#naopowiesci

26
287

Drodzy!


Z powodu braku czasu i konieczności pisania na telefonie, za czym, jako człek w latach posunięty, nie bardzo przepadam, postaram się krótko.


Otóż przypadł mi niewątpliwy zaszczyt i wątpliwa radość otwarcia kolejnej, już VI edycji konkursu #naopowiesci , która to przez najbliższe dwa tygodnie będzie odbywać się w naszej wspaniałej kawiarni #zafirewallem .


W tym czasie chciałbym żebyście napisali opowiadanie obyczajowe (cokolwiek to dla Was nie oznacza) o długości 900 do 2000 słów


Temat opowiadanie pozostawiam Wam dowolny, natomiast, ponieważ dla mnie sensem opowiadania historii jest (między innymi) znajdywanie odpowiedzi na dwa pytania: “dlaczego?” oraz “i co z tego?” chciałbym (pomysł jest zaczerpnięty z książki pani Katarzyny Bondy Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania, a także zainspirowany wspaniałym Wierszem o kozach koleżanki @moll ) żebyście zaczęli od tego samego wydarzenia i - być może odpowiadając w swoim tekście na wyżej postawione pytania - przedstawili własną wersję związanych z nim wydarzeń. Czy to przeszłych, czy przyszłych, nie ma to w zasadzie większego znaczenia.


Żeby łatwiej było nam (mi?) Wasze teksty porównać podaję cztery warianty zdania, którym, w zależności od rodzaju narracji oraz płci bohatera (lub bohaterki) chciałbym żebyście swoją opowieść rozpoczęli:


Mijając wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczyłem przywiązaną do ich klamki kozę.


lub


Mijając wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczyłam przywiązaną do ich klamki kozę.


lub


Kiedy [imię bohatera] mijał wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczył przywiązaną do ich klamki kozę.


lub


Kiedy [imię bohaterki] mijała wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczyła przywiązaną do ich klamki kozę.


***


Dopuszczam oczywiście narrację z perspektywy innych płci lub narrację drugoosobową, choć taki wybór, w mojej ocenie na tyle utrudnia zadanie, że osoba decydująca się na taki krok będzie musiała sobie już samodzielnie poradzić z przeredagowaniem pierwszego zdania. Niech ma za swoje!


***


ZASADY OCENIANIA wymyślę pisząc podsumowanie.


***


To tyle na początek. Miłej zabawy i liczę na Waszą kreatywność!

Zaloguj się aby komentować

Miałam możliwość oglądania @CzosnkowySmok gdy po raz pierwszy czytał dzieło kolegi @George_Stark o czarodzieju i tego uśmiechu nigdy nie zapomnę


Dżordżu, uważam że Twoje teksty w tej edycji były najlepsze!


Korzystając więc z bardzo uznaniowych zasad zabawy #naopowiesci uznaję za zwycięzcę piątej edycji kolegę @George_Stark !


Gratuluję koledze z całego serca!


Opowiadania stworzyli również:


@moll Konan Bibliotekarz i przetrzymany rękopis

@KatieWee Ania Zombie

@Wrzoo Order Męstwa

@splash545 Potępieni - śladami wiedźmina


#zafirewallem #podsumowanienaopowieści

00ed7534-d091-4649-9d50-12e3aeb0df37

Zaloguj się aby komentować

Udało się! Jest oto i moje opowiadanie w bieżącej edycji #naopowiesci !


Konan Bibliotekarz i przetrzymany rękopis


Do pracy w Bibliotece uniwersum (zwanej przez wszystkich BIBLIOTEKĄ) powołani zostają nieliczni - dostają się do niej na listowne zaproszenie, wtapiają się się przez regały, niekiedy porywa ich wir ksiąg. On jednak drogę do BIBLIOTEKI wyciął sobie mieczem w jednym z plądrowanych pałaców w bajkowych krainach Wschodu, dokąd zagnały go żądza przygód, krwi i skarbów. 

Każdy z pracowników zajmuje ściśle określone miejsce, o którym decyduje Starszy Kustosz. Każdy, od magazyniera bibliotecznego, przez bibliotekarzy, po pozostałych, podległych mu, kustoszy, zajmuje właściwe sobie miejsce w hierarchii i poszczególnych działach. Jednak wraz z pojawieniem się Konana, BIBLIOTEKA utworzyła całkiem nowy dział, którego w swojej historii dotychczas nie posiadała. Pomieszczenie Wydziału Windykacji Terenowej (WWT) pojawiło się wraz z nowym pracownikiem, wkomponowując się niemal niezauważalnie w krajobraz BIBLIOTEKI. Co prawa wywołało niespotykane poruszenie wśród załogi, lecz stojący na czele BIBLIOTEKI od prawie 200 lat starszy kustosz Joachim przyjął taki obrót wydarzeń ze stoickim spokojem, pamiętając, gdy w początkach jego kariery podobne zamieszanie wywołało powstanie Sali Książek Prawie Wydanych - wraz z sąsiednim pomieszczeniem Książek Nigdy Nienapisanych bardzo szybko zostały okrzyknięte Szufladą. Wiedział więc, że i tym razem ludzie się przyzwyczają, a BIBLIOTEKA wróci do swojego zwykłego rytmu.

Windykacja Terenowa okazała się w niedługim czasie sprawnie działającą komórką BIBLIOTEKI. Pokaźna kupka monitów, do tej pory zalegająca smętnie w wypożyczalni, topniała sukcesywnie. Konan sam lub z pomocą innych bibliotekarzy sprawnie odzyskiwał zawieruszone przez czytelników pozycje.

Ta sprawa wydawała się równie prosta, jak wszystkie pozostałe. Od bagatela 20 lat alchemik Alojz przetrzymywał biblioteczny egzemplarz rękopisu Contra saevam pestem regimen autorstwa Macieja Miechowity, który wraz z innymi dziełami słynnego krakowskiego kanonika trafił swoimi drogami do BIBLIOTEKI. By potwierdzić autentyczność księgi, Konanowi miała towarzyszyć Irmina - starszy bibliotekarz Księgozbioru Alchemicznego.

Irmina nie lubiła opuszczać swojego zakamarka BIBLIOTEKI. Choć pracowała tutaj ledwie 33 lata, nie potrafiła już funkcjonować poza jej murami. Delikatne brzęczenie przepełnionych na równi magią, co w niektórych przypadkach bzdurami, tomów wibrowało również w niej i przy dłuższej nieobecności zaczynała czuć się co najmniej nieswojo w innym otoczeniu. Niektórzy uważali, że urządziła sobie sypialnię w jednym z zakamarków sali zabiorów alchemicznych, ale były to tylko niepotwierdzone plotki.

Standardowa procedura windykacyjna nie była skomplikowana. Monit sam odnajdywał książkę. Wystarczyło przyłożyć go do czytnika i przejść przez drzwi, które znajdowały się w kącie biura WWT.

Teleportacja nie należała do najprzyjemniejszych. Konan zdążył się już przyzwyczaić do jej skutków, jednak dla Irminy była czymś nowym i kobieta lekko zachwiała się, gdy krótka podróż dobiegła końca.

Znaleźli się w ciemnym i pachnącym stęchlizną pomieszczeniu. Szybki rzut okiem po otoczeniu upewnił ich, że znajdują się w pracowni alchemicznej. Alojz, a właściwie jego zmumifikowane zwłoki, tkwiły wciąż na krześle, oparte korpusem o roboczy stół zastawiony szklanymi naczyniami, na których dnie majaczyły resztki dawno zwietrzałych ingrediencji i kilka otwartych ksiąg.

-To Contra - Irmina szybko zlokalizowała księgę na stole i wyciągnęła rękę w kierunku woluminu leżącego obok głowy denata, jednak nim udało jej się chwycić tom, usłyszała:

-Nie tak prędko, ten DZIENNIK trafi do archiwum.

Mężczyzna, który bezszelestnie właśnie wszedł do pomieszczenia, został szybko zablokowany przez Konana, zanim zdążył podejść do Irminy.

-Tobiasz, znowu się spotykamy - wyglądało na to, że Konan zna nieznajomego.

-Konan, - przybysz rzucił z przekąsem - i ty tutaj…

-Marzy ci się powtórka z Rocznika świętokrzyskiego? - bibliotekarz uśmiechnął się szeroko na samo wspomnienie tamtej udanej windykacji tomu.

-Tym razem jestem lepiej przygotowany - nim dokończył zdanie, szybkich chwytem powalił Konana, wyminął go i ruszył w kierunku Irminy, która z opasłym tomem przyciśniętym do piersi stała w miejscu, gdzie się pierwotnie zmaterializowali z Konanem.

Nim archiwista zdążył wyrwać bibliotekarce księgę, jej towarzysz zdążył go podciąć i przetoczyć się w stronę leżącego na zakurzonej podłodze napastnika. Szamotanina, w której szanse obu mężczyzn przez dłuższy czas były wyrównane, oddawali sobie cios za ciosem, jednocześnie próbując uniknąć pięści i kopniaków przeciwnika. W międzyczasie zdążyły ucierpieć regały, kilka szklanych konstrukcji alchemicznych, a sam Alojz spadł ze swojego krzesła nie wiedzieć kiedy, tracą przy okazji jedną z rąk i kawałek żuchwy. Obaj panowie byli już obszarpani i pokiereszowani, gdy Tobiasz zyskał chwilową przewagę i przycisnął Konana do wolnego fragmentu ściany.

-Oddajcie księgę - wydyszał ciężko w kierunku coraz bardziej purpurowej twarzy Konana.

Na taki moment właśnie czekała Irmina, który jakiś czas temu odłożyła księgę w bezpiecznym zakątku pracowni, stojąc nieopodal nieruchomo i dzierżąc w dłoniach od kilku minut mosiężne popiersie Paracelsusa. I nareszcie mogła go użyć. Nie tracąc czasu na niepotrzebne zwracanie na siebie uwagi, zaszła skupionego na Konanie Tobiasza i z rozmachem uderzyła podobizną ojca nowożytnej medycyny w tył głowy archiwisty. Ten nie zdążył się zorientować w sytuacji, gdy padł jak długi, wzbijając kolejny tuman kurzu.

-Dzięki - zaskoczony Konan rozmasowywał obolałą szyję. - A teraz się zbierajmy, nie dostał zbyt mocno, za chwilę się obudzi.

Irminie nie trzeba było dwa razy powtarzać, chwyciła księgę i już stała obok niego.

-Jak wrócimy? - zapytała lekko drżącym głosem. Słyszała już wcześniej o tym, że Konan od czasu do czasu napotykał na archiwistów, ale nie sądziła, że sama będzie uczestniczyła w czymś takim

-Tak samo, jak tu dotarliśmy - Konan zaczął przeszukiwać kieszenie - szlag, monit musiał mi wypaść w trakcie szarpaniny.

Oboje zaczęli przeszukiwać podłogę pracowni.

-Mam! - Irmina z triumfem chwyciła za fragment blankietu, wystający spod komody. - O nie, jest porwany, co teraz zrobimy?

-Poszukamy biblioteki. - jej towarzysz był całkowcie spokojny. To nie była pierwsza akcja, podczas której najszybsza droga powrotu do BIBLIOTEKI okazała się niemożliwa.

Szybko opuścili budynek. Pracownia Alojza mieściłą się w suterenie starej kamienicy.

-Jak znajdziemy bibliotekę? Co to za miasto? - do tej pory opanowana Irmina wyglądała, jakby za moment miała siąść i się rozpłakać.

-Za pomocą kompasu - Konan wyciągnął niewielkie, polerowane puzderko, którego wnętrze stanowiła igła “magnetyczna” otoczona pierścieniem symboli w trudnym do zidentyfikowania na pierwszy rzut oka języku. - Igła wskazuje kierunek, w jakim znajdziemy najbliższą bibliotekę.

Chwycił Irminę za rękę i prowadząc jak małą dziewczynkę, po 20 minutach szybkiego marszu dotarli do budynku, którego wejście zdobiła czerwona tablica z napisem “Miejska Biblioteka Publiczna”.

Jak się okazało, zdążyli na jakiś kwadrans przed zamknięciem - tego dnia placówka miała krótsze godziny pracy.

Nim siedząca za biurkiem wolnego dostępu bibliotekarka zdążyła im cokolwiek powiedzieć, weszli pomiędzy regały… i wyszli w wypożyczalni BIBLIOTEKI.

-Monit trochę ucierpiał - Irmina wyciągnęła zmaltretowany skrawek papieru spomiędzy stron księgi i podała wraz z nią bibliotekarzowi siedzącemu za kontuarem wypożyczalni - ale książka odzyskana.

Teodor odebrał od niej na moment tom, odnalazł kartę biblioteczną Alojza i zapisał na niej datę zwrotu księgi.

Irmina z tomiszczem pod pachą udała się odstawić ją obok innych dzieł Miechowity. Konan zaszył się u siebie, przygotowując raport z windykacji, a pani Renia jeszcze długo zachodziła w głowę, czy ta dziwna par, która wparowała do biblioteki tuż przed zamknięciem tylko jej się przywidziała, czy jednak ktoś szybko wszedł i jakimś cudem niepostrzeżenie zdążył opuścić wolny dostęp przed zamknięciem biblioteki.




1110 słów


#zafirewallem #tworczoscwlasna

27560ff1-0b28-485a-9dd4-9b17f2695353

Dobre, mały spellcheck @moll


"Szamotanina, w której szanse obu mężczyzn przez dłuższy czas były wyrównane, oddawali sobie cios za ciosem, jednocześnie próbując uniknąć pięści i kopniaków Renia ..."


Propozycje:

Wynikła szamotanina,

Nastąpiła szamotanina,

Wdali się w ...

Nie wiem, jakoś mi to tak średnio brzmi


"jeszcze długo zachodziła w głowę, czy ta dziwna par, która wparowała do biblioteki"


Miałaś na myśli "para" ?


Super się czytało! \o/

Zaloguj się aby komentować

Czasami kilka kroków to prawdziwa podróż, która zmienia życie.


Pomysł na to opowiadanie powstał kiedy pomagałam organizatorkom trzeciego zlotu fanów Ani z Zielonego Wzgórza w rozlewaniu lemoniady malinowej do butelek. Wszystko wokół stało się czerwone i lepkie…


Po tej historii z Nawiedzonym Lasem, kiedy Ania i Diana opowiadały sobie przerażające historie o zjawach i potworach zamieszkujących niewielki lasek między Green Gables i Orchard Slope, Maryla starała się wybić z głowy Ani bzdury o martwych dzieciach wyciągających ręce po prośbie, o szkieletach pobrzękujących kośćmi i innych strachach. Ania nieraz biegła bez tchu przez jodłowy zagajnik, w którym zawsze było ciemno, bo wysokie jodły nie przepuszczały między swoimi gałęziami nawet promyka światła. Czasami tylko we dwie z Dianą zaglądały w ciemniejsze zakątki lasku, a potem uciekały z piskiem i śmiechem. Wyobraźnia Ani podpowiadała jej wiele historii o skrzywdzonych kobietach stających się białymi damami, ofiarach morderstw i innych strachach.

Zimny dreszcz przechodził po jej plecach, gdy wymyślała lub opowiadała te historie Dianie, która trzymała ją wtedy za ręce i próbowała opanować drżenie. Dziewczynki były najlepszymi przyjaciółkami i najbliższymi sąsiadkami. Okna pokoiku Ani na facjatce wychodziły na dom państwa Barrych, więc gdy Diana nadawała odpowiednie znaki przykrywając i odkrywając świecę stojącą w oknie, Ania wiedziała co robić. Tego wieczoru szybko rzuciła Maryli - Idę do Diany, zaraz wracam! - i narzuciwszy na siebie wiszący w sieni zbyt duży sweter Mateusza pobiegła do Diany, która od kilku minut nadawała - Przyjdź jak najszybciej!

