#naopowiesci

26
267

#naopowiesci


Stilo


Pół nocy drogi za nami. Wyruszyliśmy z Krakowa o 23:20 i po siedmiu godzinach jazdy właśnie mi mignął znak z napisem Sasino. Niedaleko znajduje się zabytkowa latarnia morska Stilo. Będzie się trzeba na nią jutro wybrać, a teraz jeszcze tylko dwa kilometry przez las i walić ten zakaz wjazdu. Jeep idzie przez piach i wertepy jak zły. Nawet nie musiałem włączać napędu na 4 koła. Wystarczył lekko zwiększony prześwit i opony na lekki teren A/T. Przynajmniej przez te ostatnie dwa kilometry przydało się to, że jedziemy terenówką. Bo przez wcześniejsze 650km trasy tylko pomstowałem na to w myślach, słysząc to piekielne wycie tylnego mostu, które nie opuszczało nas od wysokości Łodzi. Ogłuchnąć można było! Z tego powodu nie mogę się nadziwić, że Zosia się nie obudziła. Chociaż z drugiej strony rozumiem bo jest bardzo zmęczona. Przemęczona ciągłymi nadgodzinami w pracy. Ale wreszcie po upojnym wieczorze, choć nie w alkohol, udało nam się wyrwać na upragnione krótkie wczasy. Zawsze lubiliśmy przebywać na łonie natury więc wybór był prosty - namiot nad brzegiem morza. W końcu jakaś odmiana od corocznych wypadów w góry. 


Zaplanowałem zrobić romantyczny piknik przy wschodzie słońca ale oczywiście na planach się skończyło, bo zachciało mi się kupić pieprzonego Jeepa co pali 20 litrów na stówę! Miniaturowa butla lpg w kole zapasowym, do której wchodzi 43 litry wcale nie pomogła. No i oczywiście przez to wszystko dojechaliśmy dobrą godzinę po wschodzie. Ehhh, no trudno.

Parkuje Jeepa tuż przy wydmie i gaszę silnik. Patrzę na moją piękną Zosię jak słodko śpi. Odgarniam kosmyk jej kruczoczarnych włosów i całuję w czółko. 

- Śpij sobie spokojnie kochanie. Przygotuję niespodziankę. - szepczę.

Jak ja ją mocno kocham. Otwieram bagażnik i wyciągam pomału dwie torby i wielki wojskowy plecak ze stelażem. Opuszczam klapę powoli, powolutku... słychać lekki trzask. Patrzę na moją kochaną, nie poruszyła się - śpi. Uff, udało się.


Przenoszę te wszystkie toboły przez nadmorski pas zieleni i moim oczom ukazuje się przepiękna plaża Stilo. Słońce delikatnie przebija się przez chmury, a piasek na plaży jest wręcz biały. Idealne miejsce na romantyczny biwak. Plaża ta słynie z tego, że jest miejscem wielu oświadczyn i wcale się temu nie dziwię! Jest tu bardzo urokliwie, a w dodatku pusto i spokojnie. Na niedaleką plażę w Łebie można dojechać autem praktycznie pod samo morze. A tu trzeba się przebić przeszło dwa kilometry przez las i mało komu się chce maszerować taki dystans. No chyba, że ma się Jeepa a też rzadko kto ma tego typu auto. Byle suvem na szosowych oponach tu nie wjedziesz, nie ma opcji. 


Najpierw rozbiłem namiot przy nasypie i zacząłem wbijać bambusowe pochodnie z aliexpress tworząc półkole. Odpalę je przy zachodzie słońca i będzie nieziemski klimat. Zrobimy powtórkę z wczorajszego wieczoru, a nawet będzie jeszcze lepiej bo będziemy mieli więcej czasu dla siebie i nic nas nie będzie gonić. Już nie mogę się doczekać aż znów zobaczę jej jędrne piersi, złapię za pośladki, przyciągnę ją do siebie, a wtedy... Dobra bo się już tu podkręcam niepotrzebnie a robota czeka. Na przyjemności będzie czas później.


Znalazłem dobre miejsce na ognisko i wykopałem tam saperką dołek. Podszedłem do morza i zacząłem zbierać drewno wyrzucone na brzeg przez morskie fale. W tym momencie koło mnie przejechały trzy piękne konie z jeszcze piękniejszymi kobietami na ich grzbietach. Jechały brzegiem wody rozchlapując ją w okół. Bajeczny widok w bajecznych okolicznościach przyrody, szkoda, że Zośka tego nie widzi. Były to jedyne osoby poza mną, które spotkałem przez ostatnie dwie godziny, od kiedy tu jestem.


No dobra materac do namiotu nadmuchany, koc rozłożony, drewno na ognisko sobie schnie. A gdzie Zośka? Dalej śpi!? No tak zmęczona po nadgodzinach! Szkoda tylko, że część z tych nadgodzin miała na imię Rafał! Zajebałbym k⁎⁎wa gnoja! No ale nic, jak to mówią było minęło. Ten wypad pomoże nam odbudować nasz związek, tak jak postanowiliśmy. Zaraz pójdę ją obudzę i zerżnę na ostro tak jak lubi, jak wczoraj. I może iść sobie dalej spać w namiocie.


Podchodzę do Jeepa i widzę, że śpi jak wcześniej, głowę ma opartą o szybę. Pukam w okno i otwieram drzwi samochodu a wtedy głowa mojej Zosi wylatuje lekko poza obrys auta zwisając bezwładnie. Pewnie wyleciałaby cała z samochodu gdyby nie zapięty pas. 

- Zosia kochanie! Co się dzieje?!

Łapie jej twarz w dłonie i spoglądam w rozszerzone, puste źrenice. Klepie lekko w policzek, trochę mocniej.

- Zosia!!! Obudź się!!!

K⁎⁎wa mać co się stało?! Jak wsiadała to mówiła, że trochę ją głowa boli i dziwnie się czuje. Czy to moja wina? Jak uprawialiśmy seks to poddusiłem ją jak lubi i na chwilę straciła przytomność, ale to było ledwo kilka sekund. Później narzekała tylko na ten ból głowy. Nie wierzę, że to przez to. Czy jednak? Wiem, że trochę przesadziłem w ekstazie ale, ale...


- Więc to jest pańska oficjalna wersja, tak?

Niski, nieprzyjemny głos śledczego wyrywa mnie ze wspomnień.

- Co? Ja? No tak, tak było.

- Więc jak pan wyjaśni to, że krtań pańskiej narzeczonej była kompletnie zmiażdżona? A przede wszystkim to, że zadano jej 12 mocnych ciosów nożem?

- ...


Liczba słów: 825


Ponieważ nie brałem udziału w poprzedniej edycji naszej zabawy postanowiłem w powyższym opowiadaniu połączyć tematy i gatunki obu edycji. Dla przypomnienia:

Temat: biwak i zwłoki

Kategoria: literatura romantyczna i kryminał 


#zafirewallem #tworczoscwlasna

3f54e239-d802-4fd1-a683-9317b5916c9e

Zaloguj się aby komentować

Nie wiem o co chodzi w tym całym #naopowiesci , ale próbując zasnąć, nawiedził mnie przypływ grafomaństwa, który postanowiłem spisać i jak już spisałem to się podzielę, może ktoś zechce pociągnąć temat i rozwinąć z tego jakąś opowieść.

----------------------------------------------

Klik

Okno. Krople wody na szybie są uderzane przez kolejne, łącząc się i spływając razem w dół.

Klik

Ulica. Mrok nocy stłamszony przez łuny neonów. Neony te formują napisy, których nie jestem w stanie odczytać.

Klik

Znów okno, to samo co wcześniej. Wciąż pada. Wreszcie dostrzegam widok za oknem. Mokry piasek wybrzeża atakowany wodą z dwóch stron - od góry ulewa, od boku przypływ. Jakaś postać stoi w deszczu. Patrzy w moją stronę? Nie, niemożliwe.

Klik

Twarze, uśmiechnięte. Wyciągnięte ręce. Coś mówią, ale zamiast jakichkolwiek słów słyszę jedynie entuzjastyczną plątaninę dźwięków. Skonsternowany ściskam wyciągnięte ku mnie dłonie, wykrzywiając usta w niezręcznym uśmiechu.

Klik

Park. Ciemność rozświetlają uliczne lampy, dużo mniej nachalne od wcześniejszych neonów. Siedzę na ławce. Wdycham chłodne wieczorne powietrze i… Czuję jakby ciało w którym jestem nie było moje. Jakbym był w nim niechcianym pasażerem. Odrzucam tę myśl, ale uczucie wciąż pozostaje w zakamarkach świadomości.

Klik

Mokry piasek plaży. Od góry zalewa mnie wodospad deszczu. W oddali budynek. Dostrzegam sylwetkę stojącą w oknie. Widzi mnie? Chwila, przecież chwilę temu to widziałem. Czy… jestem teraz po drugiej stronie?

Klik

Nic… ale nie czarne, bezkresne nic, tylko takie jak wtedy, gdy zamkniesz oczy w pełnym słońcu. Tańczące plamy czerwieni i brązów przecinane złotymi iskrami. Otwieram oczy. Od razu bombarduje mnie agresywny blask słońca, odruchowo zaciskam powieki. Rozglądam się, za mną huśtawka, piaskownica, jedno drzewo, otynkowana ściana domu, przede mną dwaj chłopcy biegają w kółko śmiejąc się. Znowu to uczucie, nie jestem w swoim ciele. Nie jestem też w żadnej z tych poprzednich “migawek” - tak, będę to nazywał migawkami, to określenie zdaje się najbardziej tu pasować. Moją autorefleksję przerywa niezrozumiały okrzyk, głos bezsprzecznie kobiecy. Dochodzi z domu. Nie wiedząc czemu wchodzę do środka. Przytulnie urządzony salon. Kobieta, to ona wołała. Jej wygląd, choć z gatunku tych raczej przeciętnych przywołuje miłe odczucia. Przeczesuję wzrokiem pomieszczenie, moją uwagę przykuwa biblioteczka. Podchodzę bliżej. Próbuję przeczytać tytuły książek, jednak litery zlewają się w bezkształtny bełkot. Kobieta podchodzi do mnie od tyłu, obejmuje mnie. Coś mówi, wciąż nie rozumiem. Wyglądam przez okno na podwórze, na którym stałem chwilę temu. Nagle, dosłownie przez ułamek sekundy ukazuje mi się ciemna postać, ale zaraz znika. Co tu się dzieje?

Klik

#zafirewallem #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Piękna ulewna sobota, więc czas na emisję kolejnego odcinka o Szeryfie Kowalskim


W #naopowiesci krucho z uczestnikami, poobiecywali różni ludzie, niektórzy też nawet nie obiecali i pustki są.


Zapowiadam zemstę, szeryf odwiedzi niedługo Pewne Gables.


Coraz więcej odcinków się robi, ciężko mi ogarniać już wklejanie linków do wszystkich a więc pozwolę sobie wklejać tylko do ostatniego, w nim będą poprzednie a jak nie w nim to w poprzednim itd.


poprzedni odcinek


***


W salonie u burmistrza Hoppera Kowalsky relacjonował wczorajsze wydarzenia. Gospodarz marszczył brwi raz po raz i nerwowo zaciągał się cygarem. 

- Walt, powiedz mi czy to nie dziwne?

- Co?

- Przyjeżdza sędzia i tego samego wieczoru jest strzelanina, wybuchy i 10 trupów w kwadrans. Dziesięć!! I spalony do gołej ziemi budynek. Nie wspomnę o dziwnych wcześniejszych wydarzeniach.

- Jakich? - szeryf wyraźnie się zaciekawił

- Ktoś wymordował jakiś ludzi w lesie przy Covenher River, siedem ciał znaleźli drwale z Wolf Trap

- Pierwsze słyszę - Kowalsky teatralnie się zdziwił

- To jest 11 mil stąd do cholery!

- O tych trupach, o Wolf Trap słyszałem

- Nie żartuj, sytuacja jest bardzo zła - burmistrz zaciągnął się cygarem i zrobił przerwę

- Śmierć sędziego oznacza, że będzie śledztwo stanowe

Hopper wyraźnie był zmartwiony i kontynuował

- Przyślą prawdziwych śledczych ze St. Augustino a nie jakiś żółtodziobów, będą wszędzie węszyć i pod każdy kamień zaglądać...

- To miałem się dać zabić żeby sędzia miał towarzystwo?! - wybuchnął szeryf - Ja tu jestem najbardziej poszkodowany! Moje śledztwo szlag trafił, tyle pracy na darmo bo nie ma już kogo sądzić i wieszać!

- A po co sędzia przyszedł do biura? - zapytał nagle burmistrz

- Jakiś gówniarz jego córce się sprośnie naprzykrzał i przez to wkurwił sędziego. Więc przyszedł mi truć d⁎⁎ę żebym coś z nim zrobił.

- Co za gówniarz?

- A skąd mam wiedzieć?! Ledwo zaczął biadolić to wleciał granat i zaczęła się strzelanina.


Kowalsky przedstawił burmistrzowi resztę wydarzeń, skromnie umniejszając lub wręcz pomijając swój udział w wielu momentach, chwaląc głównie bohaterskiego sędziego. I pożegnali się po paru rozchodniaczkach.


Agenci stanowi będą problemem - szeryf dobrze to wiedział. Nie był też naiwny, był pewien, że Hopper gra idiotę i to on posłał po śledczych. Miał jednak czas, agenci będą najwcześniej pojutrze. Dobrze, że podpalił biuro, nic tam wartościowego nie znajdą. Jednak na pewno byli jacyś świadkowie. Należałoby się zorientować w tej sprawie. Postanowił z rana złożyć wizytę miejscowemu golibrodzie który ma zakład vis a vis biura.


Punkt ósma Kowalsky przekroczył próg zakładu Classic Cuts prowadzonego przez Sama Gordona. Sam Sam był postacią bardzo tajemniczą, został bardzo młodo wdowcem, po ledwie trzech dniach szczęśliwego pożycia i od tego czasu nikt go nie widział w dwuznacznej sytuacji z jakąkolwiek kobietą.

Kowalsky dobrze znał powody takiego trybu życia Sama gdyż osobiście pomagał usuwać zwłoki szczęśliwej mężatki gdy Gordon przyszedł do niego po tym nieszczęśliwym ale bardzo podejrzanym wypadku. Zaciągnął więc dług który teraz właśnie spłaca.


- Uszanowanie szeryfie, dobrze pana widzieć - Sam uprzejmie się ukłonił widząc szeryfa u progu

- WIdzę, że licho dziś z klientami - zauważył szeryf

- Dopiero od dziesiątej przychodzą, chociaż po tym wszystkim to sam nie wiem czy dzisiaj ktoś będzie

- To dobrze, porozmawiamy sobie - Kowalsky rozsiadł się w fotelu

- Służę uprzejmie - Sam z wielką wprawą zaczął golić jednodniowy zarost szeryfa

- WIesz Sam, że jak mnie zatniesz to cię zabiję?

- Szeryfie, 17 lat pana golę i ani razu mi się to nie zdarzyło - Samowi nie drgnął nawet najmniejszy mięsień w ręce

- Wiem, tak tylko mówię - szeryf był bardzo zadowolony z usług Gordona od zawsze

- Co wczoraj widziałeś?

- Zakład tylko do 17 otwarty miałem. Siedziałem przy książce i coś mnie tknęło. Wyjrzałem przez okno i patrzę...

Sam przerwał i podniósł szeryfowi nos by podgolić mu wąsy a szeryf milczał żeby nie zabrzmieć jak kaczka co uwłaczałoby jego urzędowi

- 5 zamaskowanych kręciło się pod biurem, tylko pański i zastępcy konie były uwiązane i jakiś powóz stał obok, myślałem, że chcą ukraść więc zszedłem na dół żeby ich wystraszyć z dwururki

- A nie mogłeś z okna? - zapytał szeryf

- Nie, strzelbę mam w gabinecie za ladą

- I co dalej?

- Byłem w połowie schodów a tu jak nie huknie! I do środka wbiegają

- I nie przyszedłeś mi pomóc? - zapytał zawiedzonym głosem szeryf

- Szeryfie, ja tylko z brzytwą coś umiem zrobić... - zadrżała Samowi pierwszy raz ręka

- Wiem, pamiętam Betsy, brzytwą to umiesz robić... - przerwał Kowalsky

- Widziałeś jakiś innych świadków?

- Stary Lane żebrał niedaleko i na⁎⁎⁎⁎ny zaczął uciekać ale nie w tą stronę i przebiegł tędy podczas najgorszej kanonady. Nikogo innego nie widziałem, wszyscy pouciekali.

- Dobrze więc Sam. Przyjdą tu agenci niedługo, powiesz im, że po wszystkim wyszedłem niosąc bardzo cięzki długi pakunek zarzucony przez ramię, wrzuciłem go do powozu, potem tak samo wyniosłem trochę mniejszy a po wszystkim wróciłem, po chwili budynek zaczął się palić i wybiegłem. Tylko mi coś wypadło przy drugim drugim pakunku, a jak odjechałem, znalazłeś to - szeryf wręczył mu bardzo drogi, złoty damski zegarek.

- Dobrze szeryfie, może pan na mnie liczyć


Kowalsky zadowolony wyszedł od golibrody. Czyń dobro a dobro do ciebie wróci w dwójnasób - szeryf był pewien że to z Bibli. Pozostawał tylko pijaczek Lane. Wiele razy mu odpuszczał, nie chciał mieć zawszawionych cel. Znalazł go bez trudu w okolicach salonu.

- Leny, do mnie!

Pijaczek z trudem ale jednak przydreptał. Sztywność ruchów spowodowana wieloletnim nadużywaniem nadawała tylko komiczności całej sytuacji.

- Taak?

- Dzień wczorajszy pamiętasz? - zapytał

- Pewnie że tak - Leny nawet dzisiejszego nie pamiętał

- Ile ci dałem? - zastawił pułapkę Kowalsky

- Dwa dolary - bez zastanowienia odpowiedział

- Dwa dolary?! -szeryf pożałował, że dał Teddyemu pieniądze, kretyn porozdawał tak jak się spodziewał

- O tu mam jeszcze trochę z nich - wyciągnął dolara i parę centów

- A co potem?

- Noo, pić się chciało... Trzeba się nawadniać... Pan Szeryf?! - zorientował się pijaczek i struchlał

- Idziesz ze mną Leny. Ładny dzień dziś będzie. A wieczorem będziesz szczęśliwym mężem i ojcem takim jak byłeś, pamiętasz to jeszcze?


I poszli razem. Tylko Leny nie wrócił już, w starej stoczni się upił, nieszczęśliwie upadł i więcej nie powstał. Nieszczęście wróciło konno do miasta przy akompaniamencie bicia kościelnych dzwonów.


***


cdn.


#zafirewallem

@moderacja_sie_nie_myje No fajny świat, tylko może żeby coś więcej się działo w tych mikro odcinkach? Jakiś akcent, ktoś komuś w mordę dał albo jakieś bez karnie poderżnięte gardło. Coś co by wywołało jakieś oczekiwanie na następny odcinek - czy morderca zostanie ukarany etc. Bo tak to dużo gadaniny z której nie wiele wynika. Ale zastrzegam że przeczytałem tylko ten odcinek więc może jestem nie w temacie i dlatego taki odbiór.

W piątek próbowałem coś skrobnąć ale chyba zbyt mocno chciałem przekombinować. Widocznie jego bohater musi posiadać jakiś element mnie w sobie bo w innym przypadku w ogóle tego nie czuje i nie wiem co mam pisać.

Dziś zacząłem pisać od nowa z nową koncepcją, jest zaczęte i mam nadzieję, że przez nockę to dopnę ale już nic nie obiecuje xd

Zaraz sobie jeszcze przeczytam te i poprzednie Twoje opowiadanie bo zapomniłem o nim ostatnio.

Zaloguj się aby komentować

Uszanowanie w ten piękny wieczór


Przypominam, że jeszcze tylko dwa dni do końca obecnej edycj i #naopowiesci


Miałem chwilkę czasu który twórczo wykorzystałem więc zapraszam na siódmy już odcinek mojego dzieła o szeryfie Kowalskym. jest on bezpośrednią kontynuacją poprzedniego odcinka który jak wiadomo był zabarwiony romantycznie.


Nie będę się dłużej rozpisywać we wstępie, poniżej linki do poprzednich epizodów


s01e01

s01e02

s01e03

s01e04

s01e05

s01e06


***


- Często krzywda sprowadza lepszy los. Wiele rzeczy runęło, aby wznieść się wyżej - spokojnym głosem przytoczył cytat Seneki Kowalsky


Odpowiedział mu osłupiały wzrok sędziego


- Szeryfie... Domagam się aresztowania tej kanalii, natychmiast!


Szeryf wstał i podszedł do zapłakanej dziewczyny.


- On cię skrzywdził?


Milcząco pokiwała głową.


Szeryf dobył colta, odciągnął kurek i podał Caroline


- Jeśli tak było jak mówisz to go zastrzel - powiedział


- Szeryfie, co pan... - zaczął sędzia Harrison ale szeryf go uciszył spojrzeniem


- Po prostu spójrz na drania, wyceluj i strzel, to proste.


