Historia trzech rozrabiaków, którzy na wakacjach bawią się w detektywów, starają się rozwiązać zagadki i rozpracowywać domniemanych przestępców. Myślałem, że mnie bardziej wynudzi, a jednak było dość ciekawie. Z młodym dobrze się bawiliśmy przy lekturze.
#czytelniczebingo 9/25 - Książka starsza od ciebie
@l__p jako dziecko uwielbiałem książki Bahdaja, co prawda był daleko za Niziurskim, ale dalej w topce... aleś mi wspomnienia przywołał. Niech mi chłopaki podrosną to będę im czytał
@bojowonastawionaowca kazał w ramach #zimowewyzwania przeczytać książkę, to przeczytałem ostatni tom pieśni lodu i ognia, bo "Wichrów zimy" się nie doczekamy xD
Ten tom podobał mi się najmniej z całego cyklu. Historia ciągnie się jak guma do żucia, aby zakończyć się na kilku cliffhangerach. Jedynie wątek Tyriona, mojego ulubionego bohatera, trzymał super poziom.
Trzeci tom przygód Coltera Shawa znów opiera się na sprawdzonym schemacie: bohater podejmuje się odnalezienia zaginionej osoby, kierując się tropami pozostawionymi w nietypowych okolicznościach. Tym razem jednak sprawa szybko zaczyna splatać się z jego własną przeszłością i historią rodziny. Poszukiwania prowadzą Shawa przez kolejne warstwy tajemnic związanych z jego ojcem - człowiekiem, który przez całe życie przygotowywał go do przetrwania w świecie pełnym zagrożeń. Z czasem dochodzenie przestaje być tylko kolejnym zleceniem, a staje się próbą zrozumienia własnych korzeni.
Największą zaletą "Ostatniego dowodu" jest właśnie jego osobisty, rodzinny charakter. Deaver wychodzi tu poza czysto techniczną konstrukcję thrillera i pozwala lepiej poznać samego Shawa - nie tylko jako tropiciela nagród, ale przede wszystkim jako syna próbującego uporządkować swoją przeszłość i brata. Wątek rodzinnej tajemnicy nadaje historii emocjonalnej głębi i sprawia, że stawka wydaje się wyższa niż w poprzednich tomach. Dzięki temu książkę czyta się z większym zaangażowaniem niż zwykłą historię poszukiwawczą.
Z drugiej strony autor nadal pozostaje wierny swojemu stylowi pełnemu zwrotów akcji, fałszywych tropów i nagłych odkryć. Momentami konstrukcja intrygi wydaje się nieco mechaniczna, jakby kolejne elementy układanki były dokładane według znanego schematu. Niektóre rozwiązania są też trochę zbyt wygodne, przez co napięcie chwilami traci na wiarygodności.
To solidny thriller, który wyróżnia się na tle serii bardziej osobistym tonem i pogłębieniem postaci głównego bohatera. Ta cześć podobała mi się bardziej niż poprzednie 2 tomy. Nie wiem dlaczego, ale miałem vibe Tomb Raidera i ojca zostawiającego dzieciom wskazówki do wyjaśnienia rodzinnej tajemnicy.
To krótka, bardzo osobista powieść stylizowana na zapis odnalezionych notatek człowieka stopniowo pogrążającego się w życiowym rozkładzie. Bohater, Oba Yozo, od dzieciństwa czuje się obcy wśród ludzi i próbuje ukryć swoją niezdolność do normalnego funkcjonowania pod maską błazna i pozornej lekkości. Z czasem jego życie zaczyna się rozpadać - pojawiają się uzależnienia, nieudane relacje i kolejne próby ucieczki od rzeczywistości. Książka jest właściwie zapisem procesu powolnego samozniszczenia, bardziej psychologicznym portretem niż klasyczną fabułą.
Największą siłą "Zatracenia" jest właśnie to studium staczania się człowieka. Dazai bardzo przekonująco pokazuje poczucie wyobcowania i bezradność bohatera wobec świata, a narracja przypomina chwilami spowiedź lub pamiętnik pisany w stanie emocjonalnego rozpadu. Do tego Dzięki temu łatwo zrozumieć mechanizmy autodestrukcji, nawet jeśli trudno je zaakceptować. Yozo nie stacza się sam, przy okazji wciąga w swój upadek również innych, głownie kobiety, z którymi jest w związakch. W wielu fragmentach książka jest niemal bolesna w swojej szczerości i można ją czytać jak zapis depresyjnego doświadczenia od środka.
