#naopowiesci

26
267

No dobrze.


Zszedłem w piątek z poetyckiego Parnasu przekazując obowiązki organizacyjne w innej naszej zabawie, więc niedziela będzie już zupełnie prozaiczna. A będzie prozaiczna z tego względu, że nadszedł czas ażeby podsumować VI edycję konkursu #naopowiesci , która przez ostatnie dwa tygodnie trwała w kawiarence #zafirewallem , a więc konkursu prozatorskiego.


W tym wspomnianym wyżej okresie zajmowaliśmy się obyczajowością kóz, zgodnie z zadaniem, które zaproponowałem we wpisie otwierającym kończącą się właśnie edycję.


Do konkursu przystąpiło pięć osób (w tym jedna rzutem na taśmę) zgłaszając pięć opowiadań (w sumie pięć, czyli każdy po jednym). A oto i (w kolejności chronologicznej) nadesłane prace:


Doktor Koziełło autorstwa @George_Stark ;

Pan Szczepan autorstwa @moll ;

Przepychacze i podgrzewacze autorstwa @Wrzoo ;

Pożeraczka autorstwa @splash545 ;

Opowiadanie bez tytułu autorstwa @KatieWee .


***


Skandalem (ale jakże cieszącym!) jest skala nieposzanowania zasad przez uczestników tej edycji konkursu! Dwa tylko opowiadania spełniły, niewygórowane przecież, wymagania formalne dotyczące objętości napisanej pracy! Były to:


Doktor Koziełło autorstwa @George_Stark –1020 słów;

oraz Pan Szczepan autorstwa @moll – 1462 słowa (o ile dobrze policzyła, bo nie sprawdzałem).


Pozostałe trzy opowiadania (a więc 60% nadesłanch prac, czyli większość) objętościowo znalazły się poza określonymi granicami. I tak:


Przepychacze i podgrzewacze autorstwa @Wrzoo , które składa się z 2010 słów (10 ponad normę);

Pożeraczka autorstwa @splash545 , które składa się z 646 słów (254 słowa poniżej normy);

Opowiadanie bez tytułu autorstwa @KatieWee , które składa się z 709 słów (191 słów poniżej normy).


***


Wobec powyższego, aby docenić nonszalancję i nonkonformizm, w tej edycji postanowiłem nagrodzić autora, który najlekcej sobie poważył zasady i w ten oto sposób zwycięzcą VI edycji konkursu #naopowiesci zostaje @splash545 ! Gratuluję serdecznie!


#podsumowanienaopowiesci

Zaloguj się aby komentować

"Jak opowiadanie obyczajowe, to romans. Jak koza, to szatan. Jasne? Jasne." - tak napisała @Wrzoo , więc ja od razu pomyślałam sobie "o nie! @Wrzoo ma dokładnie ten sam pomysł co ja i napisała szybciej, ojej, co teraz!" A po chwili okazało się, że owszem, Wrzoo napisała o kozie i szatanie, ale miała zupełnie inne skojarzenia niż ja, bo dla mnie szatan to Szatan z siódmej klasy Kornela Makuszyńskiego, a koza to Wanda, bratanica profesora Gąsowskiego, która jak to kozy gania za fatałaszkami i rozkochuje w sobie chłopców Nawiązując do twórczości pana Makuszyńskiego stworzyłam następujący obrazek:


Kiedy mijałem wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczyłem przywiązaną do ich klamki kozę. Koza, jak to kozy mają w zwyczaju, patrzyła na mnie wielkimi oczami, lecz całkowicie wbrew zwyczajom swojego gatunku odezwała się cichutkim głosem:

-Czy mógłby pan mnie odwiązać?

Koza miała jasne włosy i oczy, które kolor pożyczyły chyba od nieba w letni poranek. Znałem tę dziewczynę doskonale z opowieści mojej kochanej sąsiadki:

-Ta koza, moja siostrzenica, to nic tylko wiersze by pisała, ślipi nad tymi swoimi papierami od rana do późnej nocy i tylko naftę wypala! Skaranie boskie z tą dziewczyną ma moja siostra! - tak mówiła o swojej siostrzenicy pani Grabowska, moja sąsiadka. Odpowiadałem grzecznie, że siostrzenica pewnie ma talent i sąsiadka powinna być dumna, ale pani Grabowska uważała pisanie wierszy za najgorsze zło i przyczynę wszelkich nieszczęść. Nie spodziewałem się jednak, że przywiąże swoją siostrzenicę do klamki i zostawi ją na korytarzu. Odwiązując miłą panienkę starałem się pocieszyć ją i wybadać czy potrzebuje dalszej pomocy.

-Dziękuję panu…

-Ale dlaczego szanowna ciocia wystawiła panią za drzwi? - zapytałem nie mogąc zrozumieć co kierowało starszą panią - Cóż ją przywiodło do takiego pomysłu?!

-Och, ciocia, jak pan pewnie wie, jest nieco oryginalna… Uznała, że na tym postronku nieco zmądrzeję. Przyjechałam do cioci na jakiś czas pomóc trochę, bo teraz na uniwersytecie mamy wakacje. Ciocia uznała, że jak zwiąże mi ręce to nie będę pisała, a jak wystawi mnie za drzwi to będę bezpieczniejsza niż w domu, no i Andzia mnie nie odwiąże, bo ma przykazane, żeby jak cioci nie ma to nie wyściubiać nosa za próg…

-No i jak, wybiła sobie pani z głowy to pisanie? - zapytałem.

-Chyba niezbyt, właśnie zastanawiałam się jak to zdarzenie wykorzystać w nowym opowiadaniu - panienka roześmiała się, a jej perlisty śmiech rozbrzmiał cudownie wesoło w ponurym korytarzu na trzecim piętrze warszawskiej kamienicy.

Szanowna cioteczka przywiązawszy kozę do klamki udała się z koszem w ręku na targ po zakupy, nie ufając w tym względzie ani siostrzenicy, ani służącej Andzi.

Poprosiłem stróżkę, aby otworzyła drzwi do mieszkania młodej kozie i zostawiłem ją aby w spokoju ochłonęła. 


Zdążyłem już zapomnieć o całej tej historii, gdy późnym wieczorem usłyszałem cichutkie pukanie do drzwi. W progu stała koza, która w zaczerwienionych oczach miała strach.

-Bo wie pan… - zaczęła, - ciocia jeszcze nie wróciła, minęło już tyle godzin… Andzia ma wychodne, a ja nie wiem co robić i czuję się taka samotna…

O, serce męskie zawsze, ale to zawsze zareaguje na "jestem taka samotna" wypowiedziane takim cichutkim i miękkim głosikiem! Nie inaczej było z moim!

Zakrzątnąłem się wokół mego gościa, przepraszając jednocześnie za kawalerski nieporządek. Koza z zachwytem podziwiała moje półki z książkami i co raz z jej ust wydzierały się "ochy" i "achy" gdy odkrywała liczne i miłe dedykacje, które wypisywali mi moi przyjaciele-poeci. Słowami ci mili wariaci szafowali bardzo szczodrze, bo to jedna z tych niewielu cudownych rzeczy, które można dostać na tym świecie za darmo - więc dedykacje te były często wierszowane, wielopiętrowe i dla postronnych oczu wydawały się zawiłe, tajemnicze i piękne.

Odprowadziłem miłą panienkę do mieszkania i ruszyłem na poszukiwanie szanownej cioci - odwiedziłem wszelkie miejsca prawdopodobne (targ, sklep kolonialny, cukiernia), mniej prawdopodobne (kawiarnia i handelek na rogu) i zupełnie nieprawdopodobne (gdzie owszem spotkałem kilka miłych osób, jednak żadna z nich nie była ciocią).

W poszukiwaniach swoich, które zbaczały coraz bardziej w stronę miejsc mało prawdopodobnych trafiłem w końcu do pewnej nieco tylko szemranej restauracji, gdzie tego dnia jeden z moich przyjaciół świętował właśnie wydanie nowego tomiku wierszy i doznałem wstrząsu! Co i raz ktoś z emfazą odczytywał co i lepsze kawałki z cieniutkiej książeczki, której okładkę zdobiły fantazyjnie malowane gwiazdozbiory. Jednak to nie widok przyjaciela tak mnie poruszył - w końcu w naszym mieście poezja aż buchała i widok kogoś kto właśnie wydał tomik wierszy był widokiem prawie że codziennym - ale to, że u jego boku, wpatrzona w niego z miłością tkwiła szanowna ciocia!

-Pani Grabowska, siostrzenica się zamartwia o panią! - rzuciłem gromko. Ciocia spojrzała na mnie oderwawszy wzrok na chwilę od poety cieszącego się tego dnia uwielbieniem kobiet.

-Taak? -zapytała. Och tak! - i rzuciła się do wyjścia. Pognałem za nią, unosząc ze sobą jej kosz pełen warzyw, z którym nie wiadomo jak trafiła w objęcia poety.

Biegłem za nią, a księżyc przyglądał się nam z dobrotliwym uśmiechem. Nie takie rzeczy już widział i nie takie jeszcze zobaczy.


#naopowiesci #zafirewallem #tworczoscwlasna

709 słów

@KatieWee Chyba nigdy tego nie powiedziałam, ale uwielbiam Twój styl. Taki literaturetro, styl klasycznych lektur i książek dla młodzieży, niepodrabialny. Zawsze, gdy czytam Twoje opowiadania, mam ekspres do dziecięcych lat.

@KatieWee ogólnie to nie moja bajka ale masz taki fajny styl pisania, że wciąga i przeczytałem z przyjemnością to opowiadanko i aż szkoda, że tak krótkie

Zaloguj się aby komentować

Dobra to łapcie mój wytwór do #naopowiesci . Sam nie wiem co to jest, ale na pewno nie jest to opowiadanie obyczajowe No ale, że będąc w 1/3 takie coś samo się zaczęło pisać to byle jaka korekta początku i zadanie odjebane. I można iść czytać Pratchetta! Dla mnie to była taka o, zabawa słowem


Pożeraczka


Mijając wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczyłem przywiązaną do ich klamki kozę. Jakby tego było mało to patrzę na nią i... najgorzej! - Koza kończy pożerać gumową wycieraczkę spod drzwi! I jakoś patrzy na mnie drwiąco. Czy ona ze mnie kpi? Pierwszym odruchem ducha mego kierowany - wyrwałem ją z paszczy wszystkożercy nienażartego. Pukam więc do drzwi sąsiadki w ręce strzęp wycieraczki trzymając, coraz bardziej już, że to śmieć sobie z tego sprawę zdając. Zerkam a na strzępie tym są litery WE, aż szkoda, że nie ME. I tak stoję jak głupi minutę i dwie i pukam i dzwonię i czas cenny trwonię. A właściwie skąd tu ta koza się wzięła? I gdzie jest sąsiadka? Jasna cholera...

Te moje prawie, że medytacyjne rozważania przerwał dźwięk za plecami moimi - skrobania. Odwracam się i widzę, że koza zaczęła podgryzać drewniane schodów poręcze.

- A poszła Ty kozo! Bo za siebie nie ręczę!

Miesiąc temu wymienili na nowe i tak mi się podobają, że drewniane, że stylowe. A ta skubana wzięła się do ich, no skubania.

Ale w sumie to gdzie ma iść ten przywiązany do klamki stwór? Aż się dziwię w sumie, że się uchował jeszcze ten sznur, do którego jest przywiązana. Wtem sama koza przerywa moje rozważania! Bo nie próżnuje i żre tę balustradę!

- Kurdę!

Rozsupłałem węzeł z klamki, trzymam sznurek i co teraz...? Koza mankiet mi pożera!

- K⁎⁎wa mać! Cholera! Jasna!

Bo to przecież szkoda własna! Ciągnę więc ją na dwór bo klatka widocznie jest dla nas za ciasna! A ta w miejscu stoi - ciągnę i czuję jakby jakiś osioł się zaparł. Cmokam więc na nią - przecież nie będę się na klatce darł.

- Kici, kici, taś, taś... No chodź tu kózko proszę... A może ty nie dama lecz jednak chłoptaś?

Schylam się i zerkam na kozie podwozie, a tam dwa k⁎⁎⁎sy.

- Kózka jednak jesteś! Chodź zabiorę cię na wczasy! Chodź do mnie mała!

Do kozy tak mówię sam nie wierząc, że strategia ta zadziała. A jednak działa! Bo koza do mnie idzie, choć przed chwilą stała. I tak ją ciągnę i zbliżam się już do drzwi klatki schodowej. Wtem coś ciągnie mnie za głowę. Konkretnie za włosy czuje pociągnięcie. Oczywiście to koza stojąc wyżej znalazła se zajęcie w zjadaniu mej czupryny.

- AAA niech cię cygan porwie! Głowę zmiażdżą tamburyny!

Drzwi skrzypnęły obok wcale nie bez mej przyczyny. To me krzyki potępieńcze sąsiada spokój zaburzyły.

- Panie Nowak co pan się tak drzesz?!

Wypowiedział słowa te i złapał go wytrzeszcz, gdy spostrzegł kozę.(najgorzej)

- Co tutaj się dzieje?! Na policję zaraz dzwonię! Krzyczysz pan i kozę na klatkę schodową żeś wprowadził?! Jebniety pan jesteś?!

- Panie Zygmuncie kochany! Przez Bogów mi zesłany! Oderwij Panie proszę tę kozę od mej rany!

- Panie Nowak chyba nienormalny pan jesteś, że będę się z jakimś zwierzakiem szarpał! I to jeszcze z kozą! Ja mam alergię na sierść! Pana to już do reszty pojebało! Na policję dzwonię albo od razu do psychiatryka! - I z tymi słowami sąsiad szybko za drzwiami znika. A mnie w tym momencie coraz większy ból przenika. Bo koza zapamiętale tak szarpie czerep mój, że wyrywa włosy z mieszków, w których jest też łój! Lecz, żeby tylko włosy wyrywała mee, a tu niee ona skórę z głowy rwiee!

- Pani kozo! Apaczu! Swój skalp zachować chcę!

Po tych słowach pękłem - ból doprowadził mnie do płaczu. Nie tylko pękłem ja lecz też skóra na mym czole. Co za ból piekielny!

- O żesz k⁎⁎wa! Ja pi⁎⁎⁎⁎le!

Łzy ciekną po mej twarzy i z czoła dołącza do nich krew. Wzruszyłem się nie powiem i drgnęła mi też brew. Szybko muszę coś zrobić, choćby sobie wbrew!

- Kozo Pani losu! Pożeraczko świata mego i całego kosmosu...

Słowa te nie były jałowe - przestałem czuć ciągnięcie. Wtem łapie się za głowę... lecz nie czuje na niej skóry. Spoglądam więc do góry i ostatnim com zobaczył to jak koza w swojej gębie memle mą fryzurę... a ja przecież tyle za nią bulę...


Liczba słów: 646

#zafirewallem #tworczoscwlasna

5a5bb92d-d9ef-43d3-acf4-c82d8bf9c66d

O ja! Panie! Proza poetycka! Realizm magiczny! Bruno Schulz kruszy się jak laska cynamonowa, Gabriel García Márquez zamyka się na sto lat w samotności żeby przemyśleć swoją twórczość, a Günter Grass dalej gra na bębenku.


Świetne!

@splash545 niech zgadnę... czy to przy linijce: "Odwracam się i widzę, że koza zaczęła podgryzać drewniane schodów poręcze. / - A poszła Ty kozo! Bo za siebie nie ręczę!" urodził się pomysł? Bo to tu się zorientowałam, że tu drugi "Pan Tadeusz" powstaje

Cudo, czytam dalej!

@splash545 się jeszcze trochę więcej nam postara

Trzynastozgloskowcem opowiadanie wysmara

Lekko o kozie rymami nam zarzucił

Wytyczył cel i w myśli płodną podrzucił

Jak tu napisać tyle tych słów jeno wierszem

To @Dziwen może rzeczy dostarczyć barwniejsze

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci


Jak opowiadanie obyczajowe, to romans. Jak koza, to szatan. Jasne? Jasne.


***


Przepychacze i podgrzewacze


Mijając wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczyłem przywiązaną do ich klamki kozę. Może zdziwiłoby mnie to, gdyby nie to, że ledwie półtora miesiąca temu przeżyłem porwanie, ukartowane przez czczące piekielne siły norweskie nastolatki. Od tamtej pory zacząłem jednak bardziej szanować zwierzęta (R.I.P., łosiu), dlatego choć wczorajszego wieczoru śpiąca koza wywołała we mnie wyłącznie rozczulenie, to zobaczywszy ją dziś rano, przyjrzałem się jej nieco dokładniej.


