Rewelacyjne wyczucie w budowaniu napięcia. Zazwyczaj horrory przestają mnie kręcić kiedy już pojawia się ten 'potwór' i okazuje się że wcale nie jest taki straszny, a tutaj właściwie dzięki tej ciągłej niepewności, nie odkrywaniu wszystkich kart, trzyma w ciągłym napięciu.
Kiedyś widziałam film na podstawie tej książki i już wtedy ta historia zrobiła na mnie wrażenie, ale książka to zawsze, przynajmniej jak dla mnie, wyższy poziom rozrywki.
Opowieść o Estevanie Echeverríi, argentyńskim wieszczu narodowym, tworzącym w okresie romantyzmu.
Na LC ta książka jest podciągnięta pod kategorię „powieść historyczna”, lecz tak naprawdę ciężko ją podporządkować gatunkowo – ani to powieść historyczna, ani biografia, ani esej. Forma książki nie ułatwia jej odbioru, nieprzystępny jest też styl autora - napakowany irytującymi powtórzeniami i trochę przywodzący na myśl monologi Pietrka Kogucika.
Co do tytułowego bohatera, nazwanie go „argentyńskim Mickiewiczem” nie będzie żadną przesadą, bowiem życiorysy obu twórców okazały się zaskakująco zbieżne. Obaj panowie mieszkali w Paryżu, obaj pod wpływem zachodnioeuropejskich trendów literackich stworzyli wiekopomne dla swoich narodów dzieła, które dekady później przeszły do kanonu lektur. Trzeba też złośliwie dodać, że obaj podchodzili do partnerek życiowych w sposób, nawet jak na realia epoki, bardzo przedmiotowy, jak również, że obaj za wolność naszą i waszą walczyli tylko na papierze, czytaj: w newralgicznym momencie walki z tyranią po prostu zwiali (Echeverría wpierw na wieś, później zagranicę).
Ciężko mi polecić tę pozycję, bo mimo niewielkiej objętości okazała się dość męcząca w odbiorze, a główny bohater też nie był specjalnie fascynującą postacią. Imo to raczej ciekawostka dla polonistów siedzących w romantyzmie. Ciekawe jest, że na Goodreads ta książka ma więcej recenzji po polsku, niż po hiszpańsku.
Bardzo dobra choć trochę słabsza od - Przygody Hucka Finna - mniej trzymała w napięciu i być może dlatego że część fabuły pamiętałem z ekranizacji z 1938r. - jedynie skarb, pieczary i co się stało z mieszańcem był dla mnie zaskoczeniem.
Taki alfabetyczny spis magicznych zwierząt. Od Afryki po Norwegię, wić nie zamyka się na Wyspy Brytyjskie
Dodatkowo na wstępie definicja i problemy z wyrazem „beast” bo czy centaury to beast ?
Na zakończenie opis „Newta”
Plusy: książka ma formę książki Harrego , gdzie Ron dopisywał swoje spostrzeżenia na marginesach
Minusy: podoba mi się szkice bestii w formie malunków 10 latka, ale liczyłem że będzie ich więcej. Taka bardziej a la książka botaniczna
To książka, która już na starcie zaskakuje, jeśli zna się wcześniejsze dokonania autora. Zamiast brutalnego kryminału dostajemy czarną komedię kryminalną, opartą na bardzo wdzięcznym pomyśle: dwóch braci Dzióbek ma dostać spadek (50 milionów złotych) po dziadku, ale tylko pod warunkiem, że oddadzą skradzione przez niego cztery obrazy prawowitym właścicielom. Problem w tym, że obrazy są warte fortunę (dużo więcej niż spadek), a ich odzyskanie i zwrot szybko przyciąga całą plejadę zainteresowanych - od mafiozów, przez kolekcjonerów, po ludzi, którym bracia są coś winni. Do tego dochodzi policja, która depcze im po piętach i komplikuje wszystko jeszcze bardziej.
Największą siłą książki jest jej lekkość i tempo. To klasyczna komedia pomyłek - pełna absurdalnych sytuacji, nieporozumień i bohaterów, którzy nie zawsze do końca panują nad tym, co się wokół nich dzieje. Dużo frajdy daje też sam duet braci - różni, momentami kompletnie niedopasowani, a przez to generujący kolejne problemy i zabawne sytuacje. Całość ma bardzo filmowy rytm i łatwo sobie wyobrazić tę historię na ekranie.
