Piękna historia z wielkim rozmachem. Główny bohater, karłowaty rzeźbiarz z wybitnym talentem, opowiada historię swojego życia, a w tle przepaść klasowa, wielka historia XX-wiecznych Włoch, sztuka, trudna relacja gdzieś między miłością a przyjaźnią, wzloty i upadki, twarde charaktery i oryginalne postacie, a wszystko opisane pięknym, subtelnym językiem i wypełnione mnóstwem emocji.
Kaede opiekuje się swoim dziadkiem, który wcześniej był szanowanym dyrektorem szkoły i miłośnikiem kryminałów, jednak teraz ma demencję i halucynacje. Halucynacje te pomagają mu rozwiązywać całkowicie rzeczywiste zagadki kryminalne, na które natrafia w swoim - jakże ciekawym - życiu jego wnuczka.
Sięgnęłam po tę książkę nawet pomimo okładki i sam początek był całkiem niezły. Potem było gorzej, a na zakończenie najlepiej spuścić zasłonę milczenia.
Zagadki były bardzo naciągane, wątek miłosny był mdły, nawet wychwalana w wielu recenzjach relacja między Kaede i dziadkiem była dla mnie kompletnie papierowa. Bohaterowie opowiadając o swoich zainteresowaniach mówili jakby recytowali wyuczoną lekcję, a fragmenty o demencji i opiece nad seniorami brzmiały jakby ktoś przepisał po prostu broszurkę informacyjną ze szpitala.
Nie polecam!
Czytelnicze bingo: Kryminał bez klasycznego detektywa
Książka to zbiór tekstów autora z lat 90. Ilustrowane są one zdjęciami Witolda Krassowskiego. Chociaż uczciwie trzeba przyznać że nie zawsze dokładnie pokrywają się z tekstem, ale i tak są bardzo dobre.
Uwielbiam styl Szczygła. Nawet jak pisze o rzeczach teoretycznie poważnych to gdzieś tam ciągle czai się lekka nuta absurdu i ironii. Czasami nawet zalatuje Bareją. No świetnie się to czyta. A same tematy które porusza też bardzo ciekawe. Polska lat 90 i próba poradzenia sobie w nowej rzeczywistości. Od zwolnionych pracowników Elwro, ogłoszenia z prasy, telefony do radia, Disco Polo, Onanizm Polski, piramidy finansowe MLM, po Licheń. Można wczuć się w klimat tamtych czasów ale bez popadania zbytnio w standardowy bród i biedę.
Tytuł: Życie. Fascynująca podróż przez 4 miliardy lat
Autor: Juan Luis Arsuaga
Kategoria: popularnonaukowa
Wydawnictwo: Znak
Format: papierowa
ISBN: 9788324060214
Liczba stron: 600
Ocena: 7/10
Przygodę z książkami Arsuagi rozpocząłem od tej książki i... tą książką skończyłem ten cykl, czytając ją na raty. No ale wczoraj późnym wieczorem się udało. Nie będę rozpisywać się za bardzo nad zaletami, książka pod względem merytorycznym niczym nie ustępuje "Ciału. Arcydzieło siedmiu milionów lat ewolucji" (recenzja) czy też "Życiu i śmierci. Wielkiej księdze pytań" (recenzja). W porównaniu do "Ciała" nie ma porównań anatomii ludzkiej do sztuki. Ot czysta książka popularnonaukowa o powstawaniu życia na Ziemi i człowieka, z dołączonymi opiniami światowych ewolucjonistów i komentarzami autora, po czyjej stronie się opowiada. Jeśli ktoś szuka tutaj całych rozdziałów o dinozaurach to się rozczaruje, autor większą część książki traktuje o człowieku. Książka warta polecenia osobom interesującym się biologią oraz wszystkim, którzy mają ochotę spalić na stosie wszystkich kreacjonistów i innych przeciwników nauki.
