Na całe szczęście nie potwierdziły się opinie, że ta książka jest zauważalnie gorsza od innych. Albo, co bardziej prawdopodobne, jestem zbyt mało wyrafinowanym czytelnikiem, by zauważyć takie niuanse.
Fabuła zmierza ku końcowi, bo w końcu to już ostatnia część. Tym razem retrospekcje przenoszą nas do przeszłości Szetha, dzięki temu możemy dowiedzieć się jak wyglądał początek jego życia, dlaczego los poprowadził go właśnie tam i kto w tym maczał palce.
Podobnie jak w poprzednich częściach całość akcji oglądamy z perspektywy kilku stron. W żadnym z wypadków jednak nie mogłem uznać, że jestem w stanie przewidzieć co się wydarzy. Akcja nie ma zwyczaju skręcać w spodziewanym kierunku, ale nie jest to nigdy zawód.
Idealna książka, jeśli ktoś chciałby poznać w jednym tomie losy normańskich rzezimieszków. Pisana bardzo przystępnym językiem, czyta się jak artykuły historyczne znane z magazynów czy innych periodyków historycznych. Autor nie odkrywa Ameryki (w przeciwieństwie do niektórych, heh), ale zapewnia czytelnikowi miłą rozrywkę.
Nastepna ksiazka, ktora siedziala na mojej TODO liscie od dluzszego czasu. Wiec czemu nie? Project Gutenberg udestepnia ja za darmo jako ebook, takze przeczytalem w jezyku angielskim.
Okazuje sie, ze to jedna z pierwszych powiesci psychologicznych rosyjskiej literatury. Opowiada o losach antybohatera - Pechorina. Postaci skonfliktowanej, jest cynikiem, ale wykazuje sie pewna delikatnoscia. Dla mnie taki troche miks romantyka z dekadenta (à la znudzony zyciem mlody szlachcic). Jego hobby jest robienie niewiastom wody z mozgu, zeby pozniej je zostawic, i poszukac sobie nowej. Autor tlumaczy tego bohatera jako kompilacje wielu podlosci jakie dreczyly jego pokolenie.
Co wyciaga ta opowiesc to jakosc prozy. W przedmowie tlumacz wspomina, ze tekst zrodlowy cechuje sie bardzo kwiecistym jezykiem. Wg. mnie tlumaczenie dalo rade. Kindle pomogl mi kilka razy zrozumiec to dosc awangardowe slownictwo. Jesli ktos lubi Kaukaz, to jest tam sporo opisow jego przyrody.
Ksiazka raczej dla studiujacych rosyjska literature, ale przyjemnie mi sie ja czytalo. Jest tez dosc krotka.
PS. Po przeczytaniu polecam zapoznac sie z tym jak umarl jej autor.
A przecie przypomniała mi kwiat! Wie pani, jaki? Wrzos! Znam takie wrzosowiska w kwiecie. Zdrowie od nich idzie i robią wrażenie czegoś bardzo subtelnego, a silnego. Ona ma taki wdzięk nieświetny, niepozorny. Cieniutka, skromniutka, bez blasków, barw, form okazałych, taka gałązka koralowa, osypana drobniutkim kwieciem, łagodnej barwy, a kształtów nadzwyczaj ślicznych, gdy się im przyjrzeć uważnie! I nie zwiędnie to, i nie osypie się.
Początek XX wieku: fabryki, spaliny i tyfus widziane z okien salonów i buduarów. Ona ze wsi, on z Warszawy. Obydwoje wchodzą w to małżeństwo z rozsądku, nie z miłości. Jego życie ma się pozornie nie zmienić, a w jej przejść rewolucja. I wszyscy tylko czekają, aż parweniuszce powinie się noga.
"Wrzos" jest jedną z tych książek, które potwierdzają, że klasykę literatury da się lubić. A może wręcz uwielbiać, bo bardzo trafia w mój gust. Są piękne stroje, obrazy, wykwintne dania, ale też bieda, brud, choroby i pełen przekrój charakterów. Cudo.
