Zdjęcie w tle

Społeczność

Bazar

1

680 + 1 = 681


Tytuł: Wieża Jaskółki

Autor: Andrzej Sapkowski

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: SuperNOWA

Format: audiobook

Ocena: 8/10



Dzień dobry. Ja tu z recenzyją - taką, po której niejeden gotówby chwycić za widły, a inni mogą o herezji krzyczeć. Tak naprawdę to nie. No ale dość gadania - jadło stygnie, a gości nie wypada trzymać w progu. Rozgośćcie się. XD


Gdyby tego dnia po zapadnięciu zmroku ktoś zdołał cichaczem podkraść się do zagubionej wśród moczarów chaty z zapadniętą i obrośniętą mchem strzechą, gdyby zajrzał przez szpary w okiennicach, zobaczyłby w skąpo oświetlonym łojówkami wnętrzu jak Dziw cierpi katusze przez pierwsze 30% "Wieży Jaskółki". Ale to nie było możliwe. Nikt nie mógł tego zobaczyć. Chata pustelnika Dziwisza była dobrze ukryta wśród mokradeł. Na wiecznie pokrytym mgłą pustkowiu, na które nikt nie odważał się zapuszczać.


Tak, początek tego tomu był bardzo frustrujący. Nudny. Jedynym co go ratowało, to wszystko, co było związane z pustelnikiem. Nie opowieść, jaką słyszał, tylko on sam, jego historia, jego interakcje z ... . To było fajne i potrzebne. Cała reszta jednak wydawała mi się po prostu tragiczna. Od szczurów, którzy totalnie mnie nie interesują, jako postaci, przez postaci losowe, które ponownie muszą odpowiadać o świecie, kończąc na czymś, co jest typowe w seriach książkowych, a mnie mierzi prawie za każdym razem.


Chodzi o potrzebę streszczenia tego, co było wcześniej, uciekając się do sztucznych scen i dialogów. Jako, że do serii podchodzę najczęściej jednym ciągiem - ja wiem co się działo i takie rzeczy działają na mnie jak płachta na byka. Marnują mój czas. Ale jak zaznaczyłem to mój personalny problem. Ja po prostu jestem dziwny i wolałbym streszczenie ważnych rzeczy jako wstęp do książki, który mogę pominąć, niż coś narzuconego w losowym miejscu, oderwanego od historii.


Tu robi się nawet gorzej, bo streszczenie nie ogranicza się wyłącznie do przeszłości, ale zahacza też o przyszłość. W efekcie, jeśli ktoś - tak jak ja - liczył, że sceny po walce na moście doczekają się sensownego epilogu w Wieży Jaskółki, to się rozczaruje. Co więcej, coś, co było w pewnym sensie punktem zwrotnym poprzedniego tomu, czyli akceptacja przez Geralta, że nie musi dźwigać wszystkiego sam - zostaje tutaj cofnięte. Nie "na żywo". W streszczeniu. I jasne, bez tego pewnie nie byłoby sceny z Milvą, przy której po raz pierwszy prawie na głos parskłem śmiechem. Problem w tym, że sam sposób pokazania regresu Geralta po prostu mi nie siadł. Jeśli chodzi o Milvę, to też istotna rzecz z końcówki poprzedniego tomu, krwawa, zostaje rozwiązana "poza ekranem", gdzieś między wierszami relacji Jaskra.


Ale potem przychodzi moment Milvy i nagle wszystko robi się automatycznie lepsze, ciekawsze. Historia wychodzi z chaosu i zaczyna się porządkować. Każdy wątek zaczyna coś wnosić i gdyby nie te pierwsze 30%, spokojnie mówił bym o ocenie na poziomie dziesiątki. Ten "moment Milvy" jest dla mnie punktem zwrotnym - bo choć wcześniej coś już zaczynało się ruszać, dopiero wtedy naprawdę zaczęło wciągać. Tak, jak poprzednie tomy.


W mojej osobistej topce scen na pewno znalazłyby się: pewna jaskinia i rozmowa, finałowa walka, wydarzenia na wyspach - i chyba nawet Kovir. Już wcześniej pisałem, że Dijkstrze nie kibicuję, ale sposób, w jaki jest napisany, to dla mnie absolutna czołówka postaci. Bardzo podobał mi się wątek pustelnika i jego rozmowy z ... . Zakończenie tej relacji, też świetne. Fajnie, że jest, mimo okoliczności.


Przy okazji sceny z druidami też zrobiły swoje. Frustrujące to było, zwłaszcza koniec, ale potrzebne. No i wiecie które sceny z Cahirem. Nie ukrywam, że trochę to miejscami naiwne było, bo chłop miał być w sumie niemal oskalpowany, a kilka dni później, normalnie walczył. No ale nie odbiera to nic fajnym scenom z Geraltem. Plus nowa osoba w kompanii też mi się podoba. Zadziorna, fajny kontrast. Dobrze pasuje do ciotki i wujka.


Czyli w sumie ocena to:

Pierwsze ~ 30% książki: 4/10

To, co potem: 10/10


Z takich mniej oczywistych rzeczy, to całkiem ciekawie obserwuje się konflikt ras w tej serii. Chyba Yarpen miał bardzo ciekawy komentarz w "Krwi elfów", że parafrazując, to, że elfy przyszły tu pierwsze i zrobiły ze starszymi rasami to samo, co ludzie potem z nimi, daje im w ich mniemaniu prawo, by czegokolwiek żądać. Oczekują pójścia pod ramię z tymi, których wcześniej sami zniewalali. Bardzo fajny aspekt, zwłaszcza przez pryzmat rozmowy Geralta z pewnym elfem. Z pewnością da mi do myślenia podczas kolejnego podejścia do gier, już po ukończeniu cyklu.



Pisane jak zwykle na telefonie, to może być chaos, ale dzisiaj nie mam czasu poprawiać.


> #dziwensieodchamia <

#bookmeter #ksiazki #wiedzmin #audiobook #dziwenrysuje #perypetiedziwena

b0b75006-4a2b-4c66-b98f-a0fa9fc84300

Wszystko jest potrzebne i wiedźmina zawsze za mało. Jak dla mnie to mógłby wydać książkę w ogóle nie o nim, a opisującą świat i chłonąłbym to.

Zaloguj się aby komentować

Ale mi się dzisiaj udało towarzystwo, jak czekałem na rozpoczęcie pracy.

O ile dobrze widzę, to szczygły , które dziabają sobie nasiona mniszka lekarskiego. XD


Wiem, że to nic, a mnie cieszy. XD


#smiesznypiesek #ptaki #natura

Kręcone telefonem.

@Dziwen koleżanka ostatnio poleciła mi apkę Merlin Bird ID z uni. Cornell, i teraz jak szalony za każdym razem jak słysze ptaszka to sprawdzam jaki to to już ten wiek

Zaloguj się aby komentować

662 + 1 = 663


Tytuł: Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej

Autor: Barbara Demick

Kategoria: reportaż

Wydawnictwo: Czarne

Format: e-book

Liczba stron: 368

Ocena: 10/10



Są takie książki, które trudno ocenić na coś poniżej 10 - i dla mnie ten reportaż jest właśnie takim przypadkiem. Jasne, rozumiem, że dla wielu osób uczciwa ocena pewnie oscylowałaby gdzieś między 7 a 9, ale u mnie to pełna dycha. Po prostu nie widzę tu wad.


Reportaż autorstwa Barbary Demick wyróżnia się przede wszystkim tym, czego w nim nie ma. Autorka nie przerysowuje opisów, nie gra na emocjach i - co najważniejsze - nie narzuca czytelnikowi swoich przemyśleń. Oddaje głos bohaterom i robi to w sposób zaskakująco uporządkowany. Chronologia jest tutaj ogromnym plusem - czas płynie gdzieś w tle, a kolejne wydarzenia układają się naturalnie, bez chaosu, który często pojawia się w reportażach opartych na wielu perspektywach. Nie da się tu zgubić, ani razu.


Warto tu dodać, że z książki jasno wynika, że temu, co widzą turyści, najprawdopodobniej nie warto ufać, bo sceny i miejsca celowo mają być inscenizacją, nawet w obecnych czasach. Oszustwem, które zamazuje prawdę.


Dużym atutem jest też dobór bohaterów. Demick opisuje osoby, które bardzo się od siebie różnią - zarówno pod względem pochodzenia, jak i stosunku do systemu. Są tu ludzie całkowicie wierni władzy, są ci obojętni i są też tacy, którzy od początku czują, że coś jest nie tak. Dzięki temu obraz Korei Północnej nie jest jednowymiarowy - przeciwnie, wydaje się przez to bardziej wiarygodny i pełny.


Nie ukrywam, że na początku miałem pewne obawy. Wątek miłosny młodych ludzi z różnych warstw społecznych brzmiał jak coś, co może niepotrzebnie rozmiękczyć całość. Jun-sang, z był z bardziej uprzywilejowanej rodziny, a Mi-ran, jest córką byłego jeńca wojennego z Korei Południowej. Przez system songbun była z góry skazana na niższy status społeczny, o czym przez dłuższy czas nawet nie wiedziała. Ten motyw okazuje się jednak tylko delikatnym wstępem - tłem dla wydarzeń, które naprawdę definiują tę książkę.


