#naopowiesci

26
287

#naopowiesci #zafirewallem


Tamtego lata gdy przeniosłam się w czasie słońce świeciło każdego dnia tak mocno, wydawało się, że asfalt paruje. Było za gorąco nawet na wyprawy nad jezioro, więc jeździliśmy tam tylko wieczorami, gdy powietrze pozwalało na złapanie oddechu. Chlapaliśmy się, rozpalaliśmy ognisko w naszym stałym miejscu, graliśmy w butelkę, chłopcy palili papierosy i popatrywali na to co ukrywało się pod naszymi kostiumami. Wychowywaliśmy się razem, chodziliśmy do jednej klasy i wspólnie tworzyliśmy front przeciwko dorosłym,

Chłopcy tłukli się, obrażali i znowu byli najlepszymi przyjaciółmi. Halina, Ania i ja obgadywałyśmy mniej lubiane koleżanki i często dostawałyśmy napadów głupiego śmiechu, najczęściej podczas powrotów ze szkoły. Ludzie idący z naprzeciwka uśmiechali się do nas zataczających się na szerokość ulicy, objętych wpół i radośnie chichoczących 

- Ot, głupie to to jeszcze - mówili. 

I to chociaż Anka miała już prawie piętnaście lat i strzelała oczami do chłopaków z liceum w miasteczku a Halina miała na głowie trójkę młodszego rodzeństwa od kiedy ich matka trafiła na wiele miesięcy do szpitala. Na ojca nie było co liczyć, co przyniósł do domu to prawie wszystko przepił. Nad Haliną i jej dzieciakami litowały się sąsiadki i coraz to któraś zachodziła do nich ze słowami: "No patrz słonko, ile mi kury jajek zniosły (krowa dała mleka, nazbierałam, wyrosło itd.) dla mnie to za dużo, weź, tobie się przyda". 

Teraz, latem Halina najmowała się do gospodarzy, było tyle pracy! Każdą zarobioną złotówkę oglądała z dwóch stron przed wydaniem.

Mnie było dużo łatwiej. Nie tylko mama pracowała w gminie, ale też nie miałam rodzeństwa. W gospodarstwie pomagała starsza siostra mamy, więc moje obowiązki ograniczały się do pomocy w sprzątaniu w domu i opiece nad kurami a mieliśmy ich tylko kilkanaście, tyle co na własne potrzeby. Pomagałam też tyle ile mogłam tam gdzie sprawiało mi to przyjemność - przy gotowaniu i pieczeniu, przy cielaczkach i królikach czy zwózce siana. Miałam się tylko uczyć, dostawać piątki, potem iść do liceum w miasteczku, a jak się uda i zbiory będą dobre przez kilka lat to nawet w Warszawie! Potem studia i dobra praca a później miły, kochający mąż i kilkoro dzieciaczków, które przyjeżdżałyby na wakacje do dziadków na wieś, gdzie pluskałyby się w rzeczce, dziadek obwoziłby je na koniu, a babcia karmiła pierogami z jagodami.

O takiej przyszłości marzyli moi rodzice.


Przyszłość była jednak zupełnie inna i przyszła prędzej niż się spodziewałam.


Pierwszego pochmurnego dnia tego lata pojechaliśmy z Anką i Władkiem do lasu na maliny i śpiewaliśmy razem głośno wszystkie radiowe przeboje w tym "Małgośkę", którą wykrzyczeliśmy kilka razy. Gubiąc się i szukając w lesie trafiliśmy w końcu w miejsce, o którym słyszeliśmy już wcześniej, ale jakoś nikt nie potrafił wytłumaczyć nam gdzie ono jest. Kilka głazów ustawionych obok siebie, a wokoło pusta przestrzeń, jakby drzewa nie chciały rosnąć w ich pobliżu. Obeszliśmy głazy z daleka i w ciszy, popatrując się tylko na siebie. Każde z nas pamiętało co o nich opowiadano - te kamienie porywają ludzi. Czasami oddają, czasami nie. Czasem tam pojawiają się obcy. Mówią obcymi językami, ale zwykle oddaje się ich służbom.

Wiedzieliśmy, że to bzdury, że to po prostu kamienie ustawione przez naszych przodków aby oznaczyć czyjś grób lub jakieś święte miejsce, ale te wszystkie opowieści jakie usłyszeliśmy za mocno działały nam na wyobraźnię.

-Wracamy? - zapytałam a Ania z Władkiem zgodzili się natychmiast. Zrobiło się jakoś ciemniej, chmury całkowicie zasnuły niebo. Zerwał się wiatr.

-Poczekajcie! - zawołałam za nimi, kiedy wysforowali do przodu.

-Łańcuch mi spadł!

Ale oni nie słyszeli, pojechali dalej. Oparłam rower o rosły dąb i sama też oparłam się o niego na chwilę, bo zakręciło mi się w głowie.


I wtedy przewróciłam się i przeleciałam głową w przód przez dąb i przez czas.


Obudziłam się z bólem głowy i spódnicą wplątaną w pedał, łańcuch i szprychy. To nie był nowy ciuch ale i tak żal bo tego smaru nie da się już sprać. Może wykroję sobie z niej modną kamizelkę, a z reszty opalacz? To dobry pomysł, materiał jest miękki i taki ładny!

No dobrze. Poprawiłam włosy, założyłam łańcuch i skierowałam się w tę stronę gdzie jak sądziłam powinien być mój dom. Na każdym kroku natrafiałam na znaki, które świadczyły o tym, że coś nie jest tak. I to dosłownie znaki w lesie jakich nie widziałam nigdy wcześniej. Czyżbym trafiła aż do drugiego województwa? Ale to ponad trzydzieści kilometrów, nawet nową drogą. I wszędzie były szlabany, jakby wjazd do lasu był zabroniony, a przecież to nie był teren poligonu.

Coraz bardziej zdziwiona zajechałam na główną drogę, którą słyszałam od dłuższego czasu. I wtedy mnie zatchnęło. Takich samochodów nie widziałam nawet w zachodnich filmach w kinie w miasteczku.

Nie wiedziałam gdzie iść, cała ta droga wydawał mi się tak obca. Stałam dłuższą chwilę zastanawiając się co robić, gdy nagle ktoś dotknął mojego ramienia. Aż podskoczyłam ze strachu i obejrzałam się za siebie. Stał tam młody mężczyzna w mundurze i uśmiechał się do mnie, a jego rude włosy połyskiwały w słońcu, które właśnie wychodziło zza chmur.

-Czy potrzebuje pani pomocy? - zapytał. 

-Tak - szukam drogi do Zielętkowa, chyba się zgubiłam - spuściłam oczy.

-Hm, chyba nie wiem gdzie to jest, ale jeżeli pojedzie pani ze mną do ośrodka, to tam na pewno ktoś panią odpowiednio pokieruje, albo nawet zawiezie. Bo ten rower to chyba dalej nie pojedzie.

-Tak, ten łańcuch…

-Nie ma problemu- młody żołnierz zarzucił sobie moją damkę na ramię i zaniósł do auta zaparkowanego niedaleko.


I tak zaczęła się moja przygoda w Ośrodku dla Zaburzonych Temporalnie. Nazwy Ośrodka zmieniały się zależnie od władzy i aktualnych trendów, ale sam Ośrodek trwa. Najpierw byłam zwykłą pensjonariuszką uczącą się obsługi smartfona (u nas na wsi był jeden telefon, u sołtysa), sposobu traktowania innych ludzi, zwierząt, kultury wysokiej, popkultury, nowych języków - polskiego, który zmienił się przez te pięćdziesiąt lat, angielskiego, języka komputerów i nowych mediów. 

Władze Ośrodka uznały jednak, że rokuję i dzisiaj jestem kierowniczką do spraw badań temporalnych i wspieram Tajne Ministerstwo w pracach skupiających się nad zaburzeniami czasu i psychologią osób z zaburzeniami czasowymi w życiorysie. Zarabiam dużo pieniędzy, mam piękne mieszkanie a ludzie liczą się z moim zdaniem.


I nikt nie wie, że co jakiś czas jeżdżę całkiem sama, odszukuję ten dąb, głaszczę go i przytulam i proszę go żeby wpuścił mnie z powrotem.


Na próżno.


1021 słów

43f1b8b3-6e3c-4526-ad32-77f64eba61f3

Nie wiem czy to było celowe czy nie (jeśli nie, to nawet lepiej, bo świadczy jeśli nie o talencie, to przynajmniej o wyczuciu), ale zdanie Czyżbym trafiła aż do drugiego województwa? niesamowicie buduje tę postać.

To jest w nim ekstra, ale świetne jest też to, jak wiele można jednym zdaniem zrobić w tekście.


A nazwa Ośrodek dla Zaburzonych Temporalnie to kolejny świetny pomysł? Aż przypomniało mi się przewspaniałe Biuro Ludzi Zagubionych z Małgochy pana Piotra Bukartyka.

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci #zafirewallem


Turysta


Magda ty suko! Ciekawe co byś powiedziała wiedząc, że zabukowałem właśnie lot do Meksyku za 3700zł? W jedną stronę, ha! Już nic mi nie powiesz, całe szczęście. Po co ja w ogóle o tobie myślę? Nie po to się rozwiodłem, żeby teraz się zastanawiać co byś mi powiedziała. Jestem wolny! Nareszcie! I nie chce o tobie myśleć, bo tyle lat mi zmarnowałaś.

Te twoje gadanie! Zrób to, zrób tamto. Znowu na⁎⁎⁎⁎ny wróciłeś od Krzycha. A kiedyś to miałeś pasje, a teraz tylko browar i kanapa. K⁎⁎wa! No miałem! Miałem motor, chodziłem po górach. To było wtedy słuchania, że czasu nie masz dla rodziny, że się zabijesz, że znów na noc nie będziesz, że mnie zdradzisz. Ehh, wcale nie potrzebowałem wyjeżdżać, żeby wyruchać tą twoją koleżaneczkę Kasie, z którą tak ciągle pierdolisz. A co pasje straciłem to straciłem, żeby tego twojego pierdolenia nie musieć słuchać. W góry przestałem jeździć, na motorze też coraz rzadziej. To po co trzymać - twoje słowa. Poszedł, sprzedany, żeby Tomek na wycieczkę pojechał i były jakieś pieniądze leżące. Ta, leżące... Zaraz pralkę kupić, potem ściany odmalować i te meble w kuchni już niemodne. I c⁎⁎j! Tyle z mojej Hondy zostało! Skurwiałe meble z Ikei! A potem, że pasji nie mam?! Że co za wzór dla dziecka. Że przed tv z piwem. Że mógłbym z tobą pobiegać. A sama se biegaj! Wyjebane w ciebie! Te browary i bebzon twoja wina bo robiłem coś chciała! Zawsze spokojny byłem, unikałem konfliktów i spokoju chciałem i żebyś się odwaliła. I co? Co bym nie zrobił to źle! Mogłem się 15 lat temu z tobą pokłócić i rozwieść! K⁎⁎wa i znów o tobie myślę!

Dobra j⁎⁎ać to! Lecę do Meksyku i tyle! Rozwód trochę późno, ale lepiej późno niż wcale. Ledwo czterdzieści skończyłem to jeszcze zdążę żyć po swojemu. Tylko sobie najpierw odbije. Najpierw lot do Meksyku - tam kupię tani motocykl i podróż przez Meksyk, USA, Kanadę, aż do Alaski. To odmieni moje życie. Wrócę to zacznę w końcu żyć na własnych zasadach. A nie, że najpierw zadowalałem rodziców, a później żonę. Dwa lata coś pojeździłem na motórze i tyle z czterdziestu lat miałem dla siebie, ehh... Ale jak wrócę to będzie dieta, będzie siłka i będę robić co chcę! Ta podróż mnie odmieni, to będzie moja przygoda życia!


***


- Tak mamo będę na siebie uważać. Nic się nie martw, jadę pozwiedzać i wrócę. Nic mi się nie stanie, przecież wiesz, że wypadki lotnicze zdażają się bardzo rzadko i dużo łatwiej jest o wypadek samochodem. No widzisz już nie jeżdżę na motorze i bezpieczniej jest polecieć do Meksyku niż jeździć pod Warszawą. Tak, dobrze. Kocham Cię. Pa. - zakończ połączenie.


Przecież nie mogłem jej powiedzieć, że lecę zrobić objazdowkę na motorze. Jeszcze by zawału dostała, ciągle się ostatnio martwi biedaczka. Dwa lata temu umarł tata i podupadła przez to na zdrowiu. Teraz mój rozwód też swoje dołożył. Może ostatnią szansę mam na taką podróż? Bo będzie trzeba się matką zajmować na starość? Nie wiem, na razie jest w miarę ok.

Lecz teraz przede mną mój wielki cel - objechać Amerykę środkową i północną na motorze. Świetnie, bosko, jeszcze tylko 2 dni i wylot. A dziś wieczorem skoczę do Krzycha i opierdolimy jakiegoś literka przed wyjazdem! Za dobrą podróż!


***


Imprezka trochę się przeciągnęła, a mi nie chciało się wcześniej pakować. Dlatego też ledwo co wyrobiłem się na lotnisko. Znów na ostatnią chwilę wszystko, ale jak wrócę to się zmieni. Zresztą już jak będę w Ameryce to przeorganizuje sobie całe życie. Tam będzie wszystko inaczej, tam mi się będzie wszystkiego chciało. Nie jak tu w tym smutnym jak p⁎⁎da kraju z dykty i kartonu. I bez tego jej pierdolenia, przede wszystkim. A może i zostanę tam na dłużej? Może znajdę jakąś pracę w USA, albo Kanadzie. Przecież język znam na tyle, żeby się dogadać, a glazurników potrzeba wszędzie. Tomkowi mógłbym wysyłać więcej pieniędzy stamtąd, a tu i tak nie mamy o czym gadać. A może poprawi się coś relacja z synem przez tą podróż i pracę tam. Może ściągnę go do siebie? Może też będzie chciał się wyrwać z tego kurwidołka? Nic to, się okaże na miejscu. Na razie ma być to przygoda i nie ma co myśleć o robocie. Bo całe życie tylko robota i robota, a po robocie słuchanie stękania tej jędzy i dla siebie już nic. Ja pi⁎⁎⁎⁎le łeb mi pęka i znów myślę o jakichś gównach.


Grzebie w plecaku i po chwili dwa ibupromy lądują w moich ustach. Tak mnie suszy, że nie mogę ich przełknąć, więc gryzę je jak dropsy. Gorzki smak rozlewa się po podniebieniu i prawie doprowadza mnie do wymiotów. Jakoś przełykam, ledwo się udało. Oczywiście wody nie wziąłem. No bo po co? Jak zawsze zapomniałem, a nie zapłacę przecież na lotnisku 20zł za półlitrową butelkę. Zdzierstwo! Tak w ogóle to powinni przypominać o takich rzeczach w tv albo internecie. Wysokie buty na nogach i skórzana kurtka na grzbiecie wcale nie pomagają. Pocę się jak szczur, ale nie będę przecież dopłacać za dodatkowy bagaż. A kask kupię na miejscu, jakiś byle jaki z meksykańskim atestem Sancho Pansa.

Dobra to już moja godzina. Pokazuje wydrukowaną u Krzycha kartę pokładową i przechodzę rękawem do samolotu. Plecak wrzucam do schowka nad fotelem. Siadam i nie czekając na start zakładam słuchawki i odpalam wcześniej pobrany na Netflxie film - Wszystko za życie. Przede mną czternaście godzin lotu z suchą gębą, ale zaraz się odpowiednio nastroje i będzie dobrze. A na miejscu to już w ogóle będzie za⁎⁎⁎⁎ście. Moja wielka przygoda właśnie się rozpoczęła!


***


Niestety, potwierdziły się informacje o śmierci poszukiwanego od miesiąca 40 letniego polskiego turysty w Mexico City. Ciało mężczyzny znaleziono zagrzebane w mule w kanale Xochimilco. Sekcja zwłok wykazała, że bezpośrednią przyczyną śmierci mężczyzny było 12 ciosów nożem. Zwłoki zostały wrzucone do kanału już po jego śmierci. Ze wstępnych ustaleń meksykańskich śledczych wynika, że został on ofiarą napadu rabunkowego. Policja apeluje o szczególną ostrożność przy podróżach w mniej bezpieczne rejony świata.


#tworczoscwlasna

3d193572-85ae-44f6-baab-93708fcae788

Pomysł świetny, a wykonanie też świetne.


W ogóle to przedstawienie powrotu myślami do żony, to drugie konkretnie, strasznie buduje tego bohatera.


Gratuluję.

Zaloguj się aby komentować

CZARNO TO WIDZĘ


- patrz za okno, patrz! - Lomenlay podekscytowany skakał jak goblin i równie głupio machał rękoma w stronę jedynego zresztą okna w pokoju. - Czarnuch!

Jego współlokator nie za specjalnie przejął się jego słowami, był skupiony na rzucaniu w sumie dosyć prostego zaklęcia podgrzewającego ale chciał utrzymać równą temperaturę a w jego stanie to nie było łatwe. Mimo wszystko jakoś tam to szło, parametry były utrzymane na zadowalającym poziomie, na laborkach wyceniłby to na tróję chociaż presor widząc szklaną tubę z wydobywającym się z niej dymem raczej byłby skłonny przyznać najniższy możliwy stopień. Czerwonymi, rozełzawionymi oczyma patrzył chwilę na współlokatora, troszeczkę gęstego dymu uciekło ale resztę utrzymał w płucach czy też w drodze do nich aż do zakończenia przysiadu. Lemonsey dalej miał oczy szersze niż normalnie, znacznie szersze, a przecież powinien mieć węższe... O czym on mówił? A tak:

- co ty ćpałeś, Czarnucha to tydzień temu w zoo oglądaliśmy. Weź bucha lepiej to ci się może popra... - Lomenlay jednak nie dał za wygraną. Pociągnął za sobą towarzysza tak zdecydowanie, że aż naczynie z wodą się przewróciło i rozlało. Tyle dobrego, że poza popiołem i wodą nic więcej w nim już nie było ale utrzumanie porządku w mieszkaniu nie leżało w jego priorytecie ani dzisiaj ani jutro ani wczoraj. 

- niech mnie porwą żywioły..!