Jednocześnie trzeba zaakceptować pewien "kontrakt" z autorem. Fabuła momentami jest lekko naciągana, a niektóre rozwiązania opierają się na skrótach i zbiegach okoliczności. To jedna z tych książek, które wymagają od czytelnika przymknięcia oka na logikę, żeby w pełni cieszyć się historią. Jeśli ktoś szuka precyzyjnie skonstruowanego kryminału, może się odbić - jeśli natomiast wejdzie w konwencję, dostanie sporo zabawy.
To bardzo przyjemna, lekka odskocznia od typowych kryminałów Gorzki - może mniej poważna, ale za to dająca sporo rozrywki. Do pewnego stopnia przypomina "Czwartkowy Klub Zbrodni", czy serię kryminalną o teściowych Alka Rogozińskiego, tylko z młodszymi, bardziej dynamicznymi bohaterami, choć niedaleko im do #hejto30plus
Chłop z gadającym kotem wbija levele, zbiera artefakty, umiejętności i walczy z coraz silniejszymi przeciwnikami.
Z plusów to poznałem być może najdurniejszy gatunek literacki. Książka oparta tylko na humorze, reszta to absurdalna, mało kreatywna fabuła, którą autor pewnie wymyślał na bieżąco, bo można tam wcisnąć każde szaleństwo. Niestety humor bardzo irytujący przez monotonne żarty. Głównie czarny humor, ale taki grzeczny, żeby nikogo nie obrazić.
Na początku trochę ciężko mi się było wczuć, mimo że bardzo fajne światotwórstwo było, jakoś byłem myślami przy Aktach Caina (którymi podobno autor się inspirował, chociaż nie wiem gdzie niby bo to totalnie inna książka xd) ale jak już kliknęło to nie mogłem się oderwać
Jest to wstęp do serii Niecnych Dżentelmanów, która ma mieć podobno 7 części ale na razie są 3. Książka jest jednak na tyle spójna i domknięta że można sobie dalej darować, traktować jako jedynaczkę.
Początkowo wydawało mi się że autor trochę odpływa w dygresjach, ale wszystko tak się super zazębiało na koniec, że teraz widzę w tym sens.
Ciekawie prowadzony narrator, bo niby trzecioosobowy wszystko wiedzący, a jednak czasem przypominał kronikarza. Była nawet wstawka "Dla tych co nie wiedzą, [LOREDUMP]" xd
Książka ma świetnie przekminione fortele, intrygi, tytułowe kłamstwa.
"Bo ten co wisiał w cieniu drzew przed śmiercią się
pocieszał
że to za wolność chociaż też tak myślał
ten co wieszał"
Nie znałem postaci polskiego satyryka Krzysztofa Daukszewicza, aż Spotify nie polecił mi kilku piosenek, całkiem imo udanych. Zacząłem eksplorować i trafiłem na informacje że jego nazwiskiem podpisane jest kilka książek, sięgnąłem więc po tą, bo brzmiała jak dobry wstęp.
Jest to zbiór tekstów wspomnianego autora, na początku liryka, a potem parę opowiastek satyrycznych.
Ogólnie jest średnio, w sensie przeciętnie. Czasem uniosłem kącik ust, jedno nawet przeczytałem żonie na głos bo śmiechłem, ale ogólnie nie wiem czy jest po co to czytać.
Wszystkie historie osadzone mocno w latach w których ja nie żyłem i ich nie znam, więc pewnie dla starszego czytelnika nutka nostalgii zagrałaby przyjemnie w tle.
@Barcol Daukszewicz miał swój czas po prostu i na ten czas bywał często śmieszny. Dla współczesnego odbiorcy, to po prostu starszy pan, który w miarę zgrabnie pisze. Niemniej, jak się porówna humor Daukszewicza z dzisiejszymi kabaretami, to niebo a ziemia.
Ostatnia część opowiada o gościach, którzy postanowili odwiedzić rodzinę Muminków, kiedy przebywali oni na wyspie.
Nietypowa gromadka zaskoczona obecnością siebie nawzajem, postanawia pozostać czasowo w domku Muminków. Początkowo trudno im się dogadać, jednak po czasie wypracowują wspólny rytm i dzielą się obowiązkami, dzięki czemu spędzają ze sobą wiele miłych chwil.
Żal mi kończyć tą serię, myślałam że książki będą dłuższe i zostaną ze mną na dłużej. Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy.
Rodzina Muminków podejmuje dość niespodziewaną decyzję o zamieszkaniu na odległej wyspie.
Pakują się jakby nigdy nic i wraz z Małą Mi wyruszają przez morze.
Bardzo fajnie przedstawione są tu poszczególne postacie, ich myśli i odczucia związane z miejscem, w którym osiedli - niezbyt przyjazną, kamienistą wyspą oraz starą latarnią, w której zamieszkali.
