Książka trafiła do mnie w paczce z reportażami i za reportaż ją początkowo uważałam. Nawet na lubimyczytac jest w w powyższej kategorii.
Ale z każdą kolejną stroną czułam, że to jeden wielki bullshit. Faktycznie napisana jest w stylu reportażowym, wulgarny język i wkurwienie na pacjentów nie są dla mnie nowością, bo książek w medycznych klimatach trochę ostatnio przeczytałam. Natomiast opis swoich niesmacznych seksualnych przygód, celowe ryzykowanie życia pacjentów oraz kolesiostwo z narkotykowymi dilerami to nie jest coś do czego warto się otwarcie przyznawać pisząc o tym książkę. Szczególnie, że opisane sytuacje i osoby łatwo można by rozpoznać. Nawet użycie pseudonimu do podpisania tej książki nie czyni z niej reportażu. Chyba że pisanego przez idiotę.
Ale na plusik, sporo się uśmiałam i nie czytało się aż tak źle.
Za mało: treści, górskiej straży, akcji. Gdybym czekał tyle lat co inni (cykl zacząłem w zeszłym roku) to bym się wkurzył. Bo to ewidentnie jest pół powieści.
Jednak trzyma poziom (poza jednym *w miarę nowym* wątkiem,a tak w sumie to kontynuacja ale inna perspektywa- znudziło mnie) i chce się więcej, niestety znowu na to więcej będziemy musieli długo czekać. Wpisałem 392 strony bo tyle faktycznie jest treści: reszta to jakiś słowniczek i z 8 stron autopromocji wydawnictwa w tym dwie puste strony.
Dziewiąty i ostatni tom cyklu Expanse jest bezpośrednią kontynuacją Wzlotu Persepolis i Gniewu Tiamat oraz stanowi zakończenie linii fabularnej całej opowieści.
Podsumowując cykl: mimo lepszych i słabszych fragmentów to ogólnie bardzo mi się podobało, to była niezwykła przygoda, zżyłem się z bohaterami i czuję taką samą pustkę jak kiedyś po ukończeniu 5 sezonów The Wire czy ograniu trylogii Mass Effect.
Książka która dostała trzy najważniejsze nagrody w gatunku fantastyki: Hugo, Nebulę i Locusa. I c⁎⁎j wie za co.
Lekkie spoilery
Książka ma bardzo obiecujący premis. Poznajemy człowieka - Louisa Wu - którego w jego dwusetne urodziny odwiedza Nessus - osobnik gatunku laleczników - obcych których ludzkość już od dawna nie widziała bo opuścili te regiony kosmosu. Werbuje go do wyprawy kosmicznej w której mieliby zbadać tajemniczy pierścień zbudowany przez nieznaną rasę obcych wokół jednej z gwiazd. To sztuczna "planeta" o powierzchni chyba 3 miliony razy większej od Ziemi. Mimo zaawansowania technicznego laleczników są oni przerażeni potęgą kogoś kto potrafiłby czegoś takiego dokonać. Razem do ekipy werbują jeszcze kzina - Mówiącego-do-zwierząt, a załogę dopełnia kolejny człowiek - kobieta, Teela Brown.
No i w sumie na tej tajemnicy pierścienia kończy się to co ciekawe, bo potem okazuje się, że postacie są kompletnie płaskie - Louis jest nijaki, lalecznik jest mądry ale tchórzliwy, kzin silny i groźny, a Teela głupia, naiwna i służy jako "talizman szczęścia" dla załogi i seks zabawka dla Louisa (yep). Później pojawia się jeszcze jedna kobieta która dla odmainy jest kosmiczną prostytutką boginią seksu.
Historia się wlecze, nic ciekawego się tam nie dzieje, w połowie pojawia się nawet ciekawy plot twist z którego ostatecznie nic nie wynika, rozwiązanie historii nie porywa. Jedyne co ciekawe w tej książce to kilka idei które nie są w ogóle rozwinięte. Nie polecam, chyba że ktoś bardzo chcę sie zapoznać z "klasykiem".
@WujekAlien średnie ocen Pierścienia są sporo wyższe niż to co wystawiłem, nie bardzo rozumiem czemu, ale może po prostu mnie nie podeszło. Chociaż opinii zbieżnych z moją też trochę jest.
