Wezyr zaczął coś mruczeć. Nawet Rincewind, którego nieliczne zdolności obejmowały talent do języków, nie zrozumiał ani słowa. Jednak brzmiało to jak mowa stworzona specjalnie do mamrotania. Słowa rozwijały się na boki niby ostrza kos na wysokości kostek: mroczne, krwawe i bezlitosne. Tworzyły w powietrzu złożone zawirowania i płynęły wolno ku drzwiom wieży.
Tak mi się ogromnie spodobało sformułowanie użyte przez koleżankę @Kaligula_Minus, że aż poczułem się zmuszony do tego, żeby je sobie ukraść i to w dodatku ukraść je natychmiast! W sprawie zaś tego komentarza, jeśli koleżka planowałaby to sformułowanie wpleść w jakiś wiersz po swojemu, to bardzo bym do tego zachęcał. Jestem niesamowicie ciekaw tego, jaki efekt dałoby zestawienie pomysłów dwóch różnych osób w sprawie wykorzystania tego samego sformułowania.
A, no i kolejność dwóch ostatnich wersów znów byłem zmuszony zmienić. ;)
To się nazywa expressowa kradzież, nie dość, że ukradł to baaardzo szybko wykorzystał. Bravo. Piękny wiersz przyrodniczy. Podoba się dla mnie. Aktualnie pracuję nad powiastka o zabarwieniu erotycznym, ale może tam wplote drzewo xD
Jest to historia z 4 lat pobytu na uniwersytecie. Dochodzą nowe postacie ludzkie i zwierzęce (brakowało mi kotków 🥲). Na Zielone Wzgórze Ania wraca na święta oraz wakacje.
Nie było tutaj jakichś ciekawszych wątków, głównie chyba obracało się wokół tego czy Ania i Gilbert będą w końcu razem, ale nie była to historia miłosna rodem z powieści Bronte. Raczej mało ciekawa.
To ten obowiązkowy niegdyś(nadal?) gniot ma ciąg dalszy?! Właśnie sprawdziłem. Jezu, może po prostu jestem chamem, ale to zdecydowanie nie jest literatura dla mnie
@Shivaa Mi ten wpis uświadomił, jak dobrze pamiętam fabułę tej książki, pomimo upływu ~20 lat, odkąd ją zmęczyłem pod przymusem. Może zrobię drugie, tym razem dobrowolne podejście.
W tej części Ania wciąż jest jeszcze dzieckiem, chociaż już z doroślejszymi problemami.
Kończy szkołę i sama przyjmuje posadę nauczycielki, aby zarobić na studia i pomóc Maryli z utrzymaniem gospodarstwa oraz opieką nad przygarniętymi bliźniakami.
Okazuje się że jej otwarty, marzycielski umysł świetnie radzi sobie z wychowaniem młodszego pokolenia. Ponadto angażuje się w różne akcje mające na celu poprawienie życia mieszkańców w Avonlea. Wciąż zalicza młodzieńcze gafy, ale wychodzi z nich bez szwanku, a nawet na lepsze!
Chyba ostatnia część, gdzie jeszcze czuć tą młodą Anię oraz cudowny klimat życia na Zielonym Wzgórzu.
Trochę zaległości mi się nazbierało na bookmeter, czas nadrobić.
Ania to dla wielu osób piękne czytelnicze wspomnienie z dzieciństwa, dla innych nudna lektura. Dla mnie to wspomnienie z wizyty w księgarni, kiedy to zrobiłam płaczliwą scenę, bo mama nie chciała mi kupić ładniejszego wydania Króla Lwa do kolekcji, za to na otarcie łez kupiła mi Anię z Zielonego Wzgórza.
W domu z niemałym wyrzutem, ale też z wdzięcznością że i tak dostałam nową książkę, zabrałam się do lektury. I przepadałam.
Nie wiem jakie dokładnie odczucia towarzyszyły mi podczas pierwszej lektury, ale jestem pewna że podobne jak i za drugim, trzecim, ... oraz ostatnim, nie wiem już którym, bo do dobrych książek zawsze wracam.
Ilość pozytywnych emocji oraz klap, które zawsze kończą się dobrze, jest tak wielka jak w żadnej innej książce. Ciężko czytać bez uśmiechu i unikając wilgotnych oczu 😅 oczywiście są też smutki, których trudno uniknąć, jak na przykład odejście Mateusza, który wniósł masę dobroci w tą historię i aż ciężko uwierzyć, że nie spotkamy go na dalszej drodze przygód Ani.
