#naopowiesci

26
267

Czy ktoś tęsknił za BIBLIOTEKĄ?


A… B… C… Dariusz


Akta personalne BIBLIOTEKI prowadziły się same. W świecie pozornie bez czasu, lecz z pewnością bez urlopów i zwolnień lekarskich, dział kadr był rzeczą zbędną. Tak przynajmniej uznała sama BIBLIOTEKA. Dlatego też drzwi, opatrzone niewielką, mosiężną tabliczką, pozostawały zamknięte i przez nikogo nie niepokojone praktycznie “od zawsze”, oddzielając znajdujący się zaraz obok gabinet starszego kustosza Joachima od innych, bardziej ruchliwych części BIBLIOTEKI i pozwalając mu pracować w spokoju nad jego dziełem życia, pieszczoszkiem, mającym zaspokoić ambicję starszego kustosza, nad jego opus magnum - Wielką Klasyfikacją*.

Było już bardzo późno, a może bardzo wcześnie (?), gdy Lida postanowiła posprzątać akurat ten sektor BIBLIOTEKI. Wiedziała, że o tej porze pan Joachim powinien już skończyć pracę, więc bez przeszkód będzie mogła zająć się stanem podłóg i blatów, które męczył chroniczny kurz. Drobny, niemal niezauważalny, taki jak kręci w nosie przy otwarciu bardzo starej, bardzo długo zalegającej na półce książki, w BIBLIOTECE był dosłownie wszędzie. Nawet w pomieszczeniach, w których książek było niewiele lub wcale, Lida dzielnie wymiatała go miotełką antystatyczną z najciemniejszych zakamarków. Było to wysoce niezadowalające dla bibliotecznych pająków, których misterne sieci przy okazji niszczyła, sięgając swoją bezlitosną bronią antykurzową nawet za najwyższe szafy i w najciemniejsze narożniki.

Całe piętro należało teraz do niej, skąpane w ciszy i półmroku słabo oświetlonych korytarzy. Choć coś postanowiło zakłócić harmonię bibliotecznej scenerii…

Dziwne… te drzwi powinny być zamknięte - pomyślała, patrząc skonsternowana na uchylone drzwi pomieszczenia Akt personalnych, zza których przesączała się wąska strużka światła. Tak nie powinno być. Nie tutaj i nie o tej porze.

-Eeee… jest tam kto? - zapytała, zanim zdecydowała się pchnąć drzwi i wejść do środka. - Panie Joachimie, to pan?

Formujący się w umyśle obłoczek strachu zaczął paraliżować Lidę, gdy zajrzała do pomieszczenia. W ciszy, która aż dzwoniła jej w uszach, pokój wydawał się pusty i opuszczony, gdyby nie otwarta jedna z szuflad oraz rozłożona na prostym biureczku teczka z aktami pracowniczymi.

Grzęda Dariusz - odczytała nagłówek na jednej z pożółkłych stron maszynopisu, do której zostało doczepione zdjęcie pulchnego i lekko łysiejącego mężczyzny po pięćdziesiątce - magazynier biblioteczny.

Hasło imienne i nazwa stanowiska niewiele jej mówiły. Nie pracowała tutaj długo, hierarchia powyżej stanowisk “niebibliotecznych” była dla niej czarną magią. Nie znała również krążących pomiędzy pracownikami z dłuższym stażem ploteczek ani opowieści o minionych bibliotekarzach i szczerze, niewiele ją to obchodziło - było, minęło, w kurzu utonęło, jak mawiała na wszystko, co nie dotyczyło stanu czystości w jej sektorze konserwatorskim. Jej świat składał się z kurzu i miotełki, ale.. była osoba, którą sytuacja mogłaby zainteresować i akurat ona, w przeciwieństwie do wielu innych, z pewnością była u siebie. Dlatego nie tracąc czasu, ruszyła schodami w dół.

-Irmina! Irmina! Jesteś? - krzycząc już z daleka, lekko zdyszana, wpadła do przepastnej sali Księgozbioru Alchemicznego. Wolała nie ryzykować zagłębianie się między jego regały. Przypominały poskręcany i ciągle zmieniający się labirynt, w który bez towarzystwa bibliotekarki lepiej się było nie zapuszczać. Kilka lekkomyślnych osób straciło w ten sposób parę lat swojego życia, Lida wolała nie ryzykować podzielenia ich losu.

-Jestem! - gdzieś z odległego zakątka dobiegł Lidy zaspany głos Irminy (co mogło potwierdzać plotki, że Irmina naprawdę zamieszkała wśród swoich książek, ale takie plotki powtarzali tylko złośliwi i zazdrośni. Taka więź z księgozbiorem była rzadka nawet w BIBLIOTECE), która bezszelestnie wyłoniła się niedaleko sprzątaczki.

-Koniecznie musisz iść ze mną! To niespotykane! - lekko poddenerwowana Lida nadal rozmawiała w kierunku Irminy podniesionym głosem - Akta pracownicze są otwarte, i teczka na stole…

-Lidka, spokojnie - “spokojnie”, jak powszechnie wiadomo, wcale nie pomaga w takiej sytuacji, ale nie zawadzi spróbować… - Jak to Akta są otwarte? Kto tam wchodził? Kogo teczka? - Irmina starała się nadążać, ale niemal biegnąca przed nią Lida nie udzieliła jej już więcej żadnych wyjaśnień, ciągnąc ją niemal za sobą na najwyższe piętro BIBLIOTEKI.

Minęło kilka minut i były na miejscu. Drzwi nadal pozostawały uchylone, a w pomieszczeniu wciąż paliło się światło. Na stole jednak nie było żadnej teczki, szuflada została zamknięta.

-Niczego tu nie ma - zauważyła Irmina, ogarniając całe pomieszczenie wciąż lekko nieprzytomnym wzrokiem.

-Oprócz tego - Lida, wciąż pobudzona zastrzykiem adrenaliny, zauważyła luźną kartkę, która zsunęła się z biurka pod jedną ze stojących obok staroświeckich komód i wystawa jednym rogiem.

PROTOKÓŁ ZAGINIĘCIA, głosił nagłówek dokumentu, który kobieta podniosła i otrzepała z kilku strzępków kurzu, zgromadzonego pod meblem.

-Rozerwanie z 1910 - Przypomniała sobie Irmina, zerkając Lidzie przez ramię na wyblakły druk - było to kilka miesięcy przed tym, zanim trafiłam do BIBLIOTEKI. Potężna sublimacja literaturowa, chyba największa w ostatnich 500 latach. Przynajmniej tak twierdzi Joachim.

-Sublimacja literaturowa? - Lida ewidentnie nie nadążała.

-Tak, rodzaj rozerwania narracji literackiej. Jeden z Czytaczy postanowił się zabawić w wolnym dostępie, stanął na jednym ze stołów z egzemplarzem Idioty Dostojewskiego i faktycznie, idiotę przerosło, nurt narracji pochłonął go wraz ze wszystkimi w promieniu dobrych dziesięciu metrów. I urwało kawałek wykładziny…

-Urwało wykładzinę?! - z jakiegoś powodu ten fakt zaszokował Lidę dużo bardziej niż piętnastu zaginionych, wymienionych w trzymanym przez nią raporcie oraz kolejnych 4 poszkodowanych, którzy już nigdy po tym incydencie nie wrócili do pracy w BIBLIOTECE.

-Wykładzinę, tak… regały były trochę zbyt ciężkie, przesunęły się w stronę oka cyklonu fabularnego, ale jakimś cudem wyczyściło tylko półki, szum książek ponoć był nie do opisania. Ale regałów nie porwało.

-Zadziwiające…


*Wielka Klasyfikacja miała zastąpić Uniwersalną Klasyfikację Dziesiętną, która choć używana z powodzeniem od kilkudziesięciu lat w całej BIBLIOTECE, nadal nie oddawała bogactwa znajdującego się w niej księgozbioru, doprowadzając czasem do kilkumiesięcznych narad w dziale katalogowania nad przydzieleniem odpowiedniej sygnatury poszczególnym woluminom. Rezultatem takiego stanu rzeczy było bez mała dwudziestoletnie opóźnienie w pracy działu, które wciąż rośnie.


----


liczba słów: 903


----


#naopowiesci #zafirewallem

@moll przyjemnie się czytało. Szanuję za cywilizowane sprzątnie kurzu -miotełką. Pająki sieci sobie odbudują, a jak je wciągnie odkurzacz to już pozamiatane. Podobało mi się rozpoczęcie akapitu "e". No a z tą wykładziną to faktycznie oburzające. xd

Zaloguj się aby komentować

Trochę jestem ostatnio zajęty pożytecznymi rzeczami, nie mam więc za bardzo czasu usiąść i napisać opowiadania z prawdziwego zdarzenia, a wziąć udział w XI edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem jednak chciałem. Żeby ten problem rozwiązać i mieć to opowiadanie już z głowy, postanowiłem ponownie zwrócić się do eksplorowanego już przeze mnie kiedyś nurtu literatury modernistycznej bądź postmodernistycznej, dalej nie mam bowiem pojęcia, co dokładnie je od siebie różni, może poza datą powstawania zaliczanych do tych nurtów utworów.


W efekcie nad pisaniem tego opowiadania spędziłem więcej czasu, niż gdybym napisał je w jakimś poczciwym, klasycznym nurcie, mając oczywiście wcześniej na to opowiadanie pomysł. Ono i tak jeszcze nie do końca mnie zadowala, jeszcze to i owo bym w nim poprawił, ale nie mam do tego ani siły, ani cierpliwości, nikt mi bowiem za to opowiadanie na pewno nie zapłaci.


Spełniłem w tym opowiadaniu wszystkie wymagane w tej edycji kryteria, to znaczy:


temat: biblioteka;

gatunek: abecedarioza

liczba słów: dokładnie 500 (bez tytułu, no bo opowiadanie tego tytułu nie ma; wg OpenOffice Writer; pic. rel.)


A oto i rzeczone opowiadanie, miłej lektury:


***


Adam wybrał się pewnego popołudnia do biblioteki celem wypożyczenia książki Zbrodnia i Kara autorstwa Fiodora Dostojewskiego, którą to Zbrodnię i karę autorstwa Fiodora Dostojewskiego Adam miał zamiar i ochotę przeczytać.


Biblioteka ta dysponowała ogromnym księgozbiorem. Pośród wielu innych, można w niej było znaleźć między innymi książki takie jak:


Chłopi autorstwa Władysława Reymonta;


Dyktatura danych autorstwa Brittany Kaiser;


Epifania wikarego Trzaski autorstwa Szczepana Twardocha;


Filary ziemi autorstwa Kena Folletta;


Gdzie śpiewają raki autorstwa Delii Owens;


Hiob: komedia sprawiedliwości autorstwa Roberta A. Heinleina;


Idź, postaw wartownika autorstwa Harper Lee;


Ja, Klaudiusz autorstwa Roberta Gravesa;


Kasztanowy ludzik autorstwa Sørena Sveistrupa;


Ludzie bezdomni autorstwa Stefana Żeromskiego;


Marsjanin autorstwa Andyego Weira;


Nie ma ekspresów przy żółtych drogach autorstwa Andrzeja Stasiuka;


O perspektywach rozwoju małych miasteczek autorstwa Małgorzaty Boryczki;


Prowadź swój pług przez kości umarłych autorstwa Olgi Tokarczuk, Pan Jerzy, czyli ostatni slam w Gorzowie autorstwa Jerzego Ostrowskiego, Polska naszych marzeń autorstwa Jarosława Kaczyńskiego, Pachnidło autorstwa Patricka Süskinda, Problem trzech ciał autorstwa Liu Cixina i Problemy filozofii autorstwa Bertranda Russella, Portret Doriana Grey autorstwa Oskara Wilde, Pacjent autorstwa Maxa Czornyja i Pacjent autorstwa Juana Gómeza-Jurado, Przed sklepem jubilera autorstwa Karola Wojtyły oraz Papież autorstwa Delfiny Jałownik i Stanisława Obireka, Poradnik frezera autorstwa Eugeniusza Górskiego i Poradnik grzybiarza autorstwa Władysława Wojewody, Piątek trzynastego autorstwa Agaty Bizuk i Piątek, trzynastego, zbiór zawierający trzydzieści trzy teksty autorstwa trzydziestu trzech autorów: Aleksandry Baltissen, Doroty Biadały, Anny Bobrowicz, Andrzeja Chodackiego, Krystyny Chomicz-Jung, Aleksandra Ciochonia, Danuty Czerniejewskiej, Edmunda Muscari Czynszaka, Dobrosławy Dumki, Marii Dziuk, Justyny Grabowskiej, Bartłomieja Grabowskiego, Krystyny Hoły, Barbary Januszko, Lidii Jędrochy-Kubickiej, Ireny Jutkiewicz, Agnieszki Koltun Colla, Grzegorza Kopca, Wandy Kośmider-Chatys, Elżbiety Krankowskiej, Renaty Mechowskiej, Krystyny Morawski, Bogumiły Olanieckiej, Barbary Pawlak, Mirosława Pisarkiewicza, Gabrieli Przystupy, Ewy Radomskiej, Katarzyny Sornat, Lucyny Spaczyńskiej, Józefa Suchockiego, Jakuba Świtały, Henryka Swornóga oraz Jakuba Wiecha, a także Pegaz dęba czyli panopticum poetyckie w którym obejrzeć można niebywałe eksponaty i okazy, najrzadsze osobliwości i rarytasy, rymopotwory i wersyfikacje, salto mortalia poetyckie, wyższą szkołę jazdy na Pegazie, dziwy, cuda, ekwiwoki, i ekstrawagancje, monstra i curiosa, igraszki i łamańce, kunsztyki, androny, banialuki, figle, facecje, fidrygałki, firleje, faramuszki, paradoksy, sztuki i sztuczki, eksperymenty, fantasmagorie lingwistyczne, absurdy, kuglarstwa, szarlatanerie, karkołomne zabawy, figury magiczne, grafomańskie elukubracje, centony, palindromy, raki, akrostychy, tautogramy, lipogramy, ropalikony, chronostychy, makarony, melanże, carmina figurata, labirynty, serpentyny, tablice magiczne i setki innych parnaskich delicji, ze starych i rzadkich szpargałów na światło dzienne niepotrzebnie wydobytych i do druku podanych autorstwa Juliana Tuwima;


Rodzina Borgiów, która podpisana jest nazwiskiem Mario Puzo, ale ukończona została po jego śmierci, na podstawie pozostawionych przez autora notatek, przez jego przyjaciółkę, Carlę Gino i może właśnie dlatego ta książka tak mocno odstaje od pozostałych pozycji, w całości napisanych przez tego autora?;


Stowarzyszenie umarłych poetów autorstwa Nancy H. Kleinbaum, jedyną z niewielu książek na świecie napisanych na podstawie filmu;


Szczerze autorstwa Donalda Tuska;


Tato autorstwa Williama Whartona;


Ulisses autorstwa Jamesa Joyce’a;


V jak vendetta autorstwa Alana Moore’a;


Wichrowe wzgórza autorstwa Emily Brontë;


X sposobów na śmierć autorstwa Stefana Ahnhema;


Yellowface autorstwa Rebeki F. Kuang;


Zbrodni i kary autorstwa Fiodora Dostojewskiego jednak w tej bibliotece nie było.

681ccf4f-a865-4e5d-8422-f9576d0b51bc

@George_Stark

nikt mi bowiem za to opowiadanie na pewno nie zapłaci.

Zapłatą będą piorunki i uśmiechnięte buzie kawiarenkowiczów.

Zaloguj się aby komentować

Druga część mojego opowiadanka, bo znowu przyszedł zew grafomaństwa (pierwsza tu: https://www.hejto.pl/wpis/nie-wiem-o-co-chodzi-w-tym-calym-naopowiesci-ale-probujac-zasnac-nawiedzil-mnie- )

Klik

Budzę się w pozycji półsiedzącej, w jakiejś toalecie, oparty plecami o ściankę działową otwartej kabiny. W gardle czuję metaliczny posmak krwi. Z trudem podnoszę się na kolana, zaglądam do muszli - niespłukane wymioty. Moje. Po chwili zaczynam czuć potrzebę ponownego opróżnienia zawartości żołądka poprzez usta, co następuje niedługo potem. Wstaję. Toaleta, poza wypełnionym przeze mnie sedesem wygląda niepokojąco wręcz sterylnie. Kieruję się w stronę umywalki, by przepłukać gardło wodą. Podnoszę wzrok do lustra. Twarz, którą tam widzę nie sprawia wrażenia obcej. To rzeczywiście ja? W swoim własnym ciele? Dochodzę do wniosku, że w odróżnieniu od poprzednich migawek naprawdę jestem sobą, nie pasażerem w obcej skórze. Przyglądam się swemu odbiciu - twarz zupełnie bez cech szczególnych, nijaka. Ani atrakcyjna ani brzydka. Ani stara ani młoda, idealnie pomiędzy. Every man. Nagle myśl waląca znienacka w potylicę - ta sytuacja, to miejsce, to wszystko znajome. Jednocześnie uczucie, że nie jestem tu w tym konkretnym momencie, coś bardziej jak… wspomnienie? Jeśli tak, na pewno moje własne. Zanim mam czas dłużej się nad tym zastanowić, kolejne…

Klik

Oświetlona ulica. Późna noc. Poza bezpańskim psem człapiącym smętnie i menelem śpiącym w oparciu o ścianę sklepu mającego w asortymencie środki pomagające zapomnieć choć na chwilę o problemach w formie płynnej - ani żywej duszy. Jedyne pojazdy to te poparkowane przy chodnikach. W głowę brutalnie uderza przypomnienie o wcześniejszym spożyciu wcześniej wspomnianych preparatów. Próba wykonania kroku prawie kończy się gwałtownym kontaktem pośladków z brukiem. Patrzę na swoje nogi - owinięte w czarne rajstopy, na stopach mam wściekle czerwone szpilki. Tym razem jestem kobietą. Nie pamiętam czemu, ale potrzebuję przejść na drugą stronę ulicy. Mniej więcej w połowie drogi, nagle dostrzegam oślepiające wiązki przednich świateł samochodu z zatrważającą prędkością zmierzające w moją stronę. Nie zdążę zareagować.

