Kino absolutne. Polska superprodukcja, która do dziś robi fenomenalne wrażenie.
Walka młodego Ramzesa z kastą kapłanów. Nie będę opisywać filmu w całości, i nie będę pisać peanów o realizacji tego dzieła - trochę tylko razi "make up" opalający aktorów, ale można przymknąć na to oko, a nawet lekko dać plusa, że chciano jak najbardziej zbliżyć się do realiów starożytnego Egiptu.
Popiszę tylko o rzeczach, które zauważyłam podczas tego seansu (chyba już 3 w życiu i pewnie nie ostatniego).
Post dotyczy drugiej połowy filmu - gdy już Ramzes zostaje faraonem i rozdarty pomiędzy dwiema decyzjami (wojna z Asyrią czy pokój z Asyrią i wygonienie Fenicjan z Egiptu). Jednak gdy zostaje faraonem, pojawia się trzecie wyjście - złoto Glapińskiego!, tfu, złoto kapłańskie ukryte w labiryncie świątyni Ozyrysa.
Kapłani jednak nie są chętni by wydać Egiptowi chociaż część tych bogactw, choć jak twierdzą, po to one tam są - by w kryzysowej sytuacji pomóc krajowi - Ramzes uważa, że to już teraz - nie ma kasy dla żołnierzy, nie ma kasy dla chłopów.
Ale warunki otrzymania złota są wprost absurdalne - z wieloosobowej grupy każdy musi zagłosować na TAK, jedno NIE i złoto zostaje w skarbcu. Ramzes jest tego świadomy, ale jednak podejmuje się tego działania, chcąc wywołać rękoma pospólstwa bunt skierowany wobec kapłanów - w chaosie podbicia świątyni przez ludzi, faraon chce wlecieć tam z wojskiem i zająć skarby.
Kapłani trzymają jednakże asa w rękawie, a dobrobyt Egiptu stanie pod znakiem zapytania.
Rozgrywki Ramzesa z kapłanami to najbardziej interesująca część filmu. Można powiedzieć, że ci panowie z zimną krwią planują kolejne działania i chociaż młody i narwany faraon może być sporym problemem, to religijna kasta nie jest chętna oddać pełną autonomię władzy. Na pewno w wielu sprawach można przyznać im rację - że lepiej zabezpieczyć się kontraktami niż tracić kasę i uszczuplić armię na wojnie.
Genialny film, Zelnik znakomity w roli Ramzesa. Kto nie widział - must see obowiązkowe. Chyba nie ma na świecie lepiej zrealizowanego filmu o starożytnym Egipcie.
4 sezon już nie zaskakuje tak jak poprzednie, pewnie dlatego, że się przyzwyczaiłem do tego formatu, ale te krótkie historie nadal się fajnie ogląda. Cały sezon można oglądnąć w max 2 godziny. Wszystkie historie, jak to było w poprzednich sezonach, raczej mroczne, pesymistyczne i nie napawające optymizmem Odcinek 7 to chyba pierwszy, w którym wystąpili prawdziwi aktorzy (nie przypominam sobie, aby coś takiego zrobili wcześniej).
@boogie nie potrafię tego oglądać. niby jest wszystko co powinno trafiać w mój gust, a z jakiegoś powodu nie dalem rady obejrzec żadnego odcinka w calosci
Reżyseria: Minkie Spiro / Derek Tsang / Jeremy Podesta / Andrew Stanton
Czas trwania: 8x ok. 56m
Ocena: 3/10
Grupa genialnych naukowców zauważa, że znane im prawa fizyki zaczynają wariować, a ich koledzy zaczynają ginąć w nie do końca jasnych okolicznościach. W retrospekcyjnym tle rewolucja w Chinach i brzemienna w skutkach decyzja pewnej kobiety.
Serial oparty na książce o tym samym tytule. Mimo ciekawego pomysłu w mojej opinii nieudany - historia nie porywa, a cała naukowa problematyka staje się strasznie płytka. Do tego historia wydaje się miejscami dziurawa. W drugiej połowie sezonu serial staje się lekko nużący. Stąd taka słaba ocena.