Przed garażem ewidentnie wylegiwał się całkiem pokaźny Czarnuch.


--+++--


- czego peniasz, to ja będę wrzucać trawę!

- no niby tak...

- dętkę w rowerze ci przegryzł - gospodarz przypomniał kompanowi. - poza tym mówię ci, z kuzynem na wsi żeśmy to robili już dziesiątki razy. Bedzie śmiesznie. 

Gość Lemonseya dalej jednak miał tęgą minę. W ręku trzymał końcówkę od węża ogrodowego która zwisała luźno i bez przekonania z jego rąk. Oczy były utlenione - jak ich okadzone umysły wydrukowały - nie tyle w Czarnucha co w mimika który przybrał sylwetkę ostatniego czarnego smoka który tak właściwie to się nazywał Karonegroszwardzmawros ale poza oficjalnymi okazjami wszyscy chlubę miejscowego zoo nazywali bardziej pieszczotliwym mianem.

- kurna, Chytry, twój dziadek na wojnie burze sprowadzał na wroga a ty się cykasz żeby strzelić mimikowi w paszczę ze szlaucha? Co z ciebie za student deugiego roku hydromancji stosowanej?

- hydrologomancji, Lemonsey i mój dziadek w trakcie wojny cały czas był ogro...

- dobra, nie pitol, śmiesznie mimiki wariują od zioła ale trzeba je spłukać, samemu nie dam rady. Ja otwieram pysk i wrzucam temat, daj na pełną i jedziemy..! - głos kumpla szybko ucichł, Czarnuchokształtny lekko się poruszył, zmienił nieco tempo w jakim chrapał ale ostatecznie się nie obudził.

Aczkolwiek Chytry z szoku nieco otrzeźwiał to jednak sytuacja była dosyć dla niego egzotyczna i miał spore wątpliwości czy Lemonsey rzeczywiście z kuzynem na wsi wpłukiwali zioło mimikom, Cytryniasty miał reputację sporego farmazona. Z drugiej strony fundował darmowe palenie i jednemu zaprzeczyć się nie dało - pomysł był śmieszny, wiekszowc ryzyka szła na niego. W ogóle smokopodobny miał fascynujący kolor łusek, czerń głęboka jak noc widziana wzrokiem bogów którzy ulecieli do swych najwyższych letnich rezydencji na pobliskich wzgórzach. Czarna jak odmęty gardzieli potworów morskich, czarna jak włosy tej szatynki o nogach długich, a smukłych, a i nad nogami miała co pokazać...

- pssssst! - krzykoszepnął towarzysz - Stary, nie zwieszaj się. Dasz radę wodę odkręcić..?

Chytremu chwilę zajęła ponowna reanaliza sytuacji w jakiek się znajdował ale od razu pokiwał głową, podniósł końcówkę węża z pewnością i zdecydowaniem godnym co najmniej skinienia głową w admiracji. 

- to na trzy! Raaazz..! Dwaaa! Iiiiiiiii TRZY!

Zadziako się dużo i szybko. Kreatura obudzona otworzyla ślepia i sama z siebie otworzyła groźnie paszczę. Lemonsey rzucił torebką trafiając istotę w "poprzeczkę", górną część pyska tuż nad sama pwwsczą. Zioło zrykoszetowało Czaenuchowi w lewe oko. Chytry zaś siknął wodą jeszcze zanim smokowaty otworzył paszczę ale łał dalej i kontrował na pysk ale nie dał rady. Lemonsey pronujac uciekać poślizgnął się o świeżą kałużę, dodatkowo strumień tak go wytrącił z równowagi, że gleba jaką zaliczył była wprost spektakularna - ślizg na prawej stopie, zamachał rękoma trzy obroty i tak wywinal orła, że nogi poszły do góry, plecami wylądował w kałuży, a jeden z jego butów zesllizgnsl się, trzy razy obrocil się w powietrzu ponad nim i trafił go w czoło. Ze śmiechu Chytry puścił węża i ryknął tak, że w dwóch domach w okolicy pozapalały się światła.


---+++---


- Stasiu, a Informacji nie oglądasz? Dzisiaj miał być ten...

- Już, już, dej głośniej łod raza.

Ekran przesłonił zielonawy kolor rosnąco stopniowo słupków, pojawiły się dodatkowe dwa, a ruda prezenterka zdecydowanie zbyt głośnym tonem zaczela przemawiać z odbiornika do przygłuchwej pary.

- Najpierw pilne ostrzeżenie: Karonegroszwardzmawros uciekł z miejscowego zoo, prosimy wszystkich mieszkancow Las Deos o pozostanie w domach i o telefon do służb gdyby komuś udalo się go dostrzec, numer pokazujemy na dolnym pasku.

Stasiu zmrużył oczy ale zapomniał okularów, nic nie widział. Jego żona nie oderwała wzroku od dzierganego swetera. Czy tam swetra, cholera ich tam wie.

- Ale teraz przekazujemy głos naszemu korespondentowi który na miejscu rozmawia z ekspertem - orezenterka kontynuowała. Na dole ekranu ponawily się niemożliwe do odcyfrowania, rozmazane dla emeryta znaki gdy na ekranie pojawil się Julio Gonzales i stojący obok niego anonimowy, siwy brodacz, całkiem łysy.

- Witam państwa - powiedział Julio z tym swoim zagranicznym akcentem, Stasiowa żona tym razem podniosła oczy i wpatrywała się w egzotycznego repitlianina jakby jej zycie od tego zależało. - jesstem pod miejsskim zoo w Lass Deosss. Panie...

- Tymeon Lebstein

- Tymeonie, jaka jesst przyczyna tejszsze pszszykrej ucieczki, jakim cudem ssmok zzbiegł?

- mianowicie obserwowaliśmy już od dłuższego czasu jak smok podjadał różne magicznie zasilane urządzenia które wypadały zwiedzającym z kieszeni, daliśmy tabliczki z ostrzeżeniami no ale widzisz pan...

Julio z powagą pokiwał głową, Lebstein kontynuował:

- w każdym bądź to jakimkolwiek razie... Jakby tu interferencję Pozzanitego-Paleuxa przedstawić... Czarny smok jest jakby antymagiczny tylko od zewnątrz, wewnątrz takich właściwości nie ma...

Pomiko głośności z zewnątrz dalo się posłuszeć bardzo głośny krzyk: TRZY! na tyle donśny, że emeryci posłyszeli go całkiem wyraźnie, mniej donśny rechot jakby opętańca i ryk - ale to taki, że wszystkie szkła zaczęły się bujać i rozhuśtane dzwoniły jeszcze chwilę po tym gdy hałas ustał. Zamiast tego okplica mocno się rozświetliła ciepłym światłem. Para emerytów zaskakująco żwawo znalazła się przy oknie.

- Stasiu, leć po tą strzelbę na mamuty.


---++---


- Panowie, wyście się za przeproszeniem z chujami na łby pozmienialiście? - powiedział policjant w ogóle na nich nie patrząc. Oczy miał utkwione w papier przed sobą, krecil z niedowierzaniem głową ciągle wpateujac się w zeznania. Lemonsey skupil się na podziwianiu swojwgo jedynego, przemoczonego buta. Chytrego coś zaswędziało z tylu głowy i kombinował jak się podrapać tak żeby kajdanki za mocno nie wpiły się w nadgarstek. 

- więcej szczęście niż rozumu... Ale to był ostatni! Nie ma więcej. Żeście kretyni gatunek dopomogli wybić! - policjant wstał gdy to do nich wykrzykiwał ale dysycplina wzięła górę nad instynktami. Spojrzal na ich domumenty, pomachal głową na boki, jeszcze chwile zbierał myśli i zaczął przemawiać patrząc się przed siebie gdy maszerował od sciany do ściany - może i twój ojciec jest wiceministerem chłopcze ale jedna noc w areszcie przesiedzisz tak czy siak... I ciebie nie będę rozkuwał... - mówił ni to do siebie ni to do przesłuchiwanych.

- ale kto to słyszał, tak Czarnucha urządzić...


#zafirewallem #naopowiesci #tworczoscwlasna #tahorbil

2e9b932a-0faf-4db3-86f5-5f0d342a5e43

@DiscoKhan No w końcu się doczekałem od Ciebie opowiadania Wymyślony język ciekawy zabieg i ciągle mnie denerwował, więc na plus xd Spoko opowiadanko a @CzosnkowySmok coś dziś dnia nie ma. Napierw jego ciężka historia w sowimuniwersum, a teraz się okazuje, że to może nie Smok a Smoczuch

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci


Zasady i opis naszej zabawy znajdziesz o, tutaj.


Pomysł na to opowiadanie przyszedł sam. No, może trochę inspirowany filmikami Drain Cleaning Australia.

Absolutnie obrzydliwe filmiki, oczu się oderwać nie da. Gorąco polecam.


***


Gumiaki


Niecodziennie człowiek budzi się w głuszy (norweskiej, lub innej zimnej) ubrany w strój renifera, przywiązany pasami transportowymi do drzewa. Niecodziennie też widzi naokoło siebie grupę upalonych nastolatek przebranych w stroje - nazwijmy to - wiedźmie (choć ewidentnie kupione na Shein czy innym Temu). A jedyne, czego chciałem, to kupić solidne gumiaki.


Ale zacznijmy od początku. Przedstawicielowi klasy średniej - nomen omen niemogącemu zapewnić sobie godnego życia za swoją pensję… czy to w dalszym ciągu jest klasa średnia? - po ukończeniu studiów nie zostaje za wiele dostępnych ścieżek życia do wyboru. Nie urodziłem się w opływającej w luksusy rodzinie, nie miałem zapewnionego mieszkania po rodzicach (ani nawet kawalerki po babci, bo stara dalej dycha), a matematyka stosowana, którą studiowałem, okazała się nie być zbyt przyszłościowym kierunkiem. No, chyba że zacząłbym bezpłatne praktyki załatwione po znajomości na dwa lata przed rozpoczęciem nauki. Może wówczas zapewniłbym sobie jedno z tych miejsc pracy, które trzydziestu siedmiu osobom z mojego roku udało się obsadzić. Jako trzydziesty ósmy, musiałem zacząć kombinować.


I tak trafiłem do pana Zenka. Pan Zenek, człowiek wybitny, prowadzi jednoosobową działalność gospodarczą nierejestrowaną. Słowem, pracuje na czarno. Jego samego można też pomylić z czarnym, bo pan Zenek nie wierzy w ochronę przed słońcem. Skutkiem tego jest skóra ciemna prawie tak, jak u Olisadebe. Tylko bardziej zaorana bruzdami. No i Olisadebe nie był taki wysuszony.


Pan Zenek jest prawdziwym fachurą i człowiekiem, którego po prostu trzeba znać i mieć namiar do niego w gotowości. Zajmuje się jedną ze strategicznych, kluczowych i niezbędnych dla społeczeństwa profesji. Pan Zenek bowiem jest zawodowym odtykaczem kibli, odpływów i kanalizy wszelkiej. 

A ja mogę z dumą powiedzieć, że jestem jego uczniem. Czeladnikiem. Terminatorem.


Pan Zenek to dobry kumpel mojego ojca jeszcze z woja. Razem trafili do jednego czołgu ćwiczeniowego (Bażant 7) i od tamtej pory tworzyli silną, prawdziwie męską przyjaźń: ilekroć widzieli się na mieście, wpadali sobie w ramiona i obiecywali, że wyjdą wspólnie na piwo. I tak co kilka miesięcy przez przeszło 45 lat. 

W czasie jednego z takich spotkań na mieście mój ojciec wymyślił nawet hasło reklamowe dla pana Zenka: “Zenka odtykanie jest tak dobre, że o panie!”. Mój chlebodawca wydrukował je sobie nawet na wizytówkach. W sensie, takich pociętych karteczkach z domowej drukarki, bo na zwykłe wizytówki trochę szkoda mu kasy. Mam w planie zamówić mu porządne wizytówy z okazji jego siedemdziesiątki.


Razem z panem Zenkiem jeździmy na nagrane roboty i przepychamy, co wlezie. Toalety, zlewozmywaki, umywalki, wanny, kanalizę w blokach, odpływy na podjazdach… Nawet nie wiecie, jak wiele rur jest obecnie zapchanych. I w każdej sekundzie na całym świecie jakiś pan Zenek, cały ochlapany syfem, wykonuje mocniejsze pchnięcie przepychaczką i triumfalnie krzyczy: “Poszłaaaa bestiaaaa, kur&%aaa!”. A jego pomagier może doświadczać tego triumfu, kąpać się w tym blasku spływającym na niego z faktu bycia w tym miejscu, o tym czasie, przy tym klopie.

Nie ma lepszego uczucia pod słońcem.


***


Nadeszła jednak jesień, i okazało się, że spadające liście wyrządzają więcej szkody, niż możnaby się po nich tego spodziewać. Oprócz standardowego udrożniania toalet i zlewów mamy teraz około 230% wzrost zapotrzebowania na odtykanie odpływów garażowych i rynien. Bo wiecie, chcę, żeby moje studia się jednak do czegoś przydały, to robię panu Zenkowi statystyki. Wszystko wrzuciłem do Excela, pokategoryzowałem, przygotowałem formuły, podział na tygodnie, miesiące i lata… Pan Zenek co prawda złapał się za głowę i powiedział: “Chłope-e, ty to nie masz czasu na co marnować, na dziewczynki byś poszedł, a niee”, ale ja wiem, że kiedyś to się przyda.


No, w każdym razie, wzrost zapotrzebowania na usługę odtykania rur zewnętrznych wzrósł na tyle dramatycznie, że pan Zenek zdecydował się powierzyć mi część swoich klientów. Jest to nobilitacja, jakiej się nie spodziewałem. Do tej pory byłem tylko “przynieś, wynieś, pozamiataj” (i to dosłownie), a teraz nagle dostałem swój sprzęt (a raczej pożyczony przez pana Zenka z akompaniamentem głośnego: “Tylko mi tu niczego nie popsuj!”) i mogę swoim samochodem (a w zasadzie mojej matki, bo i tak nigdzie nie jeździ, to co ma tak stać) pojechać na robotę do klienta!


Był tylko jeden problem. Gumiaki.

Od kiedy pamiętam, moje stopy były wybitnie niewymiarowe. Tam, gdzie u normalnych ludzi są szerokie, tam u mnie są wąskie. Tam, gdzie powinny być wąskie, są szerokie. Nie mówiąc już o tym, że pięta wystaje mi w tak dziwaczny sposób, że nie ważne, jakiego buta używam, i tak robią mi się pęcherze na piętach. Bezpieczne są tylko klapki, no ale w klapkach na robotę nie pojadę. Dość już się nasłuchałem o grzybicy stóp pana Zenka, której nabawił się w osiemdziesiątym siódmym za sprawą klapków. I tym bardziej nie chciałem pożyczać butów od niego. Grzybica to nie moja para kaloszy.


Przed swoją pierwszą robotą postanowiłem więc poszukać sobie porządnych gumofilców. Zostały mi trzy dni na znalezienie idealnej pary.

Pierwszego dnia wyprawiłem się do okolicznego dużego miasta, Piły. Bilet na PKS kosztował 8 złotych. Postanowiłem odnotować tę kwotę i dodać ją później do arkusza z wydatkami na robotę, by uzyskać pełny koszt zakupionego obuwia.

Niestety, wyprawa okazała się być płonną. Schodziłem pięć różnych sklepów obuwniczych. Wybór gumiaków był niezadowalający, a to przełożyło się na brak odpowiedniego obuwia na moje płetwy. Podobnie było w sklepach wędkarskich, koniarskich oraz majsterkowych. Wszystkie dostępne egzemplarze obuwia nie nadawały się na moje platfusy.

Odnotowałem w arkuszu 8 złotych za bilet powrotny i postanowiłem kontynuować poszukiwania następnego dnia.


Tym razem stwierdziłam, że zaufam Internetowi. Co prawda robota nagrana jest na jutro, ale jeśli znajdę coś odpowiedniego i się sprężę, to będę mógł pojechać nawet do innego miasta, zakupić optymalne gumiaczki, i wrócić do domu na ciepły budyń wieczorem.

Rzeczywistość zmusiła mnie do pohamowania swojego entuzjazmu. Po dwóch godzinach szukania dalej byłem w czarnej d⁎⁎ie. Wielokrotnie natykałem się na te same modele, które widziałem już w Pile. Pozostałe sklepy nie oferowały za wiele więcej. Traciłem nadzieję.

Na dwudziestej stronie Google trafiłem jednak na intrygującą wzmiankę. Ktoś na forum internetowym “Heksegummistøvler” przywołał informację o niesamowitej parze gumowego obuwia, za które - według Google Translate - “można zabić”. Opisał w nim, że prosi o kontakt każdą zainteresowaną osobę, to “poświęci się i tę ofiarę uczyni”. Według tłumacza gumiaki miały rozmiar 44, więc w sumie mój, a przynajmniej tak wywnioskowałem z przetłumaczonego wierszyka:


W Dunderlandu lesie

Zbierze się czterdzieści i cztery

Czarne jak śmierć wodery

Ofiarę panu przyniesie


“Ten Google się wyrabia! Zrobił tak, że wierszyk się rymuje!”, pomyślałem.

Chociaż ogłoszenie sprzedaży gumiaków w formie wierszyka brzmiało trochę niepoważnie, to stwierdziłem, że zaryzykuję. Ahoj, przygodo!

Pani sprzedawczyni o nicku Johanne_Nielsdatter nie podała, co prawda, ich ceny, ale postanowiłem napisać do niej mimo to. Sprawdziłem nawet loty, i w okolicy Dunderlandu znajduje się lotnisku, z którego są ode mnie loty za 10 złotych w obie strony. 

Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Dopisałem, naturalnie, bilety do kosztów w tabelce, spakowałem plecak (zostawiając przezornie miejsce na gumiaczki), i ruszyłem na lotnisko. W międzyczasie Johanne odpisała mi, że nie może się doczekać i że rytuał jest gotowy. Być może translatorowi chodziło o “obiad”, tylko źle przetłumaczył - to miłe z jej strony, że ugości strudzonego wędrowca pożywieniem!


Cztery godziny później byłem już w powietrzu, otoczony przez innych rodaków, ruszających w stronę kraju lubującego się w lukrecji za pracą. W duchu śmiałem się, że oni jadą tyrać, a ja jadę po buty do tyrania i jeszcze tego samego dnia wracam do naszej pięknej ojczyzny.