Tak, zdecydowanie koza była zadbana i należycie zabezpieczona. Nie była przywiązana byle jakim jutowym sznurkiem czy łańcuchem: z klamką łączyła ją markowa skórzana smycz ze złotymi okuciami. U jej szyi, na pasującej do smyczy obróżki, dyndała adresówka z numerem telefonu i imieniem - Józefina - która cicho pobrzękiwała, gdy kózka ruszała głową. Jej białe futerko było zadbane i błyszczące, a prostokątne źrenice patrzyły wprost na mnie ze zwierzęcą mądrością.


Sąsiadki nie udało mi się, co prawda, jeszcze poznać; sprowadziła się niedawno, i widziałem wyłącznie zarys jej sylwetki, gdy tydzień temu wieczorem rozładowywała swoje klamoty z paki Traficara. Zastanawiałem się nawet przez chwilę, czy jej nie pomóc w ramach nawiązywania dobrych relacji sąsiedzkich, jednak dopiero co sam wróciłem do domu i wymagałem solidnej dezynfekcji po zleceniu (pan Zenek zawsze mi oddawał zatkane szamba mówiąc, że on już się w życiu nanurkował w Baj-kale).


Gdy wracałem z roboty popołudniu (to była ostatnia z 12 prac, które pan Zenek zlecił mi w ramach odpracowania grzechu wzięcia nieplanowanego wolnego z uwagi na sytuację norweską i zniechęcenia klienta, do którego nie zdążyłem dotrzeć na zaplanowane odtykanie kanalizy) i zobaczyłem, że koza dalej stoi, nie wytrzymałem i postanowiłem zapukać do sąsiadki. Jasne, mogłem pójść do siebie, ogarnąć się trochę, zostawić przepychacze i dopiero wtedy wrócić do sąsiadki, ale ta sytuacja trwała już trochę za długo. W końcu trzymanie kozy na klatce bez choćby miseczki wody przez tak długi czas podchodziło pod znęcanie się nad zwierzętami! 


Po chwili usłyszałem człapanie kapci za drzwiami, a następnie ciche przesunięcie klapki na wizjerze. Stanąłem prosto, żeby jak najlepiej się zaprezentować.

- Kto tam? - usłyszałem przytłumione pytanie zza drzwi.

- Dzień dobry, hydr… to znaczy, sąsiad z góry! - wyrzuciłem niepewnie. Sąsiadka widać równie niepewnie odebrała moje przywitanie, ale po chwili otworzyła drzwi.


Przed moimi oczami stanęła drobna dziewczyna mniej-więcej w moim wieku z farbowanymi czarnymi włosami, przypominającymi nieco hełm. Albo kask. Ewidentnie nie była gotowa na przyjęcie kogokolwiek, bo pod oczami miała przyklejone te takie śmieszne żelowe plasterki, które wyglądają z daleka jak limo, a na piżamę w batmana zarzuciła błękitny pluszowy szlafrok.


- Dzień doo..OOOOO! Co, do cholery?! CO TU ROBI TA KOZA?! - wrzasnęła sąsiadka, gdy tylko jej wzrok padł na Józefinę. - Skąd ją masz i dlaczego ją tu przyprowadziłeś?!

Zatkało mnie. Odsunąłem się nieco od drzwi i wskazałem palcem na smycz.

- A to nie jest pani koza? Od wczoraj siedzi tu, biedna, przywiązana do pani klamki… Nikt jej nie dał wody, siana… Nie wiedziała pani o niej?

- Nie, do diabła, nie wiedziałam! - sąsiadka wciąż była zdenerwowana, choć pierwszy szok już ewidentnie opadł. Wyglądała nawet trochę uroczo z tymi wybałuszonymi oczami i ciemnoczerwonymi plamami na policzkach. - Przecież… przecież miało jej już nie być! 

- Nie do końca rozumiem. To w końcu jest pani opiekunką tej kozy, czy nie? Bo ja nie mogę pozwolić na takie znęcanie się nad zwierzęciem, żeby stało ciągle…

- Nie! To znaczy… nie, to nie jest moja koza! Nie chcę jej! Mam już dość! Niech już zniknie, niech mi da spokój! - sąsiadka rozkleiła się, a łzy jak grochy popłynęły z jej oczu. Żelowe paski zaczęły spływać po policzkach, ale zdawała się tego nie zauważać. - Rytuał się znowu nie udał…

Usłyszawszy słowo rytuał, serce zaczęło mi walić. “Oooooo nie, znowu!”, krzyczało wszystko we mnie. Miałem po dziurki w nosie alternatywek kombinujących z nieczystymi siłami, które ściągają grzecznych polskich hydraulików w środek mroźnego lasu i przeprowadzają czary przy pomocy zwierząt.

- To ja może panią zostawię z tą kozą, bo to w sumie nie moja sprawa, jaką pani ma z nią relację… - wydukałem i zacząłem się wycofywać, jednak sąsiadka w jednej chwili przypadła mi do nóg i zakwiliła:

- Proszę… proszę mnie nie zostawiać z nią samej! Proszę mi pomóc! 

Serce zabiło mi szybciej, jednak tym razem nie z lęku przed powtórką z Norwegii, a z dziwnego, nieopisanego współczucia dla dziewczyny. Wydawała się być naprawdę zdesperowana, nie mogłem jej tak po prostu zostawić na pastwę rogatej bestii. Nawet, jeśli bestia nazywała się Józefina i była naprawdę uroczą kózką.


Sąsiadka otarła łzy widząc, że nie zamierzam uciec, i wstając z kolan, bezgłośnie zaprosiła mnie do mieszkania. Miało ono bliźniaczy układ do mojego - dwupokojowa klitka w PRL-owskim bloku, typowe kopiuj-wklej. Nosiło ono ślady świeżej wprowadzki: gdzieniegdzie stały kartony z rzeczami, ubrania leżały złożone w kosteczkę pod ścianą, obok nich na podłodze stały roślinki pokojowe, których nazw kompletnie nie pamiętałem, choć matka próbowała mi wpoić tę wiedzę latami (no, kojarzyłem paprotkę, gdy matka po powrocie z wczasów krzyczała: “Znowu mi paprotkę zabiłeś, łachudro!”). Barłóg z koca na kanapie z towarzyszącym mu laptopem i miską zupki chińskiej informował, że to z tego miejsca wyrwałem sąsiadkę swoją wizytą. 


Rozłożyła stojące w kącie składane krzesło i zaprosiła mnie gestem, żebym usiadł. Bez słowa poszła wstawić wodę w kuchni i po chwili wróciła z dwoma kubkami herbaty. Widząc jej podłamanie nie miałem serca mówić, że piję tylko słodzoną, więc z pokerową miną przełknąłem pierwsze łyki ewidentnie Sagi przeznaczanej zwykle dla gości. Pewnie została w tym mieszkaniu jeszcze po poprzednich lokatorach.


- Przepraszam pana strasznie. Może od tego zacznijmy. - powiedziała, wzdychając, gdy już usadowiła się w swoim gnieździe na kanapie. - mam na imię Mariola.

- Grzechu jestem, miło mi. - kiwnąłem głową, niepewny, czy powinienem wyciągnąć rękę, ale stwierdziłem, że wtedy na bank rozleję herbatę, której sąsiadka nalała po góralsku.

- To naprawdę nie jest moja koza. - zaczęła Mariola, zarzucając sobie na ramiona poły koca. Wyglądała przy tym trochę jak baby Yoda. - To znaczy… Może tak: to ja ją sprowadziłam na świat. …W sensie, nie urodziłam jej! Sprowadziłam ją chyba do naszego świata.

- Domyślam się, że rytuałem?

- Tak, ale ja naprawdę nie chciałam! Chciałam Kozę, Józka Kozę. To mój były. Ja… chciałam, żeby ze mną został. Znalazłam takie norweskie forum w internecie, na którym jakaś dziewczyna opisywała rytuał uwiązania mężczyzny. - Mariola poprawiła się trochę w swoim gnieździe i wzięła łyk herbaty. Nie patrząc mi w oczy, kontynuowała. - Był cały po norwesku, ale przetłumaczyłam sobie przepis Tłumaczem Google. Wiesz, jakieś tam pentagramy na podłodze, świece, takie tam. Tylko tekst trzeba było powiedzieć po norwesku. 


Pokiwałem głową, próbując nie okazywać po sobie, że sam mam złe doświadczenia z norweskimi forami okultystycznymi.

- Przepuściłam go sobie parę razy przez TTSa, żeby mniej-więcej ogarniać wymowę. Mówię Ci, norweski jest naprawdę dziwny w wymowie! I ponoć wystarczyło tylko podstawić imię i nazwisko faceta, no i chyba coś pomieszałam w tym wszystkim, bo pojawiła się ta koza. To było trzy miesiące temu. Ja już nawet nie chcę tego nieszczęsnego Józka! 

- I… ona ma jakieś szatańskie moce?

- No… nie. Ale ciągle za mną chodzi.

- Okej, ale to nie dlatego, że to w sumie czujące zwierzę, które potrzebuje opiekuna, i dodatkowo powiązałaś je ze sobą jakimś rytuałem, więc po prostu cię lubi? - zapytałem ze zwątpieniem, drapiąc się po głowie.

- Nie, nie rozumiesz! Ona pojawia się wszędzie tam, gdzie jestem ja. Szłam na uczelnię, po chwili ona też tam była. Wychodzę z supermarketu - znowu ona. Nawet, gdy poszłam do kumpeli, to z balkonu widziałam tę przeklętą kozę na trawniku pod blokiem!

- I nic nie pomogło? Zawsze cię odnajdywała?

- Niestety. - Mariola zwiesiła głowę i objęła rękoma kolana. - tydzień temu przeprowadziłam rytuał odpędzający, który wrzuciła na forum ta sama wiedźma. Myślałam, że się udało, bo koza zniknęła… Postanowiłam się przeprowadzić, żeby tym razem na pewno mnie nie odnalazła. I tydzień temu sprowadziłam się tu ze Szczecina. Miałam nadzieję, że to wystarczy, i przez tydzień był spokój, aż do teraz. 


Z oczu Marioli ciekły łzy, na widok których czułem dziwne drżenie serca. Chciałem pomóc tej uroczej dziewczynie, choć nie do końca wiedziałem jak.

- Masz gdzieś zapisany ten wątek z forum o rytuale odpędzenia? Może coś ci umknęło? - zapytałem, postanawiając zrobić to, co robił w takich sytuacjach pan Zenek - zacząć od źródła zatkania. 

Mariola chwyciła laptopa i po kilku kliknięciach pokazała mi stronę. Zrobiło mi się trochę słabo, bo było to forum “Heksegummistøvler” - to samo, na którym szukałem gumiaków, a znalazłem traumazol.

Przełknąłem gulę w gardle i przerzuciłem tekst zarówno do Tłumacza Google, jak i do ChataGPT, by mieć porównanie. 

- Bingo! - krzyknąłem i pokazałem palcem na linijkę, przetłumaczoną przez ChatGPT. - tu, zobacz! Jest napisane, by trzymać drugą osobę za rękę. Tłumacz przetłumaczył to jako “trzymać się za ręce”. Może to dlatego nie wyszło?

Mariola przysunęła się bliżej, a ja poczułem jej ciepły oddech z nutą krewetkowej tajskiej. 

- O cholera, rzeczywiście. Wtedy, podczas rytuału, po prostu złapałam się za rękę i tak stałam jak sierota.

Wiedziałem, co trzeba było zrobić. Nie uśmiechało mi się branie udziału w jakimkolwiek norweskim rytuale, tym bardziej z kimś, kogo ledwo znałem… Ale z drugiej strony, Mariola wydawała się bardzo zdesperowana i poczułem, że potrzebuje mojej pomocy. Kto wie, może to będzie początek czegoś piękniejszego?

Sąsiadka patrzyła na mnie z pełną smutku nadzieją, a ja poczułem, jak klata mi rośnie. Wziąłem duży łyk zerujący herbatę i bez krzywienia się powiedziałem:

- To co, wypędzamy kozę?


***


Na łazienkowej podłodze wyłożonej folią malarską wdzięczył się pentagram, namalowany przy pomocy czerwonej farby Dekoral o nazwie “Płachta na byka” (wykończenie satynowe), którą znaleźliśmy w pawlaczu. Łazienka była trochę mała, ale w razie, gdyby coś poszło nie tak, łatwiej będzie ją umyć. Musieliśmy trochę rozszerzyć pentagram o ustęp i kawałek brodzika, ale ostatecznie się pomieściliśmy.

 Na środku pentagramu leżał otwarty słoik, do którego - według przepisu rytuału - miała trafić koza, uwiązana obecnie do grzejnika. 

Mariola, okryta teraz czarną peleryną, stanęła niepewnie obok mnie u brzegu pentagramu, i zapytała:

- Jesteś gotowy?

Nie chciałem jej mówić, że normalny człowiek w życiu nie powiedziałby, że jest gotowy odwalać jakiś szajs z dopiero co poznaną kobietą po to, by wypędzić stworzenie ewidentnie zajumane samemu belzebubowi, ale ugryzłem się w język i tylko pokiwałem głową.


Gdy Mariola wyciągnęła z kieszeni peleryny kartkę z fonetycznym zapisem słów rytuału i chwyciła mnie za rękę, poczułem motylki w brzuchu. To wtedy zrozumiałem, że zaczyna mi zależeć na tej dziewczynie. Gdy na nią spojrzałem, zobaczyłem jej wpatrzone we mnie sarnie oczy. Ona chyba też poczuła to, co ja. Usłyszałem jej przyspieszony oddech, gdy z lekko rozchylonymi wargami zbliżała twarz w moją stronę…

Koza zameczała, a my odsunęliśmy się od siebie, wychodząc z transu. Musieliśmy skupić się na swoim zadaniu. Najpierw rytuały, potem przyjemności. 

Mariola odchrząknęła i zaczęła wymawiać słowa zaklęcia:

- Borte, mørk sjel, djevelen inkarnert!

Ścisnąłem ją za rękę, dodając otuchy.

- …Jeg, jomfruen, driver geiten din ut av dette badet…

Światło łazienki migało, przygasając co chwilę. Znikąd poczuliśmy chłodny powiew, który kręcił płomykami rozstawionych naokoło wierzchołków pentagramu podgrzewaczy.

- Gå bort, horndemon, forlat dette huset rent og geitfritt!

Z gardła kozy wydobył się piekielny ryk, gdy podniosła się w powietrze i kręciła w szumie wiatru. Naokoło niej wirowały ręczniki i papier toaletowy. 

Ściskając się mocno za ręce, patrzyliśmy, jak koza przeobraża się powoli w brązową maź, i kręcąc się, schodzi w dół, w dół…

- Kieruje się do kibla! - krzyknęła Mariola.

I rzeczywiście, niczym gówniane tornado, kozie pozostałości skierowały się wprost na taflę wody w otwartej toalecie. Było jej jednak za dużo… Zdecydowanie za dużo…

Niewiele myśląc, wychyliłem się z łazienki do przedpokoju, w którym stała moja torba z narzędziami, i chwyciłem przepychacz. Wciąż trzymając Mariolę za rękę, rzuciłem się do kibla i zacząłem go przetykać.

Szatańskie dźwięki przybrały na sile, gdy gumowym kielichem przepychacza wypędzałem kozie ekskrementy. W końcu głośne bulgotanie zastąpiło głos piekła, i cały brąz zniknął. Nacisnąłem spłuczkę i patrzyłem, jak resztki kozy zastępowała świeża, czysta woda.


Wraz z Mariolą opadliśmy na podłogę łazienki. Dziewczyna wtuliła się we mnie, a ja odrzuciłem przepychacz na bok.

- Mój bohaterze… - wyszeptała, zbliżając swoje usta do moich.


***


Twór na licencji kawiarenki #zafirewallem , gdzie #tworczoscwlasna pisze najlepsze scenariusze

ad5956a8-3018-4154-8571-4dfed2c2fea7
Wrzoo userbar

Czy w poprzedniej części padła ta wspaniała nazwa firmy pana Zenka, czy to świeży pomysł? Bo jeśli padła, a ja jej zapomniałem, to zaczynam się martwić o swoją pamięć.


I w ogóle uznanie za użycie bokmål a nie nynorsk (przynajmniej tak podopwiada DeepL). Tak jest mrocznej, północniej i piekielniej!

@Wrzoo a jednak jest kontynuacja! Myślałem, że się nie doczekam Fajne, wciągnąłem się, pasuje mi taki humor i ta końcówka xd

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci #zafirewallem


@George_Stark - musiałam zmodyfikować pomysł na kozę, ale myślę że przy okazji poruszyłam ciekawy temat.


Przyjemnej lektury wszystkim


Pan Szczepan


Kiedy pan Szczepan mijał wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczył przywiązaną do ich klamki kozę. Mały, wyleniały pluszak bimbał się coraz leniwiej na doszytym czyjąś niewprawną ręką sznureczku, aż w końcu zawisł nieruchomo. Zbył ten widok wzruszeniem ramion i otworzył drzwi wejściowe pod, swoim, numerem 7.