Duński horror o wampirach klasy B (czy tam Z, nie znam się).
Dowiedziałem się z niego, że wampiry nie lubią falafela i ludzie umierają, jak się im wyrwie serce (przynajmniej zostało to oznajmione, jakby to było jakieś odkrycie).
Zaimponowało mi łyknięcie wody święconej przed pocałowaniem wampira.
Poza tym jeden z głównych bohaterów ma na imię Mads, ale właściwy Mads pojawia się tylko na chwilę.
Byłem wczoraj bo się różni ludzie jarali. I to taki film, który mógłby lecieć w niedzielny poranek na Polsacie jako "familijny". A przy tym bardzo ładnie zrealizowany (sidżiaj w zwiastunie Star Warsów przed seansem wyglądało przy nim jak projekt studencki) i ma całkiem niezły balans między humorkiem a poważną fabułą.
Spodziewalem się szczerze mówiąc bardziej klasycznego i poważnego sci-fi, ale i tak wychodziłem zadowolony, bo bawiłem się zaskakująco dobrze :)
Warto na samym początku uprzedzić, że poczucie humoru w tym programie jest bardzo specyficzne i wielu widzów może się od niego po prostu odbić. Można się wręcz zdziwić, że obejrzało się to do końca, ale tutaj z pomocą przychodzi format. Odcinki są krótkie, a w każdym sezonie jest ich tylko sześć. Dzięki temu przez wszystkie serie da się spokojnie przebrnąć w zaledwie trzy popołudnia.
Sezon 1
To był poligon doświadczalny, który pokazał, że ten format w Polsce ma sens. Największą gwiazdą był Adam Woronowicz i jego bujna czupryna. Wygrał Michał Meyer, który wykazał się niesamowitym opanowaniem, choć finałowa walka z Agatą Kuleszą trzymała w napięciu do samego końca. To była naprawdę solidna i świeża mieszanka aktorów oraz komików.
Sezon 2
Druga seria poszła w jeszcze większy absurd i chaos. Pojawienie się Jerzego Kryszaka dodało programowi charakteru, a Maciej Musiałowski okazał się totalnie nieprzewidywalnym uczestnikiem. Ten sezon był momentami bardzo dziwny, ale ostatecznie wygrała go Zosia Zborowska-Wrona, która udowodniła, że ma nerwy ze stali.
Sezon 3
Ta edycja była najbardziej „aktorska” i prestiżowa, głównie dzięki udziałowi Andrzeja Seweryna. Widok legendy kina, która próbuje nie pęknąć ze śmiechu przy żartach Izy Kuny czy Rafała Rutkowskiego (który wygrał zmagania), był wart obejrzenia. Iza Kuna zresztą kradła każdą scenę swoim specyficznym stylem. Mimo obecności wielkich nazwisk, w programie wciąż nie brakowało bardzo prostych i głupkowatych żartów.
Powiem krótko: nie patrzcie na te słabe oceny krytyków, bo Super Mario Bros. Film to naprawdę spoko opcja. Dałem mu 7/10 i serio pozytywnie mnie zaskoczył. Fabuła jest prosta jak budowa cepa, ale to w ogóle nie przeszkadza, bo ten film to jeden wielki plac zabaw dla każdego, kto choć raz grał w Mario.
Najlepszą zabawą było wyłapywanie tych wszystkich smaczków z gier. Szczerze? Momentami szukanie tych detali w tle było ciekawsze niż sama historia! Muzyka, postacie (Jack Black jako Bowser wymiata!) i kolory robią robotę. To idealny film na niedzielny wieczór z rodziną – dzieciaki będą zachwycone, a Ty będziesz miał frajdę z wyłapywania nawiązań do dzieciństwa. Polecam, bez spinania się na wielkie kino.
Życie ekscentrycznych mnichów z podupadłego prowincjonalnego klasztoru zostaje zakłócone, gdy na miejsce przybywa konserwatorka zabytków Natasza wraz z rezolutną córeczką Genią.