Klik

Plaża - już nie pada deszcz, ale jestem pewien, że to ta sama co w innych migawkach. I postać, dziwnie znajoma. Idzie w moją stronę. Detale twarzy rozmazują się, próba skupienia na nich uwagi wywołuje dyskomfort, przestaję więc próbować. Zaczyna mówić spokojnym tonem, z początku słyszę jedynie kakofonię losowych dźwięków, jednak wysilam się, znów czując ukłucie. Pieprzyć ból. Chcę zrozumieć. W końcu pośród bełkotu zaczynam wyłapywać pojedyncze słowa. “...obiektem …świadomości. …wspomnienia …Placówka …zbankrutowała, …zostali …w śpiączkę …poznawczych …problem …zrozumieniem …sposób …wyrwać”. Próbuję coś odpowiedzieć, ale żaden dźwięk nie chce wydostać mi się z gardła.

Klik

#zafirewallem #naopowiesci #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Jako niekwestionowany zwycięzca wraz z @KatieWee X edycji #naopowiesci pozwolę sobie otworzyć XI edycję


Nie ma co przedłużać wstępu:


temat: biblioteka

gatunek: abecedarioza

limit słów: 500-2000


W skrócie: piszemy opowiadanie na temat biblioteka, zgodnie z podanym gatunkiem - każdy akapit musi się zaczynać kolejną literą alfabetu.


Kryteria oceniania są proste - im więcej grzmotów tym lepiej, grzmoty się liczą za każde napisane opowiadanie.


Podsumowanie odbędzie się za dwa tygodnie, tj 27 października w godzinach wieczornych.


Zapraszam wszystkich bardzo serdecznie do udziału


#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

No i mamy dziś niedzielę, 13. października. I minęło tym samym czternaście dni od dnia, w którym zapowiadałem, że za kolejne czternaście dni, czyli dziś, w niedzielę, 13. października, zakończę X edycję zabawy #naopowiesci . I tym wpisem właśnie ją zakańczam.


W czasie trwania X edycji zabawy #naopowiesci zostały opublikowane dwa wspaniałe opowiadania i jedno opowiadanie moje, co daje łączny wynik trzech opublikowanych opowiadań. Autorów w tej edycji również wzięło udział troje, co oznacza, że każdy z autorów opublikował po jednym opowiadaniu. Lista autorów wraz z tytułami nadesłanych przez nich opowiadań, w kolejności chronologicznej, poniżej:


@George_StarkTrzysta trzydziestka

@moderacja_sie_nie_myjeOpowiadanie bez tytułu o szeryfie Kowalskim (opowiadanie niezgodne z regulaminem, napisanie nie na zadany temat )

@KatieWeeOpowiadanie bez tytułu, ale nie będę zdradzał o czym


W wyniku długotrwałych i burzliwych narad, komisja konkursowa ustaliła, co następuje:

miejsce drugie, za opowiadanie Trzysta trzydziestka, zajmuje kolega @George_Stark ;

miejsce pierwsze zajmują ex aequo koleżanka @KatieWee oraz kolega @moderacja_sie_nie_myje!


Serdeczne gratulacje!


Ponieważ zwycięzców mamy dwoje, a nagrodę tylko jedną, pozostaje kwestia jej przydzielenia. Ze względu na to, że poprzednią, IX edycję zabawy #naopowiesci prowadziła koleżanka @KatieWee , komisja postanawia, nie odbierając jej zaszczytu zwycięstwa, nagrodę przyznać koledze @moderacja_sie_nie_myje .


***


Jeszcze dwie sprawy na koniec:


wiem, że publikuję to podsumowanie dość wcześnie i ktoś mógł pisać jeszcze opowiadanie „na ostatnią chwilę”, a ja go tą swoją wyrywnością ubiegłem. Jeśli tak się zdarzyło, zachęcam, mimo wszystko, do skończenia opowiadania i opublikowania go. Uniknie się tym samym możliwości zdobycia za nie nagrody, a jest to zdecydowanie mocny argument „za”;


jeszcze taka sugestia do nagrodzonego kolegi @moderacja_sie_nie_myje , na którego spadnie zaszczytny zaszczyt otwarcia i zamknięcia kolejnej edycji, że nagrodą można się z koleżanką @KatieWee podzielić, prosząc ją o podanie gatunku bądź tematu do kolejnej edycji. Jeśli oczywiście koleżanka wyrazi na to zgodę, bo chęci nie śmiałbym tutaj sugerować.


***


#naopowiesci

#podsumowanienaopowieści

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci #zafirewallem


Ciepły wiosenny wiatr wiał delikatnie nad łąką i niósł ze sobą zapach pierwszych kwiatów, kiedy przez kołyszące się delikatnie trawy przepłynął mocny dreszcz. Krowy rozejrzały się z przestrachem i w końcu skupiły swój wzrok na swoim pastuchu. On z kolei uniósł się powoli, poprawił kapelusz, który zsunął sobie wcześniej na oczy dla ochrony przed światłem i podszedł do Łaciatej, przewodniczki stada - starej i grubej, pełnej jakiejś wyniosłej godności pomimo przestrachu.

-No już już, mała, spokojnie - odezwał się ciepłym tonem i pogłaskał ją po czole. Dotknęła go delikatnie miękkim pyskiem i dmuchnęła mu w ucho ciepłym, krowim oddechem. Kochał te swoje krowy, a one również odwdzięczały się mu miłością i były najbliższymi stworzeniami jakie miał. Stosunki z ojcem od czasu pamiętnej kłótni przy młockarni, kiedy o mało nie zginął jego młodszy brat były napięte. Matka skupiała się na córkach, które próbowała nauczyć wszystkiego co sama potrafiła, zanim trzeba je będzie wydać za mąż na drugim końcu powiatu. Nie miała już zbyt wiele czasu, córki były już nastolatkami, a chłopcy się za nimi oglądali. Jedynie te krowy okazywały mu chociaż odrobinę uczucia, więc kiedy ojciec wysyłał jego - dużego przecież już chłopaka - do pasienia krów, był najszczęśliwszy. Właściwie powinien być teraz w szkole, ale wiadomo było, że chłopcy w tak ciepłe dni jak ten nigdy nie przychodzą na lekcje. Niby nauczyciel próbował namówić jego ojca by ten zgodził się na naukę w szkole średniej w miasteczku, ale było jasne, że chociaż ojciec mruknął "zobaczymy", to nic się nie zobaczy, a technikum w miasteczku to już na pewno jak świnia niebo.

Szkoda, szczególnie że do miasteczka wybierała się pewna piękna dziewczyna, za którą już od zeszłej wiosny wodził oczami. Miała jasne włosy, które zaplatała w warkocz tak długi, że mogła na nim usiąść. W porównaniu z innymi dziewczynami ze wsi wydawała się inna - oczytana, bystra, radosna. Jej mama była księgową, ojciec jeździł traktorem w pegeerze, a ona sama była ulubioną koleżanką wszystkich i dla wszystkich miała radosny uśmiech. Wyobraził sobie, że to do niego uśmiecha się w ten specjalny sposób jaki miała zarezerwowany dla najbliższych przyjaciółek i zrobiło mu się cieplej na sercu. Gdyby mógł przytulić się do niej i poczuć jej ciepło… Tymczasem przytulał się do krowy, która smutnymi oczami wpatrywała się w dal skąd właśnie nadjeżdżał nieduży traktor. Wytężył wzrok. Tak! Dostrzegł jasny błysk gdy światło wczesnego popołudnia odbiło się od jasnych włosów. 

Zobaczyła go i zamiast go minąć jedynie pozdrawiając, zatrzymała traktor i lekko zeskoczyła na ziemię. 

Bał się choćby spojrzeć na nią, żeby nie spostrzegła w jego oczach tęsknoty, która go zżerała. Bardziej słyszał niż widział, że podchodzi, czuł ją jednak całym sobą, jakby jej ciało wysyłało jakieś prądy, które z każdym jej krokiem stawały się coraz silniejsze i wzbudzały do wibracji jego stęsknione serce.


-Mocne było, nie? - rzuciła, a on uniósł oczy i zobaczył jak przerzuca swój blond warkocz na plecy.

-Uhm - tyle tylko był w stanie powiedzieć. 


Gdy byli w grupie, czy to w szkole czy wieczorami gdy siedzieli nad rzeką, albo przy pracach w polu gdy zbierała się cała wieś czasem nawet odważał się do niej odezwać, ona zaś rozmawiała ze wszystkimi i śmiała się do każdego, nikogo oprócz swoich przyjaciółek nie wyróżniając w żaden sposób. Lubiła też gawędzić ze starszymi ludźmi, szczególnie tymi, którzy dobrze pamiętali czasy przed wojną i opowiadali z takim zacięciem nie tylko o nich ale też o samej wojnie i o tym co było później - o tym jak długo trwała podróż do tej ich wsi, która miała stać się nowym domem. Jak zajmowali domy tamtych, obcych, mówiących takim paskudnym językiem, jak miesiącami musieli znosić to, że w ich mieszkaniach i gospodarstwach kręcili się jeszcze tamci, których rząd dalej nie wysiedlił. Czekali, czekali i doczekali się - wieś była już ich, tak jak i wszystko co tamci musieli zostawić. Cieszyły te wszystkie cenne bibeloty, malowane talerze, młynki i inne cacka ale jednak przede wszystkim radowały zadbane maszyny rolnicze, prawdziwe cuda techniki jakich wcześniej nie widziano. Część maszyn, jak ten lekki traktor, którym przyjechała ona, sprowadzono później ze stolicy, ale nie mogły się przecież równać z tymi pozostawionymi przez tamtych. Cieszyły też całe stada zwierząt pozostawione przez obcych, którzy nie mieli jak zabrać ich ze sobą. 

Łaciata lekko trąciła go pyskiem w ramię, a on odruchowo poczochrał ją między czułkami. 

-Babcia mówiła mi, że zaraz po wojnie wstrząsy były okropne, potem się trochę uspokoiło - mówiła dziewczyna dalej - i że to ziemia gniewała się na to, że ją zajęliśmy. Że próbuje nas zrzucić jak pies pchły, co go gryzą. Jak myślisz? - spytała, patrząc na niego ufnie.

-Yych, ja…. - gonitwa myśli, a w niej tysiąc wersji odpowiedzi i miliony wersji nadchodzących przyszłości. W jednych zostawali szczęśliwym małżeństwem z piątką udanych dzieci, w innych nienawidzili się do końca życia, w jeszcze innych rozchodzili się w swoje strony i widywali się tylko w niedziele w kościele patrząc na siebie i wspominając tę chwilę jako moment, który całkowicie zmienił ich życie. 


Czy ona wierzy w te wszystkie głupie historie o tym, że Ziemie Odzyskane wcale ich nie chcą? Mieszkali tu już od tak wielu lat, tu rodziły się dzieci już czwartego pokolenia przybyszy. Co jej odpowiedzieć?!


W tym momencie pomruk ziemi mocniejszy niż wszystkie inne dzisiaj razem wzięte rozbrzmiał pod ich stopami. Dziewczyna z piskiem wpadła w jego ramiona i ukryła w nich twarz. Serce biło mu ze strachu i z wrażenia. Krowy zebrały się wokół nich i pomrukiwały. Niebo nabrało jasnozielonego odcienia, który zwykle pojawiał się wieczorem w wiosenne dni, choć do wieczora było jeszcze daleko. Krowy próbowały machać skrzydłami, jakby zapomniały, że mają podcięte lotki i nie wzniosą się wyżej niż kilka centymetrów. Ptaki z wrzaskiem usiłowały znaleźć bezpieczną przystań, a wszystkie stworzenia - te nazwane i te pozbawione nazw - biegały szaleńczo wokół nich, depcząc świeżą, wiosenną błękitną trawę wokół nich. Ziemia trzęsła się ciągle, a on stali objęci, łzy płynęły im po twarzach, bo rozumieli, że to koniec. Koniec Ziem Odzyskanych, które ich przodkowie przejęli po Drugich Wojnach Gwiezdnych jako zadośćuczynienie za ziemie spopielone na Ziemi 23 przez Brunatnych. 


Niebo rozpękło się na dwoje, a oni objęci trwali do końca świata.

67119c9b-3dba-4bc7-a422-ad7b7ceeceeb

Komentarz poniższy powstawał na bieżąco, w czasie czytania.


***


[…] zanim trzeba je będzie wydać za mąż na drugim końcu powiatu.


Uwielbiam to zawężanie pojmowania granic świata u Twoich bohaterów!


*


[…] ale było jasne, że chociaż ojciec mruknął "zobaczymy", to nic się nie zobaczy, a technikum w miasteczku to już na pewno jak świnia niebo.


I te obserwacje zachowań i zarysowywanie stosunku bohaterów jednym tylko zdaniem!


*


Szkoda, szczególnie że do miasteczka wybierała się pewna piękna dziewczyna, za którą już od zeszłej wiosny wodził oczami.


I przedstawianie motywacji bohaterów, tak jak i same te motywacje!


*


Tymczasem przytulał się do krowy […]


I sposoby radzenia sobie bohaterów z sytuacją zastaną, daleką od takiej, która spełniałby ich oczekiwania.


*


[…] nadjeżdżał nieduży traktor.


I ścisłe trzymanie się tematu.


*


Bardziej słyszał niż widział, że podchodzi, czuł ją jednak całym sobą […]


I pokazywanie stanów emocjonalnych bohaterów.


*


Łaciata lekko trąciła go pyskiem w ramię, a on odruchowo poczochrał ją między czułkami.


No ale to, że krowa jest bezkręgowcem, to dla mnie jest jednak zaskoczeniem.


*


Krowy próbowały machać skrzydłami […]


No dobra, realizm magiczny. Już przy wspomnieniu o wstrząsach coś zaczynało mnie swędzieć z tyłu głowy, gdzieś między czułkami, a tutaj takie piękne wykończenie wspaniale przygotowanego ataku! Fantastycznie to było!


*


[…] po Drugich Wojnach Gwiezdnych […]


A może nie realizm magiczny jednak? Moje czułki źle coś wyczuły.


***


Jej, ale to było wspaniałe!


*


Jedną tylko uwagę mam, natury ogólnej raczej, takie moje przemyślenie, a nie żaden skierowany do Ciebie zarzut, bo wszystkim to się zdarza, w tym i mnie również, a może przede wszystkim. Czasami, kiedy czytam ponownie te swoje zamieszczone teksty, napotykam się na jakieś dziwne konstrukcje interpunkcyjne, u siebie też często chętnie poprawiłbym budowę jakiegoś zdania, nieważne ile razy wcześniej ten tekst czytałem i poprawiałem. Wniosek z tego jest taki, że chyba nie do przecenienia jest to, jaką rolę odgrywa dobry redaktor. Ktoś, kto innym okiem spojrzy na tekst i to i owo autorowi podpowie. Albo też wniosek może być inny. Tutaj podeprę się słowami pana Andrzeja Stasiuka, że każda książka jest porażką.

Zaloguj się aby komentować

Uszanowanie Kawiarenkowicze


Zwycięzca ostatniej edycji #naopowiesci skomplikował trochę sprawę kolejnego odcinka mojej powieści, rzucając temat Ursus c360 w formie sielanki. Oczywiście taka przeszkoda to żadna przeszkoda jak się jest odpowiednio uzdolnionym literacko. Żeby nie przedłużać, oto ostatni odcinek sezonu pierwszego


Poprzedni odcinek


***


Piątek trzynastego października zaczął się zupełnie zwyczajnie. Nic nie zwiastowało nadzwyczajnych wydarzeń. Kowalsky drzemał w starym budynku po banku który robił za tymczasowe Biuro Szeryfa. Gdy otworzył oczy zegar ścienny wskazywał punkt dwunasta. To dobra pora na rozprostowanie kości - pomyślał. Wyszedł więc na zewnątrz przeciągając się jak stary kot. Brakowało mu bardzo starego fotela, każde przetarcie na nim i niedoskonałość była idealnie dopasowana do jego ciała. Z rozrzewnieniem wspominając wysłużony mebel wzrok Kowalskiego przykuł ciemnoszary wóz, stojący nieopodal w zaułku. Nie zastanawiając się dłużej podszedł i bezceremonialnie zaczął tłuc pięścią w drzwi. Po kilku sekundach z zewnątrz rozegł się głos młodej kobiety


- Już wychodzę!


I ukazała się szeryfowi bardzo ładna, młoda cyganka.


- Czym mogę służyć piękny panie?


- Co tu k⁎⁎wa robisz?


- Ukazuję przyszłość - uśmiechnęła się tajemniczo


- Znasz przyszłość i nie wiedziałaś że przyjdę i każę ci wypierdalać stąd?


