Dzień drugi #shagwestwmaroku. Rano wyruszyłem z Szafszawanu w kierunku Mideltu. Po 50 km przejechanych w godzinę zacząłem się zastanawiać, ile ja dzisiaj zrobię, ale na szczęście później dało się już trochę rozpędzić, a dwa razy nawet piątkę wrzuciłem. I zaczynam nawet łapać flow w tym miejskim ruchu.
Dzień raczej tranzytowy, ale mam kilka spostrzeżeń. Marokańczycy uwielbiają Dacię. Połowa spotkanych samochodów jak na razie to właśnie Dacie. A połowa tych Dacii to Dacie Lodgy.
Taksówki to codzienny środek transportu. Ludzie jeżdżą nimi po mieście, po wioskach, a nawet do pracy i z pracy na kompletnych zadupiach. Zupełną normą jest widok Grażynek wsiadających do taksówki przy jakiejś plantacji czy pastwisku.
Policja stoi praktycznie na każdym wjeździe i wyjeździe z miasta. I nie stoi bezczynnie, cały czas ktoś jest zatrzymany. Ogólnie musisz zwolnić i czekać, aż ci machną i pozwolą jechać (no albo ściągną do kontroli). Wydają się nie interesować turystami. Fotoradarów mnóstwo, a jak stoją z suszarką, to kierowcy mrugają jak u nas. Ale weź tu się rozpędź na tych drogach - asfalt przypomina mi moją rodzinną ulicę z lat '90.
Jadę sobie jadę i naszła mnie myśl, że oprócz zwierząt hodowlanych i bezpańskich psów, to na razie nic mi przez drogę nie przełaziło. I jak na zawołanie. Małpy, sztuk trzy. Makaki berberyjskie.
Pogoda trochę odpuściła, podczas przejazdu przez góry miałem nawet 11 stopni i deszcz. Zgadnijcie, kto nie wziął ze sobą kubraczka przeciwdeszczowego.
Midelt to miasto kompletnie nie skupione na turystach - takie ło nic w środku drogi między północą a południem. Więc oczywiście mój przyjazd do hotelu to święto lasu, co chwilę ktoś się przyczepia i chce mi pokazywać zdjęcia swoich znajomych. A ja jestem tak asertywny, że po kilkuminutowym lekko przymusowym oprowadzaniu po medynie (akurat dużo mniejszej i bardziej autentycznej niż wczorajsza) skończyłem z Panem Marokańczykiem w kantorku, gdzie pokazywał mi swoje klejnoty. I dywany, i srebra, i skamieliny. Wszystko w dobrej cenie.
Jutro dalej na południe. Będzie pustnia, bo teraz większośc drogi była bardziej zielona i zalesiona niż Andaluzja.
A i paczcie co mam . Pełen nielegales. Idąc przez miasto z tym nierzucającym się zupełnie w oczy czarnym woreczkiem czułem się, jakbym paradował z wielkim różowym dildosem na czole.
@ErwinoRommelo No mam nadzieję, że jutro będę miał już lepsze widoczki. Bo dziś to żadnych fajnych krajobrazów, a jak już było coś rokującego, to przez ten pył w powietrzu zdjęcia wychodziły marnie.
@Shagwest Duster - w tym roku w czerwcu stuknie piąty roczek - do zrobienia kwiecień/maj: klocki hamulcowe przód -mają 8mm, czyszczenie hamulców bębny tył, sprawdzenie linki od ręcznego, olej, filtry, czynnik do klimatyzacji. w lato do odświeżenia fabryczne zabezpieczenie antykorozyjne podwozia.
przez 4 lata zepsuły się:
3x żarówka H7
nieźle jak na rumuńską kuchenkę gazową bieda edyszion z silnikiem 1.0 HWDP
W Kafarnaum lud powiedział do Jezusa: Jakiego dokonasz znaku, abyśmy go widzieli i Tobie uwierzyli? Cóż zdziałasz? Ojcowie nasi jedli mannę na pustyni, jak napisano: Dał im do jedzenia chleb z nieba. Rzekł do nich Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Nie Mojżesz dał wam chleb z nieba, ale dopiero Ojciec mój da wam prawdziwy chleb z nieba. Albowiem chlebem Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu. Rzekli więc do Niego: Panie, dawaj nam zawsze tego chleba! Odpowiedział im Jezus: Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie.
