#naopowiesci

26
267

#naopowiesci


Plusem tej zabawy, na który wcześniej nie zwróciłam uwagi, a który objawił mi się w trakcie pisania tego opowiadania, jest to, że praca nad tekstem pozwala dowiedzieć się nowych rzeczy. Gdy myślałam o fabule, przyszedł mi do głowy pomysł, żeby zanurzyć się w nim w przełomie epok. A że tematyka ta nie jest dla mnie jakaś bardzo oczywista, zaczęłam sporo googlać. Fajnie było dowiedzieć się czegoś nowego na przykład o budynku znanym mi w zasadzie tylko z Empiku, o systemie monetarnym, albo o ubiorach mieszczan w tamtych czasach. I, trochę jak bohaterów bildungsromanu, takie zanurzenie się w nieznane niespodziewanie mnie wzbogaciło.





Szarlotka


Zbyszko odłożył gęsie pióro na pulpit i zaczął delikatnie wachlować ukończoną iluminację ręką, by szybciej wyschła.

- Patrz, Pietrek, co zmalowałem!

Pietrek, który wraz ze Zbyszkiem był przypisany do tego skryptorium, obrócił się w stronę Zbyszka i pochylił nad jego stanowiskiem.

- Na świętego Kwadrata, toż to prawdziwy smok!

Zbyszko uśmiechnął się i wyprostował, dumny z siebie. Pracował nad tą miniaturą bite 7 godzin, ale nareszcie była ukończona. Smok wyglądał jak żywy, i łypał żółtym okiem wprost na czytelnika, zawinięty w ozdobną literę "T". Lecz większą radość sprawiał mu fakt, że była to ostatnia iluminacja w tym zbiorze. Jego pierwsza ukończona księga!

Od zawsze miał smykałkę do rysowania. Już jako mały smark zadziwiał krowami, końmi i świniami, które szkicował patykiem na piasku przed ich chatą. Brat Jakub, który akurat przebywał na wizycie w ich Zbuczynie, dostrzegł talent młodego i objął nad nim pieczę. Naturalnie, jego rodzice nie protestowali. Wystarczyło, że brat Jakub dał im na odchodne srebrnego półgrosza. 

Zbyszka nie bardzo obchodziły dalsze losy jego rodziny. Nigdy nie czuł się w niej zbyt dobrze. Gdy tylko zaczął chodzić i przestał wypróżniać się pod siebie, miał obowiązek zaganiać kury i przynosić jajka z ciasnych kurników, do których jego starszy brat, Zbysław, przestał się mieścić. W zasadzie, jak teraz próbował wspomnieć, to obowiązki nadeszły wcześniej, gdy chodził jeszcze ledwo. Wysyłano go wówczas na pole, żeby je nawoził. Ale potem przypadło to jego siostrze, Zbigniewie, która urodziła się prawie rok po nim.

Pietrek patrzył na smoka jak urzeczony. Idealne było w nim wszystko: wielkie zębiska, złote wypustki na grzbiecie, i czerwony koniec ogona w kształcie grotu strzały. Uścisnął Zbyszka i niemal rozlał przy tym róg z atramentem.

- To co teraz będziesz ilustrował? - zapytał Zbyszka.

- Jeszcze nie wiem. Jeśli brat Albert niczego już dziś nie przyniesie albo Ty nie dokończysz strony, to na dziś chyba fajrant.

Pietrek spojrzał na swoją dzisiejszą pracę. Szło mu wyjątkowo jak jucha z nosa. Niby był już w dwóch trzecich kopiowanego tekstu, ale wciąż liczył na to, że tekst przepisze się samodzielnie. Nie czuł jednak znoju. I mimo wiecznie utytłanych atramentem rękawów i zdartych pumeksem rąk, po prostu lubił pisać.

Losy Pietrka były podobne, choć jednak nieco gorsze do tych Zbyszka. Przyszedł na świat w Kozirynku i został “odkryty” przez brata Jakuba, gdy przy pomocy kawałka kredy ozdabiał ludziom okiennice wymyślnymi szlaczkami w zamian za jedzenie. Jego matka zmarła w połogu; jego ojciec zaś, wioskowy pijaczyna, nie poczuwał się do niczego więcej, niż rzucania w swojego syna kamieniami. Brat Jakub nie musiał nawet oferować półgrosza za wykup chłopca; ojciec pozbył się go z radością (a przynajmniej wybełkotał coś radosnego), zawieszony na płocie przy wychodku sąsiada.

Ich rozmowę przerwały odgłosy zbliżających się kroków. Chłopcy szybko zajęli swoje stanowiska jak gdyby nigdy nic, i, udając skupienie, chwycili za pióra. Po chwili drzwi do ich skryptorium się otworzyły.

Chłopcy obrócili się i rozszerzyli ze zdziwienia oczy, gdyż do pomieszczenia wszedł brat Albert w towarzystwie brata Jakuba.

Nie widzieli swojego dobrodzieja od momentu, gdy przywiózł ich do klasztoru i zostawił pod opieką swoich braci. Klasztor Benedyktynów stał się ich nowym domem i szkołą, gdzie pobierali nauki związane z przepisywaniem ksiąg. Powiedziano im, że gdy osiągną właściwy wiek, będą mogli przywdziać habity i dołączyć do braci. Na razie mają zarabiać na swoje utrzymanie, pracując w skryptorium. 

Było to trzy lata wcześniej. Bez problemu jednak poznali brata Jakuba, choć od czasu przywiezienia chłopców do Tyńca znacznie posiwiał. W końcu miał już jakieś 35 lat. 

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. - cichym, spokojnym głosem przemówił do chłopców.

- Na wieki wieków, amen!

- Mam nadzieję, chłopcy, że odnaleźliście się w naszych murach. Widzę, że praca wre i nie żałujecie atramentu… Ależ niezwykły smok! - uśmiechnął się, gdy przechylił głowę, by lepiej dojrzeć pergaminy leżące na pulpitach. Zbyszko aż promieniał z dumy i bardziej odchylił się na ławie, by brat Jakub mógł lepiej przyjrzeć się jego iluminacji. Pietrek zmarkotniał i zasłonił sobą swój pergamin, by dobrodziej nie widział jego niczym nie wyróżniających się bukw.

Brat Albert dał Jakubowi jeszcze chwilę, po czym odchrząknął.

- Bracie Jakubie, przyszedłeś tu chyba z pewną nowiną. - przypomniał z nutą niecierpliwości w głosie.

- Ach, tak! Prawie żem był zapomniał. Chwała Bogu, Albercie, że jesteś tu ze mną! Inaczej wsiąkłbym, godzinami patrząc się na tego wyjątkowego smoka!

Pietrek popatrzył na Zbyszka, który aż spąsowiał na twarzy. Od lat nie słyszeli żadnych pochwał; nic dziwnego, że Zbyszko przeżywa najlepsze chwile swojego życia. Młody skryptor poczuł napływające do oczu łzy, zaraz jednak zdusił je w zarodku. To nie czas i nie miejsce, by się nad sobą użalać. 

Brat Jakub wyprostował się i z uśmiechem objawił:

- Chłopcy, jeden z was ma ogromne szczęście. Pan Jan Haller pragnie zatrudnić skryptora do pracy w swoim przybytku.

Zbyszko i Pietrek spojrzeli na siebie. Kim jest Jan Haller? Czy to jakiś książę? Nie, niemożliwe - brat Jakub użyłby właściwego tytułu. Może jakiś kasztelan? Albo duchowny? No bo kto inny miałby chcieć zatrudnić skryptora do pracy?

- Jan Haller otworzył w Krakowie drukarnię. - wyjaśnił brat Jakub, jakby czytając chłopcom w myślach. - Jest kupcem.

- Kupcem?! - wykrzyknęli chłopcy, nie bacząc na to, że rozmawiają ze starszym od siebie duchownym. Gdyby nie było tu brata Jakuba, brat Albert na pewno zlałby im ręce rózgą!

- Potrzebuje pomocnika do pracy nad swoimi… wyrobami. - dopowiedział zniesmaczony brat Albert. - Jako że brat Jakub jest z nim w dobrych stosunkach, pan Haller zdecydował się powierzyć mu wybór.

Pietrek spuścił nos na kwintę. Wiedział, co to oznacza. Prasa drukarska nie radziła sobie jeszcze zbyt dobrze z ilustracjami; wydawca na pewno potrzebuje świetnego iluminatora. A tym był Zbyszko. Który, wnosząc po poprzednich pochwałach, miał tę pracę jak w banku. Zbyszko wyglądał, jakby doszedł do tego samego wniosku - wiercił się nieco na ławce, wpatrzony z wyczekiwaniem, aż usłyszy swoje imię.

- Nie byłbym sobą, gdybym nie powierzył tej pracy osobie, w którą wierzę.

“No, mów” - pomyślał z goryczą Pietrek.

“No, mów” - pomyślał z niecierpliwością Zbyszko.

- Pietrek, spakuj swoje pióra, narzędzia i odzienie. Pani Hallerowa przygotowała już dla ciebie pokój w ich domu.

Zbyszkowi opadła szczęka. Spojrzał na Pietrka, który pobladł z niedowierzania. W jego oku dojrzał kręcącą się łezkę.


***


Kamienica Bidermanowska robiła ogromne wrażenie. Jej umiejscowienie na samym rynku Krakowa tuż obok Kościoła Mariackiego zdradziło Pietrkowi, że mieszka w niej nie byle jaki kupczyk, a jegomość z pokaźną kiesą.

Brat Jakub poklepał Pietrka po ramieniu.

- Dasz sobie radę, chłopcze. Wierzę w ciebie.

Pietrek poczuł ucisk w brzuchu. Do tej pory nie zastanawiał się nad tym, co oznacza praca u Hallera. A co, jeśli nie podoła? Co, jeśli zawiedzie brata Jakuba? Przed opuszczeniem murów klasztoru kucharz zdradził mu, że wszystkie te lata to brat Jakub opłacał nauki jego i Zbyszka. Kopiowane przez nich teksty nie przynosiły tyle pieniędzy, by spłacić dług edukacji. Pietrek pomyślał, że to niesprawiedliwe. Wszak klasztor utrzymuje się z datków chłopów, mieszczan i szlachty, a nawet i książęta sypną czasem groszem… Czy Bóg naprawdę wymaga od nich jeszcze więcej pieniędzy mimo wykonywania ciężkiej, mozolnej pracy?

Chłopak spojrzał w górę, w okna kamienicy. Wyobraził sobie, co znajduje się w środku. Czy są tam jakieś książki? Może można tam wejść, przechadzać się pomiędzy regałami, na których piętrzą się woluminy? Ach, móc sięgnąć po oprawiony w skórę tom, przekartkować jego treść, odłożyć, wziąć kolejny… I wybrawszy ten jedyny podejść do kupca, wręczyć mu monetę i wyjść, niosąc w dłoniach małe arcydzieło.

- No, to żegnaj, Pietrek. - brat Jakub lekko popchnął chłopca do przodu. Gdy ten się obejrzał, Jakub dodał: - Może się jeszcze spotkamy.

Pietrek obejrzał się jeszcze za siebie, ale dobrodziej wsiadał już do powozu.

Serce zaczęło mu szybciej bić, gdy naciskał klamkę u drzwi. 

Zdziwiło go to, że nie poczuł zapachu farby. Ani papieru. Ani pergaminu. Dom nie pachniał też tak, jak pachną chaty. Był przyzwyczajony do tego, że obejście pachnie zwierzętami, klepiskiem, dymem… Jego cela w klasztorze pachniała zaś wilgocią, stęchłymi kocami i zimnym kamieniem. A tu? Tu… czuł w powietrzu coś słodkiego. Przyjemnego.

- Witaj, kochanieńki! Masz na imię Piotr, prawda? - zza węgła wyszła ku niemu korpulentna kobieta w sukni, którą można by było uznać za domową, gdyby nie to, że była niezwykle barwna i ozdobiona fantazyjną zapinką z czerwonym kamieniem, której towarzyszyły jeszcze złoty wisior oraz pierścienie na obu dłoniach.

Pietrek pokiwał głową, i reflektując się po chwili, zgiął się w pasie do ukłonu.

- Ależ, dajże spokój, chłopcze! - powiedziała z lekkim zaśmiechem. - My nie paniska, nie musisz się nas lękać. Nazywam się Barbara, jestem żoną Jana. Jesteś głodny? Właśnie upiekłyśmy z Marianną szarlotkę. Zjesz?

Pietrek jeszcze energiczniej pokiwał głową, choć nie miał pojęcia, co oznacza “szarlotka”. Jeśli jednak jest ona źródłem tych cudownych zapachów, to był pewien, że zje całą jej miskę.

Szarlotka okazała się być najsmaczniejszą rzeczą, jaką Pietrek jadł w życiu. Nie było porównania z mamałygą z klasztoru, ani potrawkami, które pamiętał jeszcze z rodzinnej wsi. Mógłby zajadać się tym ciastem codziennie, a i tak byłoby mu mało. Miała do tego niezwykły, korzenny aromat… Do szarlotki otrzymał szklankę mleka, która stanowiła jej idealne uzupełnienie. 

Urzekła go też Marianna. Pracowała w domu państwa Hallerów jako pomoc kuchenna. Była mniej-więcej w jego wieku, i, tak jak on, mówiła niewiele. Ta skromna dziewczyna wywoływała dziwne drżenie w jego sercu. Gdy skończył jeść swoją porcję spojrzała na niego, i natychmiast położyła mu na talerzyk dokładkę. Skąd wiedziała, że ma ochotę na jeszcze, mimo że nie miał odwagi poprosić?

Gdy jadł, pani Barbara opowiadała mu trochę o sobie i mężu, o ich domu i nowootwartej drukarni. Wiedziała o niej zaskakująco wiele - znała każdego pracownika z imienia i wypowiadała się o nich z estymą. Pietrek od razu ją polubił.

Po skończonym posiłku pani domu zabrała go na górę, by pokazać pozostałe pomieszczenia. Niezliczone pokoje, gabinety i saloniki sprawiły, że niemal stracił orientację. Pilnował się, by przez cały czas trzymać się blisko pani Hallerowej, bo inaczej z pewnością by się zgubił.

- A tu będzie twój pokój. - powiedziała pani Barbara, otwierając drzwi do pomieszczenia na ostatnim piętrze kamienicy. 

Pietrek wszedł i aż zaniemówił. 

Pokój był czysty, pobielony. Pod ścianą stało łóżko z prawdziwą pierzyną i poduszką, u jego stóp znajdował się kufer na ubrania. W wazonie na stoliku nocnym pysznił się bukiet polnych kwiatów. 

- Marianna je tu przyniosła. - pani Hallerowa uśmiechnęła się. - Powiedziała, że dzięki nim poczujesz się tu bardziej jak w domu.

Pietrek nie wytrzymał. Kolana się pod nim ugięły, a łzy zaczęły ciurkiem lecieć po policzkach.

- Dla-dlaczego ja? - wyszlochał cicho, patrząc na zaskoczoną panią Barbarę.

- Co masz na myśli, słoneczko? Czy coś jest nie tak? Nie podoba ci się twój pokój?

- Nie, nie… Pokój jest wspaniały. Nie spodziewałem się tego. Po prostu… To Zbyszko lepiej iluminuje. Jest ode mnie lepszy. Pan Haller i brat Jakub popełnili błąd. Ja na to wszystko nie zasługuję! - wyłkał Pietrek, wycierając nadgarstkami nos.

Pani Barbara westchnęła, uklękła obok chłopca i pogładziła go po ramieniu.

- Nie miałeś w życiu zbyt łatwo, co? To czuć. - powiedziała pani Hallerowa. - Mój mąż nie szuka świetnego iluminatora. Szuka kogoś takiego, jak ty.

Pietrek ze zdziwieniem spojrzał na panią Barbarę.

- Tak, dobrze słyszałeś! Szuka kogoś innego. Kogoś, kto nie boi się ubrudzić sobie rąk, kto poznał gorycz niedoli, kto nie buja w obłokach, marząc o smokach. - uśmiechnęła się do niego. Pietrek poczuł, że kąciki jego ust również unoszą się nieśmiale. - Jesteś młody, pracowity i coś mi się wydaje, że całkiem roztropny. Nauczymy cię obsługi prasy, i nim się obejrzysz, będziesz drukował książki.

- A co, jeśli coś mi się nie uda? Jeśli popełnię błąd? - zapytał z lękiem Pietrek. Nie chciał stracić tej szansy, tego domu.

- Wszyscy popełniamy błędy, rybeczko. To normalne. - pani Hallerowa pogładziła go po ramieniu. - Zanim mój mąż założył drukarnię, też próbował innych zajęć. I też czasem się nie udawało. Ale w każdej z takich sytuacji zachował swój honor, dumę i dobroć. To jest coś, czego warto się od niego nauczyć. Jeśli popełnisz błąd, ale zachowasz się w porządku i spróbujesz go naprawić, to pan Haller na pewno to doceni i ci wybaczy.

Pietrek pokiwał głową ze skupieniem i lekko się uśmiechnął. Poczuł się pewniej; poczuł, że może dać radę. Że będzie pracował ciężko i zrobi, co w jego mocy, by nie stracić tej szansy.

- O, chyba słyszę mojego męża na dole! - powiedziała pani Hallerowa, podnosząc się i wygładzając swoją zapaskę. - To co, gotowy zobaczyć drukarnię?


#zafirewallem #tworczoscwlasna #opowiadanie

8698253e-5730-42cd-9e3f-d199ffb1d8e4
Wrzoo userbar

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Szanowni Państwo,

miło mi ogłosić drugą edycję tak wspaniale rozpoczętej zabawy #naopowiesci !


Dzisiaj mój ulubiony temat literacki:


Temat: dorastanie


Kategoria: dowolna


Liczba słów: 900 - 2000


Termin: 23.06.24 (14 dni)


Punktację i zasady pozwolę sobie pożyczyć od kolegi @splash545 :

Zadający konkurs może ogłosić wygranego według własnego widzimisię oraz zmienić kryterium oceniania w dowolnym momencie.