-Przecież mówię ci, Beata, że wczoraj widziałem kozę na tej klamce! - senior, z coraz większą nerwowością w głosie rozmawiał ze swoją córką, wskazując drzwi do sąsiedniego mieszkania.

-Tato, ale tam żadnej kozy nie było, wracałam do domu zaraz po tobie i nic na tej klamce nie wisiało. - córka pana Szczepana próbowała sprowadzić ojca “na ziemię” - Nie mogło być. Pani Tereska zmarła 7 miesięcy temu, mieszkała sama, skąd koza na klamce?

-Jak to skąd?! To ty nie pamiętasz? Madzi koza! Przecież nadal Madzia biega z tym wyleniałym stworem. Stara lola, 10 lat, a beczy gorzej od kozy, jak zapodzieje tego starego pluszaka.

-Tato, Madzia jest już po trzydziestce i ma własne dzieci… - Beata wciąż cierpliwie i spokojnie tłumaczyła ojcu rzeczywistość. Martwiło ją jednak, że ojciec coraz częściej bywał roztargniony lub tak jak w tym momencie, jakby jego życie cofnęło o kilka dekad. Zaskakujące, jakie szczegóły był w stanie spamiętać i odtworzyć w przypadkowych momentach.

-Może ma, może nie ma, a mieszkanie po Teresce tyle czasu już stoi. Wyrodna córka, matką się nie zajmowała w ostatnich latach życia, za to łapy na spadku od razu położyła. Braciszka to pięknie wysiudała z maminej krwawicy.

-W dożywocie miała zapisane - broniła koleżanki z lat dziecięcych Beata - i nie mów, zajmowała się panią Tereską. Dbała o matkę, codziennie była, a jak pani Malinowska trafiła w końcu do szpitala to wzięła bezpłatny urlop, żeby być przy matce. A teraz, czego ma tu siedzieć? Mieszkanie pouprzątała krótko po pogrzebie, wynajmować go na razie nie chce, to i stoi puste. Ciesz się, lepiej tak, może któreś z jej dzieci za jakiś czas tu zamieszka, niż mieć za ścianą znowu studentów. Pamiętasz imprezy u tych z góry dwa lata temu? Sam tego wytrzymać nie mogłeś.

-A kto by wytrzymał to tupanie po suficie i wieczne umcy-umcy?! - panu Szczepanowi ciśnienie skoczyło na samo wspomnienie - Przypomnij mi, żebym zadzwonił do Stachowiaka, żeby ich w końcu wyrzucił za te ciągłe hałasy.

-Tato, ale on przecież tych studentów dwa lata temu wyrzucił. Nawet semestru nie wytrzymali. Teraz wynajmuje pan Błażej, ten od komputerów. Niedawno z internetem nam pomagał.

-Internetem… podsłuch zakładał. - burknął starszy pan, niby pod nosem, ale tak, by córka z pewnością mogła go wyraźnie usłyszeć.

-Jaki podsłuch, co ty tato wygadujesz? - nie pierwszy raz w ostatnich tygodniach Beata usłyszała coś takiego od ojca. - Nieważne, jesteśmy pod przychodnią, to ja lecę do pracy. Potem zrobię zakupy. Pamiętaj zabrać recepty od doktorki, to jutro wykupię ci leki.

-Jakbym kiedykolwiek o tym zapomniał. - obruszony pan Szczepan nawet nie pożegnał się z Beatą. Odwórcił się na pięcie i nie oglądając się na nikogo ani na nic, wszedł do budynku.


Kilka godzin później Beata zastała otwarte i puste mieszkanie. W pierwszej chwili pomyślała, że z roztargnienia zapomniał za sobą zamknąć drzwi na klucz, ale jej powitaniu odpowiedziała cisza. Po ojcu nie było widać ani śladu - zniknęły kurtka i buty z przedpokoju. Nie zostawił kartki na stole, chociaż zwykle to robił. Nawet, jeśli tylko schodził do pobliskiego sklepiku po drobne zakupy.

Nie ma się czym przejmować, na pewno niedługo wróci. Pomyślała Beata i zajęła się dokończeniem obiadu.

Godziny mijały, lecz pan Szczepan nie wracał. Zaniepokojona córka coraz bardziej nerwowo spoglądała przez okno. Było już po dwudziestej pierwszej, gdy wreszcie postanowiła zadzwonić na telefon komórkowy ojca. Po kilku sygnałach dzwonek telefonu zaczął rozbrzmiewać w kuchni przytłumionym dźwiękiem. Szybkie przeszukanie pomieszczenia pozwoliło jej odnaleźć aparat w szufladzie z przyborami kuchennymi. To ją zaniepokoiło jeszcze bardziej. Zaczęła zastanawiać się, gdzie tata mógłby się udać o tej porze. Nie należał do zbyt towarzyskich osób, szczególnie od śmierci mamy 5 lat temu. Ona jedna była w stanie wyciągnąć tego mruka do ludzi. Przeważnie spędzał czas w domu, próbując coś naprawiać, w przerwach od kolejnych wizyt u specjalistów. A jego stan, miała wrażenie, od jakiegoś czasu, po cichu, nieubłaganie się pogarszał.

Bała się, w tym momencie już strasznie się bała. Nie wiedząc co robić, zadzwoniła do starszej siostry. Może ojciec postanowił nagle ją odwiedzić? Nie byłoby to normalne, widywał się z Iloną rzadko i niechętnie, zbyt mocno przypominała panią Mariannę i nie mógł tego znieść, mimo upływu czasu od pogrzebu ukochanej żony. Ale może właśnie do niej się wybrał?

-Cześć, przepraszam że tak późno dzwonię… Tata się do was nie wybierał? - rozważania przerwało nawiązanie połączenia, skupiła się na rozmowie z siostrą.


-Nie wiem, ostatnio trochę dziwnie się zachowywał. Jak wróciłam do domu drzwi były otwarte, a nie było jego, pomyślałam, że może wybrał się do was, skoro nie zostawił kartki na stole, dokąd wychodzi.


-Jasne, rozumiem. Gdyby się u was pojawił, daj mi znać.


-Pewnie, odezwę się, jak tylko wróci. Dobranoc. Pozdrów Jacka i chłopców.


Rozłączyła się. Czuła, jak rośnie jej coraz większa gula w gardle. Teraz naprawdę była w kropce. Co robić? Policja jeszcze nie przyjmie zgłoszenia, nie mam pojęcia, gdzie go szukać…

Strapiona jeszcze długo nie poszła spać. Chciała czuwać do rana, jednak w końcu przegrała walkę ze zmęczeniem i zasnęła na niewielkiej kanapce w salonie. Rano, gdy obudził ją budzik do pracy, ojca nadal nie było w domu. Sprawdziła telefon - żadnej wiadomości od siostry ani z innego numeru. Gdyby ojcu coś się stało, w jego portfelu w kieszonce z dokumentami już kilka lat temu umieściła karteczkę z numerem telefonu do siebie. Przydało się to dwa lata temu, gdy zasłabł na przystanku i zabrało go pogotowie. Więc i tym razem, gdyby to było to, raczej ktokolwiek spróbowałby się z nią skontaktować.

Tym razem jednak telefon milczał. Powinna już zbierać się do pracy, ale nie potrafiła. Zamiast tego zadzwoniła do biura i wzięła dzień wolny. W środku miesiąca w księgowości nie dzieje się aż tyle, więc przełożona bez zbędnego drążenia tematu zgodziła się na “użetkę”.


Po szybkim prysznicu i śniadaniu Beata postanowiła spróbować poszukać ojca. W ostatnich latach bywał głównie w osiedlowym dyskoncie, przychodni i regularnie zaglądał na cmentarz, odwiedzić grób żony. A co jeśli nie tam? Biorąc pod uwagę, że coraz częściej gubił się w czasie i przestrzeni, zaczęła się zastanawiać, gdzie jeszcze bywał regularnie w ciągu ostatniej dekady. Jego zakład pracy zamknięto niedługo potem, jak przeszedł na emeryturę, ale przecież budynek nadal stoi… i ten mały bar, gdzie chadzał z kolegami na piwo, jak on się nazywał? I może jeszcze tam, gdzie łowił ryby z panem Janem?

Zjeździła cały dzień w te i z powrotem, i nigdzie nie znalazła ojca. Sam również nie wrócił do domu. Zastanawiała się, czy to już ten moment, kiedy powinna zacząć obdzwaniać szpitale. Wciąż miała jednak nadzieję, że pan Szczepan sam wróci do domu. Gdziekolwiek się teraz nie podziewał.


Całodzienne poszukiwania niczego nie przyniosły. Wykończona Beata postanowiła kolejną noc przekoczować w salonie. Niespokojną drzemkę, w która zapadła na kanapce, przerwał jej dzwonek telefonu.


-Tak, przy telefonie.


-Ale jak to w Kołobrzegu? - senność, którą jeszcze przed chwilą była ogarnięta Beata, ustąpiła szokowi.


-Tak, jeśli mogę poprosić, żeby ktoś miał na niego oko. Przyjadę najszybciej jak to możliwe. Mógłby pan powtórzyć, który dworzec?


-Rozumiem, bardzo dziękuję. Będę za kilka godzin.

Zakończyła połączenie z ulgą. Od razu postanowiła zadzwonić do siostry.

-Ilona, tata się znalazł.


-Tak, nic mu nie jest. Raczej nic. Jest w Kołobrzegu.


-Ja też nie wiem jakim cudem.


-Obsługa dworca go zawinęła. Wysiadł z autobusu i kręcił się jak błędna owca przez kilka godzin po dworcu, to się w końcu zainteresowali. Był skołowany, nie potrafił powiedzieć jak się nazywa. W portfelu znaleźli dokumenty i numer do mnie, i zadzwonili.


-Tak, trzeba go odebrać. Zanim zaczęłam się zbierać, zadzwoniłam do ciebie.


-Pewnie, podjadę po ciebie.


-Za godzinę będę.


Po kilku godzinach siostry dotarły na dworzec autobusowy w Kołobrzegu. Zaparkowały auto i weszły do niezbyt pięknego budynku, typowej PRL-owskiej kostki, w której miał na nie czekać pod nadzorem ochrony pan Szczepan.

-Dzień dobry, Beata Suszka, przyjechałam odebrać ojca.

-A, panie od tego dziwnego pana, co się tu zgubił? Kierownik zabrał go do swojego biura. Korytarzem prosto i w lewo.

-Dziękujemy bardzo.

Kobiety szybko znalazły gabinet kierownika.

-Witam panie serdecznie.

-Dzień dobry, przepraszamy za kłopot i bardzo dziękujemy za zajęcie się tatą. - zaczęła Beata, ledwo przekroczyły z Iloną próg niewielkiego pomieszczenia. Cztery osoby to był już tłok.

Pan Szczepan siedział na krześle z lekko błędnym wzrokiem, który prześlizgnął się bez większej refleksji po Beacie, za to nieoczekiwanie dłużej zatrzymał się na Ilonie.

-Marynia? - poderwał się z krzesła i ruszył, ku starszej córce.

-Ilona, tato. Mama nie żyje od pięciu lat. Pamiętasz? - Ilona patrzyła skołowana na ojca.

-Nie, Ilonka jest malutka i Beatka też. Przyjechałyście do naszego ośrodka wczasowego 3 dni temu. A ja dopiero dzisiaj mogłem dojechać. Maryniu, gdzie masz dziewczynki?


---------

1462 słowa

I bardzo się cieszę, że musiałaś, bo całość wyszła świetnie! A i mnie teraz jeszcze jeden pomysł przyszedł do głowy, zainspirowany Twoim opowiadaniem. Tylko żeby czasu wystarczyło.

@moll tak, poruszyłaś ciekawy i ważny temat i zrobiłaś to w bardzo dobry sposób. Bardzo dobrze się czytało i było czuć to napięcie co to mogło się wydarzyć.

Temat mi bliski bo tuż po #hejtopiwo odwiedziłem babcię, która ma alzheimera i dziadka, który chyba właśnie do niej dołącza albo z alzheimerem albo demencją, a moja mama musi się nimi zajmować. No i powiedzieć, że ma ręce pełne roboty to jak nic nie powiedzieć. O tyle dobrze, że babcia zachowuje się dobrze i z nią takich przebojów nie było. Z dziadkiem jest gorzej, ale szczęście w nieszczęściu, że ostatnio dziadek ma problemy z poruszaniem się i też za dużo zwojować przez to nie może.

@moll piękne opowiadanie. Cały czas miałam w głowie film "Ojciec" z Anthonym Hopkinsem i Olivią Colman, i sztukę teatralną na jego podstawie, którą widziałam w Szczecinie... Wtedy pierwsze, co zrobiłam po wyjściu z teatru, to telefon do taty.

Teraz też zadzwonię.

Zaloguj się aby komentować

#sowieuniswersum #naopowiesci

-Walther aż usiadł z wrażenia... 

*Umowa o pracę... Stałe godziny pracy... ubezpiecznie i zus... to jest niemożliwe, musi być tu jakiś haczyk*

-Jaki jest haczyk? W naszych stronach uop mają tylko funkcjonariusze z gminy.

"Zbyszek przybliża się do Walthera przy stoliku, delikatnie strzepując popiół z samofajka"

-Musisz jechać przynajmniej teraz do Hejto City na koncert. Taki mój warunek, potem grasz u mnie i okazjonalny wyjazd do Bel Chateux. Zarobisz sporo, jak będziesz dziadował to w dwa lata będziesz miał na przyczepę. Korzyści z umowy chyba nie muszę wymieniać...

-Wiesz, że nie chcę jechać do Hejto City... Nie znoszę dużych miast. Muszę to przemyśleć.

"Zbyszek podaje Waltherowi kopertę, w środku jest bon na 100 litrów LPG u Piotera"

-Potraktuj to jako premię za wyjazd do miasta- Z uśmiechem powiedział Zbyszek.

-Teraz to inna rozmowa! Kiedy wyjazd? 

-Za tydzień, dostaniesz żuka i cały zbiornik LPG, uda się koncert to spójrz za okno. 

"Za oknem stoi nowiutki lublin w andorii... marzenie"

-Dostanę lublina? Zgłupiałeś?! Wiesz ile to kosz...- przerwał Waltherowi Zbyszek

-Będziesz jeździł z zespołem lublinem, a nie żukiem. Lublin jest i będzie mój po wsze czasy. - Poważnie odpowiedział Zbyszek.

-Zgoda, dawaj umowę. Rozumiem, że od dnia wyjazdu?

-Jeszcze jak! - rzekł Zbyszek podsuwając umowę i długopis.

"Walther nie zastanawiając się podpisuje, żegnaj biedo, piękna kusicielko"

-Do zobaczenia w piątek, bądź na 12. Do Hejto City dłuuga droga.

-Jasne... Szefie- powiedział Walther z uśmiechem. Jak dżejsi się dowie to wylinieje.

"Uścisk dłoni dżentelmeński i Walther wraca do poloneza, droga do domu była spokojna, oprócz kilku żuli wałęsających się po poboczach. Zajeżdza do swojej przyczepy i pierwsze co słyszy..."

-Stary draniu, gdzieś ty tak długo był?! Głodny jestem... nawet mysz upolowałem. Powiedz chociaż, że z 1500 przywiozłeś. - Dżejsi miauczy wskakując do poloneza.

-Dżejsi, od dzisiaj wszystko się zmieni... Dostałem UOPa !

-Niemożliwe...

Zaloguj się aby komentować

Doktor Koziełło


Kiedy doktor Koziełło mijał wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczył przywiązaną do ich klamki kozę. Zatrzymał się i zastanowił – „Co też tej pani Kozłowskiej mogło przyjść do głowy?”


Na odpowiedź nie musiał długo czekać. Drzwi uchyliły się i sąsiadka wyszła z mieszkania na klatkę schodową.


– Dzień dobry, doktorze – powiedziała grzebiąc w nosie. Wydłubała z niego ogromną kozę, którą wytarła o zarzuconą na siebie podomkę.


– Dzień dobry pani – odpowiedział doktor – a cóż to, remont się w domu szykuje? – zapytał.


– A, wie pan, tak sobie pomyślałam: Putin, stary cap, kurek nam z gazem zakręcił, zima idzie, a te, jak sam pan pewnie zauważył w tej epoce globalnego ocieplenia coraz to zimniejsze są. Starego mi do kozy zamknęli, to i pieniędzy tyle co kot napłakał, to pomyślałam, że wstawię sobie do kuchni piecyk taki. No bo co w końcu, mam marznąć? Niedoczekanie! A tak to zawsze człowiekowi ciepło chociaż będzie. Napalę sobie czy to sztachetami od płotów z ogródków, czy tymi kartonami po telewizorach, co to na klatce sąsiedzi je co i rusz wystawiają…


Tyradę pani Kozłowskiej przerwało trzaśnięcie drzwi na górnym piętrze. Zaraz po nim rozległ się dźwięk ciężkich butów uderzających o kolejne stopnie. Czarny kształt śmignął pomiędzy rozmówcami potrącając doktora Koziełłę. Tylko ciemne rozwiane w pędzie włosy powiewały jeszcze przez chwilę, kiedy kształt zniknął za załomem półpiętra.