Caroline uniosła drżącą dłonią rewolwer w stronę zastępcy ale tylko jak napotkała jego wzrok, rzuciła broń na podłogę


- Nie mogę! Skłamałam, to nie tak było... - szybko krzyknęła zanosząc się głośnym płaczem i tuląc do ojca


- Ależ kochanie, co ty mówisz?!


- Bałam się, że się dowiesz, ta przeklęta Fran zaraz by wypaplała, widziała jak wychodził...


- Wszystko w porządku panie sędzio? - troskliwie zwrócił się Kowalsky do Harrisona który nagle usiadł blady ciężko oddychając


- Tak... ledwo wysapał odpinając zapięte pod samą szyję guziki


- Jak będziecie wychodzić to przeproście McPennyego za to nieporozumienie - to mówiąc szeryf po prostu skierował się do wyjścia. Diabli nadali sędziego z tym bachorem - pomysłał - ja w obyczajówce nie robię.


Ledwo wszedł do przedsionka w oknie mignęła czarna morda. Kowalskyemu los wyraźnie sprzyjał, uśmiechnął się pod nosem gdy jednym kopniakiem w ławę zatarasował drzwi wejściowe. Przykucnął i wrócił migiem do głównej sali.


- Mamy gości, moi drodzy - zapowiedział uroczyście dobywając colty


Wtem rozległ się głośny brzdęk rozbijanej szyby. Teddy w ułamku sekundy pociągnął Caroline zza biurko i przewrócił je pulpitem do wejścia. Sędzia na czworakach ruszył w stronę gabloty z bronią i już był w połowie drogi gdy do sali wtoczył się granat


- Uuu, na poważnie idą - szeryf nie tracił humoru, doskoczył do niego i kopniakiem posłał go do holu skąd przybył. Sekundę później nastąpiła eksplozja. Ogłuszający huk i cały budynek zatrząsł się w posadach. Po drzwiach i ścianie do holu pozostała tylko pustka z dziurawą podłogą, cała sala zniknęła w tumanach kurzu i drewnianych szczątkach.


- Uwaga, zaraz wejdą - Kowalsky informował o przyszłych wydarzeniach na bieżąco

- Ilu ich? - pokryty kurzem i resztkami drzwi sędzia ładował strzelbę jakby mu 20 lat ubyło

- Za mało


I ze strony holu rozległy się strzały, istna kanonada pocisków rozbijała się na ścianach nie pozwalając obrońcom wyściubić nosów z kryjówek ani na sekundę. Ostrzał skoncentrował się na przewróconych blatach, przygwożdzony Teddy i sędzia nie mogli nawet ujrzeć napastników. Sytuacja stawała się coraz gorsza.


- Kryjcie się tchórze, sam ich pozabijam - mruknął zawiedziony szeryf


- Poddajcie się! - rozległo się z holu z kilku gardeł - Chcemy tylko tego sk⁎⁎⁎⁎syna z gwiazdą!


- Tego z wąsami czy bez? - odkrzyknął odruchowo Kowalsky i zarechotał grubasznie


Odpowiedziała mu kanonada. Spojrzał szeryf z ukosa na strzępy biurka Teddyego i Caroline. Długo nie wytrzymają - pomyślał.


Znowu wszystko na jego głowie. Dzisiaj nie pokonam wrogów bez walki, przepraszam Sun Tzu - zmartwił się trochę na duchu szeryf. Musiał się dostać do piwnicy, z budynku nie było drugiego wyjścia. Co znaczyło także, że nie było drugiego wejścia - szeryf był urodzonym optymistą. Nie zastanawiając się więc zbyt wiele zacząl strzelać na oślep i pobiegł na schody na dół. Fortuna nadal mu sprzyjała, jakaś zbłąkana kula strąciła mu tylko kapelusz.


Będąc w piwnicy rozejrzał się i dojrzał rumowisko pod zawaloną częścią stropu. WIęźniowie przykuci łancuchami do ścian w swoich celach wyglądali na całych. Przytuleni do podłogi nie wydawali z siebie żadnych dzwięków. Malutkie okienko z solidnymi kratami nie dawało możliwości wyjścia na zewnątrz ale szeryf już miał plan okrążenia i wybicia do nogi napastników.


Po cichutku wdrapał się na rumowisko i ujrzał przez dziurę w suficie sylwetkę jednego z bandytów zajętego ostrzeliwaniem oblężonych. Załadował swoje colty, miał 12 kul w pierwszym rzucie a napastników było najwyżej pięciu, może sześciu.


- Koniec zabawy, rzucaj drugiego - rozległo się u góry


- Poddajemy się, przestańcie - rozległ się rozpaczliwy głos sędziego


Po chwili silna eksplozja na górze zrzuciła szeryfa z rumowiska i dalsza część holu częściowo się zawaliła.


Odgłos napastników wbiegających do środka sali upewnił go, że to najlepszy moment na zadanie druzgocącej klęski bandzie smoluchów. Podciągnął się cichutko na belce stropowej i w mig był już na górze.

Osrożnie stąpając między dziurami zawalonego stropu doszedł do otworu w ścianie i dostrzegł pięciu zamaskowanych czarnuchów celujących do siedzącego w kącie Teddyego tulącego do siebie przerażoną dziewczynę. Sędzia leżał nieopodal w kałuży krwi przygnieciony zawalonym fragmentem ściany.


- Gdzie ten c⁎⁎j szeryf?!


- Mnie szukacie? - zapytał z nieukrywaną ciekawością ktoś zza ich pleców. Kowalsky stał z coltami w obu rękach.


I nie minęły dwie sekundy a z wystrzelanych rewolwerów wydobywał się już tylko dym. Cztery ciała leżały w bezruchu na podłodze a jeden z napastników klęczał trzymając się za brzuch na którym błyskawicznie powiększały się dwie krwawe plamy. Szeryf wolno podszedł do niego i zerwał mu przepaskę z czarnej gęby.


- Kogoś mi przypominasz - powiedział jakby do siebie - A już wiem, tę k⁎⁎wę z lasu

- To była... moja siostra... - wykrztusił z dużym trudem

- I jej nie obroniłeś, co z ciebie za brat, czarnuchu? Pedaliłeś się gdzieś z tymi brudnymi cwelami jak ci siostrę mordowałem? - spytał szeryf z odrazą


Teddy wtulił twarz Caroline w siebie, nie chciał żeby widziała to co się zaraz stanie. Szeryf szarmancko odczekał chwilę, następnie kopnął rannego zamaszyście w brzuch, wygrzebał solidną nogę spod resztek biurka i karzącą ręką sprawiedliwości rozłupał mu czaszkę kilkoma uderzeniami. I udał się do piwnicy.


Po chwili rozległy się jęki i błagania o litość przerywane skrzypieniem kolejno otwieranych drzwi do cel i głuchymi dzwiękami uderzeń. I jęki ucichły. Na pobojowisku nastała głęboka cisza przerwana po chwili przez kroki na schodach. Bardzo zadowolony z siebie szeryf stanął przed skulonymi postaciami.


- Puść ją, Teddy - wyciągnął rękę do dziewczyny, która z przerażeniem patrzyła na zakrwawioną lagę z wbitymi resztkami kości i oblepioną włosami


- Szeryfie, błagam, oszczędź ją... - wydusił McPenny


- Albo ty albo ona


- To zabij mnie - bez wahania odpowiedział


- Nie, proszę nie zabijaj go! - Caroline błagalnie podniosła zapłakane oczy


- To się zdecydujcie albo oboje was zapierdolę!


Popatrzyli na siebie, przytulili się i razem odpowiedzieli


- Rób co musisz.


Więc Kowalsky zrobił co musiał.


***


cdn.


#zafirewallem

@moderacja_sie_nie_myje noo gruby odcinek, nie spodziewałem się takiej ilości akcji Oczywiście plus za cytat Seneki i ten Sun-Tzu również. No i bardzo podobało mi się jak szeryf rozpykał sytuację z oskarżeniem o gwałt.

Zaloguj się aby komentować

Minęły cztery dni i niewiele się dzieje w #naopowiesci


Żeby rozruszać leniwe towarzystwo postanowiłem przyspieszyć emisję kolejnego odcinka mojej opowieści o szeryfie Kowalskym.


Poprzednio był tragiczny dla czarnuchów biwak, teraz czas na odcinek w formie romantycznej


Linki do poprzednich części (znajomość poprzednich wysoce wskazana)


s01e01

s01e02

s01e03

s01e04

s01e05


***


Teddy McPenny siedząc w biurze i czekając na szeryfa okrutnie się niepokoił. Gdyby nie to, że mają w celi mordercę, dwóch trochę winnych żydów i niewinnego stajennego można by powiedzieć, że w miasteczku urząd szeryfa jest niepotrzebny a sam Kowalsky wypełnia przestępczą pustkę. I on także był w to wszystko zamieszany. Gdyby ojciec wiedział w jakie sprawy jego syn się wmieszał... Nie znał zamiarów szeryfa i wolał ich nie znać. Dla swojego własnego dobra.


Gdy w końcu szeryf wrócił nad ranem bardzo zmęczony ale wręcz promieniejący radością, Teddy wolał nie pytać o wydarzena z poprzednich godzin. Poprosił o kilka wolnych godzin. Kowalsky od razu się zgodził, nie chciał żeby widok zastępcy zepsuł mu taki piękny dzień.


I to się dobrze dla najmłodszego McPennyego złożyło. Odkąd wpadł w bagno śledztwa postanowił żyć pełnią życia, podświadomie czuł, że dużo mu już tego życia nie zostało, chociaż miał ledwie 26 lat. Z 50 dolarami w kieszeni czuł się królem życia. Przechadzając się po ulicach i myśląc co z takim majątkiem zrobić wszedł prosto pod nadjeżdzający powóz. Woźnica zaklął siarczyście i w ostatniej chwili wstrzymał konie a Teddy odruchowo odskoczył i wylądował w błocie.

- Życie ci nie miłe?!- krzyknął czerwony ze złości powoźnik

- Do zastępcy szeryfa mówisz!

- Ja pana sędziego wiozę!


W tym momencie z powozu wyszedł na oko 50letni bardzo elegancki jegomość.

- Pan wybaczy mojemu woźnicy, nerwowy jest strasznie

- W porządku, nic się nie stało... - Teddy starał się wytrzepać błoto ze spodni i kamizelki

- Zastępca szeryfa Theodore McPenny - ukłonił się grzecznie

- Jestem sędzia Benjamin Harrison a to moja... no wyjdz kochana... - zwrócił się do pasażerki


Z wozu wyszła wyraźnie rozbawiona widokiem umorusanego błotem zastępcy młodziutka panienka


- To moja córka Caroline


Prześliczna panienka grzecznie się ukłoniła obdarzając zastępce szerokim i szczerym uśmiechem a jej figlarne oczka zaświeciły się jak gwiazdki. I w tym momencie Teddyemu serce zabiło szybciej. Sto razy szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Zapomniał języka w gębie i zaczerwienił się jak sztubak. Caroline doskonale bawiła się zakłopotaniem zastępcy aż w końcu sędzia przerwał tę scenę.


- Jesteśmy umówieni u pana burmistrza z sędzią Nortonem na wieczór. Mam nadzieję, że zastaniemy tam też szeryfa i pana. Do zobaczenia więc.


Po czym wsiedli oboje do powozu i udali się w dół ulicy w stronę hotelu. A Teddy długo stał na środku ulicy odprowadzając ich wzrokiem. Wrócił do biura, usiadł za blatem i starał się wyryć w pamięci każdą milisekundę ze spotkania z cudnym aniołem w postaci Caroline.


- Co z tobą Teddy do cholery, trzeci raz cię wołam! Naćpałeś się?! - przerwał mu krzyk Kowalskyego


Niezadowolony z przerwanego marzenia zastępca tylko westchnął głęboko, wstał i wszedł do biura szeryfa


- Przepraszam szeryfie. Zamyśliłem się.

- Coś takiego, to do ciebie niepodobne Teddy. Dlaczego jesteś tak uświniony?


Zastępca opowiedział wydarzenia sprzed dwóch godzin, pomijając wątek anielski.


- K⁎⁎wa mać, nie wiedziałem, że tak szybko nowy sędzia przyjedzie - Kowalsky zmartwił się trochę - Jak on się nazywa?

- Harrison

- Nie słyszałem o nim, pewnie z końca stanu go przysłali. No nic, dowiemy się u burmistrza co to za jeden. Przebierz się i ruszamy zaraz.

- Niezbyt się czuję szeryfie...

- To zmiataj stąd i idz się przewietrzyć, sam pojadę do Hoopera.


Szeryf jadąc do burmistrza nie wiedział czego się spodziewać. Starego sędziego Nortona miał owiniętego wokół palca, z nowym może nie pójść tak łatwo. Był jednak dobrej myśli.

- Nie należy gniewać się na okoliczności, gdyż nic je to nie obchodzi - Kowalsky od niedawna dobrze znał przemyślenia starożytnych. Od siebie też by dołożył co nieco, umysł miał ostry jak brzytwa.


Umacniając się w duchu wspominając słynne cytaty filozofów dojechał na miejsce. Przy wschodnim skrzydle stał powóz, na którym kiwał się leniwie woźnica paląc papierosa. Lokal burmistrza czekał przy głównym wejściu, jak tylko spostrzegł szeryfa raźnym krokiem ruszył ku niemu.

- Już czekają, zajmę się koniem

- Masz tu piątaka Lenny - szeryf był nadzwyczaj hojny - sam trafię


Przy kominku w największym salonie siedział burmistrz i dostojny mężczyzna jeszcze w sile wieku, z zadbaną brodą, okularach z oprawkami ze szczerego złota iz cygarem w ustach.

- Jest pan, szeryfie - powiedział gospodarz wstając - szeryf Walther Kowalsky, sędzia Bejnamin Harrison, poznajcie się panowie


Energicznie uścisnęli sobie dłonie, glęboko patrząc w oczy.


- Przepraszam bardzo panów, to spotkanie nieformalne oczywiście... - zaczął sędzia

- Oczywiście, że nieformalne - skwapliwie przytaknął burmistrz - sędzia Norton nie dotarł niestety, źle z nim bardzo...

- Przepraszam za nieobecność córki, nie czuje się dobrze po tej długiej podróży - kontyunował Harrison - bardzo chciałem żeby panowie ją poznali

- A ja przepraszam za nieobecność mojego zastępcy, musiałem wysłać go do łaźni przez pewne zaistniałe okoliczności - powiedział Kowalsky patrząc na sędziego


I sędzia z burmistrzem wybuchnęli śmiechem. Szeryf dołączył się z mają przerwą - Już wcześniej sobie pogadali - pomyślał.


- Przysłano mnie gdyż sędzia Norton złożył urząd. A na wokandzie jest sprawa morderstwa i należy jak najszybciej przeprowadzić proces - sędzia od razu wyłożył karty na stół

- Mamy sprawcę i zleceniodawcę - potwierdził Kowalsky

- Czy dowody są pewne?

- Tak, morderca się przyznał i wskazał zleceniodawcę.

- To trzeba zaraz zebrać przysięgłych. Co do kaucji... - sędzia się dłużej zastanowił

- Za sprawcę nie wyznaczać, za Goldbauma co najmniej 1000$ - wtrącił szeryf

- Goldbaum? To zleceniodawca? - zdziwił się sędzia

- Tak

- Znam to nazwisko, jego rodzina nie mieszkała kiedyś w St. Augustino? - zapytał sędzia Harrison

- Nie wiem, u nas to nie istotne kto kim jest i gdzie mieszkał, jest albo winny albo nie - szorstko powiedział Kowalsky - chyba, że jest czarny, dodał w myślach

- A więc morderca zostaje w areszcie, a za Goldbauma kaucja 2500$ - z uznaniem pokiwał głową sędzia gdyż właśnie takiej odpowiedzi oczekiwał


Kowalsky się w duchu zdziwił. Ale nie dał znać po sobie, coś mu w tym człowieku się nie podobało. Popalili cygara i miło spędzili resztę wieczoru oddając się ulubionej grze burmistrza - texas hold'em. Kowalsky stracił swoje 150 baksów ale się nie gniewał na okoliczności mając w pamięci maksymę Marka Aureliusza.


Teddy po wyjściu z biura nie mógł zebrać myśli. Wałęsał się po zapuszczonych uliczkach i mimowolnie podążał w stronę hotelu. Długo mu to zajęło aż w końcu znalazł się naprzeciw. Hotel był jednym z najokazalszych budynków, dwupiętrowy murowany budynek, pięknie zdobiony, z balkonami wyglądał jak nie z tej bajki w porównaniu z okolicznymi ruderami. Wtem na drugim piętrze w oknie uchyliły się zasłony i ukazała się w nim Caroline. Czekała na niego, przyłożyła palec do ust i po chwili zaprosiła go gestem. Teddy zrozumiał w mig ten nieskomplikowany język. Popędził do recepcji.

- Proszę o wolny pokój

Recepcjonistka zmierzyła go wzrokiem, patrząc na ubłocone ubranie

- Nie mamy wolnych niestety...

- A teraz? - Teddy wyciągnął 10 dolarów i położył na blacie, zawsze chciał to zrobić

- Nie mamy wolnych pokoi - powtórzyła z mniejszym przekonaniem

- Jestem zastępcą szeryfa do cholery! Potrzebuję pokoju w celach slużbowych! - zniecierpliwił się McPerson

- Wiem kim pan jest - recepcjonistka nie dała się zastraszyć - tylko mamy wolny jeden apartament z balkonem za 30 dolarów

- Biorę! - Teddy już nie mógł wytrzymać


Zapłacił, dostał klucz i popędził na górę. Znalazł się na drugim piętrze i szedł wgłąb korytarzem kolejno mijając 202, 203, 204... 206, 207... Gdy przechodził obok 208 drzwi się lekko uchyliły. Stanął niepewnie, wziął głęboki oddech i wszedł. Opierając się o komodę w rozpiętym szlafroku stała Caroline. Spojrzałą na zastępcę, zagryzła delikatnie wargę i przyciszonym głosem powiedziała

- Zamknij drzwi i chodź do mnie...

Teddy mógł wraz z opadającym szlafrokiem podziwiać kolejno piękne, kształtne piersi, wciętą talię przy której już zaczął zrzucać z siebie ubranie nie odrywając oczu od cudnego widoku. Ledwo szlafrok znalazł się na podłodze dwa splecone nagie ciała wśród jęków rozkoszy wprawiały w miarowy ruch ciężkie dębowe łoże. I Teddy był w siódmym niebie.


Nad ranem w doskonałym humorze przyszedł do biura, szeryfa jeszcze nie było. Kowalsky bowiem dopiero co wyjechał od burmistrza. Dobrze podpity burmistrz tak wylewnie się żegnał z sędzią i szeryfem, że trzy razy wracali dokończyć posiedzenie i dopiero rano sędziemu udało się urwać a w ślad za nim gdy burmistrz opadł już z sił wyjechał Kowalsky. Kto jak kto ale Hopper to się bawić umiał. Trzy dni po takiej zabawie chorował ale cóż, czego się nie robi dla gości.


Zmęczony szeryf dotarł w końcu do biura. Bez słowa minął zastępcę i skierował się do swojego gabinetu uciąc sobie drzemkę. Ledwo oczy zamknął, według ściennego zegara po dwóch godzinach, obudziły go głośne hałasy i krzyki z poczekalni.

Wyszedł wkurwiony żeby spacyfikować natrętów i ujrzał czerwonego ze złości sędziego z zapłakanym podlotkiem wskazującym na oniemiałego Teddyego


- Tatku, to on mnie skrzywdził! To on mnie siłą wziął, nie mogłam nic zrobić!


***


cdn.


#zafirewallem

@moderacja_sie_nie_myje Wiadomo plusik za kierowanie się stoicką sentencją przez szeryfa Fajnie udało Ci się wybrnąć z tematu przekładając jego ciężar na postać zastępcy i zakończenie pasuje od ogólnego klimatu cyklu. Trochę się obawiałem, że jakby to szeryf miał zostać bohaterem romantycznego epizodu to wyszłoby to śmiesznie albo niepokojąco. Dobrze z tego wybrnąłeś i w ogóle zręcznie prowadzisz całą fabułę naprzód.

To, że nie ma wielu opowiadań to się nie przejmuj bo termin daleki i np ja zawsze w drugim tygodniu zazwyczaj pisze swoje i z innymi też często jest podobnie.

Zaloguj się aby komentować

Nie mam pojęcia czy ta historia przedstawiona poniżej jest romantyczna, czy wręcz przeciwnie, no ale proszę:


***


BL 98WAK


Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, byłoby jej zdecydowanie łatwiej. Kiedyś, przed 2022 rokiem, kiedy w Polsce obowiązywała jeszcze regionalizacja tablic rejestracyjnych, z dużo większą dozą prawdopodobieństwa mogłaby założyć, że mieszkał w Łomży. A dziś? Dziś mogło być tak, że samochód kupił w Łomży, a mieszkał na przykład w Koninie, Kraśniku albo Jeleniej Górze. Po prostu mógł nie zmienić numerów. A nie wiedziała gdzie mieszkał. Nie zaglądała mu przecież w dowód rejestracyjny.


