NY 1862 rok. Syn dawnego przywódcy niegdyś potężnej irlandzkiej bandy przybywa do miasta, by zemścić się na Billu Rzeźniku, zabójcy ojca i szarej eminencji robotniczej dzielnicy Five Points.
Podczas seansu miałam wrażenie, że Scorsese tak bardzo chciał nakręcić film o mrocznej stronie XIX-wiecznego Nowego Jorku, kontrastujący z wyrafinowanym światem wyższych sfer z Wieku niewinności (polecam btw, świetny film), że dla pokazania brudu i patologii robotniczych dzielnicy olał nieco fabułę. W pierwszej połowie film sprawia wrażenie, jakby twórcy nie wiedzieli, w którym kierunku poprowadzić historię, generalnie ma się odczucie, że to bardzo przydługi i dość banalny wstęp. Dopiero w momencie wybuchu drugiej wojny między gangami akcja nabiera tempa. Imo Gangi Nowego Jorku lepiej sprawdziłyby się w roli miniserialu.
Świat przedstawiony to największy atut tego filmu.
Historia rodziny obarczonej widmem ojca odsiadującego wyrok. Matka próbuje utrzymać rodzinę, starszy Dawid to troszku łobuz, ale wspiera matkę i przykłada się do swojej juniorskiej kariery sportowej. Problem jest z Michałem, który szykuje się do pierwszej komunii świętej. To on właśnie stawia kłody pod nogami do lepszego rozwoju rodziny, np. sabotuje związek matki z trenerem Dawida. Równocześnie boi się odpowiedzialności i zrzuca to na starszego kochającego brata. Obaj są ze sobą bardzo zżyci.
Czy jest to dobry film? Tak. Głównie dzięki młodym aktorom grających chłopców i rewelacyjnej Agnieszce Grochowskiej. Czy jest to przesadzony film? Tak. Czasem problemy narastają zbyt mocno, z daleka przebrzmiewa lekka beznadzieja, ale na szczęście nie o tym jest ten film.
Nigdy, nawet za dzieciaka, nie śmieszyły czy bawiły mnie te filmy z Terencem Hillem i Budem Spencerem.
Wczoraj mieliśmy seans wyłącznie z Hillem, który grał gliniarza, który w wybuchu atomowym zyskuje specjalne moce. Nie chce mi się opisywać, bo to szereg gagów.
Czuję się trochę jak dupek, bo wszystkim się podobał seans, a ja odliczałam minuty do końca. Ale może faktycznie nie mam czutki do tego rodzaju humoru.
Trochę trudno mi ostatecznie zdecydować czy lepszy był film Polańskiego, czy serial. Jak już pisałam, film z '79 miał przepiękne zdjęcia i melancholijny klimat, ale Kinski nie dowiozła głównej roli, co ostatecznie zepsuło mi odbiór dzieła.
Serial to solidna produkcja z czasów, gdy BBC ekranizowało literaturę piękną, a nie woke agendę i właściwie tyle, reżyser nie silił się na większy artyzm. Za to Gemma Arterton o wiele lepiej poradziła sobie w głównej roli, było po niej widać skrajne emocje, jakie targały bohaterką, no i jako hoże dziewczę wizualnie lepiej pasowała do roli córki farmera zahartowanej w ciężkiej harówie na polu, niż delikatna Kinski.
Serial dostępny na CDA premium, a w TV dość często leci na Epic Drama.
Libby budzi się na łodzi, a męża nie ma, za jest mnóstwo krwi i nóż. Kobieta trafia do więzienia za zabójstwo męża. Kilkuletni synek trafia w ręce przyjaciółki. Ale ta niebawem też znika. Libby odkrywa, że jej mąż jednak żyje, upozorował własną śmierć specjalnie.
Po wyjściu z więzienia rusza więc szukając tropów, które doprowadzą ją do męża oraz jej synka. Jej śladem rusza jej kurator, czyli Tommy Lee Jones w "ściganym/ej".
Sprawny akcyjniak i Ashley Judd to plusy. Minusy to zwyczajowość już na dzisiejsze czasy takiej fabuły, dziury scenariuszowe, ale po za tym do obejrzenia.
Po tytule spodziewałem się parodii, ale film okazał się być całkiem niezłym "easternem". Dużo brutalnych scen kontrastujących z zabawnymi gagami. Tempo akcji zwalnia tylko podczas szybkich zwrotów. W tle przewijają się wątki związane z historią regionu.