- Wiedziałam że przyjdziesz Szeryfie, dlatego tu właśnie jestem - pewnym głosem odpowiedziała


- Nie wierzę w te bzdury, wypierdalaj stąd z tym barachłem! - stanowczo rozkazał Kowalsky


- Nalegam szeryfie, proszę do środka, sam się pan przekona że to nie są bzdury - nie dawała za wygraną cyganka


Kowalsky, wzruszył ramionami, nie miał nic lepszego do roboty więc postanowił się trochę rozerwać. Wszedł do środka. Z zewnątrz wóz wydawał się znacznie mniejszy. Na ścianach wisiały talizmany, małe kości, szmaciane laleczki ponakłuwane tu i ówdzie. W powietrzu czuć było intensywny zapach jakiś ziół i wywarów. W rogu w klatce siedziała sowa i wlepiała w niego swoje wielkie oczy, obserwując każdy jego ruch. Na środku wozu stał mały stolik z dwiema poduszkami po obu jego stronach. Na nim zaś gruba, bogato zdobiona tkanina przykrywała jakiś kulisty kształt.


- Proszę usiąść na poduszce Szeryfie - zachęciła go pięknym uśmiechem


Szeryf bez słowa wykonał polecenie. Cyganka usiadła po drugiej stronie, chwyciła dłonie szeryfa i zaczęła nucić jakąś dziwną melodię. Rozejrzał się jeszcze raz po wozie i zdumiał - w klatce siedział czarny kot, tak samo świdrujący go ślepiami. Kobieta zamilkła i wyczekująco patrzyła szeryfowi w oczy.


- Pokaż mi więc przyszłość - powiedział


- Pamiętaj jednak szeryfie, że taką prośbą zaciągasz dług...


- Jestem na poważnym plusie u Lucyfera - przerwał Kowalsky nie tracąc humoru


- W takim razie spojrzyj w przyszłość - to mówiąc szybkim ruchem zdjęła przykrycie ze stolika


Kula była czarna jak najczarniejsza noc. Szeryf wytężał z całych sił wzrok i po dłuższej chwili mrok zaczął rzednieć. Wielki, oślepiający błysk i ujrzał Kowalsky roznącą kulę ognia pochłaniającą całe miasto. I cienie ludzi na murach. Mgła zasnuła wizję.

W kuli nagle zaczęło coś warczeć i terkotać. Kowalsky siedział jak zahipnotyzowany. Z mgły wyłonił się zółty ciągnik jadący w polu, na jego burcie widniał napis Ursus. Wielkie koła z łatwością przecinały zwały błota. Na bramie gospodarstwa wielkimi literami napisane było Dożynki Radom 1970. I kula zaczęła znów zachodzić mgłą.

Po chwili z mgły wyłoniły się dwie postacie w kapeluszach i z gwiazdami na piersi. Jedna z nich podniosła rękę i palcem wskazała na szubienicę. Kowalsky poczuł zaciskający się sznur i z coraz większym trudem łapał powietrze.


- Dość... - wyszeptał ostatkiem sił


Cyganka natychmiast zakryła kulę. Szeryf nie od razu poczuł ulgę ale wreszcie mógł złapać oddech.

- Co to było do diabła?! - spytał zdumiony po chwili


W tej chwili przerwało im głośne, natarczywe pukanie. I Kowalsky się obudził. Nie od razu dotarło do niego gdzie się znajduje, rzucił okiem na gabinet i z uczuciem ulgi stwierdził, że to był tylko sen. Ale stukanie przechodzące w łomot było jak najbardziej rzeczywiste. Ktoś się dobijał do drzwi frontowych, przezornie przez Szeryfa zaryglowanych. Nie spiesząc się podszedł do drzwi, uniósł żelazną sztabę, przekręcił klucz i otworzył. Jego oczom ukazały się dwie postacie w kapeluszach i z gwiazdami na piersiach.


- Szeryf Walther Kowalsky? - spytał ten wyższy


Kowalsky skinął głową


- Agent Dawson i agent Collins - wskazał ruchem głowy na niższego - Proszę oddać broń i odznakę. Jest pan aresztowany za podwójne morderstwo i podpalenie.


cdn.


***


#zafirewallem

Zwycięzca ostatniej edycji #naopowiesci skomplikował trochę sprawę kolejnego odcinka mojej powieści, rzucając temat Ursus c360 w formie sielanki.


Nie zaliczam.


W temacie jasno podałem:


lekki ciągnik rolniczy Ursus C-330


a nie C-360, który to jest średnim ciągnikiem rolniczym.


Przykro mi.

Zaloguj się aby komentować

No to żeby mieć wolne co najmniej do piątku, to publikuję jeszcze i to.


Mało sielankowa mi coś ta sielanka wyszła, no ale trudno. Najwyżej zostanę zdyskwalifikowany.


***


Trzysta trzydziestka


Normalnie to tatuś mówił na niego po prostu trzysta trzydziestka. No ale czasami, a zwłaszcza po ciężkim dniu, kiedy to było kupę roboty, a każda jedna była pilniejsza od drugiej, i każda do zrobienia koniecznie dziś, to nazywał go wtedy niedźwiadkiem. Albo i delikatniej nawet, i misiem też go czasami wtedy nazywał. A wzięło mu się to stąd, że, po rusku – albo może i po niemiecku?; dokładnie to nie pamiętam, tatuś zresztą chyba też nie do końca wiedział, bo zdaje mi się, że raz mówił tak, a raz tak – że to „ursus” po tym rusku czy po niemiecku to właśnie „niedźwiedź” znaczyło. Tatuś pamiętał jeszcze, ja już tego nie pamiętam, jak to się w polu koniami robiło no i umiał docenić to ułatwienie, jakie do naszego gospodarstwa zawitało, kiedy to wreszcie udało mu się kupić traktor.


We wsi były też już wtedy i inne traktory. Niektórzy mieli radzieckie Władymiriece, większość jednak polskie Ursusy. Głównie trzysta trzydziestki, tak jak my. Pamiętam, że na innych trzysta trzydziestkach, tych co to sąsiedzi je mieli, na kominie – tak z Heniem nazywaliśmy rurę wydechową; tatuś to na początku nas poprawiał bo wtedy nie wiedzieliśmy, że to nazywa się rura wydechowa, a później to już się denerwował, bo kiedyśmy już zapamiętali, to specjalnie mówiliśmy wtedy że to „komin”, może właśnie po to żeby go trochę podenerwować? – to pamiętam, że na tych kominach to były takie klapki, żeby woda deszczowa nie dostawała się do środka. Jak ciągnik był odpalony to ta klapka tak się unosiła pod wpływem spalin. Na wolnym biegu unosiła się i opadała, klapała tak, czasami uderzając o krawędź komina i wydawała wtedy taki dźwięk jak to wtedy, kiedy metal uderza o metal. No a kiedy dodało się więcej gazu, to wtedy stawała prawie do pionu. Na tyle, na ile mogła. Jakiś ogranicznik tam chyba miała czy coś takiego? No strasznie mi się ta klapka wtedy podobała.


No ale my takiej klapki w naszej trzysta trzydziestce nie mieliśmy. Kiedyś, niedziela to chyba była, albo jakieś inne święto, bo ciepło było, a my nie pojechaliśmy w pole, postanowiliśmy z Heniusiem sprawdzić jak to jest z tą naszą klapką. Zastanawialiśmy się wtedy, czy ona była i odpadła bo wypadła z niej zawleczka albo śrubka jakaś się odkręciła, czy może w ogóle nigdy jej tam nie było. Klapki były montowane na takich opaskach. Obejmach może? Zaciskach takich blaszanych, co to na górze dookoła komina były zaciśnięte. Myśmy sobie to wtedy wymyślili tak, że jak taka opaska kiedyś tam była, to ślad po niej powinien był zostać. Było to jakoś zaraz po tym, jak żeśmy z tatusiem ławkę na podwórku rozbierali, bo deski w niej zbutwiały i ta ławka była wtedy właśnie takimi zaciskami stalowymi połapana, no i się te zaciski na drewnie odcisnęły. A jak na drewnie się odcisnęły, to i na chyba na kominie powinny? – tak jak mówiłem, tak żeśmy sobie to właśnie wtedy z Heniem pomyśleli.


Siedem lat wtedy może miałem, albo osiem, no a Heniuś młodszy o rok był, to, żeby to sprawdzić, to go podsadziłem i pomogłem mu na maskę wleźć, bo stamtąd lepiej mógł się przyjrzeć i zobaczyć czy ślad na tym kominie to tam jest, czy też go tam nie ma. Awantura się wtedy zrobiła, bo tatuś jak przez okno zobaczył, że Heniuś się na ten ciągnik wspina, to przyleciał wtedy i krzyczał na nas, że spaść stamtąd można. Krzywdę sobie można zrobić. Tatuś rzadko na nas krzyczał, no chyba że, tak jak wtedy, miał do tego krzyczenia jakiś powód. Czy ślad po tej klapce na naszej trzysta trzydziestce był, czy go tam nie było, to nie pamiętam. Nie pamiętam czy Heniuś w ogóle to wtedy sprawdził czy też tego nie sprawdził, bo nie zdążył zanim go tatuś stamtąd ściągnął.


No ale klapki nie było. Tatuś z tą wodą to radził sobie tak, że jak ciągnik stał, to zakładał mu na komin plastikową butelkę. Taką uciętą tak w dwóch trzecich wysokości, zaraz za tym jak to zwężenie od szyjki się kończy. No ale czasami ta butelka gdzieś ginęła. Gdzieś się zawieruszała. Zwykle działo się to po tym, jak pan Władek przywoził nam ropę w takich stalowych dwustulitrowych beczkach. Miał ją trochę taniej niż na stacji można było dostać. Skąd ją miał, to nie wiem. Ani ja, ani Heniuś żeśmy wtedy tatusia o to nie pytali. No ale ta butelka po tych jego wizytach to nam często ginęła. Myśmy sobie nawet z Heniusiem tak kiedyś wymyślili, że to może pan Władek nam tę butelkę zabiera, jak ona tak często ginie zaraz po tym jak on do nas przyjeżdża? Powiedzieliśmy nawet o tym tatusiowi, ale on się wtedy tylko roześmiał.

– Nie, to przypadek jest, chłopcy – powiedział. – Niech wam tylko do głowy nie przyjdzie Władka o to pytać – przestrzegł nas. – Jeszcze sobie pomyśli, że za jakiegoś złodzieja go mamy.


No więc nie pytaliśmy pana Władka o nic, ale kiedy przyjeżdżał, to pilne go żeśmy wtedy z Heniusiem obserwowali. Faktycznie, nigdy nie udało nam się zobaczyć żeby tę naszą butelkę ze sobą zabierał. Zwykle to nawet koło ciągnika się nie kręcił. Mimo to jednak butelka dalej ginęła. Tatuś wołał nas wtedy, wyciągał pieniądze z kieszeni i mówił:

– Chłopcy, idźcie do sklepu, kupcie sobie jakiś napój, a jak go wypijecie, to butelkę się utnie i na rurę wydechową się założy.

No i szliśmy wtedy z Heniem do tego sklepu i kupowaliśmy ten napój, Colę jakąś albo Fantę, jak Heniuś miał na pomarańczowe ochotę, bo ja to za pomarańczowym nie przepadałem, dalej nie przepadam, no ale czasami to się zgadzałem żeby bratu tę przyjemność zrobić. No i żeśmy ten napój na spółkę sobie wypijali. Boże, jak on nam wtedy smakował! Jaki był inny od tego kompotu, co go mamusia nasza robiła! Chociaż ten kompot to też dobry był, jak tak sobie go teraz przypominam.


Jak to dziwnie jest z tą pamięcią, prawda? Tak mi się to wszystko przypomniało teraz, jak na tej ławce siedzę. Przed chwilą był Łukasz, syn pana Władka. Ropę przywiózł, co to ją w Spółdzielni Rolniczej po trochu z maszyn odciąga. Trochę taniej niż na stacji można u niego kupić. Trochę człowiek może zaoszczędzić, a tu każdy grosz się przecież liczy. No i tak sobie siedzę i tak sobie patrzę na tę trzysta trzydziestkę po ojcu i tak mi się ta historia przypomniała. I wstaję z ławki, i patrzę gdzie są chłopcy. Łuk sobie zrobili z tego kija wiklinowego, cośmy to go wczoraj nad rzeką ucięli, jak żeśmy się kąpać poszli. Taki łuk to dobra rzecz jest, zabawka dobra. Bierze się nylonowy sznurek od snopowiązałki, wiąże się go na górze i na dole. Strzały to też z wikliny się robi. Kijki cienkie trzeba znaleźć, zaostrzyć je później trzeba. A jak kto lepiej chce – i umie – to i kurze pióra można z tyłu przywiązać. Lotki takie zrobić. Lepiej wtedy niesie. Ale to trzeba umieć. Ja nie umiałem. Chłopcy też nie umieją, bo kto by ich miał tego nauczyć, jak ojciec nie umie? No ale i bez lotek zabawa jest niezła. Sam się tak bawiłem. No i patrzę na tę trzysta trzydziestkę i podchodzę do niej. Patrzę jeszcze raz na chłopców, ale oni mnie nie widzą. Nie patrzą w moją stronę. Zajęci są zabawą. I ściągam z rury wydechowej tę plastikową butelkę, i chowam ją do garażu. Później się ją spali. I wracam na ławkę. I wołam chłopców:

– Maciek! Kuba!

Chłopcy odwracają się i przybiegają do ojca. A kiedy już do mnie przybiegają, to wyciągam z kieszeni pieniądze i podaję im banknot.

– Chłopcy – mówię – gdzieś mi się zawieruszyła ta butelka na rurę wydechową. Skoczcie no do sklepu, picie jakieś sobie kupcie, tylko w butelce plastikowej. A jak już je wypijecie, to się tę butelkę utnie i na rurę wydechową się ją założy.


***


1277 słów


***


#naopowiesci

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Trochę jestem zajęty, więc narobiło mi się zaległości kawiarenkowych, które postaram się nadrobić, niemniej tę jedną rzecz chciałbym zrobić od ręki. No bo jest niedziela i może ktoś się będzie akurat nudził i w ramach walki z tą nudą coś napisze? Albo chociaż, z tych nudów, coś komuś może do głowy przyjdzie?


Otóż, wpisem tym otwieram X edycję zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem. Tak szybciutkio i w skrócie, odhaczając tylko niezbędne punkty.


Gatunek: sielanka – tak, wiem że sielanka to gatunek poetycki, ale kto nam zabroni pisać sielanki prozą?; choć proza ta może być, oczywiście, poetycka, tutaj nie mam nic przeciwko.

Temat: lekki ciągnik rolniczy Ursus C-330.

Termin: 13 października 2024.

Objętość tekstu: 1000 – 2500 słów.


Miłej zabawy i zobaczenia za dwa tygodnie podczas podsumowania. Albo może i wcześniej? Ale to przy innej okazji.

Zaloguj się aby komentować

Jej królewska mość jest bardzo zadowolona z tej edycji zabawy


#naopowiesci napisało pięcioro kawiarenkowiczów, którym gratuluję weny:)


Dziś niedziela, więc pora na #podsumowanienaopowieści i kilka miłych słów o autorach:


@KatieWee Pewnego wczesnego lata w erze Heian samej siebie nie będę chwalić 15 piorunów


@splash545 Królewski raport Splaszu, przy twoim opowiadaniu można było się nieźle pochichrać, a im dalej tym było lepiej, dziękuję 11 piorunów


@Wrzoo Różyczka (ze specjalną dyspensą na napisanie o dworze carskim, a nie królewskim) Spojrzenie na historię z perspektywy księżniczki Marii jest nieoczywiste, co doceniam bardzo! 10 piorunów


@George_Stark Zaognia Dżordżu, wiesz że zawsze jestem pod wrażeniem twojej twórczości? Zadziwiasz mnie swoim talentem za każdym razem. 14 piorunów


@moderacja_sie_nie_myje s01e9 to jak wplotłeś dwór królewski w swoją opowieść wprawiło mnie w osłupienie Gratulacje 12 piorunów


@George_Stark To który jest synem kogo? - nikt tutaj nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji! 16 piorunów


Dzisiaj zwycięża kolega @George_Stark który zebrał najwięcej piorunków, a ja czekam z niecierpliwością na to co wymyśli w następnej edycji

6a995caa-9234-49b2-8311-6f92a203c7ea

Zaloguj się aby komentować

Skoro dyspensę dostała @Wrzoo , to ja też sobie mogę takiej udzielić


Pewnego wczesnego lata w erze Heian


Pani Chryzantema wpadła do pomieszczenia, w którym siedziałyśmy z pozostałymi damami w wielkim wzburzeniu. O mało co nie zachowała się niegrzecznie podczas powitania z nami i nie czekając na naszą odpowiedź powiedziała prawie że głośno: 

-Zaginął mój nefrytowy ptaszek! - w głosie jej słychać było wzburzenie, które starała się zamaskować. 

Wszystkie starannie unikałyśmy patrzenia w stronę pani Wróbel, która wielokrotnie dawała do zrozumienia, że to ona właśnie ze względu na swoje imię powinna dostać to piękne cacko od naszego męża, pana F. Jestem jeszcze młoda, więc żadnej nie zdziwiło, gdy udając że poprawiam kołnierz kimona zerknęłam na panią Wróbel. Pod makijażem widać było wyraźnie czerwone policzki, a oczy wypełniły jej się łzami. Doskonale wiedziała, że wszystkie podejrzewamy, że to ona przywłaszczyła sobie to cudo i że każda teraz w myślach śmieje się z jej chciwości i zastanawia się gdzie słudzy znajdą ptaszka, który później "cudem" odnajdzie się w komnacie pani Chryzantemy, tak aby udawać, że nic się nie stało. Pan F nie zezwalał na kłótnie między nami, starałyśmy się więc drobne problemy rozwiązywać same.

