Brain cały się trząsł targany gniewem, lękiem i mrozem, lecz szedł przed siebie bo już nie wiedział co ma robić, bo niby skąd miałby to wiedzieć? Przez całe swoje życie przecież niewiele musial myśleć. Ufał zawsze swoim jakże niegdyś skutecznym przyjaciołom, którzy jednak niezbyt dobrze odnajdywali się w dzisiejszych czasach.

- Co mam robić? No co? - wciąż szeptał do siebie przemarznięty i wycieńczony.

W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że mówi do siebie, bo Lęk i Gniew gdzieś się zgubili po drodze. Może opadli pierwsi z sił na mrozie?

- Czyli nie musze się ich słuchać? Może wymyślę sam jakiś plan działania, jak by się tu odnaleźć?

Brain zawrócił do domu i wciąż dumał idąc w jego stronę. Nie wiedział czy uda mu się w ogóle wrócić, bo ledwo powłóczył nogami cały dygocząc z zimna. Jednak los się do niego uśmiechnął i gdy tylko wyszedł na trakt natrafił na wóz jadący wprost do miasta. Jak woźnica go tylko zobaczył to bez pytania zapakował go pod derkę i milcząc ruszyli, a Brain wciąż rozmyślał.


Gdy doszedł już do siebie w swoim mieszkaniu, wrócili do niego Lęk i Gniew. Faktycznie opadli z sił w lesie, jednak szybciej zawrócili i również udało im się dotrzeć do mieszkania. Nim jednak zdążyli się odezwać Brain rzekł do nich pierwszy:

- Chłopaki miałem chwilę, żeby sobie wszystko przemyśleć. Mogłem polegać na Was całe swoje życie i bardzo Wam za to dziękuję. Jak jednak sami widzicie Wasze przywództwo słabo się sprawdza w dzisiejszym świecie. Chciałbym, żebyśmy spróbowali, żebym to teraz ja kierował naszą grupą. Cenie Wasze doradztwo i chcę, żebyście dawali mi sygnały co się dzieje, jednak ostateczna decyzja co robimy od tej pory będzie należeć zawsze do mnie. Obiecuję Wam, że będę ćwiczył swój rozum i rozsądek, żeby moje decyzje były dla nas zawsze jak najlepsze.

Na te słowa Lęk zaczął się lękać, a Gniew gniewać, jednak biorąc pod uwagę ostanie wydarzenia, zgodzili się niechętnie.

Od tej pory Brain gdy tylko usłyszał coś co podsuwał mu Gniew albo Lęk nie zaczynał działać, lecz myśleć. Dopiero po przemyśleniu jaka decyzja będzie najbardziej optymalna zaczynał działać. Początkowo Lęk lękał się, że jego reakcje są zbyt wolne. Gniew za to gniewał się za brak zdecydowania. Brain musiał odbyć z nimi jeszcze wiele rozmów, żeby ich upewnić, że wie co robi i uspokoić gdy chcieli przejąć nad nim kontrolę. Po czasie się to udało, a Brain mając już jakieś doświadczenie w kierowaniu swoją grupą potrafił reagować szybciej i bardziej zdecydowanie, lecz w sposób zawsze rozumny i wyważony.


Okazało się to dobrą taktyką w obecnych czasach. Brain zapełnił swoje lokale nowymi lokatorami. Dał się też poznać jako dobry najemca potrafiący gasić konflikty w zarodku, lecz nie wtrącający się do życia mieszkańców jego kamienicy.

Teraz spał zawsze spokojnie i szybko przyzwyczaił się do stuków kamienicy oraz gwaru miasta. Chodził też wieczorami na starówkę, gdzie poznał swoją przyszłą żonę. Zrobił na niej wrażenie recytując swój wiersz w jednej z kawiarni, która urządzała raz w tygodniu poetyckie slamy.

A co z Gniewem i Lękiem? Do końca życia towarzyszyli Brainowi, lecz nie narzucali mu się zbyt mocno. Widzieli, że jego rozumne działanie jest skuteczne, więc byli szczęśliwi mogąc mu towarzyszyć, jedynie od czasu do czasu szepcząc mu pewne rady.


Liczba słów: 2047


#naopowiesci #zafirewallem #tworczoscwlasna

Każdy z nich miał inną paletę zalet, a wzajemnie uzupełniali się wręcz doskonale.


Ale ładnie to zdanie brzmi!


Co prawda chłopaki się trochę pokłuli od kolców krzaków jeżyn omijając je, ale udało im się bezpiecznie dotrzeć do domu.


To jest piękny przykład tego, jak ważna jest składnia i jak ważna jest redakcja. Chwilę mi zajęło zastanawianie się jaki sposobem krzaki jeżyn, które chłopaki omijali, mogły ich pokłuć.


Szli i szli, brnąc w coraz głębszym śniegu. Lęk zaczął się lękać o przemoczone buty, a Gniew gniewał się o to samo. A Brain cały się trząsł targany gniewem, lękiem i mrozem, lecz szedł przed siebie bo już nie wiedział co ma robić, bo niby skąd miałby to wiedzieć?


O, i to też jest bardzo zgrabne.


***


I cała bajka też ładna, z bardzo ładnym morałem. Gratuluję.

Zaloguj się aby komentować

Uszanowanie Kawiarenkowicze :) 


Czas przerwać na chwilę sonetowe szaleństwo, nadszedła pora #naopowiesci


Zasady są jasne , mam nadzieję, że je moje opowiadanie spełnia.


Po umiarkowanej przerwie przedstawiam pierwszy odcinek drugiego sezonu przygód szeryfa Kowalskyego


Ostatni odcinek pierwszego sezonu można poczytać tutaj ale żeby nie przedłużać to zaczynamy


***


"Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma dolinami, żyła bardzo stara koza..." - małemu Rickowi czytała bajeczkę mama. Niespełna milę dalej z wyraźnym zadowoleniem Burmistrz Hopper czytał asystentowi: "Szeryf Walther Kowalsky aresztowany za morderstwo", "Potwór z gwiazdą"...


- Widzisz Lemi, w końcu się doigrał, dobrze że posłaliśmy po tych ważniaków


- Pan posłał Burmistrzu... - nieśmiało odpowiedział podwładny


- Nieważne, ważne że mamy go z głowy.


- Dopóki nie wisi, sugerowałbym zatrudnić ochronę.


Burmistrz parsknął śmiechem


- Ze stryczka się już nie wywinie...


Kowalsky siedząc sam w ciemnej celi nudził się potwornie. Nawet zapalić nie miał co. Jego jedyną rozrywką było oczekiwanie na przesłuchanie. I wreszcie się go doczekał.