Jedna z nielicznych udanych polskich produkcji w nurcie realizmu magicznego. Może jest tu trochę niedociągnięć technicznych, lecz historia jest przemyślana i trzyma się kupy. Jednak Jasminum stoi przede wszystkim świetnym aktorstwem, oczywiście najbardziej wybijają się role Gajosa, Ferencego i malutkiej Gąsiewskiej (szkoda, że jako dorosła skończyła w badziewnych serialach TVP).
Kocham ten film. Po obejrzeniu wiele lat pozostawał w mojej pamięci jako super film. Pamiętam że jak pierwszy raz go oglądałam to skakałam późno w nocy po kanałach w telewizorze i on zaczął iść po 22:00 więc siedziałam z zapałkami w oczach aż się skończy.
Zdecydowanie bardziej strawna część niż pierwsza, gdzie roiło się od ilości gwałtów, cycek oraz masy drewnianej gry aktorskiej. Tutaj gwałtów mniej, z czego większość jest nieudana, cycków mamy sporo, no i trochę mniej bezjajecznych aktorów.
Stoker (czyli Deathstalker) pomaga pewnej kobiecie, która uważa, że jest księżniczką, której ukradziono tron, zastępując ją klonem. Stoker wyrusza więc z nią w drogę pełną przygód. Spotkają między innymi plemię amazonek, gdzie Stoker będzie musiał zmierzyć się w ringu z olbrzymią wojowniczką. Czeka ich wiele przeszkód, ale największa to złol, który zająć zamek księżniczki.
Ogólnie ten film był mniej sztywny i prymitywny niż pierwsza część. Duża zasługa to dwójki głównych bohaterów, którzy nie szczędzą sobie dowcipnych dialogów. Więc humor wylewa się z ekranu.
Wyłącznie dla twardych miłośników fantasy i fanów klimatu VHS.
Długo to omijałem, bo wyglądało dość dziecinnie i nie jestem fanem superbohaterów.
Główny bohater Midoriya żyje w świecie, gdzie większość społeczeństwa rodzi się z supermocami, sam jednak urodził się bez niej, ale marzy o zostaniu bohaterem. Dostaje jednak szanse i zaczyna się jego przygoda.
Historia dość prosta póki co, dzieciak chce zostać najlepszy na świecie. Nie jest to nic wybitnego, ale fajnie się ogląda. Przypomina mi troche wczesne naruto, tylko główny bohater nie drze mordy cały czas.
Przyjemnie się śledzi przygody głównego bohatera, jego umiejętności są dość ograniczone więc jak uda mu się kogoś pokonać to się cieszyłem razem z nim. Takie feel good do oglądania.
W 1 sezonie zaprezentowany został dość wąski wycinek świata, ale mnie zainteresował i na pewno obejrzę kolejne. Chociaż sporo tego jest więc raczej powoli.
@KUROT ale fabuła mimo prób i przedstawienie świata nadal dziecinne i tragiczne przez co dalsze sezony lepiej sobie odpuścić. No, ale jeśli lubisz wkurzających, irytujących bohaterów z wyimaginowanymi problemami to spoko.
A ja obejrzałem całość i szczerze mówiąc bardzo mi się podobało.
Przede wszystkim wraz z rozwojem fabuły bardzo mocno budowe są postacie poboczne, ich motywacje i historia. Nawet typowy złoczyńca ma swoje racje i motywacje, przez co nie jest to typowe biało-czarne przedstawienie postaci.
Świat ma swoje tajemnice które są podawane powoli i potrafią zmienić postrzeganie świata.
Imo bardzo dobre anime, które bardzo zyskuje z kolejnymi sezonami.
@Czokowoko No mi też siadło nawet, zasiadałem do tego na zasadzie "o, coś nowego, spoko oceny, zobaczymy" i nawet pierwszy sezon był dobry. Kreski nie oceniam, bo kierowana jest raczej do młodszego widza więc styl jest po prostu ok ale też z czasem się zmienia i w moim odczuciu tylko na plus.
W pewnym momencie jest znużenie, całość kończy się też mocno tak sobie, zwłaszcza po tak wielkim i długim finale.
