Psiapsie Thelma i Louise wyjeżdżają na weekend za miasto. Planowana spokojna wycieczka zamienia się w dramatyczną ucieczkę przed policyjnym pościgiem po tym, jak Louise zabija w afekcie faceta, który próbował zgwałcić jej przyjaciółkę.
Mam wrażenie, że jest to najbardziej mylnie zinterpretowany film ever. Komentarze dotyczące Thelmy i Louise w necie pełne są tekstów o tym, jaka to apoteoza wolności i pochwała feminizmu. Plażo proszę, jaka apoteoza wolności, kiedy wyprawa protagonistek przez Stany to ucieczka przed policją? Jaka to pochwała feminizmu, skoro dramatu obu pań nie byłoby, gdyby nie ujemne IQ Thelmy? (Film, który wrzuciłam wczoraj, czyli Erin Brockovich, ma o wiele lepsze feministyczne przesłanie)
Niedostatki fabuły rekompensuje nostalgiczny klimat "dzikiej Ameryki". I, dla pań, tyłek młodego Brada Pitta ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Film dostępny na vider, podzielony na dwie części.
@Telezajaczek Zgadzam się z głupotą Thelmy, ale prawda jest, że to proste kobiety z prostego środowiska, które mierzą się z dość dramatyczną sytuacją.
Ale @zachlapany_szczypior zauważył tam coś, co jest trochę clue tego filmu - kiedy bohaterki zyskują zenowe wyjebongo i wtedy właśnie zyskują wolność. Nagle nie są ograniczone pracą czy facetami, a mogę robić co chcą i to robią.
Film jest znakomity w mojej księdze, bo opowiada o niedoskonałych ludziach podejmujących niedoskonałe decyzje, które prowadzą do kolejnych kłopotów, a jednak w tym wszystkim zyskują coś, czego nie miałyby nigdy swoim zwykłym codziennym życiu.
Poza tym to niezła przygodówka, kto nie lubi takich filmów drogi? W tej kategorii to jedno z najbardziej wybitnych dzieł, bo tu po prostu czuć tę drogę, ma klimacik ten film.
@Mahjong tylko to jest wolność pozorna, tak naprawdę ich kolejne przestępstwa to spirala do zatracenia. Tam jest taka scena, gdzie Harvey Keitel mówi do Louise, że Thelma napadem na sklep obie je pogrążyła - bo wcześniej były poszukiwane jako świadkowie, a później nie było już wątpliwości, że czy udowodni im się zabójstwo z premedytacją czy nie, i tak trafią za kratki. I te zenowe wyjebongo, które im się wówczas włączyło, to nie było jakieś duchowe oświecenie jak u Kolesia Lebowskiego, tylko, jak w finale Tess D'Urberville, desperacja kobiet, dla których wyjściem była już tylko śmierć (chociaż jeszcze na tamtym etapie sobie tego nie uświadamiały).
A prawdziwą wolnością dla bohaterek byłoby, jakby Thelma rozwiodła się z zaniedbującym ją mężem i poszła do pracy, żeby móc wreszcie samej odpowiadać za swój los, a nie zależeć od męża i bestie, a dla Louise jakby poszła na terapię by przerobić traumy z przeszłości i móc ruszyć dalej.
Tam jest taka scena, gdzie Harvey Keitel mówi do Louise, że Thelma napadem na sklep obie je pogrążyła - bo wcześniej były poszukiwane jako świadkowie, a później nie było już wątpliwości, że czy udowodni im się zabójstwo z premedytacją czy nie, i tak trafią za kratki.
Skąd one miały to wiedzieć? Działały już po wszystkim w głębokim stresie i panice.
@Telezajaczek
desperacja kobiet, dla których wyjściem była już tylko śmierć
no tak, niestety, takie jest clue filmu - tak wygląda prawdziwa wolność z jej konsekwencjami, nikt nie mówi, że czysta wolność sama w sobie jest jakaś zarąbista, znaczy jest, ale niekoniecznie prowadzi do dobrych rzeczy
A prawdziwą wolnością dla bohaterek byłoby, jakby Thelma rozwiodła się z zaniedbującym ją mężem i poszła do pracy, żeby móc wreszcie samej odpowiadać za swój los, a nie zależeć od męża i bestie, a dla Louise jakby poszła na terapię by przerobić traumy z przeszłości i móc ruszyć dalej.