- Papierosa? - zapytał Collins podając otwartą paczkę


- O dziękuję! - radośnie powiedział Kowalsky, zmiął ją w ręce i rzucił na ziemię - Nie palę - dodał ze smutkiem


- Dziwny z ciebie szeryf, Kowalsky


- Jak to się stało, że stróż prawa siedzi w celi z zarzutem morderstwa? - wtrącił Dawson


- Sam chciałbym wiedzieć... - teatralnym gestem rozłożył ręce niedawny stróż prawa - A kogo zabito?


- Twojego zastępce Theodore'a McPenny'ego oraz Caroline Harrison


- Jaką Caroline?


- Caroline Harrison


- Tę śpiewaczkę?! - zacisnął pięści przejęty Kowalsky


- Córkę sędziego Harrisona a nie śpiewaczkę


- A to nie znam - smutno pokręcił głową


- A chociaż pochowano ich po chrześcijańsku? - zapytał z troską


- Kowalsky nie graj głupa. Gdzie są ciała? - Collins nie dawał się wyprowadzić z równowagi


- Nie ma ciała, nie ma morderstwa.


- Sędzia cię skaże w poszlakowym procesie, to dobry znajomy familii Harrison. Do końca tygodnia zawiśniesz.


- Chyba że się przyznasz i wskażesz miejsce ukrycia ciał - dodał Dawson - dostaniesz dożywocie


Szeryf się głośno roześmiał.


- Co się tak przysraliście o jakąś małolatę ze wpływowej rodzinki?


- Wystarczy że za to jedno morderstwo odpowiesz, więcej nie trzeba. W d⁎⁎ie mamy twojego przygłupiego zastępcę i resztę tych wieśniaków.


Collins wyciągnął złoty zegarek


- Poznajesz? - To zegarek Caroline Harrison - oznajmił Dawson


- Tej śpiewaczki? Źle chodzi? - zatroskał się szeryf


- Wypadł jak wynosiłeś jej ciało. Świadek wszystko widział i to zezna w sądzie pod przysięgą.


- Wystarczy żebyś zawisnął - z uśmiechem dodał Collins - Przesłuchanie skończone.


- Stevens, wyprowadz więźnia! - krzyknął w stronę drzwi Dawson


I strażnik zaprowadził Kowalskyego z powrotem do celi.


Proces był sensacją w st. Augustino, z całego hrabstwa zjeżdzali się reporterzy.

Bukmacherzy pod stołem przyjmowali przeróżne zakłady, obstawiać można było wszystko, skazanie, uniewinnienie, nieskuteczną egzekucję, ucieczkę podczas rozprawy czy nawet szloch oskarżonego po wyroku.


W dniu rozprawy pod gmach sądu ciągnęły chmary gapiów, niektórzy siedzieli na dachach okolicznych budynków gdyż zabrakło dla nich miejsca na okolicznych ulicach. Policja ledwo dawała radę utrzymywać tłum w ryzach. Więzień Kowalsky przyćmił nawet przybycie operowej diwy Lady Mo'Blanche. Wóz z eskortą wiozący szeryfa z trudem się poruszał w morzu gapiów, mimo że policja nie szczędziła pałek.

W końcu jednak dotarli pod główne wejście. Gdy szeryfa wyprowadzono z wozu reporterzy zaczęli się przekrzykiwać pytaniami. Kowalsky dostrzegł stojącego pod ścianą młodszego Goldbauma który jak zawsze notował coś zawzięcie.

- Moje kondolencje Goldbaum! - krzyknął w jego stronę


Eskorta wprowadziła szeryfa do środka. Sala rozpraw była wypełniona morzem ludzi, dziennikarzy, ciekawskich, i agentów. Kowalsky wygodnie się usadowił i bezczelnie patrzył z ukosa na siedzących w głębi sali agentów Dawsona i Collinsa.


Nie minął kwadrans a woźny donośnym głosem oznajmił


- Proszę wstać, sąd idzie. Sędzia John Bowe!


- Proszę siadać - po chwili łaskawie powiedział sędzia wiercąc się w fotelu


Stuknął młotkiem i rzekł:

- Sprawa przeciwko Waltherowi Kowalsky'emu. Proszę oskarżonego o powstanie.


Kowalsky nie spiesząc się powstał.


- Oskarżony zamierza się bronić sam?


- Tak


- To bardzo zły pomysł. Osobiście odradzam.


- Poradzę sobie.


- Proszę zaprotokołować - zwrócił się do protokolantki


- Możecie siadać. Udzielam głosu oskarżycielowi.


Gruby, wąsaty jegomość, Robert Dale sapiąc powstał i łypiąc okiem przez binokla to na Kowalskyego, to na sędziego, zaczął przemawiać:

- Oskarżam Walthera Kowalskyego o zamordowanie Theodore McPennyego oraz o zamordowanie panny Caroline Harrison.


- Czy oskarżony przyznaje się do winy? - zapytał sędzia

- Tak.


Na sali rozległa się dzika wrzawa.


- Spokój! Spokój! - sędzia w szale tłukł młotkiem w blat - Bo wyproszę z sali!


Tłum po chwili zamilkł.


- Mam przed sobą protokół z przesłuchania, gdzie wyraźnie napisano, że oskarżony odmawia współpracy i nie przyznaje się do winy.


- Teraz się przyznaję. Nie będzie procesu, podatnik oszczędzi - wzruszył ramionami szeryf


- Czy oskarżony wskaże więc miejsce ukrycia zwłok?


- Oczywiście, że wskaże.


- Oskarżony zostanie odprowadzony do celi, po czym razem z przedstawicielami władz pod eskortą ma się udać w miejsce ukrycia zwłok. Po tym wydam wyrok. Przewód sądowy zamknięty - oznajmił uroczyście sędzia Bowe 


- Za pozwoleniem wysokiego sądu, mój klient chce wskazać teraz...


- Jak to? - zdziwił się sędzia


Kowalsky wstał, wyciągnął ramiona ku górze i zawołał donośnym głosem:


- Przyzywam Teddyego McPersona i Caroline Harrison!


Na sali zaczął wzrastać gwar i osłupiały sędzia aż wstał z miejsca gdy z tłumu wyszły dwie osoby. Jedną z nich była dobrze mu znana Caroline Harrison a drugą musiał być niewątpliwie Theodore McPenny.


- Dzień dobry szeryfie - zwrócili się do Kowalskyego


- Cud się stał, cud się stał! - zaczął krzyczeć na dwa głosy adwokat szeryf i oskarżony szeryf w jednej osobie


- Co to ma znaczyć?! - czerwony ze złości sędzia Bowe patrzył to na oskarżonego to na prokuratora


- Wszystko wyjaśnię. To niestety nie żaden cud - powiedział zawiedzionym głosem Kowalsky - to indolencja i głupota przedstawicieli władz w osobach agenta Collinsa, agenta Dawsona i tego grubasa tutaj, zapomniałem jak się nazywa ten prokurator...