Jak poprzednio parę ciekawostek z notatek, które robiłem sobie podczas lektury:
* XX-wiecznym chadem wśród paleontologów był George Gaylord Simpson, który jednym tekstem zgasił tysiące naukowców zastanawiających się, jacy będą kosmici. Simpson stwierdził, że liczba czynników, które z pierwszej komórki ewoluowały do postaci człowieka jest tak wielka, że prawdopodobieństwo wystąpienia zielonych ludzików jest w zasadzie zerowa;
* mamy trzy typy ssaków: torbacze, łożyskowce i stekowce (znoszące jaja). Niby to wiedza na poziomie gimnazjum, ale zapomniałem o istnieniu dziobaków;
* badania potwierdziły, że człowiek jest w stanie znieść o wiele większy ból fizyczny dla kibiców swojej drużyny niż kibiców drużyny przeciwnej [tu autor ugryzł się w język i wyciąg dygresję o Karolu Nawrockim]
* biomasa ssaków rozkłada się z grubsza następująco: 36% ludzie, 60% zwierzęta domowe, w większości świnie i bydło, 4% pozostałe ssaki. Biomasa ptaków domowych (kury, gęsi, kaczki) stanowi trzykrotność biomasy ptaków dzikich. Spośród biomasy wszystkich zwierząt stawonogi stanowią jej połowę. Ludzie i zwierzęta hodowlane - 8%;
* przez lata uczono w szkołach, że lewa półkula mózgu odpowiada za nauki ścisłe, a prawa za artystyczne. Później ten pogląd wycofano. A według najnowszych badań podział na półkulę ścisłą i kreatywną w zasadzie istnieje tylko nie jest, nomen omen, ścisły i obie półkule mogą w pojedynczych polach wykonywać zadania domyśłnie przypisywane drugiej.
Numer poświęcony fantastyce religijnej, a że z religią mi nie po drodze, to przyznam, że taka tematyka niekoniecznie mi leży. Jednakże nie zniechęcam się i każdy numer czytam od początku do końca.
Jak zawsze dużym plusem jest felieton Łukasza Orbitowskiego o różnych horrorowych filmach. Co prawda nie zawsze podchodzą mi proponowane przez niego tytuły, ale dzięki niemu trafiłem chociażby na „Goście” z 2022 roku - film ten uważam za jeden z lepszych horrorów, jakie widziałem, ponieważ był bardzo przyziemny.
Z opowiadań do gustu przypadły mi te najbardziej humorystyczne.
Najprzyjemniej czytało mi się „Nie samym chlebem” Davide'a Camparsiego. Bóg postanowił pojawić się na Ziemi we własnej osobie oraz pokazać wszystkim, że niezły z niego dowcipniś. Początkowy humor z czasem przeszedł w trochę mroczniejsze tony - tak myślałem, że niektórzy mogą mieć wiele zarzutów wobec Boga, który według nich pewnie często zachowuje się niesprawiedliwie. W tym i główny bohater, który podczas uroczystej kolacji przygotowanej przez jego mamę, osobiście miał okazję powiedzieć Stwórcy, co mu leży na sercu.
Świetny jest także „Konwent fantastyczny” Andrzeja Miszczaka, który kojarzy mi się ze starszymi utworami pełnego absurdu. Tutaj główny bohater, niespełniony pisarz, trafia na grupkę mężczyzn opowiadających sobie nawzajem niestworzone historie, które przeżyli w przestrzeni kosmicznej. Poprosili głównego bohatera o zdecydowanie, która opowieść jest najlepsza, a ten uznał ich po prostu za wariatów. Autor nawiązuje do Lema, chociażby przez nazwę nagrody.
Kolejnym ciekawym tekstem jest opowiadanie Switłany Taratoriny „Życie Marii i Olgi. Apokryf nowego świata”. Niejednoznaczne, trochę kojarzące się z „Seksmisją”. W świecie, w którym żyje Olga, istnieją tylko kobiety, a przynajmniej same tak twierdzą. Czasem jednak rodzą się (zapłodnienie wydarza się poprzez wejście w Jamę Życia) dziewczynki z męskimi genitaliami, które oczywiście są ucinane jako oznaka deformacji. Z czasem widoczna na niebie kometa przypomina kobietom o Wrogu - Olga postanawia zapobiec katastrofie i odkrywa tajemnicę ich pochodzenia.
Ten numer pokazał mi, że można znaleźć coś ciekawego w nieszczególnie interesującej mnie tematyce.
Z jednej strony mam to co chciałem, czyli mniej metafizyki, ale za to w to miejsce mamy jakieś niezrozumiałe intrygi.
Książka stara się dawać wszystkie odpowiedzi tak jakoś jakby na pół gwizdka, żeby przypadkiem czytelnik nie miał czarno na białym tego co się dzieje. I nie chodzi mi o to, że sekrety pozostają sekretami, nie. Po prostu główny bohater coś nagle odkrywa, ale przedstawia to w taki sposób, że czytelnik nie ma jak wyciągnąć pełni spostrzeżenia, a inni bohaterowie tylko kiwają głowami że ten miał racje.
To, połączone z wieloma wątkami politycznymi ciągniętymi naraz daje pewne uczucie zagubienia.