Trochę empatii, za bardzo patrzysz na nie z perspektywy "ja to bym tak zrobiła". To wsiurskie amerykańskie baby, które wpadły już w spiralę takiego życia. Doskonale przecież wiesz, że takich kobiet, które "mogłyby" jest sporo, a jednak nic nie robią by poprawić swojego losu z różnych powodów. Tutaj paradoksalnie pomaga incydent w barze i gdy są już na drodze do zatracenia. Co prawda automatycznie wyjście kończy się tragicznie, ale babeczki biorą to z uśmiechem, jak już łyknęły tej wolności to lepsza śmierć niż powrót do dawnego życia lub kolejne więzienie.
Zresztą - gdyby były takie mądre, to nie byłoby o czyn nakręcić filmu
Dobrze ze nie poszedłem na to do kina. Zaletą filmu jest to że obejrze go jeszcze raz z cóką - ot takie uwczesne IT. Poza tym mehh kino rozrywkowo familijne.
Mam wrażenie, że kolejny raz dałem się oszukać powszechnym zachwytom, co miało już miejsce w przypadku zeszłorocznego „Together”. I to nie jest tak, że uparcie na siłę chcę płynąć pod prąd. Po prostu nie dałem się tej obsesji.
W „Obsesji” doceniam świetną grę aktorską Inde Navarrette, która wychodzi przed szereg i nie tylko dlatego, że scen z nią jest najwięcej. Jednak potrzeba talentu i umiejętności, żeby praktycznie samemu pociągnąć cały film.
Doceniam też różne wskazówki i smaczki, jak zdjęcie zrobione przez Nikki i podpisane „not me” czy chwile przebudzenia, gdy widzi swoje odbicie. To film, który pod tym względem warto obejrzeć drugi raz, żeby wyłapywać takie rzeczy.
Jednakże w pewnym momencie zostałem zbity z tropu i zamiast śledzić fabułę, zacząłem się zastanawiać nad jej zachowaniem w stosunku do martwego kota Beara. Nie do końca podanie kota w formie kanapki zgadza mi się z portretem osoby, która ma obsesję na punkcie ukochanej osoby. Bardziej bym się skłaniał do opinii, że Nikki powinna wymazać kota z życia Beara, żeby tylko ona była przez niego kochana. Takie odcięcie od znajomych i rodziny to dość typowe zachowanie.
Nie zaskoczyły mnie też zwroty fabularne, które były oczywiste. Chociażby podczas imprezy było widać, że jak główny bohater weźmie klocek, to za wyzwanie będzie miał pocałować osobę siedzącą po jego lewej stronie. A tam oczywiście siedziała podkochująca się w nim Sarah, o czym Nikki bardzo dobrze wiedziała. Podobnie w przypadku sceny w samochodzie. Wiedziałem, że podczas rozmowy Beara z Sarah nagle przybiegnie Nikki, która ją zaatakuje.
Nie uważam, żeby to był zły film, jednakże nie uważam też, żeby był aż tak dobry, jak ludzie go oceniają. Jest niezły dzięki bardzo dobrze zagranej Nikki i pomysłowi na fabułę. Można interpretować postać Nikki jako osobę w toksycznym związku, z którego nie może się wydostać, ponieważ jest uzależniona od swojego partnera. Gdy znajomi martwią się jej dziwnym zachowaniem, Bear mówi, że spokojnie, ona po prostu przeżywa teraz trudny okres, umierający ojciec i tak dalej. Trochę przypomina mi to „Dom dobry”, tylko „Obsesja” przez sugestię opętania nie jest tak straszna.
No i jak zwykle kluczem do życiowej satysfakcji okazały się niskie oczekiwania.
Po pierwszych kilku recenzjach uznałem że bez żalu mogę sobie nowego Mando odpuścić. Serial z każdym odcinkiem podobał mi się coraz mniej, a w filmie miało być więcej tego samego, sklejonego naprędce w kinowy format.
I nawet jesli tak było - to nie mogę powiedzieć że nie wyszedłem z kina zadowolony.
Pierwsze na co muszę zwrócić uwagę to to, że ten film jest zwyczajnie bardzo ładny. Możliwe, że to magia dużego ekranu, ale co chwila widziałem kadry, które z chęcią widziałbym u siebie na tapecie.
