Czy można powiedzieć, że moc Johna to dar (od Boga)? Pewnie tak. W końcu ten czarnoskóry mężczyzna potrafił uleczyć poważną chorobę, a nawet przywrócić do życia.
Jednocześnie odczuwanie czyichś emocji na taką skalę i możliwość zajrzenia komuś w serce poprzez dotyk zdecydowanie było przekleństwem.
Jeszcze jak pomyślę sobie, że gdyby ktoś spoza strażników więziennych i osób z nimi powiązanych uwierzył, że John posiada moc uzdrawiania, to zdecydowanie skończyłoby się to źle. Jeśli nie zostałby zabrany gdzieś w celu przeprowadzenia na nim badań, to z pewnością chodziłyby do niego pielgrzymki z prośbą o pomoc. A gdyby tylko odmówił, ponieważ każda próba bardzo go męczyła, szybko stałby się wrogiem. „Tamtemu pomogłeś, a mnie nie chcesz?”
Stephen King potrafi zagrać na emocjach i nie będę ukrywał, że to mu się udało. Końcówka historii doprowadza do łez, szczególnie że bohaterowie zdają sobie sprawę ze swojej bezsilności i wiedzą, że prowadzą na krzesło niewinnego człowieka.
Mimo to uważam, że poniekąd wyświadczyli mu przysługę.
Dawno czegoś takiego przerażającego nie oglądałem (chociaż to uderza na trochę innych poziomach niż tradycyjny horror). Wolałbym to jednak obejrzeć w domu, bo były momenty, że trzeba było je rozchodzić. I mimo tego całego pierdolnika nie zjebali nawet zakończenia.
Pierwsza część dylogii o zemście zawodowej zabójczyni na dawnych koleżankach z teamu i byłym kochanku.
Debile z telewizji mogliby łaskawie dać napisy do kwestii po japońsku.
A sam film miodzio, zwłaszcza walka w japońskiej klubokawiarni Świetna żonglerka konwencjami i nawiązaniami (nawet do francuskiej Nowej Fali). Bardzo chętnie zobaczyłabym zekranizowaną przez Tarantino i podobną tematycznie książkę Joe Abercrombiego "Zemsta najlepiej smakuje na zimno".
Obejrzałam oba filmy trochę nielegalnie jak miałam jakieś 10-13 lat i oprócz oczywiście hehe krwi to bardzo wywarło na mnie wrażenie SILNA BABA, CHCĘ BYĆ SILNA JAK TA KILL BILLUWNA.
Miałam sentyment do tego filmu i niedawno obejrzałam w kinie jako dorosły użytkownik mózgu i niesamowite wrażenia. Oczywiście rozumiejąc więcej, ale też po prostu sentyment tego, jak wtedy to odbierałam a jak teraz.
@Telezajaczek znalazłem chwilę i obejrzałem tydzień temu na raty ale wersję "the bloody affair" (na heck yeah free media można znaleźć linka do strony gdzie jest, ew. podam na PW). Połączenie jedynki i dwójki + parę nowych scen. Nigdy wcześniej nie oglądałem Kill Billa poza urywkami. Mnie się podobał, choć miejscami typowy u Tarantino brak pomysłu na kontynuację (łączenie) fabuły dało się odczuć... teraz od paru dni męczę "dawno temu w Hollywood". Tarantino to serio jakiś st00pkowy fetyszysta jak @ErwinoRommelo
@SciBearMonky generalnie współcześni reżyserzy powinni czasem odpalić TV jak lecą jakieś filmy z lat 90-00 i podpatrzeć, jak się kiedyś robiło filmy z mniejszościami etnicznymi i rasowymi oraz silnymi postaciami kobiecymi bez wpychania widzowi na siłę nachalnej DEI propagandy.
Podczas silnego huraganu były żołnierz armii amerykańskiej stawia czoła gangsterom, którzy opanowali hotel na Florydzie.
Humphrey Bogart zagrał średnio. Najlepiej wypadł Edward G. Robinson jako Johnny Rocco, gangster przewodzący gangusom, którzy terroryzują właścicieli hotelu. Historia bez rewelacji, dreszczowiec w zamkniętym budynku podczas burzy. Role kobiece również bez szału. Ogółem średni film, zdecydowanie nie-noir.
