#naopowiesci

26
267

#naopowiesci - w ostatniej chwili, ale się wyrobiłam


Partia Pani Blond


-Proszę pani, już pora - asystent wszedł niemal bezszelestnie do niewielkiego gabinetu zajmowanego przez panią Blond i przerwał jej rozmyślania. To miał być już ostatni raz i będzie wolna, nareszcie, po tylu latach.

-Dziękuję Adasiu - odpowiedziała, nie ruszając się zza biurka - Już do was schodzę.

-Pan Remigiusz kończy powitanie, nie ma pani już zbyt wiele czasu… - przypomniał mężczyzna. Mimo skłonności jego szefowej do przesadnego umiłowania punktualności, tym razem z lekka ją ponaglił. On także denerwował się dzisiejszym wystąpieniem, jako jeden z nielicznych wiedział, że to pożegnanie.

Z westchnieniem wstała zza biurka. Zebrała płynnym ruchem kilka leżących przed nią kartek, poprawiła okulary, obciągnęła poły dobrze skrojonego żakietu i ruszyła w swój ostatni bój.

Gdy wraz ze swoim asystentem, wieloletnim współpracownikiem, Adamem Zawiałką dotarła za kulisy, Remigiusz Opałka właśnie kończył przemawiać do zebranego tłumu. A trzeba przyznać, że wiec partii W Centrum (zwanej przez wszystkich Partią Pani Blond) był wydarzeniem, które od dobrych dwóch dekad przyciągało masy. 

-... I oto przed państwem ona, Anna Blond, prezeska rady ministrów, prezeska i założycielka W Centrum!

Na sali rozległy się ogłuszające brawa. Pani Blond skrzywiła się niemal niezauważalnie. Jednak dekady w polityce pod tym względem niewiele zmieniły i mimo upływu czasu, nadal nie lubiła ogłuszającego aplauzu, towarzyszącego jej wystąpieniom publicznym, odkąd jej niewielkiemu niegdyś ugrupowaniu udało się sięgnąć po władzę i dzierżyć ją mniej lub bardziej samodzielnie przez niemal trzydzieści lat.

Łaska wyborców na pstrym koniu jeździ. Pomyślała, wygładzając po raz ostatni ołówkową spódnicę. Adaś lekkim skinieniem dał jej znać, żeby wyszła na scenę. To był jej czas.

Przy postawnym Remigiuszu, ściskającym jej drobną dłoń, wyglądała na jeszcze mniejszą - niewysoka, lekko okrągła, z blond włosami poprzetykanymi pojedynczymi pasemkami pojawiającej się siwizny, upiętymi w prosty kok z tyłu głowy. W swojej szarej garsonce i okularach bliżej jej było do starzejącej się belferki niż prezeski największej partii w Polsce. Jednak coś w postawie i wzroku tej kobiety sprawiało, że wydawała się większa, potężniejsza niż była w rzeczywistości. A partyjni koledzy skwapliwie korzystali z ognia pani Blond, grzejąc się w nim od wielu lat. Ale dzisiaj miał nadejść tego kres. Dziś miała ogłosić swoje odejście na polityczną emeryturę.

Remek pomógł jej wejść na podwyższenie, dostosował mikrofon do wzrostu swojej partyjnej zwierzchniczki i dyskretnie usunął się ze sceny. Od teraz ona i uwaga wszystkich koncentrowała się wyłącznie na pani Blond.

-Drodzy, miło mi niezmiernie powitać was wszystkich na dorocznym wiecu partii W Centrum. Witam wszystkich zgromadzonych, moich najbliższych współpracowników, partyjnych kolegów i koleżanki, naszą prężnie działającą młodzieżówkę oraz wszystkich sympatyków i tych kilka zagubionych dusz, które trafiły tu zupełnym przypadkiem. W tym miejscu również witam i dziękuję wszystkich zaangażowanych w organizację wiecu, bez was kochani nasze coroczne spotkania nie miałyby szans się odbyć. - nie mówiła zbyt głośno, jednak jej głos niesiony przez rozmieszczone po sali głośniki wybrzmiewał tym czymś, na co wszyscy czekali, każdy poczuł się dostrzeżony i wyróżniony.

Chciała zacząć mówić dalej, jednak gorący aplauz jej to przez dłuższą chwilę uniemożliwił. W tym roku udało jej się uniknąć skandowania jej imienia - zawsze ją to irytowało. Mimo wszystko nie chciała, by W Centrum, choć nazywane Partią Pani Blond, było faktycznie jej prywatnym folwarkiem. Z uporem maniaka powtarzała, że partię tworzą ludzie, ci w partii i ich wyborcy i że bez nich, nie byłoby jej. Nie przekonywało to opozycji, ale cóż… jej odejście zweryfikuje, kto z nich miał w tej kwestii rację. Ona wierzyła, że wychowała pokolenie liderów, którzy są w stanie ją zastąpić.

-Władzę łatwo zdobyć, dużo trudniej ją utrzymać, choć jak sami widzicie, nie jest to niemożliwe… - wykrzywiła usta w nieco ironicznym uśmiechu i kontynuowała, właściwie nie patrząc już na leżące przed nią notatki. - Tak samo, jak nie jest niemożliwym zbudować coś z niczego. Partię W Centrum u zarania tworzyła garstka idealistów, tak naprawdę wtedy nie wierzyłam, że mamy szansę na cokolwiek, przy starych wyjadaczach na scenie politycznej. A jednak, udało się nam! Była to powolna i mozolna praca. Przekłuwanie populizmu i koniunktury w programy wyborcze, w obietnice, które uważaliśmy do spełnienia. Realizowaliśmy je, co zbudowało wasze zaufanie do nas, do kolejnych członków rozrastającego się z roku na rok ugrupowania. Na tym właśnie polega moc demokracji! To wy wybieraliście nas raz po raz. I to jednocześnie właśnie to - spełnianie obietnic jest miarą wielkości polityka, w którym jego wyborcy pokładają zaufanie. Obiecać można wszystko, ale to zrealizować… Oczywiście nie obyło się bez pomyłek i błędów, takich jak fiasko pierwszej reformy emerytalnej czy deregulacja rynku energetyki, ale tylko ten się nie myli, kto nic nie robi. Nawet takie momenty byliśmy w stanie z wami przetrwać, bo mimo wszystko wierzyliście w nas i w to, że uprzątniemy po sobie bałagan. I jak widzicie - udało się, emeryci nie głodują, zaś wszyscy wespół nie siedzimy o świeczkach. Poza spektakularnymi klapami, mieliśmy na koncie kilka sukcesów, do dzisiaj jestem dumna z uproszczenia systemu podatkowego i restrukturyzacji służby zdrowia, a także regulacji rynku nieruchomości w ramach działania portfeli kapitałowych. Przed nami wszystkimi jednak kolejne wyzwania, którym musimy sprostać we wciąż zmieniającym się świecie. Prawo powinno być stabilne, ale nie archaiczne. Jeśli nie wyprzedza czasów, powinno przynajmniej starać się dotrzymywać im kroku. Ta ciągła dynamika wymaga moim zdaniem również zmiany na stanowisku lidera partii - wrzawa, która podniosła się w sali przez kilka minut nie pozwoliła pani Blond kontynuować przemówienia.

-Jak powiedziałam, ciągła dynamika wymaga moim zdaniem również zmiany na stanowisku lidera partii - starsza pani wróciła do przerwanego wątku. - Z roku na rok jestem coraz starsza i świat wiruje coraz szybciej wokół mnie. Chociaż nadal za nim nadążam, zaczynam dostawać lekkiej zadyszki, dlatego uznałam, że jest to ten moment, kiedy kierownictwo partii powinien przejąć ktoś młodszy. Że pora na następcę, który będzie liderem na miarę drugiej połowy XXI wieku. Liderem dla W Centrum i liderem dla Polski. Dlatego, choć mianowanie nie jest do końca przyjętym w demokracji konwenansem, chciałabym przekazać zwierzchnictwo partii w ręce mojego wieloletniego współpracownika, aktualnego wicemarszałka senatu, Dominika Nowakowskiego. Dominiku, dołącz proszę do mnie - Anna zaprosiła gestem do siebie jednego z mężczyzn zasiadających w pierwszych rzędach publiczności.

Nim mężczyzna, ogłuszony rozlegającym się zewsząd aplauzem doszedł do sceny, Anna Blond zachwiała się za pulpitem. Próba uchwycenia się mebla niewiele dała i kobieta upadła, tracąc przytomność.


***


Biuletyn Partii W Centrum


Z głębokim smutkiem zawiadamiamy o śmierci założycielki i wieloletniej prezeski naszego ugrupowania. Mimo udzielenia niezbędnej pomocy medycznej, Anna Blond zmarła wczoraj w godzinach wieczornych w szpitalu MSWiA.

Partyjni koledzy i koleżanki pozostają, wraz z rodziną zmarłej pogrążeni w głębokim żalu po jej stracie.

Zgodnie z wolą rodziny, pani Anna zostanie pożegnana w kameralnej uroczystości, w której uczestniczyć będą najbliżsi zmarłej.


-----

1075 słów


#zafirewallem

zawiesiłem się na jej skłonności do przesadnego umiłowania punktualności, potem doszło obciąganie sweterka i najwyraźniej czas już spać xD muszę tu wrócić, to mój comment obserwacyjny

Zaloguj się aby komentować

#sowieuniswersum #naopowiesci

Kontynuacja historii Walthera z Sulejówka, myślę, że tym razem lepiej wyszło


Chłodny wieczorny wiatr zawiał nad lasami, drzewa kołysały się jakby to było dla nich nic nowego. Wiatr błądził nad polami, umilając chłopakom skakającym po polach i szukających zabawy czasu. Jednak jedna polana opierała się tym spokojnym nastrojem. Było to nie tak dawno temu...


Walther otworzył oczy, znów nie przespał dobrze nocy w starej niewiadówce. Leniwie przeciągając się pod wytarmoszoną pierzyną marzył jeszcze o przynajmniej pół godziny snu. Już miał się przekręcić na drugą stronę, gdy

naskoczył na niego jego wierny i stary kocur Jessie.


-Wstawaj śpiochu! Bimber sam się nie narobi! Masz cały dzień roboty!


Stary kawaler otworzył oczy i w momencie przypomniał sobie, co dzisiaj musi koniecznie zrobić... Zrywając się z łóżka na dzień dobry odpalił papieroska. Zaciągając się własnej roboty tytoniem z każdą sekundą odzyskiwał przytomność. Wczoraj do późna drutował elektrykę w polonezie i położył bardzo późno się spać. Przy dobrych wiatrach z nad Bel Chateux możliwe, że przespał z 5 godzin.


-Dżejsi, wiesz która godzina? 


-Zaraz będzie 7.00! Trzeba palić boscha i jechać do gospodarzy!


Wstrząśnięty Stary momentalnie ubiera się w co lepsze wyprasowane dresy i koszulę. Pastuje lakierki i w miarę płynnie przychodzi do kuchni. 


Kuchnią to trochę dużo nazwać, dwa palniki, lodówka turystyczna i mały zlew jak to w przyczepie, która pamięta czasy Gierka. Przynajmniej jest czysto. 


Bimbrownik otwierając lodówkę wyjmuje z niej taniego energola bez cukru i wypija duszkiem, następnie idzie się okąpać na szybciorga. Wychodząc z przyczepy legancko ubrany i odświeżony zamyka ją na kłódkę i ładuje się na fotel kierowcy.


-Dżejsi! Masz pilnować chałupy! - Krzyczy do kocura próbując odpalić poloneza całego obładowanego bimbem. 


-Spokojnie stary, jakby mnie nie było to klucz jest pod prądnicą obok resztek WSK! - Odrzekł uradowany kotek, mający nadzieję wrzeszcie pójść zapolować jak Pan Bóg przykazał.


Zadowolony Walther przełączył polonezu na LPG i pojechał polną drogą dojechać do asfaltówki, mając nadzieję, że jeszcze gospodarze są w miarę trzeźwi...

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci edycja IV


Narcos


- Chyba znowu wyleciało. - powiedziałem i przekręciłem pokrętło regulacji ogrzewania na czerwone pole. Wskazówka temperatury silnika po chwili zaczęła zjeżdżać bliżej środka, a przynajmniej już nie podnosiła się do góry. Spojrzałem na Łysego, na którego czaszce momentalnie zaczęły pojawiać się krople potu. Już otwierał usta, żeby powiedzieć:

- Więc...

- Nawet k⁎⁎wa nie zaczynaj!

Spojrzał tylko i nie skończył.

Lubiłem moją starą betę E34. Ostatnia z okrągłymi światłami - klasyk. Co prawda lubiła trochę wciągnąć oleju i wyglądało na to, że jebła uszczelka pod głowicą. Wcisnąłem gaz i spojrzałem na biały tuman dymu w lusterku wstecznym. Taa, to uszczelka. No trudno czas już zmienić wysłużony benzynowy 2,5 z przeszło czterystutysięcznym nalotem. Pojeżdżę aż całkiem się zesra i zrobię swapa, może na V8, albo...

- Kupiłbyś jakiś normalny, współczesny samochód, a nie pchasz siano w to stare gówno.

- Mówiłem, że masz nie komentować, bo gówno mnie obchodzi twoje zdanie. I co może mam jeździć jakąś Cliówką jak jakaś ciota, bo pięcioletni? Se jeździj i wyglądaj jak pedał! Ledwo się do niej mieścisz.

- Przynajmniej się nie pocę.

- To czemu nie jedziemy teraz tą twoją bestią z silnikiem od kosiarki? W sumie to mogliśmy, bo jakbyśmy się z niej wysypali to typy by się zesrali ze śmiechu i sami by padli.

Kątem oka widzę jak Łysy próbuje wysupłać szluga z miękkiej paczki malborasów.

- Też mi daj.

Po chwili podaje mi już odpalonego i mówi:

- Pawła mogliśmy wziąć.

- A na c⁎⁎j ci tu Paweł? Chyba, żeby beta więcej spaliła tylko. Się nadaje k⁎⁎wa, krechę wciągnąć i walić konia pół dnia. Pamiętasz akcje u kuzyna? Typy już pod butem leżą a ten k⁎⁎wa muł się zza samochodu ledwie wychylił. Bohater.

- Trochę raźniej zawsze. Trochę może ich tam być.

- A co boisz się tej dzieciarni? Jeden w pizde dostanie, reszta się obsra i po temacie. Czytałem w książce, że na polu bitwy tylko 10 procent...

- Ta, ty książkę czytałeś. Aha, na pewno.

- Spierdalaj.

Już nic nie powiedział.


Zaciągam się i delektuje tą chwilą ciszy. Taa wsparcia mu się zachciało na tych paru leszczy. Dzieciarnia się zabrała do handlu i to jakimiś gównami z internetu. Chociaż teraz Pawełek może znalazłby trochę więcej motywacji w sobie, po tym jak zapaści dostał i o mało się nie przekręcił. Eksperymentować się zachciało debilowi z jakimiś alfami. Co to k⁎⁎wa jest? Zresztą nigdy nie wiadomo co tam może siedzieć. Biorą jakieś gówna ściągają z Chin, a później jak coś się stanie to na pogotowiu nie wiedzą nawet lekarze co robić. Jak się nawpierdala za dużo fety to przynajmniej mają na to jakieś procedury. A jak nażre się jakiejś mefy, alfy, albo raczej jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego odczynnika chemicznego, to mogą jedynie dać kroplówkę i rozłożyć ręce. Może się uda.

Też k⁎⁎wa wymyślili te ustawy wciągające coraz większą liczbę substancji po tych sklepach z dopami. Wyścig k⁎⁎wa chemików i prawników, a śmierć w tle. Ile było przykładów ze Stanów, z Meksyku? Mało ludzi zginęło? I po co? Co to dało? Mogliby zalegalizować do tej piony czegokolwiek jak w Czechach. Depenalizacja, edukacja, redukcja szkód, odwyki, metadon, terapia i jakieś alternatywy dać. Ale nie k⁎⁎wa, bo by się tym świniom przy korycie elektorat wysypał ze starych bab.

Zresztą lepiej niech nie legalizują bo za co bym swapa miał zrobić? Może jeszcze do roboty bym musiał iść j⁎⁎ać na magazyn w jakiejś obsranej Anglii albo do tych ćpunów w Holandii. Pi⁎⁎⁎⁎le, niech będzie jak jest, a z tą młodzieżą z internetowymi kryształkami to już sobie sami z Łysym poradzimy. Zerkam na ten jego wielki upocony łeb.

- I to bez Pawełka k⁎⁎wo. - burknąłem.

Spojrzał tylko i nic nie powiedział.


- Dobra już prawie jesteśmy.

- Podjedź tyłem, tylko nie za blisko.

- Naprawdę? Co ty nie powiesz?

Otwieram bagażnik i wychodzimy. Trzaskają drzwi pasażera.

- W ten łysy łeb się k⁎⁎wa j⁎⁎⁎ij.

- Bo nie chce się domknąć.

- Jak twoja gęba.

Wyciągamy z bagażnika po pałce teleskopowej. Ja pakuje do kieszeni woreczek strunowy z trytytkami. Pewnie się nie przydadzą ale lepiej mieć, niż nie mieć.

- Tylko nie zamykaj całko.

Spojrzałem tylko na niego i nic nie powiedziałem. Opuściłem wolno klapę bagażnika nie zatrzaskując.

- Dawaj zajaramy jeszcze, trzymaj mojego.

Stoimy i palimy, tym razem Camele, żółte oczywiście - klasyka.


Wychodzimy zza rzędu garaży. Przed jednym słychać trap z głośnika blootooth i kręci się kilku typków.

- Jak on serio trzyma towar w tym garażu co sobie grillka zrobili to jakiś niedojebany musi być.

- pięciu, sześciu, siedmiu...

- A ty k⁎⁎wa co? Matematykę teraz ćwiczysz!? Wbijamy k⁎⁎wa!

Trzasnęły rozkładane teleskopy i w rytmie trapu najpierw jednej k⁎⁎⁎ie siedzącej na plastikowym krześle z rozpędu wjechałem z buta w mordę. Dobrze nie upadł i już zaczął spierdalać. Świsnęła pałka i trzasnąłem drugą pizdeczkę w łydkę, a może w piszczel? Wydarł się jak dziewica przy analu. Dostał więc bułę w mordę i po chwili wypluł zęby. Przynajmniej się zamknął, ale chyba wybiłem sobie palca. Jeden leży przed Łysym, drugi dławiąc się krwią pomału się zbiera do ucieczki. Reszta zjebała.

- A nie mówiłem ci Łysy, że tak będzie. Podnosimy go i do bagażnika. Co tak się na niego patrzysz? Czy... Czy to mózg?

- No.

Patrzę więc na czerwoną galaretę wyciekającą z czaszki leżącego. Przechodzę wzrokiem na teleskop Łysego - ścieka z niego czerwono-czarna ciecz.

- Ty debilu j⁎⁎⁎ny! Nie wiesz, że teleskopem się j⁎⁎ie po tkankach miękkich?! K⁎⁎wa! - tłukę pałką w ten j⁎⁎⁎ny głośnik, z je⁎⁎⁎ym pedalskim wyciem! Pierdolony autotune! Nienawidzę! Dobrze trafiłem - głośnik rozpadł się na kawałki i nastała cisza.