Jednocześnie trudno się w tę historię naprawdę wciągnąć. Yozo pozostaje postacią raczej jednowymiarową - nie tyle się zmienia, co pogłębia swój stan rozkładu, przez co kolejne epizody zaczynają się zlewać w jeden ciąg upadków. Nawet świadomość, jak bardzo autobiograficzna jest ta książka i jak tragiczne było życie autora, niekoniecznie pomaga – raczej wzmacnia poczucie ciężaru niż zainteresowanie samą opowieścią.
Dobre, momentami mocne studium autodestrukcji, które jednak bardziej się rozumie niż naprawdę przeżywa razem z bohaterem. Zabrakło mi tu więcej momentów, w których mógłbym poczuć więź z bohaterem, zamiast mówić mu: nie rób tego.
22 sierpnia 1485 roku Henryk Tudor, wywodzący się z rodu Lancasterów, pokonał Ryszarda III z dynastii Yorków w bitwie pod Bosworth i objął panowanie w Anglii jako Henryk VII. Aby umocnić swoją władzę i zakończyć toczącą się od kilku dziesięcioleci walkę o tron między spadkobiercami Plantagenetów, Henryk poślubił najstarszą córkę Edwarda IV, Elżbietę York. Para dość szybko doczekała się czwórki dzieci, w tym dwóch zdrowo rosnących synów – potencjalnych dziedziców korony, jednak władza Tudora dalej była niepewna w obliczu pojawiających się co i rusz pretendentów do tronu, podających się za zaginionego w niewyjaśnionych okolicznościach księcia Ryszarda Shrewsbury, młodszego syna Edwarda IV i prawowitego spadkobiercy angielskiej korony.
Po kwiatkach fabularnych, jakie Philippa Gregory zaserwowała w Białej królowej, ociągałam się z sięgnięciem po Białą księżniczkę, wiedziałam bowiem mniej więcej, jakich głupot spodziewać się w tej powieści. Początek potwierdził moje obawy – pierwsza 1/3 tej książki to fail logiczny na failu logicznym. Jednak w połowie historia zrobiła się całkiem ciekawa i wzbudziła moje szczere zainteresowanie. Lecz niestety, kiedy już miałam nadzieję, że wysoki poziom utrzyma się do końca, zaczął się kolejny festiwal robienia kurtyzany z logiki.
Co poszło nie tak?
1. Ryszard III, albo Największy Kochanek Świata.
Nie da się ukryć, że plantagenecka część cyklu królewskiego Philippy Gregory wpisuje się w modną od paru dekad w anglosaskich kręgach intelektualnych narrację proricardiańską. Jej propagatorzy twierdzą, że Ryszard III to w sumie dobry chłopak był, zawsze mówił dzień dobry w krużgankach i nie ma takiego dowodu, że wiedział o Holo… Książętach w Tower.
W Gregoryversum Ryszard III nie tylko nie zabił swoich bratanków, ale także zaliczył gorący romans z najstarszą bratanicą, która to w Białej księżniczce przez pierwszą 1/3 powieści wzdycha z tęsknoty za swym Ashleyem Toliboskim, a małżeństwo z Henrykiem i ogólnie panowanie Tudorów traktuje jako dopust boży.
Zacznę może od tego, że wątek romansu Ryszarda III z Elżbietą York nie jest całkowicie wyssany z d⁎⁎y. Za panowania niesławnego króla krążyły plotki o jego kazirodczym związku i to na tyle silne, że Ryszard publicznie zaprzeczył jakimkolwiek pogłoskom, a gdy po śmierci małżonki Anny Neville (bohaterki wrzucanej już przeze mnie Córki Twórcy Królów) rozpoczął starania o rękę portugalskiej księżniczki i równoczesne wydanie Elżbiety za mąż za króla Portugalii Manuela I, odesłał Yorkównę z dworu.