Liczyłem też na pociągnięcie wątku rozpoczętego na ostatnich stronach poprzedniej książki, niestety sprawa została zamieciona pod dywan o jeden tom.
Tytułowa historia Czarnych Noży robi się ciekawa dopiero w 2/3 książki, jak odrzucimy myśl "Boże a co mnie to obchodzi pchnijcie fabułe współczesną". Ah, współczesną bo książka przeskakuje między dwoma liniami czasowymi.
To dlaczego siedem?
Bo pomijając niespełnione oczekiwania i niepełne odpowiedzi to akcja ponownie jest świetna. Cain jest Cainem w pełni, mimo 5 dyszek na karku potrafi zaskoczyć sprawnością i robi to wielokrotnie. Gdybym nie oczekiwał popchnięcia jednego wątku to dałbym 8. Historia jest zagmatwana ale jest w niej bardzo dużo Caina w pełnej okazałości.
@TomAsh Mi zostało tylko Prawo Caina ale chciałem sobie zrobić krótką przerwę i dokończyć serie Autostopem przez galaktykę :p
Ale tak, pierwsza część to minimum 10/10, złoto :D
[SPOILERY]
Może umiesz mi powiedzieć o co do cholery chodzi z tym ślepym bogiem? Dlaczego nagle część postaci dostaje pierdolca i trafia do jakiegoś kolektywu? Skąd on to wziął? I jeśli to nie jest halucynacja (a chyba nie jest) to rozumiem że "ziemia" z książki jest jakimś innym settingsem niż nasza ziemia, bo posiada jakichś dziwnych bogów zbiorowej świadomości? I nawet jeśli tak, to po co właściwie ten bóg zrekrutował Arturto Kollberga, przecież to tłusta kupa śmieci :v I dlaczego rada mówiła że dla niego pracuje xD Cały ten wątek zepsuł mi odbiór serii mocno xd
Nie wiem, jak to się stało, ale to moje pierwsze podejście do Murakamiego.
Sięgnąłem po tę powieść, bo podobnie jak Toru Watanabe (narrator i główny bohater) w pierwszej scenie, mam 37 lat i coraz częściej wracam do lat młodzieńczych, próbując zrozumieć, co z tych wspomnień zostanie ze mną na zawsze. Murakami proponuje właśnie taką podróż wstecz: do Tokio lat 60., do samobójstwa Kizukiego, cichej Naoko i żywiołowej Midori, do akademika, sanatorium w górach, bibliotek i rozmów, w których zwykle ważniejsze są chwile ciszy niż deklaracje. Narrator stoi jakby obok własnego życia, rzadko unosi głos i ta jego "nieobecna obecność" jest kluczem do odbioru całej książki.
To, co działa, to cierpliwa, realistyczna obserwacja dorastania do żałoby i bliskości. Murakami rezygnuje z metafizycznych fajerwerków i zostawia nas z obrazami: spacer, zapach deszczu, piosenka, która otwiera szuflady pamięci. Dzięki temu książka łatwo uruchamia własne wspomnienia - narrator nie pcha się na pierwszy plan, raczej słucha, a my razem z nim słyszymy pęknięcia w cudzych zdaniach. Atmosfera Tokio pulsuje w tle protestami i zmianą obyczajów, ale w pierwszym planie zostaje intymność: kruchość Naoko, dojrzałość Reiko, nieporadność Toru, który próbuje być uczciwy wobec innych i siebie. Wątki związane ze zdrowiem psychicznym podane są bez patosu, z czułością i bez literackiego heroizmu, co buduje rzadką wiarygodność.
Nie działa za to to samo, co bywa atutem: chłód i dystans Toru potrafią odsunąć czytelnika o krok za daleko. Bywają fragmenty, w których emocjonalna rezerwa narratora przestaje być narzędziem opowieści, a staje się barierą. Chciałoby się poczuć odrobinę głębi, a dostaje się kolejną warstwę ciszy. Kobiece postaci, choć zapadają w pamięć, momentami są ustawione zbyt kontrastowo (kruchość kontra żywioł), przez co tracą półcienie. Rytm rozbijają też powracające sceny erotyczne: zamiast podbijać napięcie, spłaszczają je i na chwilę wytrącają z subtelnego tonu całości. Szczególnie, że większość z nich jest jednak niezręczna i pokazująca, że ten aspekt życia Toru nie był całkiem udany.
