Już kilka książek o historii danego państwa miałem za sobą, a po dłuższej przerwie postanowiłem wrócić. Nie jest wbrew liczbie stron pokaźnych rozmiarów w stosunku do jej niektórych sióstr, gdyż pierwotnie miał to być po prostu zarys. Jakkolwiek kto chciałby wiedzieć o Szkocji jak najwięcej, to na pewno nie uwłaczy szerokiemu pragnieniu wiedzy jej poznać, chociaż dla chcących odnależć klimaty kiltu, haggisu, brodaczy z claymore'ami i górskiego whisky będzie to poniekąd rozczarowujące przeżycie. Jak to w podręcznikach.
Najlepsze w niej to, że nie wyróżnia się niczym specjalnym, ale masz wrażenie o odkrywaniu całej tej charakterystyki odnośnie antologii historii ludzkości w losach państewka na rubieżach. Rozświetla sprawę anglicyzacji Szkotów, która nie zaczęła się od wstąpienia w unię oraz udział słynnych klanów, niepozbawionych śladów kolaboracji i ciążenia na negatywnym stanie królestwa. Ujawnia postać narodowego kościoła Szkocji z jego dziwacznymi elementami uskutecznionego prozelityzmem oraz dynastii Stewardów/Stuartów, nad którą chyba ciąży zła klątwa. "Na kobiecie się zaczęło i na kobiecie się skończy" rzeknie na łożu śmierci Jakub V po spuszczonym wpierdzielu, gdy zostawia tron dziesięciodniowej córce Marii. W ogóle Stuartowie byli porywani przez własnych poddanych częściej niż to się odbywa w Trylogii Husyckiej. A Szkoci tyle bitew poprzegrywali, że dziw bierze ich skończenia w lepszej sytuacji od Irlandczyków. Za dużo mieli wiary we Francuzów.
Prawdziwy prezbiterianin nie obchodzi Bożego Narodzenia. Przynajmniej owieczki na stokach Highlands może podziwiać.
Laurka pochwalna błękitnych Japończyków. Nie nazbyt stronnicza, albowiem przeprowadzone pieczołowicie badania i posiadanie koreańskiej żony włącznie ze wsparciem jej rodziny nie pozwoliłyby rozprzęgnąć się koniowi uwielbienia. Bynajmniej jednak zabrakło mi tam ściśle poświęconej rubryki o ciemnej stronie Korei. Oczywiście są wzmianki o wysokim wskaźniku samobójstw, przepracowaniu i korupcji władzy, ale to jako nieodzowne rzeczy, nieprzysłaniające tak wielkiej zajebistości Koreańczyków. To ich nadopiekuńcze wspieranie rodziny, niesamowity upór w dążeniu do prosperowania całego społeczeństwa, kulturowa dbałość do pozazdroszczenia nam Polakom oraz tolerancja, jakiej nie przeszkodzą "prawicowe zwierzęta" wydają wielki blask, dzięki któremu turystom można przekonać do wydawania pieniążków na bilet lotniczy do Seulu (wymawiaj Saoul)
Szczęśliwość najszczersza dzieje się niestety, gdy zaczynają się ujawniać osobiste preferencję autorskie. Jakoś nie jestem przekonany, że to ta zła Ameryka sieje propagandowy ferment, utrudniający proces zjednoczeniowy. "Młody i inteligentny" przywódca północnej części okazało się nie kwapił do oddawania atomówek i bycia mniej nieprzyjemny w stosunku do kejpopu. Także ten uwielbiany nie-prawicowy prezydent uderzajacy w układy tych prawicowych odpowiedników; ci dwaj lewicowi prezydenci niczym bracia Grakhowie rozsupłujący worek nieporządków zimnowojennych dyktatur - tak, takie odnoszenie do rządów pisu. Chciałbym ujrzeć twoją minę, gdy Park Geun-Hye została ułaskawiona, autorze. I może mniej próbuj zrobić gorszących porównań w stosunku do Polski. Nie ma co uważać nas siebie za lepszych od azjatyckiego tygrysa przy podawanych liczbach, ale czasem kolejki do lekarza bywają niskim kosztem od uczynienia z lekarzy najbardziej przepracowaną grupę zawodową, która gdy raz urządziła strajki, to te czułe społeczeństwo wolało im pokazać figę.
Szklana pułapka na bezludnej wyspie z ukrytym skarbem. Chłopiec zostaję uwikłany w morską ekspedycję po spotkaniu z pewnym starym wygą morskim. I jakkolwiek wyprawa nie wydawała się być zapowiedziana z tych długich i skomplikowanych, to zmienia to rola pewnego kulawego kucharza.
Jakkolwiek powieść była wydawana w częściach do przeglądu dla młodzieży, to trup tutaj potrafi ścielić się sporawo z rąk podstępnych, jakkolwiek zachowujących grzeczność osiemnastego wieku ludzi. Załoga marynarska chleję oczywiście rum i śpiewa jedną, tą samą piosenkę (raz miała więcej niż dwie zwrotki!). Chłopak Jim relacjonujący wszystko to dobry, posłuszny dzieciak, w którym odzywa się Mowgli i zuchwale przeistacza plany w czyn, sprowadzając tym ryzykiem samo dobro. Z Bogiem wszystko możliwe. Długi John Silver pod względem charakteru zjada go w każdym calu.