- Dużo ich było.

- Co robimy...?

Łysy grzebie w kieszeni i wyciąga Marlboro w miękkiej paczce.

- Zapalmy.

Więc palimy siedząc na plastikowych ogrodowych krzesełkach. Czuć zapach zaczynających się już przypalać kiełbasek z grilla. Zaciągam się papierosem i patrzę na rozbitą głowę z pustym wzrokiem utkwionym w nieboskłonie. Nigdy nie widziałem trupa w takim stanie, jedynie na pogrzebach. Szczerze to myślałem, że taki widok zrobi na mnie jakieś większe wrażenie. Nie zrobił.

Jedyne co, to tak sobie myślę patrząc na tą cieknącą maź: z jakiego gównolitu jesteśmy zrobieni? Jeden cios i pyk. Byłeś i cię nie ma. Kupa mięsa. Ciekawe kiedy zacznie śmierdzieć? Palę, kminie i czekam, aż sam to zapropo...

- Dobra weź te teleskopy a ja tu zostanę. Zwykła bójka, pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Ile tam dostanę? Góra ze dwa lata.

Dwa razy nie musi powtarzać. Pakuje więc teleskopy w kieszeń i zbijamy pionę. Już mam odchodzić ale po chwili się zatrzymuję.

- Ty Łysy wy⁎⁎⁎ie ci buta na ryj.

- Co!?

- No lepiej będzie wyglądać. Nie, że ich tu skatowaliśmy, tylko wiesz, że walka była.

- Dobra, jebaj.

But wchodzi całkiem gładko. No i w sumie należało się temu jełopowi - za głupotę.


Po chwili siedzę już w beemce i cisnę ostro zostawiając za sobą białą chmurę dymu. Po kilku minutach w chwili, w której przejeżdżam przez most otwieram szybę i teleskopy lądują w Wiśle. Pewnie jutro zawiną mnie na przesłuchanie i pewnie dostanę jakieś zawiasy. Ale może to i dobrze, że tak wyszło? Fama się rozejdzie i będą mieć młokosy nauczkę. Teraz to nieprędko, któryś wpadnie na pomysł, żeby wejść na mój teren. Teraz znów to moja dzielnia!


Liczba słów: 1151

#zafirewallem #tworczoscwlasna

68ad4bc6-9007-496d-88b9-890ce48cd927

@splash545 Przeczytałam, od razu chciałam napisać, że Żulczyk, ale nawet lepszy, a tu Wiro już mnie uprzedził

Jak nie czytałeś, to "Informację zwrotną". Koniecznie. Teraz. Podziękujesz później. I nie, że serial, tylko książkę.

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci #zafirewallem


Przemilczane


Na początku pojawiła się cichutka melodyjka, jak radiowy dżingiel, który potrafi zapętlić się i grać w głowie całymi godzinami. Nie potrafiła powiedzieć gdzie usłyszała ten urywek, ale to nie było przecież nic niepokojącego. Wszystkie te baby sharki i inne takie bardzo często atakowały ją nawet całymi tygodniami, więc jeszcze jedna melodyjka w głowie nie była niczym dziwnym. Z tym, że mijały już dwa miesiące, a to uparte tamparam pam pam trochę podobne do melodyjki auta z lodami do tego czasu nie zostało wyparte jakąś głupią reklamą.

Po jakimś czasie po melodyjce pojawił się szept. Próbowała usłyszeć o czym mówi głos (a może dwa głosy? a może cały chór głosów?), ale nie mogła. Zakrywała uszy rękami, zakładała słuchawki wyciszające, wkładała w uszy zatyczki - na nic. Głosy szeptały na granicy słyszalności. Czasem pytała męża albo siostrę czy coś słyszą - a im częściej o to pytała, tym częściej spoglądali na nią z niepokojem. W nocy kiedy ciszę zakłócał tylko lekki szum padającego śniegu starała się usłyszeć chociaż słowo. Przewracała się w łóżku całymi godzinami. Mąż już od dawna sypiał w gościnnym, kłócili się o wiele częściej niż zwykle. Przynajmniej gdy w końcu udawało się jej zasnąć miała całe łóżko dla siebie i nie budził jej telefon męża, w którym alarm ustawiony był na szóstą rano. Czasami mąż przed wyjściem do pracy zachodził do sypialni, gładził ją po włosach i mówił - śpij dobrze maleńka - a ona zaciskała oczy mocniej, żeby wiedział, że śpi i stara się wypocząć. Bo ten wypoczynek stał się ostatnio bardzo ważnym tematem w ich rozmowach.

-Muszę odpocząć! - krzyczało jedno.

-Ja muszę bardziej, życie z tobą jest do d⁎⁎y! - wrzeszczało drugie.


Na terapii u psychologa i u psychiatry, do którego chodziła od jakiegoś czasu też uważali, że potrzebuje odpoczynku, ale nie mogła mieć spokoju słysząc ten ciągły szept. Była też u kilku innych lekarzy, ale uznali, że nie ma żadnych zmian laryngologicznych i neurologicznych, które mogłyby dawać taki skutek. Rozkładali tylko ręce.


Gdy było już naprawdę źle szła do klubów i tańczyła do upadłego. Ogłuszająca muzyka i alkohol trochę wyciszały to co działo się w jej głowie, ale mąż za każdym razem miał jakieś pretensje, jakby nie rozumiał, że to jedyne co jest jest w stanie pomóc chociaż na chwilę. Było lepsze niż jakiekolwiek lekarstwa od psychiatry.


Któregoś popołudnia gdy leżała w łóżku dochodząc do siebie po wyjątkowo udanej imprezie usłyszała w głowie jedno odrobinę głośniejsze słowo - nadzieja. Głos był dalej cichy, ale wreszcie zrozumiała choć jedno słówko i to była to jej własna nadzieja. Wyskoczyła z łóżka, ściągnęła szybko bluzkę, w której spała i nago odtańczyła taniec radości z wymachiwaniem ramionami i mnóstwem kręcenia biodrami. Jej ciało odbijało się w wielkim lustrze naprzeciwko łóżka i zobaczyła w nim, że pierwszy raz od miesięcy się uśmiecha. To cudowne! Nie oszalała! Ten głos naprawdę tam był i odzywał się do niej!


Przez wiele następnych tygodni nasłuchiwała tych pojedynczych słów, reszta dalej tonęła w szepcie. Często ten miękki, głęboki kobiecy głos powtarzał to samo - łono, czczę i nadzieja

Któregoś wrześniowego popołudnia gdy siedziała przy śniadaniu nagle spłynęło na nią olśnienie i wreszcie zrozumiała! Jest wybrana! To łono, które będzie czczone to jej łono! Wyda na świat nowego mesjasza, nadzieję na lepszy świat i lepsze jutro, w którym ludzie będą szczęśliwi i każdego będzie stać na to co tylko sobie zamarzy! 


-Czy ciebie dokumentnie popierdoliło? - zapytał głos w jej głowie, tak nagle i donośnie, że podskoczyła na kuchennym krześle a papieros wypadł jej z dłoni.

- Co? - tylko tyle była w stanie z siebie wykrztusić.

- Ja tu od miesięcy tkwię w tym twoim durnowatym mózgu, staram się siedzieć cicho, ale czegoś tak głupiego to się nawet nie spodziewałam. Jakie łono, jaka nadzieja idiotko! - wrzeszczał głos.

-Jedyne co ja tu sobie powtarzam po cichu cały czas to "ale ona jest popierdolona, ja pierniczę, co to za beznadzieja"! Nie wiem w jaki sposób i za jakie grzechy znalazłam się na doczepkę w tej twojej głowie, ale mam już tego serdecznie dość! Jak można być takim głupim! Nie chcę siedzieć tu i patrzeć jak marnujesz mój czas i moje życie na robienie takich bzdur! Wszyscy bliscy się od ciebie odsuwają, twój mąż jest na skraju załamania nerwowego, siostra unika cię jak może, matka zerwała kontakty lata temu, nawet ten twój york ma cię dość! Ja też mam cię dość! Dość! Od dzisiaj ja tu rządzę, a ty nie masz już nic do powiedzenia!


***


-Kochanie…

-Tak misiu?

-Zmieniłaś się ostatnio, wiesz? Nie krzyczymy na siebie, to fajne jest... To te nowe leki, jak myślisz?

-Uhm, to chyba to. Ten psychiatra to świetny jest, wiesz? Szukał, szukał i znalazł. 

-I chyba przestałaś słyszeć te głosy? No bo nie mówisz już o nich…

-Nie, już nie słyszę. Gadały jakieś bzdury, więc kazałam im się zamknąć i teraz siedzą już całkiem cicho. Jakoś tak teraz jest mi lepiej. Pogramy w coś?

-No pewnie!


800 słów

9e02950c-946e-4a48-b86e-5bc6a067762e

Mam wreszcie chwilę na przeczytanie i chwalenie, a Panią należy znów pochwalić za jedno zdanie, które buduje bohatera. A chodzi mi o to zdanie znakomite:


 a ona zaciskała oczy mocniej, żeby wiedział, że śpi i stara się wypocząć.


A że wśród elementów, którymi karmi się dobra proza, w czym przychylam się do zdania pana Andrzeja Stasiuka, jest humor, pozwolę sobie wyróżnić jeszcze jeden fragment. On zresztą też tę postać jakoś tam buduje. Przynajmniej dla mnie:


nawet ten twój york ma cię dość! 


No i też świetne ugryzienie tematu. To mi się podoba w ogóle w całej kawiarence, że te pomysły są tak zaskakujące i nieoczywiste, że już samo to jest wartością i radością.

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci


Marzyło mi się, by pożenić Na Opowieści z #hejtodetectivesquad . Mam nadzieję, że @Dziwen i @ErwinoRommelo nie obrażą się, gdy dorzucę tu swoje trzy grosze. ;)


***


Wodzianka - origin story


Sountrack do opowiadania:

https://www.youtube.com/playlist?list=PLpswG7KvmTW4pFMHMqP26oP-fIoJSEGuo


- Nie, no kur&$a, nie! Koniec. Mam dość! - wrzasnęłam i rzuciłam dziurawą szmatą o podłogę. Przeskoczyłam przez bar, wywaliłam przy tym dwa hokery i szkło wiszące nad barem, po czym otrzepałam się i bezceremonialnie wyszłam z lokalu wprost na deszczowe Hejto City.

Decyzja, która gotowała się we mnie już miesiącami, w końcu wykipiała niczym ziemniaki, których kazała pilnować mama. Jasne, "Plemnik w piwie" nie był renomowanym lokalem gastronomicznym. Nie miałam wysokich oczekiwań. Wiedziałam to już wtedy, gdy się tu zatrudniałam. Byłam nowa w mieście, nagrana wcześniej robota w wodociągach nie wypaliła i musiałam pilnie coś znaleźć. To wtedy przypadkiem trafiłam na to miejsce i z desperacji zapytałam właściciela, czy znalazłoby się dla mnie miejsce za barem. W końcu pić umiałam, to czemu nie miałabym umieć tego picia robić?


Ale teraz miarka się przebrała, a wraz z nią ja przebrałam się w mój wysłużony żółty płaszcz przeciwdeszczowy. Kupiłam go za napiwki z pierwszego tygodnia pracy, kiedy zorientowałam się, że w tym mieście parasol nie wystarczy. Trzy lata minęły jak w mordę strzelił. Ale informacja, że mam zacząć nagle kasować ludzi za wodę z kranu tak podniosła mi ciśnienie, że decyzja o rzuceniu tej roboty przyszła szybciej, niż się spodziewałam. Owcen naprawdę jest pazerny. Kasować za kranowiankę! Ha tfu na tego kędzierzawego merynosa! Może sobie trząść lokalami w całym Hejto City, ale mną na pewno nie zatrzęsie. 


Przeciętna kobieta, będąc rozsierdzoną i podejmując tak ważną i spontaniczną życiową decyzję, poszłaby po prostu do fryzjera i radykalnie zmieniła swoją fryzurę. Moja głowa miała natomiast pozostać wolna od nieprzemyślanych trwałych i paziów, gdyż zaczął w niej już kłębić się plan. Plan na coś więcej. Plan na sięgnięcie po… władzę. A na pewno na wkurzenie Owcena. Bo choć Hejto City nie było miejscem, z którego się wywodzę, to stało mi się domem. A w moim domu woda to prawo, nie przywilej.

Nałożyłam słuchawki na uszy i odpaliłam na walkmanie swoją ulubioną kasetę.   

W takim miejscu jak Hejto City bycie kobietą miało swoje plusy. W mieście rządzonym przez mężczyzn, niepozorna dziewczyna może długo pozostawać niezauważona. Może pleść intrygi jak szaliczek i realizować swoje plany w ukryciu, zdobywając kolejne rangi półświatka i ze statysty stać się wreszcie grubą rybą. I może też liczyć na wsparcie paru dobrych znajomych. 


Kierowałam się więc do miejsca, w którym wiedziałam, że należy rozpocząć swój plan. Szum deszczu przybrał na sile, gdy zaczęłam iść wzdłuż głównej alei miasta. Do przejścia miałam spory kawałek, ale nie przeszkadzało mi to - zawsze lubiłam deszcz. Mieszkańcy Hejto City, którzy na niego narzekali, zwyczajnie mnie dziwili. Przecież ta woda z nieba jest jak manna z nieba.

Moje rozmyślania przerwała srebrna Toyota Yaris, która nadjeżdżała z naprzeciwka. Ten dzban jedzie na długich w środku miasta! I chyba nawet nie patrzy się na drogę, tylko grzebie w schowku! Dopiero po chwili dotarło do mnie, jak blisko krawężnika jedzie. I jak blisko krawężnika znajduję się ja. 

Zanim zrozumiałam, co się ma stać, Yariska już mnie wyminęła, wjeżdżając z całym impetem w chyba największą kałużę w mieście. Żółty płaszczyk nie pomógł. Byłam cała przemoczona, od stóp do głów. 


Zaklęłam szpetnie i poczułam rosnący we mnie wkurw. Ale po chwili przypomniałam sobie, co mówił mój mentor, Stoik: “Dzisiaj może się stać wszystko to, co może zdarzyć się też kiedy indziej”. Przymknęłam na chwilę oczy, wzięłam głęboki oddech i ruszyłam dalej. 


Przemoknięte do cna stopy powiodły mnie na ulicę Pod Ułamanym Zębem wprost do Kawiarenki Za Firewallem. Ten niepozorny lokal, który mimo zakazu palenia śmierdział lekko dymem papierosowym skradł moje serce od pierwszego wejrzenia, gdy zobaczyłam jego właściciela, Georga Starka, wyrzucającego przez drzwi jakąś niewiastę. Jak dziś pamiętam, że krzyknął wtedy “I już nigdy więcej się tu nie pokazuj, Kaśka! To jest porządny lokal, a nie jakieś polityczne szambo!”.


Wchodząc do kawiarenki z mokrymi włosami lepiącymi się do twarzy, jak zwykle zapomniałam o tym nieszczęsnym schodku i, potknąwszy się jeszcze o zakurzony turecki dywan (którego więcej nie było, niż było z uwagi na aktywność molli), wywinęłam orła wprost przed barem. 


- Nic ci nie jest? - zapytał George, który niewzruszony moim wejściem spokojnie pucował kufel. Zapewne zadał to pytanie wyłącznie z barmańskiej uprzejmości. Żadnego barmana nie obchodzi, z czym klient przychodzi do baru. Ale uprzejmość daje napiwki, i choć Za Firewallem nie było miejscem, w którym zostawiało się napiwki, to George reprezentował sobą starą szkołę barmanów. A z takiej szkoły nie wyrugujesz mechanizmów zdobywania napiwków.

- Trochę obiłam sobie cztery rymy. I godność. Ale poza tym, oczy całe, uszy całe, zęby całe, to najważniejsze.

- To, co zwykle? - George oderwał wzrok od kufla, i, nie czekając na moją odpowiedź, nalał mi szklankę wody z kranu. 

- Dzięki. Ale mam nadzieję, że Owcen jeszcze tu nie dotarł i nie zmusił cię do tego wodnego haraczu. - wypiłam wodę duszkiem i dodałam - Bo za kranowiankę płacić nie będę.

- Owcen? Tutaj? - George się lekko obruszył i spojrzał na mnie z pretensją. - Przecież wiesz, że ten sfilcowany safanduła nie ma tu wstępu. Nie odważyłby się po tym, co wtedy zrobił.

Nie drążyłam, o co chodziło z przeszłością George’a i Owcena. Wiedziałam, że temat jest drażliwy i kiedyś Stark sam o tym opowie. Pokiwałam jednak głową z szacunkiem i zrozumieniem, co ewidentnie udobruchało właściciela kawiarenki.

- Jeśli szukasz reszty pijaków, to są w tylnej części - dodał, gdy poprosiłam go o dolewkę.

- Nigdzie indziej bym się ich nie spodziewała.


Tylna część Kawiarenki była pieszczotliwie nazywana Owczym Zadupiem. Głównie dlatego, że wszyscy tu mieli Owcena w d⁎⁎ie. I po troszę dlatego, że nieco w niej capiło. W sumie to było to bardziej niewielkie pomieszczenie techniczne, niż jakaś loża. Ale wstęp do niej mieli tylko wybrani (albo ci, których George nie chciał, by byli widziani w tej bardziej reprezentacyjnej części lokalu), i ta ekskluzywność skutecznie wynagradzała nam bliskość kibla oraz kanciapy George’a, w której chyba on sam jeden nie wiedział, co się rozkładało.

- Uwaga, dzik! - krzyknął ktoś przy drzwiach, przez co podskoczyłam i uderzyłam głową we framugę. Na szczęście, gdy zaczęłam rozcierać głowę i przyzwyczajać wzrok do ciemności, zobaczyłam, że to tylko Severin.

W mroku rozpoznałam sylwetki jeszcze dwóch postaci, których nie szło zrozumieć: Conrada, będącego dalekim siostrzeńcem Sowena, którego hejto-szkocki pidżyn pokonałby nawet największego poliglotę, oraz Geparda, który - choć nie mówił - to intensywnie porozumiewał się z nami dzięki Libijskiemu Językowi Migowemu. Kiwnęłam do nich głową, odpowiedzieli mi tym samym.

- Co tam, Włodzia? Nie za wcześnie się tu dzisiaj zjawiasz? Zazwyczaj pojawiasz się koło dziesiątej - zapytał Severin, szczerząc się i popijając swój ulubiony arbuzowy drink.

- Plany się pozmieniały. Z Plemnikiem koniec. I pora w końcu na rozkręcenie misji o kryptonimie "Wodopój".

Severinowi, Conradowi i Gepardowi zrzedły miny i spojrzeli na mnie z lękiem.

- Elye tie steim ney zhotvalays? - wybebłał Conrad. Kompletnie nic z tego nie zrozumiałam, więc Gepard szybko wymigał mi tłumaczenie.