Ciekawie napisana historia wzlotu i upadku Mussoliniego. Oraz historia jego wrzodów, które wiernie przy nim trwały i wracały, gdy stres przekraczał normy wytrzymałości.
Hitler ze Stalinem trochę Mussoliniego przyćmili, ale okazuje się, że Duce miał ogromny wpływ w inspirowaniu wielkich dyktatorów. Cwaniactwo i instynkt zaprowadziły go bardzo wysoko i zapewniły wiele sukcesów, ale gdy instynkt nagle się posypał, to posypało się wszystko.
@lechaim ówczesny ambasador RP we Włoszech, a były adiutant Piłsudskiego - Wieniawa Długoszowski, prowadził rozmowy, by polscy żołnierze mogli przejechać przez Włochy do Francji i Ciano na tranzyt zezwolił.
To jedna z tych książek, które czyta się z delikatnym uśmiechem na twarzy, bez pośpiechu, z poczuciem, że świat - choć bywa okrutny - czasem jednak podsuwa ludziom drugą szansę. "Cuda za rogiem" opowiada historię trzech zagubionych chłopaków, którzy uciekając przed policją, przypadkiem trafiają do starego sklepu Namiya, miejsca dziwnego, trochę zapomnianego, a jednak wciąż reagującego na ludzkie wołania o pomoc. Od tej chwili zaczynają odpowiadać na listy… tyle że listy przychodzą z przeszłości.
Fabularnie to książka bardzo prosta, wręcz oszczędna, ale jej siła leży gdzie indziej: w atmosferze czułości i zrozumienia wobec ludzkich wyborów. Higashino buduje opowieść z kilku splecionych historii, które na pierwszy rzut oka są niezależne, a dopiero z czasem zaczynają się zazębiać w satysfakcjonującą całość. Jest tu coś z realizmu magicznego - delikatnego, nienachalnego - choć faktycznie: to nie Ameryka Łacińska, tylko Japonia, więc zamiast barokowej metaforyki dostajemy spokój, prostotę i emocjonalną precyzję.
To świetna comfort book: o żalu, niespełnieniu, straconych szansach, ale też o tym, że nawet drobny gest - list, odpowiedź, dobra rada - może komuś poukładać życie.
Historie (opowiadania) składające się na książkę:
- historia trzech chłopaków ukrywających się w sklepie Namiya (opowieść ramowa)
- historia młodej sportsmenki stojącej przed wyborem między karierą a miłością
- historia samego pana Namiyi, jego syna i sensu udzielania rad innym
- historia chłopca z który ma wszystko i nagle jego rodzina się rozpada i musi uciekać
- historia kobiety, która chce opływać w luksusach, ale nie wie, jak to osiągnąć
Pamiętajcie, że to nie jest klasyczny zbiór opowiadań, bo ich bohaterowie pojawiają się w innych opowiadaniach, a linie czasowe są mocno niespójne. I właśnie linie czasowe są dla mnie największą wadą tej książki. W pewnym momencie pojawia się motyw komunikacji sportsmenki ze swoich chorym chłopakiem i nie dość, że nie wiemy, w jakim czasie ona żyje, to gdy nasi bohaterowie odpowiadają na jej list, wspominając, że są telefony z kamerą i mogą być w stałym kontakcie, ona reaguje, jakby dopiero co wynaleziono telefon domowy. Ale to są drobne nieścisłości, które irytują przez 2 minuty, a później się o nich zapomina.
Zdecydowanie odradzam osobom sklonnym do paranoi lub hipochondrii.
Część książki była całkiem ciekawa, opisywane były różne ciekawe przypadki śmierci i dochodzenie przyczyn na stole sekcyjnym.
Niestety ta większa część była niczym poradnik dla niezbyt rozgarniętych. Nie bierz narkotyków bo umrzesz, nie pal bo umrzesz, nie przekraczaj prędkości bo umrzesz, przechodź tylko na zielonym bo umrzesz, itepe itede. Ponadto przestrogi przez dywanami (bo można się potknąć i umrzeć), leżącymi przedłużaczami z tego samego powodu, schodami wiadomo dlaczego.
