Tryhardujące popłuczyny po Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie. Z plusów to tylko ładne mieszkanko głównych bohaterów i poprawna gra aktorska ekipy.
Penelope Cruz 10 lat starsza od Olivii Wilde, a wyglądała o wiele lepiej.
Może miałabym lepsze wrażenia po seansie jakbym nie siedziała na sali z totalnym buractwem, które przy każdej wzmiance o seksie rżało ze śmiechu jakby się miało zaraz poszczać. Dlatego, jak ktoś by chciał obejrzeć ten film, polecam poczekać, aż wyjdzie na streamingu, bo przy wycieczce do kina jest za duża szansa, że na sali będzie mentalna wieś.
@Mahjong na tym seansie Oppenheimera też się śmiali jakby się mieli posikać?
Ja byłam na Zaproszeniu w takim mniejszym, a'la studyjnym kinie i była trzoda, a jak zaliczyłam niedawno weekendowy maraton w multipleksie była pełna kulturka, nawet na Backrooms, o którym naczytałam się, że przyciąga głupią młodzież. Widocznie nie ma reguły.
@Telezajaczek nie, ale gadali cały seans. Obok mnie siedziała para - cały film gadali coś w stylu "o, ten profesor", "o bomba" lub "pa tera!". Do tego gapienie się w świecący telefon, szeleszczenie czipsami, siorbanie picia. Po seansie zostawili po sobie pokaźną kupę śmieci, jak na prawdziwe bydło przystało.
Nie, nie miałam jak się przesiąść, a z resztą takich par było więcej, może "bardziej kulturalni" niż ci obok, ale niewiele bardziej tak naprawdę.
Ale zgadzam się, nie ma reguły. W moim studyjniaku też kiedyś przyszła jakaś stara porypana baba co chwilę sobie bułki wyciągała z szeleszczącej torby - przez cały jebany seans.
@TyGrySSek - mam VHSie, DVD (kilka wydań - stary angielski dubbing jest najlepszy) i oczywiście na blu reju i byłem nawet nie tak niedawno w kinie - nie ma co silić się na jakieś górnolotne recenzje bo to najzwyczajniej arcydzieło jest.
Próg wejścia tego filmu bardzo mi się podobał, bo na początku poznajemy genezę pobytu naszych bohaterów w jakieś mieścinie na końcu świata w południowoamerykańskim kraju. W gruncie rzeczy, gdyby ktoś oglądał ten film bez poznania opisu mógłby pomyśleć, że to film o jakieś intrydze, bo wiele różnych rzeczy wyciąga ten wstęp - atak terrorystyczny, upadek wielkiej firmy, nieudany napad na bank.
Ostatecznie wszystko sprowadza się do tej jednej misji - nasi śmiałkowie mają przewieźć ładunek nitrogliceryny, by powstrzymać pożar szybu naftowego.
Wyruszają w czwórkę dwoma ciężarówkami z bardzo delikatnym ładunkiem w niebezpieczną drogę. Stres, który wywołuje misja maluje się nie raz na twarzach samych bohaterów, którzy co chwilę napotykają problemy - no nie jest to droga ekspresowa piękna asfaltowa, więc "przygód" co nie miara.
Sam klimat filmu to przeboska realizacja - jest południowoamerykański kraj więc jest i ten wilgotny klimat. Nasi bohaterowie są cały czas spoceni, brudni (bo są po prostu biedakami tu po ucieczkach ze swoich krajów), scena na moście po prostu zrywa człowiekowi nerwy - ściskałam się wprost obolale oglądając to, bardzo mocne doświadczenie.
Nie widziałam pierwszej wersji "Ceny strachu" więc nie wiem czy tam też to tak wygląda, ale "Sorcecer" czasami przypominał mi "Sirat" - już wiem Laxe brał inspiracje do scen z ciężarówkami.
Bardzo mi się podobał ten film, realizm niektórych scen (w sensie przedstawienia jak bardzo jest to przerażające) wbija w fotel.
I na koniec ten wzrok głównego bohatera, który tak naprawdę został gdzieś tam daleko w dżungli, razem ze swoimi kompanami, a przed nami siedzi tylko pusta skorupa, albo resztki człowieka, którego poznaliśmy na początku.