Druga rzecz, która w tym filmie moim zdaniem zadziałała, to że Grogu - który moim zdaniem powininen był zniknąć z historii Din Djarina na koniec drugiego sezonu - w końcu ma jakąś sprawczość i nie jest niekończącym się questem na chronienie NPCa przed śmiercią.
Po trzecie - jednym z głównych zarzutów jakie widziałem względem nowego Mando, było to że fabuła to tak naprawdę 3 odcinki serialu sklejone ze sobą żeby pasowało do filmu. Szczerze mówiąc nie odczuwałem tego za bardzo. Filmy Gwiezdznych Wojen mają to do siebie że skaczą między lokacjami i nie była to moim zdaniem wyraźna wada tego filmu. Są wyraźne trzy akty, ale moim zdaniem bardzo spójne.
No i elokwentny Hutt wypowiadajacy się przyjemnym dla ucha głosem - super. Moim zdaniem jedna z najbardziej sympatycznych postaci wprowadzonych ostatnimi czasy do Gwiezdnych Wojen. Mam nadzieję że zobaczymy go w przyszłości więcej.
Niemniej, ilość dziur w logice nie pozawala mi na danie wyższej oceny niż 6. Co chwila łapałem się na myślach w stylu "ok, ale skąd on się tam wział" albo "czemu zrobił X, skoro mógł od razu zrobić Y".
PS. Ostatecznie na film poszedłem bo żona chciała "bo Grogu". Czyli strategia Disney'a niestety działa xD
Format: TV, 12 odc, 24min/odc | Źródło: Manga | Studio: Brain's Base | Ocena na AniList: 6.4/10 | AniList | MyAnimeList
komedia slapstikowa, cycki, cycki, tak mogę podsumować ten tytuł, widziałem to nie raz, MC mający cechy "szczęśliwego zboczeńca" próbuje pomóc w karierze nauczycielskiej nowej nauczycielce języka angielskiego, bo ta jest postacią cichą, słabą i głupią, postacie są przerysowane, a fabuła wręcz opiera się na cyckach. oglądanie przypomniało mi o tytułach: Onegai Teacher, Nande Koko ni Sensei ga, To Love-Ru
Tytuł: The Warrior Princess and the Barbaric King
Rok produkcji: 2026
Kategoria: Anime / Komedia / Ecchi / Fantasy / Romans
Reżyseria: Takashi Yamazaki
Czas trwania: 4h 48min
Ocena: 8/10
Tytuł oryginalny: Hime Kishi wa Barbaroi no Yome
Format: TV, 12 odc, 24min/odc | Źródło: Manga | Studio: Jumondou | Ocena na AniList: 6.9/10 | AniList | MyAnimeList
365 dni, ale to anime xD
FMC zostaje zdobyczą wojenną, gdzie ma zostać żoną szefa wioski barbarzyńców, poznaje jego "wielkość" i powoli się w nim zakochując dowiaduje się jak mało wiedziała o świecie
Tytuł: Mistress Kanan is Devilishly Easy
Rok produkcji: 2026
Kategoria: Anime / Komedia / Ecchi / Fantasy / Romans
Reżyseria: Yasushi Muroya
Czas trwania: 4h 48min
Ocena: 6/10
Tytuł oryginalny: Kanan-sama wa Akumade Choroi
Format: TV, 12 odc, 24min/odc | Źródło: Manga | Studio: Studio KAI | Ocena na AniList: 7.0/10 | AniList | MyAnimeList
FMC, demon przenika do szkoły aby z niej uczynić ranczo dla dusz do 'zjedzenia' poznaje tam naszego bohatera którego dusza wydaje się bardzo smaczna, jednak zamiast podczas próby zabicia naszego bohatera, coś idzie nie tak i zostają parą, ciekawa komedia romantyczna pomiędzy pewną siebie, choć niewinną FMC, a zboczonym MC.
Tytuł: Gals Can't Be Kind to Otaku!?
Rok produkcji: 2026
Kategoria: Anime / Komedia / Romans
Reżyseria: Arata Mita
Czas trwania: 4h 36min
Ocena: 4/10
Tytuł oryginalny: Otaku ni Yasashii Gal wa Inai!?
