Jak pewnie większość z tagu #gry zauważyło wczoraj odbyło się State of Play czyli impreza Sony na której pokazują zapowiedzi perełek na PlayStation. Było kilka gierek, między innymi nowy God of War w którym będziemy grać po raz pierwszy kobietą, zmarłą żoną głównej postaci poprzednich części czyli Kratosa. No i zaczęła się o to burza w internetach. Jednak ja osobiście nie zauważyłem jeszcze żadnego wpisu żeby ktoś o to narzekał, ale za to pełno wpisów gdzie ktoś narzeka jak to gracze narzekają, że będą grać babą xD
Mi osobiście w ogóle to nie przeszkadza, głównie z uwagi na to, że została ona w miarę logicznie wprowadzona, nie na siłę. Poza tym to Kratos już trochę się przejadł No ile można tym starym dziadem grać, dajcie mu już przejść na emeryturę.
Z kratosowych rzeczy to dostaniemy podobno prawilne remake'i oryginalnej trylogii, więc tę część to może i można będzie sobie spokojnie odpuścić, chociaż po niedawnej metroidvanii i nadchodzącej akrobatce z tęczowym mopsem, walczącej z kwiatkami i czerwonym predatorem szabelką z gadającego sześciano-gluta, to może i trochę strach.
Swoją drogą ja coś może źle zrozumiałem, ale gow 2018 zaczął się od wizyty Baldura w związku z przerwaniem bariery chroniącej las i wygląda to przez obie części jakby to właśnie Fey tym samym wprawiła w ruch całą spełniającą się przepowiednię, zapisaną na kolejnych malowidłach. A tu się nagle budzi po śmierci i ona coś jeszcze musi zrobić. Sam Kratos przynajmniej dwa razy wracał z Hadesu a tu ukochanej daje odejść...jakieś to takie nie wiem.
A najbardziej to c⁎⁎j strzela że nic nie ma o FFFVII Return
Wiecie za co lubię długie weekendy? A za to, że dziś środa wieczur odpalam CyberPunk2077 i lece z tematem do niedzieli wieczur.
Będę robić sobie tylko przerwy na spanie, zabawę z dzieckiem, grilla ze znajomymi.
Resztę czasu "dla siebie" przeznaczam na przejście po raz kolejny wspaniałej historii V, który nie pi⁎⁎⁎⁎li się w tańcu i wszystkie problemy rozwiązuje siłowo. Nie jakieś hakowanie dla ciot. Dubeltuwa i rozpierdol na maxa. Wszystko co stoi na drodze zostanie wyeliminowane. I to jest rozrywka prosze państwa.
Hej,
Przeprowadzam badanie do swej magisterki na temat mikropłatności w grach.
Byłbym wdzięczny, ALE TO BARDZO WDZIĘCZNY każdej jednej duszy, która chciałaby poświęcić 10 minut swego żywota na wypełnienie jej.
(Tak, wiem, publikowałem już wpis tydzień temu i dzięki wielu z was zebrałem naprawdę sporo odpowiedzi, ale cały czas mi ich trochę brakuje i byłbym max wdzięczny każdej osobie z osobna, która jeszcze nie wypełniła mej ankiety, za poświęcenie paru minut swego życia na zrobienie tego ;))
Wypełnione. Ankieta trochę niezrozumiała. Brakuje trochę informacji do dokonania prawidłowej oceny wartości tej oferty - czy 100 diamentów to dużo czy mało? Co można za to kupić w grze i jak to przyspiesza postęp w grze. Ogólnie większość mikropłatności (tu prawie 35PLN więc wcale nie tak mało) nie jest warta swojej ceny. Trudno dzisiaj znaleźć jakąkolwiek sensowną grę mobilną która nie byłaby napakowana mikropłatnościami.
Przez pierwsze 10 minut moja opinia krążyła gdzieś pomiędzy "ech" a "weź już Sony idź do domu", ale finalnie kupili mnie. Wygląda bardzo dobrze, a Pani Małżonka Kratosa zapowiada się na świetną i charakterną postać. I jak dorosnę, to chcę być żelatynową kostką.