Norwegian Wood to spokojna, uczciwa powieść o stracie, pamięci i dorastaniu do milczenia. Nie porwała mnie na poziomie emocjonalnego burzy mózgów, ale trafiła w mój moment życia i za tę cichą zgodność czasu i tematu daję 7/10.
Jeśli szukasz historii, która nie narzuca się z tezą, tylko stwarza przestrzeń i jest kluczem do powrotu do własnych wspomnień, to w tym jest to świetna książka.
Osobisty licznik: 23/128
#czytelniczebingo (23/25) - pole 8 - Książka autora z Dalekiego Wschodu
Przerwa od Zajdla okazała się dłuższa niż powinna, ale wreszcie przyszła pora na kolejną jego książkę. Co ciekawe, okazała się ona zupełnie inna od obrazu, który sobie na jej temat wydumałem, ale to nieistotne.
Poznajemy świat - a raczej jego wycinek, który na dobrą sprawę może stanowić godną reprezentację reszty planety - Argoland oraz głównego bohatera - wybitnego liftera, człowieka diablo inteligentnego, lubiącego dostatnie życie - Adiego Cherrysona, znanego szerzej jako Sneer. Obok niego odrobinę "czasu antenowego" otrzymuje dwóch osobników: niejaki Filip - dosłownie na scenę-dwie - oraz Karl Pron, którego tyczą się już bardziej złożone i istotne dla fabuły kwestie.
Generalnie przez większość książki obserwujemy funkcjonowanie tej niekoniecznie legalnej strony aglomeracji, choć przebłyski normalności i zwykłości również się pojawiają; poznajemy podstawy świata przedstawionego, czyli m.in. system klasowy wraz z jego konsekwencjami, przyswajamy informacje o ówczesnej technologii oraz masę slangowych pojęć na zjawiska i zawody, które znalazły swoją dosyć istotną niszę w społeczeństwie. Kreacja świata może się wydawać na pierwszy rzut oka prosta w założeniach, jednakże zadaje temu kłam stworzenie żywej sieci zależności, gdzie wiele włókien wzajemnie ze sobą oddziałuje, a społeczeństwo pozornie ewoluuje. Czasami można odnieść wrażenie, że to nie ludzie swoją inteligencją definiują przyznawaną im klasę, a raczej klasa poniekąd określa ich potencjał.
Przez jakiś czas można trwać w założeniu, jakoby przekazem książki było coś w stylu "nieważne, jak idealny i dopracowany może w założeniach i przewidywaniach wydawać się projekt niebagatelnego kalibru (w tym wypadku dążenie do właściwie samowystarczalnej aglomeracji i wolnego społeczeństwa), koniec końców zawsze uda się w nim znaleźć nieprzewidywalne luki (tutaj prawnie i moralnie wątpliwe procedery, które są jednak tolerowane właściwie przez wszystkich, łącznie z władzą)". Jednakże wydarzenia w końcowej fazie historii wywracają to wszystko do góry nogami lub przynajmniej każą spojrzeć na sytuację z odmiennej perspektywy, która nie wykluczy, a jedynie wzbogaci pierwotne założenie.
Nawet jeżeli książka nie rozniosła mnie, tak jak się tego poniekąd spodziewałem, tak jednak dalej stanowi doprawdy solidny kawałek socjologicznej fantastyki, zajmujący i skłaniający do zastanowienia. Bez wątpienia pominąłem jakieś istotne kwestie warte wspomnienia, jednakże nawet bez nich mogę bezsprzecznie do sięgnięcia po tę pozycję zachęcić.
Ciąg dalszy "przygód" dziewczyny, która została sprzedana jako prostytutka.
Na początku książki autorka streszcza co się działo w pierwszej części, więc jeśli czytelnik weźmie się od razu za tą część nie będzie zbytnio pogubiony.
W tym tomie nie ma w ogóle wzmianki o autorce tych książek, co ją różni od pierwszej części.
Niektóre opisy w książce są dość "mocne", sceny, których nawet nie idzie sobie wyobrazić. Prawda przeplatana z fikcją. A może jednak czysta prawda? My możemy tylko się zastanawiać.
Męczy mnie brak możliwości oznaczania fragmentów jako spojlery na Hejto. Bo w zasadzie do omówienia tej części (jak i większości poprzednich) trzeba użyć konkretów, a nie ogólności. W ogólności mogę powiedzieć, że pochłonąłem tę część jeszcze szybciej niż tom 1, trochę ciesząc się książką, trochę czekając na straszenie kolejną częścią (której 1 tom już w tym momencie mam skończony od kilku dni).