Wspaniała jest też przemiana Maryli, która na dobrą sprawę zaczęła prawdziwe życie dopiero od przygarnięcia tej niechcianej rudowłosej istoty.
Gdzież więc teraz, mając przed sobą cały ten świat, miałem skierować swe kroki?
Frankenstein, jak twierdzi (a ja się z nią zgadzam) pani Marzena Kwietniewska-Talarczyk, autorka dość ciekawego posłowia do wydania, które czytałem, to książka z kategorii […] o których wszyscy słyszeli, ale mało kto je czytał. Sam zbierałem się do jej przeczytania już od kilku lat i pewnie poczekałbym z tym kolejnych kilka, gdyby nie to, że przygotowuję się do lektury Biednych istot pana Alsadira Graya (ciekawe ile ma twarzy?), a ta książka jest ponoć na Frankenstenie w jakiś tam sposób oparta. I choć już przed lekturą wiedziałem, że Frankenstein to nie ten powołany do życia potwór, ale jego twórca – ten, który go do życia powołał, to i tak miałem przecież przed oczami obrazek z ucharakteryzowanym panem Borisem Karloffem , tak silnie ten motyw został przemielony przez popkulturę. Pani autorka natomiast w swojej książce nie opisuje dokładnie wyglądu potwora (w przeciwieństwie do przyrody – tak szwajcarskiej, jak i angielskiej, choć daleko jej w tym jeszcze do pani Orzeszkowej).
Zabierając się do lektury nie bardzo wiedziałem czego się po niej spodziewać, choć czułem swego rodzaju ekscytację, bo lubię śledzić to, jak powstawały i jak później rozwijały się motywy literackie. Zresztą sam Frankenstein (którego podtytuł brzmi Nowoczesny Prometeusz) również nie jest niczym nowym, a, ni mniej ni więcej, tylko opowieści opartą na micie o Prometeuszu (tylko że na tej jego części o stworzeniu człowieka, a nie o kradzieży ognia czy przykuciu do skał Kaukazu i całej tej późniejszej historii z wątrobą), o czym zresztą w tym dość ciekawym posłowiu pani Marzena Kwietniewska-Talarczyk również napisała.
Frankenstein to książka z roku 1818, nie ma więc co spodziewać się po niej nowoczesnej, dynamicznej narracji (choć nie jest w odbiorze tak ciężka, jaką być by mogła). Sama opowieść prowadzona jest ramowo (jak twierdzi pani Marzena Kwietniewska-Talarczyk) lub szkatułkowo, jak ja bym to raczej nazwał. Opowieść ta przedstawiona jest w trzech planach narracyjnych – w listach podróżnika Roberta Waltona pisanych do jego siostry, listy te zaś zawierają spisaną przez niego opowieść Wiktora Frankensteina, w której z kolei przedstawiona jest również obszerna relacja z życia demona (jak Frankenstein nazywał stworzoną przez siebie istotę), opowiedziana tego demona własnymi słowami. Pani Marzena Kwietniewska-Talarczyk twierdzi, że pani Shelley nie do końca wykorzystała możliwości, jakie daje taka konstrukcja powieści (z czym również się zgadzam, ale co mogę pani Shelley wybaczyć – wszak Frankenstein ukazał się przed Nędznikami pana Vicotra Hugo, autorzy mieli więc wówczas prawo nie wiedzieć jeszcze jak należy pisać powieści), natomiast od pewnego momentu zupełnie mi to nie przeszkadzało. Tym przełomowy momentem w książce był dla mnie rozdział XI (z dwudziestu czterech), w którym to zaczyna się opowieść stwora. O ile wcześniej miałem do czynienia z opisem wydarzeń, które mocno wpływały na narratora (ach, ta literacka egzaltacja, której w książce nie brakuje!), to mnie pozostawiały jednak wobec tego wszystkiego obojętnym, tak los demona i ultimatum, które postawił swojemu stwórcy zaangażowało nie tylko moją uwagę, ale również emocje. A już największą zaletą drugiej części książki było to, że moje sympatie rozkładały się po równo w kierunku obu wrogów – stwórcy i jego stworzenia. Nie wiedziałem komu w tym starciu mam kibicować (choć teraz, po odetchnięciu i przemyśleniu sprawy, skłaniam się raczej trzymać stronę potwora).