John 6:30-35
At that time: The crowd said to Jesus, ‘Then what sign do you do, that we may see and believe you? What work do you perform? Our fathers ate the manna in the wilderness; as it is written, “He gave them bread from heaven to eat.”’ Jesus then said to them, ‘Truly, truly, I say to you, it was not Moses who gave you the bread from heaven, but my Father gives you the true bread from heaven. For the bread of God is he who comes down from heaven and gives life to the world.’ They said to him, ‘Sir, give us this bread always.’ Jesus said to them, ‘I am the bread of life; whoever comes to me shall not hunger, and whoever believes in me shall never thirst.’
«Może to nie przyjdzie». Ty mów sobie: «I cóż z tego, jeżeli nawet przyjdzie? Zobaczymy, kto z nas dwu zwycięży. Może zresztą przychodzi dla mojego dobra (...)
@radziol gratulacje! Oby zdrowe. Jedno czy 2 jajowe? My poprosiliśmy o bliźniaki i się udało a jako, że to nasze jedyne dzieci to mamy świadomość, że od startu mają siebie na całe życie.
Oooookej, pierwsze wrażenia z Maroka są dość mieszane.
Przejazd przez Tanger to najbardziej traumatyczne doświadczenie w moim motocyklowym życiu. A jeździłem po Bałkanach, jeździłem po Hiszpanii, jeździłem po Włoszech, a nawet po Radomiu. Atakują z każdej strony, parkują w dowolnym miejscu i momencie, linie są tylko niezobowiązującą wskazówką, piesi wolą iść ulicą niż chodnikiem, dzieci na rowerkach zresztą też. Na krajówkach spokojniej, ale tiry podjeżdżające na milimetry czy ścinanie zakrętów na krętych drogach są normą.
W nocy był standardowy reisefieber, więc spałem tylko dwie godziny. A że już koło południa zaczęło mnie odcinać (a dodajmy do tego jeszcze 120% koncentracji wymaganej do przeżycia na tych drogach), a ja nie miałem wyraźnego celu, do jakiego mam koniecznie dotrzeć, zaklepałem sobie nocleg w Szafszawanie. Na pierwszy rzut oka okolica dość obskurna, taka nie wiem, bido-przemysłowa. I jeszcze przysrał się do mnie jakiś dziad narzekający, że wszyscy uczą się angielskiego, a nikt arabskiego. I że jak będę wracał, to żebym też się tu zatrzymał na tym parkingu, to mi sprzeda swoją najlepszą kozę (real beast!).
Ale pozory mylą - po regeneracyjnej sjeście poszedłem do bankomatu i po wodę (tej z kranu to moje usta tu nie tkną).
Trafiłem niechcący do medyny i tam już już naprawdę super klimat. Alejki z masą chińskich bibelotów, magnesikiami, oryginalnymi torebkami i perfumami, nawet wielki sklep z łapaczami snów. Ironizuję, bo asortyment jak tak się zastanowić, to dość przykry, ale przyprawy czy po prostu normalne sklepy z lokalną spożywką albo małe knajpki też tam były i robiły klimat. I oczywiście naganiacze, uparci strasznie. Akurat uwierzę, że pierwszy lepszy typek ma "najlepszy hasz w mieście".
Na jutro już sobie wyznaczę jakiś konkretniejszy cel.
A w ogóle to powietrze jest tu chyba strasznie zapylone. Wszystko jakby za mgłą, bardzo mały kontrast na zdjęciach wychodzi i w ogóle dziwnie się w czymś takim jedzie.