Początek XX wieku. Po katastrofie statku dzieci Richard i Emmeline oraz okrętowy kucharz trafiają na bezludną wyspę, gdzie uczą się żyć bez zdobyczy cywilizacji. Wiele lat później, już po śmierci kucharza, dzieci dojrzewają i zaczynają eksplorować swoją seksualność.
Jeszcze 20 lat temu ten film dość regularnie leciał w TV w samo południe w niedziele i święta, a teraz ciężko go uświadczyć. Pewnie dlatego, że z dzisiejszej perspektywy film o nastolatkach odkrywających swoją cielesność, w którym w dodatku wystąpili faktyczni nastolatkowie (chociaż łapiący się już na wiek zgody w PL, no ale w US do baru by nie weszli) może wzbudzać kontrowersje i na pewno nie nadaje się do obiadowej ramówki*.
Mi się ten film wydał przede wszystkim niepotrzebnie wydłużony, można by spokojnie wywalić z 20 minut i fabuła niewiele by ucierpiała.
Nie rozumiem też końcówki, wydaje się totalnie z d⁎⁎y. Wiem, że w książce też taka jest, ale still.
Dostępny na CDA.
*Wg informacji dostępnych w necie, Brooke Shields miała dublerkę w scenach pokazujących piersi Emmeline.
No i to się oglądało! Tym razem historia filmowa obleczona prawdziwym mięsem fabularnym.
Akcja filmu dzieje się kilkanaście lat później po powstaniu śląsku (wtedy toczyła się akcja "Sól ziemi czarnej").
Mamy tu Jasia, młodego górnika, na którego po skończonej szychcie czekają jego synkowie, którzy zabierają od niego rzeczy i ruszają razem z nim do domu. W domu czeka piękna, młoda i kochająca żona, która umyje Jasiowi z synkami nogi, poda mu ciepły obiad. Brzmi mocno patriarchalnie, ale takie czasy wtedy były, zresztą Jasio kocha mocno swoją rodzinę, a na dzielni jest traktowany jak król.
Wszystko się zmienia, gdy nadchodzi wiadomość, że kopania ma zostać zalana, a wszyscy górnicy zostaną zwolnieni. Chopy postanawiają nie wracać więc z szychty i zaczynają strajk.
Jasio z jednej strony chce popierać kolegów i swoją pracę, a z drugiej strony boi się, że nie zobaczy już swojej rodziny - losy tego wszystkiego uderzają w niego i mężczyzna żyje w pewnego rodzaju wewnętrznym dysonansie co nie przeszkadza nam oglądać z jego perspektywy losy tegoż strajku.
Bardzo dobrze się oglądało, sporo humoru, wyrazistych postaci i naprawdę wspaniałych zdjęć Stanisława Lotha.
@Telezajaczek raczej matriarchalnie - za staryj piyrwy wszytko boło na gowie baby, dom, dziecka. Chop robioł na grubie, przynosił geltag, ale to baba rzondziła w doma
Historia grupy niemieckich piechurów w okopach we Francji, w trakcie I wojny światowej. Chwilę wytchnienia od ciągłego ostrzału dają im przepustki do pobliskiej wioski.
Bardzo dobrze zrealizowany film, ale o tym nie trzeba chyba nikogo przekonywać.
Przyczepić się mogę do niektórych scen nakręconych w bardzo sugestywny sposób, mający na celu przerazić/zasmucić widza. Pod tym względem bardziej podobała mi się „Strefa interesów”. Wiem, że to zupełnie odmienne filmy, które miały różne cele, jednakże nie lubię, gdy coś pokazywane jest dobitnie, by przypadkiem widz źle tego nie zrozumiał.