Nawiedzony Las zdawał się być jeszcze ciemniejszy niż zwykle, Ania jednak stawiając krok za krokiem powtarzała sobie, że te strachy nie istnieją, nie istnieją, nie istnieją. Szła wpatrując się w prześwit między drzewami, gdzie widać było łąkę ojca Diany. Nagle jej drogę przebiegł lis z niewielką ofiarą w pysku - spojrzał na nią bez strachu i po chwili przetruchtał na drugą stronę ścieżki. Ania zacisnęła dłonie i przyspieszyła kroku. Ciemnozielone jodłowe gałęzie zdawały się próbować zagrodzić jej drogę, smagały ją po nogach i ramionach. Widziała jednak przed sobą jasny prześwit, który dawał nadzieję. Ostatni kawałek trasy Ania pokonała wielkimi susami, zupełnie nie przejmując się tym czy ktoś ją zobaczy. Po wyjściu na porośniętą małymi, jasnymi kwiatkami polankę odetchnęła z ulgą. Ostatnie ciepłe promienie słońca barwiły na ciepłe kolory zarówno łąkę i ogród pani Barry. 

To właśnie w tym momencie gdy próbowała się przywitać z różowymi kosmosami przy furtce Orchard Slope usłyszała za sobą ciężkie sapanie. Następną i ostatnią rzeczą jaką zapamiętała był wysoki na siedem stóp mężczyzna, który chwycił ją swoimi wielkim dłońmi i ugryzł ją w  ucho. Ciamkającego z radością potwora Ani kopnęła z całej siły i wyrwawszy się z jego objęć rzuciła się w stronę Green Gables.


Stwór biegł za nią ciężko uderzając wielkimi stopami o ziemię. Ania zalana łzami biegła przez Las, którego strachy wydawały się być nierealne. Prawdziwy był tylko wielki stwór za jej plecami. Dopadła wreszcie obory i zatrzasnęła ciężkie wrota tuż przed nosem stwora. Opadła na klepisko bez sił, a jej jałówka, Dolly polizała ją po rudych włosach. Dziewczynka przytuliła się do ciepłego boku krowy, która dmuchała jej ciepło w ucho. Ania otrząsnęła się i chwyciła widły, które zwykle używał Jerry, chłopiec, którego Mateusz zatrudnił do pomocy na farmie. Z widłami w ręce ruszyła aby odbić atak nieprzyjaciela - wybiegła przez drzwi do obory i stanęła zaskoczona w miejscu. Potwora nie było - dookoła niej panowała cisza i spokój a łagodny wietrzyk chłodził jej rozgrzane czoło. Rozejrzała się, ale nie dostrzegła potwora. Zrobiła krok w kierunku domu, ale usłyszawszy dziwny dźwięk stanęła w miejscu. Wtedy właśnie potwór zeskoczył na nią z dachu obory, a Ania spodziewając się ataku wystawiła przed siebie widły. Potwór, który rzucił się na nią całym ciałem przewrócił ją i teraz leżała pod ciemnym cielskiem wstrząsanym drgawkami agonii. Potwór zacisnął pazury na jej ramieniu i zmarł, krwawiąc obficie na nową sukienkę Ani. Dziewczynka wydostała się spod niego i trzęsąc się udała do domu, gdzie Maryla szykowała na kolację kiełbaski i fasolę. Ania prześlizgnęła się za plecami Maryli, żeby ta nie zobaczyła poplamionej sukienki. Zeszła na dół odświeżona i z uśmiechem zaczęła pomagać Maryli przy kolacji. Co prawda czuła lekkie zawroty głowy, a ramię zadrapane przez potwora pulsowało bólem, ale Ania starała się nie zwracać na to uwagi. Po kolacji Ania wyjęła książki i zaczęła przygotowywać się do jutrzejszych lekcji a zręczne ręce Maryli chwyciły niedokończoną robótkę. To był jeden z tych wieczorów, kiedy siedziały obok siebie nie odzywając się nawet słowem, ale czuły się sobie bardzo bliskie.


Diana i Minnie May jak każdego poranka wyszły do ogrodu. Minnie May była już prawie tak wysoka jak fioletoworóżowe floksy. Diana nasłuchiwała kroków Ani, która po zmyciu naczyń po śniadaniu powinna pojawić się w domu Barrych. Jeżeli Ania nie przyszła wczoraj, to na pewno z jakiegoś ważnego powodu, z pewnością jednak przyjdzie dziś. Były najlepszymi przyjaciółkami i rozumiały się bez słowa i były gotowe zrobić dla siebie wszystko, jeżeli tylko mama Diany i Maryla by na to pozwoliły.


Tymczasem Ania drutem do robótek wydłubywała właśnie resztki mózgu Maryli z jej czaszki. Jej opiekunka leżała na jak zwykle wyszorowanej do czysta kuchennej podłodze. Plama krwi jaka się rozlała przy stole sprawiała, że kuchnia wyglądała nieco nieporządnie.

Ania umyła ręce, ucałowała i pożegnała pelargonię, której już dawno nadała imię Bonny i stanęła na schodkach przed domem by cieszyć się widokiem sadu, w którym tego roku jabłonie obrodziły wyjątkowo obficie i migoczącego z daleka morza. 


842 słowa


#naopowiesci #zafirewallem

5c846eae-6b7b-4aad-91bc-6e41580367bb

Zaloguj się aby komentować

Bez zbędnych wstępów, tyle może tylko, że to znów lekko tylko wygładzony za pomocą zgrubnej redakcji autorskiej szkic. Jeśli by jednak ktoś z Szanownych Czytelników znalazł jakieś błędy, nieścisłości, niezgrabności lub zwyczajnie chciałby się czepić, to jestem mocno otwarty na krytykę. Przede wszystkim na konstruktywną, ale przyjmę każdą. Z góry za nią dziękuję i zapraszam do lektury, z której to życzę czerpania przyjemności:


-----


Grzyb Wzrostu


Na Skrzyżowaniu Mrocznej Czaszki miał jeszcze wybór. Mógł wybrać drogę na zachód. Mógł podążyć przez Krainę Stalowych Byków, które, choć potrafią wydawać donośne, groźne ryki, a rozpędzone są w stanie zadawać śmiertelne obrażenia obuchowe, pozbawione jednak talizmanu, który zwykle ich pan zabiera ze sobą, znajdują się w stanie uśpienia i wówczas są zupełnie niegroźne. Właśnie w takim stanie uśpienia zwykle zastawał stalowe byki mieszkające przy Zachodnim Trakcie. Mógł również wybrać drogę na północ. Mógł ruszyć Traktem Północnym, bezpiecznym gościńcem, szlakiem handlowym, który prowadził z zamku wprost ku targowiskom, którym codziennie poruszało się setki wędrowców, a którym i on, choć dotychczas zawsze w towarzystwie – bądź to pod czujnym okiem niezwyciężonej Królowej, bądź potężnego Króla, a w dawnych czasach, w czasach, w których konflikt Królowej z wszechmocną Czarodziejką, która później okazała się być złośliwą Wiedźmą dopiero miał nadejść, czasami również otoczony jej opieką – wyprawiał się wówczas, kiedy zachodziła potrzeba uzupełnienia ingrediencji do podtrzymujących życie mieszkańców Królestwa mikstur i wyrobów.


Takie myśli przychodziły mu do głowy, kiedy było już za późno. Kiedy nie było już odwrotu. Kiedy decyzja już zapadła i nie było od niej odwołania. Ruszył bowiem na azymut. Wybrał najkrótszą, choć najbardziej niebezpieczną drogę. Skierował się na północny zachód, niewytyczoną trasą, biegnącą pomiędzy dwoma bezpiecznymi szlakami, na której to przyszło mu przedzierać się przez Dzikie Krainy. Królowa jasno dała mu jednak do zrozumienia jaka wielka jest waga jego zadania i jak bardzo liczy się w nim czas. Nie chciał zawieść Królowej.


– … i absolutnie nie wolno ci zabrać ze sobą miecza! – rzuciła Królowa na koniec, czyniąc trudne już samo w sobie zadanie jeszcze trudniejszym. A przecież był rycerzem! Jak miał poradzić sobie z niebezpieczeństwami Dzikich Krain pozbawiony swojego oręża? To właśnie wówczas zrozumiał, że zadanie, jakie postawiła przed nim Królowa jest próbą. Próbą trudną. Próbą niebezpieczną. Próbą, z której musiał wyjść zwycięsko. Zadanie to było próbą, od której zależała nie tylko jego przyszłość, ale zależało też zażegnanie konfliktu Królowej z wszechmocną Czarodziejką, która okazała się złośliwą Wiedźmą. Przyszłość nie tylko Królowej, ale całego Królestwa leżała w jego rękach. Nie mógł zawieść Królowej.


Kiedy stanął na progu Ognistego Stepu, pierwszej spośród Dzikich Krain, poczuł niepewność. Poczuł pot pojawiający się na wnętrzach dłoni, które odruchowo próbował zaciskać na rękojeści miecza. Chwytał jednak powietrze. Ujrzał wtedy leżący nieopodal kij. Wiedział, że tego rodzaju broni używają druidzi, nie potrafił jednak zaklinać potęgi żywiołów. Wiedział też, że niektórzy magowie używają kosturów, ale zaklęcia to również nie był jego żywioł.

– „Cóż, postąpię sposobem barbarzyńców” – pomyślał. Ujął kij w rękę, wykonał kilka próbnych uderzeń w powietrze posługując się kijem jak pałką. Jego ciało, wyćwiczone do miecza, nie było przyzwyczajone do tego rodzaju ruchów. Wychodziły mu niezgrabnie. Po barbarzyńsku. Spoglądając na rozpościerający się przed nim widok, na roślinność, która była od niego wyższa, doszedł również do wniosku, że taki sposób użycia tej przygodnej broni nie sprawdzi się w tym przypadku zupełnie. Spróbował innego sposobu. Wykonał próbne cięcie. Nisko, przy samej ziemi: atak na nogi przeciwnika. Wyszło zgrabnie. Sukces podniósł go na duchu, ruszył więc do przodu. Podszedł bliżej Parzących Roślin. Wykonał kolejne cięcie. Rośliny, nisko ścięte, kładły się na ziemi, tak jak hordy plugawych bestii padających pod toporami. I, tak jak te plugawe bestie, które umierając broczą ziemię krwi strumieniem, tak obrzydliwe zielsko puszczało soki, których część trysnęła na jego ciało i ubranie, pozostawiając po sobie zielone ślady. Przez chwilę bał się oparzeń od jadu, który mógł być zawarty w ich sokach, ale nic takiego nie nastąpiło. Zrozumiał wtedy, że tylko dotyk żywej rośliny może wyrządzić mu krzywdę. Że martwe, ścięte rośliny nie są już w stanie uczynić mu krzywdy. Zadowolony ze zdobycia nowej wiedzy ruszył więc dalej.


Kiedy utorował sobie drogę, którą przedarł się przez Ognisty Step oczom jego ukazała się mokra, brązowa ziemia. To były Błotniste Pustkowia. Znał legendy o tych, którzy w tej krainie zaginęli. Słyszał je zarówno od Królowej, od Czarodziejki, zanim ta jeszcze okazała się być Wiedźmą, ale też od przygodnie spotkanych podróżnych, a przede wszystkim od innych rycerzy zamieszkujących okolicę, z którymi spotykał się na turniejach i pojedynkach. Czy śmiałkowie ci, którzy zapuszczali się na Błotniste Pustkowia zostali wciągnięci przez ziemię i zostali pochowani żywcem, czy też może mieszkały tu jakieś złowrogie istoty, które czaiły się na życie śmiałków odważających się zapuszczać w te zakazane rejony, tego nie był pewien. Opowieści wyjaśniały te zaginięcia na różne sposoby. Jedno było pewne: mało kto z tych, którzy rozpoczęli drogę przez tę krainę, drogę tę kończył. On jednak musiał. Miał zadanie.


Mokra ziemia kleiła się od butów, szło się ciężko. Wszystko jednak było w porządku, było bezpiecznie, aż do momentu, gdy szerokim łukiem omijał ukrytą w ziemi nieckę, z trzech stron osłoniętą drzewami i krzakami. Poczuł dochodzący stamtąd zapach dymu, usłyszał charczące, gardłowe dźwięki – coś jakby rozmowa w groźnym, nieznanym języku, w której mógł rozróżnić co najmniej cztery głosy. Zwiększył promień łuku, licząc na to że stwory – kimkolwiek lub czymkolwiek by nie były – nie dostrzegą go. Wiedział, że najlepszym sposobem walki jest jej unikanie i uznał, że właśnie teraz ta taktyka będzie najskuteczniejszą z możliwych.


– Ej! Młody! – usłyszał za sobą. A więc stwory jednak go dostrzegły! Wszystkie myśli, cała wiedza, jaką do tej pory posiadł, w jednej chwili pojawiły się w jego głowie. Wśród całego tego zamętu dominujące były dwie. Pierwsza z nich to uciekać! Uciekać jak najszybciej. Cel już był blisko, widział już targowisko i zmierzający ku niemu gościńcem tłum kupujących. Uświadomił sobie, że wśród ludzi powinien być bezpieczny. A przynajmniej bezpieczniejszy niż tutaj, na tym pustkowiu. Drugą z kolei myślą była historia, którą opowiedziała mu Czarodziejka zanim jeszcze okazała się być Wiedźmą. Mówiła mu wtedy o kobiecie, która uciekała przed niebezpieczeństwem i miała zabronione oglądać się za siebie. Złamała jednak ten zakaz, spojrzała w tył i zamieniła się w słup soli. Kto wie jakie moce mają te stworzenia za jego plecami? Na wszelki wypadek postanowił, że lepiej się jednak nie oglądać, choć słyszał za sobą kroki. Nie był pewien, czy są one rzeczywiste, czy tylko mu się wydaje. Wolał tego jednak nie sprawdzać.


– Patrz do przodu! Patrz do przodu! – powtarzał sobie wlepiając wzrok w ciągle zbliżające się targowisko. Przyspieszył również kroku. Nie zauważył zatopionego w błocie kamienia i potknął się o niego. Runął na ziemię, zaraz jednak wstał. Nie sprawdził, czy coś mu się przy tym upadku stało, podniósł tylko swój kij, przetarł twarz z błota i puścił się biegiem w kierunku bezpiecznego, jak mu się wydawało, celu.


Udało się. Dotarł do wrót targowiska. Wrota z delikatnym sykiem rozstąpiły się przed nim, ale stojący za nimi Strażnik obrzucił go zdziwionym spojrzeniem.

– Co to jest? – zapytał Strażnik wskazując na kij.

– To… To mój miecz – odpowiedział.

– Nie możesz wejść tutaj uzbrojonym – powiedział kpiącym głosem strażnik.

Ten zakaz to było coś nowego. Do tej pory, kiedy wybierał się na targowisko w towarzystwie czy to Królowej, czy Króla a nawet Czarodziejki, zanim ta jeszcze okazała się być wiedźmą, nikt mu wstrentów z powodu miecza nie czynił. Fakt, że wtedy był to jego prawdziwy miecz. Przez chwilę bił się z myślami. Rozważył jednak sytuację, nie znalazł żadnego niebezpieczeństwa i zgodził się zostawić broń pod opieką Strażnika.