Zwycięzcą zostanie osoba, której opowiadanie zdobędzie największą ilość piorunów i w nagrodę będzie miała zaszczyt ogłoszenia następnego zadania.

Za każde 100 słów poniżej lub powyżej zadanego limitu - 1 punkt.

Za znaczne rozminięcie się z tematem - 5 punktów.


Bawcie się dobrze, nie mogę się doczekać na Wasze bildungsromany


#zafirewallem


(Zdecydowanie wolę eksplorację na wpół zjedzonego kosmosu niż zwiedzanie Krakowa z piątką nastolatków xd)

401f4ac4-2508-47a5-a883-1604c96b09ed

Zaloguj się aby komentować

Pierwsza futurystyczna edycja konkursu #naopowiesci

właśnie dobiegła końca. Zabawa odniosła sukces, było spore zainteresowanie, co zaowocowało wysypem ciekawych i różnorodnych opowiadań. Konkurencja była zacięta a poziom wyrównany. Uczestnicy zaskoczyli swoimi umiejętnościami pisarskimi, pomysłowością oraz humorem. Bawiłem się świetnie czytając Wasze opowiadania, jak i pisząc swoje.

A tym, którzy z różnych powodów nie wzięli udziału w tej edycji, życzę weny i powodzenia w kolejnych.


***


Zwyciężczynią I edycji konkursu #naopowiesci zostaje:


@KatieWee ze swoim opowiadaniem, któremu zabrakło tytułu. 


Twoje opowiadanie było lekkie i dobrze napisane, a imiona bohaterów zapadały w pamięć. Gratuluję zasłużonego zwycięstwa i wiem, że zdajesz sobie sprawę co ono oznacza. 


***


Odznaki, które udało Wam się odblokować innymi opowiadaniami:


Mr.Cliffhanger - @entropy_ za opowiadanie - Czuję zbliżającą się wieczność


It's science bitch! - @entropy_ za opowiadanie - Lekcja, której musiałem się nauczyć


Po co więcej niż dialog? - @George_Stark za opowiadanie - Kopia zapasowa


Na przekór, choć zgodnie z zasadami - @moll za opowiadanie - Ostatnia papierowa książka


Super duper mega blaster - @Dudleus za opowiadanie - Kosmiczna przygoda


Kto by czytał te zasady? - @Wrzoo za opowiadanie - To, co utracone


Jak chronić zwierzęta? Dajmy im granatnik! - @Wrzoo za opowiadanie - Malinois


Mame piszo o mnie! - @George_Stark za opowiadanie - Trzy kulki


Spełnione marzenie - @splash545 za opowiadanie - Powłoka


Last but not least - @CzosnkowySmok za opowiadanie - Jesteśmy 


***


Formalności: 


W zabawie wzięło udział 7 przyszłych znanych pisarzy i pisarek, którym udało się łącznie napisać 14 opowiadań.


Opowiadania biorące udział w konkursie:


1. Śmierć w ̶W̶e̶n̶e̶c̶j̶i̶ Gdańsku (zaraz się rozkręci) [Część 1/3] - @entropy_ : 15  

2. Opowiadanie bez tytułu - @KatieWee : 33 - 2 (za zbyt małą liczbę słów) = 31 

3. Kopia zapasowa - @George_Stark : 14

4. Ostatnia papierowa książka - @moll : 22

5. Czuję zbliżającą się wieczność [Część 2/3] - @entropy_ : 19  

6. loml - @Dudleus : 9 (opowiadanie pozakonkursowe)

7. Kosmiczna przygoda - @Dudleus : 13  

8. Powłoka - @splash545 : 21  

9. To, co utracone - @Wrzoo : 17 - 5(za niewłaściwą kategorię) = 12

10. Malinois - @Wrzoo : 25  

11. Trzy kulki - @George_Stark : 18  

12. Powłoka epilog - @splash545 : 23 - 5(za zbyt małą liczbę słów) = 18

13. Lekcja, której musiałem się nauczyć [Część 3/3] - @entropy_ : 17

14. Jesteśmy - @CzosnkowySmok : 18


Wszystkim uczestnikom dziękuję i mam nadzieję, że zaszczycicie swoimi talentami pisarskimi również kolejną edycję.

#zafirewallem #tworczoscwlasna

5aaf8b6d-90e6-4bef-ba85-73cee3d1f9d3

@splash545

Super duper mega blaster - @Dudleus za opowiadanie - Kosmiczna przygoda

Dziękuję za wyróżnienie.


loml - @Dudleus : 9 (opowiadanie pozakonkursowe)

Ale żeby takie gówno tak wysoko xDDD

Zaloguj się aby komentować

Jesteśmy


To już 37 lat od kiedy próbujemy się z nimi skontaktować, to jest nasza ostatnia szansa na jakikolwiek kontakt we wszechświecie. Naprawdę daliśmy ciała. Nikt nie potrafi zrozumieć jak mogliśmy się nie domyśleć, że to oni wysyłają do nas sygnały. Sygnały takie, że prawie cały wszechświat jest ich pełen. Nie wiedzieli gdzie nas znajdą, więc użyli wszelkich możliwości i wysyłają po dziś dzień sygnał w całej naszej czasoprzestrzeni.


Cóż, taka natura ludzkości. Podróżować, odkrywać, zdobywać. Ten nasz instynkt szukania odpowiedzi co znajduje się za następnym pagórkiem, za rzeką, za oceanem doprowadziła ludzkość najpierw do kolonizowania kolejnych planet w układzie słonecznym a później do wielkich podbojów wszechświata. Szukanie odpowiedzi do zrozumienia natury otaczającego nas świata pozwoliła nam na podróże międzygwiezdne, które stały się codziennością a kolonizacja innych galaktyk spowszedniała. Zwiedziliśmy cały nasz wszechświat… Zawiedliśmy się. Zawiedliśmy się na naszym świecie i na nas samych. Nasi filozofowie i naukowcy pomylili się i nie potrafili przewidzieć tej najbardziej intrygującej rzeczy. 


Jesteśmy sami. Jesteśmy jedyną inteligentną formą życia w całym kosmosie. Kiedyś jeszcze żyliśmy nadzieją, że przecież nie znamy całego wszechświata, że widzimy tylko część tego wszystkiego. Nie znaleźliśmy inteligentnego życia w naszej galaktyce? Nic to, znajdziemy w innej. Nie znaleźliśmy życia w kolejnych galaktykach? Statystyka podpowiadała, że to anomalia i musi być w następnej, po prostu musi.

Niestety, wszechświat okazał się naprawdę mały gdy poznaliśmy jak to wszystko jest zgrabnie połączone. Nasze wyobrażenia niezwykłej różnorodności legły w gruzach. Gdziekolwiek nie polecieliśmy to wszytko było takie samo. Cały kosmos przecież ma dokładnie ten sam wiek, wszystko wszędzie działo się dokładnie tak samo a czas pomimo dylatacji w skali mikro płynie dokładnie tak samo wszędzie. To jest niezwykłe, że nawet dzisiaj z każdej naszej kolonii możemy obserwować przeszłość naszego uniwersum. Ale to wszystko jest jedynie pięknym obrazem minionych czasów, który dostarczają nam fotony przemierzające wielkie odległości ale zawieszone w przeszłości, przekazujące informację z dawnych czasów. 


Życie w we wszechświecie? Nie istnieje… Nie istnieje oprócz nas i oprócz naszej pierwotnej planety ZIEMIA!!!11ONEONE. Jesteśmy jedną wielką anomalią, jednym wielkim wybrykiem natury. Wszędzie gdzie nie byliśmy to znajdowaliśmy jedynie jakieś artefakty prymitywnych żyjątek, które za każdym razem nie miały szans na przetrwanie. 


To co się stało 37 lat temu było dla wszystkich szokiem. Niezwykła teoria, która została opublikowana na jakimś prehistorycznym portalu hejto.pl ze śmiesznymi obrazkami i poezją kałową, przez jakiegoś astro-historyka amatora, zelektryzowała świat nauki. Temat wybuchł i wszystkie ośrodki naukowe, które powoli nie miały co robić zaczęły badać to co było do tej pory na wyciągnięcie ręki. Rozszerzanie się wszechświata i zwiększanie odległości między galaktykami tworzyło samoistnie materię w przestrzeni międzygalaktycznej. Zjawisko opisywane jeszcze w pierwszych podręcznikach do astro-nawigacji było dobrze znane. Wraz z czasem, przestrzeń rozszerza się i dla zachowania ciągłości czasoprzestrzeni pojawiają się spontanicznie niewielkie cząstki. Nie są one stałe ale ich fluktuacja jest znana. Pojawiają się na kilka czasów planka i znikają. Pojawiają się znowu i znikają. Wszyscy przyjmowali, że tak to sobie podróżują przez rozszerzający się wszechświat w niezwykłej regularności bardzo rozciągniętej fali pola kwantowo-grawitacyjnego. 


Nic bardziej mylnego. Oczk74#56 zauważył, że wszystkie te fluktuacje można zeskanować i zauważyć, że tworzą niezwykłą falę, która jest odrobinę szybsza od prędkości światła! Bez zakrzywienia czasoprzestrzeni było to niemożliwe, ale one nie zakrzywiały w żaden sposób otoczenia. Wiemy jak skrócić dystans między dwoma punktami w galaktyce, wiemy jak używać czarnych dziur, żeby przemieścić się do innej galaktyki, ale nikt nie spodziewał się fal wyprzedzających prędkość światła! To nie tak, że te cząstki były znacznie szybsze od światła, ale były po prostu wystarczająco szybsze a jednocześnie niewiele szybsze. Nikt wcześniej tego nie zauważył, nie połączył tego, że one pojawiają się w tej niezwykłej fali i nie jest to błąd statystyczny!


Cały świat naukowy zaprzągł fabryki do produkcji skanerów neo-tachionów, jak to je nazwaliśmy, rozstawiliśmy je w całym uniwersum i jest to największy projekt ludzkości jaki kiedykolwiek istniał. I wtedy stało się. Skumulowane wyniki nie były przypadkowe, nowa interpretacja cząsteczek doprowadziła świat fizyki niedeterministycznej do zawalenia. Do tej pory byliśmy pewni, że wszystkie zjawiska nas otaczające są dziełem przypadku, przypadku w ograniczonym zakresie ale jednak tworem niezwykłej losowości, którą tłumaczy fizyka termo-kwantowa pola. 

Cząsteczki te pochodziły z drugiej strony prędkości światła, ze świata lustrzanego do naszego, ale gdzie wszystko jest odwrotne. Świata, gdzie cząsteczki nie mogą wytracić prędkości poniżej prędkości światła a czasoprzestrzeń ma trzy wymiary czasu i jeden przestrzeni. Wydaje się to być zupełnie niezwykły wymiar, ale jest on jedynie odwrotnością naszego.


Po dogłębnej analizie zrozumieliśmy. To jest sygnał, to jest informacja pochodząca z tego drugiego świata. To jest informacja o ich fizyce, o tym jak oni widzą ich wszechświat. Co niezwykłe ich fizyka jest dokładnie taka sama, tylko wywrócona do góry nogami. Lustrzany świat z lustrzaną fizyką. 


Podjęliśmy decyzje, musimy im wysłać informację. Musimy im wysłać informację o naszym świecie ale tak, by zrozumieli, że nie jest to odbicie ich nadawania. Tyle czasu zmarnowaliśmy. tyle czasu, którego już nie da się odzyskać. Nasze skanery w kilkanaście lat przemodelowaliśmy na emitery cząstek anty-neo-tachionów, które powinny przebić się przez barierę prędkości światła i pojawić się po ich stronie jako fala wolniejsza od światła. Muszą zrozumieć nasz sygnał, muszą zwrócić na to uwagę.


Wszystko już przygotowane, jeszcze dzisiaj zaczniemy wysyłać sygnał do ich uniwersum. Rozkaz z głównego centrum naukowego “Za firewallem” dotarł do wszystkich ośrodków i nastąpiła synchronizacja nadajników. Stała się rzecz niezwykła, gdy tylko zaczęliśmy nadawać informację ich sygnał zanikł. Nie wiemy co się stało. Czy zaczęli odczytywać ten sygnał? Dali nam znać, że zrozumieli co się dzieje? Nic czekamy.


Nadawaliśmy już sygnał 37 lat, lekko go modyfikując, żeby być pewnym, cze nie interferuje z ich sygnałem. Niestety… wszystkie badania potwierdzają, że oni po prostu przestali nadawać. Ale nie była to prawda. Prawda okazała się znacznie bardziej prosta. Jesteśmy sami. Jesteśmy sami we wszechświecie. Lustrzane uniwersum to nie jest inny świat. To jest dokładnie nasz świat, tylko tam czas płynie w odwrotną stronę a nasz sygnał… Nasz sygnał otrzymywaliśmy od nich do momentu kiedy my zaczęliśmy nadawać. Ten sygnał my potrzebowaliśmy, żeby nasz wszechświat istniał, by nasza fizyka nie rozpadła się. By czasoprzestrzeń istniała. Świat jest deterministycznie lustrzany. To co się działo u nas dzieje się teraz u nich. A naszym zadaniem jest podtrzymywanie tego sygnału, żeby ich świat istniał i żeby nasze wszechświaty podtrzymywały się nawzajem. My to oni, oni to my. Jesteśmy sami.


***


Znowu się zaskakuje, że zrobiłem coś, o czym nie pomyślał bym jeszcze kilka tygodni temu. Nawet nie miałem w głowie, że mogę napisać opowiadanie. Bardzo dziękuję wszystkim kawiarenkowiczom, za pokazanie mi nowych dróg kreatywności.


Specjalne podziękowanie dla @splash545 - dzięki chłopie za wielką motywacje


#zafirewallem #naopowiesci


Słowa - 1041

Znowu się zaskakuje, że zrobiłem coś, o czym nie pomyślał bym jeszcze kilka tygodni temu. Nawet nie miałem w głowie, że mogę napisać opowiadanie. Bardzo dziękuję wszystkim kawiarenkowiczom, za pokazanie mi nowych dróg kreatywności.


Po pierwsze bardzo się cieszę, że udaje nam się tworzyć takie miejsce, gdzie ktoś sobie czegoś spróbuje i być może nawet sprawia mu to radość i satysfakcję.


Po drugie : kapitalny pomysł. Bardzo lubię w literaturze przebieg emocjonalny dół - góra - dół. No i od razu przyszedł mi do głowy pomysł, przy tej prędkości światła, na jakieś opowiadanie, gdzie podróże z prędkością nadświetlną wykorzystuje się do obserwacji przeszłości -- czy to w celu badań historycznych, czy też na przykład w kryminalistyce, do prowadzenia śledztw. Lubię rzeczy, które mnie inspirują w taki sposób, że wpadam na pomysły!


Po trzecie wreszcie, i proszę, nie odbieraj tego jako złośliwość, mnie się po prostu takie rzeczy bardzo rzucają w oczy i lubię je zauważać, bardzo spodobało mi się to zdanie: Niezwykła teoria (...) zelektryfikowała świat nauki. Rozumiem, że chodziło o słowo "zelektryzowała", bo tak to wyobraziłem sobie niezelektryfikowany świat nauki i naukowców siedzących przy komputerach skonstruowanych na wzór liczydeł czy suwaków logarytmicznych, być może nawet napędzanych chomikami. Ale uśmiechnąłem się przy tym zdaniu szeroko.

hejto.pl ze śmiesznymi obrazkami i poezją kałową

XDDD

Fajny pomysł, fajne wykonanie. Pioruna dałem po drugim akapicie bo już czułem że będzie dobre.

Zaloguj się aby komentować

Korzystając z okazji przypominam, że I edycja konkursu #naopowiesci pomału, choć nieubłaganie zmierza ku końcowi. A więc kto tam jeszcze czuje się na siłach, ( @ErwinoRommelo , @DiscoKhan , @CzosnkowySmok , @Piechur ) bądź chciałby dokończyć co zaczął ( @entropy_ ) , albo obiecał, że napisze ( @spawaczatomowy ) , lub chciałaby ale się czai ( @cyberpunkowy_neuromantyk ) napisać opowiadanie w takim temacie i takim klimacie to proszę się pomału streszczać.


Natomiast ja nie czując się jeszcze na siłach, żeby pisać kolejne pełnoprawne odcinki mojego dziewiczego opowiadania "Powłoka" napisałem do niego krótki epilog. Chciałem się w nim podzielić z Wami pewną myślą, która towarzyszyła mi od samego początku pisania tego opowiadania: https://www.hejto.pl/wpis/quot-powloka-quot-nie-rozumiem-czym-sie-martwisz-to-tylko-powloka-od-razu-po-prz


***


Powłoka - epilog


2 tygodnie później. Baza na Marsie.


Kiedy zacząłem pracę w pozaziemskiej placówce badawczej, nigdy bym nie przypuszczał, że pół roku później jako Marsjanin będę witać Ziemian na mojej planecie. W chwili, w której w 10 rakietach przybyli tu ostatni ludzie z krwi i kości, czułem, że to koniec świata jaki znałem. Niedługo później gdy niespodziewanie nadleciała jedenasta rakieta, której przybycie wprawiło wszystkich w konsternację, sądziłem, że już nic bardziej mnie nie zaskoczy. Nie mogłem się bardziej pomylić, bo największe zaskoczenie a zarazem moment, w którym runął cały mój świat miał dopiero nadejść.


***


To dziwne jaka głucha cisza zapadła na sali obserwacyjnej, kiedy stało się to co powinno spowodować powszechną radość. Chyba nikt do końca nie wierzył w to co właśnie się stało i na co właśnie patrzyliśmy. 