Jakby atrakcji było mało to cała masa potencjalnie śmiercionośnych objawów jak chrapanie, ból głowy, zgaga...
(daję ocenę 5, żeby nikt nie mając do czynienia z Zen nie wpadł na czytanie jej, zdecydowanie nie jest to pozycja dla osób, które dopiero chcą poznać lub od niedawna poznają Zen)
Pozycja zawiera tłumaczenie części nauk Bodhidharmy. Nie da się jej po prostu przeczytać, więc całość, czytana po kawałku, czasem nawet pojedynczymi akapitami, zajęła mi półtora roku.
Na całe szczęście nie potwierdziły się opinie, że ta książka jest zauważalnie gorsza od innych. Albo, co bardziej prawdopodobne, jestem zbyt mało wyrafinowanym czytelnikiem, by zauważyć takie niuanse.
Fabuła zmierza ku końcowi, bo w końcu to już ostatnia część. Tym razem retrospekcje przenoszą nas do przeszłości Szetha, dzięki temu możemy dowiedzieć się jak wyglądał początek jego życia, dlaczego los poprowadził go właśnie tam i kto w tym maczał palce.
Podobnie jak w poprzednich częściach całość akcji oglądamy z perspektywy kilku stron. W żadnym z wypadków jednak nie mogłem uznać, że jestem w stanie przewidzieć co się wydarzy. Akcja nie ma zwyczaju skręcać w spodziewanym kierunku, ale nie jest to nigdy zawód.
Idealna książka, jeśli ktoś chciałby poznać w jednym tomie losy normańskich rzezimieszków. Pisana bardzo przystępnym językiem, czyta się jak artykuły historyczne znane z magazynów czy innych periodyków historycznych. Autor nie odkrywa Ameryki (w przeciwieństwie do niektórych, heh), ale zapewnia czytelnikowi miłą rozrywkę.
Nastepna ksiazka, ktora siedziala na mojej TODO liscie od dluzszego czasu. Wiec czemu nie? Project Gutenberg udestepnia ja za darmo jako ebook, takze przeczytalem w jezyku angielskim.
Okazuje sie, ze to jedna z pierwszych powiesci psychologicznych rosyjskiej literatury. Opowiada o losach antybohatera - Pechorina. Postaci skonfliktowanej, jest cynikiem, ale wykazuje sie pewna delikatnoscia. Dla mnie taki troche miks romantyka z dekadenta (à la znudzony zyciem mlody szlachcic). Jego hobby jest robienie niewiastom wody z mozgu, zeby pozniej je zostawic, i poszukac sobie nowej. Autor tlumaczy tego bohatera jako kompilacje wielu podlosci jakie dreczyly jego pokolenie.
Co wyciaga ta opowiesc to jakosc prozy. W przedmowie tlumacz wspomina, ze tekst zrodlowy cechuje sie bardzo kwiecistym jezykiem. Wg. mnie tlumaczenie dalo rade. Kindle pomogl mi kilka razy zrozumiec to dosc awangardowe slownictwo. Jesli ktos lubi Kaukaz, to jest tam sporo opisow jego przyrody.
Ksiazka raczej dla studiujacych rosyjska literature, ale przyjemnie mi sie ja czytalo. Jest tez dosc krotka.
PS. Po przeczytaniu polecam zapoznac sie z tym jak umarl jej autor.
A przecie przypomniała mi kwiat! Wie pani, jaki? Wrzos! Znam takie wrzosowiska w kwiecie. Zdrowie od nich idzie i robią wrażenie czegoś bardzo subtelnego, a silnego. Ona ma taki wdzięk nieświetny, niepozorny. Cieniutka, skromniutka, bez blasków, barw, form okazałych, taka gałązka koralowa, osypana drobniutkim kwieciem, łagodnej barwy, a kształtów nadzwyczaj ślicznych, gdy się im przyjrzeć uważnie! I nie zwiędnie to, i nie osypie się.
Początek XX wieku: fabryki, spaliny i tyfus widziane z okien salonów i buduarów. Ona ze wsi, on z Warszawy. Obydwoje wchodzą w to małżeństwo z rozsądku, nie z miłości. Jego życie ma się pozornie nie zmienić, a w jej przejść rewolucja. I wszyscy tylko czekają, aż parweniuszce powinie się noga.
