Im dłużej myślę o tym filmie, tym niższą ocenę chcę mu dać. Zaczęło się od szóstki, a zjechało o oczko, a teraz zastanawiam się, czy nie wystawić czwórki. Zostawmy więc piątkę - średni.
Uwaga, spoilery.
Do pewnego momentu bardzo mi się podobał, nie będę ukrywał - jak to znajomy ujął, gdy poszedł do kina, myślał, że to film, który spodobałby się raczej jego mamie, niż jemu. Wychodzi na to, że bym się z nią pogadał. ; )
Przestało mi się podobać po pierwszej zmianie narratorki. A im dalej w las, tym gorzej. O zakończeniu nawet nie chce mi się mówić, było strasznie głupie. Zadziwiający zbieg okoliczności, że do domu przyjechała akurat policjantka, której siostra była kiedyś zaręczona z Andrew. Szkoda gadać.
Fajna kontynuacja fajnej animacji. Przynajmniej kilka razy głośno się roześmiałem i ogółem dobrze się bawiłem, bez nudy.
Po seansie pomyślałem, że trochę szkoda, że nie było tutaj tak, jak w komiksach „Blacksad”. Rozchodzi się o dopasowanie gatunków zwierząt do pełnionej funkcji. Na przykład, że goryl był rzeczywistym „gorylem”, ochroniarzem, a pies policjantem. ; )
No i dużym minusem jest to, że przy polskim dubbingu piosenka nie została przetłumaczona.
Nie jestem ogromnym fanem serii „Fallout”. Trochę grałem w gry, ale żadnej nie przeszedłem (mimo że kiedyś byłem bardzo blisko ukończenia jedynki), chociaż bardzo podoba mi się świat przedstawiony. Stąd oceniam serial jako po prostu produkcję, a nie ekranizację, pomimo tego, że według Todda Howarda ruchome obrazki są kanoniczne.
Drugi sezon kontynuuje wątki rozpoczęte w pierwszym i na szczęście nie dorzuca zbyt wielu nowych, co niestety moim zdaniem jest częstym zabiegiem kolejnych sezonów.
Lucy wciąż ściga ojca i powoli przestaje już być nieco naiwną i idealistycznie podchodzącą do życia oraz ludzi wychowanką Krypty. Bardzo spodobała mi się scena, w której z satysfakcją strzelała do ghuli, mimo że nie powinna mnie cieszyć taka przemiana.
Z kolei Maximus traci wiarę w ideały, w których cieniu dorastał. Te dwie postacie nie są oryginalne, jednakże dobrze się ogląda ich historię.
Ogółem to dobry serial. Ładnie się na niego patrzy, nie razi jakimiś głupotkami, regularnie wykorzystuje motywy znane z gier i często puszcza oczko do fanów. Sam byłem w stanie wychwycić niektóre nawiązania.
Cieszy to tym bardziej, że to jedna z najlepszych ekranizacji gier. Nie jest to wybitnym osiągnięciem, ponieważ próby przeniesienia gier na ekrany z reguły kiepsko się kończyły, ale twórcy „Fallouta” nie mają czego się wstydzić. Raczej nie jest to serial, o którym bym dyskutował godzinami. Za to do odmóżdżenia się czemu nie.
@cyberpunkowy_neuromantyk Ja mam mieszane uczucia odnośnie zakończenia.
W 1 sezonie otrzymaliśmy dużo odpowiedzi na koniec i to w jakim kierunku będziemy iść dalej a teraz mamy niektóre wątki otwarte, cześć zmarnowanych (jak Norma a szkoda bo w 1 sezonie był najlepszy). Na siłe wątek Lucy i Ghula można podciągnać, że jest zamknięty i zaczyna się coś nowego.
Sprawa House'a też nie wyjaśniona, jak doszło do zagłady atomowej, kto w zasadzie to zrobił. Do tego wątek krypciarzy - niektórych kwestii nie musiało być jak kółko kazirodczych spotkań... Zabrali tylko cenny czas.
Podsumowując - liczę, że mają na to spójną wizję i patrzą na to z lotu ptaka i dobrze zepną z następnym sezonem.
Odnośnie adaptacji lore, fabuły, smaczków z gry jest to najlepsza adaptacja gry a byłem przekonany przed premierą drugiego sezonu The Last of Us, że to oni będą dzierżyć ten tytuł ale spartolili całkowicie fabułę.