Format: TV, 12 odc, 23min/odc | Źródło: Manga | Studio: TMS Entertainment | Ocena na AniList: 7.6/10 | AniList | MyAnimeList
Wstawaj samuraju, zesrałeś się, "komedia" romantyczna, MC będący fanem anime dla małych dzieci, zaprzyjaźnia się z dwoma rakietami jakby się wydawało z poza jego ligi, z tym że jedna okazuje się być ukrytym fanem tego samego animca, a druga ukrywa że poza szkołą zachowuje się normalnie? nie wiadomo czemu zakochują się w MC.
Już sam OP nas okłamuje "Nie jestem jak pozostałe dziewczyny, które znasz" - jakbym miał wymieniać ile animców w ostatnich 5 latach widziałem gdzie jesteś, to było by mi smutno że tyle czasu zmarnowałem.
Tytuł: The Klutzy Class Monitor and the Girl with the Short Skirt
Rok produkcji: 2026
Kategoria: Anime / Komedia / Romans / Slice of Life
Reżyseria: Daiji Iwanaga
Czas trwania: 4h 48min
Ocena: 8/10
Tytuł oryginalny: Ponkotsu Fuuki Iin to Skirt take ga Futekisetsu na JK no Hanashi
Format: TV, 12 odc, 24min/odc | Źródło: Manga | Studio: Zero-G | Ocena na AniList: 7.6/10 | AniList | MyAnimeList
kolejna slapstikowa komedia romantyczna, MC nadzwyczaj poważny, zasady są najważniejsze, FMC raczej odwrotnie, nie wiem co napisać
Tytuł oryginalny: Marika-chan no Koukando wa Bukkowareteiru
Format: TV SHORT, 8 odc, 6min/odc | Źródło: Manga | Studio: studio LEO | Ocena na AniList: 4.7/10 | AniList | MyAnimeList
MC nagle zaczyna widzieć miernik miłości przy koleżankach, niczym z gier, niestety anime tylko luźno się opiera na oryginale, mnóstwo niepotrzebnej nagości, której nie było w mandze
kontynuacje
Tytuł: The Most Heretical Last Boss Queen: From Villainess to Savior Season 2
Rok produkcji: 2026
Kategoria: Anime / Komedia / Fantasy / Romans
Reżyseria: Norio Nitta
Czas trwania: 4h 48min
Ocena: 3/10
Tytuł oryginalny: Higeki no Genkyou to Naru Saikyou Gedou Last Boss Joou wa Tami no Tame ni Tsukushimasu. Season 2
@Sosnowiczanin Nie wiem czy dałbym radę odpalić cokolwiek co w rankingach z reguły mało krytycznych na anilist czy myanimelist miałoby poniżej 5 czy 6. Dobrze, że ktoś jednak upewnia się na własnej skórze czy dany tytuł na prawdę jest taki słaby.
Myślałem również nad tym by może zachęcić naszą społeczność by każdy spróbował znaleźć coś dobrego według własnego gustu co miało ogólnie najniższą ocenę w rankingu np anilist. Jestem ciekawy czy coś z powodu takiego nastawienia nie przeoczyłem.
Jeśli coś ma poniżej 5 to jest nieoglądalnym gniotem i nie warto tracić czasu.
Jeśli jest między 5-6 to zazwyczaj są to po prostu bardzo słabe bajki ale czasem da się je jeszcze oglądać zwłaszcza jak jesteś koneserem jakiegoś konkretnego motywu itp.
A co do szukania tytułów które mają niską średnią ocenę ale samemu oceniło się to wysoko to MAL ma wbudowaną taką funkcje jak sobie wejdziesz w statystyki konta, ale pokazuje tylko 5 tytułów o ile się nie jest "MAL supporterem".
Ale znalazłem też teraz jakąś inną stronkę i jak się tam poda stwój nick i poczeka w kolejce parę minut to ci liczy twoje statystyki i między innymi jest tam opcja pokazywania diffa twojej oceny od średniej dla całej twojej listy: https://anime.plus/
Lekko patusiarska samotna matka zatrudniona jako sekretarka w kancelarii prawniczej usiłuje dojechać korporację trującą ludzi.