Bo prawdziwy ciężar zaczyna się wraz z opisem wielkiego głodu z lat 1995–1999. To jeden z najmocniejszych fragmentów reportażu. Głód, który według różnych szacunków pochłonął setki tysięcy, a być może nawet miliony istnień, nie jest tu przedstawiony jako abstrakcyjna katastrofa, tylko jako codzienność zwykłych ludzi - efekt polityki reżimu Kimów i efekt ich rządów.


Opisy bywają mocne, momentami bardzo mocne. Ja już nie jestem szczególnie wrażliwy na takie rzeczy, ale spokojnie mogę sobie wyobrazić, że dla wielu osób będą trudne do zniesienia. Dzieci umierające w szpitalach, karmione trawą, czy topienie psa w garnku, to te lżejsze, co daje pewien obraz, czego można się tu spodziewać.


Jeden z tych rozdziałów, które szczególnie zapadły mi w pamięć, to: „Najpierw umierają ludzie dobrzy”. Pada tam to tytułowe zdanie, które właściwie podsumowuje cały ten okres. Pani Song, przez lata wierna systemowi i propagandzie, przyznaje, że każdy, kto przetrwał, ma coś na sumieniu. Że dobrzy ludzie umarli jako pierwsi. Zostali ci, którzy robili rzeczy, do których nie chcieliby się przyznać.


To jednak nie jest tylko historia o przetrwaniu, odkrywaniu prawdy i ucieczce. To także opowieść o tym, co dzieje się później. O życiu po ucieczce, głównie w Korei Południowej, i o tym, jak różnie bohaterowie radzą sobie w zupełnie nowej rzeczywistości. Co ciekawe ci, którzy od początku byli przeciwko systemowi, wcale nie odnajdują się najlepiej.


Warto dodać, że książka nie zatrzymuje się na or dacie pierwszego wydania. Zależnie od tego, jaką upolujecie, na końcu dostaniecie dodatkowe informacje "co było potem". Jest to trochę streszczone, ale dobrze, że się pojawia.


Mógłbym pisać dalej o tym, jak dobra jest to książka, ale prawda jest taka, że i tak mało kto dotrwałby do końca tej recenzji. Dlatego zakończę inaczej - zostawiając was z dłuższym cytatem o dr Kim i tym, co odkryła podczas swojej ucieczki.


Nie chciała zatrzymywać się na odpoczynek – bała się, że zamarznie – ale czuła, że opada z sił. Nie mając wyboru, postanowiła zaryzykować i zwrócić się o pomoc we wsi.

Do gospodarstw prowadziła polna droga. Większość domów otaczały ogrodzenia z metalowymi furtkami. Jedna z nich nie była zamknięta na klucz. Popchnęła ją i zajrzała na podwórko. Na ziemi stała metalowa miseczka z jedzeniem. Gdy podeszła bliżej, zobaczyła w niej biały ryż ze skrawkami mięsa.

Doktor Kim nie pamiętała, kiedy po raz ostatni widziała miskę czystego, białego ryżu. Co tu robi ta miska, dlaczego stoi na ziemi? Domyśliła się i prawie jednocześnie usłyszała szczekanie.

Aż do tej chwili łudziła się nadzieją, że Chiny okażą się równie biedne jak Korea Północna. Wciąż chciała wierzyć, że jej kraj jest najlepszy na świecie. Że potwierdzi się to wszystko, w co wierzyła przez całe życie. Ale teraz nie mogła już zaprzeczyć temu, co zobaczyła na własne oczy: chińskie psy jadają lepiej niż lekarze w Korei Północnej.



#bookmeter

> #dziwensieodchamia

#ksiazki #czytajzhejto #koreapolnocna #azja

74d44bd8-1d2a-4244-9283-0e0f62bb9537

Bardzo dobrze napisany kawał lektury. Trochę wzór jak pisać reportaże. Fragment z miską pamiętam. Pamiętam też ten gdzie przedszkolanka przychodziła do przedszkola dopóki pojawiały się tam jakieś dzieci. Było to opisane tak spokojnie, że kojarzy mi się to z tym fragmentem "literatury obozowej" gdzie facet przywitał własnego ojca gdy wysiadł z transportu i powiedział mu na spokojnie, że idą pod prysznic.

A z innych rzeczy, któraś z bohaterek opisała ten dysonans gdy czytała przeminęło z wiatrem, bo miała dostęp na uniwersytecie i ludzie tam mieli kilkadziesiąt lat wcześniej samochody, jedzenie itp.

Mi zostało w pamięci.

Zaloguj się aby komentować

657 + 1 = 658


Tytuł: Chrzest Ognia

Autor: Andrzej Sapkowski

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: SuperNOWA

Format: audiobook

Ocena: 10/10



Na ten moment Chrzest Ognia to dla mnie najlepszy tom serii, choć jak wiecie, zostało ich kilka do końca i może coś tu się zmieni. Nie mam do czego się przyczepić, dlatego napiszę pewnie tylko o tym, co mi się najbardziej podobało - wszystko. Koniec recenzji. Tak naprawdę to nie. W sensie coś napiszę, ale odpowiedzią pozostaje: "wszystko". xD


Ci, którzy mówili, że ten tom bardziej mi podejdzie, bo jest tu więcej Geralta - mieli rację. Nie chodzi tylko o to, że „dużo Geralta = z automatu lepsza ocena”. Bardziej o to, że to jest historia o kryzysach i największy dosięga właśnie naszego wiedźmina. Każda z ważniejszych postaci przechodzi tu swój własny chrzest ognia. Jedni dopiero wchodzą w ten proces, inni są już w jego trakcie, nie wszyscy wyjdą z tego w całości. I właśnie obserwowanie tego jest najmocniejszym punktem książki.


Nie ma tu wielu wielkich, epickich pojedynków (poza końcówką i kilkoma mniejszymi walkami z losowymi żołnierzami), ale kompletnie mi to nie przeszkadzało. Znowu dostajemy motyw podróży - i to jest coś, co w Wiedźminie kupuję za każdym razem. Nie wiem, czemu aż tak dobrze to działa. Może przez ekipę, jaką zawsze przy takich okazjach dostajemy. Krasnoludy robią robotę jak zwykle, a tutaj dochodzi jeszcze Regis - którego po prostu uwielbiam. Wcześniej z gry, teraz oficjalnie też z książki.


Zaskoczyło mnie też to, jak bardzo podoba mi się wątek Dijkstry, choć tu chyba dość skromnie opisany. Nie dlatego, że mu kibicuję - wręcz przeciwnie. Po prostu lubię jego opanowanie i sposób, w jaki podchodzi do swojej roli. Jest w tym jakaś chłodna konsekwencja, która dobrze kontrastuje z resztą wydarzeń.


Nie podoba mi się natomiast wątek Szczurów i to, co dzieje się z Ciri - ale mam wrażenie, że dokładnie o to chodziło Sapkowskiemu. To ma uwierać. I szczerze mówiąc - jeśli dojdzie do spotkania z Bonhartem, to nie widzę tu miejsca na współczucie dla tej grupy.


No i jestem bardzo ciekawy, co dalej z Milvą, zwłaszcza po wydarzeniach spod mostu. Sapkowski moim zdaniem umiał całkiem dobrze opisywać traumy i trudne dylematy innych postaci, więc pewnie dał jej fajną historię w kolejnym tomie.



W razie czego tu macie link do mojej poprzedniej recenzji, czyli tomu 2. xD


> #dziwensieodchamia <

#bookmeter #ksiazki #wiedzmin #audiobook #dziwenrysuje #perypetiedziwena

be3ed753-6e68-4fae-b30f-114853773e69

@Dziwen może w końcu kiedyś przeczytam. Bardziej obawiam się jak Bonhartowi dobierze się Ciri do d⁎⁎y ( ͡~ ͜ʖ ͡°)

@Dziwen Też mi chrzest ognia mocno przypadł. Kolejne tomy dla mnie już oceniam trochę słabiej. 'Panią jeziora' to już chwilami męczyłem.

Dopiero po 'Pani Jeziora' jak otworzyłem 'Sezon burz' to wróciła cała wręcz szczenięca radość.

Zaloguj się aby komentować

639 + 1 = 640


Tytuł: Czas Pogardy

Autor: Andrzej Sapkowski

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: SuperNOWA

Format: audiobook

Ocena: 8/10



Nie ukrywam, że ta część podobała mi się mniej niż poprzedni tom. Są tu momenty wyraźnie lepsze pod pewnymi względami, ale też takie, które zwyczajnie frustrują. Lubię prostą zależność: im więcej w historii Geralta, tym bardziej wciąga mnie opowieść. I nie chodzi tylko o akcję.