na początku każdego rozdziału jest ogólny opis co nas czeka- także omijałem ten opis
Brak ostrzeżenia o spoilerach dotyczących Dzieci kapitana Granta jak i 20 tysięcy mil podmorskiej żeglugi- także kto nie czytał niech najpierw ukończy tamte książki - końcówki nie doczytałem bo musze zaliczyć te 20 tysi
mało dramatycznych wydarzeń, trochę przewidywalna w sensie że rozbitkowie sobie poradzą w każdej sytuacji
@TyGrySSek trochę w dziwnej kolejności zacząłeś czytać, bo książka jest bezpośrednią kontynuacją "Dzieci kapitana Granta" i "20 000 mil podmorskiej żeglugi" Ostatnio czytałem jakieś 25lat temu, w sumie chętnie sprawdzę czy #starydziad będzie się z nią tak dobrze bawił jak dzieciak, jak czytałem z dziadkiem
@WujekAlien tego nie wiedziałem a i nigdzie nie ma informacji bezpośredniej że chcesz czytać to to napierw tamto i jak o tym nie wiesz to można sie dziwić. Na szczęście przyapdkiem udało mi się nie spolerować tej ostatniej
@TyGrySSek Verne kozak. Podróż do wnętrza ziemi czytałem za gówniaka z wypiekami na twarzy i to chyba dzięki niemu mam taką zajawkę na różne Sci-Fi i Fantasy
@TyGrySSek Kurde wszystkich to nie wiem, bo on był dość płodnym pisarzem ale te najbardziej znane mam zaliczone. 20 000 mil, W 80 dni, Tajemnicza Wyspa, Dzieci Kapitana Granta, Podróż do wnętrza ziemi i te mogę polecić.
Czytałem też jeszcze jedną gdzie typek chciał balonem dolecieć na księżyc czy coś takiego i no ta nie była już zbyt ciekawa, nawet nazwy nie pamiętam xD
@TyGrySSek jesli plywanie pod antarktyda, zbieranie diamentow z dna czy schodzenia na 20km Cie nie razi to bedfzie ok. Gościu zapełniał białę plamy ówczesnej wiedzy swoimi wyobrażeniami i celność miał dosyć słabą
To zadziwiające jak pięknie można pisać o rzeczach mało pięknych. To zadziwiające jak niewiele potrzeba żeby napisać całą opowieść i to zadziwiające w jaki sposób można taką opowieść przedstawić posługując się ludźmi, którzy w tej opowieści uczestniczą. To zadziwiające jak można tworzyć literaturę grając z postacią – przedstawiając tę postać w dwóch różnych planach narracyjnych.
Dom to pierwsza książka autorstwa pani Morrison, którą miałem okazję przeczytać, książka z roku 2012, a więc po blisko dwudziestu latach po otrzymaniu przez autorkę Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. I, jeśli tylko poprzednie jej książki były napisane z podobnym kunsztem i uwagą (co mam zamiar sprawdzić), to nie powinno być w tej nagrodzie dla pani Morrison nic zaskakującego.
W Domu czytelnik dostaje od autorki obraz południa Stanów Zjednoczonych w połowie XX wieku, w dodatku przedstawiony jeszcze z perspektywy nie tylko bohatera czarnoskórego, ale i bohatera będącego weteranem wojennym (akurat z Korei; Wietnam, tak spopularyzowany przez popkulturę zacznie się dopiero za kilka lat, ale – jak to wynika nie tylko z tej książki – na weteranów wojennych rzadko czeka po powrocie to, co im obiecywano i czego być może sami się spodziewali, ich los często bywa podobny).
Akcja tej książki jest prosta – Frank Money, mierzący się z czymś w rodzaju zespołu stresu pourazowego, wyrusza do Georgii żeby ratować siostrę, ale ta podróż wydaje się być tylko pretekstem do opowiedzenia o tamtym miejscu i o tamtym czasie. Zaraz po zakończeniu lektury miałem taką myśl, że ta książka to połączenie książki Pierwsza krew pana Davida Morella i Zabić drozda pani Harper Lee, no ale teraz uważam, że to tak nie do końca. Bo choć motywy z obu tych książek można w Domu znaleźć, to wydaje mi się, że Dom jest (mimo wszystko) bardziej o człowieku niż Zabić drozda (które jest bardziej o sytuacji) i jest zdecydowanie mniej spektakularny niż Pierwsza krew. Nie mówiąc już o tym, że – całkiem subiektywnie – uważam, że, czysto literacko, od obu tych wymienionych pozycji Dom napisany jest po prostu dużo, dużo lepiej. A to jest dla mnie przy lekturze ogromnie ważne, czasami nawet jest to dla mnie ważniejsze niż sama treść.
Nie tak dawno czytałem książkę o Falaise, gdzie generał Maczek był szeroko cytowany. Więc co szkodzi przeczytać coś na wzór autobiografii i pamiętnika. Zaczyna się od walk podczas wojny polsko-ukraińskiej. Czasami są wzmianki o studiowaniu filozofii na Uniwersytecie Lwowskim. Co mnie najbardziej ciekawiło to losy internowania na Węgrzech, przedostanie się do Anglii i dlaczego 10. nie została używa podczas walk na plaży w Normandii. Koniec wieńczy solidny spis odznaczonych żołnierzy.