"Wrzos" jest jedną z tych książek, które potwierdzają, że klasykę literatury da się lubić. A może wręcz uwielbiać, bo bardzo trafia w mój gust. Są piękne stroje, obrazy, wykwintne dania, ale też bieda, brud, choroby i pełen przekrój charakterów. Cudo.
na początku każdego rozdziału jest ogólny opis co nas czeka- także omijałem ten opis
Brak ostrzeżenia o spoilerach dotyczących Dzieci kapitana Granta jak i 20 tysięcy mil podmorskiej żeglugi- także kto nie czytał niech najpierw ukończy tamte książki - końcówki nie doczytałem bo musze zaliczyć te 20 tysi
mało dramatycznych wydarzeń, trochę przewidywalna w sensie że rozbitkowie sobie poradzą w każdej sytuacji
@TyGrySSek trochę w dziwnej kolejności zacząłeś czytać, bo książka jest bezpośrednią kontynuacją "Dzieci kapitana Granta" i "20 000 mil podmorskiej żeglugi" Ostatnio czytałem jakieś 25lat temu, w sumie chętnie sprawdzę czy #starydziad będzie się z nią tak dobrze bawił jak dzieciak, jak czytałem z dziadkiem
@WujekAlien tego nie wiedziałem a i nigdzie nie ma informacji bezpośredniej że chcesz czytać to to napierw tamto i jak o tym nie wiesz to można sie dziwić. Na szczęście przyapdkiem udało mi się nie spolerować tej ostatniej
@TyGrySSek Verne kozak. Podróż do wnętrza ziemi czytałem za gówniaka z wypiekami na twarzy i to chyba dzięki niemu mam taką zajawkę na różne Sci-Fi i Fantasy
@TyGrySSek Kurde wszystkich to nie wiem, bo on był dość płodnym pisarzem ale te najbardziej znane mam zaliczone. 20 000 mil, W 80 dni, Tajemnicza Wyspa, Dzieci Kapitana Granta, Podróż do wnętrza ziemi i te mogę polecić.
Czytałem też jeszcze jedną gdzie typek chciał balonem dolecieć na księżyc czy coś takiego i no ta nie była już zbyt ciekawa, nawet nazwy nie pamiętam xD
@TyGrySSek jesli plywanie pod antarktyda, zbieranie diamentow z dna czy schodzenia na 20km Cie nie razi to bedfzie ok. Gościu zapełniał białę plamy ówczesnej wiedzy swoimi wyobrażeniami i celność miał dosyć słabą
To zadziwiające jak pięknie można pisać o rzeczach mało pięknych. To zadziwiające jak niewiele potrzeba żeby napisać całą opowieść i to zadziwiające w jaki sposób można taką opowieść przedstawić posługując się ludźmi, którzy w tej opowieści uczestniczą. To zadziwiające jak można tworzyć literaturę grając z postacią – przedstawiając tę postać w dwóch różnych planach narracyjnych.
Dom to pierwsza książka autorstwa pani Morrison, którą miałem okazję przeczytać, książka z roku 2012, a więc po blisko dwudziestu latach po otrzymaniu przez autorkę Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. I, jeśli tylko poprzednie jej książki były napisane z podobnym kunsztem i uwagą (co mam zamiar sprawdzić), to nie powinno być w tej nagrodzie dla pani Morrison nic zaskakującego.
W Domu czytelnik dostaje od autorki obraz południa Stanów Zjednoczonych w połowie XX wieku, w dodatku przedstawiony jeszcze z perspektywy nie tylko bohatera czarnoskórego, ale i bohatera będącego weteranem wojennym (akurat z Korei; Wietnam, tak spopularyzowany przez popkulturę zacznie się dopiero za kilka lat, ale – jak to wynika nie tylko z tej książki – na weteranów wojennych rzadko czeka po powrocie to, co im obiecywano i czego być może sami się spodziewali, ich los często bywa podobny).