Nieuzbrojony czuł się niepewnie, ale ruszył w głąb targowiska przeszukując wzrokiem kolejne kramy, aż w końcu znalazł to, po co wysłała go Królowa: Grzyb Wzrostu. Magiczny grzyb, którego działanie wytłumaczyła mu Czarodziejka, zanim jeszcze okazała się być Wiedźmą. Zapłacił za towar i udał się w drogę powrotną. Tym razem postanowił obrać bezpieczną drogę. Postanowił wrócić bezpiecznym, Północnym Traktem. Był już tą przygodą zmęczony. Był tak zmęczony, że zapomniał nawet o swoim orężu, który zostawił pod opieką Strażnika.


***


– Mój Boże! – wykrzyknęła na jego widok Królowa. – Gdzie żeś ty się tyle czasu podziewał?! I czym żeś się tak upaprał?! Marsz do łazienki! Masz natychmiast się umyć i przebrać w coś czystego! A w ogóle to kupiłeś te drożdże? Babcia pewnie już za chwilę będzie, a ciasto już dawno powinno siedzieć w piekarniku. Znowu mi ta wiedźma zrobi awanturę, że niby nie jestem punktualna!


-----


1311 słów


#naopowiesci

#zafirewallem

#tworczoscwlasna

Bardzo fajny pomysł i wykonanie, świetne opisy budujące klimat

Zastanawiam się tylko, czy ślady, które starałem się zostawiać po drodze okazały się być dla czytającego w miarę jasne.

Ślady są jasne jak słońce bo od momentu walki kijem z pokrzywami już wiadomo o co chodzi

@George_Stark Kolejne zauważonka pisałam na bieżąco:

Podszedł bliżej Parzących Roślin. 


I see what you did there ( ͡° ͜ʖ ͡°)


gdy szerokim łukiem omijał ukrytą w ziemi nieckę, z trzech stron osłoniętą drzewami i krzakami. 


I see what you did there - again!


Mówiła mu wtedy o kobiecie, która uciekała przed niebezpieczeństwem i miała zabronione oglądać się za siebie. Złamała jednak ten zakaz, spojrzała w tył i zamieniła się w słup soli. 


Och, lubię takie wzmianki. Jak przy średniowiecznych (albo średniowieczyzujących) opowieściach o rycerzach, w których takie religijne dydaktyczne uwagi były na porządku dziennym. Dyskretny zabieg, ale dodaje kolorku.


– Nie możesz wejść tutaj uzbrojonym – powiedział kpiącym głosem strażnik.


AWWW (ʘ‿ʘ)


Do końca myślałam, że wiedźmą będzie siostra Świetne, cudne, uwielbiam!

Zaloguj się aby komentować

#sowieuniswersum #naopowiesci

Następna część okrupnikowego bazgrołu!


Wracając z Pieczarkowic Walthera znowu dopadła nostalgia, wyniszcza jego z każdym jego następnym atakiem...

-Zobacz! Mam kredyt na 2 pokoje w Bel Chateux! Moje życie zupełnie się zmieni!

-Twój wymarzony dom to jest śmiech na sali.

-Dalej mieszkasz w niewiadówce? Co za debil...

-Nie znajdziesz nigdy kobiety, zawsze będziesz singlem.


Mając ochotę się rozpłakać, zajeżdza do baru przy krajoweju. Parkuje polonezu przy starej latarni wchodzi do baru.


-Cześć Walty! - woła barman Zbyszek - właściciel baru. Średniej postawy mężczyna po 40 woła go do stolika.

-Wracasz z interesu co? Pewnie masz kasę! Pokój dla ciebie zawsze jest, dawaj! Walniemy po szklanie!

-Nie piję już... - Zasmucony odpowiedział Walther, wracają wspomnienia z picia po odcinę w tym barze...

-Już nie pijesz? W sumie to dobrze, stoczyłbyś się jak reszta stałych klientów - powiedział to wskazując na 

konkretny stolik. 

- Masz tutaj koko-kole, na koszt firmy - powiedział, podając szklankę kokoli z lodem.

- Dziękuje Zbychu, mam pewien problem... Zawsze mnie słuchałeś, nie zapomniałem.

- A ja nie zapomniałem, jak prawie zbankutowałem, zwoziłeś za darmo mi alkohol. Gdyby nie ty, musiałbym sprzedać

cały ten burdel... Mów stary kumplu!


- Już mam dość życia w niewiadówce, chcę kupić ziemię i postawić tam domek angielski, taki droższy całoroczny. Podłączyć

gaz, prąd, kanalizację. Z tego handlu bimbrem ledwo idzie wyżyć. K⁎⁎wa 20 złoty za litr! 

* Zbyszek barman mając doświadczenie w wysłuchiwaniu problemów słucha uważnie*

- Już tego nie chcę... chcę mieć normalną pracę... ja już dłużej nie wytrzymam... mam 100 tysięcy na lokacie, za te pieniądzę

kupię ziemię i podłącze to co potrzeba i załatwię papiery. Jeszcze brakuje mi 50 tysięcy na przyczepę. Dżejsi mówi tak samo. 

Powinienem już dawno mieć przynajmniej taki domek. 

*Zbyszek dobrze znał sytuację Walthera, wiedział co robi i gdzie miesza i było mu go szkoda, wtedy zaproponował mu coś niesamowitego*


- Umiesz grać? - Zapytał Zbyszek z ogniem w oczach.

- Nie będę dojeżdzał do Hejto City ani Bel Chateux. Gaz jest drogi w tych czasach.

- A jakbyś miał u mnie grać? Akurat potrzebuję klawiszowca do disco polo! 

*Walther zamienia się w słuch*

- Grałbyś u mnie, miałbyś umowę o pracę! Oczywiście na najniższą krajową, reszta pod stołem heh, Co wieczór u mnie jest grane disco polo 

dla gości!

*Walther był zszokowany, serio ktoś proponuje mu UMOWĘ O PRACĘ?! To musi być sen, w końcu będzie miał emeryturę, urlop i rentę jak się 

gdzieś rozwali polonezu*

- BIORĘ! Będę grał! Znam na pamięć Ak...

- Wiem, jesteś ekspertem od tego... typu muzyki.

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci #sowieuniwersum/

Kolejna część okrupnikowego seansu


Jadąc dalej krajowejem dojeżdża do zjazdu na wioskę Pieczarkowice

Dalej myśląc o swojej przeszłości zajeżdza do gospodarza Andrzeja. Stary ceglany dom wił się już od początku zjazdu.

Mamy lipiec, więc pewno Bizonem jest na polu.


-By mógł chociaż popiołem posypać tę drogę, regenerowane resory sporo kosztują! – Myślał Walther jadąc po wybojach.

Zajeżdżając na gospodarstwo czeka na Andrzeja, wkrótce zjawia się wraz z starszym synem.


-WALTY! MYSŁAŁEM, ŻE JUŻ NIE DASZ RADY! – Drze mordę z 360-siątki


-Andrzej! U mnie pewniej jak w banku spółdzielczym! Choćby się miał polonez zesrać to i tak przyjadę! – Mówi Walther zadowolony, że jego dobry kolega jeszcze trzeźwy.

-Ile masz tego? Wezmnę wszystko co masz! Już nie mogliśmy się z kumplami doczekać! Awarię miałeś po drodze? – Pyta zmartwiony gospodarz.

-Sto litrów czyściochy, uczywie robionej z ziemniaków. A dla młodych mam coś ekstra, oczywiście po taniości, ale nie szajs z miasta.


- A co to za gówno dla młodych? Może i ja spróbuje na stare lata… - Z ciekawością zapytał Andrzej.

- Takie śmieszne papieroski, żadna chemia, 100% naturalne z hodowli od kumpla.

- Ile za takie? Oczywiście bez faktury. – Śmiejąc się spytał się Andrzej.

- Za dwa papieroski 50 złoty, to są drogie rzeczy.


- No chyba ich pojebało! Co to tyle lepsze od bimbru?! Dawaj dwa bo szału dostanę jak nie spróbuje!

- Ostrożnie Andrzeju, jednego wypal, ale drugiego nie ruszaj! – Ostrzegał Walther

- Wierzę ci, daj dwa i się rozjeżdżamy, a bimber wyładuj przed chałupą, ile to będzie w sumie?

-2100 złoty… bez negocjacji i faktury

-Zgoda, trzymaj tu kopertę. Coś jeszcze powiesz ciekawego?

-Gaz zdrożał… Wracam do siebie.

-Trzymaj się kolego! – Krzyknął Andrzej machając Waltherowi za dobry interes.

Zaloguj się aby komentować

Być może uda mi się napisać i opublikować w przyszłym tygodniu jeszcze coś innego, a tymczasem dodaję moją propozycję w V edycji konkursu #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem (to oczywiście #tworczoscwlasna ).


Zanim jednak historia, to trochę się z niej wytłumaczę. Coś takiego przyszło mi do głowy, kiedy przypomniałem sobie alfabetyczny spis liczb od jednego do tysiąca, o którym w swojej książce W oparach absurdu pisał pan Antoni Słonimski. Mocną inspiracją była też jedna z tradycyjnych czeskich bajek ludowych opowiadanych dzieciom na dobranoc, a która to miała za zadanie te dzieci uśpić. Zastanawiałem się, czy dodać to opowiadanie, ale w sumie to czemu nie? – tak w końcu pomyślałem. Przecież koleżanka @UmytaPacha wyrwała z kontekstu moje zdanie "Mnie to się marzy, żeby ona była miejscem wszelkich swawoli słownych", a traktuję je trochę jako właśnie taką zabawę. Zapraszam więc do lektury minimalistycznego (dokładnie 900 słów! – bez tytułu) – choć spełniającego wszelkie formalne założenia (bo i mag jest, a więc fantasy, i podróż też jest) – modernistycznego (bądź postmodernistycznego – dla mnie granica jest bardzo płynna) opowiadania, które to zamieszczam poniżej.


Miłej lektury!


***


Długa podróż maga


Mag wyruszył.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

Aż dotarł.

Dodaję streszczenie opowieści @George_Stark :

Mag zrobił 500 kroków zanim dotarł na miejsce.

Moja ocena 21/37 punktów, głównie za kreatywność. Na wyróżnienie zasługuje doskonała symetryka oraz wspaniałe justowanie.

Dziękuję za uwagę.

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci


Uff, udało mi się - bałam się, że nie wyrobię się z tym tekstem przed naszym sobotnim kawiarenkowym spędem. Ale szczęśliwie go ukończyłam, choć znów ledwo pomieściłam się w limicie. ( ಠ ͜ʖಠ)


***


Order Męstwa


Życie w Cytadeli nie było szczególnie ciekawe. Jasne, zdarzały się burdy w tawernie czy okazjonalne włamy do magazynu zasobów, z których z niewiadomego powodu znikały garnki, ale były to sytuacje indycentalne. No, jeszcze raz kiedyś jakiś mag z wymiany z Fortecy spadł z drugiego piętra gildii i połamał sobie nogi. Ale do czarowania nie potrzebuje nóg, tylko rąk, prawda?


Ale ja się w sumie nie znam, mieszkam tu od dość niedawna. Przywieźli mnie tu po udanej obławie na mój dom, Bastion, i zamiast użyć mnie jako mięso armatnie, zostawili mnie na murach, żebym broniła tego majdanu. Ja! Miałabym bronić tego miejsca pod czerwoną flagą! Wolne żarty. No, ale przydział to przydział, co poradzisz. Codziennie, od prawie roku, wchodzę na 8 godzin jak złoty smok przykazał, a po godzinach błąkam się po bagnach wraz z moim kumplem, Gnollem. I marzę o tym, żeby jednak wrócić kiedyś do Bastionu. Wtedy jednak przypominam sobie, że Bastionu, jaki pamiętam, zapewne już nie ma. Nie słyszałam później żadnych wieści. Nie wiem, co stało się z moimi braćmi i siostrami.


Gnoll jest wyszczekany jak mało kto, co nawet mnie cieszy, bo dzięki temu nie spędzamy czasu w ciszy. Mówi, że nie urodził się w samej Cytadeli, tylko w siedlisku w okolicy tartaku, ale jako dzieciak często przechodził przez dziury w murach obronnych i zwiedzał tereny. Dzięki temu stał się moim przewodnikiem po tym szambie. A, uwierzcie mi, capi tu równo. I to wcale nie od demigorgon. Tyle dobrego, że tutejszy kowal umie podkuwać i moje kopyta, bo inaczej kompletnie by mi pogniły. Może podkowy nie są takie eleganckie, jak w Bastionie, ale liczy się aspekt praktyczny.


Gnoll również pracuje na murach obronnych. Co prawda jest na pierwszej linii obrony i to najpewniej on dostanie z katapulty, jak dojdzie do walki, bo - jak sam się określa - jest mięsem armatnim. Chociaż, powiem szczerze, groźnie wygląda z tym kiścieniem w rękach. Jeśli miałabym napadać na jakiś zamek, to nie chciałabym się mierzyć z takim kundlem, jak Gnoll.


Nadszedł poniedziałek (astrologowie ogłaszają tydzień Wiwern, w Cytadeli w związku z tym odbywa się festyn), i nic nie zwiastowało, by miał się różnić od innych poniedziałków. Jednak od samego rana czułam, że coś jest nie tak. Początkowo zwalałam to na wstanie lewym kopytem, następnie o zjedzenie nieświeżych liści (z uwagi na niedobór świeżych - ewidentnie mają problem z gospodarką rolną), ale nos podpowiadał mi, że coś tu śmierdzi. I to bynajmniej nie z siedliska jaszczuroludzi. 

Zagadka rozwiązała się, gdy kopytkowałam już na swoje miejsce przy lewej blance - zorientowałam się, że Gnolla nie ma. A zawsze, ale to zawsze przychodził przede mną. Głównie dlatego, że przed pracą zwykł wychodzić na spacer, więc wstawał dość wcześnie rano. 


Zapytałam się Jaszczuroczłeka na wieżyczce, czy widział gdzieś Gnolla. Może biedak znowu się przyblokował w jakiejś wnęce i nie mógł się wydostać, jak to już kiedyś było? Ale jaszczuroczłek tylko pokręcił głową i wrócił do tępego wpatrywania się w horyzont. 

Minęła godzina, za nią kolejna, i nim się zorientowałam, było już po warcie. Zabrałam swoje manele do tobołka, zarzuciłam go na grzbiet i wyszłam przed Cytadelę, by rozpytać okoliczne hordy i watahy, czy nie widziały Gnolla. Niestety, ani Nagi, ani Ifryty, z którymi się kumplowałam, nie miały dla mnie dobrych wieści. Gnoll rozpłynął się, jakby wpadł w portal.


Mocno już zaniepokojona udałam się do Drzewa Wiedzy na konsultację - no bo kto inny miałby coś wiedzieć, jak nie Drzewo Wiedzy? Drzewo, widząc niebohatera, od razu zaśpiewało o opłatę w drewnie. Nie chciałam dopytywać, do czego jest mu ono potrzebne. Niestety, Drzewo potwierdziło moje przeczucia. Swoim trzecim okiem widziało Gnolla, zmierzającego za jakimś bohaterem do monolitu wejścia.


Nikt nie wiedział, dokąd prowadzi monolit wejścia. Kto do niego wszedł, nigdy z niego nie wyszedł. Może dlatego, że nie był monolitem przejścia, ale takie rzeczy wiedzieli tylko bohaterowie. I w zasadzie tylko oni przez niego przechodzili - nie kojarzę żadnego przypadku jednostki, która sama z siebie przeszłaby przez portal. 