Może też powinienem robić relacje w momencie ukończenia książki, wówczas moje ogólniki byłyby na pewno lepsze, ale tę akurat kończyłem w trakcie urlopu, a to nie była pora na robienie notatek.
Jeśli dotarłeś(aś) do Rytmu Wojny, to trzeba już dokończyć. Pojawią się nowe zagadki, ale powoli dostajemy też coraz więcej odpowiedzi. Przyznam, że o ile Słowa Światłości i Dawca Przysięgi troszeńkę przymuliły akcję, zostawiając za dużo pytań, o tyle RW jest dużo przyjemniejszy w odbiorze.
W porównaniu do poprzednich robi się trochę dziwna. Najpierw pojawiają się wątki które wyglądają jakby autor miał udar, i one potem są wyjaśniane w jakiś tam sposób, czasem nawet przekonujący! Ale co wymęczyły to nie oddadzą.
Ale za to końcówka podobnie dokokszona jak poprzednie książki, zawiązuje ładnie wątki, trzyba w napięciu ale i jest satysfakcjonująca.
Fabuła i akcja świetnie ale po prostu za dużo jakiejś metafizyki dziwnej. Ja prosty człowiek.
Siódmy tom cyklu Expanse znienacka przenosi akcję o 30 lat do przodu. Jak łatwo się domyślić nasi bohaterowie są już starzy i część z nich marzy już o emeryturze. Tymczasem role się odwracają i Lakonia, kolonia stworzona przez zbuntowane frakcje marsjańskiej armii na jednym z 1300 nowych światów, wykorzystując nowe technologie bazujące na artefaktach pozostawionych przez twórców protomolekuły, rozpoczyna inwazję na Układ Słoneczny.
Jakby tak tę książkę sprowadzić na ziemię i odrzeć z technologii, to w znacznej mierze przypominałaby jakąś opowieść z czasów II wojny światowej dotyczącą okupacji i działań dywersyjnych podziemia. Natomiast mniej więcej w ⅔ książki akcja zaczyna nabierać tempa jak lokomotywa i pod koniec staje się tak emocjonująca, że chce się już dokończyć za jednym posiedzeniem. Ponadto autorom udało się bardzo fajnie zagrać niektórymi bohaterami, ich słabościami i mocnymi stronami, przez co zyskali na autentyczności. Zakończenie oczywiście pozostaje otwarte, więc bez wahania chwytam za tom 8.
#czytelniczebingo - space opera z prawdziwego zdarzenia - jeszcze jak!
Niestety od zamknięcia rozdziału z wolną flotą seria zaczęła zmierzać w złym kierunku. Akcja nie wciąga już tak, postacie nie są tak ciekawe i największy grzech - stała się bardziej fiction niż science, co tak bardzo lubiłem w pierwszych arcach
Tytuł: W masce i bez maski. Wywiad polski na wychodźstwie w czasie II wojny światowej
Autor: Władysław Bułhak
Kategoria: historyczna, popularnonaukowa
Wydawnictwo: Instytut Pamięci Narodowej
Format: papierowa
ISBN: 978-83-8376-659-1
Liczba stron: 415
Ocena: 8/10
Zazwyczaj do książek wydawanych przez IPN podchodzę ostrożnie. Opracowania naukowe jeszcze dają radę, ale wydawnictwa popularnonaukowe to w dużej mierze publikacje, gdzie wyklęty na misiu Wojtku pogania drugiego wyklętego. IPN uczestnicząc w wojenkach politycznych i sprowadzając historię współczesnej do ściery bardzo zaszkodziło. Tym razem biorąc książkę do ręki byłem spokojny i z grusza domyślałem się, że dostanę do ręki rzetelne opracowanie, co do którego nie będę miał zastrzeżeń. Cóż, miałem przyjemność w zeszłym roku poznać autora książki, więc dodatkowej rekomendacji nie potrzebowałem.
To popularnonaukowe opracowanie stanowi syntezę dziejów wywiadu polskiego na wychodźstwie podczas II wojny światowej. Książka jest adresowana do szerokiego grona odbiorców, ale jej poziom jest na tyle wysoki, że w zasadzie dobrze sprawdzi się jako podręcznik akademicki. Autor wykonał sporą pracę, porządkując dotychczasowy stan i uzupełniając go o swoje własne badania (m.in. na temat Kazimierza Leskiego "Bradla", który w naszej popkulturze zapisał się jako szpieg w mundurze generała niemieckiego, podczas gdy faktycznie ubarwiał swoje historie). W pojedynczych miejscach autor pozwala sobie przedstawić swoje stanowisko wobec danej sprawy. Nie jest bezkrytyczny wobec polskiego wywiadu, gdy trzeba zwraca uwagę, że nasz wywiad był słabo dofinansowany, a część wywiadowców popełniała błędy.