Cokolwiek rzeczywiście zaszło między tą dwójką, niemożliwe wydaje się jednak, aby Elżbieta pałała gorącym uczuciem do człowieka, który:
- uwięził i najprawdopodobniej zamordował jej dwóch młodszych braci;
- publicznie odarł rodzinę Edwarda IV z majątku i tytułów, ogłaszając ślubne dzieci brata bękartami, a swoją szwagierkę – Elżbietę Woodville – ladacznicą, na podstawie najprawdopodobniej spreparowanych na żądanie dowodów świadczących o rzekomej bigamii, jakiej miał dopuścić się Edward IV żeniąc się z Woodville’ówną;
- kazał uwięzić i stracić wuja księżniczki, Antoniego Woodville’a;
- last but not least, BYŁ JEJ STRYJEM (a Plantageneci nie praktykowali incestu w takim stopniu, jak Habsburgowie).
Tak mnie to spermienie Elżbiety do Ryszarda zirytowało, że miałam szczerą nadzieję (i pewnie sama poprowadziłabym w tym kierunku fabułę, gdybym była autorką tej książki), że na koniec okaże się jednoznacznie, że to Ryszard III zabił Książęta z Tower, co by wielka miłoźdź do stryja dostała w końcu plaskacza na ryj.
2. Henryk VII, albo Zawsze Się Trochę Gwałci.
Skoro z Ryszarda III zrobiono tego dobrego, rola szwarccharakteru przypaść musiała jego rywalowi, Henrykowi VII. Gregory nie zostawiła na nim suchej nitki: Henryk VII został ukazany jednocześnie jako tchórz, maminsynek, okrutnik, gwałciciel, paranoik, nuworysz, i cudzołożnik. Nie, żebym była zdziwiona – znając część tudorowską Gregoryversum doskonale wiem, że autorka żywi silną antypatię do całej dynastii (no, może z wyjątkiem Marii I), logiczne więc było dla mnie, że nawet dobrze ocenianemu przez historyków Henrykowi VII się oberwie.
I wiecie co?
Charakteryzacja Henryka VII na antagonistę wyszła autorce tak nieudolnie, że ze wszystkich bohaterów budzi on paradoksalnie największe współczucie i sympatię. Pozbawiony rodzicielskiej opieki (jego ojciec zmarł przed jego narodzinami, a matkę wydano powtórnie za mąż i wysłano na drugi koniec kraju), jako nastolatek musiał uciekać z Anglii i kilkanaście lat żył na wygnaniu. Wychowywany w przekonaniu, że jest prawowitym spadkobiercą tronu, jednocześnie żył w ciągłym strachu przed potencjalnymi skrytobójcami. Wygrana w grę o tron odbiła mu się sporą czkawką, gdy okazało się, że kraj jest zrujnowany kolejnymi fazami wojny domowej, poddani gotowi byliby go sprzedać za paczkę fajek samozwańcom pretendującym do tronu, a przyszła żona, z którą musiał jak najszybciej począć dziedzica, wesoło skakała wcześniej po bolcu własnego stryja. Krótko mówiąc, facet nie miał lekko i nietrudno uwierzyć w portret, w którym wyraźnie widać, jak lata ciągłego napięcia odbiły się na psychice bohatera. To naprawdę świetnie wykreowana postać i szkoda, że tak rzadko udaje się Gregory stworzyć podobnie pełnokrwistych bohaterów.
3. Perkin Warbeck, albo Książę Wszystkich Serc.
Na początku krótka nota historyczna: Perkin Warbeck był młodym mężczyzną z Flamandii, który pod koniec XV w. wysunął roszczenia do tronu Anglii, podając się za cudownie ocalałego księcia Ryszarda Shrewsbury. Jego losy potoczyły się podobnie do losów znanych z rodzimej historii Dymitrów Samozwańców – chociaż relacja z rzekomego cudownego ocalenia kupy d⁎⁎y się nie trzymała, Warbeck dość szybko znalazł poparcie wśród europejskich władców, którzy planowali wykorzystać go, aby namieszać w Anglii. Hojnie wspierany finansowo przez ościenne państwa Warbeck trzykrotnie próbował dokonać inwazji na Anglię, aż wreszcie został pojmany i po jakimś czasie osadzony w Tower, z której zbiegł, a pojmany ponownie, został wreszcie stracony.