„Problemem” jest chyba samo miejsce akcji. Kaer Morhen i podróż z Yarpenem były dla mnie ciekawsze niż lokacje z „Czasu pogardy”, co wpływa na odbiór całości. Do tego dochodzi sposób narracji, który nie zawsze mi odpowiada. Część wydarzeń poznajemy przez sceny z udziałem przypadkowych postaci, które najpewniej już nie wrócą. Rozmowy żołnierzy o rozkazach, okraszone drobnymi, niewiele wnoszącymi szczegółami, szybko zaczęły mnie męczyć, zwłaszcza gdy takich sekwencji pojawia się kilka z rzędu. Trudno się angażować w historie ludzi, którzy są tylko tłem. Wyjątkiem była scena z Tissaią de Vries i może ten fragment z królową elfów, który faktycznie coś wnosił. Rozumiem sens tych zabiegów, ale nie przekonuje mnie ich forma. Wolałbym, żeby ktoś pokroju Jaskra spiął to narracyjnie, zamiast takiego skakania między obozami i postaciami. Motyw mantikory działał, bo odnosił się bezpośrednio do Geralta i był jednorazowy.


Podobnie mam z opisami działań zbrojnych. Nawet znając mapę świata i realia, trudno się w tym połapać bez ciągłego sprawdzania szczegółów na telefonie. Jest tego dużo i momentami wydaje się to przesadzone. Zwłaszcza że oglądamy to z perspektywy przypadkowych ludzi w scenach, o których wspomniałem wyżej. Rozumiem taki zabieg, ale po prostu mi się nie podobał. Pewnie kwestia gustu.


Mimo tych zastrzeżeń to nadal bardzo... Wiedźmin. Klimat, postaci i tempo historii trzymają poziom. Wydarzenia na Thanedd to jedne z najlepszych i najbrutalniejszych scen akcji, jakimi do tego tomu uraczył mnie Sapkowski, może poza krótkimi epizodami z Riencem wcześniej. Yennefer trochę zyskuje, głównie przez relację z Geraltem i swoją "słodką tajemnicę". Motyw traumy Ciri jest poprowadzony przekonująco, a stan psychiczny Geralta zapowiada ciekawe rzeczy. Lubię takie momenty, gdy bohater musi się podnieść z naprawdę głębokiego dołka. Czuję też, że Vilgefortz będzie "dobrym" antagonistą. Ma to coś.


Zastanawiam się nad Szczurami, bo czuję, że jest ryzyko, że będą mnie irytować, ale mogą też okazać się ciekawym elementem historii. Szkoda tylko, że ich los nie jest już dla mnie tajemnicą, bo widziałem już gdzieś pewną scenę z Bonhartem.



Okładka to trochę moja głupawka. Nie miałem co robić z rękami podczas nudnych dni w robocie, to stworzyłem takie coś. Jest tag do blokowania, bo planuję ukończyć całą serię i nie omieszkam sobie pobazgrać w trakcie. Tym razem chciałem coś nowego, dlatego zacząłem rysować Dziki Gon, jak pojawił się w historii, ale potem się okazało, że tyle go w tej książce, co kot napłakał i średnio pasuje. Dlatego jest w osobnym wpisie. xD


Tak, przekleiłem ten segment z poprzedniej recenzji. xD


> #dziwensieodchamia <

#bookmeter #ksiazki #wiedzmin #audiobook #dziwenrysuje #perypetiedziwena

03c6b853-347b-4927-bba4-d713a1f7c6c7

W ogóle to czas pogardy to jest to w którym upada porządek starego świata i magii. Punkt przełomu, gdzie wszystko potem już nigdy nie jest takie samo

Zaloguj się aby komentować

628 + 1 = 629


Tytuł: Krew Elfów

Autor: Andrzej Sapkowski

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: SuperNOWA

Format: audiobook

Ocena: 10/10



Po opisie walki z Riencem trudno byłoby wystawić tej książce niższą ocenę, niż 10, zwłaszcza że jestem fanem tych wszystkich postaci i tego świata. Sapkowski umiał w opisy walk. Widzicie? Do tej pory ciary, a skończyłem tamten fragment rano. XD


Jedyne do czego mógłbym próbować się przyczepić to te głosy wewnętrzne bohaterów, ale to jest krytyka mocno na wyrost. Czasami czułem, że wolałbym nie znać myśli danej postaci. Zwłaszcza Triss na początku. Wolałbym, żeby to fabuła zmusiła ją do wyznań, choć rozumiem taki zabieg. Tak jak na początku Merigold mnie irytowała i czuć, że jej intencje śmierdzą (no wiem, że tak, bo skończyłem Wiedźmina 2), tak jest przynajmniej jeden moment w którym trudno jej nie współczuć. Niby taki lekki opis, że w pewnej sytuacji nie miała włosów, a wyobrażenie zrobiło robotę.


Gdybym miał się skupić na tym, co mi się podobało, to bym wam pewnie całą książkę przekopiował, co nie ma sensu. Ale taką sceną która najbardziej mi się spodobała, była ta, gdy Geralt tłumaczy Ciri, dlaczego nie powinni się mieszać, przybliżając historię Aelirenn i jej walki.


Być neutralnym to nie znaczy być obojętnym i nieczułym. Nie trzeba zabijać w sobie uczuć. Wystarczy zabić w sobie nienawiść.


Ogólnie cała ta wyprawa z Yarpenem miała sporo fajnych momentów. Niby nic wielkiego się nie dzieje, a człowiek nie traci zainteresowania, bo ma przed sobą dylematy moralne i z pozoru proste historie i przemyślenia. Z pozoru. A no i zakończenie tej historii było świetne. Nikt tak dobrze nie opisuje "skurwysyństwa", jak Sapkowski.


Tak, jak wspomniałem, ja jestem pozytywnie uprzedzony. Uwielbiam ten świat za to, jak wiarygodny pod pewnymi względami się wydaje. Bez pięknych słów i udawania. Gdzie potworem może być absolutnie każdy. No i uwielbiam Geralta, Ciri i Jaskra. Innych też, choć Yennefer to tak średnio bym powiedział. Dobrze napisana postać, ale polubić trudno.



Cytat niżej jest trochę dla mnie. Sporo krytyki wylało się na CDPR za to, że główną bohaterką będzie Ciri, dlatego postanowiłem prewencyjnie zbierać sobie takie fragmenty, żeby nie musieć tego potem szukać daleko. XD


– Tak zwany Znak Aard, Ciri, to bardzo proste zaklęcie z grupy czarów psychokinetycznych, polegające na pchnięciu energii w żądanym kierunku. Siła pchnięcia zależy od koncentracji woli rzucającego i wydanej mocy. Może być znaczna. Wiedźmini zaadaptowali to zaklęcie, korzystając z faktu, że nie wymaga ono znajomości magicznej formuły – wystarcza koncentracja i gest. Dlatego nazwali to Znakiem. Skąd wzięli nazwę, nie wiem, być może ze Starszej Mowy, słowo “ard” znaczy, jak wiesz, “góra”, “górny” lub “najwyższy”. Jeżeli tak, to nazwa jest bardzo myląca, bo trudno o łatwiejszy czar psychokinetyczny. My, rzecz jasna, nie będziemy marnować czasu i energii na coś tak prymitywnego, jak wiedźmiński Znak. Będziemy ćwiczyć prawdziwą psychokinezę. Przećwiczymy to… O, na tym koszu, który leży pod jabłonią. Skoncentruj się.


Czyli o tym jak łatwo jest się nauczyć używać znaków. Otóż łatwo.



Okładka to trochę moja głupawka. Nie miałem co robić z rękami podczas nudnych dni w robocie, to stworzyłem takie coś, bo te domyślne okładki Audioteki są tragiczne. Jest tag do blokowania, bo planuję ukończyć całą serię i nie omieszkam sobie pobazgrać w trakcie. xD


Tak, przekleiłem ten segment z poprzedniej recenzji. xD


> #dziwensieodchamia <

#bookmeter #ksiazki #wiedzmin #audiobook #dziwenrysuje #perypetiedziwena

b177b307-2a89-47f6-8adf-016771501444

@Dziwen ehhh tak było... Częste mycie skraca życie, a umyty pingwin to pokąsany pingwin...

Ugryzienie owcy boli, lecz to rysunki od Dziwena goją się najdłużej. Ament. XD

Ja się ogólnie zgadzam z tym że ból d⁎⁎y z powodu Ciri w W4 jest śmieszny, ale akurat argument z cytatu łatwo odbić. Pobawię się w adwokata diabła :P

– Znak Aard – stwierdziła spokojnie. – Chciałeś mi zaimponować? Za pomocą takiego samego gestu , wzmocnionego koncentracją, wysiłkiem woli i zaklęciem, mogę za chwilę wyrzucić polana przez komin, tak wysoko, że będziesz myślał, że to gwiazdy. – Ty możesz – przyznał. – Ale Ciri nie. Nie jest w stanie złożyć Znaku Aard. Ani jakiegokolwiek innego. Próbowała setki razy i nic. A sama wiesz, że do naszych Znaków wystarcza minimum zdolności. A zatem Ciri nie ma nawet minimum.

Zaloguj się aby komentować

626 + 1 = 627


Tytuł: Miecz Przeznaczenia

Autor: Andrzej Sapkowski

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: SuperNOWA

Format: audiobook

Ocena: 9/10



Dla mnie zbiór Miecz Przeznaczenia, to ten punkt, gdzie zaczyna się wiedźmińskie samo gęste. Tak, jak w przypadku Ostatniego Życzenia byłem w stanie wybrać najlepsze opowiadania, tutaj nie potrafię. Wszystkie mają w sobie coś fantastycznego, choć nie wszystkie są szczęśliwe.