Zawahałam się. Nie byłam pewna, co robić. Wejść do portalu? Tylko dokąd trafię? Czy uda mi się przejść w całości? Nie chciałabym skończyć jako pół człowieka, pół konia. Ani pół człowiekokonia i pół człowiekokonia. 

A jednak… czułam pod skórą, że Gnoll mnie potrzebuje. Głównie dlatego, że nie pożegnał się ze mną. Był w końcu moim najlepszym kumplem, wiedział, że mógłby mnie obudzić o dowolnej porze. No i sam z własnej woli nie wszedłby do monolitu, często powtarzał, że się ich obawia. Musiało stać się coś złego, musiał nie mieć wyboru. 

Skończyły mi się jednak punkty ruchu na ten dzień, więc stwierdziłam, że zatrzymam się na noc i odpocznę przy drzewie.


***


Nazajutrz spakowałam swoje rzeczy, ponownie zarzuciłam tobołek na grzbiet i pożegnałam się z Drzewem, układającym od rana zachomikowane drewno na równe stosiki. Wzięłam kilka głębszych oddechów i ruszyłam w stronę monolitu. 


Monolit dziwnie przyciągał. Wirujące w środku niego gwiazdy mamiły mnie swoim blaskiem. Czułam, jak włosy na moim ciele delikatnie wyginają się z jego stronę. “Czy ja naprawdę zamierzam to zrobić?”, zapytałam samą siebie w myślach. A potem pomyślałam o tym, jak Gnoll podszedł do mnie na drugi dzień po moim przybyciu do Cytadeli i wręczył mi Order Męstwa, zadiablikowany jakiemuś pijanemu bohaterowi, leżącemu nieopodal karczmy. Ten nieoczekiwany prezent podniósł moje morale i sprawił, że uwierzyłam, że w tym miejscu mogę znaleźć przyjaciół. 

Łezka spłynęła po mojej twarzy, co wyrwało mnie z zadumy. Być może to wina monolitu, bo nie zdarzało mi się płakać. Otrząsnęłam się, potupałam nerwowo kopytami, ostatni raz obejrzałam się za siebie, po czym powiedziałam do siebie:

– Raz kościejowi śmierć!

…i weszłam w gwiazdy.


***


Obudził mnie szum fal. Przetarłam oczy, do których zdążyło nalecieć trochę piasku. Najwyraźniej leżałam na otwartym słońcu na tyle długo, że prześwietliło mi oczy. Nie do końca widziałam, gdzie jestem, ale byłam pewna, że nie umarłam. A to już stanowiło dobry znak. 


Podniosłam się trochę i oparłam dłonie o podłoże, które wydało się dziwnie niepodłożowe. Leżałam na plaży, ale wokół mnie rozsypane były przedmioty - i to właśnie na jeden z nich trafiła moja ręka. Był to długi drzewiec, zwieńczony seledynową flagą. Tuż obok leżała księga zaklęć, order od Gnolla, oraz… katapulta? 

Mój wzrok powoli wracał do siebie, więc rozejrzałam się po okolicy. Przede mną szumiało otwarte morze, niedaleko majaczyły skały z butwiejącymi resztkami jakiegoś okrętu. Nad nimi pyszniło się poranne letnie słońce - znak, że patrzę na wschód. 

Przypomniałam sobie mapę naszego świata. O ile nie wywiało mnie do podziemi, to znajduję się na krańcu wszystkiego. Ale w podziemiach nie byłoby słońca. A to oznacza… Nie może być! Bastion położony był na północnym wschodzie - czy istnieje więc szansa, że dotrę do domu?


Podniosłam się na kopyta i rozprostowałam kończyny. I wtedy przypomniałam sobie, dlaczego przeszłam przez monolit. Nerwowo zakręciłam się, wypatrując w okolicy Gnolla. Ale nic z tego. Parokrotnie głośno wykrzyknęłam jego imię.

– Nie ma go tu. Ale był! - usłyszałam krzyk od strony morza.

Była to syrena, której początkowo nie zauważyłam. 

– Wiesz może, w którą stronę poszedł? - odkrzyknęłam do niej.

– Na zachód! Szedł z jakimś szemranym bohaterem w brązowym płaszczu. 


Podziękowałam jej, a ona życzyła mi szczęścia. Spojrzałam jeszcze na przedmioty, leżące wokół, i po chwili wahania chwyciłam drzewiec z flagą oraz książkę. “No dobra, co złego się może stać?”, pomyślałam, i ruszyłam wraz ze słońcem.


Po kilkunastu krokach zauważyłam, że katapulta powoli potoczyła się za mną. Gdy się zatrzymałam, ona też stanęła. Najwyraźniej magia monolitu przywiązała ją w jakiś sposób do mnie. Wzruszyłam lekko ramionami i uznałam, że później zastanowię się, jak to odkręcić. Może spotkam jakiegoś maga po drodze, który pomoże mi zdjąć czar.

Okolica wydawała się dość bogata. Nieustannie znajdowałam kufry ze złotem, trafiłam na bibliotekę, akademię wojny… Podjadłam sobie w obozie najemników, napiłam się w fontannie młodości, i z każdym krokiem czułam, że coś we mnie rośnie. Jakby… doświadczenie?


Przyłączały się też do mnie grupy jednostek. Wśród nich było parę meduz, którym nie miałam odwagi spojrzeć w oczy, horda chochlików, które non-stop coś podpalały, a także - co bardzo mnie zdziwiło - grupa aniołów, najwyraźniej wygnanych z zamku. Nie odmawiałam nikomu - wspólnie szliśmy ku zachodowi, każde z nas inne, ale szukające swojego miejsca na świecie. 


W pewnym momencie trawa pod naszymi nogami zrobiła się jakby nieco zieleńsza, a ja poczułam znajomy zapach. Mieszkając w Bastionie nigdy nie wychodziłam poza jego mury. Ale pamiętałam parę kluczowych punktów orientacyjnych, jakie widziałam przez szpary wozu, którym wywieziono mnie po walce: obserwatorium na wysokim drzewie i budzącą lęk smoczą utopię. Wejście na obserwatorium utwierdziło mnie w tym przekonaniu: zobaczyłam w oddali zamglone mury Bastionu.


Serce zabiło mi szybciej. Nie wierzyłam trochę, że widzę swój dom. Choć kopyta chciały mnie pognać wprost do znanych mi murów, musiałam sobie usilnie przypominać, po co tu jestem: żeby odnaleźć Gnolla. Nie było jednak po nim śladu, spotkane po drodze jednostki nie miały dla mnie żadnych wskazówek. 


Nasza grupa, pod moim nieformalnym przywództwem, pokierowała się w stronę Bastionu. Gdy się zbliżaliśmy zobaczyłam, że u wejścia dalej widnieją znienawidzone przeze mnie czerwone flagi. Łudziłam się, że może coś się zmieniło, że nasi bohaterowie wrócili, ale wyglądało na to, że moje nadzieje były płonne. Jako że większości skończyły się punkty ruchu, postanowiliśmy rozbić obóz pod lasem i zaczekać do rana.

– Zamierzasz poprowadzić atak? Jeśli tak, to polecam na początku rzucić spowolnienie, to nam pomoże się ogarnąć na polu walki - powiedział jeden z aniołów zaciągając się, gdy ifryt pomógł mu odpalić fajkę.

Nie brałam tego wcześniej pod uwagę. Nagle dotarło do mnie, kogo mogą we mnie widzieć istoty, które towarzyszyły mi w tej podróży.

– Hej, sekunda. Spokojnie. Przecież ja nie jestem bohaterem! - zawołałam, a wszystkie oczy zwróciły się ku mnie.

– Jak to nie? Przecież masz flagę, katapultę i księgę czarów - powiedziała z pewną pretensją w głosie królewska naga. - Tej ostatniej niektórzy bohaterowie wręcz nie mają, więc już jesteś w tym obszarze do przodu.

– Ale… ale… Ja jestem tylko centaurką? - zapytałam niepewnie, rozglądając się po twarzach otaczających mnie jednostek.

– Jesteś AŻ centaurką. - usłyszałam zza pleców. Gdy się odwróciłam, moim oczom ukazał się… Gnoll.


Nogi się pode mną ugięły, gdy zobaczyłam, że to faktycznie mój przyjaciel z Cytadeli. Gdy już wypadł z moich objęć (pokasłując nieznacznie, bo chyba przesadziłam z siłą) i ogólne okrzyki radości ucichły, Gnoll poprosił do kręgu zakapturzoną postać w brązowej szacie, która wyszła z mroku lasu. Spięłam się, zaalarmowana. Czy to był porywacz Gnolla? O co tu chodziło? Próbowałam dojrzeć jego twarz pod kapturem, ale… nic pod nim nie było.

– To Mnich - przedstawił nas sobie Gnoll, a ja dalej nie mogłam zrozumieć, co się dzieje. Gnoll pospieszył jednak z wyjaśnieniem. - Mnich pojawił się kilka dni temu na naszym zamku jako bohater, z flagą i w ogóle. I powiedział mi, że jego bohater zginął w walce, a on został sam został porzucony przez najeźdźcę na polu. Tułał się trochę, aż przeszedł przez monolit, który doprowadził go do naszej Cytadeli. Najwyraźniej gdy jednostka bez bohatera przechodzi przez monolit, jego magia zmienia tę jednostkę w bohatera!

Jego słowa powoli zaczęły układać się w całość w mojej głowie. Czy to oznaczało, że…

– I najwyraźniej ty też stałaś się bohaterem! I to z jaką armią! - powiedział z uśmiechem Gnoll. 

– Ale… dlaczego zniknąłeś bez słowa? Martwiłam się o ciebie, ziom! Szukałam cię wszędzie, myślałam, że zostałeś porwany!

Gnoll wyszczerzył kły. 

– Widzisz, postanowiliśmy z Mnichem zobaczyć, co stało się z Bastionem. Można powiedzieć, że… poszliśmy na rekonesans. Bo wiesz, zbliża się twoja rocznica pobytu na Cytadeli, i pomyślałem sobie, że fajnie byłoby zrobić ci jakiś prezent. No, i nie uwierzysz! Ci debile zostawili zaledwie grupę jakichś goblinów i parę orków na murach. 

Gnoll przestał mówić, a ja dalej stałam i się na niego patrzyłam. Wszyscy inni też zamilkli i najwyraźniej czekali na moją reakcję. A ja nie wiedziałam, co powiedzieć. Ale czułam, że do oczu napływają mi łzy.

– Gnoll, Ty dupku - wypadło ze mnie w końcu, i na dobre się rozbeczałam. - Nigdy więcej tak nie uciekaj bez słowa!

Moi towarzysze roześmiali się i zaczęli klepać mnie po bokach. Wstąpiła we mnie radość, jaką czuje się chyba tylko wtedy, gdy ma się poczucie przynależności do grupy. Ot, ludzie, których poznało się w drodze, stali się moimi przyjaciółmi.

– To co? - Gnoll podparł ręce na bokach i szczerząc się, zapytał: - Idziemy odbić nasz zamek? 


#tworczoscwlasna #zafirewallem

a7bcf669-3124-4ad8-9c4a-94c659ac281b
Wrzoo userbar

@Wrzoo Uuu ale bym teraz pograł w hirołsiki Takiego uniwersum się nie spodziewałem, bardzo oryginalne opowiadanie A tak swoją drogą wyobrażam sobie jak dziwnie musi się je czytać komuś kto nigdy nie grał xd


Widzę, że nie tylko ja miałem motywację oddać opowiadanie przed spędem ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Gnoll jest wyszczekany jak mało kto


Ale się zaśmiałem! Wspaniały smaczek, bestialsko idiomatyczny wręcz!


no bo kto inny miałby coś wiedzieć, jak nie Drzewo Wiedzy?


Ja dziś mam dzień chwalenia, a Ty jesteś mistrzynią oczywisto-nieoczywistych trafnych spostrzeżeń. To pamiętam też z poprzednich opowiadań.


Skończyły mi się jednak punkty ruchu na ten dzień, więc stwierdziłam, że zatrzymam się na noc i odpocznę przy drzewie.


Mnie się za to skończyły punkty pochwał, więc zostawię ten cytat bez komentarza. Uśmiechnę się tylko z jego powodu:


i z każdym krokiem czułam, że coś we mnie rośnie. Jakby… doświadczenie?


Dalej nie mam punktów pochwał, więc znów:


Całości również nie mogę niestety pochwalić. Ale to wyłącznie dlatego, że mi się punkty jeszcze nie zregenerowały.

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci edycja V


Potępieni - śladami wiedźmina


- Kurt! Podaj mi młotek! Obcęgami nie idzie!

I już po chwili dzierżąc młotek w mojej prawicy zadałem cios w żuchwę. Następny - niecelny wybił dziurę w kości policzkowej trupa. Trzeci z kolei odłamał fragment żuchwy z interesującym mnie złotym zębem. Teraz tylko szybkie nacięcie, szarpnięcie i kawałek kości dolnej szczęki ze strzępkiem mięsa wylądował w skórzanej sakiewce a następnie w moim plecaku.

- Jakub! Masz coś jeszcze?!

- Tylko ten wgnieciony szyszak!

- Dobra, bierz go i wypieprzamy z tego trupowiska! Strasznie tu śmierdzi!

Poza kwestiami powonienia i ogólnej estetyki jest ważniejszy powód, żeby zbytnio nie pieścić się ze zwłokami na miejscu rzezi. Bo to, że pierwsze trupojady zostały ubite przez wiedźmina wcale nie oznacza, że za chwilę nie nadciągną kolejne, a wręcz powiedziałbym, że jest to pewnik. Pozostaje tylko kwestia czasu czy będzie to za chwilę, czy za kilka godzin, a może dni? Nie zamierzałem tego sprawdzać. Złotego zęba wydłubie się na spokojnie przy ognisku, albo i wrzuci się tę żuchwę w ogień a później rano kruszec sam wyleci? Zobaczymy. W tym momencie trzeba ruszyć w dalszą drogę śladami wiedźmina, który podąża pogorzeliskiem, które zostawia za sobą nilfgaardzka armia. Czy czyści gościniec z trupojadów na ich zlecenie? Nie wiem i mało mnie to obchodzi. Ważniejsze jest to, że podążając za nim mamy trochę większą szansę, żeby nie zostać rozszarpanymi przez bandę ghouli.

Po chwili Kurt i Jakub zrównali się ze mną i szybkim krokiem ruszyliśmy w stronę ocalałej bramy małego soddeńskiego miasteczka, czy raczej tego co z niego zostało - czyli tlących się zgliszcz. Wszędzie w okół walały się nadpalone i zmasakrowane zwłoki, większość była obgryziona przez trupojady. Chyba wszystkie były Soddeńczyków, pewnie jakieś pojedyncze najeźdźców a może nie leżał tam żaden Nilfgaardczyk. Po obu stronach bramy wjazdowej wisiały sine trupy, zapewne włodarzy miasta. Minęliśmy ją czym prędzej i po kilkudziesięciu metrach weszliśmy w puszczę. Trzymaliśmy się leśnych ścieżek, które ciągnęły się równolegle do traktu a przynajmniej taką mieliśmy nadzieję.

Nie odezwaliśmy się do siebie nawet słowem, bo i o czym tu gadać? Druga sprawa, że w jakimś stopniu czułem obrzydzenie do moich towarzyszy.

Z każdym krokiem w głąb lasu smród pogorzeliska słabł. Chyba już bardziej śmierdziało od naszych okopconych ubrań.