Poznali się na biwaku. Do Grajwa przyjechała z koleżankami. Były zaraz po maturze i w czasie tych najdłuższych wakacji w życiu zatrudniły się jako obsługa pola namiotowego – Work & Travel na jakie mogą pozwolić sobie córki rodziców będących przedstawicielami augustowskiej klasy średniej. On od początku zwrócił jej uwagę. Był dojrzały, przystojny i wyjątkowy – żeby nie powiedzieć ekscentryczny. To ostatnie przeczuwała od razu, zanim nawet jeszcze zobaczyła jak wygląda.


Pewnego dnia na pole namiotowe wjechał samochód marki Trabant. Auto wyróżniało się. Nie tylko tym, że pojazdy tej marki rzadko już spotykało się na drogach, wyróżniało się nawet pośród innych Trabantów. Było pomalowane na liliowy kolor z zielonymi akcentami motywów roślinnych. Zwracało na siebie uwagę. Przez przednią szybę, od której odbijały się wściekle tego dnia palące promienie słoneczne dojrzała, że w środku jest tylko jedna osoba: mężczyzna, który zajmuje fotel kierowcy. Coś, jakiś wewnętrzny głos, powiedział jej, że warto poznać właściciela tego wehikułu. Czy pociągała ją bardziej jego tajemniczość, czy jego samochód? – tego do dziś nie potrafi stwierdzić. Fakt, że koleżanki czasami śmiały się z niej, mówiły, że jest blacharą. Cóż miała jednak poradzić, że pociągali ją mężczyźni, którzy kierowali nietypowymi samochodami? Poza tym to był Trabant, który z blachą nie miał przecież za wiele wspólnego.


– Ja pójdę – powiedziała do Wioli, która tego dnia pełniła dyżur na recepcji i to jej zadaniem było meldowanie przybyłych na kemping gości, a także pobieranie od nich opłat.

– Jeśli masz ochotę… – odpowiedziała Wiola, której najwyraźniej propozycja Martyny była na rękę i wróciła do piłowania paznokci.


– Michał – przedstawił się mężczyzna, który wysiadł zza kierownicy Trabanta. Zrobił na Martynie jeszcze większe wrażenie niż jego wyjątkowy samochód. Opalona twarz i klatka piersiowa, której bujne, ciemne owłosienie kusiło, wyglądając pomiędzy materiałem rozpiętej do połowy koszuli w ciemnozielone motywy rodem z dżungli. Złoty, szeroki łańcuch na szyi tak wspaniale komponujący się z brązem tej jeszcze szerszej szyi. Wąs, ciemniejszy niż włosy na klatce piersiowej, który wspaniale przyozdabiał uniesioną w uśmiechu ukazującym równe, białe lśniące zęby (czy odbijało się od nich światło słoneczne, czy błyszczały tak same z siebie?) górną wargę. Włosy, zawadiacko spływające na czoło spod słomkowego letniego kapelusza, przewiązanego brązową wstążką i nadające mężczyźnie tajemniczości okulary przeciwsłoneczne w złotej oprawie, spiętej u góry, nad noskiem dodatkową poprzeczką. Całości dopełniały jasne, lniane spodnie i jasnobrązowe mokasyny. Tak, ten mężczyzna wyglądał egzotycznie. Wyglądał nawet lepiej niż jego samochód.

– Martyna – powiedziała Martyna i już miała wypowiedzieć wymaganą przez właściciela kempingu standardową formułę biwakowej recepcjonistki zawierającą serdeczne przywitanie i zachętę do skorzystania z dodatkowych usług i udogodnień dostępnych na miejscu za dodatkową opłatą, kiedy, trochę jakby bez udziału woli, z ust wyrwało się jej: – Ładny samochód.

– Prawda? – odpowiedział Michał. – A Martyna to ładne imię. Chcesz się przejechać?

– A nie chce pan…

– Michał.

– No tak. A nie chcesz najpierw odpocząć po podróży? Zjeść czegoś? Napić się może? Trzeba by też się zameldować. – Martynie przypomniało się, że jest w pracy.

– Nie będzie dla mnie lepszego odpoczynku niż usiąść nad jeziorem z tak piękną kobietą. Tam też możemy coś zjeść i napić się. Wszystko co potrzebne mam ze sobą. – Michał poklepał bagażnik Trabanta. – A formalności możemy załatwić wieczorem. Szkoda marnować takiego pięknego dnia na siedzenie w biurze.


Na kemping wrócili późno w nocy, właściwie już nad ranem. Martyna nie wiedziała, która jest godzina, ale na wschodzie, nad polami horyzont zaczynał już jaśnieć. Pole namiotowe było już spokojne. Z niektórych namiotów dobiegało chrapanie.

– To ja pójdę po książkę meldunkową – powiedziała do Michała.

– Dobrze. Poczekam tu na ciebie. – Michał pocałował jeszcze dziewczynę na odchodne.


Kiedy tylko za Martyną zamknęły się drzwi domku, w którym mieściło się biuro i w którym mieszkała razem z koleżankami spokojny pomruk dwusuwowego silnika zmienił swój charakter. Stał się głośniejszy i bardziej dynamiczny. Dziewczyna wybiegła na zewnątrz, ale ujrzała już tylko znikające za zakrętem czerwone tylne światła samochodu.


Michał – tak się przynajmniej Martynie wydawało, bo w dowód osobisty też nie miała okazji mu zajrzeć – zostawił jej nie tylko wakacyjne wspomnienia, ale, co odkryła po kilku tygodniach, również rozwijającą się w niej żywą pamiątkę tego letniego wieczoru. I gdyby nie ta pamiątka, być może zagryzła by zęby i pogodziła się z tym, że i tym razem również się jej nie udało. Nie udawało się jej już przecież wiele razy. Nie udało jej się z Kamilem, który miał wściekłofioletowe, błyszczące E36, nie udało jej się z Marcinem, który jeździł srebrnym E300 w cabrio, nie udało jej się z Kamilem, który na bokach swojego czarnego Subaru miał wymalowane płomienie. Układało jej się co prawda całkiem nieźle z Robertem, który jeździł czarno-żółtą Corvettą, ale życie – to znaczy wydmuchana uszczelka pod głowicą – zmusiło go do wyjazdu za granicę, gdzie miał zamiar odłożyć na remont silnika i jakoś tak się to wszystko wtedy rozeszło. Tym razem, ze względu na sytuację, postanowiła, że nie odpuści.


Wśród wspomnień Martyny zachował się między innymi numer rejestracyjny Trabanta domniemanego Michała: BL 98WAK. Z tą informacją swoje poszukiwania rozpoczęła na augustowskim posterunku, gdzie opisała dyżurnemu sytuację, w jakiej się znalazła.

– Nie wiem czy bez zgody sądu mógłbym udzielić pani informacji o właścicielu – powiedział policjant – ale taki numeru, jaki pani podała nie istnieje. A tyle to na pewno mogę pani powiedzieć.

Martyna zrobiła wielkie oczy, a usta otworzyła jeszcze szerzej.

– Przykro mi – dodał policjant.


A teraz siedziała w autobusie jadącym do Białegostoku, gdzie miała przesiąść się w kolejny, jadący już do docelowej Łomży. Co miała zrobić? Postąpiła zgodnie z wolą jej wiernych tradycji rodziców, którzy zakomunikowali jej, że dopóki ciąża nie jest jeszcze widoczna Martyna może zostać w domu, ale później ma się wyprowadzić do męża, kimkolwiek by ten mąż nie był, bo oni pod swoim dachem nie będą trzymać panny z dzieckiem. Co powiedzieliby sąsiedzi? Jak tu przyjąć księdza po kolędzie? Ta podróż, te poszukiwania to był odruch rozpaczy, ale to było jedyne, co przyszło jej do głowy. Spróbować przecież nie zaszkodzi.


Kiedy wysiadła na dworcu w Białymstoku udała się do toalety. W czasie podróży zrobiło jej się trochę niedobrze. Czy to z powodu lekkiej choroby lokomocyjnej, czy też ze względu na jej stan – nie wiedziała.

– „Jak nie rzygnę, to się przynajmniej wysikam” – pomyślała. Zostawiła dwa złote w miseczce przed wejściem i zamknęła się w pierwszej wolnej kabinie. Nie zdążyła jeszcze rozpiąć spodni, kiedy przez uchylone okno wraz z chłodnym już, jesiennym wiatrem wpadł tak znajomy, charakterystyczny dźwięk dwusuwowego silnika.

– „Może?” – pomyślała natychmiast i wybiegła z toalety. Wybiegła z dworca. Okrążyła budynek i na parkingu ujrzała tego samego liliowo-zielonego Trabanta. Przez chwilę nie mogła uwierzyć we własne szczęście. Uszczypnęła się nawet w przedramię, ale auto nie zniknęło, dalej stało tam gdzie stało. Coś jednak jej się nie zgadzało. Przez dłuższą chwilę przypatrywała się samochodowi aż w końcu doszła do wniosku co jest nie tak, kiedy jej wzrok spoczął na tablicy rejestracyjnej. BI 98WAK. Martyna podeszła i ukucnęła przed przed przednim zderzakiem samochodu. Na dole, po prawej stronie litery „I” można było odróżnić jaśniejszy pasek, czystszy niż reszta tablicy. Tak, jakby kiedyś było tam coś naklejone.


***


1211 słów.


***


Tak: nie mam pojęcia czy napisana przeze mnie historia jest romantyczna czy też nie, ale jeśli dzieje się coś, co zadziało się we wpisie otwierającym tę edycję, a czego ślady pozostały w tym komentarzu, to aż żal tego nie wykorzystać. Niewykorzystane okazje lubią się przecież mścić, jak to powtarzał pan Dariusz Szpakowski.


#naopowiesci

#zafirewallem

#tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Miałem inny plan na ten odcinek z cyklu o szeryfie Kowalskym ale z racji tego, że sam taki temat wybrałem to na szybko dopisałem pasujący fragment


Poprzednie odcinki:


s01e01

s01e02

s01e03

s01e04


***


Stara Goldbaumowa siedziała pod biurem szeryfa już 6 godzin. Kowalsky mijał ją już raz dziesiąty powtarzając - już za chwilkę - mając nadzieję, że pójdzie w cholerę. Nie docenił jednak jej uporu i w końcu dla świętego spokoju postanowił ją przyjąć.

- Wejść!

Stara podreptała do drzwi sapiąc i stękając. Z trudem je otworzyła i weszłą do środka.

- Panie szeryfie, ja po prośbie...

- Jakiej?

- Bo wiecie, mój mąż aresztowany i u was w celi siedzi - sapała pospiesznie

- Aaa, no tak, teraz pamiętam

- No właśnie i ja chciałam go zobaczyć jeśli można

- Ciężka sprawa, przepisy nie pozwalają - teatralnie zmartwił się szeryf

- Ja tu mały datek przyniosłam, wiecie, ciężką służbę macie, ja doceniam - powiedziała wyciągając zwitkę banknotów

- Wykluczone, próby przekupstwa są karalne. Jednak jest to sposób żeby się z mężem zobaczyć. Chcecie tego? Celę obok dostaniecie.

- A nie, nie aż tak to ja nie chcę - szybko schowała pieniądze - nie mówcie mu o tych pieniądzach bo go szlag trafi

- Dobrze - łaskawie zgodził się szeryf

- A czy dostaje koszerne jedzenie? - zmartwiła się Goldbaumowa

- Nie, nie dostaje żadnego jedzenia... - ze szczerością powiedział Kowalsky

- Dzięki Bogu! - ucieszyła się pobożna kobiecina - przynajmniej nie grzeszy

- Muszę was już pożegnać, bo zło nie śpi - powiedział szeryf wstając i po prostu wypchnął Goldbaumową za drzwi


I w istocie, Kowalsky miał wiele pracy przed sobą. Smolucha czekał proces a sędzia Norton był już stetryczałym dziadygą niezdolnym do pełnienia urzędu. Nowy sędzia jeszcze nie przyjechał. Mógł zjawić się lada dzień. O ławę przysięgłych był spokojny. Będzie z miejscowych i klepną wszystko czego sobie zażyczy. Tylko czy murzyn zezna co należy? Ciężki jest los stróża prawa - pomyślał. Mógł wziąć tę forsę od Goldbaumowej, przez chwilę byłby ten los lżejszy.

- Teddy!

- Tak?

- Goń starą i weź od niej te pieniądze. A jak już da to powiedz, że stary nie chce jej widzieć - Kowalsky jak nikt umiał nie brudzić własnych rąk i mieć czyste sumienie


Ze zdobycznych dwustu dolarów odpalił zastępcy pięćdziesiąt. Szeryf zawsze miał gest. Idz i zabaw się - rozkazał. Dobrze wiedział, że Teddy nie umie się bawić. Da forsę ojcu albo nakupuje jakiś szmat dla kochanych siostrzyczek. Jego strata - pomyślał. Czas kontynuować śledztwo, więc dla zebrania myśli wybrał się na wycieczkę po okolicy.


Miasteczko było podupadłą dziurą pośrodku niczego, do najbliższego większego miasta - Brokenwater było prawie półtora dnia drogi konno. Przejechał wzdłuż rzeki już dobrych kilkanaście mil.

Słońce chyliło się ku zachodowi gdy w oddali nad lasem zobaczył strużkę dymu.

Kogo tu diabli przynieśli w takie pustkowie? - zapytał sam siebie Kowalsky. Przeczucie mu mówiło, że dobrze ten wieczór się nie skończy.

Podjechał ku granicy lasu starając się nie być ani chwili na widoku. Zsiadł z konia, zdjął strzelbę i zarzucił na plecy, sprawdził czy colty łatwo wychodzą z kabur i zaczął się skradać w stronę widocznego z oddali ogniska. Przystawał co chwila kryjąc się wśród drzew. Do obozowiska miał jeszcze kilkaset metrów. Zbliżał się do celu powoli i ostrożnie. Niedaleko obozowiska jakaś postać kręciła się wśród koni, których Kowalsky naliczył siedem. Ani trochę nie odebrało to szeryfowi animuszu, wręcz przeciwnie, amunicji miał dosyć.


Słońce już zaszło i robiło się coraz ciemniej. Tęgi dryblas dorzucił drewna do ognia który rozświetlił kilka siedzących tyłem do niego sylwetek. Licząc tego przy koniach brakuje jeszcze jednego - pomyślał. Chowając się w zaroślach postanowił zaczekać. Jedna z postaci przy ognisku podniosła się i podeszła do dryblasa. Ogień oświetlił ich murzyńskie twarze które szeryf już widział wyraźnie - Chór gospel w lesie? - zdziwił się Kowalsky. Co tu robią te czarnuchy? Odruchowo sięgnął ręką po strzelbę. Żałował, że nie miał granatu.


Przypatrywał się uważnie, jeden cień nadal kręcił się przy koniach, dryblas usiadł przy ognisku i parę metrów dalej pod drzewem dostrzegł leżącą postać zawiniętą kocem. No, to już wszyscy - ucieszył się.


Kowalsky wytężał słuch ale nie mógł wyłowić ani słowa z przyciszonej rozmowy przy ognisku. Czekał całą wieczność aż w końcu ziewanie stało się głównym odgłosem dobiegającym z obozowiska i przy ogniu oprócz dryblasa został tylko jego kompan a pozostała trójka rozłożyła się nieopodal. Jeden z nich bezceremonialnie wsunął się pod koc śpiącej postaci.

Co za dewianci - oburzył się stróż prawa - jeszcze chwila i koniec biwaku, padalce.


Kwadrans później, gdy wartownik zbliżył się do ogniska a dryblas powstał, Kowalsky wyskoczył z zarośli z dwururką. Nocną ciszę przerwał huk i dryblas padł jak rażony gromem, ułamek sekundy później po drugim błysku wartownik pada wprost do ogniska. Szeryf dobywa colty i strzela. Dwie kule znikają w plecach siedzącego przy ognisku starca. Kolejne dosięgają zrwające się w pośpiechu z posłań postacie. Błyski i huki wystrzałów cichną dopiero gdy iglica uderza w puste komory. Kowalsky nie traci czasu, chowa wystrzelane colty i podnosi rewolwer leżacy przy dryblasie. Odruchowo sprawdza - nabity. Przechodzi obok każdego leżacego i strzela dla pewności.

- Koniec biwaku czarne sk⁎⁎⁎⁎syny!

- Miałem rację, że ten wieczór nie skończy się dobrze. Dla smoluchów - dodaje w myślach uśmiechnięty. Jest już koło kolejnego leżącego i dobija go. 

Wtem drobna postać leżąca w objęciach trupa przy drzewie zrywa się i sprintem biegnie w stronę koni. Kowalsky spokojnie podchodzi do trupa starca, podnosi leżącego przy nim Springfielda i robi kilka kroków w stronę polany z końmi. Przykłada karabin do ramienia i gdy tylko czarny cień pojawia się na grzbiecie konia naciska spust. Błysk, huk i dalej biegnie już sam koń. Szeryf bez pośpiechu zbliża się ładując swoje colty. Przystaje nad leżacą, zakapturzoną postacią i spogląda na oświetloną księżycem i wykrzywioną bólem twarz młodej murzynki. Bezgłośnie rusza ustami z których płynie strużka krwi.

Szeryf pochyla się nad nią.

- Co mamroczesz?

- Kim... jesteś... diable?

- Jestem szeryf Kowalsky.

Wyciera rękawicą zachlapaną krwią gwiazdę i strzela.


***


#naopowiesci

#zafirewallem

@moderacja_sie_nie_myje

- Nie, nie dostaje żadnego jedzenia... - ze szczerością powiedział Kowalsky

- Dzięki Bogu! - ucieszyła się pobożna kobiecina - przynajmniej nie grzeszy

xd

No dobra powiedzmy, że jakiś biwak tu wplotłeś, ale serio spodziewałem się jakiegoś romansu Kowalskyego czy coś

Zaloguj się aby komentować

Jako zwycięzca poprzedniej edycji, mam przyjemność ogłosić kolejną odsłonę zabawy #naopowiesci


Temat: Biwak


Kategoria: Literatura romantyczna


Liczba słów: 800 - 2500


Termin: 15.09.2024


Zapraszam wszystkich pisarzy-amatorów bardzo serdecznie. Można fantazyjnie poświntuszyć i to jeszcze

przy tym wygrać


Generalnie te wytyczne to luźno będę traktować, nie będę nikomu słów wyliczać. Stricte będzie traktowany tylko temat i termin.


#zafirewallem

@moderacja_sie_nie_myje w sumie to czekałem aż ktoś wrzuci tego typu zadanie kompletnie nie z mojej bajki. No to będę miał wyzwanie

@moderacja_sie_nie_myje moderacjo mój drogi, do której godziny jutro #naopowiesci ? Bo ja na wyjeździe a na telefonie to się słabo pisze

Zaloguj się aby komentować

Nadszedł czas na podsumowanie VII kryminalnej edycji konkursu #naopowiesci . Czekałem z nim do wieczora bo liczyłem, że może jednak @splash545 się zdecyduje i wrzuci jakieś swoje opowiadanie. No ale niestety płonne to były nadzieje.


Dziękuję wszystkim uczestnikom konkursu za wzięcie udziału. Każde z Waszych opowiadań było świetne i miało niepowtarzalny klimat. Bardzo podobały mi się niektóre pomysły jak np. z opowiadania @Wrzoo . Albo przemycenie kawałka swojej mrocznej cząstki jak było to w opowiadaniu @KatieWee . Mnie natomiast najbardziej podobało się opowiadanie "Wszystkie rodzaje dna" napisane przez @George_Stark . Nie będę pisał dlaczego, wydedukujcie to sobie sami.


Lista opowiadań biorących udział w konkursie:


Wszystkie rodzaje dna - @George_Stark - 12

Turath Almaeiz - @George_Stark - 10

Kapliczka - @Wrzoo - 23

Nienazwany cykl o szeryfie Kowalskym ep.1 - @moderacja_sie_nie_myje - 13

Nienazwany cykl o szeryfie Kowalskym ep.2 - @moderacja_sie_nie_myje - 11

Nienazwany cykl o szeryfie Kowalskym ep.3 - @moderacja_sie_nie_myje - 13

Nienazwany cykl o szeryfie Kowalskym ep.4 - @moderacja_sie_nie_myje - 10

Opowiadanie bibliotekarskie bez nazwy - @KatieWee - 16


W tej edycji kryterium oceniania jest sumaryczna ilość piorunów ze wszystkich opowiadań danego autora.


***


Więc zwycięzcą z 47 zostaje - @moderacja_sie_nie_myje!!!


***


Gratuluję! Widać, że masz bardzo dużo weny i pomysłów na opowiadania. Dobrze się bawiłem czytając Twój cykl i czekam na ciąg dalszy. A teraz wszyscy też czekamy na Twoje zadanie.

Dziękuję wszystkim za udział i dobrą zabawę przy czytaniu Waszych opowieści i do zobaczenia w kolejnej edycji.