To, co wiedziałem przed lekturą, to liczne interpretacje wskazujące samotność jako główny motyw Frankensteina. Mądrzejszy już po zakończeniu lektury, zgadam się z nimi, choć niekoniecznie w całej ich rozciągłości. Tematów, które znalazłem w książce jest dużo więcej – choćby odpowiedzialność stwórcy za stworzenie (lub szerzej: za własne czyny) czy poszukiwanie przyczyny zła w tym, jak istotę kształtują okoliczności. Choć, jak pisałem wcześniej, momentami przedstawione to wszystko jest trochę niezgrabnie (ale nie jakoś bardzo źle), to lektura zostawiła mnie, tak mi się wydaje, bogatszym o kolejne spojrzenie. A chyba o to w czytaniu książek chodzi. Przynajmniej mnie.
***
Ciekawe w ogóle są też okoliczności tego, że Frankenstein w ogóle powstał. Jest ta historia zarysowana w posłowiu pani Marzny Kwietniewskiej-Talarczyk, a pojawia się w niej angielska bohema literacka tamtych czasów (łącznie z niejakim Georgem Byronem), skandale obyczajowe, konkurs (albo zakład). I chyba trochę nudy (albo innego zblazowania).
Wczoraj przyszła "Planeta śmierci" i dzięki temu, że "Cień olbrzyma" został opóźniony udało się ułożyć taki schludny prostokąt, wychodzą idealnie 33 Wymiary i 11 Eonów.
Na uznanie zasługuje fakt, że Vesper to wszystko wydał w niecałe 3 lata, a gdyby pominąć pierwsze 3 książki, to równo 2 lata. "Conan 1" wyszedł dokładnie tego samego dnia co "Planeta śmierci", tyle że 2 lata wcześniej.
Wydawnictwo Zysk i S-ka zapowiada zbiór opowiadań grozy. "Dławiący horror" Roberta E. Howarda wyląduje na sklepowych półkach 5 maja 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie ma 600 stron, w cenie detalicznej 69,99 zł . Poniżej okładka i krótko o treści.
Antologia przerażającyh opowieści pióra Roberta E. Howarda
Robert E. Howard znany jest przede wszystkim jako twórca postaci Conana Barbarzyńcy. Jego dorobek literacki obejmuje jednak znacznie więcej — liczne utwory z gatunku fantastyki, horroru i literatury przygodowej. W tej antologii zebrano nowele i opowiadania pochodzące z różnych cykli, zapoczątkowanych przez Howarda, w tym teksty inspirowane twórczością H.P. Lovecrafta i mitologią Ctulhu.
Tom zawiera również uznawane przez wielu za wybitne opowiadania grozy, takie jak Glizdy Ziemi (Worms of the Earth) oraz Gołębie z piekła rodem (Pigeons from the Hell) – to ostatnie Stephen King określił mianem jednego z najlepszych opowiadań grozy XX wieku.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Będąc (zupełnie niezrozumiale) uznanym przez kolegę @sireplama za zwycięzcę poprzedniej CXIX (słownie: 119) edycji zabawy #nasonety, przypadło mi w obowiązku, zaszczycie i przyjemności otwarcie edycji kolejnej - oznaczonej numerem (no kto by się spodziewał?) CXX (słownie: 120). Niniejszym edycję tę otwieram. A otwieram ją utworem #diproposta autorstwa pana Adama Asnyka o uroczym tytule Stokrotki.
Stokrotki
Jakże żałuję tej szczęśliwejpory,
Kiedy stokrotki, kwiatekpospolity,
Zdał mi się w cudne ubranymkolory,
I budził w sercu dziecinnezachwyty,
I kiedy długie majowewieczory
Spędzłem, patrząc w jasnych óczbłękity,
Cichego szczęścia pełen ipokory,
Bijący sercem, a nigdyniesyty.
A choć to było kwiecie takieskromne,
Nigdym się z prawdą marzeń nierachował,
Bom miał rozkoszą sercenieprzytomne.
I kiedym usta różanecałował,
Tom nic nie pragnął i nic nieżałował,
I dziś drżę jeszcze, gdy tę chwilęwspomnę...
Krótkie przypomnienie zasad:
Układamy sonet lub jakikolwiek utwór rymowany, albo nawet nierymowany (jak kto woli), w którym rymy (o ile w nim są) w poszczególnych wersach zgadzają się (albo nie) z rymami w tych samych wersach w powyższym utworze #diproposta.
Kwestie formalne:
Zwycięzcę wybiorę zupełnie jeszcze nie wiem jak (jest taka możliwość, że odbędzie się to na podstawie liczby zdobytych piorunów), ale wiem, że na pewno zrobię to w najbliższą sobotę, czyli 04.04.2026.
Powodzenia, udanego rymowania i najważniejsze - bawcie się dobrze!