Wiatr poruszył liśćmi drzew i zapachniało lasem. Panował tu taki spokój jakby nic się nie stało. Jakby masakra za nami wcale nie miała miejsca. Jakbyśmy wylądowali w jakiejś innej rzeczywistości. Skupiłem się na szumie liści i dalszy marsz przebiegł mi w zdecydowanie lepszym nastroju.


Leżąc przy ognisku tylko kręciłem się z boku na bok. Spojrzałem na czuwającego Jakuba, który wyraźnie zaczynał już przysypiać. Wstałem i klepnąłem go w ramię.

- Idź spać, ja posiedzę.

- Dzięki. - mruknął zaspany i położył się, a już po chwili usłyszałem jego chrapanie. Najwyraźniej tylko ja miałem tu problemy ze snem.

Patrzyłem w ogień i znów myślałem o tym jakie to życie jest dziwne. Jeszcze do niedawna byliśmy normalni, byliśmy ludźmi pracy - drwalami, rolnikami. A teraz? No właśnie... jak nazwałbym kogoś podobnego do nas? Po prostu chcieliśmy przetrwać i w taki a nie inny sposób odnaleźliśmy się w wojennej zawierusze. Czy dało się inaczej? Pewnie tak, ale nie mam pomysłu jak w inny sposób mielibyśmy przeżyć na tej wypalonej ziemi. Nie wiadomo też kiedy następne fale wojsk nilfgaardzkich natrafiłyby na nas gdybyśmy nie szli podążając za tą pierwszą. Iść w odpowiedniej odległości ich śladem wydawało się rozsądne. Początkowo na pobojowiskach znajdowaliśmy sporo wyposażenia, które można było spieniężyć. Czy to w jakimś cudem ocalałym soddeńskim miasteczku, czy to samym Nilfgardczykom. Później maruderzy ciągnący za armią czyścili pola coraz dokładniej. A teraz podążający za nimi wiedźmin też pewnie zabierał co lepsze części ekwipunku. Nam zostawało już coraz mniej i musieliśmy być coraz bardziej kreatywni w poszukiwaniu funduszy na przetrwanie. W sumie to nie mam wyrzutów sumienia - źli są ci, którzy powodują te masakry. Ale jednak to co robimy jest obrzydliwe i granica zaczęła się przesuwać coraz dalej. Tak wyszło i co zrobić? Lepiej za dużo nie gadać, za dużo nie myśleć i zazwyczaj mi się to udaje, lecz bezsenne noce takie jak ta podczas których nie mam jak uciec przed swoimi myślami są coraz częstsze.


Podeszliśmy cicho do skraju lasu i nasłuchiwaliśmy. Wyraźnie było słychać walkę, ale to już nie była bitewna wrzawa. Co jakiś czas między szczękiem klingi przebijał się nieludzki skowyt.

Przeszedłem kawałek dalej trzymając się skraju drzew i podczołgałem do szczytu pobliskiego nasypu. Wyjrzałem i moim oczom ukazał się czarnowłosy wiedźmin - wyglądał na młodego. Było widać wiele zadrapań na jego ciele i wyraźnie utykał. Dookoła niego leżała góra ubitych ghouli, było ich przynajmniej kilkanaście albo i więcej. Natomiast w tym momencie walczył z dwoma wielkimi graveirami. Chodzące truposze wielkości niedźwiedzia. Wielkie masywne lecz poruszające się nad wyraz szybko i zwinnie. Patrzyłem z osłupieniem na te chore abominacje krążące wokół mutanta.

Kurt i Jan dołączyli do mnie i razem patrzyliśmy jak wiedźmin swoim srebrnym mieczem odbija ciosy, raz jednego, raz drugiego graveira. Trzymały się na dystans i doskakiwały zadać cios prawie, że jednocześnie. Tylko nieludzki refleks zabójcy potworów trzymał go przy życiu. Choć coś mówiło mi, że długo tak nie wytrzyma.

Wiedźmin też musiał zdawać sobie z tego sprawę bo po chwili zdecydował się na szarżę na bliższego nam trupojada. Zrobił młynek mieczem i udało mu się zmylić potwora - ciał go w ramię, prawie je odrąbując. Stwór zamachnął się z wściekłością i tym potężnym ciosem zrzuciłby głowę z ramion wiedźmina, lecz wiedźmin złożył dziwnie palce i fala uderzeniowa odrzuciła potwora na dobre 10 metrów tuż pod nasz nasyp. Walczący odwrócił się minimalnie za wolno i doskakująca zza jego pleców druga bestia rozorała mu bark ostrymi pazurami.

Niewiele myśląc rzuciłem siatkę na leżącego przy nasypie rannego potwora i zbiegając ryknąłem:

- Teraz chłopy! Razem!

Kurt i Jan nie zawahali się i dołączyli do mnie, trzymaliśmy w dłoniach małe toporki do rzucania. Ruszyliśmy pędem w stronę wiedźmina zwartego w walce z potworem. Młody wojownik dzielnie odbijał ciosy ale widać było, że przez rany jest już wolniejszy i sprawia mu to coraz większą trudność.

Byliśmy już w zasięgu rzutu i rzuciliśmy - najpierw Kurt, potem ja i Jan. Topór Kurta chybił i przeleciał obok głowy graveira. Natomiast mój dosięgnął celu perfekcyjnie - wbił się głęboko w plecy walczącego wiedźmina, a topór Jana trafił go w łydkę. Graveir nie zmarnował tej okazji i rozorał twarz ciężko rannego i zaskoczonego zabójcy. Po chwili zaskoczył też Jana - na którego rzucił się błyskawicznie. Mnie udało się rzucić drugą siatkę, która splątała graveira. Niestety splątała z nim też Jana, który darł się wniebogłosy kiedy obrzydliwe kły potwora rozrywały jego ciało.

Wraz z Kurtem dopadliśmy do kotłującej się plątaniny i zaczęliśmy tłuc gdzie popadnie - ja młotkiem, Kurt siekierą. Skóra bestii była jednak bardzo gruba i widząc, że nasze wysiłki na niewiele się zdadzą podbiegłem do zwłok wiedźmina i wyszarpałem z jego zesztywniałych palców srebrny miecz.

- Kurt! Spierdalamy! - krzyknąłem i nie oglądając się za siebie wbiegłem w pobliską gęstwinę. Po krótkiej chwili Kurt zrównał się ze mną. Jeszcze jakiś czas podążały za nami krzyki zjadanego żywcem Jana - nie miał dla nas litości.


Siedziałem przy ognisku i patrzyłem jak płomienie odbijają się w wypolerowanym przeze mnie na błysk srebrnym, wiedźmińskim mieczu - był bezcenny. Więc w czasie wojny powinniśmy dostać za niego dosyć, żeby garstce osób ocalałych z masakry naszej wioski udało się przeżyć zimę. Trzeba tylko go teraz wymienić na zapasy a potem dostarczyć je do chat drwali głęboko w lesie. Byli tam ukryci: żona Jana, rodzice Kurta i moja córeczka Anrietta oraz kilku innych.

Odpoczniemy tam przez dzień lub dwa i wyruszymy z Kurtem w dalszą podróż - więcej pieniędzy zawsze się przyda. Druga rzecz, że nie chciałbym, żeby moja córka przebywała w towarzystwie osób takich jak my.


Liczba słów: 1257


#zafirewallem #tworczoscwlasna

85ab4340-b614-4b0e-910c-843a2ba4f64c

@splash545 buuu! W sążniach albo w łokciach jednostki miary powinny być, ewentualnie po amerykańsku, relatywnie do czegoś znanego, końskie długości może? Mnie żeś immersje pan popsuł tymi metrami.


Ale ogólnie bardzo spoko opowiadanie, ja to bym w takiej akcji widząc graveira raczej wydygał xd

ŚWIETNE!!!


Nie dość że jesteś chyba mistrzem odwracania kota ogonem (to znaczy budowania nastroju i zaskakiwania nieoczywistym rozwiązaniem, tak tutaj, jak i w Narcos - czy to w ogóle jest ten słynny plot twist?), to jeszcze to budowanie Ci wychodzi rewelacyjnie. Tak jak i masz świetne opanowanie narracji - równe, to co wprost, to wprost, ale też sporo obrazowo.


No i jeszcze te targające bohaterem wątpliwości zestawione z brakiem wyboru. To to już mi się wyjątkowo podobało.

@splash545 no jak zaczęła się rozkręcać ta historia to dokładnie liczyłem na takie zakończenie. Dobra robota, historia taka jaka być powinna, pełna krwi i cierpienia. Łajdactwa i przyziemności.

Życie to nie je bajka.

Zaloguj się aby komentować

#sowieuniswersum #naopowiesci

Kolejna część


- J⁎⁎⁎ny deszcz… - pomyślał Walther brodząc po dziurach krajoweju drogi na Bel Chateux omijając zjazd na Hejto City. Stary polonez może i był sprawny, ale nie zmieniało to rzeczy, iż woda podczas deszczu się do niego lała jak w konewkę, zapuszczając big dance z kasety dalej brnie w tym morzu asfaltu i słomy po żniwach.


- Jeszcze parę kilometrów i zjazd, a za zjazdem jest Piotrek z tanim gazem – marzył Dziad

Pół godziny później na tanim CPNie…


-A witam stałego klienta! Jak zwykle poloneza do pełna, butle do kuchenki również? – Zadowolony Piotek rzekł z przesytem emocji

-Jak zwykle… - bez emocji kaszlnął Walther

-Oczywiście wszystko uczciwie na fakturę?

-Nie wkurwiaj mnie dzisiaj, mam robotę do zrobienia… - Widać było po Starym, że za nim długa droga.

-Luz Blues stary, dla cie… - przerwał słysząc klekotanie zaworu od gazu w polonezu. Moment przełączył na drugi wlew na

butle.


Stojąc tak w ciszy Walthera naszły wspomnienia:

-*Warto było ośle się nie uczyć?*

-*Co ci po tym liceum i maturze? Było iść jak normalny człowiek do zawodówki*

-*Walty, chodź z nami do Bel Chateux, zaraz sobie robotę znajdziesz i będziemy królami życia*


Rozmyślania przerywa Pioter, mówiący o 100 złoty za gaz

-Masz tu 105 i jadę dalej. – wyrwany z wspomnień odrzekł Walt.

-Szerokiej drogi! Może napijemy się jak za dawnych lat? – Piotr powiedział z nadzieją.

-Wiesz, że już nie piję… nie kuś mnie jak żeś moim dobrym przyjacielem… proszę. – Walther aż zdziwił się, że do niego powiedział proszę a nie jakieś wulgarne określenie.

-Spoko stary, szanuję. To może masz tutaj jeszcze ze starych zapasów viceroye. - *wrzuca paczkę starych niebieskich vicerojów na siedzisko pasażera do polonezu*

-Wiedziałem, że na ciebie zawsze mogę liczyć . – Z uśmiechem powiedział Walther odjeżdżając złomem z CPN-u.

Zaloguj się aby komentować

Oto proszę Państwa rozpoczynamy piątą edycję zabawy #naopowiesci ! Dzisiaj temat i kategoria to klasyka klasyków, coś co znamy i kochamy:


Temat: podróż


Kategoria: fantasy


Liczba słów: 900 - 2000


Termin: 04.08.2024 (14 dni)


Zasady:


Standardowe - zadający konkurs może ogłosić wygranego według własnego widzimisię oraz zmienić kryterium oceniania w dowolnym momencie.

Zwycięzcą zostanie osoba, której opowiadanie zdobędzie największą ilość piorunów i w nagrodę będzie miała zaszczyt ogłoszenia następnego zadania.

Za każde 100 słów poniżej lub powyżej zadanego limitu - 1 punkt.

Za znaczne rozminięcie się z tematem - 5 punktów.


Miłego pisania!


#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Czas i pora na podsumowanie IV edycji #naopowiesci !


@moll za opowiadanie Partia Pani Blond dostaje wyróżnienie za niekontrowersyjne opowiadanie polityczne!


15


https://www.hejto.pl/wpis/naopowiesci-w-ostatniej-chwili-ale-sie-wyrobilam-wink-partia-pani-blond-prosze-p


@splash545 za opowiadanie Narcos dostaje wyróżenienie za nienawiść do trapu!


15


https://www.hejto.pl/wpis/naopowiesci-edycja-iv-narcos-chyba-znowu-wylecialo-powiedzialem-i-przekrecilem-p


@Wrzoo za opowiadanie Wodzianka - orgin story dostaje wyróżnienie za najbardziej przytulne, smierdzące kiblem pomieszczenie!


16


https://www.hejto.pl/wpis/naopowiesci-marzylo-mi-sie-by-pozenic-na-opowiesci-z-hejtodetectivesquad-mam-nad


@KatieWee za opowiadanie Przemilaczane dostaje wyróżenienie za alternatywne podejście do happy endu!


19


https://www.hejto.pl/wpis/naopowiesci-zafirewallem-to-co-przemilczane-na-poczatku-pojawila-sie-cichutka-me


O ile po samych piorunach wiadomo kto wygrał i opowiadanie bardzo mi się podobało to jednak moja horda ma pewne standardy, zaś nepotyzm, kolesiostwo oraz oczywiście docenienie Mojej Skromnej Osoby na tyle żeby wystąpiła w drobnej roli w opowiadaniu i w dodatku w roli dosyć przyjemnej także dzięki wrodzononemu mi narcyzmowi przydzielam dodatkowe 5 piorunów dla Wrzoo! Splash że jest jedynym chłopem to w ramach równouprawnienia dostaje -7 piorunów dzięki czemu wypada poza podium. Następnie te 7 piorunów daję Moll i Katie Wee, Moll mniej, 3, bo jest mniejsza a Katie więcej po jak sobie pomyślałem że mnie wałkiem walnie w łeb na przywitanie to się trochę cykam.


Także klasyfikacja prezentuje się:


4. @splash545

3. @moll

2. @Wrzoo

1. @KatieWee


Zwyciężczyni składam gratulacje i czekam na zwyczajowy upominek za korzystne rozpatrzenie sprawy! [̲̅$̲̅(̲̅ ✧≖ ͜ʖ≖)̲̅$̲̅] Poza tym przypominam o obowiązku rozpoczęcia kolejnej edycji i w ogóle nie przepraszam za późne rozstrzygnięcie xD


#naopowiesci #zafirewallem

@DiscoKhan wybacz, nic z tej matematyki nie rozumiem

Ale dziękuję za docenienie i zabieram się do wymyślania nowego zadania

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci - w ostatniej chwili, ale się wyrobiłam


Partia Pani Blond


-Proszę pani, już pora - asystent wszedł niemal bezszelestnie do niewielkiego gabinetu zajmowanego przez panią Blond i przerwał jej rozmyślania. To miał być już ostatni raz i będzie wolna, nareszcie, po tylu latach.

-Dziękuję Adasiu - odpowiedziała, nie ruszając się zza biurka - Już do was schodzę.

-Pan Remigiusz kończy powitanie, nie ma pani już zbyt wiele czasu… - przypomniał mężczyzna. Mimo skłonności jego szefowej do przesadnego umiłowania punktualności, tym razem z lekka ją ponaglił. On także denerwował się dzisiejszym wystąpieniem, jako jeden z nielicznych wiedział, że to pożegnanie.

Z westchnieniem wstała zza biurka. Zebrała płynnym ruchem kilka leżących przed nią kartek, poprawiła okulary, obciągnęła poły dobrze skrojonego żakietu i ruszyła w swój ostatni bój.

Gdy wraz ze swoim asystentem, wieloletnim współpracownikiem, Adamem Zawiałką dotarła za kulisy, Remigiusz Opałka właśnie kończył przemawiać do zebranego tłumu. A trzeba przyznać, że wiec partii W Centrum (zwanej przez wszystkich Partią Pani Blond) był wydarzeniem, które od dobrych dwóch dekad przyciągało masy. 