- Nie, nie żartowałam. Poważnie, dość już dyktatu Owcena - powiedziałam stanowczo, odstawiając pustą szklankę po wodzie na stół. - Pora coś z tym zrobić. Ktoś musi coś z tym zrobić. I jeśli nikt inny nie chce tego zrobić, to ja to mogę zrobić. 

- Ale wiesz, z czym to się wiąże? Wiesz, jak ona uzależni ludzi? - zapytał z lękiem Severin. 

- Wiem. - wzdechnęłam. - Jestem tego świadoma. Ale musimy poświęcić parę jednostek. Większość będzie z niej korzystała rekreacyjnie. A chodzi przecież o to, żeby przestali brać towar od Owcena. - gestykulując, próbowałam wytłumaczyć swój plan chłopakom. - Kiedy ludzie zaczną pić naszą Wodę, wyjdą w końcu z marazmu, który serwuje im Owcen swoim doprawionym alko i syntem. Może wtedy zobaczą, na co cały czas przyzwalali. Może w końcu coś się zmieni.


Severin pokiwał głową ze zrozumieniem i wyczułam, że jest gotowy na realizację planu i przejęcie przeznaczonej mu roli. 

To on pomógł mi odkryć Wodę. Podczas jednego z wieczorów, gdy woda z rynsztoka wdarła się do kawiarni i pomagaliśmy George’owi opanować zalanie, do jednego z wiadek z deszczówką Severin wlał odrobinę swojego arbuzowego drina i wyzwał mnie do napicia się tej mikstury. Stawka była wysoka, bo do wygrania było najlepsze miejsce w Owczym Zadupiu, czyli fotel w najdalszym rogu pomieszczenia, z którego najmniej czuć było smród kanciapy i kibla. Nie mogłam odpuścić takiej szansy.

Gdy wzięłam niewielki łyk, poczułam powoli narastającą ekstazę. Pomieszczenie momentalnie rozjaśniło się, a ja czułam na języku wszystkie jego kolory. Przed oczami roztaczały mi się zapachy arbuzów, melonów i ogórków, pod palcami czułam słodką muzykę wody. 

- Severin, dziku, jesteś geniuszem… - powiedziała moja przepona.


Okazało się, że mieszanka w proporcji 2.1 litra kwaśnej deszczowej wody z Hejto City i 37 mililitrów arbuzowego drinka tworzy związek zbliżony działaniem do MDMA, jednak sto razy silniejszy i intensywniejszy w działaniu, przy - jak się później okazało - znacznie mniejszych skutkach ubocznych, gdyż wywoływał wyłącznie lekkiego kaca. Zrobiliśmy badania pilotażowe na grupie kawiarenkowiczów, i tylko Łoś zaliczył po nim zgona. Reszta była zachwycona i prosiła o więcej.


Przyszła więc pora na to, by kuć to żelazo, póki gorące. Choć kontakty w Plemniku były spalone i nie mogłam prosić ich o pomoc, to dzięki trzem latom obserwacji wiedziałam, jak prowadzić lokal (a raczej, jak go nie prowadzić) i wyrobiłam sobie pewne kontakty. Pewien znajomy marynarz znał się na rynku nietypowych nieruchomości. Sam mieszkał w bunkrze, który własnoręcznie postawił, korzystając z planów architektonicznych pozostawionych jeszcze przez Nazistów. Podał mi namiary na gościa, który chciał się pozbyć niepozornego lokalu w czystym zakątku Hejto City. Lokal okazał się być byłym burdelem, który jakimś cudem umknął radarowi Owcena. Nadawał się więc idealnie. Na szczęście przez lata kariery za barem odkładałam wszystkie napiwki, które uzbierały się w całkiem pokaźną sumkę. Wystarczyło w sam raz na zakup domku z dziesiątkami małych pokoików wielkości kurników. No, dobra, w grę poszło też zastraszenie sprzedawcy i wymuszenie obniżenia ceny. Ale koniec końców był chyba zadowolony, że Mongoł, który rozpoczął u mnie pracę w roli wykidajły w zamian za pełną akceptację, dyskrecję i pokój o numerze 69 na pełną wyłączność zostawił go przy życiu. 

No i, najważniejsze, dzięki dobremu systemowi rynien wystarczyła tylko lekka przeróbka, i po pociągnięciu kilku dodatkowych rur do piwnicy mogłam w niej urządzić swoje laboratorium.


Po dwóch tygodniach ciężkiej pracy mogłam nareszcie stanąć, wyprostować się i spojrzeć na swoje dzieło. Sterylne, niewykrywalne laboratorium z Severinem za sterami, marketing szeptany ogarniany przez Geparda oraz dbałość o pokoje zapewniana przez Conrada. I pośrodku tego wszystkiego ja, Włodzia Anna - na tronie wykonanym z plastikowych butelek, na które nie było w moim lokalu miejsca.


Byłam gotowa, by rozpocząć walkę o władzę nad Hejto City. Nawet, gdybym to nie ja miała wygrać. Nawet, gdybym miała swoim interesem dać tylko prztyczka w nos Owcenowi. Ktoś musi popchnąć ten pierwszy klocek domina.


Gepard spojrzał na mnie i wymigał pytanie, nad którym zastanawiałam się od tych dwóch tygodni. Ale teraz, patrząc na nasze wspólne dzieło, znałam odpowiedź.

- Nazwiemy go “Codzienne piciu”.


#tworczoscwlasna #zafirewallem

291e4692-ab67-4ba4-8ba3-1a4c01cea261
Wrzoo userbar

@Wrzoo świetne! Przede wszystkim szanuję za zachowanie tradycji umieszczenia stoickiego cytatu i za stoicki spokój z nim związany. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Owcze zadupie xd Jakoś mnie urzekło to plecenie intrygi jak szaliczka Poza tym ilość śmiesznych nawiązań zatrważająca

Ze względu na różne rzeczy nie czytam (niestety - łudzę się, że kiedyś nadrobię) #hejtodetectivesquad więc odniesień nie jestem w stanie docenić ale:


  • kapitalna narracja!; choć za to już chyba kiedyś Cię chwaliłem? Jeśli tak, to teraz chwalę za utrzymanie poziomu narracyjnego;

  • humor, żarty, porównania i zabawa w operowaniu szczegółem: nie będę wymieniał co mi się w tym zakresie podobało, bo to bym musiał chyba z pół opowiadania przekopiować. A to chyba bez sensu, prawda?


EDIT: A, i kontrasty i ich tempo. To już na przykładzie mojej postaci: stara szkoła barmaństwa i od razu skontrowanie tymi napiwkami. Fantastyczne!

Zaloguj się aby komentować

Rozliczanamy..! 4? Tak, czwartą edycję konkursu #naopowiesci którego zasady można przeczytać poniżej.


Żeby bardziej nie przedłużać, bo już i tak wyszedł poślizg to nie będę kombinował i przedstawiam to co trzeba:


Temat: przejęcie władzy


Kategoria: dowolna


Liczba słów: 900 - 2000


Termin: 21.07.2024 (prawie 14 dni)


Zasady:


Zadający konkurs może ogłosić wygranego według własnego widzimisię oraz zmienić kryterium oceniania w dowolnym momencie.

Zwycięzcą zostanie osoba, której opowiadanie zdobędzie największą ilość piorunów i w nagrodę będzie miała zaszczyt ogłoszenia następnego zadania.

Za każde 100 słów poniżej lub powyżej zadanego limitu - 1 punkt.

Za znaczne rozminięcie się z tematem - 5 punktów.


#zafirewallem

Taki mały apel do przyszłej zwyciężczyni bądź zwycięzcy, żeby może jednak zacząć wykorzystywać tę kategorię na inną niż dowolna. Mi się to wydaje właśnie fajne jak każdy by pisał w jednolitej kategorii. Łatwiej się porównuje takie opowiadania i fajne jest wtedy jak w jednej kategorii każdy jednak próbuje jakoś się wyróżnić i zrobić coś inaczej. Jest też wtedy jakiś klimat danej edycji. W każdym bądź razie takie są moje odczucia, a zrobicie jak chcecie

Zaloguj się aby komentować

Uważam, że pora na #podsumowanienaopowieści . Raczej nikt więcej niczego nie dopisze - wstyd mój wielki, sama się nie wyrobiłam, za to mam chwilkę na to, by docenić autorów, którzy dokonali tej wspaniałej sztuki i zdecydowali się wziąć udział w bieżącej edycji #naopowiesci . Chwała i cześć Wam wszystkim!


Aby utrudnić sobie matematykę wyboru, od przyznanej liczby odejmuję 10 tychże osobnikom wcześniej zadającym oraz pomysłodawcy - przykro mi @splash545 i @KatieWee , za to dodatkowymi 10 punktami obdarowuję debiuty trzeciej edycji - gratuluję @DiscoKhan


W związku z powyższym zwycięzcą zostaje @DiscoKhan ! Gratuluję!


Jako zwycięzca wyznaczasz trendy pisarskie prozy kawiarenkowej na kolejne 2 tygodnie


O przygodach postanowili z wielkim zaangażowaniem napisać


@DudleusWakacje - 8

@WrzooGumiaki - 16

@DiscoKhanCZARNO TO WIDZĘ - 16 + 10 = 26

@splash545Turysta - 25 -10 = 15

@KatieWee opowiadanie bez tytułu - 31 -10 = 21


Dziękuję za wspólną zabawę. Czytać Was to była prawdziwa przyjemność


#zafirewallem

Jak to wygrałem? xD @splash545 @KatieWee @moll @Wrzoo@bojowonastawionaowca


No ale zaraz coś będę kombinować, ale nie ukrywam że się nie spodziewałem xd

a284673d-b2e8-4a9a-a0fc-c36ddfe4c8c0

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci #zafirewallem


Tamtego lata gdy przeniosłam się w czasie słońce świeciło każdego dnia tak mocno, wydawało się, że asfalt paruje. Było za gorąco nawet na wyprawy nad jezioro, więc jeździliśmy tam tylko wieczorami, gdy powietrze pozwalało na złapanie oddechu. Chlapaliśmy się, rozpalaliśmy ognisko w naszym stałym miejscu, graliśmy w butelkę, chłopcy palili papierosy i popatrywali na to co ukrywało się pod naszymi kostiumami. Wychowywaliśmy się razem, chodziliśmy do jednej klasy i wspólnie tworzyliśmy front przeciwko dorosłym,

Chłopcy tłukli się, obrażali i znowu byli najlepszymi przyjaciółmi. Halina, Ania i ja obgadywałyśmy mniej lubiane koleżanki i często dostawałyśmy napadów głupiego śmiechu, najczęściej podczas powrotów ze szkoły. Ludzie idący z naprzeciwka uśmiechali się do nas zataczających się na szerokość ulicy, objętych wpół i radośnie chichoczących 

- Ot, głupie to to jeszcze - mówili. 

I to chociaż Anka miała już prawie piętnaście lat i strzelała oczami do chłopaków z liceum w miasteczku a Halina miała na głowie trójkę młodszego rodzeństwa od kiedy ich matka trafiła na wiele miesięcy do szpitala. Na ojca nie było co liczyć, co przyniósł do domu to prawie wszystko przepił. Nad Haliną i jej dzieciakami litowały się sąsiadki i coraz to któraś zachodziła do nich ze słowami: "No patrz słonko, ile mi kury jajek zniosły (krowa dała mleka, nazbierałam, wyrosło itd.) dla mnie to za dużo, weź, tobie się przyda". 

Teraz, latem Halina najmowała się do gospodarzy, było tyle pracy! Każdą zarobioną złotówkę oglądała z dwóch stron przed wydaniem.

Mnie było dużo łatwiej. Nie tylko mama pracowała w gminie, ale też nie miałam rodzeństwa. W gospodarstwie pomagała starsza siostra mamy, więc moje obowiązki ograniczały się do pomocy w sprzątaniu w domu i opiece nad kurami a mieliśmy ich tylko kilkanaście, tyle co na własne potrzeby. Pomagałam też tyle ile mogłam tam gdzie sprawiało mi to przyjemność - przy gotowaniu i pieczeniu, przy cielaczkach i królikach czy zwózce siana. Miałam się tylko uczyć, dostawać piątki, potem iść do liceum w miasteczku, a jak się uda i zbiory będą dobre przez kilka lat to nawet w Warszawie! Potem studia i dobra praca a później miły, kochający mąż i kilkoro dzieciaczków, które przyjeżdżałyby na wakacje do dziadków na wieś, gdzie pluskałyby się w rzeczce, dziadek obwoziłby je na koniu, a babcia karmiła pierogami z jagodami.

O takiej przyszłości marzyli moi rodzice.


Przyszłość była jednak zupełnie inna i przyszła prędzej niż się spodziewałam.


Pierwszego pochmurnego dnia tego lata pojechaliśmy z Anką i Władkiem do lasu na maliny i śpiewaliśmy razem głośno wszystkie radiowe przeboje w tym "Małgośkę", którą wykrzyczeliśmy kilka razy. Gubiąc się i szukając w lesie trafiliśmy w końcu w miejsce, o którym słyszeliśmy już wcześniej, ale jakoś nikt nie potrafił wytłumaczyć nam gdzie ono jest. Kilka głazów ustawionych obok siebie, a wokoło pusta przestrzeń, jakby drzewa nie chciały rosnąć w ich pobliżu. Obeszliśmy głazy z daleka i w ciszy, popatrując się tylko na siebie. Każde z nas pamiętało co o nich opowiadano - te kamienie porywają ludzi. Czasami oddają, czasami nie. Czasem tam pojawiają się obcy. Mówią obcymi językami, ale zwykle oddaje się ich służbom.

Wiedzieliśmy, że to bzdury, że to po prostu kamienie ustawione przez naszych przodków aby oznaczyć czyjś grób lub jakieś święte miejsce, ale te wszystkie opowieści jakie usłyszeliśmy za mocno działały nam na wyobraźnię.

-Wracamy? - zapytałam a Ania z Władkiem zgodzili się natychmiast. Zrobiło się jakoś ciemniej, chmury całkowicie zasnuły niebo. Zerwał się wiatr.

-Poczekajcie! - zawołałam za nimi, kiedy wysforowali do przodu.

-Łańcuch mi spadł!

Ale oni nie słyszeli, pojechali dalej. Oparłam rower o rosły dąb i sama też oparłam się o niego na chwilę, bo zakręciło mi się w głowie.


I wtedy przewróciłam się i przeleciałam głową w przód przez dąb i przez czas.


Obudziłam się z bólem głowy i spódnicą wplątaną w pedał, łańcuch i szprychy. To nie był nowy ciuch ale i tak żal bo tego smaru nie da się już sprać. Może wykroję sobie z niej modną kamizelkę, a z reszty opalacz? To dobry pomysł, materiał jest miękki i taki ładny!

No dobrze. Poprawiłam włosy, założyłam łańcuch i skierowałam się w tę stronę gdzie jak sądziłam powinien być mój dom. Na każdym kroku natrafiałam na znaki, które świadczyły o tym, że coś nie jest tak. I to dosłownie znaki w lesie jakich nie widziałam nigdy wcześniej. Czyżbym trafiła aż do drugiego województwa? Ale to ponad trzydzieści kilometrów, nawet nową drogą. I wszędzie były szlabany, jakby wjazd do lasu był zabroniony, a przecież to nie był teren poligonu.

Coraz bardziej zdziwiona zajechałam na główną drogę, którą słyszałam od dłuższego czasu. I wtedy mnie zatchnęło. Takich samochodów nie widziałam nawet w zachodnich filmach w kinie w miasteczku.

Nie wiedziałam gdzie iść, cała ta droga wydawał mi się tak obca. Stałam dłuższą chwilę zastanawiając się co robić, gdy nagle ktoś dotknął mojego ramienia. Aż podskoczyłam ze strachu i obejrzałam się za siebie. Stał tam młody mężczyzna w mundurze i uśmiechał się do mnie, a jego rude włosy połyskiwały w słońcu, które właśnie wychodziło zza chmur.

-Czy potrzebuje pani pomocy? - zapytał. 

-Tak - szukam drogi do Zielętkowa, chyba się zgubiłam - spuściłam oczy.

-Hm, chyba nie wiem gdzie to jest, ale jeżeli pojedzie pani ze mną do ośrodka, to tam na pewno ktoś panią odpowiednio pokieruje, albo nawet zawiezie. Bo ten rower to chyba dalej nie pojedzie.

-Tak, ten łańcuch…

-Nie ma problemu- młody żołnierz zarzucił sobie moją damkę na ramię i zaniósł do auta zaparkowanego niedaleko.


I tak zaczęła się moja przygoda w Ośrodku dla Zaburzonych Temporalnie. Nazwy Ośrodka zmieniały się zależnie od władzy i aktualnych trendów, ale sam Ośrodek trwa. Najpierw byłam zwykłą pensjonariuszką uczącą się obsługi smartfona (u nas na wsi był jeden telefon, u sołtysa), sposobu traktowania innych ludzi, zwierząt, kultury wysokiej, popkultury, nowych języków - polskiego, który zmienił się przez te pięćdziesiąt lat, angielskiego, języka komputerów i nowych mediów. 

Władze Ośrodka uznały jednak, że rokuję i dzisiaj jestem kierowniczką do spraw badań temporalnych i wspieram Tajne Ministerstwo w pracach skupiających się nad zaburzeniami czasu i psychologią osób z zaburzeniami czasowymi w życiorysie. Zarabiam dużo pieniędzy, mam piękne mieszkanie a ludzie liczą się z moim zdaniem.


I nikt nie wie, że co jakiś czas jeżdżę całkiem sama, odszukuję ten dąb, głaszczę go i przytulam i proszę go żeby wpuścił mnie z powrotem.


Na próżno.


1021 słów

43f1b8b3-6e3c-4526-ad32-77f64eba61f3

Nie wiem czy to było celowe czy nie (jeśli nie, to nawet lepiej, bo świadczy jeśli nie o talencie, to przynajmniej o wyczuciu), ale zdanie Czyżbym trafiła aż do drugiego województwa? niesamowicie buduje tę postać.

To jest w nim ekstra, ale świetne jest też to, jak wiele można jednym zdaniem zrobić w tekście.


A nazwa Ośrodek dla Zaburzonych Temporalnie to kolejny świetny pomysł? Aż przypomniało mi się przewspaniałe Biuro Ludzi Zagubionych z Małgochy pana Piotra Bukartyka.

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci #zafirewallem


Turysta


Magda ty suko! Ciekawe co byś powiedziała wiedząc, że zabukowałem właśnie lot do Meksyku za 3700zł? W jedną stronę, ha! Już nic mi nie powiesz, całe szczęście. Po co ja w ogóle o tobie myślę? Nie po to się rozwiodłem, żeby teraz się zastanawiać co byś mi powiedziała. Jestem wolny! Nareszcie! I nie chce o tobie myśleć, bo tyle lat mi zmarnowałaś.

