Czasy wojen napoleońskich. Załoga brytyjskiego okrętu wojennego ściga francuską fregatę.
Jeden z najlepszych filmów marynistycznych ever, widać nie tylko rozmach produkcji, ale też wyjątkowy, jak na Amerykanów, research na temat życia na okrętach brytyjskiej marynarki wojennej na początku XIX wieku.
Oglądałem ostatnio, film na poziomie. Co najbardziej zapadło mi w pamięć to dowcip pana kapitana.
Podczas obiadu na stole pojawiły się dwa robaczki (ang. weevil). Kapitan zaczął dopytywać swojego przyjaciela, lekarza okrętowego, o to którego robaczka wolałby zjeść, gdyby musiał.
Gdy w końcu tamten się zdecydował na większego, to kapitan podsumował, że
Jeden z moich ulubionych filmów, może nie jest głęboki, ale działa na jakieś zwoje neuronowe w moim mózgu. No i te sceny zwykłego życia na statkach, a także batalii i pościgów, perełka po prostu
@Piechur to pokazanie codziennego życia na statku to był ogromny atut, od razu mi się przypomniał równie drobiazgowy w pokazaniu życia na okrętach Royal Navy "Terror" Simmonsa
Czasy PRL. Jadwiga Kolęda trzyma za mordę zarówno małą gminę na Ziemiach Odzyskanych, której jest naczelniczką, jak i swoją rodzinę. Kiedy dowiaduje się, że jej córka zaszła w ciążę, aby uniknąć skandalu, postanawia znaleźć dla niej męża, który za opłatą zgodzi się zarówno ożenić się, jak i później rozwieść z dziewczyną. Wkrótce do miasteczka przyjeżdża "narzeczony", były kryminalista. Przymusowi państwo młodzi nieoczekiwanie przypadają sobie do gustu...
Fajna komedia, chociaż nie jest to może poziom Barei i Machulskiego.
Wgl kisnę, bo znam podobny przypadek irl - matka szukała dla ciężarnej nastoletniej córki męża na portalach randkowych. Co ciekawe, znalazła xD Młodzi pobrali się, a po paru latach i spłodzeniu prawowitego potomka, rozwiedli.
Koegzystencja świata ludzi, bestii i demonów zostaje zakłócona przez potężną istotę, powracającą do życia po 3000 lat, której celem jest podporządkowanie sobie całej ziemi.
Najbardziej brutalne, zboczone anime jaki widziałem. Jedna z scen przekracza granice wszelkiego smaku.
Dwóch wykopków porywa laskę z LinkedIna. Kreacje są na tyle przekonujące, że szybko przestałem trzymać którąś stronę i stwierdziłem, że niech się debile pozabijają nawzajem.
Wiedeń tuż po wojnie. Amerykański pisarz Holly Martins przyjeżdża do tego podzielonego na cztery strefy okupacyjne, zniszczonego miasta zaproszony przez swojego przyjaciela. Okazuje się jednak, że ten nie żyje. Został potrącony przez ciężarówkę. Okoliczności wypadku są dość niejasne. Pisarz, autor powieści kowbojskich, próbuje zgłębić tajemicę śmierci przyjaciela. W pewnym momencie stwierdza, że jest obserwowany...
Rewelacyjny film-noir. Głównie za sprawą ujęć i kadrów. Niejednokrotnie można zrobić stopklatkę i wydrukować z niej piękny plakat. To chyba pierwszy film czarno-biały jaki widziałem, który był jako taki nakręcony bo na to pozwalała ówczesna technologia ale wydaje się jednocześnie, że to celowy i bardzo trafiony zabieg. Gra świateł i cieni jest tu wg mnie mistrzowska. Często używany kadr holenderski podkreśla atmosferę suspensu. Jest to jednak trochę nietypowy film-noir ponieważ dużo w nim czarnej komedii co wg mnie trochę mu odbiera od bycia pełnoprawnym filmem tej kategorii. Jednocześnie spełnia on praktycznie wszystkie jej wymagania chociaż widać, że nie jest to celowy zabieg reżysera. Bardzo ciekawa pozycja na liście. Jest to ostatni film-noir z lat '40 na mojej liście.