W Białej królowej wyraźnie pokazane jest, że w Gregoryversum Warbeck = książę Ryszard Shrewsbury, ale nawet jak ktoś nie czytał drugiego tomu cyklu, to podczas lektury Białej księżniczki prędko zrozumie, że w zamierzeniu autorki młody samozwaniec to prawdziwy książę, Gregory bowiem nieustannie i z subtelnością radzieckiego czołgu podkreśla, jaki z Warbecka prawdziwy królewicz. Młody, przystojny, czarujący, inteligentny, po latach spędzonych na obczyźnie w przebraniu chłopca z gminu na każdym kroku ukazuje swą wyższość moralną i mentalną nad „nuworyszami” Tudorami. A gdy umiera, jego największy wróg przeżywa po nim głęboką żałobę. Jak więc widać, w kontrze do Henryka VII, Warbeck to postać całkowicie wyidealizowana, klasyczny Gary Stu.
A jak reaguje na Księcia Ludzkich Serc główna bohaterka? Oczywiście nie ma wątpliwości, że to jej zaginiony brat (chociaż bezpośrednio nie wiedziała, pod jakim mianem braciszek trafił na obczyznę), kocha go i popiera całym sercem i do głowy jej nie przyjdzie, że gdyby samozwaniec rzeczywiście pokonał Tudora, to w trymiga znalazłaby się z dziećmi wraz z Tower i sama po pewnym czasie „zaginęłaby w akcji”. Co prowadzi do stwierdzenia:
4. Elżbieta York, albo Jelonek Bambi.
… że Elżbieta York w tym wydaniu to zwyczajna idiotka. Zwykła głupia gąska, która, jak to nawet wyrzuca jej w pewnym momencie fabuły mąż, nigdy nic nie wie i tak naprawdę nie ma własnego zdania, ponieważ jej uczucia i nastawienie zmieniają się w zależności od widzimisię autorki. Gregory potraktowała protagonistkę dzieła nie jak pełnoprawną postać, a naczynie dla kolejnych imperatywów narracyjnych – najpierw Elżbieta rozpacza za Ryszardem, potem całkowicie o nim zapomina i zakochuje się w mężu (który wcześniej wymuszał na niej seks i na każdym kroku okazywał jej swoją pogardę), potem tak samo bezrefleksyjnie przestaje kochać męża i zaczyna wspierać rzekomego brata, a na końcu tak samo bezrefleksyjnie wybacza Tudorowi skazanie na śmierć ukochanego braciszka.
Długi to był wpisów i pełen spoilerów, TL;DR: nie polecam tej powieści. Widziałam, że Alison Weir popełniła powieść o Elżbiecie York, mam nadzieję, że tamta okaże się znacznie lepsza od wypocin Gregory.
Krótka, ale bardzo wciągająca opowieść o mężczyźnie, który wraz z siostrą i psem zamieszkał w starym domu.
Miejsce znajdywało się mocno na uboczu i posiadało opinię diabelskiego miejsca. Dopiero po latach tam spędzonych, główny bohater miał doświadczyć wydarzeń, które potwierdziły złą sławę domu.
Klimat książki jest niepokojący, ciężki. Wydaje się jak zły sen, który raz wydaje się do złudzenia prawdziwy, a za chwilę zmienia w niemożliwą do pojęcia abstrakcję.
Książka została po raz pierwszy wydana w 1908 roku, jak na tamte czasy wydaje się być czymś zupełnie nie ze swojej epoki.
Świetna książka, pamiętam jak przeczytalem ją pierwszy raz za małolata, ściągnąwszy z półki rodziców. Pare dobrych dni miałem schizy czy to była prawda czy nie xd
Zaznaczę na początku, że e-booka otrzymałem za darmo (a nawet dostałem gratyfikację finansową za przeczytanie). Książka zgrabnie spina 3 historie, fajnie się to czyta. Może nieco przewidywalna momentami, ale to jak się słyszało o strzelbie Czybyszewa nie zawsze jest wadą.
Czemu taka ocena, liczę na to, że autor dopisze kontynuację i będę mógł jej dać więcej.
Kontynuacja historii z Wron. Jest bardzo podobnie. Za bardzo. Eksplorowane są te same emocje, te same charaktery, w bardzo podobny sposób, a nawet są już trochę przerysowane. Nadal to dobra powieść, ale trochę niepotrzebna. Za drugim razem już nie ma takiej samej świeżości.