Książka jest dobrze wydana, IPN przy wielu moich zastrzeżeniach ma tego plusa, że potrafi umieścić przypisy w prawidłowym miejscu, to jest na dole strony, a nie na sam koniec, by czytelnika nie przerażać.
"Głowa Kasandry" to dla mnie książka, która ma w sobie świetny rdzeń pomysłów, ale forma raz po raz podcina jej skrzydła. Najmocniej działa tu wizja technologii jako systemu-trybunału: czegoś, co nie tylko pomaga ludziom przetrwać, ale wręcz przejmuje prawo do decyzji o przyszłości świata. Kiedy autor wchodzi w ton moralnego dylematu (kto ma nacisnąć przycisk, kto ma decydować za gatunek), robi się gęsto i naprawdę nieprzyjemnie - w dobrym sensie.
Problem w tym, że całość jest dla mnie nierówna. Widać, że książka składa się z opowiadań, które mają różną energię: "Głowa Kasandry" ciągnie całość w górę, bo ma najbardziej nośną stawkę i klimat postkatastroficzny, ale pozostałe części potrafią brzmieć jak szkice/warianty tej samej tezy: technologia wymyka się z rąk, człowiek zostaje wepchnięty w role, a reguły gry są ustawione przeciwko niemu. Czasem wchodzi też trochę technicznej ekspozycji (wyjaśnianie mechanizmów, procedur, parametrów), która spowalnia i osłabia emocjonalny ciężar scen.
Najbardziej zapamiętałem z tej książki nie bohaterów, tylko uczucie osaczenia przez logikę systemu i to jest jej siła. Tyle że jako czytelnik chciałbym, żeby ta siła przekładała się na bardziej satysfakcjonującą narrację: głębsze postacie, mocniejsze domknięcia i mniej wrażenia, że autor czasem bardziej opowiada o idei niż pozwala jej wybrzmieć w fabule.
Mocny koncept "Kasandry" i etyczny ciężar decyzji z gęstym klimatem SF z nutą paranoi i systemowej grozy. Do tego obraz świata po katastrofie, który ma konsekwencje (a nie jest tylko dekoracją). Ale całość obniża nierówność segmentów i wrażenie patchworku, a bohaterowie częściej są nośnikami idei niż pełnoprawnymi postaciami. A na dokładkę miejscami autor zbyt „techniczne” tłumaczy świat kosztem spowalniania i obniżania napięcia.
Osobisty licznik: 22/128
#czytelniczebingo (22/25) - pole 9 - Klasyk fantasy, którego nie przeczytałeś
@kopytakonia ja też jestem, bo zapowidało się na prawdę nieźle i to nie tak, że bawiłem się źle bo mi się podobała, ale momentami czułem się jak na wykładzie
Zobaczyłam tę książkę w katalogu nowości w bibliotece i zainteresował mnie format. Dałam się trochę zbaitować.
Przedmioty, które dobrała autorka, służą jako ilustracja do opisu historii kobiet i ich miejsca w społeczeństwie na przestrzeni lat. Zaczynamy od prehistorii, kończymy zaś na współczesności. Każdy przedmiot przedstawiony jest na czarno-białym zdjęciu (minus, bo autorka czasem mówi o detalach i barwach, których nie widzimy) i poświęcone są mu około 2,5-3 strony tekstu.
I o ile do doboru opisywanych przedmiotów (których w większości nie znałam) i opisania ich historii — a wraz z nią historii kobiet — nie mogę się przyczepić, to, niestety, ta książka ma tę samą wadę, co wiele innych książek z historią kobiet w tle. Autorka rzuca w niej bardzo "zaczepnymi" i tendencyjnymi zdaniami. Bo hurr durr mężczyźni źli, a kobiety uciskane hurr durr. Zawsze sięgając po tego typu książkę mam nadzieję, że tym razem tak nie będzie, i zawsze się zawodzę. Mimo dobrych zamiarów autorki, ma to zupełnie odwrotne działanie, odbiera to przyjemność z czytania i nie mogę z czystym sercem polecić tej pozycji.
Ciekawostka z książki na osłodę: "Przygody Tomka Sawyera" Marka Twaina były pierwszą książką napisaną w całości na maszynie.