Najbardziej zaskakujące było chyba opowiadanie "Wieczny ogień". To jaki tam powstaje chaos, jest po prostu piękne i chyba nie spotkałem się jeszcze z takimi scenami w innych tytułach, niezależnie od medium.


Gdyby ktoś mi zaczął wykręcać ręce, póki nie zdecyduję, które opowiadanie podobało mi się najbardziej i o ile jakaś zakapturzona postać by mnie nie uratowała, chyba wybrałbym "Coś więcej". Ta seria prawdziwych scen wymieszanych z halucynacjami była świetna. Zwłaszcza pewien obelisk, przy którym byłem przekonany, że imię pewnej rudowłosej kobiety było halucynacją, a tu proszę. Trochę ten temat rozwinę w recenzji Krwi Elfów. Chyba, bo nie wiem, czy taki detal można uznać za spoiler, zobaczymy.


A no i zakończenie w "Trochę poświęcenia" było mocne. Totalnie się tego nie spodziewałem. Wiadomo, świat wiedźmina jest brutalny, ale to... Ci, co przeczytali, wiedzą pewnie co mam na myśli.


Aaaaa i bym zapomniał. Pierwsze spotkanie Geralta z Ciri też mnie ujęło. Nie wiem czemu, ale lekko prychłem po tekście: "Wiesz Ciri, jak człowiekowi utną głowę, to można od tego umrzeć." Ich rozmowy to było to. xD



Okładka to trochę moja głupawka. Nie miałem co robić z rękami podczas nudnych dni w robocie, to stworzyłem takie coś, bo te domyślne okładki Audioteki są tragiczne. Jest tag do blokowania, bo planuję ukończyć całą serię i nie omieszkam sobie pobazgrać w trakcie. xD

Tak, przekleiłem ten segment z poprzedniej recenzji. xD


> #dziwensieodchamia <
#bookmeter #czytajzhejto #ksiazki #wiedzmin #audiobook #dziwenrysuje #perypetiedziwena

0fb944a9-9820-4e52-9bf2-3d9aa255e538

- Dlaczego więc twoje oczy pełne są strachu, Geralcie z Rivii? Twoje ręce drżą, jesteś blady. Dlaczego? Aż tak bardzo boisz się ostatniego, czternastego imienia, wykutego na obelisku? Jeśli chcesz, powiem ci, jak brzmi to imię.
- Nie musisz. Wiem, jakie to imię. Krąg się zamyka, wąż zatapia zęby we własnym ogonie. Tak być musi. Ty i to imię. I kwiaty. Dla niej i dla ciebie. Czternaste imię wykute w kamieniu, imię, które wymawiałem w środku nocy i w blasku słońca, w mróz, upał i deszcz. Nie, nie boję się wymówić go teraz.
- Wymów je zatem.
- Yennefer... Yennefer z Vengerbergu.
- A kwiaty są dla mnie.
Skończmy z tym - powiedział z wysiłkiem. - Weź... Weź mnie za rękę.
Wstała, zbliżyła się, poczuł bijący od niej chłód, ostre, przenikliwe zimno.
- Nie dziś - powiedziała. - Kiedyś, tak. Ale nie dziś.
- Zabrałaś mi wszystko...
- Nie - przerwała. - Ja niczego nie zabieram. Ja tylko biorę za rękę. Po to, by nikt nie był wówczas sam. Sam we mgle...


Dorosły człowiek, piąta dekada życia, czytałem te opowiadania naście razy, kilka razy słuchałem. Dalej jak czytam potrafią mnie brać dreszcze.

Zaloguj się aby komentować

625 + 1 = 626


Tytuł: Ostatnie Życzenie

Autor: Andrzej Sapkowski

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: SuperNOWA

Format: audiobook

Ocena: 7.5/10



Nie jest to moje pierwsze podejście do Wiedźmina, ale muszę się przyznać, że mimo przejścia gier po kilka razy, w przypadku książek zawsze kończyłem w okolicy połowy "Ostatniego Życzenia". Nie dlatego, że to słabe opowieści, a raczej ze względu na własną ułomność lat młodzieńczych. Teraz to zmieniam, a przynajmniej się staram korzystać, mając sporo czasu w pracy.

W przypadku tego zbioru opowiadań mam pewien problem z oceną, bo większość już znałem i to w miarę dobrze. To siłą rzeczy u mnie prywatnie trochę ujmuje tego efektu świeżości. No ale jest klimat i to całkiem dobry start serii. To, co bardzo mi się podoba w tych pierwszych dwóch książkach, jest podzielenie ich na osobne opowieści. Trochę to daje takie wrażenie misji w grach i motywuje do kończenia ich jednym ciągiem. Wiadomo, to są opowiadania z fantastyki, więc taka forma była wymuszona. I dobrze.


W kwestii ulubionych opowiadań chyba najlepsze dla mnie to Mniejsze Zło i Wiedźmin, choć każde ma coś w sobie.


Świat wykreowany przez Sapkowskiego ma to coś i ten zbiór dał dobre ku temu podwaliny.



Swoją drogą ten audiobook, jaki wydała SuperNOWA to absolutna klasa światowa. W skali do 10, u mnie ma jakieś 15. xD


Okładka to trochę moja głupawka. Nie miałem co robić z rękami podczas nudnych dni w robocie, to stworzyłem takie coś, bo te domyślne okładki Audioteki są tragiczne. Jest tag do blokowania, bo planuję ukończyć całą serię i nie omieszkam sobie pobazgrać w trakcie. xD


> #dziwensieodchamia <
#bookmeter #czytajzhejto #ksiazki #wiedzmin #audiobook #dziwenrysuje #perypetiedziwena

65812cf4-610c-415f-941e-661594ef92f6

@Dziwen Ale bym chcial zapomniec cala serie i jeszcze raz ja lyknac. Jedna z niewielu serii ktore przeczytalem dwukrotnie i byly tak samo za⁎⁎⁎⁎ste 20 lat temu jak i ostatnio.

Zaloguj się aby komentować

576 + 1 = 577


Tytuł: Rozpad umysłu. Biografia schizofrenii

Autor: Jeffrey Alan Lieberman

Kategoria: popularnonaukowa

Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie

Format: audiobook

Długość: 20h

Ocena: 8/10



Rozpad umysłu to jedna z tych książek, które otwierają oczy. O schizofrenii słyszał pewnie każdy, ale czy faktycznie rozumiemy, czym ona jest? Czy potrafimy wyjść poza stereotyp? Czy wiemy, jak wygląda życie z tą chorobą i co realnie można zrobić, żeby pomóc? Tu dostajemy wszystko, co warto wiedzieć.


Kompletnie nie spodziewałem się aż tak dobrego tytułu. Całkiem niedawno skończyłem „Czarną owcę medycyny” i tam wszystko było raczej powierzchowne - dobrze opisane, dobry wstęp do psychiatrii, ale brakowało pogłębienia. Tutaj początek trochę przypomina tamtą książkę - dostajemy historię egzorcyzmów, rys historyczny od starożytnej Grecji, przegląd dawnych metod leczenia i znanych postaci, których zachowanie można by dziś interpretować przez pryzmat schizofrenii. No i dość gruba powtórka z "Czarnej owcy", tylko podana z troszkę innej perspektywy. Miejscami serio myślałem, że mam odpaloną poprzednią książkę.


Ale potem zaczyna się właściwa część - i to ona robi całą robotę. Jeffrey A. Lieberman przechodzi od historii do konkretu: pokazuje, czym schizofrenia jest jako choroba, jak ją rozumiemy dzisiaj i jak bardzo to rozumienie zmieniało się na przestrzeni lat. Dużo miejsca poświęca temu, jak powstawały kolejne leki przeciwpsychotyczne - od tych pierwszych, dość prymitywnych i obciążających pacjentów skutkami ubocznymi, po nowocześniejsze terapie. Bardzo dobrze widać, że to nie jest zamknięty temat, tylko coś, co nadal się rozwija i wciąż ma potencjał do dalszych usprawnień. Może nawet prewencji.


Szczególnie mocne jest to, jak książka pokazuje ludzi - nie tylko chorobę. Historie pacjentów są tu kluczowe: jedni nigdy nie dostali pomocy, inni trafili na system, który ich zawiódł, a jeszcze inni - przy odpowiednim leczeniu i wsparciu - potrafili wrócić do całkiem normalnego życia.


Dużym plusem jest też to, że autor nie unika trudnych tematów. Historia psychiatrii, szczególnie w kontekście schizofrenii, to nie tylko rozwój nauki, ale też ogrom błędów, nadużyć i zwykłego okrucieństwa - od zamykania ludzi w instytucjach bez realnej pomocy, po eksperymenty i terapie, które dziś trudno sobie wyobrazić. Nie wspominając o rasizmie. To wszystko tu jest i nie jest wybielane.


Jednocześnie książka mocno osadzona jest w realiach amerykańskich. System „opieki zdrowotnej” w USA, problemy z dostępem do leczenia, kwestie bezdomności czy funkcjonowania osób chorych w społeczeństwie - to wszystko jest bardzo konkretne, ale też momentami trudne do przełożenia na europejskie realia. Nie wiem, czy to wada, bo to naturalna perspektywa autora, ale chwilami brakowało mi szerszego, bardziej międzynarodowego spojrzenia. Ono tu jest, ale ograniczone.