#zafirewallem #tworczoscwlasna #podsumowanienaopowieści

Zaloguj się aby komentować

Kiedy Sophie zaginęła, w naszej sypialni zawrzało. Sophie co prawda była uczennicą klasy wyższej, siódmoklasistką z sypialni trzeciej ale my przeżywałyśmy jej zniknięcie jakby była naszą najlepszą przyjaciółką. Anne i Marie, bliźniaczki próbowały udawać, że nic się nie stało, ale budziły się w środku nocy z krzykiem i jak zdołałam dosłyszeć śnili im się cyganie, którzy porywali je do cyrku. Gruba Katie spała spokojnie, dopiero rano opowiadała swoje niesamowite sny o piratach. Julie wstawała tysiące razy, żeby skorzystać z toalety, aż zgłosiłam ją do miss Hawthworne, naszej pielęgniarki, a ta obiecała się temu przyjrzeć. Ja i Frankie nie spałyśmy całymi nocami i próbowałyśmy odnaleźć Sophie bez wychodzenia z naszej sypialni. Wychodzenie z sypialni poza wychodzeniem do łazienki było surowo zakazane w naszej szkole, a wesołe "uczty o północy" o jakich zapewne czytałyście w książkach o innych szkołach z internatem były niemożliwe do przeprowadzenia z powodu nauczycielek, które całymi nocami tkwiły na korytarzach na niewygodnych krzesełkach. Nasze ciało pedagogiczne było najprawdopodobniej najbardziej wykształcone na świecie, bo całymi nocami zgłębiało książki wypożyczane w naszej szkolnej bibliotece. Panna Maud, nasza bibliotekarka, dbała zarówno o księgozbiór dla nas jak i dla znudzonych pilnowaniem nas w nocy nauczycielek. Frankie i ja należałyśmy do aktywu bibliotecznego, dlatego mogłyśmy urywać się czasami z lekcji, żeby pomóc pannie Maud w rozpakowywaniu rozkosznie pachnących paczek z nowymi książkami i dobierać się do nowości jako pierwsze. Panna Maud była miłośniczką kryminałów, więc zawsze w paczkach znajdował się nowe tomy opowieści pań Christie i Sayers, których była miłośniczką, a tę miłość przekazała też nam. Dlatego też próbowałyśmy odnaleźć Sophie metodami umysłowymi, choć nie do końca nam to wychodziło. Sophie była najlepszą uczennicą w szkole, zawsze przygotowaną i pilną. Jej przyjaciółki ją uwielbiały, nauczycielki stawiały nam za wzór. Nikt nie miał jej nic do zarzucenia, nie miała żadnych wrogów. Zawsze radosna i uśmiechnięta wnosiła radość do swojej klasy. Zawsze była pierwsza do organizowania żywych obrazów, przedstawień, akcji charytatywnych dla ubogich rodzin mieszkających w pobliżu szkoły i bezdomnych zwierząt. To dlatego tak wiele osób włączyło się w jej poszukiwania gdy okazało się, że zaginęła. Ludzie wędrowali po naszym lasku wydeptując ścieżki w śniegu, ochotnicy przeczesywali jezioro, w którym latem ćwiczyłyśmy pływanie. Na nic. Sophie nie było.


Jej ciało Frankie i ja znalazłyśmy w składziku na rzeczy używane podczas wychowania fizycznego. Leżała między obręczami a maczugami do żonglowania - panna Hazel uwielbiała tego typu ćwiczenia więc ćwiczyłyśmy takie umiejętności do upadłego. Frankie spojrzała na mnie, ja spojrzałam w oczy Frankie i od razu wiedziałyśmy, że nie powiemy dorosłym o Sophie zanim same nie zbadamy dlaczego zginęła. Dorośli wezwą policję, a ta na pewno nie tylko zadepcze ślady, ale również wskaże osobę całkowicie niewinną jako zbrodniarza. Postanowiłyśmy odkryć zabójcę a potem dopiero zgłosić dorosłym odnalezienie ciała, musiałyśmy się więc śpieszyć bo do składziku mogły zostać wysłane uczennice zarówno młodszych jak i starszych klas, które mogły wpaść w panikę i rozpaplać wszystko. Nie tak jak my.


-Ja czy ty? -zapytała Frankie.

-Ja - odpowiedziałam i poszłam zgłosić pannie Hazel, że bardzo źle się czuję, a Frankie odprowadzi mnie do pielęgniarki. Zyskałyśmy w ten sposób godzinę podczas której nikt z dorosłych nie wiedział gdzie jesteśmy.

Zmasakrowana twarz Sophie nic nam nie powiedziała oprócz tego, że zabójstwa dokonano w afekcie. Ktoś musiał naprawdę się zdenerwować, żeby zdzielić ją kilkukrotnie w twarz czymś dużym i ciężkim. Jako pierwszą podejrzaną wytypowałyśmy pannę Hazel od wychowania fizycznego, bo na pewno pod ręką miała wiele narzędzi do rozbicia głowy Sophie - jak na przykład młotki do krykieta czy maczugi do żonglowania. Odrzuciłyśmy szybko tę możliwość, bo Sophie była oczkiem w głowie panny Hazel, bo miała świetne wyniki zarówno w biegach na jedną milę jak i w tenisie. Szukałyśmy dalej, domyślając się, że ciało Sophie zostało przeniesione do magazynku, żeby zmylić ślady. Kto mógł ją zabić? Dlaczego? Była świetną uczennicą, wybijała się w przedmiotach ścisłych. Nauczycielka matematyki ją uwielbiała, tak samo jak panna Justice, która uczyła przedmiotów przyrodniczych. A panna Streatfield od angielskiego? - spojrzałyśmy na siebie z Frankie i popędziłyśmy do tego skrzydła gdzie mieszkały nauczycielki. Nie wolno na było tam wchodzić, ale nikt tak naprawdę nie tego nie pilnował, uważano bowiem, że nasze dobre wychowanie nie pozwoli nam zaglądać do pokoi nauczycielek. 

Pokój panny Streatfield był zadziwiająco pusty. Nie miała nawet zdjęcia rodzinnego na stoliku nocnym, nic nie stało na wierzchu. Przekopałyśmy jej kufer i szafę wypełnioną takimi samymi sukienkami zapinanymi pod szyję, ale nie znalazłyśmy nic co wskazywałoby na jej winę. 

Zawiedzione wymknęłyśmy się z pokoju. Brakowało nam pomysłów gdzie miałybyśmy szukać. Szłyśmy korytarzem w stronę holu gdy usłyszałyśmy szepty. Podziękowałam w myśli naszej dyrektorce za zarządzenie dzięki któremu po szkole chodziłyśmy w miękkich pantoflach. Te osoby, które szeptały nie usłyszały, że się zbliżamy.

-Musimy się jej pozbyć, nie może dłużej leżeć w magazynku.

-Zaraz zacznie źle pachnieć!

-Wrzućcie ją do jeziora!

-Dlaczego my? To pani ją zabiła!

-Jesteście mi to winne!

Rozpoznałyśmy te głosy. To były Margaret i Greta z siódmej klasy, które razem z nami działały w aktywie bibliotecznym. Trzecim głosem zaś była panna Maud, bibliotekarka!

Wyszłyśmy zza rogu i cała trójka nas zobaczyła.

-Wiemy wszystko - rzuciłam

-Proszę nam tylko powiedzieć dlaczego! - zawołała Frankie z oburzeniem i chyba prośbą o wytłumaczenie.

Panna Maud spojrzała na nas zrezygnowana. 

-Wiecie co jest w życiu ważne, prawda? - panna Maud uśmiechnęła się.

-Sophie była świetną uczennicą, ale nie oddawała książek na czas. Dzieci czekały. Nauczycielki czekały. A ona je przetrzymywała! - głos panny Maud wzniósł się na wyżyny. 

-Rozumiecie?! No i kiedy oddała nową Christie po trzech miesiącach to po prostu nie wytrzymałam. Zrozumcie mnie, proszę!


Frankie i ja spojrzałyśmy na siebie i porozumiałyśmy bez słów.


Jezioro to świetne miejsce na ostatni odpoczynek.


926 słów


#zafirewallem #naopowiesci

7e1af3c8-6059-443d-b56f-f0cbd67e5611

A ja wczoraj przedłużyłem książki o kolejny miesiąc.


Dorośli wezwą policję, a ta na pewno nie tylko zadepcze ślady, 


A to zdanie jest fantastyczne!

Zaloguj się aby komentować

748 + 1 = 749


Tytuł: Starość aksolotla. Hardware dreams

Autor: Jacek Dukaj

Kategoria: fantasy, science fiction

Ocena: 4/10


#bookmeter


Wódeczki jeszcze?

A poproszę.

Stalowe paluchy z chirurgiczną precyzją obejmują delikatne szkło. Są do tego specjalne programy wspomagające motorykę, do picia wódki. Oczywiście nie piją wódki, te trunki to atrapy. Niczego nie piją, niczego nie jedzą, ćwierćtonowe mechy w barze Chūō Akachōchin, mogę tylko odgrywać te gesty życia, z mozołem powtarzać przyzwyczajenia przebrzmiałej biologii.


Przez Ziemię przetoczyła się śmiercionośna fala. Czy był to skutek wyrzutu neutronów przez jakąś gwiazdę, czy było to atak (kto atakował?) – tego nie wiadomo. Wiadomo na to, że fala przesuwa się ze wschodu na zachód. Względem Ziemi. Bo można też przyjąć, że stoi w miejscu, a to Ziemia, obracając się, przesuwa swoją powierzchnię względem nieruchomej bariery, która zabija wszelkie życie. Wszelkie. To znaczy w tej książce nie ginie tylko ludzkość, jak w niektórych innych z gatunku postapo, które z większą bądź mniejszą (choć raczej mniejszą) przyjemnością zdarzało mi się czytać. Giną również zwierzęta, giną rośliny, bakterie. Ginie życie biologiczne – czy jest jakieś inne?


To właśnie to pytanie jest jednym z problemów stawianych przez autora w Starości aksolotla. Bo niektórym udaje się „przeżyć” – a może bardziej „przetrwać”? – poprzez zmapowanie swoich mózgów za pomocą prototypowego urządzenia, przygotowanego z myślą o graczach. Tylko tak: po pierwsze to nikt nie wie na ile te mapy mózgów, ta przeniesiona świadomość, jest skopiowana dokładnie. No i po drugie, czy taki plik (który można skopiować, wykasować, albo modyfikować – w tym przypadku za pomocą malware zwanego Zarazą) zainstalowany w jakimś sprzęcie wchodzącym w skład Internetu Rzeczy albo w humanoidalnym (lub niehumanoidalnym) robocie to dalej jest życie? Bez zmysłów, bez snu. Bez biologii.


Książka przedstawia świat na chwilę przed Zagładą (tak nazywane jest to zdarzenie w książce) i to jest ciekawe – szczególnie prezentacja rozmaitych zachowań ludzi w obliczu nieuniknionego. To jest faktycznie wypunktowane interesująco, ale pan Dukaj prześlizgnął się tylko po temacie. Chętnie przeczytałbym coś (byle było dobrze napisane), gdzie byłyby zaprezentowane właśnie rozmaite postawy na kilka godzin przed pewną zagładą.


Później są kolejne części, logarytmicznie przesunięte w czasie, a więc obejmujące okres tysiąca, dziesięciu tysięcy i stu tysięcy dni po Zagładzie. W tych punktach autor przedstawia jak ci, którzy „przetrwali”, przystosowują się do nowego świata. I ta początkowa część, ta związana z tęsknotą za biologiczną powłoką (tutaj pozwolę sobie przypomnieć opowiadanie kolegi @splash545 w naszej zabawie #naopowiesci ), zachowania będące skutkiem przyzwyczajenia do posiadania ciała, sprawiła mi trochę przyjemności i skłoniła do przemyśleń. Ale później już – z mojej perspektywy – było tylko gorzej.


Wydaje mi się, że w zbyt małej objętości autor chciał zmieścić zbyt dużo. Ogrom rozmaitych koalicji, które tworzą się po katastrofie, które wchodzą ze sobą w alianse ale też konflikty, które rywalizują o zasoby – bo przecież jeśli nie musimy już walczyć o żywność czy bogactwo, to robotom potrzebny jest prąd elektryczny a także możliwość magazynowania danych – jest przedstawiony bardzo skrótowo. O ile dobrym i realistycznym pomysłem wydaje mi się podzielenie „nowego świata” na tyle frakcji, o tyle nie ma w tej książce miejsca na to, żeby się ten geopolityczny wątek rozpędził. Dla mnie w tym temacie to było skakanie od jednej grupy do drugiej. Ot, wymienianie ich po kolei. Z bardziej zajmujących rzeczy wymieniłbym jeszcze skutki ekologiczne zniknięcia z powierzchni Ziemi życia, choć to też zostało tylko wspomnianie.


W ogóle im dalej w las tym dla mnie było mniej ciekawie – „bez serc, bez ducha, to robotów ludy”, chciałoby się wręcz powiedzieć. Ale to może dlatego, że nie jestem fanem sf (a hard sf to już w ogóle) i jest to wynik moich osobistych preferencji. A może dlatego, że później wszystko w tej powieści było tak mało plastyczne a bardzo techniczne? Albo za mało ludzkie? Problemy i aspiracje globalne zdominowały tak narrację jak i zdeterminowały działania bohaterów. Mało w tym wszystkim było człowieka. I nawet jeśli był to celowy zabieg autora, coś co chciał pokazać – a tak mi się wydaje – to mimo że z wnioskami się zgadzam, tak sposób ich przedstawienia i doprowadznia do nich zupełnie do mnie nie trafił.


***


EDIT: Jeszcze jeden zarzut do autora. Panu Dukajowi zdarzyło się zapomnieć, że w takim świecie nie byłoby komarów, co ja uważam za jego zdecydowany plus, bo książkę czytałem wieczorem w pobliżu rzeki.


No i jeszcze jedna rzecz, którą tej lekturze zaliczam z osobistych powodów na plus: zawsze myślałem, że to zwierzę nazywa się "aksolot". A tu jeszcze jedno "l", jak larwa, na końcu jest mu potrzebne, jak się okazuje.

ff58e5b2-8e6c-430c-9ef8-d0ea3006518f

Zaloguj się aby komentować

Mało czasu mam na wszystko ale kilka chwil w tygodniu się zawsze znajdzie, żeby pociągnąć dalej historię Szeryfa Kowalskyego #naopowiesci


Poniżej linki do poprzednich epizodów


S01E01

S01E02

S01E03


***


Kowalsky będąc w doskonałym humorze postanowił zaglądnąć do burmistrza. Burmistrz Hopper pewnie jak każdego wieczoru uchlewał się wyborną whisky więc musiał się pospieszyć. Do willi wpuścił go lokaj uprzedzając, że burmistrz ma gości. Szeryfowi to nie przeszkadzało, wiedział kto przyszedł i czego chciał. Bezceremonialnie wparował do gabinetu przerywając ożywioną dyskusję.


Naprzeciwko burmistrza siedział Goldbaum i Rosenbaum. Nagłe wtargnięcie szeryfa sprawiło, że zamilkli obaj i momentalnie pobledli.


- Dobrze, że jesteście, spodziewałem się, że was tu zastanę.

- Szeryfie, to poufna rozmowa, bardzo prosimy żeby Pan wyszedł... - poprosił grzecznie Goldbaum

- Już wyjaśniliście burmistrzowi dlaczego chcecie farmę Personów? I kim był twój synek Rosenbaum?

- Jako przybranemu rodzicowi, Rosenbaumowi należy się... - powiedział starszy z Żydów

- Stryczek wam się należy a nie majątek dzieciaka! - zezłościł się Szeryf

- Mam zeznanie sprawcy, że to oni zlecili to morderstwo - zwrócił się do burmistrza Kowalsky


Oczywiście nie miał żadnego zeznania ale to był tylko drobny szczegół. Wywarło to jednak odpowiednie wrażenie - Rosenbaum wyglądał jakby miał zemldeć a burmistrz gniewnie zmarszczył brwi.


- Zlecili morderstwo bo gdyby dzieciak dożył pełnoletniości to farma byłaby jego jako ostatniego z rodziny. Więc go zamordowali bo rozwiązali przy tym dwie sprawy - pozbyli się spadkobiercy, wszyscy dowiedzieli się kim był naprawdę i teraz to Rosenbaum ma prawo do jego majątku.

- Czy to prawda? - zapytał Burmistrz

- Nie, nie, to kłamstwo - szybko odpowiedział Goldbaum

- Goldbaum, nazywasz mnie kłamcą?! - oburzył się szeryf. Żyd wydał właśnie na siebie wyrok śmierci - ucieszył się w myślach.

- Panie szeryfie, mówiłem o mordercy, kłamie w zeznaniach... - usprawiedliwiał się

- Chodzmy już - ciągnął za rękaw przyjaciela coraz bledszy Rosenbaum

- Pójdziecie ale prosto do celi

- Ale szeryfie...

- Mordy w kubeł! Jesteście aresztowani pod zarzutem zlecenia morderstwa - Kowalsky poszedł za ciosem


Przywołał lokaja i kazał mu czym prędzej jechać po zastępcę mcPennyego. Po kwadransie już dobijał się do zaryglowanych drzwi biura szeryfa. Zdziwiony Teddy czym prędzej popędził do rezydencji burmistrza. Unikał spojrzenia szeryfa ale w końcu na ułamek sekundy spotkali się wzrokiem i zastępca struchlał - On wie, wszystko wie, po cholerę tam złaziłem? - pomyślał w przerażeniu. Kowalsky istotnie wiedział ale na razie nie zaprzątał sobie tym głowy.

Zawieźli aresztowanych żydów do biura i wrzucili ich do cel obok Smolucha. Szeryf rzucił okiem na kubek stojący obok krat. Wiedziałem, że ten idiota nie odstawi go w tym samym miejscu - pomyślał rad ze swojego sprytu


Gdy znaleźli się na górze, zastępca wziął głęboki wdech.

- Szeryfie, byłem wcześniej na dole wbrew rozkazowi

- Wiem Teddy, kubek stał obok drugiego pręta a ten sk⁎⁎⁎⁎syn nie mógł go dosięgnąć. Specjalnie go tak postawiłem. A teraz stoi obok czwartego pręta.

- Nie wiem co mnie napadło...

- Ja ci powiem co, wrodzony kretynizm. Wybaczam ci ostatni raz - Kowalsky był nadzwyczaj łaskawy

- Dziękuję szeryfie - Teddyemu kamień spadł z serca

- Ale od teraz, za każdym razem jak coś spierdolisz, zapierdolę ci jedną siostrę i tak aż zostaniesz jedynakiem. I sierotą bo ojca też ci zapierdolę, rozumiesz?!

- To się już nigdy nie powtórzy - zastępca wiedział, że Kowalsky nie rzuca słów na wiatr

- No, to teraz bierzemy się za robotę - szeryf był z siebie bardzo zadowolony, nikt tak nie umiał zarządzać kadrami jak on


Rosenbaum nie może dostać ziemi Personów. Kowalsky nie mógł do tego dopuścić. Wystarczyło tylko jakoś zmusić Smolucha żeby zeznał co trzeba. Trzeba się kimś posłużyć. I Kowalsky dobrze wiedział kim.


Pojechali z zastępcą pod miasteczko, gdzie jeszcze zwijał się cyrk. Z głównego namiotu już nic nie zostało, tylko kilka ławek pakowanych przez tragarzy, obóz jednak niewiele się zmniejszył, nadal wszędzie kręcili się cyrkowcy z przeklętymi karłami biegającymi wśród skrzyń, wozów i innych rupieci. Drugi dzień się zwijają, przeklęte lenie - pomyślał szeryf. I skierowali się w stronę stajennych. Jak ci tylko zobaczyli Kowalskyego od razu próbowali się pospiesznie oddalić ale szeryf na to nie pozwolił


- Ty garbaty, do mnie! - krzyknął tak donośnie, że aż dwugłowa kobieta stojąca dobre sto metrów dalej się odwróciła

- Szybciej, kulawy nie jesteś przecież - ponaglał


Struchlały stajenny stanął przed obliczem szeryfa.


- Jesteś aresztowany

- Zza co?

- Dowiesz się w swoim czasie. McPenny, bierz go i zmywamy się stąd


Teddy bez słowa wykonał polecenie. A karły dobrze pamiętając co je czeka nie przeszkadzały stróżom prawa. Ci szybko wrócili do biura.

Szeryf kazał zastępcy wrzucić do celi nową zdobycz i przyprowadzić Smolucha.


Na twarzy murzyna rysowało się zdziwienie. Ledwo stanął przed szeryfem, zapytał

- Za co aresztowaliście Philipa?

- Widział jak zamordowałeś dzieciaka i nie powiadomił władz.

- Niemożliwe!

- Ustaliliśmy to ponad wszelką wątpliwość - Kowalskyemu nawet nie drgnęła powieka

- Nie mógł mnie widzieć, wymknąłem się pod wieczór, mieli wyprowadzać konie na występ, dziesiątki ludzi musiało ich widzieć

- I co z tego? Jak mówię, że tak było to tak k⁎⁎wa było - Kowalsky zdenerwował się nie na żarty

- Chcesz się przekonać że się przyzna? zapytał po chwili


Odpowiedziało mu milczenie


- A może wrócimy do lepszych metod?


Smoluch nie odpowiedział


- Pamiętasz co się stało z twoimi koleżkami? On teraz siedzi w jednej z tych cel. Mam go powiesić jak tamtych śmieci?

Teddy poruszył się niespokojnie. Szeryf usadził go szybkim spojrzeniem. I wyczekująco patrzył na murzyna.