Na lotnisku wypożyczyłem najtańsze (i w zasadzie jedyne) dostępne auto - Fiata Pandę. To zawsze są Pandy. Zawsze tak samo zmęczone przez życie i zawsze tak samo śmierdzące w środku. Tyle dobrego, że ktoś w przypływie geniuszu zawiesił w środku Wunderbauma - dzięki temu mam w co wsadzać nos, gdy chcę zmienić jakość powietrza, którym oddycham. Szkoda, że to wanilia.


Do Dunderlandu jedzie się piękną drogą pośrodku lasu. 30-kilometrowa podróż minęła w trymiga, umilana zgrzyto-szumami radia niemogącego dostroić się do stacji. Gdy do miejsca docelowego zostało mniej, niż pół kilometra, zacząłem się rozglądać. W końcu jednak dotarłem do punktu oznaczonego wysłaną mi przez Johanne pinezką. Zatrzymałem auto na leśnym parkingu i wysiadłem.

Spokoju tego miejsca nie da się opisać. W tle słyszałem szemrzący strumyk, gdzieś niedaleko w drzewach dzięcioł wykonywał ciężkie operacje na otwartych drzewach. Podszedłem do jednego z drzew, by podziwiać porosty - niewątpliwą oznakę czyściusieńkiego powietrza.


Za plecami usłyszałem kroki. Odwróciłem się, ale było za późno - przed oczyma mignęło mi coś na kształt wielkiej lagi, a po sekundzie poczułem silne łupnięcie w głowę. Osunąłem się na kolana i odpłynąłem świadomością ponad Midgard.


***


Nie wiem, po jakim czasie się ocknąłem. Podniosłem lekko głowę i spróbowałem się przeciągnąć, ale poczułem, że jestem skrępowany. Jak się okazało, skrępowano mnie pasami transportowymi pana Zenka, które wziąłem ze sobą do plecaka, by w razie czego opasać swój plecak, żeby mieścił się do tej maciupeńkiej półki na bagaż podręczny. Dodatkowo, ktoś przebrał mnie w jednoczęściowy strój - jakiegoś renifera, czy ki ch*&j... Na pewno sam poliester, bo siedząc na zimnej ściółce nie czuję żadnych odmrożeń w pośladkach. Izoluje fenomenalnie.


Rozejrzałem się nieco nieprzytomnie, i wtedy zobaczyłem przed sobą TO.

Gigantycznego. Rozbebeszonego. Łosia.

W jedną chwilę oprzytomniałem, tętno skoczyło mi jak na obronie magisterki. W co ja się wpakowałem? Czy tak krew na pasach transportowych jest moja, czy łosia? I gdzie są moje obiecane gumiaki?!

Dotarło też do mnie, że nie jesteśmy z łosiem sami. Naokoło nas w lesie siedzi ogromna grupa nastolatek popijających nieokreślone napoje ze srebrnych kielichów. Każda jedna przebrana jest jak na Halloween.

Wyróżniają się wśród nich trzy. Siedzą tuż przy łosiu i głośno między sobą debatują, zakładam, że po norwesku. Kompletnie nie rozumiem, co mówią, i wyłapuję tylko pojedyncze powtarzające się: “ofring”, “ritual”, “djevel”, “narkotika”... 

W pewnym momencie jedna z nich, wyglądająca na mocno sfrustrowaną, podchodzi do mnie i wyciąga rękę. Mimowolnie kulę się, bojąc się znowu oberwać w łeb, ale ona tylko podnosi mój plecak, który najwyraźniej cały czas leżał obok mnie. Otwiera go i zaczyna w nim grzebać, po czym wyjmuje…

“Ej, panna, tego nie bierz, to jest udrożniacz do rur”, mówię jej. Panna patrzy na mnie, kompletnie nie rozumiejąc.

“Legemiddel? Urter?” - pyta, wskazując na torebkę z udrożniaczem, którą zawsze mam ze sobą w razie czego. Pan Zenek nauczył mnie, by być zawsze przygotowanym. W sumie nikt na lotnisku nie powiedział mi, że nie wolno przewozić samolotem takich rzeczy, to czemu nie?

“U-droż-niacz. Do robienia drożności… Kurna… no, dróg. Takich w wodzie - dróg w wodzie.” 

“Drug!” - pani ciemnogocka triumfalnie podnosi torebkę i woła do koleżanek przy łosiu: “Idioten hadde med seg en hel pakke med narkotika! Vi er frelst!”

Nim zdążę coś powiedzieć, dziewczyna wpycha mi jakąś szmatę do ust i biegnie do łosia. Z wielkiej torby podróżnej wyciąga bongo i woła do innych grupek. Po chwili przedstawicielki różnych kręgów podchodzą do niej z własnymi bongami i nabijają sobie bongo moim udrożniaczem. A to nie byle jaki udrożniacz, bo autorskiej receptury pana Zenka!


Gdy każda z grupek ma już udrożniaczowe bongo, dzieje się coś jeszcze bardziej kuriozalnego. Panny zapalają świece i zaczynają śpiewać dziwne gardłowe pieśni. Chwytają się za ręce i powoli ruszają w powolny pląs wokół mnie i łosia, który - jak teraz myślę - ma jednak lepiej ode mnie. Jego trud już skończon.

Aż nagle pieśni i tańce się kończą. I wszystkie pannice, jak jeden mąż, siadają w swoich kręgach i dobierają się do bong. Każda z nich bierze bucha, odkasłuje, bierze kolejnego i podaje koleżance.


A potem wszystkie zaczynają się chwiać. I ściągać z siebie ubrania. I bredzić coś po norwesku. 

Aż w końcu padają jak muchy.


***


Zapada cisza.


Gdzieś w oddali dzięcioł znowu zaczyna leczyć chore drzewa.

Strumyk cicho szemrze.


A ja jestem tu, otoczony przez upalone małolaty, które nie kontaktują z bazą, w środku lasu gdzieś między Szwecją a Norwegią, przywiązany uwalonymi łosią krwią pasami transportowymi, które pożyczył mi mój pracodawca, a za dwie godziny powinienem być u klienta na robocie…


Pan Zenek mnie zabije.


#tworczoscwlasna #opowiadanie w kawiarni #zafirewallem

d507b6f7-673f-4237-9873-9a859e6ed9d0
Wrzoo userbar

@Wrzoo bardzo fajne opowiadanie Pan Zenek to chyba nie pamięta o #codziennepiciu . Bardzo trafny opis męskiej przyjaźni. Ładny wierszyk, absurdalna wyprawa i klimaty rytualne to jest coś co lubię. Midsommar mi się trochę przypomniał

A jeszcze dobry ten obrazek z głową wystającą poprzez przednią szybę samochodu xd

Zaloguj się aby komentować

Pani @moll zapodała jakże zacny temat, od razu mi się spodobał.


Jest dużo błędów interpunkcyjnych, bo jestem na nie ślepy i zwyczajnie ich nie widzę.

Liczba słów: 1089


Wakacje


Czterech kolegów: Marian, Janek, Łukasz i Krzysztof  podczas wakacji przed nowym rokiem akademickim, na początku września, postanowili wybrać się do Miami na 2 tygodnie. Lot minął bezproblemowo, jetlag trochę dawał o sobie znać, ale na następny dzień po przylocie czuli się dobrze. Postanowili zrobić drobne zakupy, zjeść coś na mieście i się wyszaleć.Gdy szli na plażę Janek zobaczył aktorkę Clarę Jones, która była filigranową brunetką i piwnych oczach, nie wiele starsza od niego, więc postanowił zagadać ją o zdjęcie i odszedł na chwilę od kolegów mówiąc: “Poczekajcie chwilę na mnie, chcę coś sprawdzić”. Janek podchodzi i mówi:

“Prze prze praszam, czy to Pani grała w filmie:Skazani na sukces?” - jąkając i drżąc się zapytał Janek

“Tak, to ja.” - z uśmiechem odpowiedziała aktorka

“Czy mogę zrobić sobie z Panią zdjęcie?” - J

“Pewnie, tylko wyluzuj się trochę, czemu jesteś taki zestresowany? - C

“Dziękuję, zawsze jestem nerwowy rozmawiając z kobietami, dodatkowo rozmowa z sławną i bogatą jest trudniejsza.” - J

“To, że jestem aktorką przez co mam pieniądze i sławę nie czyni mnie już człowiekiem, że należy się mnie bać” - C

“W sumie nie wiem nigdy nie rozmawiałem z kimś takim” - J

“No to teraz masz okazję. Jak Ci się film podobał?” - C

“W porządku był chociaż to takie kino dla kobiet, o miłości itp. Moją uwagę sceny taneczne przykuły. Pani już wcześniej tańczyła czy to na potrzeby filmu?” - J

“Już nie mów mi na Pani tylko normalnie Clara bo nie jestem aż tak stara. Jak byłam młodsza sporo gimnastyki uprawiałam i chodziłam na lekcje tańca.” - C


Tak sobie normalnie gadali, a reszta kolegów patrząc na nich zaczęła się niecierpliwić.

“Ile oni już tak gadają?” - Marian

“Godzina dochodzi” - Krzysztof

“Dobra niech se gadają widać po nim, że dobrze mu się rozmawia i kobitka ładna to normalne, że stracił poczucie czasu. Najwyżej poczekamy jeszcze 5 minut i jak dalej będą gadać pójdziemy sobie gdzieś indziej, a Janek zadzwoni gdy skończy.” - Łukasz

“Niech będzie, maksymalnie 5 minut” - M

“Spoko poczekam.” - K


W tym momencie rozmowa Janka z Clarą dobiegała końca bo Clara spojrzała na zegarek, przypomniało jej się, że niedługo ma jedno spotkanie służbowe. Janek zrozumiał, ale oboje uznali, że miło się rozmawiało i fajnie by było jeszcze pogadać więc wymienili się kontaktami, oraz wstępnie się na wieczór jeszcze umówili na spotkanie. Janek cały czerwony poszedł w kierunku zniecierpliwionych kolegów.

“No idzie k⁎⁎wa mistrz podrywu, ile można gadać z jakąś babą?” - K

“Ale jesteś czerwony haha” - Łukasz

Janek usiadł na ławce, napił się wody wziął kilka głębokich oddechów po czym powiedział:

“Gorąco jest, więc mam czerwoną twarz, spokojnie, udaru nie dostanę.” - J

“Dobra dobra, nie jest taka zła temperatura, weź się przyznaj, że ta kobitka ci się spodobała, bo ciężko też oddychasz.” - M

“No może i tak, miło się rozmawiało, ale szkoda, że to ostatni raz, niby dałem jej kontakt do siebie, ale to bogata aktorka, nie ma czasu na taki plebs jak ja. Za wysokie progi.” - J

“No to trudno, ochłoniesz trochę w wodzie i się wyluzujesz, dawajcie idziemy na plażę.” - K 

Chłopaki na plaży czas spędzony aktywnie, pograli w siatkówkę z obcymi ludźmi wyluzowali się nad wodą, oraz opalali i gadali. Potem na mieście spotkali Leo Messiego, z którym zrobili sobie fotki i dostali autografy. Pokręcili się po pubach czy centrach rozrywki dobrze się bawiąc. 

Gdy zaczęło się ściemniać Janek dostał wiadomość od Clary: “Hej, jesteś chętny za godzinę spotkać się na plaży, weź swoich kolegów a ja mogę koleżanki wziąć”. Szybko się zgodził, poszli do hotelu się jeszcze odświeżyć a następnie wszyscy spotkali się na plaży. Clara wzięła 3 koleżanki, wszystkie urodziwe, jednak żadna nie była znana tylko to są przyjaźnie z czasów szkolnych, których kariery potoczyły się inaczej jednak kontakt cały czas utrzymują z sobą. Jedynie głębsze emocje było widać między Jankiem i Clarą a reszta po prostu starała się spędzać miło czas i poznając nowe osoby. Jedna koleżanka miała z sobą gitarę więc zaczęła grać, inni za to śpiewali. Koło 2 wszyscy wrócili do siebie bo byli zmęczeni, jednocześnie zadowoleni z przebiegu dnia. Całe 2 tygodnie minęły na relaksie, dobrej zabawie, poznawaniu siebie nawzajem. Jednego dnia chłopaki wyskoczyli nawet na mecz Interu Miami, jednak nie było tak fajnie, jak oglądając europejską piłkę. Fajny widok znanych nazwisk, jednak nie ma co ukrywać są tutaj na emeryturze w między czasie kopiąc piłkę. Panowie byli lekko zazdrośni i wszyscy myśleli:”Trzeba było grać w piłkę zamiast się wspinać po drabinie edukacyjnej, tak to skończę jako nikt, na emeryturze po 70. Ci natomiast 35 lat, siedzą w ładnym ciepłym mieście i jeszcze im za to płacą.”

Relacja między Clarą a Jankiem układała się dobrze, mimo bycia, z różnych światów, traktowali się równo. Mieli podobne charaktery, nie lubiący dużych grup, romantycy, delikatni więc się dogadywali. Lubią tę samą muzykę np. klasyczną i jazz. Co do muzyki to Janek chciał się pochwalić, że Chopin to był Polak bo głupia amerykanka nie będzie wiedziała, jednak ona się nie dała. Reszta chłopaków głównie się skupiała na zabawie i wyluzowaniu przed nowym rokiem akademickim. Gdy zbliżał się ich koniec pobytu jedynie Janek nie chciał wracać do Polski, a już szczególnie na uczelnię, mimo, że został mu ostatni rok.

“Panowie, nie chce mi się wracać. Zostanę tu na dłużej, na uczelnię raczej wrócę, już dokończę ten ostatni rok. Zresztą nic się nie stanie jak ominę pierwszy tydzień zajęć.” - J

“Chłop co się zakochał na wakacjach i nie wraca do domu. Trzymajcie mnie haha” - K

“Dobra jak tam chcesz nie, w Polsce się zobaczymy to opowiesz nam czy warto było zostawać.” - M

“Weź nie świruj, gdzie będziesz mieszkać skoro hotelu już nie mamy?” - Ł

“Gadałem z Clarą mogę u niej posiedzieć do końca miesiąca i potem wrócę.” - J

Wszyscy byli zszokowani jednak wiedzieli, że na zakochanego chłopaka nie działają żadne argumenty więc odpuścili dyskusję i mieli tylko nadzieję, że nic mu się złego nie stanie, oraz bezpiecznie wróci do domu. 

Do końca czas z Clarą świetnie spędził, widział chemię między nimi, dowiedział się sporo o branży filmowej, oraz sam lekko nauczył aktorstwa, panować nad stresem. Oglądali razem filmy, wychodzili na miasto, grali w gry imprezowe, spacerowali sporo. Na pamiątkę zrobili sobie mnóstwo wspólnych zdjęć. Nie żałował ani trochę wspólnie spędzonego czasu, ale miał świadomość, że nic nie trwa wiecznie i musi wrócić do domu. Clara zawiozła go na lotnisko a ten był bardzo zestresowany. Trzymając jej dłonie, patrząc w oczy powiedział:

“To były najlepsze wakacje w moim życiu. Proszę obiecaj mi, że jeszcze kiedyś się spotkamy. - J ze łzami w oczach.

“Obiecuję, będziemy mieli kontakt i zobaczymy się.” - C

Janek na koniec ją przytulił po czym poszedł na lotnisko. 


#naopowiesci #zafirewallem #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Drogie Panie i Panowie,

miło mi ogłosić trzecią edycję wzbudzającej tyle emocji zabawy #naopowiesci


Zapraszam do pisania:


Temat: przygoda (wakacyjna lub też nie - dowolna)


Kategoria: dowolna


Liczba słów: 900 - 2000


Termin: 07.07.24 (14 dni)


Punktację i zasady pozwolę sobie zapożyczyć za poprzednikami:

Zadający konkurs może ogłosić wygranego według własnego widzimisię oraz zmienić kryterium oceniania w dowolnym momencie.

Zwycięzcą zostanie osoba, której opowiadanie zdobędzie największą ilość piorunów i w nagrodę będzie miała zaszczyt ogłoszenia następnego zadania.

Za każde 100 słów poniżej lub powyżej zadanego limitu - 1 punkt.

Za znaczne rozminięcie się z tematem - 5 punktów.


Bawcie się dobrze!


#zafirewallem

@moll śmiechłem bo ChatGPT napisz to i to, gotowe! Mooooże drobne popraweczki aby to uwiarygodnić / nieco ulepszyć i elo, ale się napracowałem, ufff! ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Zaloguj się aby komentować

Kochani kawiarenkowicze!


Dzisiaj kończymy drugą edycję naszej nowej zabawy zaproponowanej przez kolegę @splash545 !


Temat dorastania okazał się być bardzo trudny dla naszych użytkowników, powstało tylko kilka tekstów:

@KatieWee: opowiadanie bez tytułu o Janku a bardziej o jego ojcu - 28 piorunów;

@moll : opowiadanie bez tytułu o Magdzie, która próbowała zastąpić swojej siostrze matkę - 22 pioruny;

@George_Stark : Kamil Ślimak - 12 piorunów;

@splash545 Osiem nóg ambicji - 16 piorunów;

@Dudleus Bez tytułu - 3 pioruny;

@Wrzoo Szarlotka - 21 piorunów.

Ja nie muszę wygrywać, więc oddycham z ulgą, nową wygrywającą wybrali piorunkodawcy!

Pałeczkę przejmuje więc @moll, której życzę wszystkiego dobrego w trzeciej edycji zabawy #naopowiesci!


#podsumowanienaopowieści

1ce67e15-9378-4e81-ac48-984a698291da

@KatieWee aż mi głupio, że zostałem oznaczony. Może w przyszłości jak ogarnę głowę, będę w stanie coś w miarę normalnego napisać.

Zaloguj się aby komentować

Proszę Państwa, oto zakończyliśmy XXIX edycję zabawy #nasonety .


Udział wzięło pięcioro kawiarenkowiczów, którzy stworzyli 8 sonetów.

