Jeżeli ja nazwę coś łatwym, ty będziesz obstawał, że jest niezwykle trudne. Boć dobrze wiem, że jedni śmieją się nawet pośród uderzeń bicza, a drudzy jęczą po otrzymaniu lekkiego policzka. Zastanowimy się później, czy rzeczy te oddziaływają tak ze względu na własną swą siłę, czy też wskutek naszej słabości.
Kochany Pamiętniczku. Po piaskach Sahary zapragnąłem odrobiny górskich klimatów, ale i miejskiego zgiełku. Wszyscy mówią, bierz nocleg w medynie w Marakeszu. No to wziąłem. I wjechałem do niej Tygrysem.
Ale to zaraz. Po drodze do Marakeszu miałem przełęcz Tizi n'Tichka w Atlasie Wysokim. Bardzo zachwalaną jako niezwykle widowiskowa ze świetną drogą. I szczerze, bez szału. Asfalt owszem, bardzo dobry (jak na górską przełęcz oczywiście), ale co do widoków - po motocyklowej Rumunii i Alpach chyba dość ciężko mnie już zachwycić. Za to po drodze setki ludzi próbują sprzedać geodę, skamielinę czy serduszko z płatków róż.
Sam wjazd do Marakeszu wygląda trochę jak wjazd do Bydgoszcza. Nawigacja pokazuje, że jesteś 5 km od centrum, a ty nadal na jakimś zadupiu. Ale jak już dotarłem... Miałem odpalonego i Garmina, i nawigację z Google, a za cel obrany parking polecony przez recepcję riadu. I obie poprowadziły mnie przez medynę. Trasa podejrzana, ale lokalsi śmigają tam skuterami i nie tylko, więc cisnę. Wyobraźcie sobie popołudniowy tłum, upał, ultraciasne uliczki w dodatku zastawione straganami i tam ja - na turystyku z kuframi bocznymi. Pół godziny walki o dojechanie do celu, po czym się poddałem i pytałem już tylko, jak stąd wyjechać. Trzeba przyznać, że byłem niemałą atrakcją, nikt mnie nie opieprzył, jedni kibicowali, inni się dziwili, jeszcze inni się śmiali, ale nikogo nie rozjechałem, o nic nie zahaczyłem. I sprzęgła nie spaliłem ani Tygrysa nie zagotowałem. Aż sam się dziwię.
Na parking w końcu dotarłem (jakieś 300 metrów normalną ulicą odbijając od głównej alei...). Ten był już pełny, ale zaparkowałem w sąsiednim warsztacie samochodowym. Ruch uliczny w Marakeszu jest szalony, jeszcze gorzej niż w Tangerze. Po przygodzie w medynie byłem już tak wymęczony i skołowany, że w pewnym momencie wystraszyłem się własnego kufra w lusterku. Mógłbym przysiąc, że zbierał się do wyprzedzania.
Sobota wieczór na targu w Marakeszu - miasto tętni życiem. Nie tylko turyści, ale i tysiące miejscowych. Mnóstwo stoisk ze wszystkim, występów muzycznych i nie tylko. Mnie najbardziej wciągnęła ekipa z absolutnie fantastycznym kolesiem grającym na banjo. Z godzinę u nich spędziłem (z przerwą na kolację w knajpie). Nie wiem co grali, może coś na poziomie Majteczki w kropeczki, ale pełno Marokańczyków się do nich przyłączało i śpiewało te przeboje. Miazga.
Zajrzałem w kalendarz i spostrzegłem, że jeszcze nie wracam do domu, więc można z powrotem w góry. Druga przełęcz, Tizi n'Test. Spytałem znajomych, czy to na pewno asfalt - tak, asfalt, jedź. Heh, nazwałbym to desperacko utrzymywanym górskim szlakiem. Tak pół na pół bardzo marny i brudny asfalt z po prostu szutrem, ziemią czy kamieniami i brakiem barierek. Osuwiska są co chwilę, tak naturalne jak i sztuczne, gdy są roboty i przestawiają drogę. Po 150 km miałem średnią 38 na godzinę
Męczące strasznie, ale warto było. Widoki i klimat zdecydowanie przebijają Tizi n'Tichka. I nikt nie machał do mnie geodą ani tym serduszkiem. Kompletnie pusto. Polecam.
W połowie drogi źle skręciłem i musiałem dojechać do wioski, przez którą turystycznie w ogóle się nie przejeżdża, by zawrócić. Dopiero wtedy pierwszy raz zobaczyłem to, o czym mówią ludzie podróżujący przez Maroko. Na wjeździe do wioski w 5 sekund wybiegło na mnie dobre 15 dzieciaków w wieku od 3 do może 10 lat, z obu stron, na środek drogi. Widok dosłownie jak z kreskówki, wyskakiwały z krzaków, rowów, domów, zza węgła. Akurat tam, gdzie zamierzałem zawrócić - na szczęście jakoś się udało i uciekłem czym prędzej, choć po kilometrze zatrzymałem się i sprawdzałem, czy mam rejestrację i kierunki, bo ewidentnie któryś za coś złapał. Jakbym miał coś dla nich, jakieś czekolady czy piłki, to może i bym się zatrzymał, ale w takiej sytuacji nie ma opcji. Może następnym razem.