Te twoje gadanie! Zrób to, zrób tamto. Znowu na⁎⁎⁎⁎ny wróciłeś od Krzycha. A kiedyś to miałeś pasje, a teraz tylko browar i kanapa. K⁎⁎wa! No miałem! Miałem motor, chodziłem po górach. To było wtedy słuchania, że czasu nie masz dla rodziny, że się zabijesz, że znów na noc nie będziesz, że mnie zdradzisz. Ehh, wcale nie potrzebowałem wyjeżdżać, żeby wyruchać tą twoją koleżaneczkę Kasie, z którą tak ciągle pierdolisz. A co pasje straciłem to straciłem, żeby tego twojego pierdolenia nie musieć słuchać. W góry przestałem jeździć, na motorze też coraz rzadziej. To po co trzymać - twoje słowa. Poszedł, sprzedany, żeby Tomek na wycieczkę pojechał i były jakieś pieniądze leżące. Ta, leżące... Zaraz pralkę kupić, potem ściany odmalować i te meble w kuchni już niemodne. I c⁎⁎j! Tyle z mojej Hondy zostało! Skurwiałe meble z Ikei! A potem, że pasji nie mam?! Że co za wzór dla dziecka. Że przed tv z piwem. Że mógłbym z tobą pobiegać. A sama se biegaj! Wyjebane w ciebie! Te browary i bebzon twoja wina bo robiłem coś chciała! Zawsze spokojny byłem, unikałem konfliktów i spokoju chciałem i żebyś się odwaliła. I co? Co bym nie zrobił to źle! Mogłem się 15 lat temu z tobą pokłócić i rozwieść! K⁎⁎wa i znów o tobie myślę!

Dobra j⁎⁎ać to! Lecę do Meksyku i tyle! Rozwód trochę późno, ale lepiej późno niż wcale. Ledwo czterdzieści skończyłem to jeszcze zdążę żyć po swojemu. Tylko sobie najpierw odbije. Najpierw lot do Meksyku - tam kupię tani motocykl i podróż przez Meksyk, USA, Kanadę, aż do Alaski. To odmieni moje życie. Wrócę to zacznę w końcu żyć na własnych zasadach. A nie, że najpierw zadowalałem rodziców, a później żonę. Dwa lata coś pojeździłem na motórze i tyle z czterdziestu lat miałem dla siebie, ehh... Ale jak wrócę to będzie dieta, będzie siłka i będę robić co chcę! Ta podróż mnie odmieni, to będzie moja przygoda życia!


***


- Tak mamo będę na siebie uważać. Nic się nie martw, jadę pozwiedzać i wrócę. Nic mi się nie stanie, przecież wiesz, że wypadki lotnicze zdażają się bardzo rzadko i dużo łatwiej jest o wypadek samochodem. No widzisz już nie jeżdżę na motorze i bezpieczniej jest polecieć do Meksyku niż jeździć pod Warszawą. Tak, dobrze. Kocham Cię. Pa. - zakończ połączenie.


Przecież nie mogłem jej powiedzieć, że lecę zrobić objazdowkę na motorze. Jeszcze by zawału dostała, ciągle się ostatnio martwi biedaczka. Dwa lata temu umarł tata i podupadła przez to na zdrowiu. Teraz mój rozwód też swoje dołożył. Może ostatnią szansę mam na taką podróż? Bo będzie trzeba się matką zajmować na starość? Nie wiem, na razie jest w miarę ok.

Lecz teraz przede mną mój wielki cel - objechać Amerykę środkową i północną na motorze. Świetnie, bosko, jeszcze tylko 2 dni i wylot. A dziś wieczorem skoczę do Krzycha i opierdolimy jakiegoś literka przed wyjazdem! Za dobrą podróż!


***


Imprezka trochę się przeciągnęła, a mi nie chciało się wcześniej pakować. Dlatego też ledwo co wyrobiłem się na lotnisko. Znów na ostatnią chwilę wszystko, ale jak wrócę to się zmieni. Zresztą już jak będę w Ameryce to przeorganizuje sobie całe życie. Tam będzie wszystko inaczej, tam mi się będzie wszystkiego chciało. Nie jak tu w tym smutnym jak p⁎⁎da kraju z dykty i kartonu. I bez tego jej pierdolenia, przede wszystkim. A może i zostanę tam na dłużej? Może znajdę jakąś pracę w USA, albo Kanadzie. Przecież język znam na tyle, żeby się dogadać, a glazurników potrzeba wszędzie. Tomkowi mógłbym wysyłać więcej pieniędzy stamtąd, a tu i tak nie mamy o czym gadać. A może poprawi się coś relacja z synem przez tą podróż i pracę tam. Może ściągnę go do siebie? Może też będzie chciał się wyrwać z tego kurwidołka? Nic to, się okaże na miejscu. Na razie ma być to przygoda i nie ma co myśleć o robocie. Bo całe życie tylko robota i robota, a po robocie słuchanie stękania tej jędzy i dla siebie już nic. Ja pi⁎⁎⁎⁎le łeb mi pęka i znów myślę o jakichś gównach.


Grzebie w plecaku i po chwili dwa ibupromy lądują w moich ustach. Tak mnie suszy, że nie mogę ich przełknąć, więc gryzę je jak dropsy. Gorzki smak rozlewa się po podniebieniu i prawie doprowadza mnie do wymiotów. Jakoś przełykam, ledwo się udało. Oczywiście wody nie wziąłem. No bo po co? Jak zawsze zapomniałem, a nie zapłacę przecież na lotnisku 20zł za półlitrową butelkę. Zdzierstwo! Tak w ogóle to powinni przypominać o takich rzeczach w tv albo internecie. Wysokie buty na nogach i skórzana kurtka na grzbiecie wcale nie pomagają. Pocę się jak szczur, ale nie będę przecież dopłacać za dodatkowy bagaż. A kask kupię na miejscu, jakiś byle jaki z meksykańskim atestem Sancho Pansa.

Dobra to już moja godzina. Pokazuje wydrukowaną u Krzycha kartę pokładową i przechodzę rękawem do samolotu. Plecak wrzucam do schowka nad fotelem. Siadam i nie czekając na start zakładam słuchawki i odpalam wcześniej pobrany na Netflxie film - Wszystko za życie. Przede mną czternaście godzin lotu z suchą gębą, ale zaraz się odpowiednio nastroje i będzie dobrze. A na miejscu to już w ogóle będzie za⁎⁎⁎⁎ście. Moja wielka przygoda właśnie się rozpoczęła!


***


Niestety, potwierdziły się informacje o śmierci poszukiwanego od miesiąca 40 letniego polskiego turysty w Mexico City. Ciało mężczyzny znaleziono zagrzebane w mule w kanale Xochimilco. Sekcja zwłok wykazała, że bezpośrednią przyczyną śmierci mężczyzny było 12 ciosów nożem. Zwłoki zostały wrzucone do kanału już po jego śmierci. Ze wstępnych ustaleń meksykańskich śledczych wynika, że został on ofiarą napadu rabunkowego. Policja apeluje o szczególną ostrożność przy podróżach w mniej bezpieczne rejony świata.


#tworczoscwlasna

3d193572-85ae-44f6-baab-93708fcae788

Pomysł świetny, a wykonanie też świetne.


W ogóle to przedstawienie powrotu myślami do żony, to drugie konkretnie, strasznie buduje tego bohatera.


Gratuluję.

Zaloguj się aby komentować

CZARNO TO WIDZĘ


- patrz za okno, patrz! - Lomenlay podekscytowany skakał jak goblin i równie głupio machał rękoma w stronę jedynego zresztą okna w pokoju. - Czarnuch!

Jego współlokator nie za specjalnie przejął się jego słowami, był skupiony na rzucaniu w sumie dosyć prostego zaklęcia podgrzewającego ale chciał utrzymać równą temperaturę a w jego stanie to nie było łatwe. Mimo wszystko jakoś tam to szło, parametry były utrzymane na zadowalającym poziomie, na laborkach wyceniłby to na tróję chociaż presor widząc szklaną tubę z wydobywającym się z niej dymem raczej byłby skłonny przyznać najniższy możliwy stopień. Czerwonymi, rozełzawionymi oczyma patrzył chwilę na współlokatora, troszeczkę gęstego dymu uciekło ale resztę utrzymał w płucach czy też w drodze do nich aż do zakończenia przysiadu. Lemonsey dalej miał oczy szersze niż normalnie, znacznie szersze, a przecież powinien mieć węższe... O czym on mówił? A tak:

- co ty ćpałeś, Czarnucha to tydzień temu w zoo oglądaliśmy. Weź bucha lepiej to ci się może popra... - Lomenlay jednak nie dał za wygraną. Pociągnął za sobą towarzysza tak zdecydowanie, że aż naczynie z wodą się przewróciło i rozlało. Tyle dobrego, że poza popiołem i wodą nic więcej w nim już nie było ale utrzumanie porządku w mieszkaniu nie leżało w jego priorytecie ani dzisiaj ani jutro ani wczoraj. 

- niech mnie porwą żywioły..!

Przed garażem ewidentnie wylegiwał się całkiem pokaźny Czarnuch.


--+++--


- czego peniasz, to ja będę wrzucać trawę!

- no niby tak...

- dętkę w rowerze ci przegryzł - gospodarz przypomniał kompanowi. - poza tym mówię ci, z kuzynem na wsi żeśmy to robili już dziesiątki razy. Bedzie śmiesznie. 

Gość Lemonseya dalej jednak miał tęgą minę. W ręku trzymał końcówkę od węża ogrodowego która zwisała luźno i bez przekonania z jego rąk. Oczy były utlenione - jak ich okadzone umysły wydrukowały - nie tyle w Czarnucha co w mimika który przybrał sylwetkę ostatniego czarnego smoka który tak właściwie to się nazywał Karonegroszwardzmawros ale poza oficjalnymi okazjami wszyscy chlubę miejscowego zoo nazywali bardziej pieszczotliwym mianem.

- kurna, Chytry, twój dziadek na wojnie burze sprowadzał na wroga a ty się cykasz żeby strzelić mimikowi w paszczę ze szlaucha? Co z ciebie za student deugiego roku hydromancji stosowanej?

- hydrologomancji, Lemonsey i mój dziadek w trakcie wojny cały czas był ogro...

- dobra, nie pitol, śmiesznie mimiki wariują od zioła ale trzeba je spłukać, samemu nie dam rady. Ja otwieram pysk i wrzucam temat, daj na pełną i jedziemy..! - głos kumpla szybko ucichł, Czarnuchokształtny lekko się poruszył, zmienił nieco tempo w jakim chrapał ale ostatecznie się nie obudził.

Aczkolwiek Chytry z szoku nieco otrzeźwiał to jednak sytuacja była dosyć dla niego egzotyczna i miał spore wątpliwości czy Lemonsey rzeczywiście z kuzynem na wsi wpłukiwali zioło mimikom, Cytryniasty miał reputację sporego farmazona. Z drugiej strony fundował darmowe palenie i jednemu zaprzeczyć się nie dało - pomysł był śmieszny, wiekszowc ryzyka szła na niego. W ogóle smokopodobny miał fascynujący kolor łusek, czerń głęboka jak noc widziana wzrokiem bogów którzy ulecieli do swych najwyższych letnich rezydencji na pobliskich wzgórzach. Czarna jak odmęty gardzieli potworów morskich, czarna jak włosy tej szatynki o nogach długich, a smukłych, a i nad nogami miała co pokazać...

- pssssst! - krzykoszepnął towarzysz - Stary, nie zwieszaj się. Dasz radę wodę odkręcić..?

Chytremu chwilę zajęła ponowna reanaliza sytuacji w jakiek się znajdował ale od razu pokiwał głową, podniósł końcówkę węża z pewnością i zdecydowaniem godnym co najmniej skinienia głową w admiracji. 

- to na trzy! Raaazz..! Dwaaa! Iiiiiiiii TRZY!

Zadziako się dużo i szybko. Kreatura obudzona otworzyla ślepia i sama z siebie otworzyła groźnie paszczę. Lemonsey rzucił torebką trafiając istotę w "poprzeczkę", górną część pyska tuż nad sama pwwsczą. Zioło zrykoszetowało Czaenuchowi w lewe oko. Chytry zaś siknął wodą jeszcze zanim smokowaty otworzył paszczę ale łał dalej i kontrował na pysk ale nie dał rady. Lemonsey pronujac uciekać poślizgnął się o świeżą kałużę, dodatkowo strumień tak go wytrącił z równowagi, że gleba jaką zaliczył była wprost spektakularna - ślizg na prawej stopie, zamachał rękoma trzy obroty i tak wywinal orła, że nogi poszły do góry, plecami wylądował w kałuży, a jeden z jego butów zesllizgnsl się, trzy razy obrocil się w powietrzu ponad nim i trafił go w czoło. Ze śmiechu Chytry puścił węża i ryknął tak, że w dwóch domach w okolicy pozapalały się światła.


---+++---


- Stasiu, a Informacji nie oglądasz? Dzisiaj miał być ten...

- Już, już, dej głośniej łod raza.

Ekran przesłonił zielonawy kolor rosnąco stopniowo słupków, pojawiły się dodatkowe dwa, a ruda prezenterka zdecydowanie zbyt głośnym tonem zaczela przemawiać z odbiornika do przygłuchwej pary.

- Najpierw pilne ostrzeżenie: Karonegroszwardzmawros uciekł z miejscowego zoo, prosimy wszystkich mieszkancow Las Deos o pozostanie w domach i o telefon do służb gdyby komuś udalo się go dostrzec, numer pokazujemy na dolnym pasku.

Stasiu zmrużył oczy ale zapomniał okularów, nic nie widział. Jego żona nie oderwała wzroku od dzierganego swetera. Czy tam swetra, cholera ich tam wie.

- Ale teraz przekazujemy głos naszemu korespondentowi który na miejscu rozmawia z ekspertem - orezenterka kontynuowała. Na dole ekranu ponawily się niemożliwe do odcyfrowania, rozmazane dla emeryta znaki gdy na ekranie pojawil się Julio Gonzales i stojący obok niego anonimowy, siwy brodacz, całkiem łysy.

- Witam państwa - powiedział Julio z tym swoim zagranicznym akcentem, Stasiowa żona tym razem podniosła oczy i wpatrywała się w egzotycznego repitlianina jakby jej zycie od tego zależało. - jesstem pod miejsskim zoo w Lass Deosss. Panie...

- Tymeon Lebstein

- Tymeonie, jaka jesst przyczyna tejszsze pszszykrej ucieczki, jakim cudem ssmok zzbiegł?

- mianowicie obserwowaliśmy już od dłuższego czasu jak smok podjadał różne magicznie zasilane urządzenia które wypadały zwiedzającym z kieszeni, daliśmy tabliczki z ostrzeżeniami no ale widzisz pan...

Julio z powagą pokiwał głową, Lebstein kontynuował:

- w każdym bądź to jakimkolwiek razie... Jakby tu interferencję Pozzanitego-Paleuxa przedstawić... Czarny smok jest jakby antymagiczny tylko od zewnątrz, wewnątrz takich właściwości nie ma...

Pomiko głośności z zewnątrz dalo się posłuszeć bardzo głośny krzyk: TRZY! na tyle donśny, że emeryci posłyszeli go całkiem wyraźnie, mniej donśny rechot jakby opętańca i ryk - ale to taki, że wszystkie szkła zaczęły się bujać i rozhuśtane dzwoniły jeszcze chwilę po tym gdy hałas ustał. Zamiast tego okplica mocno się rozświetliła ciepłym światłem. Para emerytów zaskakująco żwawo znalazła się przy oknie.

- Stasiu, leć po tą strzelbę na mamuty.


---++---


- Panowie, wyście się za przeproszeniem z chujami na łby pozmienialiście? - powiedział policjant w ogóle na nich nie patrząc. Oczy miał utkwione w papier przed sobą, krecil z niedowierzaniem głową ciągle wpateujac się w zeznania. Lemonsey skupil się na podziwianiu swojwgo jedynego, przemoczonego buta. Chytrego coś zaswędziało z tylu głowy i kombinował jak się podrapać tak żeby kajdanki za mocno nie wpiły się w nadgarstek. 

- więcej szczęście niż rozumu... Ale to był ostatni! Nie ma więcej. Żeście kretyni gatunek dopomogli wybić! - policjant wstał gdy to do nich wykrzykiwał ale dysycplina wzięła górę nad instynktami. Spojrzal na ich domumenty, pomachal głową na boki, jeszcze chwile zbierał myśli i zaczął przemawiać patrząc się przed siebie gdy maszerował od sciany do ściany - może i twój ojciec jest wiceministerem chłopcze ale jedna noc w areszcie przesiedzisz tak czy siak... I ciebie nie będę rozkuwał... - mówił ni to do siebie ni to do przesłuchiwanych.

- ale kto to słyszał, tak Czarnucha urządzić...


#zafirewallem #naopowiesci #tworczoscwlasna #tahorbil

2e9b932a-0faf-4db3-86f5-5f0d342a5e43

@DiscoKhan No w końcu się doczekałem od Ciebie opowiadania Wymyślony język ciekawy zabieg i ciągle mnie denerwował, więc na plus xd Spoko opowiadanko a @CzosnkowySmok coś dziś dnia nie ma. Napierw jego ciężka historia w sowimuniwersum, a teraz się okazuje, że to może nie Smok a Smoczuch

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci


Zasady i opis naszej zabawy znajdziesz o, tutaj.


Pomysł na to opowiadanie przyszedł sam. No, może trochę inspirowany filmikami Drain Cleaning Australia.

Absolutnie obrzydliwe filmiki, oczu się oderwać nie da. Gorąco polecam.


***


Gumiaki


Niecodziennie człowiek budzi się w głuszy (norweskiej, lub innej zimnej) ubrany w strój renifera, przywiązany pasami transportowymi do drzewa. Niecodziennie też widzi naokoło siebie grupę upalonych nastolatek przebranych w stroje - nazwijmy to - wiedźmie (choć ewidentnie kupione na Shein czy innym Temu). A jedyne, czego chciałem, to kupić solidne gumiaki.


Ale zacznijmy od początku. Przedstawicielowi klasy średniej - nomen omen niemogącemu zapewnić sobie godnego życia za swoją pensję… czy to w dalszym ciągu jest klasa średnia? - po ukończeniu studiów nie zostaje za wiele dostępnych ścieżek życia do wyboru. Nie urodziłem się w opływającej w luksusy rodzinie, nie miałem zapewnionego mieszkania po rodzicach (ani nawet kawalerki po babci, bo stara dalej dycha), a matematyka stosowana, którą studiowałem, okazała się nie być zbyt przyszłościowym kierunkiem. No, chyba że zacząłbym bezpłatne praktyki załatwione po znajomości na dwa lata przed rozpoczęciem nauki. Może wówczas zapewniłbym sobie jedno z tych miejsc pracy, które trzydziestu siedmiu osobom z mojego roku udało się obsadzić. Jako trzydziesty ósmy, musiałem zacząć kombinować.


I tak trafiłem do pana Zenka. Pan Zenek, człowiek wybitny, prowadzi jednoosobową działalność gospodarczą nierejestrowaną. Słowem, pracuje na czarno. Jego samego można też pomylić z czarnym, bo pan Zenek nie wierzy w ochronę przed słońcem. Skutkiem tego jest skóra ciemna prawie tak, jak u Olisadebe. Tylko bardziej zaorana bruzdami. No i Olisadebe nie był taki wysuszony.