Rymowano w tym tygodniu do wiersza Jarosława Marka Rymkiewicza, o tytule zapożyczonym z wiersza Dafnis drzewem bobkowym. sielanki dramatycznej wydanej przez Samuela Ludwika Twardowskiego herbu Ogończyk w roku 1638, stanowiącej adaptację mitu o bogu Apollinie napastującym nimfę Dafne, która by uniknąć gwałtu zmienia się w drzewo laurowe.


Udział wzięli (razem z tymi w ostatniej chwili, znaczy mną i Dżordżem)


@George_Stark - Prośba (Z dedykacją) - 9 piorunów

@KatieWee - Ty i ja - 11 piorunów

@splash545 - Po co się przejmować? - 17 piorunów

@George_Stark - Ja, ty, my - 10 piorunów

@Wrzoo - Panu młodemu - 9 piorunów

@George_Stark - Raj bez Ewy - 13 piorunów

@George_Stark - Rajski ogród spokoju (z warzywami!) - 11 piorunów

@moll - Idealistka - 16 piorunów


Przychylając się do prośby kolegi Georga nie wybiorę go jako zwycięzcy. 


Skorzystam dzisiaj z klasycznego sposobu wyboru i wybieram osobę, która zdobyła najwięcej piorunów - czyli kolegę @splash545 , który do swojego tekstu dołączył punkową piosenkę, która przez cały dzień brzęczała mi w głowie.


Oto na tobie ciąży wybór wiersza i podsumowanie pełnoletniej edycji naszej zabawy #nasonety !


Oczywiście biorącym udział należą się również wyróżnienia:

dla @Wrzoo dyplom za kobiecą propagandę, doceniam z całego serca;

dla @moll dyplom za wiarę w ludzkość, pomimo wszystko;

dla @George_Stark dyplom za bycie cwaniakiem, pozerem i prosidełkiem #pdk


Dziękuję bardzo za wkład w tę edycję i już dzisiaj zapraszam do niedzielnego podsumowania naszej zabawy #naopowiesci , w której wybiorę osobę, która jako następna wskaże temat i kategorię naszych opowiadań.


#podsumowanienasonety #nasonety #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Pomysł wziął się od tego co zobaczyłam z okna pociągu - chłopiec w pasiastej koszulce siedział na grobli i wpatrywał się w wodę - i z tego obrazka narodziło się poniższe opowiadanie.


Bycie dorosłym jest lepsze niż bycie nastolatkiem. Do szkoły nie muszą chodzić, jak ktoś ich źle traktuje w pracy, to mogą ją zmienić albo iść na bezrobocie, a ja co? - takim mniej więcej torem szły rozmyślania Janka.

Siedział na grobli z wędką w dłoni i snuł swoje niewesołe myśli. Skupiony na sobie nie zauważał tego co go otaczało - brudnozielonej wody, pochylonych nad nią olch i nieba w tak głębokim odcieniu niebieskiego jakie pojawia się tylko w upalne letnie dni. Nie zauważał także komarów, które z uciążliwym brzęczeniem krążyły wokół niego. Dopiero szczególnie zajadły komar, który wybrał sobie kark chłopca za miejsce spożycia ostatniej wieczerzy, zmusił go do reakcji. Janek klepnął się w kark z głośnym plaśnięciem i wysyczał przez zęby  -A niech cię cholera!

Rozejrzał się szybko czy nikt go nie słyszy. Gdyby ojciec właśnie przechodził idąc groblą na pole i usłyszał przekleństwo w ustach syna, to nieźle by się temu synowi dostało. Ojciec pewnie kopnąłby go z zaskoczenia, tak że wylądowałby w mulistej wodzie. A potem ojciec stałby nad nim w łazience i patrzył czy dobrze pierze ręcznie swoje brudne od błota ubrania. Koszulkę miał w biało-granatowe paski, te białe pewnie trudno byłoby doprać - westchnął. W sumie jeszcze bardziej by mu się dostało za pożyczenie bez pytania wędki ojca. Niby ten powiedział, że może ją czasem używać, ale Janek nigdy nie wiedział kiedy to czasem mogłoby być.

Czasem ojciec się zgadzał, czasem nie, bez jakiegoś konkretnego powodu.


Gdy dzisiaj Janek wrócił ze szkoły czuł, że dzisiaj koniecznie musi iść na ryby. Ojca nie było nigdzie w obejściu, pewnie poszedł do sąsiada. Mama pieliła w warzywniku. Kiedy zobaczyła Janka odgarnęła włosy ze spoconego czoła i uśmiechnęła się do niego.

-Kompotu nagotowałam, z porzeczek, ty lubisz. Już pewnie wystygł, nalej sobie - i wróciła do pracy. 

Rzeczywiście lubił. Wszedł do domu, pogłaskał Murzyna po siwiejącym łbie, wykręcił się na pięcie, gdy kot próbował z nim swoich sztuczek i tylko na chwilę stracił równowagę. Na kuchni stał dziesięciolitrowy gar kompotu. Chwycił chochlę i z lubością kilkukrotnie przemieszał zawartość garnka upajając się słodkim i ciepłym zapachem uderzającym go w nozdrza. Kompot jeszcze nie wystygł, ale jemu to nie przeszkadzało. Dzisiaj w autobusie było bardziej duszno i gorąco niż zwykle, a jemu woda, którą nalał sobie do plastikowej butelki skończyła się już po trzeciej lekcji. Wypił trzy chochle, jedną po drugiej, aż w brzuchu zaczęło mu chlupotać i to zabawne uczucie prawie wywołało uśmiech na jego twarzy.

Taki jak ten dzisiaj po południu gdy zobaczył, że siedzący obok niego Krzysiek z 7b wylał sobie na spodnie w kroku jogurt, który dostali w szkole jako deser do obiadu ze stołówki. Krzysiek rozejrzał się czy ktoś to zobaczył i ujrzawszy uśmiech Janka nie namyślał się długo i zaczął wyzywać go od gejów, pedałów i jebniętych ciot, co się cieszą gapiąc się komuś na c⁎⁎ja. 

Krzysiek, syn właściciela firmy budowlanej z Zabłocia miał na swojej wiosce wielu starszych znajomych, z którymi się bujał. No i miał ojca, który w każdej sytuacji stanąłby za nim murem. To wszystko przemknęło Jankowi przez głowę, gdy patrzył ze zdumieniem na Krzyśka, który zaperzał się coraz bardziej. W tej chwili podjechał autobus i Janek wskoczył do niego, dziękując Bogu za wyczucie czasu. Krzysiek splunął jeszcze za nim, ale tak niezdarnie, że opluł sobie koszulkę. Janek patrzył przerażony przez brudną szybę na oddalającą się sylwetkę Krzyśka. To się nie skończy dobrze. Jeszcze dwa dni szkoły i jeżeli Krzysiek nie znajdzie innej ofiary w tym czasie, to będzie próbował dorwać go w czasie wakacji. Ich wsie dzieliło piętnaście kilometrów, ale co to jest piętnaście kilometrów na rowerze w ciepły letni dzień, jeżeli tylko Krzysiek będzie chciał się zemścić za tamten uśmiech! 


Pijąc ciepły kompot Janek prawie zapomniał o Krzyśku, ale teraz ponownie ścisnęło go w brzuchu i mało brakowało żeby zwymiotował. Poczuł, że musi wyjść, odetchnąć trochę świeżym powietrzem. Wziął stojącą w zamykanym na klucz składziku wędkę i torbę, do butelki stojącej na kredensie nalał sobie kompotu i wyszedł usiąść nad wodą.


Kiedyś chodził na ryby z ojcem. To on pokazał mu o co w tym wszystkim chodzi, bo nie chodziło o ryby, a o spokój, ciszę i chwilę oddechu. Siedzieli tak godzinami, a ojciec gdy miał dobry humor opowiadał mu historyjki z wojska. Potem urodziła się Martyna i już nic nie było takie samo, bo urodziła się razem z tysiącem chorób, które obsiadły jej blade ciałko jak kruki. Ojciec pracował coraz więcej, szukał fuch, a Janek i ryby mieli od tego czasu staw tylko dla siebie. Towarzyszyły im tylko ważki z opalizującymi skrzydełkami i komary, które czując zbliżający się wieczór cięły coraz zajadlej.

Janek westchnął jeszcze raz, zebrał swoje rzeczy i powłócząc noga za nogą poszedł ścieżką wśród pól do domu. Muskał lekko opuszkami palców zboże, lekko dotykał czerwone jak krew płatki maków, które pod wpływem spoconych dłoni robiły się wiotkie, ciepłe i wilgotne.

Zbliżając się do domu rozglądał się uważnie. Ojca nie było w pobliżu. Murzyn siedział pod oborą i skomlał, żeby wpuścić go do środka. Janek przewrócił oczami i wpuścił kundla do środka. Na starość zrobił się taki upierdliwy! 

W ostatnich promieniach słońca przebijających się szparami między deskami zobaczył, że w oborze jest coś nie tak. Otworzył drzwi szerzej i zobaczył wiszącego na pasku ojca. 

Od razu wiedział, że nie żyje, bo wyglądał trochę jak świńska tusza na haku.


Janek zamknął za sobą drzwi. Poszedł do składzika, odłożył wędkę i torbę na miejsce, sprawdzając czy wszystko leży jak trzeba. Zamknął za sobą starannie drzwi, tak jak właśnie zamykał za sobą rozdział życia zwany dzieciństwem.


-Mamo!


#naopowiesci #zafirewallem #tworczoscwlasna

@KatieWee przede wszystkim pochwalę za świetnie oddany przez opisy klimat, w pewnym momencie aż nabrałem chęci na ten kompot. No i końcówka jak najbardziej lubię takie. Widzę, że w tej edycji zrobił się taki jakby podtemat, bo już jest hattrick

Po pierwsze to uwielbiam to zdanie: szczególnie zajadły komar, który wybrał sobie kark chłopca za miejsce spożycia ostatniej wieczerzy.


Po drugie uwielbiam tę "grę słowną" kiedy jest "czasami".


Po trzecie wiesz (albo narrator wie, albo Janek najprędzej) o co chodzi w wędkowaniu. Nawet wędek nie trzeba zabierać! Może książkę ewentualnie.


Po czwarte wreszcie, to super umiejętność znajdować inspiracje w takich rzeczach jak widok za oknem. Uwielbiam takie budowanie!


EDIT: A, i po piąte, świetnie to jest poprowadzone do tego zakończenia. Ta postać ojca jest kapitalnie budowana.

Zaloguj się aby komentować

Opowiadanie luźno inspirowane tematem, ale może jury - @KatieWee - się nie obrazi taki obrotem fabuły

Zapraszam do lektury!


--------


Kilkuletnia dziewczynka przywiązała, z pomocą starszej siostry, kolorową kopertę do żółtego balonika napełnionego helem i wypuściła go ze swoich maleńkich rączek.

-Madzia, jesteś pewna, że mój list doleci do mamy i ona go przeczyta? - zapytała mała, jakby nie do końca przekonana do szalonej idei balonowej poczty do Nieba.

-Pewnie! Zobacz jak wysoko leci! - nastolatka z czułością potargała siostrzyczce płową czuprynę.

Obie przez chwilę poobserwowały oddalającą się żółtą plamkę, po czym ruszyły ścieżką przed siebie.


***


Parę dni wcześniej


-Madzia! Ja chcę do mamy! Do maaamyyyy! - zapłakała Ola.

Był to kolejny wieczór, kiedy siedmiolatka nie mogła zasnąć. Magda jeszcze niedawno miała nadzieję, że etap wieczornych płaczów i nocnych koszmarów obie mają za sobą. Jednak im bardziej zbliżał się dzień rocznicy wypadku ich mamy, tym było gorzej.

- Oluś, przecież wiesz kochanie. Mama jest w niebie, z aniołkami… - sama nie wierzyła w niebo i aniołki, ale jak miała to inaczej wyjaśnić kilkulatce? - No już, kładź się, jutro musimy wcześnie wstać. Przykryję cię kocem mamy, dobrze? To tak, jakby mama tu była i sama cię przytulała. - udało jej się opatulić kocem i przyciągnąć do siebie wciąż pociągającą noskiem dziewczynkę.

Zasnęła. Nareszcie. Teraz Magda miała chwilę dla siebie… Nie tyle dla siebie, co na naukę. Ostatnia klasa technikum. Tak bardzo nie chciała tego zawalić. Dla mamy. I dla taty w sumie też, ale z nim było trudniej. Po śmierci żony nie mógł patrzeć na dwie jej kopie w domu i oddalił się od córek. Teraz to Magda zajmowała się domem i Olą. Na początku współczucie rodziny przyganiało kogoś na pięć minut, potem, z upływem czasu zapał ostygł, więc nie mogąc za bardzo liczyć na wsparcie, sama musiała się wszystkim zająć.

Magda nie mogła się skupić na notatkach, wyciągnęła zdjęcie mamy i gruby zeszyt w twardej oprawie. Na czystej stronie zapisała bieżącą datę i zaczęła pisać:

Mamusiu!

Rzadko tak mówiłam do Ciebie za życia… Wydawało mi się, że z tego już wyrosłam. I że to dobre co najwyżej dla dzieciuchów, takich jak Olka. A ona tak strasznie potrzebuje mamusi. Potrzebuje Ciebie. Nie jestem w stanie jej tego zastąpić. 

Powiedz mi, co mam zrobić?Magia kocyka coraz mniej pomaga. Ostatnio zrobiłam racuchy. Wychodzą mi już takie jak Twoje, ale racuch nie zastąpi Oli Ciebie. I ja też Cię potrzebuję, nie racuchów…

Tata wychodzi wcześnie, wraca późno. Nadal stara się nie bywać w domu. Czy to się kiedykolwiek zmieni?

Westchnęła i odłożyła długopis. Nie mogła zrozumieć, po co to pisze. Mama jej nie odpowie. Nie wyśle jej listu z nieba…

-List! To jest pomysł! - powiedziała sama do siebie. I zadowolona z siebie, w końcu sama położyła się spać.


-Olka! Wstawaj! Jak nie wstaniesz w ciągu 5 minut to się spóźnimy! - krzyk Magdy, szykującej w kuchni kanapki, rozbrzmiewał w całym mieszkaniu - Zbieraj się, śpiochu!

Krzykom odpowiedział niewyraźne mamrotanie i inne niepokojące odgłosy, zwiastujące nadejście małego rozczochrańca do kuchni.

Zaspana Ola usiadła przy stole, dosunęła sobie talerz z parówkami (jedyną formą mięsa, jaką jadła od dobrych kilku miesięcy) i półprzytomna zaczęła powoli jeść śniadanie. 

Potem powoli poszła się umyć… i ubrać.. i przynieść plecak (którego zawartość Magda porównała z planem lekcji wiszącym na lodówce)... i założyć buciki do wyjścia.


Droga do szkoły mijała im w milczeniu. Olce zwykle buzia się nie zamykała, ale dzisiaj dziewczynka wyglądała na bardzo zamyśloną.

-O czym myślisz? - zagadnęła ją Magda.

-O mamie. Jest ładnie!. Po szkole poszłybyśmy na lody i spacer - westchnęła siedmiolatka.

-Możemy pójść, jeśli chcesz - zaproponowała starsza siostra.

-Nie, nie dzisiaj. Pójdziemy kiedy indziej - iskierka, która zapaliła się na moment w jej oczach zgasła równie szybko, jak się pojawiła. Mała westchnęła i milczała, aż rozstały się pod budynkiem szkoły.


Kolejne godziny Magdzie mijały szybko, niesiona odgłosem dzwonka i szumem stron w zeszycie, ze zdziwieniem zauważyła koniec lekcji. Olka cały dzień przewierciła się na swoim krzesełku, niewiele na to pomagały uwagi pani, więc moment, w którym zobaczyła czekającą na nią przy schodach Magdę, powitała z ulgą:

-Madzia! - biegiem ruszyła w kierunku siostry, wpadła na nią z całym impetem, uwieszając się na zaskoczonej nastolatce.

-Komuś się tu poprawił humor…

- Żebyś wiedziała! Ten dzień był straszny. Szkoła to więzienie! - konstatacji towarzyszyła naburmuszona minka - Dlaczego muszę chodzić do szkoły?

-Wszyscy muszą.

-Nieprawda! Tatuś nie musi! - mała nie odpuszczała.

-Bo tata dawno temu skończył szkołę, a teraz chodzi do pracy…

-To ja też chcę do pracy! - zaperzyła się Ola.

-Jak tylko skończysz szkołę. A teraz chodź. Zjemy obiad, odrobimy lekcje i coś porobimy. - Magdzie udało się szybko zakończyć dyskusję.


Ola machała pod stołem nogami, dłubiąc w talerzu. Zapiekanka makaronowa to nie szczyt marzeń, ale Magda dopiero uczyła się gotowania czegoś więcej niż gotowiec z mrożonek. I wychodziło jej to całkiem nieźle. Obie polubiły jej zapiekanki.

-Mam pewien pomysł - przerwała ciszę panującą od kilku minut Magda.

-Taaaak? - Ola liczyła, że tym pomysłem będzie plac zabaw i lody, chociaż patrząc na rozgrzebany makaron z serem na własnym talerzu, nie robiła sobie wielkich nadziei.

-Napiszemy i wyślemy list do mamy.

-Magda, listonosz nie zanosi listów do nieba - mała spojrzała na starszą siostrę jak na wariatkę.

-Listonosz nie, ale balonik?

-Balonik doleci do mamy? - kilkulatka nie wydawała się przekonana do tego planu.

-Pewnie! Napełniony helem! Pamiętasz, jak taki wypuściłaś w zeszłym roku z rączek i jak wysoko poleciał? A ty napiszesz krótki liścik. Będzie mało ważył i na pewno doleci do mamy.

Ola zeskoczyła z krzesła i pobiegła do swojego pokoju. Przyniosła kartkę z bloku, którą Magda pomogła jej przeciąć na pół i wszystkie kredki i pisaki, jakie była w stanie unieść w małych rączkach. Z bardzo skupioną i poważną miną zasiadła do pisania.

-Madzia, co mam napisać? - mała po dłuższej chwili wpatrywania się w papier i przekładania kredek w rękach zapytała zrezygnowana siostrę.

-To co chcesz i czujesz… Że tęsknisz za mamą, że ją kochasz mocno. Może jej opowiedzieć wszystko!

-Aha… - zamyślona Ola wybrała czerwoną kredkę i przystąpiła do dzieła:


Mamusiu!