No i ta scena z dziewczynką w czerwonym płaszczu. xD
Niezrozumiała jest dla mnie mieszanina języków. Wszystkie postacie rozmawiają po angielsku, jednakże co jakiś czas słychać polski, w tle czy na pierwszym planie. Moja dziewczyna zwróciła na to uwagę w kontekście sceny, w której strażniczka obozu w Oświęcimiu wysłała kobiety pod prysznice. Komendę wydała w języku polskim. Niby nic dziwnego, skoro już wcześniej niektórzy mówili po polsku, ale jakoś tak ta konkretna scena wydała się podejrzana. Tym bardziej, że od dziecka słyszałem narrację o „polskich obozach śmierci” i obwinianie Polaków o antysemityzm, kolaborację z nazistami et cetera.
Za to nie zostało pokazane chociażby to, jak Żydzi dołączali do żydowskiej policji w getcie i jak potrafili być brutalniejsi od Niemców. ; )
Może jestem nadwrażliwy w tym temacie, ale jakoś mnie to dotknęło.
@cyberpunkowy_neuromantyk Spielberg jest Żydem, więc chyba nie spodziewałeś się, że pokaże jakąkolwiek skazę na żydach w czasie IIWW. Ale faktem jest, że ten film jest bardzo dobrze zrealizowany. Co do mieszania języków, to mi to akurat nie przeszkadzało. Jakieś wtrącenia, dialogi w tle, miały uwiarygodnić miejsce akcji. Główne dialogi musiały być po ENG, żeby film był uniwersalny, zwłaszcza, dla amerykanów. W serialu Chernobyl, też wszystkie dialogi są po ENG, ale już wszystkie napisy, tabliczki, komunikaty, są w cyrylicy. I taki smaczek, w postaci nagrania z nr alarmowego, który jest odtworzony w oryginalnym języku.
Klasyk lat 80. i kamień milowy dla filmowej fantastyki. Owszem, jest tu trochę faili logicznych (nie wnikam, czy wynikają z niedostatków scenariusza czy materiału źródłowego) i aktorsko jest raczej drewnianie (ofc z wyjątkiem roli Jamesa Earla Jonesa), ale średnia ocen 6,7 na Filmwebie to jakiś żart.
@Telezajaczek Lubię uniwersum Conana, teraz czytam (odsłuchuje) Conan i skrwawiona korona, zbiorcze wydanie tom 2, a w dzieciństwie czytałem komiksy Conana z TM-Semic
Yogi i jego kumpel Boo Boo po raz kolejny powodują chaos w parku Jellystone buszując po piknikowych koszykach. Ich szaleństwa zostają jednak przyhamowane, gdy zostają porwani przez kosmitów.
Doceniam bardzo za decyzję o nakręceniu niemego filmu w czasach, kiedy wydawałoby się, że takie ruchome obrazki zostały już dawno zapomniane. Szczerze nie myślałem, że ktoś by się pokusił. No może oprócz kina alternatywnego, z oczywistych względem.
Tym większe było zaskoczenie, jak dobrze oglądało mi się ten film. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek oglądał nieme kino - może za dzieciaka, jednak nie kojarzę.
Seans przypomniał mi moje przemyślenia sprzed lat na temat tego, jak literatura jest mało uniwersalnym medium w porównaniu do muzyki czy obrazów właśnie, ruchomych czy statycznych. Nawet bez okazjonalnych plansz z kwestiami wypowiadanymi przez bohaterów filmu bez większego trudu można domyśleć się, o co chodzi. Tym bardziej, że aktorzy świetnie zagrali różne emocje, nie pozwalając widzowi błędnie ich zinterpretować (no chyba że ktoś jest całkowicie pozbawiony empatii). W literaturze brak znajomości języka uniemożliwia zapoznanie się z danym dziełem, przy czym w piosenkach to nie przeszkadza, byleby tylko ładnie brzmiało. Co idealnie pokazuje często puszczane w radio „Pumped up kicks” xDDD.
Moją ulubioną sceną była ta, w której główny bohater przeżywał swój największy koszmar: świat poszedł do przodu, filmy przestały być nieme, tylko on pozostał bez głosu. Śmiałem się, kiedy mężczyzna z zaskoczeniem odkrył, że różne przedmioty wydają dźwięki, na przykład odstawiona na stół szklanka.