Nie będę ukrywał - zdarzały się momenty frustracji. Niektóre dygresje wydawały mi się zbędne i wybijały z rytmu. Ale kiedy książka wraca na właściwe tory, bardzo szybko to rekompensuje. Zwłaszcza wtedy, gdy skupia się na konkretnych przypadkach i pokazuje, jak cienka bywa granica między funkcjonowaniem a całkowitym rozpadem życia.


Po ukończeniu trudno też nie zacząć myśleć o własnych doświadczeniach. W moim przypadku wróciły wspomnienia osoby, którą znałem - kogoś, kto pasował do wielu opisów z tej książki, ale jednocześnie ukrywał ważne rzeczy przed psychiatrą z obawy przed etykietką „wariata”. Po 20 latach bez kontaktu, mogę tylko mieć nadzieję, że o ile to była schizofrenia, ta osoba znalazła sposób, by się otworzyć.



Rozpad umysłu to nie jest książka idealna, ale jest bardzo potrzebna. Nie umiem jej bardziej polecić. Dostaje DZIWEŃSKI ZNAK JAKOŚCI . Warto.


#bookmeter #ksiazki

> #dziwensieodchamia <

#psychiatria #schizofrenia

d119fced-9207-4b0d-873f-68acae4e0b22

Zaloguj się aby komentować

56 + 1 = 57


Tytuł: Monster Hunter Stories 3: Twisted Reflection

Developer: CAPCOM

Wydawca: CAPCOM

Rok wydania: 2026

Gatunek: RPG, JRPG

Użyta platforma: PlayStation 5

Czas do ukończenia: ~70h

Ocena: 10/10



Ale to jest dobre. Brak mi słów. MHS3 jest wszystkim tym, czym powinny być pokemony - a nie są przez lenistwo Nintendo i Game Freak. To dla mnie jedna z najpiękniejszych gier tego roku. Każdy zrzut ekranu wygląda jak wyjęty wprost z jakiegoś serialu animowanego.


Nasza postać jest liderem jeźdźców, którzy zajmują się ochroną środowiska w Azurii i tresurą niektórych dzikich potworów. Te wykluwają się z jaj, które zdobywamy w leżach. Świat stoi na granicy wojny przez chorobę, która toczy - w różnym stopniu - dwa zwaśnione królestwa.


Gra jest dość otwarta, choć część lokacji odblokowuje się wraz z postępem wątku głównego. W każdej dostajemy pierdyliard opcji, ale bez przymusu ich wykorzystywania. Na dobrą sprawę system walki jest skonstruowany tak, że da się ukończyć grę nawet przy pomocy jednego Rathalosa - choć wymagałoby to sporo przygotowań.


To zresztą jeden z fajniejszych aspektów. Gra stawia bardziej na zrozumienie mechanik i przeciwników niż na sam poziom postaci. Dzięki temu ktoś na niższym poziomie może pokonać bossa, z którym ja męczyłem się mimo wyraźnej przewagi na moją korzyść. Krążą nawet historie o graczach, którzy bardzo wcześnie, jeszcze w 1 rozdziale pokonali jednego z Ender Smoków i zdobyli jaja na resztę gry. Systemów pobocznych jest masa. Ograniczeniem jest w zasadzie tylko nasza kreatywność.


Każdy potworek w trakcie walki zdobywa punkty więzi. Gdy pasek się zapełni, możemy go dosiąść i działać jako jedna postać. Daje to dostęp do potężnego ataku więzi - jeden z nich macie na filmiku niżej, bo to chyba mój ulubiony. Każdy ma swoją unikalną scenkę, którą można pominąć. Choć pewnie będziecie tego żałować. XD

Sam grałem z dubbingiem angielskim.


Nie mam teraz czasu na bardziej rozbudowany wpis, który oddałby wszystko to, czego nie pokaże żadna wideorecenzja. Mocno polecam - zwłaszcza tym, którzy dorastali z pokemonami. To ich bardziej „dorosła” wersja, zawierająca wszystko, o czym kiedyś mogliście marzyć. No. Chyba że czytaliście tę jedną pastę... No. Wiecie którą. To tego tu na szczęście nie ma. XD


Screeny z neta, bo nie chce mi się podpinać USB pod ps5, żeby coś zgrać. Na dobrą sprawę nawet nie robiłem screenów, bo wiedziałem, że mi się nie będzie chciało. XD


#gamesmeter #gry #ps5 #pokemon #monsterhunter

01594d73-24f8-4a42-b496-77bd39eda4b9
bd5be717-9f44-4fbe-939d-647f20e897d0
e6e60915-812c-4ebb-a52d-240f1fcb78aa
10449d3f-8e2c-4059-be68-3c26840e37c5
c5d9c694-2c65-4a1f-a19f-6a28390f4a5f

Zaloguj się aby komentować

560 + 1 = 561


Tytuł: Atomowi. Testy nuklearne na ludziach

Autor: Łukasz Dynowski

Kategoria: reportaż

Wydawnictwo: Agora

Format: audiobook

Długość: 6h

Ocena: 7/10



Nie wiem, czy będę w stanie napisać coś odkrywczego, bo @WujekAlien , który zachęcił mnie swoją recenzją o TUTAJ, w sumie napisał wszystko to, co ja sam mógłbym powiedzieć o tej książce pozytywnego. Przyznam, że niektóre opisy, widziane przez pryzmat obecnego poziomu wiedzy o bombach atomowych, wprowadzały w lekki niepokój. Lekki, bo w momencie słuchania siedziałem wygodnie w samochodzie, a nie na krzesełku z innymi żołnierzami, czekając na wybuch i robiąc za królika doświadczalnego.


W zasadzie jedynym grubszym minusem tej książki była jej powierzchowność. Im dalej w las, tym robi się gęściej, ale zwłaszcza na początku miałem wrażenie, że temat jest tylko zarysowany, bez większej chęci, żeby wejść głębiej. Takie Wyspy Marshalla i tamtejsza rdzenna ludność dostały ekspozycję równą może dwóm średniej długości artykułom, tylko chyba rozciągniętym na więcej słów. Kiedy kilka lat temu sam zagłębiałem się w ten temat, chcąc napisać coś na hejto, chyba wiedziałem więcej, niż wynika z tej książki. Na szczęście to najpewniej efekt tego, że jej celem było skupienie się na żołnierzach, a nie na cywilach. Ci drudzy oczywiście się pojawiają, ale wyraźnie schodzą na drugi plan wobec tych, którym wydawano rozkazy, by maszerować w stronę grzyba atomowego.


Pewnie trochę się czepiam, ale zabrakło mi też głębszego wejścia w doświadczenia tych, którzy obserwowali wybuchy z bardzo bliskiej odległości. Kilka razy przewija się opis, jakoby byli w stanie widzieć kości - swoje i swoich kolegów - podczas eksplozji, i jest to raczej traktowane jako fakt. Oczywiście nie jestem fizykiem i nie siedziałem na krzesełku na jakiejś pacyficznej wyspie, ale brzmi to, co najmniej wątpliwie. Oczy tak nie działają. To, co widzieli, było najprawdopodobniej reakcją na ekstremalnie intensywne światło, które oślepiało nawet przez gogle ochronne i zamknięte powieki. Bo powieka to w gruncie rzeczy tylko cienka warstwa skóry - ma swoje ograniczenia.


Jak wspomniałem - to raczej czepialstwo z mojej strony. Cała reszta jest naprawdę „fajna” - o ile w ogóle można użyć tego słowa w tym kontekście. Dostajemy sporo bardzo trudnych historii związanych ze śmiercią, deformacjami u dzieci i tuszowaniem wszystkiego przez różne rządy USA. Bo prawda jest taka, że nie tylko ci, którzy byli zmuszani do roli królików doświadczalnych, zapłacili za to najwyższą cenę, ale i ich potomkowie. No, nie wszyscy byli zmuszani. Chyba kilku zgłosiło się na ochotnika. Nie wiem, czy to dobrze pamiętam.


Tak jak wspomniał @WujekAlien w swojej recenzji, książka sprawdza się raczej jako wstęp do dalszego zgłębiania tematu. Punkt wyjścia, ale całkiem solidny i godny polecenia.


Skupiłem się bardziej na minusach, bo @WujekAlien przedstawił głównie pozytywy. Uznałem, że ich przepisywanie byłoby bezcelowe, zwłaszcza że z większością się zgadzam. Zresztą, kto by czytał takie recenzje-kobyły na kilka stron A4. Mam wątpliwości, czy ktokolwiek to czyta. xD



#bookmeter

> #dziwensieodchamia <

#ksiazki #audiobook #testynuklearne

b1c5dd96-7e68-45b7-8127-2c4e4a263f1d

@Dziwen fakt, ten motyw widzenia kości przewija się kilka razy, ale autorowi nie chciało się go wyjaśnić, w sumie, jak żadnych innych zjawisk, które opisuje

Zaloguj się aby komentować

532 + 1 = 533


Tytuł: Poziom śmierci

Seria: Jack Reacher

Autor: Lee Child

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo: Albatros

Format: audiobook

Lektor: Kamil Pruban

Długość: 15h

Ocena: 7.5/10


Wybierając kolejną książkę z tej lżejszej półki, nie spodziewałem się, że akurat Poziom śmierci wciągnie mnie aż tak mocno, zwłaszcza że zawiera pewne elementy, które zwykle mnie w podobnych tytułach irytują.