Czytali: Krzysztof Banaszyk, Janusz Gajos, Adam Woronowicz, Łukasz Simlat, Borys Szyc, Kamilla Baar, Tomasz Kot i inni
"Włosi mają takie powiedzonko, że świat jest tak twardy, iż człowiek musi mieć dwóch ojców, żeby się nim opiekowali i dlatego ma ojca chrzestnego."
Klasa. Historia znana od dekad, a mimo to słuchałem z zainteresowaniem i przyjemnością. Nie ukrywam, że nie wszystkie wątki były dla mnie równie interesujące, ale doceniam różnorodność i zróżnicowaną perspektywę. Wspaniała opowieść, złożone postaci, świetnie napisane sceny.
Jeśli chodzi o słuchowisko, to zostało przygotowane bardzo profesjonalnie. Rewelacyjnie spisali się przede wszystkim Krzysztof Banaszyk jako narrator, Janusz Gajos w roli Vito Corleone oraz Adam Woronowicz jako Tom Hagen, za to nie do końca mi pasował Borys Szyc jako Sonny, zapewne z uwagi na kontrast względem filmowej wersji.
#czytelniczebingo - książka, która sprzedała się w milionach
@saradonin_redux słuchałem ale na story tell czytane tylko przez jednego lektora, a to brzmi fajnie, muszę sobie kiedyś sprawdzić, może jakimś darmowym kodem na audioteke na parę dni.
Najnowszy reportaż mojej ulubionej reportażystki, oczywiście w klimatach dalekiej północy. Tym razem motywem przewodnim jest migracja mew z naturalnego skalistego habitatu na klifach do Tromso z powodu zmian klimatu, gorącego oceanu, nieobliczalnych sztormów. Wokół tej osnowy autorka wplata historie ludzi i ich codziennych zadań.
Lubię ten czuły i otulający styl pisarki, książka solidna, zapewnia rozrywkę na trzy wieczory i zapewne rozmyje się w pamięci po jakimś czasie, tak jak i poprzednie...
Ale to jest mocna rzecz. Książka jest krótka, ale bardzo intensywna. Przedstawia historię dysfunkcyjnej rodziny, a im głębiej ją poznajemy, tym robi się mroczniej. Śledzimy los dziewczynki, która uczy się świata, wkracza w dojrzewanie i próbuje rozumieć, że cierpienie, które ją spotyka, jest czymś normalnym.
Książka nie epatuje przemocą, zwłaszcza ta fizyczna jest opisywana dość subtelnie. To przede wszystkim powieść psychologiczna. Autorka trzyma czytelnika w ciągłym napięciu, współczuciu dla bohaterki, bezsilności. Myślę, że jeśli ktoś jest szczególnie wrażliwy na krzywdę dziecka, to może zostać pozamiatany.
Historia nie jest tylko o dziecku. Autorka buduje też bardzo ciekawy obraz całej rodziny - tego, jak nieudane małżeństwo przekłada się na dzieci, jak bałagan w głowie matki wpływa na rodzeństwo oraz jak egoizm pozwala nie dostrzegać cierpienia.
Naprawdę świetna pozycja. Początkowo patrzyłam na matkę przez pryzmat zmęczenia rodzicielskiego, bo sama łapała się, że w rozmowie z córką wychodzi jej inaczej niż planowała. Niech pierwszy rzuci kamień ten, co zawsze dobrym rodzicem jest. Ale potem....
Mocna pozycja. Dala dużo go myślenia.
Jest drugą część, ale boje się trochę czytać.
Ze Światem Dysku miałem styczność bardzo dawno temu, gdy z ciekawości pożyczyłem z osiedlowej biblioteki “Straż, straż” i mimo niewielkiej objętości ledwie tę książkę wymęczyłem. Nie inaczej było i tym razem, mimo upływu wielu lat nadal mnie to nie bawi.