@cyberpunkowy_neuromantyk z gry zrobili kreskówkę tak moim zdaniem, za dużo idiotyzmów w fabule i poczynaniach postaci (ale pewnie podobnie było z ostatnimi odsłonami Bethesdy, w które nie grałem). Scenografia i efekty jeszcze jakoś ratują ten serial. Daję 5,5/10.
Dałem się skusić po obejrzeniu shorta z tego filmu - spodobał mi się koncept męża, który „próbował przez dwadzieścia dziewięć lat małżeństwa”.
Nie chcę demonizować kobiety, ale dziwię się, że chłop tyle z nią wytrzymał. Mnie zaczęła irytować już od pierwszego pojawienia się na ekranie, począwszy od dziwnego akcentu po sposób komunikacji. Często też atakowała swojego męża, głównie słownie, ale zdarzyło się i fizycznie. Nic zaskakującego, że mężczyzna wolał po prostu milczeć, być nieobecny, co było jednym z zarzutów.
To mnie dziwi, że ludzie w związkach potrafią być dla siebie niemili i często się krytykują. Ba, potrafią nawet ośmieszać drugą osobę w towarzystwie. Może to kwestia niedopasowania do siebie, może kwestia braku odpowiednich wzorców.
Na przykład o synu głównych bohaterów jego koleżanka powiedziała, że często wydaje się nieobecny. O to samo oskarżyła go jego matka, że zachowuje się jak ojciec. Przejął wzorce po rodzicielu, co przy takiej matce również nie powinno dziwić - po prostu wolał jej nie wchodzić w drogę, bo i tak nie mógł mieć własnego zdania. Gdy rozmawiali o wierze w Boga, usłyszał tylko, że gdyby dobrze zrozumiał pewne rzeczy, to by na pewno w niego wierzył, a skoro tak nie jest, to się myli. Kobieta nawet nie potrafiła dyskutować, ponieważ uważała, że tylko ona ma rację.
Po prostu czasem są ludzie, z którymi naprawdę trudno jest żyć. Czy to ich wina? Poniekąd tak, ponieważ trzeba włożyć sporo pracy w to, żeby związek był udany, co oznacza przede wszystkim pracę nad sobą. I tego chyba zabrakło w przypadku głównych bohaterów.
Aktorsko bardzo słabo, fabularnie również. Taka gorsza „M3GAN”, o której kiedyś napisałem na swoim blogasku (link w komentarzu). Najlepiej wypadła Megan Fox, odgrywająca rolę „atrakcyjnej androidki, która niespodziewanie ujawnia swe mroczne intencje”. Dobrze wcieliła się w rolę sztucznego człowieka, ale nie wiem, czy to zasługa jej dobrej gry aktorskiej czy jednak złej gry aktorskiej. ; )
Jednakże film skłonił mnie do przemyśleń, a to bardzo lubię w dziełach kultury, na temat tego, czy seks z androidem podchodzi pod zdradę. Mężczyzna porównał to do wibratora swojej żony. Poniekąd się z tym zgadzam - to i to jest w tym przypadku „narzędziem”.
Jednakże nie dziwię się jego żonie, że zareagowała, jakby zdradził ją z inną kobietą. W końcu zrobił to z Megan Fox, a nie z plastikowym kadłubkiem czy sztuczną pochwą. Pewnie też bym się poczuł dziwnie, gdybym zastał dziewczynę z reprodukcją Henry'ego Cavilla, mimo że nie byłby żywym człowiekiem.
Trafiłem w nocy na reklamę konkursu zorganizowanego przez wydawnictwo Next Chapter (ktokolwiek słyszał?), którego założycielką jest Roksana Krzemińska-Samagalska (ktoś słyszał? x2).
Jednym z warunków wzięcia udziału jest opłacenia wpisowego w wysokości 50 złotych na „prace organizacyjne związane z konkursem”.
X k⁎⁎wa D.
Żadne, podkreślam, ŻADEN konkurs na opowiadania fantastyczne, o których do tej pory słyszałem, nie wymagał wpłacenia jakichkolwiek pieniędzy, żeby wziąć w nim udział. Nawet jeśli był organizowany przez „Nową Fantastykę” (otrzymali lekko ponad tysiąc tekstów) czy Fabrykę Słów.
To żerowanie na nieświadomych i pewnie trochę naiwnych autorów, chociaż mam nadzieję, że wspomniana opłata powstrzyma ich przed wysłaniem tekstu na ten konkurs.
Równie szkodliwe, jak panujące wśród początkujących fałszywe przeświadczenie, że wydawnictwom trzeba zapłacić za wydanie książki, że to normalna praktyka et cetera. Wszystko dlatego, że różne wydawnictwa vanity typu Novae Res wykorzystują brak wiedzy.
