Film o przyjaciółkach z dawnych lat. Pierwsza z nich to chórzystka, druga ma wiecznego pecha i znajduje pracę jako tancerka. Kiedy Jill poznaje rozrywkowego Hugh postanawia wyjść za niego, ale wybranek dużo podróżuje i kobieta zaczyna romansować z innymi.
Pierwszy pełnometrażowy film Alfreda. Widać że się chłop uczy bo niczym specjalnym się nie wyróżnia
@Weathervax dokładnie, świetny film. Ludzie kiedyś przedkładali przed niego te nowsze, akcyjniakowe części, ale widzę w ostatnich latach zwrot i pierwsza krew zyskuje dużo uznania i jest wspominana i analizowana. Gra Stallone'a tam jest naprawdę godna uznania.
Mam taki zwyczaj, że jak jest bardzo gorąco (w UK już któryś tam tydziń ani kropli deszczu i temperatury powyżej 30*), to włączam sobie "Do The Right Thing" Spikee'a Lee.
Monty Python and the Holy Grail - 1975
The Jerk - 1979
Airplane! - 1980
The Blues Brothers - 1980
Top Secret! - 1984
The Naked Gun: From the Files of Police Squad! - 1988
UHF - 1989
Bill & Ted's Excellent Adventure - 1989
Dumb and Dumber - 1994
Ace Ventura: Pet Detective - 1994
The Mask - 1994
Baseketball - 1998
South Park: Bigger, Longer & Uncut - 1999
Being John Malkovich - 1999
Kung Pow! Enter the Fist - 2002
Napoleon Dynamite - 2004
Borat: Cultural Learnings of America for Make Benefit Glorious Nation of Kazakhstan - 2006
Hot Rod - 2007
Walk Hard: The Dewey Cox Story - 2007
Tropic Thunder - 2008
The Dictator - 2012
This Is the End - 2013
What We Do in the Shadows - 2014
The Lobster - 2015
Swiss Army Man - 2016
The Greasy Strangler - 2016
Popstar: Never Stop Never Stopping - 2016
Sorry to Bother You - 2018
Hundreds of Beavers - 2022
Ostatnio glosnio jest o tym filmie i wcale mnie to nie dziwi. Ludzie lubią filmy, nie tylko te, które są dobrze zrobione i poprawne pod względem estetycznym ale również te które zadają trudne pytania.
Uważam, że ten film zadaje kilka takich pytań, ale najbardziej ten, który porusza wszystkich jest pytanie "czy można zmusić kogoś do miłości?".
Zawsze miałam pewien rodzaj niechęci, szczególnie do koleżanek, które rozkochiwaly w sobie chłopaków, dla czystej zabawy, nie widząc w tym żadnych konsekwencji.
W tym filmie jest podobnie. Niki ma świadomość tego, że Bear jest w niej zakochany, ale nazywa to Friendzonem i nic więcej z tym nie robi. Wysyła mu sprzeczne sygnały, które doprowadzają go do pewnego rodzaju obsesji i niedoscignionego wyobrażenia o jej osobie, jako ideału, który tylko istnieje w jego głowie.
Każdy chyba widział takie relacje, albo sam je doświadczył. Nie mówię o takich w których ktoś otwarcie mówił "nic z tego nie będzie, lubię cię tylko jako przyjaciela", a ta osoba dalej brnie w swoje uczucia bo wtedy ma już świadomość swojej sytuacji i robi to na własną odpowiedzialność. Mówię o takich, gdzie ktoś czerpie korzyści z tego, że trzyma kogoś w wiecznym zauroczeniu i nie pozwala się poznać, nie daje siebie, trzyma na bezpieczny dystans tak, żeby właśnie ciągle komuś robić złudną nadzieję.
Najczęściej takie przypadki dotyczą nastolatków i właśnie w takich latach dostrzegałam tego typu relacje. Wtedy jeszcze dzieci uczą się uczuć i odpowiedzialności. W tym przypadku mamy młodych dorosłych i dwójkę znajomych, którzy właśnie tkwią w takim zawieszeniu.