Każdy z nas wiedział co się wydarzy, ale mimo to większość i tak musiała się łudzić, że może znów wyjdzie, że ai się pomyliło. Już 2 godziny wcześniej czekaliśmy na uderzenie asteroidy w Ziemię, okazało się jednak, że wyraźnie brakuje dystansu a obliczenia co do czasu spodziewanej kolizji były błędne. Nie mogło to oznaczać nic innego niż to, że cała trajektoria jej lotu również nie może się zgadzać.

W jaki sposób to się stało, że tyle różnych ai pomyliło się dokładnie w ten sam sposób? Tego nikt nie wiedział, lecz akurat w tym momencie było to mało istotne. Zdecydowanie ważniejsze było jak najszybsze dokonanie nowych, prawidłowych obliczeń. Do tego zadania, mimo wszystko, ponownie zaprzęgnęliśmy ai. Tym razem wklepaliśmy ręcznie nowe dane, które na bieżąco podawał nam główny marsjański teleskop. Z wyników wychodziło, że asteroida wejdzie w ziemską stratosferę i ominie! naszą planetę o 14 kilometrów. Obliczenia naszych matematyków to potwierdzały i patrzono na nie już z dużo większym szacunkiem niż do niedawna. 


Mimo to każdy dalej się łudził i chciał się przekonać. A teraz choć widzieliśmy to na własne oczy, chyba do niektórych dalej nie docierało to na co patrzyli. Asteroida przeleciała obok, a Ziemia przetrwała i to w nienaruszonym stanie. Ani jedna osoba z obecnych na sali nie okazała żadnych oznak radości z tego powodu. Bo oznaczało to tylko tyle, że powierzając los ludzkości w ręce ai pozbawiliśmy w ten sposób powłok ponad 10 miliardów ludzi. 

Czy może raczej było to po prostu masowe morderstwo całej ludzkości? Czyja to była wina? Ai? Czy może nasza? 


Przez przeszło 50 lat ai nie pomyliło się ani razu. W trakcie tych dekad dwukrotnie ocaliło ludzkość od katastrofy, gdzie zginęłaby większa część populacji. To również ai doprowadziło do zakończenia głodu na świecie, a także do stanu, który w pewnym sensie można by nazwać światowym pokojem. Tyle dobra, dziesiątki tysięcy decyzji a każda prawidłowa, najbardziej optymalna, można by rzec, że wręcz idealna. Przez tyle lat ai zdobyło nasze zaufanie i chyba mieliśmy prawo ufać mu też przy decyzjach podjętych w sprawie asteroidy? Prawda, że mieliśmy? Na pewno myśleliśmy, że to najrozsądniejsza opcja. Najbardziej optymalna.


A jednak przez to nadmierne zaufanie stało się to z czego właśnie zaczęliśmy zdawać sobie sprawę. 10 miliardów ludzi zostało zutylizowanych, a ich świadomość przetrwała jedynie na dyskach. A my staliśmy teraz w ciszy i patrzyliśmy jak asteroida, która miała być końcem całej ludzkości i Ziemi, właśnie ją omija i leci dalej w przestrzeń kosmiczną. I faktycznie w pewnym sensie spowodowała ona koniec ludzkości. Może, mimo wszystko, to była właśnie jej wina?


#tworczoscwlasna #zafirewallem

ff2afb9c-8c17-43ce-bb98-60c57bfbc3a1

Ja do połowy czerwca odpadam z większych aktywności, ledwo mi się udaje mój tag trzymać przy życiu. Na razie walę pioruny w ciemno, ale jak mi się skończy nareszcie młyn, to nadrobię zaległości i poczytam

Zaloguj się aby komentować

Kurła! Siedzę po nocach zmęczony, oczy mi się zamykają. Piszę jakieś zaległe teksty, a tu jeszcze kolega @splash545 z kawiarenki #zafirewallem wymyślił sobie zabawę #naopowiesci , która bardzo mi się spodobała. To, co zamieszczam niżej to raczej szkic albo zestaw jakichś tam pomysłów jakoś tam wplecionych w jakąś tam historię niż opowiadanie – trzeba by to jeszcze jakoś zredagować i skrócić, bo na ten moment jest ponad 2100 słów, no ale nie będę miał czasu żeby to zrobić, a dziś już nie mam siły. Niech więc zostanie tak jak jest. Powiedzmy, że to nowy gatunek: opowiadanie organiczne. Napisane toto jednym ciągiem, z grubsza poprawiłem tylko literówki (pewnie i tak nie wszystkie), ale zamieszczam licząc, że może ktoś się przy czytaniu chociaż uśmiechnie? A więc:


ignorując niewygodne prawa fizyki, nie przejmując się lukami fabularnymi, krzywiąc logikę, a pod koniec to już streszczając się niemiłosiernie, co i tak niewiele pomogło, bo limit słów tak czy inaczej został przekroczony, oto prezentuję kolejne „opowiadanie” w jednym z najmniej przeze mnie lubianych gatunków, czyli sf. Efekt poniżej:





Trzy kulki


Utrzymanie pokoju w galaktyce wcale nie jest takim prostym zadaniem. Wiemy o tym dobrze, my, mieszkańcy The Rolling Stone, którzy kiedyś już utraciliśmy swoje miejsce we Wszechświecie. Nasza miłująca pokój ziemska cywilizacja, podzielona na trzy zaprzyjaźnione ze sobą mocarstwa: Eurazję, Wschódazję i Oceanię nie była gotowa na pozaziemski najazd. Owszem, wspólnie badaliśmy możliwości jakie daje przestrzeń kosmiczna, ale wyłącznie pod kątem eksploracji i nawiązywania przyjacielskich relacji z ewentualnymi innymi formami życia, a nie podboju! Stąd do głowy nam nie przyszło, że to nas ktoś może zaatakować! A kiedy już zostaliśmy zaatakowani, nie byliśmy w stanie się obronić.


Szczęście w nieszczęściu, że Earth S.A., nasza wspólna Ziemska Agencja Kosmiczna (notowana wówczas na giełdzie w Warszawie) opracowała technologię pozwalającą na kolonizację innych planet. Technologia więc była, nie było za to planu, ten był jeszcze w fazie planowania. Planowanie to zostało przerwane wspomnianym wcześniej atakiem i podjęliśmy ucieczkę. Bez planu. Musieliśmy opuścić nie tylko naszą planetę, Ziemię, nie tylko Układ Słoneczny, ale całą naszą Galaktykę. Drogę Mleczną. Na pamiątkę po niej zostały nam tylko batoniki Milky Way, których recepturę nasi wsteczni inżynierowie odtworzyli na podstawie jednego z nich, ocalonego z katastrofy i przywiezionego przez jednego z Wielkich Uciekinierów w tylnej kieszeni jego spodni, które zawieruszyły się gdzieś w kącie. Od tamtej pory te słodycze są tradycyjnym deserem uroczystej kolacji w Dniu Wspominania Że Kiedyś To Było.


Wielcy Uciekinierowie przez kilka pokoleń dryfowali w przestrzeni kosmicznej, i dobrze żyło im się w statku nazwanym Barka Nowego, aż w końcu zaczęło kończyć im się paliwo. Musieli zatrzymać się na pierwszej planecie, która mniej więcej nadawała się do życia. Tak właśnie trafili na ten kawałek toczącej się przez Wszechświat skały, której atmosfera jednak zawierała tlen, a różdżkarz stwierdził obecność wody pod jej powierzchnią. Nasi bohaterowie nie byli do końca usatysfakcjonowani swoim nowym domem, nie mieli jednak wyboru. Osiedlili się, a planetę nazwali The Rolling Stone.


Próbowano terraformować tę nową planetę. Zaczęto od tego co najważniejsze, a więc od organizacji. W ten właśnie sposób The Rolling Stone została podzielona na trzy regiony: Nową Eurazję, Nową Wschódazję i Nową Oceanię. Utworzono też, złożony z przedstawicieli każdego z odtworzonych mocarstw, Rząd Światowy.


Wyciągnęliśmy wnioski z przeszłości. Tym razem nie pozwolimy się zaskoczyć! Korzystając z mądrości naszych ziemskich przodków, wykorzystując wiedzę zawartą w ocalonych po nich, a teraz przechowywanych w muzeach audiowizualnych artefaktach w postaci reklam suplementów diety sztab naszej wspólnej, zjednoczonej armii przyjął dewizę „lepiej zapobiegać niż leczyć”. Z tego powodu każda forma życia, która pojawia się w naszej galaktyce traktowana jest jako potencjalne zagrożenie, bo przecież kiedyś może rozwinąć się w cywilizację, prześcignąć nas w rozwoju i w końcu zaatakować.


Nie porzuciliśmy tradycji naszych przodków. Tak samo jak oni, wprowadziliśmy u siebie powszechną edukację wierząc, że gospodarka oparta na wiedzy jest jedyną słuszną drogą która może zapewnić nam dostatek, spokój i bezpieczeństwo. No właśnie: bezpieczeństwo. Tak jak było na Ziemi, edukacja na The Rolling Stone również kończy się egzaminem dojrzałości, jednak, ze względu na okoliczności, jest tutaj pewna różnica. Najważniejszym egzaminem maturalnym na naszej planecie jest egzamin z Przysposobienia Obronnego. Polega on na tym, że trójka abiturientów zostaje wysłana na trzy kolejne planety. Ich celem jest te planety zbadać i ewentualnie unicestwić wszelkie znalezione na nich przejawy życia.


Egzaminy na The Rolling Stone zdają wyłącznie mężczyźni. Dzieje się tak dlatego, że powszechna edukacja obejmuje u nas wyłącznie mężczyzn. Dawno temu, zaraz po osiedleniu się na tej planecie było inaczej. Obie płcie biologiczne miały równe prawa i obowiązki, ale organizacje feministyczne po wieloletnich staraniach wywalczyły kobietom pewne przywileje. Między innymi ten, że po stanowczo – ich zdaniem – zbyt długim okresie zmuszania kobiet do, na przykład, zasiadania w radach nadzorczych spółek w celu wypełnienia parytetu, kobiety wreszcie mogły w spokoju zostać w domu i zająć się robieniem niczego.


Aby utrzymać pokój, przyjaźń i współpracę między narodami, Rząd Światowy postanowił, że każdy egzamin maturalny będzie międzynarodowy. W praktyce oznaczało to, że każda załoga złożona była z jednego przedstawiciela Nowej Eurazji, jednego Nowej Wschódazji i jednego Nowej Oceanii. Tak było i w naszym przypadku. 32 lipca roku 1983 Nowej Ery stanęliśmy we trójkę przed kosmodromem Bajkorun: ja, Jerzy: typowy i nudny konsument, przedstawiciel dumnego narodu Nowoeuroazjatyckiego, @DiscoKhan : skośnooki, miłujący historię i muzykę disco przedstawiciel Wschódazji oraz wielbiciel australijskich pająków, przyszły inżynier biologii, próbujący przywrócić je do życia na podstawie egzemplarza zasuszonego w kącie Barki Nowego, @splash545 .


Tak jak u naszych przodków na Ziemi, tak i u nas, z egzaminem dojrzałości wiązały się pewne tradycje, a może nawet przesądy. Najważniejszym z nim była tak zwana studniówka. Sto dni przed wylotem wybranka wyruszającego na wyprawę maturzysty wręczała mu małą szklaną kulkę, pokolorowaną wewnątrz tak, że przypominała naszą macierzystą planetę. Zwyczaj ten miał na celu nie tylko zapewnić szczęście w egzaminie, ale także podtrzymywać pamięć o naszych korzeniach. Przede wszystkim jednak miał zapewnić uczciwość egzaminu, bo w kulkach zatopione były kamery, które rejestrowały cały przebieg wyprawy, aby później mógł być zweryfikowany przez Rządową Komisję Egzaminacyjną tak, żeby nie było żadnych wątpliwości co do zaliczenia egzaminu. W przypadku niezaliczenia sprawa zwykle była prostsza i dużo bardziej oczywista: egzaminowany nie wracał lub, w najlepszym wypadku, wracało jego ciało. Niekoniecznie w całości i kompletne.


A więc było nas trzech, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel. Celem tym był układ planetarny gwiazdy Proxima Perfecti, dotychczas prawie niezbadany, również przy pomocy teleskopów. Obserwację tego fragmentu galaktyki uniemożliwiało świecące własnym, mocnym blaskiem, Promieniowanie Hołdysa. Zupełnie nie wiedzieliśmy czego możemy się tam spodziewać, oprócz tego, że gwiazdę okrążały dokładnie trzy planety.


***


Uczestnicy wyprawy mieli pełną dowolność w przygotowaniach, opracowywaniu planu i jej realizacji. Nie było w tej sprawie żadnych regulaminów, rozporządzeń ani dyrektyw. Prawo zabraniało nawet kontaktować się z uczestnikami poprzednich egzaminów. Musieliśmy radzić sobie sami. Nic dziwnego. W końcu celem tego wszystkiego było udowodnienie naszej dojrzałości.


Postanowiliśmy rozpocząć od planety leżącej najbliżej gwiazdy. Kiedy nasz statek zbliżył się na odległość, z której można było dojrzeć coś więcej niż tylko punkt naszym oczom ukazały się barwy tego ciała niebieskiego, a były to czerwony, biały i niebieski. Kiedy zaś wylądowaliśmy naszym oczom ukazał się las. Las krzyży. Poza tym wiało.

– To co, chłopaki, rozejrzymy się trochę? – zapytał @splash545 , który jako jedyny z nas zachowywał stoicki spokój.

– Dobra – zgodziłem się, a @DiscoKhan podkręcił wąsa, co uznaliśmy nie tylko jako znak zgody, ale i nastawienia bojowego.

– To idziemy! – @splash545 podał komendę.

– Idziemy! – zgodziłem się.

– Ale gdzie? – przytomnie zapytał @DiscoKhan .

– Nooo… – zawahał się @splash545 . – Chyba przed siebie?

– Chyba nie musimy – odezwałem się, bo kiedy tamci dwaj zajęci byli planowaniem i patrzyli na siebie nawzajem, las ruszył w naszą stronę.

– Krzyżaki! – krzyknął @splash545 .

– Krzyżacy! – krzyknął @DiscoKhan .

Obaj się mylili. Okazało się, że obiekty lub istoty poruszające się w naszym kierunku to wiatraki. Czekała nas walka z wiatrakami!


Przez chwilę staliśmy w osłupieniu, nie wiedzieliśmy mamy zrobić. Cała teoria, wszystkie te pozorowane na ćwiczeniach walki zdawało się, że nigdy się nie odbyły. Pierwszy ocknął się @DiscoKhan. Ruszył w kierunku nacierającego przeciwnika, zaintonował bojową pieśń Stayin’ alive z repertuaru Bee Gees. Ruszyliśmy za nim.


Wszystko odbyło się szybko: śmigi wiatraków śmigały i my też śmigaliśmy. Chyba szybciej od nich, bo wyglądało na to, że odnieśliśmy zwycięstwo. Z wiatraków nie została cegła na cegle, a unoszące się w powietrzu bitewne mąka i otręby powoli opadały. Razem z @DiscoKhanem rozpoczęliśmy taniec zwycięstwa. Nie dołączył do nas @splash 545, który osowiały usiadł na kopczyku cegieł.

– Splash? – spytałem.

Bez odpowiedzi.

@splash545 , tu Dżordż. – powtórzyłem bardziej oficjalnie – Wzywam cię, Splash!

– Melduje się @splash545 . – Wyuczony odruch zadziałał.

– Co się stało?

Zanim się odezwał, sięgnął do kieszeni. Wyciągnął z niej rękę zaciśniętą w pięść, a kiedy rozprostował palce w moim kierunku ujrzałem na jego dłoni pył. Pył, który po chwili został zdmuchnięty przez wiatr. Tak jakby ten wiatr musiał się czymś zająć, kiedy zabrakło mu wiatraków, które mógłby napędzać.

– Zepsułem… Zepsułem kulkę – ze łzami w oczach wyrzucił z siebie @splash545 .


***


Na statku atmosfera była napięta. @splash545 siedział w kącie ze smutną miną, a @DiscoKhan przechadzał się po kabinie zastanawiając się nad czymś i nerwowo podkręcając wąsa. Ja nie wiedziałem jak mam się zachować, więc czekałem na rozwój sytuacji wpatrując się w swoją kulkę. W końcu @DiscoKhan podszedł do Splasha:

– Sprzedam ci swoją.

– Co?! – zdziwił się @splash545 .

– No kulkę. Swoją. Sprzedam. Ci.

– …

– Chcesz?

– Ale jak?

– Co jak? No normalnie. Dogadamy się co do ceny i kulka jest twoja. – @DiscoKhan zaczynał się jakby denerwować

– Ale… Tradycja? – wykrztusił w końcu @splash545 .

– A plwam na taką tradycję! Tradycja to konie w stepie ujeżdżać, ot co! A nie jakieś kulki, co aparat ucisku nam funduje! – @DiscoKhan coraz bardziej się unosił, na szczęście @splash545 przerwał mu:

– Serio chcesz mi ją sprzedać?

– Serio.

– A za ile?

– No przecież jakoś się dogadamy.


***


Kiedy podchodziliśmy do lądowania na drugiej planecie w układzie Proxima Perfecti obaj z @DiscoKhan em nie mogliśmy się nadziwić przedziwnemu jej kształtowi. Przypominała głowę niemowlaka. Kiedy we dwóch zastanawialiśmy się w którym miejscu twarzy mamy wylądować @splash545 przekładał swoją drugą szansę, swoją nową, odkupioną od @DiscoKhan a kulkę, z kieszeni do kieszeni:

– Nie, tutaj za twardo. Tutaj może się zepsuć przy wyskakiwaniu z pojazdu. O! To może tutaj? Byle tylko nie zepsuć. Byle tylko nie zepsuć! – powtarzał.