– A, to ta głupia koza, Kozielska, patrz pan. A taka dobra dziewczyna z niej była! Do kościoła chodziła, w chórze śpiewała, a teraz co? Matka nie dopilnowała to i stoczyła się córeczka! Na czarno ubrana chodzi, na koszulkach jakieś diabły nosi, kozie łby w tych gwiazdach szatańskich! Kto wie co ona tam jeszcze wyprawia? Co to się ze światem porobiło?


Doktor zignorował uwagę sąsiadki. Przypomniał sobie swoją własną młodość, zresztą jeszcze wczoraj, w czasie sprzątania, znalazł starą koszulkę z kozim łbem na piersiach i z sentymentem wspominał dawne czasy, kiedy to nauczyciele nieraz za „nieobyczajny wygląd” kazali mu po lekcjach zostawać w kozie. Straszyli, że źle skończy jeśli dalej tak się będzie prowadził. Chyba jednak nie skończył tak źle? Choć przecież zawsze mogło być lepiej. Poza tym lubił młodą Kozielską, która mieszkała z nim przez ścianę. A już szczególnie cenił jej talent muzyczny. Przyjemność sprawiało mu słuchanie piszczałek, kiedy dziewczyna grała na swoim nietypowym instrumencie, bo grała na kozie. Czasami przystawiał sobie bliżej ściany swój gimnastyczny kozioł i przykładał do ściany szklankę, przez którą słuchał koncertu młodej instrumentalistki. – A to jakiś kozioł pod tę kozę trzeba by chyba zbudować? Żeby podłogi nie poniszczyć – zmieniając temat zapytał pani Kozłowskiej kiedy wyrwał się z tej chwilowej zadumy.


– A trzeba, trzeba. Racja. Pan doktor fachura widzę, nie tylko w swojej dziedzinie. Ja już nawet kozę mam – tu sąsiadka wyjęła zza drzwi deskę z uchwytem i pokazała doktorowi – tylko cegieł jeszcze nie udało mi się zorganizować. Ale w parafii, to wie pan, kościół teraz budują i…


Pani Kozłowska zdała sobie chyba sprawę, że powiedziała ciut za dużo, przerwała bowiem kiedy doktor Koziełło spojrzał na nią dziwnym wzrokiem i pogładził się po swojej koziej bródce.


– A wie pan... – tym razem to sąsiadka próbowała zmienić temat, ale urwała zmieszana, nie bardzo wiedząc na jaki. Z pomocą przyszła jej chyba jednak opatrzność boska, bowiem nad głowami rozmówców rozległy się nagle regularne, rytmiczne uderzenia. – O właśnie! Widzi pan doktor! Taka to cała rodzina tych Kozielskich! Córka, głupia koza, tylko ubiera się na czarno jak szatanistka jakaś, zresztą kto to wie, może i jest tą szatanistką, uchowaj Boże! – tutaj Kozłowska przeżegnała się nabożnie – A ten ich synek, wcale nie lepszy! Nic tylko tą piłką kozłuje po całych dniach! Koszykarzem jakimś chce zostać! Człowiek własnych myśli nie słyszy! No ale co się dziwić, jak dzieci same z matką zostały. Ten ich ojciec, cap stary, kozioł głupi, a uparty, w świat wyruszył. Zboże spławia po rzekach! Widział to kto! Kozą sobie pływa, a domu nie ma kto pilnować! Nie ma kto ma dzieci wychowywać? No bo kto ma, jak ojca nie ma, pytam się pana? A złą to miał robotę? Złą? No sam pan powiedz. Węgiel wozem rozwoził, na koźle sobie siedział, to go ten kozioł w d⁎⁎ę uwierał. Bolała go ta d⁎⁎a! A właśnie! Co do bólu, przypomniało mi się! Bo ja to bym do pana doktora sprawę miała, tak zapytam. Zapytać nie zaszkodzi, raz w końcu kozie śmierć, prawda? Bo mnie tak plecy, o tu na dole, tak bolą, jakby mi kozioł rozpędzony w nerki rogami uderzył. Nie spojrzał by pan doktor może?


– Spojrzę – odpowiedział doktor Koziełło. – Spojrzę, pani Kozłowska, ale jutro, jak z pracy wrócę. Dyżur, sama pani rozumie. No, muszę już pędzić. Do widzenia.


I popędził doktor. Zbiegł po schodach w dół, wybiegł z klatki schodowej i ruszył na parking.


Na parkingu czekała doktora Koziełłę nieprzyjemna niespodzianka. Okazało się, że w nocy ktoś ukradł mu koła. Alufelgi, co prawda dość zdarte i nie najmodniejsze, na których już kupił to auto, okazały się być komuś potrzebne.

– „Dobrze, że chociaż na koziołkach go zostawili, a nie tak na glebie” – pomyślał. Wyjął telefon i zadzwonił po taksówkę.


Taksówkarz był mrukliwy, doktor Kozłowski zresztą też nie był w nastroju do rozmów. – „Trzeba było, cholera, nie być upartym! Trzeba było posłuchać Kozietulskiego, kiedy radził żeby po studiach zostać w Poznaniu.” – myślał – „To nie! Spokoju mi się zachciało! Małego miasteczka! Co mnie na te Kozy podkusiło? Już chyba w Pacanowie byłoby mi lepiej!”

– Sto trzy złote się należy – z zadumy wyrwał go głos taksówkarza. Sięgnął po portfel, wyjął z niego dwa banknoty, ten z Władysławem Jagiełłą i ten z Kazimierzem Wielkim.

– Nie mam jak wydać – odezwał się taksówkarz patrząc na pieniądze w ręku doktora Koziełły.

– No dobrze, reszta dla pana.


Doktor wbiegł po schodach, dotarł do swojego gabinetu. Był chwilę przed czasem. Zdążył jeszcze nasypać karmy do akwarium, natychmiast do powierzchni podpłynęła koza, jego ulubiona jasnożółta rybka z ciemnymi plamami.

– Głodna byłaś, co? – zapytał rybki doktor. Kolejne pytania skierował już sam do siebie: – A może by tak zadzwonić do tego Kozietulskiego? Zapytać? Może coś tam u niego się zwolniło?


Dzwony na kozieńkim ratuszu rozkołysały się, obwieszczając swoim dźwiękiem, że właśnie nastało południe, początek dyżuru doktora Koziełły. W tym samym czasie na poznańskim ratuszu, naprzeciw zadłużonej willi, koziołki ocierały się o siebie częściami, których niektórzy woleliby nie mieć.


***


1020 słów.


#naopowiesci

#zafirewallem

#tworczoscwlasna


EDIT: Ja mam tylko nadzieję, że koleżanka @moll , której komentarz zainspirował to opowiadanie miała inny pomysł. Jeśli nie, to przepraszam.


No i muszę narzeknąć na formatowanie tekstu na tym serwisie, znowu. Trochę dziwnie to musiałem podzielić, bo inaczej wyszła ściana tekstu, której nie dało się czytać. Teraz też się czyta trudno, ale mniej trudno niż wcześniej. Chyba.

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


Z powodu braku czasu i konieczności pisania na telefonie, za czym, jako człek w latach posunięty, nie bardzo przepadam, postaram się krótko.


Otóż przypadł mi niewątpliwy zaszczyt i wątpliwa radość otwarcia kolejnej, już VI edycji konkursu #naopowiesci , która to przez najbliższe dwa tygodnie będzie odbywać się w naszej wspaniałej kawiarni #zafirewallem .


W tym czasie chciałbym żebyście napisali opowiadanie obyczajowe (cokolwiek to dla Was nie oznacza) o długości 900 do 2000 słów


Temat opowiadanie pozostawiam Wam dowolny, natomiast, ponieważ dla mnie sensem opowiadania historii jest (między innymi) znajdywanie odpowiedzi na dwa pytania: “dlaczego?” oraz “i co z tego?” chciałbym (pomysł jest zaczerpnięty z książki pani Katarzyny Bondy Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania, a także zainspirowany wspaniałym Wierszem o kozach koleżanki @moll ) żebyście zaczęli od tego samego wydarzenia i - być może odpowiadając w swoim tekście na wyżej postawione pytania - przedstawili własną wersję związanych z nim wydarzeń. Czy to przeszłych, czy przyszłych, nie ma to w zasadzie większego znaczenia.


Żeby łatwiej było nam (mi?) Wasze teksty porównać podaję cztery warianty zdania, którym, w zależności od rodzaju narracji oraz płci bohatera (lub bohaterki) chciałbym żebyście swoją opowieść rozpoczęli:


Mijając wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczyłem przywiązaną do ich klamki kozę.


lub


Mijając wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczyłam przywiązaną do ich klamki kozę.


lub


Kiedy [imię bohatera] mijał wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczył przywiązaną do ich klamki kozę.


lub


Kiedy [imię bohaterki] mijała wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczyła przywiązaną do ich klamki kozę.


***


Dopuszczam oczywiście narrację z perspektywy innych płci lub narrację drugoosobową, choć taki wybór, w mojej ocenie na tyle utrudnia zadanie, że osoba decydująca się na taki krok będzie musiała sobie już samodzielnie poradzić z przeredagowaniem pierwszego zdania. Niech ma za swoje!


***


ZASADY OCENIANIA wymyślę pisząc podsumowanie.


***


To tyle na początek. Miłej zabawy i liczę na Waszą kreatywność!

Zaloguj się aby komentować

Miałam możliwość oglądania @CzosnkowySmok gdy po raz pierwszy czytał dzieło kolegi @George_Stark o czarodzieju i tego uśmiechu nigdy nie zapomnę


Dżordżu, uważam że Twoje teksty w tej edycji były najlepsze!


Korzystając więc z bardzo uznaniowych zasad zabawy #naopowiesci uznaję za zwycięzcę piątej edycji kolegę @George_Stark !


Gratuluję koledze z całego serca!


Opowiadania stworzyli również:


@moll Konan Bibliotekarz i przetrzymany rękopis

@KatieWee Ania Zombie

@Wrzoo Order Męstwa

@splash545 Potępieni - śladami wiedźmina


#zafirewallem #podsumowanienaopowieści

00ed7534-d091-4649-9d50-12e3aeb0df37

Zaloguj się aby komentować

Udało się! Jest oto i moje opowiadanie w bieżącej edycji #naopowiesci !


Konan Bibliotekarz i przetrzymany rękopis


Do pracy w Bibliotece uniwersum (zwanej przez wszystkich BIBLIOTEKĄ) powołani zostają nieliczni - dostają się do niej na listowne zaproszenie, wtapiają się się przez regały, niekiedy porywa ich wir ksiąg. On jednak drogę do BIBLIOTEKI wyciął sobie mieczem w jednym z plądrowanych pałaców w bajkowych krainach Wschodu, dokąd zagnały go żądza przygód, krwi i skarbów. 

Każdy z pracowników zajmuje ściśle określone miejsce, o którym decyduje Starszy Kustosz. Każdy, od magazyniera bibliotecznego, przez bibliotekarzy, po pozostałych, podległych mu, kustoszy, zajmuje właściwe sobie miejsce w hierarchii i poszczególnych działach. Jednak wraz z pojawieniem się Konana, BIBLIOTEKA utworzyła całkiem nowy dział, którego w swojej historii dotychczas nie posiadała. Pomieszczenie Wydziału Windykacji Terenowej (WWT) pojawiło się wraz z nowym pracownikiem, wkomponowując się niemal niezauważalnie w krajobraz BIBLIOTEKI. Co prawa wywołało niespotykane poruszenie wśród załogi, lecz stojący na czele BIBLIOTEKI od prawie 200 lat starszy kustosz Joachim przyjął taki obrót wydarzeń ze stoickim spokojem, pamiętając, gdy w początkach jego kariery podobne zamieszanie wywołało powstanie Sali Książek Prawie Wydanych - wraz z sąsiednim pomieszczeniem Książek Nigdy Nienapisanych bardzo szybko zostały okrzyknięte Szufladą. Wiedział więc, że i tym razem ludzie się przyzwyczają, a BIBLIOTEKA wróci do swojego zwykłego rytmu.

Windykacja Terenowa okazała się w niedługim czasie sprawnie działającą komórką BIBLIOTEKI. Pokaźna kupka monitów, do tej pory zalegająca smętnie w wypożyczalni, topniała sukcesywnie. Konan sam lub z pomocą innych bibliotekarzy sprawnie odzyskiwał zawieruszone przez czytelników pozycje.

Ta sprawa wydawała się równie prosta, jak wszystkie pozostałe. Od bagatela 20 lat alchemik Alojz przetrzymywał biblioteczny egzemplarz rękopisu Contra saevam pestem regimen autorstwa Macieja Miechowity, który wraz z innymi dziełami słynnego krakowskiego kanonika trafił swoimi drogami do BIBLIOTEKI. By potwierdzić autentyczność księgi, Konanowi miała towarzyszyć Irmina - starszy bibliotekarz Księgozbioru Alchemicznego.

Irmina nie lubiła opuszczać swojego zakamarka BIBLIOTEKI. Choć pracowała tutaj ledwie 33 lata, nie potrafiła już funkcjonować poza jej murami. Delikatne brzęczenie przepełnionych na równi magią, co w niektórych przypadkach bzdurami, tomów wibrowało również w niej i przy dłuższej nieobecności zaczynała czuć się co najmniej nieswojo w innym otoczeniu. Niektórzy uważali, że urządziła sobie sypialnię w jednym z zakamarków sali zabiorów alchemicznych, ale były to tylko niepotwierdzone plotki.

Standardowa procedura windykacyjna nie była skomplikowana. Monit sam odnajdywał książkę. Wystarczyło przyłożyć go do czytnika i przejść przez drzwi, które znajdowały się w kącie biura WWT.

Teleportacja nie należała do najprzyjemniejszych. Konan zdążył się już przyzwyczaić do jej skutków, jednak dla Irminy była czymś nowym i kobieta lekko zachwiała się, gdy krótka podróż dobiegła końca.

Znaleźli się w ciemnym i pachnącym stęchlizną pomieszczeniu. Szybki rzut okiem po otoczeniu upewnił ich, że znajdują się w pracowni alchemicznej. Alojz, a właściwie jego zmumifikowane zwłoki, tkwiły wciąż na krześle, oparte korpusem o roboczy stół zastawiony szklanymi naczyniami, na których dnie majaczyły resztki dawno zwietrzałych ingrediencji i kilka otwartych ksiąg.

-To Contra - Irmina szybko zlokalizowała księgę na stole i wyciągnęła rękę w kierunku woluminu leżącego obok głowy denata, jednak nim udało jej się chwycić tom, usłyszała:

-Nie tak prędko, ten DZIENNIK trafi do archiwum.

Mężczyzna, który bezszelestnie właśnie wszedł do pomieszczenia, został szybko zablokowany przez Konana, zanim zdążył podejść do Irminy.

-Tobiasz, znowu się spotykamy - wyglądało na to, że Konan zna nieznajomego.

-Konan, - przybysz rzucił z przekąsem - i ty tutaj…

-Marzy ci się powtórka z Rocznika świętokrzyskiego? - bibliotekarz uśmiechnął się szeroko na samo wspomnienie tamtej udanej windykacji tomu.

-Tym razem jestem lepiej przygotowany - nim dokończył zdanie, szybkich chwytem powalił Konana, wyminął go i ruszył w kierunku Irminy, która z opasłym tomem przyciśniętym do piersi stała w miejscu, gdzie się pierwotnie zmaterializowali z Konanem.

Nim archiwista zdążył wyrwać bibliotekarce księgę, jej towarzysz zdążył go podciąć i przetoczyć się w stronę leżącego na zakurzonej podłodze napastnika. Szamotanina, w której szanse obu mężczyzn przez dłuższy czas były wyrównane, oddawali sobie cios za ciosem, jednocześnie próbując uniknąć pięści i kopniaków przeciwnika. W międzyczasie zdążyły ucierpieć regały, kilka szklanych konstrukcji alchemicznych, a sam Alojz spadł ze swojego krzesła nie wiedzieć kiedy, tracą przy okazji jedną z rąk i kawałek żuchwy. Obaj panowie byli już obszarpani i pokiereszowani, gdy Tobiasz zyskał chwilową przewagę i przycisnął Konana do wolnego fragmentu ściany.

-Oddajcie księgę - wydyszał ciężko w kierunku coraz bardziej purpurowej twarzy Konana.