Pytanie kto jest winny? Koles który wpadł w obsesję na punkcie, kogoś kogo tak naprawdę dobrze nie znał czy dziewczyny, która miała świadomość uczuć swojego przyjaciela, ale nie stawiała wyraźniej granicy?
Dlatego ten film jest na tyle głośny bo właśnie odpowiedź na to pytanie nie jest prosta i ciężko przyjąć czyjąś stronę.
@Cori01 Zacząłem oglądać ten film, ale tak mnie zmęczył że przerwałem. Może do niego wrócę. Jak coś to skończyłem na imprezie u tego jego kumpla.
Ale ja mam trochę inną interpretacje wydarzeń w tym filmie. Nikki sama żywiła uczucia do Beara, ale bała ujawniała się z nimi i wysyłała sygnały:
rozmowa w samochodzie o pragnieniu przeżycia miłości,
wspomnienie że tylko on nie jest totalnym debilem i może z nim porozmawiać o wszystkim,
dopytywanie o jego uczucia wobec ich wspólnej koleżanki (jakby nie chciała wchodzić między nich),
mówienie że gdyby ona się w kimś podkochiwała to nie dała by po sobie poznać,
i wszystko w atmosferze tego że ona niedługo wyjedzie (to akurat trochę toksyczne zmuszanie go do czegoś pod presją czasu).
A na sam koniec kiedy powyższe nie odniosły efektu to zapytała go wprost i dodając że to naprawdę dobry moment żeby coś powiedział. To wszystko spowodowało że moim zdaniem Nikki też żywiła wobec niego uczucie, ale szukała jakiegoś potwierdzenie u niego, albo chciała żeby on wykonał pierwszy krok i jej to powiedział.
Wydawało mi się że właśnie to miała być siła tego filmu, że w sumie oboje mieli to co chcieli na wyciągnięcie reki, ale jedna decyzja głównego bohatera przerodziła to w koszmar.
@brain tylko tutaj nie zapominaj o jednej kwestii, mianowicie że Nikki była w on and off fwb z najlepszym kumplem Beara i oboje ukrywali ten fakt, raczej przed Bearem, niż przed światem (w końcu Sarah wiedziała). W tym kontekście nie ma pewności, czy jej rozmowa z Bearem przed tym, jak złamał One Wish Willow, to wyraz rodzącej się sympatii do niego i delikatna próba wybadania terenu, próba poderwania najlepszego kumpla kochanka mająca na celu wzbudzenie w tym ostatnim zazdrości, czy może miał to być wstęp do rozmowy "wiem, że ci się podobam, ale przykro mi, nie masz szans".
@Telezajaczek Ok, jakoś nie załapałem tej kwestii z jego kumplem. A to rzeczywiście. choć nie wyklucza ostatecznie wersji z dobrymi zamiarami i uczuciem Nikki, to jednak mocno ją osłabia.
Książka była infantylna, ale ciekawa i film jest jeszcze bardziej infantylny, ale nieco mniej ciekawy.
Ogólnie to raczej bardzo bezpieczne SF o sile przyjaźni, mamy tu też survival w kosmosie oraz genezę podróży przez odzyskiwane wspomnienia bohatera. Te trzy wątki razem splątane dają nawet niezły wynik, a jednak ostatecznie oprócz ładnych obrazków nie ma tam nic więcej.
Sprawnie skonstruowane dobre kino, dające zabawę i emocje. Można wyjść kontent z kina.
Ale w moim przypadku, tam gdzie kończy się "dam +1 bo to SF", zaczynają się wymagania i Hail Mary połechtała moje uwielbienie do gatunku i pozostawiło dalej głodną. Co niby nie jest złe, ale z drugiej strony czy to popchnie produkcję kina SF do przodu?
To dalej gatunek niszowy, kompletnie zjedzony przez kino wysokobudżetowe. W tym przypadku i tak z książki więcej by się nie wyciągnęło, bo to zaledwie prosta historia o wielkiej przyjaźni, tyle że w kosmosie.
No ale i takie kino rozrywkowe SF jest potrzebne, żeby popatrzeć na dobrze zrobiony film i miłe kosmiczne obrazki.