Ten pod diabelskim wzrokiem Kowalskyego długo nie wytrzymał, spuścił głowę i zapytał

- Czego wy ode mnie chcecie?

- Prawdy.

- Jakiej prawdy?

- Takiej którą zaraz usłyszysz. I zeznasz to pod przysięgą.


I zaczął szeryf przyciszonym głosem objawiać Smoluchowi własną wersję prawdy. Zastępca McPenny siedział jak zahipnotyzowany i w duchu nie wierzył w to co widział i słyszał. Ale nic nie powiedział.


cdn.

Zaloguj się aby komentować

Miałem przedziwny sen i szczerze, to chciałem go zapisać zanim mi wywietrzeje kompletnie z głowy. W sumie pomyślałem żeby zrobić z Kawiarenki taki sennik-pamiętniczek i po namowie @wrzoo trochę się przełamałem.

Pamiętajcie proszę tylko, że pierwszy raz coś takiego piszę, no i zgodnie z pradawną zasadą, że ten niesamowicie szczegółowy, fajny i emocjonalny sen, dla innych jest chaotyczny, nudny i bez sensu...

Dobra! Zaczynamy!


Śniło mi się, że...


Wahadłowiec, którym lecieliśmy, szumiał przeraźliwie. Wentylacja i klimatyzatory, z wysiłkiem godnym lepszej sprawy, starały się zachować nas nie tylko przy życiu ale też we względnym komforcie. Siedzenie, które przed startem wydawało się dekadencko luksusowe i wygodne, stało się twarde jakby wylano je z betonu, a pasy oplatały mnie całego, dusząc niczym tekstylna ośmiornica nieostrożną rybkę na dnie morza. Czułem każdy zbyteczny kilogram swojego ciała i każdą nierówność w wyściółce oparcia. I nie mogłem przestać się uśmiechać.


Okna, na czas wznoszenia się, były zakryte osłoną, przez co mogłem skupić się wyłącznie na wnętrzu pojazdu. Przyglądałem się wiec wszystkim rozwiązaniom, które zafascynowały mnie zresztą od momentu wejścia na pokład. Kabina przypominała wnętrze typowego samolotu pasażerskiego, tylko nabitego po uszy wszelkiego rodzaju klamrami, uchwytami i kotwami. Różniły się też panele na ścianach, mające często dziwny, przypadkowy i nieregularny charakter, tworząc mozaiko-puzzle, otaczające nas łukiem sięgającym sufitu prawie 3m nad naszymi głowami i ewidentnie ukrywające różne mechanizmy pod sobą. Same panele były miękkie w dotyku i niepokojąco przywodziły na myśl jakąś izolatkę w szpitalu psychiatrycznym, przygotowane zapewne by przyjąć na siebie nieostrożnych i gapowatych amatorów kosmosu. Nie było też schowków nad głowami, przez co całe wnętrze wydawało się przestrzenne i jakby zachęcało do skorzystania z niego.


Kabina miała około 10m długości, z przodu kończyła się ścianką ukrywającą toaletę oraz kącik obsługi. Na ściance wisiały monitory pokazujące mapkę z odległością do Stacji Orbitalnej oraz bliźniaczego wahadłowca lecącego przed nami. Za nimi znajdowały się zabezpieczone drzwi do kabiny pilotów. Z tyłu były wrota śluzy, którą weszliśmy na pokład. Siedzenia ułożone były w dwa rzędy, po dwa fotele, z przejściem między nimi. Rozrzutność, która wraz z ekskluzywnymi siedziskami, doprowadziłaby do zawału niejednego prezesa tanich linii lotniczych. Wszystko było białe, surowe, do bólu użytkowe i zdawało się sugerować, że ktoś bardzo się starał przebrać Jambojeta tak by przypominał wahadłowce z końca XX i początku XXI wieku.


Nagły dzwonek wyrwał mnie z podziwiania surowego i industrialnego wnętrza, a moja głupia mina udowodniła, że ma jeszcze przestrzeń do tego, bym mógł ośmieszyć się bardziej. Szarpnięcie rzuciło mnie w oplatające mnie pasy! Odbiłem się od nich lądując ponownie w objęciach nagle wygodnego fotela. A potem przestałem czuć i jedno i drugie. Niczym dziecko, cieszące się z odkrywania nowego smaku, zacząłem cicho chichotać i pozwoliłem by moje ręce uniosły się same do góry. Nieważkość!


Wahadłowiec wygasił silniki, które pozwoliły mu się wzbić na orbitę. Osłony okienne zaczęły podnosić się do góry, ukazując najpierw niezwykłą i głęboką ciemność, a następnie jarzącą się oślepiającym i błękitnym światłem Ziemię. Wygiąłem głowę do tyłu, by zobaczyć jak najwięcej przez niewielki bulaj. Nie byłem w stanie dostrzec niczego na powierzchni globu, nawet chmur. Ziemia zdawała się emitować jakieś własne, kojące światło, niczym latarnia morska po długiej i niedobrej podróży.


Na ekranie z przodu zmienił się obraz pokazując widok z kamer na dziobie wahadłowca. Zobaczyliśmy Stację Orbitalną. Miała kształt ostro zakończonego wrzeciona, którego przęśliki tworzyło trzy niezależnie obracające się pierścienie, gwarantujące ciążenie w obszarach zamieszkałych. Lśniła na biało, połyskując rewią tysiąca refleksów ujawniających morze przyrządów, czujników i maszyn pozwalających przeżyć ludziom w niedostępnym kosmosie.

W obszar widoku kamery wleciał pierwszy wahadłowiec. Na jego ogonie nieregularnie żarzył się jeden z trzech ułożonych w stos silników. Zbliżał się szybko do Stacji. Pozazdrościłem im, że już zaraz tam będą, ale na pocieszenie postanowiłem cieszyć się widokiem planety za oknem. Patrzyłem w bezkresną czerń zastanawiając się jakie są szanse żebym mógł wyjść na spacer na zewnątrz i móc bezpośrednio doświadczyć tego co nazwano Kosmosem. Z rozmyślań wyrwał mnie szmer, a potem krótki jęk jakiejś współpasażerki. Spojrzałem na monitor, na obraz, który spowodował ten zamęt.


Poprzedzający nas wahadłowiec nie wygasił ciągle silnika i z przerażającą prędkością zaczął zbliżać się do stacji. Nie było widać, żeby używali silników kontroli trakcji i ciągle nie zmieniali kierunku lotu. Operatorzy stacji uruchomili ramiona wysięgników kierując je w stronę pechowego wahadłowca, próbując desperacko go pochwycić lub zwyczajnie opędzić się od śmiercionośnej drobiny. Łukowate pylony portowe uniosły się odsłaniając gniazda dokownicze i śluzy, tak jakby ktokolwiek jeszcze kiedyś miał z nich skorzystać. Stacja przypominała teraz białego grzyba, stroszącego swoje blaszki i pierścienie, przeczuwając nadchodzące wydarzenia.


Wahadłowiec uderzył w stacje w kompletnej ciszy. Jasne, w próżni nie roznosi się dźwięk, ale to cisza naszego statku tak mnie uderzyła. Nie było ani jednego westchnięcia, pisku, porządnej k⁎⁎wy rzuconej pod nosem, nawet klimatyzatory i wentylacja zamarły w ciszy dziejącej się tragedii. Dramat naszych towarzyszy przeszedł bez żadnego komentarza. Sam wahadłowiec rozsypał się w drzazgi tak, że uwierzyłbym, że był zbudowany z zapałek i posklejany w pożądany kształt gumkami recepturkami. Stacja w miejscu zderzenia zaczęła pękać, kruszyć się, jakby nie była zbudowana ze stali, tytanu, aluminium i plastiku, ale ze szkła! W końcu sam rdzeń złamał się w 2/3 swojej długości, a jego koniec, obracając się, odleciał w kierunku Ziemi. Po pozostałej części rdzenia zaczęły rozprzestrzeniać się pęknięcia, sięgając w końcu pierścieni z mieszańcami. Przez ułamek sekundy myślałem, że po prostu oderwą się od stacji i dalej krążąc, będą kontynuowały swoją podróż wokół planety. Nic bardziej mylnego. Naciągi, rury, okablowania oraz szyby windowe po prostu się złamały i urwały, tak jakby nie nadążały za pędzącymi pierścieniami. A one same zaczęły zachowywać się, jakby zbudowano je z plasteliny i jedne odcinki zaczęły zagłębiać się w innych. W końcu się... Nie, nie rozpadły. To nie oddaje istoty zjawiska. Pierścienie zdawały się zrzucać swoją metalową skórę i odsłaniać delikatne wnętrze pełne przerażonych ludzi. Siła odśrodkowa zrywała poszycie, szkielet i wszelką maszynerię, siejąc po okolicy śnieżycą zbudowaną z odłamków i zakończonych ludzkich żyć. W tym także ku nam.


Na początku przypominało to krople deszczu uderzające w metalowy dach, by za chwilę przerodzić się w potworny szum, zgrzyt i pełne boleści zawodzenie. Nie wiem czy to statek wył, czy może stacja, czy może my. W nasze skrzydło uderzył większy odłamek. Nagłe szarpnięcie wbiło mnie przeraźliwym pędem w szelki pasów! W oczach mi pociemniało, byłem pewien, że złamałem kark i to koniec dramatu rozgrywającego się wokół mnie. Kapitan uruchomił silniki manewrowe, próbując wyrównać chaotyczny obrót wahadłowca i jednocześnie szarpiąc nami we wszystkie strony. Nacisk opadł i wkrótce poczułem znowu nieważkość, która tak mnie zachwycała te kilka chwil (całe życie) temu.


Wahadłowiec dalej obracał się sokół własnej osi, ukazując przez okno to błękitną Ziemię, to mrowie stacji. Z głośników dobiegł nas głos:

- "Mówi państwa kapitan. Udało nam się wyrównać obrót i uciec z chmury odłamków. Niestety krążymy teraz po niestabilnej orbicie okołoziemskiej. Musi... mmm... y... y...y..."


Zgasły wszystkie światła i monitory. Ciągle dało się słyszeć nieśmiały szum wentylatorów. Za oknem zobaczyliśmy Ziemię oraz otaczającą pojazd zielonkawą, mieniącą się zorze, która zaczęła przemieszczać się także przez ciemne wnętrze statku! Rzuciliśmy się do przeciwległej burty i zobaczyliśmy źródło poświty. Szczątki stacji żarzyły się jasnym światłem, rzygającym wszędzie na około przepiękną i przerażającą zarazem zorzą. Wybuchł atomowy reaktor stacji. Wahadłowiec był projektowany do lotów wewnątrz ziemskiej magnetosfery i nie ma żadnych osłon antyradiacyjnych. Zostaliśmy napromieniowani.


Włączyły się czerwone światła alarmowe. Karmazynowe twarze współpasażerów, skryte w cieniach rzucanych przez monochromatyczne światło, mówiły wszystko. Nikt nie odważył się odezwać, jakby jeden dźwięk miał złamać resztki rozsądku i spokoju na pokładzie. Próbowałem przypomnieć sobie o wiem o skażeniu radioaktywnym. Zdaje się, że czuje się ciepło, może człowiek się rumieni, potem czuje się dobrze, a potem pękają żyły i tętnice, komórki rozpadają się na oczach, tak że nie działają żadne leki przeciwbólowe. No, nie żyję... Zadziwił mnie samego mój spokój. Być może był to ciągle nieprzetrawiony pierwszy etap godzenia się z tragedią - zaprzeczenie. Chociaż wiedziałem przecież, że umrę. Było to bezdyskusyjne. Nie przyczyniłem się do tego w żaden sposób, ale to się stało i nic na to nie poradzę. W moich rękach zostało to jak odejdę. Czy tak jak sam wybiorę? Czy może w popromiennych cierpieniach? No dobrze, jak popełnić bezbolesne samobójstwo na niedziałającym wahadłowcu?!


Zauważyłem, że z tyłu wahadłowca zebrała się grupka pasażerów, którzy szeptem coś uzgadniają. Wydało mi się to podejrzane. Czy znają sposób by się uratować? Co oni knują?! Odpiąłem się od pasów i bezczelnie, pełen pewności siebie, podleciałem do nich! Zobaczyli mnie, ale nie zareagowali w żaden sposób. Odwrócili się i bez słowa udali w kierunku śluzy. "Bez sensu!" - pomyślałem - "Nawet jeśli śluza ma grubsze ściany to i tak już zostali napromieniowani i nic im nie da ukrywanie się w niej!". Grupka weszła do wnętrza oprócz jednego mężczyzny trzymającego ciągle okrągły właz. Stał zostawiając mi miejsce, jakby zapraszał do środka. Odsunąłem się, nie wiedząc co oni zamierzają. Mężczyzna kiwną nieznacznie głową i wszedł do środka zamykając za sobą właz. Spojrzałem przez wizjer, ciekawy co wymyślili by się ratować. Zobaczyłem, ze część osób zaczyna przytulać się do siebie, jakaś para się całowała,  a mężczyzna, który wszedł ostatni, chwyta za dźwignie otwarcia zewnętrznych wrót.


"Nie!" - pomyślałem, po czym pęd statku, który nagle zaczął wirować z przeraźliwą prędkością, rzucił mną o ścianę. Bogu dzięki za inżynierów, którzy wymyślili ciamajdoodporne, miękkie panele... A może... A może szkoda, że nie rozbiłem głowy o ścianę w tym momencie? Gdy szaleńcze wirowanie, przestało rzucać mną w każdą stronę, desperacko, chwytając uchwyty umieszczone na ścianach i sufitach, podpłynąłem do kabiny pilotów, chcąc prosić ich o włączenie silników manewrowych, ustawienie się prosto do Ziemi i radę co robić dalej!


Drzwi były otwarte, wpłynąłem do środka i zobaczyłem obu pilotów. Przypominali mumie. Ich skóra wyglądała jak suchy i kruszący się pergamin. Była ściągnięta, odsłaniając zęby i wytrzeszczone oczy. Wyglądali jakby umierali tu wiele miesięcy. Pocili się krwią! Z okna ciągle sączyła się do wnętrza lepka, potworna, piękna zorza. Uciekłem natychmiast do kabiny pasażerskiej. Przywitały mnie jęki, zawodzenie i krzyki. Część ludzi wymiotowała krwią, część siedziała przypięta do foteli, wyjąc cichutko.


"Następny będę ja... Nie ma ucieczki... Nie ma łaski... Po prostu jeszcze się ruszam, a oni już nie mogą."

"Nic nie mogę zrobić z tą sytuacją! Nie zasłużyłem na nią! Nie przyczyniłem się do niej! Ale ona się stała i nic już z tym nie poradzę! Mam jeszcze siły by wybrać swoją śmierć. Mogę też pomóc tym ludziom"


Podszedłem do włazu śluzy. Ciągle była otwarta po zewnętrznej stronie. Zdjąłem jeden z białych, miękkich panelów, odsłaniając mechanizm awaryjnego odrzucenia drzwi śluzy. Zerwałem plombę i chwyciłem za dźwignię.


i się obudziłem...


#sen #sennik #dzienniksnow #naopowiesci

sireplama userbar

Zaloguj się aby komentować

Nie chce mi się spać bo gram w The Callisto Protocol i mam przerwę teraz więc wrzucę jak wszyscy śpią


Kolejna trzecia już część mojej opowieści #naopowiesci

Będzie więcej części bo na pewno nie zmieszczę się w czterech, póki co ten sezon będzie miał co najmniej 6 odcinków. Deadline 01.09.24r na pewno zostanie przekroczony, gdyż w mojej opowieści jest zbyt dużo problemów z różnej maści mniejszościową hołotą do rozwiązania. Zresztą w Kawiarence #zafirewallem zasady są luźne.


Część druga tutaj , w niej link do części pierwszej


***


Teddy McPerson wiercił się niespokojnie przy swoim biurku i raz po raz spoglądał na drzwi biura szeryfa. Zbierał się na odwagę i gdy już miał wstać to cała odwaga z niego momentalnie uchodziła. I tak od dwóch godzin.

- K⁎⁎wa mać Teddy, czego chcesz?! - ryknął Kowalsky zza drzwi. Szeryf ewidentnie miał szósty zmysł.


Zastępca pojawił się w drzwiach i ze zmęczoną od wysilku intelektualnego twarzą starał się ubrać w słowa plątaninę myśli.


- Szeryfie... Zastanawiam się...

- Nad czym?

- Dlaczego go nie zapytaliśmy o tego dzieciaka?

- A po co?

- No, żeby się przyznał albo co...

- Przecież wiem, że to on - wzruszył ramionami szeryf - mi jego przyznanie niepotrzebne

- A co on mówił o tych trzech którzy się powiesili zanim wtedy uciekł? Że szeryf dobrze wie jak skończyli...

- A kto go wie o co mu chodziło? Coś jeszcze? - zakończył dyskusję Kowalsky

- To wszystko.


Zastępca odwrócił się i pomaszerował do siebie. A Kowalsky zaczął się zastanawiać czy Teddy rzeczywiście jest idiotą za jakiego go miał czy tylko tak dobrze go udaje.

Jeszcze tylko tego brakowało, żeby pilnować tego cymbała - pomysłał - Gdyby się babą urodził byłby dziwką, tak jak jego siostry? Ciekawe jaką babą byłby Teddy? Czy tak grubą jak Rose, kościstą jak Mary czy śliczną jak Amy? Teoretycznie, gdyby nie zbieg okoliczności to za zastępcę mam dziwkę - podsumował w myślach. A dziwkom nie wolno ufać. Wstał i udał się do wyjścia.


- Teddy, wychodzę, wrócę późno, wszyscy mają się trzymać z dala od więźnia, ty też. Jak wrócę to będziesz wolny do jutrzejszego wieczora

- Tak jest szeryfie


Kowalsky skierował się prosto do burdelu. Wziął pokój, zamówił kąpiel i postanowił zabawić się z Amy. Ale co innego zaprzątało mu myśli. To były godziny próby.


Teddy przez trzy kwadranse dzielnie bił się z myślami. Szeryf nic mu nie wyjaśnił, po prostu uciął dyskusję. Nie dawało mu to spokoju. Po czwartym kwadransie postanowił zejść do więźnia i samemu go przepytać. Zamknął starannie drzwi do biura, zaryglował od wewnątrz, a jak szeryf wróci i zacznie się dobijać to powie, że chciał się chwilkę przespać. Uspokojony tym genialnym pomysłem, wziął lampę i zszedł do piwniczki. Nie zapomniał wziąć też dzbanka wody i pajdy chleba której nie dojadł na lunch.


Smoluch tak jak poprzednio siedział skulony w kącie. Jak tylko zobaczył światło to wymamrotał

- Wody...

Teddy stanął przed celą, spojrzał na pełny kubek i spytał zawadiacko

- Dlaczego nie wypiłeś?

- Wody... powtórzył smoluch

- Dam ci czystą wodę i chleb ale odpowiesz na moje pytania

Smoluch kiwnął głową energicznie

Zastępca podniósł kubek, wylał wodę i napełnił świeżą. Podał więźniowi przez kraty. Smoluch wypił duszkiem zawartość.

- Dziękuję. Pytaj więc.

- Zabiłeś tego chłopaka na farmie?

- Tak.

- Dlaczego?

Murzyn cofnął się do głębi celi i zamilkł. Teddy spróbował z innej strony.

- A co z twoimi wspólnikami sprzed lat?

- O to powinieneś zapytać szeryfa.

- Pytam ciebie.

- Czyżby szeryf się nie chwalił? - zdziwił się smoluch

- Nie chrzań tylko odpowiadaj.

- Obecny szeryf a wtedy zastępca był w mojej celi tylko raz. Powiedział, że mnie uroczyście powiesi a reszta tutaj skończy.

- Wiedziałem, że nie kłamie. Jego ojciec był człowiekiem honoru a on to diabeł wcielony - dodał po chwili

- Dlaczego szeryf pozwolił ci uciec?

- To długa historia

- Nie spieszy mi się... - rzekł Teddy i oparł się o ścianę

- Personowie cieszyli się złą sławą w całym stanie. Każdy miał krewnych którzy dostali się w ich krwawe łapy

- Więc postanowiłeś wymordować całą rodzinę?

- Nie musiałem nawet szukać pomocników, sami do mnie przyszli, wybrałem trzech najbardziej zawiętych. Przysięgliśmy sobie, że jak nam się nie uda to spróbują następni.

- Ale się udało.

- Nie do końca. 

- Jak to? - zdziwił się mcPenny


Smoluch głęboko westchnął. Pamiętał każdą sekundę tamtej nocy. Bardzo długiej nocy, najdłuższej w jego życiu.

Farma Personów była okazalsza niż inne. NIezliczone ilości akrów ziemi które niegdyś uprawiali niewolnicy teraz służył za pastwiska. Przyczajone przy stajni czarnuchy dyskutowali przyciszonymi głosami

- Pamiętajcie, nie krzywdzić nikogo ze służby - przypomniał najczarniejszy z nich

- Jasne - pokiwała głowami trójka pozostałych

- Uwe mówię poważnie, tej nocy umrzeć mają tylko Personowie...

- Zaczynamy, po cichutku...