Jakieś tam głupotki na pewno były, irytujące postacie jak najbardziej ale całość mega pozytywna.
Phillipe Delambre jest zdeterminowany, by zrehabilitować ojca poprzez pomyślne zakończenie eksperymentu, nad którym pracował. Wujek François odmawia mu jednak pomocy.
Po czekaniu prawie cztery lata na serial o jednym z najpopularniejszych dziecięcych bohaterów książek, zwłaszcza kiedy dowiedziałem się że bierze się za to EGoFilm ("Wiking Tappi", "Kicia Kocia", "Kajko i Kokosz") byłem pełen nadziei na coś "wow" no i się zawiodłem.
Serial jest ślicznie zanimowany, a spokojne i delikatne ilustracje Joanny Kłos zostały przeniesione 1:1 na ekran. Za scenariusz odcinków w większości odpowiadała autorka książek.
Ale. Jeśli Wasze dziecko lubi "duże Pucie" - dłuższe historie gdzie pojawia się jakaś akcja i morał, to zawiedzie się na serialu. Ten jest ewidentnie adaptacją i kontynuacją "małych Puciów" - proste scenki, czasem z jakimś morałem, a czasem bez. Jest to animacja zdecydowanie dla najmłodszych dzieci. W każdym odcinku jest też przemycone ćwiczenie logopedyczne, gdzie Pucio łamie czwartą ścianę i zachęca dzieci by wraz z nim na przykład wydęły usta jak kaczka i cmokały, albo żeby udawały ziewanie i ryczały jak smoki. Autorka książek jest logopedką, więc jest to spójne z ogólnymi założeniami całej serii, która miała być z założenia książką logopedyczną wspierającą ćwiczenie mowy.
Po moim młodym widziałem że nie był jakoś super zachwycony, a nakręcał się na ten serial przez dobry tydzień, chyba też liczył że to będzie coś bliżej "Kici Koci", czy "Basi".
Właśnie te dwa seriale wziąłem jako wyznacznik dla Pucia, bo grupa odbiorców jest podobna. W Puciu ładne są tylko animacje. Zabrakło, według mnie, prostych historyjek jak w Kici Koci, czy wręcz przeciwnie, czegoś bardziej złożonego jak w "Basi". Były dwa fajne odcinki, pierwszy o dzieleniu się zabawkami, drugi o znajdowaniu zabawek na placu zabaw, one były takie "przedszkolne", z pozostałymi nie umiałem się utożsamić jako rodzic czterolatka, wydały mi się mocno nijakie. Nawet muzyka Turnaua tu jakoś nie siadła. Nie zapamiętałem głównego motywu z czołówki, nawet nie umiałbym go zanucić, nie wpada w ucho jak czołówka "Basi", czy właśnie "Kici Koci".
Mam alergię na tę serię, jest tak infantylna, że moim zdaniem godzi w inteligencję już 4 latków - rozumiem, że taka ma być, ale liczba powtórzeń po prostu mnie rani ;P
Zarówno Pucio jak i Kicia Kocia to w mojej opinii historie skierowane typowo do niemowlaków, mające pobudzić mowę - jak dziecko już mówi to polecam serię 'Jadzia Pętelka' czy wspomnianą 'Basię', a w kolejnym kroku gorąco polecam też "Misia i jej pacjenci" (ale to już wymaga nieco skupienia i jak się dziecko nie zainteresuje to też nie ma co na siłę)
@zuchtomek Ja z kolei nie lubię "Jadzi" bo jest za mało tekstu. Próbowałem to czytać młodemu, to musiałem wymyślać pół fabuły, albo bardzo wolno czytać.
Kicia jako książka jest słaba, fakt, ale serial jest nawet niezły według mnie.