Kolor magii to bajka dość abstrakcyjna, wymagająca pewnego poziomu wyobraźni i to jest akurat fajne. Problem polega na tym, że Pratchett zamiast rzucić żartem tu i ówdzie, to za wszelką cenę stara się na siłę zabawny i niezwykły w dosłownie każdym zdaniu. Poświęca przy tym wszystko inne składające się na dobrą powieść. Stara się tak mocno, że zamiast składnej fabuły i ciekawych postaci dostajemy ciąg chaotycznych niedorzeczności i skeczów kabaretowych. Owszem, zdarzają się elementy, które jakimś sposobem działają, jak żywy Bagaż, magiczny miecz Kring albo Śmierć mówiąca wyłącznie WIELKIMI LITERAMI, a raz na jakiś czas trafi się dowcip bliższy Monthy Pythonowi, częściej jednak jest to poziom powtórki z mazurskiej nocy kabaretowej z widownią wypełnioną podchmielonymi wujkami lub wymysłami przekomarzających się pięciolatków naładowanych pod korek cukrem.
#czytelniczebingo - klasyk fantasy, którego nie przeczytałeś
Niewiele wyróżniające się zakończenie niewiele wyróżniającej się trylogii. Powtórzę się, ale nie czuję chemii z żadnym aspektem tej serii; mam z tyłu głowy przekonanie, że wszystko jest "wytworzone" a nie "wykreowane", jeżeli wiecie, o co mi chodzi.
Wombat, ee, Vonvalt i spółka lwią część książki spędzają na gromadzeniu sojuszników tj. pogan na północy i psoludzi na południu do walki z Klakierem, ee, Claverem; z jednymi idzie łatwiej, z drugimi trudniej, ale w obu przypadkach swoje trzy grosze dorzucają siły z innych wymiarów. Niezmiennie nie jestem fanem obrania przez serię tego kierunku. Gdyby chociaż czuć było mroczny mistycyzm i aurę tajemnicy, to nie miałbym nic przeciwko, bo uwielbiam takie klimaty, ale tutaj niestety to autorowi nie wyszło. Są zamiast tego różne siły, które sobie działają, jedna zła, druga bezmyślna, trzecia chaotyczna, czwarta niepojęta, może z kimś przystają, może nie i tak to się toczy i kręci.
Zwłaszcza na początku, gdy bohaterowie co 10 stron znajdują się w beznadziejnej sytuacji i już godzą z bezapelacyjnie bezsprzeczną śmiercią, by jednak jakimś sposobem jej uniknąć, to wszelkie napięcie i waga wydarzeń odlatują w niebyt, a człowiek przestaje traktować takie sceny poważnie. Później występuje to w ilościach już strawnych dla tego gatunku, ale dalej zrealizowanych ze zbyt dużą przesadą. Bezsens i brutalność wojny zostają "dobrze" i w odpychający sposób ukazane, ale można odnieść wrażenie, że autorowi niekiedy zapala się lampka i wtedy z namiętnością pisze o hektolitrach lejącej się krwi, gówna i szczyn, zalegających później na podłodze lub ziemi.
Żeby nie trwać cały czas w negatywnym tonie: przemyślenia i problemy egzystencjalne, nawet jeżeli w podobnej formie były obecne w tomie poprzednim, tak dopiero w tym wybrzmiały jakoś dobitniej. Dowiedzieć się, że istnieje życie po śmierci, ale stanowi ono szarą nieskończoną udrękę - coś takiego nie da człowiekowi zasnąć, zwłaszcza biorąc pod uwagę inne aspekty historii mocno z tym związane, a których nie chcę zdradzać.
W scenie z szarżą autor sprytnie wyszedł naprzeciw oczekiwaniom zapewne wszystkich czytelników i zrobił coś innego, znacznie bardziej dobitnego. Nie można jednak nie zwrócić uwagi na pewne nieścisłości. Na wspomnienie zasługują również szachy 4D między czytelnikiem a twórcą w odniesieniu do intencji jednej z postaci. A może moje sprytne podejście paradoksalnie wystrychnęło mnie na dudka i widzę rzeczy tam, gdzie ich nie ma.