Ładnie rozrysowane dialogi, opisy przyrody, pływanie statkiem nie jest najważniejszym wydarzeniem
Dawno temu uważałem ją za najlepszą powiastkę ze stajni Fabryki Słów, jaka trafiła mi do rąk własnych, gdy jeszcze wybredność tylko raczkowała wewnątrz mnie. Była ona z tych, co po których spodziewasz się zdobycia pęku lauru w drugiej lub trzeciej części, gdyż tak dobrze mogła rozwinąć się w niespodziewanym kierunku. Po przeczytaniu "Kapitana Blooda" postanowiłem dalej kontynuować tematykę i wrócić do tego, co niegdyś naprawdę szczerze ceniłem. Po tylu latach coś zostało z sympatii, aż do czasu przeczytania drugiej części. Ale o tej szkoda marnować słowa.
Czemu tak mi się podobała? Bo umieszczała w sobie spory korowód nietuzinkowych postaci marynarzy i dawała nadzieję dorzucenia nowych. Przeciągali się szaleńcy, głupcy, poszukiwani wyrokiem prawa, specjaliści w swoich dziedzinach, pijacy, karni strażnicy, a nawet pies z papugami i małpą. Pod dowództwem zdzecinniałego kapitana dezertera, silnego dzika zastępcy i stoicko-pedantyrejnego z angielska porucznika piechoty morskiej byli kompanią wyrzutków zachowującą pozory profesjonalnej jednostki marynarki w świecie zmierzchu piractwa, chcącymi odnaleźć sławę i bogactwo na zdobytej szczęściem fregacie. Mając do czynienia z typowymi wyzwaniami życia na morzu i zaciskającym się spiskiem o konotacji polityczno-paranormalnej brnęli przez to dzielnie stawiając czoła wrogim zakusom i potrafiąc zachować niepotrzebny honor pomagając swojakom wbrew ciążącej banicji. Uwielbiałem tę statkową towarzyskość, zachowanie proporcji wulgarności z młodzieżowych fantazyjniaków nie do uniknięcia w takich dziełach, lekki humor, realizmy morskiego postępowania i odniesienia historyczne.
A potem zrozumiałem, że nie na darmo książka była wydawana w Fabryce Słów. Staromodnym tropem nad załogą czuwa plot armor w "okrutnie samobójczych misjach". Ginie trzech, rannych sześć - na trzystu giną nienarodzeni choćby z imienia. Nasza załoga to szumowiny, ale kapitan-indywidualista larpuję na Royal Navy, mimo osobistej kosy z nimi, więc nie do końca. W ogóle mimo liczebności postaci mało są rozwinięte, czego dobitnym przykładem jest kuk Samuel: istny diabeł tasmański, postrach załogi statku, truję załogę celowo lub tak go nauczono.. nieważny. Też próbował zrobić żyda-kwatermistrza, po czym po prostu porzucił. Fabuła staję się klasyczną walką dobra ze złem o ratowanie świata. Antagonista robi sprawnie przeprowadzoną intrygę, tylko potem przestaję być umysłowo sprawny, próbując przekabacić bohatera na swą stronę przez porwanie. Ładne te diamenty, tylko twój pomagier próbował ukraść mój statek oraz dymał mi dziewczynę. I jeszcze dałeś broń zdolną pokonać ciebie, gdyż tak pewny byłeś swych umiejętności negocjacyjnych. Gdzieś tak w czwartej instancji, czyli przy końcu humor ulatuję i przez to w miarę dopływa do przylądka Horn. Ale jak wspomniałem, zabierając się do drugiej części tylko czekają ciebie bóle głowy od wgryzającego kanibala z Filipin.
PS. Jest tutaj fantastyka. Choć w tej części mało to stanowi powód, dlaczego lepiej nie wprowadzać fantastyki do książki
Stara książka o człowieku z barwną przeszłością, którego historyczne zrządzenie losu wyrzuca z poczciwego życia ku jeszcze barwniejszej przyszłości na karaibskie morze. Dzięki wrodzonemu sprytu bohatera, ukończeniu czegoś więcej niż przykościelnej budy oraz doświadczeniu nabytemu w trakcie służby z takimi morskimi tuzami jak Michel de Ruyter zostaje sławnym pirackim Kapitanem Krwią, wbrew paranej profesji nie kąpiący się w niej od wyrżniętych wrogów, aczkolwiek jako lekarz już tym bardziej.
Dżentelmen w czerni bez haka rzucający frazesami z Horacego sprawnie wychodzi ze wszelkich tarapatów podczas konfrontacji z bigoteryjnymi Hiszpanami, śliskimi Francuzami i stanowczymi Anglikami. Nie w głowie mu adrenalina od abordaży ani zagrabione złoto, lecz aprobata pewnej damulki. Niby przez to stara się być w miarę czystym jak łza szlachetnym, dobrym piratem, ale ponieważ to powieść PG 12.. niech nie śmie mnie obrażać, inaczej stanę się zgorzkniały i zamiast uprawiać piractwo będe uprawiał gorszą rzecz - pijaństwo! Uciera nosa swym nieprzyjaciołom, że ci napinają się, czerwienią buraczanymi barwami, wytrącają się z równowagi jego aktami bezczelności, po czym ulegają temu naszemu spryciarzowi, co z załogą dość skromniutko rozrysowanych postaci szasta kulami armatnimi w okręty bądż wykorzystuję jasne przywary ich charakteru, a ten rycerz wód im darowuję.