Porządny biopic, który na szczęście nie popadł w finale w patetyczne tony współczesnych amerykańskich biografii (taka np. Joy znacznie gorsza). Świetna gra Julii Roberts, myślę, że gdyby do tej roli wzięto inną aktorkę, finalny efekt mógłby być gorszy.
Kiedy Steven Spielberg zabiera się za tematykę pozaziemską, kino wstrzymuje oddech. Po latach wyczekiwania reżyser w końcu domknął swoją nieoficjalną „kosmiczną trylogię”. I choć Disclosure Day fabularnie nie łączy się bezpośrednio z Bliskimi spotkaniami trzeciego stopnia ani E.T., to duchowy spadkobierca tych arcydzieł. Oglądając ten film, nic nie stoi na przeszkodzie, by uznać, że wszystkie te historie dzieją się w tym samym uniwersum. To kino stworzone z myślą o wielkim ekranie – nostalgiczny powrót do korzeni, który potrafi bez reszty zauroczyć, o ile damy się porwać tej specyficznej spielbergowskiej magii.
Disclosure Day to kwintesencja stylu Spielberga. Z jednej strony dostajemy mnóstwo akcji, dynamiczne pościgi samochodowe i sceny komiczne, z drugiej – film pozostaje produkcją rdzennie rodzinną (kategoria 12A w UK). Co ciekawe i niezwykle odświeżające: w całym filmie pełnym napięcia... nie uświadczymy ani jednego trupa, a bohaterowie ani razu nie wypowiadają słowa „alien”.
Aktorsko projekt broni się znakomicie. Emily Blunt i Colman Domingo magnetyzują na ekranie, tworząc wyraziste, zapadające w pamięć kreacje. Odrobinę słabiej, choć wciąż bardzo pozytywnie, wypadają Josh O'Connor oraz Colin Firth. Całość spaja muzyka Johna Williamsa, który „znowu to zrobił” – jego ścieżka dźwiękowa, choć momentami mocno skręca w stylistykę znaną z Gwiezdnych Wojen, idealnie buduje podniosły i przygodowy klimat.
Nie da się jednak ukryć, że film ma bardzo specyficzną konstrukcję. Część scen wygląda tak, jakby została żywcem wyjęta z kina lat 90. Dla jednych będzie to uroczy powrót do przeszłości, dla innych – lekki archaizm. Mój syn celnie zauważył po seansie, że tę historię mógłby nakręcić Denis Villeneuve (którego Nowy początek uwielbiamy), aby nadać całości bardziej mroczny, poważny i surowy ton. I faktycznie – Spielberg momentami uderza w nieco mroczniejsze tony, ale ostatecznie to wciąż film rodzinny. To nie jest ciężkie science-fiction typu Arrival czy naukowe Interstellar. Na ten film idzie się do kina po czyste emocje i magię, dokładnie tak jak kiedyś na E.T.
Największym mankamentem produkcji, do którego po prostu trzeba się przyczepić, są zaskakująco słabe efekty specjalne. Z jakiegoś powodu kluczową rolę w fabule odgrywają zwierzęta. Niestety, zamiast zachwytu, wywołują one lekki zgrzyt zębów. Wszystkie stworzenia to bardzo słabe CGI – sztuczność bije po oczach tak mocno, że widać to bez okularów z końca sali kinowej, nawet przy wadzie wzroku -2.
Disclosure Day to film, który z pewnością podzieli widzów. Osoby szukające twardego, nowoczesnego science-fiction mogą poczuć się zawiedzione i ocenić go znacznie niżej. Jeśli jednak, tak jak ja, jesteście absolutnymi fanami spielbergowskiego klimatu, będziecie się bawić wybornie. Jako zadeklarowany miłośnik takich historii, przymykam oko na niedociągnięcia CGI i z czystym sumieniem wystawiam wysoką notę. To piękny, nostalgiczny list miłosny do klasyki kina o kosmitach.
Turbodildo które służy do wszystkiego i niczego, w zależności jak dramatyczna ma być dana scena.
Scena z płotem xD
Scena z Emily Blunt wychodzącą sobie z bazy złoli tak o
Scena z histeryzującą Emily Blunt która w kolejnym ujęciu zamienia się w slapstickową scenę akcji?
Cały wątek religijny który miał potencjał ale zostaje ucięty nożem i już nie wraca do końca filmu.