Na taki moment właśnie czekała Irmina, który jakiś czas temu odłożyła księgę w bezpiecznym zakątku pracowni, stojąc nieopodal nieruchomo i dzierżąc w dłoniach od kilku minut mosiężne popiersie Paracelsusa. I nareszcie mogła go użyć. Nie tracąc czasu na niepotrzebne zwracanie na siebie uwagi, zaszła skupionego na Konanie Tobiasza i z rozmachem uderzyła podobizną ojca nowożytnej medycyny w tył głowy archiwisty. Ten nie zdążył się zorientować w sytuacji, gdy padł jak długi, wzbijając kolejny tuman kurzu.

-Dzięki - zaskoczony Konan rozmasowywał obolałą szyję. - A teraz się zbierajmy, nie dostał zbyt mocno, za chwilę się obudzi.

Irminie nie trzeba było dwa razy powtarzać, chwyciła księgę i już stała obok niego.

-Jak wrócimy? - zapytała lekko drżącym głosem. Słyszała już wcześniej o tym, że Konan od czasu do czasu napotykał na archiwistów, ale nie sądziła, że sama będzie uczestniczyła w czymś takim

-Tak samo, jak tu dotarliśmy - Konan zaczął przeszukiwać kieszenie - szlag, monit musiał mi wypaść w trakcie szarpaniny.

Oboje zaczęli przeszukiwać podłogę pracowni.

-Mam! - Irmina z triumfem chwyciła za fragment blankietu, wystający spod komody. - O nie, jest porwany, co teraz zrobimy?

-Poszukamy biblioteki. - jej towarzysz był całkowcie spokojny. To nie była pierwsza akcja, podczas której najszybsza droga powrotu do BIBLIOTEKI okazała się niemożliwa.

Szybko opuścili budynek. Pracownia Alojza mieściłą się w suterenie starej kamienicy.

-Jak znajdziemy bibliotekę? Co to za miasto? - do tej pory opanowana Irmina wyglądała, jakby za moment miała siąść i się rozpłakać.

-Za pomocą kompasu - Konan wyciągnął niewielkie, polerowane puzderko, którego wnętrze stanowiła igła “magnetyczna” otoczona pierścieniem symboli w trudnym do zidentyfikowania na pierwszy rzut oka języku. - Igła wskazuje kierunek, w jakim znajdziemy najbliższą bibliotekę.

Chwycił Irminę za rękę i prowadząc jak małą dziewczynkę, po 20 minutach szybkiego marszu dotarli do budynku, którego wejście zdobiła czerwona tablica z napisem “Miejska Biblioteka Publiczna”.

Jak się okazało, zdążyli na jakiś kwadrans przed zamknięciem - tego dnia placówka miała krótsze godziny pracy.

Nim siedząca za biurkiem wolnego dostępu bibliotekarka zdążyła im cokolwiek powiedzieć, weszli pomiędzy regały… i wyszli w wypożyczalni BIBLIOTEKI.

-Monit trochę ucierpiał - Irmina wyciągnęła zmaltretowany skrawek papieru spomiędzy stron księgi i podała wraz z nią bibliotekarzowi siedzącemu za kontuarem wypożyczalni - ale książka odzyskana.

Teodor odebrał od niej na moment tom, odnalazł kartę biblioteczną Alojza i zapisał na niej datę zwrotu księgi.

Irmina z tomiszczem pod pachą udała się odstawić ją obok innych dzieł Miechowity. Konan zaszył się u siebie, przygotowując raport z windykacji, a pani Renia jeszcze długo zachodziła w głowę, czy ta dziwna par, która wparowała do biblioteki tuż przed zamknięciem tylko jej się przywidziała, czy jednak ktoś szybko wszedł i jakimś cudem niepostrzeżenie zdążył opuścić wolny dostęp przed zamknięciem biblioteki.




1110 słów


#zafirewallem #tworczoscwlasna

27560ff1-0b28-485a-9dd4-9b17f2695353

Dobre, mały spellcheck @moll


"Szamotanina, w której szanse obu mężczyzn przez dłuższy czas były wyrównane, oddawali sobie cios za ciosem, jednocześnie próbując uniknąć pięści i kopniaków Renia ..."


Propozycje:

Wynikła szamotanina,

Nastąpiła szamotanina,

Wdali się w ...

Nie wiem, jakoś mi to tak średnio brzmi


"jeszcze długo zachodziła w głowę, czy ta dziwna par, która wparowała do biblioteki"


Miałaś na myśli "para" ?


Super się czytało! \o/

Zaloguj się aby komentować

Czasami kilka kroków to prawdziwa podróż, która zmienia życie.


Pomysł na to opowiadanie powstał kiedy pomagałam organizatorkom trzeciego zlotu fanów Ani z Zielonego Wzgórza w rozlewaniu lemoniady malinowej do butelek. Wszystko wokół stało się czerwone i lepkie…


Po tej historii z Nawiedzonym Lasem, kiedy Ania i Diana opowiadały sobie przerażające historie o zjawach i potworach zamieszkujących niewielki lasek między Green Gables i Orchard Slope, Maryla starała się wybić z głowy Ani bzdury o martwych dzieciach wyciągających ręce po prośbie, o szkieletach pobrzękujących kośćmi i innych strachach. Ania nieraz biegła bez tchu przez jodłowy zagajnik, w którym zawsze było ciemno, bo wysokie jodły nie przepuszczały między swoimi gałęziami nawet promyka światła. Czasami tylko we dwie z Dianą zaglądały w ciemniejsze zakątki lasku, a potem uciekały z piskiem i śmiechem. Wyobraźnia Ani podpowiadała jej wiele historii o skrzywdzonych kobietach stających się białymi damami, ofiarach morderstw i innych strachach.

Zimny dreszcz przechodził po jej plecach, gdy wymyślała lub opowiadała te historie Dianie, która trzymała ją wtedy za ręce i próbowała opanować drżenie. Dziewczynki były najlepszymi przyjaciółkami i najbliższymi sąsiadkami. Okna pokoiku Ani na facjatce wychodziły na dom państwa Barrych, więc gdy Diana nadawała odpowiednie znaki przykrywając i odkrywając świecę stojącą w oknie, Ania wiedziała co robić. Tego wieczoru szybko rzuciła Maryli - Idę do Diany, zaraz wracam! - i narzuciwszy na siebie wiszący w sieni zbyt duży sweter Mateusza pobiegła do Diany, która od kilku minut nadawała - Przyjdź jak najszybciej!

Nawiedzony Las zdawał się być jeszcze ciemniejszy niż zwykle, Ania jednak stawiając krok za krokiem powtarzała sobie, że te strachy nie istnieją, nie istnieją, nie istnieją. Szła wpatrując się w prześwit między drzewami, gdzie widać było łąkę ojca Diany. Nagle jej drogę przebiegł lis z niewielką ofiarą w pysku - spojrzał na nią bez strachu i po chwili przetruchtał na drugą stronę ścieżki. Ania zacisnęła dłonie i przyspieszyła kroku. Ciemnozielone jodłowe gałęzie zdawały się próbować zagrodzić jej drogę, smagały ją po nogach i ramionach. Widziała jednak przed sobą jasny prześwit, który dawał nadzieję. Ostatni kawałek trasy Ania pokonała wielkimi susami, zupełnie nie przejmując się tym czy ktoś ją zobaczy. Po wyjściu na porośniętą małymi, jasnymi kwiatkami polankę odetchnęła z ulgą. Ostatnie ciepłe promienie słońca barwiły na ciepłe kolory zarówno łąkę i ogród pani Barry. 

To właśnie w tym momencie gdy próbowała się przywitać z różowymi kosmosami przy furtce Orchard Slope usłyszała za sobą ciężkie sapanie. Następną i ostatnią rzeczą jaką zapamiętała był wysoki na siedem stóp mężczyzna, który chwycił ją swoimi wielkim dłońmi i ugryzł ją w  ucho. Ciamkającego z radością potwora Ani kopnęła z całej siły i wyrwawszy się z jego objęć rzuciła się w stronę Green Gables.


Stwór biegł za nią ciężko uderzając wielkimi stopami o ziemię. Ania zalana łzami biegła przez Las, którego strachy wydawały się być nierealne. Prawdziwy był tylko wielki stwór za jej plecami. Dopadła wreszcie obory i zatrzasnęła ciężkie wrota tuż przed nosem stwora. Opadła na klepisko bez sił, a jej jałówka, Dolly polizała ją po rudych włosach. Dziewczynka przytuliła się do ciepłego boku krowy, która dmuchała jej ciepło w ucho. Ania otrząsnęła się i chwyciła widły, które zwykle używał Jerry, chłopiec, którego Mateusz zatrudnił do pomocy na farmie. Z widłami w ręce ruszyła aby odbić atak nieprzyjaciela - wybiegła przez drzwi do obory i stanęła zaskoczona w miejscu. Potwora nie było - dookoła niej panowała cisza i spokój a łagodny wietrzyk chłodził jej rozgrzane czoło. Rozejrzała się, ale nie dostrzegła potwora. Zrobiła krok w kierunku domu, ale usłyszawszy dziwny dźwięk stanęła w miejscu. Wtedy właśnie potwór zeskoczył na nią z dachu obory, a Ania spodziewając się ataku wystawiła przed siebie widły. Potwór, który rzucił się na nią całym ciałem przewrócił ją i teraz leżała pod ciemnym cielskiem wstrząsanym drgawkami agonii. Potwór zacisnął pazury na jej ramieniu i zmarł, krwawiąc obficie na nową sukienkę Ani. Dziewczynka wydostała się spod niego i trzęsąc się udała do domu, gdzie Maryla szykowała na kolację kiełbaski i fasolę. Ania prześlizgnęła się za plecami Maryli, żeby ta nie zobaczyła poplamionej sukienki. Zeszła na dół odświeżona i z uśmiechem zaczęła pomagać Maryli przy kolacji. Co prawda czuła lekkie zawroty głowy, a ramię zadrapane przez potwora pulsowało bólem, ale Ania starała się nie zwracać na to uwagi. Po kolacji Ania wyjęła książki i zaczęła przygotowywać się do jutrzejszych lekcji a zręczne ręce Maryli chwyciły niedokończoną robótkę. To był jeden z tych wieczorów, kiedy siedziały obok siebie nie odzywając się nawet słowem, ale czuły się sobie bardzo bliskie.


Diana i Minnie May jak każdego poranka wyszły do ogrodu. Minnie May była już prawie tak wysoka jak fioletoworóżowe floksy. Diana nasłuchiwała kroków Ani, która po zmyciu naczyń po śniadaniu powinna pojawić się w domu Barrych. Jeżeli Ania nie przyszła wczoraj, to na pewno z jakiegoś ważnego powodu, z pewnością jednak przyjdzie dziś. Były najlepszymi przyjaciółkami i rozumiały się bez słowa i były gotowe zrobić dla siebie wszystko, jeżeli tylko mama Diany i Maryla by na to pozwoliły.


Tymczasem Ania drutem do robótek wydłubywała właśnie resztki mózgu Maryli z jej czaszki. Jej opiekunka leżała na jak zwykle wyszorowanej do czysta kuchennej podłodze. Plama krwi jaka się rozlała przy stole sprawiała, że kuchnia wyglądała nieco nieporządnie.

Ania umyła ręce, ucałowała i pożegnała pelargonię, której już dawno nadała imię Bonny i stanęła na schodkach przed domem by cieszyć się widokiem sadu, w którym tego roku jabłonie obrodziły wyjątkowo obficie i migoczącego z daleka morza. 


842 słowa


#naopowiesci #zafirewallem

5c846eae-6b7b-4aad-91bc-6e41580367bb

Zaloguj się aby komentować

Bez zbędnych wstępów, tyle może tylko, że to znów lekko tylko wygładzony za pomocą zgrubnej redakcji autorskiej szkic. Jeśli by jednak ktoś z Szanownych Czytelników znalazł jakieś błędy, nieścisłości, niezgrabności lub zwyczajnie chciałby się czepić, to jestem mocno otwarty na krytykę. Przede wszystkim na konstruktywną, ale przyjmę każdą. Z góry za nią dziękuję i zapraszam do lektury, z której to życzę czerpania przyjemności:


-----


Grzyb Wzrostu


Na Skrzyżowaniu Mrocznej Czaszki miał jeszcze wybór. Mógł wybrać drogę na zachód. Mógł podążyć przez Krainę Stalowych Byków, które, choć potrafią wydawać donośne, groźne ryki, a rozpędzone są w stanie zadawać śmiertelne obrażenia obuchowe, pozbawione jednak talizmanu, który zwykle ich pan zabiera ze sobą, znajdują się w stanie uśpienia i wówczas są zupełnie niegroźne. Właśnie w takim stanie uśpienia zwykle zastawał stalowe byki mieszkające przy Zachodnim Trakcie. Mógł również wybrać drogę na północ. Mógł ruszyć Traktem Północnym, bezpiecznym gościńcem, szlakiem handlowym, który prowadził z zamku wprost ku targowiskom, którym codziennie poruszało się setki wędrowców, a którym i on, choć dotychczas zawsze w towarzystwie – bądź to pod czujnym okiem niezwyciężonej Królowej, bądź potężnego Króla, a w dawnych czasach, w czasach, w których konflikt Królowej z wszechmocną Czarodziejką, która później okazała się być złośliwą Wiedźmą dopiero miał nadejść, czasami również otoczony jej opieką – wyprawiał się wówczas, kiedy zachodziła potrzeba uzupełnienia ingrediencji do podtrzymujących życie mieszkańców Królestwa mikstur i wyrobów.


Takie myśli przychodziły mu do głowy, kiedy było już za późno. Kiedy nie było już odwrotu. Kiedy decyzja już zapadła i nie było od niej odwołania. Ruszył bowiem na azymut. Wybrał najkrótszą, choć najbardziej niebezpieczną drogę. Skierował się na północny zachód, niewytyczoną trasą, biegnącą pomiędzy dwoma bezpiecznymi szlakami, na której to przyszło mu przedzierać się przez Dzikie Krainy. Królowa jasno dała mu jednak do zrozumienia jaka wielka jest waga jego zadania i jak bardzo liczy się w nim czas. Nie chciał zawieść Królowej.


– … i absolutnie nie wolno ci zabrać ze sobą miecza! – rzuciła Królowa na koniec, czyniąc trudne już samo w sobie zadanie jeszcze trudniejszym. A przecież był rycerzem! Jak miał poradzić sobie z niebezpieczeństwami Dzikich Krain pozbawiony swojego oręża? To właśnie wówczas zrozumiał, że zadanie, jakie postawiła przed nim Królowa jest próbą. Próbą trudną. Próbą niebezpieczną. Próbą, z której musiał wyjść zwycięsko. Zadanie to było próbą, od której zależała nie tylko jego przyszłość, ale zależało też zażegnanie konfliktu Królowej z wszechmocną Czarodziejką, która okazała się złośliwą Wiedźmą. Przyszłość nie tylko Królowej, ale całego Królestwa leżała w jego rękach. Nie mógł zawieść Królowej.


Kiedy stanął na progu Ognistego Stepu, pierwszej spośród Dzikich Krain, poczuł niepewność. Poczuł pot pojawiający się na wnętrzach dłoni, które odruchowo próbował zaciskać na rękojeści miecza. Chwytał jednak powietrze. Ujrzał wtedy leżący nieopodal kij. Wiedział, że tego rodzaju broni używają druidzi, nie potrafił jednak zaklinać potęgi żywiołów. Wiedział też, że niektórzy magowie używają kosturów, ale zaklęcia to również nie był jego żywioł.

– „Cóż, postąpię sposobem barbarzyńców” – pomyślał. Ujął kij w rękę, wykonał kilka próbnych uderzeń w powietrze posługując się kijem jak pałką. Jego ciało, wyćwiczone do miecza, nie było przyzwyczajone do tego rodzaju ruchów. Wychodziły mu niezgrabnie. Po barbarzyńsku. Spoglądając na rozpościerający się przed nim widok, na roślinność, która była od niego wyższa, doszedł również do wniosku, że taki sposób użycia tej przygodnej broni nie sprawdzi się w tym przypadku zupełnie. Spróbował innego sposobu. Wykonał próbne cięcie. Nisko, przy samej ziemi: atak na nogi przeciwnika. Wyszło zgrabnie. Sukces podniósł go na duchu, ruszył więc do przodu. Podszedł bliżej Parzących Roślin. Wykonał kolejne cięcie. Rośliny, nisko ścięte, kładły się na ziemi, tak jak hordy plugawych bestii padających pod toporami. I, tak jak te plugawe bestie, które umierając broczą ziemię krwi strumieniem, tak obrzydliwe zielsko puszczało soki, których część trysnęła na jego ciało i ubranie, pozostawiając po sobie zielone ślady. Przez chwilę bał się oparzeń od jadu, który mógł być zawarty w ich sokach, ale nic takiego nie nastąpiło. Zrozumiał wtedy, że tylko dotyk żywej rośliny może wyrządzić mu krzywdę. Że martwe, ścięte rośliny nie są już w stanie uczynić mu krzywdy. Zadowolony ze zdobycia nowej wiedzy ruszył więc dalej.