Od finalnej oceny odjąłem oczko z powodu mało wiarygodnego lub po prostu naiwnego scenariusza, przynajmniej jego części. Nie uwierzyłem w psa prowadzącego swojego właściciela do pokoju, w którym zostały zgromadzone jego wylicytowane dobra, co z kolei doprowadziło mężczyznę do kryzysu psychicznego i próby samobójczej. Bardzo głupie rozwiązanie - wystarczyłoby, żeby główny bohater sam odkrył to pomieszczenie podczas zwiedzania domu.
Nie przepadam za Zendayą, za to uwielbiam Pattinsona, więc nie mogłem odpuścić sobie tego filmu. I nie żałuję, ponieważ uważam go za bardzo dobry, i fabularnie, i komediowo, ponieważ kilka razy mocno mnie rozbawił.
Zastanowiła mnie hipokryzja „przyjaciółki” głównej bohaterki, która przyznała się do zamknięcia dziecka na klucz, co doprowadziło do jego poszukiwań, by po chwili skrytykować Emmę za to, że w wieku piętnastu lat zaplanowała strzelaninę w szkole. Tylko dlatego, że Rachel podeszła do tego emocjonalnie z powodu jej kuzynki, która ucierpiała w innej strzelaninie. W ogóle ta Rachel była okropnie irytującą postacią.
Z jednej strony uważam, że Charles, narzeczony Emmy, także zareagował zbyt emocjonalnie - w końcu nikt realnie nie ucierpiał, to były „tylko plany”. Tym bardziej, że mówimy o nastolatce, więc przez tych kilkanaście lat zdecydowanie się zmieniła. Z drugiej strony rozumiem, że mogło to go zaszokować, więc na pewno nie będę mu odbierał prawa do odczuwania takich, a nie innych emocji.
Zabawnie się obserwowało, jak ta jedna informacja z czasem doprowadziła do coraz to poważniejszych skutków.
Wędrowny wojownik imieniem Lancelot zakochuje się w uratowanej przez siebie księżniczce Ginewrze, mającej zawrzeć związek małżeński z samym królem Arturem.
Taki niezbyt porywający Robin Hood, którego klimat unosi się nad produkcją (stroje, makiety, zdjęcia). Fabuła dość naiwna, ale w sumie w jakimś stopniu pasująca do motywów znanych z romansów rycerskich (np. Tristan i Izolda). Końcówka napisana na kolanie. Ogólnie nie jest to jakieś ambitne dzieło, do oglądnięcia i zapomnienia. Polecam jako film do zasypiania, na który od czasu do czasu zerka się okiem.
@Telezajaczek Oh yeah, bardzo lubię. Pamiętam jak zabierał księżyc z nieba i zamieniał w monetę. No i końcówka, gdzie chodzi i opowiada te historie, by nareszcie po latach... Muszę odświeżyć
Nie do końca wiedziałam o czym będzie film - wiedziałam tylko, że na 25. rocznicę ślubu swoich rodziców typo przyprowadzi nową swoją laskę - radykalistkę, co zderzy się z poglądami reszty rodziny. Myślałam, że film będzie opierał się na tej jednej rocznicy, a jednak w trakcie filmu skaczemy co rok w czasie, by przekonać się jak wygląda "nowy, wspaniały świat".
Ellen to doświadczona i uznana wykładowczyni, wykazująca mocne wsparcie dla celów demokratycznych, jej mąż Paul to właściciel ekskluzywnej restauracji. Mają do tego czwórkę dzieci: trzy córki, każda inna od kolejnej i syna, i to on właśnie na 25. rocznicę przyprowadzi Liz. Ogólnie, bogata klasa średnia, spełniona i szczęśliwa.
Liz była studentką u Ellen i nasza matrona dość dobrze kojarzy niepokorną dziewczynę, która już na studiach zastanawiała się nad wywróceniem systemu politycznego w USA, co obrończynię wartości demokratycznych mocno zaniepokoiło. Jak się dowiadujemy Liz nie zaprzestała swoich marzeń o autorytatywnym, jednopartyjnym systemie, wręcz przeciwnie - napisała książkę, którą sponsoruje wielka korporacja, i niebawem zacznie sponsorować wdrożenie systemu młodej kobiety.