Przyczajone postacie skradały się w stronę posiadłości właścicieli. Zgodnie z planem, weszli do środka od ogrodu, Kal wdrapał się na dach oranżerii i jednym susem znalazł się na balkonie na piętrze. Smoluch po chichutku poradził sobie z zamkiem w bocznych drzwiach i razem z Abe jak duchy wsunęli się do środka. Uwe miał czekać na zewnątrz w pogotowiu.

Abe skradał się korytarzem w stronę holu aż jego uszu dobiegły dzwięki ożywionej rozmowy w jednym z gabinetów. Teraz albo nigdy - pomyślał. Wyciągnął nóż i Z impetem wparował do środka. Dwie kobiety zamarły w bezruchu, poznał je od razu. Z fotografii które mógli obejrzeć w gazetach. Personowie nie stronili od prasy, wręcz przeciwnie, wszędzie było ich pełno. To była stara Personowa i jej synowa. Palcem nakazał milczenie i pokazał na pierścionki na dłoniach. Te zaczęły je pospiesznie zdejmować i wtedy Abe zaatakował. Na młodszą wystarczyły dwa ciosy w piersi, upadła bez słowa, stara zaczęła się drzeć więc podciął jej gardło. Porzęzij sobie k⁎⁎wo - powiedział lodowatym głosem

W tym czasie Kal na górze szukał sypialni dziecięcych. Krzyki starej Personowej obudziły seniora który czym prędzej wybiegł z dwururką ale Smoluch przyczajony do ściany zaatakował go jak żmija. Jeden szybki ruch i Theodore Person pada na wznak jak rażony gromem. Teraz to będzie zabawa - powiedział murzyn biorąc do ręki strzelbę.

Wtem w jednym z pokojów przed nim rozbrzmiewa płacz przechodzący w szloch i gorączkowe uspokajanie. Czarnuch wparowuje do środka i widzi przed sobą murzynkę tulącą małą blondyneczkę która patrzy na niego wielkimi, przerażonymi oczami.

- Odłóż ją i wynoś się! - krzyczy

- Nie - odpowiada spokojnie niańka

- Bo i ciebie zapierdolę! - strzela w sufit

- Boga się boję a nie ciebie szubrawcu!

Smoluch strzela, zdobiona drewnem ściana w ułamku sekundy staje się mozaiką czerwieni, różu, fragmentów kul, tkanek i kości. Bezgłowe ciało wciąż trzymające dziecko pada na dywan. Mała Betsy płacze, jest cała we krwi ale nawet nie draśnięta. Murzyn strzela ponownie. I rozlega się tylko głuchy dzwięk iglicy. Noż k⁎⁎wa! - krzyczy. I tłucze dziecko kolbą jak oszalały, aż małe ciałko staje się wiotkie jak worek szmat i cichnie na wieki. W tej samej chwili ktoś zrywa się spod łóżka i wybiega z pokoju. Malec kieruje się w stronę schodów na dół.

Uwe słysząc strzały i krzyki wparowuje do środka. Najmłodszy z Personów od razu zobaczył go z góry i przezornie jego bieg przeszedł w skradanie. Murzyn wbiegł na górę, nie dostrzegając malca ukrytego za solidnym krzesłem, który teraz przed sobą ma tylko schody i otwarte na oścież drzwi, tylko tam dobiec...

A Smoluch już krąży po parterze, spodziewa się tu zastać jeszcze braciszków Personów, wiecznie pijanego Roba i inteligencika Eddyego. Roba znajduje w jadalni. Leży na krześle i stole zarazem wśród pustych butelek.

- Ktoś ty? - bełkocze

- Śmierć - odpowiada Smoluch

- A to Pani... heep... nie do mnie... ojciec... trzeci... heeep... pokój po lewej... heep... na górze

Czarnuch wbija mu nóż aż po samą rękojeść. I jeszcze raz. I ponownie. Jakie to było łatwe - pomyślał Smoluch.

Eddyego znajduje skulonego w spiżarni.

- Wyłaź!

- Niee... - odpowiada struchlały szukając okularów na podłodze

- To ci pomogę - smoluch wyciąga go za włosy i rzuca na podłogę jadalni. 

Eddy widząc niewyraźnego trupa wie, że to już koniec.

- Naukowo udowodniono, że czarnuchy są bardziej skłonne do agre...

Murzyn nie dał mu skończyć, dzgając go bez pamięci. Napluł na zwłoki i udał się wolnym krokiem do holu, gdzie czekali już kompani.

- Wszyscy?

Odpowiedziała mu cisza.

- K⁎⁎wa, wszyscy?

- Wnuczka nie żyje - zaczęli wyliczać

- Stary Person też nie

- Stara, synowa i dwóch synalków też już w piekle

- Smarkacz uciekł... - powiedział ze smutkiem Smoluch


Przetrząsnęli całą rezydencję a po malcu ani śladu.

- Nie znajdziemy go, może uciekł w pola?

- K⁎⁎wa mać! K⁎⁎wa mać! - Smolucha już diabli brali ze wściekłości

- Podpalmy chatynkę, jak tu gdzieś jest to się usmaży - wtrącił Uwe

- Dobra myśl - przytaknął szybko Kal


Po paru chwilach pożar był widziany już z miasteczka, w oddali rozlegały się strzały.

- Nic tu po nas, zmywamy się - zarekomendował Smoluch


- I po tym wszystkim szeryf ci pozwolił uciec z celi? - przerwał mcPenny

- Stwierdził, że jeśli na tym się wszystko zakończy to uzna, że Personów dopadła sprawiedliwość.

- Musiałem przysiąc, że nigdy tutaj nie wrócę i powiem swoim, że sprawa zakończona, Personowie nie żyją.

- A co z tym dzieciakiem?

- Szeryf się tym miał zająć.

- Ale wróciłeś.

- Przypadkiem, cyrkowcy mnie przygarnęli. Ledwo tu przyjechaliśmy to go zobaczyłem i poznałem od razu...

- Jak to? Po tylu latach? - niedowierzał Teddy

- Miał znamie na lewej ręce. Jak go tylko przy cyrku zobaczyłem... Krew mnie zalała, wiedziałem, że to on, blondynek, odpowiedni wiek i znamie. No i stało się.

- Złamałeś przysięgę. Z tego się już nie wywiniesz.

- Jestem już na stryczku, wiem o tym. Ale co ty na nim robisz?

Teddiego przeszedł dreszcz, właśnie zdał sobie sprawę, że przyjście tutaj to był bardzo głupi pomysł. Lepiej było nie wiedzieć. Zabrał smoluchowi kubek, napełnił i postawił koło krat.

- Nie było mnie tu! - rzucił murzynowi kawałek chleba i szybko wyszedł z piwniczki.


***


cdn.

Ta część wyjątkowo mocna. Widzę, że tu sami antybohaterowie się kreują i dobrze.

Rozważania na temat dziwek i natury zastępcy xd


Jak się nie wyrobisz do 1.09 to będziesz pisał następne części poza konkursem i tyle. Nie ma co się przejmować - jak masz wenę to pisz, bo czyta się spoko. A może nawet uda Ci się wpasować jakiś odcinek w temat lub gatunek następnego konkursu

Zaloguj się aby komentować

Druga część mojej opowieści w naszej kawiarenkowej zabawie #naopowiesci . Nie mam niestety czasu żeby całość napisać więc muszę iść na kompromis i dawkować lekturę po kawałku

Pierwsza część


....


Od razu go poznał. 11 lat minęło a jego czarna gęba tak samo czarna jak wtedy gdy go widział ostatni raz, może nawet czarniejsza. Kowalsky powolnym ruchem wyciągnął colta, skierował w jego stronę i wycedził przez zęby

- Mam cię!


Smoluch podniósł wzrok znad Bibli i odpowiedział ze starannie udawanym zdziwieniem:

- Słucham?

- Morda i wykurwiaj na zewnątrz! - warknął szeryf


Kaznodzieja odwrócił się i czując lufę colta na plecach powoli wyszedł z namiotu a za nim Kowalsky. Ta niecodzienna scena wzbudziła żywe zainteresowanie wśród wszechobecnych dziwolągów których zaczęło się zbierać coraz więcej. Skąd oni się biorą? - zastanowił się, doliczając się już siedmu karłów normalnych i dwóch syjamskich.

- Zmiatać stąd ale już! Władza przyszła i każe wypierdalać wszystkim do swoich zajęć! - użył swoich oratorskich zdolności


Niestety nie pomogło, tłum pokrak zaczął gęstnieć, karłów się już namnożyło czternastu a trzech klownów pojawiło się znikąd. Szeryf mocniej przycisnął lufę colta do pleców Smolucha i krzyknął:

- Zaraz będzie tu cmentarz a nie cyrk! Drugi raz nie powtórzę!


Momentalnie tłum zaczął rzednieć, pozostał tylko jeden karzeł którego Kowalsky poczęstował solidnym kopniakiem. I ciepłym słowem. Parę chwil później zjawił się zastępca Teddy McPerson któremu szeryf rozkazał związać Smolucha jak wieprza i odwieźć do miasta.


Sam wracał okrężną drogą starając się uporządkować myśli. Nie spieszyło mu się bo miał o czym myśleć. Jak to możliwe, Smoluch, po tylu latach, po tym co się stało? Bezczelnie tu wraca?


Aresztowanie spowodowało w mieścinie sensację, pod aresztem zebrał się już tłum ciekawskich. Jak tylko szeryf pojawił się pod biurem doskoczyli do niego i tarasują drogę. Dajcie mi przejść! - krzyczy do tłumu - najpierw przesłuchanie, potem proces ale szubienicę już możecie stawiać! Udobruchany tłum rozstępuje się a Kowalsky kiwa głową w podziękowaniu. Nagle przystaje - Co tu tak parchem śmierdzi!? Goldbaum wyłaź, wiem że to ty!

Tłum rechocze i wypycha Żyda w pierwszy szereg.

- Powiedz swojemu braciszkowi żeby jutro do mnie przyszedł! Z Rosenbaumem.

Żyd tylko skinął głową i pośpiesznie się oddalił, cały czas notując coś zawzięcie.

- A wy zmiatać mi stąd! - szeryf zwrócił się do tłumu - Jutro ciąg dalszy.


Tej nocy w miasteczku prawie nikt nie zasnął. Oprócz Kowalskyego rzecz jasna.


Nazajutrz był dziwny poniedziałek. Inny niż wszystkie. Szeryf gniewnym krokiem przechadzał się po całym biurze, zlękniony Teddy nie śmiał nawet podnieść wzroku znad swojego biurka i tak ceremoniał ten przerwało pukanie do drzwi.

- Szeryfie, przyszliśmy...

- Nareszcie! Wejść, zamknąć mordy i siadać - łaskawie rozkazał Kowalsky


Rzucił kilka groźnych spojrzeń i wszedł do swojego biura. Po paru minutach które zdawały się wiecznością rozległ się jego głos - Goldbaum, wejść!


Żyd niepewnym krokiem ledwo przestąpił przez próg - Zamknij drzwi! To nie jest chlew ani nie bożnica - Kowalsky nie tracił rezonu.

Goldbaum zazwyczaj nie był strachliwy ale w szeryfie było coś, czego należało się obawiać.

- Czym mogę służyć, szeryfie?

- Dobrze że pytasz Goldbaum ale o tym służeniu później - ton szeryfa zrobił się bardziej pojednawczy

- Ja już wszystko wiem. Wiem kto i dlaczego zabił szczeniaka - Kowalskyemu nawet nie zadrżała powieka

- Słucham szeryfie...

- Wiem także, że i ty wiesz.

- Jak to?

- Żydzie! Nie rób ze mnie durnia! Powiedziałem, że wiem WSZYSTKO - szeryf zaczął stukać palcami w pulpit biurka

- Ja naprawdę nie rozumiem...

- Zaraz zrozumiesz. Mogę o wszystkim zapomnieć ale nie za darmo.

- A za ile? - wyrwało się Żydowi a Kowalsky już tryumfował

- No i wpadłeś parchu jeden! Wołaj Rosenbauma, dogadamy się.

Po chwili drugi Żyd się pojawił przed biurkiem szeryfa.

- A więc słucham moje gołąbeczki.

Żydzi spojrzeli po sobie w milczeniu.

- A więc ja zacznę. Opowiem wam pewną historię. Zabito małego żydka. Szeryfowi d⁎⁎ę zawraca nie papa-żydek tylko sąsiad-żydek. Nasuwa się pytanie, kim dla kogo był mały żydek? - Kowalsky nie był w ciemię bity

Żydzi dalej milczeli ale Rosenbaum nerwowo zaczął okiem mrugać.

- No więc?

Odpowiedziała cisza.

- Wypieprzać mi stąd. A ty Goldbaum się zastanów dobrze nad darowizną, targować się nie będziemy.

Wyszli w milczeniu tylko Rosenbaum nerwowo łypał okiem na przyjaciela.


Kowalsky uśmiechnął się szeroko. Nic mu nie powiedzieli ale dużo sam wymyślił i na pewno coś ukrywają. Teraz tylko trzeba przesłuchać Smolucha. Do jego uszu dobiegły jakieś głosy sprzed budynku, wystawił głowę przez okno i zobaczył ciekawskich którzy wypytywali o coś wychodzących Żydów. Ci rozkładali ręce i kręcili głowami. Trzeba wywrzeć presję na tym plemieniu żmijowym - pomyślał.

- Nie rozmawiać z podejrzanymi! - krzyknął z okna

Żydzi pobledli i zaczęli pospiesznie się oddalać gonieni przekleństwami i kamieniami. Tak to się robi Teddy, patrz i ucz się - wyraźnie zadowolony szeryf mrugnął na zastępce.

- No, teraz czas na tego gównojada pod nami. Chodzmy do piwnicy, weź lampę, kubek z wodą i klucze do celi.


Zeszli do piwnicy, pełnej wilgoci, brudu i smrodu. Małe okienko ledwie oświetlało zarysy krat kilku pustych cel i jedną skuloną postać w kącie. Lampa przyniesiona przez zastępcę sprawiła, że od razu zrobiło się przytulniej. Ciemna postać powstała brzęcząc łańcuchem przytwierdzonym do ściany.

- Poznajesz mnie? - zapytał Kowalsky

- Tak.

- Dlaczego znowu oglądam twoją mordę w tej celi? Tak ci się tu podoba?

Smoluch nie odpowiedział.

- Za mało was tatko przycisnął. 3 się powiesiło a ty gnoju jeden uciekłeś.

- Nie uciekłem. Twój ojciec mnie wypuścił.

- Nie pi⁎⁎⁎ol! - zdenerwował się szeryf - Wiesz, że zawiśniesz?

- Wiem.

- Osobiście postawię szubienicę, tak jak 11 lat temu.

- Dlatego właśnie ojciec ci nie powiedział, że pozwolił mi uciec.

- Żal mu się zrobiło czarnuszka i ot tak go wypuścił?

- Uszanował moje prawo do zemsty, Personowie zasłużyli na śmierć. Wszyscy.

- Mocne słowa jak na malpę na łańcuchu - skwitował szeryf - Czym podpadli? Nie miałem okazji zapytać wtedy bo byłem zajęty ciesielką, może kojarzysz

- Majątku dorobili się na krzywdzie mojej rodziny! Mojego dziadka stary Person jak psa tu przywlókł. I po 20 latach służby jak psa go wyrzucił!

Smoluch zrobił długą pauzę

- Przysiągłem się zemścić i to zrobiłem.

- Coś takiego, nie może być... - niewzruszony szeryf teatralnym gestem wywrócił oczy - A tych 3 bambusów to nie umiało na poczekaniu takich łzawych historyjek wymyślać?

- Dobrze wiesz szeryfie jak skończyli...

- Morda! - wrzasnął Kowalsky.


Teddy starał się zrozumieć co właśnie usłyszał.


Sk⁎⁎⁎⁎syn - powiedział do siebie w myślach Kowalsky. Nie był pewien czy myśli o ojcu, Teddym czy o Smoluchu

- Chcesz wody? - zapytał po chwili

- Tak.

Szeryf rozpiął rozporek, wyciągnął penisa, wsadził go do kubka z wodą i chwilę nim pomieszał. Starannie ustawił kubek przy kracie i skierował się bez słowa do wyjścia. Zastępca dreptał zaraz za nim oświetlając drogę i piwnica znowu pogrążyła się w mroku.


cdn.

Zaloguj się aby komentować

Kolega @splash545 zaprosił do #naopowiesci to nie mogłem odmówić


Szeryf Kowalsky zaciągnął się cygarem, leniwie spoglądając na leżącą na biurku gazetę. Znów ten przeklęty żyd nasmarował paszkwila na rękę sprawiedliwości w mojej osobie - pomyślał. 

No znaleziono zwłoki dzieciaka i co z tego? Od parchów był, bardziej by się zmartwił zabitym psem. Poza tym on dużo zrobił w tej sprawie.


- Szeryfie, można? - wystawił przez drzwi trwożliwie głowę jego zastępca

- Czego?

- Znowu przyszli z gminy...

- Mówiłem że mnie nie ma!

- Przyszli już trzeci raz dzisiaj


Kowalsky popatrzył na jego młodą twarz z ledwo zarysowaną szczeciną pod nosem, Teddy to dobry chłopak ale głupi jak but, zresztą jak wszyscy od McPennych. Tyle że z córek starego McPennego przynajmniej jakiś pożytek ludzie mają.

- Wpuść ich - rzekł wręcz z łaskawośćią

Młodzieniec odskoczył od drzwi i popędził po interesantów. Nie minęło kilka chwil i już przez drzwi wchodzi starszy Goldbaum z jakimiś bliżej nieznanymi osobnikami. Wyglądali jak bracia ale oni wszyscy tak wyglądają - pomyślał Szeryf. Rozwodząc się w myślach nad stopniem ich pokrewieństwa w biurze zapanowała cisza, przerywana smutnym bzyczeniem muchy usiłującej wydostać się przez okno. Nawet mucha się ich brzydzi - Kowalsky dużo myślał. W jego głowie zawsze coś się działo. W końcu starszy zebrał się na odwagę i wydukał:

- Sze... szeryfie, myśmy tu przyszli dowiedzieć się jakie są postępy w śledztwie... Ludzie się niepokoją...

- Ludzie?! Jacy ludzie!? Kto konkretnie?

- No... wszyscy w miasteczku....

- W imieniu swoich się wypowiadaj a nie uczciwych ludzi! - gniewnie przerwał Kowalsky

- Przecież my uczciwi Żydzi

- Ty siebie słyszysz Goldbaum?! Słyszysz jak to brzmi?! Nie rozśmieszaj mnie! A lichwą to kto się zajmuje!? Myślisz, żę ja nie wiem co tam w sklepie się dzieje?!

- A co do postępów, byłby pan Szeryf łaskaw, przecież to dziecko Rosenbauma było... - szybko zmienił temat starszy

- Śledztwo jest w toku, tyle mogę powiedzieć na tę chwilę.


Żydzi widząc, że nic więcej nie wskórają odwrócili się i wyszli. Szeryf po chwili wstał, otworzył okno uwalniając muchę, wystawił głowę i krzyknął za Goldbaumem

- A jak jeszcze raz twój braciszek napisze coś o moim biurze to Morze Czerwone mu się przypomni, może być pewien!

Stary żyd nawet nie śmiał odwrócić głowy tylko pospiesznie umykał razem z pomocnikami w stronę swojego sklepu. Zadowolony z siebie szeryf rozłożył się na starym fotelu, przeciągnął jak stary kot i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku postanowił się zdrzemnąć.


Śnił mu się znowu ten dzień sprzed tygodnia. Dzień w którym przerażony Teddy McPenny przybiegł krzycząc, że znalaziono martwego Aarona Rosenbauma. I cały dzień wtedy szlag trafił. Partyjkę z burmistrzem Hopperem którego ograł łącznie już na 1600$ także szlag trafił. Ale to może i dobrze bo tego dnia karta mu nie szła albo burmistrz w końcu nauczył się szachraić tak dobrze jak on.

Morderstwo w tym sennym miasteczku to było coś naprawdę niecodziennego. Nie, że się nie zdarzyło wcześniej. Personowie byli pierwsi ale to było bardzo dawno, jeszcze za szeryfowania jego ojca. A skoro jest morderstwo to i jest sprawca. Przeprosił więc burmistrza i wyszedł z Teddym. Pojechali konno na miejsce zbrodni - na opuszczoną farmę Personów. Tych Personów, prekursorów ofiar lokalnych morderstw. To nie mógł być przypadek.


Ciało chłopaka leżało przy płocie, widać uciekał ale ktoś go dopadł. Duża rana z tyłu głowy i leżąca nieopodal siekera sama wskazywała przyczynę zgonu. Kowalsky zamyślił się - dlaczego sprawca nie zabrał siekiery? Jest całkiem dobra, można wymyć i lata jeszcze posłuży. Pokręcił głową z niesmakiem nad ludzkim marnotrawstwem. Sam by ją wziął ale zebrało się już sporo gapiów.


- Odpędz ich McPenny - rozkazał stanowczo.


Zastępca z groźną miną zaczął wymachiwać rękami krzycząc i złorzecząc gapiom aż w końcu cofnęli się. Ujrzał szeryf w oddali redaktora Goldbauma który skrupulatnie coś notował. No, jutro będzie co czytać przy sraniu. Nie miał szacunku do pismaków a zwłaszcza żydowskich.