Tytuł: Tytus Romek i A'Tomek. Zaginione księgi t. 1-3
Autor: Papcio Chmiel
Kategoria: komiks
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Format: książka papierowa
Liczba stron: 144
Ocena: 7/10
WTEM!
Jeżeli jeszcze jacyś fani ekipy TRA nie wiedzą - ostatnio ukazały się w formie książeczek oryginalne odcinki publikowane w latach 1959-1972 w "Świecie Młodych". Trochę podkolorowane, trochę poobcinane i pomieszane żeby zachować jaką-taką fabułę. Trzy pierwsze tomy już są, kolejne mają być na dniach - 4,5,6 jeszcze w lutym 2026.
A co wewnątrz? Rzuca się w oczy, że z początku projekty postaci były zupełnie inne, chłopaki (i Tytus) wyglądają zupełnie inaczej. Z kolejnymi przygodami zaczynają jednak coraz bardziej być podobni do siebie Czuć już ten specyficzny Papciowy klimat i jego zabawne gry słowne. Pojawiają się mechaniczny koń Rozalia czy wannolot. Część pomysłów, tutaj tylko zarysowana, jest potem rozwinięta w kolejnych tomach. Przyczepić można by się tylko do kolorowania, które jest... specyficzne. Zwłaszcza nie podobają mi się tła, które nie oblewają całych postaci tylko zostają takie białe plamy. Na ostatnim obrazku widać o czym piszę. Może lepiej było zostawić oryginalne, czarno-białe rysunki?
Tak czy owak, dla miłośników pozycja obowiązkowa, choć dość krótka, bo każda książeczka liczy ok. 50 stron, więc lektura na jedno popołudnie. Za to tanio, w empiku płaciłem po 10.99 zł za tom
Pierwszy tom był świetny, był dokładnie takim postapo, jakie lubie i jakiego szukam, sięgając po ten gatunek. A ten tom, to jakieś nieporozumienie. Główna bohaterka z 1 tomu nie żyje, więc jej rolę jako narratora i głosicielki ruchu Nasion Ziemii, przejmuje jej córka. Nasza ekipa z pierwszego tomu dotarła do "Żołędzia", osady, w której chce się odbudować i zacząć życie od nowa. Oczywiście sama osada jest potraktowana po macoszemu, a większość czasu i tak spędzamy po za jej "murami".
Momentami miałem vibe The Last of Us, ale później mi się przypominało, że nasi bohaterowie dostają wpierdziel nawet od dzieci, technicznie - nastolatków, ale jednak. Nasza bohaterka ma kompleks matki i nie do końca umie z nim żyć, a tym bardziej z nim walczyć. Na czym cierpi cała książka, bo bohaterki po prostu się nie da lubić, na szczęście od czasu do czasu dostajemy od niej chwilę oddechu i możemy się zanurzyć w historii innych postaci przejmujących narrację.
Największy zarzut mam jednak do samej autorki, bo to jak przedstawia mężczyzn w tej książce i inne rasy niż czarnoskórą, to jest jakiś dramat - 90% facetów chce zgwałcić lub gwałci i torturuje kobiety i jesteśmy zmuszeni o tym czytać. To miało być post-apo, a wyszło rape-apo. Rasizm jest na porządku dziennym, bo nasza bohaterka jest czarnoskóra, a przecież wszystkie inne rasy w obliczy światowego kataklizmu, staną przeciwko niej, bo tak.
Trudno się to czytało, kilka razy miałem ochotę rzucić ją w kąt, sprawdzałem opinie na LC i GR i nie miałem pojęcia, czemu są takie wysokie.
Nie polecam, szczególnie jeśli lubicie postapo, bo po świetnym 1 tomie, ten jest gniotem.
Książka wpadła w moje ręce dosyć przypadkowo. Wyskoczyła mi w proponowanych na vinted, zaproponowałem cenę 20zł i sprzedawca się zgodził to głupio było nie kupić xD
Jak łatwo się domyśleć książka przedstawia 222 polskie gry zaczynając od roku 1983 do 2019. Każda gra to pojedynczy screen na dwie strony z krótkim opisem, czasem wzbogacony o komentarz autora gry. Dla mnie to jest album w którym możemy dowiedzieć się że dany tytuł istnieje i ewentualnie poszukać czegoś więcej na własną rękę. I w tej roli jest spoko. Wydanie jest dosyć ładne, w twardej okładce i obrazkami zajmującymi całą stronę. Minus za miejscami gorzej czytelnym tekstem na tle screena.
Jeśli ktoś szuka książki z której dowie się o historii polskiej branży gier trochę głębiej to musi poszukać czegoś innego.
Chcę wiedzieć dlaczego. Dlaczego to wszystko. Nie znam odpowiedzi, ale kilka dni temu nie wiedziałem, że są pytania.