Troszkę historii, można sobie przypomnieć pojęcia związane ze statkami, w niektórych miejscach akcja zbyt mocno przyśpiesza, nie mniej przygód nie zabraknie zdecydowanie, dlatego z czystym sercem mogę polecić ją tym, rozpoczynający przygody z piratami, choć jeszcze nie czytałem "Wyspy Skarbów".
Wchodzi ci do rąk książka niewinna jak cielę, której nie warto by było obalać potęgą krytyki. Gdzie heroizm zachwyca, a i pali namiętną naiwnością jak dawne eposy rycerskie, jeżeli wiele przeżyłeś lat. W erze historycznej między strzaskanym cesarstwem i nową rewolucją błądzą postacie dosłownie ulepieni z przyczyn popsutego społeczeństwa francuskiego, les miserables. Podług świata z wyższą opatrznością chrześcijańską przeciw nędzy własnego losu i ścigającemu lichu wykrawają sobie wielkość, czasem za najwyższą cenę. Umiłowani paladyni XIX wieku doprawdy.
To dosyć dobra i wartka powieść przygodowo-bohaterska, dlatego dosyć wysoko oceniłem. Złotówka dla romantyków nie ubolewa współczesnego sumienia, ale pan Mariusz zostałby niechybnie dziś skazany za stalkerstwo. Chrzęści w zębach niestety bajkowością. Tu też cudowny skarb Fary ocala istnienia. Z mamoną walczyć skromnością to obowiązek, ale trzeba nią błogosławić. Bandyci to diabły i brzydale, a sumienie staję nie ością, ale normalnie kijem od szczotki w gardle u bohaterów. Autor lubi wykorzystać imperatyw moralny dla dania postaciom pomyślnych torów drogi. Bóg tak chciał dla nich pewnie. Muszą być bronią i oskarżeniem wobec obojętności i okrucieństwa ludzi, odtrącającego żebraków oraz upadłe kobiety; zainteresowanego głównie pieniędzmi oraz niewybaczalnego dla byłych przestępców. Normalnie w tym świecie bałbym się damskie gacie ukraść ze sznurka dla żonki, jeżeli ciążyłaby na mnie recydywa za kradzież suchego chleba dla konia. Obok wymuszania biegu wydarzeń są także powstrzymywania, przez co niektóre wydarzenia potoczyłyby się pomyślnie, ale przecież muszą dać drzwi dramatowi i odkupieńczemu aktowi. Do tego dość ciekawe opisy historyczne i urbanistyczne.
Jean VanJean to taki Kazuma Kiryu, który zacząłby się biczować, gdyby nie zareagował na beczenie niemowlaka bez zmienionej pieluszki.
Dwóch przyjaciół może sobie chcieć odpocząć i spożyć choćby prosty chleb. Nie zrobią tego jak przypuszczamy każdy prosty człowiek dokonałby. Zamiast tego z soczyście zaimplementowaną łaciną, jaką w rzeczywistości nie zrozumie spora część czytelników, za to służącą jako łatwe narzędzie dla podkreślenia klimatu, zacznie się uczona dysputa, czy chleb powszedni w zbawieniu grzesznika nie wyznacza mu roli podtrzymywania losu odkupieńczego. Zapewne święty Adolficjusz i Jajacarius z Castel Gandolfo w dziele "Panis quotidianus in salute peccatoris non ei munus assignat servandi fatum redemptionis" wytoczą słów poglądu, kierującego pozytywny wydżwiek na jedzenie żytniego, przaśniego chleba, popitego cierpkim winem. Przytoczy się historię, jak Urban IV rozdawał osobiście okruchy rzymskiej biedocie wzorem Chrystusa, mimo bycia zbytkownym rzezimieszkiem, gdyż nie zakładał skromnych sandałów apostoła, tylko trzewiki! Bedoes z Corvo Bianco zaś przeciwnie oddali wykład o roli zbawiennej chleba, porównując jego kształt kolisty z aureolą na ikonach, nawiązując do kontrowersji kultu świętych, dzielący niegdyś kościół wschodni. Mało ciekawa sekta budowników próbowała go znieść, uważając za bałwochwalstwo, ale zły papież spalił ich niesprawiedliwie w roku 1084, albowiem byli ponadto narzędziem politycznym cesarza, stale skonfliktowanego z nim. I wiadoma sprawa, że to wszystko jest wielce ciekawe, GDYBY TO NIE DZIAŁO SIĘ NIEMAL CAŁY CZAS I MIAŁO NIEKIEDY CHOLERNY ZWIĄZEK Z FABUŁĄ. Ladies and gentleman: Imię róży (niestety nie tej od "Małego księcia")
W zasadzie mimo mojej stanowczej ciekawości do poszukiwania każdej wiedzy, przy tej książce czułem się, jak inni po seansie "Śmierć w Wenecji". Chociaż cały czas jest jak na widelcu, że autor próbuję zaciekawić czytelnika znajomością myślenia średniowiecznych scholastyków zakonnych, to zauważasz mało wyczuwalny związek z rozgrywanymi wydarzeniami. To ciągłe samo potwierdzanie, że rzecz dzieje się w wielce uczonym miejscu z biblioteką aleksandryjską v.2, wokół której krąży obiekt zainteresowanie głównych bohaterów. Nie ma tu za wiele realiów życia mnichów, za to jest ok. sześciostronnicowy opis portalu i tyle samo rozwodzeń narratora nad miłością pomimo niemal braku udziału płci żeńskiej. Główną osią jest jakieś nudne, poważne spotkanie z cyklu "chcieliśmy być bardziej biedni, ale popadliśmy w konflikt z papieżem" oraz samobójstwo kopisty, przemianowane na morderstwo z szukaniem sprawcy w murach klasztornych. Kryminał tutaj to powiedziałbym ranga opowiadania detektywistyczne dla młodzieży z aspiracjami, jakkolwiek bywają interesujące wykłady o prowadzeniu dochodzenia i topologii układu labiryntu biblioteki. Jest tu polityka, sekty heretyckie, inkwizycja, teologiczne debaty i dziwacy, byle świat mnisi nie udusił się od monasterskiej klaustrofobii. Poza tym szykuj się na sporo docinków łacińskich.