Z Jackiem Reacherem miałem już wcześniej styczność: widziałem jeden film i połowę pierwszego sezonu serialu Amazona, który porzuciłem chyba tylko dlatego, że w tym samym czasie wyszła gra, na którą czekałem. Klasyczny problem jednego slotu czasowego - musiałem wybierać. Nie wiedziałem czego się spodziewać po książkowej wersji pierwszego sezonu, ale postanowiłem, że spróbuję go ukończyć właśnie w taki sposób. I to był strzał w dziesiątkę - no, patrząc na ocenę w 7.5/10, a to całkiem sporo.


Przede wszystkim czyta się to dosłownie jak serial, lekko rozszerzony o myśli głównego bohatera. Przez pewien czas zdumiewało mnie, jak dobrze to wszystko zostało odwzorowane. Sceny z "Poziomu śmierci" przeniesione do serialu dosłownie 1:1. Książkowy Reacher też nie kipi od strony opisów, a sceny mają mocno akcyjny charakter. Możliwe, że wpływa na to mój ulubiony sposób narracji, bo ten dostajemy z głowy głównego bohatera, a że Reacher raczej nie ma zmysłu artystycznego, nie mamy opisów kurtyn w jakimś motelu na 50 stron. Nie ma też rozwleczonych scen akcji, poza jedną. Wszystko dzieje się szybko, nie ma durnych monologów złoli o tym, dlaczego coś robią, a jak do kogoś się strzela, to w głowę i koniec historii.


Jestem dość specyficzny i zupełnie nie przeszkadzają mi niedopowiedzenia. Wręcz przeciwnie, lubię je, bo dają przestrzeń do własnych interpretacji. Seria o Reacherze jest rozbudowana, więc brak natychmiastowych odpowiedzi (np. dlaczego Jack wyleciał ze służby) traktuję raczej jako coś, co może wybrzmieć później, w lepszym momencie fabularnym. Zwracam na to uwagę głównie dlatego, że widziałem to u kogoś w recenzji, jako zarzut. Dla mnie zaleta.


Są jednak rzeczy, które mnie standardowo męczą w takich historiach, jak „efekt 007”, czyli obowiązkowy wątek romantyczno-erotyczny. Mam do tego alergię, bo to często wydaje się doklejane na siłę. Tutaj jeszcze da się to przełknąć, ale mam przeczucie, że w kolejnych częściach stanie się to niestety powtarzalnym schematem.


Do tego dochodzą drobne zgrzyty fabularne. Niby nic dużego, ale momentami czuć przekombinowanie. Akcje w stylu: Reacher rozcina z impetem pudło z upchniętym hajsem, kasa frunie rozwiewana przez wiatr i to tworzy zasłonę dla głównego bohatera. No nie, nie, nie. Albo idziesz do typa, co zarządza bankiem, pytając o byłego pracownika, którego zwolnił. Jesteś na dobrą sprawę nikim, a on cię bierze do biura i robi małe TED Talks o tym, na czym nowoczesne banki zarabiają pieniądze. No nie. Znowu nie. Przekombinowane, choć nie razi aż tak mocno. Może w kolejnych książkach jest to trochę lepiej poprowadzone. Wybaczam.


Czy nie pasuje mi to, że Reacher to taki badass, co może i robi wszystko? Nie, bo nie odniosłem takiego wrażenia. Często dochodziło do sytuacji, w których chłop łapał znacznie wolniej to, co ja już widziałem od dawna. Nie chodzi tu o samą główną oś intrygi, ale jej elementy. Tak, będzie pierwszym, poza jedną osobą, który to wszystko rozgryzie, ale mam wrażenie, że czytelnik zrobi to przed nim. I to lekko mi podważa wizję Jacka wszechmogącego, nawet jak jest pod względem scen akcji trochę jak terminator. Z innej strony na dobrą sprawę ta książka nie daje mu silnych fizycznie przeciwników po szkoleniu wojskowym, którzy wiedzą, z czym się mierzą.


Dla mnie ta książka jest naprawdę fajna, a w wersji audio jeszcze lepsza i pewnie będę kontynuował w takiej formie. Nie mam ani czasu, ani chęci ostatnio do oglądania seriali. Jak wcześniej wspomniałem - ten sam slot, co gry, a tych też mam backlog ogromny.


Swojo drogo te opisy z okładek strasznie mnie krzywią. Tu lepszy od Bonda, czy Bourne'a, tam nie ma sobie równych. Najtwardszy z twardzieli. Matko Bosko. Na szczęście to tylko durne zdania z okładek.


#bookmeter

> #dziwensieodchamia

#ksiazki #audiobook #jackreacher #leechild

fba953a4-fa02-4b11-949a-678306a2229e

Zaloguj się aby komentować

517 + 1 = 518


Tytuł: Czarna owca medycyny

Autor: Jeffrey Alan Lieberman

Kategoria: popularnonaukowa

Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie

Format: audiobook

Długość: 12h 36min

Liczba stron: 344

Ocena: 7/10


Na hejto mieliśmy już pewnie z 5 recenzji tej książki i nie wiem czy będę w stanie dodać tu coś odkrywczego. Czarna @bojowonastawionaowca medycyny wprowadza nas w historię całej dyscypliny związanej z zaburzeniami psychicznymi i moim zdaniem jest do tego tematu świetnym wstępem. Nawet jak już coś tam wiecie, pomoże wypełnić pewne luki i poukładać to wszystko w czasie.


Moim zdaniem tym, co zabija trochę jej potencjał, jest zbyt rzadkie odnoszenie się do tematu z perspektywy nieamerykańskiej. Ma to sens, ale niekoniecznie sprawia, że temat powstania i sporów o "biblię psychiatrów" - DSM od II do V będzie bliski Europejczykom. Nawet jak DSM-III był rewolucją która wpłynęła na kształt "naszej biblii", czyli wtedy ICD-10, a obecnie ICD-11. Chodzi oczywiście o klasyfikację i diagnozę chorób psychicznych. Mnie zainteresowało, ale bywam specyficzny.


Z mojej perspektywy najciekawsze były tematy wokół freudystów i ich dość religijnego, nienaukowego podejścia, jak i te związane z pierwszymi diagnozami i metodami leczenia. Za to rozdział o zwiększającej się świadomości społeczeństwa najchętniej bym pominął, bo mnie wynudził.


Na plus jest styl tej książki. Nie ma żargonu, wszystko raczej wpłata się w opowieść. Łatwo się przyswaja.


Czy polecam? Raczej tak. Zwłaszcza jak ktoś chciałby zacząć we właściwym miejscu. Idealna książka do rysowania tła pod poważniejsze tematy, które dzięki niej będzie łatwiej zrozumieć.


#bookmeter

> #dziwensieodchamia

#ksiazki #audiobook #psychiatria #psychologia

410ce7a1-1b01-40c6-a677-ea85600acb62

Zaloguj się aby komentować

Jesteście łobserwowani! XD

Dzisiaj takie se polowanie na spacerze z psinką. Może i jakość ziemniaczana, a perspektywa słaba, ale za to jak bardzo! XD


> #dziwencykafoty <

#ptaki #fotografia #zwierzaczki #smiesznypiesek

> #lumixdcfz82d

6a2aa2f1-3274-4942-991c-52bfcf0b0061

Zaloguj się aby komentować

499 + 1 = 500


Tytuł: Przegryw: mężczyźni w pułapce gniewu i samotności

Autor: Aleksandra Herzyk, Wieczorkiewicz Patrycja

Kategoria: reportaż

Wydawnictwo: Wydawnictwo W.A.B.

Format: audiobook

Długość: 9h 23min

Liczba stron: 320?

Ocena: 7.5/10


Powiem szczerze, że patrząc na to, jak spolaryzowane były opinie o tej książce, spodziewałem się jakiejś ostrej jazdy z incelami i przegrywami. Tymczasem dostałem całkiem ciekawą, momentami wręcz życzliwą opowieść. Widać, że autorkom zależało na ludziach, których opisują, i że zbudowały z nimi fajne relacje - przynajmniej z tymi, którzy byli na to otwarci.


Warto jasno powiedzieć: to nie jest książka, która "wyjaśnia" całe zjawisko inceli czy przegrywów.

Dla porządku - chodzi o środowiska skupione wokół mężczyzn, którzy czują się wykluczeni z relacji romantycznych i społecznych. "Incel" (involuntary celibate) to ktoś, kto postrzega swoją samotność jako przymusową, często tłumacząc ją wyglądem, statusem czy "genetyką". "Przegryw" to szersze określenie - obejmujące ludzi przekonanych, że przegrali życie na wielu poziomach, nie tylko relacji.