Akcja tej książki jest prosta – Frank Money, mierzący się z czymś w rodzaju zespołu stresu pourazowego, wyrusza do Georgii żeby ratować siostrę, ale ta podróż wydaje się być tylko pretekstem do opowiedzenia o tamtym miejscu i o tamtym czasie. Zaraz po zakończeniu lektury miałem taką myśl, że ta książka to połączenie książki Pierwsza krew pana Davida Morella i Zabić drozda pani Harper Lee, no ale teraz uważam, że to tak nie do końca. Bo choć motywy z obu tych książek można w Domu znaleźć, to wydaje mi się, że Dom jest (mimo wszystko) bardziej o człowieku niż Zabić drozda (które jest bardziej o sytuacji) i jest zdecydowanie mniej spektakularny niż Pierwsza krew. Nie mówiąc już o tym, że – całkiem subiektywnie – uważam, że, czysto literacko, od obu tych wymienionych pozycji Dom napisany jest po prostu dużo, dużo lepiej. A to jest dla mnie przy lekturze ogromnie ważne, czasami nawet jest to dla mnie ważniejsze niż sama treść.
Nie tak dawno czytałem książkę o Falaise, gdzie generał Maczek był szeroko cytowany. Więc co szkodzi przeczytać coś na wzór autobiografii i pamiętnika. Zaczyna się od walk podczas wojny polsko-ukraińskiej. Czasami są wzmianki o studiowaniu filozofii na Uniwersytecie Lwowskim. Co mnie najbardziej ciekawiło to losy internowania na Węgrzech, przedostanie się do Anglii i dlaczego 10. nie została używa podczas walk na plaży w Normandii. Koniec wieńczy solidny spis odznaczonych żołnierzy.
Tytuł: Tytus Romek i A'Tomek. Zaginione księgi t. 1-3
Autor: Papcio Chmiel
Kategoria: komiks
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Format: książka papierowa
Liczba stron: 144
Ocena: 7/10
WTEM!
Jeżeli jeszcze jacyś fani ekipy TRA nie wiedzą - ostatnio ukazały się w formie książeczek oryginalne odcinki publikowane w latach 1959-1972 w "Świecie Młodych". Trochę podkolorowane, trochę poobcinane i pomieszane żeby zachować jaką-taką fabułę. Trzy pierwsze tomy już są, kolejne mają być na dniach - 4,5,6 jeszcze w lutym 2026.
A co wewnątrz? Rzuca się w oczy, że z początku projekty postaci były zupełnie inne, chłopaki (i Tytus) wyglądają zupełnie inaczej. Z kolejnymi przygodami zaczynają jednak coraz bardziej być podobni do siebie Czuć już ten specyficzny Papciowy klimat i jego zabawne gry słowne. Pojawiają się mechaniczny koń Rozalia czy wannolot. Część pomysłów, tutaj tylko zarysowana, jest potem rozwinięta w kolejnych tomach. Przyczepić można by się tylko do kolorowania, które jest... specyficzne. Zwłaszcza nie podobają mi się tła, które nie oblewają całych postaci tylko zostają takie białe plamy. Na ostatnim obrazku widać o czym piszę. Może lepiej było zostawić oryginalne, czarno-białe rysunki?
Tak czy owak, dla miłośników pozycja obowiązkowa, choć dość krótka, bo każda książeczka liczy ok. 50 stron, więc lektura na jedno popołudnie. Za to tanio, w empiku płaciłem po 10.99 zł za tom
Pierwszy tom był świetny, był dokładnie takim postapo, jakie lubie i jakiego szukam, sięgając po ten gatunek. A ten tom, to jakieś nieporozumienie. Główna bohaterka z 1 tomu nie żyje, więc jej rolę jako narratora i głosicielki ruchu Nasion Ziemii, przejmuje jej córka. Nasza ekipa z pierwszego tomu dotarła do "Żołędzia", osady, w której chce się odbudować i zacząć życie od nowa. Oczywiście sama osada jest potraktowana po macoszemu, a większość czasu i tak spędzamy po za jej "murami".
Momentami miałem vibe The Last of Us, ale później mi się przypominało, że nasi bohaterowie dostają wpierdziel nawet od dzieci, technicznie - nastolatków, ale jednak. Nasza bohaterka ma kompleks matki i nie do końca umie z nim żyć, a tym bardziej z nim walczyć. Na czym cierpi cała książka, bo bohaterki po prostu się nie da lubić, na szczęście od czasu do czasu dostajemy od niej chwilę oddechu i możemy się zanurzyć w historii innych postaci przejmujących narrację.