Szczególnie ciekawy jest opis Tatusia Muminka, z którego rysuje się charakter mocno chaotyczny, ale pracowity i żądny wiedzy.
Jest też bardzo fajny wątek przyjaźni Muminka z Buką.
Jedyne co jak dla mnie jest na mały minus, to zakończenie, mam wrażenie jakiegoś niedopowiedzenia, jakby potrzebny był jeszcze ten jeden, ostatni rozdział.
Czytałam kiedy byłam dzieckiem i nic z tej książki nie zrozumiałam. Pewnie dlatego, że jak piszesz była nostalgiczna, a ja szukałam rozrywki jak w Wieczorynce Nie pamiętam wątku z Buką. Jedynie to, że Tatuś Muminka wydawał się jakiś dziwny i niepokojący
Nie wiem, czemu się jeszcze oszukuję, że Przechrzta napisze coś nowego i przełomowego.
Jest to kolejna książka autora, która jest o Olafie Rudnickim, to jak się bohater nazywa w książce (Janusz Magnuszewski), nie ma znaczenia, bo i tak dostajemy Olafa. Ze wszystkimi jego zaletami i wadami, ze wszystkimi przywarami i słabościami, z podejściem do życia, z fartem i pechem w niektórych momentach.
Jest to 3 tom cyklu Magiczna Zielona Góra (Mons Viridis Magicus), który skupia się wokół antykwariusza, który ciągiem nieoczekiwanych wydarzeń trafia do magicznego świata, w 1 tomie, a w ostatnim tomie cyklu domykamy wątki zaczynające się od śmierci/zabójstwa żony Janusza. Nie ma na imię Grażyna
Okazuje się, że podobnie jak w przypadku książek z Rudnickim, nie ma nic za darmo i informacje o zabójcy żony dostanie dopiero po odsłużeniu 6 miesięcy kieratu, podmianie ciała na inne (więźnia i najemnika) i zinfiltrowaniu obozu innej magicznej organizacji. Całość dzieje się w mistycznej Moskwie, która często przewija się jako bohater/tło wydarzeń innych książek autora. Natomiast język nie jest stylizowany na rosyjsko-armijny, jak miało to miejsce w poprzednich 2 trylogiach Przechrzty.
To nie jest zła książka, jest wciągają i przyjemnie się ją czyta, ale po raz kolejny dostaję książkę o tym samym bohaterze, dziejącą się w podobnych okolicznościach i z podobnymi motywami, co jednoznacznie zalicza ją do kategorii - odgrzewany kotlet.
PS. Bardzo mi się podobają porawki na stronie bookmeter i powrót możliwości logowania, super robota @renkeri
@vizharan na pewno mój ostatni, a szkoda, bo lubiłem pierwszą serię i była czymś nowym na polskim rynku, ale wypuszczenie jeszcze 6 książek o tym samym to już skok na kasę
Przybysz z odległej, wymierającej planety, a może po prostu pijak z kosmosu, ląduje na Ziemi z misją specjalną ratowania nie tylko swojej rasy, ale i ludzkości przed samą sobą.
Narracja obejmuje krótkie formy będące punktami rozsianymi na linii czasu w różnych odległościach. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że książka mogłaby pasować na scenariusz filmowy, gdyż wiele scen napisanych jest w sposób bardzo teatralny, w formie kameralnych scen jednej postaci lub dialogu dwóch postaci. Sprawdziłem i faktycznie powstał film z Davidem Bowie w roli kosmity.
Nie bardzo wiem co to właściwie miało być i dlaczego jest tak wysoko oceniane. Jako sci-fi wypada miernie, przewidywania niedorzeczne i w znacznej mierze zupełnie nietrafione, oprócz kawy w kapsułkach. Jako komentarz do kondycji ludzkości (to zawsze brzmi pretensjonalnie) czy sytuacji społeczno-politycznej jest jeszcze słabiej - płytko i złośliwo, niczym stary pijak użalający się nad sobą i bredzący, że kiedyś to było.
Nie potrafię wyjaśnić, co jest tak urzekającego w książce sprzed stu lat, ale porwała mnie od pierwszych stron. Może to doskonałe odzwierciedlenie mieszczańskiego miasteczka hanzeatyckiego i wielkiej dbałości o detale przy jednoczesnym braku dłużyzn i umiejętności utrzymania wartkiej akcji? Nie wiem.
Tym bardziej szokujące jest stworzenie arcydzieła literatury w wieku 20 lat.