@Mahjong u mnie to takie połączenie Interstellara, Marsjanina oraz kina familijnego. Przyjemnie się oglądało. Nic bardzo wybitnego, ale przyjemnego. Za to dzięki niemu poznałem tę nutę i się w niej zakochałem.
@Mahjong odkąd przeczytałam "Artemis" Andy Weir jest moim wrogiem, zagrożeniem egzystencjalnym dla gatunku sci-fi. Zabranie gatunkowi wszystkiego co kocham, zrobienie pustej fabuły w której się rzeczy dzieją. Z drugiej strony Ryan Gosling kurdeee
Nie czytałam książki, ale film mi się bardzo podobał. Nie jest to wybitne kino, ale film, który zwyczajnie dobrze się ogląda. Ciekawa idea przedstawiona bez sztucznego patetyzmu.
Myślę, że to jeden z nielicznych współczesnych filmów, do których będzie się z przyjemnością wracać tak jak wracamy do klasyków z przełomu wieków
Dobrze ze nie poszedłem na to do kina. Zaletą filmu jest to że obejrze go jeszcze raz z cóką - ot takie uwczesne IT. Poza tym mehh kino rozrywkowo familijne.
Mam wrażenie, że kolejny raz dałem się oszukać powszechnym zachwytom, co miało już miejsce w przypadku zeszłorocznego „Together”. I to nie jest tak, że uparcie na siłę chcę płynąć pod prąd. Po prostu nie dałem się tej obsesji.
W „Obsesji” doceniam świetną grę aktorską Inde Navarrette, która wychodzi przed szereg i nie tylko dlatego, że scen z nią jest najwięcej. Jednak potrzeba talentu i umiejętności, żeby praktycznie samemu pociągnąć cały film.
Doceniam też różne wskazówki i smaczki, jak zdjęcie zrobione przez Nikki i podpisane „not me” czy chwile przebudzenia, gdy widzi swoje odbicie. To film, który pod tym względem warto obejrzeć drugi raz, żeby wyłapywać takie rzeczy.
Jednakże w pewnym momencie zostałem zbity z tropu i zamiast śledzić fabułę, zacząłem się zastanawiać nad jej zachowaniem w stosunku do martwego kota Beara. Nie do końca podanie kota w formie kanapki zgadza mi się z portretem osoby, która ma obsesję na punkcie ukochanej osoby. Bardziej bym się skłaniał do opinii, że Nikki powinna wymazać kota z życia Beara, żeby tylko ona była przez niego kochana. Takie odcięcie od znajomych i rodziny to dość typowe zachowanie.
Nie zaskoczyły mnie też zwroty fabularne, które były oczywiste. Chociażby podczas imprezy było widać, że jak główny bohater weźmie klocek, to za wyzwanie będzie miał pocałować osobę siedzącą po jego lewej stronie. A tam oczywiście siedziała podkochująca się w nim Sarah, o czym Nikki bardzo dobrze wiedziała. Podobnie w przypadku sceny w samochodzie. Wiedziałem, że podczas rozmowy Beara z Sarah nagle przybiegnie Nikki, która ją zaatakuje.
Nie uważam, żeby to był zły film, jednakże nie uważam też, żeby był aż tak dobry, jak ludzie go oceniają. Jest niezły dzięki bardzo dobrze zagranej Nikki i pomysłowi na fabułę. Można interpretować postać Nikki jako osobę w toksycznym związku, z którego nie może się wydostać, ponieważ jest uzależniona od swojego partnera. Gdy znajomi martwią się jej dziwnym zachowaniem, Bear mówi, że spokojnie, ona po prostu przeżywa teraz trudny okres, umierający ojciec i tak dalej. Trochę przypomina mi to „Dom dobry”, tylko „Obsesja” przez sugestię opętania nie jest tak straszna.
Jednym z moich ulubionych filmów gangstersko-mafijnych jest "Beema" ( "Бумер" ).
Czterech drobnych cwaniaczków podpadło mafii i policji, przez to uciekają z Moskwy na prowincję kradzioną beemką. Niesamowicie wygląda ta E38 jadąc przez obsrane i zabite dechami wioski. Jeszcze te dziurawe drogi, po których musi się tłuc beema. No po prostu top 10 filmów gangsterskich dla mnie.