Największy zarzut mam jednak do samej autorki, bo to jak przedstawia mężczyzn w tej książce i inne rasy niż czarnoskórą, to jest jakiś dramat - 90% facetów chce zgwałcić lub gwałci i torturuje kobiety i jesteśmy zmuszeni o tym czytać. To miało być post-apo, a wyszło rape-apo. Rasizm jest na porządku dziennym, bo nasza bohaterka jest czarnoskóra, a przecież wszystkie inne rasy w obliczy światowego kataklizmu, staną przeciwko niej, bo tak.
Trudno się to czytało, kilka razy miałem ochotę rzucić ją w kąt, sprawdzałem opinie na LC i GR i nie miałem pojęcia, czemu są takie wysokie.
Nie polecam, szczególnie jeśli lubicie postapo, bo po świetnym 1 tomie, ten jest gniotem.
Książka wpadła w moje ręce dosyć przypadkowo. Wyskoczyła mi w proponowanych na vinted, zaproponowałem cenę 20zł i sprzedawca się zgodził to głupio było nie kupić xD
Jak łatwo się domyśleć książka przedstawia 222 polskie gry zaczynając od roku 1983 do 2019. Każda gra to pojedynczy screen na dwie strony z krótkim opisem, czasem wzbogacony o komentarz autora gry. Dla mnie to jest album w którym możemy dowiedzieć się że dany tytuł istnieje i ewentualnie poszukać czegoś więcej na własną rękę. I w tej roli jest spoko. Wydanie jest dosyć ładne, w twardej okładce i obrazkami zajmującymi całą stronę. Minus za miejscami gorzej czytelnym tekstem na tle screena.
Jeśli ktoś szuka książki z której dowie się o historii polskiej branży gier trochę głębiej to musi poszukać czegoś innego.
Chcę wiedzieć dlaczego. Dlaczego to wszystko. Nie znam odpowiedzi, ale kilka dni temu nie wiedziałem, że są pytania.
Moja relacja z twórczością pana Pratchetta jest, trzeba to przyznać, dość skomplikowana. To znaczy ja bardzo tego autora cenię, uwielbiam jego obserwacje, zgadzam się z wnioskami z tych obserwacji, które pan Pratchett wyciągał i momentami imponuje mi to, w jak błyskotliwy sposób potrafił to wszystko przedstawić. Niesamowicie podoba mi się sposób, w jaki pan Pratchett stworzył swój świat, ogromnie cenię przede wszystkim jego konsekwencję i słowotwórstwo (i znów: ogromna praca tłumacza, bo pan Kozłowski świetnie przełożył na język polski nie tylko historie, ale i klimat oryginałów). A jednak, mimo tego wszystkiego co napisałem wyżej, książki pana Pratchetta czyta mi się źle. I nawet zastanawiałem się dlaczego tak jest, i miałem kilka pomysłów – bo to może za szybko to wszystko się u niego dzieje? Albo może rozmach i skomplikowanie Świata Dysku są dla mnie zbyt wielkie? Pudło jednak. Bo akcja Nacji ani nie rozgrywa się w Świecie Dysku, ani w Nacji narrator zdaje się nie pędzić i nie skakać w czasie i przestrzeni, bo historia jest liniowa i rozgrywa się w zasadzie w jednym tylko miejscu. A jednak wrażenia miałem bardzo podobne jak przy okazji wcześniejszego obcowania z utworami tego autora. Podobało mi się. Bardzo mi się podobało. Tyle, że podobało mi się fragmentami. Bardzo krótkimi fragmentami.