@Shagwest najpierw mi Joela zabili i kazali grać babochłopą, potem chłopa z Tsushimy na babe zamienili a tera jeszcze Kratosa podmieniają. Co jeszcze? Czarny Spider Man? Oh.. wait xD
Tytuł: For the Frog the Bell Tolls (Kaeru no Tame ni Kane wa Naru)
Developer: Intelligent Systems / Nintendo R&D1
Wydawca: nintendo
Rok wydania: 1992
Gatunek: Action RPG
Użyta platforma: Game Boy Color
Czas do ukończenia: jeden komplet baterii +2h
Ocena: 7/10
Dałem się przekonać do zagrania oglądając jakiś filmik "Game Boy hidden gems", chyba najbardziej tym, że gra podobno na tym samym silniku co ukochany Links Awakening.
Dwaj rywalizujący książęta dowiadują się że sąsiednie królestwo zostało najechane, a księżniczka Tiramisu porwana, więc udają się na ratunek. Na miejscu wiedźma przemienia ludzi w żaby (co pomaga w doskoczeniu do wyższych lokacji), a klątwę ma zdjąć uderzenie dzwona sygnalizującego nadejście wiosny.
60% gry jest top-down, 40% platformowa. Najdziwniejszy jest system walki, bo jak się stykniemy z wrogiem, to zaczyna się automatyczna walka - animacja chmury + serduszka życia uciekają nam i przeciwnikom w zależności od statystyk. Nawet spoko bo się walczy samo, ale jak np jesteś żabą to większość przeciwników cie wykończy. Jest wykorzystanie mechaniki zmiany postaci (człowiek-żaba-wąż). Na plus bardzo dużo humoru (możliwe że to zaleta fanowskiego tłumaczenia). Nie za trudna, może na minus że bardzo liniowa, brak side-questów, znajdziek itp.
nic mi w tym intrze nie pasuje, ta scena z naradą dość średnia i skończona tym, że król drze morde i z jakiegoś powodu trzyma wsobie glowe orka xD
nastepnie sceny z bitwy wyglądają jak z avengersów, nie widać, że to orkowie dominują, wręcz przeciwnie, a to był istotny element wyjaśnienia co skłoniło króla do stworzenia koloni karnej
wszystkie te sceny wyglądają dość amatorsko i antyklimatycznie, wizualnie jest ok, ale to wygląda jakby ktoś odtworzył intro gothica znając je tylko z opowiesci kolegi
ja jestem nastawiony negatywnie do tego gothica i raczej nie zaczne w piatek bo póki co wolę grać w poe
Tytuł: Tyranny Developer: Obsidian Entertainment Wydawca: Paradox Interactive Rok wydania: 2016 Gatunek: RPG Użyta platforma: PC Czas do ukończenia: 16.5 h Ocena: 8/10
Spośród c-rpg, w które do tej pory grałem, „Tyranny” bardzo wyróżnia się pomysłem na fabułę. To nie kolejna opowieść o Wybrańcu ratującym świat przed Wielkim Złem. Tym razem to my jesteśmy tym złem, przynajmniej z perspektywy mieszkańców kraju, który Hegemon postanowił podbić. Postać gracza ma spory wpływ na to, jak ten podbój będzie wyglądał, ponieważ już na samym początku przechodzimy przez sekwencję, podczas której musimy dokonać różnych wyborów. Jak chociażby której z dwóch armii (Wzgardzeni oraz Szkarłatny Chór) powierzyć poszczególne zadania, jak rozwiązać niektóre problemy i którymi prowincjami się zająć. Wybory te przekładają się potem na wygląd rozgrywki, przez co… niektórych lokacji można w ogóle nie odwiedzić.
Na przykład kolega opowiedział mi, że podczas jednego przejścia nie mógł odwiedzić Płonącej Książnicy, dosyć istotnej lokacji. Z kolei ja mogłem tam trafić, ale dopiero po zakończeniu jednego zadania – gdybym odwiedził Książnicę wcześniej, natrafiłbym na informację, która umożliwiłaby mi rozwiązanie poprzedniego zadania w inny sposób, co mogłoby się przełożyć na dalsze wydarzenia.