Zdecydowaliśmy się na lądowanie pomiędzy ustami a nosem. Stwierdziliśmy, że jeśli na tej planecie istnieje jakieś życie, to powinno się ono rozwinąć w najbardziej ku temu sprzyjających warunkach: tam gdzie ciepło i wilgotno. Nie pomyliliśmy się. Zajęci bezpiecznym posadzeniem statku na powierzchni planety nie zauważyliśmy, że w okolicach ust pojawiło się coś przerażającego. Wyglądało to jak latający talerz ze starych filmów, kiedy ludzkość kosmos sobie tylko wyobrażała i nie miała pojęcia, że talerze są już dawno passé, a od dłuższego trwała już wówczas moda retro i znów w całym kosmosie latało się na dywanach. Ten stwór jednak wyglądał jak talerz z cybantem u dołu, który służył mu do poruszania się. Na górnej powierzchni owego talerza znajdowała się wielka, obła, rozszerzająca się ku górze galaretowata narośl.

– Wygląda jak smoczek – powiedział @DiscoKhan – wiem, bo moi rodzice są tradycjonalistami i kiedy byłem mały zamiast uspokajać mnie w komorze usypiającej, jak to robi się z normalnymi dziećmi stosowali te pradawne metody z Ziemi.

– Tak, ale smoczek jest mały. Widziałem w muzeum. – powiedziałem.

– No cóż – skwitował @splash545 . – Chyba przyszło nam walczyć ze Smokiem.

Na te słowa Smok wydłużył się, wyciągnął ku niebu a następnie czubek tej utworzonej naprędce macki opadł przygważdżając Splasha do ziemi. Usłyszeliśmy trzask, a zaraz potem słowa Splasha:

– Ręka: zgoda. Noga: zgoda. Kręgosłup nawet! Ale nie kulka!

Niestety, ten trzask to było to, czego @splash545 obawiał się najbardziej. Kolejna jego kulka zamieniła się proch. Nam, jako grupie, wyszło to jednak na dobre, bo okruch z kulki Splasha rozciął mu kieszeń i nakłuł Smoka. Ze stwora zaczęło wylewać się coś jakby mleko, a następnie zwiotczał i padł bez życia. W ten sposób odnieśliśmy zwycięstwo na kolejnej planecie.


***


Ekrany w kabinie zamigotały, kiedy zbliżaliśmy się do trzeciej, ostatniej planety w układzie. Obraz, który pojawił się na nich to były dwie twarze: @UmytaPacha i @moll .

@moll najadła się baby ganoush i wpadła w trans – powiedziała @UmytaPacha. – Ma wam coś do powiedzenia, więc słuchajcie. Ja was zostawiam, bo muszę do toalety. – Było jeszcze widać, jak prędko wybiega z pomieszczenia zanim z głośników dobiegł głos @moll :

– Uważajcie. Na ostatniej planecie przyjdzie wam się zmierzyć z samym Sobą.

Po tych słowach transmisja się urwała.


***


Rzeczywiście, gdy wylądowaliśmy, przed nami zaraz pojawił się ogromny stwór. Wyglądał jak Goro z Mortal Kombat: miał cztery ręce, ogromne mięśnie i paskudną twarz.

– Nazywam się Soba i macie do wyboru – powiedział do nas – albo będziemy walczyć, albo rozwiążecie moją zagadkę, a wtedy zginę.

Po krótkiej naradzie wybraliśmy zagadkę.

– Jak nazywał się strażak z dawnej dobranocki nadawanej w XX wieku na Ziemi? – olbrzym zadał nam pytanie po czym zza jego pleców wyszło kilkudziesięciu podobnych mu, choć znacznie mniejszych wojowników.

– Ej! @moll mówiła, że miałeś byś sam! – krzyknął @splash545 .

– Sam! Masz rację! Skąd wiedziałeś?! – zdążył wykrzyknąć Soba zanim jego towarzysze rozszarpali go a następnie popełnili zbiorowe seppuku.

W ten oto sposób wyeliminowaliśmy życie na trzeciej, ostatniej planecie naszej misji.


***


Kiedy lądowaliśmy na The Rolling Stone czekające na nas nasze wybranki: @moll , @UmytaPacha , @KatieWee i @Wrzoo (@DiscoKhan miał powodzenie, ale zgodnie z regulaminem maturalnym mógł dostać tylko jedną kulkę) chowały właśnie białe chusteczki, którymi nas żegnały. Podróżowaliśmy z prędkością minimalnie niższą niż prędkość światła, więc dla obserwatora, który pozostał na kosmodromie, nasza podróż trwała tylko nieco dłużej niż suma czasu, jaką spędziliśmy na naszych trzech planetach. Technicznie oczywiście było możliwe podróżowanie z prędkościami nadświetlnymi, ale zostało to zabronione od czasu kiedy doświadczenie potwierdziło teorię i okazało się, że podróże z prędkością większą od prędkości światła powodują cofanie się w czasie. Wówczas to lądujący statek z przeszłości omal nie zderzył się przy lądowaniu ze swoim odpowiednikiem z teraźniejszości, co teoretycznie mogłoby doprowadzić do kolapsu wszechświata. Tej teorii nie chcieliśmy jednak weryfikować eksperymentalnie.


Wysiedliśmy ze statku i skierowaliśmy się ku dziewczynom. @splash545 szedł z nosem spuszczonym na kwintę, @DiscoKhan n niezbyt udanie udawał smutek z powodu straty, mnie natomiast rozpierała duma. Sięgnąłem do kieszeni na piersi i niskim, męskim głosem oznajmiłem:

– Cholera. Zgubiłem swoją kulkę.

@George_Stark


Technologia więc była, nie było za to planu, ten był jeszcze w fazie planowania. 


Padłam. Cały ten akapit z Milky Wayami... no cudo. Jako ich wierna fanka czuję się spokojniejsza, że ich nie zabraknie w przyszłości I ta Barka Nowego! I Strażak! I ostatnie zdanie! No cudo.

@George_Stark dobre, uśmiałem się

Poza tym co inni wymienili spodobał mi się sukces organizacji feministycznych i promieniowanie Hołdysa xd No a moja postać to w sumie taka parodia stoika, żeby się jakąś kulką przejmować, albo czymkolwiek

Zaloguj się aby komentować

O kurcze jeszcze tylko 3 edycje i bitwa #nasonety wyjdzie z wieku dziecięcego. A tymczasem #diriposta do XXVII edycji sonetowej zabawy.


***


#naopowiesci


By zobaczyć ich też w prozach

Konkurs zrobić - myśl wybrzmiała


Kawiarenka z tego słynie

Trzeba tylko mieć śmiałości

Aby wbić się tu jak gwoździk

Twej przyklasną wypocinie


By zapobiec monotonii

Niczym sam diabeł wcielony

Zrobię co mi się wyśniło

I zostanę jakim Fredrem


Chcąc powtórzyć to co przedtem

W nasonetach się zdarzyło

By ten istny weny amok

W opowiadań zmienić natłok


#zafirewallem #tworczoscwlasna

4f57d6bb-7247-49c1-b059-c174ea948cfe

Zaloguj się aby komentować

Czytam sobie pozostałe opowiadania z konkursu #naopowiesci , i myślę sobie: "co oni wszyscy tak poszli w sci-fi? Innych gatunków nie ma?". I siedzę sobie dumna ze swojej bajki, a tu bęc. Sci-fi było opisane jako temat opowiadań.

No i już miałam olać, ale jako że @splash545 napisał, że gatunek ten wybrał specjalnie dla mnie (!), to nie mogłam tego tak zostawić. Przed Wami opowieść dodatkowa, o... a zresztą, co ja będę spoilować?


***


Malinois


Od siedmiu miesięcy prowadzę międzyplanetarny salon groomerski “Spejs-pies”, który przejęłam w spadku po babci, która wybrała się na Sigmę-87 na emeryturę. Tak, to babcia wymyśliła tę nazwę. Tak to jest, jak masz 370 lat i kompletny brak inwencji twórczej, bo urodziłaś się jeszcze na Ziemi. 


Mój salon, jak i cała planeta Gierek-3, mieści się na uboczu galaktyki PRL-59. Ot, małokosmiczkowa planeta, jakich wiele. Kiedyś uprawiana była na niej śluzokukurydza, ale skały okazały się tak słabe, że zbiorów nie wystarczało nawet na paszę dla hodowanych tu turkuciów. Z racji rozpadu zakładów rolniczych, planeta postawiła na usługi. Problem w tym, że w tej części kosmosu nie ma aż tak wielu chętnych, by wydawać na nie pieniądze.


A jednak jakimś cudem babcia zdążyła przez niecałe 200 lat zbudować sobie solidną bazę klientów, którą przejęłam po niej z całym majdanem. Właściwie, to ta baza klientów stanowi główną część majdanu. 

Jest na przykład Żaneta Bhrtke, żona wpływowego spedytora kosmicznego, która przychodzi tu ze swoim pundlem. Samo cięcie bez mycia, pazury i brak perfum (przynosi swoje). Pundel również przy okazji ma podcinane pazury oraz preferuje swoje perfumy.

Mamy też poczciwego Weredeleneke, który opiekuje się Janem. Weredeleneke, zmęczony pracą opiekuna, często opowiada nam podczas mycia uszu, że rola psa pomocnika nie jest dla niego. Inżynierowie przygotowali go do roli konserwatora zabytkowych hydrantów, ale inny suczysyn z jego miotu znał wojewodę z Andromedy, i ta lukratywna fucha przepadła. 

Pani Wiesława natomiast nieustannie przychodzi ze swoją poppugą o wdzięcznym imieniu AAAAAAAAAAA, której chciałaby zrobić trwałą. Nieustannie jej odmawiam, kierując się maksymą babci: “Poppugi AAAAAAAAAAA trwała to jedna wielka chała”. W końcu jej imię nie wzięło się znikąd.


I tak codziennie, od rana do zachodu trzeciego słońca, interes się kręci. Widzę też to, co sprawiało, że babcia tak długo zwlekała z przejściem na emeryturę - radość zwierzęcia po wykonanej metamorfozie oraz zachwyt właściciela, gdy widzi szczęśliwego pupila… Nie można tego z niczym porównać. To jest coś, co odkryłam dopiero po przejęciu rodzinnego biznesu.


Był piątek, godzina 45 po południu. 45 minut do zamknięcia i żadnych umówionych wizyt, żyć nie umierać. W końcu znalazłam czas, by wykonać inwentaryzację!

Zdążyłam tylko pochwycić długopis, gdy nagle rozbrzmiał się dzwonek u drzwi wejściowych. Wychyliłam się zza zaplecza i zobaczyłam nieznajomego, stojącego przed drzwiami wejściowymi w towarzystwie… owczarka malinois.

Być może nie jesteście za bardzo zorientowani w świecie kosmokynologii, ale nigdy w życiu nie widziałam prawdziwego malinois. Nazywane też belgijskimi, te psy wymarły jakieś 400 lat temu. Czytałam o nich wyłącznie w książkach od babci, gdy przygotowywałam się do egzaminu z groomingu psów wojskowych. 

Stanęłam jak wryta. Czy to mi się śni? Przecież te psy jako zwierzęta domowe… nie powinny istnieć. Ich hodowla została zakazana Traktatem z Zerga, gdyż - podobnie jak inne ziemskie rasy - wymagały zbyt dużych nakładów pracy i wysiłku opiekunów do zachowania ich dobrostanu psychicznego i fizycznego. Z uwagi na ludzkie lenistwo dochodziło jednak do ogromnych nadużyć i cierpienia zwierząt przez poświęcanie im niewystarczającej uwagi, o którym opowiadały na parlamentarnych słuchaniach. Historie o zrzucaniu z łóżek, racjonowaniu przysmaków czy żywieniu suchą karmą mroziły krew w żyłach. Dzięki nowemu prawu psy uzyskały status istot rozumnych równych człowiekowi i mogłe samodzielnie decydować o swoim losie - bez poniżającej smyczy u szyi. Te, które przetrwały, nie chciały przedłużać swojego życia medycznie, więc z czasem ich populacja malała… aż doszła do zera. Nie udałoby nam się w porę przerwać tego okrucieństwa, gdyby nie dokonania Iwana Pawłowa XVIII w dziedzinie translatoryki zwierzęcej. 


Opiekun psa musiał zauważyć moją konsternację, gdy odezwał się cichym głosem:

- Tak, to belgijski.

Zamknęłam usta (o których właśnie zorientowałam się, że były cały czas otwarte), przygładziłam fartuch i przyjęłam najbardziej profesjonalną pozę, jaką mogłam.

- Piękny pies. Czy ma wszczepiony translator? - zapytałam, przypomniawszy sobie, że na niektórych planetach przed całkowitym zakazem hodowli wszczepiano psom auto-tłumacze, by mogły szybciej uzyskać niezależność i walczyć o swoje prawa stadnie.

- Nie - powiedział zimno opiekun. - Nie ma w sobie takiej elektroniki.

- Rozumiem - pokiwałam głową, próbując zamaskować rosnący niepokój. 

Brak tłumacza był niepokojący. Jeśli pies pochodzi z nielegalnej hodowli albo - co gorsza - ten człowiek sztucznie przedłuża mu życie bez zgody zwierzęcia, będę musiała niezwłocznie powiadomić Galaktyczny Inspektorat Kosmoweterynarii. A co, jeśli przenosi jakieś antyczne choroby? I TERAZ JEST W MOIM SALONIKU?! Poczułam, że serce zaczyna mi walić. Trzeba działać.

- To… jak mogę państwu pomóc? - zapytałam z lekko drżącym głosem, za co ofuknęłam się w myślach. Muszę zatrzymać tego psa do przyjazdu GIKu, choćby nie wiem, co. Ten człowiek nie może nabrać żadnych podejrzeń!

- Pies potrzebuje czyszczenia kamienia na zębach. Da radę jeszcze dzisiaj? Widziałem w Asternecie, że jest pani jeszcze chwilę otwarta.

- Naturalnie! - pokiwałam głową, może nieco za szybko. - Biorę się do roboty. Proszę zostawić mi psa, i wrócić za 45 minut.

- Nie mogę tu zostać? - nieznajomy zrobił krzywą minę.

- Niestety, nie mamy poczekalni. Proszę przejść się na spacer. Nasza planeta oferuje… yyy… hmm… na poczcie może pan kupić krzyżówki.

Właściciel jeszcze chwilę na mnie patrzył, po czym wręczył mi smycz, obrócił się na pięcie i wyszedł. 


Gdy tylko zniknął za rogiem budynku, odpięłam smycz psa i uwolniłam go z obroży. Z tego wszystkiego nie zapytałam nawet o jego imię! Nie było też adresówki… 

- Nie byłam przygotowana na przyjęcie gościa z antycznych czasów, więc obawiam się, że nie mam na miejscu tłumacza - powiedziałam, patrząc psu w oczy. 

Przyglądał mi się, i po chwili zwiesił głowę. Myślałam, że się zasmucił, ale zaczął wąchać podłogę.

- Tak, przed tobą była tu kosmotka Margrabini Von Kotte, jej zapach jest trudny do usunięcia chemią. Miała być ostatnia, po niej planowałam czyszczenie promieniowe. Wytrzymasz?

Pies znów zerknął na mnie, nic nie mówiąc. 

Przypomniałam sobie, że powinnam zadzwonić do GIKu. Jednym ruchem gałki ocznej wybrałam numer i czekałam, aż ktoś po drugiej stronie odbierze.


- Galaktyczny Inspektorat Kosmoweterynarii, Jadwiga XzZYt, słucham.

- Dzień dobry! Jagna II Wiklinowska z tej strony, salonik “Spejs-pies” z planety Gierek-3…

- Tak, wiem, mam pani dane przed oczyma. Po co dzwoni?

- Bo wie pani, do salonu przyprowadzono mi psa.

- Nie rozumiem.

- No psa, żywą istotę. Psa z Ziemi.

- Ale ich hodowla została zakazana.

- No wiem. 

- One wymarły.

- No wiem.

- Nie rozumiem.

- Jakiś nieznany mi klient przybył do mojego saloniku, trzymając psa na smyczy i poprosił o to, bym mu wyczyściła zęby.


Po drugiej stronie słuchawki zaległa cisza. Poczekałam jeszcze pięć sekund, i z niepewnością zapytałam:


- ...Halo?

- Pani poczeka - odezwała się ta sama kobieta.


Po chwili oczekiwania, na linii usłyszałam męski głos:


- Pani Jagno, jedziemy do pani. Ale nasz oddział dotrze dopiero jutro rano. Proszę zrobić wszystko, by pies został z panią. Proszę go nie oddawać temu człowiekowi. I najważniejsze - proszę koniecznie wyczyścić mu zęby. TO BARDZO WAŻNE. Rozumie pani?


Zaniemówiłam, ale potwierdziłam, że przyjęłam instrukcje. 


Trochę nie byłam gotowa na tę akcję. Nie dotarła do mnie jeszcze w pełni waga słów mężczyzny z infolinii GIK, ale wiedziałam, że muszę zabrać się za kamień psa. A to jest coś, co umiem robić najlepiej. 

Uklęknęłam przed owczarkiem i powoli, acz pewną ręką pogłaskałam go po policzku. Otworzył pysk i zaczął lekko ziajać.


- Wiem, że jest ci źle, że nie możesz mi powiedzieć, co myślisz. Ale zrobię, co w mojej mocy, żeby ci pomóc. Dobra?


Pies przekrzywił głowę, słuchając moich słów. Uśmiechnęłam się.


- Jak to się mówiło w tamtych czasach? Dobry pies?


Natychmiast zobaczyłam, że jego ogon zaczął się ruszać na prawo i lewo. To chyba znaczyło, że jest zadowolony. Pełna nadziei wzięłam skaler i, upewniwszy się, że psu jest wygodnie i komfortowo, zabrałam się do pracy.


***


Minęło jakieś 20 minut, gdy skończyłam. Przetarłam jeszcze dziąsła łagodzącym płynem, wyjęłam lusterko i pokazałam owczarkowi efekt końcowy. Wydawał się być zadowolony, bo znów zamerdał ogonem. Pogłaskałam go po głowie, a on dotknął mojego nadgarstka zimnym nosem.