Pomagier badassa który obraża się w finale i wychodzi xD
W ogóle finał filmu jest durny i głupi. Na moim seansie ktoś na sali po prostu wstał i wyszedł.
Trzecia wojna światowa nie wybucha bo wszyscy na świecie oglądają lokalną amerykańską tv na smartfonach xD. Wgl to kolejny wątek z dupy który pojawia się tylko po to żeby można było zrobić "awww"
To tak na szybko, takich durnot i głupotek jest znacznie więcej. Ja wiem że to Spielberg, ale film nie wie czym chce być, nie ma swojej tożsamości. Nagromadzenie wątków z których nic nie wynika jest tak wielkie, że nie da się go traktować poważnie. Jedyny jasny punkt to Emily Blunt - świetnie wygrała rolę irytującej wariatki, no i zdjęcia może jeszcze. Cała reszta - kanał. Jako widz nie mający wielkich sentymentów do Spielberga tylko chcący obejrzeć dobry film uważam że straciłem czas.
Po premierze drugiego sezonu przeczytałem wiele negatywnych opinii, na tyle dużo, że postanowiłem odpuścić jego obejrzenie. No ale że wyszedł trzeci, dziewczyna chciała go ze mną obejrzeć, to nadrobiłem drugi.
I jestem pozytywnie zaskoczony.
Może to zasługa mojej dziewczyny, która jest fanką świata stworzonego przez Martina, dzięki czemu mogłem zasypywać ją pytaniami o nurtujące mnie kwestie. Też lubię to uniwersum, ale ani nie przeczytałem książek (oprócz „Rycerza Siedmiu Królestw”), ani nie dokończyłem „Gry o tron”, więc jest wiele szczegółów, których po prostu nie znam.
Ogółem też nie przeszkadza mi wolne tempo. To znaczy, nie oczekuję, że w każdym odcinku wydarzy się COŚ WIELKIEGO, walka smoków, bitwa żołnierzy, śmierć jakiejś ważnej osoby. Cieszę się, gdy twórcy to umiejętnie dawkują, dzięki czemu poszczególne wydarzenia mają swoją wagę. I w porządku, mogę się zgodzić z tym, że niektóre odcinki były przegadane. Szkopuł w tym, że mi się to bardzo podobało. Od tego właśnie są seriale, które mają znacznie więcej przestrzeni na przedstawienie różnych wydarzeń w porównaniu do filmów. Dlatego cieszę się na przykład na serialową adaptację „Harry'ego Pottera”, w której każdy sezon będzie poświęcony jednej powieści.
Wracając jednak do „Rodu smoka” - przeszkadzał mi jedynie wątek Lannistera w ostatnim odcinku, który nastrojem ani trochę nie pasował do tego sezonu. Serial tylko by zyskał, gdyby go wyciąć.
W tej historii lubię też niejednoznaczność wydarzeń. Trudno powiedzieć, kto bardziej na tym zyskał. Na przykład moment, w którym Aemond zaatakował Rhaenys, nie patrząc na to, że smoczym ogniem oberwie także jego brat, Aegon. Zadał potężny cios Rhaenyrze, jednocześnie okaleczył króla, którego i tak chce się pozbyć, ale też stracił smoka.
Albo wysłanie zabójcy przez Daemona. W imieniu żony zemścił się za śmierć jej syna, jednakże został obwołany dzieciobójcą, co sprawiło, że część ludności odwróciła się od Rhaenyry.
Dzięki temu zostaje zachowana pewnego rodzaju równowaga i trudno wskazać, z którą stroną konfliktu sympatyzują twórcy.
Ależ się pięknie bawiłam. Cudowne teksty, jeszcze w tłumaczeniu mądrym, sprytnym, VHSowym.
Cudowna parodia filmów o Robin Hoodzie. Takich komedii już nie ma, chlip chlip.
PS. Ciężko btw mi idzie z filmami przez to lato bo a to praca, a to rower, a to Mundial, a to Wimbledom, ale pod koniec lipca oczywiście festiwal i wrócę z ponad 40 tytułami!