Ugo mógłby z sukcesem napisać powieść fantastyczną. Muszę jednak mieć wiarę, że prędzej japońskie studio anime stworzy z tego seinen.
Pozycja dla przyszłych odkrywców Kaukazu, chcących się dowiedzieć na temat współczesnego narodu Ormian. Poruszane są głównie kwestię polityczne, historyczne, religijne i społeczne. Autor kreśli losy państwa, którego los nawet dzisiaj nie oszczędza. grożąc dezintegracją z powodów wielorakich jak korupcja, nacjonalizm, bieda i przesadny resentyment za wojną w górskim Karabachu oraz sławnym ludobójstwem ubiegłego wieku. Trochę relacjonuję wrażeń z kontaktu z lokalsami, zajmuję się miejscami oraz stosunkami sąsiadów. Dobra literatura dla nieznających Armenii.
Nie doczytałem kiedyś Karamazowa, by przypomnieć go sobie jednak, iż w zasadzie przerwałem przy niemal mecie - ze zmęczenia czy zirytowania? To już zagadka mej pamięci. Nawet może podejrzewam o jej zakończenie. Mniejsza tak naprawdę, bom nie to jest najważniejszą sprawą, gdy jestem upewniony odnośnie przeczytania od deski do deski.
Ukoronowanie działalności pisarskiej dawnego autora tak jak mojej kontaktu z nim. Pomniejsze maleństwa któreś da się przeczytać w czasoprzestrzeni. Inkarnacja bardziej rozgarniętego Lwa Myszkina próbuję ocalić inkarnację tkliwszego Stawrogina, zaplątanego w miłość do inkarnacji Nastasji Filipowny, do której smali cholewki bardziej rozpustniejsza inkarnacja generała Iwołgina (swoją drogą pod względem żartu w dialogu najlepsza postać: taki zły Zagłoba). Dlatego czasem lepiej nie czytać przed poznaniem innych dzieł, chociaż to nie do końca trafna rada. Powieść poruszająca wielkie sprawy, ale w końcu autor to chrześ.. prawosławny apologeta. Cały czas uwielbiam jego wyjścia z okopu, dlatego niejedno dzieło Fiodora przeczytałem. Fragment o Wielkim Inkwizytorze, skonikąd jeden z najlepszych momentów (nie jedynym, podkreślę), miał być wystrzałem z armaty 100 mm, tą próbą rozbicia własnego poglądu.. jeest w zasadzie wystrzałem z 50 mm. Sam bohater dostrzegł odwrócony motyw jego sensu.
A poza tym razem bardziej więcej dziania się od chodzenia i gadania. Czuć naturalność rozmów aktorów trzecioosobowych. Bywają momenty naprawdę wzruszające dla współczesnego człowieka, mimo standardowego parcia na moralność tych czasów, od którego ludziom twarz zasycha, mają skłonności schylania się do wykonania kowloon, prosząc o wybaczenia i chorują od psychosomatyki (zawsze ta cierpiąca dusza). Gęsto od wartościowych rozważań dosyć trafnych i klasycznych spojrzeń na ludzkie zachowania. Pod koniec dosyć ciekawy tok rozprawy sądowej, czyli coś dla fanów adwokackich wygibasów. Znajdą się zabawy, szaleńcy i diaboł! Znajdą się niestety przemiany od gwizdka, bicze na wiarołomnych i dzieci mówiące jak dorośli. No i Polacy zrobią toast za nasz kraj! Gdyby tylko nie byli zawsze tą cudzioziemską kamaryłą. I co on takiego ma do lekarzy, do cholery?
Te wszystkie wytwórnie, kręcące chrześcijańskie, umoralniajace filmiki, które można zobaczyć na chrześcijańskich kanałach telewizyjnych.. wiecie jakie? Gdyby nakręcili adaptację Karamazowów, to by w końcu dostali prawdziwą nagrodę.