Gra w ten sposób ma zachęcać do powtórnych rozgrywek, by odkryć inne miejsca, zadania czy zakończenia. Dodatkowo fabuła rozgałęzia się, ponieważ można sprzymierzyć się z dwiema wspomnianymi już frakcjami, zachować względną neutralność czy wesprzeć buntowników. Trudno mi powiedzieć, jak bardzo mogą różnić się poszczególne rozgrywki, ale kiedyś z pewnością wrócę do „Tyranny”, żeby spróbować innej drogi.
Wracając jednak do początku: bardzo podobały mi się poszczególne rozwiązania związane z ideą gry. Chociażby to, że różne zachowania naszej postaci wpływają na lojalność towarzyszących jej kompanów… albo na to, że się jej boją. Podobnie z frakcjami: można zyskiwać ich sympatię lub wrogość. Co ciekawe, wrogie nastawienie nie jest tu specjalnie karane. Jasne, trudno przekonać do współpracy kogoś, kto cię nienawidzi, jednakże nawet osiągnięcie określonego poziomu wrogości „nagradzane” jest umiejętnościami pasywnymi czy aktywnymi.
Dużym plusem jest to, że granie złym charakterem było… przyjemne. W przeciwieństwie do takiego „Baldur’s Gate”, w którym postać o złej reputacji jest gorzej traktowana albo wręcz atakowana, gdy tylko zostanie zobaczona przez tych dobrych, w „Tyranny” inne postacie czują respekt wobec naszego bohatera. Nie wszystkie, oczywiście, ale dzięki naszej pozycji można pozwolić sobie na znacznie więcej i pewnie można zostać zwyrolem, którego towarzysze po prostu się boją. Ale oni po części też są zwyrolami i jakoś nie poczułem się bardzo skrytykowany, gdy moja postać własnoręcznie udusiła niemowlę.
Szkoda tylko, że niezbyt czuć władzę nad innymi. Zaspoileruję, że z czasem nasza postać staje się coraz bardziej potężna, aż sama może wydać Edykt (coś niespotykanego wcześniej) i w sumie… w moim odczuciu niewiele to zmieniło. Tak samo możliwość podporządkowania sobie różnych Archontów wydaje się bez dużego znaczenia. Jako gracz nie czułem wobec nich respektu – nic sobie nie zrobiłem z faktu, że przywódca Szkarłatnego Chóru pałało mnie nienawiścią. Nie czułem, że moja postać, w hierarchii stojąca niżej niż Archonci, jest w jakiś sposób zagrożona, że rozwścieczenie przywódcy oraz jego całej armii w jakikolwiek sposób może mi zaszkodzić.
Może to kwestia tego, że prowadzony przez nas bohater nie jest „kolejnym Stanowicielem”, tylko kimś, komu udało się okiełznać jedną z Wież rozsianych po świecie. Może to właśnie sprawiło, że tak naprawdę nikt nie stanowił realnego zagrożenia? Ba, na koniec gry, który moim zdaniem przyszedł zbyt szybko i niespodziewanie, można rzucić wyzwanie samemu Hegemonowi.
Mimo to naprawdę świetnie się bawiłem przy tej grze i przypomniałem sobie, jak bardzo lubię c-rpgi.