Pan Zenek jest prawdziwym fachurą i człowiekiem, którego po prostu trzeba znać i mieć namiar do niego w gotowości. Zajmuje się jedną ze strategicznych, kluczowych i niezbędnych dla społeczeństwa profesji. Pan Zenek bowiem jest zawodowym odtykaczem kibli, odpływów i kanalizy wszelkiej. 

A ja mogę z dumą powiedzieć, że jestem jego uczniem. Czeladnikiem. Terminatorem.


Pan Zenek to dobry kumpel mojego ojca jeszcze z woja. Razem trafili do jednego czołgu ćwiczeniowego (Bażant 7) i od tamtej pory tworzyli silną, prawdziwie męską przyjaźń: ilekroć widzieli się na mieście, wpadali sobie w ramiona i obiecywali, że wyjdą wspólnie na piwo. I tak co kilka miesięcy przez przeszło 45 lat. 

W czasie jednego z takich spotkań na mieście mój ojciec wymyślił nawet hasło reklamowe dla pana Zenka: “Zenka odtykanie jest tak dobre, że o panie!”. Mój chlebodawca wydrukował je sobie nawet na wizytówkach. W sensie, takich pociętych karteczkach z domowej drukarki, bo na zwykłe wizytówki trochę szkoda mu kasy. Mam w planie zamówić mu porządne wizytówy z okazji jego siedemdziesiątki.


Razem z panem Zenkiem jeździmy na nagrane roboty i przepychamy, co wlezie. Toalety, zlewozmywaki, umywalki, wanny, kanalizę w blokach, odpływy na podjazdach… Nawet nie wiecie, jak wiele rur jest obecnie zapchanych. I w każdej sekundzie na całym świecie jakiś pan Zenek, cały ochlapany syfem, wykonuje mocniejsze pchnięcie przepychaczką i triumfalnie krzyczy: “Poszłaaaa bestiaaaa, kur&%aaa!”. A jego pomagier może doświadczać tego triumfu, kąpać się w tym blasku spływającym na niego z faktu bycia w tym miejscu, o tym czasie, przy tym klopie.

Nie ma lepszego uczucia pod słońcem.


***


Nadeszła jednak jesień, i okazało się, że spadające liście wyrządzają więcej szkody, niż możnaby się po nich tego spodziewać. Oprócz standardowego udrożniania toalet i zlewów mamy teraz około 230% wzrost zapotrzebowania na odtykanie odpływów garażowych i rynien. Bo wiecie, chcę, żeby moje studia się jednak do czegoś przydały, to robię panu Zenkowi statystyki. Wszystko wrzuciłem do Excela, pokategoryzowałem, przygotowałem formuły, podział na tygodnie, miesiące i lata… Pan Zenek co prawda złapał się za głowę i powiedział: “Chłope-e, ty to nie masz czasu na co marnować, na dziewczynki byś poszedł, a niee”, ale ja wiem, że kiedyś to się przyda.


No, w każdym razie, wzrost zapotrzebowania na usługę odtykania rur zewnętrznych wzrósł na tyle dramatycznie, że pan Zenek zdecydował się powierzyć mi część swoich klientów. Jest to nobilitacja, jakiej się nie spodziewałem. Do tej pory byłem tylko “przynieś, wynieś, pozamiataj” (i to dosłownie), a teraz nagle dostałem swój sprzęt (a raczej pożyczony przez pana Zenka z akompaniamentem głośnego: “Tylko mi tu niczego nie popsuj!”) i mogę swoim samochodem (a w zasadzie mojej matki, bo i tak nigdzie nie jeździ, to co ma tak stać) pojechać na robotę do klienta!


Był tylko jeden problem. Gumiaki.

Od kiedy pamiętam, moje stopy były wybitnie niewymiarowe. Tam, gdzie u normalnych ludzi są szerokie, tam u mnie są wąskie. Tam, gdzie powinny być wąskie, są szerokie. Nie mówiąc już o tym, że pięta wystaje mi w tak dziwaczny sposób, że nie ważne, jakiego buta używam, i tak robią mi się pęcherze na piętach. Bezpieczne są tylko klapki, no ale w klapkach na robotę nie pojadę. Dość już się nasłuchałem o grzybicy stóp pana Zenka, której nabawił się w osiemdziesiątym siódmym za sprawą klapków. I tym bardziej nie chciałem pożyczać butów od niego. Grzybica to nie moja para kaloszy.


Przed swoją pierwszą robotą postanowiłem więc poszukać sobie porządnych gumofilców. Zostały mi trzy dni na znalezienie idealnej pary.

Pierwszego dnia wyprawiłem się do okolicznego dużego miasta, Piły. Bilet na PKS kosztował 8 złotych. Postanowiłem odnotować tę kwotę i dodać ją później do arkusza z wydatkami na robotę, by uzyskać pełny koszt zakupionego obuwia.

Niestety, wyprawa okazała się być płonną. Schodziłem pięć różnych sklepów obuwniczych. Wybór gumiaków był niezadowalający, a to przełożyło się na brak odpowiedniego obuwia na moje płetwy. Podobnie było w sklepach wędkarskich, koniarskich oraz majsterkowych. Wszystkie dostępne egzemplarze obuwia nie nadawały się na moje platfusy.

Odnotowałem w arkuszu 8 złotych za bilet powrotny i postanowiłem kontynuować poszukiwania następnego dnia.


Tym razem stwierdziłam, że zaufam Internetowi. Co prawda robota nagrana jest na jutro, ale jeśli znajdę coś odpowiedniego i się sprężę, to będę mógł pojechać nawet do innego miasta, zakupić optymalne gumiaczki, i wrócić do domu na ciepły budyń wieczorem.

Rzeczywistość zmusiła mnie do pohamowania swojego entuzjazmu. Po dwóch godzinach szukania dalej byłem w czarnej d⁎⁎ie. Wielokrotnie natykałem się na te same modele, które widziałem już w Pile. Pozostałe sklepy nie oferowały za wiele więcej. Traciłem nadzieję.

Na dwudziestej stronie Google trafiłem jednak na intrygującą wzmiankę. Ktoś na forum internetowym “Heksegummistøvler” przywołał informację o niesamowitej parze gumowego obuwia, za które - według Google Translate - “można zabić”. Opisał w nim, że prosi o kontakt każdą zainteresowaną osobę, to “poświęci się i tę ofiarę uczyni”. Według tłumacza gumiaki miały rozmiar 44, więc w sumie mój, a przynajmniej tak wywnioskowałem z przetłumaczonego wierszyka:


W Dunderlandu lesie

Zbierze się czterdzieści i cztery

Czarne jak śmierć wodery

Ofiarę panu przyniesie


“Ten Google się wyrabia! Zrobił tak, że wierszyk się rymuje!”, pomyślałem.

Chociaż ogłoszenie sprzedaży gumiaków w formie wierszyka brzmiało trochę niepoważnie, to stwierdziłem, że zaryzykuję. Ahoj, przygodo!

Pani sprzedawczyni o nicku Johanne_Nielsdatter nie podała, co prawda, ich ceny, ale postanowiłem napisać do niej mimo to. Sprawdziłem nawet loty, i w okolicy Dunderlandu znajduje się lotnisku, z którego są ode mnie loty za 10 złotych w obie strony. 

Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Dopisałem, naturalnie, bilety do kosztów w tabelce, spakowałem plecak (zostawiając przezornie miejsce na gumiaczki), i ruszyłem na lotnisko. W międzyczasie Johanne odpisała mi, że nie może się doczekać i że rytuał jest gotowy. Być może translatorowi chodziło o “obiad”, tylko źle przetłumaczył - to miłe z jej strony, że ugości strudzonego wędrowca pożywieniem!


Cztery godziny później byłem już w powietrzu, otoczony przez innych rodaków, ruszających w stronę kraju lubującego się w lukrecji za pracą. W duchu śmiałem się, że oni jadą tyrać, a ja jadę po buty do tyrania i jeszcze tego samego dnia wracam do naszej pięknej ojczyzny.


Na lotnisku wypożyczyłem najtańsze (i w zasadzie jedyne) dostępne auto - Fiata Pandę. To zawsze są Pandy. Zawsze tak samo zmęczone przez życie i zawsze tak samo śmierdzące w środku. Tyle dobrego, że ktoś w przypływie geniuszu zawiesił w środku Wunderbauma - dzięki temu mam w co wsadzać nos, gdy chcę zmienić jakość powietrza, którym oddycham. Szkoda, że to wanilia.


Do Dunderlandu jedzie się piękną drogą pośrodku lasu. 30-kilometrowa podróż minęła w trymiga, umilana zgrzyto-szumami radia niemogącego dostroić się do stacji. Gdy do miejsca docelowego zostało mniej, niż pół kilometra, zacząłem się rozglądać. W końcu jednak dotarłem do punktu oznaczonego wysłaną mi przez Johanne pinezką. Zatrzymałem auto na leśnym parkingu i wysiadłem.

Spokoju tego miejsca nie da się opisać. W tle słyszałem szemrzący strumyk, gdzieś niedaleko w drzewach dzięcioł wykonywał ciężkie operacje na otwartych drzewach. Podszedłem do jednego z drzew, by podziwiać porosty - niewątpliwą oznakę czyściusieńkiego powietrza.


Za plecami usłyszałem kroki. Odwróciłem się, ale było za późno - przed oczyma mignęło mi coś na kształt wielkiej lagi, a po sekundzie poczułem silne łupnięcie w głowę. Osunąłem się na kolana i odpłynąłem świadomością ponad Midgard.


***


Nie wiem, po jakim czasie się ocknąłem. Podniosłem lekko głowę i spróbowałem się przeciągnąć, ale poczułem, że jestem skrępowany. Jak się okazało, skrępowano mnie pasami transportowymi pana Zenka, które wziąłem ze sobą do plecaka, by w razie czego opasać swój plecak, żeby mieścił się do tej maciupeńkiej półki na bagaż podręczny. Dodatkowo, ktoś przebrał mnie w jednoczęściowy strój - jakiegoś renifera, czy ki ch*&j... Na pewno sam poliester, bo siedząc na zimnej ściółce nie czuję żadnych odmrożeń w pośladkach. Izoluje fenomenalnie.


Rozejrzałem się nieco nieprzytomnie, i wtedy zobaczyłem przed sobą TO.

Gigantycznego. Rozbebeszonego. Łosia.

W jedną chwilę oprzytomniałem, tętno skoczyło mi jak na obronie magisterki. W co ja się wpakowałem? Czy tak krew na pasach transportowych jest moja, czy łosia? I gdzie są moje obiecane gumiaki?!

Dotarło też do mnie, że nie jesteśmy z łosiem sami. Naokoło nas w lesie siedzi ogromna grupa nastolatek popijających nieokreślone napoje ze srebrnych kielichów. Każda jedna przebrana jest jak na Halloween.

Wyróżniają się wśród nich trzy. Siedzą tuż przy łosiu i głośno między sobą debatują, zakładam, że po norwesku. Kompletnie nie rozumiem, co mówią, i wyłapuję tylko pojedyncze powtarzające się: “ofring”, “ritual”, “djevel”, “narkotika”... 

W pewnym momencie jedna z nich, wyglądająca na mocno sfrustrowaną, podchodzi do mnie i wyciąga rękę. Mimowolnie kulę się, bojąc się znowu oberwać w łeb, ale ona tylko podnosi mój plecak, który najwyraźniej cały czas leżał obok mnie. Otwiera go i zaczyna w nim grzebać, po czym wyjmuje…

“Ej, panna, tego nie bierz, to jest udrożniacz do rur”, mówię jej. Panna patrzy na mnie, kompletnie nie rozumiejąc.

“Legemiddel? Urter?” - pyta, wskazując na torebkę z udrożniaczem, którą zawsze mam ze sobą w razie czego. Pan Zenek nauczył mnie, by być zawsze przygotowanym. W sumie nikt na lotnisku nie powiedział mi, że nie wolno przewozić samolotem takich rzeczy, to czemu nie?

“U-droż-niacz. Do robienia drożności… Kurna… no, dróg. Takich w wodzie - dróg w wodzie.” 

“Drug!” - pani ciemnogocka triumfalnie podnosi torebkę i woła do koleżanek przy łosiu: “Idioten hadde med seg en hel pakke med narkotika! Vi er frelst!”

Nim zdążę coś powiedzieć, dziewczyna wpycha mi jakąś szmatę do ust i biegnie do łosia. Z wielkiej torby podróżnej wyciąga bongo i woła do innych grupek. Po chwili przedstawicielki różnych kręgów podchodzą do niej z własnymi bongami i nabijają sobie bongo moim udrożniaczem. A to nie byle jaki udrożniacz, bo autorskiej receptury pana Zenka!


Gdy każda z grupek ma już udrożniaczowe bongo, dzieje się coś jeszcze bardziej kuriozalnego. Panny zapalają świece i zaczynają śpiewać dziwne gardłowe pieśni. Chwytają się za ręce i powoli ruszają w powolny pląs wokół mnie i łosia, który - jak teraz myślę - ma jednak lepiej ode mnie. Jego trud już skończon.

Aż nagle pieśni i tańce się kończą. I wszystkie pannice, jak jeden mąż, siadają w swoich kręgach i dobierają się do bong. Każda z nich bierze bucha, odkasłuje, bierze kolejnego i podaje koleżance.


A potem wszystkie zaczynają się chwiać. I ściągać z siebie ubrania. I bredzić coś po norwesku. 

Aż w końcu padają jak muchy.


***


Zapada cisza.


Gdzieś w oddali dzięcioł znowu zaczyna leczyć chore drzewa.

Strumyk cicho szemrze.


A ja jestem tu, otoczony przez upalone małolaty, które nie kontaktują z bazą, w środku lasu gdzieś między Szwecją a Norwegią, przywiązany uwalonymi łosią krwią pasami transportowymi, które pożyczył mi mój pracodawca, a za dwie godziny powinienem być u klienta na robocie…


Pan Zenek mnie zabije.


#tworczoscwlasna #opowiadanie w kawiarni #zafirewallem

d507b6f7-673f-4237-9873-9a859e6ed9d0
Wrzoo userbar

@Wrzoo bardzo fajne opowiadanie Pan Zenek to chyba nie pamięta o #codziennepiciu . Bardzo trafny opis męskiej przyjaźni. Ładny wierszyk, absurdalna wyprawa i klimaty rytualne to jest coś co lubię. Midsommar mi się trochę przypomniał

A jeszcze dobry ten obrazek z głową wystającą poprzez przednią szybę samochodu xd

Zaloguj się aby komentować

Pani @moll zapodała jakże zacny temat, od razu mi się spodobał.


Jest dużo błędów interpunkcyjnych, bo jestem na nie ślepy i zwyczajnie ich nie widzę.

Liczba słów: 1089


Wakacje


Czterech kolegów: Marian, Janek, Łukasz i Krzysztof  podczas wakacji przed nowym rokiem akademickim, na początku września, postanowili wybrać się do Miami na 2 tygodnie. Lot minął bezproblemowo, jetlag trochę dawał o sobie znać, ale na następny dzień po przylocie czuli się dobrze. Postanowili zrobić drobne zakupy, zjeść coś na mieście i się wyszaleć.Gdy szli na plażę Janek zobaczył aktorkę Clarę Jones, która była filigranową brunetką i piwnych oczach, nie wiele starsza od niego, więc postanowił zagadać ją o zdjęcie i odszedł na chwilę od kolegów mówiąc: “Poczekajcie chwilę na mnie, chcę coś sprawdzić”. Janek podchodzi i mówi:

“Prze prze praszam, czy to Pani grała w filmie:Skazani na sukces?” - jąkając i drżąc się zapytał Janek

“Tak, to ja.” - z uśmiechem odpowiedziała aktorka

“Czy mogę zrobić sobie z Panią zdjęcie?” - J

“Pewnie, tylko wyluzuj się trochę, czemu jesteś taki zestresowany? - C

“Dziękuję, zawsze jestem nerwowy rozmawiając z kobietami, dodatkowo rozmowa z sławną i bogatą jest trudniejsza.” - J

“To, że jestem aktorką przez co mam pieniądze i sławę nie czyni mnie już człowiekiem, że należy się mnie bać” - C

“W sumie nie wiem nigdy nie rozmawiałem z kimś takim” - J

“No to teraz masz okazję. Jak Ci się film podobał?” - C

“W porządku był chociaż to takie kino dla kobiet, o miłości itp. Moją uwagę sceny taneczne przykuły. Pani już wcześniej tańczyła czy to na potrzeby filmu?” - J

“Już nie mów mi na Pani tylko normalnie Clara bo nie jestem aż tak stara. Jak byłam młodsza sporo gimnastyki uprawiałam i chodziłam na lekcje tańca.” - C


Tak sobie normalnie gadali, a reszta kolegów patrząc na nich zaczęła się niecierpliwić.

“Ile oni już tak gadają?” - Marian

“Godzina dochodzi” - Krzysztof

“Dobra niech se gadają widać po nim, że dobrze mu się rozmawia i kobitka ładna to normalne, że stracił poczucie czasu. Najwyżej poczekamy jeszcze 5 minut i jak dalej będą gadać pójdziemy sobie gdzieś indziej, a Janek zadzwoni gdy skończy.” - Łukasz

“Niech będzie, maksymalnie 5 minut” - M

“Spoko poczekam.” - K


W tym momencie rozmowa Janka z Clarą dobiegała końca bo Clara spojrzała na zegarek, przypomniało jej się, że niedługo ma jedno spotkanie służbowe. Janek zrozumiał, ale oboje uznali, że miło się rozmawiało i fajnie by było jeszcze pogadać więc wymienili się kontaktami, oraz wstępnie się na wieczór jeszcze umówili na spotkanie. Janek cały czerwony poszedł w kierunku zniecierpliwionych kolegów.

“No idzie k⁎⁎wa mistrz podrywu, ile można gadać z jakąś babą?” - K

“Ale jesteś czerwony haha” - Łukasz

Janek usiadł na ławce, napił się wody wziął kilka głębokich oddechów po czym powiedział:

“Gorąco jest, więc mam czerwoną twarz, spokojnie, udaru nie dostanę.” - J

“Dobra dobra, nie jest taka zła temperatura, weź się przyznaj, że ta kobitka ci się spodobała, bo ciężko też oddychasz.” - M

“No może i tak, miło się rozmawiało, ale szkoda, że to ostatni raz, niby dałem jej kontakt do siebie, ale to bogata aktorka, nie ma czasu na taki plebs jak ja. Za wysokie progi.” - J

“No to trudno, ochłoniesz trochę w wodzie i się wyluzujesz, dawajcie idziemy na plażę.” - K 

Chłopaki na plaży czas spędzony aktywnie, pograli w siatkówkę z obcymi ludźmi wyluzowali się nad wodą, oraz opalali i gadali. Potem na mieście spotkali Leo Messiego, z którym zrobili sobie fotki i dostali autografy. Pokręcili się po pubach czy centrach rozrywki dobrze się bawiąc. 