Mega polecam.
PS. już widzę po filmwebie, że zaraz mogą się pojawić wpisy, że francuska wersja lepsza, ale ja nie widziałam tej starszej "Ceny strachu", więc pozbawiona jestem porównania.
moj ojciec ma liste filmow, o ktorych w kolko gada i to jest jeden z nich (pewnie widzial w kinie za prlu, to sie wrylo w banie), wiec jak ogladalem ostatnio z rozowa, to wiedzialem o czym bedzie, ale ja wkrecilem, ze wioza to nitro do szpitala leczyc sercowcow xD skumala ze cos nie gra tak w 3/4 filmu xP
@xepo Grałem. Fizyka jest tak beznadziejna, że na Steamie pierwszy raz zażądałem zwrotu pieniędzy. Dosłownie stoisz w miejscu na moście i ciężarówka powoli przesuwa się w bok, ignorując jakąkolwiek logikę i przyczepność opon.
Cesarz chce zabić cesarzową, cesarzowa chce by jej syn zajął tron męża. Intrygi, romanse i walki. Z czego niestety te ostatnie wychodzą najsłabiej.
Wygląda na to jakby "Cesarzowa" miała celować w potężne dzieło, niczym Gra o tron, ale ostatecznie rozbija się o własne brzegi.
Może charakteryzacje i wnętrza są przepysznie przygotowane - wprost pławimy się w dostatku cesarskiego pałacu., ale całą reszta odstaje poziomem - głównie aktorstwo, bardzo toporne w niektórych przypadkach oraz sceny walk. Niby jest tam jakiś element wu xia, ale nie zachwyca, niby są starcia wojsk, ale też wypadają blado, mimo czasami ciekawych pomysłów.
Pod koniec łapałam się na tym, że chciało mi się po prostu spać, mimo że krew lała się gęsto.
Film, który odpowiada na filozoficzne pytania tym, że nie ma na to odpowiedzi. Niestety, pozostajemy w sferze domysłów. Taki nasz los.
Major Motoko to agentka Sekcji 9. Sekcja otrzymuje zadanie specjalne - schwytanie hakera Władcy Marionetek.
Oczywiście fabuła jest o wiele bardziej skomplikowana niż to co powyżej, na początku mamy politykę świata przyszłości, ale najważniejsze jest jedno - ludzie, którzy przeszli cybernetyczne modyfikacje, muszą wykonywać misje, inaczej czeka ich ponury los. Nie będą serwisowani.
Motoko szuka przede wszystkim życia. Czuje, że nie jest już człowiekiem, wątpi w jakikolwiek ludzki czynnik, chociaż przecież powinna mieć jeszcze mózg jako jedyny organ. Ale czy na pewno? Poszukiwania człowieczeństwa okazują się jednak bezowocne, przynajmniej tak to przyjmuje Motoko.
Jak można zastanawiać się nad człowieczeństwem, skoro sama definicja życia została wywrócona? Duch w skorupie może zostać z łatwością zhakowany i nagle wspomnienia okazują się złudą.
Może dlatego Motoko zgadza się na deal z Władcą Marionetek, bo przecież jeden wuj? A zyskać w zamian można wiele.
To opowieść o poszukiwaniu człowieczeństwa, które ostateczne doprowadzają do porzucenia takowego.
Sam film to bajka, w sensie, nie że animowany, ale bajka w sensie akcji i realizacji. Wspaniała muzyka Kawai, świetne pokazane miasto, futuryzm wylewa się niczym z Blade Runnera.
Scena walki z czołgiem to po prostu czyste 10/10 - niesamowite ujęcia, widać skąd Wachowskie rodzeństwo czerpało inspirację (Matrix powstał w 1999 roku).
Pamiętam, że swego czasu oglądałam ten film bardzo często, snując domysły, analizując wypowiedzi, szukając sensu - rozpisując w notatkach filozoficzne dywagacje.
Tym razem podeszłam nieco okiem kinomana - szukając perełek realizacyjnych. I tego to anime mi dostarczyło w stu procentach. Sztos.