- Robert Dale - wtrącił odruchowo osłupiały sędzia


- Oskarżenie o morderstwo na podstawie zeznania jednego świadka? - zwrócił się pytająco do oskarżyciela szeryf-adwokat


- Było... było... wiarygodne, nawet dowód rzeczowy mieli... - jąkając tłumaczył się Dale unikając wzroku sędziego


- Bo mu sam dałem ten zegarek i kazałem tak zeznać! - Kowalsky grzmotnął w pulpit


- Dlaczego? - zaciekawił się sędzia


- Bo musiałem ich ukryć, napad na biuro był zemstą na świętej pamięci sędzim Harrisonie. Obiecałem mu w ostatnich chwilach, że córka będzie bezpieczna - nikt jak Kowalsky nie potrafił mącić rzeczywistości, sam w taki przebieg zdarzeń już święcie wierzył - Więc ich ukryłem, Teddy miał jej pilnować aż wszyscy uwierzą, że naprawdę nie żyją.


- Caroline, czy tak było? - zwrócił się do panienki sędzia


- Tak było, panie sędzio - skwapliwie kiwnęła głową


Grzeczna dziewczynka - pomyślał Kowalsky - inaczej naprawdę musiałbym ją zapierdolić, przy tylu świadkach tak łatwo bym się już nie wywinął....


Blady Burmistrz Hopper drżącym głosem czytał naglówki:

"Szeryf bohater wychodzi z więzienia!",

"Kompromitacja władz! Morderstwa których nie było!",

"Zawieszeni agenci znikają bez śladu!"


Rozległo się pukanie do drzwi. Burmistrz aż podskoczył.

- Ach, to ty Lemi - odetchnął z ulgą widząc słuzącego w uchylonych drzwiach.


Ten chrząknął i powiedział grobowym głosem


- Szeryf Kowalsky przyszedł.


***


cdn.


#naopowiesci

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Bajka nieregulaminowa, która nie bierze udziału w konkursie:


Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma dolinami mieszkała czarownica, która miała wszędzie cholernie daleko.


Mieszkała w małej chatce ukrytej gdzieś głęboko w lesie. Kiedy koleżanki spotykały się na Łysej Górze na plotki, wino i tańce, ona siedziała w domu i patrzyła w ogień, w którym pomimo zakłóceń (miała bardzo słabe łącze fajerowe) mogła oglądać jak dziewczyny się bawią.

Gdy kolejny raz tego dnia zerwało jej połączenie kiedy chciała wrzucić do sieci przepis na muchy w konwaliowym sosie, czarownica wstała, tupnęła nogą i postanowiła przeprowadzić się w bardziej cywilizowane okolice. Nie wiedziała jednak dokąd dokładnie i nie potrafiła wybrać miasta, w którym miałaby zamieszkać. Postanowiła więc poprosić o pomoc swoich domowników. Miała ich wielu, bo wszyscy chcieli zamieszkać z czarownicą, która tak dobrze gotowała.

-Sowo, sowo co mieszkasz na strychu, pomóż mi wybrać miasto w którym powinnam zamieszkać!

Sowa zleciał ze strychu, ułożył swoje jak zwykle poczochrane pióra i odrzekł:

-Byłem raz w mieście, gdzie zbrodnie były na porządku dziennym. Z przyjacielem szukaliśmy winnych, ale okazało się, że wszyscy byli czemuś winni. Nie polecam ci tego miejsca czarownico, to nie jest miasto dla takich jak ty - i odleciał radośnie pohukując.

Czarownica podrapała się po głowie i zawołała pannę rusałkę o włosach jak brązowe wodorosty.

-Rusałko, co mieszkasz w stawie za domem, pomóż mi wybrać miasto w którym powinnam zamieszkać!

-Byłam raz w mieście, gdzie było pełno wody - słodkiej, słonej, do wyboru - rzekła rusałka. -Ale było tam też pełno ludzi, trochę za dużo jak dla mnie - i rusałka zostawiając po sobie mokre ślady pobiegła do malutkiego, zarośniętego rzęsą stawu. 

Czarownica nieco się zasępiła. Co teraz? 

Wezwała więc smoka z zielonymi łuskami:

-Smoku, co mieszkasz pod schodami, pomóż mi wybrać miasto w którym powinnam zamieszkać!

Smok przeciągnął się po kociemu i uśmiechnął:

-Czarownico, ja znam pewne piękne, pełne zabytków miasto, które jest pełne smogu, którego smoki nie lubią. Pomimo starożytnego klimatu nie polecam! - i machnąwszy skrzydłami odleciał. Zrobił kółko pod sufitem chatki i płynnym ruchem wleciał pod schody, gdzie zwinął się w kłębek i ułożył na swoim posłaniu.

No nikt nie mówi mi nic dobrego o dużych miastach, może wybiorę jakieś mniejsze?- pomyślała czarownica i zawołała ducha poety. Duch zalągł jej się w biblioteczce - prawdopodobnie przyniosła go w zakupach z antykwariatu. Poradniki mówiły jak pozbyć się takiego paskudztwa, ale czarownica polubiła swojego ducha i nie miała zamiaru sięgać po wodę święconą.

-Duchu poety, co mieszkasz w biblioteczce pomóż mi wybrać miasto w którym powinnam zamieszkać!

Duch westchnął i odezwał się jękliwym głosem - Znam jedno nieduże miasto, ale ono wkrótce umrze. Nie warto się do niego przeprowadzać - i duch poety z wizgiem wleciał do biblioteczki by stukać o szkło w środku nocy, co jest podstawowym zajęciem duchów.

Czarownica miała mętlik w głowie.

A może zapytam sierotkę?

-Sierotko, co mieszkasz pod biblioteczką, pomóż mi wybrać miasto w którym powinnam zamieszkać!

Sierotka z dwoma długimi warkoczami wychyliła się spod biblioteczki.

-Pochodzę z miasta gdzie ludzie bez żadnego wstydu mówią wierszem do innych ludzi. Nie myśl nawet o tym, nie warto - i schowała się żeby po ciemku cieszyć się książkami, które udało jej się podebrać z biblioteczki.

Czarownica, odrobinę rozczarowana spojrzała na krasnoludka, który tuptał właśnie przez pokój zajęty własnymi sprawami.

-O, krasnoludku, co mieszkasz pod progiem pomóż mi wybrać miasto w którym powinnam zamieszkać!

Krasnoludek zdjął czapkę i podrapał się po głowie. 