- No, to najprostsza część z głowy. Teraz musimy wykombinować, co dalej.


Wiedziałam, że klient nie będzie wiecznie wybierał krzyżówek na poczcie i w końcu wróci po psa. A ja muszę jakoś go przetrzymać do następnego dnia!

Pomyślałam, że najprostsze będzie najbardziej przypałowe rozwiązanie. Zabiorę owczarka do swojego domu, a na drzwiach zostawię e-notkę, że musiałam wcześniej wyjść, i że zapraszam po odbiór niepodjętych pupili na następny dzień. Może tajemniczy klient się nie zorientuje, że coś tu śmierdzi…

Spojrzałam jeszcze raz na smycz i obrożę, a potem na psa, i pokręciłam głową. 


- Nie, mój drogi towarzyszu niedoli. Tak się nie godzi. Jesteś panem łąk i lasów, a ja miałabym cię ograniczać? Będziesz iść obok mnie. W naszej miejscowości i tak nie ma za wielu ludzi, a tym bardziej takich, którzy widzieliby kiedykolwiek owczarka malinois. Nikt się nie zorientuje. W razie czego, jesteś moim niemówiącym kuzynem z Gomułki-12. Oni tam wszyscy są trochę… hm… nietypowi, więc historyjka będzie wiarygodna.


Owczarek szczeknął radośnie, obwieszczając, że zrozumiał. Pierwszy raz słyszałam szczek psa. Ależ te istoty były głośne! I pomyśleć, że ludzie więzili je w mikromieszkaniach…


***


Powoli zapadał zmrok. Trzecie słońce zaszło, a my szliśmy wzdłuż szosy powietrznej do mojego domu. Idąc, podskakiwałam sobie jak zwykle. Kątem oka zobaczyłam, że pies zerka na mnie i też lekko podskakuje. Uśmiechnęłam się do niego.


- A może jesteś głodny? Mam smaczki z korkoni, chcesz?


Owczarek znów szczeknął i usiadł, wbijając we mnie wzrok. Zobaczyłam, że z pyszczka powoli skapuje mu ślinka.


- Tak od razu po zabiegu czyszczenia nie powinno się dawać psom jeść, no ale… chyba nie zaszkodzi, nie? 


Wyciągnęłam rękę ze smaczkiem, przypominając sobie retrofilmy szkoleniowe. Owczarek natychmiast podszedł do mojej dłoni i jednym delikatnym ruchem schwycił przysmak, drugim ruchem podrzucił go do góry, a trzecim - złapał i zaczął gryźć, zadowolony z siebie.


- Brawo, dobry pies! - zawołałam, a mój towarzysz zaczął merdać ogonem, zmrużywszy oczy. 


Poczułam rosnącą we mnie radość, że udało mi się spełnić jego podstawowe potrzeby życiowe. Potrzebuje wciąż dużo więcej, ale trzeba się cieszyć z małych sukcesów.

Szliśmy dalej. Skręciliśmy już w lewo, kierując się ku mojemu domowi, lecz pies przystanął i postawił uszy. Obejrzał się za siebie, a wraz z nim ja.

Na ścieżce za nami stał nieznajomy opiekun owczarka.

Ciarki przeszły mi po plecach. Jak on nas znalazł?


- GPS - powiedział człowiek, jakby czytając w moich myślach. - Chciałaś ukraść mi psa?

- To nie jest pana pies. On jest sam sobie psem! - wycedziłam, stając przed owczarkiem i zasłaniając go swoim ciałem. - Nie ma pan prawa go przetrzymywać jak niewolnika!

- Nie mam prawa? A kim ty jesteś, żeby mi mówić, co mogę, a czego nie?!


Zagotowało się we mnie. Ten typ ma jeszcze czelność się wykłócać!


- GIK już tu jedzie! - krzyknęłam, mając nadzieję, że uwierzy w mój blef. - Jeśli natychmiast pan nie odejdzie, to pana złapią! A oni nie znają litości dla psiemiężycieli!

- TO JEST MÓJ PIES! - ryknął obcy i zaczął iść w naszą stronę.


Spojrzałam na owczarka, a on na mnie. Coś błysnęło w jego oku. Podniosłam głowę i wystawiłam ręce, gotowa bronić psa całym ciałem… ale on natychmiast przeszedł mi między nogami i stanął, szeroko rozstawiając łapy i wbijając wzrok w nieznajomego. 

Nie wiedziałam, co się dzieje. Czy on… chce mnie obronić? Przecież nawet mnie nie zna! 

Już miałam wyciągnąć rękę, by z powrotem zaciągnąć go za siebie, gdy rozległo się ciche pikanie.

Pikanie dochodziło z owczarka.

Pikanie dochodziło z owczarka…?

Facet przede mną zamarł w pół kroku. Jego twarz pobladła.


- Nie… nie. On miał być dezaktywowany…


Owczarek zaczął lekko drzeć. Po chwili jego plecy się otworzyły, rozchylając metalowe drzwiczki na boki. Pikanie stało się głośniejsze.

Z otworu w plecach wysunął się karabin BFG9000 realnych rozmiarów, wycelowany prosto w nieznajomego. Szczęka mi opadła.

Pies przyjął jeszcze stabilniejszą pozycję, machnął ogonem w lewo i w prawo, i… rozpętało się piekło.


Z człowieka, który jeszcze przed chwilą nam groził, został czerwony glut na ścieżce. Broń plazmowa zmieniła go w kisiel, z którego nie udałoby się go nawet zrekonstruować. Zorientowałam się, że w tym całym szaleństwie upadłam na ziemię i tępo wpatrywałam się w psa.

Karabin zsunął się do wnętrza zwierzaka, drzwiczki na plecach się zasunęły. Pies odwrócił się w moją stronę i podbiegł z radością, z rozdziawionym pyskiem i radosnym szczekaniem oznajmił mi, jaki jest z siebie dumny. Zdezorientowana, zaczęłam go głaskać, a on - lizać mnie po twarzy. 


- D...ddobry pies… - wydukałam i zaczęłam drapać owczarka za uszkami.


#tworczoscwlasna #proza #zafirewallem

2b4dc7b2-c78a-4d85-956a-e5094facb4dc
Wrzoo userbar

@Wrzoo Jak ja się cieszę, że Ci się głupio zrobiło i zdecydowałaś się napisać dodatkowe opowiadanie bo jestem zachwycony!

Podobało mi się wszystko. Uśmiałem się przy początkowym opisie salonu i klientów.

Doceniam ogólną koncepcję z psami mającymi prawa na równi z ludźmi.

Umiejętnie pociągnęłaś tę historię, że ciągle chciałem się dowiedzieć co za chwilę się stanie i jak to wszystko się skończy, a skończyło się w sposób bardzo satysfakcjonujący xd

Było też sporo tekstów zapadających w pamięć a najbardziej kisłem chyba z tego:

- To nie jest pana pies. On jest sam sobie psem! 

I powiązanego z nim psiemiężycielem xd

No mega opowiadanie

@Wrzoo aaa jeszcze jedna rzecz nie daje mi spokoju. Czemu naciskali na to, żeby wyczyścić psu zęby? Czyżby miało to jakieś powiązanie z końcówką opowiadania i odpowiadało to za aktywizację psiego potencjału? Czy to o coś zupełnie innego chodziło?

planeta Gierek-3


Tym mnie kupiłaś.


od rana do zachodu trzeciego słońca


A takie szczegóły to jest coś absolutnie fantastycznego! Umi Pani pisać!

Zaloguj się aby komentować

Pomysł na opowiadanie do konkursu #naopowiesci , a w zasadzie na bajkę, przyszedł mi dwa dni temu, gdy o 6:00 rano próbowałam z powrotem zasnąć. Napisałam ją z myślą o dużych i małych, więc a nuż nada się na wieczorną czytankę dla Waszych pociech. Tylko końcówkę trzebaby było wyrzucić - ale bez spoilerów


***


To, co utracone


Za siedmioma lasami, za siedmioma morzami, w krainie, w której ludzie witali się, pocierając się nosami, żyła-była piękna, lecz surowa królowa. Rządziła ona tymi stronami od kilku lat, od śmierci swojego męża i córeczki. Wszyscy poddani szanowali królową, lecz odczuwali lęk, gdy musieli przed nią stanąć. Królowa świdrowała każdego swoimi lodowatymi oczami i nie znosiła użalania się nad sobą. Gdy któryś z petentów zaczynał ronić łzy nad swym losem, natychmiast fukała ze złości i ostentacyjnie poprawiała pelerynę.


Poddani próbowali udobruchać królową podarunkami. Przynosili kosze zbieranych w pocie czoła owoców, przyprowadzali najlepsze krowy, kładli przed nią udziergane swetry i wyrzeźbione z drewna ptaszki… Królowa machała na te wszystkie dary ręką.


Pewnego dnia do pałacu przybył kupiec, wioząc za sobą wielką skrzynię, przykrytą burgundowym atłasem. Podniosła się ona nieco na swoim tronie i wbiła lodowate oczy w kupca.

- Czego tu szukasz, handlarzu?, - przemówiła cichym, acz stanowczym głosem królowa. 

- Witaj, królowo, - odpowiedział kupiec. - Przybywam do ciebie po podróży, która zajęła mi dziesięć lat, a w którą wyprawił mnie król.

Dworzanie przestali szeptać, zamurowani, i wbili oczy w swoją władczynię. Królowa nerwowo poprawiła się w fotelu, nie dając po sobie poznać, jak bardzo poruszyła ją odpowiedź kupca. Wnet przemówiła:

- Dokąd to, powiedz, wysłał cię mój mąż? 

- Jaśnie pani, wysłał mnie po prezent dla ciebie.

Dworzanie zaczęli nerwowo szeptać. Cóż za podarek kazał sprowadzić ich świętej pamięci król, że zdobycie go zajęło aż dziesięć lat? Czy była to skrzynia pełna złota? Najdroższe klejnoty? Tkaniny mieniące się jak gwiazdy?

- No dobrze, - powiedziała skonsternowana królowa. - Pokaż, co przywiozłeś.

Kupiec pokłonił się, a następnie jednym płynnym ruchem ściągnął atłas. 

Po sali rozległo się głośne “Ooooch!”. Dworzanie patrzyli z przerażeniem na kreaturę, która łypała na nich oczami z wielkiego akwarium. Leniwe ruchy jej zielonkawego ciała budziły jeszcze większą grozę w poddanych. Nigdy wcześniej nie widzieli takiego dziwa.

Z przerażeniem w oczach spojrzeli na królową, gotowi zobaczyć jej furię. Kto przyprowadza przed lico władczyni tak plugawą istotę?

Lecz królowa wpatrywała się w zwierzę jak urzeczona. Z otwartymi w uśmiechu ustami przyglądała się swojemu prezentowi.

- Jak nazywa się to stworzenie? - jej oczy błysnęły.

- Z uwagi na osiem ramion tej kreatury rybacy nazwali ją ośmiornicą. Wybacz im brak kreatywności, to prości ludzie…

- Ależ nie, pasuje do niej idealnie! - klasnęła w dłonie. - Ośmiornico, witaj w pałacu!

Dworzanie popatrzeli po sobie, lekko skonsternowani. Niektórzy z nich krzywili się, inni zaczęli szeptać o tym, że królowa postradała zmysły. Ona jednak, jakby nie słysząc głosów zaniepokojenia, przemówiła:

- Pragnę, by łowczy uszykował dla niej akwarium i ulokował w mojej sypialni!

Pojawiły się głośniejsze protesty, ale królowa wstała i stanowczo przemówiła:

- Cisza! Zostało postanowione, i tak ma być!


***


Królowa każdego dnia siadała przed akwarium i wpatrywała się w ciemne oczy ośmiornicy. Przestała wychodzić do ludu, nie dojadała, zarzuciła nawet codzienny zwyczaj zanoszenia kwiatów na grób króla i księżniczki. Jej służba prosiła ją, błagała, aby powróciła do swoich obowiązków. Wszystko na marne. Nie pomógł nawet pałacowy błazen, który po godzinie wyszedł całkiem załamany, mnąc w dłoniach czapkę z dzwoneczkami i łkając:

- Kimże jestem, jeśli pani nie chce obdarzyć mnie nawet spojrzeniem?


Gdy nadchodził wieczór, pozostawiona w samotności królowa zaczynała nucić ośmiornicy kołysankę, którą wcześniej usypiała swoją ukochaną córeczkę. Ośmiornica mrużyła wówczas oczy i usypiała, a po chwili zasypiała też władczyni.


Gdy któregoś razu królowa zanuciła inną niż zwykle melodię, usłyszała w swojej głowie donośny głos:

- Dlaczego śpiewasz mi inną pieśń?

Królowa natychmiast przerwała i podniosła głowę. Po chwili, wpatrując się w ośmiornicę, zapytała:

- Nie podoba ci się?

- Jest inna, - odpowiedział głos. - Nie lubię innego.

- Ja również nie lubię zmian, - wyszeptała królowa. - A jednak świat się zmienia. Spójrz, kiedyś byłam szczęśliwa. Miałam męża i dziecko, których kochałam. Ale teraz… teraz jest inaczej, świat się zmienił.

- Mogę pomóc ci odzyskać to, co utracone. - rozbrzmiał głos.

Królowa wyprostowała się na fotelu.

- Naprawdę możesz mi pomóc? W jaki sposób? Jesteś przecież tylko ośmiornicą. - zwątpiła królowa. 

- Potrafię trochę więcej. Ale musisz coś zrobić.

- I odzyskam wtedy bliskich? - spytała władczyni, by się upewnić.

- Odzyskasz to, co utraciłaś.

Królowa wstała z fotela i zaczęła krążyć po pokoju, zastanawiając się. Myśl o tym, że mogła odzyskać męża i córkę, powodowała szybsze bicie jej serca. 

Po chwili odrzekła:

- Zgadzam się. Co mam robić?

Ośmiornica podpłynęła do szyby i wbiła wzrok w królową.

- Będziesz musiała przejść trzy próby. Jeśli je spełnisz, odzyskasz utracone. - rozbrzmiał głos.

- Próby? - zapytała zaniepokojona.

- Twoją pierwszą próbą będzie spędzenie siedmiu dni na pustyni. Musisz pojechać na nią w samotności. Możesz powiedzieć dworzanom, że wyruszasz. Ze swej podróży przywieź mi kwiat pustyni.

Królowa zawahała się, lecz pokiwała głową.

- A dwie pozostałe próby?

- Dowiesz się, gdy wrócisz z kwiatem pustyni.


***


Królowa spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyła w podróż. Dworzanie patrzeli oniemiali, gdy odjeżdżała mówiąc, że wkrótce do nich wróci. 

Po tygodniach podróży dotarła na pustynię. Słońce prażyło niemiłosiernie, lecz była na to przygotowana. Poprawiła kapelusz i ruszyła do przodu.

Jej myśli kierowały się ku mężowi i córce. Każdego dnia zastanawiała się, jak wyglądałaby ta podróż, gdyby mogli przeżyć ją razem. Wciąż rozglądała się za kwiatem pustyni, nie mogąc znaleźć wśród piasku nic, co by go przypominało. 

Szóstego dnia, gdy słońce chyliło się ku zachodowi, natrafiła na człowieka, który odpoczywał w cieniu akacji. Podeszła do niego i zapytała, czy może mu towarzyszyć. Gdy na nią spojrzał, zmroziło ją. Miał zupełnie takie oczy, jak jej zmarły mąż. 

Nieznajomy poklepał piach obok siebie, zachęcając do tego, by się przysiadła.

- Napijesz się herbaty? - zapytał nieznajomy.

Zaskoczona królowa pokiwała głową i otuliła dłońmi mały metalowy kubeczek. W środku wirował mały, kulisty kształt.

- Co znajduje się w środku? - spytała zaskoczona królowa.

- To kwiat pustyni. Z niego przyrządzam napar, który orzeźwia i koi myśli.

Królowa uśmiechnęła się, zadowolona. Zapytała nieznajomego, czy może zachować kwiat po wypiciu herbaty. Zgodził się.

- Powiedz, co cię tu sprowadza. - z uśmiechem spytał nieznajomy.

- Pewna ośmiornica kazała mi udać się na pustynię, by przywieźć kwiat pustyni. Dzięki niemu odzyskam męża i córkę.

- Zaginęli? - zapytał obcy. 

- Stracili życie, wracając do domu. Ich statek rozbił się o klif, gdy byli tuż przy królewskim porcie. Widziałam z okna, jak fale znoszą go na skały… a potem znajdowaliśmy już tylko deski.

Uświadomiła sobie, że był to pierwszy raz, gdy powiedziała komuś o tej tragedii. Zaskoczona zauważyła, że nieznajomy chwycił ją za dłoń i lekko ją ścisnął.

- Dziękuję, że mi o tym opowiedziałaś. Na pewno patrzą na ciebie z góry.

Królowa spojrzała na niego i pokiwała głową, uśmiechając się lekko.


***


Po powrocie z pustyni królowa natychmiast popędziła do swojej sypialni. Triumfalnie wystawiła rękę przed ośmiornicą i zawołała:

- Zdobyłam kwiat pustyni!

- Gratuluję, - rozbrzmiał głos w jej głowie. - Jesteś gotowa na drugą próbę? 

- Jestem! Co chcesz, bym zrobiła?

- Musisz udać się samotnie na przeciwległy kraniec swojego królestwa i przynieść zeń pukiel wełny ze złotej owcy. Nie możesz nikomu zdradzić, kim jesteś.

Królowa pokiwała głową z poważną miną. Natychmiast posłała po służkę, by przygotowała jej przebranie, i sama zaczęła się pakować.


***


Po kilku dniach podróży przybyła na skraj dominium. Otaczały ją liche chaty, marne ogródki warzywne i dzieci w podartych ubrankach. Na polu pasły się wychudzone krowy. Nigdzie nie było widać owiec.

Królowa zeszła z konia, i prowadząc go, ruszyła pomiędzy chaty. 