@Dom_Perignon mówisz, że korpo robią akcje pod publiczkę a tak naprawdę to mają promowane przez siebie wartości w d⁎⁎ie? Jeśli to prawda to jestem zdruzgotany! ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Tytuł: Krew, pot i piksele. Chwalebne i niepokojące opowieści o tym, jak robi się gry
Autor: Jason Schreier
Kategoria: reportaż
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Format: książka papierowa
ISBN: 9788381292436
Liczba stron: 336
Ocena: 7/10
Tytuł książki mówi wszystko 10 historii o tym, jak tworzone były gry (Pillars of Eternity, Uncharted 4, Stardew Valley, Diablo III, Halo Wars, Dragon Age: Inkwizycja, Shovel Knight, Destiny, Wiedźmin 3 i Star Wars 1313). Opowieści oczywiście w większości stojące pod znakiem crunchu, ale na szczęście na tyle różnorodne, że dobrze i szybko się je czytało Bardzo dobra pozycja jak ktoś ma absolutnie zerowe pojęcie o biznesie robienia gier albo dla poczytania o ciekawostkach dotyczących paru znakomitych gier
@cyberpunkowy_neuromantyk Schreiera czy Żemły? Jak znasz jeden wątek to możesz widzieć paralele z drugim - osoba z osobistymi powiązaniami w branży, która posiada sporo wiedzy insiderskiej i co jakiś czas rzuca artykuły pod tezy wybierając pod to fakty które się zgadzają pomijając lub dezawuując resztę. Żemła wypłynęła jak stolec kilka lat temu przy okazji krytyki starej wersji Grota, kiedy była już nowa - Schreier chyba najbardziej z okazji GamerGate kilkanaście lat temu. Generalnie mają ten sam problem - zamiast opisywać rzeczywistość, próbują ją kurować/kreować - jednym się to podoba, innym nie. Mi się podoba wtedy kiedy: a) zgadzam się z ich tezami, bo tak. b) nawet jeśli się nie zgadzam, ale przynajmniej widzę że przed wydaniem swojej (w sensie ich) jedynej słusznej opinii, najpierw rzetelnie opisali całość, aby każdy mógł skonfrontować ich (dziennikarza) opinię z faktami - tutaj jedno i drugie padają na głupi ryj. W ogóle nie znam żadnego rzetelnego dziennikarza growego (ale nie dlatego że ich nie ma - po prostu przestałem się interesować ich opiniami), ale jak coś mogę polecić sporo z tematyki militariów.
Chcesz zostać grabarzem? Marzy ci się kariera alchemika? A może balsamisty? Fajnie, bo właśnie nim zostałeś, choć jeszcze o tym nie wiesz.
Gra w której pogadasz z Mietkiem (czaszką) i Bletkiem (duchem), podyskutujesz z osłem (lewicującym) i innymi NPCami.
Gra, którą pokochają miłośnicy craftowania i fani grindu. A jednego i drugiego w tej grze jest mnóstwo. Na szczęście (?) można pewne rzeczy zautomatyzować, choć sposób, żeby to osiągnąć, jest dosyć awangardowy.
Gra ma nawet jakąś fabułę i zakończenie, więc nie jest to crafting sam dla siebie. I ta fabuła nie jest jakaś najgorsza.
Mamy elementy rozwoju postaci, perków, drzewka technologii - wszystko spina się w fajną całość. Choć mam wrażenie, że autorzy czasami przesadzili, żeby spowolnić rozwój i zatrzymać gracza na dłużej.
W grze jest masa rzeczy, które można wykonać przy odpowiednich stanowiskach. Brakujące elementy można kupić. Można oczywiście nasz towar sprzedawać (ale nie wszystko). Można łowić ryby, można wyrąbać cały las, można.... no dużo można.
Grafika pikselowa, ale przyjemna dla oka. Muzyka, a bardziej podkład dźwiękowy, jest. I go wyłączyłem po jakimś czasie
Spędziłem ładnych kilkadziesiąt godzin przy tym tytule - bawiłem się dobrze, choć pod koniec już mi się trochę nie chciało powtarzać wielu czynności, aby zarobić tyle, żeby kupić ostatni przedmiot Ale chciałem zobaczyć zakończenie - i zobaczyłem. A nawet scenę po napisach
Do gry jest kilka DLC, których nie mam, ale widziałem, że to kolejne kilkadziesiąt godzin grania.
@Xavy miałem to samo, ale są edytory save więc troszkę sobie ułatwiłem zbieranie kasy, bo w sumie to już sam koniec gry, tam się już mało działo, a trzeba było grindować całe tygodnie, żeby uzbierać te 12 złotych monet.
@LovelyPL czy tak dla wytrwałych? To jest bardzo przyjemna gierka, imo nawet bardziej chillowa jak Stardew Valley. To co na pewno jest zaletą to to, że możesz w nią wejść po pół roku- i tak będziesz wiedział co robić dalej, możesz ją odpalić mając pół godzinki czasu- dalej nie będziesz czuł, że przez te pół godziny nie miałeś szansy zrobić nic poza gapieniem się w menu i loading screeny, nie ma żadnego nacisku na znajdźki, achievementy, battle passy, spieszenie się przed odliczającym zegarem jakiegoś kończącego się sezonu z d⁎⁎y, nie ma żadnych sezonowych przepustek robiących za content paywalle, nie ma mikrotransakcji, dlc ze skinami... masz czystą, prostą grę z nieskomplikowaną historią dla zarysowania tła, a i ma ona trochę swojego humoru
@NiebieskiSzpadelNihilizmu Humor - świetny Chill - jest, ale grind tez jest, to musisz przyznać. Chcesz choć kawałek pchnąć jakąś misję, to czasami trzeba się nałazić, zbierać, craftować, żeby zdobyć to, co chcemy. Nawet automatyzacja nie pomoże, bo jest wolna (jak cała gra) i nie wszystko zrobią za ciebie.