-Są miasta które mają ładne rzeki, co ładnie wychodzą na zdjęciach. Lepiej się jednak cieszyć tym co się ma, a nie pragnąć tego co wydaje się być lepsze u innych - i wziąwszy swojego miniaturowego psa na smycz udał się pod próg.


Czarownica, co wszędzie miała daleko, usiadła zmartwiona przy stole i spojrzała przez okno na ogród, gdzie rosły tysiące krzaków róż, skąpanych niedawnym deszczem. Staw mienił się jasno w jesiennym słońcu, a meduza, która zamieszkała w nim zeszłego lata machała radośnie mackami. Kilka motylich wróżek uwijało się wokół ostatnich jesiennych astrów. 

Czarownica pomyślała, że nigdzie indziej nie znajdzie tak wielu przyjaciół.


-Chyba jednak tu zostanę. A koleżanki będą musiały uruchomić swoje miotły i przylecieć do mnie!


663 słowa


#naopowiesci #zafirewallem

3cf68524-8f44-4601-9ae5-a276461bc00d

Zaloguj się aby komentować

No dobrze, moi Drodzy!


Sonety sonetami, zabawa Wam się chyba podoba, co mnie ogromnie cieszy, ale trzeba też zająć się prozą. Oto przedstawiam Wam bajkę, którą udało mi się zamknąć w trzech tomach:


***


Królestwo


Tom Pierwszy


Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma dolinami było sobie kiedyś Królestwo. Przez wiele lat rządził w nim król o imieniu Sam, a wszystkie te długie lata jego panowania były dla Królestwa czasem dostatku i powszechnej szczęśliwości. Mieszkańcy Królestwa mieli wówczas wszystkiego w bród, nie wyłączając nawet mleka i miodu, a jeśli czegoś nie mieli, to nie mieli wyłącznie kłopotów i problemów. Nie można jednak powiedzieć żeby za nimi tęsknili, i to nie tylko dlatego, że mało kto tęskni za kłopotami i problemami, ale przede wszystkim dlatego, że po tylu latach roztropnego panowania króla Sama mieszkańcy Królestwa nie pamiętali już że coś takiego jak kłopoty i problemy w ogóle kiedyś istniało.


Wśród mieszkańców Królestwa ten brak kłopotów i problemów brał się z centralizacji władzy. To nie było wcale tak, że kłopotów i problemów w Królestwie w ogóle nie było – to nie jest przecież możliwe. Nie docierały one tylko do mieszkańców, a działo się tak z tego powodu, że wszystkie problemy i kłopoty trafiały najpierw do króla Sama, on sobie z nimi radził, a lud otrzymywał od razu gotowe rozwiązania. Takim właśnie dobrym królem był król Sam.


Pewnego dnia jednak król Sam stanął przed obliczem problemu, który, w przeciwieństwie do mnóstwa poprzednich kłopotów i problemów, które z przyzwyczajenia rozwiązywał od ręki, był dla niego niemałą zagwozdką. Tamtego ranka, kiedy król Sam wstawał rano z łóżka żeby zająć się czekającymi go tego dnia kłopotami i problemami do rozwiązania, nie był jak zazwyczaj pełen werwy i energii. Poczuł jakieś dziwne zmęczenie i melancholię, a na dodatek coś strzyknęło mu w plecach, przez co na śniadanie musiał udać się pochylony, bo inaczej ból byłby nie do wytrzymania.


– „Oho, starość mnie dopadła. Niedługo chyba przyjdzie umierać.” – pomyślał roztropnie roztropny król, a myśl ta zmartwiła go ogromnie, bo oto pojawił się niezaplanowany problem do rozwiązania. Cały kłopot z tym problemem polegał na tym, że król Sam, przyzwyczajony do rozwiązywania kłopotów i problemów dopiero wówczas, kiedy się pojawiały, nie zwykł był się martwić na przyszłość i z tego powodu nie zadbał zawczasu o potomka, który mógłby po nim przejąć władzę nad Królestwem.


– „Co zrobić? Co zrobić?” – zastanawiał się król Sam przy śniadaniu, kiedy jadł jajeczniczkę z przepiórczych jajeczek na masełku z mleczka od młodych jałóweczek popijając ją herbatką z miodkiem.


– „Jak zaradzić? Jak zaradzić?” – zastanawiał się król Sam przy obiedzie, kiedy jadł pieczone przepióreczki w sosie miodkowym i popijał je winkiem z winogronek dojrzewających w słoneczku na południowym stoku Zamkowego Pagóreczka.


– „Cóż począć? Cóż począć?” – zastanawiał się król Sam przy kolacji, kiedy przeżuwał wysobiałkowe pszczółki przyrządzone na ostro i popijał je śmietanką z sptasiego mleczka.


I tak zeszło królowi na tych rozmyślaniach kilka dni, a wszystkie inne kłopoty i problemy, które się w tym czasie pojawiły, zeszły na dalszy plan. Mieszkańcy Królestwa odczuli to boleśnie na własnej skórze, bo oprócz rozmaitych innych kłopotów i problemów, które nierozwiązane przez króla spadły na nich, w tych właśnie dniach w Królestwie pojawił się straszny smok, który pożerał prawiczków. Zdarzało się i wcześniej tak, że smoki nawiedzały Królestwo, ale król Sam zawsze radził sobie z tym problemem wydając edykt każący rozprawiczać wszystkich chłopców, a kiedy edykt był już wykonany, smoki umierały wówczas z głodu. Tym razem jednak król, głowiąc się nad sukcesją tronu, a i odczuwając silną frustrację z powodu pierwszego w swoim życiu problemu, którego rozwiązać nie potrafił, edyktu nie wydał. Wątpliwym zresztą jest czy król Sam, zajęty swoimi rozważaniami, w ogóle pojawienie się tego smoka w Królestwie zauważył.


Prawiczkowie byli zjadani, król rozmyślał, kryzys demograficzny w Królestwie się nasilał. Wywołało to niepokój wśród poddanych króla Sama, zebrali się oni więc na Rynku i zaczęli radzić. Radzenie to szło im niesporo. Przekrzywiali się tylko nie potrafiąc dojść do porozumienia, nie byli bowiem zwyczajni do rozwiązywania kłopotów i problemów. Traf chciał jednak, że w tamtym czasie przebywała w Królestwie karawana kupiecka z innego Miasta, która przybyła aby nabyć w korzystnych cenach mleko i miód – towary, których wśród poddanych króla Sama nigdy nie brakowało.


– Jak to nie ma mleka i miodu?! – wykrzyknął przywódca karawany, kiedy udało mu się odciągnąć na bok jednego z radzących, którego znał, ten wcześniej zajmował się bowiem kupiectwem. W czasie rozmowy dowiedział się od byłego już kramarza o problemach i kłopotach trawiących Królestwo, które były między innymi powodem braków na rynkach tych towarów, które poza Królestwem uchodziły za luksusowe.