Kiedy utorował sobie drogę, którą przedarł się przez Ognisty Step oczom jego ukazała się mokra, brązowa ziemia. To były Błotniste Pustkowia. Znał legendy o tych, którzy w tej krainie zaginęli. Słyszał je zarówno od Królowej, od Czarodziejki, zanim ta jeszcze okazała się być Wiedźmą, ale też od przygodnie spotkanych podróżnych, a przede wszystkim od innych rycerzy zamieszkujących okolicę, z którymi spotykał się na turniejach i pojedynkach. Czy śmiałkowie ci, którzy zapuszczali się na Błotniste Pustkowia zostali wciągnięci przez ziemię i zostali pochowani żywcem, czy też może mieszkały tu jakieś złowrogie istoty, które czaiły się na życie śmiałków odważających się zapuszczać w te zakazane rejony, tego nie był pewien. Opowieści wyjaśniały te zaginięcia na różne sposoby. Jedno było pewne: mało kto z tych, którzy rozpoczęli drogę przez tę krainę, drogę tę kończył. On jednak musiał. Miał zadanie.


Mokra ziemia kleiła się od butów, szło się ciężko. Wszystko jednak było w porządku, było bezpiecznie, aż do momentu, gdy szerokim łukiem omijał ukrytą w ziemi nieckę, z trzech stron osłoniętą drzewami i krzakami. Poczuł dochodzący stamtąd zapach dymu, usłyszał charczące, gardłowe dźwięki – coś jakby rozmowa w groźnym, nieznanym języku, w której mógł rozróżnić co najmniej cztery głosy. Zwiększył promień łuku, licząc na to że stwory – kimkolwiek lub czymkolwiek by nie były – nie dostrzegą go. Wiedział, że najlepszym sposobem walki jest jej unikanie i uznał, że właśnie teraz ta taktyka będzie najskuteczniejszą z możliwych.


– Ej! Młody! – usłyszał za sobą. A więc stwory jednak go dostrzegły! Wszystkie myśli, cała wiedza, jaką do tej pory posiadł, w jednej chwili pojawiły się w jego głowie. Wśród całego tego zamętu dominujące były dwie. Pierwsza z nich to uciekać! Uciekać jak najszybciej. Cel już był blisko, widział już targowisko i zmierzający ku niemu gościńcem tłum kupujących. Uświadomił sobie, że wśród ludzi powinien być bezpieczny. A przynajmniej bezpieczniejszy niż tutaj, na tym pustkowiu. Drugą z kolei myślą była historia, którą opowiedziała mu Czarodziejka zanim jeszcze okazała się być Wiedźmą. Mówiła mu wtedy o kobiecie, która uciekała przed niebezpieczeństwem i miała zabronione oglądać się za siebie. Złamała jednak ten zakaz, spojrzała w tył i zamieniła się w słup soli. Kto wie jakie moce mają te stworzenia za jego plecami? Na wszelki wypadek postanowił, że lepiej się jednak nie oglądać, choć słyszał za sobą kroki. Nie był pewien, czy są one rzeczywiste, czy tylko mu się wydaje. Wolał tego jednak nie sprawdzać.


– Patrz do przodu! Patrz do przodu! – powtarzał sobie wlepiając wzrok w ciągle zbliżające się targowisko. Przyspieszył również kroku. Nie zauważył zatopionego w błocie kamienia i potknął się o niego. Runął na ziemię, zaraz jednak wstał. Nie sprawdził, czy coś mu się przy tym upadku stało, podniósł tylko swój kij, przetarł twarz z błota i puścił się biegiem w kierunku bezpiecznego, jak mu się wydawało, celu.


Udało się. Dotarł do wrót targowiska. Wrota z delikatnym sykiem rozstąpiły się przed nim, ale stojący za nimi Strażnik obrzucił go zdziwionym spojrzeniem.

– Co to jest? – zapytał Strażnik wskazując na kij.

– To… To mój miecz – odpowiedział.

– Nie możesz wejść tutaj uzbrojonym – powiedział kpiącym głosem strażnik.

Ten zakaz to było coś nowego. Do tej pory, kiedy wybierał się na targowisko w towarzystwie czy to Królowej, czy Króla a nawet Czarodziejki, zanim ta jeszcze okazała się być wiedźmą, nikt mu wstrentów z powodu miecza nie czynił. Fakt, że wtedy był to jego prawdziwy miecz. Przez chwilę bił się z myślami. Rozważył jednak sytuację, nie znalazł żadnego niebezpieczeństwa i zgodził się zostawić broń pod opieką Strażnika.


Nieuzbrojony czuł się niepewnie, ale ruszył w głąb targowiska przeszukując wzrokiem kolejne kramy, aż w końcu znalazł to, po co wysłała go Królowa: Grzyb Wzrostu. Magiczny grzyb, którego działanie wytłumaczyła mu Czarodziejka, zanim jeszcze okazała się być Wiedźmą. Zapłacił za towar i udał się w drogę powrotną. Tym razem postanowił obrać bezpieczną drogę. Postanowił wrócić bezpiecznym, Północnym Traktem. Był już tą przygodą zmęczony. Był tak zmęczony, że zapomniał nawet o swoim orężu, który zostawił pod opieką Strażnika.


***


– Mój Boże! – wykrzyknęła na jego widok Królowa. – Gdzie żeś ty się tyle czasu podziewał?! I czym żeś się tak upaprał?! Marsz do łazienki! Masz natychmiast się umyć i przebrać w coś czystego! A w ogóle to kupiłeś te drożdże? Babcia pewnie już za chwilę będzie, a ciasto już dawno powinno siedzieć w piekarniku. Znowu mi ta wiedźma zrobi awanturę, że niby nie jestem punktualna!


-----


1311 słów


#naopowiesci

#zafirewallem

#tworczoscwlasna

Bardzo fajny pomysł i wykonanie, świetne opisy budujące klimat

Zastanawiam się tylko, czy ślady, które starałem się zostawiać po drodze okazały się być dla czytającego w miarę jasne.

Ślady są jasne jak słońce bo od momentu walki kijem z pokrzywami już wiadomo o co chodzi

@George_Stark Kolejne zauważonka pisałam na bieżąco:

Podszedł bliżej Parzących Roślin. 


I see what you did there ( ͡° ͜ʖ ͡°)


gdy szerokim łukiem omijał ukrytą w ziemi nieckę, z trzech stron osłoniętą drzewami i krzakami. 


I see what you did there - again!


Mówiła mu wtedy o kobiecie, która uciekała przed niebezpieczeństwem i miała zabronione oglądać się za siebie. Złamała jednak ten zakaz, spojrzała w tył i zamieniła się w słup soli. 


Och, lubię takie wzmianki. Jak przy średniowiecznych (albo średniowieczyzujących) opowieściach o rycerzach, w których takie religijne dydaktyczne uwagi były na porządku dziennym. Dyskretny zabieg, ale dodaje kolorku.


– Nie możesz wejść tutaj uzbrojonym – powiedział kpiącym głosem strażnik.


AWWW (ʘ‿ʘ)


Do końca myślałam, że wiedźmą będzie siostra Świetne, cudne, uwielbiam!

Zaloguj się aby komentować

#sowieuniswersum #naopowiesci

Następna część okrupnikowego bazgrołu!


Wracając z Pieczarkowic Walthera znowu dopadła nostalgia, wyniszcza jego z każdym jego następnym atakiem...

-Zobacz! Mam kredyt na 2 pokoje w Bel Chateux! Moje życie zupełnie się zmieni!

-Twój wymarzony dom to jest śmiech na sali.

-Dalej mieszkasz w niewiadówce? Co za debil...

-Nie znajdziesz nigdy kobiety, zawsze będziesz singlem.


Mając ochotę się rozpłakać, zajeżdza do baru przy krajoweju. Parkuje polonezu przy starej latarni wchodzi do baru.


-Cześć Walty! - woła barman Zbyszek - właściciel baru. Średniej postawy mężczyna po 40 woła go do stolika.

-Wracasz z interesu co? Pewnie masz kasę! Pokój dla ciebie zawsze jest, dawaj! Walniemy po szklanie!

-Nie piję już... - Zasmucony odpowiedział Walther, wracają wspomnienia z picia po odcinę w tym barze...

-Już nie pijesz? W sumie to dobrze, stoczyłbyś się jak reszta stałych klientów - powiedział to wskazując na 

konkretny stolik. 

- Masz tutaj koko-kole, na koszt firmy - powiedział, podając szklankę kokoli z lodem.

- Dziękuje Zbychu, mam pewien problem... Zawsze mnie słuchałeś, nie zapomniałem.

- A ja nie zapomniałem, jak prawie zbankutowałem, zwoziłeś za darmo mi alkohol. Gdyby nie ty, musiałbym sprzedać

cały ten burdel... Mów stary kumplu!


- Już mam dość życia w niewiadówce, chcę kupić ziemię i postawić tam domek angielski, taki droższy całoroczny. Podłączyć

gaz, prąd, kanalizację. Z tego handlu bimbrem ledwo idzie wyżyć. K⁎⁎wa 20 złoty za litr! 

* Zbyszek barman mając doświadczenie w wysłuchiwaniu problemów słucha uważnie*

- Już tego nie chcę... chcę mieć normalną pracę... ja już dłużej nie wytrzymam... mam 100 tysięcy na lokacie, za te pieniądzę

kupię ziemię i podłącze to co potrzeba i załatwię papiery. Jeszcze brakuje mi 50 tysięcy na przyczepę. Dżejsi mówi tak samo. 

Powinienem już dawno mieć przynajmniej taki domek. 

*Zbyszek dobrze znał sytuację Walthera, wiedział co robi i gdzie miesza i było mu go szkoda, wtedy zaproponował mu coś niesamowitego*


- Umiesz grać? - Zapytał Zbyszek z ogniem w oczach.

- Nie będę dojeżdzał do Hejto City ani Bel Chateux. Gaz jest drogi w tych czasach.

- A jakbyś miał u mnie grać? Akurat potrzebuję klawiszowca do disco polo! 

*Walther zamienia się w słuch*

- Grałbyś u mnie, miałbyś umowę o pracę! Oczywiście na najniższą krajową, reszta pod stołem heh, Co wieczór u mnie jest grane disco polo 

dla gości!

*Walther był zszokowany, serio ktoś proponuje mu UMOWĘ O PRACĘ?! To musi być sen, w końcu będzie miał emeryturę, urlop i rentę jak się 

gdzieś rozwali polonezu*

- BIORĘ! Będę grał! Znam na pamięć Ak...

- Wiem, jesteś ekspertem od tego... typu muzyki.

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci #sowieuniwersum/

Kolejna część okrupnikowego seansu


Jadąc dalej krajowejem dojeżdża do zjazdu na wioskę Pieczarkowice

Dalej myśląc o swojej przeszłości zajeżdza do gospodarza Andrzeja. Stary ceglany dom wił się już od początku zjazdu.

Mamy lipiec, więc pewno Bizonem jest na polu.


-By mógł chociaż popiołem posypać tę drogę, regenerowane resory sporo kosztują! – Myślał Walther jadąc po wybojach.

Zajeżdżając na gospodarstwo czeka na Andrzeja, wkrótce zjawia się wraz z starszym synem.


-WALTY! MYSŁAŁEM, ŻE JUŻ NIE DASZ RADY! – Drze mordę z 360-siątki


-Andrzej! U mnie pewniej jak w banku spółdzielczym! Choćby się miał polonez zesrać to i tak przyjadę! – Mówi Walther zadowolony, że jego dobry kolega jeszcze trzeźwy.

-Ile masz tego? Wezmnę wszystko co masz! Już nie mogliśmy się z kumplami doczekać! Awarię miałeś po drodze? – Pyta zmartwiony gospodarz.

-Sto litrów czyściochy, uczywie robionej z ziemniaków. A dla młodych mam coś ekstra, oczywiście po taniości, ale nie szajs z miasta.


- A co to za gówno dla młodych? Może i ja spróbuje na stare lata… - Z ciekawością zapytał Andrzej.

- Takie śmieszne papieroski, żadna chemia, 100% naturalne z hodowli od kumpla.

- Ile za takie? Oczywiście bez faktury. – Śmiejąc się spytał się Andrzej.

- Za dwa papieroski 50 złoty, to są drogie rzeczy.


- No chyba ich pojebało! Co to tyle lepsze od bimbru?! Dawaj dwa bo szału dostanę jak nie spróbuje!

- Ostrożnie Andrzeju, jednego wypal, ale drugiego nie ruszaj! – Ostrzegał Walther

- Wierzę ci, daj dwa i się rozjeżdżamy, a bimber wyładuj przed chałupą, ile to będzie w sumie?

-2100 złoty… bez negocjacji i faktury

-Zgoda, trzymaj tu kopertę. Coś jeszcze powiesz ciekawego?

-Gaz zdrożał… Wracam do siebie.

-Trzymaj się kolego! – Krzyknął Andrzej machając Waltherowi za dobry interes.

Zaloguj się aby komentować

Być może uda mi się napisać i opublikować w przyszłym tygodniu jeszcze coś innego, a tymczasem dodaję moją propozycję w V edycji konkursu #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem (to oczywiście #tworczoscwlasna ).


Zanim jednak historia, to trochę się z niej wytłumaczę. Coś takiego przyszło mi do głowy, kiedy przypomniałem sobie alfabetyczny spis liczb od jednego do tysiąca, o którym w swojej książce W oparach absurdu pisał pan Antoni Słonimski. Mocną inspiracją była też jedna z tradycyjnych czeskich bajek ludowych opowiadanych dzieciom na dobranoc, a która to miała za zadanie te dzieci uśpić. Zastanawiałem się, czy dodać to opowiadanie, ale w sumie to czemu nie? – tak w końcu pomyślałem. Przecież koleżanka @UmytaPacha wyrwała z kontekstu moje zdanie "Mnie to się marzy, żeby ona była miejscem wszelkich swawoli słownych", a traktuję je trochę jako właśnie taką zabawę. Zapraszam więc do lektury minimalistycznego (dokładnie 900 słów! – bez tytułu) – choć spełniającego wszelkie formalne założenia (bo i mag jest, a więc fantasy, i podróż też jest) – modernistycznego (bądź postmodernistycznego – dla mnie granica jest bardzo płynna) opowiadania, które to zamieszczam poniżej.


Miłej lektury!


***


Długa podróż maga


Mag wyruszył.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

Aż dotarł.

Dodaję streszczenie opowieści @George_Stark :

Mag zrobił 500 kroków zanim dotarł na miejsce.

Moja ocena 21/37 punktów, głównie za kreatywność. Na wyróżnienie zasługuje doskonała symetryka oraz wspaniałe justowanie.

Dziękuję za uwagę.

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci


Uff, udało mi się - bałam się, że nie wyrobię się z tym tekstem przed naszym sobotnim kawiarenkowym spędem. Ale szczęśliwie go ukończyłam, choć znów ledwo pomieściłam się w limicie. ( ಠ ͜ʖಠ)


***


Order Męstwa


Życie w Cytadeli nie było szczególnie ciekawe. Jasne, zdarzały się burdy w tawernie czy okazjonalne włamy do magazynu zasobów, z których z niewiadomego powodu znikały garnki, ale były to sytuacje indycentalne. No, jeszcze raz kiedyś jakiś mag z wymiany z Fortecy spadł z drugiego piętra gildii i połamał sobie nogi. Ale do czarowania nie potrzebuje nóg, tylko rąk, prawda?


Ale ja się w sumie nie znam, mieszkam tu od dość niedawna. Przywieźli mnie tu po udanej obławie na mój dom, Bastion, i zamiast użyć mnie jako mięso armatnie, zostawili mnie na murach, żebym broniła tego majdanu. Ja! Miałabym bronić tego miejsca pod czerwoną flagą! Wolne żarty. No, ale przydział to przydział, co poradzisz. Codziennie, od prawie roku, wchodzę na 8 godzin jak złoty smok przykazał, a po godzinach błąkam się po bagnach wraz z moim kumplem, Gnollem. I marzę o tym, żeby jednak wrócić kiedyś do Bastionu. Wtedy jednak przypominam sobie, że Bastionu, jaki pamiętam, zapewne już nie ma. Nie słyszałam później żadnych wieści. Nie wiem, co stało się z moimi braćmi i siostrami.