Początkowo skupiłem się na fantastycznym wątku, podejrzewając zwrot fabularny pokroju „Dziecka Rosemary”. Myślałem, że dziewczynka doprowadzi do tego, że z jej nienarodzonym przyrodnim bratem stanie się coś złego, że posłuży do mrocznego rytuału, który otworzy bramę dla Wielkiego Zła czy coś w tym rodzaju.
Dopiero dziewczyna naprowadziła mnie, że ten wątek odzwierciedla próbę ucieczki dziecka przeżywającej trudną sytuację. Ojciec nie żyje, matka znalazła nowego partnera, który niespecjalnie przepada za pasierbicą, więc nic dziwnego, że umysł dziewczynki kieruje się w stronę fantazji oferujących komfort i pocieszenie.
Budzisz się w kapsule hibernacyjnej na statku kosmicznym i nie wiesz skąd się tu wziąłeś. Z czasem jednak zaczynasz odkrywać, że jesteś zdolny wyliczyć ze wzorów swoje położenie w kosmosie, więc chyba nie jesteś pierwszym z brzegu debilem.
Oto rozpoczęcie ciekawej historii o nietuzinkowej przyjaźni w otoczonym pustką bezkresie próżnej przestrzen... ej jednak chyba ta przestrzeń nie jest wcale taka pusta, bo jak się okazuje, dość obficie jest wypełniona astrofagami. Czym one są? Dowiesz się oglądając film.
Ja to w ogóle jestem miłośnikiem historii Andy-ego Weir-a. A ta fascynacja zaczęła się dawno temu, zanim jeszcze stał się bardzo sławny - po przeczytaniu opowiadania Jajko - bardzo polecam, da się to znaleźć w necie. Jak tylko się dowiedziałem, że będzie kolejna ekranizacja jego prozy, bardzo się ucieszyłem.
Czy efekt końcowy sprostał moim oczekiwaniom? Jak najbardziej! Świetna rozrywka, jakiej bardzo wszystkim trzeba. Nie jest to przygnębiające hard s-f, nie jest to klaustrofobiczny horror, a bardzo zgrabna przygodówka - czuć w tym podobieństwo do Marsjanina, Interstellar czy nawet do Cast Away, bo samotność w tym filmie odgrywa dużą rolę.
Są fajne, bardzo oryginalne motywy - zarówno wiszącego w powietrzu zagrożenia, ale także takiej fascynującej tajemniczości - bo wraz z bohaterem odkrywamy o co tutaj w tym wszystkim chodzi.
Dwa momenty utknęły mi w pamięci przede wszystkim. Pierwszy to piosenka karaoke. Ależ dobrali słowa, no po prostu wzruszenie na maksa. W ogóle lubię, jak w filmie pojawia się piosenka, a jak jest tak mistrzowsko wkomponowana, to już w ogóle sztos. Drugim motywem, było to jak w retrospekcji przekonali bohatera do misji. Nie będę tu spoilerował, ale przyznaję, że to było dobre!
W ogóle ładne są kolory, ładne ujęcia i główny bohater też ładny 😋
Na minus to zdecydowanie długość filmu. Jak już sofa zaczynała gnieść w dupsko, myślałem, że zbliżamy się powoli do końca i jak sprawdziłem, okazało się, że jeszcze nawet połowa filmu nie minęła, to aż poczułem skręt kiszek, że jeszcze tyle siedzenia.
Co do ostatniego stwierdzenia, to ja już nauczony doświadczeniem oglądam tak długie filmy jako dwie części dzień po dniu. Generalnie przyjemny i pozytywny film. Co do karaoke i przekonania głównego bohatera do misji to pełna zgoda. Też moje dwa ulubione momenty w filmie.
Produkt swoich czasów. Są sowieci (wyimaginowani, ale są), broń jądrowa, wojskowi, którzy chcą wszystko zepsuć i kosmici, którzy zachowują się jak nawiedzone przedszkolanki. Ale jednak kamień milowy dla CGI.
@szatkus-7 pamiętam jakie dążenie na mnie zrobił ten film jak go na TV oglądałem... Aczkolwiek efekty z Terminatora 2 do dzisiaj się bronią, a te z Abyss już tak średnio ...