Moja relacja z twórczością pana Pratchetta jest, trzeba to przyznać, dość skomplikowana. To znaczy ja bardzo tego autora cenię, uwielbiam jego obserwacje, zgadzam się z wnioskami z tych obserwacji, które pan Pratchett wyciągał i momentami imponuje mi to, w jak błyskotliwy sposób potrafił to wszystko przedstawić. Niesamowicie podoba mi się sposób, w jaki pan Pratchett stworzył swój świat, ogromnie cenię przede wszystkim jego konsekwencję i słowotwórstwo (i znów: ogromna praca tłumacza, bo pan Kozłowski świetnie przełożył na język polski nie tylko historie, ale i klimat oryginałów). A jednak, mimo tego wszystkiego co napisałem wyżej, książki pana Pratchetta czyta mi się źle. I nawet zastanawiałem się dlaczego tak jest, i miałem kilka pomysłów – bo to może za szybko to wszystko się u niego dzieje? Albo może rozmach i skomplikowanie Świata Dysku są dla mnie zbyt wielkie? Pudło jednak. Bo akcja Nacji ani nie rozgrywa się w Świecie Dysku, ani w Nacji narrator zdaje się nie pędzić i nie skakać w czasie i przestrzeni, bo historia jest liniowa i rozgrywa się w zasadzie w jednym tylko miejscu. A jednak wrażenia miałem bardzo podobne jak przy okazji wcześniejszego obcowania z utworami tego autora. Podobało mi się. Bardzo mi się podobało. Tyle, że podobało mi się fragmentami. Bardzo krótkimi fragmentami.
Nacja opowiada o Nacji, która to jest wyspą położoną na oceanie. Na Nację, zresztą jak na cały świat, przychodzi kataklizm i giną wszyscy jej mieszkańcy. No, wszyscy poza jednym (bo, wydaje mi się, trudno byłoby stworzyć opowieść o wyspie bezludnej w ścisłym tego słowa znaczeniu). Przeżywa więc Mau, który nie jest już chłopcem, ale nie jest jeszcze mężczyzną (mamy więc bildungsroman). Okazuje się jednak, że nie jest on jednym żywym człowiekiem na Nacji. Trafiła tam bowiem dziewczyna, która (również jako jedyna) przeżyła katastrofę morską (mamy więc powieść marinistyczną a może nawet i przygodową). Ci dwoje trafiają na siebie (mamy więc retellingRobinsona Crusoe) i nawiązują ze sobą kontakt. W międzyczasie Mau dopadają wątpliwości na temat słuszności tego, w co przez całe życie wierzył (bo tak wierzyła Nacja – mamy więc i trochę wątpliwości natury moralno-religijno-filozoficznych). A jeszcze później na wyspę przybywają inni – dobrzy, źli i neutralni (o części z tych ostatnich, zdaje mi się, autor trochę w dalszej części książki zapomniał) i dzieją się rzeczy różne. I dzieje się tych rzeczy sporo.
I może właśnie to mi w książkach pana Pratchetta przeszkadza? Że tak naprawdę nie potrafię powiedzieć o czym ta Nacja była. Wątków jest mnóstwo, podniesionych tematów tyleż, ale żaden z nich nie wydaje mi się być tym dominującym. A ja chyba takiego tematu przewodniego w powieści po prostu potrzebuję.
Do powrotu do tej książki zachęciła mnie styczniowa premiera: "Łuskanie bobu w blasku księżyca" Xue Mo i choć to książka zupełnie o czym innym i nie jest nawet jedną całością, a zbiorem opowiadań, to pomyślałem, że czas na dzieła pana Myśliwskiego jest zawsze i każda okazja jest dobra, żeby po nie sięgnąć
Myśliwski pokazuje, że zwykłe życie bywa niezwykłe, jeśli umie się o nim opowiedzieć w ten właściwy sposób. Cała powieść to jeden, hipnotyczny monolog - rozmowa z nieznajomym, który przyszedł po fasolę, a dostał w prezencie cudowną historię życia. Rytm łuskania staje się metronomem pamięci: klik, klik i spada kolejne ziarnko, a z nim anegdota, wyznanie, wspomnienie wojny, pracy, wędrówek, miłości, rozczarowań. Z prostych czynności, prostych słów i prostych rzeczy autor buduje architekturę sensu.
Największą siłą książki jest głos - skromny, nieśpieszny, pełen namysłu i wstydu człowieka, który wie, że pamięć nie jest archiwum, tylko rzeką. Narrator nie moralizuje, układa życie w opowieść, która wraca do miejsc z przeszłośći, ale pod trochę innym kątem i z perspektywy lat. Z drobiazgów - od zapachu kuchni po skrzypienie drzwi - rodzi się metafizyka codzienności. Kiedy mówi o losie, brzmi przekonująco, bo stoi obiema nogami na ziemi, kiedy filozofuje, robi to z garścią fasoli w ręki, nie z ambony.