Wielu z nas się objawił w telewizji na różnym etapie życia, ale dopiero teraz postanowiłem go lepiej obejrzeć na netfliksie. Oceniam dopiero po czterech sezonach, albowiem już zaczynam odczuwać ogólne zmęczenie powtarzalnością. W krótkim słowach to tasiemiec, łączący całkiem dobre i solidne elementy neutralizujące wady tego rodzaju obrazu - objawianie meandrów medycyny bez patrzenia na wiedzę widza, dochodzenie przypadków i rzecz jasna główna osoba Grzegorza Doma, mającego wszystkich za idiotów i zdanie innych w czterech literach. Gnębi podwładnych, sprzeniewierza się funkcji lekarskiej przy diagnozie, nie potrafi przyznać się ze swych homoseksualnych popędów do pewnego onkologa oraz i tak jest mu to wybaczane, bo mommy Cuddy utraci największą atrakcję swego szpitalu.. i ratuję pacjentów. Niektórych nie uratuję, ale cudotwórcą nikt nie jest.
Widać tu sztampowość seriali pierwszej dekady. Bohater z cynicznego, aczkolwiek inteligentnego człowieka, skoro dokonuję dedukcji do poziomu wytrawnego geniusza, przekształca się w narcyza i aroganckiego buca, miewającego kłótnie o niepotrzebne gówna, by jakoś ciągnąć jego nieukładność w relacjach międzyludzkich. Ale do tego akurat da się przyzwyczaić, gdyż w drugą stronę byłoby o wiele gorzej. Do pewnego momentu przypadki medyczne, a szczególnie objawy zaczynają się powtarzać - komuś cztery razy się żółtaczka objawi. Pacjent dostanie atak, zacznie się dusić i krwawić; cholera, mamy nowy sympton i mało czasu. To sarkoidoza lub lupus? Panie, a gorączka skąd? E-ee zlecić biopsję podbródka, podajcie prednizon i interferon, najwyżej pierdyknie układ immunologiczny, pacjent umrze jak tego nie zrobimy WSZYSCY KŁAMIĄ. I tak Grzech dostąpi objawienia od psychoanalitycznych ciągot Wilsona i wykaże, że dziewczynka miała rozwalony układ hormonalny, krwawienia z niewłaściwych miejsc i neurologiczne wykwity przez stosowanie przez ojca kremu na potencję do pukania młodszych panien.
Pesymistyczna książeczka ujęta w formie relacji mężczyzny pełniącego nieformalne przywództwo nad miasteczkiem nieopodal kopalni złota na Dzikim Zachodzie, które pewnego razu zostaje kolokwialnie rozpizgnięte, aż niemal wszyscy uciekają, niektórzy wprost do ziemi . Wszystko za sprawą tajemniczego Złego Człowieka z Bodie, będącego wcieleniem czystego zła. Bohater więc próbuje przetrwać, odbudować swoją osadę i stworzyć spójną społeczność pośród pustki prerii. Nie spodziewa się, że licho nie śpi, szczególnie w ludzkiej piersi. Drogo za to zapłaci.
Niby antywestern, ale jakoś kiepsko defragmentyzujący kowbojską dziedzinę. Autor nie lubi mścicieli, za to dziwki i multikulturalność owszem. Kieruję wzrok na odpowiedzialność przed dzianym złem, podkreślając jego miażdżącą i immamentną moc, jednak pech jest taki, iż dzisiejsze diabły są bardziej subtelniejsze. Zbyt wielu Nowojorczyków. Ot "bazgroły", którymi swoją przypowieść nazywa bohater z kryjącym motywem wprost sprzężonym z jego ostrożnym charakterem, mimo jednak wnoszą rację dla problemu współudziału skupiska ludzi w budowaniu bezpiecznego świata. Szczególnie odpowiedzialności za konsekwencję, wypływające z braku reakcji na dokonywaną krzywdę, która wypływa, choć starana się być przykrywana codziennymi troskami o przyziemne sprawy. Trochę się mądrości tutaj uchowa, poczucie usprawiedliwiania tchórzostwa i złudnej nadziei, za którymi *ziew* nasze nędzne życie goni w oczekiwaniu na rozbicie głowy o twardą rzeczywistość. Z kruchości i przemijalności można wyciągać metafory, jak cukierki z kapelusza.
Przygód Clinta Eastwooda nie zarzuciło wstydem idealisty, ale przynajmniej nauczyło trochę indiańskiej medycyny
Szósta z kolei książka o przygodach detektywa z Miasta Aniołów lat czterdziestych, do której przystąpiłem wyłącznie z powodu odkrycia noir jazz. Zazwyczaj nie czytam kryminałów, zwłaszcza seriami. "Pan samochodzik" za dawna to właściwie była jedyna rzecz zdobytą i teraz zapomnianą. Jednakowoż jeżeli jest umiejscowiona w ciekawym czasie i miejscu, to chętnie się za nią zabieram. Próbowałem jakoś odkryć ten cały klimat kryminału deszczu i ciemnych ulic, gotowy do przyprószenia dźwiękami odległego saksofonu i stłumienia poczucia ciężkości porcją whisky. Czy mi się udało? Tu zachowam milczenie.