35-letnia Peggy Sue, będąca w trakcie rozwodu z mężem, traci przytomność podczas balu absolwentów. Kiedy ją odzyskuje, okazuje się, że przeniosła się do czasów licbazy.
Film, któremu bliżej do średniaka, a największym niewypałem jest obsada. Jakim cudem nikt nie wyperswadował Coppoli pomysłu obsadzenia w rolach licbusów ludzi w większości po 30.? Najbardziej się to rzuca w oczy w przypadku od zawsze wyglądającej i brzmiącej na 10 lat więcej Turner, w duecie z Cagem wyglądali jak matka z synem. Do tej roli o wiele lepsza byłaby jej ekranowa córka Helen Hunt - do tych dwóch scen 20 lat później spokojnie mogliby ją postarzyć .
Drugi sezon biograficznego serialu o Elżbiecie II obejmujący okres od 1956 do 1963 roku, ale również liczne retrospekcje z lat wcześniejszych. Główną osią sezonu zdają się być problemy w małżeństwie z księciem Filipem, ale sporo miejsca zajmują także kłopoty innych członków rodziny, przede wszystkim księżniczki Małgorzaty i jej życia uczuciowego, a w tle tego wszystkiego są losy Wielkiej Brytanii w tym okresie.
Drugi sezon trzyma poziom pierwszego i nie zawodzi, główną zasługą są tu aktorzy. Trochę tylko nie do końca trafiona jest tu obsada prezydenta Kennediego. To co rzuca się w oczy, to straszna sztuczność i teatralność monarchii brytyjskiej - nie wiadomo w zasadzie jaki cel przyświeca jej funkcjonowaniu, oprócz teatru dla ludu.
@bori Dobry to był serial chociaż niektóre sezony były słabsze. Ale to że z ostatnim trafili niemal idealnie jak Elżbieta wykorkowała to uważam za spiseg xD
Serial opowiada o życiu Elżbiety Aleksandry Marii Windsor, powszechnie znanej jako Elżbieta II, Królowa Zjednoczonego Królestwa i pozostałych Królestw Wspólnoty. Sezon 1. obejmuje swym zakresem lata 1947-1956 - ślub z Filipem, księciem Danii i Grecji, początki małżeństwa, chorobę ojca, króla Jerzego VI, objęcie władzy w 1952 roku i pierwsze lata rządów.
Sporo o tym serialu słyszałem, więc zaciekawiony postanowiłem z różową w końcu go obejrzeć. I nie powiem, robi wrażenie. Historia opowiedziana jest ciekawie i z rozmachem, a aktorzy dobrze dobrani, kreujący autentyczne postaci. Mimo kilku drobnych błędów historycznych ogląda się go dobrze i wciąga.
Obsada: Robert Donat, Madeleine Carroll, Alfred Hitchcock
Czas trwania: 1h 27min
Ocena: 8/10
W jednym z londyńskich teatrów Richard poznaje tajemniczą dziewczynę. Gdy tej samej nocy zostaje ona zamordowana, mężczyzna postanawia rozwikłać zagadkę zbrodni.
Ostatni film jaki póki co znalazłem z Alfredem. Wspaniałe 41 filmów to było - nie zapomnę ich nigdy.
To wspaniałe dzieło filmowe dla mózgowców. Oh wait, raczej nie.
Ogromny, bestialski mózg, hipnotyzuje ludzi przez program telewizyjny. W szranki staje niezbyt ogarnięty, napompowany hormonami nastoletni oskarek lat 80. Jim Majelewski.
Urgh, dla miłośników horroru wszelakiego oraz fanów ery VHS. Reszta może sobie darować.
Film o przyjaciółkach z dawnych lat. Pierwsza z nich to chórzystka, druga ma wiecznego pecha i znajduje pracę jako tancerka. Kiedy Jill poznaje rozrywkowego Hugh postanawia wyjść za niego, ale wybranek dużo podróżuje i kobieta zaczyna romansować z innymi.