Myśliwski potrafi jednym zdaniem otworzyć całe panoramy: dom, który już nie istnieje czy ludzi, którzy odeszli. Rzeźbą dla bohatera jest tu opowieść: dłutem - pamięć. Każde zdanie wykuwa z kamienia małą, brutalną prawdę o tym, jak się żyje.
Formę monologu autor wykorzystuje mistrzowsko. Długie frazy mają rytm mowy, nie papieru. Dygresje nie rozpraszają, tylko nawlekają sens na jak nić przez ucho igielne - wracamy, zawracamy, i dopiero widać, że ta spirala prowadzi nas w głąb. To literatura, która nie epatuje pomysłem, tylko pracuje czasem: czytelnik dojrzewa razem z narracją, a kiedy pada ostatnie zdanie, czuje, że dostał coś własnego, nie "cudzą historię". Drugim bohaterem nie jest człowiek, który przyjechał po fasolę, a my sami i to nas narrator wciąga w tę historię.
Jeśli miałbym Was przed czymkolwiek przestrzec, to tylko tyle:
Traktat… wymaga poddania się temu rytmowi. To nie jest książka na "szybkie trzy rozdziały" przed spankiem, tu trzeba usiąść na spokojnie, żeby móc jej w pełni doświadczyć, a zapewniam Was, że warto
Osobisty licznik: 27/128 (zamykam styczeń łącznie z 27,5 ksiązki, ukończonym czytelniczebingo i 6 wyzwaniami Goodreads)
Żałuję, że nie robiłem notatek, więc poniższa "recenzja" oparta na tym co utkwiło mi w pamięci.
Autor, Rick Strassman jest lekarzem, który wpadł na pomysł przeprowadzenia badań nad DMT na ochotnikach.
Na początku lat 90 zgromadził 60 ochotników którym podawano DMT w szpitalu, pod nadzorem medycznym.
Dr Strassman opisuje jak musiał zmierzyć się ze sporą biurokracją aby uzyskać zgodę na badania, a następnie kombinować gdzie taki środek zamówić (nie było łatwo, laboratoria bały się, że mogą nie sprostać normom czystości, a nawet jakby sprostały, to bały się, że w razie problemów mogłyby odpowiadać prawnie).
No ale się udało, papierologia i dostawa.
Czas na ochotników. Z różnych miejsc, często znajomi znajomych, ale zasada była prosta: celować w osoby które miały już kontakt z używkami, gdyż mogą one w relacjach porównać doświadczenia z DMT do innych używek i innych metod aplikacji DMT (niektórzy wcześniej palili DMT, a w badaniach podawano dożylnie).
I pojawia się kolejna kwestia: ile im tego ładować dożylnie? Okazało się, że 0.6mg/kg masy ciała to dużo. Dawki małe jak 0.05 mogły dawać delikatne objawy, jak uśmiech i dobre samopoczucie. Dawka 0.4mg na kg masy ciała okazała się strzałem w dziesiątkę. Badani doświadczali wtedy swoistego "przejścia", czyli uczucie umierania, opuszczania ciała czy utraty ego.
Hipoteza szyszynki.
Autor wysnuwa hipotezę, że skoro śladowe ilości DMT są w naszych organizmach, to może DMT bierze udział w tworzeniu świadomości? Autor stawia pytanie: co jeżeli DMT jest naturalnie produkowane przez szyszynkę i w przypadku nagłej produkcji w znacznych ilościach, ludzie doznają mistycznych przeżyć lub doświadczają "uprowadzenia przez kosmitów"?
Oczywiście dowodów brak... Wiec do tego trzeba podchodzić bardzo z dystansem.
Ochotnicy mieli być zdrowi, unikano m.in . wysokociśnieniowców, gdyż doznania DMT mogły podnosic ciśnienie, zazwyczaj nieznacznie, ale bywały sytuacje, że wybijało ponad 200mm hg, aż ciśnieniomierz włączył alarm.
Od chwili podania DMT dożylnie, do pierwszych efektów mijało około 15-30sekund. DMT pokonuje barierę krew-mózg bardzo szybko.
Szczyt działania to tak około 3-5minuta.
Ochotnicy najczęściej wracali do realu tak w ciągu 15-30m od podania DMT.
A co doznawali?