Gdy zaczęło się ściemniać Janek dostał wiadomość od Clary: “Hej, jesteś chętny za godzinę spotkać się na plaży, weź swoich kolegów a ja mogę koleżanki wziąć”. Szybko się zgodził, poszli do hotelu się jeszcze odświeżyć a następnie wszyscy spotkali się na plaży. Clara wzięła 3 koleżanki, wszystkie urodziwe, jednak żadna nie była znana tylko to są przyjaźnie z czasów szkolnych, których kariery potoczyły się inaczej jednak kontakt cały czas utrzymują z sobą. Jedynie głębsze emocje było widać między Jankiem i Clarą a reszta po prostu starała się spędzać miło czas i poznając nowe osoby. Jedna koleżanka miała z sobą gitarę więc zaczęła grać, inni za to śpiewali. Koło 2 wszyscy wrócili do siebie bo byli zmęczeni, jednocześnie zadowoleni z przebiegu dnia. Całe 2 tygodnie minęły na relaksie, dobrej zabawie, poznawaniu siebie nawzajem. Jednego dnia chłopaki wyskoczyli nawet na mecz Interu Miami, jednak nie było tak fajnie, jak oglądając europejską piłkę. Fajny widok znanych nazwisk, jednak nie ma co ukrywać są tutaj na emeryturze w między czasie kopiąc piłkę. Panowie byli lekko zazdrośni i wszyscy myśleli:”Trzeba było grać w piłkę zamiast się wspinać po drabinie edukacyjnej, tak to skończę jako nikt, na emeryturze po 70. Ci natomiast 35 lat, siedzą w ładnym ciepłym mieście i jeszcze im za to płacą.”

Relacja między Clarą a Jankiem układała się dobrze, mimo bycia, z różnych światów, traktowali się równo. Mieli podobne charaktery, nie lubiący dużych grup, romantycy, delikatni więc się dogadywali. Lubią tę samą muzykę np. klasyczną i jazz. Co do muzyki to Janek chciał się pochwalić, że Chopin to był Polak bo głupia amerykanka nie będzie wiedziała, jednak ona się nie dała. Reszta chłopaków głównie się skupiała na zabawie i wyluzowaniu przed nowym rokiem akademickim. Gdy zbliżał się ich koniec pobytu jedynie Janek nie chciał wracać do Polski, a już szczególnie na uczelnię, mimo, że został mu ostatni rok.

“Panowie, nie chce mi się wracać. Zostanę tu na dłużej, na uczelnię raczej wrócę, już dokończę ten ostatni rok. Zresztą nic się nie stanie jak ominę pierwszy tydzień zajęć.” - J

“Chłop co się zakochał na wakacjach i nie wraca do domu. Trzymajcie mnie haha” - K

“Dobra jak tam chcesz nie, w Polsce się zobaczymy to opowiesz nam czy warto było zostawać.” - M

“Weź nie świruj, gdzie będziesz mieszkać skoro hotelu już nie mamy?” - Ł

“Gadałem z Clarą mogę u niej posiedzieć do końca miesiąca i potem wrócę.” - J

Wszyscy byli zszokowani jednak wiedzieli, że na zakochanego chłopaka nie działają żadne argumenty więc odpuścili dyskusję i mieli tylko nadzieję, że nic mu się złego nie stanie, oraz bezpiecznie wróci do domu. 

Do końca czas z Clarą świetnie spędził, widział chemię między nimi, dowiedział się sporo o branży filmowej, oraz sam lekko nauczył aktorstwa, panować nad stresem. Oglądali razem filmy, wychodzili na miasto, grali w gry imprezowe, spacerowali sporo. Na pamiątkę zrobili sobie mnóstwo wspólnych zdjęć. Nie żałował ani trochę wspólnie spędzonego czasu, ale miał świadomość, że nic nie trwa wiecznie i musi wrócić do domu. Clara zawiozła go na lotnisko a ten był bardzo zestresowany. Trzymając jej dłonie, patrząc w oczy powiedział:

“To były najlepsze wakacje w moim życiu. Proszę obiecaj mi, że jeszcze kiedyś się spotkamy. - J ze łzami w oczach.

“Obiecuję, będziemy mieli kontakt i zobaczymy się.” - C

Janek na koniec ją przytulił po czym poszedł na lotnisko. 


#naopowiesci #zafirewallem #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Drogie Panie i Panowie,

miło mi ogłosić trzecią edycję wzbudzającej tyle emocji zabawy #naopowiesci


Zapraszam do pisania:


Temat: przygoda (wakacyjna lub też nie - dowolna)


Kategoria: dowolna


Liczba słów: 900 - 2000


Termin: 07.07.24 (14 dni)


Punktację i zasady pozwolę sobie zapożyczyć za poprzednikami:

Zadający konkurs może ogłosić wygranego według własnego widzimisię oraz zmienić kryterium oceniania w dowolnym momencie.

Zwycięzcą zostanie osoba, której opowiadanie zdobędzie największą ilość piorunów i w nagrodę będzie miała zaszczyt ogłoszenia następnego zadania.

Za każde 100 słów poniżej lub powyżej zadanego limitu - 1 punkt.

Za znaczne rozminięcie się z tematem - 5 punktów.


Bawcie się dobrze!


#zafirewallem

@moll śmiechłem bo ChatGPT napisz to i to, gotowe! Mooooże drobne popraweczki aby to uwiarygodnić / nieco ulepszyć i elo, ale się napracowałem, ufff! ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Zaloguj się aby komentować

Kochani kawiarenkowicze!


Dzisiaj kończymy drugą edycję naszej nowej zabawy zaproponowanej przez kolegę @splash545 !


Temat dorastania okazał się być bardzo trudny dla naszych użytkowników, powstało tylko kilka tekstów:

@KatieWee: opowiadanie bez tytułu o Janku a bardziej o jego ojcu - 28 piorunów;

@moll : opowiadanie bez tytułu o Magdzie, która próbowała zastąpić swojej siostrze matkę - 22 pioruny;

@George_Stark : Kamil Ślimak - 12 piorunów;

@splash545 Osiem nóg ambicji - 16 piorunów;

@Dudleus Bez tytułu - 3 pioruny;

@Wrzoo Szarlotka - 21 piorunów.

Ja nie muszę wygrywać, więc oddycham z ulgą, nową wygrywającą wybrali piorunkodawcy!

Pałeczkę przejmuje więc @moll, której życzę wszystkiego dobrego w trzeciej edycji zabawy #naopowiesci!


#podsumowanienaopowieści

1ce67e15-9378-4e81-ac48-984a698291da

@KatieWee aż mi głupio, że zostałem oznaczony. Może w przyszłości jak ogarnę głowę, będę w stanie coś w miarę normalnego napisać.

Zaloguj się aby komentować

Proszę Państwa, oto zakończyliśmy XXIX edycję zabawy #nasonety .


Udział wzięło pięcioro kawiarenkowiczów, którzy stworzyli 8 sonetów.

Rymowano w tym tygodniu do wiersza Jarosława Marka Rymkiewicza, o tytule zapożyczonym z wiersza Dafnis drzewem bobkowym. sielanki dramatycznej wydanej przez Samuela Ludwika Twardowskiego herbu Ogończyk w roku 1638, stanowiącej adaptację mitu o bogu Apollinie napastującym nimfę Dafne, która by uniknąć gwałtu zmienia się w drzewo laurowe.


Udział wzięli (razem z tymi w ostatniej chwili, znaczy mną i Dżordżem)


@George_Stark - Prośba (Z dedykacją) - 9 piorunów

@KatieWee - Ty i ja - 11 piorunów

@splash545 - Po co się przejmować? - 17 piorunów

@George_Stark - Ja, ty, my - 10 piorunów

@Wrzoo - Panu młodemu - 9 piorunów

@George_Stark - Raj bez Ewy - 13 piorunów

@George_Stark - Rajski ogród spokoju (z warzywami!) - 11 piorunów

@moll - Idealistka - 16 piorunów


Przychylając się do prośby kolegi Georga nie wybiorę go jako zwycięzcy. 


Skorzystam dzisiaj z klasycznego sposobu wyboru i wybieram osobę, która zdobyła najwięcej piorunów - czyli kolegę @splash545 , który do swojego tekstu dołączył punkową piosenkę, która przez cały dzień brzęczała mi w głowie.


Oto na tobie ciąży wybór wiersza i podsumowanie pełnoletniej edycji naszej zabawy #nasonety !


Oczywiście biorącym udział należą się również wyróżnienia:

dla @Wrzoo dyplom za kobiecą propagandę, doceniam z całego serca;

dla @moll dyplom za wiarę w ludzkość, pomimo wszystko;

dla @George_Stark dyplom za bycie cwaniakiem, pozerem i prosidełkiem #pdk


Dziękuję bardzo za wkład w tę edycję i już dzisiaj zapraszam do niedzielnego podsumowania naszej zabawy #naopowiesci , w której wybiorę osobę, która jako następna wskaże temat i kategorię naszych opowiadań.


#podsumowanienasonety #nasonety #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Pomysł wziął się od tego co zobaczyłam z okna pociągu - chłopiec w pasiastej koszulce siedział na grobli i wpatrywał się w wodę - i z tego obrazka narodziło się poniższe opowiadanie.


Bycie dorosłym jest lepsze niż bycie nastolatkiem. Do szkoły nie muszą chodzić, jak ktoś ich źle traktuje w pracy, to mogą ją zmienić albo iść na bezrobocie, a ja co? - takim mniej więcej torem szły rozmyślania Janka.

Siedział na grobli z wędką w dłoni i snuł swoje niewesołe myśli. Skupiony na sobie nie zauważał tego co go otaczało - brudnozielonej wody, pochylonych nad nią olch i nieba w tak głębokim odcieniu niebieskiego jakie pojawia się tylko w upalne letnie dni. Nie zauważał także komarów, które z uciążliwym brzęczeniem krążyły wokół niego. Dopiero szczególnie zajadły komar, który wybrał sobie kark chłopca za miejsce spożycia ostatniej wieczerzy, zmusił go do reakcji. Janek klepnął się w kark z głośnym plaśnięciem i wysyczał przez zęby  -A niech cię cholera!

Rozejrzał się szybko czy nikt go nie słyszy. Gdyby ojciec właśnie przechodził idąc groblą na pole i usłyszał przekleństwo w ustach syna, to nieźle by się temu synowi dostało. Ojciec pewnie kopnąłby go z zaskoczenia, tak że wylądowałby w mulistej wodzie. A potem ojciec stałby nad nim w łazience i patrzył czy dobrze pierze ręcznie swoje brudne od błota ubrania. Koszulkę miał w biało-granatowe paski, te białe pewnie trudno byłoby doprać - westchnął. W sumie jeszcze bardziej by mu się dostało za pożyczenie bez pytania wędki ojca. Niby ten powiedział, że może ją czasem używać, ale Janek nigdy nie wiedział kiedy to czasem mogłoby być.

Czasem ojciec się zgadzał, czasem nie, bez jakiegoś konkretnego powodu.


Gdy dzisiaj Janek wrócił ze szkoły czuł, że dzisiaj koniecznie musi iść na ryby. Ojca nie było nigdzie w obejściu, pewnie poszedł do sąsiada. Mama pieliła w warzywniku. Kiedy zobaczyła Janka odgarnęła włosy ze spoconego czoła i uśmiechnęła się do niego.

-Kompotu nagotowałam, z porzeczek, ty lubisz. Już pewnie wystygł, nalej sobie - i wróciła do pracy. 

Rzeczywiście lubił. Wszedł do domu, pogłaskał Murzyna po siwiejącym łbie, wykręcił się na pięcie, gdy kot próbował z nim swoich sztuczek i tylko na chwilę stracił równowagę. Na kuchni stał dziesięciolitrowy gar kompotu. Chwycił chochlę i z lubością kilkukrotnie przemieszał zawartość garnka upajając się słodkim i ciepłym zapachem uderzającym go w nozdrza. Kompot jeszcze nie wystygł, ale jemu to nie przeszkadzało. Dzisiaj w autobusie było bardziej duszno i gorąco niż zwykle, a jemu woda, którą nalał sobie do plastikowej butelki skończyła się już po trzeciej lekcji. Wypił trzy chochle, jedną po drugiej, aż w brzuchu zaczęło mu chlupotać i to zabawne uczucie prawie wywołało uśmiech na jego twarzy.

Taki jak ten dzisiaj po południu gdy zobaczył, że siedzący obok niego Krzysiek z 7b wylał sobie na spodnie w kroku jogurt, który dostali w szkole jako deser do obiadu ze stołówki. Krzysiek rozejrzał się czy ktoś to zobaczył i ujrzawszy uśmiech Janka nie namyślał się długo i zaczął wyzywać go od gejów, pedałów i jebniętych ciot, co się cieszą gapiąc się komuś na c⁎⁎ja. 

Krzysiek, syn właściciela firmy budowlanej z Zabłocia miał na swojej wiosce wielu starszych znajomych, z którymi się bujał. No i miał ojca, który w każdej sytuacji stanąłby za nim murem. To wszystko przemknęło Jankowi przez głowę, gdy patrzył ze zdumieniem na Krzyśka, który zaperzał się coraz bardziej. W tej chwili podjechał autobus i Janek wskoczył do niego, dziękując Bogu za wyczucie czasu. Krzysiek splunął jeszcze za nim, ale tak niezdarnie, że opluł sobie koszulkę. Janek patrzył przerażony przez brudną szybę na oddalającą się sylwetkę Krzyśka. To się nie skończy dobrze. Jeszcze dwa dni szkoły i jeżeli Krzysiek nie znajdzie innej ofiary w tym czasie, to będzie próbował dorwać go w czasie wakacji. Ich wsie dzieliło piętnaście kilometrów, ale co to jest piętnaście kilometrów na rowerze w ciepły letni dzień, jeżeli tylko Krzysiek będzie chciał się zemścić za tamten uśmiech! 


Pijąc ciepły kompot Janek prawie zapomniał o Krzyśku, ale teraz ponownie ścisnęło go w brzuchu i mało brakowało żeby zwymiotował. Poczuł, że musi wyjść, odetchnąć trochę świeżym powietrzem. Wziął stojącą w zamykanym na klucz składziku wędkę i torbę, do butelki stojącej na kredensie nalał sobie kompotu i wyszedł usiąść nad wodą.


Kiedyś chodził na ryby z ojcem. To on pokazał mu o co w tym wszystkim chodzi, bo nie chodziło o ryby, a o spokój, ciszę i chwilę oddechu. Siedzieli tak godzinami, a ojciec gdy miał dobry humor opowiadał mu historyjki z wojska. Potem urodziła się Martyna i już nic nie było takie samo, bo urodziła się razem z tysiącem chorób, które obsiadły jej blade ciałko jak kruki. Ojciec pracował coraz więcej, szukał fuch, a Janek i ryby mieli od tego czasu staw tylko dla siebie. Towarzyszyły im tylko ważki z opalizującymi skrzydełkami i komary, które czując zbliżający się wieczór cięły coraz zajadlej.

Janek westchnął jeszcze raz, zebrał swoje rzeczy i powłócząc noga za nogą poszedł ścieżką wśród pól do domu. Muskał lekko opuszkami palców zboże, lekko dotykał czerwone jak krew płatki maków, które pod wpływem spoconych dłoni robiły się wiotkie, ciepłe i wilgotne.

Zbliżając się do domu rozglądał się uważnie. Ojca nie było w pobliżu. Murzyn siedział pod oborą i skomlał, żeby wpuścić go do środka. Janek przewrócił oczami i wpuścił kundla do środka. Na starość zrobił się taki upierdliwy! 

W ostatnich promieniach słońca przebijających się szparami między deskami zobaczył, że w oborze jest coś nie tak. Otworzył drzwi szerzej i zobaczył wiszącego na pasku ojca. 

Od razu wiedział, że nie żyje, bo wyglądał trochę jak świńska tusza na haku.


Janek zamknął za sobą drzwi. Poszedł do składzika, odłożył wędkę i torbę na miejsce, sprawdzając czy wszystko leży jak trzeba. Zamknął za sobą starannie drzwi, tak jak właśnie zamykał za sobą rozdział życia zwany dzieciństwem.


-Mamo!


#naopowiesci #zafirewallem #tworczoscwlasna

@KatieWee przede wszystkim pochwalę za świetnie oddany przez opisy klimat, w pewnym momencie aż nabrałem chęci na ten kompot. No i końcówka jak najbardziej lubię takie. Widzę, że w tej edycji zrobił się taki jakby podtemat, bo już jest hattrick

Po pierwsze to uwielbiam to zdanie: szczególnie zajadły komar, który wybrał sobie kark chłopca za miejsce spożycia ostatniej wieczerzy.


Po drugie uwielbiam tę "grę słowną" kiedy jest "czasami".


Po trzecie wiesz (albo narrator wie, albo Janek najprędzej) o co chodzi w wędkowaniu. Nawet wędek nie trzeba zabierać! Może książkę ewentualnie.


Po czwarte wreszcie, to super umiejętność znajdować inspiracje w takich rzeczach jak widok za oknem. Uwielbiam takie budowanie!


EDIT: A, i po piąte, świetnie to jest poprowadzone do tego zakończenia. Ta postać ojca jest kapitalnie budowana.

Zaloguj się aby komentować

Opowiadanie luźno inspirowane tematem, ale może jury - @KatieWee - się nie obrazi taki obrotem fabuły

Zapraszam do lektury!


--------


Kilkuletnia dziewczynka przywiązała, z pomocą starszej siostry, kolorową kopertę do żółtego balonika napełnionego helem i wypuściła go ze swoich maleńkich rączek.

-Madzia, jesteś pewna, że mój list doleci do mamy i ona go przeczyta? - zapytała mała, jakby nie do końca przekonana do szalonej idei balonowej poczty do Nieba.

-Pewnie! Zobacz jak wysoko leci! - nastolatka z czułością potargała siostrzyczce płową czuprynę.

Obie przez chwilę poobserwowały oddalającą się żółtą plamkę, po czym ruszyły ścieżką przed siebie.


***


Parę dni wcześniej


-Madzia! Ja chcę do mamy! Do maaamyyyy! - zapłakała Ola.

Był to kolejny wieczór, kiedy siedmiolatka nie mogła zasnąć. Magda jeszcze niedawno miała nadzieję, że etap wieczornych płaczów i nocnych koszmarów obie mają za sobą. Jednak im bardziej zbliżał się dzień rocznicy wypadku ich mamy, tym było gorzej.

- Oluś, przecież wiesz kochanie. Mama jest w niebie, z aniołkami… - sama nie wierzyła w niebo i aniołki, ale jak miała to inaczej wyjaśnić kilkulatce? - No już, kładź się, jutro musimy wcześnie wstać. Przykryję cię kocem mamy, dobrze? To tak, jakby mama tu była i sama cię przytulała. - udało jej się opatulić kocem i przyciągnąć do siebie wciąż pociągającą noskiem dziewczynkę.

Zasnęła. Nareszcie. Teraz Magda miała chwilę dla siebie… Nie tyle dla siebie, co na naukę. Ostatnia klasa technikum. Tak bardzo nie chciała tego zawalić. Dla mamy. I dla taty w sumie też, ale z nim było trudniej. Po śmierci żony nie mógł patrzeć na dwie jej kopie w domu i oddalił się od córek. Teraz to Magda zajmowała się domem i Olą. Na początku współczucie rodziny przyganiało kogoś na pięć minut, potem, z upływem czasu zapał ostygł, więc nie mogąc za bardzo liczyć na wsparcie, sama musiała się wszystkim zająć.