Napisano w cyklu osiem książek, lecz można nie trzymać się chronologii i zacząć od każdej innej. Historia tyczy się spraw prowadzonych rękoma trzydziestoparoletniego private eye Phillipa Marlowe'a. Niby cyniczny, niby uczciwy. Bywa całkiem dowcipny. Do właściwie jedynych zajęć, niezwiązanych z pracą należą zwykle trzy - jedzenie po barach, samotne granie w szachy oraz chlanie bursztynówki. W ogóle niemal każdy tutaj chla i jara papieroski łamane na cygara, zachowując nienaganny pozór umiaru. Próbowałem sobie go wyobrazić jako Max Payne bez twarzy z jego głosem. W każdym odcinku musi wyrwać jakąś d⁎⁎ę i narazić się policji. Biedaczek za cztery setki dolców wpada z kłopoty, no ale przynajmniej ma ciekawe zajęcie.. chyba.
Dominującym schematem jest odkrycie sprawcy morderstwa i odnalezienie zaginionej osoby. Pan detektyw łazi po różnych miejscach, rozmawia z ludźmi, dedukuję w ukryciu i doznaję olśnienia jak Hałs M.D odkrywający niegodziwość pacjenta chorego na syfilis. Finałowo ujawnia wyjaśnienie uderzające obuchem. Tutaj tego nie było, bo już to zostaję odkryte niemal w środku opowieści. Zresztą sedno pewnego zabójstwa nie leży w interesie detektywa i sam w środku potwierdza, że może zająć się czymś zupełnie innym. Ot choćby pilnowaniem, by nie puknąć pewnej blondynki (autor uwieeelbia jasnowłose kobiety, heh) Występują tu zbyt naciągane zbiegi okoliczności i wielce wyjęte z d⁎⁎y ważne konekcję. Ewenement, jakim jest w końcu darzenie drugiej osoby osobistą więzią przez bohatera, gdyż Filipek przez większość czasu swego istnienia w powieściach to skończony samotnik skupiony na robocie, jest strasznie miałki. Mało tu dochodzenia i żartobliwych docinek. Najciekawszy moment to alkoholowe wywody pewnej postaci, które żywo pokazują, że autor może napisać coś pięknego i inaczej, a nie rozwodzić się, jak kto bywa ubrany i jak wygląda dane pomieszczenie, do którego się nie wróci nigdy. W ogóle najistotniejsze jest to, że więcej niż kryminałem trąci melodramatem.
Mimo czytania w miarę przyjemnego, do którego można obligować każdego, komu wystarczy coś łyknąć do poduszki lub w podróży, to jest to dla mnie najsłabsza z książek Chandlera i jeżeliby miał polecił lepszego, to obstawiałbym "Żegnaj laleczko" i "Siostrzyczkę".
Po "Zbrodni" poszedłem krok naprzód i wziąłem na ruszt następne dzieło Dostojewskiego, by jeszcze coś zapakować pod kopułą przed poznaniem ostatniego jego dzieła, czyli "Braci Karamazow", którego z niewyjaśnionego powodu przeczytałem tylko połowę (kiedyś i to zrecenzuję; mogę jednak napisać, że była to dobra powieść, także teraz wolę przejść przez mniej zachwycające, jakkolwiek inne pozycje)
Miałem już szczątkową wiedzę o omawianym temacie. Postanowiłem w czasie ominąć przez niespecjalne zainteresowanie się dosyć znajomym motywem idealisty pośród zgróz zła rzeczywistego świata; będącego tym właśnie "Idiotą", lecz rzecz wiadoma znacznie i znacznie mądrzejszego pod względem moralnym w tym sensie, że to on jest nie-idiotą od wszystkiego wokół, wyznawców szkiełka w oku. Dosyć się omyliłem. Co prawda wbrew wstępnym opisom nie jest tym do końca słynnym Iesusem Christoforosem, albowiem ten przynajmniej umiał wyganiać kupców ze świątyni i bronić jawnogrześnicy, w równym stopniu nakazując jej już nie grzeszyć. Jest to ten typ z trwałą regułą wpisaną przez pisarza, głoszącą "Nie będziesz miał żadnych zachcianek, ograniczonych wyłącznie do ciebie". Jest w zasadzie tym człowiekiem, który pogodziłby swoich rodziców, stosując zgodną z prostoduszną naturą metodę, niestety nieskuteczną do danego typu osoby oraz wszedłby do klatki z misiem, ufając w słowa "przyjaciela". A jeszcze przy tym dodać do tego jego póżniejsze zaangażowanie w sprawę pewnej pannicy, to wo-ho-ho - ten zna życie inaczej ten nasz Idiota. I tak zupełnie powinno być.