Ta książka to raczej zbiór historii - konkretnych ludzi, którzy opowiadają o swoim życiu, przekonaniach i o tym, skąd one się wzięły. Całość jest uzupełniona o kontekst: wyjaśnienia terminologii, historii środowiska, internetowych memów, a także komentarze specjalistów. Dzięki temu dostajemy obraz grupy, którą łączy etykietka "przegrywa" i "incela", ale poza tym różni właściwie wszystko. I to chyba jest najważniejszy przekaz tej książki - że nie każdy incel to mizogin czy radykał z jednego, przewidywalnego nurtu politycznego.


Spektrum historii jest naprawdę szerokie: od ludzi funkcjonujących w miarę normalnie, po osoby ewidentnie toksyczne czy agresywne. Pojawia się też epizod z użytkownikiem znanym na hejto - i nie jest to jakieś niewinne cameo.


Autorki zbierały materiał przez około półtora roku. Zaczęły od Wykopu, a później zostały zaproszone na serwer Discorda, który miał być bezpieczną przystanią dla osób faktycznie identyfikujących się jako przegrywy. Na Wykopie często pojawia się trolling i przez to panuje mniejsza otwartość, a samo pojęcie "prawdziwego przegrywa" bywa tam przedmiotem sporów i wojen. Zwłaszcza między różnymi pillami.


Na początku kobiety były traktowane wrogo, ale z czasem zdobyły zaufanie rozmówców. Doszło do rozmów głosowych, spotkań, a nawet kontaktów z rodzinami bohaterów. Od samego początku czuć przy tym dużą życzliwość autorek - nawet wobec osób, które na starcie próbowały je odstraszyć kreatywnymi inwektywami. Każdy z bohaterów miał wgląd w gotowy tekst i wiedział dobrze na co się pisze. Zwyczajnie większość z nich uznała, że ktoś musi o tym opowiedzieć, bo inaczej zrobi to za nich ktoś inny.


Język to jedna z rzeczy, które najbardziej wyróżniają tę książkę. Nie ma tu pudrowania ani ugrzeczniania - jak powoli dostajemy nowe terminy, to potem one po prostu funkcjonują w tekście. Bywa ostro i ofensywnie, choć niektóre określenia potrafią też rozbawić swoją absurdalną kreatywnością. Przy "wbijaniu magika" parsknąłem lekko śmiechem - nie dlatego, że śmieszy mnie czyjaś negatywna sytuacja, tylko przez to, jak bardzo przypomina to system osiągnięć z gier, a i jaka kreatywna nazwa. Na końcu jest słowniczek, więc łatwo się odnaleźć, jeśli ktoś się pogubi.


Komentarz autorek jest obecny, ale zupełnie nie w takiej formie, jakiej się spodziewałem po opiniach. Nie ośmieszają, nie szydzą, nie wbijają szpilek (poza jednym skrajnym przypadkiem gościa grożącego jednej śmiercią). Ich rola polega głównie na dawaniu kontekstu - sprawdzaniu tez, zestawianiu ich ze statystykami, opiniami ekspertów i szerszym obrazem zjawiska, także poza Polską (chany, Reddit itd.).


Moim zdaniem to nie tylko dobra książka, ale przede wszystkim potrzebna - również dla samych ludzi, którzy określają się jako przegrywy czy incele. Może być punktem wyjścia do tego, żeby ktoś na serio pochylił się nad tym zjawiskiem.


Daję DZIWEŃSKI ZNAK JAKOŚCI. Warto.


#bookmeter

> #dziwensieodchamia

#ksiazki #audiobook

0b82a3c4-0873-48eb-8326-a0874e873240

@Dziwen Krąży legenda potwierdzona obserwacjami, że incele przekraczający 30 rok życia, który nie tknęli żadna częścią swego ciała innej kobiety niż matka i babka stają się magami, i zyskują moc rzucania zaklęć.

Zaloguj się aby komentować

494 + 1 = 495


Tytuł: Sensacyjne życie ptaków

Autor: Adam Zbyryt

Kategoria: reportaż

Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie

Format: audiobook

Długość: 10h

Liczba stron: 320?

Ocena: 7/10


Mam problem z tą książką. Z jednej strony daje masę ciekawostek o życiu ptaków i to dużo bardziej zróżnicowanych niż poprzednio, ale… dygresje. Pełno dygresji. Już na starcie autor zaznacza, że to nie jest tytuł wyłącznie o ptakach i faktycznie to czuć.


"Sensacyjne życie ptaków" to coś w rodzaju przeglądu popcornowych tematów z ptasiego świata - od ptaków pijących krew, przez trujące przepiórki, ptasią masturbację, jedzenie odchodów, "kosmetyki", samoleczenie, kończąc na ptasim homoseksualizmie. Jakiś bori mógł zostać pominięty. Z pozoru clickbejt, w praktyce dość naukowa opowieść, choć autor ucieka od tego stwierdzenia. Każde zagadnienie tak, jak w poprzednio recenzowanej przeze mnie książce jest analizowane z wielu perspektyw, a autor nie skacze na hipotezy, jak jurny królik i jasno zaznacza kiedy czegoś nie wiemy.


Gdzie problem? Cóż. Czasem autor leci do ciepłych krajów próbując zarysować pewien koncept, a jak już wraca, to się okazuje, że powiązanie między dygresją, a tematem przewodnim bywa luźne, a w sporadycznych przypadkach, nie ma go w ogóle. Nie jest aż tak tragicznie, jak w "Rzeczy o ptakach" innego autora, ale bywa to lekko dezorientujące. Zwłaszcza w połączeniu z okazjonalnym chaosem. Nie raz musiałem się cofnąć, żeby sprawdzić czy coś przeoczyłem, by odkryć, że nie, po prostu autor musiał zastosować jakiś skrót myślowy i mnie zgubił. Mam też wrażenie, że dużo więcej jest tu prywatnych przemyśleń, czasem za dużo.


Ogólnie uważam, że tym co najmocniej ciągnie ten tytuł w dół, jest brak odpowiedniej korekty, a sama treść jest fajna. Trochę jak dobry schabowy, ale dostajemy go na tekturowym talerzu i mamy kroić plastikowym nożykiem. Adam Zbyryt ma bardzo fajny sposób przekazywania wiedzy o ptakach, ale chyba przydałby się ktoś, kto by przy nim stał z dmuchanym, balonowym kijem bejsbolowym i robił boink za każdym razem jak wlatuje za gruba dygresja. XD


Nadal uważam, że to dobra książka. Po prostu trzeba być gotowym na to, że tego schabowego będziecie jedli łapkami.



To już trzecia książka ornitologiczna jaką zrecenzowałem. Nie wiem czy będę kontynuował, zobaczymy. Inne recenzje znajdziecie tutaj:


9/10 - Czego się boją ptaki? - Adam Zbyryt

5/10 - Rzecz o ptakach - Noah Strycker



#bookmeter

> #dziwensieodchamia

#ksiazki #audiobook #ptaki #ornitologia

473c098b-993f-4098-b211-d32a5c9912d4

@TyGrySSek typowo ciekawostkowa. Dla przykładu w temacie o masturbacji okazuje się, że na wolności nikt tego nigdy nie zaobserwował, a taka reakcja u niedzikich ptaków najczęściej jest spowodowana stresem.

Aż mam ochotę wystawić recenzję tej recenzji i dać jej 9/10 Jak już wyżej wspomniane było gdy Zbyryta się słucha w "Dwóch ludziach z puszczy" to od razu można wyczuć, że jest to człowiek zafascynowany ornitologią z bogatą wiedzą dzięki czemu dobrze się go słucha. Dobrze wiedzieć, że również nieźle się go czyta - na pewno kiedyś w końcu uda się gdzieś go wcisnąć.

@Kuba0788 miło, że się spodobała. :D
Jakbym miał polecać, to "Czego się boją ptaki?" jest znacznie bardziej dopracowana i spójna. Sam będę polował na wydanie papierowe za jakiś czas. xD

Zaloguj się aby komentować

487 + 1 = 488


Tytuł: Czego się boją ptaki?

Autor: Adam Zbyryt

Kategoria: popularnonaukowa, reportaż

Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie

Format: audiobook

Długość: 9h 33min

Liczba stron: 336

Ocena: 9/10


Po absolutnie tragicznej "Rzeczy o ptakach" sięgnięcie po kolejną książkę ornitologiczną z tej samej listy "najlepszych" mogło wydawać się ryzykowne, a nawet zakrawać o masochizm. Tym razem jednak było warto. Choć na Lubimy Wkurzać obie pozycje mają bardzo zbliżone oceny (7,5 i 7,6 na 10), różnica jakościowa między nimi jest ogromna. Dosłownie jak między "Zmierzchem" a "Władcą Pierścieni".


"Czego się boją ptaki?" to książka o wpływie stresu na niemal każdy aspekt życia ptaków. Autor zaczyna od podstaw - wyjaśnia, skąd wiemy, że odczuwają stres - a następnie prowadzi czytelnika przez ich reakcje na zagrożenia, wpływ stresu na sukces lęgowy, strategie radzenia sobie z niebezpieczeństwem, aż po kwestie związane z jajami i tym, jak stres rodziców oddziałuje na potomstwo. Temat okazuje się znacznie szerszy, niż mogłoby się początkowo wydawać. No, przynajmniej ja się nie spodziewałem, że będzie tak rozległy i spleciony z masą innych rzeczy.