Wszystkie koszty produkcyjne i marketingowe bierzemy na siebie ( są zdecydowanie wyższe niż 50 PLN ) a zarobkiem dzielimy się z autorem.
xD
Czyli warto wziac udzial, bo jakbys chcial sam wydac ksiazke to wyjdzie Cie wiecej niz te 50zl xD
Pod innym komentarzem pisza:
Ta kwota jest na cele organizacyjne.
Chca zrobic konkurs i nie poniesc przy tym ani grosza kosztu. Problem polega na tym ze w promocje ksiazki tez trzeba najpierw poniesc koszt by potem czerpac profity - skad pewnosc ze w stosunku do promocji beda mieli inne podejscie?
Jak na ten moment audiobooki naszych laureatów są w TOPKACH Empika.
#battlefield 6 podoba mi się też ze względu na swobodę rozgrywki, jaką oferuje.
Robię wyzwania związane z trybem Team Deathmatch. Potrzebuję wygranych meczy, ale że dzisiaj nie za bardzo chce mi się strzelać, to na jednej mapce grałem zwiadowcą z dronem. W ten sposób nabiłem 47 asyst, moja drużyna ciągle widziała wrogów na minimapie, a mecz został bez problemu wygrany. ; )
@cyberpunkowy_neuromantyk mam tak samo, spoko też jest pojeździć działkiem przeciwlotniczym. btw dron to gamechanger. Czesto jak przegrywamy to go odpalam i zmienia się sytuacja
Uprzedzając: tak, jest wątek homoseksualny. Nie, nie został przerysowany i oglądało się go przyjemnie. Poza tym, kogo dziwi, że w wojsku są homoseksualiści? Młodzi, nabuzowani testosteronem chłopcy zostają zamknięci na kilkanaście tygodni, śpią w jednym baraku, wypróżniają się i biorą prysznice razem (nie ma osobnych kabin). Jak tu się nie skusić na kumpla? ; )
Pomijając już śmieszki, to uważam „Boots” za dobry serial, traktujący o toksycznej męskości, przekazujący pewną naukę o tym, że sami odpowiadamy za swoje życie i nie ma nikogo, kto nas uratuje. Jasne, że znajdą się osoby, które wyciągną pomocną dłoń, jasne, że udzielą wsparcia, ale i tak wszystko zależy od nas samych, od naszej dyscypliny, siły woli, samozaparcia czy czegokolwiek innego.
Jednocześnie to też nauka, że trzeba się dopasować do miejsca, w którym przebywamy, żeby dobrze się tam czuć. Homoseksualizm w marines był (jest?) poważnym wykroczeniem, więc zniewieściały chłopiec, jakim jest główny bohater, w teorii nie ma czego szukać w piechocie morskiej. A mimo to zaciąga się, trochę za namową kumpla, trochę z chęci zmiany czegoś w swoim życiu, przede wszystkim samego siebie. Przez swą zniewieściałość i brak „typowej męskiej energii” był mocno gnębiony w szkole.
Utożsamiam się z tą postacią. W technikum przypięto mi łatkę geja, mimo że byłem wtedy w związku z dziewczyną, i dość mocno obciążało mnie to psychicznie. Nie miałem wtedy na tyle sił, psychicznych czy fizycznych, żeby postawić się prawie że całej klasie, więc poniekąd rozumiem, co muszą czuć osoby, które boją się wyjść z szafy i być w pełni sobą.
Podoba mi się też złamanie stereotypu, że geje to zniewieściali i zmanierowani chłopcy, mówiący wyższym tonem i przesadnie gestykulujący. Okazuje się, że jeden z największych badassów, można powiedzieć, że prawdziwy męski mężczyzna, bezlitosny zabójca i postrach rekrutów, jest homoseksualistą. I jego wątek romantyczny został poważnie poprowadzony.
No i fakt, że cały serial opowiada o treningu rekrutów, bardzo mi przypadł do gustu. Nie wiem czemu, ale to zawsze moje ulubione części filmów czy seriali wojennych. Co prawda drący ryja sierżanci nie umywają się do tego z „Full Metal Jacket”, ale dają radę. Rozbawiło mnie, że kumpel głównego bohatera zapytał go, czy nie obejrzał tego filmu, gdy mu go polecił, żeby wiedział, z czym się spotka. ; )
@cyberpunkowy_neuromantyk poddałem się po dwóch odcinkach. Znudził mnie. Trochę taki serial dla młodzieży. Dorosły człowiek raczej nic w nim nie znajdzie dla siebie.