Tak u około 30-50%(czyli wg mnie b. dużo) badanych pojawiały się te same motywy i doświadczenia, co właśnie uważam za FASCYNUJĄCE:
Na początku dźwięk buczenia, coś niby transformator. Później częste były wizje figur geometrycznych. Ale dopiero przy tej większej dawce następowało kluczowe doznanie: umierania bądź zatracenia ego, rozpłynięcia się, opuszczenia ciała.
Te około 1/3 badanych widywała jakieś istoty, które przyjmowały różne formy: często clowny :clown_face: lub coś innego na kształt ludzi, czasem owady, czasem rośliny. Niektóre z tych istot atakowały ochotników, ale sami ochotnicy opisywali te doznania ambiwalentnie (?) coś w stylu: rozszarpywały mnie, bałam się, ale czułam miłość.
Ochotnicy opisywali, że te istoty czekały na nich, badały ich, niektóre z uczuciem miłości, inne z obojętnością.
Tak jak przy badaniach LSD ("LSD moje trudnej dziecko" autorstwa odkrywcy LSD, Alberta Hofmanna) ludzie doznawali mistycznych odczuć, trudnych do opisania; często nie chcieli się dzielić nimi, ale tak jak w przypadku książki o LSD, dało się odczuć podczas lektury, że doznania te były tak mistyczne, że ochotnicy żałowali iż inni nie doznali tego samego.
Poza tymi mistycznymi doznaniami były przypadki traumatycznych doznań (coś około 1/3 badanych!). Np. facet miał wizję, że jest gwałcony przez 2 krokodyle.
Ale i w tej kwestii nieprzyjemnych doznań sprawa skomplikowana, bo badani, z którymi się później kontaktował dr, stwierdzali, że nie wywarło to na nich długofalowych negatywnych skutków. Z czasem coraz mniej o tym myśleli.
Ogólnej ciekawa lektura, ale te hipotezy z szyszynką produkująca DMT, to zalatuje takim hmmmm... Nie wiem jak to opisać: nieprofesjonalnością zahaczająca o szurię?
Pod koniec autor słusznie zwraca uwagę, że z powodu tematyki podawania narkotyków, temat badań nad DMT natrafia na opór, są małe szanse na kontynuacje badań - zbyt silna niecheć środowisk naukowych i rządowych; a szkoda, bo w takich badaniach leży ogromny potencjał ulżenia w cierpieniu osobom terminalnie chorym, czy też mogłyby zaowocować opracowaniem nowych leków dla osób leczących się psychiatrycznie (w końcu przecież mogłoby to zaowocować odkryciem nowych mechanizmów działania mózgu).
Z ciekawostek poruszona jest historia asystenta, który trochę nieprofesjonalnie zaczął się spoufalać z badanymi. Czyli zadawał się z nimi w relacje koleżeńskie i zażywał z nimi narkotyki, w ich domach. Gdy dr Strassman zakazał mu takich praktyk, to asystent zareagował oburzeniem, bo przecież "on musi nadrobić lata doświadczeń z używkami!". :rolling_on_the_floor_laughing:
Gdy asystent jednak dał się później przekonać do podpisania stosownego oświadczenia, to.... to zaczął nalegać na zażywanie używek wraz z prowadzącym, dr. Strassmanem... :rolling_on_the_floor_laughing::rolling_on_the_floor_laughing::rolling_on_the_floor_laughing:
Książkę oceniam 7/10. Dobra książka.
Ps. W recenzjach innych osób widzę narzekania, że chcieli tylko głównie relacje o "innych światach" osób będących pod wpływem narkotyku, co wydaje się infantylnym podejściem. Mało tego: książce mogę zarzucić, że za mało poświęca uwagi badaniom wpływu DMT od strony medycznej... Bo zasadniczo co się z niej dowiadujemy na temat wpływu na organizm? Ze szybko zaczyna działać, szybko mija, może podnieść ciśnienie krwi... :face_with_diagonal_mouth:
Sorki jezeli za długie i z recenzji zeobiłem "streszczenie"
Zgrabne omówienie, o chodziło podczas wojny stuletniej. Najpierw Anglicy wykorzystujący niemożliwości Francuzów, wojny domowe obu stron, epidemia, Joanna d'Arc i "przebudzenie" Francji. Same reperkusje dla Europy i obu krajów były dość znaczące. Podobnie jak ze sztuką wojenną. Słynni angielscy łucznicy przestali być tacy super, jak Francuzi zaczęli stosować nowe, niestandardowe i niezbyt przewidywalne manewry na polu walki. Zorganizowanie coś na wzór strzelcy i organizacji pozwoliło Francji ustabilizować sytuację. A Joanna d'Arc podniosła morale króla Francji jak i samego społeczeństwa. Z tego względu Francji przestała opłacać się jako możliwość szybkiego dorobienia się kasy i glorii. Trzeba też wspomnieć o rokowaniach pokojowych, w których to my mieliśmy swój większy w osobie biskupa Lasockiego i mniejszy wpływ. Król Polski jako rozjemca i gwarant pokoju między krajami Europy? Szkoda, że nie wyszło, bo renomę na "dzielni" to wtedy mieliśmy.