Pierwszy pełnometrażowy film Alfreda. Widać że się chłop uczy bo niczym specjalnym się nie wyróżnia
Zmarnowany potencjał. Twórcy nie wiedzieli, o czym i o kim właściwie chcą kręcić film - o Tedzie Bundym czy o jego dziewczynie Elizabeth Kendall, o procesie seryjnego mordercy, czy o tym jak musi radzić sobie kobieta, która nagle dowiaduje się, że jej ukochany to zwyrodnialec. I tak się miotali przez cały film, tu scena z Bundym w więzieniu, za chwilę przebitka na Liz topiącą smutki w alkoholu. Położyło to całą fabułę, historia zawodzi nawet jako dobry dramat sądowy.
Niestety, również talent aktorski odtwórców głównych ról się tutaj zmarnował - ani Efron, ani Collins nie mieli większej szansy, żeby naprawdę zabłysnąć, już krótki epizod Johna Malkovicha wypadł lepiej, niż ich role.
Do tego słoika dziegciu należy dodać, że charakteryzatorzy też się zbytnio nie wysilili, Efron i Collins wyglądają tak samo i w pierwszej scenie rozgrywającej się w '68, i 20 lat później. Brak postarzającej charakteryzacji rzuca się w oczy zwłaszcza w przypadku obdarzonej dziewczęcą urodą Collins.
Film dostępny na CDA premium, ale szkoda na niego czasu, lepiej odpalić jakiś dokument o Bundym.
Filmu nie oglądałem ale może jest uzasadnienie takiej fabuły z jej punktu widzenia bo dla niej się przyznał, wcześniej był cały ruch kobiet w celu jego uwolnienia, był bardzo przekonujący
@Johnnoosh tylko, że jak pisałam we wpisie, ten film ostatecznie nie jest o niej. Jakby reżyser od początku konsekwentnie skupiał się na Kendall, a nie skakał między POV Bundy'ego i Liz, ten film byłby znacznie lepszy. Trochę mi się to skojarzyło z filmem Intruz z '46, który trochę jest o naziście ukrywającym się w Ameryce, trochę o tym, jak jego żona dowiaduje się, że ma męża zwyrola - kolejny dość nieudany film w temacie i kiepskie źródło dla ewentualnej inspiracji.
Książka była infantylna, ale ciekawa i film jest jeszcze bardziej infantylny, ale nieco mniej ciekawy.
Ogólnie to raczej bardzo bezpieczne SF o sile przyjaźni, mamy tu też survival w kosmosie oraz genezę podróży przez odzyskiwane wspomnienia bohatera. Te trzy wątki razem splątane dają nawet niezły wynik, a jednak ostatecznie oprócz ładnych obrazków nie ma tam nic więcej.
Sprawnie skonstruowane dobre kino, dające zabawę i emocje. Można wyjść kontent z kina.
Ale w moim przypadku, tam gdzie kończy się "dam +1 bo to SF", zaczynają się wymagania i Hail Mary połechtała moje uwielbienie do gatunku i pozostawiło dalej głodną. Co niby nie jest złe, ale z drugiej strony czy to popchnie produkcję kina SF do przodu?
To dalej gatunek niszowy, kompletnie zjedzony przez kino wysokobudżetowe. W tym przypadku i tak z książki więcej by się nie wyciągnęło, bo to zaledwie prosta historia o wielkiej przyjaźni, tyle że w kosmosie.
No ale i takie kino rozrywkowe SF jest potrzebne, żeby popatrzeć na dobrze zrobiony film i miłe kosmiczne obrazki.
@Mahjong u mnie to takie połączenie Interstellara, Marsjanina oraz kina familijnego. Przyjemnie się oglądało. Nic bardzo wybitnego, ale przyjemnego. Za to dzięki niemu poznałem tę nutę i się w niej zakochałem.
@Mahjong odkąd przeczytałam "Artemis" Andy Weir jest moim wrogiem, zagrożeniem egzystencjalnym dla gatunku sci-fi. Zabranie gatunkowi wszystkiego co kocham, zrobienie pustej fabuły w której się rzeczy dzieją. Z drugiej strony Ryan Gosling kurdeee
Nie czytałam książki, ale film mi się bardzo podobał. Nie jest to wybitne kino, ale film, który zwyczajnie dobrze się ogląda. Ciekawa idea przedstawiona bez sztucznego patetyzmu.
Myślę, że to jeden z nielicznych współczesnych filmów, do których będzie się z przyjemnością wracać tak jak wracamy do klasyków z przełomu wieków