Po chwili spaceru, gdy już miała zawracać, poczuła ciągnięcie za brzeg spódnicy. Obróciła się. Stała przed nią dziewczynka.

- Kim jesteś? - zapytało dziecko, uśmiechając się szeroko. 

Serce królowej zabiło mocniej, bo dziewczynka miała taki sam głos, jak jej zmarła córka. Po chwili, drżącym głosem, odpowiedziała:

- Jestem nietutejsza, szukam… - przerwała i zapytała z walącym sercem: - Gdzie są twoi rodzice? 

- Tata pojechał na wojnę. A mama poszła na pole, - powiedziała dziewczynka. Serce królowej uspokoiło się nieco, choć poczuła ukłucie żalu. - Wracasz z wojny, Nietuszesza?

Królowa wspomniała czasy, gdy jej mąż ruszał na bitwy. Modliła się wtedy, by wrócił cały i zdrowy, choć zawsze była przekonana, że widzi go ostatni raz. Wspomniała, że gdy wyruszał z córką w podróż, nie przeszło jej to przez myśl. Poczuła wstyd, bo nagle zrozumiała, że wojna, którą rozpoczął jej mąż, wciąż trwa i zbiera żniwo. 

- Nigdy nie byłam na wojnie, - powiedziała dziewczynce. - Ale myślę, że twój tata wróci cały i zdrowy, - dodała, postanowiwszy doprowadzić do pokoju, gdy tylko wróci. Po chwili spytała dziewczynkę: - Tęsknisz za nim?

- Trochę. Ale tata powiedział, że nawet, gdy go nie ma obok mnie, to zawsze jest, o, tu! - z uśmiechem powiedziała dziewczynka i pokazała palcem na środek swojej chudej klatki piersiowej.

Królowej zaszkliły się oczy. Otarła łzę, myśląc o tym, że i jej męża oraz córeczkę nosi ciągle w swoim sercu. Wciąż są z nią i jej towarzyszą.

Dziewczynka spojrzała na królową, przygryzła dolną wargę i wbiegła do chaty. Po chwili wróciła i włożyła w dłoń królowej coś miękkiego. Okazało, się, że jest to drewniana owieczka z runem wykonanym z kłosów złotego żyta.

- Weź Dolly. Gdy jest mi smutno, wystarczy, że na nią spojrzę, i jest mi lepiej.

Królowa z zaskoczeniem spojrzała na owieczkę i uśmiechnęła się. Po chwili zastanowienia wyciągnęła najmniejszy kłosek z grzbietu owieczki i odrzekła:

- Dziękuję. Zachowam ten kłosek, by pamiętać o Dolly i o tobie. Niech zostanie z tobą - ja już nie jestem smutna. 


***


Gdy królowa wróciła do pałacu, natychmiast pobiegła schodami do swojej komnaty. Stanęła przed ośmiornicą, otworzyła dłoń i pokazała ośmiornicy kłosek.

- Oto pukiel złotego runa owieczki Dolly.

Ośmiornica poruszyła swoimi mackami.

- Bardzo dobrze. Czy chcesz wyruszyć na trzecią próbę? - zapytał głos.

- Tak. Nie ma co zwlekać.

- Udasz się więc w podróż statkiem. Nie zatrzymasz się w żadnym porcie. Z podróży przyniesiesz pieśń morza. Gdy mi ją zaśpiewasz, odzyskasz to, co utracone.

Królowa stanęła jak wryta. Chciała już do końca życia unikać statków, przez które straciła swoją rodzinę. Zacisnęła jednak zęby i pokiwała głową. Obróciła się na pięcie i wyszła, by wyruszyć w trzecią podróż.


***


- Moja pani, - zagaił kapitan, - może zawrócimy do królewskiego portu? Przepłynęliśmy już tyle mil, minęło tyle dni, i dalej nie mamy celu…

Patrząc w morze, królowa odrzekła:

- Nie. Czekamy.

- Ale, królowo! Nadciąga sztorm, powinniśmy wrócić!

- Powiedziałam, nie! Jak będzie trzeba, to przetrwamy i sztorm!

Wkrótce zaczął wiać wiatr. A potem nadciągnął deszcz. Marynarze dwoili się i troili przy linach, ich krzyki stały się coraz głośniejsze. Zaczęły jednak tonąć w szumie ulewy i brzmieniu grzmotów.

Królowa trzymała się burty, nasłuchując morza. Nic! Żadnej pieśni!

Jej myśli wróciły do męża i córki. Czy tak się czuli w swoich ostatnich chwilach na statku? 

Łzy zaczęły płynąć jej po policzkach, ugięły jej się kolana. Nie ma ich! Zginęli! Została sama! 

Potrząsnęła głową i z przerażeniem rozejrzała się na boki. Ci wszyscy marynarze! Zaufali jej, swojej władczyni, a ona wystawiła ich na pewną śmierć… I po co? Żeby odwrócić los? Tylko dlatego, że nie umiała poradzić sobie ze stratą najbliższych, i samolubnie chciała ich odzyskać?


Podniosła się i zakrzyknęła do załogi:

- Nie damy się! Walczmy do końca! - i chwyciła za liny, podciągając żagiel.


***


Na morzu trwała flauta, gdy królowa otworzyła oczy. Leżała na pokładzie z obtartymi rękami i w podartej sukni, lecz cała i zdrowa. 

Po chwili zaczęła śmiać się i płakać naraz. Inni marynarze podchwycili jej radość, i również zaczęli śmiać się z poczucia ulgi. Poczuła z nimi niezwykłą więź, jaką czują tylko ci, którzy przetrwali sztorm na morzu.

Gdy się podniosła, zobaczyła, że przed ich statkiem górował klif, na którym rozbił się statek z jej najbliższymi. Królowa wpatrywała się w niego w zamyśleniu. Nagle usłyszała śpiew jednego z marynarzy:


Rozwiane włosy, Twa smutna twarz,

W mych dłoniach Twoja dłoń -

Wciąż widzę ten obraz w swoich snach,

Wciąż słyszę głośny szloch.


Królowa zastygła, słuchając pieśni o stracie, która poruszyła jej serce. 


Jeszcze czuję Twój dotyk, zapach Twój,

I słodkie usta Twe.

Do cna przemoczony, zmarznięty na kość

Na wachcie teraz tkwię.


Gdy marynarz skończył pieśń, zrozumiała.


***


Gdy skończyła śpiewać pieśń ośmiornicy, ta wpatrywała się w nią z milczeniem. Królowa usiadła na fotelu i po chwili uśmiechnęła się w zadumie.

- Nigdy nie miałam ich odzyskać, prawda?

- Miałaś odzyskać to, co utracone. - rzekł głos.

Królowa pokiwała głową.

- Odzyskałam siebie. Wyrwałeś mnie z rąk żałoby.

- Sama się wyrwałaś.

Władczyni uśmiechnęła się, wstała i pełna nadziei ruszyła w stronę drzwi, by wrócić do spraw królestwa. Przed wyjściem odwróciła się jeszcze i powiedziała:

- Nigdy nie spytałam cię o twe imię. Jak się nazywasz?

- Cthulhu. - odrzekł głos w jej głowie.


#zafirewallem #tworczoscwlasna

c1700d27-95e8-46a2-bbfc-b1d22aa81681
Wrzoo userbar

@Wrzoo bardzo fajna bajka, dobrze się czytało i podobał mi się morał i zakończenie

A teraz kwestia formalna: gdzie to sci-fi?

Zaloguj się aby komentować

Powłoka


- Nie rozumiem czym się martwisz. To tylko powłoka.

Od razu po przebudzeniu te właśnie słowa dźwięczały w mojej głowie. Kolejny raz to słyszę, tym razem głosem mojej żony. Innym razem jest to głos moich myśli, a jeszcze innym głos prezentera telewizyjnego. 


- Tylko powłoka. - powtarzam to szeptem. Próbuje to zrozumieć i sam siebie przekonać o tym, że faktycznie tak jest, że to tylko powłoka i nie mam się czym przejmować. Lecz im usilniej próbuje to sobie wmówić, tym większe mam wrażenie, że to... no właśnie wmawianie. Próba wepchnięcia do własnej głowy kłamstwa! Oszukiwanie samego siebie, do k⁎⁎wy nędzy! Nie godzę się na to! 


- Ja pi⁎⁎⁎⁎le!!! 


Krew skapuje z mojej dłoni na podłogę. Efekt uderzenia w ścianę raz, drugi i trzeci. Ręka mi drży i czuję w niej pulsujący ból. Ale to dobrze, mogę czymś zająć myśli, chociaż na chwilę.

Idę do łazienki, wsadzam dłoń pod strumień lodowatej wody i patrzę jak jasnoczerwona ciecz wpada do odpływu, po drodze tworząc kontrast dla białej umywalki. Zaklejać czymś ranę? Po co? To tylko powłoka. 


Wyszedłem więc z mieszkania i ruszyłem przed siebie. Ręce trzymam w kieszeniach bluzy. A krew niech wsiąka w tkaninę. Co za różnica? Skoro powłoka nie będzie mi do niczego potrzebna to ubrania tym bardziej.

Hah, powłoka! Cóż za eleganckie słowo. Nie wskazujące na żadnego rodzaju przywiązanie. Nie nacechowane też ani negatywnie ani pozytywnie. Ot takie o, obojętne. Jeszcze do niedawna każdy miał ciało. Ciało, o które dbał, ćwiczył, leczył jeśli było chore. A teraz? To tylko powłoka. Od teraz, od miesiąca.


To było trzecie lub czwarte wydanie informacji, kiedy było już pewne, że asteroida uderzy w Ziemię. To znaczy nie pewne, lecz prawdopodobieństwo, które wyliczyło ai wynosiło od 97,43% do 97,68% i późniejsze wielokrotne wyliczenia różnego rodzaju ai zawsze mieściły się w tych widełkach. Nie pozostawiało to złudzeń.

 Oczywiście było kilku szaleńców, którzy próbowali sami to liczyć i wychodziły im wyniki dające Ziemi nawet 20% szans na uniknięcie kolizji. Lecz każde takie wyliczenia oczywiście okazywały się błędne i bardzo szybko były podważane przez ai. Nic w tym zaskakującego bo błędy te były podświadomie popełniane przez ludzi kierujących się emocjami i myśleniem życzeniowym. Nie ich wina, ale szkoda energii na ludzkie wyliczenia, które wprowadzają jedynie zamęt i niepotrzebnie robią nadzieję. 


Ja również przez chwilę byłem ogłupiały przez tę nadzieję, bo według najlepszych ludzkich wyliczeń mieliśmy wspomniane 20% szans. Gdybyśmy jednak wykorzystali do tego technikę ablacji jądrowej, która polega na odparowaniu części asteroidy poprzez odpowiednio duży wybuch bomby termojądrowej na jej powierzchni. To w taki prosty sposób możnaby zmienić trajektorię jej lotu, a wtedy nasze szanse wzrosłyby do 60%. Tyle ponoć wynosiła szansa, że po takim działaniu asteroida ominie naszą planetę całkowicie. Oczywiście odłamki powstałe w wyniku wybuchu zabiłyby jakieś 10% - 20% ludzkości, ale reszta by żyła i to żyła jak do tej pory, mając ciało i na Ziemi.


Jednak obliczenia ai diametralnie się różniły co do tego scenariusza. Przy jego wyliczeniach szansa na zmianę trajektorii wynosiła 29,21% - 30,01% przy czym śmiertelność od odłamków przekroczyłaby te magiczne 30%, na które żaden z przywódców państw nie mógł się zgodzić.

Zresztą żaden też nie zgodziłby się na 1/3 szansy na przetrwanie Ziemi. W przeciągu 2 dni wydano dekrety zakazujące jakiekolwiek publikacje wyliczeń innych niż stworzonych przez ai. Była za to przewidziana kara 3 miesięcy w areszcie. W sytuacji gdy za miesiąc asteroida miała uderzyć w Ziemię.


Oczywiście również ai wygenerowało optymalne rozwiązanie zaistniałej sytuacji, biorąc pod uwagę możliwości przerobowe i technologiczne ludzkości. Odpowiedzią był wprowadzony kilkanaście lat wcześniej program XStillMe, który pozwalał na przeniesienie ludzkiej świadomości z umysłu do pamięci komputera. Lecz tak właściwie to nie była ona zapisana w pamięci komputera, a na tytanowym pendrivie. Który to dopiero włożony do komputera kwantowego z odpowiednim oprogramowaniem włączał świadomość człowieka. Natomiast ten moment gdy świadomość była na pendrivie nie podłączona do komputera ją aktywującego, był tłumaczony jakby był to sen albo po prostu nicość - czyli to co było przed naszymi narodzinami. 


Początkowo było stać na to tylko bogaczy. Jednak po kilku latach technologia rozwinęła się a usługa ta stała się tańsza i bardziej powszechna, choć i tak nie każdy mógł sobie na nią pozwolić.

Sam nie miałem z tym do czynienia, ale widziałem w telewizji rozmowy przez telefon albo na wyświetlającym się hologramie z osobami, których świadomość została przeniesiona i później włączona w komputerze. Były to w większości osoby, które zdecydowały się na to, na chwilę przed swoją spodziewaną śmiercią najczęściej z powodu choroby.


 Nigdy do końca nie byłem przekonany, że to jest naprawdę ta sama osoba. Nieraz się zastanawiałem kiedy kończy się człowieczeństwo? Czy jest to wtedy gdy wymienią Ci rękę na bioniczną? No nie. Tak samo biodro, nogę czy zęby, przecież dalej jesteś tą samą osobą. Podobnie serce. No ale mózg? Czy to jesteś dalej ty, czy już program, może to nie ty lecz zaawansowane ai? Te pytania się mnożyły, bo przecież ai też bez problemu potrafi udawać prawdziwą osobę, potrafi się też uczyć i rozwijać na wzór czyichś doświadczeń z przeszłości. 

Niby udało się rozwiązać się problem z tendencją ai do kłamstwa przy programach nowej generacji. Ale czy na pewno? Zawsze pozostaje to ziarno wątpliwości.


Jednak w tej chwili jakie miało to znaczenie? Wszyscy światowi przywódcy widząc wyliczenia ai o możliwym optymalnym rozwiązaniu pozwalającym na uratowanie 92,33% - 92,84% ludzkości, czy może raczej nie ludzkości ale taką ilość procentową świadomości ludzi żyjących na świecie, nie zastanawiali się ani dnia dłużej. Jednogłośnie podjęli decyzję o skierowaniu wszelakich zasobów ludzkich i energetycznych, żeby w przeciągu miesiąca udało się zgrać świadomości prawie całej ludzkości - tym razem zbiorowo na większe dyski twarde. 


Plan był taki, że te same rakiety, które mogłyby wysłać ładunki termojądrowe na asteroidę, miały być użyte do transportu dysków ze świadomością ludzkości do istniejącej tymczasowej bazy na Marsie.

10 rakiet, każda z nich posiadająca 20 osobową załogę, miała zasilić marsjańską bazę. Następnie przy pomocy sprzętów, które uda się tam przetransportować, a także materiałów pozyskanych z samych rakiet przerobić bazę na bazę stałą, która pozwoli na przeżycie tych 250 osób oraz ich potomków. Lecz przede wszystkim ta garstka ludzi miała za zadanie zapewnić stały dostęp energetyczny dla komputerów kwantowych i podłączonych do nich dysków ze świadomością reszty ludzkości. 


Komputery zaś miały wgrane oprogramowanie potrafiące odtworzyć Ziemię, a w sumie to jej poprawioną wersję. Wszystko było zrobione, żeby ta zbiorowa ludzka świadomość mogła mieć wygenerowane warunki bytowe jak najbardziej zbliżone do tych do jakich przyzwyczaili się żyjąc w ciałach na Ziemi. Wtedy to też powstał termin powłoka, i od razu cały zwrot przyklejony do niego - to tylko powłoka. Bo po co ci ciało? Będzie nawet lepiej, czeka cię życie wieczne ze swoimi bliskimi bez chorób, wojen i kataklizmów. 


Ale jak dla mnie wyglądało to po pierwsze za dobrze. A po drugie jakoś tak, bezdusznie?

Jednak jakie to miało teraz znaczenie? W momencie jak decyzje zostały już podjęte i były już w trakcie realizacji? 

W momencie jak moja żona została już pozbawiona powłoki? Było to trzy dni temu i jednym z ostatnich jej słów było właśnie przeklęte: "Nie przejmuj się to tylko powłoka." Ten pieprzony slogan wbił się w moją pamięć i przez to nie byłem w stanie przypomnieć sobie żadnych innych słów, które do mnie wtedy powiedziała. Byłem oszołomiony i zdruzgotany. 


Czy nie chciałem wcześniej uciec? Pewnie, że chciałem! Ale jak miałem to zrobić kiedy ona była od samego początku przekonana i pozytywnie nastawiona do tego pomysłu? Miałem wyrwać ją siłą? Czy może zacząć jej perswadować jak jakiś szaleniec? Jak? Może miałem powiedzieć: 


"Hej ucieknijmy gdzieś do lasu, bo co jeśli nasza skopiowana świadomość nie będzie tak naprawdę nami? Skąd to wiem? No tak czuję po prostu. Ucieknijmy i będziemy mieli wtedy jakieś 2,5% szansy, że asteroida jakimś cudem ominie Ziemię. Zostaniemy wtedy na pustej planecie i zaludnimy ją od nowa. Zróbmy to, będzie fajnie!"


Jakich bym słów nie użył to miałoby taki lub podobny wydźwięk. Taki jakbym był szaleńcem, bo i może nim jestem? Może to faktycznie tylko powłoka i będzie nam jeszcze lepiej niż było do tej pory? Tego nie wiem, ale jaki mam teraz wybór? Jedynie mogę spróbować do niej dołączyć i liczyć na to, że się uda, że to będziemy my. Naprawdę my. 