Akurat tak się złożyło, że natrafiłem na artykuł o growym „Niezwyciężonym” Lema, gdy w niego grałem. Autor tekstu zastanawia się, czy twórczość pisarza jest wdzięcznym tematem dla współczesnych twórców. Obok tego jest także krótki wywiad ze scenarzystką gry.
Lubię też cykl tekstów „Lamus”. Duet Agnieszki Haski i Jerzego Stachowicza często wraca do fantastyki z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Ostatnie dwa poruszały tematykę promieni śmierci, które pobudzały wyobraźnię wielu autorów.
Ponarzekam sobie za to na „Cyberpunkową femme fatale”. Słaby tekst, w nieco agresywnym tonie. Agresja ta z kolei jest skierowana w stronę mężczyzn, w to, jak tworzone były różne postacie, by cieszyły męskie oko i ego. Uważam, że współczesny feminizm niestety bardziej szkodzi kobietom niż im pomaga, podobnie jak tekst Pauliny Jasik.
Za to rewelacyjny był tekst Joanny Kułakowskiej o „Jezuitkach Diuny”, w którym autorka pochyliła się nad zgromadzeniem Bene Gesserit. Nie będę streszczał jego treści, za to podzielę się przemyśleniami - Bene Gesserit dobrze pokazuje, w jaki sposób potrafią działać kobiety. Zważywszy na odmienne od mężczyzn warunki fizyczne, kobiety raczej skłaniają się ku wykorzystywaniu swoich wdzięków, snuciu intryg et cetera. Raczej do subtelnych działań niż do walenia prosto w ryj. Członkinie Bene Gesserit poświęciły wiele pokoleń, by doprowadzić do narodzin Kwisatz Haderacha.
Z opowiadań największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie mojej rówieśniczki, Ai Jiang. „Dajcie angielskiego” to coś, co bardzo lubię, czyli oryginalny sposób dociskania twarzy społeczeństwa przyszłości w błoto, żeby nikt przypadkiem nie pomyślał o podniesieniu jej zbyt wysoko. W tym przypadku ludzie płacą... słowami. Czy to ma sens? Niekoniecznie, ale spodobał mi się zabieg kropkowania słów, których główna bohaterka już nie zna.
Tytuł: The Invincible Developer: Starward Industries Wydawca: 11 bit studios Rok wydania: 2023 Gatunek: Walking sim Użyta platforma: PC Czas do ukończenia: 7h Ocena: 6/10
Koniec przygody z „Niezwyciężonym”.
Mam mieszane uczucia co do egranizacji.
Z jednej strony, podobnie jak w przypadku komiksu, ciekawie było zapoznać się z czyjąś wizją Regis III i porównać ją z własnymi wyobrażeniami. W moim umyśle planeta przedstawia się o wiele bardziej nieprzyjaźnie. W przypadku gry wygląda... przyjemnie. Pięknie nawet bym powiedział.
Oprawa audiowizualna to największa zaleta tego tytułu. I nie dziwię się, że twórcy postawili na to nacisk, ponieważ mamy do czynienia z symulatorem chodzenia = nie ma za wielu gameplaya oprócz spacerowania, okazjonalnej interakcji z otoczeniem i wybieraniem opcji dialogowych.
Miło słuchało się rozmów głównej bohaterki z Astrogatorem i innymi. W ogóle jest to bardzo sympatyczna postać: ujęła mnie szczególnie tym, że czasem nuciła pod nosem. : D
Historia zaś... Nie pasowało mi parę rzeczy, gdy zestawiłem je z pierwowzorem, dlatego uznałem egranizację za fanfiction. Nie ma co się przejmować, czy wszystko się zgadza. Tym bardziej, że tak jak w przypadku komiksu, to również laurka dla powieści. Postacie dochodzą do bardzo podobnych wniosków, co bohaterowie z książki, wręcz używają tych samych słów.
„The Invincible” kupiłem za jakieś osiem złotych i tych siedem godzin to zdecydowanie nie był czas zmarnowany, ponieważ bardzo podoba mi się powieść, a twórcom gry udało się oddać jej ducha. Jednakże formuła walking simulatorów nie do końca do mnie przemawia.
Z wywiadu ze scenarzystką, który akurat przeczytałem w numerze „Nowej Fantastyki”, dowiedziałem się, że mieli nielichy problem z wybraniem gatunku dla swojej gry. Wszystko spowodowane specyfiką twórczości Lema.
„Battlefield 6” w #multiplayer cierpi na te same bolączki, co poprzednie części.