Jednak we wzroku pani Wróbel zobaczyłam nie tylko strach przed oskarżeniem, ale też zdziwienie i, jak mi się wydawało, niewinność. Dlaczego miałaby kraść ptaszka? Pan F. obdarowywał ją wieloma prezentami, tak samo jak nas wszystkie. Ostatnio urodziła pięknego syna i pan F. wręcz obsypał ją podarunkami. Ale to pani Chryzantema była pierwszą żoną i powiła już dwóch zdrowych chłopców, teraz zaś była znów przy nadziei. Pozycja pani Wróbel była mniej pewna, a kradzieżą ptaszka mogła zaszkodzić nie tylko synowi, który był jej oczkiem w głowie, ale też dwóm małym córeczkom. Kto chciałby wziąć ślub z córką złodziejki? Plotki rozchodzą się szybko. Dziewczynki byłyby naznaczone na całe życie.

Nie, to nie mogła być pani Wróbel, która kochała swoje dzieci nad życie i zabiegała od dawna o dobre małżeństwa dla swoich dziewczynek.

To może nie ona? Może to pani Poranek? Kocha ładne przedmioty, a pan F. trochę mniej ją poważa i czasem o niej zapomina, bo pochodzi ona z niewielkiego rodu i nie ma wpływowych krewnych. Pani Poranek siedziała prosto, patrząc się na swoje złożone na kolanach dłonie z niewielkim uśmiechem na twarzy. Ten uśmiech dniem i nocą nie schodził z jej ust, reszta twarzy zawsze była nieruchoma, a maniery jej były całkowicie nienaganne. Pani Poranek była również przy nadziei ale to już był kolejny raz, po wielu wcześniejszych, zakończonych zbyt szybko, więc nikt nie wierzył za bardzo, że coś z tego będzie. Przebąkiwano, że być może pani Poranek będzie musiała wrócić pod dach swojego ojca. Nikt tego nie chciał, bo pomimo wszystko była dobrą towarzyszką, a jej niska pozycja sprawiała, że nikt nie musiał się jej obawiać. Można było też zrzucać na nią wszystkie niemiłe, nudne obowiązki, które wykonywała z nieodłącznym uśmiechem i nieruchomą twarzą. Tak, pani Poranek mogłaby zabrać ptaszka, tylko po co? Po to tylko, aby napawać się jego pięknem w domu ojca? Przecież przed odesłaniem jej na pewno przeszukano by jej bagaże, a cacko wyleciałoby na światło dzienne. Ten obraz natchnął mnie do napisania waka:


U zarania dnia

wylatuje piękny ptak 

jasne pióra lśnią 

w blasku słońca migocą

Znajdziesz go za jeziorem


Gdy rozeszłyśmy się do naszych komnat, natychmiast roztarłam trochę tuszu, zapisałam tekst, który dźwięczał mi w głowie i szybko posłałam go mojej przyjaciółce, pani Wiośnie. Służąca przyniosła odpowiedź tak szybko, że nie zdążyłam jeszcze ułożyć swoich pędzelków:


Ptak unosi się 

tak wysoko, wysoko

w górę ponad wiatr

by jasno błyszczeć w słońcu

nad ciemnymi chmurami


Wybuchnęłam śmiechem i szybko zakryłam usta rękawem kimona, żeby nikt nie usłyszał jak bardzo rozbawiła mnie wiadomość od pani Wiosny. Pani Chmura, też coś! Jej ciemna skóra i niskie pochodzenie sprawiało, że mało ją poważałyśmy, a błazeńskie żarty, jaki czasem opowiadała, gdy byłyśmy zupełnie same, były niepoważne jak ona. Pan F. nigdy nie uczynił jej swoją żoną, ale trzymał ją wśród swoich konkubin, pomimo, że nie dała mu żadnego dziecka, a była już starszą kobietą, widać było zmarszczki na jej okrągłej jak księżyc w pełni twarzy. Może rzeczywiście? Może to ona wzięła ptaszka? Może chciała mieć jakiś ładny prezent od pana F.? Zrobiło mi się jej żal, z oka spłynęła mi łza, sięgnęłam więc po chusteczkę, aby ją obetrzeć i wtedy właśnie z rękawa kimona wyleciał mi nefrytowy ptaszek! Poturlał się po podłodze i zalśnił w słońcu wpadającym przez rozchylone ściany.


Chwyciłam go szybko i z powrotem ukryłam go w rękawie.

Kto mi go podrzucił? Co miał na celu?

Przez głowę przeleciało mi tysiąc myśli. 

Kto mógł chcieć, abym straciła w oczach pana F.?

 Kto chciał mi zaszkodzić?


Przecież nerwy, jakie towarzyszyłyby mi jeżeli doszłoby do przeszukania mogłyby sprawić, że poroniłabym, straciła dziecko pana F.! Wiedziałam, że to któraś z dam za tym stoi, musiałam tylko odkryć która i dlaczego. Zdawałam sobie sprawę z tego, że muszę działać szybko, bo jeżeli to prowokacja, to wkrótce do mojej komnaty wejdą strażnicy męża i zachowując należny mi szacunek przeszukają wszystkie rzeczy jakie do mnie należą. Nie mogę pozwolić, aby tu weszli i zniszczyli mi reputację!


Pani Chryzantema? Nie zagrażam jej pozycji. Któraś z konkubin? Za mną stała moja rodzina, jedna najsilniejszych w państwie. To że mam tylko piętnaście lat nic nie zmienia. Pani Poranek? Mam pierwszą podejrzaną. Jako drugą musiałam niestety umieścić na liście moją przyjaciółkę panią Wiosnę. Zawsze okazywała mi miłość i przywiązanie, ale w dworskim świecie takie rzeczy niewiele znaczyły. Przypomniałam sobie nagle, że dzisiaj rano zauważyła na moim rękawie jakiś paproch i uprzejmie zdjęła mi go z ramienia, po czym pogładziła mnie po nim i pochwaliła gładkość i zdobienia materiału.


Wymknęłam się szybko z komnaty i ze spuszczonymi oczami przeszłam szybko do komnaty pani Chmury, gdzie uśmiechając się przymilnie poprosiłam ją o ciasteczko. Pani Chmura właśnie czerniła sobie zęby, ale zawołała z uśmiechem:

-Oczywiście!  

Pani Chmura zawsze miała zapas jakichś pyszności. Zanim zawołała służącą i przygotowała poczęstunek, ja wyszłam na zewnątrz - pani Chmura miała jedną z najlepszych komnat, z widokiem na wewnętrzny ogród. W komnacie obok mieszkała moja przyjaciółka pani Wiosna. Jeden rzut oka przez uchyloną ścianę pozwolił mi dostrzec, że pani Wiosny nie było, szybko więc podrzuciłam ptaszka wśród rzeczy przyjaciółki, starając się go ukryć tak, żeby nie był widoczny na pierwszy rzut oka.

Szybko pomoczyłam rękę w ogrodowym strumyku i wróciłam do pani Chmury zachwalając orzeźwiający chłód strumyka. Zjadłyśmy po malutkim słodkim dziele sztuki i dziękując jej wylewnie pożegnałam się. Pani Chmura życzyła mi opieki wszystkich bogów przy zbliżającym się rozwiązaniu i rozstałyśmy się w miłych nastrojach. 

Szybko skreśliłam liścik do pani Chryzantemy, która zawsze dobrze mi życzyła: 


Ptaki na wiosnę 

poszukują nowych gniazd

czasem je wiją 

wśród ziół słodko kwitnących

a czasem wśród cykuty.


Poprosiłam jedną ze służących, aby dostarczyła liścik, a drugą o wodę do zwilżenia czoła. Położyłam się zmęczona na futon, a gdy rano pokrzepiona długim i mocnym snem poszłam się przywitać z pozostałymi paniami, zauważyłam, że wśród nich nie było mojej przyjaciółki.


Nie zobaczyłam jej nigdy więcej.


#naopowiesci #zafirewallem #tworczoscwlasna #poezja #japonia

34e09337-e954-4551-84d1-f104f2333922

@KatieWee ależ to opowiadanie jest japońskie, super! Odkąd przeczytałem Szoguna to uwielbiam te niedopowiedzenia, etykietę itp. A co do fabuły to nie spodziewałem się takiego zwrotu akcji i serio ciekawi mnie kto faktycznie był winny całego zamieszania

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci #zafirewallem


Królewski raport 


Najpierw kazali mi siedzieć na ławie pod królewską komnatą. Patrzyłem się w płomień świecy i nim wezwali mnie do środka zdążyła się wypalić w jednej piątej swojej wysokości. 

W tym czasie przede mną wciąż krzątała się służba. Wynosili królewskie koszule zapocone po nocy, wnosili świeże kwiaty, kosze z owocami, dzbany z miodem i winem, aż na samym końcu tace z pachnącymi pieczonymi kapłonami, a nawet całego dzika. A ja patrzyłem na świecę i odmawiałem kolejne zdrowaśki. Choć przyznam, że zapachy z tac pobudziły ślinianki do nadmiernej produkcji śliny a żołądek Waszego uniżonego sługi zaczął bulgotać domagając się choćby tego jabłuszka, które tkwiło w ryju królewskiego odyńca. Nawet przez chwilę zacząłem sobie myśleć, że może zaznam zaszczytu i Król zaprosi mnie do wspólnego śniadania, bo jaka ludzka istota byłaby w stanie samotnie przejeść takie ilości pożywienia? Oj jakże się myliłem...


Gdy w końcu szambelan poprosił Waszego uniżonego sługę do królewskiej komnaty, miałem możliwość po raz pierwszy w życiu przyjrzeć się licu Naszego Miłościwego Pana. Wtedy wszystko stało się jasne bo lico to bardziej niż lico człowieka przypominało tę świńską mordę na tacy, z tym, że było dużo bardziej dorodne i napuchnięte niż u jakiejkolwiek świni jaką w życiu widziałem. 

Patrzyłem się więc w tę prosiaczą gębę wyłuszczając kolejne szczegóły śledztwa, które Wasz uniżony sługa prowadził przez ostatni miesiąc. Śledztwo dotyczyło próby otrucia tego knura... znaczy się naszego Miłościwego Pana, a podejrzanych było co nie miara, bo na śmierci Jego Wysokości mogło skorzystać nie powiedziałbym nawet, że wiele osób co raczej całe tłumy. Jednakże udało mi się wyłonić głównych podejrzanych. Nie będę Was tu zanudzał jego szczegółami, które wygłaszałem wtedy do królewskiego lica pochłaniającego kolejne porcje pieczystego.


Powiem jedynie, że było bardzo delikatne bo dotyczyło osób z najbliższego otoczenia Naszej Miłości, a nawet otarło się o samą królową, którą w końcu udało oczyścić się z domniemanych zarzutów. Ze względu na te czynniki musiało być rzetelnie prowadzone a zeznania nie mogły być wydobyte podczas tortur. Finalnie w jego trakcie ograniczyłem się do kilku strzaskanych kolan i uciętych palców, a śmierć poniosły jedynie dwie osoby. Uwierzcie mi, że to naprawdę niewiele biorąc pod uwagę ilość potencjalnych podejrzanych i tego jak by to wszystko wyglądało gdybym mógł je prowadzić standardowym trybem.

Ostatecznym wnioskiem śledztwa był spisek zawiązany przez brata Naszego Władcy z dowódcą królewskiej straży. Niestety dowody nie były do końca jednoznaczne i stanowiły głównie zeznania trzech osób, w tym jednej, która opuściła niedawno ten padół łez. Niemniej jednak Wasz uniżony sługa był pewny co do swoich wniosków na tyle, że byłem gotów położyć swą głowę na szafot gdyby okazało się, że się mylę. Nie omieszkałem zakomunikować tego Naszemu Władcy na samym końcu mojej mowy.


Po chwili ciszy Jego Wysokości popatrzył chwilę na mnie tymi kaprawymi oczkami zatopionymi w zwałach tłuszczu i donośnie beknął. Opuścił wzrok i wziął się do pochłaniania udźca dzika a ja przez następne paręnaście zdrowasiek patrzyłem na tłuszcz ściekający z wydaje mi się, że czterech podbródków tej abominacji ludzkiej istoty. Pierdział, bekał i kolejne kawały dzika znikały w bezkresnej czeluści królewskiego żołądka. A ja stałem jak ten paź i patrzyłem się na ten spektakl, aż w końcu odechciało mi się jeść, choć ostatni raz miałem coś w ustach prawie, że dobę temu. W królewskiej fizjo poza ciągle podskakującymi i trzęsącymi się podbródkami przez co ich zliczenie wydawało się rzeczą wręcz niemożliwą, uwagę zwracały jego dłonie - wielkie, napęczniałe jak dwa bohny chleba. Co prawda określenie to jest trochę na wyrost ale głupio by brzmiało, że wyglądały jak dwie duże bułki. Aż w końcu jedną z tych buł trzasnął w stół i służba w trymiga zabrała tace z niewielką ilością resztek oraz zabrali się za zmienianie koszuli Naszej Miłości, bo ta ściągana wyglądała jakby była ulepiona z łoju. Bez koszuli Najjaśniejszy Pan prezentował się jeszcze bardziej nieludzko bo w odróżnieniu od podbródka na brzuchu nie miał fałd tylko był napęczniały jak taki prosiaczek. Przez chwilę patrzyłem w oczekiwaniu aż ściągną mu portki a on padnie na czworaka i z zakręconym ogonkiem w górze poleci na podwórze radośnie taplać się w błocku. 

Z zadumy wyrwał mnie gruby i donośny głos jakże nie pasujący do obecnie Nam Panującego, bo w sumie nie spodziewałem się niczego innego niż... no chrumkania.


- Dziękuję inkwizytorze za śledztwo i wygłoszenie tu szczegółowego raportu. Twoje ustalenia jako osoby z zewnątrz zgadzają się z tym co przedstawili mi moi wywiadowcy. Jednakże to czego się dowiedziałem nie tylko o zdradzieckim bracie i dowódcy straży dowodzi tego, że żyje nie na dworze a w gnieździe żmij. A co najlepiej jest zrobić z takim gniazdem, hmm? 

- Spalić...

- Właśnie! Chociaż może poprzestańmy na ucięciu im łbów! Bo ja już znam te wasze temperamenty i takie palenie nie zakończyłoby się na samych żmijach ale też zapewne połowa mieszkańców stolicy skończyłaby na stosie! A to byłaby lekka przesada, pozostańmy więc przy moim dworze. Po zakończeniu naszej rozmowy wydam polecenia zaufanym ludziom, którzy zamkną w lochu każdą jedną podejrzaną osobę z twojego śledztwa. A ty ponieważ jesteś z zewnątrz i dowiodłeś, że jesteś dyskretny i godny zaufania zajmiesz się królową. Jest to sprawa niezwykle delikatna ponieważ lud ją uwielbia, więc niech wygląda to na wypadek. Rozumiemy się, hmm? 


Liczba słów: 851

#tworczoscwlasna

df6729c4-1190-4a53-a457-f3adc4461456

@KatieWee musiałem to ugryźć z innej strony po prostu. Przede wszystkim zauważ, że jeśli chodzi o samo śledztwo to ograniczyłem się do:

Nie będę Was tu zanudzał jego szczegółami

I to dużo pomogło.

@splash545


 Przede wszystkim zauważ, że jeśli chodzi o samo śledztwo to ograniczyłem się do:

Nie będę Was tu zanudzał jego szczegółami


Zwróciłem na to uwagę przy czytaniu i ogromnie mi się spodobało! To się nazywa wolność twórcza! Śledztwo było? Było! Można przejść do kolejnego punktu dochodzenia. Albo opowiadania.


W ogóle ten opis króla jest fantastyczny! A te bochny, to już w ogóle rewelacja! - uwielbiam takie rzeczy.


Choć, jak to mi się często zdarza, kiedy przeczytałem o spaleniu, myślałem, że będzie to wszystko wzorowane na Neronie i Rzym zapłonie.

@splash545 Ależ klimacik zbudowałeś Aż chce się sięgnąć po Piekarę.

Masz niesamowity dar do zmiany stylów, co bardzo podziwiam, bo jest to sztuka, której nie opanowałam - potrafisz wyczarować zgoła różne od siebie opowiadania, zawsze na wysokim poziomie. Super

@Wrzoo dziękuję bardzo Noo Piekarą się zainspirowałem bardzo mocno. Wręcz możnaby podstawić imię i już jako trochę przerysowany fanfik by mogło funkcjonować.

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci


Różyczka


– No bez jaj.

Tania patrzyła to na mnie, to na moje ręce. Jej uniesiona brew, której to unoszenie ćwiczyła namiętnie przed zwierciadłem swojej toaletki każdego ranka podczas czesania jej pięknych kasztanowych włosów. Była z nas wszystkich najpiękniejsza, a wystudiowany ruch brwią dodawał jej mnóstwo powabu, którego skali nie była nawet chyba świadoma. Nie widziała, jak na ten drobiazg reagował Andriej ze straży przybocznej naszego Papy.

– Mówię poważnie. Nigdzie jej nie ma. - powiedziałam, starając się z całych sił pokazać Tani, że tym razem to nie żart. - Nastia też nie wie. Cały dzień spędziła z Aleksiejem, więc obydwoje są poza kręgiem podejrzanych.

Zamknęłam jajo i schowałam je do mojej ulubionej atłasowej torebeczki. Olga podarowała mi ją na Nowy Rok - musiała się naprawdę mocno naszukać, by odnaleźć to cacuszko w moim ukochanym miodowym odcieniu. Rzadko kiedy ten materiał trafia się w takim rozkosznym kolorze.

Zamknęłam napę torebeczki z uśmiechem, po czym przypomniałam sobie powagę sprawy.  

– Czy ktoś jeszcze wchodził do komnat Maman oprócz niej samej? - spytała Tania, nie przerywając robótki.