Tytuł: Wyobrażone Życie. Wyprawa na egzoplanety w poszukiwaniu inteligentnych istot pozaziemskich, stworzeń lodu i zwierząt supergrawitacyjnych
Autor: James Trefil, Michael Summers
Kategoria: popularnonaukowa
Wydawnictwo: Copernicus Center Press
Format: e-book
ISBN: 9788378865278
Liczba stron: 287
Ocena: 10/10
Książka traktuje o życiu szeroko pojętym. Bo czym tak na prawdę jest życie? Jak jest definiowane? Czy życiem są tylko struktury węgla i wody? Czy mogą być oparte na innych pierwiastkach? Jakie planety sprzyjają rozwojowi życia. Czy planeta na której żyją musi obracać się wokół gwiazdy? Na te pytania i o wiele więcej odpowiadają autorzy książki. Opowiadają o życiu takim jak nasze, następnie jest sekcja o życiu innym niż nasze a na koniec jest o życiu kompletnie zupełnie nie takim jak nasze.
Polecam czytać ja jednak w formie papierowej (albo na kolorowym czytniku, ja miałem tylko cz/b). Wydawnictwo wyprzedaje ją za jakieś grosze. Jest w niej masa ciekawych grafik NASA z turystyki gwiezdnej. Do zobaczenia tutaj: https://www.jpl.nasa.gov/galleries/visions-of-the-future/
Siembieda składa historię zemsty, która nie kończy się na jednym życiu - przeskakuje między pokoleniami jak iskra, aż w końcu nikt już nie pamięta, od czego właściwie się zaczęło. I to jest największa siła Głoborza: opowieść o dziedziczonej wrogości, o lojalnościach i nienawiściach, które przekazuje się razem z rodzinnymi opowieściami przy stole. Do pewnego stopnia przypomina to słynny „eksperyment z małpami i drabiną” - po pewnym czasie w klatce zostają już tylko te, które nigdy nie zaznały polewania zimną wodą, a mimo to pilnują rygoru, bo „tak tu u nas jest”. W powieści dokładnie tak pracuje pamięć zbiorowa: zasady są twarde, choć ich źródło dawno się rozmyło.
Autor świetnie prowadzi tło historyczne i społeczne. Realia kolejnych dekad i życia kolejnych pokoleń - są wiarygodnie podszyte codziennością: prowincjonalne układy, milicyjno-urzędnicza biurokracja, lokalne święta i żałoby, język plotki i szeptanej reputacji, która potrafi zburzyć czyjeś życie szybciej niż wyrok. Czuć smak i zapach tamtych czasów: skromność stołów, chłód urzędów, ciężką rękę władzy i prywatne, cichutkie wojny sąsiadów. To nie jest dekoracja - to mechanizm nacisku, który pcha bohaterów do decyzji, jakich w innym świecie pewnie by nie podjęli.
Sama intryga zemsty zbudowana jest solidnie: tajemnice sprzed lat, dokumenty, które wypływają w najmniej dogodnym momencie, przysięgi i półprawdy – to wszystko zazębia się w satysfakcjonujący sposób. Podobało mi się, jak Siembieda pokazuje koszt odwetu: kiedy „spłacasz dług”, płacisz sobą, swoim domem, relacjami. W tle chodzi też o godność i przynależność - komu wolno wyjść z roli przypisanej przez starszych, a komu nie.
Nie wszystko gra idealnie. Bywają chwile dłużyzn - rozdziały, które bardziej dokładają tła niż stawkę i kilka zwrotów akcji, które zbliżają się do melodramatu. Zdarza się też, że postaci drugiego planu pełnią funkcję „przekaźników” rodzinnych podań, zamiast wybrzmieć pełnym charakterem. To drobiazgi, ale miejscami rozrzedzają napięcie i odejmują mocy świetnym scenom konfrontacji. W bilansie jednak Głoborze to bardzo dobra powieść o zemście, która staje się tradycją, i o świecie, gdzie prawo bywa słabsze od pamięci i zadry.
Ostatnio był czytany Mariusz Szczygieł, a więc znany czechofil, więc naszła mnie ochota na książkę o Czechach. A muszę wspomnieć że bardzo lubię książki o naszych południowych sąsiadach, i z czystym sercem mogę polecić przy okazji "Gottland" Szczygła właśnie.