Gnoll jest wyszczekany jak mało kto, co nawet mnie cieszy, bo dzięki temu nie spędzamy czasu w ciszy. Mówi, że nie urodził się w samej Cytadeli, tylko w siedlisku w okolicy tartaku, ale jako dzieciak często przechodził przez dziury w murach obronnych i zwiedzał tereny. Dzięki temu stał się moim przewodnikiem po tym szambie. A, uwierzcie mi, capi tu równo. I to wcale nie od demigorgon. Tyle dobrego, że tutejszy kowal umie podkuwać i moje kopyta, bo inaczej kompletnie by mi pogniły. Może podkowy nie są takie eleganckie, jak w Bastionie, ale liczy się aspekt praktyczny.


Gnoll również pracuje na murach obronnych. Co prawda jest na pierwszej linii obrony i to najpewniej on dostanie z katapulty, jak dojdzie do walki, bo - jak sam się określa - jest mięsem armatnim. Chociaż, powiem szczerze, groźnie wygląda z tym kiścieniem w rękach. Jeśli miałabym napadać na jakiś zamek, to nie chciałabym się mierzyć z takim kundlem, jak Gnoll.


Nadszedł poniedziałek (astrologowie ogłaszają tydzień Wiwern, w Cytadeli w związku z tym odbywa się festyn), i nic nie zwiastowało, by miał się różnić od innych poniedziałków. Jednak od samego rana czułam, że coś jest nie tak. Początkowo zwalałam to na wstanie lewym kopytem, następnie o zjedzenie nieświeżych liści (z uwagi na niedobór świeżych - ewidentnie mają problem z gospodarką rolną), ale nos podpowiadał mi, że coś tu śmierdzi. I to bynajmniej nie z siedliska jaszczuroludzi. 

Zagadka rozwiązała się, gdy kopytkowałam już na swoje miejsce przy lewej blance - zorientowałam się, że Gnolla nie ma. A zawsze, ale to zawsze przychodził przede mną. Głównie dlatego, że przed pracą zwykł wychodzić na spacer, więc wstawał dość wcześnie rano. 


Zapytałam się Jaszczuroczłeka na wieżyczce, czy widział gdzieś Gnolla. Może biedak znowu się przyblokował w jakiejś wnęce i nie mógł się wydostać, jak to już kiedyś było? Ale jaszczuroczłek tylko pokręcił głową i wrócił do tępego wpatrywania się w horyzont. 

Minęła godzina, za nią kolejna, i nim się zorientowałam, było już po warcie. Zabrałam swoje manele do tobołka, zarzuciłam go na grzbiet i wyszłam przed Cytadelę, by rozpytać okoliczne hordy i watahy, czy nie widziały Gnolla. Niestety, ani Nagi, ani Ifryty, z którymi się kumplowałam, nie miały dla mnie dobrych wieści. Gnoll rozpłynął się, jakby wpadł w portal.


Mocno już zaniepokojona udałam się do Drzewa Wiedzy na konsultację - no bo kto inny miałby coś wiedzieć, jak nie Drzewo Wiedzy? Drzewo, widząc niebohatera, od razu zaśpiewało o opłatę w drewnie. Nie chciałam dopytywać, do czego jest mu ono potrzebne. Niestety, Drzewo potwierdziło moje przeczucia. Swoim trzecim okiem widziało Gnolla, zmierzającego za jakimś bohaterem do monolitu wejścia.


Nikt nie wiedział, dokąd prowadzi monolit wejścia. Kto do niego wszedł, nigdy z niego nie wyszedł. Może dlatego, że nie był monolitem przejścia, ale takie rzeczy wiedzieli tylko bohaterowie. I w zasadzie tylko oni przez niego przechodzili - nie kojarzę żadnego przypadku jednostki, która sama z siebie przeszłaby przez portal. 

Zawahałam się. Nie byłam pewna, co robić. Wejść do portalu? Tylko dokąd trafię? Czy uda mi się przejść w całości? Nie chciałabym skończyć jako pół człowieka, pół konia. Ani pół człowiekokonia i pół człowiekokonia. 

A jednak… czułam pod skórą, że Gnoll mnie potrzebuje. Głównie dlatego, że nie pożegnał się ze mną. Był w końcu moim najlepszym kumplem, wiedział, że mógłby mnie obudzić o dowolnej porze. No i sam z własnej woli nie wszedłby do monolitu, często powtarzał, że się ich obawia. Musiało stać się coś złego, musiał nie mieć wyboru. 

Skończyły mi się jednak punkty ruchu na ten dzień, więc stwierdziłam, że zatrzymam się na noc i odpocznę przy drzewie.


***


Nazajutrz spakowałam swoje rzeczy, ponownie zarzuciłam tobołek na grzbiet i pożegnałam się z Drzewem, układającym od rana zachomikowane drewno na równe stosiki. Wzięłam kilka głębszych oddechów i ruszyłam w stronę monolitu. 


Monolit dziwnie przyciągał. Wirujące w środku niego gwiazdy mamiły mnie swoim blaskiem. Czułam, jak włosy na moim ciele delikatnie wyginają się z jego stronę. “Czy ja naprawdę zamierzam to zrobić?”, zapytałam samą siebie w myślach. A potem pomyślałam o tym, jak Gnoll podszedł do mnie na drugi dzień po moim przybyciu do Cytadeli i wręczył mi Order Męstwa, zadiablikowany jakiemuś pijanemu bohaterowi, leżącemu nieopodal karczmy. Ten nieoczekiwany prezent podniósł moje morale i sprawił, że uwierzyłam, że w tym miejscu mogę znaleźć przyjaciół. 

Łezka spłynęła po mojej twarzy, co wyrwało mnie z zadumy. Być może to wina monolitu, bo nie zdarzało mi się płakać. Otrząsnęłam się, potupałam nerwowo kopytami, ostatni raz obejrzałam się za siebie, po czym powiedziałam do siebie:

– Raz kościejowi śmierć!

…i weszłam w gwiazdy.


***


Obudził mnie szum fal. Przetarłam oczy, do których zdążyło nalecieć trochę piasku. Najwyraźniej leżałam na otwartym słońcu na tyle długo, że prześwietliło mi oczy. Nie do końca widziałam, gdzie jestem, ale byłam pewna, że nie umarłam. A to już stanowiło dobry znak. 


Podniosłam się trochę i oparłam dłonie o podłoże, które wydało się dziwnie niepodłożowe. Leżałam na plaży, ale wokół mnie rozsypane były przedmioty - i to właśnie na jeden z nich trafiła moja ręka. Był to długi drzewiec, zwieńczony seledynową flagą. Tuż obok leżała księga zaklęć, order od Gnolla, oraz… katapulta? 

Mój wzrok powoli wracał do siebie, więc rozejrzałam się po okolicy. Przede mną szumiało otwarte morze, niedaleko majaczyły skały z butwiejącymi resztkami jakiegoś okrętu. Nad nimi pyszniło się poranne letnie słońce - znak, że patrzę na wschód. 

Przypomniałam sobie mapę naszego świata. O ile nie wywiało mnie do podziemi, to znajduję się na krańcu wszystkiego. Ale w podziemiach nie byłoby słońca. A to oznacza… Nie może być! Bastion położony był na północnym wschodzie - czy istnieje więc szansa, że dotrę do domu?


Podniosłam się na kopyta i rozprostowałam kończyny. I wtedy przypomniałam sobie, dlaczego przeszłam przez monolit. Nerwowo zakręciłam się, wypatrując w okolicy Gnolla. Ale nic z tego. Parokrotnie głośno wykrzyknęłam jego imię.

– Nie ma go tu. Ale był! - usłyszałam krzyk od strony morza.

Była to syrena, której początkowo nie zauważyłam. 

– Wiesz może, w którą stronę poszedł? - odkrzyknęłam do niej.

– Na zachód! Szedł z jakimś szemranym bohaterem w brązowym płaszczu. 


Podziękowałam jej, a ona życzyła mi szczęścia. Spojrzałam jeszcze na przedmioty, leżące wokół, i po chwili wahania chwyciłam drzewiec z flagą oraz książkę. “No dobra, co złego się może stać?”, pomyślałam, i ruszyłam wraz ze słońcem.


Po kilkunastu krokach zauważyłam, że katapulta powoli potoczyła się za mną. Gdy się zatrzymałam, ona też stanęła. Najwyraźniej magia monolitu przywiązała ją w jakiś sposób do mnie. Wzruszyłam lekko ramionami i uznałam, że później zastanowię się, jak to odkręcić. Może spotkam jakiegoś maga po drodze, który pomoże mi zdjąć czar.

Okolica wydawała się dość bogata. Nieustannie znajdowałam kufry ze złotem, trafiłam na bibliotekę, akademię wojny… Podjadłam sobie w obozie najemników, napiłam się w fontannie młodości, i z każdym krokiem czułam, że coś we mnie rośnie. Jakby… doświadczenie?


Przyłączały się też do mnie grupy jednostek. Wśród nich było parę meduz, którym nie miałam odwagi spojrzeć w oczy, horda chochlików, które non-stop coś podpalały, a także - co bardzo mnie zdziwiło - grupa aniołów, najwyraźniej wygnanych z zamku. Nie odmawiałam nikomu - wspólnie szliśmy ku zachodowi, każde z nas inne, ale szukające swojego miejsca na świecie. 


W pewnym momencie trawa pod naszymi nogami zrobiła się jakby nieco zieleńsza, a ja poczułam znajomy zapach. Mieszkając w Bastionie nigdy nie wychodziłam poza jego mury. Ale pamiętałam parę kluczowych punktów orientacyjnych, jakie widziałam przez szpary wozu, którym wywieziono mnie po walce: obserwatorium na wysokim drzewie i budzącą lęk smoczą utopię. Wejście na obserwatorium utwierdziło mnie w tym przekonaniu: zobaczyłam w oddali zamglone mury Bastionu.


Serce zabiło mi szybciej. Nie wierzyłam trochę, że widzę swój dom. Choć kopyta chciały mnie pognać wprost do znanych mi murów, musiałam sobie usilnie przypominać, po co tu jestem: żeby odnaleźć Gnolla. Nie było jednak po nim śladu, spotkane po drodze jednostki nie miały dla mnie żadnych wskazówek. 


Nasza grupa, pod moim nieformalnym przywództwem, pokierowała się w stronę Bastionu. Gdy się zbliżaliśmy zobaczyłam, że u wejścia dalej widnieją znienawidzone przeze mnie czerwone flagi. Łudziłam się, że może coś się zmieniło, że nasi bohaterowie wrócili, ale wyglądało na to, że moje nadzieje były płonne. Jako że większości skończyły się punkty ruchu, postanowiliśmy rozbić obóz pod lasem i zaczekać do rana.

– Zamierzasz poprowadzić atak? Jeśli tak, to polecam na początku rzucić spowolnienie, to nam pomoże się ogarnąć na polu walki - powiedział jeden z aniołów zaciągając się, gdy ifryt pomógł mu odpalić fajkę.

Nie brałam tego wcześniej pod uwagę. Nagle dotarło do mnie, kogo mogą we mnie widzieć istoty, które towarzyszyły mi w tej podróży.

– Hej, sekunda. Spokojnie. Przecież ja nie jestem bohaterem! - zawołałam, a wszystkie oczy zwróciły się ku mnie.

– Jak to nie? Przecież masz flagę, katapultę i księgę czarów - powiedziała z pewną pretensją w głosie królewska naga. - Tej ostatniej niektórzy bohaterowie wręcz nie mają, więc już jesteś w tym obszarze do przodu.

– Ale… ale… Ja jestem tylko centaurką? - zapytałam niepewnie, rozglądając się po twarzach otaczających mnie jednostek.

– Jesteś AŻ centaurką. - usłyszałam zza pleców. Gdy się odwróciłam, moim oczom ukazał się… Gnoll.


Nogi się pode mną ugięły, gdy zobaczyłam, że to faktycznie mój przyjaciel z Cytadeli. Gdy już wypadł z moich objęć (pokasłując nieznacznie, bo chyba przesadziłam z siłą) i ogólne okrzyki radości ucichły, Gnoll poprosił do kręgu zakapturzoną postać w brązowej szacie, która wyszła z mroku lasu. Spięłam się, zaalarmowana. Czy to był porywacz Gnolla? O co tu chodziło? Próbowałam dojrzeć jego twarz pod kapturem, ale… nic pod nim nie było.

– To Mnich - przedstawił nas sobie Gnoll, a ja dalej nie mogłam zrozumieć, co się dzieje. Gnoll pospieszył jednak z wyjaśnieniem. - Mnich pojawił się kilka dni temu na naszym zamku jako bohater, z flagą i w ogóle. I powiedział mi, że jego bohater zginął w walce, a on został sam został porzucony przez najeźdźcę na polu. Tułał się trochę, aż przeszedł przez monolit, który doprowadził go do naszej Cytadeli. Najwyraźniej gdy jednostka bez bohatera przechodzi przez monolit, jego magia zmienia tę jednostkę w bohatera!

Jego słowa powoli zaczęły układać się w całość w mojej głowie. Czy to oznaczało, że…

– I najwyraźniej ty też stałaś się bohaterem! I to z jaką armią! - powiedział z uśmiechem Gnoll. 

– Ale… dlaczego zniknąłeś bez słowa? Martwiłam się o ciebie, ziom! Szukałam cię wszędzie, myślałam, że zostałeś porwany!

Gnoll wyszczerzył kły. 

– Widzisz, postanowiliśmy z Mnichem zobaczyć, co stało się z Bastionem. Można powiedzieć, że… poszliśmy na rekonesans. Bo wiesz, zbliża się twoja rocznica pobytu na Cytadeli, i pomyślałem sobie, że fajnie byłoby zrobić ci jakiś prezent. No, i nie uwierzysz! Ci debile zostawili zaledwie grupę jakichś goblinów i parę orków na murach. 

Gnoll przestał mówić, a ja dalej stałam i się na niego patrzyłam. Wszyscy inni też zamilkli i najwyraźniej czekali na moją reakcję. A ja nie wiedziałam, co powiedzieć. Ale czułam, że do oczu napływają mi łzy.

– Gnoll, Ty dupku - wypadło ze mnie w końcu, i na dobre się rozbeczałam. - Nigdy więcej tak nie uciekaj bez słowa!

Moi towarzysze roześmiali się i zaczęli klepać mnie po bokach. Wstąpiła we mnie radość, jaką czuje się chyba tylko wtedy, gdy ma się poczucie przynależności do grupy. Ot, ludzie, których poznało się w drodze, stali się moimi przyjaciółmi.

– To co? - Gnoll podparł ręce na bokach i szczerząc się, zapytał: - Idziemy odbić nasz zamek? 


#tworczoscwlasna #zafirewallem

a7bcf669-3124-4ad8-9c4a-94c659ac281b
Wrzoo userbar

@Wrzoo Uuu ale bym teraz pograł w hirołsiki Takiego uniwersum się nie spodziewałem, bardzo oryginalne opowiadanie A tak swoją drogą wyobrażam sobie jak dziwnie musi się je czytać komuś kto nigdy nie grał xd


Widzę, że nie tylko ja miałem motywację oddać opowiadanie przed spędem ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Gnoll jest wyszczekany jak mało kto


Ale się zaśmiałem! Wspaniały smaczek, bestialsko idiomatyczny wręcz!


no bo kto inny miałby coś wiedzieć, jak nie Drzewo Wiedzy?


Ja dziś mam dzień chwalenia, a Ty jesteś mistrzynią oczywisto-nieoczywistych trafnych spostrzeżeń. To pamiętam też z poprzednich opowiadań.


Skończyły mi się jednak punkty ruchu na ten dzień, więc stwierdziłam, że zatrzymam się na noc i odpocznę przy drzewie.


Mnie się za to skończyły punkty pochwał, więc zostawię ten cytat bez komentarza. Uśmiechnę się tylko z jego powodu:


i z każdym krokiem czułam, że coś we mnie rośnie. Jakby… doświadczenie?


Dalej nie mam punktów pochwał, więc znów:


Całości również nie mogę niestety pochwalić. Ale to wyłącznie dlatego, że mi się punkty jeszcze nie zregenerowały.

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci edycja V


Potępieni - śladami wiedźmina


- Kurt! Podaj mi młotek! Obcęgami nie idzie!

I już po chwili dzierżąc młotek w mojej prawicy zadałem cios w żuchwę. Następny - niecelny wybił dziurę w kości policzkowej trupa. Trzeci z kolei odłamał fragment żuchwy z interesującym mnie złotym zębem. Teraz tylko szybkie nacięcie, szarpnięcie i kawałek kości dolnej szczęki ze strzępkiem mięsa wylądował w skórzanej sakiewce a następnie w moim plecaku.

- Jakub! Masz coś jeszcze?!

- Tylko ten wgnieciony szyszak!