Hmm… Czy widziałam kogoś na korytarzu? Byli tam na pewno dwaj gwardziści naszej matki, w tym Sierioża, któremu raz na widok Tani w wieczorowej sukni wypadła z rąk szabla. O ile każdy członek naszej rodziny mógł wejść do ulubionego fiołkowego buduaru, to prawie nikt jednak nie wchodził do jej komnat. Chyba, że…

– Grigorij Jefimowicz? - zapytałam z powątpiewaniem. - Chyba tylko on mógł się tam znaleźć poza Maman…

– Tylko na co by mu była ta różyczka? - Tania westchnęła i odłożyła robótkę na blat stolika. Nie była najlepszą dziewiarką, toteż nie byłam w stanie stwierdzić, czy wyrób z włóczki będzie skarpetką, czy może szalem. 


Bladożółta różyczka była sekretem skrywanym w pierwszym jajku, podarowanym Maman przez Papę z okazji Wielkanocy. Darzyła ona to jajko ogromnym sentymentem. Kwiat ten miał przypominać jej o jej ukochanych żółtych różach, kwitnących w ogrodach jej rodzinnego domu w Niemczech.

A jednak jajko, które trzymałam teraz w swojej torebeczce, było puste w środku. Po pączku róży nie było śladu. 

Nie mogłam tego tak pozostawić. Jednocześnie nie chciałam niepokoić matki i ojca, gdyż na pewno spotkałoby się to z reprymendą. Już słyszę to “Przecież jajka nie służą do zabawy!”, “Z pewnością sama je gdzieś zapodziałaś, bawiąc się nimi… a one nie służą do zabawy!” i “Nie powinnaś być teraz na lekcji z madame Saint Pierre? A poza tym jajka nie służą do zabawy!”. Nie, dziękuję - oszczędzę sobie tego. 

Tym niemniej, jako osoba, która od wczoraj jako ostatnia widziała różyczkę w środku jajka, czułam się poniekąd odpowiedzialna za jej odnalezienie. 

– No nic. Dzięki, Taniu. - przytuliłam ją lekko i pognałam porozmawiać z Sieriożą.


***


Sierioża pracował w pałacu od zaledwie pół roku, ale zdążyliśmy się z nim zaprzyjaźnić. Nastia wręcz za nim przepadała; uwielbiała, gdy nazywał ją “Princessą Anastazją” (choć w sumie używał określenia “princessa” do każdej z nas). Czuła się wówczas jak bohaterka brytyjskich romansów, które pochłaniała w lekko zatrważających ilościach. Raz, gdy pojechał w swoje rodzinne strony na Krym, przywiózł Aleksiejowi muszelki zebrane z plaży. Aleksiej wprost przepadał za muszelkami, był więc w siódmym niebie. To on też wpuszczał mnie do komnat, bym mogła podziwiać jajka sprezentowane Maman. Wpuścił mnie do nich zarówno wczoraj, jak i dziś, gdy odkryłam brak różyczki.


Siergiej zajął dziś stanowisko po lewej stronie drzwi do komnat. Dla zachowania pozorów podeszłam do niego podskakując i niewinnie zagaiłam:

– Witaj ponownie, Sieriożka! Jak ci mija dzień?

– Najjaśniejsza wysokość! Mija mi wyjątkowo udanie, właśnie wybił mi półmetek dzisiejszej służby. A jak się miewa princessa?

– Bardzo dobrze, dziękuję! - ukłoniłam się w pas, czym wywołałam uśmiech na twarzy Siergieja. Nie miałam jednak czasu do stracenia. - Sierioża, czy od dzisiejszego poranka widziałeś, żeby ktokolwiek wchodził do komnat Maman poza mną? - zapytałam, starając się zrobić to jakby od niechcenia.

Sierioża lekko się zmieszał.

– Hmmm… Nie wiem, czy mogę udzielić takich informacji waszej wysokości…

– Oj, Sierioża. Przecież wiesz, że nie użyję tej wiedzy do żadnych niecnych planów! - roześmiałam się, choć trochę mnie to zaniepokoiło.

- No dobrze… Niech się zastanowię. - Siegiej potarł swoją brodę w zamyśleniu. - Od rana byli tu jej imperatorska mość, jego imperatorska mość, Grigorij Jefimowicz Rasputin, i… jej najjaśniejsza wysokość, księżniczka Olga Nikołajewna. 

Olga? Co Olga mogła robić w komnatach Maman?

– Czy wiesz może, co moja siostra mogła chcieć od mojej Maman?

Sierioża wyraźnie poczerwieniał na twarzy i wbił wzrok w podłogę.

– Jjja… Ja naprawdę nie powinienem…

– Sierioża, komu miałabym powiedzieć, a? Przecież mnie znasz, nigdy bym nie zdradziła żadnego sekretu, mais non? - przybrałam najbardziej niewinną z min i zatrzepotałam rzęsami.

– Wiem tylko tyle, że… Ojej, naprawdę nie powinienem tego mówić… Pokłóciły się chyba. W każdym razie bardzo głośno krzyczały na siebie. A potem princessa Olga wypadła przez drzwi we łzach i…

– I co, i co? - no niechże ten Sierioża to z siebie wydusi! To było o wiele bardziej ciekawe od zaginionej różyczki!

– No… mówiła, że bez Pawła nie chce żyć. Ale nie wiem, jakiego Pawła.

Ja jednak wiedziałam. Olga od jakiegoś czasu wzdychała do Pawła Woronowa, oficera marynarki. Mieli się ku sobie, jednak… był tylko oficerem, a ona najstarszą córką cara.

Olga nie mogła być żadnym sensownym tropem. Ale Grigorij Jefimowicz… Czy to możliwe…?

– Czy ktokolwiek wchodził do komnat Maman samodzielnie? 

– Hmm… Nie wydaje mi się. Jej imperatorska mość za każdym razem była w środku, gdy ktoś odwiedzał jej komnaty. Z kolei wieczorem i nocą nie trzymałem warty. O tę porę musiałaby princessa zapytać Fomy, on był tu przez noc. Chociaż gdyby działo się coś niespodziewanego, na pewno by mi o tym powiedział, gdy się zmienialiśmy. Ale… z czego wynikają te wszystkie pytania?


– Absolutnie z niczego, dziękuję! - powiedziałam szybko i pobiegłam w dół korytarza.

– Miłego dnia, wasza wysokość! - krzyknął jeszcze Siergiej, wciąż ze sporym zdziwieniem w głosie.


***


– Grigoriju Jefimowiczu, czy mogę wejść? - zapytałam, pukając w drzwi do pokoiku naszego przyjaciela. Co prawda nie mieszkał w tym ascetycznym pomieszczeniu na stałe, ale zajmował ten pokój wtedy, gdy nasza Maman najbardziej potrzebowała jego obecności.

Poprosiłam pokojówkę, którą musiałam na rzecz tych odwiedzin zrekrutować w charakterze opiekunki dobrych obyczajów, aby stanęła na korytarzu na czatach. Nie była z tego tytułu zbyt zadowolona, ale posłuchała mnie bez zająknięcia.

Drzwi były otwarte na oścież, jednak zasady dobrego wychowania sugerowały, by mimo wszystko zapytać. W zasadzie mogłam jako córka cara wejść i nieproszona, ale byłam już prawie dorosła i powinnam unikać zarówno dziecinnej beztroski oraz wszelkich przejawów buty. 

– Naturalnie, proszę, proszę! - charakterystyczny, charczący głos Grigorija Jefimowicza dochodził z prawej strony pokoju. Gdy weszłam, zobaczyłam, że siedzi przy biurku i pisze list. Na mój widok oderwał się od niego, wstał i złożył ręce na podołku. - Jak mogę służyć, Maszeńko?

Grigorij Jefimowicz był dla nas niezwykle ważny, gdyż opiekował się Aleksiejem. Mogliśmy liczyć na niego w najgorszych chwilach.

Przygryzłam wargę, nie wiedząc, co robić. Mój czas się kurczył. Wkrótce Maman wróci do swoich komnat i zauważy nieobecność jajka, wciąż znajdującego się w mojej torebeczce, jak i różyczki, która powinna znajdować się w środku. Musiałam działać więc szybko.

– Grigoriju Jefimowiczu, czy nie widziałeś gdzieś zapodzianej różyczki z jaja Fabergé naszej Maman?

– Różyczki?

– Tak jest. Żółtego pączka, tak gwoli precyzji. Z o, tego jajka. - wyciągnęłam jajo z torebeczki.

– Ach, tej różyczki! Oczywiście!

– Och, to oznacza z pewnością, że wiesz, gdzie jest?

– Ależ, nie! Niestety, nie mam pojęcia, gdzie rzeczona różyczka się znajduje. - powiedział Grigorij Jefimowicz, zwieszając lekko głowę. 

Zwiesiłam ramiona. Moje pomysły się skończyły, i już wkrótce będę musiała przyznać się do porażki, zwracając Maman puste jajo. Och, jak bardzo nie chciałam sprawić jej przykrości! Już i tak miała ich dość w tym miesiącu z uwagi na chorobę Aleksieja… 

Nasz przyjaciel zauważył chyba jednak moją melancholię, gdyż po chwili dodał:

– Ale powinnaś, Maszeńko, zapytać o to swojego ojca.

– Och, nie! Jeśli Papa się dowie, to będzie to całkowita katastrofa!

Grigorij Jefimowicz uśmiechnął się jednak i zapewnił mnie, że nie mam się czego obawiać. Powiedział to przy tym z taką pewnością, że mu uwierzyłam. Papa już nie raz ratował mnie z opresji i krył moje występki przed Maman… Być może on mi coś doradzi?


***


Papa, jak zwykle, siedział przy dużym okrągłym stole w swoim gabinecie. Blat był jak zwykle zawalony księgami i listami, jednak Papa nic sobie z tego nie robił. Zawsze wiedział, co znajduje się w każdej kupce papierów i był w stanie natychmiast odnaleźć poszukiwane pismo. 

– Podejdź, dziecko, już kończę.

Wykonałam kilka niepewnych kroków od progu, trzymając kurczowo brzegu swojej sukni. Mimo że miałam już 13 lat, a lada moment miałam skończyć 14, przy Papie wciąż czułam się jak mała dziewczynka. Nie było w tym niczego wstydliwego: po prostu wiedziałam, że jestem jego ulubioną córką i mogę jeszcze przy nim zachowywać się jak dziecko. Oczywiście, o ile nie pełniliśmy akurat obowiązków publicznych.

Teraz jednak wiedziałam, że wstyd, który czuję, jest wstydem dorosłej panny. Zawiodłam jego i Maman - nie tym, że nie rozwiązałam zagadki zaginięcia różyczki, ale raczej tym, że najprawdopodobniej to jednak ja doprowadziłam do jej zaginięcia.

Odsuwałam od siebie tę myśl tak długo, jak to możliwe, ale chyba przyszła pora to przyznać. To niemal pewne, że to ja ostatnia ją widziałam. To ja bawiłam się jajami, choć rodzice wielokrotnie prosili mnie, bym tego nie robiła. Choć nie wiem, jak mogłabym się przed tym powstrzymać: były przepiękne i wciąż wprawiały mnie w zachwyt. 

Stanęłam przy stole, a Papa wskazał mi miejsce na krześle obok. Usiadłam, złożyłam przedramiona na blacie stołu i oparłam o nie twarz, czując rosnącą w sobie porażkę. Papa zaśmiał się pod nosem i pogłaskał mnie po głowie.

– Ciężki dzień?

– Ciężki dzień. - wymamrotałam.

– Chcesz mi o nim opowiedzieć?

Wzdechnęłam i obróciłam swoją twarz w dół, w stronę blatu. 

– Bybazbubbibambubbykę.

– Chyba nie zrozumiałem. Powtórzysz? - zapytał z rozbawieniem Papa.

– Chyba… zgubiłam różyczkę.

– Jaką różyczkę?

– Tę z jaja, które podarowałeś Maman na waszą pierwszą Wielkanoc. Żółty pączek róży, wiesz.

Kątem oka zobaczyłam, że Papa spoważniał.

– Skąd o tym wiesz? I czy mama wie?

– Nie mówiłam jej. Ja… wczoraj przeglądałam jajka pod nieobecność Maman, i dzisiaj również mi się to zdarzyło, nie, że się nimi bawiłam, po prostu… Ekhm… W każdym razie, wczoraj różyczka jeszcze była, a dziś już jej nie ma. Spójrz. 

I położyłam przed sobą jajo pozbawione wnętrza. Otworzyłam je i smutno zaprezentowałam pustkę wewnątrz niego.

– Nie ma jej. Nie wiem, co się stało. Byłam pewna, że to nie moja wina. Myślałam, że może to Olga, albo Grigorij Jefimowicz, ale mają alibi… Więc chyba to ja ją zgubiłam…

– O tę różyczkę?

Papa sięgnął do wewnętrznej kieszeni swojej marynarki i wyciągnął z niej żółtozielony drobiażdżek. Gdy położył go na otwartej dłoni, stało się jasne, że jest to zaginiona różyczka.

– Ale… ale jak? Co? Skąd? I dlaczego?

– A dlatego.

Papa nacisnął przycisk, znajdujący się z boku różyczki, który otwierał jej wnętrze. Był to sekret w sekrecie: różyczkę można było otworzyć, i skrywała ona w swoim wnętrzu miniaturową koronę wysadzaną kamieniami oraz rubinowy wisiorek.

Teraz jednak po koronie i wisiorku nie było śladu; zamiast nich, w środku tkwił maleńki złoty sekretnik w kształcie serca.

– Zbliża się nasza rocznica ślubu. Nie chciałem jednak tak po prostu dawać twojej matce prezentu. Pomyślałem, że zabawniej będzie, gdy odnajdzie go sama. Miałem powiedzieć jej, że służba doniosła mi o zaginięciu korony oraz wisiorka. Ale teraz widzę, że nie ująłem w swojej planie jednej małej rzeczy… Ciebie, moja panno! - roześmiał się Papa, a wraz z nim i ja. 

– Co jest w środku sekretnika? - zapytałam, sięgając do wnętrza różyczki. Papa jednak zamknął ją tuż przed tym, gdy moje palce dotknęły zawieszki. 

– Ten sekret pozostanie znany tylko mnie i twojej mamie. Co ty na to?

Prychnęłam ze zniecierpliwienia i udałam, że się obraziłam, czym jeszcze bardziej rozbawiłam Papę. Ucałował mnie w czoło, więc nie byłam w stanie dłużej zachować grymasu na twarzy i rozpromieniłam się.

– Będę jednak potrzebował twojej pomocy.

– Och, z przyjemnością! Co mam zrobić?

– Umieścisz jajo z powrotem w komnacie swojej mamy? Podwędzenie go było już dość skomplikowane, a i tak nie jestem pewny, czy nie zauważyła…

Wyszczerzyłam się i pokiwałam głową z entuzjazmem.

– Jak najbardziej! To dla mnie drobnostka.

– Tylko bez podglądania sekretnika!

– Ooooj, Papoooo!


#zafirewallem #tworczoscwlasna

1963 słowa

27c488d0-ce14-4461-8ce8-bb3cfb953a43
Wrzoo userbar

@Wrzoo dlatego przeraża mnie podejście do tego opowiadania bo wiem, że właśnie tak powinno wyglądać. No ale nic pokombinuję.

Podziwiam jak się potrafisz odnaleźć we wszelkich gatunkach i piszesz opowiadania o wysokiej jakości, które się zawsze dobrze czyta i są wypełnione tyloma szczegółami.

@splash545 Ej, nie ma co się przerażać. To jest fajne, że jest taki przekrój stylów, pomysłów i fraz.


Za mną cały czas chodzi też ten stary pomysł, który kiedyś, jeśli zdarzy mi się wygrać i będę akurat miał luźniejszy czas chciałbym zrealizować. Ten, że zrobimy w którymś konkursie edycję anonimową. To znaczy pozbieram sonety czy opowiadania przez prywatną wiadomość i będę zamieszczał tak, że nie będzie wiadomo kto które napisał. Może zrobimy wtedy zgadywanki kto jest autorem i wygra ten, którego najwięcej osób odgadnie?

Bbabzdodobbeobbobiaddanie!

To znaczy, ekhm, bardzo ładne opowiadanie!


Choć spodziewałem się, że to ojciec schował, to myślałem, że zrobił to po to, żeby córkę wychować dając jej nauczkę. Chyba nie ma we mnie talentów pedagogicznych.

@George_Stark O, dopiero zobaczyłam Twój komentarz - umkął mi wczoraj.

Do momentu spotkania z Rasputinem nie wiedziałam jeszcze w sumie, dokąd mnie ten wątek pociągnie - i ten trop pedagogiczny gdzieś też mi się plątał z tyłu głowy. Ale potem przeczytałam, że korona i rubinowy wisiorek z wnętrza różyczki w którymś momencie zaginęły i do dziś ich nie odnaleziono. Więc stwierdziłam, że fajnie byłoby nadać temu zaginięciu jakiś powód, żebym się poczuła z tą stratą dobrze.

Zaloguj się aby komentować

Tak jak obiecałem, lirycznie milczę w ramach protestu, więc wypowiem się prozatorsko. Apeluję jednak w tym miejscu do innych, choć czasu jeszcze sporo, a apel mój dotyczy napisania swoich opowiadań w konkursie #naopowiesci tak, aby zmniejszyć prawdopodobieństwo mojej w tym konkursie wygranej, która to byłaby mi zupełnie nie na rękę.


Jeśli jednak taka wygrana by mi się przydarzyła, przyjmę ją, choć z bólem (ale i z honorem) i wywiążę się z wynikających z niej obowiązków. Bo tak jest po prostu w porządku wobec innych, którzy w zabawie chcieliby dalej uczestniczyć.


