236 + 1 = 237


Tytuł: Nacja

Autor: Terry Pratchett

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 5/10


#bookmeter


***


Chcę wiedzieć dlaczego. Dlaczego to wszystko. Nie znam odpowiedzi, ale kilka dni temu nie wiedziałem, że są pytania.



Moja relacja z twórczością pana Pratchetta jest, trzeba to przyznać, dość skomplikowana. To znaczy ja bardzo tego autora cenię, uwielbiam jego obserwacje, zgadzam się z wnioskami z tych obserwacji, które pan Pratchett wyciągał i momentami imponuje mi to, w jak błyskotliwy sposób potrafił to wszystko przedstawić. Niesamowicie podoba mi się sposób, w jaki pan Pratchett stworzył swój świat, ogromnie cenię przede wszystkim jego konsekwencję i słowotwórstwo (i znów: ogromna praca tłumacza, bo pan Kozłowski świetnie przełożył na język polski nie tylko historie, ale i klimat oryginałów). A jednak, mimo tego wszystkiego co napisałem wyżej, książki pana Pratchetta czyta mi się źle. I nawet zastanawiałem się dlaczego tak jest, i miałem kilka pomysłów – bo to może za szybko to wszystko się u niego dzieje? Albo może rozmach i skomplikowanie Świata Dysku są dla mnie zbyt wielkie? Pudło jednak. Bo akcja Nacji ani nie rozgrywa się w Świecie Dysku, ani w Nacji narrator zdaje się nie pędzić i nie skakać w czasie i przestrzeni, bo historia jest liniowa i rozgrywa się w zasadzie w jednym tylko miejscu. A jednak wrażenia miałem bardzo podobne jak przy okazji wcześniejszego obcowania z utworami tego autora. Podobało mi się. Bardzo mi się podobało. Tyle, że podobało mi się fragmentami. Bardzo krótkimi fragmentami.


Nacja opowiada o Nacji, która to jest wyspą położoną na oceanie. Na Nację, zresztą jak na cały świat, przychodzi kataklizm i giną wszyscy jej mieszkańcy. No, wszyscy poza jednym (bo, wydaje mi się, trudno byłoby stworzyć opowieść o wyspie bezludnej w ścisłym tego słowa znaczeniu). Przeżywa więc Mau, który nie jest już chłopcem, ale nie jest jeszcze mężczyzną (mamy więc bildungsroman). Okazuje się jednak, że nie jest on jednym żywym człowiekiem na Nacji. Trafiła tam bowiem dziewczyna, która (również jako jedyna) przeżyła katastrofę morską (mamy więc powieść marinistyczną a może nawet i przygodową). Ci dwoje trafiają na siebie (mamy więc retelling Robinsona Crusoe) i nawiązują ze sobą kontakt. W międzyczasie Mau dopadają wątpliwości na temat słuszności tego, w co przez całe życie wierzył (bo tak wierzyła Nacja – mamy więc i trochę wątpliwości natury moralno-religijno-filozoficznych). A jeszcze później na wyspę przybywają inni – dobrzy, źli i neutralni (o części z tych ostatnich, zdaje mi się, autor trochę w dalszej części książki zapomniał) i dzieją się rzeczy różne. I dzieje się tych rzeczy sporo.


I może właśnie to mi w książkach pana Pratchetta przeszkadza? Że tak naprawdę nie potrafię powiedzieć o czym ta Nacja była. Wątków jest mnóstwo, podniesionych tematów tyleż, ale żaden z nich nie wydaje mi się być tym dominującym. A ja chyba takiego tematu przewodniego w powieści po prostu potrzebuję.

8dc771db-a735-4297-9400-85d26ab0c67b

Komentarze (1)

Zaloguj się aby komentować