Kategoria: Akcja / Przygodowy / Sci-Fi / Sztuki walki
Reżyseria: Simon McQuoid
Czas trwania: 1h 56m
Ocena: 9/10
Jestem dużym fanem serii gier Mortal Kombat i dla mnie dowiózł. Ok, parę rzeczy można by było zrobić lepiej, ale jestem usatysfakcjonowany. Kano, Kung Lao i Johny Cage dowożą Poza tym mnóstwo walki, powracające postaci i wątek Jarroda. Lepszy od jedynki.
Obsada: Rosanna Arquette, Jason Robards, Ed Grady, Tom Hulce
Czas trwania: 1h 37min
Ocena: 6/10
Martha Travis to niezwykłe medium. Otoczona nimbem demonicznej sławy, wykorzystuje niecodzienną zdolność w publicznych seansach, w których pośredniczy między światem żywych i "krainą cieni". Rozwiązuje zagadki niewyjaśnionej śmierci, zsyła nieżyjącym pocieszenie. W takcie jednego z seansów "widzi" mordercę i ofiarę. Tym razem jednak nie jest to zwykłe widzenie. Ta zbrodnia bowiem... ma dopiero się wydarzyć.
@ErwinoRommelo Fajna gościówa, siedziałam kiedyś niedaleko niej w kinie.
W Polsce, na festiwalu miała retrospektywę. Zazwyczaj aktorzy/twórcy przyjdą, pogadają przed seansem, idą na kawę i wracają dopiero na Q&A, ale ona została na filmie i płakała, potem wspominała, że super jej się wtedy pracowało i dlatego się wzruszyła, chyba na "Po godzinach".
Pierwsza część nowego Pana Kleksa potrafiła jeszcze obronić się efektem świeżości. Niestety, kontynuacja brutalnie obnaża fakt, że twórcy całkowicie pogubili się we własnej bajce. Wizualny zachwyt minął, a pod warstwą różowej trawy i jaskrawych liści nie zostało absolutnie nic poza scenariuszową pustką. To filmowa tandeta, która zamiast magii serwuje widzowi potężne rozczarowanie.
To, co w jedynce cieszyło oko – jak słonie na szczudłach czy baśniowa kolorystyka – w sequelu zwyczajnie się przejadło i zaczęło nużyć. Najbardziej ucierpiała jednak sama postać Ambrożego. Zamiast charyzmatycznego, ekscentrycznego profesora dostaliśmy jakiegoś cipowatego, irytującego faceta, na którego aż przykro się patrzy. Aktorsko film leży na łopatkach, a scenariusz jest tak koszmarnie debilny, że momentami obraża inteligencję widza.
Mimo wszechobecnej tandety, w tym filmowym chaosie trafiają się nieliczne momenty, które ratują seans przed całkowitą katastrofą, a mowa tu porządnym (w miarę możliwości) czarnym charakterze Filipie Golarz – grany przez Janusza Rewińskiego – który pojawia się na ekranie na zaledwie 10-15 minut, ale jako jedyna postać „z krwią i kośćmi” sprawia, że ten film w ogóle da się dokończyć. Obok niego błyszczy Piotr Fronczewski, który reprezentuje klasę samą w sobie; jego głos ma taką magię, że mógłby czytać książkę telefoniczną (przy okazji – wszystkiego najlepszego z okazji niedawnych 80. urodzin!), a całość dopełniają udane, nostalgiczne mrugnięcia okiem do widza, takie jak Kasia Figura wspominająca kultowy „Pociąg do Hollywood” czy Marcin Najman paradujący w swojej legendarnej niebieskiej kurtce ze słynnego mema.
Twórcy chyba sami nie wiedzieli, do kogo kierują to "dzieło". Jeśli dla małych dzieci – chaos i głupota mogłyby jeszcze przejść jako „kolorowy szum”. Jeśli jednak dla dorosłych szukających nostalgii, to film szoruje po dnie.
Najlepszym podsumowaniem tego dramatu jest finałowa „walka o bajki”. Przesłanie było piękne i potrzebne – książki i wyobraźnia ponad smartfony. Ale wykonanie? Matko Boska... Brakowało tu jakiejkolwiek dynamiki. Zamiast nudnego dreptania, twórcy mogli pójść na całość w styl Harry'ego Pottera, podkręcić tempo i rzucić jakieś widowiskowe czary. Zamiast tego dostaliśmy bezpłciowe widowisko, które potwornie marnuje kultową opowieść Brzechwy.