Faktycznie plusem jest to, że nie ma ciśnienia - pykniesz chwilę i super, pykniesz dwie godzinki - też fajnie. Potłuczesz się w lochach - czemu nie, przecież od tego się nie umiera, prawda?
Ale dla wytrwałych jest - bo grind i craftowanie może się znudzić w pewnym momencie. Może z DLC jest trochę inaczej, bo masz tam kupę dodatkowych misji czy przedmiotów, albo jest jeszcze więcej grindu
Mnie w pewnym momencie trochę znudziło to, że pod koniec trzeba sporo się nachodzić, żeby zarobić odpowiednią ilość monet. Może miałem za mało pomocników - jakbym w nich zainwestował, to by mi sami uzbierali kasę, ale miałem ich chyba z 10 maksymalnie.
Niemniej grę oceniam bardzo pozytywnie i jak wyjdzie dwójka, to na pewno sprawdzę co tam wykombinowali.
To może być ciekawa gra zahaczająca o surrealistyczny body horror. Tytuł zdaje się nawiązywać do dzieła Kafki o tym samym tytule, ale podejrzewam, że tych nawiązań w samej grze będzie więcej.
@PanNiepoprawny wiem wiem, ale po kolejnych expansionach wowa, i tej katastorfie z w3 reforged, i po tym co pokazują w ostatnim diablo... no jakoś już nie wierzę w blizzarda
Ja to bym wolał bym zrobili w3 reforged reforged i zamiast zmieniać modele to podbili rozdziałke cinematicow bo to jest to, co było piękne a zestarzało się mocno bo ekrany na których je oglądamy mocno urosły.
Łupaliśmy z kolegą po LAN'ie do późnych godzin. Polowaliśmy na dziwne przedmioty od Wirt'a. Ahh dobry klimat. Teraz mam d3 i d4 i nawet tam nie chce mi się zaglądać.
Tytuł: Atelier Lulua: The Scion of Arland Developer: Gust Rok wydania: 2019 Gatunek: RPG Użyta platforma: Switch Ocena: 5/10
Kupiłem, bo była na promce i byłem ciekaw, czemu w tej serii jest tyle gier.
Generalnie poziom fabuły i postaci jest taki, jakiego można się spodziewać patrząc na dowolny screenshot. Ale jak się wyłączy dźwięk to nie przeszkadza w grze. System walki jest raczej nieskomplikowany, ale jest trochę grind, bo jednak, żeby pokonać bossa to trzeba mieć jakiś tam level wbity albo ogarnąć sobie dobre itemki. To że wszystkie strony konfliktu zadają małe obrażenia też nie pomaga.
To co tu jest dobrego? No, jest alchemia. Właściwie ten aspekt gry jest chyba bardziej rozbudowany niż cała reszta razem wzięta. Każdy przedmiot można stworzyć na milion różnych sposobów i w zależności od tego, jak sobie pobalansujemy możemy wyzwolić jakieś cechy przemiotu albo odziedziczyć ze składników. A zbieranie składników to kolejna zabawa. Mamy poradnik, gdzie jest wszystko elegancko napisane, gdzie co się da pozbierać i, w przeciwieństwie do innych tego typu gier, nawet rzadkie przedmioty wyskakują w miarę często. Do tego mamy jakieś wyzwania, które dają nam nagrody za stworzenie przedmiotu o konkretnych parametrach albo za inne aktywności. Jedyny mankament to, że pod koniec robi się pierdolnik, a gra za bardzo nie oferuje możliwości sprawnego poruszania się po liście przedmiotów (szczególnie brakuje sortowania alfabetycznego).
Ogólnie taki średniak, ale jak ktoś ma ochotę na zbieractwo to można pograć.