Kolejny nocleg w eleganckim ośrodku z basenem i chillowy przelot autostradą do Casablanki. Casablanca na pierwszy, drugi i piąty rzut oka, to normalna europejska metropolia. Tylko ruch uliczny typowo marokański, ale powiem, że po Tangerze i Marakeszu (zwłaszcza tej medynie) ja już jadę na takim god mode, że zupełnie bez stresu tu wjechałem. A musiałem przebić się przez całe miasto od wschodu, bo nocleg nad brzegiem oceanu, przy samym meczecie Hasana II.
Miałem napisać o naganiaczach i innych łajzach. Prawdę mówiąc, jest ok. Jasne, w bardziej turystycznych miejscach co chwilę ktoś zaczepia mniej lub bardziej natrętnie, ale raczej rozumieją słowo nie. Na parkinach górskich zawsze ktoś podejdzie i będzie próbował sprzedać wspomnianą geodę (w sumie nawet kupiłem, bo ładna była), w Marakeszu co 3 metry próbują wcisnąć hasz (ten sobie odpuściłem tym razem). Na pewno nikt nie łapał mnie za rękę czy nie próbował założyć darmowej bransoletki, za którą jednak wypada zapłacić. Czyli lepiej niż w Grecji. Jak najbardziej można jechać samemu.
Plan na jutro. Rano do meczetu i w stronę Tangeru. Niedługo do domu.
Pierwszy raz leciałem samolotem długodystansowym, więc jestem mile zaskoczony. Miejsca nawet, nawet. Jedzonko i napoje spoko (jak na catering), tablet zapewniający rozrywkę również swoje zrobił.
Jedną z fajniejszych rzeczy był dostęp do kilku zewnętrznych kamer na samolocie oraz śledzenie trasy wraz z parametrami lotu.
W sekcji rozrywkowej sporo firmowych nowości.
Wybrałem niezobowiązujące kino "Running man".
Dokładam parę fotek z okna - skoro było obok, szkoda byłoby żadnej nie cyknąć.
To głównie przelot nad Alpami oraz brzeg morza czarnego.
Poniedziałek czwartego tygodnia okresu Wielkanocnego
(J 10, 11-18)
Jezus powiedział: "Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza; najemnik ucieka, dlatego że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach. Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej zagrody. I te muszę przyprowadzić, i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz. Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja sam z siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca".
John 10:11-18
At that time: Jesus said, ‘I am the good shepherd. The good shepherd lays down his life for the sheep. He who is a hired hand and not a shepherd, who does not own the sheep, sees the wolf coming and leaves the sheep and flees, and the wolf snatches them and scatters them. He flees because he is a hired hand and cares nothing for the sheep. I am the good shepherd. I know my own and my own know me, just as the Father knows me and I know the Father; and I lay down my life for the sheep. And I have other sheep that are not of this fold. I must bring them also, and they will listen to my voice. So there will be one flock, one shepherd. For this reason the Father loves me, because I lay down my life that I may take it up again. No one takes it from me, but I lay it down of my own accord. I have authority to lay it down, and I have authority to take it up again. This charge I have received from my Father.’
@skorpion ja niestety hasla nie pamietam, zalogowac sie do starej skrzynki o2, na którą reset hasla ląduje tez nie dam rady, bo tam tez hasla juz nie pamietam. Znam odpowiedz na pytanie pomocnicze, ale z jakiegos powodu mi tę odpowiedz odrzuca. A szkoda, bo z chęcią bym sprawdzil co tam w archiwum slychac.
@skorpion a ta alba to musi być nowa? Bo tak realnie niegdyś tego dzieciucha można było wrzucić w używany garniak od kogoś, czy z lumpa i jak się udało to póki nie wyrósł mógł to założyć do cioci na imieniny, a jak wyrósł to szło dalej po rodzinie. A z tą albą to nie wiadomo co do końca zrobić.
Jestem przed izbą przyjęć. No to zobaczymy kiedy wejdę, zapisany jestem na 8:15.
Jak mnie wkurwia brak chociażby głupich numerków, trzeba pilnować się osoby przed tobą, i żeby się jakiś c⁎⁎j nie wepchnął, z tego co was czytam to mieliście tak samo, wszędzie tak.
Jak za komuny k⁎⁎wa, technologia sprzed 100 czy ilu lat ich przerasta.
Jakaś spasiona świnia zasrała kibel i nie sprzątnęła, zrzygalem się do zlewu od smrodu.
Świeżo wyremontowana sala i zasrane. Motłoch powinien być w stodole trzymany a nie.
@Opornik byłem ostatnio w urzędzie, były numerki, ale się licznik skończył o 14 i co z tego, że urząd przyjmuje do 16, nie ma numerków, to dziś nie przyjmiemy