@Wrzoo "hurr durr mężczyźni źli, a kobiety uciskane hurr durr" to jest faktycznie bolączka większości książek na ten temat. Zresztą podobnie jest z tematyką rasizmu. Zawsze uciskani czarni i biali jako potwory żądne krwi, gwałtu i gotowi wieszać na szubienicach. Obiektywizm takich pozycji bardzo na tym traci.
Katastrofa smoleńska ujęta w świecie political fiction, z naciskiem na fiction. Cała armia RP przeprowadza niemalże zamach stanu, by wbrew rozkazom ratować pojedynczego GROM-owca, który przeżył katastrofę xD Wszystko podlane wojną służb, podsłuchami, i krwawymi strzelaninami. Z naciskiem na bardzo szczegółowy opis doznanych obrażeń i krwawej miazgi.
Odnoszę wrażenie, że książka ta nie była z nikim konsultowana. Nieistniejące samoloty, nieistniejące sprzęty, zmyślone procedury, sztuczne i pełne patosu dialogi w samym środku walki. Obrzydliwa grafomania. Gdyby nie literówki i powtarzające się (!) błędy ortograficzne, dałbym sobie wmówić, że to książka napisana przez Groka, czy inne czatdżipiti. Autor nie istnieje, wydawnictwo wydało tylko tę jedną książkę xD
Kupiłem na szybkości w dworcowej księgarni, aby czymś zabić czas, czekając na spóźniony pociąg. 18 złotych wyrzucone w błoto. Nawet nie próbuję jej odsprzedawać na OLX, tylko leci od razu do pojemnika na odpady kartonowe.
Po raz ostatni sugerowałem się oceną na lubimyczytać xD
@efceka jak widzę książkę, która na LC ma ponad 1/4 ocen 10/10, to od razu potężnie śmierdzi xD I jeszcze te oceny 10/10 od użytkowników, którzy ocenili tylko tę jedną książkę xDDD
Tytuł: Chiński obwarzanek. Od Tajwanu po Tybet, czyli jak Chiny tworzą imperium
Autor: Michał Lubina
Kategoria: reportaż
Wydawnictwo: Szczeliny
Format: e-book
Liczba stron: 427
Ocena: 7/10
Świetny przewodnik po peryferiach i to dosłownie. Autor buduje opowieść na trafnej metaforze obwarzanka: ośrodek władzy w kontynentalnych Chinach i pierścień regionów, które Pekin musi stale doglądać, dyscyplinować albo uwodzić - od Tajwanu, przez Hongkong i Makau, po Tybet czy Mongolię Wewnętrzną. Dla mnie to porządny zestaw ciekawych informacji o historii, narzędziach wpływu i zmianach ostatnich dekad, podany w formie krótkich, esejowych rozdziałów.
Co w środku? Zamiast jednej tezy, rozbicie każdego z regionów na przypadki. Tajwan jako "najtrudniejszy orzech do zgryzienia", gdzie mieszają się presja militarna, ekonomiczna i informacyjna. Hongkong i Makau jako laboratoria formuły "jedno państwo, dwa systemy" i lekcja, jak szybko marchewka potrafi ustąpić kijowi. Tybet i Xinjiang - kolonizacja osadnicza, infrastruktura, kontrola religii i języka, techno-nadzór. Do tego peryferia zewnętrzne: Morze Południowochińskie, pas BRI - miejsca, gdzie obwarzanek rozciąga się poza granice. Autor sprawnie łączy historię z polityką tu i teraz, podrzuca smaczki, anegdoty, rysuje tło, a nie tylko aktualności.
Klarowny pomysł na całość (pierścień peryferii) i czytelna mapa pojęć, w której łatwo się odnaleźć. Dużo kontekstu historycznego, który wyjaśnia dzisiejsze decyzje Pekinu. Esejowy, ludzki styl - nie trzeba być sinologiem, żeby skumać mechanikę imperium. Brakuje jednak więcej głosów z peryferii (świadectw, cytatów, mikrohistorii, wywiadów) - momentami dominuje perspektywa politologiczna. Na zdecydowany plus jest to, że autor pofatygował się w każdy z rejonów osobiście i spędził tam trochę czasu, więc jest to po części wiedza od środka.
Osobisty licznik: 21/128
#czytelniczebingo (21/25) - pole 15 - Reportaż o kraju, o którym wiedziałeś niewiele
Książka opisuje wspomnienia zawodowe lekarki psychiatry, która po latach pracy w zwykłej przychodni, trafiła do pracy w więzieniu.