Już od jakiegoś czasu stałem przy ścianie budynku pochłonięty tymi myślami. Nie zastanawiając się dłużej wszedłem do środka i powiedziałem:

- Jestem gotowy.


#zafirewallem #naopowiesci

@splash545 Ha, mi z kolei się kojarzy z którymś z odcinków Black Mirror, zmiksowanym z Altered Carbon Wciągnęło mnie! Czytałabym dalej.

Wczułam się zwłaszcza w końcówkę, w tę bezsilność wobec działania żony. Ciekawa obserwacja z tym utrwaleniem hasła "To tylko powłoka", jakby cała machina propagandowa została zaprzęgnięta, żeby ludzie się zgrali na pendrive'a i nie protestowali.

@splash545 fajnie ci wyszło, a z tym powtarzaniem cudzych pomysłów na nieświadomce, oj aż za dobrze to znam xD


Ilość pomysłów do wykorzystania jest niestety ograniczona xd

@splash545 Dukaj w "Starości Aksolotla" zrobił myk z transferem umysłu. Jakieś promieniowanie sterylizowalo ziemię wraz z jej obrotem. Przetrwali tylko ci co się zdążyli uploadować do sieci.

Jest to o tyle bardziej "realistyczne" że w realu połowa ludzi nie chciała nawet szczepionki, a co dopiero zrzucenie powłoki

Zaloguj się aby komentować

Psycha mi siada to uznałem, że spróbuję swoich sił pisząc coś na temat. Nie dałem rady wypełnić limitu słów. Zupełnie inaczej się pisze gdy próbuje się z siebie wyrzucić myśli a trzymając się wytycznych.

#zafirewallem #naopowiesci


kosmiczna przygoda


To był chłodny dzień na ognistej planecie bo było tylko 700 stopni. Alfred mający 6 macek, 3m, koloru fioletowego z gatunku xyzz mechanik maszyn górniczych nie miał za dużo do roboty to strzelał sobie z lasera na strzelnicy. Tak podczas relaksu z bronią wyskoczył mu hologram jak dzwoni kolega Alojzy tego samego gatunku, który jest dyrektorem banku międzyplanetarnego. 

Siema byku, mam problem w pracy i potrzebuję kogoś zaufanego do pomocy. - mówi Alojzy

Co się stało? Wiesz, że damy radę- odpowiedział Alfred

Prawdopodobnie konkurencja z innego układu ukradła dane ważnego klienta z banku, mam namierzone gdzie to jest, ale no potrzebuję pomocy. - z strachem w głosie mówił Alojzy 

Dobra wezmę broń i przylecę do ciebie, do zo. - z entuzjazmem Alfred

Alfred spakował magnetyczne ładunki przylepne, działko laserowe mają tyle energii, że ja pi⁎⁎⁎⁎le, przekąski w tubkach na drogę jakby było dalej niż 10 lat na ziemski czas. Przyleciał do kolegi swoim pionowzlotem z laserami prędkością przekraczającą 10 prędkość kosmiczną. Alojzy się ucieszył z giwery, którą przyniósł Alfred i wyjaśnił, że złodziej ma być gdzieś w sąsiednim układzie a tym pionowzlotem to będzie chwilka, ale boi się bo nie wiadomo kto to może być i jeśli wszystko się wyda to będzie straszna afera, akcje zaczną pikować, klienci się wycofają z banku i na ich planecie się to odbije bo bank ma tam centralę.

Alfred przyjął to na luzie, weszli do pojazdu potem na kosmiczną autostradkę i fruu. Niestety złapała ich kosmiczna drogówka z nudów jako rutynową kontrolę, ale papiery były w porządku, chociaż Alfred wiedział, że może mieć delikatny wyciek plazmy bo nie chciało mu się tego robić, ale policjanci byli innego gatunku, który nie był w stanie wyczuć plazmy. W międzyczasie Alojzy namierzał lokalizację danych i były one w metropolii dupex, specjalizującej się w handlu międzyplanetarnym, rozwiązywaniu konfliktów i była dobrym neutralnym gruntem dla biznesu legalnego i tego mniej. Po zaparkowaniu i zapłaceniu 1000 kredytów błąkali się po mieście pełnym dziwaków, najemników, biznesmenów z ochroniarzami. Z wariatów zaczepił ich robot oferujący im sprzedaż działki na ziemi za 100zł, jednak panowie go olali bo mieli ważniejsze rzeczy do roboty. W syfie miasta, masy nadajników było trudno coś namierzyć a lepiej nie było się kręcić po podejrzanych dzielnicach nawet mając potężny laser to poszli przemyśleć sprawę do apartamentu, który ma Alojzy. Z wysokiego piętra był piękny widok na panoramę miasta pełną neonów, hologramów, wieżowców. Usiedli przy komputerze super duper kwantowym i szukali poszlak gdzie może być dysk z danymi, w dzielnicy biznesowej o dziwo nie było żadnych śladów co by mogło wykluczać konkurencję. Próbowali się konsultować z ważnymi postaciami w mieście jak Xerox prezes firmy telekomunikacyjnej, Niras szef jednej z grup najemników, kilkoma handlowcami między innymi Januszem pochodzącym z Ziemi, jednak wszyscy nie mieli pożytecznych informacji, panowie trochę się załamali napili się wódki z polski dla odurzenia i rozjaśnienia myśli jednak za dużo to nie pomogło. Wyruszyli w miasto aby zastraszać młodych gangsterów, by im wyśpiewali wszystko co wiedzą, zgrywają twardzieli do słabszych osób jednak jak zobaczyli potężny laser to narobili w gacie. Tylko znowu nic to nie dało i chłopaki wrócili do apartamentu na wódkę. Zaczęła się sprzeczka, że to bez sensu trzeba było iść na policję a nie szukać we dwóch, zaczęła się bójka, poturbowali się trochę jednak po daniu sobie w mordy ochłonęli i usiedli do komputera próbując rozszyfrować sygnały, które dawały dane jednak były przez coś zakłócane. Po ciężkiej kreatywnej pracy pełnej 0 i 1 okazało się, że dane były na zwyczajnym osiedlu z klasy średniej i nawet dostali się do komputera, który miał dane, dzięki czemu skontaktowali się z obecnym właścicielem dysku. Umówili się na pustym placu w nocy tak aby nikt ich nie zobaczył. Wszyscy przyszli na miejsce i okazało się, że złodziejem był młody chłopak 2m, 5 rękami żółtego koloru, z aspergerem z gatunku kurwwwwaaaa, który charakteryzował się wysokimi zdolnościami do łamania zabezpieczeń. Chłopiec był przestraszony i tak z nudów po prostu wykradł dane bo widział, że na spokojnie da radę to zrobić. Dysk oddał bez żadnych problemów. Alojzy bardzo się przestraszył i zdał sprawę z tego jak beznadziejne zabezpieczenia, oraz zaoferował chłopakowi pracę u siebie w banku w dziale cyberbezpieczeństwa, która została przyjęta z entuzjazmem. Alfred był trochę smutny, że nie postrzelał, jednak był zadowolony bo wyrwał się z chaty. Wszyscy wrócili bezpiecznie do domów a po drodze się śmiali z całej sytuacji.

@Dudleus Ty no fajne, takie sci-fi na wyjebce trochę w stylu Kapitana Bomby Parę razy śmiechłem np. z tego

działko laserowe mają tyle energii, że ja pi⁎⁎⁎⁎le,

Albo

Usiedli przy komputerze super duper kwantowym

I jeszcze parę momentów by się znalazło i też spodobało mi się mieszanie imion typu Alfred, Alojzy i Janusz z Xerox i Niras

Spoko wyszło

Zaloguj się aby komentować

Hej misie malinowe. Napisałem pierwszy raz w życiu opowiadanie chyba o miłości.

Nie da rady chyba tutaj wrzucić bo w sumie wyszło 5 stron i jest w pdf. Nie jest edytowane bo gdybym miał robić poprawki to nigdy bym nie skończył.

https://drive.google.com/file/d/1eRrMVwp9d3ywn1ZCq6LZFPCe-OswI92u/view?usp=drivesdk


#zafirewallem #naopowiesci

Nigdy nie będę tak dobry jak WY, ale trudno. Dużo płakałem podczas pisania i zmęczony się czułem, może też dlatego, iż pierwszy raz coś takiego robiłem.

Zaloguj się aby komentować

Dorzucam i ja coś od siebie w zabawie #naopowiesci


Przyjemniej (mam nadzieję!) lektury


Ostatnia papierowa książka 


Czuła się jak w muzeum. Wystrój domu aukcyjnego przywodził jej na myśl ryciny z dziewiętnastowiecznych teatrów - wydeptane deski podwyższonej sceny, na której kustosz prezentował kolejne eksponaty, okalająca podwyższenie czerwona, ciężka zasłona, obite suknem krzesła, stojące w równych rzędach, przedzielone ścieżkami dywanowych chodników o bliżej niezidentyfikowanym kolorze, kremowe ściany, mosiężne kinkiety o podwójnych lampkach w mlecznobiałych kloszach, rzucające delikatne światło, w klimatyzowanej sali bez okien… Tak, tutaj była poza czasem, w przykurzonej atmosferze sali, nie posiadającej choćby jednego okna.

To był jej “pierwszy raz” na aukcji w dawnym stylu. Dom Aukcyjny Analog. Reprezentacja tradycyjnej ekstrawagancji - raz do roku organizował wydarzenie pt. “Aukcja w starym stylu”, na której licytanci zasiadali w gustownych fotelach, uniesieniem tabliczki oznajmiając gremium zebranemu w sali podjęcie walki o wystawiony artefakt.

Również zajęła miejsce w coraz szybciej zapełniającej się sali. Tylko kilku zapaleńców tak naprawdę przyszło licytować wystawione przedmioty, reszta przybyła wiedziona ciekawością, doświadczeniem czegoś z nie tak bardzo odległej przeszłości, a jednak niosącego spory ładunek abstrakcji w świecie, w którym nawet stałe wyświetlacze ekranowe zaczynają odchodzić do lamusa.

Siadając, podniosła z krzesła tabliczkę z numerem - kompozyt doskonale imitujący lakierowane drewno. Poczuła lekkie mrowienie pod palcami. System wczytał jej ID. Uniesienie tabliczki, jeśli zdecyduje się wziąć udział, będzie wiążącym aktem.

Spośród listy 48 przedmiotów ją interesował tylko jeden. Wydana przed pięćdziesięciu laty książka. Zwykłe powieścidło, jeśli chodzi o treść, nic wyjątkowego. Był to jednak jeden z ostatnich tytułów, których nakładł wyszedł w wersji papierowej. 

Była oczytana, znała dzieła klasyczne, była na bieżąco z aktualną twórczością. I choć miała dostęp do milionów ebooków w swojej biblioteczce, myśl o posiadaniu PAPIEROWEJ książki wydał jej się kaprysem, który chciałaby zaspokoić. I zrobić to w starym stylu.

Lekko zamyślona, błądziła wzrokiem po suficie, gdy wreszcie aukcjoner stanął za pulpitem.

- Dzień dobry państwu, nazywam się Tobiasz Jarosiewicz i będę prowadził dzisiejszą aukcję. - elegancki, dobiegający pięćdziesiątki mężczyzna szybko wyjaśnił szczegóły techniczne przebiegu licytacji i od razu przeszedł do pierwszego przedmiotu.

Kompletna zastawa stołowa sprzed blisko 200 lat sprzedała się bardzo szybko, tak jak 19 kolejnych pozycji z listy. Była zachwycona dynamiką wydarzenia, nawet jeśli pojedyncze przedmioty nie cieszyły się zbyt wielkim zainteresowaniem “publiczności” i po 2-3 mignięciach tabliczek na sali znajdowały nowego właściciela. 

Większość osób aktywnie licytujących przyszło tutaj dla jednego, góra dwóch przedmiotów, zapadając w letarg, gdy licytowano inne przedmioty niż ten upragniony, za to przemiana następowała w momencie wywołania obiektu, na którym im zależało. Z twarzy znikał wtedy wyraz nieobecności, ospania, zamieniając się w wyprostowaną czujność, drapieżny błysk w oku i gotowość do walki na unoszenie tabliczki do ostatniej złotówki.

Z takich rozmyślań wyrwał ją głos aukcjonera, prezentującego kolejny eksponat:

- Przedmiot numer 21. Powieść “Czosnkowe Wzgórza” autorstwa Czesława Wawelskiego. Wydanie z 2109 roku. Książka w twardej oprawie, papier ekologiczny, niechlorowany, brak ilustracji. Stan bardzo dobry, brak mechanicznych uszkodzeń, przebarwień oraz śladów zagrzybienia. Cena wywoławcza 350 złotych.

Walkę czas zacząć. Nim uniosła własną tabliczkę, w powietrze poszybowały niemal równocześnie 2 inne ręce.

- 400!

- 450!

Zawahała się, czekając na rozwój sytuacji.

- 500!

- 550!

Mignięcia tabliczek ustały. 

- 550 po raz drugi…

Podniosła swoją tabliczkę.

- 600!

- 650! - riposta była natychmiastowa.

- 700!

- 750!

Z wahaniem uniosła tabliczkę po raz kolejny, zbliżała się niebezpiecznie w kierunku górnego pułapu, który sobie założyła.

- 800!

- 850!

Ostatnie przebicie, jeśli się nie uda, cóż… Wyjdzie z sali zawiedziona, ale szaleństwo powinno mieć swoje granice.

- 900!

Cisza…

- 900 po raz drugi…

Nadal nic się nie dzieje.

- 900 po raz trzeci. Sprzedane pani w czwartym rzędzie. Gratuluję.

Poczuła ukłucie euforii, po którym nastąpiło drugie - widmo lekkiego debetu na koncie. Doradca finansowy nie będzie zachwycony, ale biznes dobrze prosperuje, więc jeśli nie zamierza bardziej szastać kasą, nic złego się nie stanie.

Kolejne aukcje śledziła już z mniejszym entuzjazmem, niecierpliwiąc się, aby móc w końcu nacieszyć się zdobyczą. Czuła się znów jak mała dziewczynka w przeddzień Bożego Narodzenia.

Z zamyślenia wyrwał ją głos aukcjonera, zamykającego dzisiejsze wydarzenie:

- Dziękuję państwu za udział w “Aukcji w starym stylu”. Zapraszam do wzięcia udziału w kolejnym wydarzeniu za rok. Osoby, które wylicytowały eksponaty zapraszam do lobby, skąd kustosze będą państwa zapraszać po odbiór przedmiotów po uprzednim dopełnieniu formalności. Życzę wszystkim udanego wieczoru. - lekko skłonił się za pulpitem, zebrał leżące przed sobą notatki i opuścił podwyższenie.

Równocześnie sala zaczęła się opróżniać. Większość tłumu odpłynęła w kierunku wyjścia z budynku, garstka udała się we wskazane miejsce.

Odbiór trofeów przebiegał sprawnie. W niewielkich gabinetach oczekiwały teczki z dokumentami oraz pieczołowicie zapakowane pudełka.

Kompetentna pracownica w granatowym uniformie, zaprosiła ją po kwadransie oczekiwania.

- Proszę o zapoznanie się z umową, zaparafowanie każdej ze stron oraz złożenie podpisu w tym miejscu. Umowa została sporządzona w dwóch egzemplarzach, dołączyliśmy także certyfikat autentyczności przedmiotu, poświadczony przez historyka książki. W razie wątpliwości, prosimy o kontakt, rozwiejemy wszelkie wątpliwości. - dodała, dołączając płynnym ruchem do pliku dokumentów wizytówkę.

Lekko oszołomiona złożyła wymagane podpisy, odebrała gustowną, papierową torebkę z logo domu akcyjnego, do której pracownica włożyła książkę oraz dokumenty i skierowała się do wyjścia.

Zwykłe zakupy! Równie dobrze mogłyby to być buty z jej ulubionego butiku! A to przecież książka! Pierwsza prawdziwa książka w jej życiu!

Przed gmachem Analoga stały równo zaparkowane coccinelle - dwuosobowe pojazdy autonomiczne. Wsiadła do pierwszego z brzegu i na panelu wybrała miejsce docelowe oraz trasę. Postanowiła wracać do mieszkania nieco dłuższą, ale prowadzącą nad Wisłą trasą. O tej porze ruch i tak był niewielki. Warto było nadłożyć te kilka kilometrów i cieszyć się krajobrazem przesuwającym się za oknem.

Do siebie dotarła niecałe 40 minut później. Wraz z przekręceniem klucza w zamku rozbłysły światła w niewielkim mieszkaniu. Jak w transie, buty, torebkę i żakiet zostawiła w przedpokoju, udając się wprost do sypialni.

Pudełko z książką miękko opadło tuż obok niej na łóżku. Ona sama, machając z przejęcia nogami jak kilkulatka, gorączkowymi ruchami dobierała się do jego zawartości. Z białej bibuły, wypełniającej kartonik wyjęła książkę.

Czuła jej ciężar w dłoniach, gładkość okładki pod opuszkami palców. Widziała refleksy odbijające się od lekko nabłyszczanej powierzchni.

Z wahaniem otworzyła książkę. Obejrzała kartę tytułową, przekartkowała kilkanaście stron, uwalniając przyjemny, delikatnie drażniący zapach starego papieru i farby drukarskiej. Szelest przewracanych kartek i szorstkość papieru odurzały i hipnotyzowały. Wróciła do początku i zaczęła czytać…

Świat zniknął gdzieś daleko, a ona skryta między stronicami starej książki tworzyła z nią jedność, z każdą stronicą stapiając się coraz bardziej, czując intensywniej, przeżywając mocniej. Znajdując duszę książki i swoją duszę w książce.

Sama historia była jedną z wielu podobnych - napisanych wcześniej i później. Magią było doświadczenie tego w namacalnej formie. Niezmiennej, kruchej, jak stara, zadrukowana kartka papieru.