No w porównaniu do Pucia czy Kici Koci to wydaje mi się więcej, a przynajmniej jest zwięźle ;P
Jak myślę o Kici Koci to mam fleszbeki
Kicia Kocia będzie robić z babcią ciasto
Kicia Kocia bierze mąkę, wodę i jajka
Kicia kocia miesza mąkę, wodę i jajka
Kicia kocia bierze wałek
Kicia Kocia wałkuje ciasto
Nie powiedziałbym, że ilość tekstu jest tu wyznacznikiem, to ja już wolę jednak krótko i zwięźle, no i nie ma spacanego Packa xD
Na szczęście wyrośliśmy już z wszystkich tych 'krótkowierszówek', ale PTSD zostało
Nie rozumiem zachwytów nad tym filmem. Rozumiem, że mógł się komuś spodobać i tego nie krytykuję, jednakże nie uważam, żeby to było „arcydzieło science fiction”, a z takimi opiniami się spotkałem.
Najjaśniejszym punktem historii jest pierwszy kontakt człowieka z obcą cywilizacją, próby porozumienia się. Uwielbiam ten motyw i z rozczarowaniem zorientowałem się, jak naiwnie zostało to rozwiązane. A szkoda, bo problemy w komunikacji mogłyby być ciekawym urozmaiceniem. Reszta również była naiwna, a zakończenie fabuły bardzo przewidywalne.
Klisza związana z polubieniem słodko wyglądającego stworka, który poświęca się, żeby uratować człowieka, ale tak naprawdę nie umiera? Jest.
Bohater, który musi dokonać wyboru, czy wrócić do domu czy uratować stworka? Jest.
Coraz to poważniejsze problemy, które są coraz groźniejsze, a mimo to postacie wychodzą bez większego szwanku? Są.
Być może film zrobiłby na mnie wrażenie, gdybym nie obejrzał kilku serii „Star Treka”, w którym jest wiele odcinków z podobnym trudnym do rozwiązania problemem. Przez to jestem uczulony na tego rodzaju historie i „Project Hail Mary” nie przypadł mi do gustu.
@cyberpunkowy_neuromantyk pojszłem se dziś na to i wynudziłem sie srogo. Bajeczka dla dzieci, ale w sumie tego się spodziewałem patrząc na dotychczasowy dorobek twórców. Myślałem tylko, że będzie to lepsze niż "Marsjanin", a okazało się jeszcze bardziej infantylne.
Czuć pośpiech żeby zmieścić to wszystko w dwie i pół godziny, powtarzane w kółko żarty irytują jeszcze szybciej niż głupkowatość Goslinga.
Uwielbiam tematykę sci-fy, a jak dzieje się w kosmosie to już w ogóle jestem bardzo ukontentowania. Dlatego idąc na film Hail Mary, liczyłam że zobaczę coś co pobudzi moją wyobraźnię, przeniesie mnie w odległe zakątki wszechświata i uruchomi rozkminy na temat funkcjonowania naszej rzeczywistości.
Niestety to się nie stało. Nie wiele mogę powiedzieć pozytywnego o tym filmie, oprócz ładnych scen i fajnego przedstawienia kosmity jako skalnego pojaczka.
Uwielbiam bajki, niektóre moge oglądać kilkanaście razy, ale muszę wiedzieć, że idę na bajkę a nie na coś poważnego bo właśnie w ten gatunek wrzuciła bym ten film. Dla mnie to po prostu bajka dla dzieci 6+.
Bardzo naiwna historia, nauki tam było niewiele no i w sumie rozumiem głównego bohatera, który nie chciał się podjąć misji, również nie poświęciłbym się dla ludzkości, zwłaszcza jakbym nie miała rodziny.
Bardzo bym chciała zrozumieć dlaczego ludzie tak bardzo się zachwycają tym filmem bo on dla mnie poziomem nie odbiega od filmów, które wypuszcza Netflix w tym gatunku.
Hmm może ten film zachwyca tych co mało przeczytali powieści sci-fy. Bo fabuła tej historii przy takich powiedział jak "człowiek z Marsa" czy "wyście z cienia" wymieka. Miałam też do czynienia z jedną książka Andiego Weira, "Artemis" i mimo, że ta książka również nie była jakaś oryginalna ale bardzo mi się podobała i fabuła była znacznie mniej naiwna niż ta przedstawiona w omawianym filmie. No ale jak wspomniałam, gdybym wiedziała, że idę na Bajkę dla dzieci, zupełnie inaczej bym odebrała to dzieło.