– Prowadźcie więc do króla! – zakrzyknął ten przybysz z obcego lądu, miał bowiem pewien pomysł na unormowanie sytuacji, do czego było mu pilno, gdyż miał przecież swoje zobowiązania handlowe.


– Królu! – powiedział przybysz, kiedy stanął przed obliczem króla. – Jeśli nie masz sukcesora, a ciągłość władzy monarszej musi być zachowana, nie masz bowiem głupszego rozwiązania nad oddanie władzy w ręce ludu, a już tym bardziej twojego, niech będzie tak, że następcą tronu zostanie ostatnia osoba, z którą przed śmiercią porozmawiasz!

Być może nie był to najlepszy pomysł, ale król Sam, zmęczony już przedłużającym się zamartwianiem nad problemem sukcesji, zgodził się na to rozwiązanie i postanowił od razu obwieścić je swoim poddanym. Wyszedł więc ze swojej Królewskiej Komnaty na swój Królewski Balkon, skąd zwykł wygłaszać swoje Królewskie Przemowy do ludu i natychmiast ogłosił mieszkańcom swoją Królewską Decyzję. Gdy tylko zakończył to Swoje Królewskie orędzie nad Królestwo nadleciał smok i ten smok wówczas króla Sama zjadł.


Okazało się wtedy, że ostatnią osobą, z którą król Sam rozmawiał był ów kupiec. Na mocy więc dopiero co ustanowionego prawa to właśnie on został nowym królem. Kupiec ten miał na imię Tom, a że nie było wcześniej króla o takim imieniu, został zapamiętany przez potomnych jako Tom Pierwszy.


Tom Drugi


Żeby jednak król Tom mógł zostać obdarowany przez Historię liczebnikiem porządkowym, musiał nastać po nim jakiś kolejny król Tom, który, dla odróżnienia, byłby nazywany Drugim. Tak też rzeczywiście się w Królestwie zdarzyło. A jak to z tym królem Tomem Drugim było? Posłuchajcie.


Król Tom, później nazwany Pierwszym, był władcą innym niż jego poprzednik, król Sam. W odróżnieniu od dobrego władcy Sama, którego w Królestwie długo wspominano z rozrzewnieniem, a czasami nawet ze łzami w oczach, król Tom nie rozwiązywał problemów i kłopotów swojego ludu. Wręcz przeciwnie. To król Tom był przyczyną kłopotów i problemów, które tak nagle spadły wtedy na mieszkańców Królestwa. Zły ten władca zaprowadził nowe porządki opierając funkcjonowanie Królestwa na zasadach wolnorynkowych. Każdy obywatel został pozostawiony sam sobie, musiał radzić sobie samodzielnie, co już stanowiło bardzo poważny problem dla mieszkańców Królestwa, którzy do tej pory dostawali wszystko to, czego potrzebowali, a o tym co mieli robić decydował nadany im przez króla Sama przydział. Zupełnie nie odnajdujący się w nowej rzeczywistości, pozostawieni samym sobie ludzie musieli sobie jednak jakoś radzić, choć z tym radzeniem sobie radzili sobie wyjątkowo źle. Król Tom rządził natomiast twardą ręką. Jedyną rzeczą, która go interesowała było zapełnianie Królewskiego Skarbca coraz to większymi bogactwami, które ściągał z poddanych za pomocą coraz to nowych danin i podatków. Wszystkie edykty, które wydawał dotyczyły wyłącznie gospodarki, a w czasie długich przemów i wieców prezentował kolejne makroekonomiczne wskaźniki, które obrazowały to, że za jego rządów w Królestwie żyje się zdecydowanie lepiej. Mieszkańcy niewiele z tych przemów i kolorowych wykresów rozumieli, zresztą nie za bardzo ich one interesowały, a to głównie z tego powodu, że zauważali, że, niezależnie od tego, co mówi król Tom, im samym żyje się zdecydowanie gorzej. Nie posiadali jednak na ten temat żadnych danych, których nie potrafili ani zbierać, ani zestawiać, ani przedstawiać graficznie, toteż kiedy stawiali się u króla na audiencji celem przedstawienia swoich problemów, król odsyłał ich z kwitkiem, za który to kwitek również musieli Opłatę Urzędową uiścić.

Mieszkańcy Królestwa popadali w nędzę. Brakowało żywności, gdyż wyznaczeni przez króla Sama rolnicy nie wiedzieli jak radzić sobie z problemem zachwaszczenia pól. Chaty się waliły, gdyż wyznaczeni przez króla Sama cieśle nie wiedzieli jak rozwiązać problem butwiejących belek. Nawet Królewski Zamek był w coraz gorszym stanie, gdyż wyznaczeni przez króla Sama murarze nie wiedzieli jak rozwiązać problem pękających murów, nikt im zresztą tego też robić nie kazał, gdyż król Tom zajęty był innymi, dużo ważniejszymi dla niego sprawami. Mieszkańcy Królestwa popadali w nędzę tak głęboką, że nawet nękający Królestwo smok odleciał, a inne przestały się zjawiać. Występowanie prawiczków było bowiem – z powodu braku innych rozrywek, za które trzeba było płacić pieniędzmi, których mieszkańcom brakowało – coraz rzadsze. Sami zresztą prawiczkowie, jeśli już nawet udało się jakiegoś znaleźć, nie byli też szczególnie apetyczni – ot, brudni, wychudzeni młodzi chłopcy. Żaden łakomy kąsek. Nawet dla smoka.


– Co tu o was takie braki w zatowarowaniu? – zapytał pewnego dnia przywódca jednej z karawan nędzarza, którego znał, ten wcześniej zajmował się bowiem kupiectwem. W czasie rozmowy dowiedział się od byłego już kramarza o problemach i kłopotach trawiących Królestwo, które były między innymi powodem braków na rynkach towarów, które poza Królestwem nie były obłożone tak horrendalnymi podatkami, że nadal opłacało się je jeszcze produkować.


– Prowadźcie więc do króla! – zakrzyknął ten przybysz z obcego lądu, miał bowiem pewien pomysł na unormowanie sytuacji, do czego było mu pilno, gdyż miał przecież swoje zobowiązania handlowe.