-... I oto przed państwem ona, Anna Blond, prezeska rady ministrów, prezeska i założycielka W Centrum!

Na sali rozległy się ogłuszające brawa. Pani Blond skrzywiła się niemal niezauważalnie. Jednak dekady w polityce pod tym względem niewiele zmieniły i mimo upływu czasu, nadal nie lubiła ogłuszającego aplauzu, towarzyszącego jej wystąpieniom publicznym, odkąd jej niewielkiemu niegdyś ugrupowaniu udało się sięgnąć po władzę i dzierżyć ją mniej lub bardziej samodzielnie przez niemal trzydzieści lat.

Łaska wyborców na pstrym koniu jeździ. Pomyślała, wygładzając po raz ostatni ołówkową spódnicę. Adaś lekkim skinieniem dał jej znać, żeby wyszła na scenę. To był jej czas.

Przy postawnym Remigiuszu, ściskającym jej drobną dłoń, wyglądała na jeszcze mniejszą - niewysoka, lekko okrągła, z blond włosami poprzetykanymi pojedynczymi pasemkami pojawiającej się siwizny, upiętymi w prosty kok z tyłu głowy. W swojej szarej garsonce i okularach bliżej jej było do starzejącej się belferki niż prezeski największej partii w Polsce. Jednak coś w postawie i wzroku tej kobiety sprawiało, że wydawała się większa, potężniejsza niż była w rzeczywistości. A partyjni koledzy skwapliwie korzystali z ognia pani Blond, grzejąc się w nim od wielu lat. Ale dzisiaj miał nadejść tego kres. Dziś miała ogłosić swoje odejście na polityczną emeryturę.

Remek pomógł jej wejść na podwyższenie, dostosował mikrofon do wzrostu swojej partyjnej zwierzchniczki i dyskretnie usunął się ze sceny. Od teraz ona i uwaga wszystkich koncentrowała się wyłącznie na pani Blond.

-Drodzy, miło mi niezmiernie powitać was wszystkich na dorocznym wiecu partii W Centrum. Witam wszystkich zgromadzonych, moich najbliższych współpracowników, partyjnych kolegów i koleżanki, naszą prężnie działającą młodzieżówkę oraz wszystkich sympatyków i tych kilka zagubionych dusz, które trafiły tu zupełnym przypadkiem. W tym miejscu również witam i dziękuję wszystkich zaangażowanych w organizację wiecu, bez was kochani nasze coroczne spotkania nie miałyby szans się odbyć. - nie mówiła zbyt głośno, jednak jej głos niesiony przez rozmieszczone po sali głośniki wybrzmiewał tym czymś, na co wszyscy czekali, każdy poczuł się dostrzeżony i wyróżniony.

Chciała zacząć mówić dalej, jednak gorący aplauz jej to przez dłuższą chwilę uniemożliwił. W tym roku udało jej się uniknąć skandowania jej imienia - zawsze ją to irytowało. Mimo wszystko nie chciała, by W Centrum, choć nazywane Partią Pani Blond, było faktycznie jej prywatnym folwarkiem. Z uporem maniaka powtarzała, że partię tworzą ludzie, ci w partii i ich wyborcy i że bez nich, nie byłoby jej. Nie przekonywało to opozycji, ale cóż… jej odejście zweryfikuje, kto z nich miał w tej kwestii rację. Ona wierzyła, że wychowała pokolenie liderów, którzy są w stanie ją zastąpić.

-Władzę łatwo zdobyć, dużo trudniej ją utrzymać, choć jak sami widzicie, nie jest to niemożliwe… - wykrzywiła usta w nieco ironicznym uśmiechu i kontynuowała, właściwie nie patrząc już na leżące przed nią notatki. - Tak samo, jak nie jest niemożliwym zbudować coś z niczego. Partię W Centrum u zarania tworzyła garstka idealistów, tak naprawdę wtedy nie wierzyłam, że mamy szansę na cokolwiek, przy starych wyjadaczach na scenie politycznej. A jednak, udało się nam! Była to powolna i mozolna praca. Przekłuwanie populizmu i koniunktury w programy wyborcze, w obietnice, które uważaliśmy do spełnienia. Realizowaliśmy je, co zbudowało wasze zaufanie do nas, do kolejnych członków rozrastającego się z roku na rok ugrupowania. Na tym właśnie polega moc demokracji! To wy wybieraliście nas raz po raz. I to jednocześnie właśnie to - spełnianie obietnic jest miarą wielkości polityka, w którym jego wyborcy pokładają zaufanie. Obiecać można wszystko, ale to zrealizować… Oczywiście nie obyło się bez pomyłek i błędów, takich jak fiasko pierwszej reformy emerytalnej czy deregulacja rynku energetyki, ale tylko ten się nie myli, kto nic nie robi. Nawet takie momenty byliśmy w stanie z wami przetrwać, bo mimo wszystko wierzyliście w nas i w to, że uprzątniemy po sobie bałagan. I jak widzicie - udało się, emeryci nie głodują, zaś wszyscy wespół nie siedzimy o świeczkach. Poza spektakularnymi klapami, mieliśmy na koncie kilka sukcesów, do dzisiaj jestem dumna z uproszczenia systemu podatkowego i restrukturyzacji służby zdrowia, a także regulacji rynku nieruchomości w ramach działania portfeli kapitałowych. Przed nami wszystkimi jednak kolejne wyzwania, którym musimy sprostać we wciąż zmieniającym się świecie. Prawo powinno być stabilne, ale nie archaiczne. Jeśli nie wyprzedza czasów, powinno przynajmniej starać się dotrzymywać im kroku. Ta ciągła dynamika wymaga moim zdaniem również zmiany na stanowisku lidera partii - wrzawa, która podniosła się w sali przez kilka minut nie pozwoliła pani Blond kontynuować przemówienia.

-Jak powiedziałam, ciągła dynamika wymaga moim zdaniem również zmiany na stanowisku lidera partii - starsza pani wróciła do przerwanego wątku. - Z roku na rok jestem coraz starsza i świat wiruje coraz szybciej wokół mnie. Chociaż nadal za nim nadążam, zaczynam dostawać lekkiej zadyszki, dlatego uznałam, że jest to ten moment, kiedy kierownictwo partii powinien przejąć ktoś młodszy. Że pora na następcę, który będzie liderem na miarę drugiej połowy XXI wieku. Liderem dla W Centrum i liderem dla Polski. Dlatego, choć mianowanie nie jest do końca przyjętym w demokracji konwenansem, chciałabym przekazać zwierzchnictwo partii w ręce mojego wieloletniego współpracownika, aktualnego wicemarszałka senatu, Dominika Nowakowskiego. Dominiku, dołącz proszę do mnie - Anna zaprosiła gestem do siebie jednego z mężczyzn zasiadających w pierwszych rzędach publiczności.

Nim mężczyzna, ogłuszony rozlegającym się zewsząd aplauzem doszedł do sceny, Anna Blond zachwiała się za pulpitem. Próba uchwycenia się mebla niewiele dała i kobieta upadła, tracąc przytomność.


***


Biuletyn Partii W Centrum


Z głębokim smutkiem zawiadamiamy o śmierci założycielki i wieloletniej prezeski naszego ugrupowania. Mimo udzielenia niezbędnej pomocy medycznej, Anna Blond zmarła wczoraj w godzinach wieczornych w szpitalu MSWiA.

Partyjni koledzy i koleżanki pozostają, wraz z rodziną zmarłej pogrążeni w głębokim żalu po jej stracie.

Zgodnie z wolą rodziny, pani Anna zostanie pożegnana w kameralnej uroczystości, w której uczestniczyć będą najbliżsi zmarłej.


-----

1075 słów


#zafirewallem

zawiesiłem się na jej skłonności do przesadnego umiłowania punktualności, potem doszło obciąganie sweterka i najwyraźniej czas już spać xD muszę tu wrócić, to mój comment obserwacyjny

Zaloguj się aby komentować

#sowieuniswersum #naopowiesci

Kontynuacja historii Walthera z Sulejówka, myślę, że tym razem lepiej wyszło


Chłodny wieczorny wiatr zawiał nad lasami, drzewa kołysały się jakby to było dla nich nic nowego. Wiatr błądził nad polami, umilając chłopakom skakającym po polach i szukających zabawy czasu. Jednak jedna polana opierała się tym spokojnym nastrojem. Było to nie tak dawno temu...


Walther otworzył oczy, znów nie przespał dobrze nocy w starej niewiadówce. Leniwie przeciągając się pod wytarmoszoną pierzyną marzył jeszcze o przynajmniej pół godziny snu. Już miał się przekręcić na drugą stronę, gdy

naskoczył na niego jego wierny i stary kocur Jessie.


-Wstawaj śpiochu! Bimber sam się nie narobi! Masz cały dzień roboty!


Stary kawaler otworzył oczy i w momencie przypomniał sobie, co dzisiaj musi koniecznie zrobić... Zrywając się z łóżka na dzień dobry odpalił papieroska. Zaciągając się własnej roboty tytoniem z każdą sekundą odzyskiwał przytomność. Wczoraj do późna drutował elektrykę w polonezie i położył bardzo późno się spać. Przy dobrych wiatrach z nad Bel Chateux możliwe, że przespał z 5 godzin.


-Dżejsi, wiesz która godzina? 


-Zaraz będzie 7.00! Trzeba palić boscha i jechać do gospodarzy!


Wstrząśnięty Stary momentalnie ubiera się w co lepsze wyprasowane dresy i koszulę. Pastuje lakierki i w miarę płynnie przychodzi do kuchni. 


Kuchnią to trochę dużo nazwać, dwa palniki, lodówka turystyczna i mały zlew jak to w przyczepie, która pamięta czasy Gierka. Przynajmniej jest czysto. 


Bimbrownik otwierając lodówkę wyjmuje z niej taniego energola bez cukru i wypija duszkiem, następnie idzie się okąpać na szybciorga. Wychodząc z przyczepy legancko ubrany i odświeżony zamyka ją na kłódkę i ładuje się na fotel kierowcy.


-Dżejsi! Masz pilnować chałupy! - Krzyczy do kocura próbując odpalić poloneza całego obładowanego bimbem. 


-Spokojnie stary, jakby mnie nie było to klucz jest pod prądnicą obok resztek WSK! - Odrzekł uradowany kotek, mający nadzieję wrzeszcie pójść zapolować jak Pan Bóg przykazał.


Zadowolony Walther przełączył polonezu na LPG i pojechał polną drogą dojechać do asfaltówki, mając nadzieję, że jeszcze gospodarze są w miarę trzeźwi...

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci edycja IV


Narcos


- Chyba znowu wyleciało. - powiedziałem i przekręciłem pokrętło regulacji ogrzewania na czerwone pole. Wskazówka temperatury silnika po chwili zaczęła zjeżdżać bliżej środka, a przynajmniej już nie podnosiła się do góry. Spojrzałem na Łysego, na którego czaszce momentalnie zaczęły pojawiać się krople potu. Już otwierał usta, żeby powiedzieć:

- Więc...

- Nawet k⁎⁎wa nie zaczynaj!

Spojrzał tylko i nie skończył.

Lubiłem moją starą betę E34. Ostatnia z okrągłymi światłami - klasyk. Co prawda lubiła trochę wciągnąć oleju i wyglądało na to, że jebła uszczelka pod głowicą. Wcisnąłem gaz i spojrzałem na biały tuman dymu w lusterku wstecznym. Taa, to uszczelka. No trudno czas już zmienić wysłużony benzynowy 2,5 z przeszło czterystutysięcznym nalotem. Pojeżdżę aż całkiem się zesra i zrobię swapa, może na V8, albo...

- Kupiłbyś jakiś normalny, współczesny samochód, a nie pchasz siano w to stare gówno.

- Mówiłem, że masz nie komentować, bo gówno mnie obchodzi twoje zdanie. I co może mam jeździć jakąś Cliówką jak jakaś ciota, bo pięcioletni? Se jeździj i wyglądaj jak pedał! Ledwo się do niej mieścisz.

- Przynajmniej się nie pocę.

- To czemu nie jedziemy teraz tą twoją bestią z silnikiem od kosiarki? W sumie to mogliśmy, bo jakbyśmy się z niej wysypali to typy by się zesrali ze śmiechu i sami by padli.

Kątem oka widzę jak Łysy próbuje wysupłać szluga z miękkiej paczki malborasów.

- Też mi daj.

Po chwili podaje mi już odpalonego i mówi:

- Pawła mogliśmy wziąć.

- A na c⁎⁎j ci tu Paweł? Chyba, żeby beta więcej spaliła tylko. Się nadaje k⁎⁎wa, krechę wciągnąć i walić konia pół dnia. Pamiętasz akcje u kuzyna? Typy już pod butem leżą a ten k⁎⁎wa muł się zza samochodu ledwie wychylił. Bohater.

- Trochę raźniej zawsze. Trochę może ich tam być.

- A co boisz się tej dzieciarni? Jeden w pizde dostanie, reszta się obsra i po temacie. Czytałem w książce, że na polu bitwy tylko 10 procent...

- Ta, ty książkę czytałeś. Aha, na pewno.

- Spierdalaj.

Już nic nie powiedział.


Zaciągam się i delektuje tą chwilą ciszy. Taa wsparcia mu się zachciało na tych paru leszczy. Dzieciarnia się zabrała do handlu i to jakimiś gównami z internetu. Chociaż teraz Pawełek może znalazłby trochę więcej motywacji w sobie, po tym jak zapaści dostał i o mało się nie przekręcił. Eksperymentować się zachciało debilowi z jakimiś alfami. Co to k⁎⁎wa jest? Zresztą nigdy nie wiadomo co tam może siedzieć. Biorą jakieś gówna ściągają z Chin, a później jak coś się stanie to na pogotowiu nie wiedzą nawet lekarze co robić. Jak się nawpierdala za dużo fety to przynajmniej mają na to jakieś procedury. A jak nażre się jakiejś mefy, alfy, albo raczej jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego odczynnika chemicznego, to mogą jedynie dać kroplówkę i rozłożyć ręce. Może się uda.

Też k⁎⁎wa wymyślili te ustawy wciągające coraz większą liczbę substancji po tych sklepach z dopami. Wyścig k⁎⁎wa chemików i prawników, a śmierć w tle. Ile było przykładów ze Stanów, z Meksyku? Mało ludzi zginęło? I po co? Co to dało? Mogliby zalegalizować do tej piony czegokolwiek jak w Czechach. Depenalizacja, edukacja, redukcja szkód, odwyki, metadon, terapia i jakieś alternatywy dać. Ale nie k⁎⁎wa, bo by się tym świniom przy korycie elektorat wysypał ze starych bab.

Zresztą lepiej niech nie legalizują bo za co bym swapa miał zrobić? Może jeszcze do roboty bym musiał iść j⁎⁎ać na magazyn w jakiejś obsranej Anglii albo do tych ćpunów w Holandii. Pi⁎⁎⁎⁎le, niech będzie jak jest, a z tą młodzieżą z internetowymi kryształkami to już sobie sami z Łysym poradzimy. Zerkam na ten jego wielki upocony łeb.

- I to bez Pawełka k⁎⁎wo. - burknąłem.

Spojrzał tylko i nic nie powiedział.


- Dobra już prawie jesteśmy.

- Podjedź tyłem, tylko nie za blisko.

- Naprawdę? Co ty nie powiesz?

Otwieram bagażnik i wychodzimy. Trzaskają drzwi pasażera.