Dobra, koniec tego pierdololo, zapraszam do lektury:


***


Zaognia


czyli


Powiastka ku rozwadze o zabawie, o koleżeństwie oraz o etyce


Lato zbliżało się już do swojego kresu i chłód jakiś dziwny nadciągnął nad królestwo, które miejscowi Zaognią zwali. Nie był to jednak li tylko chłód związany ze zmianą pory roku. Był to chłód, który zmroził serca mieszańców tej krainy.


Zaognia była państwem małym, otoczonym murem na wzór chiński, na którym to murze, na w pewnych odległościach rozmieszczonych wieżach strażniczych, płonęły ogniska Wiecznego Ognia Sztuki. Mieszkańcy Zaogni dbali o podtrzymywanie tych płomieni. Pełniły one nie tylko funkcje obronne, ale i zagrzewały ich serca do twórczości, Zaognia bowiem w tamtym czasie była światową stolicą sztuki lirycznej.


Mieszkańcy równie wysoko jak twórczość własną cenili sobie tradycję. Zaognia była krainą dziwną, zorganizowaną po części jako republika, po części jako anarchia. Władzę w tej krainie dzierżył bowiem lud, a mieszkańcy jej żyli w zgodzie, szczęściu i bez konfliktów, choć praw spisanych nie posiadali niemal żadnych. Ze względu na wymogi formalne zgodzono się, że oficjalną formą ustroju będzie monarchia, a ponieważ nikt nie chciał wywyższać się ponad innych i zasiadać na tronie, ustalono, że królową zostanie muza Eutrepe, tak jak król Jan Kazimierz kilka wieków później nadał godność Królowej Polski Matce Boskiej.


Sprawowanie rzeczywistej władzy spoczywało w rękach ministrów, a było tych ministrów na tamten moment trzech: wybierany na najkrótszą kadencję Minister Formy Lirycznej Krótkiej, wybierany na dłuższą kadencję Minister Formy Lirycznej Dłuższej oraz, wybierany na najdłuższą kadencję, Minister Formy Prozatorskiej.


Zdarzyło się razu pewnego tak, że wzorem króla Bolesława Chrobrego, który to sprowadził kilka wieków wcześniej do Polski wielbłąda tylko po to, żeby ofiarować go w darze Ottonowi III, i do Zaogni sprowadzono zwierza egzotycznego, choć z innych zupełnie stron świata, bo z chłodnych krańców południowej półkuli, zwierzem tym był bowiem pingwin królewski. Różnica nie tylko leżała w miejscu pochodzenia stworzenia, ale i w celu, w jakim zwierzę to egzotyczne zostało do kraju ściągnięte. Pingwin ten nie miał być dla nikogo prezentem, nikt nie myślał o oddaniu go komukolwiek, ale miał posłużyć mieszkańcom jako wyrocznia i wskazać kto z mieszkańców na kolejny okres obejmie rządy w Ministerstwie Formy Lirycznej Dłuższej, co miało rozwiązać zwyczajowy problem z brakiem chętnych do pełnienia tego urzędu. Pingwin wyznaczone mu zadanie wypełnił znakomicie i wskazał niewiastę imieniem Róża. Od tego właśnie momentu w Zaogni rozpoczęły się kłopoty.


Na początku nic nie wskazywało na to, że sytuacja przybierze taki obrót, jaki obrała. Zdarzało się bowiem i wcześniej tak, że nowo obrany Minister, zajęty swoimi własnymi sprawami, nakazany tradycją dekret wydawał z opóźnieniem. Służba publiczna w Zaogni była służbą honorową, nie wiązały się z nią żadne profity, oprócz może zaszczytu, a i to w wąskim jedynie gronie mieszkańców tej krainy. Czasami Ministrowi, zajętemu swoimi własnymi sprawami, o ciążącym na nim obowiązku należało przypomnieć. Bywało i tak, a zdarzało się to w najbardziej dynamicznym Ministerstwie Formy Lirycznej Krótkiej, że obrany urzędnik swoich obowiązków nie spełnił. Znajdował się wówczas śmiałek, który go na stanowisku zastępował, tak aby ciągłość władzy została zachowana. Te zastępstwa były również częścią tradycji, a wynikały z prostej, pragmatycznej przyczyny: ze wspomnianej wcześniej dynamicznej specyfiki tegoż Ministerstwa. Nigdy wcześniej nic takiego nie zdarzyło się jednak ani w Ministerstwie Formy Prozatorskiej, ani w Ministerstwie Formy Lirycznej Dłuższej. Aż do tego feralnego okresu z przełomu lata i jesieni, o którym to jest ta opowieść.


Pierwsze niepokoje wśród spokojnych zazwyczaj mieszkańców pojawiły się trzeciego dnia po obiorze Róży na nowego Ministra. Przedłużająca się zwłoka w wydaniu spodziewanego rozporządzenia zaniepokoiła dwójkę z najstarszych mieszkańców: błazna na królewskim dworze Eutrepe, mężczyznę imieniem Narcyz i piękną miejscową pisarkę-kucharkę, kobietę o równie kwiatowym imieniu Dalia. Oboje, zaniepokojeni sytuacją, wystąpili równolegle z taką samą, precedensową w historii królestwa, propozycją zastąpienia obranego Ministra w pełnieniu wyznaczonych mu zaszczytnych, choć uciążliwych obowiązków. Rozumieli oni bowiem, że różnie w życiu się układa. Rozumieli, że ożna nie mieć czasu, ochoty, siły, możliwości; różne mogą być powody odwlekania obowiązków. Propozycję swoją Narcyz i Dali wystosowali do milczącej od pewnego czasu Róży, propozycja ta jednak została przez Różę odrzucona. Róża twierdziła, że przygotowuje coś specjalnego.


Nastroje w królestwie podupadały. Pojawiły się głosy nawołujące do buntu. Grożono Róży agresją słowną. Pierwszy na rynku zabrał głos królewski koniuszy, który wykorzystywał swoją pozycję do nielegalnego hodowania pająków w niezmiatanych od niepamiętnych czasów pajęczynach zalegających w narożnikach stajni. Oskarżał panią Minister-elekt o małostkowość pobudek, o złośliwość, o opieszałość, w czym znajdował poparcie coraz bardziej zagubionego w nowej, niespodziewanej i nieprzyjemnej sytuacji tłumu. Róża zabrała głos w sprawie kierowanych pod jej adresem gróźb i oskarżeń, twierdząc, że wszystko co miała do powiedzenia już powiedziała, tym samym metodą terrorystyczną utrzymując mieszkańców w stanie ciągłego i przedłużającego się niepokoju. Drugim, który w tej publicznej debacie zabrał głos, był królewski sekretarz, człowiek-grzyb, którego głównym zadaniem, pochłaniającym całe jego dnie, było studiowanie kalendarzy. Ten z kolei, widząc nieskuteczność groźby zastosowanej przez koniuszego, spróbował innej metody. Spróbował prośby. Wyświetlał Róży możliwe katastrofalne skutki jej zaniechania dotyczące prawdopodobnego wystąpienia szkód w uzębieniu mieszkańców krainy na skutek tych zębów niecierpliwego zaciskania. Mało brakło, a wzorem królów Kacpra, Melchiora i Baltazara, którzy kilka wieków wcześniej przybyli do Betlejem z darami, również człowiek-grzyb złożyłby przed obliczem Róży dary. Nie byłyby to jednak ani mirra, ani kadzidło, ani nawet złoto, a cenniejsza od nich wszystkich biała substancja pochodząca z odległej krainy Kielce, majonezem zwana. Czy ta prośba człowieka-grzyba została przez Różę wysłuchana? – nie wiadomo. Pewnym jest jednak to, że nie tylko nie uczyniono tej prośbie zadość, ale też i to, że pozostała ona zupełnie bez odpowiedzi.


Byli też i tacy, którzy próbowali prowadzić śledztwa. Próbowali dochodzić tak do tego, czy prośba wystosowana przez królewskiego sekretarza trafiła do adresatki, jak również do tego, co może być przyczyną przedłużającej się opieszałości owo obranej Minister. Śledztwa te prywatne, prowadzone na własną rękę nie przynosiły rezultatów. Na skutek działań Róży więzy społeczne w Zagoni rozluźniały się, ludzie nie współpracowali ze sobą tak chętnie i intensywnie jak dotychczas, bo nie mieli ku temu okazji. Wspólne działania, przynoszące więcej korzyści niż dziania nawet nie egoistyczne, ale prowadzone wyłącznie w pojedynkę, nie zostały podjęte również w obszarze prowadzonych śledztw. Tak jak nieużywanie narządów ciała prowadzi do ich zaniku, tak samo dzieje się z umiejętnościami społecznymi. To właśnie była przyczyna niepowodzeń w prowadzonych na zaognijskim dworze Eutrepe prywatnych śledztw, o których powiedzieliśmy powyżej.


Powiastka ta nie jest bajką, nie ma więc w niej morału. Ocenę zachowań Róży, nie znając powodów jej opieszałości, pozostawiamy etykom. W tym miejscu stwierdzamy tylko, że miała możliwości aby nie pozbawiać mieszkańców radości z zabawy, która to zabawa była częścią ich życia w tej szczęśliwej dotąd krainie. Uczciwie stwierdzamy jednak, że powody, dla których z tych możliwości nie skorzystała, również nie są nam wiadome.


Czy Róża zachowała się w porządku? Czy mogła zrobić inaczej? Czy gdyby zrobiła inaczej, sprawy przybrałyby lepszy obrót? Jaki los spotka Zaognię na skutek jej zaniechania, a jaki spotkałby gdyby wybrała jakiekolwiek inne rozwiązanie? Tego, niestety, również nie wiemy. W tym przypadku zadajemy się na to, co przyniesie czas, a ocenę pozostawiamy historii i historykom.


***


1146 słów


***


#zafirewallem

#naopowiesci

@George_Stark świetnie dołączyłeś tym opowiadaniem! Zawsze miałeś talent do wplatania losów kawiarenki do swojej twórczości

Zaloguj się aby komentować

Dość dużo mi to czasu zajęło ale w końcu udało się, kolejna część opowieści o Szeryfie Kowalskym w nowej edycji #naopowiesci

Odhaczony temat ( dwór królewski - pojawił się tutaj, daję słowo i forma (opowiadanie detektywistyczne), teraz dalej mogę pchać fabułe naprzód, następny odcinek to finał tego sezonu


Link do poprzedniej części, w niej do poprzednich


s01e09


***


Kowalsky zatrzymał się w Saloonie. Nie miał zresztą innego wyjścia, biuro szeryfa po ostatnich wydarzeniach nie nadawało się już do niczego, nawet szczury się stamtąd wyniosły. Woń spalenizny wciąż było czuć w całej okolicy. Musiał się dobrze zastanowić, śledztwo stanowe to nie przelewki, wiedział także, że burmistrz za niego karku nadstawiać nie będzie. 

Zamówi więc pokój z kąpielą i towarzystwem Amy, jak zwykle zresztą.

- Szeryfie... - przerwała mu rozmyślania słodka Amy - Co z Teddym?

- Nie martw się tym teraz słonko - uciął krótko szeryf

- To mój brat, jak się mam nie martwic?!

- K⁎⁎wa mać, to znaczyło żebyś zamknęła mordę!

- Jesteś bez serca, draniu! - Amy wybiegła z pokoju z płaczem


Była bardzo zżyta z Teddym, w końcu był jej ukochanym młodszym braciszkiem. Starsze siostry traktowały go z nienawiścią, uważały że odebrał im matkę która zmarła krótko po jego porodzie. A ona starała się mu wynagrodzić wszystkie złe chwile, także ze strony ojca. Płacząc na zapleczu wróciła myślami do wydarzeń sprzed osiemnastu laty...


Była późna jesień, coraz zimniej, wiatr dawał się już mocno we znaki. Stary już Skinny ledwo zipiał, wlókł się z trudem, kładąc się słychać było jak trzeszczą mu wszystkie stawy. Ale jednak nadal żył, już ponad 13 lat. Jak na czworonoga było to sporo. Amy i Teddy byli do niego bardzo przywiązani, był to bowiem ukochany pies ich matki. Amy doskonale pamiętała jak paruletni Teddy jeżdził na nim jak na rumaku, gdy bawili się w księżniczki i rycerzy. Dom robił za dwór królewski i dzielny 5 letni braciszek z pogrzebaczem w ręce jeździł odbić uwięzioną na stole księżniczkę Amy. I tak do czasu aż pijany ojciec dobudził się i przerywał zabawę tłukąc malca i psa pasem grubym na pół cala. Któregoś dnia jednak Skinny po prostu zniknął.


Szukali go wszyscy, nawet Rose i Mary, chociaż te z dziwnym uśmieszkiem. 

- Wiedzą jędze co się z nim stało - myślałą na głos Amy

- Nie martw się Amy, znajdziemy go - pocieszał starszą siostrę maly Teddy


Poszukiwania zaczęły się standardowo, od oględzin legowiska. Wyglądało normalnie, pchły po nim skakały radośnie. A kto go ostatni widział? To należało ustalić. Pierwsze na przesłuchanie została wytypowana koścista Mary

- Kiedy widziałaś go ostatni raz? - zapytał Teddy

- Spadaj smarkaczu!

- Więc to twoja sprawka! Nasza mama go uwielbiała, jak ci nie wstyd? - oburzył się mały detektyw

- To była moja mama a nie twoja, zasrańcu! - zakończyła przesłuchanie 14 letnia wówczas Mary

- Kochanie nie mów tak, to nie jego wina, umarła bo tak widocznie miało być - na wpół trzeźwy ojciec miewał czasem przebłyski człowieczeństwa 


Zawzięty Teddy postanowił przesłuchać kolejną z sióstr, pulchną Rose

- Gdzie byłaś wczoraj?

- Nie twój interes - zarechotał grubasek

- Widziałaś tam Skinnyego?

- Nie, Skinnyego nie widziałam ale widziałam coś lepszego - i mrugnęła znacząco

- Co takiego?

- Hihi, naprawdę nie twój interes

- Rose, do k⁎⁎wy, znowu się włóczyłaś po ulicach? Masz 15 lat a ubierasz się jak d⁎⁎⁎ka! - krzyknął stary McPenny otwierając butelkę


Mały detektyw pokręcił głową i dał jej spokój. Przyszła kolej na Amy.

- Kiedy ostatnio widziałaś Skinnyego? - zapytał poważnie

- Dwa dni temu, bawiliśmy się z nim na podwórku, nie pamiętasz?

- Pamiętam Amy, ale to oficjalne przesłuchanie

- A przepraszam

- Więc dwa dni temu?

- Tak detektywie

- Czy było coś podejrzanego?

- Tak, pierwszy raz w życiu Skinny nie zjadł kiełbasy, nawet jej nie tknął

- Też to zwróciło moją uwagę - przytaknął Teddy


Przesłuchano także ojca

- Tato, gdzie może być Skinny? Widziałeś go ostatnio?

- Nie mam pojęcia, przedwczoraj się z wami bawił i zniknął jak kamfora

- Pamiętasz to?

- Tak, patrzyłem przez okno raz na jakiś czas co tam wyprawiacie, ledwo zipiał od waszych zabaw

- Myślisz, że uciekł bo nas miał dosyć?

- Nie, nie, nie to miałem na myśli

- Przecież byłeś pijany, jak mogłeś widzieć?

- Nie jestem ślepcem! - ojciec się zdenerwował

- Tato, a dlaczego tyle pijesz? z pewnych wahaniem spytał mały Teddy

- ....

- Dlaczego tato? - naciskał dalej

- Po prostu muszę mieć jakąś towarzyszkę życia, teraz tylko ona mi została... Przez ciebie! - rzucił ze złością na wpół wypitą butelką


Przesłuchania nie przyniosły nic ponad to co było już wcześniej wiadome. Poszukiwania zostały rozszerzone na podwórko, od razu Teddyemu rzucił się w oczy skobel od furtki w stronę lasu - był zarzucony odwrotnie. Mały detektyw sam go zamykał i robił to jak należy.

- Jest trop! - wykrzyknął podniecony do Amy

- Szukajmy dalej - odpowiedziała poruszona


Przeszli dobry kawał drogi szukając wzrokiem jakiegokolwiek śladu. Nic nie znajdywali więc szli coraz dalej. Aż doszli do lasu.


- Powinniśmy się rozdzielić - zaproponowała Amy stojąc przed wąwozem

- Nie, nie zostawię cię samej! - zaprotestował mały śledczy

- Ale tylko na chwilę, będziemy się nawoływać

- Nie, zapomnij o tym - powiedział ściskając siostrę za rękę


Więc szli dalej. I dalej, aż już nie było widać niczego oprócz okalających ich drzew. Nigdy nie byli tak daleko. I doszły ich odgłosy jakiejś głośnej rozmowy i śmiechów.

- Zbliżmy się, tylko nie wychylajmy - szepnął do siostry Teddy

- Dobrze - przytaknęła bezgłośnie


Doszli do krzaków w odległości kilkudziesięciu kroków od kilku postaci które piły whisky i co chwilę wybuchały śmiechem. Rozpoznał z daleka zastępce Walthera, syna szeryfa Andrewa Kowalskyego w towarzystwie dwóch synów starego Joeya, miejscowego rzezimieszka i pasera.


- To na pewno oni! - mały Teddy się poderwał

- Zaczekaj - odruchowo zakrzyknęła Amy


Podpite towarzystwo zaalarmowane nagłym krzykiem zwróciło swoje twarze w ich stronę.