Ocena: 2/10 (Wyróżnienie wyłącznie za niesłabnącą magię głosu Fronczewskiego, słonie na szczudłach i resztki różowej trawy z pierwszej części). Pozostaje tylko mieć nadzieję, że budżet państwa nie dołożył do tego ani złotówki.
a całość dopełniają udane, nostalgiczne mrugnięcia okiem do widza, takie jak Kasia Figura wspominająca kultowy „Pociąg do Hollywood” czy Marcin Najman paradujący w swojej legendarnej niebieskiej kurtce ze słynnego mema.
Najman w Panie Kleksie. A myślałem, że po Tryumfie Pana Kleksa, gdzie główną rolę zagrał Jakimowicz to nic mnie w tej serii już nie zdziwi. W tygodniu odpalę paździerzolot i zmierzę się z kuriozum.
@BapitanKomba Najman jest na ekranie prze 5 sekund. Tylko stoi w przejściu pomiędzy wagonami czy coś takiego. Słowem się nie odzywa. Kasia Figura i jej żart z samej siebie bardzo fajny, choć tylko dla starszego widza bo, który <30 latek kojarzy "Pociąg do Hollywood"?
Ale oceny słabawe w necie, a pan Kawulski tak się starał być nowym Tarantino.
Jednak te poniżej 5/10 wydają mi się nieco niesprawiedliwe - szczególnie krytycy plują na ten film jakby musieli obejrzeć najgorszy film tego świata i to źle o nich świadczy tylko, że nie oglądają gorszych filmów, choćby po to by wyrobić sobie skalę. Krytyk, który boi się złych filmów potem ocenia takiego średniaka jakby musiał jeść kożuchy z mleka.
Dość o tym. Czas na moje notowania filmu "Dziki".
Możliwe, że nastrojona złymi ocenami i recenzją znajomego (3/10 dał) nie byłam pozytywnie nastawiona, ale wystarczająco ciekawa by to obejrzeć, nie żałuję, bo film dał mi fun. W każdym razie miło się rozczarowałam.
Sama historia nawet zacna - młody chłopiec wychowujący się w dziczy zostaje znaleziony przez ubogiego szlachcica. Wraz z zielarką próbują go trochę ucywilizować, ale dopiero banda, takich porzuconych dzieciaków jak on, wyciągnie z niego trochę człowieka.
Lata mijają a nasi młodzi zbójce napadają na watykańskich kurierów i kradną papieskie insygnia. Do Karpat przybywa inkwizytor by odzyskać skradzione mienie, ale jak się okazuje, nie tyle co mu zależy na robocie, a na dokładaniu drewna do pieca swojej psychopatyczności. W tej roli Sebastian Fabijański, który tak mocno przerysowuje swoją postać, że nie pozostaje nic innego jak to zaakceptować i dobrze się bawić jego występem.
Daleko Kawulskiemu do bycia real director, to raczej pasjonat, i ok, można wiele przez to wybaczyć, ale ktoś gdzieś trafnie napisał, że powinien szukać reżyserów a sam zająć się produkcją.
Tutaj podziurawiony scenariusz, poszatkowaną akcję i drętwe dialogi ratuje realizacja - i ta jest akurat TOP.
Piękne Karpaty, ujęcia, ładne perspektywy, pokazanie walk i ogólnie zbliżenia i panoramy - widać, że film był kręcony pod duży ekran. Sam montaż mi nie przeszkadzał, ale jam dziewczyna wychowana na teledyskach 90. MTV.
Na pewno realizacyjnie został wykorzystany potencjał i to moim zdaniem też warto docenić, szczególnie w polskim kinie, które już wiele lat temu porzuciło wysokobudżetowość filmowych projektów. Do powstania z kolan trzeba było takiego "wizjonera" jak Kawul - można się z niego śmiać, ale on przynajmniej próbuje pchać polski mainstream w coś innego niż franczyza vide Vega.
Stąd moja wysoka ocena, podobała mi się też charakteryzacja, kostiumy, ale w sensie zdjęciowym ten film wyciąga ocenę na maksa, trochę ubolewam nad fabułą i kwestiami dialogowymi - to nie jest niestety casus Avatara, gdzie prostolinijna fabuła i nadęte teksty współgrają z fenomenalnym obrazem.