Lato. Dallas. Lata 90. Kamera śledzi słowotok młodego chłopaka, który opowiada taksówkarzowi o swoim śnie. Z każdą chwilą przeskakuje do kolejnych tematów, podążając za każdą myślą, jaka przychodzi mu do głowy. Po kilku minutach taksówkarz wysadza go na ulicy, a kamera bez wahania znajduje nowego bohatera. Po minucie lub dwóch znów zmienia obiekt zainteresowania. Tak przez resztę filmu.
Dzięki magii montażu i subtelnym przeskokom między postaciami doświadczamy dnia z życia Ameryki lat 90. Spotykamy studentów, anarchistów, fanów teorii spiskowych czy bezrobotnych intelektualistów. Każdy wnosi perspektywę, estetykę, zmienia ton.
Nie ma tu klasycznej fabuły, ale film drapie głęboko, wprawił mnie w nostalgiczny nastrój przez resztę dnia. Jesteśmy obok, czujemy się częścią tego świata, świata który już nie powróci. To jest doświadczenie które mogę każdemu polecić.
@gwf-hegel-fangirl właśnie oglądam. Fajne, lubię takie gadane. Polecam z podobnych strumieni świadomości kind of film "Kolacja z Andrzejem". No i czuć lekki vibe "Dazed and confused", ta podróż przez ludzkie doświadczenia. Zresztą to też Lintakera. Zresztą to chyba jego styl, trylogia północy też taka trochę była.
Pierwszy raz obejrzałem ten film jakoś w dzieciństwie (moja babcia nie przejmowała się kategoriami wiekowymi). Zapamiętałem z niego głównie scenę otwarcia czaszki i skosztowania mózgu. Jako że obejrzane niedawno „Milczenie owiec” bardzo mi się spodobało, miałem nadzieję, że z kontynuacją będzie tak samo.
Nic bardziej mylnego.
Odniosłem wrażenie, że Ridley Scott nie zrozumiał, o czym było „Milczenie owiec” ani co sprawiło, że to były aż tak dobre ruchome obrazki. Widać to już w sekwencji otwierającej film, przepełnionej akcją podczas nieudanego nalotu FBI. Widać to też w różnych scenach grozy. Albo dostajemy jumpscare'a z obowiązkowo nagłą głośną muzyką, żeby podkreślić moment, albo obraz staje się rozmyty czy zbytnio się trzęsie. Zdziwiło mnie też pokazanie ataku Lectera, który przypominał bezrozumne zombie, co ani trochę nie pasowało do wykreowanego obrazu spokojnego człowieka, jakim jest przez 99% czasu ekranowego.
Nie podobała mi się zmiana aktorki odgrywającej główną rolę ani sposób, w jaki odegrała Starling. W ogóle nacisk położono na to, że agentka była traktowana jako obiekt seksualny przez kolegów z pracy, co, oprócz podłożenia jej świni, nie spodobało się Lecterowi, który... nie wiem, w jaki sposób się o tym dowiedział.
W ogóle dowiadywanie się czegokolwiek było potraktowane jakoś po macoszemu. W poprzednim filmie były rozmowy z Lecterem, niejasne wskazówki, burza mózgów z koleżanką, zaglądanie do plików et cetera. A tutaj bohaterka po prostu sobie gdzieś jedzie i o dziwo trafia tam, gdzie powinna.
Gdyby nie Anthony Hopking, nie włączyłbym tego filmu.
@Analnydestruktor z filmowych ekranizacji książek o Lecterze to może jeszcze Czerwony smok z lat 80. był w miarę OK chociaż też ze dwa lvl niżej od Milczenia owiec. Ale największą abominacją jest ten prequel jak Lecter jedzie do ZSRR i rozwala byłych partyzantów.
Po śmierci brata Charlie Stoker zamieszkuje razem z owdowiałą bratową Evelyn i bratanicą Indią. Evelyn od początku jest oczarowana przystojnym szwagrem, jednak India podejrzewa go o złe zamiary.
Klasyczny przerost formy nad treścią, piękne zdjęcia nie są w stanie przykryć beznadziejnego, pozbawionego wszelkiego realizmu i logiki scenariusza pisanego na kolanie. Miał być inteligentny thriller bawiący się z widzem, wyszła sraka.
Można obejrzeć jedynie po to, żeby popatrzeć sobie na Mię Wasikowską w retro stylizacjach, w żadnym filmie nie wyglądała piękniej.