@Shagwest napisz kumplu coś więcej o tym jak bardzo nagabują turystów bo jestem bardzo ciekaw. Jeżdzę w pojedynkę i kusi mnie Maroko, ale kurde obawiam się tego że mnie poprostu stratują oferując różne cuda na kiju i będąc w pojedynkę się przed tym nie wybronię
Poniedziałek trzeciego tygodnia okresu Wielkanocnego
(J 6, 22-29)
Nazajutrz, po rozmnożeniu chlebów, tłum stojący po drugiej stronie jeziora spostrzegł, że poza jedną łodzią nie było tam żadnej innej oraz że Jezus nie wsiadł do łodzi razem ze swymi uczniami, lecz że Jego uczniowie odpłynęli sami. Tymczasem w pobliże tego miejsca, gdzie spożyto chleb po modlitwie dziękczynnej Pana, przypłynęły od Tyberiady inne łodzie. A kiedy ludzie z tłumu zauważyli, że nie ma tam Jezusa ani Jego uczniów, wsiedli do łodzi, dotarli do Kafarnaum i tam szukali Jezusa. Gdy zaś odnaleźli Go na przeciwległym brzegu, rzekli do Niego: "Rabbi, kiedy tu przybyłeś?" W odpowiedzi rzekł im Jezus: "Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Szukacie Mnie nie dlatego, że widzieliście znaki, ale dlatego, że jedliście chleb do syta. Zabiegajcie nie o ten pokarm, który niszczeje, ale o ten, który trwa na życie wieczne, a który da wam Syn Człowieczy; Jego to bowiem pieczęcią swą naznaczył Bóg Ojciec". Oni zaś rzekli do Niego: "Cóż mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boga?" Jezus, odpowiadając, rzekł do nich: "Na tym polega dzieło Boga, abyście wierzyli w Tego, którego On posłał".
John 6:22-29
After Jesus had fed the five thousand, the disciples saw him walking on the lake. On the next day the crowd that remained on the other side of the lake saw that there had been only one boat there, and that Jesus had not entered the boat with his disciples, but that his disciples had gone away alone. Other boats from Tiberias came near the place where they had eaten the bread after the Lord had given thanks. So when the crowd saw that Jesus was not there, nor his disciples, they themselves got into the boats and went to Capernaum, seeking Jesus. When they found him on the other side of the lake, they said to him, ‘Rabbi, when did you come here?’ Jesus answered them, ‘Truly, truly, I say to you, you are seeking me, not because you saw signs, but because you ate your fill of the loaves. Do not work for the food that perishes, but for the food that endures to eternal life, which the Son of Man will give to you. For on him God the Father has set his seal.’ Then they said to him, ‘What must we do, to be doing the works of God?’ Jesus answered them, ‘This is the work of God, that you believe in him whom he has sent.’
Mieszkać w Hiszpanii i nie wyskoczyć na tydzień do Maroka, to jak tankować na Orlenie i nie wciągnąć parówy. Bilet na prom ogarnąłem miesiąc temu i dziś w końcu nadszedł ten czas. Trochę nie miałem czasu ogarniać reszty, oprócz spytania Claude'a, co tu jest ciekawego. Nawet nie mam żadnego noclegu
Zjechałem więc z promu, pokrążyłem chwilę po Tangerze, zdążyłem nabrać szacunku do kultury jazdy w Hiszpanii i teraz szukam jakiegoś celu.
Nawet nawigacji porządnej nie mam. Kupiłem w sobotę mapy Maroka do Garmina i okazało się, że bez Windowsa nie da się ich wrzucić. Kilka godzin kombinowania z Wine i Virtualboxem i nic. Trudno, nikt mi nie będzie mówił, gdzie mam jechać
Mam w kufrze kanapkę, wodę i wafle ryżowe. Przeżyję.
Ponad miesiąc temu dostałem od internistki prikaz mierzenia ciśnienia i spisywania go w tabeli, bo wyszło wysokie na wizycie. Przez cały ten czas miewałem raz dobre, raz wysokie, mniej więcej zgodne z odczuwanym stresem.
Zauważyłem, że spinam się w trakcie pomiaru, twarzą, nogami, czasem ręką z rękawem.