Młody syn wodza Wikingów poprzysięga zemstę na mordercy swojego ojca.
Film, którego głównym motywem jest zemsta oraz nieuchronność losu, który został już każdemu zapisany. Elementy fantastyczne zaczerpnięte z folkloru ludów północy są tu mocno obecne i mają wpływ na rozgrywające się wydarzenia. Obraz jest brutalny i bardzo w tej brutalności dosadny. Jest sporo ciekawych ujęć, kilka fajnych pomysłów, ale ogólnie mogło być chyba lepiej, bo nie byłem w stanie wczuć się tak bardzo, jakbym chciał. Nie wiem, czy to kwestia aktorów, którzy nie do końca pasowali mi do odgrywanych ról, czy też antyklimatyczne miejsce akcji drugiego i trzeciego aktu, ale nie mogłem złapać odpowiedniego rytmu. I tak szanuję Eggersa za to, co robi, więc będę mu dalej kibicować. Polecam tym, którzy lubią nieco odjechane historie i są odporni na duże dawki przemocy.
Fun fact: Pewnie ze względu na skalę filmu Eggers nie miał decydującego słowa przy końcowym montażu i musiał dodatkowo wprowadzić kilka zmian w trakcie post-produkcji, które zostały wymuszone przez studio filmowe. Mimo to ostatecznie wyraził swoje zadowolenie z ostatecznego kształtu obrazu.
Mam sentyment do takiego nieudolnego kina, więc ocena trochę na wyrost. Myślałam, że to będzie coś pokroju "Becky" - ale nie, to nawet nie stało obok, brakuje nie jednego sznytu, ale kilku. To po prostu dzieło wybrakowane.
Mildred Moyer ma strasznie długo nos, przez co jest obiektem drwin w pracy i nie tylko. Będąc zaledwie biedną stażystką poniżaną przez współpracowników, postanawia udać się do "podziemia", bo tylko tam koleś, popijając alko cały czas, może za tanioszkę zrobić jej operację plastyczną.
Jednak to nie stan upojenia doprowadzi do tragedii ale wtargnięcie gangusów, którzy chcą odzyskać hajs od naszego undergoundowego doktorka. Mildred budzi się więc na stole bez nosa.
Nie pozostaje jej nic innego, zakłada maskę i rusza na rzeź - zemścić się krwawo na wszystkich, który kiedykolwiek jej dokuczali.
To jest lowbudget ostro i mimo, że lecą tam czasem śmieszne one-linery to nie są śmieszne, albo są śmieszne rzadko - zdjęcia i aktorstwo rujnuje jakiekolwiek pozytywne rzeczy. To film z kategorii złych, ale nie tak złych, że aż dobrych - ale dość blisko.
Dla takich masochistów jak ja.
Dostępne na Prime, druga część też jest. Też obejrzę.
@Spleen no ja jestem mocno tolerancyjna w ostatnich latach, chyba żadnemu filmowi nie wystawiłam 1/10 a 2/10 to rzadkość też.
Tutaj 4/10 bo sama się wdepnęłam w to gunwo, i widziałam jak będzie, ale parę razy prychnęłam śmiechem lekko no i było sporo krwi i pasował mi drzemiący pod powierzchnią absurd owej historii. Tylko nie zgrało się to realizacyjnie, chociaż są tacy, co lubią takie niskobudżetowe amatorszczyzny.
Psychiatra próbuje pomóc młodemu mężczyźnie, który chce popełnić samobójstwo. Z czasem okaże się, że historia jest bardziej pogmatwana i sam nasz główny bohater nie wie co jest rzeczywistością, a co nie.
I dzięki temu oglądamy zapatrzeni co tu się odjaniepawla, śledząc tropy, szukając symboli, wiążąc te fakty, które można powiązać,
I chyba dopiero końcówka mi rozwaliła to wszystko - podejrzewałam, że tak się skończy od samego początku, ale miałam nadzieję, że może to wszystko jest właśnie dla widza, ale nie - to było płytkie zagranie.