Madzia muwi, że moge ci napisać wszystko. Tęsknie i koham cie. Wszyscy tensknimy. Madzia i tata terz. Madziaj jóż na mnie nie krzyczy tyle, wiesz? Jest dla mnie prawie taka dobra jak ty. Za to tata dórzo pracuje i za nim tesz tensknie. Madzia mówi, rze wszystko widzisz z nieba.

Twoja Olka


Stronę z listem ozdabiały czerwone serduszka i pstrokate kwiatki. Gotową kartkę Ola złożyła na cztery i wspólnie z Magdą zakleiła niewielką kopertkę, której róg przedziurawiły dziurkaczem. Ponieważ pisanie listu szło żmudnie, Magda po zakończonej pracy nad nim, zawyrokowała:

- Robi się późno. Dzisiaj już nie damy rady pójść po balonik i do parku. Wyślemy go jutro po szkole, dobrze?

Zmęczona dziewczynka kiwnęła głową i pobiegła do swojego pokoju. Trzymała w rączkach list, jak największy skarb. Aby się nie zgubił, noc spędził pod poduszką, a rano zajął honorowe miejsce w piórniku, obok innych rezydujących tam skarbów - gumki-świnki, zielonego piórka i kilku brokatowych naklejek. Ten dzień obu siostrom zleciał bardzo szybko.


Równie szybko minęła im droga do parku. Gdy się zatrzymały, Magda wyciągnęła z plecaka dziwną tubę, motek wstążki, nożyczki i opakowanie balonów.

-Wybierz kolor - z uśmiechem podsunęła Olce opakowanie z kolorowymi balonami.

-Żółty! - bardziej zakomenderowała niż wybrała młodsza siostra.

Magda tylko kiwnęła głową, po czym wyjęła żółty balon i sprawnie napełniła go helem z tuby. Związała go wstążką, odwijając jej spory kawałek, by po drugiej stronie przywiązać kopertę z listem.

-Podaj kopertę - poleciła Oli.

Nastąpiło nerwowe przeszukiwaniu piórnika:

-Madzia, nie ma go! Zgubił się! - zrozpaczona Ola zaczęła przetrząsać zawartość całego plecaka. - Jest! - krzyknęła z ulgą, wyciągając list z zeszytu ćwiczeń.

Magda pokręciła tylko głową i przywiązała wspólnie z Olą kopertę do balonika.

-To co, puszczamy?

Ola pokiwała głową.

-To licz ze mną! Na trzy puszczamy - poinstruowała siostrzyczkę.

- Raz… Dwa… Trzy… - balonik wzniósł się w powietrze, niesiony wiatrem.


***


Następnego dnia


Magda urwała się wcześniej ze szkoły. Jeszcze rok temu oznaczałoby to wagary z Dagą i Sarą, ale tamte czasy minęły. Teraz jest odpowiedzialna. Za siebie i za Olę. Głównie za Olę. Ale dzisiaj musiała wyjść wcześniej. Nie chciała zabierać małej ze sobą na cmentarz.

Przed bramą nekropolii kupiła wiązankę lilii. Żółtych. W końcu był to ulubiony kolor mamy.

Drogę do kwatery znała na pamięć. Od czasu do czasu się tutaj wymykała. Porozmawiać, posiedzieć, posprzątać. Dzisiaj minął rok od jej śmierci. Musiała tutaj być, chociaż na chwilkę.

Ze smutkiem spojrzała na litery wygrawerowane na marmurowej tablicy. Zgarnęła kilka suchych liści, zabrała wypalone znicze. Nalała wody do wazonu i wstawiła kwiaty.

-Tęsknię, mamo… Bez ciebie jest nam tak trudno. - samotna łza spłynęła po policzku dziewczyny. - Tak bardzo cię potrzebujemy, ale to wiesz, prawda?

Wiedziała, że mama jej nie odpowie, że nikt nie odpowie na jej cichy szept.

Coś zaszeleściło w cisie obok. Stadko wróbli, czymś spłoszone, poderwało się nagle do lotu. Za to spomiędzy gałązek prześwitywały strzępki żółtego balonika, zwisała splątana wstążeczka, wystawał rąbek listu.


---------


Edit: Ilustracja autorstwa @CzosnkowySmok - dziękuję!


#naopowiesci #zafirewallem #tworczoscwlasna

91761834-76b1-4d6b-9fe7-31c1c8d7bad0

Zaloguj się aby komentować

Siedząca na tronie,

w podwójnej koronie…


A nie! Tutaj się nie rymuje, tylko prozą pisze! Przepraszam!


Prawdą jednak jest, że koleżanka @KatieWee , która zwyciężyła w I edycji konkursu prozatorskiego (nie mylić z prozaicznym!) #naopowiesci , w pięknym, choć mocno nietypowym stylu, została również zwyciężczynią w naszym konkursie sonetowym! Ponawiam gratulacje!


Prawdą jest również to, że w naszym konkursie prozatorskim zażyczyła sobie żebyśmy napisali bildungsroman (swoją drogą, czy opowieść o dorastaniu w domu dziecka można nazwać bidulsromanem?). No to proszę:


***


Kamil Ślimak


Kamil Ślimak posiadał pewną wyjątkową umiejętność. Wszystkie czynności i zadania, których się podejmował, z jednakowym powodzeniem i efektem potrafił wykonywać tak od początku do końca, jak i od końca do początku.


Zaczęło się to wszystko we wczesnym dzieciństwie. Tak jak u wszystkich innych dzieci, również u Kamila pierwszym słowem, które wypowiedział było słowo „mama”. Prędko jednak, a nieświadomie, zaczął to słowo wypowiadać w swoim stylu, to znaczy od tyłu. To „mama” brzmiało wówczas jak „amam”. Dla Kamila nie stanowiło to żadnej różnicy, ogromną różnicę stanowiło natomiast dla jego matki, pani Aldony Ślimak, która myślała, że jej syn jest ciągle głodny. Chcąc zapewnić swojej pociesze jak najlepsze warunki rozwoju, oprócz matczynej miłości zapewniała mu również pokarm w ilościach, których, jak się jej wydawało, jej syn się domagał, a której w rzeczywistości wcale nie potrzebował. Dziecko w wieku niemowlęcym i wczesnym dzieciństwie naturalnie przyjmuje jednak, że to co robi matka jest dla niego dobre i słuszne, więc Kamil zjadał wszystko to, co pani Aldona mu podawała.


Z tego powodu chłopiec szybko i mocno przybrał na wadze. Nie stanowiło to problemu przez całe jego beztroskie dzieciństwo: jeśli nikt nie powie im, że jest inaczej, dzieci przyjmują świat za oczywisty takim, jakim go widzą. Dotyczy to również ich własnego ciała. Nadmiar tkanki tłuszczowej stał się jednak problemem kiedy skończyła się beztroska część dzieciństwa Kamila i, zgodnie z obowiązkiem powszechnej edukacji, rodzice musieli posłać go do szkoły. Przez kolegów i koleżanki z klasy był wówczas nazywany Grubasem, Świnią, lub ewentualnie Spaślakiem. Na lekcjach wychowania fizycznego dzieci nie omieszkały również wykorzystywać potencjału, jaki tkwił w jego nazwisku. Za każdym razem, kiedy Kamil dobiegał do mety jako ostatni, albo kiedy pani Malinowska, wychowawczyni jego klasy, podwyższała naskok przed kozłem tak, żeby Kamil był w stanie przez tego kozła przeskoczyć, za plecami, a czasami nawet prosto w twarz, mógł usłyszeć: „Ruszasz się jak spasiony ślimak!”.


Ciężkie czasy tworzą silnych mężczyzn. To powiedzenie sprawdziło się również w przypadku Kamila. To właśnie dzięki swojej tuszy odkrył, że tę wyjątkową umiejętność którą posiadał może wykorzystywać świadomie i w ten sposób uczynić swoje życie przyjemniejszym i łatwiejszym. Kamil postanowił schudnąć, ale za to zadanie zabrał się od końca. Najpierw więc zrzucił zbędne kilogramy i zajął się rzeźbą ciała, natomiast dietę i ćwiczenia, które dla zwykłego człowieka są pierwszym krokiem do realizacji takiego postanowienia jakie Kamil powziął, odłożył na bliżej nieokreślone później. Efekty, które pojawiły się nieoczekiwanie i nagle wywołały w klasie lekką, acz chwilową konsternację. Nie jest jednak łatwo wyjść z roli, w jaką raz wciśnie człowieka społeczność, w której temu człowiekowi przyszło żyć. Z tego powodu, choć wyzwiska skończyły się – bo nie było już powodu ani sensu żeby nazywać Kamila Grubasem, Świnią lub ewentualnie Spaślakiem – nie udało mu się zbudować koleżeńskich relacji z żadnym dzieckiem z jego klasy. Kamil się zmienił, ale reszta dzieci się nie zmieniła. Uprzedzenia również pozostały takie same.


Wydarzenia te miały miejsce w szóstej klasie podstawówki, Kamil więc wiązał niejakie nadzieje z rozpoczęciem nowego rozdziału w życiu, jakim miało być gimnazjum. Życie jednak daje nadzieję, a później z zimną krwią ją odbiera. We wrześniu, kiedy Kamil przekroczył progi innego już budynku, kiedy skończył się apel z okazji rozpoczęcia roku szkolnego i uroczystość przyjęcia pierwszaków w poczet gimnazjalistów, kiedy wszedł wreszcie do sali numer 102, gdzie, już w gronie klasowym, miał dobiec końca pierwszy dzień w nowej szkole, okazało się, że zmieniło się wszystko poza ludźmi. Inna była szkoła, inny był patron, inna była sala lekcyjna, inna była wychowawczyni, inna była nawet literka w nazwie klasy – tak jak w podstawówce Kamil chodził do klasy „d”, tak teraz został uczniem klasy „b” – a tylko koledzy i koleżanki byli ci sami, z którymi Kamil chodził do podstawówki.


I może wszystko nadal byłoby tak samo jak wcześniej, gdyby nie kwietniowe wydarzenia, kiedy to we wtorek, zaczynając zajęcia od drugiej godziny lekcyjnej, Kamil szedł smętnie w kierunku szkoły. Mijał po drodze grupkę uczniów trzeciej klasy, którzy wyróżniali się wśród szkolnej społeczności: nosili czarne stroje, ciężkie buty i plecaki typu kostka obszyte naszywkami z nazwami zespołów oraz wizerunkami mieczy, krwi i potworów. Chłopcy mieli długie włosy, dziewczęta mnóstwo kolczyków i ciemny, mocny makijaż. Wydawali się być zgraną grupą przyjaciół i może tym właśnie w jakiś sposób imponowali Kamilowi. A może po prostu z powodu swojej samotności zazdrościł im tego zżycia, które mógł między nimi zaobserwować.


– Zmienili sprzedawczynię i ta nowa k⁎⁎wa nie chce mi sprzedać fajek! – Do uszu Kamila dobiegły słowa jednego z chłopaków, członka grupki, która stała przed osiedlowym sklepem. Niewiele myśląc wszedł do sklepu i poprosił o paczkę papierosów. Ponieważ zadanie to postanowił zrealizować od końca, sprzedawczyni najpierw podała mu papierosy, a on wyszedł z nimi ze sklepu jeszcze przed tym zanim sprzedawczyni zdążyła nie tylko zapytać go o dowód osobisty, ale również o pieniądze.

– Proszę – powiedział podając paczkę chłopakowi, który wydawał mu się kimś w rodzaju przywódcy grupy.


Okazało się, że Jurek, bo tak chłopak miał na imię, rzeczywiście grał w grupie pierwsze skrzypce, czy może raczej gitarę prowadzącą, bo oprócz tego, że długowłosi chłopcy byli paczką szkolnych przyjaciół, to w wolnym czasie zajmowali się muzyką tworząc młody heavymetalowy zespół o nazwie Łzy Szatana. Dziewczyny natomiast stanowiły zalążek ogromnej rzeszy ich przyszłych fanek, wśród których – rzecz niemal pewna – spory odsetek miał być również gruppies. Chłopcy ćwiczyli sumiennie, zarówno w aspekcie muzycznym, jak i w obszarze codziennego życia gwiazdy rocka. Kamil zaś nie tylko został przyjęty do paczki, ale stał się również kimś w rodzaju menadżera zespołu jak również i zaopatrzeniowca. Zdecydowały o tym względy praktyczne, związane z jego szczególnymi umiejętnościami. Jeśli chodzi o działanie zespołu, skupiał się głównie na odbieraniu odpowiedzi od wytwórni płytowych na temat niewysłanego jeszcze do nich dema zespołu – jeśli odpowiedź była negatywna, takiego dema nie tylko nie było sensu wysyłać, ale nawet i nagrywać – oraz od klubów muzycznych w sprawie organizacji koncertów. W kwestii życia gwiazdy rocka Kamil korzystał ze swojego talentu tak jak zrobił to na początku, kiedy przyniósł ze sklepu paczkę papierosów, której ekspedientka nie chciała sprzedać Jurkowi. Zaopatrywał grupę w alkohol i papierosy bez konieczności posiadania takich nic nieznaczących i zbędnych rzeczy jak pieniądze czy dowód osobisty. Znalazł również uznanie wśród koleżanek, a to głównie z tego powodu, że wszystko robił wychodziło mu równie dobrze zarówno od przodu jak i od tyłu.


Kamil był wreszcie szczęśliwy. Nie tylko z powodu znalezienia własnego towarzystwa, w którym czuł się dobrze, ale też z racji fascynacji muzyką, którą to towarzystwo w nim zaszczepiło. Szczególnie upodobał sobie zespół Led Zeppelin, którego słuchał na okrągło, kiedy tylko mógł, a kiedy nie mógł, to podśpiewywał sobie utwory tego zespołu: te bardziej oraz te mniej popularne.


Pewnego dnia Kamil brał poranną kąpiel. Leżał, tak jak lubił, w wypełnionej gorącą wodą wannie, a łazienkę wypełniały kłęby pary unosząc lekki zapach olejku kokosowego, którego dolał do kąpieli w celu złagodzenia bólu głowy będącego efektem wczorajszej próby Łez Szatana. Nie do końca jeszcze obudzony, niemal nieświadomie zanucił jeden z większych hitów swojego ulubionego zespołu, utwór Stairway to heaven. Traf jednak chciał że – chyba z przyzwyczajenia – zrobił to od tyłu. Kiedy z jego słów padły zaszyfrowane w tej odwróconej wersji słowa Oh here’s to my sweet Satan, woda w wanie zrobiła się gorętsza, para przybrała ciemniejszy odcień, a unoszący się w powietrzu zapach kokosa wymieszał się z wonią siarki. W łazience pojawiła się rogata postać. Na wezwanie Kamila zjawił się u niego sam Książę Ciemności.


– Dlaczego się zakrywasz? – zapytał Kamila Szatan, bo ręka chłopaka natychmiast, kiedy tylko zauważył obcą postać w łazience, powędrowała w kierunku genitaliów, żeby je osłonić.

– Bo jestem nagi – odpowiedział Kamil.

– I myślisz, że nigdy cię nie widziałem nagiego? Przecież sam mnie prosiłeś żebym oglądał twoje grzechy. Ostatnio na przykład, jak z Marzeną… A zresztą, nieważne. Nie po to tu przyszedłem.

– To… – chłopak zmieszał się, bo powoli docierało do niego z kim właśnie rozmawia. Do tej pory traktował ten cały piekielny anturaż jako element strategii marketingowej zespołu, sam siebie miał natomiast za ateistę. Nie wierzył ani w Boga, ani, tym bardziej, w Szatana.

– To po co przyszedłeś? – Kamil dokończył pytanie.

– No bo mnie wzywałeś? – Szatan wydawał się być równie zdziwiony, co Kamil przestraszony.

– Ja? – chłopak denerwował się coraz bardziej.

– No przecież, że ty – odpowiedział Szatan. – A teraz powiedz czego ode mnie chcesz, bo trochę nie mam czasu.

– Ja… Skończyło już się to żeby, chcę ja. – Bo Kamil rzeczywiście chciał, żeby to wszystko już się skończyło. Żeby Szatan sobie już poszedł i zostawił go w spokoju. Ze zdenerwowania nie zauważył nawet, że wypowiedział to zdanie od końca.

– No cóż – odparł Szatan. – Co prawda umowa z górą była taka, że z Apokalipsą mieliśmy zaczekać do roku 2137, ale skoro sobie tego życzysz…


I wówczas zamknęła się Świątynia Boga, z oczu ludzi zniknęła Arka Przymierza. Trzęsienie ziemi ustało, a grad uniósł się ku ciężkim chmurom wiszącym nad światem. Działo się to wszystko przy przeszywającym powietrze dźwięku Siódmej Trąby.


***


1454 słowa.


#zafirewallem

#tworczoscwlasna

@George_Stark cóż za wspaniale absurdalne opowiadanie Pomysł bardzo oryginalny i świetnie się czytało. Ty mnie chyba w ciula chciałeś zrobić, że nic nie napiszesz

@George_Stark Świetne, obśmiałam się! A najbardziej z fragmentu: "Znalazł również uznanie wśród koleżanek, a to głównie z tego powodu, że wszystko robił wychodziło mu równie dobrze zarówno od przodu jak i od tyłu." - to jest tak absurdalnie urocze

Zaloguj się aby komentować

No dobra wcale nie było tak ciężko jak mogłoby się wydawać. Zachęcam, więc resztę pisarzy amatorów do udziału. A póki co możecie sobie poczytać moje opowiadanie do II edycji konkursu #naopowiesci . Z dedykacją dla @UmytaPacha , życzę Ci słodkich snów po jego przeczytaniu.


Osiem nóg ambicji


Nasza mama mocno się postarała przędąc kokon. Był on mięciutki, milutki, a zarazem bardzo wytrzymały. Leżałem sobie w nim jako jajeczko razem z moimi czterystoma braciszkami i siostrzyczkami. Było mi ciepło i przyjemnie. Fajnie też, że było nas tu tak dużo, bo jak wiadomo - w kupie zawsze raźniej!