Starałem się wymuszać na sobie konkretne ciśnienia, niczym jakimś zadajnikiem narzucać co ma wyjść. Co wychodziło - wiadomo
Kontrola bowiem, choć czasem (lub często) nieskuteczna, daje mi poczucie bezpieczeństwa. To kolejna moja przypadłość z dzieciństwa, która robi mi źle.
Interesowanie się moim zdrowiem daje mi od roku poczucie, że coś z automatu jest ze mną źle, że czas na leczenie i ogólnie zbieranie za chwilę zabawek z piaskownicy zwanej życiem. To jest strach, lęk.
No i teraz #chwalesie
Opanowałem skubańca. Ostatnie cztery pomiary z rzędu są w normie, choć wciąż momentami spinam się fizycznie. Różnica jest w tym, że nie kontroluję na siłę, a obserwuję i odpuszczam.
@macgajster mam podobnie - w gabinecie wywalone na 160, w domu normalne i weź tu lekarzowi wytłumacz żeby uwierzył. Pomogła mi dopiero apka, w której zapisywałem wyniki każdego dnia.
@macgajster Od czasu do czasu łapie mnie w losowych momentach skurcz po lewej stronie klatki piersiowej. Mrowienie przenosi się na plecy, czasem pod ramię, czasem w stronę szyi.
Pierwsze kilka razy byłem przerażony ze może to już ten moment na wczesny zawał, a potem sobie uświadomiłem ze ostatnio odpuszczam trening a nawet poranna rozgrzewkę, mimo tego ze dalej siedzę zwinięty jak precel przez 6-14 godzin dziennie przed komputerem. W szczegolnosci - główny monitor mam po lewej, czyli tam gdzie przykurcz występuje powinienem się go spodziewać.
@wombatDaiquiri Wystarczy jeden monitor, a na nim można mieć dowolną macierz wirtualnych pulpitów (u mnie 4×4) – przecież i tak wzrokiem ogarnie się tylko jeden monitor, a siedzi się wtedy prosto.
@macgajster funfact: niektóre pozornie niepozorne suplementy np. ruszczyk mogą wywalić ciśnienie w kosmos. Jeżeli bierzesz jakieś inne tabletki to sprawdź czy nie mają składników, które mogą podwyższać ciśnienie
Powrót na część trasy, którą próbowałem przejść z młodszą Myszą w nosidle, ale zrezygnowałem ze względu na duże nachylenie (tak naprawdę w ogóle nie powinienem był próbować).
Informacje praktyczne:
Samochód zostawiłem w tym miejscu , jednak była tam informacja, że parking jest tylko dla klientów (nie wiem czego, czy apartamentów, czy stoku).
Załączona trasa nie nadaje się dla dzieci ani na spacer z nosidłem przez ten odcinek czarnego szlaku - jest to jedno z bardziej stromych podejść, z jakimi miałem do czynienia w Beskidach.
Przy szczycie znajduje się polana , z której czasami startują paralotniarze. Można z niej zobaczyć między innymi Ciecień.
Ten fragment trasy prowadzi dawnym szlakiem niebieskim, który został wyłączony z użycia ze względu na trasy rowerowe i narciarskie. W dzień zalecane jest korzystanie z wyciągu krzesełkowego, a w nocy...
Niedaleko stoku jest mały cmentarz z I Wojny Światowej - nagrobki są bezimienne.
Co było fajne:
Udało się podeptać jeszcze śnieg, którego na szczycie leżało zaskakująco dużo. Nocny, zmrożony i biały od śniegu las skrzący się w świetle latarki to coś, co uwielbiam.
Czarny szlak, mimo, że wymagający, ogólnie na plus.
Co było mniej fajne:
Odcinki asfaltowe (tu i tu ) - łącznie około 3 km.
Ogólnie całkiem spoko wypad. Gdyby ktoś chciał wejść na Śnieżnicę łagodniejszą trasą, to można to zrobić startując z przełęczy w Gruszowcu.