- W ten łysy łeb się k⁎⁎wa j⁎⁎⁎ij.

- Bo nie chce się domknąć.

- Jak twoja gęba.

Wyciągamy z bagażnika po pałce teleskopowej. Ja pakuje do kieszeni woreczek strunowy z trytytkami. Pewnie się nie przydadzą ale lepiej mieć, niż nie mieć.

- Tylko nie zamykaj całko.

Spojrzałem tylko na niego i nic nie powiedziałem. Opuściłem wolno klapę bagażnika nie zatrzaskując.

- Dawaj zajaramy jeszcze, trzymaj mojego.

Stoimy i palimy, tym razem Camele, żółte oczywiście - klasyka.


Wychodzimy zza rzędu garaży. Przed jednym słychać trap z głośnika blootooth i kręci się kilku typków.

- Jak on serio trzyma towar w tym garażu co sobie grillka zrobili to jakiś niedojebany musi być.

- pięciu, sześciu, siedmiu...

- A ty k⁎⁎wa co? Matematykę teraz ćwiczysz!? Wbijamy k⁎⁎wa!

Trzasnęły rozkładane teleskopy i w rytmie trapu najpierw jednej k⁎⁎⁎ie siedzącej na plastikowym krześle z rozpędu wjechałem z buta w mordę. Dobrze nie upadł i już zaczął spierdalać. Świsnęła pałka i trzasnąłem drugą pizdeczkę w łydkę, a może w piszczel? Wydarł się jak dziewica przy analu. Dostał więc bułę w mordę i po chwili wypluł zęby. Przynajmniej się zamknął, ale chyba wybiłem sobie palca. Jeden leży przed Łysym, drugi dławiąc się krwią pomału się zbiera do ucieczki. Reszta zjebała.

- A nie mówiłem ci Łysy, że tak będzie. Podnosimy go i do bagażnika. Co tak się na niego patrzysz? Czy... Czy to mózg?

- No.

Patrzę więc na czerwoną galaretę wyciekającą z czaszki leżącego. Przechodzę wzrokiem na teleskop Łysego - ścieka z niego czerwono-czarna ciecz.

- Ty debilu j⁎⁎⁎ny! Nie wiesz, że teleskopem się j⁎⁎ie po tkankach miękkich?! K⁎⁎wa! - tłukę pałką w ten j⁎⁎⁎ny głośnik, z je⁎⁎⁎ym pedalskim wyciem! Pierdolony autotune! Nienawidzę! Dobrze trafiłem - głośnik rozpadł się na kawałki i nastała cisza.

- Dużo ich było.

- Co robimy...?

Łysy grzebie w kieszeni i wyciąga Marlboro w miękkiej paczce.

- Zapalmy.

Więc palimy siedząc na plastikowych ogrodowych krzesełkach. Czuć zapach zaczynających się już przypalać kiełbasek z grilla. Zaciągam się papierosem i patrzę na rozbitą głowę z pustym wzrokiem utkwionym w nieboskłonie. Nigdy nie widziałem trupa w takim stanie, jedynie na pogrzebach. Szczerze to myślałem, że taki widok zrobi na mnie jakieś większe wrażenie. Nie zrobił.

Jedyne co, to tak sobie myślę patrząc na tą cieknącą maź: z jakiego gównolitu jesteśmy zrobieni? Jeden cios i pyk. Byłeś i cię nie ma. Kupa mięsa. Ciekawe kiedy zacznie śmierdzieć? Palę, kminie i czekam, aż sam to zapropo...

- Dobra weź te teleskopy a ja tu zostanę. Zwykła bójka, pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Ile tam dostanę? Góra ze dwa lata.

Dwa razy nie musi powtarzać. Pakuje więc teleskopy w kieszeń i zbijamy pionę. Już mam odchodzić ale po chwili się zatrzymuję.

- Ty Łysy wy⁎⁎⁎ie ci buta na ryj.

- Co!?

- No lepiej będzie wyglądać. Nie, że ich tu skatowaliśmy, tylko wiesz, że walka była.

- Dobra, jebaj.

But wchodzi całkiem gładko. No i w sumie należało się temu jełopowi - za głupotę.


Po chwili siedzę już w beemce i cisnę ostro zostawiając za sobą białą chmurę dymu. Po kilku minutach w chwili, w której przejeżdżam przez most otwieram szybę i teleskopy lądują w Wiśle. Pewnie jutro zawiną mnie na przesłuchanie i pewnie dostanę jakieś zawiasy. Ale może to i dobrze, że tak wyszło? Fama się rozejdzie i będą mieć młokosy nauczkę. Teraz to nieprędko, któryś wpadnie na pomysł, żeby wejść na mój teren. Teraz znów to moja dzielnia!


Liczba słów: 1151

#zafirewallem #tworczoscwlasna

68ad4bc6-9007-496d-88b9-890ce48cd927

@splash545 Przeczytałam, od razu chciałam napisać, że Żulczyk, ale nawet lepszy, a tu Wiro już mnie uprzedził

Jak nie czytałeś, to "Informację zwrotną". Koniecznie. Teraz. Podziękujesz później. I nie, że serial, tylko książkę.

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci #zafirewallem


Przemilczane


Na początku pojawiła się cichutka melodyjka, jak radiowy dżingiel, który potrafi zapętlić się i grać w głowie całymi godzinami. Nie potrafiła powiedzieć gdzie usłyszała ten urywek, ale to nie było przecież nic niepokojącego. Wszystkie te baby sharki i inne takie bardzo często atakowały ją nawet całymi tygodniami, więc jeszcze jedna melodyjka w głowie nie była niczym dziwnym. Z tym, że mijały już dwa miesiące, a to uparte tamparam pam pam trochę podobne do melodyjki auta z lodami do tego czasu nie zostało wyparte jakąś głupią reklamą.

Po jakimś czasie po melodyjce pojawił się szept. Próbowała usłyszeć o czym mówi głos (a może dwa głosy? a może cały chór głosów?), ale nie mogła. Zakrywała uszy rękami, zakładała słuchawki wyciszające, wkładała w uszy zatyczki - na nic. Głosy szeptały na granicy słyszalności. Czasem pytała męża albo siostrę czy coś słyszą - a im częściej o to pytała, tym częściej spoglądali na nią z niepokojem. W nocy kiedy ciszę zakłócał tylko lekki szum padającego śniegu starała się usłyszeć chociaż słowo. Przewracała się w łóżku całymi godzinami. Mąż już od dawna sypiał w gościnnym, kłócili się o wiele częściej niż zwykle. Przynajmniej gdy w końcu udawało się jej zasnąć miała całe łóżko dla siebie i nie budził jej telefon męża, w którym alarm ustawiony był na szóstą rano. Czasami mąż przed wyjściem do pracy zachodził do sypialni, gładził ją po włosach i mówił - śpij dobrze maleńka - a ona zaciskała oczy mocniej, żeby wiedział, że śpi i stara się wypocząć. Bo ten wypoczynek stał się ostatnio bardzo ważnym tematem w ich rozmowach.

-Muszę odpocząć! - krzyczało jedno.

-Ja muszę bardziej, życie z tobą jest do d⁎⁎y! - wrzeszczało drugie.


Na terapii u psychologa i u psychiatry, do którego chodziła od jakiegoś czasu też uważali, że potrzebuje odpoczynku, ale nie mogła mieć spokoju słysząc ten ciągły szept. Była też u kilku innych lekarzy, ale uznali, że nie ma żadnych zmian laryngologicznych i neurologicznych, które mogłyby dawać taki skutek. Rozkładali tylko ręce.


Gdy było już naprawdę źle szła do klubów i tańczyła do upadłego. Ogłuszająca muzyka i alkohol trochę wyciszały to co działo się w jej głowie, ale mąż za każdym razem miał jakieś pretensje, jakby nie rozumiał, że to jedyne co jest jest w stanie pomóc chociaż na chwilę. Było lepsze niż jakiekolwiek lekarstwa od psychiatry.


Któregoś popołudnia gdy leżała w łóżku dochodząc do siebie po wyjątkowo udanej imprezie usłyszała w głowie jedno odrobinę głośniejsze słowo - nadzieja. Głos był dalej cichy, ale wreszcie zrozumiała choć jedno słówko i to była to jej własna nadzieja. Wyskoczyła z łóżka, ściągnęła szybko bluzkę, w której spała i nago odtańczyła taniec radości z wymachiwaniem ramionami i mnóstwem kręcenia biodrami. Jej ciało odbijało się w wielkim lustrze naprzeciwko łóżka i zobaczyła w nim, że pierwszy raz od miesięcy się uśmiecha. To cudowne! Nie oszalała! Ten głos naprawdę tam był i odzywał się do niej!


Przez wiele następnych tygodni nasłuchiwała tych pojedynczych słów, reszta dalej tonęła w szepcie. Często ten miękki, głęboki kobiecy głos powtarzał to samo - łono, czczę i nadzieja

Któregoś wrześniowego popołudnia gdy siedziała przy śniadaniu nagle spłynęło na nią olśnienie i wreszcie zrozumiała! Jest wybrana! To łono, które będzie czczone to jej łono! Wyda na świat nowego mesjasza, nadzieję na lepszy świat i lepsze jutro, w którym ludzie będą szczęśliwi i każdego będzie stać na to co tylko sobie zamarzy! 


-Czy ciebie dokumentnie popierdoliło? - zapytał głos w jej głowie, tak nagle i donośnie, że podskoczyła na kuchennym krześle a papieros wypadł jej z dłoni.

- Co? - tylko tyle była w stanie z siebie wykrztusić.

- Ja tu od miesięcy tkwię w tym twoim durnowatym mózgu, staram się siedzieć cicho, ale czegoś tak głupiego to się nawet nie spodziewałam. Jakie łono, jaka nadzieja idiotko! - wrzeszczał głos.

-Jedyne co ja tu sobie powtarzam po cichu cały czas to "ale ona jest popierdolona, ja pierniczę, co to za beznadzieja"! Nie wiem w jaki sposób i za jakie grzechy znalazłam się na doczepkę w tej twojej głowie, ale mam już tego serdecznie dość! Jak można być takim głupim! Nie chcę siedzieć tu i patrzeć jak marnujesz mój czas i moje życie na robienie takich bzdur! Wszyscy bliscy się od ciebie odsuwają, twój mąż jest na skraju załamania nerwowego, siostra unika cię jak może, matka zerwała kontakty lata temu, nawet ten twój york ma cię dość! Ja też mam cię dość! Dość! Od dzisiaj ja tu rządzę, a ty nie masz już nic do powiedzenia!


***


-Kochanie…

-Tak misiu?

-Zmieniłaś się ostatnio, wiesz? Nie krzyczymy na siebie, to fajne jest... To te nowe leki, jak myślisz?

-Uhm, to chyba to. Ten psychiatra to świetny jest, wiesz? Szukał, szukał i znalazł. 

-I chyba przestałaś słyszeć te głosy? No bo nie mówisz już o nich…

-Nie, już nie słyszę. Gadały jakieś bzdury, więc kazałam im się zamknąć i teraz siedzą już całkiem cicho. Jakoś tak teraz jest mi lepiej. Pogramy w coś?

-No pewnie!


800 słów

9e02950c-946e-4a48-b86e-5bc6a067762e

Mam wreszcie chwilę na przeczytanie i chwalenie, a Panią należy znów pochwalić za jedno zdanie, które buduje bohatera. A chodzi mi o to zdanie znakomite:


 a ona zaciskała oczy mocniej, żeby wiedział, że śpi i stara się wypocząć.


A że wśród elementów, którymi karmi się dobra proza, w czym przychylam się do zdania pana Andrzeja Stasiuka, jest humor, pozwolę sobie wyróżnić jeszcze jeden fragment. On zresztą też tę postać jakoś tam buduje. Przynajmniej dla mnie:


nawet ten twój york ma cię dość! 


No i też świetne ugryzienie tematu. To mi się podoba w ogóle w całej kawiarence, że te pomysły są tak zaskakujące i nieoczywiste, że już samo to jest wartością i radością.

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci


Marzyło mi się, by pożenić Na Opowieści z #hejtodetectivesquad . Mam nadzieję, że @Dziwen i @ErwinoRommelo nie obrażą się, gdy dorzucę tu swoje trzy grosze. ;)


***


Wodzianka - origin story


Sountrack do opowiadania:

https://www.youtube.com/playlist?list=PLpswG7KvmTW4pFMHMqP26oP-fIoJSEGuo


- Nie, no kur&$a, nie! Koniec. Mam dość! - wrzasnęłam i rzuciłam dziurawą szmatą o podłogę. Przeskoczyłam przez bar, wywaliłam przy tym dwa hokery i szkło wiszące nad barem, po czym otrzepałam się i bezceremonialnie wyszłam z lokalu wprost na deszczowe Hejto City.

Decyzja, która gotowała się we mnie już miesiącami, w końcu wykipiała niczym ziemniaki, których kazała pilnować mama. Jasne, "Plemnik w piwie" nie był renomowanym lokalem gastronomicznym. Nie miałam wysokich oczekiwań. Wiedziałam to już wtedy, gdy się tu zatrudniałam. Byłam nowa w mieście, nagrana wcześniej robota w wodociągach nie wypaliła i musiałam pilnie coś znaleźć. To wtedy przypadkiem trafiłam na to miejsce i z desperacji zapytałam właściciela, czy znalazłoby się dla mnie miejsce za barem. W końcu pić umiałam, to czemu nie miałabym umieć tego picia robić?


Ale teraz miarka się przebrała, a wraz z nią ja przebrałam się w mój wysłużony żółty płaszcz przeciwdeszczowy. Kupiłam go za napiwki z pierwszego tygodnia pracy, kiedy zorientowałam się, że w tym mieście parasol nie wystarczy. Trzy lata minęły jak w mordę strzelił. Ale informacja, że mam zacząć nagle kasować ludzi za wodę z kranu tak podniosła mi ciśnienie, że decyzja o rzuceniu tej roboty przyszła szybciej, niż się spodziewałam. Owcen naprawdę jest pazerny. Kasować za kranowiankę! Ha tfu na tego kędzierzawego merynosa! Może sobie trząść lokalami w całym Hejto City, ale mną na pewno nie zatrzęsie. 


Przeciętna kobieta, będąc rozsierdzoną i podejmując tak ważną i spontaniczną życiową decyzję, poszłaby po prostu do fryzjera i radykalnie zmieniła swoją fryzurę. Moja głowa miała natomiast pozostać wolna od nieprzemyślanych trwałych i paziów, gdyż zaczął w niej już kłębić się plan. Plan na coś więcej. Plan na sięgnięcie po… władzę. A na pewno na wkurzenie Owcena. Bo choć Hejto City nie było miejscem, z którego się wywodzę, to stało mi się domem. A w moim domu woda to prawo, nie przywilej.

Nałożyłam słuchawki na uszy i odpaliłam na walkmanie swoją ulubioną kasetę.   

W takim miejscu jak Hejto City bycie kobietą miało swoje plusy. W mieście rządzonym przez mężczyzn, niepozorna dziewczyna może długo pozostawać niezauważona. Może pleść intrygi jak szaliczek i realizować swoje plany w ukryciu, zdobywając kolejne rangi półświatka i ze statysty stać się wreszcie grubą rybą. I może też liczyć na wsparcie paru dobrych znajomych. 