Byłem jednym z pierwszych, któremu wyrosły łapki. Dalej wyglądałem jak jajeczko, ale z nóżkami. Mogłem się już poruszać choć dosyć nieporadnie. Taka to była ze mnie malutka, śmieszniutka nimfa. Miałem jednak ambicje. Chciałem zostać dużym pajączkiem! Zamierzałem dopomóc szczęściu i aktywnie się o to postarać. Więc gdy tylko poczułem, że moje ząbki już trochę stwardniały, wbiłem je od razu w moją małą siostrzyczkę. Wysysałem z niej życiodajne płyny i to było to! To na pewno przyspieszy mój rozwój!


Po pewnym czasie zrzuciłem z siebie tę nieporadną okrągłą powłokę. Zostałem w ten sposób prawdziwym pająkiem! Co prawda malutkim i niewiele mogącym, lecz już poruszałem się z dużo większą gracją. Mogłem już ćwiczyć bieganie i robiłem to z chęcią i nieustannie. Biegałem po wnętrzu kokonu jak tylko się dało - prosto, bokiem, do góry nogami, a nawet po głowach mojego rodzeństwa. A właśnie! Dzięki siostrzyczce w moim brzuszku byłem jednym z większych, o ile nie największym pajączkiem z całego kokonu! 


Nadszedł czas kolejnego linienia, bo już nie mogłem się zmieścić w moim pancerzyku. Położyłem się więc na plecach i parłem i napierałem, aż ciasny karapaks, na którym leżałem w końcu pękł. Zacząłem wtedy wypychać się nogami i powoli uwalniałem po kolei każdą z nich, po chwili udało mi się opuścić starą chitynową skorupkę. Od razu spostrzegłem, że jestem większy, lecz byłem też śmiesznym żelkiem, prawie, że przeźroczystym. Musiałem na siebie uważać przez kilka najbliższych dni i cierpliwie czekać, aż mój nowiutki pancerzyk stwardnieje i stanie się dla mnie ochroną. Póki co wziąłem się za rozciąganie i ćwiczenia moich wyraźnie dłuższych nóżek.


Te kilka dni minęło jak z bicza strzelił! Czułem się już duży i silny, ale chciałem być jeszcze większy! Być dużym pająkiem to jest to! Zebrałem się więc z kilkoma braćmi i siostrami, wyróżnialiśmy się wielkością i sprawnością na tle reszty rodzeństwa, oprócz tego wyróżniała nas również ambicja. A dlatego też byliśmy tacy duzi i silni, bo każdy z nas na którymś z etapów rozwoju posilił się jakąś mniej poradną jednostką. Tak to już jest, że słabi choć w ten sposób mogą się przysłużyć dla dobra sprawy. Bo teraz my wykorzystamy naszą wielkość i siłę dla dobra reszty kokonu! Wzięliśmy się za jego metodyczne rozrywanie. W końcu będziemy mogli wyjść i polować na muszki i małe robaczki! Już nie będzie trzeba uszczuplać liczebności rodzeństwa i każdy będzie mógł pójść swoją drogą i się rozwijać! Od teraz każdy nasz brat i siostra będzie mógł wyrosnąć na dużego pająka! 

Rozrywanie kokonu strasznie mnie zmęczyło, stanąłem trochę z boku i patrzyłem jak Stefek, choć nic nie robił, nie daje sobie rady z wygramoleniem się na zewnątrz. Jak on sobie poradzi w świecie zewnętrznym? Chyba zrobię przysługę i sobie i jemu - pomyślałem zatapiając zęby w Stefkowym karapaksie.


Kolejne dni po wyjściu z kokonu były dosyć przerażające. Biegałem wśród tumanów kurzu pod kanapą. Pamiętałem co mówiła mama, żeby nie wychodzić spod niej jak jest jasno, bo poza jej obrębem czeka nas tam wiele niebezpieczeństw.

- Te giganty, z którymi mieszkamy pod jednym dachem i żyjemy z nimi w symbiozie, mają tendencję do wpadania w panikę na nasz widok. A ich gwałtowny strach często przeradza się w akt bezrozumnej przemocy. - mawiała.

Z tego powodu byłem ostrożny i kilka dni poświęciłem na badanie najbliższego otoczenia i szukaniu pożywienia w obrębie bezpiecznego podkanapia. Raz wpadła mi na kiełka muszka owocówka, lecz cóż to za posiłek? Co najwyżej przekąska, po której zrobiłem się jedynie jeszcze bardziej głodny i spragniony rozwoju. Wiedziałem, że to stanowczo za mało, żebym mógł zrzucić kolejną wylinkę. A taki właśnie był mój cel! Dodatkowo miałem ambicję zrobić to jak najszybciej!


Pewnego dnia poczekałem na skraju podkanapia, aż zrobiło się ciemno. Ruch w pokoju ustał i nie wyczuwałem już żadnych wibracji, oprócz delikatnego powiewu powietrza z otwartego okna. Zamarłem w bezruchu i czekałem cierpliwie starając się wypatrzeć swoją ofiarę. Swoją szansę na dalszy rozwój.

- Cierpliwość to największa pajęcza cnota. Ważniejsza niż szybkość i siła. - mama powtarzała nam te słowa, aż do znudzenia.

 Mijały kolejne godziny i nic się nie zmieniło. Przez ten czas zauważyłem tylko kilka muszek owocówek w dosyć dużej odległości. W pierwszym odruchu chciałem biec za nimi i choć trochę się posilić, powstrzymałem się jednak. To by mi nic nie dało, gdyż ofiara musiała być zdecydowanie większa. Chcę zostać dużym pająkiem i nie będę zadowalał się byle drobnicą!

Nagle poczułem delikatne wibracje i po chwili spostrzegłem to na co czekałem. Nie była to nawet mucha, lecz najprawdziwszy tłusty karaluch! Na pewno będzie on dla mnie wyzwaniem ale powinienem dać sobie radę! Byłem największy z całego kokonu, więc jak nie ja to kto by podołał takiemu zadaniu?! 

- Dasz radę, dasz radę, jeszcze chwila. - mamrotałem, a karaluch się zbliżał. 

- Jeszcze kawałek, jeszcze troszeczkę...

Wyskoczyłem spod kanapy i rozpocząłem szaleńczy bieg w stronę niczego nie spodziewającego się karalucha! Jeszcze chwila i zatopię kły w tym tłuściutkim karaczanku! Będę duży! Będę silny! 

I kiedy miałem już robić ostatni sus w jego stronę, zostałem oślepiony. Cały pokój rozświetliło sztuczne światło, a ja wybity z rytmu przystanąłem i patrzyłem chwilę za czmychającym pod szafę karaczanem. Zaraz poczułem jednostajnie narastające drganie. Czyżby to był pisk? Po chwili dołączyły do niego dużo silniejsze rytmiczne drgania. Czyli muszą to być kroki. Nim zdążyłem połączyć to wszystko w logiczną całość, spoglądałem już w swoje przeznaczenie - był to legendarny i mityczny kapeć zmierzający nieubłaganie w moim kierunku. Już nie zdążę uciec! Już nic nie zrobię! Już nie będę duży! Trudno. Pozostaje mi przyjąć to ze spoko... 


#zafirewallem #tworczoscwlasna

fde3fefe-e917-484f-8624-95c52ac1fcfe

Zaloguj się aby komentować

Wiecie gdzie można wrzucać swoje wysrywy i dostać za to feedback? Albo gdzie czytają?

#zafirewallem #naopowiesci

Bez tytułu


Początek nie zaskakujący niczym. W szpitalu na Mazurach urodził się chłopczyk  a przy nim byli rodzicę, nadjący mu imię Gracjan, w radiach grało disco polo, wszyscy byli weseli, ale matka wycieńczona porodem. Rodzinka była średnio zamożna na nic nie brakowało i mieli stabilną sytuację finansową, Gracjan jest jedynakiem i nim pozostanie. Jak mamie się polepszyło to rodzinka zrobiła imprezkę, wódeczki nie było za dużo za to rozmowy, tańce i śpiewy a maluszek wzbudzał zainteresowanie największe u wszystkich członków rodziny.  Dziadkowie nie szaleli bo nie mieli siły za to najbardziej ciotki z wujami wywijali na parkiecie, mama się  martwiła o syna, jednak lekarze mówili, że cały zdrowy jest i nie ma co się martwić.Wiadomo z wiekiem zaczął mówić, chodzić, z rodzice bardzo dbali o niego by był zdrowym i szczęśliwym maluszkiem, jednak też by doświadczał bólu to znaczy, nie pilnowali go cały czas bardzo dokładnie tylko niech się czasem przewróci, zedrze nogę i uczył się na własnych błędach czy poznawał życie na swój sposób. 


Wiadomo z wiekiem zaczął uczęszczać do szkoły. Szkoła piękne miejsce pełne zawiści, nierówności społecznych, pierwsze papierosy, kontakty, dramy i co najgorsze alkohol. W gimnazjum na luźnym ognisku klasowym gdzie było 15 chłopców i drugie tyle dziewcząt jedna osoba przyniosła wódkę, która z czasem okaże się zgubą dla Gracjanka. Pierwszy raz był luźny mało jednostek wystarczyło by rozmowy się lepiej kleiły, muzyka była bardziej barwna, lepiej bujała za to ciało rwało się do tańca a głos do śpiewu. Zabawa była przednia cała klasa hulała, niektórzy przeżyli pierwszy seks, pierwsze pocałunki. Gracjan za to zakochał się wódce pięknej kusicielce bawiącej się uczuciami tych, którzy ją skonsumują doprowadzając z czasem do ich całkowitego wyniszczenia. Od tego feralnego ogniska poszło dalej kolejne wyjścia grille, nie grille, mecze, olimpiady, imieniny, urodziny, wakacje, ferie. Każda okazja była dobra by się napić, ale w tym wieku nie było tak łatwo kupić.


Po osiemnasatych urodzinach to już weszło na grubo zaczęło się częstsze spożywanie, trochę się z barku pobierało, można było kupić samemu. Jednak też nie tylko wódka, ale swobodny wybór spowodował podejścia do innych trunków jak:whisky, wino, rum. Gracjan nie chciał się przyznać przed sobą, że chodzi tylko o to by klepało a udawał konesera, mówił o bukietach smakowych, aromatach. Uszkodzenia mózgu, oraz układu nerwowego były na tyle przyjemnym doznaniem, że nie myślał, o zaprzestaniu konsumpcji czy chociażby zrobieniu badań bo przecież “ ja mam umiar, śpię dobrze, nie mam kaca, nie zawalam obowiązków”. W klasie maturalnej pojawiały się objawi zniszczenia bo nauka szła coraz gorzej, mniej pamiętał nauka stawała się coraz trudniejsza, jednak myślał, że tylko tak mu się wydaje. Szkołę skończył po czym poszedł do roboty jednak zaczęły się ręce lekko się trząść. Bliscy to widzieli, chcieli porozmawiać, ale odpowiedź była ta sama “ jest spoko, naprawdę czuję się dobrze”. Związku z tym w domu zapanowała prohibicja a nasz bohater spożywał na dworzu jak była ładna pogoda a jak gorsza to do barów. Czasem zza szyby spoglądał na deszcz i przechodziły myśli przez głowę czy jednak nie robi czegoś źle w życiu, ale kolejny łyk trucizny rozwiewał te wątpliwości. Wracał do domu niby nie chwiejąc się na nogach, ale z poczuciem winy. Natomiast następnego dnia znowu i tak w koło Macieju te same schematy. Robotę miał lekką przy komputerze więc w pracy nie wykazywał, że coś może być z nim nie tak, chociaż jednak czasem kierownictwo miało wrażenie, że Gracjan ma jakieś problemy, o których nie chce mówić. Tak to wszystko trwało do 25 roku życia, jak mieszkał sam, spojrzał rano na siebie i widział jak jest opuchnięty, oraz zaniedbany. Uznał, że w tym wieku już musi zadbać o siebie.


Więc zaczęło się spokojnie coraz mniejsze dawki, spacery, czasem książka wpadła mu w oko więc zaczął czytać. Były próby nowych rzeczy jak na ryby zabrał go znajomy z pracy, zabawa w modelarstwo składając samoloty, próbował też rysunku czy grania na instrumentach jednak czuł, że brakuje mu na to wrażliwości, chęci przekazania swoich koncepcji. Rodzina zauważyła poprawę więc cieszyli się razem z nim z jego postępów. Doszkalając się dodatkowo awansował też w pracy, zrobiło się trochę luźniej za lepsze pieniądze to też nie zaprzestał dalszej nauki, pieniądze dywersyfikował, jeździł na wakacje regularnie. Spotkał znajomych z szkoły z dawnych lat jak byli na totalnym dnie przez to co jego spotkało, więc spotykał się z nimi częściej by dodać otuchy, opowiedzieć o swoich przeżyciach. Widział, że to twardzi zawodnicy alkoholu więc podprogowo przekazywał im pewne wartości, dawał z czasem lekkie sugestie. Więc tak się toczyło powoli życie, znajomym się poprawiło, Gracjanowi też, zyskał podziw u ludzi, oraz gratulacje od nich. Rodzina cała szczęśliwa była, że jest na dobrych torach. Pomału się rozwijał, kariera szła ku lepszemu, relacje zyskiwały na zaufaniu, głębi.


Mając 30 poczuł w pełni, że jest dorosłym świadomym życia mężczyzną. Czas miał odpowiednio zagospodarowany bo było go trochę na wszystko jak: spotkania z rodziną, znajomymi, odpoczynek, pracę, spacery, pasje. Przy czym na wszystko też starczało siły, W karierze miał zaplanowane by zostać dyrektorem w największej firmie w Polsce, ale uznał że jak mu się nie spodoba to nie ma co siedzieć do końca życia i je przez to marnować tylko znaleźć coś spokojniejszego a najlepsza by była emerytura wygrzewając się w ciepłych krajach lub ogródku własnego domu podczas polskiego lata. Życie prywatne miało być stabilne, najważniejsze było dla niego własne zdrowie, potem relacje z rodziną, znajomymi, poszerzanie networkingu.Na koniec morał, że może na tym polega dorastanie by znać konsekwencję swoich działań i brać za nie odpowiedzialność, nauczyć się pokory

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci


Plusem tej zabawy, na który wcześniej nie zwróciłam uwagi, a który objawił mi się w trakcie pisania tego opowiadania, jest to, że praca nad tekstem pozwala dowiedzieć się nowych rzeczy. Gdy myślałam o fabule, przyszedł mi do głowy pomysł, żeby zanurzyć się w nim w przełomie epok. A że tematyka ta nie jest dla mnie jakaś bardzo oczywista, zaczęłam sporo googlać. Fajnie było dowiedzieć się czegoś nowego na przykład o budynku znanym mi w zasadzie tylko z Empiku, o systemie monetarnym, albo o ubiorach mieszczan w tamtych czasach. I, trochę jak bohaterów bildungsromanu, takie zanurzenie się w nieznane niespodziewanie mnie wzbogaciło.





Szarlotka


Zbyszko odłożył gęsie pióro na pulpit i zaczął delikatnie wachlować ukończoną iluminację ręką, by szybciej wyschła.

- Patrz, Pietrek, co zmalowałem!

Pietrek, który wraz ze Zbyszkiem był przypisany do tego skryptorium, obrócił się w stronę Zbyszka i pochylił nad jego stanowiskiem.

- Na świętego Kwadrata, toż to prawdziwy smok!

Zbyszko uśmiechnął się i wyprostował, dumny z siebie. Pracował nad tą miniaturą bite 7 godzin, ale nareszcie była ukończona. Smok wyglądał jak żywy, i łypał żółtym okiem wprost na czytelnika, zawinięty w ozdobną literę "T". Lecz większą radość sprawiał mu fakt, że była to ostatnia iluminacja w tym zbiorze. Jego pierwsza ukończona księga!

Od zawsze miał smykałkę do rysowania. Już jako mały smark zadziwiał krowami, końmi i świniami, które szkicował patykiem na piasku przed ich chatą. Brat Jakub, który akurat przebywał na wizycie w ich Zbuczynie, dostrzegł talent młodego i objął nad nim pieczę. Naturalnie, jego rodzice nie protestowali. Wystarczyło, że brat Jakub dał im na odchodne srebrnego półgrosza. 

Zbyszka nie bardzo obchodziły dalsze losy jego rodziny. Nigdy nie czuł się w niej zbyt dobrze. Gdy tylko zaczął chodzić i przestał wypróżniać się pod siebie, miał obowiązek zaganiać kury i przynosić jajka z ciasnych kurników, do których jego starszy brat, Zbysław, przestał się mieścić. W zasadzie, jak teraz próbował wspomnieć, to obowiązki nadeszły wcześniej, gdy chodził jeszcze ledwo. Wysyłano go wówczas na pole, żeby je nawoził. Ale potem przypadło to jego siostrze, Zbigniewie, która urodziła się prawie rok po nim.

Pietrek patrzył na smoka jak urzeczony. Idealne było w nim wszystko: wielkie zębiska, złote wypustki na grzbiecie, i czerwony koniec ogona w kształcie grotu strzały. Uścisnął Zbyszka i niemal rozlał przy tym róg z atramentem.

- To co teraz będziesz ilustrował? - zapytał Zbyszka.

- Jeszcze nie wiem. Jeśli brat Albert niczego już dziś nie przyniesie albo Ty nie dokończysz strony, to na dziś chyba fajrant.

Pietrek spojrzał na swoją dzisiejszą pracę. Szło mu wyjątkowo jak jucha z nosa. Niby był już w dwóch trzecich kopiowanego tekstu, ale wciąż liczył na to, że tekst przepisze się samodzielnie. Nie czuł jednak znoju. I mimo wiecznie utytłanych atramentem rękawów i zdartych pumeksem rąk, po prostu lubił pisać.

Losy Pietrka były podobne, choć jednak nieco gorsze do tych Zbyszka. Przyszedł na świat w Kozirynku i został “odkryty” przez brata Jakuba, gdy przy pomocy kawałka kredy ozdabiał ludziom okiennice wymyślnymi szlaczkami w zamian za jedzenie. Jego matka zmarła w połogu; jego ojciec zaś, wioskowy pijaczyna, nie poczuwał się do niczego więcej, niż rzucania w swojego syna kamieniami. Brat Jakub nie musiał nawet oferować półgrosza za wykup chłopca; ojciec pozbył się go z radością (a przynajmniej wybełkotał coś radosnego), zawieszony na płocie przy wychodku sąsiada.