– Królu! – powiedział przybysz, kiedy stanął przed obliczem króla. – Zamek twój iście przebogatym jest! Widzę, że złotem ocieka, że każda ściana tym cennym kruszcem wysadzana! Doprawdy imponujące! Ze złotem jednak wiążą się pewne niebezpieczeństwa. Metal to owszem, szlachetny. Piękny i cenny, ale przy tym o dużej gęstości i miękki. Nie nadaje się zupełnie na konstrukcje, a tylko je obciąża. Być może zauważyłeś, że na murach twojego zamku tu i ówdzie pojawiają się pęknięcia? To wszystko na skutek zbytniego obciążenia ścian nośnych złotem! Wiemy o tym my, mieszkańcy naszej Krainy, która słynie z najlepszych inżynierów i najlepszej czekolady! Królu! Materiału konstrukcyjnego potrzebujesz, bo inaczej to całe bogactwo kiedyś ci się na łeb zawali! A tak się składa, że nasi inżynierowie taki materiał opracowali i myślę, że moglibyśmy nawiązać obustronnie korzystne kontrakty handlowe, gdybyś tylko zechciał wysłuchać mojej propozycji. Mam akurat ze sobą kilka próbek. – kupiec poklepał się po sakwie.


Król Tom rozejrzał się po komnacie i rzeczywiście wspomniane pęknięcia na ścianach dostrzegł. Oblicze jego przybrało wówczas zmartwiony wyraz, a sam król, zaciekawiony, podniósł się ze swojego złotego tronu i zbliżył się do przybysza chcąc bliżej przyjrzeć się temu nowemu materiałowi.


– A czym to panie handlujecie? – zapytał.


– Stalą – odpowiedział przybysz wbijając królowi sztylet w serce. – Umarł król, niech żyje król! – rzekł następnie podnosząc z marmurowej posadzki wysadzaną diamentami koronę, która zsunęła się martwego już ciała króla Toma, a którą to sam założył sobie na głowę.


Tak się złożyło, że również i ten kupiec miał na imię Tom, a że był już wcześniej król o takim imieniu, został zapamiętany przez potomnych jako Tom Drugi.


Tom Trzeci


Za panowania króla Toma Drugiego do Królestwa nie powróciły nie tylko mleko i miód, ale nie powrócił nawet choćby względny dobrobyt. Mieszkańcom nadal wiodło się źle. Wysokie podatki i daniny zostały utrzymane, zmieniło się tylko ich przeznaczenie. W przeciwieństwie do króla Toma Pierwszego, król Tom Drugi nie gromadził majątku w Królewskim Skarbcu. Całość środków finansowych przeznaczał na import stali z krainy inżynierów i czekolady. Wykorzystywał tę stal do produkcji zbrojeń, zbroił się bowiem na potęgę, pamiętając o sposobie w jaki przejął władzę i nie chcąc tej władzy w podobny sposób utracić. Pozostałą stal wykorzystywał do produkcji klatek w których umieszczał podejrzanych o działalność wywrotową obywateli, a takich obywateli w Królestwie była większość, jak również do produkcji zatrzaskowych kłódek, którymi te klatki z umieszczonymi w nich obywatelami zamykał. Kluczykami się nie kłopotał, zresztą było mu szkoda na nie stali. Lud poddawany był ciągłej kontroli przez Królewską Gwardię – wysokich, groźnych mężczyzn z halabardami, ubranych w fioletowo-żółte stroje i stalowe hełmy z czerwonym pióropuszem. Za panowania króla Toma Drugiego w Królestwie nastał czas terroru.


– Dlaczego nie sprowadzacie już od nas czekolady? – zapytał pewnego dnia przywódca jednej z karawan więźnia, którego znał, ten wcześniej zajmował się bowiem kupiectwem. W czasie rozmowy dowiedział się od byłego już kramarza o problemach i kłopotach trawiących Królestwo, które były między innymi spowodowane brakiem środków finansowych na zakup czekolady.

– Prowadźcie więc do króla! – zakrzyknął ten przybysz z obcego lądu, miał bowiem pewien pomysł na unormowanie sytuacji, do czego było mu pilno, gdyż miał przecież swoje zobowiązania handlowe.


– Pan skręci w lewo, później prosto na Zamkowy Pagóreczek, minie pan fosę, później przez dziedziniec i drzwi na wprost. Przejdzie pan przez korytarz i na jego końcu będą drzwi do Królewskiej Komnaty – powiedział więzień, który nie mógł zaprowadzić kupca do króla, gdyż był zamknięty w klatce. Drogę zaś do Królewskiej Komnaty pamiętał tak dokładnie jeszcze z czasów króla Sama, którego wspomniał wówczas z takim rozrzewnieniem, że aż łza zakręciła mu się w oku.


– Królu! – powiedział przybysz, kiedy stanął przed obliczem króla. – Pochodzisz z naszego ludu i nasz lud z dumą wspomina twoje imię, gdyż daleko w życiu swoją ciężką pracą zaszedłeś. Nęka mnie jednak pytanie, dlaczego, jako władca tego Królestwa, zaniedbujesz stosunki z ludem, z którego się wywodzisz? Dlaczego nie importujesz naszej czekolady?


– Czekolada… – król Tom Drugi rozmarzył się. – Już zapomniałem jak smakuje. Tyle innych wydatków, kupcu. Tyle kłopotów i problemów, a znikąd pomocy. Nic człowiek nie ma w życiu przyjemności, nawet kiedy jest królem…


– Królu – rzekł przybysz – przyjmij w takim wypadku jako wyraz hołdu tę tabliczkę czekolady. Niech będzie ona symbolem uznania naszego ludu dla dokonań jego syna, a – kto wie? – może i pozwoli nam w przyszłości nawiązać korzystne dla obu stron stosunki handlowe również i w obszarze czekolady?


– Doprawdy? – ucieszył się król Tom przyjmując z rąk kupca tabliczkę i odgryzając od razu cały jej róg. – Ach, ten smak importowanego kakaa produkowanego w przez niewolników w nieludzkich warunkach! Ten smak mleka od krów wypasanych na pastwiskach naszych gór, jak mleko matki…


I król urwał, i zazielenił się na twarzy, i oczy wyszły mu na wierzch. I złapał się za gardło, i próbował złapać oddech, ale próby te zakończyły się porażką. Zakończyło się również życie króla Toma, którego ciało zwiotczało i osunęło się na jego stalowy tron.

Z tego stalowego tronu kupiec zepchnął zwłoki króla zdejmując wcześniej z jego głowy stalową koronę. Na czubku tej korony umieścił kostkę czekolady, po czym zasiadł na pustym już tronie.


– Umarł król, niech żyje król! – powiedział.


Kupiec ten miał na imię Karol, a że nie było wcześniej króla o takim imieniu i król o takim imieniu nie nastał też nigdy po nim, został zapamiętany przez potomnych po prostu jako Karol.


***


2341 słów.


#naopowiesci

#zafirewallem

edykt każący rozprawiczać wszystkich chłopców

Myślę, że taki edykt w naszym świecie mógłby rozwiązać trochę problemów.