- Dobra, bierz go i wypieprzamy z tego trupowiska! Strasznie tu śmierdzi!

Poza kwestiami powonienia i ogólnej estetyki jest ważniejszy powód, żeby zbytnio nie pieścić się ze zwłokami na miejscu rzezi. Bo to, że pierwsze trupojady zostały ubite przez wiedźmina wcale nie oznacza, że za chwilę nie nadciągną kolejne, a wręcz powiedziałbym, że jest to pewnik. Pozostaje tylko kwestia czasu czy będzie to za chwilę, czy za kilka godzin, a może dni? Nie zamierzałem tego sprawdzać. Złotego zęba wydłubie się na spokojnie przy ognisku, albo i wrzuci się tę żuchwę w ogień a później rano kruszec sam wyleci? Zobaczymy. W tym momencie trzeba ruszyć w dalszą drogę śladami wiedźmina, który podąża pogorzeliskiem, które zostawia za sobą nilfgaardzka armia. Czy czyści gościniec z trupojadów na ich zlecenie? Nie wiem i mało mnie to obchodzi. Ważniejsze jest to, że podążając za nim mamy trochę większą szansę, żeby nie zostać rozszarpanymi przez bandę ghouli.

Po chwili Kurt i Jakub zrównali się ze mną i szybkim krokiem ruszyliśmy w stronę ocalałej bramy małego soddeńskiego miasteczka, czy raczej tego co z niego zostało - czyli tlących się zgliszcz. Wszędzie w okół walały się nadpalone i zmasakrowane zwłoki, większość była obgryziona przez trupojady. Chyba wszystkie były Soddeńczyków, pewnie jakieś pojedyncze najeźdźców a może nie leżał tam żaden Nilfgaardczyk. Po obu stronach bramy wjazdowej wisiały sine trupy, zapewne włodarzy miasta. Minęliśmy ją czym prędzej i po kilkudziesięciu metrach weszliśmy w puszczę. Trzymaliśmy się leśnych ścieżek, które ciągnęły się równolegle do traktu a przynajmniej taką mieliśmy nadzieję.

Nie odezwaliśmy się do siebie nawet słowem, bo i o czym tu gadać? Druga sprawa, że w jakimś stopniu czułem obrzydzenie do moich towarzyszy.

Z każdym krokiem w głąb lasu smród pogorzeliska słabł. Chyba już bardziej śmierdziało od naszych okopconych ubrań.

Wiatr poruszył liśćmi drzew i zapachniało lasem. Panował tu taki spokój jakby nic się nie stało. Jakby masakra za nami wcale nie miała miejsca. Jakbyśmy wylądowali w jakiejś innej rzeczywistości. Skupiłem się na szumie liści i dalszy marsz przebiegł mi w zdecydowanie lepszym nastroju.


Leżąc przy ognisku tylko kręciłem się z boku na bok. Spojrzałem na czuwającego Jakuba, który wyraźnie zaczynał już przysypiać. Wstałem i klepnąłem go w ramię.

- Idź spać, ja posiedzę.

- Dzięki. - mruknął zaspany i położył się, a już po chwili usłyszałem jego chrapanie. Najwyraźniej tylko ja miałem tu problemy ze snem.

Patrzyłem w ogień i znów myślałem o tym jakie to życie jest dziwne. Jeszcze do niedawna byliśmy normalni, byliśmy ludźmi pracy - drwalami, rolnikami. A teraz? No właśnie... jak nazwałbym kogoś podobnego do nas? Po prostu chcieliśmy przetrwać i w taki a nie inny sposób odnaleźliśmy się w wojennej zawierusze. Czy dało się inaczej? Pewnie tak, ale nie mam pomysłu jak w inny sposób mielibyśmy przeżyć na tej wypalonej ziemi. Nie wiadomo też kiedy następne fale wojsk nilfgaardzkich natrafiłyby na nas gdybyśmy nie szli podążając za tą pierwszą. Iść w odpowiedniej odległości ich śladem wydawało się rozsądne. Początkowo na pobojowiskach znajdowaliśmy sporo wyposażenia, które można było spieniężyć. Czy to w jakimś cudem ocalałym soddeńskim miasteczku, czy to samym Nilfgardczykom. Później maruderzy ciągnący za armią czyścili pola coraz dokładniej. A teraz podążający za nimi wiedźmin też pewnie zabierał co lepsze części ekwipunku. Nam zostawało już coraz mniej i musieliśmy być coraz bardziej kreatywni w poszukiwaniu funduszy na przetrwanie. W sumie to nie mam wyrzutów sumienia - źli są ci, którzy powodują te masakry. Ale jednak to co robimy jest obrzydliwe i granica zaczęła się przesuwać coraz dalej. Tak wyszło i co zrobić? Lepiej za dużo nie gadać, za dużo nie myśleć i zazwyczaj mi się to udaje, lecz bezsenne noce takie jak ta podczas których nie mam jak uciec przed swoimi myślami są coraz częstsze.


Podeszliśmy cicho do skraju lasu i nasłuchiwaliśmy. Wyraźnie było słychać walkę, ale to już nie była bitewna wrzawa. Co jakiś czas między szczękiem klingi przebijał się nieludzki skowyt.

Przeszedłem kawałek dalej trzymając się skraju drzew i podczołgałem do szczytu pobliskiego nasypu. Wyjrzałem i moim oczom ukazał się czarnowłosy wiedźmin - wyglądał na młodego. Było widać wiele zadrapań na jego ciele i wyraźnie utykał. Dookoła niego leżała góra ubitych ghouli, było ich przynajmniej kilkanaście albo i więcej. Natomiast w tym momencie walczył z dwoma wielkimi graveirami. Chodzące truposze wielkości niedźwiedzia. Wielkie masywne lecz poruszające się nad wyraz szybko i zwinnie. Patrzyłem z osłupieniem na te chore abominacje krążące wokół mutanta.

Kurt i Jan dołączyli do mnie i razem patrzyliśmy jak wiedźmin swoim srebrnym mieczem odbija ciosy, raz jednego, raz drugiego graveira. Trzymały się na dystans i doskakiwały zadać cios prawie, że jednocześnie. Tylko nieludzki refleks zabójcy potworów trzymał go przy życiu. Choć coś mówiło mi, że długo tak nie wytrzyma.

Wiedźmin też musiał zdawać sobie z tego sprawę bo po chwili zdecydował się na szarżę na bliższego nam trupojada. Zrobił młynek mieczem i udało mu się zmylić potwora - ciał go w ramię, prawie je odrąbując. Stwór zamachnął się z wściekłością i tym potężnym ciosem zrzuciłby głowę z ramion wiedźmina, lecz wiedźmin złożył dziwnie palce i fala uderzeniowa odrzuciła potwora na dobre 10 metrów tuż pod nasz nasyp. Walczący odwrócił się minimalnie za wolno i doskakująca zza jego pleców druga bestia rozorała mu bark ostrymi pazurami.

Niewiele myśląc rzuciłem siatkę na leżącego przy nasypie rannego potwora i zbiegając ryknąłem:

- Teraz chłopy! Razem!

Kurt i Jan nie zawahali się i dołączyli do mnie, trzymaliśmy w dłoniach małe toporki do rzucania. Ruszyliśmy pędem w stronę wiedźmina zwartego w walce z potworem. Młody wojownik dzielnie odbijał ciosy ale widać było, że przez rany jest już wolniejszy i sprawia mu to coraz większą trudność.

Byliśmy już w zasięgu rzutu i rzuciliśmy - najpierw Kurt, potem ja i Jan. Topór Kurta chybił i przeleciał obok głowy graveira. Natomiast mój dosięgnął celu perfekcyjnie - wbił się głęboko w plecy walczącego wiedźmina, a topór Jana trafił go w łydkę. Graveir nie zmarnował tej okazji i rozorał twarz ciężko rannego i zaskoczonego zabójcy. Po chwili zaskoczył też Jana - na którego rzucił się błyskawicznie. Mnie udało się rzucić drugą siatkę, która splątała graveira. Niestety splątała z nim też Jana, który darł się wniebogłosy kiedy obrzydliwe kły potwora rozrywały jego ciało.

Wraz z Kurtem dopadliśmy do kotłującej się plątaniny i zaczęliśmy tłuc gdzie popadnie - ja młotkiem, Kurt siekierą. Skóra bestii była jednak bardzo gruba i widząc, że nasze wysiłki na niewiele się zdadzą podbiegłem do zwłok wiedźmina i wyszarpałem z jego zesztywniałych palców srebrny miecz.

- Kurt! Spierdalamy! - krzyknąłem i nie oglądając się za siebie wbiegłem w pobliską gęstwinę. Po krótkiej chwili Kurt zrównał się ze mną. Jeszcze jakiś czas podążały za nami krzyki zjadanego żywcem Jana - nie miał dla nas litości.


Siedziałem przy ognisku i patrzyłem jak płomienie odbijają się w wypolerowanym przeze mnie na błysk srebrnym, wiedźmińskim mieczu - był bezcenny. Więc w czasie wojny powinniśmy dostać za niego dosyć, żeby garstce osób ocalałych z masakry naszej wioski udało się przeżyć zimę. Trzeba tylko go teraz wymienić na zapasy a potem dostarczyć je do chat drwali głęboko w lesie. Byli tam ukryci: żona Jana, rodzice Kurta i moja córeczka Anrietta oraz kilku innych.

Odpoczniemy tam przez dzień lub dwa i wyruszymy z Kurtem w dalszą podróż - więcej pieniędzy zawsze się przyda. Druga rzecz, że nie chciałbym, żeby moja córka przebywała w towarzystwie osób takich jak my.


Liczba słów: 1257


#zafirewallem #tworczoscwlasna

85ab4340-b614-4b0e-910c-843a2ba4f64c

@splash545 buuu! W sążniach albo w łokciach jednostki miary powinny być, ewentualnie po amerykańsku, relatywnie do czegoś znanego, końskie długości może? Mnie żeś immersje pan popsuł tymi metrami.


Ale ogólnie bardzo spoko opowiadanie, ja to bym w takiej akcji widząc graveira raczej wydygał xd

ŚWIETNE!!!


Nie dość że jesteś chyba mistrzem odwracania kota ogonem (to znaczy budowania nastroju i zaskakiwania nieoczywistym rozwiązaniem, tak tutaj, jak i w Narcos - czy to w ogóle jest ten słynny plot twist?), to jeszcze to budowanie Ci wychodzi rewelacyjnie. Tak jak i masz świetne opanowanie narracji - równe, to co wprost, to wprost, ale też sporo obrazowo.


No i jeszcze te targające bohaterem wątpliwości zestawione z brakiem wyboru. To to już mi się wyjątkowo podobało.

@splash545 no jak zaczęła się rozkręcać ta historia to dokładnie liczyłem na takie zakończenie. Dobra robota, historia taka jaka być powinna, pełna krwi i cierpienia. Łajdactwa i przyziemności.

Życie to nie je bajka.

Zaloguj się aby komentować

#sowieuniswersum #naopowiesci

Kolejna część


- J⁎⁎⁎ny deszcz… - pomyślał Walther brodząc po dziurach krajoweju drogi na Bel Chateux omijając zjazd na Hejto City. Stary polonez może i był sprawny, ale nie zmieniało to rzeczy, iż woda podczas deszczu się do niego lała jak w konewkę, zapuszczając big dance z kasety dalej brnie w tym morzu asfaltu i słomy po żniwach.


- Jeszcze parę kilometrów i zjazd, a za zjazdem jest Piotrek z tanim gazem – marzył Dziad

Pół godziny później na tanim CPNie…


-A witam stałego klienta! Jak zwykle poloneza do pełna, butle do kuchenki również? – Zadowolony Piotek rzekł z przesytem emocji

-Jak zwykle… - bez emocji kaszlnął Walther

-Oczywiście wszystko uczciwie na fakturę?

-Nie wkurwiaj mnie dzisiaj, mam robotę do zrobienia… - Widać było po Starym, że za nim długa droga.

-Luz Blues stary, dla cie… - przerwał słysząc klekotanie zaworu od gazu w polonezu. Moment przełączył na drugi wlew na

butle.


Stojąc tak w ciszy Walthera naszły wspomnienia:

-*Warto było ośle się nie uczyć?*

-*Co ci po tym liceum i maturze? Było iść jak normalny człowiek do zawodówki*

-*Walty, chodź z nami do Bel Chateux, zaraz sobie robotę znajdziesz i będziemy królami życia*


Rozmyślania przerywa Pioter, mówiący o 100 złoty za gaz

-Masz tu 105 i jadę dalej. – wyrwany z wspomnień odrzekł Walt.

-Szerokiej drogi! Może napijemy się jak za dawnych lat? – Piotr powiedział z nadzieją.

-Wiesz, że już nie piję… nie kuś mnie jak żeś moim dobrym przyjacielem… proszę. – Walther aż zdziwił się, że do niego powiedział proszę a nie jakieś wulgarne określenie.

-Spoko stary, szanuję. To może masz tutaj jeszcze ze starych zapasów viceroye. - *wrzuca paczkę starych niebieskich vicerojów na siedzisko pasażera do polonezu*

-Wiedziałem, że na ciebie zawsze mogę liczyć . – Z uśmiechem powiedział Walther odjeżdżając złomem z CPN-u.

Zaloguj się aby komentować

Oto proszę Państwa rozpoczynamy piątą edycję zabawy #naopowiesci ! Dzisiaj temat i kategoria to klasyka klasyków, coś co znamy i kochamy:


Temat: podróż


Kategoria: fantasy


Liczba słów: 900 - 2000


Termin: 04.08.2024 (14 dni)


Zasady:


Standardowe - zadający konkurs może ogłosić wygranego według własnego widzimisię oraz zmienić kryterium oceniania w dowolnym momencie.

Zwycięzcą zostanie osoba, której opowiadanie zdobędzie największą ilość piorunów i w nagrodę będzie miała zaszczyt ogłoszenia następnego zadania.

Za każde 100 słów poniżej lub powyżej zadanego limitu - 1 punkt.

Za znaczne rozminięcie się z tematem - 5 punktów.


Miłego pisania!


#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Czas i pora na podsumowanie IV edycji #naopowiesci !


@moll za opowiadanie Partia Pani Blond dostaje wyróżnienie za niekontrowersyjne opowiadanie polityczne!


15


https://www.hejto.pl/wpis/naopowiesci-w-ostatniej-chwili-ale-sie-wyrobilam-wink-partia-pani-blond-prosze-p


@splash545 za opowiadanie Narcos dostaje wyróżenienie za nienawiść do trapu!


15


https://www.hejto.pl/wpis/naopowiesci-edycja-iv-narcos-chyba-znowu-wylecialo-powiedzialem-i-przekrecilem-p


@Wrzoo za opowiadanie Wodzianka - orgin story dostaje wyróżnienie za najbardziej przytulne, smierdzące kiblem pomieszczenie!


16


https://www.hejto.pl/wpis/naopowiesci-marzylo-mi-sie-by-pozenic-na-opowiesci-z-hejtodetectivesquad-mam-nad


@KatieWee za opowiadanie Przemilaczane dostaje wyróżenienie za alternatywne podejście do happy endu!


19


https://www.hejto.pl/wpis/naopowiesci-zafirewallem-to-co-przemilczane-na-poczatku-pojawila-sie-cichutka-me


O ile po samych piorunach wiadomo kto wygrał i opowiadanie bardzo mi się podobało to jednak moja horda ma pewne standardy, zaś nepotyzm, kolesiostwo oraz oczywiście docenienie Mojej Skromnej Osoby na tyle żeby wystąpiła w drobnej roli w opowiadaniu i w dodatku w roli dosyć przyjemnej także dzięki wrodzononemu mi narcyzmowi przydzielam dodatkowe 5 piorunów dla Wrzoo! Splash że jest jedynym chłopem to w ramach równouprawnienia dostaje -7 piorunów dzięki czemu wypada poza podium. Następnie te 7 piorunów daję Moll i Katie Wee, Moll mniej, 3, bo jest mniejsza a Katie więcej po jak sobie pomyślałem że mnie wałkiem walnie w łeb na przywitanie to się trochę cykam.


Także klasyfikacja prezentuje się:


4. @splash545

3. @moll

2. @Wrzoo

1. @KatieWee


Zwyciężczyni składam gratulacje i czekam na zwyczajowy upominek za korzystne rozpatrzenie sprawy! [̲̅$̲̅(̲̅ ✧≖ ͜ʖ≖)̲̅$̲̅] Poza tym przypominam o obowiązku rozpoczęcia kolejnej edycji i w ogóle nie przepraszam za późne rozstrzygnięcie xD


#naopowiesci #zafirewallem

@DiscoKhan wybacz, nic z tej matematyki nie rozumiem

Ale dziękuję za docenienie i zabieram się do wymyślania nowego zadania

Zaloguj się aby komentować