Tak z niepokojącej rocznicy zaczynamy przeskakiwać w latach (mniej więcej co roku rodzina znów spotyka się przy różnego rodzaju okazjach), aż całą rodzinkę ogarnie owa dystopia z książki Liz.
Niezwykle niepokojąca wizja, gdzie wielkimi populistycznymi hasłami antydemokraci zyskują władzę i przejmują pełną kontrolę nad państwem. Jedna z córek głównej pary jest np. na co dzień standuperką, dość znaną. W czasie dystopii będzie ścigana za swoje "dowcipy" z obecnego systemu politycznego w USA.
To tylko jeden z przykładów jak rodzinę Taylorów zniszczy coś, co zaczyna się zaledwie lekką polaryzacją na rodzinnej imprezie.
Destrukcja rodziny to zarazem destrukcja demokracji, niestety wg akcji w filmie, można dojść do wniosku, że taka destrukcja wcale nie jest trudna i długotrwała. Parę lat i cyk, godziny policyjne, zatrzymania, cenzura, pełna kontrola państwa nad życiem społeczeństwa.
Welcome to the faszyzm 21. wieku.
Film Komasy można brać jako dobitne ostrzeżenie, bo film nie pozostawia wątpliwości - reagujmy teraz, bo za parę lat może być za późno.
Przerażająca wizja na swój sposób, choć na sam koniec miałam trochę wrażenie, że to wszystko to po prostu wyrafinowana zemsta i chęć pokazania "a zobacz, że potrafię!".
@2138 powolnie to się toczy może dopóki tatko z synalem nie przyklejają się do freaków - potem już jazda bez trzymanki. Próbowałam wczoraj sobie włączyć, ale widziałam niecały rok temu w kinie i dla mnie jedna za wcześnie by na nowo to przeżywać
Rodzeństwo sierot swym uporem, ambicją i bezwzględnością zbudowało miliardowe imperium farmaceutyczne, którego fundamenty zostały oparte na kontrowersyjnym leku przeciwbólowym. Gdy w tajemniczych okolicznościach zaczynają ginąć spadkobiercy imperium, plany sukcesji stają się zagrożone.
Na serial natrafiliśmy z różową zupełnym przypadkiem przeglądając Netflix. Zaciekawiony tytułem nawiązującym do opowiadania Edgara Allana Poego, jednego z moich ulubionych w jego twórczości, postanowiłem dać mu szansę. I od dawien dawna nie zostałem tak pozytywnie zaskoczony.
Czym ten serial nie jest? Na pewno nie jest adaptacją powieści, z oryginału zachowując tylko tytuł i pewne luźne nawiązania fabularne do twórczości Poego. Poza tym to jest zupełnie samodzielny twór.
To, co muszę przyznać - serial nas po prostu zachwycił. Dawno nie widziałem już tak dobrego serialu w klimacie grozy. Wszystko tutaj zagrało - klimat, scenografia, aktorzy i fabuła. Najmocniejszym atutem jest tu rola Marka Hamilla - jego trzecioplanowa postać tajemniczego adwokata rodziny została w mojej ocenie fantastycznie wykreowana. Aż chciałoby się rzec, że z byciem złodupcem wyjątkowo mu tutaj do twarzy. Twórcy umiejętnie snują historię, jednocześnie sprawnie i umiejętnie kierując uwagą widza tak, by za chwilę go zaskoczyć lub wystraszyć. Do końca też nie wiemy co jest prawdą, a co wytworem wyobraźni głównego bohatera. Wisienką na torcie są tutaj recytowane przez Rodericka fragmenty wiersza "Annabelle Lee", nadające całości sznytu klasycznej powieści grozy spod pióra Poego, elegancko spinając całość fabuły klamrą.
Czemu nie dałem 10? Końcowy efekt i finalny odbiór serialu troszkę zepsuł mi ostatni odcinek, który był jak dla mnie zbyt rozciągnięty i przegadany. Twórcy postanowili za dużo wątków rozwiązać i wyjaśnić widzom, przez co zatracono fantastyczną atmosferę wcześniejszych odcinków. Czasem jednak lepiej zostawić pewne niedopowiedzenia.
Dla fanów Poego czy Lovecrafta ten serial to pozycja obowiązkowa.