Dobrym przykładem jest tu temat częstotliwości zdrad samic modraszek w zależności od poziomu stresu i tym, jak starają się je ukrywać. Czy rogacz może to zaakceptować?


Największą siłą tej książki jest sposób, w jaki wiedza została przedstawiona. Niemal wszystko jest logicznie wplecione w opowieść opartą na ptakach. Tutaj nie da się już skakać po rozdziałach, bo auror lubi je ze sobą łączyć, co dla mnie jest pozytywne. Ludzie pojawiają się rzadko, głównie w formie anegdot, a jeśli autor odwołuje się do zjawisk psychologicznych, robi to krótko, przystępnie i z wyraźnym wskazaniem źródeł. Co ważne, nie przyjmuje bezkrytycznie każdej ptasiej hipotezy - jasno zaznacza, które obserwacje mogą nie przetrwać próby czasu. Całość opiera się w dużej mierze na solidnych danych, co dodatkowo wzmacnia wiarygodność książki. Przynajmniej w moich laickich oczach.


Nie oznacza to jednak, że jest ona pozbawiona wad. Najbardziej zauważalnym problemem dla mnie jest okazjonalne moralizatorstwo - nie tyle w kontekście zmian klimatu, bo z tym nie mam problemu, co raczej sugestii dotyczących tego, jak żyć i co myśleć, czasem kompletnie w oderwaniu od tematu. To typowa słabość tego typu publikacji i choć pojawia się sporadycznie, potrafi wybijać z rytmu. Na szczęście stanowi to może kilka procent całości, co wypada bardzo dobrze zwłaszcza w porównaniu z "Rzeczą o ptakach", gdzie podobne wstawki były znacznie częstsze i bywały zupełnie nie na temat.


Książka wyróżnia się także ogromną liczbą ciekawostek i historii. Jest ich tak dużo, że praktycznie niemożliwe jest zapamiętanie wszystkiego po jednym podejściu - co paradoksalnie działa na jej korzyść. To jeden z tych tytułów, do których warto wracać, by zapamiętać więcej szczegółów. Ja rzadko wracam, bo wychodzę z założenia, że mamy do wyboru tyle pozycji, że lepiej skoczyć po coś innego, niż zaliczać jakiś tytuł ponownie, ale tu z pewnością zrobię wyjątek i zapoluję na wersję papierową.


Gdzieś przy końcu autor pokazuje też gdzie szukać informacji o ptakach i jak można je rozpoznawać np. przy użyciu telefonu. Nie jest to zbyt rozbudowany segment, ale może komuś pomoże. Sam używam aplikacji Merlin Bird ID, o które autor też wspomniał.


Warto też zaznaczyć, że to dopiero moja druga książka ornitologiczna, więc pewnie istnieją jeszcze lepsze tytuły. Na ten moment jednak "Czego się boją ptaki?" zrobił świetne wrażenie. Zacząłem już kolejną książkę tego samego autora - "Sensacyjne życie ptaków" - i obecnie zapowiada się dobrze.



Na ten moment daję DZIWEŃSKI ZNAK JAKOŚCI i polecam serdecznie. W wersji audio za każdym razem jak pojawi się ważny, nowy ptak, dostajemy jego śpiew w ramach bonusu. Uwielbiam, choć wiem, że niektórych mogłoby wkurzać takie przerywanie na kilka sekund.


#bookmeter

> #dziwensieodchamia

#ksiazki i #audiobook #ptaki #ornitologia

002068dc-4dba-449b-84d7-a8de601fa7ce

Zaloguj się aby komentować

468 + 1 = 469


Tytuł: Rzecz o ptakach

Autor: Noah Strycker

Kategoria: popularnonaukowa

Wydawnictwo: Muza

Format: audiobook

Długość: 9h 29min

Liczba stron: 336

Ocena: 5/10


Przyznam szczerze, że pod pewnymi względami jest to jedna z najgorszych książek, jakie ukończyłem w życiu (bo złych lub przeciętnych najczęściej po prostu nie kończę). W zasadzie dobrnąłem do końca chyba tylko dlatego, że jest tak powszechnie polecana jako jedna z najlepszych pozycji o ptakach. Jeśli to faktycznie jedna z najlepszych, to aż boję się tych gorszych. No, ale zacznijmy od początku.


O czym właściwie jest ta książka? Wrzucę po prostu opis ze strony „Lubimy wkurzać tragicznym UI”:


W dzisiejszych czasach cechy uznawane za tradycyjnie ludzkie, zdają się już takimi nie być. Czy stwierdzenie, że ptaki wykazują również zachowania analogiczne do ludzkich emocji, byłoby zbyt daleko idące? „Inteligencja, altruizm, samoświadomość, miłość... Jak pisze autor: Badając ptaki, ostatecznie dowiadujemy się czegoś o nas samych.


Czy o tym jest ta książka? Moim zdaniem nie - i stąd moja niska ocena. Nie jest to jednak aż tak tragiczny tytuł, żeby schodzić jeszcze niżej w mojej skali. W praktyce dostajemy miks ciekawostek o ptakach, które z czasem coraz częściej stają się tylko pretekstem do „głębokich” przemyśleń autora oraz opowieści o ludziach, ich naturze i psychologii.


Żeby nie być gołosłownym, jeden rozdział zawiera w sumie może kilka zdań o omawianych ptakach i ich charakterystycznej cesze, a całą resztę stanowi wykład o dylemacie więźnia i jemu pokrewnym zagadnieniom u ludzi, jak i o altruizmie, przy którym Stryker stwierdza coś w stylu, że lepiej wierzyć, że on naprawdę istnieje, bo alternatywa jest straszna. No nie jest.


Autor często używa porównań, żeby wyjaśnić pewne ptasie zachowania - i to też mocno mnie męczyło. W jednym rozdziale spędza sporo czasu na tłumaczeniu zasad awansów w tenisie oraz różnicy między systemem pucharowym a kołowym, żeby… Wybaczcie, ale tak mnie tym zmęczył, że nawet nie wiem, do czego właściwie miało to prowadzić. To najbardziej jaskrawy przykład, ale podobnych dygresji jest tu mnóstwo.


Największym kuriozum jest dla mnie to, że w książce o ptakach jest po prostu za mało ptaków. Początek jest jeszcze całkiem niezły i tej ludzkiej narracji prawie nie ma, ale z każdym kolejnym rozdziałem jest jej coraz więcej, a autor ma też tendencję do zapętlania się w tych samych wnioskach, kończąc rozdziały jakimś moralizatorskim stwierdzeniem wyciągniętym z książek Coelho. Wiem, trochę wrednie tak napisać z mojej strony, ale serio, niektóre stwierdzenia pasowałyby do telewizji śniadaniowej.


Nie mogę się przyczepić do sposobu, w jaki tłumaczy ludzkie aspekty psychologiczne czy neurologiczne - w tych uproszczonych pojęciach raczej nie ma błędów. Akurat czytam teraz „Zachowuj się” Sapolsky’ego, więc mam jakieś porównanie. Pytanie tylko, czy tego właśnie oczekujemy od ornitologa i książki o ptakach.


Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego ktoś może uznać tę książkę za interesującą. Im dłużej jednak o niej myślę, tym bardziej mam wrażenie, że można by ją zastąpić filmem o gołębiach z kanału Uwaga! Naukowy Bełkot i kilkoma artykułami na angielskiej Wikipedii - a człowiek tylko zaoszczędziłby czas. Zwłaszcza jeśli kogoś interesują ptaszki chwastówkowate, bo to im trafił się rozdział o dylemacie więźnia.


Trochę rozgrzeszę przez to, że to pierwsza książka autora, a do tego napisana na czyjąś prośbę jak miał 26 lat. Mimo wszystko nie polecam.


Książkę mam za darmo w klubie Audioteki. Gdybym za nią zapłacił, to pewnie płakałbym bardziej. xD


#bookmeter

> #dziwensieodchamia

#ksiazki #audiobook #ptaki #ornitologia


ad5809b0-4a07-4ba2-9539-7093d162e648

Zaloguj się aby komentować

Cóż. Nie jest to może najpiękniejsze, ale takie ziomeczki dzisiaj ustrzeliłem na wyprawie do większego lasu. Trafiła się nawet rodzina @bojowonastawionaowca , czego się nie spodziewałem w takim miejscu. Muszę przyznać, że szybkość tych ptaszków mocno testowała mój starzejący się refleks. xD


Aparat to Panasonic Lumix DC-FZ82D, czyli no takie o użądzenie. Matryca 1/2.3'' więc cudów nie będzie, ale przyznam, że dużo mi z nim wygodniej, niż z czymś większym.


> #dziwencykafoty <
#ptaki #fotografia #zwierzaczki #smiesznypiesek

7e0d3c83-8f12-442c-afba-4871b7e4044a
7bfad2b2-bdd8-481f-a223-afdd3c2c2c87
6ba1082c-cc35-4a9a-9294-eca718ca364d
65aafca6-71b2-4979-8ba9-4b349832212d
829010a4-2abf-4e5e-9429-21eaf9b133f9

Zaloguj się aby komentować