Oszołomiona, gwałtownie zatrzasnęła książkę w połowie, patrząc na nią z uwielbieniem i żalem jednocześnie. Przeczyta ją po raz pierwszy, po raz dwudziesty i pięćdziesiąty, ale to już nie przywróci do życia epoki papierowej książki…

Dlaczego nie urodziłam się sto lat wcześniej? - pomyślała, odpływając do krainy snów.


#zafirewallem

bdf933d4-6ee8-4a0c-8da6-5319f5078062

@moll opowiadanie czytałem z wielką przyjemnością. Jeżeli chodzi o styl i opisy to jestem pod dużym wrażeniem. Ty i @KatieWee podniosłyście poziom zabawy naprawdę wysoko. W Waszym przypadku mam wrażenie jakbym czytał opowiadania zawodowych pisarek. Z czego Twoje póki co spodobało mi się najbardziej ze wszystkich bo jest napisane na poważnie, a ja lubię poważne książki i opowiadania.

Podoba mi się ten klimat starego domu aukcyjnego w opowiadaniu sci-fi i że to sci-fi jest tam gdzieś w tle. Do jednej tylko rzeczy bym się do⁎⁎⁎⁎⁎olił. Skoro to przyszłość i piszesz, że to świat, w którym nawet stałe wyświetlacze ekranowe odchodzą do lamusa, to na koniec dają bohaterce do podpisania plik dokumentów w teczce. Co nawet już teraz u nas coraz częściej papierowych umów już nie ma, a jedynie mail i podpis na tablecie. Tak jakoś mnie to zakłuło w oko ale wiadomo, że to drobiazg i można by to też jakoś logicznie wytłumaczyć i się czepiam po prostu.

@moll

No to walnąłem sobie kawę i śniadanie przygotowane to mogę sobie nadrabiać opowiadania. To sobie tak czytam co tam moll napisał. Tak czytam i myślę, ale fajne opisy, tyle szczegółów, fajne detale, które tworzą świat dla opowieści. I nagle szczęka mi opada i śmieje się. Mało się nie zadławiłem XDDD "Powieść “Czosnkowe Wzgórza” autorstwa Czesława Wawelskiego." a właśnie dzisiaj zrobiłem memika z "mamę jestę na hejto". xD

Ale będę miał dobry dzień. Dziękuję

Zaloguj się aby komentować

W kwestii formalnej: 1020 słów.


#naopowiesci

#zafirewallem

#tworczoscwlasna


Kopia zapasowa


– No. To chyba się udało?

– No. Chyba się udało. Przynajmniej na to wygląda.

– Tak. Przynajmniej na to wygląda. No dobrze. To… To co tam u ciebie? Jak w szkole?

– Tato! Daj spokój.

– Naprawdę chciałbym wiedzieć.

– Nie chodzę już do szkoły. Od dość dawna zresztą.

– A, faktycznie. Przepraszam. Wiesz, byłem trochę zabiegany, a czas uciekał tak szybko i…

– Wiem. I skończyło się zawałem.

– Tak. Skończyło się zawałem. Ale…

– Ale?

– Ale się udało.

– Tak. Chyba się udało.

– To może spróbujemy potraktować to jako nowy początek?


***


– Rozmawiałem z mamą.

– I?

– Wydaje mi się, że to nie jest tak, że ona nie chce z tobą rozmawiać. Albo że nie chce się z tobą widzieć. Wydaje mi się, że po prostu jeszcze nie potrafi odnaleźć się w tej sytuacji. To wszystko jest dla niej nowe. I trochę ją przerasta.

– Rozumiem. Nie chcę jej naciskać. Wiesz, próbowałem się do niej dodzwonić. Nie odebrała. A kiedy później próbowałem jeszcze raz, miała już wyłączony telefon.

– Dziwisz się jej?

– Nie. Wcale się nie dziwię. Już wcześniej, zanim to się stało, nie układało się między nami najlepiej, a…

– To nie o to chodzi. To jest po prostu nowa sytuacja. Nie tylko dla niej. To jest w ogóle nowość, a ludzie do nowości adaptują się z trudnością. Sam mi to kiedyś tłumaczyłeś. Pamiętam, że kiedy zafascynowałem się samochodami, opowiadałeś mi o początkach motoryzacji. Mówiłeś, że to był tak wielki przełom, coś na tyle nowego, że przed każdym automobilem biegł człowiek z flagą. Żeby ostrzegać innych, żeby mogli się na tej przejazd przygotować. Myślę, że teraz z mamą może być podobnie.


***


– I co u ciebie?

– A wiesz, byłem w parku na spacerze, oglądałem ptaki…

– Przepraszam. To pytanie to z przyzwyczajenia.

– Nie szkodzi. Nic się nie stało. Naprawdę nic się nie stało! Ale może lepiej opowiedz co u ciebie. Powinno być ciekawiej.

– U mnie? Normalnie. Robota, później dom. Magda zamarzyła sobie pomalować sypialnię na fioletowo. Nie! Czekaj! Ten kolor jakoś się tak dziwnie nazywa. Czar prowincji?

– Ha ha! Brzmi nieźle.

– Nie! Nie prowincji! Prowansji.

– To brzmi jeszcze lepiej!

– Nie bardzo mi się ten kolor widzi.

– Widzi? Przecież to sypialnia. Będziesz tam spał. Będziesz miał zamknięte oczy. To co ty chcesz tam przez sen oglądać?


***


– Z tymi kolorami to w ogóle całe życie tak jakoś dziwnie wychodzi. Pamiętasz jak zabrałeś się za remont? Już nie chodzi o to jak to wyglądało albo ile czasu zajęło albo jaki się z tego zrobił bałagan, ale pomalowałeś mi pokój na taki nijaki bladożółty kolor. A chciałeś jeszcze olejną pociągnąć lamperie. Dobrze, że mama cię przed tym powstrzymała! Ale i tak ten kolor był fatalny! Fa-ta-lny!

– I to dlatego przyszło ci do głowy pomazać te ściany sprayem!

– Ha ha! No niekoniecznie dlatego. Ale tak, rzeczywiście: pomazałem! Tylko że to grafitti to był wyraz buntu!

– Ty i ten twój bunt!

– Ty się nigdy nie buntowałeś?

– Buntowałem się! A jak! Tylko w moich czasach ten bunt to wyglądał trochę inaczej.

– No to opowiadaj!


***


– Kupiliśmy tę działkę! Wyobrażasz to sobie? Co prawda to tylko 10 arów, no ale własne! A i tak najważniejsze jest to, że to spełnione marzenie! A jaka okolica! Zaraz obok jest las, a przed lasem płynie strumyk. Normalnie tak jak u dziadka! Takie było właśnie moje pierwsze wrażenie. Przypomniały mi się te wszystkie wakacje, ta beztroska. Jej, to wspaniałe uczucie, kiedy marzenie się spełnia!

– A Magda?

– Magda? Wniebowzięta! Już rozplanowuje wszystko. Łącznie z kolorami ścian. Koncepcja zmienia się jej dwa razy na godzinę, ale widać jak ogromnie się z tego cieszy!

– I ja się cieszę, że wam się układa. No a teraz dawaj dalej!


***


– Tak, dach na dniach powinien być skończony. Okna mamy już zamówione, drzwi też. Przyjdą w przyszłym tygodniu. Jakoś tak w przyszłym miesiącu chyba wreszcie się wprowadzimy.

– A Magda wybrała już kolor ścian w sypialni?

– Tato!

– No co?!

– Nic. Punktujesz jak zawsze! A to, to po prostu wyjątkowo ci się udało!


***


– Mama napisała że się spóźni. Dojrzała do tego żeby z tobą porozmawiać, ale widać, że dalej jest to dla niej cholernie trudne.

– Cóż. Dla mnie też jest.

– Poradzicie sobie. Wierzę że sobie poradzicie. Myśmy w końcu sobie poradzili, chociaż na początku też było dziwnie. Po prostu musicie oboje dać sobie trochę czasu. Oswoić się z tą sytuacją. Nie spieszcie się, starajcie się nie denerwować. A teraz chodź, pokażę ci garaż.


– Co to jest? Lamperia?!

– Tak. Jest praktyczna.

– Kiedyś miałeś inne zdanie.

– Ale tamta miała być w pokoju, a nie w garażu!

– No dobrze, niech ci będzie. Ładnie tutaj. I rzeczywiście, praktycznie. Fajnie to sobie zorganizowałeś, masz do tego zmysł.

– To po tobie. Twój garaż też taki był. Uporządkowany. Widać, jaki ojciec, taki syn.

– Albo trochę lepszy.

– Uczeń przerósł mistrza?

– Z czego mistrz jest dumny.

– Chodź, mam dla ciebie jeszcze jedną niespodziankę.


– To… To jest mój Kadett?

– Tak. Zabrałem się za niego i tak sobie powoli grzebię.

– Rzeczywiście ten sam? Nie poznałem. Przyszło mi do głowy, że po prostu kupiłeś podobny.

– Nie. To jest ten sam twój samochód. Co prawda technicznie jeszcze nie do końca sobie ze wszystkim poradziłem. Zacząłem od blacharki i rzeczywiście zaczyna jakoś wyglądać, ale do drugiej młodości to mu jeszcze daleko.

– Musisz uważać na szybę z tyłu z prawej. Opada, bo linka…

– Już nie opada.

– Zrobiłeś?

– Od tego zacząłem. Pamiętam jak cię to denerwowało, ale nigdy nie miałeś czasu żeby się tym zająć. No to ja się teraz zająłem. A jak już skończę to auto, to mam zamiar wybrać się nim na sentymentalne wakacje. Pojadę do Płonisk, zobaczę, czy jest jeszcze to łowisko, gdzie zabierałeś mnie i dziadka. Rozłożę tam namiot, tak jak wtedy… O! Mama jedzie!

– Super. Tylko znów zaczynam się… – Głośnik smartfona zatrzeszczał i zamilkł, ekran zamigotał, a za chwilę pojawił się na nim komunikat o błędzie.

– Tato?


***


– Dzień dobry. Z tej strony Piotr Jabłonka, Instytut Życia Wiecznego. Dzwonię żeby pana poinformować, że częściowo udało nam się rozwiązać problem i kopia zapasowa świadomości pańskiego ojca została przywrócona na serwer. Nie wszystko jednak poszło tak, jak pójść powinno.

– To znaczy?


***


– No. To chyba się udało?

– No. Chyba się udało. Przynajmniej na to wygląda.

– Tak. Przynajmniej na to wygląda. No dobrze. To… To co tam u ciebie? Jak w szkole?

@George_Stark Jejku, aż mi się łezki w oczach zakręciły. Świetnie się to czyta. Bardzo lubię takie dialogowe opowiadania, i fajnie zawarłeś w nim dynamikę tej relacji, ten taki jej ponowny rozruch.

Zaloguj się aby komentować

- Dzień dobry!

-Dzień dobry pani profesor! - studenci pomimo tego że czasami byłam złośliwa, jednak mnie lubili. Pocieszało mnie to, bo w swojej pracy już od wielu lat nie widziałem najmniejszego sensu.

Kilka gwiazd wte czy wewte - co za różnica?

Ekipy wysłyłane nowymi ponadświetlnymi lotami załogowymi odkrywały, że to co widziano z okolicy Ziemi to w najlepszym razie bujda na resorach. Wszystkie teorie snute przez setki lat, nawet te o zielonych marsjanach można było o kant d⁎⁎y potłuc. Każdego dnia okazywało się, że to czego uczyłam wczoraj i dzisiaj można wyrzucić do śmieci.

No dobrze, proszę Państwa, sprawdzamy obecność -

-Juleczka?

-Jestem obecna!

-Smoluch? Serio, na pewno tak mam do Ciebie mówić?

-Tak, pani profesor. To moje dziedzictwo. Mówili tak na mojego dziadka i ojca, a ja będę z tego dumny.

- Dobrze, nie ma sprawy, gdy będę mówiła Ci Chris z przyzwyczajenia, to zwracaj mi uwagę, proszę.


-No dobrze, zacznijmy zajęcia. Dzisiaj coś łatwego. Proszę spojrzeć w stronę Plejad - zaczęłam, ale Juleczka mi przerwała -


  • W stronę czego? spojrzała na mnie jakbym jej kazała spojrzeć na księżyc.

No w stronę Plejad, siedem sióstr i tak dalej - rzuciłam patrząc nie na Juleczkę o pięknych uszach, ale w telekom, który pikał przypominając mi o tysiącu spraw do załatwienia.

Juleczka, najlepsza studentka na roku (co nie było jakoś specjalnie trudne) podrapała się macką po głowie i poprosiła, żebym im pomogła.


To wtedy właśnie odkryłam, że ktoś ukradł Plejady. Nie tylko najmłodszą siostrę, ale cały gwiazdozbiór.


-Panie rektorze, proszę o natychmiastowy dostęp do teleskopu Babe'a! Nie mogę namierzyć gwiazdozbioru Plejad!

- Panno Weatherfish, tak, już, już. - rektor przetarł okulary i spojrzał na nie szóstym okiem.

-Jakiego gwiazdozbioru?

-Plejad! Do jasnej cholery! Siedmiu sióstr! Widać je nawet z Ziemi! - krzyczałam, nie mogąc pojąć, że ktoś zajmujący się astronomią od trzydziestu lat może nie wiedzieć gdzie leżą Plejady. No ludzie!


-Panno Weatherfish, moja sekretarka mówi, że miała pani już jedno załamanie nerwowe w styczniu 2065 roku, kiedy opuścił panią mąż, a syn poszedł na studia na trzeciej kolonii na Marsie. Czy jest pani pewna, że ten gwiazdozbiór kiedykolwiek istniał? W naszych dokumentach ani Plejady, ani gwiazdozbiór Róży, o którym ciągle Pani mówi nie istnieją!

-Siódma siostra może być nie do odkrycia, bo chowa się za Orionem - rzucam.

-Ale Róża? Gdzie Pani ma oczy? Czy Panią Weles opuścił?! Panno Weatherfish, proszę o spokój i opuszczenie karnisza, tak, hmm…

-Panno Weatherfish, proszę żeby udała się Pani w kierunku tych gwiazdozbiorów, które według Pani istnieją, dobrze? Dobierzemy pani załogę jaką pani będzie chciała. Tak? - rektor miał nieco szalone spojrzenie.


Zgodziłam się na propozycję rektora, który nie był pewny czy może wysłać ze mną w podróż Bogdusia, który ma przecież tyle zajęć na uczelni.


Juleczka i Smoluch, którzy razem z nami polecieli mieli kilka wątpliwości

-Pani profesor, a czy naprawdę musieliśmy z panią lecieć szukać gwiazdozbiorów, które nigdy nie istniały?

-Jak to nigdy nie istniały! - zagotowałam się - nigdy nie słyszeliście opowieści o Alkione, Elektrze, Merope czy Pasze? One pojawiają się nawet u Mary Poppins - rzuciłam mając nadzieję, że znajdę zrozumienie.

Oczywiście, że nie. Moi uczniowie i Bogduś przeglądali tylko hejto, gdzie owszem, od czasu do czasu pojawiają się wzmianki o książkach, ale nigdy o ebookach, które ludzie przestali czytać po roku 2030.

Bogduś przeczesując swoje ciemne włosy patrzył na mnie z niedowierzaniem.

-Pani profesor, a czy my kiedyś wrócimy na uczelnię?Muszę umyć toalety, jutro przychodzą zaoczni…

-Tak Bogusiu, tak… wrócimy przed jutrem, na pewno - rzuciłam nie mogąc się skupić na moim ukochanym, bo nasza rakieta wlatywała w miejsce, gdzie powinien być gwiazdozbiór Róży.


Tych gwiazd, które tu powinny być nie było!


Nie było też planety Różyczan, którzy zwykle częstowali przejezdnych herbatą.


Rozglądałam się z niedowierzaniem a Bogduś głaskał mnie po ręce:

-Będzie dobrze, wrócimy na uczelnię, pani psycholog przyjmuje od siódmej rano…

-NIE!

Bogduś schował ręce w kieszenie kitla, Juleczka i Smoluch spojrzeli na siebie z niepokojem.

A ja doznałam olśnienia.

To Baranek zjadł Różę, Saint Exupery przewidział to, wiedział, że barankowi trzeba założyć kaganiec.

A może ten kaganiec trzeba było założyć owcy? Jeżeli to owca zjadła te gwiazdozbiory? Schowała róże do piwnicy?

Wracałam do domu pełna niepokoju.


#owcacontent #zafirewallem #naopowiesci

Zaloguj się aby komentować

Przypominając Państwu, że kolega @splash545 rozpoczął nową wspaniałą zabawę #naopowiesci , która polega na stworzeniu krótkiego opowiadania na zadany temat (do 9 czerwca piszemy opowiadanie SF na temat utraty czegoś albo kogoś cennego), proszę jednocześnie o pomoc

Właśnie obmyśliłam sobie z grubsza fabułę, ale potrzebuję pomocy w wyborze narzędzia pisarskiego. Dłuższe teksty piszę długopisem wymazywalnym, a że mam ich sporo, a to czym się pisze ma duży wpływ na sam tekst, to proszę o wsparcie


Nie tworzę ankiety, bo ankiety na hejto nie mają tylu odpowiedzi


Zapraszam więc do zabawy: proszę o wybranie długopisu (opisanie stworzonka lub korpusu długopisu) i wybranie imienia dla bohatera, który zostanie ukochanym głównej bohaterki Wpis, który o godzinie 21 będzie miał najwięcej piorunów wygrywa

EDIT: piszcie proszę w jednej odpowiedzi zwierzątko i imię, bo ja w liczeniu to prawie jak ci wiosną urodzeni...

c2e751e2-f5e7-4ed4-9b63-48f9782b7840

No dobrze proszę Państwa, pisać będę długopisem z pandą (skoro @entropy_ nie wybrał którym, to na każdej stronie będę pisała innym, a co).

Ukochany mojej bohaterki będzie miał na imię Bogumił, zdrobniale Bogduś

Zaloguj się aby komentować