Dałbym książce piątkę lub szóstkę, gdybym nie udałoby mi się wyciągnąć z niej żadnej wiedzy. Każdy różnie może ją interpretować; według mnie jest o poszukiwaniu szczęścia z próbą akceptacji własnej wadliwości wbrew społecznym konwenansom, bezlitośnie piętnujących głupców, a zarazem sami oni muszą ukorzyć się z własnej głupoty wobec niezmienności natury człowieka. Jest to swoją drogą najzabawniejsza z książek Dostojewskiego, ociupinkę gorsza od "Biesów", jednak nie umywająca się do zbrodni i braci. Występuję tu plejada dowcipnie przyspobionych i umiarkowanych łajdaków. Nie jest to niestety bardziej bliskie towarzystwo z placu Siennego, tylko średnio-wyższa klasa, także szykuj się na wyegzaltowaną obyczajność, skrywający klasyczny popęd za kasą i protekcją. Niepokoi brak w niektórych miejscach konsekwencji np. bohater wykazuję się czymś.. i nigdy potem tego nie wykorzysta. Ktoś oferuję mu wspólne zamieszkanie, które może w pewnym momencie być nie do uniknięcia? Nie, nie zdarza się. Sam nie jest jakoś przez życie i bycie Idiotą zbytnio krzywdzony, gdyż to większość czasu jest lubiany. Bywają też naiwne zbiegi okoliczności i w podobnym sposób wypisywane historyjki, bliższe już bajkopisarstwu, nie godne utrzymywaniu realizmowi książki. Romans? Please. Wracając do postaci, to niektóre przypominały Raskolnikowa, a inne pewnie będą protoplastami Dymitra i Gruszenki. Wieszaki nie zmieniają się. Poza tym wszystkim wciąż można obserwować znany kunsztyk, przyświecający myśli o zbadaniu znamienia społecznej odpowiedzialności za osoby chcące kierować swym życiem.
Oprócz tego szkoda że tutaj już mamy w treści niektóre poglądy autora, cechujące się kontrowersją. Co jak co, ale najgorszym grzechem pisarza jest zbytnie ujawnienie siebie. Najbardziej.. powiedzmy.. najzabawniejszy dotyczy krytyki katolicyzmu. Znajdzie się wzmianka o Polakach, ale ją już umieszczę pod spoilerem, w czym dopomoże mi chińszczyzna (choć nawet z ciekawości nie psułbym sobie widoków na przeczytanie, bo jest już faktem końcowym): 其中一位主角被一位騙子波蘭伯爵誘惑。我正在為一個為波蘭獨立而戰的組織招募人員,那裡的一名天主教神父正在將她培養成狂熱分子。
Eh, Dostojewski - dotychczas jedyny pisarz, którego na bank przeczytam w swoim życiu dwu bądż trzykrotnie, jeżeli moja pamięć zacznie o nim choć trochę zapominać. Za czasów licealnych był obok "Lalki" i "Przedwiośnia" jedną z popularniejszych lektur w klasie, które czytało większość. Resztę jego twórczości zbadałem dopiero po studiach i zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jakkolwiek nie mam zamiaru tutaj być zbyt stronniczy, bo prawdę powiedziawszy mimo przeczytania jej drugi raz jedynie kilka momencików coś tam dotarło do łepetyny, objawiając przyjemny wpływ. W całokształcie przez to nie chcę obniżać mojej pozytywnej oceny.
Fabuły nie streszczam, bo w końcu każdy przeczytał. Ze streszczenia czy z lekcji dowiedział, mniejsza. Ciąży potok gadki, jakby to mogło być w istocie powieść pod zagranie w teatrze. Niezbytnio wiele tutaj akcji, co akurat w mym osobistym wypadku nie zawsze przeszkadza. Przyjemnie czuć powab życia wielkiego miasta i udział postaci trzecioosobowych. Ponury charakterek środowiska z objawiami humoru przyjaciela głównego bohatera. Wielce okrutny dramat pewnej rodziny i oczywiście perypetie koligacji matrymonialnej z ciągnącą się sprawą zbrodni, która musi się siebie samorozwiązać i ujawnić przed publicznością. Pan Bóg oczywiście obrał swój patronat, mianując grzesznika na wykonawcę swej woli, jak to już ma nasz imć Fiodor. No i oczywiście niezapomniana psychologia, PSYCHOLOGIA, PSYCHO. Głęboki zarys psychologiczny wszystkich znaczących ludzi, fantazyjnie i realnie przeplatany oraz omawiany, co w odniesieniu do ruskiej duszy jeszcze dodaję pysznej unikalności. Przedstawienia Porfirego od tworzenia poligonów dla przyznawaczy czy rozmowy z towarzyskim Swidrygajłowem, dobroczyńcą i gnidą? Całus szefa kuchni.
Polacy tutaj chyyyba zostali oszczędzeni. W Karamazowach zaś..
@BiggusDickus Porfiry Pietrowicz jako radę powiedział bohaterowi, aby "Stał się Słońcem". Dość dwuznaczna idea od kogoś, kto zajmował się ściganiem przestępców.
Wydawnictwo: Fundacja Nowoczesna Polska (WolneLektury.pl)
Format: e-book
ISBN: 9788328809598
Liczba stron: 105
Ocena: 6/10
Krótka historia z gatunku romansowa od pisarza powstałego z jaj sławniejszego ojca, który komponował dzieła o wiernych muszkieterach i sprawiedliwych mścicielach. We własnej przemowie do książki, poruszającym tematy wolności artystycznej (dwa razy dostał odmowę wydania przez cenzorskie wymówki) oraz problem rozwiązłości kobiecej niemal udowodnił, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Moralność i romantyzm opierają się o siebie jak bracia, widząc poczynania ich oddanego naukowca w napisaniu debiutu.