Tom Pierwszy.


Tom Drugi

Fajne przejście i z drugiego na trzeci również.


To mi wpadło w oka:

król odsyłał ich z kwitkiem, za który to kwitek również musieli Opłatę Urzędową uiścić.

Oraz:

Ach, ten smak importowanego kakaa produkowanego w przez niewolników w nieludzkich warunkach! 

Oczywiście smaczków było sporo więcej ale wybrałem wybrane.


Co natomiast mi się nie podobało:

wszystkie problemy i kłopoty trafiały najpierw do króla Sama, on sobie z nimi radził

...sam. - Przecież takie powinno być kolejne słowo w tym zdaniu. Strasznie się zawiodłem.

Zaloguj się aby komentować

Drodzy! Z lekkim poślizgiem, ale rozpoczynamy kolejną edycję #naopowiesci !


Tym razem piszemy BAJKĘ


Zaczynając od słów: Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma dolinami...


Miłej zabawy i powodzenia!


Kryteria oceniania urodzą się w trakcie!


Termin: 13.11.2024 pory wieczorne (tak, aby zachować 2 tygodnie na napisanie tekstów)


#zafirewallem #tworczoscwlasna

Dawno dawno tymu. Za siedmioma chujami za siedmioma zechkami w okolicach Gubałówki mieskał Tomisław Apoloniusz Córuś Bachleda Farell. (Jak tyn piecyk z dmuchawą.)...

Zaloguj się aby komentować

W związku z tym, że kolega @moderacja_sie_nie_myje jest w tym tygodniu bardzo zajęty, to na mnie spada zaszczyt napisania #podsumowanienaopowieści


Udział w tej edycji wzięło troje uczestników:


@George_Stark z opowiadaniem bez tytułu

@moll z opowiadaniem A... B... C... Dariusz

@splash545 z opowiadaniem Pożeraczka książek, którym wywołał w moi serduszku mnóstwo zawodowej (i nie tylko) radości


W związku z tym, że kolega @moderacja_sie_nie_myje wyznaczył jasne kryteria zwycięstwa (liczba piorunów), to zasłużoną nagrodę odbiera nasza ukochana koleżanka @moll , gratuluję!




#naopowiesci #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Pożeraczka książek 


Akira drżał na samą myśl o przekroczeniu progu szkolnej biblioteki. Nie, żeby było coś przerażającego w samym pomieszczeniu, jednak chłopak spóźniał się z oddaniem książki "Shogun". Jej objętość trochę go przerosła i opóźnienie wynosiło już 2 miesiące. Akira czytał dokładnie każdy akapit książki pragnąc jak najlepiej zrozumieć zwyczaje i sposób myślenia człowieka zachodu. Wiedział, że czeka go kara ale było to ryzyko, na które był gotów.


Bowiem jego wnikliwość wynikała z czegoś innego niż chęć poszerzania horyzontów. Było to zdecydowanie coś głębszego, a konkretnie było to uczucie - zauroczenie, którym darzył bibliotekarkę pannę Katie.


Chodziły pewne pogłoski, że Katie nie jest panną lecz wdową, która zabiła swojego męża. Ale kto wierzyłby takim bzdurom!? Akira był pewny, że to zwykłe plotki, które rozpuszczają te stare prukwy nauczycielki, po prostu zazdrosne o młodą, piękną i wykształconą w Stanach Zjednoczonych Katie. Była to rodowita Japonka lecz wszystkim dzieciom przedstawiała się jej amerykańskim imieniem. Tak się do niego przyzwyczaiła gdy studiowała polonistykę na Harvardzie. 


Drugim jej atutem były zajęcia z języka polskiego, które organizowała dla chętnych dzieci. Akira oczywiście nie opuścił ani jednej lekcji. Były to lekcje, na których mógł patrzeć maślanymi oczami na swoją ukochaną i snuć plany ożenku z nią. Głęboko wierzył, że to jego przeznaczenie i nie mogło być inaczej! Wystarczyło tylko odpowiednio przypodobać się Katie-sama.


"Etymologia języka polskiego" okazała się jedyną książką dostępną w szkolnej bibliotece związaną z tym egzotycznym krajem. Książka zdecydowanie przerastała Akirę, więc wybrał "Shoguna" poleconego mu przez Katie.


Faktycznie książka była napisana lekkim językiem i ukazywała różnice między japońskim sposobem myślenia a myśleniem ludzi zachodu. Skupił się na tych fragmentach i czytał je kilkukrotnie.


Gdyby tylko przewidział, że przerwa wakacyjna zbliża się tak szybko! Myślał, że zdąży przeczytać pozostałą treść do końca lipca i spóźnienie wyniesie niecały miesiąc. Niestety brakło mu kilku dni, żeby udało mu się ją ukończyć w porę, a wciągnęła go tak bardzo, że nie chciał oddać jej nie skończonej. Przerwa wakacyjna zabrała mu kolejny miesiąc.


Haiku napisane przez Akirę w ramach przeprosin zjadł pies, a teraz nie potrafił go sobie przypomnieć. Katie-sama podobno słynęła z bezwzględności wobec czytelników zwlekających z oddaniem książki.


Inna sprawa była taka, że uczniów nie oddających książek na czas praktycznie nie było. W tym roku z tego co wiedział był jedynym, któremu zdarzyło się coś takiego.

Po szkole krążyła pewna legenda o poprzedniej bibliotekarce, która tak kochała książki, że aż zaczęła je zjadać. Musiała od tego oszaleć i przegryzła tętnicę szyjną uczniowi, który spóźnił się z oddaniem książki na czas... Akira nie chciał w to uwierzyć.


Jak jednak widać tego typu historia była skuteczna, bo nikt z oddawaniem książek się nie spóźniał. Aż do teraz, aż padło na Akirę, ehh. Nie dość, że zawiedzie swoją Katie to jeszcze czuje niepokój związany z tą mroczną historią.


Kolejnym krokiem musiało być wejście do pomieszczenia biblioteki. Akira nie mógł już się wycofać. Wziął głęboki oddech i złapał za klamkę. Puścił i odszedł kilka kroków. Po chwili wrócił.


Lepiej najpierw zapukam - pomyślał i tak też zrobił. Pukanie rozbrzmiało głucho na pustym korytarzu szkoły. Było już popołudnie, Akira nie chciał, żeby inne dzieciaki widziały jak zżera go wstyd. Cisza, moze Katie-sama wyszła wcześniej? - pomyślał. Po chwili zza drzwi usłyszał - Ohairikudasai! - Serce zaczęło bić mu mocniej, nacisnął klamkę i wszedł.