Francuska służąca urządza wyżerę dla grupy duńskich wapniaków.
Jak widać po ocenie, nie dotarła do mnie głembia tego "arcydzieła". Wizualnie nie powala na kolana, a historia jest po prostu nieciekawa. Może w opowiadaniu Karen Blixen było to lepiej wyjaśnione, ale nie kupuję kompletnie, czemu taka mistrzyni kuchni jak Babette latami kisiła się na prowincji jako darmowa służka dwóch ubogich staruszek, zamiast po jakimś czasie ruszyć do Kopenhagi zatrudnić się w jakiejś fancy restauracji albo nawet na dworze królewskim.
W kategorii "skandynawskie dramaty obyczajowo-historyczne" nie umywa się do Pelle zwycięzcy i Bękarta.
No, Netflix się spisał tym razem, bardzo fajna wersja. Zapraszam na #piechuroglada
---------
Tytuł: Faraon
Rok produkcji: 1965
Reżyseria: Jerzy Kawalerowicz
Kategoria: #kostiumowy #dramathistoryczny
Czas trwania: 180 min
Moja ocena: 8/10
Młody następca egipskiego tronu postanawia wypowiedzieć wojnę kapłanom, starając się odzyskać pełnię władzy, jaką w jego mniemaniu powinien mieć faraon.
Pierwszy raz oglądałem ten film i kurczę, muszę przyznać, że całkiem nieźle się broni jak na dzieło mające na karku tyle lat. Jest bardzo ambitny, ma fenomenalnie skomponowane kadry. Podobały mi się także lokalizacje i stroje, a pełna intryg historia wciągnęła i zainteresowała. To co trochę odstaje, to aktorstwo niektórych zaangażowanych (przeszkadzał mi zwłaszcza Andrzej Girtler grający Ramzesa XII), sceny batalistyczne, a także udźwiękowienie i kierunek muzyczny, ale jest to coś, co jednak jestem w stanie zrozumieć biorąc pod uwagę wiek obrazu oraz kraj produkcji (hehe). Ogólne wrażenia na duży plus. Polecam nie tylko fanom polskiego kina ubiegłego wieku.
Adaptacja powieści Aleksandra Dumasa ojca. Francja, 1572 rok. Małgorzata "Margot" Walezjuszka, królewna francuska, wychodzi za króla protestanckiej Nawarry Henryka Burbona. Chociaż ich ślub miał się przyczynić do zakończenia wojen religijnych we Francji, po królewskim weselu dochodzi do rzezi protestantów, a Margot z mężem stają się de facto królewskimi więźniami.
Gra o tron, tylko francuska i bez smoków. Ale za to jest dwóch Januszy Sarmatów.
Bardzo dobry dramat ze świetnymi rolami (imo nagrodzona Cezarem Isabelle Adjani wcale nie przyćmiła reszty obsady). Jedynie soundtrack Gorana Bregovica momentami mi nie pasował, brzmiał zbyt egzotycznie jak na miejsce i czas akcji.
Nowa agencja zaczyna odnosić sukcesy, ale im lepiej idzie biznes, tym bardziej widać wewnętrzne problemy ludzi, którzy ją tworzą. Don próbuje nowego życia osobistego, jednak stare mechanizmy wracają. Agencja dąży do pozyskania producenta aut jako klienta, bo ich zdaniem dopiero to świadczy o wielkości zgancji. Ostatecznie im się to udaje, ale koszt, będzie wyższy niż przewidywali.
To sezon bardziej gorzki, pokazujący, że sukces zawodowy nie daje żadnej gwarancji szczęścia, a niektórzy bohaterowie płacą za presję bardzo wysoką cenę. Jeden z bohaterów - najwyższą.
Po nadrobieniu 3 sezonów (3-5) w ostatnich dniach, ten wypada najlepiej, sporo też w nim Dona, który robi to co umie najlepiej, choć nie jest już napędzany alkoholem i romansami, jak w poprzednich sezonach. To dobrze, bo ten bohater trochę siadał, a z nim i serial.
Po zawodowym przewrocie Don i reszta wspólników zakładają nową agencję, ale start od zera nie jest tak romantyczny, jak mogłoby się wydawać.