Nie za wiele jest tak naprawdę do powiedzenia. Oto dama kameliowa, bo lubi dostawać kamelię. Praaawie żadnej symboliki. Zadaję się z hrabiami i księciami, najprawdopodobniej jeżdżąc z nimi bryczkami, towarzysząc po operach, objadając się drogimi biszkopcikami.. nie no, jest niby luksusową prostytutką, opartą na prawdziwej osobie z życia autora, ale można też zakładać, że po prostu jako wolna kobieta ma relację z co najmniej dwoma mężczyznami na różnych stopniach zażyłości bez bliskości fizycznej, które nie wpadają w konflikt. Broń Boże napomknąć słowo na S i greckiego boga na E. Przez przyjaciółkę również lubującą ugaszczać młodzieńców na kolacjach i czytającą pewnie im dobranockę na pożegnanie poznaję pewnego kawalera, który za nią szaleję od dłuższego czasu.
Stylowo jest całkiem przyjemnie. Z początku bohaterka operowała złośliwością i cynizmem, mogącym oddać jej dualność, a kawaler objawiał się jako nienastręczający, umiejącym wyczuć chwilę romantyk. Ale już im dalej w las, to lecimy z cyklu "Przysiąż wiernym być mojej miłości, A ja przestanę być z krwi Kapuletów." Znajdzie się nawet Tybalt i wielki sprzeciw świata, wytaczany miłości kochanków. Najgorszym tak naprawdę brak poczucia, że to w końcu romans z dziewczyną parającą się najstarszym zawodem świata. Więcej zachowuję się dobrze, a intryga przez którą musi zachowywać się żle jest GŁUPIA.
Poza tym Anna Radwan była w filmie niezwykle piękna. Eh, zawsze to musza być Anny.
"Większość istnień ludzkich niszczeje z powodu nadmiernych wymagań stawianych sobie – oświadcza prokurator i tłumaczy to w sposób następujący: – Świadomość nasza bardzo się w ciągu kilku stuleci zmieniła, natomiast nasze życie uczuciowe uległo o wiele mniejszym zmianom. Stąd niewspółmierność między naszym poziomem intelektualnym i emocjonalnym. Większość z nas posiada taką paczkę z materiałem cielistego koloru, mianowicie uczucia, których z wyżyn swego poziomu intelektualnego nie chce zauważać. Istnieją dwa wyjścia, które nigdzie nie prowadzą: albo zabijamy nasze prymitywne, a więc niegodne uczucia, tak dalece, jak to jest możliwe, ryzykując, że przez to w ogóle zostanie w nas zabite całe życie uczuciowe, albo dajemy naszym niegodnym uczuciom po prostu inną nazwę. Stwarzamy dla nich otoczkę kłamstwa. Przyklejamy im etykietkę, jakiej sobie życzy nasza świadomość. Im bardziej giętka jest nasza świadomość, im bardziej oczytana, tym liczniejsze i szlachetniejsze są nasze tylne drzwi, tym pomysłowsze jest samookłamywanie się; można się tak bawić przez całe życie, i to doskonale, nie można tylko osiągnąć w ten sposób pełni życia i człowiek staje się nieuchronnie sam sobie obcy. Możemy na przykład nasz brak odwagi, by paść na kolana, interpretować jako należytą postawę, a strach przed urzeczywistnieniem siebie samego za bezinteresowność itd.
Większość z nas wie doskonale, co powinniśmy odczuwać w tej lub owej sytuacji albo czego nam odczuwać nie wolno, i nawet przy najlepszej woli ustalenie, jakie są nasze prawdziwe uczucia, wymaga ogromnego wysiłku. To jest zły stan. Sarkazm w stosunku do każdego uczucia jest jego klasycznym objawem... z nadmiernymi wymaganiami wobec siebie łączą się nieodzownie fałszywe wyrzuty sumienia. Jeden ma do siebie pretensję, że nie jest geniuszem, inny, że mimo dobrego wychowania nie jest święty, a Stiller miał sobie za złe, że nie jest bojownikiem o sprawę hiszpańską... Dziwne, jak wiele rzeczy narzuca się nam jako głos sumienia, kiedy zaczniemy stawiać sobie wygórowane wymagania, stając się w ten sposób obcymi wobec samych siebie. Głos wewnętrzny, ten słynny głos wewnętrzny, zmienia się często w kokieteryjny głos jakiegoś „pseudo – ja”, które nie chce dopuścić, żebym wreszcie dał spokój, żebym rozpoznał samego siebie, i podstępnie działając na moją próżność, a w razie potrzeby posługując się fałszywymi meldunkami z nieba, próbuje przykuć mnie do moich zabójczych wymagań wobec siebie samego. Widzimy nasze klęski, ale nie dostrzegamy w nich sygnałów, konsekwencji naszego opacznego dążenia, oddalającego nas od nas samych. Rzecz charakterystyczna, że nasza próżność nie zbliża nas, jak się zdaje, do naszego „ja”, lecz oddala nas od niego" - Max Frisch, Stiller