No i jak zwykle kluczem do życiowej satysfakcji okazały się niskie oczekiwania.
Po pierwszych kilku recenzjach uznałem że bez żalu mogę sobie nowego Mando odpuścić. Serial z każdym odcinkiem podobał mi się coraz mniej, a w filmie miało być więcej tego samego, sklejonego naprędce w kinowy format.
I nawet jesli tak było - to nie mogę powiedzieć że nie wyszedłem z kina zadowolony.
Pierwsze na co muszę zwrócić uwagę to to, że ten film jest zwyczajnie bardzo ładny. Możliwe, że to magia dużego ekranu, ale co chwila widziałem kadry, które z chęcią widziałbym u siebie na tapecie.
Druga rzecz, która w tym filmie moim zdaniem zadziałała, to że Grogu - który moim zdaniem powininen był zniknąć z historii Din Djarina na koniec drugiego sezonu - w końcu ma jakąś sprawczość i nie jest niekończącym się questem na chronienie NPCa przed śmiercią.
Po trzecie - jednym z głównych zarzutów jakie widziałem względem nowego Mando, było to że fabuła to tak naprawdę 3 odcinki serialu sklejone ze sobą żeby pasowało do filmu. Szczerze mówiąc nie odczuwałem tego za bardzo. Filmy Gwiezdznych Wojen mają to do siebie że skaczą między lokacjami i nie była to moim zdaniem wyraźna wada tego filmu. Są wyraźne trzy akty, ale moim zdaniem bardzo spójne.
No i elokwentny Hutt wypowiadajacy się przyjemnym dla ucha głosem - super. Moim zdaniem jedna z najbardziej sympatycznych postaci wprowadzonych ostatnimi czasy do Gwiezdnych Wojen. Mam nadzieję że zobaczymy go w przyszłości więcej.
Niemniej, ilość dziur w logice nie pozawala mi na danie wyższej oceny niż 6. Co chwila łapałem się na myślach w stylu "ok, ale skąd on się tam wział" albo "czemu zrobił X, skoro mógł od razu zrobić Y".
PS. Ostatecznie na film poszedłem bo żona chciała "bo Grogu". Czyli strategia Disney'a niestety działa xD
Kiedy Steven Spielberg zabiera się za tematykę pozaziemską, kino wstrzymuje oddech. Po latach wyczekiwania reżyser w końcu domknął swoją nieoficjalną „kosmiczną trylogię”. I choć Disclosure Day fabularnie nie łączy się bezpośrednio z Bliskimi spotkaniami trzeciego stopnia ani E.T., to duchowy spadkobierca tych arcydzieł. Oglądając ten film, nic nie stoi na przeszkodzie, by uznać, że wszystkie te historie dzieją się w tym samym uniwersum. To kino stworzone z myślą o wielkim ekranie – nostalgiczny powrót do korzeni, który potrafi bez reszty zauroczyć, o ile damy się porwać tej specyficznej spielbergowskiej magii.
Disclosure Day to kwintesencja stylu Spielberga. Z jednej strony dostajemy mnóstwo akcji, dynamiczne pościgi samochodowe i sceny komiczne, z drugiej – film pozostaje produkcją rdzennie rodzinną (kategoria 12A w UK). Co ciekawe i niezwykle odświeżające: w całym filmie pełnym napięcia... nie uświadczymy ani jednego trupa, a bohaterowie ani razu nie wypowiadają słowa „alien”.
Aktorsko projekt broni się znakomicie. Emily Blunt i Colman Domingo magnetyzują na ekranie, tworząc wyraziste, zapadające w pamięć kreacje. Odrobinę słabiej, choć wciąż bardzo pozytywnie, wypadają Josh O'Connor oraz Colin Firth. Całość spaja muzyka Johna Williamsa, który „znowu to zrobił” – jego ścieżka dźwiękowa, choć momentami mocno skręca w stylistykę znaną z Gwiezdnych Wojen, idealnie buduje podniosły i przygodowy klimat.