Ich rozmowę przerwały odgłosy zbliżających się kroków. Chłopcy szybko zajęli swoje stanowiska jak gdyby nigdy nic, i, udając skupienie, chwycili za pióra. Po chwili drzwi do ich skryptorium się otworzyły.

Chłopcy obrócili się i rozszerzyli ze zdziwienia oczy, gdyż do pomieszczenia wszedł brat Albert w towarzystwie brata Jakuba.

Nie widzieli swojego dobrodzieja od momentu, gdy przywiózł ich do klasztoru i zostawił pod opieką swoich braci. Klasztor Benedyktynów stał się ich nowym domem i szkołą, gdzie pobierali nauki związane z przepisywaniem ksiąg. Powiedziano im, że gdy osiągną właściwy wiek, będą mogli przywdziać habity i dołączyć do braci. Na razie mają zarabiać na swoje utrzymanie, pracując w skryptorium. 

Było to trzy lata wcześniej. Bez problemu jednak poznali brata Jakuba, choć od czasu przywiezienia chłopców do Tyńca znacznie posiwiał. W końcu miał już jakieś 35 lat. 

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. - cichym, spokojnym głosem przemówił do chłopców.

- Na wieki wieków, amen!

- Mam nadzieję, chłopcy, że odnaleźliście się w naszych murach. Widzę, że praca wre i nie żałujecie atramentu… Ależ niezwykły smok! - uśmiechnął się, gdy przechylił głowę, by lepiej dojrzeć pergaminy leżące na pulpitach. Zbyszko aż promieniał z dumy i bardziej odchylił się na ławie, by brat Jakub mógł lepiej przyjrzeć się jego iluminacji. Pietrek zmarkotniał i zasłonił sobą swój pergamin, by dobrodziej nie widział jego niczym nie wyróżniających się bukw.

Brat Albert dał Jakubowi jeszcze chwilę, po czym odchrząknął.

- Bracie Jakubie, przyszedłeś tu chyba z pewną nowiną. - przypomniał z nutą niecierpliwości w głosie.

- Ach, tak! Prawie żem był zapomniał. Chwała Bogu, Albercie, że jesteś tu ze mną! Inaczej wsiąkłbym, godzinami patrząc się na tego wyjątkowego smoka!

Pietrek popatrzył na Zbyszka, który aż spąsowiał na twarzy. Od lat nie słyszeli żadnych pochwał; nic dziwnego, że Zbyszko przeżywa najlepsze chwile swojego życia. Młody skryptor poczuł napływające do oczu łzy, zaraz jednak zdusił je w zarodku. To nie czas i nie miejsce, by się nad sobą użalać. 

Brat Jakub wyprostował się i z uśmiechem objawił:

- Chłopcy, jeden z was ma ogromne szczęście. Pan Jan Haller pragnie zatrudnić skryptora do pracy w swoim przybytku.

Zbyszko i Pietrek spojrzeli na siebie. Kim jest Jan Haller? Czy to jakiś książę? Nie, niemożliwe - brat Jakub użyłby właściwego tytułu. Może jakiś kasztelan? Albo duchowny? No bo kto inny miałby chcieć zatrudnić skryptora do pracy?

- Jan Haller otworzył w Krakowie drukarnię. - wyjaśnił brat Jakub, jakby czytając chłopcom w myślach. - Jest kupcem.

- Kupcem?! - wykrzyknęli chłopcy, nie bacząc na to, że rozmawiają ze starszym od siebie duchownym. Gdyby nie było tu brata Jakuba, brat Albert na pewno zlałby im ręce rózgą!

- Potrzebuje pomocnika do pracy nad swoimi… wyrobami. - dopowiedział zniesmaczony brat Albert. - Jako że brat Jakub jest z nim w dobrych stosunkach, pan Haller zdecydował się powierzyć mu wybór.

Pietrek spuścił nos na kwintę. Wiedział, co to oznacza. Prasa drukarska nie radziła sobie jeszcze zbyt dobrze z ilustracjami; wydawca na pewno potrzebuje świetnego iluminatora. A tym był Zbyszko. Który, wnosząc po poprzednich pochwałach, miał tę pracę jak w banku. Zbyszko wyglądał, jakby doszedł do tego samego wniosku - wiercił się nieco na ławce, wpatrzony z wyczekiwaniem, aż usłyszy swoje imię.

- Nie byłbym sobą, gdybym nie powierzył tej pracy osobie, w którą wierzę.

“No, mów” - pomyślał z goryczą Pietrek.

“No, mów” - pomyślał z niecierpliwością Zbyszko.

- Pietrek, spakuj swoje pióra, narzędzia i odzienie. Pani Hallerowa przygotowała już dla ciebie pokój w ich domu.

Zbyszkowi opadła szczęka. Spojrzał na Pietrka, który pobladł z niedowierzania. W jego oku dojrzał kręcącą się łezkę.


***


Kamienica Bidermanowska robiła ogromne wrażenie. Jej umiejscowienie na samym rynku Krakowa tuż obok Kościoła Mariackiego zdradziło Pietrkowi, że mieszka w niej nie byle jaki kupczyk, a jegomość z pokaźną kiesą.

Brat Jakub poklepał Pietrka po ramieniu.

- Dasz sobie radę, chłopcze. Wierzę w ciebie.

Pietrek poczuł ucisk w brzuchu. Do tej pory nie zastanawiał się nad tym, co oznacza praca u Hallera. A co, jeśli nie podoła? Co, jeśli zawiedzie brata Jakuba? Przed opuszczeniem murów klasztoru kucharz zdradził mu, że wszystkie te lata to brat Jakub opłacał nauki jego i Zbyszka. Kopiowane przez nich teksty nie przynosiły tyle pieniędzy, by spłacić dług edukacji. Pietrek pomyślał, że to niesprawiedliwe. Wszak klasztor utrzymuje się z datków chłopów, mieszczan i szlachty, a nawet i książęta sypną czasem groszem… Czy Bóg naprawdę wymaga od nich jeszcze więcej pieniędzy mimo wykonywania ciężkiej, mozolnej pracy?

Chłopak spojrzał w górę, w okna kamienicy. Wyobraził sobie, co znajduje się w środku. Czy są tam jakieś książki? Może można tam wejść, przechadzać się pomiędzy regałami, na których piętrzą się woluminy? Ach, móc sięgnąć po oprawiony w skórę tom, przekartkować jego treść, odłożyć, wziąć kolejny… I wybrawszy ten jedyny podejść do kupca, wręczyć mu monetę i wyjść, niosąc w dłoniach małe arcydzieło.

- No, to żegnaj, Pietrek. - brat Jakub lekko popchnął chłopca do przodu. Gdy ten się obejrzał, Jakub dodał: - Może się jeszcze spotkamy.

Pietrek obejrzał się jeszcze za siebie, ale dobrodziej wsiadał już do powozu.

Serce zaczęło mu szybciej bić, gdy naciskał klamkę u drzwi. 

Zdziwiło go to, że nie poczuł zapachu farby. Ani papieru. Ani pergaminu. Dom nie pachniał też tak, jak pachną chaty. Był przyzwyczajony do tego, że obejście pachnie zwierzętami, klepiskiem, dymem… Jego cela w klasztorze pachniała zaś wilgocią, stęchłymi kocami i zimnym kamieniem. A tu? Tu… czuł w powietrzu coś słodkiego. Przyjemnego.

- Witaj, kochanieńki! Masz na imię Piotr, prawda? - zza węgła wyszła ku niemu korpulentna kobieta w sukni, którą można by było uznać za domową, gdyby nie to, że była niezwykle barwna i ozdobiona fantazyjną zapinką z czerwonym kamieniem, której towarzyszyły jeszcze złoty wisior oraz pierścienie na obu dłoniach.

Pietrek pokiwał głową, i reflektując się po chwili, zgiął się w pasie do ukłonu.

- Ależ, dajże spokój, chłopcze! - powiedziała z lekkim zaśmiechem. - My nie paniska, nie musisz się nas lękać. Nazywam się Barbara, jestem żoną Jana. Jesteś głodny? Właśnie upiekłyśmy z Marianną szarlotkę. Zjesz?

Pietrek jeszcze energiczniej pokiwał głową, choć nie miał pojęcia, co oznacza “szarlotka”. Jeśli jednak jest ona źródłem tych cudownych zapachów, to był pewien, że zje całą jej miskę.

Szarlotka okazała się być najsmaczniejszą rzeczą, jaką Pietrek jadł w życiu. Nie było porównania z mamałygą z klasztoru, ani potrawkami, które pamiętał jeszcze z rodzinnej wsi. Mógłby zajadać się tym ciastem codziennie, a i tak byłoby mu mało. Miała do tego niezwykły, korzenny aromat… Do szarlotki otrzymał szklankę mleka, która stanowiła jej idealne uzupełnienie. 

Urzekła go też Marianna. Pracowała w domu państwa Hallerów jako pomoc kuchenna. Była mniej-więcej w jego wieku, i, tak jak on, mówiła niewiele. Ta skromna dziewczyna wywoływała dziwne drżenie w jego sercu. Gdy skończył jeść swoją porcję spojrzała na niego, i natychmiast położyła mu na talerzyk dokładkę. Skąd wiedziała, że ma ochotę na jeszcze, mimo że nie miał odwagi poprosić?

Gdy jadł, pani Barbara opowiadała mu trochę o sobie i mężu, o ich domu i nowootwartej drukarni. Wiedziała o niej zaskakująco wiele - znała każdego pracownika z imienia i wypowiadała się o nich z estymą. Pietrek od razu ją polubił.

Po skończonym posiłku pani domu zabrała go na górę, by pokazać pozostałe pomieszczenia. Niezliczone pokoje, gabinety i saloniki sprawiły, że niemal stracił orientację. Pilnował się, by przez cały czas trzymać się blisko pani Hallerowej, bo inaczej z pewnością by się zgubił.

- A tu będzie twój pokój. - powiedziała pani Barbara, otwierając drzwi do pomieszczenia na ostatnim piętrze kamienicy. 

Pietrek wszedł i aż zaniemówił. 

Pokój był czysty, pobielony. Pod ścianą stało łóżko z prawdziwą pierzyną i poduszką, u jego stóp znajdował się kufer na ubrania. W wazonie na stoliku nocnym pysznił się bukiet polnych kwiatów. 

- Marianna je tu przyniosła. - pani Hallerowa uśmiechnęła się. - Powiedziała, że dzięki nim poczujesz się tu bardziej jak w domu.

Pietrek nie wytrzymał. Kolana się pod nim ugięły, a łzy zaczęły ciurkiem lecieć po policzkach.

- Dla-dlaczego ja? - wyszlochał cicho, patrząc na zaskoczoną panią Barbarę.

- Co masz na myśli, słoneczko? Czy coś jest nie tak? Nie podoba ci się twój pokój?

- Nie, nie… Pokój jest wspaniały. Nie spodziewałem się tego. Po prostu… To Zbyszko lepiej iluminuje. Jest ode mnie lepszy. Pan Haller i brat Jakub popełnili błąd. Ja na to wszystko nie zasługuję! - wyłkał Pietrek, wycierając nadgarstkami nos.

Pani Barbara westchnęła, uklękła obok chłopca i pogładziła go po ramieniu.

- Nie miałeś w życiu zbyt łatwo, co? To czuć. - powiedziała pani Hallerowa. - Mój mąż nie szuka świetnego iluminatora. Szuka kogoś takiego, jak ty.

Pietrek ze zdziwieniem spojrzał na panią Barbarę.

- Tak, dobrze słyszałeś! Szuka kogoś innego. Kogoś, kto nie boi się ubrudzić sobie rąk, kto poznał gorycz niedoli, kto nie buja w obłokach, marząc o smokach. - uśmiechnęła się do niego. Pietrek poczuł, że kąciki jego ust również unoszą się nieśmiale. - Jesteś młody, pracowity i coś mi się wydaje, że całkiem roztropny. Nauczymy cię obsługi prasy, i nim się obejrzysz, będziesz drukował książki.

- A co, jeśli coś mi się nie uda? Jeśli popełnię błąd? - zapytał z lękiem Pietrek. Nie chciał stracić tej szansy, tego domu.

- Wszyscy popełniamy błędy, rybeczko. To normalne. - pani Hallerowa pogładziła go po ramieniu. - Zanim mój mąż założył drukarnię, też próbował innych zajęć. I też czasem się nie udawało. Ale w każdej z takich sytuacji zachował swój honor, dumę i dobroć. To jest coś, czego warto się od niego nauczyć. Jeśli popełnisz błąd, ale zachowasz się w porządku i spróbujesz go naprawić, to pan Haller na pewno to doceni i ci wybaczy.

Pietrek pokiwał głową ze skupieniem i lekko się uśmiechnął. Poczuł się pewniej; poczuł, że może dać radę. Że będzie pracował ciężko i zrobi, co w jego mocy, by nie stracić tej szansy.

- O, chyba słyszę mojego męża na dole! - powiedziała pani Hallerowa, podnosząc się i wygładzając swoją zapaskę. - To co, gotowy zobaczyć drukarnię?


#zafirewallem #tworczoscwlasna #opowiadanie

8698253e-5730-42cd-9e3f-d199ffb1d8e4
Wrzoo userbar

Dlaczego nie można dać dwóch piorunów? Należą się!


No bo tak: jeden należy się za treść i za reaserch, bo widać jego efekty. No i tyle treści w dwóch scenach! Kapitalne.


Drugi natomiast należy się z umiejętności narracyjne. Świetne rozpoczęcie wrzuceniem czytelnika w środek wydarzeń rozbudza ciekawość. Później wyjaśnienie okoliczności a przy okazji rozbudowanie tła. No i ta lekka stylizacja językowa. Tu jest w ogóle ekstra, bo jest i ją czuć, ale nie jest przesadna. A wyczucie to też cenna umiejętność.


To może i trzy pioruny się należą?

@Wrzoo czytało mi się bardzo fajnie, można było poczuć klimat tamtejszych czasów. Widać, że zrobiłaś robotę z reaserchem i było czuć, że wiesz o czym piszesz. No i ogólnie ładnie napisane jak w książce, zazdraszczam umiejętności zgrabnego przeplatania opisów, dialogów i myśli

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Szanowni Państwo,

miło mi ogłosić drugą edycję tak wspaniale rozpoczętej zabawy #naopowiesci !


Dzisiaj mój ulubiony temat literacki:


Temat: dorastanie


Kategoria: dowolna


Liczba słów: 900 - 2000


Termin: 23.06.24 (14 dni)


Punktację i zasady pozwolę sobie pożyczyć od kolegi @splash545 :

Zadający konkurs może ogłosić wygranego według własnego widzimisię oraz zmienić kryterium oceniania w dowolnym momencie.

Zwycięzcą zostanie osoba, której opowiadanie zdobędzie największą ilość piorunów i w nagrodę będzie miała zaszczyt ogłoszenia następnego zadania.

Za każde 100 słów poniżej lub powyżej zadanego limitu - 1 punkt.

Za znaczne rozminięcie się z tematem - 5 punktów.


Bawcie się dobrze, nie mogę się doczekać na Wasze bildungsromany


#zafirewallem


(Zdecydowanie wolę eksplorację na wpół zjedzonego kosmosu niż zwiedzanie Krakowa z piątką nastolatków xd)

401f4ac4-2508-47a5-a883-1604c96b09ed

@KatieWee jak zadajesz takie wymyślne rzeczy jak bildugsram, to poproszę o jakiś przewodnik. Wikipedia niewiele pomaga a spidermana nie znam. Proszę mi tu wytłumaczyć o co cho ale tak żebym zrozumiał

Zaloguj się aby komentować

Pierwsza futurystyczna edycja konkursu #naopowiesci

właśnie dobiegła końca. Zabawa odniosła sukces, było spore zainteresowanie, co zaowocowało wysypem ciekawych i różnorodnych opowiadań. Konkurencja była zacięta a poziom wyrównany. Uczestnicy zaskoczyli swoimi umiejętnościami pisarskimi, pomysłowością oraz humorem. Bawiłem się świetnie czytając Wasze opowiadania, jak i pisząc swoje.

A tym, którzy z różnych powodów nie wzięli udziału w tej edycji, życzę weny i powodzenia w kolejnych.


***


Zwyciężczynią I edycji konkursu #naopowiesci zostaje:


@KatieWee ze swoim opowiadaniem, któremu zabrakło tytułu. 


Twoje opowiadanie było lekkie i dobrze napisane, a imiona bohaterów zapadały w pamięć. Gratuluję zasłużonego zwycięstwa i wiem, że zdajesz sobie sprawę co ono oznacza. 


***


Odznaki, które udało Wam się odblokować innymi opowiadaniami:


Mr.Cliffhanger - @entropy_ za opowiadanie - Czuję zbliżającą się wieczność


It's science bitch! - @entropy_ za opowiadanie - Lekcja, której musiałem się nauczyć


Po co więcej niż dialog? - @George_Stark za opowiadanie - Kopia zapasowa


Na przekór, choć zgodnie z zasadami - @moll za opowiadanie - Ostatnia papierowa książka


Super duper mega blaster - @Dudleus za opowiadanie - Kosmiczna przygoda


Kto by czytał te zasady? - @Wrzoo za opowiadanie - To, co utracone


Jak chronić zwierzęta? Dajmy im granatnik! - @Wrzoo za opowiadanie - Malinois


Mame piszo o mnie! - @George_Stark za opowiadanie - Trzy kulki


Spełnione marzenie - @splash545 za opowiadanie - Powłoka


Last but not least - @CzosnkowySmok za opowiadanie - Jesteśmy 


***


Formalności: 


W zabawie wzięło udział 7 przyszłych znanych pisarzy i pisarek, którym udało się łącznie napisać 14 opowiadań.