Samo zakończenie jest... zwyczajne. W sumie tego też się spodziewałem, bo za bardzo nie wiem, czego innego miałem. Wszystkie wątki zostają zamknięte, kto miał skończyć dobrze, skończył dobrze, kto źle, ten źle, zakichane przeznaczenie zostało spełnione, wszyscy żyli. A czy długo i szczęśliwie, to już nie wiem, bo autor, pomimo zamknięcia w sposób stosunkowo satysfakcjonujący całej historii, zostawił sobie na czarną godzinę jedną-dwie furtki do napisania sidequeli. Czy bym je kupił? Nie, bo i tak nikt ich u nas nie wyda. Kolejna książka autora, osadzona 200 lat później w tym samym świecie, z pewnością się u nas nie ukaże.
Znowu mam problem z ukierunkowaniem (anty)polecajki. Postacie z pewnością nie ustanawiają nowych standardów, do tego doświadczają dziwnych przemian, a sama historia nie powala na kolana. Odpowiem może dosyć standardowo: jeżeli wszystko co najlepsze już za wami, a na horyzoncie nie widać nic innego lub macie ochotę na n-tą wariację historii w świecie fantasy, to czemu nie. Dodatkowe punkty, jeżeli lubicie okazjonalną brutalność, notoryczne płakanie bohaterki i częste spotkania ze śmiercią.
Taka całkiem spoko historyjka w formie pamiętnika oraz wywiadów.
Do połowy mi się nużyła, ale jak pociekła pierwsza krew, zrobiło się ciekawiej.
Mieszkańcy mini wioski odizolowanej od świata gęstymi lasami, stają się jeszcze bardziej odizolowani kiedy nagle tracą dostęp do internetu i zasięg sieci komórkowej. Oznacza to dla nich brak dostaw zakupów oraz wszelkiej możliwej pomocy z zewnątrz. Jak na złość to nie jedyny ich problem. Okazuje się, że sasquatch aka Wielka Stopa to nie jedynie opowieść do straszenia dzieci, ale realna maszynka do zabijania, która zacznie po kolei mordować mieszkańców. Na szczęście nie każdy człowiek jest tu nieogarem i wkrótce dojdzie do krwawej wojny międzygatunkowej. Tak było, nie zmyślam.
Książka opowiada historię pracownika krematorium i jego rodziny w Pradze w czasach tuż przed wybuchem II WŚ.
Krok po kroku pochłania go ideologia nazistowska...
Ciężko napisać coś więcej bez spojlerów, tak więc tym skończę swój opis.
Komentarz subiektywny - na pewno daje do myślenia o naturze człowieka i rodzącego się w nim zła. Moim zdaniem jednak mogłaby być 2x krótsza i nic by na tym nie straciła.
Dodam też, że jest też film czechosłowacki z 1969 r. i jeśli miałbym komuś polecić książkę, bądź film, to wybrałbym to drugie.
No trochę nie doczytałem, że to o południowych Włoszech, a nie samym Rzymie, to mnie pół książki niezbyt interesowało. Zbiór dość randomowych artykułów o różnych problemach południowych Włoch. Te o Rzymie całkiem ciekawe, o różnych brudach, problemach, zaniedbaniach miasta, mieszkańców, polityków.
"Ameryka Apostezjon też się sypie - to osobny rozdział".
O ile w poprzednim tomie na obrazie nieskazitelnego społeczeństwa pojawiły się rysy, to tutaj, po upływie kilku lat, gmach państwa zaczyna się walić. Trzech członków zespołu ekspertów ginie w tajemniczych okolicznościach. Oficjalnie - zawał serca, ale trzy osoby w ciągu dwóch dni? Kolejny, naczelny pisarz - propagandysta (imieniem Wiktor, jakaś aluzja do Suworowa?) zostaje oskarżony o głoszenie wywrotowych koncepcji i musi się ukrywać. Zdarzają się dezercje żołnierzy, nawet z elitarnego "Czarnego Batalionu", który brał udział w pacyfikacji Strefy w poprzedniej części. Pojawiła się nowa grupa społeczna / subkultura, Lovitci, najbiedniejsza warstwa społeczna, która przez nieudolność władz i ciągły wzrost cen ogarnia coraz więcej ludzi. Na dodatek Szef służb specjalnych przygotowuje zamach stanu - jednym z jego punktów jest zakaz zgromadzeń i przebywania na ulicach od zmroku do świtu... Książka wydana w 1989 roku, więc aluzje do chwiejącego się PRL są już oczywiste.