Nacja opowiada o Nacji, która to jest wyspą położoną na oceanie. Na Nację, zresztą jak na cały świat, przychodzi kataklizm i giną wszyscy jej mieszkańcy. No, wszyscy poza jednym (bo, wydaje mi się, trudno byłoby stworzyć opowieść o wyspie bezludnej w ścisłym tego słowa znaczeniu). Przeżywa więc Mau, który nie jest już chłopcem, ale nie jest jeszcze mężczyzną (mamy więc bildungsroman). Okazuje się jednak, że nie jest on jednym żywym człowiekiem na Nacji. Trafiła tam bowiem dziewczyna, która (również jako jedyna) przeżyła katastrofę morską (mamy więc powieść marinistyczną a może nawet i przygodową). Ci dwoje trafiają na siebie (mamy więc retellingRobinsona Crusoe) i nawiązują ze sobą kontakt. W międzyczasie Mau dopadają wątpliwości na temat słuszności tego, w co przez całe życie wierzył (bo tak wierzyła Nacja – mamy więc i trochę wątpliwości natury moralno-religijno-filozoficznych). A jeszcze później na wyspę przybywają inni – dobrzy, źli i neutralni (o części z tych ostatnich, zdaje mi się, autor trochę w dalszej części książki zapomniał) i dzieją się rzeczy różne. I dzieje się tych rzeczy sporo.
I może właśnie to mi w książkach pana Pratchetta przeszkadza? Że tak naprawdę nie potrafię powiedzieć o czym ta Nacja była. Wątków jest mnóstwo, podniesionych tematów tyleż, ale żaden z nich nie wydaje mi się być tym dominującym. A ja chyba takiego tematu przewodniego w powieści po prostu potrzebuję.
Do powrotu do tej książki zachęciła mnie styczniowa premiera: "Łuskanie bobu w blasku księżyca" Xue Mo i choć to książka zupełnie o czym innym i nie jest nawet jedną całością, a zbiorem opowiadań, to pomyślałem, że czas na dzieła pana Myśliwskiego jest zawsze i każda okazja jest dobra, żeby po nie sięgnąć
Myśliwski pokazuje, że zwykłe życie bywa niezwykłe, jeśli umie się o nim opowiedzieć w ten właściwy sposób. Cała powieść to jeden, hipnotyczny monolog - rozmowa z nieznajomym, który przyszedł po fasolę, a dostał w prezencie cudowną historię życia. Rytm łuskania staje się metronomem pamięci: klik, klik i spada kolejne ziarnko, a z nim anegdota, wyznanie, wspomnienie wojny, pracy, wędrówek, miłości, rozczarowań. Z prostych czynności, prostych słów i prostych rzeczy autor buduje architekturę sensu.
Największą siłą książki jest głos - skromny, nieśpieszny, pełen namysłu i wstydu człowieka, który wie, że pamięć nie jest archiwum, tylko rzeką. Narrator nie moralizuje, układa życie w opowieść, która wraca do miejsc z przeszłośći, ale pod trochę innym kątem i z perspektywy lat. Z drobiazgów - od zapachu kuchni po skrzypienie drzwi - rodzi się metafizyka codzienności. Kiedy mówi o losie, brzmi przekonująco, bo stoi obiema nogami na ziemi, kiedy filozofuje, robi to z garścią fasoli w ręki, nie z ambony.
Myśliwski potrafi jednym zdaniem otworzyć całe panoramy: dom, który już nie istnieje czy ludzi, którzy odeszli. Rzeźbą dla bohatera jest tu opowieść: dłutem - pamięć. Każde zdanie wykuwa z kamienia małą, brutalną prawdę o tym, jak się żyje.
Formę monologu autor wykorzystuje mistrzowsko. Długie frazy mają rytm mowy, nie papieru. Dygresje nie rozpraszają, tylko nawlekają sens na jak nić przez ucho igielne - wracamy, zawracamy, i dopiero widać, że ta spirala prowadzi nas w głąb. To literatura, która nie epatuje pomysłem, tylko pracuje czasem: czytelnik dojrzewa razem z narracją, a kiedy pada ostatnie zdanie, czuje, że dostał coś własnego, nie "cudzą historię". Drugim bohaterem nie jest człowiek, który przyjechał po fasolę, a my sami i to nas narrator wciąga w tę historię.
Jeśli miałbym Was przed czymkolwiek przestrzec, to tylko tyle:
Traktat… wymaga poddania się temu rytmowi. To nie jest książka na "szybkie trzy rozdziały" przed spankiem, tu trzeba usiąść na spokojnie, żeby móc jej w pełni doświadczyć, a zapewniam Was, że warto
Osobisty licznik: 27/128 (zamykam styczeń łącznie z 27,5 ksiązki, ukończonym czytelniczebingo i 6 wyzwaniami Goodreads)