Najpierw zakład poprawczy dla nastolatków, potem słynne więzienie Scrubs dla mężczyzn i na końcu największe europejskie więzienie dla kobiet Bronzefield, w którym znalazła swoje przeznaczenie.
Brown opisuje wiele ciężkich, nietypowych i inspirujących historii więźniów. Wydaje się być odpowiednią osobą na swoim stanowisku, nie oceniającą, przejmującą się losem swoich podopiecznych i niosącą im najlepszą możliwą pomoc. Nie jest niespodzianką, że większość skazanych samych jest ofiarami przestępstw, zaniedbań w dzieciństwie, chorych.
Dla wielu z nich więzienie w przeciwieństwie do wolności jest azylem, miejscem bezpiecznym, gdzie dostają potrzebną im opiekę oraz ochroną przed przemocowymi partnerami i narkotykami.
Mimo tragedii opisanych w tej książce, zakończyłam ją z poczuciem, że dla niektórych system zdaje się działać i więzienie okazuje się być tym przełomowym, dobrym początkiem.
Dwie nowele Szulkina w jednej książeczce. Tomik otwiera "Ga Ga - Chwała bohaterom". To rasowe, kosmiczne SF - przynajmniej tak się zaczyna.
"W XXI wieku ludzkość stała się tak bogata i szczęśliwa, że nikt już nie chciał obierać trudnego i ryzykownego zawodu kosmonauty. Dla zaspokojenia odwiecznego człowieczego pędu ku nowym, nieznanym światom znaleziono jednak rozwiązanie. Rozwiązanie społecznie wartościowe i moralnie nieobojętne. A oprócz tego tańsze od wysyłania w kosmos kosztownych automatów... I tak próżnia wypełniła się wysłannikami ludzkości przepełniającymi pełnym nadziei gwarem kosmiczne krążowniki penitencjarne."
W utworze śledzimy losy Scope'a, jednego z więźniów, który zostaje wysłany z misją odkrycia nowej planety i objęcia jej w imię wspólnoty narodów. Ląduje na planecie Australia-458, gdzie zostaje obwołany bohaterem i ugoszczony ze wszystkimi udogodnieniami. Szybko jednak okazuje się, że bohater w naszym i ich rozumieniu ma jednak zupełnie inne "obowiązki". Rewelacja, zarówno fabularnie jak i przede wszystkim pod względem klimatu. Utwór jest brudny, duszny i śmierdzący. Atmosfera rozkładu wylewa się z każdej strony, porywając czytelnika swoim turpizmem. Widać tu duże nawiązania do schyłku PRL, ustroju w którym wszyscy są szczęśliwi choć nic nie mają, ale z zachwytem patrzą na zachód. Pochłania się kolejne strony z zapartym tchem, coraz szerzej otwierając oczy ze zdumienia nad kolejnymi, coraz bardziej absurdalnymi i groteskowymi pomysłami autora. Wczoraj oglądaliśmy też z różową ekranizację (bardzo wierną książce a co za obsada!), różowa zerkając jednym okiem, stwierdziła że dla pełni doznań w sali kinowej powinni rozpylać lizol xD.
Jeżeli "Ga Ga" jest absurdalny i groteskowy to nie wiem jak określić "Szpital". Co tam się dzieje to głowa mała czysta abstrakcja i surrealizm, po stronach ganiają się krasnale, Indianie budujący podkop i wieloryby popełniające rytualne samobójstwo. Zaczyna się w miarę niewinnie - w Wigilię sanitariusze zabierają do karetki pacjenta. Rychło się jednak okazuje że karetka zostaje wynajęta w charakterze obwoźnego wozu z mięsem, więc sanitariusze z naszym pacjentem muszą poczekać przed blokiem. Przymusowa przerwa staje się przyczynkiem do poznania szeregu rozmaitych dziwnych postaci i zgrubnego nakreślenia sytuacji ogólnej. Cechą wspólną z poprzednim utworem jest schyłek PRLu, choć tu klimat jest zupełnie inny, bardziej końca pewnej epoki, przepełniony oczekiwaniem na coś co musi się w końcu stać, choć nikt nie wie kiedy.
Była to szalona podróż, nie zapomnę jej nigdy. Zdecydowania warto zapoznać się z twórczością tego autora.
Kiedyś oglądałem przypadkiem film (bo pewnie wybór był niewielki na dwóch kanałach). Powiem szczerze, że klimat pamiętam do dziś. Na pewno jakieś szaleństwo i zepsucie. Nie wiem dlaczego kojarzy mi się z PRL, czy tylko przez czasy w których powstał, czy też mentalność bohaterów.