Magda nie mogła się skupić na notatkach, wyciągnęła zdjęcie mamy i gruby zeszyt w twardej oprawie. Na czystej stronie zapisała bieżącą datę i zaczęła pisać:

Mamusiu!

Rzadko tak mówiłam do Ciebie za życia… Wydawało mi się, że z tego już wyrosłam. I że to dobre co najwyżej dla dzieciuchów, takich jak Olka. A ona tak strasznie potrzebuje mamusi. Potrzebuje Ciebie. Nie jestem w stanie jej tego zastąpić. 

Powiedz mi, co mam zrobić?Magia kocyka coraz mniej pomaga. Ostatnio zrobiłam racuchy. Wychodzą mi już takie jak Twoje, ale racuch nie zastąpi Oli Ciebie. I ja też Cię potrzebuję, nie racuchów…

Tata wychodzi wcześnie, wraca późno. Nadal stara się nie bywać w domu. Czy to się kiedykolwiek zmieni?

Westchnęła i odłożyła długopis. Nie mogła zrozumieć, po co to pisze. Mama jej nie odpowie. Nie wyśle jej listu z nieba…

-List! To jest pomysł! - powiedziała sama do siebie. I zadowolona z siebie, w końcu sama położyła się spać.


-Olka! Wstawaj! Jak nie wstaniesz w ciągu 5 minut to się spóźnimy! - krzyk Magdy, szykującej w kuchni kanapki, rozbrzmiewał w całym mieszkaniu - Zbieraj się, śpiochu!

Krzykom odpowiedział niewyraźne mamrotanie i inne niepokojące odgłosy, zwiastujące nadejście małego rozczochrańca do kuchni.

Zaspana Ola usiadła przy stole, dosunęła sobie talerz z parówkami (jedyną formą mięsa, jaką jadła od dobrych kilku miesięcy) i półprzytomna zaczęła powoli jeść śniadanie. 

Potem powoli poszła się umyć… i ubrać.. i przynieść plecak (którego zawartość Magda porównała z planem lekcji wiszącym na lodówce)... i założyć buciki do wyjścia.


Droga do szkoły mijała im w milczeniu. Olce zwykle buzia się nie zamykała, ale dzisiaj dziewczynka wyglądała na bardzo zamyśloną.

-O czym myślisz? - zagadnęła ją Magda.

-O mamie. Jest ładnie!. Po szkole poszłybyśmy na lody i spacer - westchnęła siedmiolatka.

-Możemy pójść, jeśli chcesz - zaproponowała starsza siostra.

-Nie, nie dzisiaj. Pójdziemy kiedy indziej - iskierka, która zapaliła się na moment w jej oczach zgasła równie szybko, jak się pojawiła. Mała westchnęła i milczała, aż rozstały się pod budynkiem szkoły.


Kolejne godziny Magdzie mijały szybko, niesiona odgłosem dzwonka i szumem stron w zeszycie, ze zdziwieniem zauważyła koniec lekcji. Olka cały dzień przewierciła się na swoim krzesełku, niewiele na to pomagały uwagi pani, więc moment, w którym zobaczyła czekającą na nią przy schodach Magdę, powitała z ulgą:

-Madzia! - biegiem ruszyła w kierunku siostry, wpadła na nią z całym impetem, uwieszając się na zaskoczonej nastolatce.

-Komuś się tu poprawił humor…

- Żebyś wiedziała! Ten dzień był straszny. Szkoła to więzienie! - konstatacji towarzyszyła naburmuszona minka - Dlaczego muszę chodzić do szkoły?

-Wszyscy muszą.

-Nieprawda! Tatuś nie musi! - mała nie odpuszczała.

-Bo tata dawno temu skończył szkołę, a teraz chodzi do pracy…

-To ja też chcę do pracy! - zaperzyła się Ola.

-Jak tylko skończysz szkołę. A teraz chodź. Zjemy obiad, odrobimy lekcje i coś porobimy. - Magdzie udało się szybko zakończyć dyskusję.


Ola machała pod stołem nogami, dłubiąc w talerzu. Zapiekanka makaronowa to nie szczyt marzeń, ale Magda dopiero uczyła się gotowania czegoś więcej niż gotowiec z mrożonek. I wychodziło jej to całkiem nieźle. Obie polubiły jej zapiekanki.

-Mam pewien pomysł - przerwała ciszę panującą od kilku minut Magda.

-Taaaak? - Ola liczyła, że tym pomysłem będzie plac zabaw i lody, chociaż patrząc na rozgrzebany makaron z serem na własnym talerzu, nie robiła sobie wielkich nadziei.

-Napiszemy i wyślemy list do mamy.

-Magda, listonosz nie zanosi listów do nieba - mała spojrzała na starszą siostrę jak na wariatkę.

-Listonosz nie, ale balonik?

-Balonik doleci do mamy? - kilkulatka nie wydawała się przekonana do tego planu.

-Pewnie! Napełniony helem! Pamiętasz, jak taki wypuściłaś w zeszłym roku z rączek i jak wysoko poleciał? A ty napiszesz krótki liścik. Będzie mało ważył i na pewno doleci do mamy.

Ola zeskoczyła z krzesła i pobiegła do swojego pokoju. Przyniosła kartkę z bloku, którą Magda pomogła jej przeciąć na pół i wszystkie kredki i pisaki, jakie była w stanie unieść w małych rączkach. Z bardzo skupioną i poważną miną zasiadła do pisania.

-Madzia, co mam napisać? - mała po dłuższej chwili wpatrywania się w papier i przekładania kredek w rękach zapytała zrezygnowana siostrę.

-To co chcesz i czujesz… Że tęsknisz za mamą, że ją kochasz mocno. Może jej opowiedzieć wszystko!

-Aha… - zamyślona Ola wybrała czerwoną kredkę i przystąpiła do dzieła:


Mamusiu!

Madzia muwi, że moge ci napisać wszystko. Tęsknie i koham cie. Wszyscy tensknimy. Madzia i tata terz. Madziaj jóż na mnie nie krzyczy tyle, wiesz? Jest dla mnie prawie taka dobra jak ty. Za to tata dórzo pracuje i za nim tesz tensknie. Madzia mówi, rze wszystko widzisz z nieba.

Twoja Olka


Stronę z listem ozdabiały czerwone serduszka i pstrokate kwiatki. Gotową kartkę Ola złożyła na cztery i wspólnie z Magdą zakleiła niewielką kopertkę, której róg przedziurawiły dziurkaczem. Ponieważ pisanie listu szło żmudnie, Magda po zakończonej pracy nad nim, zawyrokowała:

- Robi się późno. Dzisiaj już nie damy rady pójść po balonik i do parku. Wyślemy go jutro po szkole, dobrze?

Zmęczona dziewczynka kiwnęła głową i pobiegła do swojego pokoju. Trzymała w rączkach list, jak największy skarb. Aby się nie zgubił, noc spędził pod poduszką, a rano zajął honorowe miejsce w piórniku, obok innych rezydujących tam skarbów - gumki-świnki, zielonego piórka i kilku brokatowych naklejek. Ten dzień obu siostrom zleciał bardzo szybko.


Równie szybko minęła im droga do parku. Gdy się zatrzymały, Magda wyciągnęła z plecaka dziwną tubę, motek wstążki, nożyczki i opakowanie balonów.

-Wybierz kolor - z uśmiechem podsunęła Olce opakowanie z kolorowymi balonami.

-Żółty! - bardziej zakomenderowała niż wybrała młodsza siostra.

Magda tylko kiwnęła głową, po czym wyjęła żółty balon i sprawnie napełniła go helem z tuby. Związała go wstążką, odwijając jej spory kawałek, by po drugiej stronie przywiązać kopertę z listem.

-Podaj kopertę - poleciła Oli.

Nastąpiło nerwowe przeszukiwaniu piórnika:

-Madzia, nie ma go! Zgubił się! - zrozpaczona Ola zaczęła przetrząsać zawartość całego plecaka. - Jest! - krzyknęła z ulgą, wyciągając list z zeszytu ćwiczeń.

Magda pokręciła tylko głową i przywiązała wspólnie z Olą kopertę do balonika.

-To co, puszczamy?

Ola pokiwała głową.

-To licz ze mną! Na trzy puszczamy - poinstruowała siostrzyczkę.

- Raz… Dwa… Trzy… - balonik wzniósł się w powietrze, niesiony wiatrem.


***


Następnego dnia


Magda urwała się wcześniej ze szkoły. Jeszcze rok temu oznaczałoby to wagary z Dagą i Sarą, ale tamte czasy minęły. Teraz jest odpowiedzialna. Za siebie i za Olę. Głównie za Olę. Ale dzisiaj musiała wyjść wcześniej. Nie chciała zabierać małej ze sobą na cmentarz.

Przed bramą nekropolii kupiła wiązankę lilii. Żółtych. W końcu był to ulubiony kolor mamy.

Drogę do kwatery znała na pamięć. Od czasu do czasu się tutaj wymykała. Porozmawiać, posiedzieć, posprzątać. Dzisiaj minął rok od jej śmierci. Musiała tutaj być, chociaż na chwilkę.

Ze smutkiem spojrzała na litery wygrawerowane na marmurowej tablicy. Zgarnęła kilka suchych liści, zabrała wypalone znicze. Nalała wody do wazonu i wstawiła kwiaty.

-Tęsknię, mamo… Bez ciebie jest nam tak trudno. - samotna łza spłynęła po policzku dziewczyny. - Tak bardzo cię potrzebujemy, ale to wiesz, prawda?

Wiedziała, że mama jej nie odpowie, że nikt nie odpowie na jej cichy szept.

Coś zaszeleściło w cisie obok. Stadko wróbli, czymś spłoszone, poderwało się nagle do lotu. Za to spomiędzy gałązek prześwitywały strzępki żółtego balonika, zwisała splątana wstążeczka, wystawał rąbek listu.


---------


Edit: Ilustracja autorstwa @CzosnkowySmok - dziękuję!


#naopowiesci #zafirewallem #tworczoscwlasna

91761834-76b1-4d6b-9fe7-31c1c8d7bad0

Zaloguj się aby komentować

Siedząca na tronie,

w podwójnej koronie…


A nie! Tutaj się nie rymuje, tylko prozą pisze! Przepraszam!


Prawdą jednak jest, że koleżanka @KatieWee , która zwyciężyła w I edycji konkursu prozatorskiego (nie mylić z prozaicznym!) #naopowiesci , w pięknym, choć mocno nietypowym stylu, została również zwyciężczynią w naszym konkursie sonetowym! Ponawiam gratulacje!


Prawdą jest również to, że w naszym konkursie prozatorskim zażyczyła sobie żebyśmy napisali bildungsroman (swoją drogą, czy opowieść o dorastaniu w domu dziecka można nazwać bidulsromanem?). No to proszę:


***


Kamil Ślimak


Kamil Ślimak posiadał pewną wyjątkową umiejętność. Wszystkie czynności i zadania, których się podejmował, z jednakowym powodzeniem i efektem potrafił wykonywać tak od początku do końca, jak i od końca do początku.


Zaczęło się to wszystko we wczesnym dzieciństwie. Tak jak u wszystkich innych dzieci, również u Kamila pierwszym słowem, które wypowiedział było słowo „mama”. Prędko jednak, a nieświadomie, zaczął to słowo wypowiadać w swoim stylu, to znaczy od tyłu. To „mama” brzmiało wówczas jak „amam”. Dla Kamila nie stanowiło to żadnej różnicy, ogromną różnicę stanowiło natomiast dla jego matki, pani Aldony Ślimak, która myślała, że jej syn jest ciągle głodny. Chcąc zapewnić swojej pociesze jak najlepsze warunki rozwoju, oprócz matczynej miłości zapewniała mu również pokarm w ilościach, których, jak się jej wydawało, jej syn się domagał, a której w rzeczywistości wcale nie potrzebował. Dziecko w wieku niemowlęcym i wczesnym dzieciństwie naturalnie przyjmuje jednak, że to co robi matka jest dla niego dobre i słuszne, więc Kamil zjadał wszystko to, co pani Aldona mu podawała.


Z tego powodu chłopiec szybko i mocno przybrał na wadze. Nie stanowiło to problemu przez całe jego beztroskie dzieciństwo: jeśli nikt nie powie im, że jest inaczej, dzieci przyjmują świat za oczywisty takim, jakim go widzą. Dotyczy to również ich własnego ciała. Nadmiar tkanki tłuszczowej stał się jednak problemem kiedy skończyła się beztroska część dzieciństwa Kamila i, zgodnie z obowiązkiem powszechnej edukacji, rodzice musieli posłać go do szkoły. Przez kolegów i koleżanki z klasy był wówczas nazywany Grubasem, Świnią, lub ewentualnie Spaślakiem. Na lekcjach wychowania fizycznego dzieci nie omieszkały również wykorzystywać potencjału, jaki tkwił w jego nazwisku. Za każdym razem, kiedy Kamil dobiegał do mety jako ostatni, albo kiedy pani Malinowska, wychowawczyni jego klasy, podwyższała naskok przed kozłem tak, żeby Kamil był w stanie przez tego kozła przeskoczyć, za plecami, a czasami nawet prosto w twarz, mógł usłyszeć: „Ruszasz się jak spasiony ślimak!”.


Ciężkie czasy tworzą silnych mężczyzn. To powiedzenie sprawdziło się również w przypadku Kamila. To właśnie dzięki swojej tuszy odkrył, że tę wyjątkową umiejętność którą posiadał może wykorzystywać świadomie i w ten sposób uczynić swoje życie przyjemniejszym i łatwiejszym. Kamil postanowił schudnąć, ale za to zadanie zabrał się od końca. Najpierw więc zrzucił zbędne kilogramy i zajął się rzeźbą ciała, natomiast dietę i ćwiczenia, które dla zwykłego człowieka są pierwszym krokiem do realizacji takiego postanowienia jakie Kamil powziął, odłożył na bliżej nieokreślone później. Efekty, które pojawiły się nieoczekiwanie i nagle wywołały w klasie lekką, acz chwilową konsternację. Nie jest jednak łatwo wyjść z roli, w jaką raz wciśnie człowieka społeczność, w której temu człowiekowi przyszło żyć. Z tego powodu, choć wyzwiska skończyły się – bo nie było już powodu ani sensu żeby nazywać Kamila Grubasem, Świnią lub ewentualnie Spaślakiem – nie udało mu się zbudować koleżeńskich relacji z żadnym dzieckiem z jego klasy. Kamil się zmienił, ale reszta dzieci się nie zmieniła. Uprzedzenia również pozostały takie same.


Wydarzenia te miały miejsce w szóstej klasie podstawówki, Kamil więc wiązał niejakie nadzieje z rozpoczęciem nowego rozdziału w życiu, jakim miało być gimnazjum. Życie jednak daje nadzieję, a później z zimną krwią ją odbiera. We wrześniu, kiedy Kamil przekroczył progi innego już budynku, kiedy skończył się apel z okazji rozpoczęcia roku szkolnego i uroczystość przyjęcia pierwszaków w poczet gimnazjalistów, kiedy wszedł wreszcie do sali numer 102, gdzie, już w gronie klasowym, miał dobiec końca pierwszy dzień w nowej szkole, okazało się, że zmieniło się wszystko poza ludźmi. Inna była szkoła, inny był patron, inna była sala lekcyjna, inna była wychowawczyni, inna była nawet literka w nazwie klasy – tak jak w podstawówce Kamil chodził do klasy „d”, tak teraz został uczniem klasy „b” – a tylko koledzy i koleżanki byli ci sami, z którymi Kamil chodził do podstawówki.


I może wszystko nadal byłoby tak samo jak wcześniej, gdyby nie kwietniowe wydarzenia, kiedy to we wtorek, zaczynając zajęcia od drugiej godziny lekcyjnej, Kamil szedł smętnie w kierunku szkoły. Mijał po drodze grupkę uczniów trzeciej klasy, którzy wyróżniali się wśród szkolnej społeczności: nosili czarne stroje, ciężkie buty i plecaki typu kostka obszyte naszywkami z nazwami zespołów oraz wizerunkami mieczy, krwi i potworów. Chłopcy mieli długie włosy, dziewczęta mnóstwo kolczyków i ciemny, mocny makijaż. Wydawali się być zgraną grupą przyjaciół i może tym właśnie w jakiś sposób imponowali Kamilowi. A może po prostu z powodu swojej samotności zazdrościł im tego zżycia, które mógł między nimi zaobserwować.


– Zmienili sprzedawczynię i ta nowa k⁎⁎wa nie chce mi sprzedać fajek! – Do uszu Kamila dobiegły słowa jednego z chłopaków, członka grupki, która stała przed osiedlowym sklepem. Niewiele myśląc wszedł do sklepu i poprosił o paczkę papierosów. Ponieważ zadanie to postanowił zrealizować od końca, sprzedawczyni najpierw podała mu papierosy, a on wyszedł z nimi ze sklepu jeszcze przed tym zanim sprzedawczyni zdążyła nie tylko zapytać go o dowód osobisty, ale również o pieniądze.

– Proszę – powiedział podając paczkę chłopakowi, który wydawał mu się kimś w rodzaju przywódcy grupy.


Okazało się, że Jurek, bo tak chłopak miał na imię, rzeczywiście grał w grupie pierwsze skrzypce, czy może raczej gitarę prowadzącą, bo oprócz tego, że długowłosi chłopcy byli paczką szkolnych przyjaciół, to w wolnym czasie zajmowali się muzyką tworząc młody heavymetalowy zespół o nazwie Łzy Szatana. Dziewczyny natomiast stanowiły zalążek ogromnej rzeszy ich przyszłych fanek, wśród których – rzecz niemal pewna – spory odsetek miał być również gruppies. Chłopcy ćwiczyli sumiennie, zarówno w aspekcie muzycznym, jak i w obszarze codziennego życia gwiazdy rocka. Kamil zaś nie tylko został przyjęty do paczki, ale stał się również kimś w rodzaju menadżera zespołu jak również i zaopatrzeniowca. Zdecydowały o tym względy praktyczne, związane z jego szczególnymi umiejętnościami. Jeśli chodzi o działanie zespołu, skupiał się głównie na odbieraniu odpowiedzi od wytwórni płytowych na temat niewysłanego jeszcze do nich dema zespołu – jeśli odpowiedź była negatywna, takiego dema nie tylko nie było sensu wysyłać, ale nawet i nagrywać – oraz od klubów muzycznych w sprawie organizacji koncertów. W kwestii życia gwiazdy rocka Kamil korzystał ze swojego talentu tak jak zrobił to na początku, kiedy przyniósł ze sklepu paczkę papierosów, której ekspedientka nie chciała sprzedać Jurkowi. Zaopatrywał grupę w alkohol i papierosy bez konieczności posiadania takich nic nieznaczących i zbędnych rzeczy jak pieniądze czy dowód osobisty. Znalazł również uznanie wśród koleżanek, a to głównie z tego powodu, że wszystko robił wychodziło mu równie dobrze zarówno od przodu jak i od tyłu.