Pokręcił się jeszcze przy zwłokach kilka chwil, obejrzał dokładnie miejsce zbrodni, kazał schować Teddyemu siekierę do torby i zawieźć do jego biura. Gwizdnął na młodszego Goldbauma ale zamiast Żyda przybiegł bezpański pies i zaczął obwąchiwać zwłoki. Wtedy Kowalsky doznał olśnienia. W miasteczku nie było psów tropiących ale pies to w końcu pies. Pochylił się nad czworonogiem i szepnął mu do ucha - szukaj piesku, szukaj!

O dziwo kundel zachował się jak rasowy terier, odchylił łeb, poruszał nozdrzami i zaczął truchtać w kierunku miasteczka nie odrywając nosa od ziemi. Podjął trop - pomyślał szeryf z uznaniem. Wsiadł więc na konia i ruszył za nim. Minęli farmę Robinsonów, przy cyrku który za nią się rozłożył pies przystanął, chwilę pokręcił się w kółko, przechylił głowę jakby namyślając się, szczeknął i pognał do miasteczka.

Szeryf jadąc za nim już obmyślał następne kroki wtem pies wbiegł do znajomegu budynku i zaczął wewnątrz ujadać. Kowalsky przystanął, popatrzył na wielki szyld z napisem SHERIFF'S OFFICE... Czyżby Teddy? Co do k⁎⁎wy? Zsiada z konia, sięga po rewolwer, otwiera z łomotem drzwi i co widzi? Kundla szczekającego nad torbą z siekierą i Teddyego z tym swoim głupim wyrazem twarzy. I tak się wkurwił że aż się obudził.


Drzemka skończona, trzeba się zabrać za śledztwo - pomyślał. Nie miał żadnych notatek bo i tak doskonale wszystko pamiętał. No i cały czas ten dzień mu się śnił. Zaczął odtwarzać w myślach ponownie zdarzenia z tego dnia. Żadnych podejrzanych. Jedyną różnicą między wszystkimi innymi dniami było to morderstwo. Spojrzał na wiszące rewolwery ojca na ścianie i wrócił myślami do sprawy morderstwa Personów...

Był wtedy nieopierzonym młokosem, zastępcą Papy. Szkoda, że już go nie ma, od razu by rozwiązał tą sprawę. A on nie miał nawet podejrzanego. Ale wtedy było łatwiej - pomyślał - miasteczko nie było taką zapyziałą dziurą której już nawet parowce nie odwiedzają. Tak, parowce... Gdyby były parowce od razu miałby podejrzanych. Tak jak Papa. Ten to miał nosa. Od razu zwęszył że to sprawka czarnuchów z załogi. Zaraz, zaraz a ten cyrk? Cyrk jest niecodzienny w tak zapyziałej mieścinie. To nie może być zbieg okoliczności.

- McPenny, do mnie! - krzyknął

- Tak szeryfie? - zdyszany zastępca pojawił się w ułamku sekundy

- Co z tym cyrkiem? Zwinęli się już?

- Mają wieczorem ostatni występ

- No to się przejdziemy. Do wieczora daleko, spotkamy się na miejscu przed występem


Mając kilka godzin w zapasie szeryf udał się do burmistrza na partyjkę. Hopper przy kartach nawet słowem nie wspomniał o śledztwie, to w nim Kowalsky lubił najbardziej - wiedział co jest ważne a co nie. Niestety burmistrz poczynił kolejne postępy w grze i bilans niebezpiecznie zbliżał się ku przełamaniu a do tego szeryf nie mógł dopuścić.

- Burmistrzu, w śledztwie niebawem będzie przełom - zagaił

- mhm - burmistrz nie podjął tematu

- Mam już podejrzanych...

- mhm - Hopper nie dał się zdekoncentrować

- Podobno Goldbaum będzie teraz finansować kampanię Morgana... - rzucił z resztkami nadziei jeszcze Kowalsky

- CO K⁎⁎WA?! Pejsaty sk⁎⁎⁎⁎syn! - burmistrza aż potelepało ze złości

- Też tak uważam - przytaknął szybko szeryf udając, że nie widzi wysypujących się kart z rękawa burmistrza

- Pan wybaczy burmistrzu ale muszę się zająć śledztwem - pożegnał się szybko, rad z siebie, że przynajmniej tajemnica przegranych partyjek została właśnie rozwiązana.


Kowalsky ruszył w stronę cyrku. Miał jeszcze dużo czasu do występu więc postanowił się rozejrzeć. Już z oddali widać było ogromny cyrkowy namiot pamiętający chyba bitwę pod Saratogą i nieco od niego oddalone pomniejsze namioty, kilkanaście wozów, konie i niezliczoną ilość różnych skrzyń i innego rupiecia wśród których kręcili się jacyś ludzie. I właśnie wśród tych ludzi szeryf miał nadzieję znaleźć coś podejrzanego.

Po dobrym kwadransie dojechał do obozowiska, zsiadł z konia i pewnym krokiem wszedł między namioty. Wszędzie kręciły się pomalowane postacie, klowny, karły a Kowalsky szedł w stronę dwóch stajennych.

- Ty, garbaty, podejdź tutaj! - zawołał

- NIe Ty k⁎⁎wa mać!

- Panie ale my oba garbate... próbował się usprawiedliwić jeden

- Zaraz jeszcze będziesz szczerbaty, koniojebco pierdolony! - Kowalsky wiedział jak rozmawiać z nizinami społecznymi

- A ty brudasie won mi stąd - odprawił dość grzecznie drugiego


Po takim przygotowaniu gruntu pod przesłuchanie szeryf zaczął wypytywać

- Gdzie byłeś w zeszłą niedzielę?

- Tutaj

- A nie tam? - Kowalsky zaczął ściągać rękawiczki

- Gdzie? Mówię że tutaj panie szeryfie


Szeryf wyciągnął z kieszeni kastet i zaczął się nim bawić. Stajenny momentalnie pobladł.

- Panie szeryfie przysięgam, tutaj byłem!

- Cały dzień?

- Caluśki dzień, Bóg mi świadkiem, niech zdechnę jak łżę!

- To ty sk⁎⁎⁎⁎synu Boga za świadka bierzesz a w kościele w Dzień Święty nie byłeś tylko tu wśród końskiego łajna?!

- Wielebny Jim mówi, że każda praca miła Bogu jest...

- Pierdolenie, co to za wielebny skoro takie herezje opowiada?

- A dołączył przed paroma tygodniami do nas, co wieczór nabożeństwo odprawia, święty człowiek i taki mądry!

- Gdzie jest teraz?

- Pewnie modli się w namiocie, ten przy którym świece dwie się palą - wskazał stajenny na namiot w oddali, okazalszy niż inne.


Odegnał stajennego ruchem głowy i sprawdzając czy rewolwery latwo wychodzą udał się w stronę namiotu kaznodziei.

Stanął przed wejściem, uśmiechnął się pod nosem i bezceremonialnie wparował do środka. 


I zdębiał w pół ruchu. Przed nim, trzymając Biblię w ręce stał Smoluch.



#zafirewallem

@moderacja_sie_nie_myje szeryf Kowalski jest takim wyrazistym sk⁎⁎⁎⁎⁎ynem, że świetnie się czyta narrację prowadzoną z jego osoby. Daje to też smaczki typu:

Nawet mucha się ich brzydzi

xd

Fajnie, że wpasowałeś akcję w realia dzikiego zachodu, nie spodziewałem się tego i robi to opowiadanie mega klimatycznym. Rozumiem, że będzie cześć druga?

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci


Ostatnio zastanawiałam się, czy jestem w stanie napisać coś poważnego. No, to chyba się udało.


***


Kapliczka


“Tu. Tutaj leżę.”

Już od paru minut słyszę gwizdki i nawoływania, ale w końcu zaczęły przybierać na sile. Chyba nadchodzą z prawej.

“Tu, za tym krzakiem. Ja pi⁎⁎⁎⁎lę. Pomocy.”

Kompletnie nie czuję rąk ani nóg. Możliwe, że to wynik jakiegoś stłuczenia w okolicy karku, albo przemieścił mi się kręg. Może Marek coś na to poradzi, byle zawieźli mnie na nasz SOR. 


Już całkiem wyraźnie słyszę głosy, nerwowe pokrzykiwania. Teraz dołączyło do nich szczekanie. Bardzo głośne szczekanie.

- Tu, panie kapitanie! Gdzieś tu! - krzyczy ktoś, to znajduje się może 10 metrów ode mnie. - Dobry pies, Mara, dobry pies!

Boże, pomogą mi. Leżę tu już kilka godzin, nie mogąc nawet obrócić głowy, żeby spojrzeć na bok. Tak długo żułem ściółkę, że przyzwyczaiłem się do jej smaku i już nic nie czuję. Nareszcie coś się dzieje.

Ktoś przedziera się przez krzaki tuż obok. Słyszę jego sapanie.

- Jezus Maria… Kapitanie, jest.

“Obróćcie mnie.”

Słyszę charakterystyczne mlaski zakładanych na dłonie lateksowych rękawiczek. Ciekawe, czy mundurowi dostaną kiedyś nitryl. Ale w sumie, po co? Żeby zwiększyć zadłużenie policji?

- Dzwoniliśmy już po prokuratora. - słyszę inny męski głos gdzieś obok mojej lewej ręki. - Co z chłopakami z erki?

- Już ich zawołaliśmy, idą. 

- Denat?

- A jak myślisz?

“Ej, panowie. Ale ja żyję.”


Odgłosy cyfrowego aparatu wykonującego zdjęcia. Ktoś chodzi po ściółce naokoło. 

- Rozejrzyjcie się, może są jeszcze jakieś ślady. Pies i opiekun mogą lecieć. Dzięki. Cholera, musiało dzisiaj padać?! Chłopaki, tutaj. Przepuście ich.

Kroki się zbliżają. Ktoś bierze głęboki wdech.

- Ja pi⁎⁎⁎⁎lę… Dzień dobry. Przecież to Romek.

- Znacie go, panowie?

- To lekarz z naszego SORu z Banacha. Na stówę. Ten tatuaż. Jezu. Roman. Przecież on ma małe dzieci… Jola dopiero co urodziła… Jezu, k⁎⁎wa…

“Tomek? To Ty? Tomek, obróć mnie, słyszysz?”

Próbuję wykonać jakikolwiek ruch, ale nie jestem w stanie. Nie mam siły.

- Możecie dokonać oględzin? 

- Tak, k⁎⁎wa… tak. Zaraz. Daj mi chwilę. Czekamy na prokuratora?

- Czekamy.

- Ale on na pewno nie żyje? - odzywa się ktoś z tyłu.

- No, k⁎⁎wa, spójrz na niego. 

- Ale panie kapitanie, procedury… - chyba jest młody, brzmi niepewnie. Jakby był przestraszony. Może to jego pierwsza akcja.

Głośnemu sapnięciu towarzyszy dotknięcie mojej szyi. 

“Przecież tętnica szyjna jest w innym miejscu, idioto.”

- Nie żyje. Zadowolony?

Ja pi⁎⁎⁎⁎lę. To się nie dzieje naprawdę. Przecież tam jest Tomek z ratolami, co do c⁎⁎ja?

- Może zadzwonię do Joli? Znaczy, jego żony? - pyta Tomek.

- Nie, nie trzeba. Nasi się tym zajmą. - sapacz odchodzi gdzieś na bok. - I co, chłopaki, znaleźliście coś jeszcze?

- Na razie nie, kapitanie. 


Przysnąłem chyba. Budzi mnie czyjś telefon.

- Kapitanie, to do pana.

- Tu Borecki. …aha. …aha. …nie teraz, czekamy na oględziny. …nie, jeszcze nie wiadomo. …Rozumiem. Dzięki.

- Żona?

- Żona. Zabrali ją do szpitala. - kapitan bierze głęboki wdech. - Który z was, KURRRWA, debile pierdolone, zadzwonił do tej kobiety, przyznać się?! Dziecko czteroletnie zadzwoniło na sto dwanaście, że mama śpi na podłodze i nie chce się obudzić! Posrało was do reszty?

“Adaś… zuch chłopak. Zapamiętał.”

- Damian, k⁎⁎wa! Kobieta w połogu, a Ty jej przez telefon takie info sprzedajesz? Co ci odjebało?

- Przecież też jest lekarką! Myślałem, że się ogarnie… No co, k⁎⁎wa, co? Chciałaby wiedzieć od razu, twoja żona też by chciała wiedzieć!

- Ale nie przez telefon, ty pierdolona amebo! Kobietę dwa tygodnie po porodzie, do c⁎⁎ja pana!


Zimno mi. Nie położą na mnie nawet tego durnego kawałka folii NRC? 

I kolejne telefony. Kolejne dźwięki migawki.

- Prokurator ma obsuwę. Protesty rolników. Nie wyjechali nawet jeszcze z centrum.

“Za⁎⁎⁎⁎ście. I będziecie tak czekać z oględzinami tyle godzin? Przecież ja tu skończę jako kaleka!”

…Jeśli skończę w ogóle.

K⁎⁎wa.


- Mamy coś. - woła ktoś z daleka. 

Nos mnie swędzi, ale nie mogę się ruszyć, by cokolwiek z tym zrobić. Tortury.

- Znaleźliśmy plecak. Chodźcie z aparatem. Panie kapitanie, proszę tu podejść.

Sapacz i migawka poszli. Inni pozostali na miejscu cicho, milcząc, przemieszczali się po ściółce wokół mnie.

Plecak? Nie miałem plecaka. Noszę ze sobą torbę, którą Jola dała mi trzy lata temu, gdy skończyłem specjalizację. Adaś pomazał ją flamastrami, ale był tak dumny ze swojego rysunku, że nie miałem serca jej czyścić.

Gdzie jest moja torba?

Co właściwie się stało?


- To może być plecak sprawcy. W środku są jakieś papiery z wariatkowa na nazwisko Rutecki Grzegorz i woreczek z jakimś syfem. - słyszę zbliżające się sapanie kapitana. Ależ on musi być upasiony. Przecież ledwo idzie. Jak z tego wyjdziemy, to skieruję go do profesora Owczarzaka.

Próbuję sobie przypomnieć, co się działo. Papiery? Jakiś pacjent? Nazwisko kompletnie nic mi nie mówiło. Z drugiej strony, przez SOR przewija się ich tylu, że nie zapamiętałbym danych gościa, choćbym bardzo chciał…

- Dzwoń na komendę, niech sprawdzą dane gościa i wyślą chłopaków na adres. Potrzebujemy też więcej ludzi do przeszukiwania lasu. Może c⁎⁎j się tu jeszcze ukrywa.


Las. Tak, jestem w lesie. Byłem biegać. To był mój pierwszy trening od czasu, gdy urodziła się Igunia. Jola widziała, jak mi tego brakuje. Powiedziała, żebym szedł. Śmiała się, że dziki mnie nie rozpoznają.

Co się stało?

- To my pójdziemy sobie do karetki zapalić.

- Pewnie, lećcie, chłopaki.

- Kapitanie, możemy iść z nimi? - to ten młody od procedur.

- Idźcie, idźcie. Ja tu zostanę. I tak czekamy.


Po chwili nie słychać nic więcej, tylko ptaki gdzieś w tle, i miarowe sapanie kapitana.

Biegłem. Zboczyłem z trasy, żeby skosić do kapliczki. 

Co się stało?


Sapanie. Coraz bliżej. Przy moim uchu. Ciepły oddech.

- Dychasz jeszcze, ty k⁎⁎wo?


Co się stało? Co się dzieje?


- Poprawię ci łeb, żebyś w końcu się udusił, szmato pierdolona.


Nie. Chwila. Nie. Co się dzieje? 


- Pamiętasz ją jeszcze? Pamiętasz?


“Kogo? Kogo mam pamiętać?”


- Pamiętasz, jaka była przestraszona? Miała dwanaście lat. 


Czuję nacisk dłoni na potylicy. 

“Przestań! Przestań! Co robisz? Pomocy!”


- Miałeś, cwelu pierdolony, jeszcze mleko pod nosem. Mówiłeś, że to tylko wyrostek. Że nic jej nie będzie. Nawet ten profesor cię zjebał, że nie wolno tak mówić. Miałeś, k⁎⁎wa, jej pomóc.


Nacisk zelżał na chwilę. Jezu. Pomocy. Zabije mnie.

- Madzia Borecka. Mówi ci to coś, kutasiarzu? Zaufała ci, ty k⁎⁎wo, a ty ją zabiłeś.


“Nie, nie. Przysięgam. Nie. Pomocy!”


- Nawet, k⁎⁎wo, nie wyszedłeś do nas. Nie przyznałeś się. J⁎⁎⁎ny w d⁎⁎ę pierdolony cwelu. Profesorek świecił za ciebie oczami. Moja żona się zapiła przez ciebie. Ty szmato. A teraz masz za swoje. 


“To profesor operował. To profesor operował. Nie ja. Nie ja…”


- Ej… Co tu… EJ! CO ROBISZ? STÓJ! CHŁOPAKI, K⁎⁎WA!


Słyszę szamotaninę. Coś z łoskotem pada na ziemię. Nie czuję już nacisku dłoni na potylicy. Słyszę jęki i darcie mord.


- Zostawcie mnie, k⁎⁎wa! Puśccie, gnój sobie na to zasłużył!


“Pomocy…”


Obracają mnie. Światło oślepia mnie przez zamknięte powieki. 


Biorę wdech. 


Czuję palce na szyi.


Wydech.


- Żyje…


“Żyję.”


***


(1074 słowa według Google Docs)


#zafirewallem #tworczoscwlasna

d7210e08-cfe0-4437-b808-35280e16cf32
Wrzoo userbar

Fantastyczne wykonanie, tylko ten pomysł... Jeszcze lepszy!


Pomysł tym lepszy, że sam miałem podobny kiedyś, jeszcze gdzieś powinienem mieć to opowiadanie.

@Wrzoo wow! Opowiadania z takiej perspektywy się nie spodziewałem. Super oryginalne i super się czytało. Bardzo dobrze się sprawdzasz i w poważniejszych tematach.

Będzie streszczenie? Albo lepiej streszczenie w wersji audio? Tyle czytania 🧐. A ile pisania!!


Postaram się przeczytać i za miesiąc napisze czy fajne!


edit: ej fajne to, bardzo fajne! Masz więcej? Co było dalej?

Zaloguj się aby komentować

Zdaję sobie sprawę z tego, że czasoprzestrzeń trochę mi się rozjechała w tym opowiadaniu, no ale cóż. Licentia poetica, prawda?


Opowiadanie to powstało trochę za sprawą jednego z pomysłów podrzuconych przez koleżankę @moll , tyle że „ martwa mysz na wycieraczce ” okazała się być kozą na klamce. Martwą jednak, więc w zasadzie się zgadza:


***


Turath Almaeiz


Kiedy mijałem wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczyłem przywiązaną do ich klamki kozę. Nie była już pierwszej świeżości. Oczy miała wybałuszone, jęzor na wierzchu, a jej futro było zmierzwione i w odcieniu bieli, która długo poddawana była działaniu kurzu oraz czegoś żółtawego – być może piasku albo jakiejś gliny. Nie ma co tego ukrywać: koza nie żyła. Ktoś powiesił martwą kozę na klamce pani Malinowskiej.


Początkowo nie wiedziałem co mam zrobić. No bo jak? Zadzwonić? Zapukać? Malinowska otworzy i co? – „Dzień dobry, sąsiadko. Nie wiem, czy pani zdaje sobie sprawę, ale ktoś powiesił na pani drzwiach kozę.” – Tak miałem jej powiedzieć? Zresztą, po co w ogóle mówić? Drzwi przecież otwierają się do wewnątrz, pani Malinowska pewnie sama by ją zauważyła zanim w ogóle zdołałbym się odezwać. – „Jak by zareagowała?” – zastanawiałem się. – „Przecież kobieta jest już starsza, może się wystraszyć. Z drugiej strony, przecież kiedyś w końcu otworzy te drzwi i wtedy tę kozę zobaczy. Sama. Jeszcze zejdzie na zawał i wtedy to nie tylko koza będzie martwa, ale i pani Malinowska również. To może lepiej zrobić to w kontrolowanych warunkach? W razie czego pomogę przecież. Wezwę pogotowie albo coś takiego…” – Po chwili wahania wdusiłem dzwonek.


Później wdusiłem go jeszcze drugi i trzeci raz. Nikt nie otwierał. Nawet zastanawiałem się czy poczekać. Może sąsiadka wyszła do sklepu i za chwilę wróci? Ostatecznie jednak zdecydował za mnie głód. Szedłem wtedy do sklepu żeby kupić coś na śniadanie. Postanowiłem zrobić zakupy i w drodze powrotnej spróbować ponownie.


Panią Malinowską spotkałem przy wyjściu z klatki schodowej. Niemal zderzyliśmy się w drzwiach.

– Dzień dobry, chłopcze – zaczęła rezolutna sąsiadka. – Coś na zdenerwowanego mi wyglądasz. Stało się coś? Może mogę ci jakoś pomóc?

Zamurowało mnie. Nie wiedziałem co powiedzieć. Nie wiedziałem jak zacząć.