Opowiadania biorące udział w konkursie:


1. Śmierć w ̶W̶e̶n̶e̶c̶j̶i̶ Gdańsku (zaraz się rozkręci) [Część 1/3] - @entropy_ : 15  

2. Opowiadanie bez tytułu - @KatieWee : 33 - 2 (za zbyt małą liczbę słów) = 31 

3. Kopia zapasowa - @George_Stark : 14

4. Ostatnia papierowa książka - @moll : 22

5. Czuję zbliżającą się wieczność [Część 2/3] - @entropy_ : 19  

6. loml - @Dudleus : 9 (opowiadanie pozakonkursowe)

7. Kosmiczna przygoda - @Dudleus : 13  

8. Powłoka - @splash545 : 21  

9. To, co utracone - @Wrzoo : 17 - 5(za niewłaściwą kategorię) = 12

10. Malinois - @Wrzoo : 25  

11. Trzy kulki - @George_Stark : 18  

12. Powłoka epilog - @splash545 : 23 - 5(za zbyt małą liczbę słów) = 18

13. Lekcja, której musiałem się nauczyć [Część 3/3] - @entropy_ : 17

14. Jesteśmy - @CzosnkowySmok : 18


Wszystkim uczestnikom dziękuję i mam nadzieję, że zaszczycicie swoimi talentami pisarskimi również kolejną edycję.

#zafirewallem #tworczoscwlasna

5aaf8b6d-90e6-4bef-ba85-73cee3d1f9d3

@splash545

Super duper mega blaster - @Dudleus za opowiadanie - Kosmiczna przygoda

Dziękuję za wyróżnienie.


loml - @Dudleus : 9 (opowiadanie pozakonkursowe)

Ale żeby takie gówno tak wysoko xDDD

@splash545 moja nagroda pocieszenia numer jeden idealnie w punkt :D

Dziękuję za organizację konkursu i już nie mogę się doczekać kolejnych! Rozmawiałam dzisiaj z moim mężem właśnie, że chciałam pisać, ale nie miałam pretekstu, żeby się „przymusić”. A w Kawiarence po prostu to robię, bo atmosfera jest super i zachęca mnie to do skrobania, tak po prostu!

Zaloguj się aby komentować

Jesteśmy


To już 37 lat od kiedy próbujemy się z nimi skontaktować, to jest nasza ostatnia szansa na jakikolwiek kontakt we wszechświecie. Naprawdę daliśmy ciała. Nikt nie potrafi zrozumieć jak mogliśmy się nie domyśleć, że to oni wysyłają do nas sygnały. Sygnały takie, że prawie cały wszechświat jest ich pełen. Nie wiedzieli gdzie nas znajdą, więc użyli wszelkich możliwości i wysyłają po dziś dzień sygnał w całej naszej czasoprzestrzeni.


Cóż, taka natura ludzkości. Podróżować, odkrywać, zdobywać. Ten nasz instynkt szukania odpowiedzi co znajduje się za następnym pagórkiem, za rzeką, za oceanem doprowadziła ludzkość najpierw do kolonizowania kolejnych planet w układzie słonecznym a później do wielkich podbojów wszechświata. Szukanie odpowiedzi do zrozumienia natury otaczającego nas świata pozwoliła nam na podróże międzygwiezdne, które stały się codziennością a kolonizacja innych galaktyk spowszedniała. Zwiedziliśmy cały nasz wszechświat… Zawiedliśmy się. Zawiedliśmy się na naszym świecie i na nas samych. Nasi filozofowie i naukowcy pomylili się i nie potrafili przewidzieć tej najbardziej intrygującej rzeczy. 


Jesteśmy sami. Jesteśmy jedyną inteligentną formą życia w całym kosmosie. Kiedyś jeszcze żyliśmy nadzieją, że przecież nie znamy całego wszechświata, że widzimy tylko część tego wszystkiego. Nie znaleźliśmy inteligentnego życia w naszej galaktyce? Nic to, znajdziemy w innej. Nie znaleźliśmy życia w kolejnych galaktykach? Statystyka podpowiadała, że to anomalia i musi być w następnej, po prostu musi.

Niestety, wszechświat okazał się naprawdę mały gdy poznaliśmy jak to wszystko jest zgrabnie połączone. Nasze wyobrażenia niezwykłej różnorodności legły w gruzach. Gdziekolwiek nie polecieliśmy to wszytko było takie samo. Cały kosmos przecież ma dokładnie ten sam wiek, wszystko wszędzie działo się dokładnie tak samo a czas pomimo dylatacji w skali mikro płynie dokładnie tak samo wszędzie. To jest niezwykłe, że nawet dzisiaj z każdej naszej kolonii możemy obserwować przeszłość naszego uniwersum. Ale to wszystko jest jedynie pięknym obrazem minionych czasów, który dostarczają nam fotony przemierzające wielkie odległości ale zawieszone w przeszłości, przekazujące informację z dawnych czasów. 


Życie w we wszechświecie? Nie istnieje… Nie istnieje oprócz nas i oprócz naszej pierwotnej planety ZIEMIA!!!11ONEONE. Jesteśmy jedną wielką anomalią, jednym wielkim wybrykiem natury. Wszędzie gdzie nie byliśmy to znajdowaliśmy jedynie jakieś artefakty prymitywnych żyjątek, które za każdym razem nie miały szans na przetrwanie. 


To co się stało 37 lat temu było dla wszystkich szokiem. Niezwykła teoria, która została opublikowana na jakimś prehistorycznym portalu hejto.pl ze śmiesznymi obrazkami i poezją kałową, przez jakiegoś astro-historyka amatora, zelektryzowała świat nauki. Temat wybuchł i wszystkie ośrodki naukowe, które powoli nie miały co robić zaczęły badać to co było do tej pory na wyciągnięcie ręki. Rozszerzanie się wszechświata i zwiększanie odległości między galaktykami tworzyło samoistnie materię w przestrzeni międzygalaktycznej. Zjawisko opisywane jeszcze w pierwszych podręcznikach do astro-nawigacji było dobrze znane. Wraz z czasem, przestrzeń rozszerza się i dla zachowania ciągłości czasoprzestrzeni pojawiają się spontanicznie niewielkie cząstki. Nie są one stałe ale ich fluktuacja jest znana. Pojawiają się na kilka czasów planka i znikają. Pojawiają się znowu i znikają. Wszyscy przyjmowali, że tak to sobie podróżują przez rozszerzający się wszechświat w niezwykłej regularności bardzo rozciągniętej fali pola kwantowo-grawitacyjnego. 


Nic bardziej mylnego. Oczk74#56 zauważył, że wszystkie te fluktuacje można zeskanować i zauważyć, że tworzą niezwykłą falę, która jest odrobinę szybsza od prędkości światła! Bez zakrzywienia czasoprzestrzeni było to niemożliwe, ale one nie zakrzywiały w żaden sposób otoczenia. Wiemy jak skrócić dystans między dwoma punktami w galaktyce, wiemy jak używać czarnych dziur, żeby przemieścić się do innej galaktyki, ale nikt nie spodziewał się fal wyprzedzających prędkość światła! To nie tak, że te cząstki były znacznie szybsze od światła, ale były po prostu wystarczająco szybsze a jednocześnie niewiele szybsze. Nikt wcześniej tego nie zauważył, nie połączył tego, że one pojawiają się w tej niezwykłej fali i nie jest to błąd statystyczny!


Cały świat naukowy zaprzągł fabryki do produkcji skanerów neo-tachionów, jak to je nazwaliśmy, rozstawiliśmy je w całym uniwersum i jest to największy projekt ludzkości jaki kiedykolwiek istniał. I wtedy stało się. Skumulowane wyniki nie były przypadkowe, nowa interpretacja cząsteczek doprowadziła świat fizyki niedeterministycznej do zawalenia. Do tej pory byliśmy pewni, że wszystkie zjawiska nas otaczające są dziełem przypadku, przypadku w ograniczonym zakresie ale jednak tworem niezwykłej losowości, którą tłumaczy fizyka termo-kwantowa pola. 

Cząsteczki te pochodziły z drugiej strony prędkości światła, ze świata lustrzanego do naszego, ale gdzie wszystko jest odwrotne. Świata, gdzie cząsteczki nie mogą wytracić prędkości poniżej prędkości światła a czasoprzestrzeń ma trzy wymiary czasu i jeden przestrzeni. Wydaje się to być zupełnie niezwykły wymiar, ale jest on jedynie odwrotnością naszego.


Po dogłębnej analizie zrozumieliśmy. To jest sygnał, to jest informacja pochodząca z tego drugiego świata. To jest informacja o ich fizyce, o tym jak oni widzą ich wszechświat. Co niezwykłe ich fizyka jest dokładnie taka sama, tylko wywrócona do góry nogami. Lustrzany świat z lustrzaną fizyką. 


Podjęliśmy decyzje, musimy im wysłać informację. Musimy im wysłać informację o naszym świecie ale tak, by zrozumieli, że nie jest to odbicie ich nadawania. Tyle czasu zmarnowaliśmy. tyle czasu, którego już nie da się odzyskać. Nasze skanery w kilkanaście lat przemodelowaliśmy na emitery cząstek anty-neo-tachionów, które powinny przebić się przez barierę prędkości światła i pojawić się po ich stronie jako fala wolniejsza od światła. Muszą zrozumieć nasz sygnał, muszą zwrócić na to uwagę.


Wszystko już przygotowane, jeszcze dzisiaj zaczniemy wysyłać sygnał do ich uniwersum. Rozkaz z głównego centrum naukowego “Za firewallem” dotarł do wszystkich ośrodków i nastąpiła synchronizacja nadajników. Stała się rzecz niezwykła, gdy tylko zaczęliśmy nadawać informację ich sygnał zanikł. Nie wiemy co się stało. Czy zaczęli odczytywać ten sygnał? Dali nam znać, że zrozumieli co się dzieje? Nic czekamy.


Nadawaliśmy już sygnał 37 lat, lekko go modyfikując, żeby być pewnym, cze nie interferuje z ich sygnałem. Niestety… wszystkie badania potwierdzają, że oni po prostu przestali nadawać. Ale nie była to prawda. Prawda okazała się znacznie bardziej prosta. Jesteśmy sami. Jesteśmy sami we wszechświecie. Lustrzane uniwersum to nie jest inny świat. To jest dokładnie nasz świat, tylko tam czas płynie w odwrotną stronę a nasz sygnał… Nasz sygnał otrzymywaliśmy od nich do momentu kiedy my zaczęliśmy nadawać. Ten sygnał my potrzebowaliśmy, żeby nasz wszechświat istniał, by nasza fizyka nie rozpadła się. By czasoprzestrzeń istniała. Świat jest deterministycznie lustrzany. To co się działo u nas dzieje się teraz u nich. A naszym zadaniem jest podtrzymywanie tego sygnału, żeby ich świat istniał i żeby nasze wszechświaty podtrzymywały się nawzajem. My to oni, oni to my. Jesteśmy sami.


***


Znowu się zaskakuje, że zrobiłem coś, o czym nie pomyślał bym jeszcze kilka tygodni temu. Nawet nie miałem w głowie, że mogę napisać opowiadanie. Bardzo dziękuję wszystkim kawiarenkowiczom, za pokazanie mi nowych dróg kreatywności.


Specjalne podziękowanie dla @splash545 - dzięki chłopie za wielką motywacje


#zafirewallem #naopowiesci


Słowa - 1041

Znowu się zaskakuje, że zrobiłem coś, o czym nie pomyślał bym jeszcze kilka tygodni temu. Nawet nie miałem w głowie, że mogę napisać opowiadanie. Bardzo dziękuję wszystkim kawiarenkowiczom, za pokazanie mi nowych dróg kreatywności.


Po pierwsze bardzo się cieszę, że udaje nam się tworzyć takie miejsce, gdzie ktoś sobie czegoś spróbuje i być może nawet sprawia mu to radość i satysfakcję.


Po drugie : kapitalny pomysł. Bardzo lubię w literaturze przebieg emocjonalny dół - góra - dół. No i od razu przyszedł mi do głowy pomysł, przy tej prędkości światła, na jakieś opowiadanie, gdzie podróże z prędkością nadświetlną wykorzystuje się do obserwacji przeszłości -- czy to w celu badań historycznych, czy też na przykład w kryminalistyce, do prowadzenia śledztw. Lubię rzeczy, które mnie inspirują w taki sposób, że wpadam na pomysły!


Po trzecie wreszcie, i proszę, nie odbieraj tego jako złośliwość, mnie się po prostu takie rzeczy bardzo rzucają w oczy i lubię je zauważać, bardzo spodobało mi się to zdanie: Niezwykła teoria (...) zelektryfikowała świat nauki. Rozumiem, że chodziło o słowo "zelektryzowała", bo tak to wyobraziłem sobie niezelektryfikowany świat nauki i naukowców siedzących przy komputerach skonstruowanych na wzór liczydeł czy suwaków logarytmicznych, być może nawet napędzanych chomikami. Ale uśmiechnąłem się przy tym zdaniu szeroko.

hejto.pl ze śmiesznymi obrazkami i poezją kałową

XDDD

Fajny pomysł, fajne wykonanie. Pioruna dałem po drugim akapicie bo już czułem że będzie dobre.

Zaloguj się aby komentować

Korzystając z okazji przypominam, że I edycja konkursu #naopowiesci pomału, choć nieubłaganie zmierza ku końcowi. A więc kto tam jeszcze czuje się na siłach, ( @ErwinoRommelo , @DiscoKhan , @CzosnkowySmok , @Piechur ) bądź chciałby dokończyć co zaczął ( @entropy_ ) , albo obiecał, że napisze ( @spawaczatomowy ) , lub chciałaby ale się czai ( @cyberpunkowy_neuromantyk ) napisać opowiadanie w takim temacie i takim klimacie to proszę się pomału streszczać.


Natomiast ja nie czując się jeszcze na siłach, żeby pisać kolejne pełnoprawne odcinki mojego dziewiczego opowiadania "Powłoka" napisałem do niego krótki epilog. Chciałem się w nim podzielić z Wami pewną myślą, która towarzyszyła mi od samego początku pisania tego opowiadania: https://www.hejto.pl/wpis/quot-powloka-quot-nie-rozumiem-czym-sie-martwisz-to-tylko-powloka-od-razu-po-prz


***


Powłoka - epilog


2 tygodnie później. Baza na Marsie.


Kiedy zacząłem pracę w pozaziemskiej placówce badawczej, nigdy bym nie przypuszczał, że pół roku później jako Marsjanin będę witać Ziemian na mojej planecie. W chwili, w której w 10 rakietach przybyli tu ostatni ludzie z krwi i kości, czułem, że to koniec świata jaki znałem. Niedługo później gdy niespodziewanie nadleciała jedenasta rakieta, której przybycie wprawiło wszystkich w konsternację, sądziłem, że już nic bardziej mnie nie zaskoczy. Nie mogłem się bardziej pomylić, bo największe zaskoczenie a zarazem moment, w którym runął cały mój świat miał dopiero nadejść.


***


To dziwne jaka głucha cisza zapadła na sali obserwacyjnej, kiedy stało się to co powinno spowodować powszechną radość. Chyba nikt do końca nie wierzył w to co właśnie się stało i na co właśnie patrzyliśmy. 

Każdy z nas wiedział co się wydarzy, ale mimo to większość i tak musiała się łudzić, że może znów wyjdzie, że ai się pomyliło. Już 2 godziny wcześniej czekaliśmy na uderzenie asteroidy w Ziemię, okazało się jednak, że wyraźnie brakuje dystansu a obliczenia co do czasu spodziewanej kolizji były błędne. Nie mogło to oznaczać nic innego niż to, że cała trajektoria jej lotu również nie może się zgadzać.

W jaki sposób to się stało, że tyle różnych ai pomyliło się dokładnie w ten sam sposób? Tego nikt nie wiedział, lecz akurat w tym momencie było to mało istotne. Zdecydowanie ważniejsze było jak najszybsze dokonanie nowych, prawidłowych obliczeń. Do tego zadania, mimo wszystko, ponownie zaprzęgnęliśmy ai. Tym razem wklepaliśmy ręcznie nowe dane, które na bieżąco podawał nam główny marsjański teleskop. Z wyników wychodziło, że asteroida wejdzie w ziemską stratosferę i ominie! naszą planetę o 14 kilometrów. Obliczenia naszych matematyków to potwierdzały i patrzono na nie już z dużo większym szacunkiem niż do niedawna. 


Mimo to każdy dalej się łudził i chciał się przekonać. A teraz choć widzieliśmy to na własne oczy, chyba do niektórych dalej nie docierało to na co patrzyli. Asteroida przeleciała obok, a Ziemia przetrwała i to w nienaruszonym stanie. Ani jedna osoba z obecnych na sali nie okazała żadnych oznak radości z tego powodu. Bo oznaczało to tylko tyle, że powierzając los ludzkości w ręce ai pozbawiliśmy w ten sposób powłok ponad 10 miliardów ludzi. 

Czy może raczej było to po prostu masowe morderstwo całej ludzkości? Czyja to była wina? Ai? Czy może nasza? 


Przez przeszło 50 lat ai nie pomyliło się ani razu. W trakcie tych dekad dwukrotnie ocaliło ludzkość od katastrofy, gdzie zginęłaby większa część populacji. To również ai doprowadziło do zakończenia głodu na świecie, a także do stanu, który w pewnym sensie można by nazwać światowym pokojem. Tyle dobra, dziesiątki tysięcy decyzji a każda prawidłowa, najbardziej optymalna, można by rzec, że wręcz idealna. Przez tyle lat ai zdobyło nasze zaufanie i chyba mieliśmy prawo ufać mu też przy decyzjach podjętych w sprawie asteroidy? Prawda, że mieliśmy? Na pewno myśleliśmy, że to najrozsądniejsza opcja. Najbardziej optymalna.


A jednak przez to nadmierne zaufanie stało się to z czego właśnie zaczęliśmy zdawać sobie sprawę. 10 miliardów ludzi zostało zutylizowanych, a ich świadomość przetrwała jedynie na dyskach. A my staliśmy teraz w ciszy i patrzyliśmy jak asteroida, która miała być końcem całej ludzkości i Ziemi, właśnie ją omija i leci dalej w przestrzeń kosmiczną. I faktycznie w pewnym sensie spowodowała ona koniec ludzkości. Może, mimo wszystko, to była właśnie jej wina?


#tworczoscwlasna #zafirewallem

ff2afb9c-8c17-43ce-bb98-60c57bfbc3a1

Ja do połowy czerwca odpadam z większych aktywności, ledwo mi się udaje mój tag trzymać przy życiu. Na razie walę pioruny w ciemno, ale jak mi się skończy nareszcie młyn, to nadrobię zaległości i poczytam

Zaloguj się aby komentować