Bardzo dobre zakończenie trylogii, dużo lepszy warsztat autora i bardzo ciekawe pomysły. Nowe, dobrze napisane, ciekawe postacie, wracają też starzy znajomi z pierwszego i drugiego tomu. Brak dłużyzn i drętwych tekstów. Co ciekawe, autor zdecydował się zamieścić wyraźnie rok w którym dzieje się akcja - 2044 (jak w Seksmisji :)) Może zakończenie trochę po łebkach, ale i ta widać kolosalny wzrost od pierwszej części. Trochę szkoda tylko, że książka nie została wydana w serii z kosmonautą jak pierwsze dwa tomy, tylko przez Iskry, i teraz nie wiem w którym miejscu na półce ją umieścić
Generalnie, gdyby ktoś miał czytać trylogię o Apostezjonie to polecam, ale może bez pierwszego tomu.
Chłopomania plus powieść łotrzykowska? Przecież tego nie da się popsuć. To musi być genialne. Prawda? Prawda...?
Mamy lata 30. XIX wieku. Rozalia żyje na lubelskiej wsi. W chwili, gdy ją poznajemy, jest dzieckiem, które przemierza pobliski las i obserwuje śmierć młodego panicza na bagnie. Obserwuje też wiele innych śmierci. Do części się przyczynia.
Rozalia, naturalnie, nie chce pozostać na wsi — brud, choroby, brak perspektyw skutecznie ją odstraszają. Zwłaszcza że liznęła trochę lepszego świata, gdy przez krótki czas towarzyszyła małej dziedziczce jako dziewczynka do towarzystwa. W swych dążeniach do poprawy losu kieruje się nienawiścią do wielu osób, które stanęły na jej drodze — w tym do tajemniczego hrabiego Starka, i pragnieniem zemsty.
...To tyle, jeśli chodzi o zamysł, bo książka ta ma sporo wad. Przede wszystkim nie spełnia swoich obietnic z okładki, co najbardziej mnie irytuje. Pod tytułem znajdujemy dopisek: "Czyli historia biednej dziewczyny ze wsi przez nią samą opowiedziana", co jest jawnym kłamstwem, bo przez 99,999% książki narrator jest trzecioosobowy. Blurb na tyle okładki obiecuje też formę podobną do "Hrabiego Monte Christo": że poznajemy początek losów bohaterki, po czym przeskakujemy parę lat do przodu i retrospektywnie dowiadujemy się, w jaki sposób toczyły się jej losy oraz jak znalazła się w miejscu, w którym jest — już jako bogata kobieta szukająca zemsty. A tak nie jest, bo fabuła jest niemal całkowicie liniowa.
To, co chyba irytowało mnie najbardziej, to próby stylizowania języka na gwarę lubelską. Kurczę, sporą część życia spędziłam na lubelszczyźnie, i... to nie tak ludzie tam gadają. Dużo tu mazurzenia. Ale co ja się tam znam. Ta gwara jednak utrudnia czytanie przez znaczną część książki, jako że również narrator nią mówi. Jeszcze bardziej irytujące są nieustanne "poprawki". gdy narrator w pewnym momencie zaczyna mówić coś w stylu: "ciosnek, tfu, czosnek", poprawiając się po losowych słowach. Okej, taki zabieg jest w porządku przez pierwszych kilka stron, ale towarzyszy nam niemal przez całą książkę. Do tego często musimy się domyślać, o co chodzi narratorowi i bohaterce, bo część wątków i sytuacji nie jest opowiedziana wprost.
I tak, zamiast skupić się na przyjemności czytania i losach bohaterki, mamy trochę nie wiadomo co napisane trochę nie wiadomo jak o nie wiadomo czym. I, jak to często bywa w takich przypadkach, końcówka napisana na odwal się.
Książka przyda się natomiast w ramach #czytelniczebingo, by zapełnić okienko "Nietypowy system magii lub technologia", bo mamy tu wielokrotne nietypowe czarowanie przy pomocy kołtunów i wierszyka po angielsku, którego nauczyła się główna bohaterka. Naciągane, ale skorzystam.
@AdelbertVonBimberstein nie rób tego błędu co ja i nie pomijaj Tancerki i Odprysku. Myślałem, że to kompletnie poboczne wątki, a teraz się okazuję, że jednak nie