Tytuł: Patopaństwo. O tym, jak elity pustoszą nasz kraj
Autor: Jan Śpiewak
Kategoria: reportaż
Ocena: 7/10
Błyskawiczne przejście przez zwyrodniałe obszary funkcjonowania Polski, czyli przykładowo postępująca prywatyzacja usług medycznych, oddanie budownictwa mieszkalnego prywatnym podmiotom, niskie inwestycje w naukę, przyzwolenie na brawurę za kółkiem, promocja alkoholizacji.
Autor jedynie zaznacza tematy, nie wgłębia się zanadto w przyczyny, ale wtedy książka spuchłaby zapewne do ogromnych rozmiarów.
Polecam ludziom o dużej wrażliwości społecznej lub ekskucom korwinistom, takim jak ja #bookmeter #reportaz #ksiazki
P.S. Aha, zapomniałem dodać, że Śpiewak jedzie równo po wszystkich stronach obecnej sceny politycznej, co go tylko uwiarygadnia
Dwa główne wątki wieńczą pierwszy łuk narracyjny tej historii; jeden utrzymany w stylu klasycznej chińskiej Wędrówki na Zachód; a drugi mesjanistycznego Wstąpienia.
Co do zakończenia mam ambiwalentne uczucia. Jak już pisałem- opowieść zahaczająca o transcendencję wychodzi Sandersonowi średnio. Za to dobrze oceniam zwykłe, "ludzkie" interakcje między bohaterami- tam gdzie nie są bogami, tam są autentyczni.
Rządzone twardą ręką przez bezwzględną cesarzową Laseen Imperium Malazańskie dokonuje ekspansji na kontynencie Genabackis. Ostatnim i najważniejszym podbojem ma być zdobycie najbogatszego miasta-państwa na kontynencie, Darudżystanu. Jednak, gdy w sprawę wmieszają bogowie, czarodzieje oraz obdarzony nadludzkimi mocami Anomander Rake, władca latającej fortecy Odprysk Księżyca, spodziewany triumf Imperium stanie pod znakiem zapytania…
Pierwszy tom Malazanu finalnie okazał się znacznie przystępniejszy, niż przypuszczałam, lecz niestety muszę się zgodzić z głosami krytyki pochodzącymi od osób, które odbiły się od Ogrodów Księżyca. Fabuła, zwłaszcza w pierwszych czterech księgach, jest zbyt chaotyczna i nie jest to bynajmniej wynik literackiego geniuszu Eriksona, lecz niedostatków jego warsztatu i pisania powieści bez szczegółowego planu, bowiem ciężko jest mi uwierzyć, że urywanie pewnych wątków i rozwiązywanie innych za pomocą deus ex machina było w 100% zamierzone. A jeśli było… Moim zdaniem, uniwersum, pomysł na fabułę i kreacja bohaterów na tyle bronią się same, że nie trzeba (nieudanie) bawić się w drugiego Davida Lyncha. Z tego względu, moja ocena to tylko "niezła", gdyby historia była poprowadzona w bardziej klarowny sposób, pewnie dałabym 8/10.
Bohaterowie i świat przedstawiony zaciekawiły mnie na tyle, że zamierzam sięgnąć po drugi tom, aczkolwiek obecnie nie jestem w stanie powiedzieć, czy dokończę całą serię, okaże się po Bramach Domu Umarłych.
Z powieścią Eriksona zapoznałam się częściowo w formie audio i uważam, że audiobook jest bardzo dobrze zrobiony, jednak radziłabym pierwsze cztery księgi, stanowiące wstęp do finału w Darudżystanie, przeczytać, a nie przesłuchać.
Ja chyba przy trzeciej księdze odpadłem, ale w sumie muszę wrócić, bo było to z 5 lat temu, a dalej zastanawiam się co działo się później w niektórych wątkach z tego co kojarzę, to świat przedstawiony powstał na potrzeby papierowego rpg, w który grali autor z kumplami, a później przyszło mu do głowy żeby zrobić z tego książkę. To trochę tlumaczy jego ogrom i pierdyliard wątków.
Tytuł: Dwunastu gniewnych ludzi. Najgroźniejsi polscy gangsterzy. Część 1
Autor: Przemysław Słowinski
Kategoria: reportaż
Wydawnictwo: Gyldendal Astra
Format: audiobook/synchrobook
ISBN: 9789180765312
Liczba stron: 239
Ocena: 6/10
No bawili się panowie przednio. Jak można być wybranym biznesmenem roku, a potem brać klamkę i strzelać do ludzi? Kwoty którymi operowali też robią wrażenie. Reportaż całkiem dobry, widać napracowanko. To pora na kolejnych z tomu drugiego.