- A wy tu czego? Wypierdalać! - krzyknął Billy

- Zaczekaj głąbie - wstrzymał kompana Kowalsky


Podszedł do dzieciaków i zapytał łagodnie

- Nie za daleko od domu jesteście? Wracajcie bo ojciec się niepokoi

- Ojciec jest pijany, na pewno się nie niepokoi - stanowczo odrzekł Teddy

- W sumie masz rację - zastępca kiwnął głową

- Szeryie, widział pan może tu naszego psa Skinnyego? - zastępca mile ułechcony mianem szeryfa był teraz nadzwyczaj w dobrym humorze

- Widziałem. Jest tutaj.

- Gdzie?

- Nie wiem czy chcesz to usłyszeć.

- Szeryfie, gdzie on jest? - młody detektyw nie dawał za wygraną - Zostaw ją! - krzyknął widząc jak młody Joey przytrzymuje i zaczyna obmacywać Amy, rzucając się z pięściami na podpitego amanta

- Billy, teraz to mnie wkurwiłeś! - zastępca wyciąga colta


Sekundę później Billy i jego brat Ricky leżą z dziurami w głowach.


- Przeszkodziliście w tajnej misji - powiedział zawiedziony zastępca - trzy miesiące pracy na darmo, k⁎⁎wa mać, już myśleli że mnie kupili!

- Sze...ry...fie... - zaczęła zszokowana Amy

- Chodźmy do tego psa - Kowalsky, patrząc jednak z uznaniem na młodego McPennyego który zachował zimną krew


Doszli wnet do grubego drzewa, ułamanego ponad metr nad ziemią i pod przywalonym pniem leżał Skinny. Ciemnobrunatne plamy na jego ciele i zmasakrowana głowa jasno wskazywały na przyczynę śmierci.

- Co... co mu się stało? - zaciskając pięści spytał mały detektyw

- Wasz ojciec go zabił, spotkaliśmy go wczoraj nad ranem parę chwil po tym jak coś zaczęło kwilić na pół lasu i wnet ucichło.

- Ale.. ale dlaczego to zrobił?

- Pewnie dlatego, że był stary. Tak tu ludzie robią.

- Dranie! - Amy otrzeźwiała i trzęsła się ze złości

- Nic nie poradzę moja droga, za zabicie człowieka jest stryczek, za zabicie psa nic nie grozi - wzruszył ramionami zastępca

- Czy pana powieszą? Za tych dwóch? - spytał nagle Teddy

- Nie kolego, mnie nie powieszą, od wieszania to jestem ja. Zapamiętaj to dobrze - zaśmiał się Kowalsky


***


cdn.


#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Trochę nie mam cierpliwości do redagowania własnych tekstów, więc proszę o wyrozumiałość. Przede wszystkim chyba w sprawie dość swobodnej stylizacji językowej. Niemniej życzę przyjemności:


***


To który jest synem kogo?


28 października roku pańskiego 1660, z Bożej Łaski i z dynastii Habsburgów królowa, Maria Anna Austriaczka, powiła syna. W dziecięciu tym nowo narodzonym medycy nadworni pokładali większe nawet nadzieje niż ojciec jego, król z Bożej Łaski (i również z dynastii Habsburgów), mąż i jednocześnie wuj królowej Marii Anny, Filip IV, pokładał we wciąż żyjącym jeszcze starszym bracie noworodka, księciu Filipie Prospero. W tamtym bowiem czasie, po śmierci obydwóch synów z poprzedniego związku króla Filipa z królową z Bożej Łaski (i, tym razem, z dynastii Burbonów jednak), Elżbietą de France, po śmierci samej królowej Elżbiety, po ponownym małżeństwie króla, tym razem ze swoją siostrzenicą Marią Anną z dynastii Habsburgów, po śmierci drugiego syna ze związku z nią, wciąż jeszcze życiem cieszył się pierworodny syn z drugiego małżeństwa, wspomniany już książę Filip Prospero (z dynastii Habsburgów).


Książę Filip dziecięciem był słabym i chorowitym, co i może większą łaskę i miłość u ojca zaskarbiać mu mogło, albowiem on jeden, poza dwiema siostrami, spośród licznych zastępów prawego potomstwa władcy, utrzymywał się tak długo przy życiu. Król, w obawie bądź to o syna, bądź o sukcesję, nad zdrowiem jego się zamartwiał i sposoby rozmaite przedsiębrał ażeby śmierć od dziedzica tronu odegnać. Rad rozmaitych zasięgał, medyków sławnych ze wszystkich stron świata ściągał, na dwór kazał relikwie świętego Diego z Alcalá sprowadzić. Jak się później miało okazać, wszystko to zdało się jednak na nic.


28 października roku pańskiego 1660 jednakowoż, dziecię powite przez królową Marię, młodszy brat księcia Filipa, całkowicie zdrowym się być okazało. Chłopiec dorodny, rosły, aparycji i fizjognomii przyjemnej, nie wykazywał deformacyj ciała żadnych ni innych defektów, a które to defekta dziś nazwalibyśmy skutkami chorób genetycznych wynikających z długotrwałego chowu wsobnego.


Matka dziecięcia, królowa Maria Anna szczęśliwa i dumna z syna była. Król Filip zaś, choć, jako ojciec, udział brał w uroczystościach z okazji narodzin potomka, minę miał niemało zasromaną. Wrażenie sprawiał jakoby coś go gryzło i spokój jego mąciło.


***


Trzeciego dnia po narodzinach młodego księcia to było, kiedy guwernantka, dziecię uśpiwszy, królewskie komnaty opuściła w kołysce je tam zostawiając pod opieką królowej matki, bo takie było królowej matki życzenie. Król Filip natenczas weszedł do komnaty, nad kołyską się zatrzymał, na dziecię popatrzał, czoło zmarszczył, poczem wzrok na królową uniósł i w takie oto ozwał się słowa:


– Małżonko moja! Uszu mych plotki doszły i domysły rozmaite jakie się po dworze niosą, a i mnie samego zmartwienie wielkie ogarnia kiedy na dziecię to spoglądam! Albowiem ciało jego całe, a twarz osobliwie, żadnych oznak deformacyj nie zdradza. Szczęka jego cofnięta, nos zadarty, nogi proste. Słowem: niepodobny on do nas, Habsburgów, wogóle.

Królowa oburzyła się na to:

– Małżonku mój! Cóż ty mi insynuujesz tutaj, przypuszczenia jakieś wysnuwasz?! Czyż sugerujesz, żem niewierną ci była? Że dziecię moje nie z ciebie poczęte?

– Małżonko moja! Pytam jeno, bo na sercu dobro rodu i ojczyzny mi leży, a i poważanie króla we dworze istotnym mi jest. Nieledwie dziś kazałem ściąć dwóch żartownisiów, którzy to szeptali, że królowi korona już niepotrzebna, że rogi wystarczy mu pozłocić… I z czegóż to się śmiejesz, małżonko moja?

– Bo to wyborny żart jest, małżonku mój.

– Żart, zaiste, wyborny – tutaj król uśmiechnął się również – jednakowoż nie mogę sobie na takie żarty w stosunku do mojej osoby pozwolić. Sama rozumiesz, małżonko moja: majestat władzy. Ale, wracając do rzeczy: niestety, badań genetycznych jeszcze nie znamy, więc na medyków nie ma się co w tej sprawie spuszczać. Tyle zobaczą, co i ja sam widzę. Na Sąd Boży też się nie ma co zdawać, bo dziecię ani o czary oskarżone nie jest, ani nie chodzi o to, że, jeśli niewinne, to żeby Bóg je w dobroci swojej do swojego królestwa przyjął, a o to jedynie, że, jeśli moje, to żeby żywe na tron wstąpiło, gdyby Filip śmierci mej nie dożył. Co tu robić? Co robić? – zamartwiał się król.


Natenczas poruszyła się kotara we oknie królewskiej komnaty, a zza niej wynurzył się człowiek od stóp do głów w krwistą czerwień obleczony.

– Panie – ukłonił się przed królem.

– Panie… – odrzekł król – nie spodziewaliśmy się ciebie.

– Nikt się nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji! – odparł człowiek w czerwieni. – Juan Don de Balléron – przedstawił się – Przychodzę, panie, z radą. Otóż, królu, w sprawie, którą przed chwilą z małżonką swą dyskutować raczyłeś byłeś, śledztwo przeprowadzić należy!

– Śledztwo… – Król się zamyślił. – Śledztwo. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Któż bowiem miałby takie śledztwo przeprowadzić?

– Panie! Nie po toż nas poprzednik twój szlachetny, Ferdynand, był powołał ażebyśmy heretyków… Wróć! – inkwizytor zreflektował się – Wybacz panie, roboty dużo, człowiek przemęczony, to i z przyzwyczajenia wersję oficjalną od razu podaje, a tu przecież sami swoi i wprost mówić należy. Przecież po to byliśmy zostaliśmy powołani żeby król swoich rąk krwią plamić nie miał potrzeby. Rzeknij, panie, tylko słowo, a sąd zrobimy nad kim trzeba. Nad całym dworem nawet! A przyznają się! Oj, przyznają! Przyzna się każdy i to do czego sobie tylko, panie, zażyczysz! I krew popłynie! I będzie płacz! I zgrzytanie zębów będzie! I stosy zapłoną! I, i… – w oczach inkwizytora, na podobieństwo wspomnianych stosów, zapaliły się iskierki. Twarz jego nabiegła purpurą i dziwny jakiś wyraz, ni to rozkoszy, ni to uniesienia, przybrała. Przerwał mu jednak król, w takie oto słowa się ozywając:

– Spokój! Spokój panie inkwizytorze! Cóż mi bowiem z tego, że cały dwór wymordujesz? Na cóż to być królem, kiedy nie ma nad kim rządzić? Rozsądku nam trzeba! Rozsądku!

– Cóż więc panie proponujesz? – zapytał inkwizytor przygaszonym głosem.

– Śledztwo chcesz przeprowadzić? – zgoda. Ale niech tym razem będzie uczciwe.

– Zawsze przecież…

– Nie przerywaj, kiedy król mówi! Tak jak powiedziałem: tym razem śledztwo ma być uczciwe. Ma na celu li tylko ustalić, czy chłopiec ten jest moim synem, czy też jest synem kogoś innego. Wnioski przestawisz mnie i tylko mnie. Wówczas zadecyduję co dalej czynić należy.

– Wedle rozkazu – inkwizytor ukłonił się królowi cokolwiek niedbale i skierował się do wyjścia.

– I jeszcze jedno – król zatrzymał urzędnika, kiedy ten otwierał już drzwi.

– Tak panie?

– Póki co, nie wolno ci nikogo spalić.

– Ale to może przedłużyć śledztwo!

– Ani torturować.

– Nikogo?

– Nikogo.


***


W ten oto sposób proste, wydawałoby się, śledztwo znacznie się skomplikowało. Inkwizytor chodził od komnaty do komnaty, od drzwi do drzwi, od chaty do chaty i wszędzie zadawał dworzanom, szlachcicom i chłopom to samo pytanie:

– Czy to ty jesteś ojcem królewskiego syna?

– Nie. – Za każdym razem dostawał tę samą odpowiedź. I cóż było robić? Mimo tego, że siedem razy podejrzewał kłamstwo, a w czterech przypadkach był nawet tego kłamstwa zupełnie pewien, został pozbawiony wszelkich narzędzi, które pozwoliłby mu wydobyć z przesłuchiwanych prawdę. Zmęczony przedłużającym się i nieefektywnym dochodzeniem udał się po radę do ojca Diego de Arce y Reinoso, który to natenczas pełnił obowiązki Inkwizytora Generalnego.


Czcigodnego starca zastał pochylonego nad księgami.

– W jakiejż to sprawie przybywasz do mnie, Juanie? – zapytał dobrotliwie Wielki Inkwizytor, kiedy podniósł zmęczony wzrok zza biurka. – Czy coś cię trapi?

– W istocie, ojcze, zmartwienie mam.

– To widać – starzec pokiwał głową. – Z ksiąg wynika, że nasz najskuteczniejszy człowiek od trzech tygodni nie przeprowadził żadnej egzekucji. Niedobrze. Niedobrze. Co się z tobą, Juanie, dzieje? Jedno, że statystyki nam spadają, a drugie, że drewno w magazynach już mi się powoli przestaje mieścić. A dostawy takie mamy, że ho, ho! Świerk ostatnio z Prus zaczęliśmy sprowadzać, najnowszy krzyk mody. Mówię ci, to drewno pali się tak fantastycznie! A zapach jaki! Żywicą wszystko przesiąka! Szkoda byłoby, żeby nam się to wszystko zmarnowało. A już znajdują się i tacy, co to głosy podnoszą, że za dużo drewna, żeby z niego zacząć budować, żeby go w ciesielce wykorzystać, tak jak to i Prusacy i Brytyjczycy robią, podłe heretyki! Może by i tych, co to nawołują, heretykami ogłosić? – Wielki Inkwizytor przez chwilę rozważał tę myśl z błogą miną, po czym wrócił ze słodkiej krainy wyobraźni i zwrócił się do Juana: – No ale, synu, wróćmy do twojego zmartwienia.

– Bo widzi ojciec – zaczął Juan – ten syn, co to się ostatnio był królowi narodził, to król podejrzewa, że to nie jego.

– Tak. Mówią, że królowi to już nawet korony nie potrzeba. Że rogi wystarczy mu tylko na złoto pomalować.

– Tak, słyszałem już, ojcze. Dobre to jest. Naprawdę wyborny żart. No ale ja faktycznie mam problem, bo król kazał był mi śledztwo przeprowadzić i ojca ustalić.

– To co to za problem? Dla ciebie? Nie wiesz jak to się robi? Bierzesz kogoś, najlepiej kogoś u kogo masz dług, na przesłuchanie i… Zresztą, co ja ci będę tłumaczył. Komu jak komu, ale tobie?

– Kiedy król był zabronił…

– Czego zabronił?

– Tortur.

– Tortur zabronił?!

– I palenia.

– I palenia?! To może by tak i jego heretykiem obwołać? – starzec ponownie się zamyślił. – No ale rzeczywiście masz, synu, problem – dodał po chwili, kiedy wrócił już do spraw przyziemnych i odzyskał wątek. – Tym większy, że nie mogę dłużej tolerować twojej opieszałości w obowiązkach i jeśli do końca tygodnia nie wykażesz się poprawą, to wiedz, że mnie król stosów rozpalać nie był zabronił.


***


– Ojcem twojego dziecka, panie, jest ojciec Diego de Arce y Reinoso.

– Ten starzec?! – zdziwił się Filip.

– Z boską pomocą nie ma rzeczy niemożliwych. – Juan Don de Balléron stał przed królem niewzruszony. Król natomiast podniósł się ze swojego stolca i minąwszy zaskoczonego inkwizytora, głośno myśląc, nerwowo przechadzał się po sali tronowej.

– Nie mogę oskarżyć Inkwizytora Generalnego, bo inkwizycja zwróci się przeciwko mnie. Nie mogę też udawać, że nic się nie stało, bo pewnego dnia mogą przyjść i upomnieć się o tron jak o swoje. O niedoczekanie! No ale cóż. Coś zrobić trzeba. Dzieciaka każe się cichcem utopić i powiedzie się, że zmarł w czasie snu. Żony trzeba będzie lepiej pilnować. Najlepiej chyba zamknąć ją w wieży? Coś jeszcze? A! Filip słabnie. Trzeba będzie postarać się o kolejnego potomka. Tak na wszelki wypadek.


Oblicze króla stało się jakby spokojniejsze, choć ten spokój nie do końca jeszcze zdążył się na nim rozgościć.

– Mam wrażenie że o czymś zapomniałem – powiedział, kiedy uniósł wzrok wbity w czasie marszu w podłogę i spojrzał na ciągle stojącego przed stołem inkwizytora.

– Nie, absolutnie nie, panie. Wszystko byłeś przemyślałeś bezbłędnie. Plan idealny. Żadnego bękarta, żadnego ryzyka, żadnych świadków.

– Świadkowie! Właśnie! Ty, Balléron, zdaje się, lubisz palenie? Bo coś mi się wydaje, że chyba przyjdzie nam kogoś dzisiaj uwędzić.


***


EDIT: A, OpenOffice mówi, że 1664 słowa.


***


#naopowiesci

#zafirewallem

@George_Stark nie spodziewałem się hiszpańskiej inkwizycji ( ͡° ͜ʖ ͡°) Podobał mi się użyty w tekście język, który fajnie współgrał z rozważaniami na temat badań genetycznych. Problem nadmiaru drewna u inkwizycji też mi się spodobał. No ale najlepszym momentem było jak król wstał ze stolca

@splash545


Dziękuję, miło mi.


Choć cały czas niezmiernie dla mnie zaskakujące i interesujące jest to, co w komentarzach jest wymieniane jako to, co się komuś podobało. No nie wpadłbym na to, że akurat to będzie docenione. Ale ma to swój urok.

@George_Stark Nadrabiam teraz lekturę zaległych opowiadań, i ojej - świetnie się bawiłam przy tym opowiadaniu! Te badania genetyczne i powtórzenie dowcipu z rogami były wprost wyborne. Językowo bijesz nas wszystkich na łopatki. Cóż mogę rzec... Wincyj!

@Wrzoo


Dziękuję. Z ubawienia cieszę się ogromnie. Postanawiam kiedyś napisać coś poważnego, choć obawiam się, że to może być męczarnia. Oby tylko dla autora, a nie dla czytelnika.


Ze sprawami, które doceniłaś byłaś bliżej mojego zamiaru, ale ja najbardziej jestem w tym opowiadaniu dumny z rzeczy, które nie zostały zauważone. Albo nie zostały wymienione. Ale i tak się cieszę, że parę takich żarcików tam przemyciłem, bo samo to szmuglowanie sprawia mi radość.