- Morning Katie-sama! - krzyknął chłopak, i to by było na tyle jeśli chodzi o naukę zachodnich zwrotów i zachowań. - Katie-sama, ja... ja... przyszedłem zwrócić "Shoguna". Tylko powinienem oddać książkę 2 miesiące temu, jeszcze przed przerwą wakacyjną. Gomen Katie-sama. - powiedział zgięty w ukłonie, patrząc się na czubki swoich butów.


- Nic się nie stało Akira-chan. - odrzekła - Każdemu się może zdarzyć! No już spójrz na mnie. W ramach zadośćuczynienia najwyżej pomożesz mi wypakować i ułożyć trochę książek na tyłach biblioteki. Dlatego też musiałeś na mnie chwilę zaczekać nim się stamtąd wygrzebałam. Możemy tak zrobić?


- Oczywiście Katie-sama! - wykrzyknął rozanielony. - Wskazała gestem, żeby poszedł za nią. Przez krótką chwilę nim odwróciła się do niego plecami wydawało mu się, że przez jej uśmiechniętą twarz przeszedł grymas gniewu. Musiało mu się to tylko wydawać, a nawet jeśli przecież miała prawo się gniewać.


Poszedł więc za nią przeciskając się między starymi regałami wypełnionymi książkami od podłogi aż po sufit. Zanurzając się coraz głębiej w labirynt bibliotecznego świata. Jedna myśl znów zaczynała mu kołatać się w głowie, myśl o pożeraczce książek - moll.


Raz za razem przypominała mu się dalsza część historii o byłej bibliotekarce, która po przegryzieniu tętnicy ucznia i nieudanej próbie zjedzenia zwłok została zamknięta w zakładzie psychiatrycznym na obrzeżach Kioto. Po pewnym czasie miała stamtąd uciec. Mówili, że wróciła właśnie tu, do swojej starej biblioteki i ukrywa się za starymi regałami, żeby dokończyć dzieła i pożreć ucznia, który spóźni się z oddaniem książki... Na samą tę myśl chłopca przeszedł dreszcz.


Słyszał jednak jeszcze straszniejszą wersję według, której bibliotekarka miała popełnić samobójstwo będąc w zamknięciu, a do biblioteki wrócił - moll - demon, duch, pożeraczka książek, istota z innego wymiaru. Posiadająca paszczę pełną ostrych kłów oraz po 9 szponów u każdej ręki. Nadprzyrodzone moce tej istoty mogłyby wyjaśniać w jaki sposób udaje jej się od kilku lat ukrywać w szkolnej bibliotece.


Tak mocno był pogrążony w tych przerażających wizjach, że dopiero teraz zdał sobie sprawę, że stracił z oczu pannę Katie. - Co robić? Co robić? - myślał nerwowo wchodząc dalej w coraz to słabiej oświetlone części szkolnej biblioteki. Było mu głupio, że nie dotrzymał kroku bibliotekarce-san dlatego też nie chciał jej wołać. Poza tym miał kluchę w gardle uniemożliwiającą krzyk.


Uważnie obserwował wszystkie cienie w gęstniejącym mroku ścieżki między regałami. Jednak wciąż szedł przed siebie bojąc się odwrócić i licząc, że zaraz tuż za rogiem spotka się ze swoją Katie. Pomoże jej z czym tylko chciała i wróci do domu. I na pewno już nigdy nie zdaży mu się przetrzymać żadnej książki!


W końcu wyszedł za ostatni regał i zobaczył Katie-sama! Siedziała na nieotwatym pudle, obok innych na wpół rozpakowanych pudeł z książkami. Lampka stojąca obok oświetlała jej lodowate oczy tak bardzo nie pasujące do pięknego uśmiechu, którym go obdarzyła. Akira kątem oka dostrzegł jakiś ruch pod jednym z regałów.


- Zamknij oczy, mam dla Ciebie niespodziankę. 


Liczba słów: 1011

#naopowiesci #zafirewallem #tworczoscwlasna

13e3a773-4cce-494d-90f0-e846c11a362b

Tak się do niego przyzwyczaiła gdy studiowała polonistykę na Harvardzie.

No padłem! Wspaniała postać!


Haiku napisane przez Akirę w ramach przeprosin zjadł pies, a teraz nie potrafił go sobie przypomnieć.


Jego też uwielbiam!


Musiała od tego oszaleć i przegryzła tętnicę szyjną uczniowi, który spóźnił się z oddaniem książki na czas…


I ją też!


Jedna myśl znów zaczynała mu kołatać się w głowie, myśl o pożeraczce książek – moll


I ją też, a poza tym pierwszorzędne wykorzystanie skojarzenia!


***


Jej wspaniałe to było! Te wszystkie skojarzenia, ale też jak to napisałeś. Bardzo, bardzo podoba mi się ten oszczędny styl. Nie wiem czy zrobiłeś to świadomie i celowo, czy przez przypadek, czy z lenistwa, ale świetnie w moim odbiorze to się sprawdziło.


***


Aż mi się z tego wszystkiego przypomniał fragment, którym zaczyna się książka W oparach absurdu panów Słonimskiego i Tuwima:


Przeciętny ranek roku 1935. Jeszcze nie ma dziewiątej. Dzwoni telefon. Pierwszy dziś telefon. Odzywa się mój przyjaciel — wielkiego talentu poeta, recenzent teatralny poważnego dziennika stołecznego, człowiek przeszło czterdziestoletni; dużej klasy inteligencja. Odzywa się tak (o dziewiątej rano, bez żadnych wstępów i przygotowań):

— Więc był u mnie Cedergren. Okazuje się, że tym cegłom przyprawiono skrzydełka i że w ten sposób cały gmach będzie przeniesiony. Przefrunie. Oczywiście, że z boków trzeba będzie wygładzić, ewentualnie podlać jakimś sosem. Co o tym sądzisz?

Nie mrugnąwszy powieką, o nic nie pytając, odpowiadam:

— Jeżeli Cymborski się zgodzi, to dobrze. Ale nie jest wykluczone, że generał Łapidenko do niego nie telegrafował, i wtedy trzeba będzie obie szprotki ogolić.

Przyjaciel zaznacza, że nie należy chwytać się środków tak radykalnych, bo wystarczy zwykłe przepłukanie gazomierza, ja replikuję, że wtedy Amfibrachy się obrażą, a Cymborski jest (kuzynem starego Amfibracha — i ta swobodna, rzeczowym tonem prowadzona rozmowa trwa dobrych kilka minut. Dopiero potem przechodzi się do spraw mniej ważnych i ciekawych, tj. normalnych, np.: co czytasz? co piszesz? jak ci się podobała wczorajsza premiera? co sądzisz o tym czy innym artykule? Itd.


Nie chcesz czasami do mnie zadzwonić?

Zaloguj się aby komentować