Obsada:Patrick Dempsey, Ben Kingsley, Julie Delpy, Julie Delpy, Eddie Marsan
Czas trwania: 1h 27min
Ocena: 7/10
Rosja, XIX wiek. Historia byłego studenta prawa Rodii Raskolnikowa, który pewnego dnia w Petersburgu zabija siekierą starą lichwiarkę Alonę Iwanownę, "wesz bezużyteczną i plugawą", oraz jej siostrę.
Łatwiejszy w odbiorze niż książka. Jak a nisko budżetową produkcje telewizja całkiem fajnie wypadł.
Jak dobrze pamiętam to ostatnia moja ocena tego filmu to 10/10, więc trochę spadło.
Wciąż jednak jest to jeden z moich ulubionych filmów ever - to bez zmian.
Przygody Sary Connor i Kyle'a z przyszłości to zarazem piękna choć krótka relacja, której skutkiem będzie nowy lider wielkiej rewolucji w przyszłości. Tymczasem z przyszłości przybywa też potężna maszyna T-800, która ma za cel zabicie Sary.
Bardzo ciekawa jest konstrukcja filmu, która po krótkim wprowadzeniu pokazuje nam rzeczywistość dotychczasowego świata Sary - kijowa praca, znajomi, ot zwykłe życie młodych ludzi bez większych perspektyw. Jak się domyślamy życie dziewczyny zmieni się za chwilę diametralnie i nagle wpadniemy w nową rzeczywistość - wielkiego strachu i ucieczki przez śmiertelnym zagrożeniem.
Niesamowite jak dobry to wciąż film i choćby nakręcili tysiąc terminatorów to już żadna część nie odda tego niepowtarzalnego klimatu z pierwszej części.
Po paździerzowej części trzeci to nawet była miła odmiana, Czwarta część przygód Cenobitów w piekle i na ziemskim padole, wróć! Tym razem Cenobici trafiają do kosmosu.
Ogólnie ta część serii to tak naprawdę trzy opowieści: o pierwotnym zabawkarzu L'Merchancie, który konstruuje specjalną kotkę na zamówienie, która staje się portalem do piekła. Od tego momentu ród zabawkarza na zawsze zostanie związany z piekłem i Cenobitami.
Druga opowiastka to już lata 90. Potomek rodu mierzy się ze strażnikami kostki oraz z demonem, ukrytym w ciele ponętnej kobiety.
A trzeba opowieść to już przyszłość - ostatni z rodu postanawia przygotować ze swojego statku kosmicznego pułapkę, która raz na zawsze zamknie portal do piekieł.
W sumie nawet brzmi klawo, jest ciekawie, fajne historyjki, jakby wszystko grało, a jednak czegoś brakowało, czegoś co by trzymało widza za ryj, kazało mu czekać z niecierpliwością na kolejne losy bohaterów. Ale duch ledwo wisi nad tym dziełem, i mimo ciekawych pomysłów - bardzo łatwo zapomnieć o tym tytule już na drugi dzień.
Dokument o Łukasz Podolskim - dumie niemieckiej Kolonii.
Charyzma Podolskiego zaprowadza nas w różne rejony jego życia - jak się żyło i dorastało w Niemczech, jak wyglądały początki jego kariery, wszystko to przeplatane motywami z dzisiejszych czasów - gdy Łukasz mieszka już w Polsce i gra w Górniku Zabrze.
Nad wciąć mocno aktywnym 40-latkiem wisi widmo emerytury, ale widać, że nie jest mu spieszno opuścić boisko. I zapewne nie stanie się to jeszcze, skoro Górnik wygrał teraz Puchar Polski, a sam Poldi przejął klub.
Dużą zasługą oglądalności tego dokumentu jest humor i charyzma Podolskiego. To prosty koleś, z mocnym nastawieniem na rodzinę, ale jeszcze mocniejszym na piłkę nożną. Widać, że to jego życie i nie przeszkadza mu, że nie zrobił aż takiej wielkiej kariery jak Ronaldo czy Messi.
Jego prawdziwym domem zostanie zapewne do końca Kolonia - tam jednak dorastał i tam rozpoczęła się jego wielka kariera, do dziś jest tam traktowany niczym bóg. Ale miło, że Poldi postanowił na koniec osiedlić się na Śląsku i postawić klub na nogi.
Miło się oglądało, nawet nie trzeba być fanem futbolu, po prostu ciekawie zobaczyć jak wygląda życie polskiego imigranta w Niemczech, jak te dwie różne tożsamości złożyły się na całość jako człowieka.