A co do języka, to dziękuję. Choć niekoniecznie się zgadzam. Są opowiadania, które mnie czyta się zdecydowanie lepiej niż moje. A jeśli chodzi o stylizację, to przeczytałem je jeszcze raz i już widzę, że sporo bym poprawił. Może warto nauczyć się cierpliwości? Albo zrobić eksperyment i tę stylizację poprawić, a później do tego poprawionego zajrzeć za miesiąc i zobaczyć co mnie w nim razi. Bo coś będzie mnie razić na pewno.

@George_Stark to, że tylko autor wie o tych najfajniejszych smaczkach, to klasyk. Sama jestem często dumna z rzeczy, które są wynikiem dogłębnego riserczu tematu, ale jest chyba na tyle zaawansowany, że tylko ja je jestem w stanie wskazać.

O, palenie świerkiem mnie jeszcze rozbawiło mocno. Bezsens jego sprowadzania mnie urzekł. :D

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Najwyższy czas na podsumowanie tej edycji #naopowiesci .

Zaczęło się bardzo skromnie ale porządni ludzie przysiedli i napisali w ostatniej chwili kilka opowiadań co mnie osobiście bardzo ucieszyło. 


Tematem tej edycji był Blwak ( xD ) a samo opowiadanie miało być romansem. Wszyscy uczestnicy sobie z tym świetnie poradzili, dzieła były bardzo zabawne, napisane w bardzo fajnej formie.


Żeby nie czekać dłużej, ogłaszam, że zwyciężyła rzutem na taśmę @KatieWee Serdecznie gratuluję, Twoje opowiadanie jest świetne, na potrzeby podsumowania pozwoliłem sobie nadać mu tytuł


Oto lista opowiadań:


Mareczek Kanapkożerca - @KatieWee - 24****

Biwak, łódka i jajecznica - @moll - 15****

Stilo - @splash545 - 21****

Szeryf Kowalsky s01e08 - @moderacja_sie_nie_myje - 18****

Szeryf Kowalsky s01e07 - @moderacja_sie_nie_myje - 12****

Szeryf Kowalsky s01e06 - @moderacja_sie_nie_myje - 11****

BL 98WAK - @George_Stark - 13****


Pozwolę sobie napisać kilka słów w podsumowaniu o każdym z autorów.


@KatieWee świetnie się czyta wszystko co piszesz, naprawdę jesteś bardzo udalentowaną osobą, widać że jesteś mega oczytana i zdecydowanie jesteś dowodem na to, że kobiety też umieją pisać, tylko te najbardziej znane pisarki są po prostu przereklamowane i tworzą kupę a nie literaturę.


@moll , Twoje opowiadanie jest super, świetnie pokazałaś różnice między tym samym wydarzeniem z punktu widzenia kobiety i z punktu widzenia chłopa. Bardzo zabawne dzieło, czytało się z ogromną przyjemnością.


@splash545 , bardzo fajne połączenie tematów, cieszę się że jednak napisałeś, uwielbiam takie klimaty, zaskakujący zwrot pod sam koniec, każdy piorun pod tym opowiadaniem jest w pełni zasłużony, do wygranej brakło bardzo niewiele


@moderacja_sie_nie_myje nie, do siebie nie będę pisać.


@George_Stark super nawiązałeś do literówki w temacie którą popełniłem, nawet z takiej drobnostki może powstać świetne opowiadanie Dopiero po tym jak przeczytałem dwa razy Twoje zorientowałem się do czego pijesz z tym Blwakiem w komentarzu xD


Wszystkim uczestnikom bardzo dziękuję, udział w tym konkursie był ogromną przyjemnością, tych którzy nie mogli wziąć udziału w obecnej edycji serdecznie zapraszam do wzięcia udziału w następnej.


#naopowiesci

#zafirewallem

#podsumowanienaopowieści

Zaloguj się aby komentować

Moja siostra uznała, że oszalałam i że mój plan nie ma nawet najmniejszych szans powodzenia z bardzo, bardzo wielu powodów:

Po pierwsze:

Marek jest dzieckiem swojej matki, naszej sąsiadki, która karmiła swoje dzieci głównie ideologią wyniesioną z zebrań partyjnych i coniedzielnych mszy. Marek nie będzie umiał docenić tego co dla niego zrobię. Po prostu musi zjadać to co mu podano, nie zastanawiając się nawet czy mu to smakuje.

Po drugie:

Skąd ja niby wezmę składniki na wszystkie te potrawy, które zamierzałam podać mu podczas tego biwaku? Przecież ser rokpol, który występuje w co drugim przepisie jest u nas całkowicie i zupełnie niedostępny. To co piszą sobie autorzy książek kucharskich odnosi się najwyraźniej do realiów Warszawy i może kilku innych dużych miast jak Katowice. U nas takich rzeczy po prostu w sklepach nie ma.

Po trzecie:

Skąd niby wezmę pieniądze na zakup nawet tych głupich kartofli, które zamierzałam upiec w żarze ogniska w trzecim dniu biwaku (tak, miałam rozpiskę wszystkich dań jakie zamierzałam podać).

Cały ten plan powstał w związku z tym, że nasza mama zawsze powtarza “przezorny zawsze ubezpieczony” i “przez żołądek do serca”, a ja uważam, że nasza mama ma zawsze rację.

Tyrada mojej siostry, która spływała po mnie jak po kaczce została przerwana przez Mareczka, którego mama wysłała do nas po szklankę cukru. Skoczyłam rączo do kuchni gdzie stłukłam dwie szklanki i puszkę z Włocławka, w której trzymaliśmy cukier. Mareczek pogrążony w rozmowie z moją siostrą o najnowszym numerze Świata Młodych z lekkim roztargnieniem przyjął ode mnie szklankę z cukrem i pożegnał się z nami krótkim: to do zobaczenia jutro!

Te słowa uświadomiły mi, że zostało mi już naprawdę niewiele czasu na przygotowanie się do naszego biwaku. Ubrania miałam wybrane od dawna: sukienka w różyczki, nowe szorty i wystrzałowy opalacz według wykroju z niemieckiego magazynu. Siostra przycięła mi grzywkę, a mama udawała, że nie widziała, że podkradłam jej różowy lakier do paznokci. Namiot pożyczył mi stryjek, a wędki (których nie miałam zamiaru używać, a które chłopcy uznali za niezbędne wyposażenie) wujek. Obaj przekazując mi te dobra uśmiechali się pobłażliwie, co doprowadzało mnie do szału, ale czego nie robi się dla dobra dobrej zabawy?

Czekając na autobus, który miał nas dowieźć nad jezioro omawialiśmy nasze zasoby - Alinka wzięła słoik smalcu, Janek targał ze sobą pięć kilogramów cebuli, Mareczkowi mama zapakowała trzy bochenki chleba i paczkę chińskiej herbaty. Ja z moimi zapasami zdrowych (i tanich) warzyw, jajek i żółtego sera poczułam się doskonałą panią domu (biwaku), która dba nie tylko o to, żeby jej domownicy (biwakowicze) byli najedzeni, ale także aby ich zapotrzebowanie na mikro i makroelementy było w pełni zaspokojone. Musiałam trochę zmienić swoje plany i dostosować je do możliwości, ale dzięki wsparciu siostry i jej skarbonki mój plecak wypełniały wiktuały, z których miałam przygotować dania, które pokazałyby Mareczkowi, że jestem idealnym materiałem na żonę. Kiedyś. W przyszłości. Najlepiej niedługiej.


Kiedy dotarliśmy na miejsce (mój plecak niósł Janek, ja po trzech kilometrach miałam już dosyć) zakrzątnęłam się przy rozpalaniu ogniska. Ciągle mi gasło, więc z radością przyjęłam pomoc Janka, który dmuchając i podsycając ogień kawałkami suchej kory rozpalił wspaniałe ognisko. Alina zaczęła śpiewać i tańczyć wokół ognia, a ja spojrzałam na nią z dezaprobatą i zaczęłam kroić chleb i szykować jajka na jajecznicę. Chłopcy rozbijali namioty na plaży, Alina tańczyła brodząc przy brzegu jeziora, a ja smarowałam kromki masłem i starałam się postawić czajnik na kamieniach, które Janek ustawił wokół ogniska. Mareczek usiadł obok i zaczął metodycznie wciągać kanapki z pomidorami i cebulą jakie przyszykowałam - każda kanapka znikała we wnętrzu Mareczka zanim zdążyłam zrobić następną. Zrobiłam kanapkę - zniknęła. Zrobiłam następną - zniknęła. Kolejną - zniknęła! Wtedy obudziła się we mnie naukowa ciekawość. Ile kanapek da radę zjeść ? Ile będę w stanie zrobić zanim mi ręce mi omdleją? Kto wygra?

Czwarta kanapka.

Piąta kanapka.

Szósta.

Siódma.

Ostatni pomidor.

Ósma.

Dziewiąta.

Dziesiąta kanapka - już tylko z cebulą.

Jedenasta.

Dwunasta.

Trzynasta i


Tu trafił mnie szlag i pizłam Mareczka deską do krojenia przez łeb i niech sobie wybije z głowy ten cały ślub!

#naopowiesci #zafirewallem

Z wielkim buziakiem dla @moderacja_sie_nie_myje

656c794f-2937-4776-9c0d-c3379fab9dfe

@KatieWee myślałem, że będzie, ze ro Jacek jest jednak fany, zazdrość że Marek nie nią zainteresowany xD

A jeb przez łeb. Swietne! Śmiechłem srogo. XD

Zaloguj się aby komentować

Ja powiedziałam, że może napiszę, to może napiszę i @moderacja_sie_nie_myje , obejdzie się bez streszczenia, cała historia poniżej


Biwak, łódka i jajecznica


-Baaabciu, a jak to było z tobą i dziadkiem? - jedenastoletnia Ada już kilkukrotnie słyszała opowieść babci Józi, jak to się z dziadkiem Teodorem poznali, ale nie przeszkadzało jej to poprosić starowinkę, by opowiedziała anegdotkę po raz kolejny. Szczególnie przy lepieniu pierogów, która to czynność dłużyła się dziewczynce niemiłosiernie.

-Dusia, przecież wiesz - babcia westchnęła znad stolnicy, ale lekki uśmiech wypełzł na jej wargi.

-Ale ja tak lubię jak opowiadasz o tobie i dziadku!

I babcia z ciężkim westchnieniem nad kolejnym zlepianym pierogiem, zaczęła opowiadać:


Był to mój trzeci sezon u ciotki Krystyny na Mazurach. Wiesz, stareszej siostry mojej matki, co to się za żołnierza wojska ludowego dała i z nim pół Polski po jednostkach zjeździła. A potem na Mazurach dom i działkę nad jeziorem kupili, w sezonie smażalnia ryb u nich była. Oni mieli dwie córki, ale one w tym czasie to już same za mąż powychodziły. Jedna w Poznaniu już wtedy siedziała, a druga gdzieś pod Gdańskiem…

W każdym razie, to był już mój trzeci sezon tam u nich w smażalni. Trochę grosza sobie dorobiłam, to potem na buty i zeszyty miałam, bo nas szóstka w domu, to matka i z czego na nas tyle nie miała. I jak w lata poprzednie, robiłam co ciotka kazała - głównie kelnerowanie, razem z taką Zośką od sąsiadów ciotki, zaraz jak ona miała… No mniejsza, nie przypomnę sobie teraz, ale ona potem do zakonu ostatecznie poszła. A szkoda, bo ładna dziewczyna był, za nią się tam wszystkie chłopaki oglądały i tak się zmarnowała!

Ale wracając, to był ten trzeci sezon w smażalni i jak co roku - rodziny w ośrodkach wczasowych i młodzi ludzie pod namiot. I sporo wiary przychodziło na jedzenie, bo u ciotki ceny były znośne, a niektórzy po prośbie, bo jak się stopem, z plecakiem a bez grosza przyjechało, to potem głodno się siedziało… A kto się nie mieścił na łączce 2 kilometry dalej z namiotem, biwakował w lesie przy jeziorze. A na tym jeziorze taka nieduża wysepka była, cała porośnięta krzakami. My z Zośką po robocie, jak ciotka wieczorem pozwoliła, to brałyśmy wyjka łódkę i sobie tam pływałyśmy po tym jeziorze. Blisko brzegu przeważnie, na nieodwiązanej linie, to się potem do brzegu przyciągałyśmy, bo wuja często wiosła zabierał, bo mu kradli.

I wtedy też tak było, my do łódki, kijem się od brzegu odepchnęłyśmy, zaczęło znosić i kołysać, to się na dnie położyłyśmy i tak sobie w niebo patrzymy. A nas znosi, coraz dalej, bo lekki wiaterek, to tak sobie leżymy i płyniemy. Aż się Zocha podnosi, patrzy, a my już prawie przy tej wysepce i jak my teraz z tym kijem wrócimy?! Próbujemy coś tam nim na zmianę machać, udało się trochę nawrócić bliżej brzegu, ale nie ta strona jeziora.

To się drzemy “pomocy!” w kierunku lasu, bo może ktoś biwakuje i pomoże, bo to się powoli ku ciemnemu, jak nie wrócimy to ciotka awanturę zrobi, do matki odeśle i więcej nie da przyjechać na zarobek.

No i tak się drzemy, a tu z lasu takich dwóch wychodzi, patrzą na nas, rozbierają się do badejek, wskakują do wody i płyną w naszą stronę. To nas jakoś do tego brzegu przyciągnęli, pomogli wysiąść, łódkę z wody i do siebie zapraszają, bo byśmy i tak nie zdążyły dość. Powiedzieli, że rano nas odstawią do ciotki razem z łódką i wyjaśnią co i jak.


-I ten jeden to był dziadek? - Ada przerwała babci historię w ulubionym miejscu.


Tak, Teoś razem z kuzynem, Antkiem był. Wygadany, bo to on gadał, Antek stał jak słup, z resztą on to zawsze taki milczek był, ani na mnie, ani na Zośkę, własne stopy oglądał tylko.

Poszłyśmy z nimi pod namiot, zaproponowali kolację, mówili, że pomagali u jednym gospodarzy i gospodyni im za to słoniny i jajek dała, chleba kupili i jajecznicę robią, to się z nami podzielą.

I dali, jajecznicy i pod jednym kocem z Zośką siedziałyśmy. I żeśmy do późna pogadali. A potem odstąpili namiot, a sami przy ogniu spali.

Rano odprowadzili do ciotki. Ale bura była. Mało ścierą obie nie dostałyśmy. Ale Teoś wziął nas w obronę, ciotka się śmiała, że mój kawaler, to i potem chodził do mnie przez tydzień. Codziennie czekał aż mnie ciotka z roboty zwolni, zawsze bukiecik polnych kwiatów… A potem on wracał do siebie z Antkiem, a i ja miałam niedługo z Zochą się pakować. To się adresami wymieniliśmy, listy miał do mnie pisać.


-I pisał? - drążyła Ada, po raz pierwszy babcia dodała coś nowego do historii, bo babcia zamyślona nad rosnącym stosem pierogów tym razem zdradziła coś więcej.


Pisał, pisał… A jakie to listy były! I kwiatki suszone wysyłał. A potem przyjechał, bo okazało się, że dwie gminy dalej mieszka, więc blisko, a motocykl wtedy już kupił i do pracy jeździł.

I tak pisał i jeździł, aż przyjechał kum, z rodzicami obgadali co trzeba, mnie zapytali czy chcę i tak to było…

A teraz chodź, będzie wody pilnować, a ja ręce umyję, bo już mi się farsz skończył, makaronu z reszty ciasta zrobimy do suszenia, do rosołu będzie krajanka.


***


Kilka dni później


-Dziadkuuuu - Ada, przeciągając, postanowiła zapytać dziadka, podczas powrotu ze szkoły - a jak to było z tobą i babcią?

-A całkiem prosto to z Józką było. Byłem na biwaku z Antkiem. Babcia wpadła mi w oko, jak do smażalni jej ciotki wpadliśmy zapytać, czy może by nie potrzebowała kogoś do pomocy, wtedy taka zalatana była z tą drugą, że nawet na mnie uwagi nie zwróciła. Ładna dziewczyna. Ale jakoś się nie składało, żeby na spacer zaprosić, aż na trzeci dzień usłyszeliśmy wieczorem, że ktoś z jeziora woła pomocy. To z Antkiem, wylecieliśmy na brzeg, a tam dwie rusałki w łódeczce dryfują. Wskoczyliśmy, wyłowiliśmy i zaprosiliśmy do naszego obozu. Jajecznicę zrobiłem, wcinała równo, ta druga mniej. Od razu wiedziałem, jak na mnie wtedy znad tego talerza patrzyła, że ona będzie moja. I zobacz! Mówię ci, Ada, wszystko dzięki tej jajecznicy!


-----


Liczba słów: 975 (wg dokumentów google)


-----


#naopowiesci #zafirewallem

Świetnie oddałaś to, jak babcie (i w ogóle starsi ludzie) opowiadają - ten cały epizod genealogiczny na początku, no bajka po prostu.


A i językowo nieźle:


MMało ścierą obie nie dostałyśmy.


Rozumiem, że babcia tak silnie ma wspomnienie emocji związane z tą ścierką wryte w pamięć, że aż jej się to "m" przy opowiadaniu przeciągnęło. Ze stresu może?

@George_Stark bo to miała być taka gawęda. I taki quasi-romans w "starym" stylu, gdzie tej fizyczności nie ma, a jeśli jest to powłóczyste spojrzenie ma taki sam ciężar jak muśnięcie dłonią, a delikatny pocałunek zapiera dech w piersi czytelnika.


nope, literówka, to akurat usunęłam teraz

Zaloguj się aby komentować