Kamil był wreszcie szczęśliwy. Nie tylko z powodu znalezienia własnego towarzystwa, w którym czuł się dobrze, ale też z racji fascynacji muzyką, którą to towarzystwo w nim zaszczepiło. Szczególnie upodobał sobie zespół Led Zeppelin, którego słuchał na okrągło, kiedy tylko mógł, a kiedy nie mógł, to podśpiewywał sobie utwory tego zespołu: te bardziej oraz te mniej popularne.


Pewnego dnia Kamil brał poranną kąpiel. Leżał, tak jak lubił, w wypełnionej gorącą wodą wannie, a łazienkę wypełniały kłęby pary unosząc lekki zapach olejku kokosowego, którego dolał do kąpieli w celu złagodzenia bólu głowy będącego efektem wczorajszej próby Łez Szatana. Nie do końca jeszcze obudzony, niemal nieświadomie zanucił jeden z większych hitów swojego ulubionego zespołu, utwór Stairway to heaven. Traf jednak chciał że – chyba z przyzwyczajenia – zrobił to od tyłu. Kiedy z jego słów padły zaszyfrowane w tej odwróconej wersji słowa Oh here’s to my sweet Satan, woda w wanie zrobiła się gorętsza, para przybrała ciemniejszy odcień, a unoszący się w powietrzu zapach kokosa wymieszał się z wonią siarki. W łazience pojawiła się rogata postać. Na wezwanie Kamila zjawił się u niego sam Książę Ciemności.


– Dlaczego się zakrywasz? – zapytał Kamila Szatan, bo ręka chłopaka natychmiast, kiedy tylko zauważył obcą postać w łazience, powędrowała w kierunku genitaliów, żeby je osłonić.

– Bo jestem nagi – odpowiedział Kamil.

– I myślisz, że nigdy cię nie widziałem nagiego? Przecież sam mnie prosiłeś żebym oglądał twoje grzechy. Ostatnio na przykład, jak z Marzeną… A zresztą, nieważne. Nie po to tu przyszedłem.

– To… – chłopak zmieszał się, bo powoli docierało do niego z kim właśnie rozmawia. Do tej pory traktował ten cały piekielny anturaż jako element strategii marketingowej zespołu, sam siebie miał natomiast za ateistę. Nie wierzył ani w Boga, ani, tym bardziej, w Szatana.

– To po co przyszedłeś? – Kamil dokończył pytanie.

– No bo mnie wzywałeś? – Szatan wydawał się być równie zdziwiony, co Kamil przestraszony.

– Ja? – chłopak denerwował się coraz bardziej.

– No przecież, że ty – odpowiedział Szatan. – A teraz powiedz czego ode mnie chcesz, bo trochę nie mam czasu.

– Ja… Skończyło już się to żeby, chcę ja. – Bo Kamil rzeczywiście chciał, żeby to wszystko już się skończyło. Żeby Szatan sobie już poszedł i zostawił go w spokoju. Ze zdenerwowania nie zauważył nawet, że wypowiedział to zdanie od końca.

– No cóż – odparł Szatan. – Co prawda umowa z górą była taka, że z Apokalipsą mieliśmy zaczekać do roku 2137, ale skoro sobie tego życzysz…


I wówczas zamknęła się Świątynia Boga, z oczu ludzi zniknęła Arka Przymierza. Trzęsienie ziemi ustało, a grad uniósł się ku ciężkim chmurom wiszącym nad światem. Działo się to wszystko przy przeszywającym powietrze dźwięku Siódmej Trąby.


***


1454 słowa.


#zafirewallem

#tworczoscwlasna

@George_Stark cóż za wspaniale absurdalne opowiadanie Pomysł bardzo oryginalny i świetnie się czytało. Ty mnie chyba w ciula chciałeś zrobić, że nic nie napiszesz

@George_Stark Świetne, obśmiałam się! A najbardziej z fragmentu: "Znalazł również uznanie wśród koleżanek, a to głównie z tego powodu, że wszystko robił wychodziło mu równie dobrze zarówno od przodu jak i od tyłu." - to jest tak absurdalnie urocze

Zaloguj się aby komentować

No dobra wcale nie było tak ciężko jak mogłoby się wydawać. Zachęcam, więc resztę pisarzy amatorów do udziału. A póki co możecie sobie poczytać moje opowiadanie do II edycji konkursu #naopowiesci . Z dedykacją dla @UmytaPacha , życzę Ci słodkich snów po jego przeczytaniu.


Osiem nóg ambicji


Nasza mama mocno się postarała przędąc kokon. Był on mięciutki, milutki, a zarazem bardzo wytrzymały. Leżałem sobie w nim jako jajeczko razem z moimi czterystoma braciszkami i siostrzyczkami. Było mi ciepło i przyjemnie. Fajnie też, że było nas tu tak dużo, bo jak wiadomo - w kupie zawsze raźniej!


Byłem jednym z pierwszych, któremu wyrosły łapki. Dalej wyglądałem jak jajeczko, ale z nóżkami. Mogłem się już poruszać choć dosyć nieporadnie. Taka to była ze mnie malutka, śmieszniutka nimfa. Miałem jednak ambicje. Chciałem zostać dużym pajączkiem! Zamierzałem dopomóc szczęściu i aktywnie się o to postarać. Więc gdy tylko poczułem, że moje ząbki już trochę stwardniały, wbiłem je od razu w moją małą siostrzyczkę. Wysysałem z niej życiodajne płyny i to było to! To na pewno przyspieszy mój rozwój!


Po pewnym czasie zrzuciłem z siebie tę nieporadną okrągłą powłokę. Zostałem w ten sposób prawdziwym pająkiem! Co prawda malutkim i niewiele mogącym, lecz już poruszałem się z dużo większą gracją. Mogłem już ćwiczyć bieganie i robiłem to z chęcią i nieustannie. Biegałem po wnętrzu kokonu jak tylko się dało - prosto, bokiem, do góry nogami, a nawet po głowach mojego rodzeństwa. A właśnie! Dzięki siostrzyczce w moim brzuszku byłem jednym z większych, o ile nie największym pajączkiem z całego kokonu! 


Nadszedł czas kolejnego linienia, bo już nie mogłem się zmieścić w moim pancerzyku. Położyłem się więc na plecach i parłem i napierałem, aż ciasny karapaks, na którym leżałem w końcu pękł. Zacząłem wtedy wypychać się nogami i powoli uwalniałem po kolei każdą z nich, po chwili udało mi się opuścić starą chitynową skorupkę. Od razu spostrzegłem, że jestem większy, lecz byłem też śmiesznym żelkiem, prawie, że przeźroczystym. Musiałem na siebie uważać przez kilka najbliższych dni i cierpliwie czekać, aż mój nowiutki pancerzyk stwardnieje i stanie się dla mnie ochroną. Póki co wziąłem się za rozciąganie i ćwiczenia moich wyraźnie dłuższych nóżek.


Te kilka dni minęło jak z bicza strzelił! Czułem się już duży i silny, ale chciałem być jeszcze większy! Być dużym pająkiem to jest to! Zebrałem się więc z kilkoma braćmi i siostrami, wyróżnialiśmy się wielkością i sprawnością na tle reszty rodzeństwa, oprócz tego wyróżniała nas również ambicja. A dlatego też byliśmy tacy duzi i silni, bo każdy z nas na którymś z etapów rozwoju posilił się jakąś mniej poradną jednostką. Tak to już jest, że słabi choć w ten sposób mogą się przysłużyć dla dobra sprawy. Bo teraz my wykorzystamy naszą wielkość i siłę dla dobra reszty kokonu! Wzięliśmy się za jego metodyczne rozrywanie. W końcu będziemy mogli wyjść i polować na muszki i małe robaczki! Już nie będzie trzeba uszczuplać liczebności rodzeństwa i każdy będzie mógł pójść swoją drogą i się rozwijać! Od teraz każdy nasz brat i siostra będzie mógł wyrosnąć na dużego pająka! 

Rozrywanie kokonu strasznie mnie zmęczyło, stanąłem trochę z boku i patrzyłem jak Stefek, choć nic nie robił, nie daje sobie rady z wygramoleniem się na zewnątrz. Jak on sobie poradzi w świecie zewnętrznym? Chyba zrobię przysługę i sobie i jemu - pomyślałem zatapiając zęby w Stefkowym karapaksie.


Kolejne dni po wyjściu z kokonu były dosyć przerażające. Biegałem wśród tumanów kurzu pod kanapą. Pamiętałem co mówiła mama, żeby nie wychodzić spod niej jak jest jasno, bo poza jej obrębem czeka nas tam wiele niebezpieczeństw.

- Te giganty, z którymi mieszkamy pod jednym dachem i żyjemy z nimi w symbiozie, mają tendencję do wpadania w panikę na nasz widok. A ich gwałtowny strach często przeradza się w akt bezrozumnej przemocy. - mawiała.

Z tego powodu byłem ostrożny i kilka dni poświęciłem na badanie najbliższego otoczenia i szukaniu pożywienia w obrębie bezpiecznego podkanapia. Raz wpadła mi na kiełka muszka owocówka, lecz cóż to za posiłek? Co najwyżej przekąska, po której zrobiłem się jedynie jeszcze bardziej głodny i spragniony rozwoju. Wiedziałem, że to stanowczo za mało, żebym mógł zrzucić kolejną wylinkę. A taki właśnie był mój cel! Dodatkowo miałem ambicję zrobić to jak najszybciej!


Pewnego dnia poczekałem na skraju podkanapia, aż zrobiło się ciemno. Ruch w pokoju ustał i nie wyczuwałem już żadnych wibracji, oprócz delikatnego powiewu powietrza z otwartego okna. Zamarłem w bezruchu i czekałem cierpliwie starając się wypatrzeć swoją ofiarę. Swoją szansę na dalszy rozwój.

- Cierpliwość to największa pajęcza cnota. Ważniejsza niż szybkość i siła. - mama powtarzała nam te słowa, aż do znudzenia.

 Mijały kolejne godziny i nic się nie zmieniło. Przez ten czas zauważyłem tylko kilka muszek owocówek w dosyć dużej odległości. W pierwszym odruchu chciałem biec za nimi i choć trochę się posilić, powstrzymałem się jednak. To by mi nic nie dało, gdyż ofiara musiała być zdecydowanie większa. Chcę zostać dużym pająkiem i nie będę zadowalał się byle drobnicą!

Nagle poczułem delikatne wibracje i po chwili spostrzegłem to na co czekałem. Nie była to nawet mucha, lecz najprawdziwszy tłusty karaluch! Na pewno będzie on dla mnie wyzwaniem ale powinienem dać sobie radę! Byłem największy z całego kokonu, więc jak nie ja to kto by podołał takiemu zadaniu?! 

- Dasz radę, dasz radę, jeszcze chwila. - mamrotałem, a karaluch się zbliżał. 

- Jeszcze kawałek, jeszcze troszeczkę...

Wyskoczyłem spod kanapy i rozpocząłem szaleńczy bieg w stronę niczego nie spodziewającego się karalucha! Jeszcze chwila i zatopię kły w tym tłuściutkim karaczanku! Będę duży! Będę silny! 

I kiedy miałem już robić ostatni sus w jego stronę, zostałem oślepiony. Cały pokój rozświetliło sztuczne światło, a ja wybity z rytmu przystanąłem i patrzyłem chwilę za czmychającym pod szafę karaczanem. Zaraz poczułem jednostajnie narastające drganie. Czyżby to był pisk? Po chwili dołączyły do niego dużo silniejsze rytmiczne drgania. Czyli muszą to być kroki. Nim zdążyłem połączyć to wszystko w logiczną całość, spoglądałem już w swoje przeznaczenie - był to legendarny i mityczny kapeć zmierzający nieubłaganie w moim kierunku. Już nie zdążę uciec! Już nic nie zrobię! Już nie będę duży! Trudno. Pozostaje mi przyjąć to ze spoko... 


#zafirewallem #tworczoscwlasna

fde3fefe-e917-484f-8624-95c52ac1fcfe

Zaloguj się aby komentować

Wiecie gdzie można wrzucać swoje wysrywy i dostać za to feedback? Albo gdzie czytają?

#zafirewallem #naopowiesci

Bez tytułu


Początek nie zaskakujący niczym. W szpitalu na Mazurach urodził się chłopczyk  a przy nim byli rodzicę, nadjący mu imię Gracjan, w radiach grało disco polo, wszyscy byli weseli, ale matka wycieńczona porodem. Rodzinka była średnio zamożna na nic nie brakowało i mieli stabilną sytuację finansową, Gracjan jest jedynakiem i nim pozostanie. Jak mamie się polepszyło to rodzinka zrobiła imprezkę, wódeczki nie było za dużo za to rozmowy, tańce i śpiewy a maluszek wzbudzał zainteresowanie największe u wszystkich członków rodziny.  Dziadkowie nie szaleli bo nie mieli siły za to najbardziej ciotki z wujami wywijali na parkiecie, mama się  martwiła o syna, jednak lekarze mówili, że cały zdrowy jest i nie ma co się martwić.Wiadomo z wiekiem zaczął mówić, chodzić, z rodzice bardzo dbali o niego by był zdrowym i szczęśliwym maluszkiem, jednak też by doświadczał bólu to znaczy, nie pilnowali go cały czas bardzo dokładnie tylko niech się czasem przewróci, zedrze nogę i uczył się na własnych błędach czy poznawał życie na swój sposób. 


Wiadomo z wiekiem zaczął uczęszczać do szkoły. Szkoła piękne miejsce pełne zawiści, nierówności społecznych, pierwsze papierosy, kontakty, dramy i co najgorsze alkohol. W gimnazjum na luźnym ognisku klasowym gdzie było 15 chłopców i drugie tyle dziewcząt jedna osoba przyniosła wódkę, która z czasem okaże się zgubą dla Gracjanka. Pierwszy raz był luźny mało jednostek wystarczyło by rozmowy się lepiej kleiły, muzyka była bardziej barwna, lepiej bujała za to ciało rwało się do tańca a głos do śpiewu. Zabawa była przednia cała klasa hulała, niektórzy przeżyli pierwszy seks, pierwsze pocałunki. Gracjan za to zakochał się wódce pięknej kusicielce bawiącej się uczuciami tych, którzy ją skonsumują doprowadzając z czasem do ich całkowitego wyniszczenia. Od tego feralnego ogniska poszło dalej kolejne wyjścia grille, nie grille, mecze, olimpiady, imieniny, urodziny, wakacje, ferie. Każda okazja była dobra by się napić, ale w tym wieku nie było tak łatwo kupić.


Po osiemnasatych urodzinach to już weszło na grubo zaczęło się częstsze spożywanie, trochę się z barku pobierało, można było kupić samemu. Jednak też nie tylko wódka, ale swobodny wybór spowodował podejścia do innych trunków jak:whisky, wino, rum. Gracjan nie chciał się przyznać przed sobą, że chodzi tylko o to by klepało a udawał konesera, mówił o bukietach smakowych, aromatach. Uszkodzenia mózgu, oraz układu nerwowego były na tyle przyjemnym doznaniem, że nie myślał, o zaprzestaniu konsumpcji czy chociażby zrobieniu badań bo przecież “ ja mam umiar, śpię dobrze, nie mam kaca, nie zawalam obowiązków”. W klasie maturalnej pojawiały się objawi zniszczenia bo nauka szła coraz gorzej, mniej pamiętał nauka stawała się coraz trudniejsza, jednak myślał, że tylko tak mu się wydaje. Szkołę skończył po czym poszedł do roboty jednak zaczęły się ręce lekko się trząść. Bliscy to widzieli, chcieli porozmawiać, ale odpowiedź była ta sama “ jest spoko, naprawdę czuję się dobrze”. Związku z tym w domu zapanowała prohibicja a nasz bohater spożywał na dworzu jak była ładna pogoda a jak gorsza to do barów. Czasem zza szyby spoglądał na deszcz i przechodziły myśli przez głowę czy jednak nie robi czegoś źle w życiu, ale kolejny łyk trucizny rozwiewał te wątpliwości. Wracał do domu niby nie chwiejąc się na nogach, ale z poczuciem winy. Natomiast następnego dnia znowu i tak w koło Macieju te same schematy. Robotę miał lekką przy komputerze więc w pracy nie wykazywał, że coś może być z nim nie tak, chociaż jednak czasem kierownictwo miało wrażenie, że Gracjan ma jakieś problemy, o których nie chce mówić. Tak to wszystko trwało do 25 roku życia, jak mieszkał sam, spojrzał rano na siebie i widział jak jest opuchnięty, oraz zaniedbany. Uznał, że w tym wieku już musi zadbać o siebie.


Więc zaczęło się spokojnie coraz mniejsze dawki, spacery, czasem książka wpadła mu w oko więc zaczął czytać. Były próby nowych rzeczy jak na ryby zabrał go znajomy z pracy, zabawa w modelarstwo składając samoloty, próbował też rysunku czy grania na instrumentach jednak czuł, że brakuje mu na to wrażliwości, chęci przekazania swoich koncepcji. Rodzina zauważyła poprawę więc cieszyli się razem z nim z jego postępów. Doszkalając się dodatkowo awansował też w pracy, zrobiło się trochę luźniej za lepsze pieniądze to też nie zaprzestał dalszej nauki, pieniądze dywersyfikował, jeździł na wakacje regularnie. Spotkał znajomych z szkoły z dawnych lat jak byli na totalnym dnie przez to co jego spotkało, więc spotykał się z nimi częściej by dodać otuchy, opowiedzieć o swoich przeżyciach. Widział, że to twardzi zawodnicy alkoholu więc podprogowo przekazywał im pewne wartości, dawał z czasem lekkie sugestie. Więc tak się toczyło powoli życie, znajomym się poprawiło, Gracjanowi też, zyskał podziw u ludzi, oraz gratulacje od nich. Rodzina cała szczęśliwa była, że jest na dobrych torach. Pomału się rozwijał, kariera szła ku lepszemu, relacje zyskiwały na zaufaniu, głębi.


Mając 30 poczuł w pełni, że jest dorosłym świadomym życia mężczyzną. Czas miał odpowiednio zagospodarowany bo było go trochę na wszystko jak: spotkania z rodziną, znajomymi, odpoczynek, pracę, spacery, pasje. Przy czym na wszystko też starczało siły, W karierze miał zaplanowane by zostać dyrektorem w największej firmie w Polsce, ale uznał że jak mu się nie spodoba to nie ma co siedzieć do końca życia i je przez to marnować tylko znaleźć coś spokojniejszego a najlepsza by była emerytura wygrzewając się w ciepłych krajach lub ogródku własnego domu podczas polskiego lata. Życie prywatne miało być stabilne, najważniejsze było dla niego własne zdrowie, potem relacje z rodziną, znajomymi, poszerzanie networkingu.Na koniec morał, że może na tym polega dorastanie by znać konsekwencję swoich działań i brać za nie odpowiedzialność, nauczyć się pokory

Zaloguj się aby komentować