Książka przedstawia sylwetki kilkunastu Czeszek, ale tak na prawdę jest to tylko pretekst do opowiedzenia historii Czech w XX wieku. W kilku rozdziałach to nawet cieżko zapamiętać kto jest niby hohaterką xD Jest to druga książka autora w tym stylu. Poprzednia czyli "Pepiki, dramatyczne stulecie Czechów" według mnie jest sporo lepsza bo historię śledzimy z perspektywy dużo bardziej znanych osób jak Masaryk czy Milan Stefanik ( polecam poczytać o nim bo to mega ciekawa postać).
Solidna pozycja. Z jednej strony nie zachwyciła mnie aż tak bo sporo z historii Czech już znałem wcześniej. Ale z drugiej strony bardzo ciekawe były rozdziały o czeskich osadnikach na Wołyniu i ich losów podczas wojny, o polsko-czeskich przepychankach na Zaolziu, czy o losie Niemców w czeskich Sudetach.
Samotny astronauta musi uratować Ziemię przed katastrofą.
Z załogi, która wyruszyła na straceńczą misję ostatniej szansy, przeżył jedynie Ryland Grace. Teraz od niego zależy, czy ludzkość przetrwa.
Tylko że on na razie nie ma o tym pojęcia. Z początku nawet nie pamięta, kim jest, więc skąd ma wiedzieć, czego się podjął i jak ma tego dokonać?
Na razie wie tylko tyle, że przez bardzo długi czas był pogrążony w śpiączce. A po przebudzeniu znalazł się niewyobrażalnie daleko od domu. Całkiem sam, jeśli nie liczyć ciał zmarłych towarzyszy.
Czas płynie nieubłaganie, a oddalony o lata świetlne od innych ludzi Grace jest zdany wyłącznie na siebie.
Ale czy na pewno?
Opis skopiowałam z lubimyczytać, bo idealnie obrazuje co nas czeka w książce bez spoilerów
Z a j e b i s t a pozycja.
Mnóstwo smaczków naukowych. Sporo biologii, fizyki, chemii etc. Bardzo lubię ten zabieg, dlatego Marsjanin napisany przez tego samego Autora też mi mocno siadł.
Spodziewałam się, że dostanę tu sporo samej akcji sci fi. Ale pojawiły się też i emocje. Na ostatnim rozdziale aż się wzruszyłam. Pierwszy raz przy książce.
@Trypsyna miałem to na liście do czytania od kiedy to miało premierę, ale jakoś tak nie miałem czasu, ochoty, cholera wie co... Aż zobaczyłem, że będzie film. A później się dowiedziałem, że będę czekać niemal dwa lata zanim film będzie miał premierę xD Świetna historia i Gosling pasuje do tej roli idealnie.
Chemowie to rasa inteligentnych, nieśmiertelnych istot, które władają galaktyką. Ich panowanie rozciąga się także na Ziemię, gdzie rządzi niejaki Frafin. Jako istot nieśmiertelnych, głównym zagrożeniem Chemów jest... nuda. Z tego względu, na licznych planetach powstają kreocentra, w których, na urządzeniach zwanych pantovivorami, nagrywane są poczynania mieszkańców tychże planet. Oczywiście to coś więcej niż zwykły film - nagrywane są także postrzegania zmysłowe i nastroje "aktorów". Puszczane potem jest to ku uciesze wszystkich Chemów na różnych planetach. Wszystko było by dobrze, ale ów Frafin nieco przesadził, gdyż nie tylko nagrywa, ale też kreuje i aktywnie wpływa na historię Ziemi, co najmniej od czasów starożytnego Rzymu. Odkrywa także, że Chemowie mogą łączyć się z Ziemiankami, więc dużo z nich jest porywanych ku hmm... dalszej uciesze Chemów, tym razem nieoficjalnej.
Na Ziemię wysłany zostaje specjalny agent Urzędu Zwalczania Przestępczości, który ma za zadanie sprawdzenie niepokojących doniesień...
Bardzo ciekawy koncept inteligentnej rasy, która de facto rządzi kosmosem uważając, że wszystkie pozostałe rasy to tylko pionki w ich grze, mało ważne robaki, bez żadnej wartości. Choć znowu ich powierzchowność typu "małe zielone ludziki" ehhh.. Powieść oryginalnie wydana w latach 60 więc jest ten gęsty klimat złotej ery SF, seksizmu jak u Dick'a i całej tej otoczki. Niestety gdzieś od połowy, gdy porwana przez Chemów zostaje ważna dla jednego z bohaterów Ziemianka, a jej ojciec morduje swoją żonę, całość skręca w stronę nudnego jak flaki z olejem dramatu sądowego, przetykanego psychologicznymi badaniami zabójcy. Jak to często bywa - pomysł fajny, wykonanie do d⁎⁎y.