– Nie, nic się nie stało. Nie trzeba mi pomóc. To może raczej pani trzeba pomóc, bo… – zacząłem i nie wiedziałem jak skończyć.

– Mi? A w czym? – zapytała zdziwiona pani Malinowska. – Chyba, że chcesz wnieść te torby? Bo wiesz, wnuczek jutro przyjeżdża i trochę zakupów zrobiłam. A w ogóle to jadłeś już śniadanie? Wy młodzi, wiem to po moim Patryku, to w ogóle nie dbacie o siebie. Mało jadacie, a śniadań to już w ogóle. A śniadanie jest przecież najważniejszym posiłkiem dnia! To co, możemy się tak umówić, że pomożesz mi wnieść te siaty, a ja w zamian zrobię ci coś do jedzenia? Zawsze to przyjemniej porozmawiać z kimś przy posiłku, jak tak człowiek sam zostanie.


Zgodziłem się. Wziąłem w ręce siatki i podążyłem za panią Malinowską po schodach w górę. Sąsiadka cały czas szczebiotała coś radosnym głosem, zadowolona widać z mojego towarzystwa, ja jednak jej nie słuchałem. Układałem sobie w głowie zdania, którymi w delikatny sposób mógłbym jej przekazać wiadomość o tym co zastanie, kiedy już dotrzemy do trzeciego piętra, na którym mieszkała. Z każdym kolejnym stopniem te myśli ciążyły mi coraz bardziej. Bardziej nawet niż dźwigane – skądinąd nielekkie wcale – zakupy sąsiadki.


Nie udało mi się ubrać myśli w odpowiednie słowa. Ogarnęła mnie panika kiedy dotarliśmy na półpiętro i pani Malinowska postawiła stopę na pierwszym stopniu ostatniego odcinka schodów. Sam postawiłem wówczas siatki na ziemi i zamarłem w oczekiwaniu na to co za chwilę się stanie. Jeszcze krok, jeszcze dwa w górę, obrót głowy w prawo i wówczas sąsiadka ujrzy to, co zostało przywiązane do jej klamki. Obserwowałem jej stopy z założonymi na nie tanimi pantoflami, które, jak w zwolnionym tempie, na przemian odrywały się od kolejnego stopnia po to, żeby za chwilę znaleźć oparcie te kilkanaście centymetrów wyżej. W końcu, po nieskończenie długim z mojej perspektywy oczekiwaniu ujrzała to, co ujrzeć musiała. Na chwilę zamarła.

– Wahib – wyszeptała, kiedy oprzytomniała. – Tyle lat minęło, a on jednak pamiętał.


***


– Miała być jajecznica, ale przy takiej okazji musi być szakszuka – powiedziała pani Malinowska. – Upiekłam też libański chleb, choć na patelni nie da się go zrobić tak jak należy, nie smakuje tak, jak pieczony nad ogniskiem.

Siedziałem przy stole w kuchni pani Malinowskiej czekając na śniadanie, które przygotowywała. Martwa koza leżała na balkonie. Zgodnie z życzeniem gosodyni pomogłem jej ją tam przeciągnąć.

– Nie mogę pani nie zapytać o co chodzi z tą kozą – powiedziałem w końcu, kiedy jako tako oswoiłem się z tą, niecodzienną jednak, sytuacją.

– To dłuższa historia – powiedziała pani Malinowska. – Pozwól mi najpierw skończyć śniadanie, a później wszystko ci wyjaśnię.


***


– Zdarzyło się tak, że władza radziecka zsyłała Polaków na Syberię. Również i na mnie też trafiło, za odmowę niesienia sztandaru w pochodzie pierwszomajowym. Stare dzieje, zresztą to akurat jest w tej opowieści nieistotne. Istotne jest to, że żołdacy, którzy mieli nas pilnować, popili się i coś im się w tym zamroczeniu alkoholowym pomyliło. Zamiast na mroźne krańce radzieckiego imperium trafiliśmy na Bliski Wschód. Syria, Syberia – co to w końcu za różnica, szczególnie przy kilku promilach. Zostaliśmy zostawieni gdzieś na środku pustyni, w pobliżu niewielkiej osady. Miejscowa ludność szybko zorientowała się, że w okolicy pojawili się przybysze. Nakarmiono nas i napojono, wskazano miejsce gdzie możemy założyć obóz, w czym również uzyskaliśmy znaczną pomoc od miejscowych. Rozpoczynaliśmy tam razem w nowe życie wspomagając się nawzajem i radząc sobie wspólnie z ciężkim losem, jaki stał się naszym udziałem.


Po kilku dniach, kiedy żołnierze Armii Czerwonej spostrzegli swoją pomyłkę, a może dlatego, że zabrakło im alkoholu, który u miejscowych nie był produkowany, zdecydowali się zrobić zapasy przed czekającym ich powrotem. Zgodnie z radziecką doktryną wojenną wdarli się do wioski i rabowali co tylko się dało. Zawsze byłam optymistką i zawsze też byłam zainteresowana kuchnią a i z nawiązywaniem kontaktów nie miałam nigdy problemów. To dlatego tak szybko odnalazłam się w tej nowej sytuacji. Byłam wtedy w wiosce. Gościłam u Zahiba, miejscowego kucharza, czerpiąc z wiedzy którą posiadał, a którą przekazywał swojemu synowi, Wahibowi. To właśnie tam nauczyłam się jak robić taką szakszukę, jaką teraz jesz. Smakuje ci, prawda? Straszny krzyk rozległ się wtedy na zewnątrz. Wszyscy troje wybiegliśmy z chaty Zahiba. Widok, jaki ukazał się naszym oczom był przerażający. Krasnoarmiejcy trzęsący się w delirium spowodowanym brakiem alkoholu szarpali się z miejscowymi mężczyznami. Przewaga oczywiście była po lokalnej stronie, przynajmniej tak długo, aż napastnicy nie sięgnęli po karabiny. We mnie wtedy coś pękło. Za całą dobroć okazaną mi przez naszych gospodarzy, za opiekę jaką nas otoczyli, postanowiłam stanąć w ich obronie. Złapałam ciągniętą przez jednego z żołnierzy kozę za róg – co ciekawe, nawet zwierzęta, przeczuwając jakby swój los, nie chciały poddać się woli grabieżców; obracały się tyłem do kierunku, w którym próbowano je ciągnąć, zapierały się nogami w ziemi, ryczały tak przejmująco, że aż żal się ich robiło. Dlatego właśnie mogłam złapać za róg. Sołdat, który ciągnął na postronku tę kozę obrócił się w moim kierunku i opierając karabin o biodro, ponieważ w drugiej ręce dzierżył postronek, wycelował w moim kierunku. Widok skierowanej ku mnie lufy otrzeźwił mnie. Już żegnałam się z życiem, kiedy wydarzyło się coś niespodziewanego: kozi róg złamał się i został w mojej ręce. Przewróciłam się, nagle tracąc oparcie, róg wypadł mi z ręki, a żołnierz popatrzył na mnie z pogardą.

– Ty głupsza niż koza – powiedział i splunął w moim kierunku. Odwrócił się jednak i odszedł pozostawiając mnie przy życiu.

Wstałam wówczas i uciekłam. Pobiegałam ku gościnnej i przyjaznej chacie Zahiba. Długo nie mogłam dojść do siebie. Pocieszał mnie Wahib, parząc przy okazji ziołowe napoje, które mnie uspokoiły na tyle, że udało mi się usnąć wśród dźwięków dobiegającego zewsząd lamentu.


Ze snu wyrwały mnie krzyki, głośniejsze i zabarwione inną emocją niż te, przy których zasnęłam. Ta emocja to było coś jakby radość. Nie bardzo potrafiłam wyobrazić sobie co w takiej sytuacji może być powodem do radości, wyszłam więc z chaty aby się przekonać. Zobaczyłam ogromne zgromadzanie w miejscu gdzie upadłam. Ruszyłam w tamtym kierunku. Kiedy dotarłam na miejsce, kiedy przedarłam się przez tłum, w którym niektórzy tańczyli, niektórzy śmiali się, a inni płakali ze szczęścia, zobaczyłam leżący na ziemi ułamany róg kozy, a wokół niego mnóstwo pożywienia, które cięgle jeszcze się z niego wysypywało. Czego tam nie było! Jaja, mleko, owoce, warzywa, suszone mięso! Słowem wszystko, co było potrzebne, a nawet jeszcze więcej. Pożywienie, którego róg dostarczał pozwoliło przetrwać nie tylko osadzie, ale i nam, zesłańcom.


– A co było dalej z zesłańcami? – zapytałem zaciekawiony.

– Część z nas osiedliła się tam. Inni, jak ja, zatęsknili za ojczyzną i postanowili wrócić. Przedostawaliśmy się do Libii, do Bejrutu albo do Trypolis, tam znajdowaliśmy statki handlowe płynące do Europy. Mnie w powrocie pomógł Wahib, syn Zahiba, który wybrał się ze mną w długą podróż do Trypolis, pomógł znaleźć okręt, wyposażył na drogę i wrócił dopiero wówczas, kiedy statek zniknął za horyzontem.

– To nie koniec darów – powiedział mi wówczas – za to, że nas ocaliłaś, będę modlił się za ciebie do końca życia. A jeśli kiedyś pojawię się w Europie, spodziewaj się ode mnie darów.


***


Historia opowiedziana przez panią Malinowską zrobiła na mnie takie wrażenie, że musiałem ją sobie na spokojnie przetrawić. Zawsze najlepiej myślało mi się przy spokojnej muzyce, podszedłem więc do półki z moją kolekcją płyt kompaktowych. Wybrałem Popular problems Leonarda Cohena, bo do tego, o czym miałem zamiar rozmyślać wyjątkowo pasował mi pochodzący z tej płyty utwór Almost like the blues. Włączyłem wieżę. W głośnikach rozległ się głos spikera, na antenie wczoraj przeze mnie słuchanej stacji radiowej trwał właśnie serwis informacyjny:

– … do wysadzenia Kremla przyznała się syryjska organizacja _Turath Almaeiz_…


***


1524 słowa


***


#naopowiesci

#zafirewallem

@George_Stark świetne połączenie tematu tej edycji z gatunkiem i wstępem edycji poprzedniej. Muszę pochwalić za sposób prowadzenia narracji i budowanie napięcia, czytało mi się bardzo przyjemnie. Najbardziej podobała mi się początkowa sytuacja w jakiej znalazł się bohater i jego absurdalne rozważania z nią związane. No i ta Syria zamiast Syberii i wysadzenie Kremla też super.

Zaloguj się aby komentować

Wszystkie rodzaje dna


Technicy obecni na miejscu już od jakiegoś uwijali się w pocie czoła, kiedy na scenę wkroczył as miejscowego wydziału kryminalnego, kapitan Plusk. Z grubsza zlustrował wzrokiem pokój w którym znaleziono denata po czym bez zwłoki czujnym spojrzeniem obrzucił zwłoki.


Mężczyzna zdecydowanie nie żył. Co więcej: nie żył już od jakiegoś czasu. Świadczył o tym przede wszystkim wygląd ciała: zsiniałe usta i widoczne plamy opadowe. Plusk był na tyle doświadczonym śledczym, że w tym zakresie nie potrzebował czekać na opinię lekarza. Sam potrafił stwierdzić pewne fakty. Pozwalało mu to nie tracić czasu i rozpoczynać śledztwa natychmiast po przybyciu, co nie pozostawało z kolei bez wpływu na jego wyjątkową skuteczność.


– „Ofiara nie jest w stanie udzielić żadnych użytecznych informacji, wobec czego należy przyjąć metodę dedukcyjną” – skonstatował detektyw. Wrócił do oględzin miejsca zbrodni. Pokój w mieszkaniu położonym na trzecim piętrze bloku na jednym z osiedli Mińska Mazowieckiego nie odbiegałby może aranżem od innych, znajdujących się na wyższym bądź niższym piętrze, a może nawet i w sąsiednim budynku, gdyby nie wiszące na ścianie ogromne łopaty łosia.


– „Ciekawe czy to on, czy może raczej to jego żona?” – pomyślał Plusk przyglądając się porożu. Ta myśl niespodziewanie wybiła go z rytmu. Przypomniał sobie wówczas o własnej, byłej już żonie. Życie Pluska sypało się bowiem wówczas na wszystkich frontach.


***


Wszystko zaczęło się poza domem. Zaczęło się w pracy. Pewnego dnia partner Pluska, jego przyjaciel, a może nawet ktoś więcej, ktoś w rodzaju przyszywanego brata, człowiek z którym od początku ramię wspinali się po szczeblach kariery zawodowej, zaczynając nawet nie od szkoły oficerskiej w Szczytnie, ale już od szkoły podstawowej w Szydłowcu, gdzie wspólnie rozwiązali zagadkę zaginionych dzienników lekcyjnych, oświadczył wchodząc do gabinetu:

– Odchodzę.

– Gdzie? – zapytał Plusk.

– Do konkurencji – powiedział Jerzy Ostrowski, tak bowiem się partner Pluska nazywał.

Plusk o nic więcej nie pytał. Nie próbował nawet zgadywać czy Ostrowskiemu chodzi o CBA, CBŚ, ABW czy może o jakąś jeszcze inną tajną organizację, której akronimu mógł nawet nie znać. Wiedział, że ten etap kariery, który właśnie osiągnął Jerzy objęty jest już tajemnicą. Że na tym etapie nie ma się już przyjaciół i nie mówi się o tym, co w pracy. Zresztą, kiedy człowiek poświęca się takiej służbie, w jego życiu przestaje istnieć cokolwiek innego poza pracą – nie ma się czasu wolnego, nie ma się znajomych. Wszystko staje się tajne. Plusk wiedział też że Jerzy jest człowiekiem ambitnym. Ambitniejszym – jak się okazało – nawet od niego. Komenda Miejsca Policji w Mińsku Mazowieckim była dla Ostrowskiego tylko kolejnym przystankiem na drodze do wielkiej kariery.


A przecież z Pluskiem kiedyś było podobnie. Być może dalej podążałby wraz ze swoim partnerem w górę tymi kuszącymi schodami, które prowadziły do Komendy Głównej Policji, a – kto wie? – może i jeszcze wyżej? Może nawet aż do Ministerstwa Sprawiedliwości? Na drodze stanęła mu jednak kobieta. Kobieta, która najpierw stała się jego dziewczyną, później narzeczoną, następnie żoną, a wszystko to tylko po to, żeby dziś być dla niego byłą żoną i źródłem większości jego utrapień.


Odejście ze służby Ostrowskiego wpłynęło na Pluska bardziej niż mógłby wcześniej przypuszczać. Został mu co prawda przydzielony jakiś szczyl, świeżo po szkole oficerskiej.

– „Czego oni ich tam teraz uczą?!” – zastanawiał się kapitan, kiedy młody nie potrafił rozwiązać najprostszej sprawy, w której należało wykazać się myśleniem wykraczającym choć odrobinę poza zalgorytmizowane metody opisane w policyjnych podręcznikach. Przyzwyczajony do długich i burzliwych dyskusji z Ostrowskim, Plusk musiał nauczyć się nowych metod samodzielnej pracy. Brał wówczas karabin, który przewieszał przez ramię i spacerował po przyległym do budynku komisariatu ogródku, w którym zajadał się papierówkami. Zjadał ich ogromne ilości, a długie spacery, które uprawiał dynamicznym, marszowym krokiem, powodowały obijanie się jabłek w żołądku oficera. Obite w ten sposób owoce fermentowały, co stało się przyczyną alkoholizmu w który popadł Plusk.


Stąd prosta już droga poprowadziła Pluska wprost na dno. Odeszła od niego żona, zabierając przy okazji wszystkie pająki jakie udało im się zgromadzić przez te lata w miarę spokojnego pożycia. Jako oficer policji nie miał przyjaciół poza branżą – nikt w końcu nie ufa policjantom, każdy ma przecież mniejsze bądź większe grzeszki na sumieniu. W pracy Plusk przez swoją przenikliwość i rozliczne sukcesy budził zawiść, więc – chociaż był szanowany – nie udało mu się nawiązać bliższych relacji z żadnym ze współpracowników. Może poza Ostrowskim, który był równie wybitny jak on, ale Ostrowski przecież odszedł ze służby. Plusk na równi zatopił się wówczas tak w pracy, jak i w alkoholu.


***


– Ma pan już jakieś pomysły, kapitanie? – z zamyślenia wyrwało Pluska pytanie zadane przez jednego z techników.

– To Jerzy Ostrowski – odpowiedział Plusk.

– Skąd pan to wie?!

– Przy ciele leży teczka z jego nazwiskiem.


***


– Zdradziła cię dna.

– Chyba zdradziło – oburzył się Jerzy, który zawsze był purystą w sprawach językowych. – Mówi się raczej „to DNA”. Co, swoją drogą, jest jakimś dziwnym uzusem, bo przecież ten skrót oznacza „kwas dezoksyrybonukleinowy”. Kwas, który niewątpliwie jest przecież rodzaju męskiego. Idąc więc tym tokiem myślenia, a więc kierując się logiką, poprawnie powinno się raczej mówić „ten DNA”.

– Ta dna. – z naciskiem powiedział Kapitan Plusk, który obstawał przy swoim zdaniu. Na potwierdzenie swojego stanowiska położył przed podejrzanym znalezioną przy denacie teczkę.

– Moje skierowanie! – wykrzyknął Jerzy. – Ty! Faktycznie gdzieś mi się zapodziało. Szukałem go wszędzie. Byłem ostatnio u lekarza, i wiesz, podejrzewają u mnie dnę moczanową. Kazali mi zrobić jakieś badania. – Jerzy zastanowił się przez chwilę. – I tak, masz racę. W tym przypadku faktycznie należałoby powiedzieć „ta dna”. W każdym razie: dzięki Plusk!

Jerzy wyciągnął rękę w kierunku teczki, ale jego były partner natychmiast odsunął ją poza jego zasięg.

– Wiesz gdzie ją znalazłem? – zapytał.

– Domyślam się. No cóż, Plusk. Tym razem okazałeś się ode mnie sprytniejszy.

Na chwilę w pokoju zapadła cisza, po czym Jerzy kontynuował:

– Ile za to dostanę? Z dobrym papugą to pewnie nie więcej niż piętnastaka? Po siedmiu, może dziewięciu powinienem wyjść za dobre sprawowanie. Termin mam na 2034. To chyba uda mi się zdążyć?


***


963 słowa (według LibreOffice Writer)


***


#zafirewallem

#naopowiesci

@George_Stark Podoba mi się, że Plusk "ma racę". Od razu go sobie wyobraziłam jako kibola.

A tak na poważnie, to wciągnęło! "Że na tym etapie nie ma się już przyjaciół i nie mówi się o tym, co w pracy." - to jest bardzo dobre zdanie, świetnie podsumowałeś znaczenie tego awansu w tak prosty sposób.

@George_Stark bardzo mi miło i się czytało też miło. Szydłowiec, papierówki(powodem alkoholizmu xd) i nawiązanie do łopatowego kolegi z Mińska Mazowieckiego - nawiązania prima sort. Tak w ogóle to tytuł bardzo mi się spodobał. A i jeszcze to końcowe skierowanie. W każdym razie uśmiałem się przy czytaniu.

Zaloguj się aby komentować

VII edycja konkursu #naopowiesci


Dziękuję bardzo za docenienie mojego nieposzanowania zasad. Cieszy mnie to ponieważ przy kluczykach od samochodu mam breloczek z symbolem anarchii , oraz dlatego, że mam kilka pomysłów na dosyć sztampowe edycje opowieściowego konkursu. Trochę nie mogłem się się zdecydować, który pomysł wybrać ale biorąc pod uwagę, że może gatunek skłoni jednego kawiarenkowicza do wzięcia udziału w konkursie. To chciałbym zaprezentować przed Państwem takie zadanie VII edycji konkursu naopowiesci:


Temat: zwłoki 


Kategoria: kryminał 


Liczba słów: 800 - 2500


Termin: 01.09.2024


Tu chciałem się odnieść do tematu o tym jak można go ugryźć ale... czy to jest sens? No właśnie! Liczę więc na Waszą kreatywność i wiem, że ugryziecie tego truposza z wielu różnych stron! Dobrej zabawy!


Kwestia organizacyjna czyli zasady:


Standardowe - zadający konkurs może ogłosić wygranego według własnego widzimisię oraz zmienić kryterium oceniania w dowolnym momencie.

Zwycięzcą zostanie osoba, której opowiadanie zdobędzie największą ilość piorunów i w nagrodę będzie miała zaszczyt ogłoszenia następnego zadania.

Za każde 100 słów poniżej lub powyżej zadanego limitu - 1 punkt.

Za znaczne rozminięcie się z tematem - 5 punktów.


Proszę więc bez zwłoki brać się za pisanie!

#zafirewallem #naopowiesci #tworczoscwlasna

9ba8ce1c-6a59-4e81-9a4a-c4acc51f9520

@entropy_ detektyw Entropia, siewca chaosu, który wykorzystuje swojego tokarskiego skilla, by holistycznie rozwiązywać zagadki kryminalne. Najświeższa sprawa? Kto zamordował zdrowy rozsądek u Dziwena. Odpowiedź może cię zaskoczyć, jak kleks na łóżku w motelu przy stacji benzynowej.

Zaloguj się aby komentować