Don, już po rozpadzie małżeństwa, coraz bardziej tonie w alkoholu, samotności i autodestrukcji. Peggy rozwija się jako coraz silniejsza postać zawodowa, a serial mocniej pokazuje cenę ambicji i wolności.
Jeden z lepszych seriali pokazujący pracę agencji marketingowej i jej pracowników z Donem Draperem na czele.
Sterling Cooper przechodzi duże zmiany biznesowe, a relacje prywatne bohaterów zaczynają się rozpadać jak domek z kart. Małżeństwo Dona i Betty dochodzi do punktu krytycznego, a w agencji narasta potrzeba wyrwania się spod kontroli większych struktur.
Finał sezonu jest jednym z ważniejszych momentów serialu, bo bohaterowie podejmują ryzyko i próbują zacząć od nowa.
"A co gdybyśmy zabili jednego robota żeby widz nie był pewien czy jego ulubiona postać wytrzyma do końca? Przy okazji dzieci rzucą się żeby wykupić zabawki tego martwego".
A Hasbro usłyszało "Zabijmy WSZYSTKIE roboty, które dzieci znają i wyczyścmy magazyny".
USA, 1949 rok. Przeżywający kryzys wieku średniego Harry chce odejść od swojej żony Pat do sporo młodszej Kay. Sądząc, że rozwód będzie druzgocący dla Pat, planuje ją zabić "żeby nie cierpiała". W plan wtajemnicza swojego przyjaciela Richarda, który również ulega urokowi pięknej Kay.
Pierwsze pół godziny robiło wrażenie, jakby film miał być inteligentną komedią wyśmiewającą utarte tropy, lecz Życie małżeńskie szybko zmieniło się w przeciętną, przynudzającą obyczajówkę, dzieło z rodzaju "obejrzeć i zapomnieć". To mógłby być interesujący film, gdyby scenariusz albo reżyser poprowadzili historię z większym jajem.
Można się skusić na seans jedynie ze względu na Rachel McAdams w obcisłych retro sweterkach.
Ekranizacja powieści Thomasa Hardy'ego. Ubogi wieśniak Durbeyfield dowiaduje się, że pochodzi od arystokratycznego rodu D'Urberville. Wysyła swoją atrakcyjną córkę Tess do pracy u rzekomych krewnych. Tam dziewczyna pada ofiarą gwałtu ze strony "kuzyna" i zachodzi w ciążę. Kiedy jej dziecko umiera, usiłuje ułożyć sobie życie na nowo, jednak dramatyczna przeszłość dalej się za nią ciągnie.
Trzeba przyznać, że jest coś wyjątkowo ironicznego w tym, że zwyrol Polański nakręcił film o dziewczynie borykającej się przez całe życie z konsekwencjami przemocy seksualnej, której doświadczyła. To zresztą niejedyne dzieło o podobnej tematyce w jego dorobku, w latach 90. nakręcił jeszcze Śmierć i dziewczyna z Sigourney Weaver.
Zostawiając ten temat i przechodząc do samego filmu, trzeba przyznać, że pod względem wizualnym zachwyca, zdjęcia z Tess nadawałyby się na wystawę w Muzeum Narodowym.
Niestety, film jest za mocno rozwleczony, prawie 3h to za dużo na opowiedzenie tej historii.
Nie powala gra aktorska Nastassji Kinski. Uroda przywodząca momentami na myśl Ingrid Bergman to jej jedyny atut w tym filmie, bo Kinski całą rolę ciągnęła z miną i tonem sierotki Marysi i nawet w najbardziej dramatycznych momentach nie była w stanie wykrzesać z siebie więcej emocji. Nie wiem, czy był to pomysł reżysera na postać, czy może Kinski była tak skupiona na perfekcyjnym angielskim akcencie, że nie była w stanie wysilić się na bardziej dramatyczną grę aktorską. W czasie seansu przyszło mi do głowy, że znacznie lepiej w tej roli sprawdziłaby się Isabelle Adjani.
Chyba będę musiała się zaczaić na miniserial z Gemmą Arterton, kiedyś mi się rzucił w oczy przy przeglądaniu programu TV.