Nie da się jednak ukryć, że film ma bardzo specyficzną konstrukcję. Część scen wygląda tak, jakby została żywcem wyjęta z kina lat 90. Dla jednych będzie to uroczy powrót do przeszłości, dla innych – lekki archaizm. Mój syn celnie zauważył po seansie, że tę historię mógłby nakręcić Denis Villeneuve (którego Nowy początek uwielbiamy), aby nadać całości bardziej mroczny, poważny i surowy ton. I faktycznie – Spielberg momentami uderza w nieco mroczniejsze tony, ale ostatecznie to wciąż film rodzinny. To nie jest ciężkie science-fiction typu Arrival czy naukowe Interstellar. Na ten film idzie się do kina po czyste emocje i magię, dokładnie tak jak kiedyś na E.T.
Największym mankamentem produkcji, do którego po prostu trzeba się przyczepić, są zaskakująco słabe efekty specjalne. Z jakiegoś powodu kluczową rolę w fabule odgrywają zwierzęta. Niestety, zamiast zachwytu, wywołują one lekki zgrzyt zębów. Wszystkie stworzenia to bardzo słabe CGI – sztuczność bije po oczach tak mocno, że widać to bez okularów z końca sali kinowej, nawet przy wadzie wzroku -2.
Disclosure Day to film, który z pewnością podzieli widzów. Osoby szukające twardego, nowoczesnego science-fiction mogą poczuć się zawiedzione i ocenić go znacznie niżej. Jeśli jednak, tak jak ja, jesteście absolutnymi fanami spielbergowskiego klimatu, będziecie się bawić wybornie. Jako zadeklarowany miłośnik takich historii, przymykam oko na niedociągnięcia CGI i z czystym sumieniem wystawiam wysoką notę. To piękny, nostalgiczny list miłosny do klasyki kina o kosmitach.
Turbodildo które służy do wszystkiego i niczego, w zależności jak dramatyczna ma być dana scena.
Scena z płotem xD
Scena z Emily Blunt wychodzącą sobie z bazy złoli tak o
Scena z histeryzującą Emily Blunt która w kolejnym ujęciu zamienia się w slapstickową scenę akcji?
Cały wątek religijny który miał potencjał ale zostaje ucięty nożem i już nie wraca do końca filmu.
Pomagier badassa który obraża się w finale i wychodzi xD
W ogóle finał filmu jest durny i głupi. Na moim seansie ktoś na sali po prostu wstał i wyszedł.
Trzecia wojna światowa nie wybucha bo wszyscy na świecie oglądają lokalną amerykańską tv na smartfonach xD. Wgl to kolejny wątek z dupy który pojawia się tylko po to żeby można było zrobić "awww"
To tak na szybko, takich durnot i głupotek jest znacznie więcej. Ja wiem że to Spielberg, ale film nie wie czym chce być, nie ma swojej tożsamości. Nagromadzenie wątków z których nic nie wynika jest tak wielkie, że nie da się go traktować poważnie. Jedyny jasny punkt to Emily Blunt - świetnie wygrała rolę irytującej wariatki, no i zdjęcia może jeszcze. Cała reszta - kanał. Jako widz nie mający wielkich sentymentów do Spielberga tylko chcący obejrzeć dobry film uważam że straciłem czas.
Ostatnio kumpel mi uszy gwałcił achami i ochami o poprawności historycznej tego filmu, aż zapytałem się jak powinni zaprezentować Atene w jej postaci? Jako faceta? Dzieciaka - pasterza? A jeśli w snach byłaby czarna to czy byłoby to zgodne z historyczną poprawnością? Nie wiem, bo się obraził.
To trochę jak pierdolenie o czarnych elfach w pierścieniach władzy, że są niewiarygodni i niezgodni z rzeczywistością xD
To że będzie film to już było wiadomo od dawna z przecieków. Na ten moment aktualny ich stan, to że film będzie pomostem pomiędzy 2 a 3 sezonem który ma wyjść po filmie. I film ma obejmować jeden Arc z manhwy.
@Whoresbane Pisząc sezon 3 miałem na myśli tylko jego kolejność a nie że tak się będzie nazywać.
Generalnie i tak sobie raczej poczekamy skoro nie mają nawet skrawka animacji do pokazania oraz daty premiery.