Kierowałam się więc do miejsca, w którym wiedziałam, że należy rozpocząć swój plan. Szum deszczu przybrał na sile, gdy zaczęłam iść wzdłuż głównej alei miasta. Do przejścia miałam spory kawałek, ale nie przeszkadzało mi to - zawsze lubiłam deszcz. Mieszkańcy Hejto City, którzy na niego narzekali, zwyczajnie mnie dziwili. Przecież ta woda z nieba jest jak manna z nieba.

Moje rozmyślania przerwała srebrna Toyota Yaris, która nadjeżdżała z naprzeciwka. Ten dzban jedzie na długich w środku miasta! I chyba nawet nie patrzy się na drogę, tylko grzebie w schowku! Dopiero po chwili dotarło do mnie, jak blisko krawężnika jedzie. I jak blisko krawężnika znajduję się ja. 

Zanim zrozumiałam, co się ma stać, Yariska już mnie wyminęła, wjeżdżając z całym impetem w chyba największą kałużę w mieście. Żółty płaszczyk nie pomógł. Byłam cała przemoczona, od stóp do głów. 


Zaklęłam szpetnie i poczułam rosnący we mnie wkurw. Ale po chwili przypomniałam sobie, co mówił mój mentor, Stoik: “Dzisiaj może się stać wszystko to, co może zdarzyć się też kiedy indziej”. Przymknęłam na chwilę oczy, wzięłam głęboki oddech i ruszyłam dalej. 


Przemoknięte do cna stopy powiodły mnie na ulicę Pod Ułamanym Zębem wprost do Kawiarenki Za Firewallem. Ten niepozorny lokal, który mimo zakazu palenia śmierdział lekko dymem papierosowym skradł moje serce od pierwszego wejrzenia, gdy zobaczyłam jego właściciela, Georga Starka, wyrzucającego przez drzwi jakąś niewiastę. Jak dziś pamiętam, że krzyknął wtedy “I już nigdy więcej się tu nie pokazuj, Kaśka! To jest porządny lokal, a nie jakieś polityczne szambo!”.


Wchodząc do kawiarenki z mokrymi włosami lepiącymi się do twarzy, jak zwykle zapomniałam o tym nieszczęsnym schodku i, potknąwszy się jeszcze o zakurzony turecki dywan (którego więcej nie było, niż było z uwagi na aktywność molli), wywinęłam orła wprost przed barem. 


- Nic ci nie jest? - zapytał George, który niewzruszony moim wejściem spokojnie pucował kufel. Zapewne zadał to pytanie wyłącznie z barmańskiej uprzejmości. Żadnego barmana nie obchodzi, z czym klient przychodzi do baru. Ale uprzejmość daje napiwki, i choć Za Firewallem nie było miejscem, w którym zostawiało się napiwki, to George reprezentował sobą starą szkołę barmanów. A z takiej szkoły nie wyrugujesz mechanizmów zdobywania napiwków.

- Trochę obiłam sobie cztery rymy. I godność. Ale poza tym, oczy całe, uszy całe, zęby całe, to najważniejsze.

- To, co zwykle? - George oderwał wzrok od kufla, i, nie czekając na moją odpowiedź, nalał mi szklankę wody z kranu. 

- Dzięki. Ale mam nadzieję, że Owcen jeszcze tu nie dotarł i nie zmusił cię do tego wodnego haraczu. - wypiłam wodę duszkiem i dodałam - Bo za kranowiankę płacić nie będę.

- Owcen? Tutaj? - George się lekko obruszył i spojrzał na mnie z pretensją. - Przecież wiesz, że ten sfilcowany safanduła nie ma tu wstępu. Nie odważyłby się po tym, co wtedy zrobił.

Nie drążyłam, o co chodziło z przeszłością George’a i Owcena. Wiedziałam, że temat jest drażliwy i kiedyś Stark sam o tym opowie. Pokiwałam jednak głową z szacunkiem i zrozumieniem, co ewidentnie udobruchało właściciela kawiarenki.

- Jeśli szukasz reszty pijaków, to są w tylnej części - dodał, gdy poprosiłam go o dolewkę.

- Nigdzie indziej bym się ich nie spodziewała.


Tylna część Kawiarenki była pieszczotliwie nazywana Owczym Zadupiem. Głównie dlatego, że wszyscy tu mieli Owcena w d⁎⁎ie. I po troszę dlatego, że nieco w niej capiło. W sumie to było to bardziej niewielkie pomieszczenie techniczne, niż jakaś loża. Ale wstęp do niej mieli tylko wybrani (albo ci, których George nie chciał, by byli widziani w tej bardziej reprezentacyjnej części lokalu), i ta ekskluzywność skutecznie wynagradzała nam bliskość kibla oraz kanciapy George’a, w której chyba on sam jeden nie wiedział, co się rozkładało.

- Uwaga, dzik! - krzyknął ktoś przy drzwiach, przez co podskoczyłam i uderzyłam głową we framugę. Na szczęście, gdy zaczęłam rozcierać głowę i przyzwyczajać wzrok do ciemności, zobaczyłam, że to tylko Severin.

W mroku rozpoznałam sylwetki jeszcze dwóch postaci, których nie szło zrozumieć: Conrada, będącego dalekim siostrzeńcem Sowena, którego hejto-szkocki pidżyn pokonałby nawet największego poliglotę, oraz Geparda, który - choć nie mówił - to intensywnie porozumiewał się z nami dzięki Libijskiemu Językowi Migowemu. Kiwnęłam do nich głową, odpowiedzieli mi tym samym.

- Co tam, Włodzia? Nie za wcześnie się tu dzisiaj zjawiasz? Zazwyczaj pojawiasz się koło dziesiątej - zapytał Severin, szczerząc się i popijając swój ulubiony arbuzowy drink.

- Plany się pozmieniały. Z Plemnikiem koniec. I pora w końcu na rozkręcenie misji o kryptonimie "Wodopój".

Severinowi, Conradowi i Gepardowi zrzedły miny i spojrzeli na mnie z lękiem.

- Elye tie steim ney zhotvalays? - wybebłał Conrad. Kompletnie nic z tego nie zrozumiałam, więc Gepard szybko wymigał mi tłumaczenie.

- Nie, nie żartowałam. Poważnie, dość już dyktatu Owcena - powiedziałam stanowczo, odstawiając pustą szklankę po wodzie na stół. - Pora coś z tym zrobić. Ktoś musi coś z tym zrobić. I jeśli nikt inny nie chce tego zrobić, to ja to mogę zrobić. 

- Ale wiesz, z czym to się wiąże? Wiesz, jak ona uzależni ludzi? - zapytał z lękiem Severin. 

- Wiem. - wzdechnęłam. - Jestem tego świadoma. Ale musimy poświęcić parę jednostek. Większość będzie z niej korzystała rekreacyjnie. A chodzi przecież o to, żeby przestali brać towar od Owcena. - gestykulując, próbowałam wytłumaczyć swój plan chłopakom. - Kiedy ludzie zaczną pić naszą Wodę, wyjdą w końcu z marazmu, który serwuje im Owcen swoim doprawionym alko i syntem. Może wtedy zobaczą, na co cały czas przyzwalali. Może w końcu coś się zmieni.


Severin pokiwał głową ze zrozumieniem i wyczułam, że jest gotowy na realizację planu i przejęcie przeznaczonej mu roli. 

To on pomógł mi odkryć Wodę. Podczas jednego z wieczorów, gdy woda z rynsztoka wdarła się do kawiarni i pomagaliśmy George’owi opanować zalanie, do jednego z wiadek z deszczówką Severin wlał odrobinę swojego arbuzowego drina i wyzwał mnie do napicia się tej mikstury. Stawka była wysoka, bo do wygrania było najlepsze miejsce w Owczym Zadupiu, czyli fotel w najdalszym rogu pomieszczenia, z którego najmniej czuć było smród kanciapy i kibla. Nie mogłam odpuścić takiej szansy.

Gdy wzięłam niewielki łyk, poczułam powoli narastającą ekstazę. Pomieszczenie momentalnie rozjaśniło się, a ja czułam na języku wszystkie jego kolory. Przed oczami roztaczały mi się zapachy arbuzów, melonów i ogórków, pod palcami czułam słodką muzykę wody. 

- Severin, dziku, jesteś geniuszem… - powiedziała moja przepona.


Okazało się, że mieszanka w proporcji 2.1 litra kwaśnej deszczowej wody z Hejto City i 37 mililitrów arbuzowego drinka tworzy związek zbliżony działaniem do MDMA, jednak sto razy silniejszy i intensywniejszy w działaniu, przy - jak się później okazało - znacznie mniejszych skutkach ubocznych, gdyż wywoływał wyłącznie lekkiego kaca. Zrobiliśmy badania pilotażowe na grupie kawiarenkowiczów, i tylko Łoś zaliczył po nim zgona. Reszta była zachwycona i prosiła o więcej.


Przyszła więc pora na to, by kuć to żelazo, póki gorące. Choć kontakty w Plemniku były spalone i nie mogłam prosić ich o pomoc, to dzięki trzem latom obserwacji wiedziałam, jak prowadzić lokal (a raczej, jak go nie prowadzić) i wyrobiłam sobie pewne kontakty. Pewien znajomy marynarz znał się na rynku nietypowych nieruchomości. Sam mieszkał w bunkrze, który własnoręcznie postawił, korzystając z planów architektonicznych pozostawionych jeszcze przez Nazistów. Podał mi namiary na gościa, który chciał się pozbyć niepozornego lokalu w czystym zakątku Hejto City. Lokal okazał się być byłym burdelem, który jakimś cudem umknął radarowi Owcena. Nadawał się więc idealnie. Na szczęście przez lata kariery za barem odkładałam wszystkie napiwki, które uzbierały się w całkiem pokaźną sumkę. Wystarczyło w sam raz na zakup domku z dziesiątkami małych pokoików wielkości kurników. No, dobra, w grę poszło też zastraszenie sprzedawcy i wymuszenie obniżenia ceny. Ale koniec końców był chyba zadowolony, że Mongoł, który rozpoczął u mnie pracę w roli wykidajły w zamian za pełną akceptację, dyskrecję i pokój o numerze 69 na pełną wyłączność zostawił go przy życiu. 

No i, najważniejsze, dzięki dobremu systemowi rynien wystarczyła tylko lekka przeróbka, i po pociągnięciu kilku dodatkowych rur do piwnicy mogłam w niej urządzić swoje laboratorium.


Po dwóch tygodniach ciężkiej pracy mogłam nareszcie stanąć, wyprostować się i spojrzeć na swoje dzieło. Sterylne, niewykrywalne laboratorium z Severinem za sterami, marketing szeptany ogarniany przez Geparda oraz dbałość o pokoje zapewniana przez Conrada. I pośrodku tego wszystkiego ja, Włodzia Anna - na tronie wykonanym z plastikowych butelek, na które nie było w moim lokalu miejsca.


Byłam gotowa, by rozpocząć walkę o władzę nad Hejto City. Nawet, gdybym to nie ja miała wygrać. Nawet, gdybym miała swoim interesem dać tylko prztyczka w nos Owcenowi. Ktoś musi popchnąć ten pierwszy klocek domina.


Gepard spojrzał na mnie i wymigał pytanie, nad którym zastanawiałam się od tych dwóch tygodni. Ale teraz, patrząc na nasze wspólne dzieło, znałam odpowiedź.

- Nazwiemy go “Codzienne piciu”.


#tworczoscwlasna #zafirewallem

291e4692-ab67-4ba4-8ba3-1a4c01cea261
Wrzoo userbar

@Wrzoo świetne! Przede wszystkim szanuję za zachowanie tradycji umieszczenia stoickiego cytatu i za stoicki spokój z nim związany. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Owcze zadupie xd Jakoś mnie urzekło to plecenie intrygi jak szaliczka Poza tym ilość śmiesznych nawiązań zatrważająca

Ze względu na różne rzeczy nie czytam (niestety - łudzę się, że kiedyś nadrobię) #hejtodetectivesquad więc odniesień nie jestem w stanie docenić ale:


  • kapitalna narracja!; choć za to już chyba kiedyś Cię chwaliłem? Jeśli tak, to teraz chwalę za utrzymanie poziomu narracyjnego;

  • humor, żarty, porównania i zabawa w operowaniu szczegółem: nie będę wymieniał co mi się w tym zakresie podobało, bo to bym musiał chyba z pół opowiadania przekopiować. A to chyba bez sensu, prawda?


EDIT: A, i kontrasty i ich tempo. To już na przykładzie mojej postaci: stara szkoła barmaństwa i od razu skontrowanie tymi napiwkami. Fantastyczne!

Zaloguj się aby komentować

Rozliczanamy..! 4? Tak, czwartą edycję konkursu #naopowiesci którego zasady można przeczytać poniżej.


Żeby bardziej nie przedłużać, bo już i tak wyszedł poślizg to nie będę kombinował i przedstawiam to co trzeba:


Temat: przejęcie władzy


Kategoria: dowolna


Liczba słów: 900 - 2000


Termin: 21.07.2024 (prawie 14 dni)


Zasady:


Zadający konkurs może ogłosić wygranego według własnego widzimisię oraz zmienić kryterium oceniania w dowolnym momencie.

Zwycięzcą zostanie osoba, której opowiadanie zdobędzie największą ilość piorunów i w nagrodę będzie miała zaszczyt ogłoszenia następnego zadania.

Za każde 100 słów poniżej lub powyżej zadanego limitu - 1 punkt.

Za znaczne rozminięcie się z tematem - 5 punktów.


#zafirewallem

Taki mały apel do przyszłej zwyciężczyni bądź zwycięzcy, żeby może jednak zacząć wykorzystywać tę kategorię na inną niż dowolna. Mi się to wydaje właśnie fajne jak każdy by pisał w jednolitej kategorii. Łatwiej się porównuje takie opowiadania i fajne jest wtedy jak w jednej kategorii każdy jednak próbuje jakoś się wyróżnić i zrobić coś inaczej. Jest też wtedy jakiś klimat danej edycji. W każdym bądź razie takie są moje odczucia, a zrobicie jak chcecie

Zaloguj się aby komentować

Uważam, że pora na #podsumowanienaopowieści . Raczej nikt więcej niczego nie dopisze - wstyd mój wielki, sama się nie wyrobiłam, za to mam chwilkę na to, by docenić autorów, którzy dokonali tej wspaniałej sztuki i zdecydowali się wziąć udział w bieżącej edycji #naopowiesci . Chwała i cześć Wam wszystkim!


Aby utrudnić sobie matematykę wyboru, od przyznanej liczby odejmuję 10 tychże osobnikom wcześniej zadającym oraz pomysłodawcy - przykro mi @splash545 i @KatieWee , za to dodatkowymi 10 punktami obdarowuję debiuty trzeciej edycji - gratuluję @DiscoKhan


W związku z powyższym zwycięzcą zostaje @DiscoKhan ! Gratuluję!


Jako zwycięzca wyznaczasz trendy pisarskie prozy kawiarenkowej na kolejne 2 tygodnie


O przygodach postanowili z wielkim zaangażowaniem napisać


@DudleusWakacje - 8

@WrzooGumiaki - 16

@DiscoKhanCZARNO TO WIDZĘ - 16 + 10 = 26

@splash545Turysta - 25 -10 = 15

@KatieWee opowiadanie bez tytułu - 31 -10 = 21


Dziękuję za wspólną zabawę. Czytać Was to była prawdziwa przyjemność


#zafirewallem

Jak to wygrałem? xD @splash545 @KatieWee @moll @Wrzoo@bojowonastawionaowca


No ale zaraz coś będę kombinować, ale nie ukrywam że się nie spodziewałem xd

a284673d-b2e8-4a9a-a0fc-c36ddfe4c8c0

Zaloguj się aby komentować