Medycy z reguły nie podnoszą, nawet jeśli stoją obok Ciebie.
Członkowie Twojego oddziału z reguły nie podnoszą, nawet jeśli stoją obok Ciebie.
Ludzie nie myślą, niestety. Przeciwnik jeździ bezkarnie w czołgu? Zapomnij, że ktoś zmieni klasę na inżyniera, żeby pomęczyć wrogi pojazd bronią przeciwpancerną. Przez to często z kumplami musimy się bawić w strefę zakazu lotów czy biegamy z RPG-ami.
Ludzie nie grają na objective'y. Jest tryb „Rush”, w którym trzeba szturmować wrogie pozycje - co robią ludzie? Stoją na tyłach jako snajperzy. O przejmowaniu flag i innych takich nie wspominam.
Używanie granatów dymnych, żeby zrobić zasłonę? Zapomnij.
Niektóre bronie są lepsze od innych - balans kuleje.
Podobnie jak kuleje balans map w niektórych trybach. Jedna strona ma lepsze spawny, więc ma lepszy start.
Respawny to też śmiech na sali. W różnych trybach („King of the Hill” chociażby) potrafiłem zrespić się na oczach wrogach.
No ale strzelanie jest satysfakcjonujące, gra jest dobrze udźwiękowiona, z kumplami gra się naprawdę przyjemnie. Poza tym dostałem #battlefield za darmo, więc nie mam co narzekać. ; )
Trochę to wina takich osób np jak ja , które przeszedly z CoD. Mało korzystam z pojazdów i granatów dymnych, ale za to jak widzę to staram się podnieść. Często też zmieniam np z trybu squad/team deadmatch a ze tam po padnięciu nie ma czasu na lezenie( i tak Cię nikt tam nie podniesie) to mam odruch z klikaniem spacji.
Trochę po świetnym starcie przyspali, bo oprócz skinów i rzeczy na które masz wydać pieniądze to nic nowego nie ma.
3 nowe mapy na pół roku gry to trochę malo(redsec i ta czerwona, a 3 to ma być niby za dwa tygodnie).
@cyberpunkowy_neuromantyk tak jak kolega wyżej wspomniał, typowe zachowanie graczy CoD, gdzie każdy biega solo i robi co chce.
Problem zauważam też w Redsec, ktoś gra zwiadowcą i zamiast użyć drona, żeby zrobić zwiad, to biegnie w grupę przeciwników. Leżysz na glebie, to medyk nie przybiegnie pomóc. Ostatnio pisałem posta, że nie mam z kim grać, bo w lobby większość ludzi to egoiści, którzy nie potrafią grać w teamie.
@na_marginesie Dodam ze w REDSec malo kto ma mikrofon (albo siedza na discordzie), a jak ktos ma to zazwyczaj slysze ojca/matke/zone draca r**a , wiec i tak mutuje.
Jak bys byl zainteresowany, to gram z @TenTypTakMa czasami, wiec zapraszamy.
Jak co roku, przemyślenia na temat Nagrody im. Janusza A. Zajdla.
Oprócz tego, że niezmiennie uważam to za konkurs na najbardziej popularne nazwisko bądź najbardziej zmotywowaną osobę, która namówi swoich znajomych i rodzinę do głosowania, to w sumie nic nowego nie napiszę.
Po prostu wychodzi zbyt wiele powieści, by dało się wszystkie przeczytać i wybrać „tę najlepszą”. Oczywiście to nie jest krytyka, ponieważ to dobrze, że ukazują się książki o różnej tematyce, dzięki czemu każdy znajdzie coś dla siebie.
Jednocześnie to pokazuje, że trudno jest się przebić. Prawie że codziennie premierę ma nowa powieść, a do tego trzeba konkurować z zagranicznymi autorami jak i wznowieniami starych tekstów.
Według listy pomocniczej, w ubiegłym roku ukazało się 331 powieści fantastycznych polskich osób autorskich. Przeczytałem jedną, Roberta M. Wegnera. A Wy? ; )
Tak swoją drogą, to z perspektywy czytelnika, który mocno się tą polską sceną interesuje, to ciekawe czy jest jakaś recepta. Może potrzebujemy więcej takich wydawnictw jak Artrage czy Prześwity, które stawiają na bardzo bezpośredni kontakt z czytelnikami i dbają o to, żeby swojej marki nie kompromitiwać.
Bo takich mini wydawnictw to się śledzić nie da, a w wielkich wydawnictwach to nie odróżnisz co jest dobre, a co doinwestowane marketingowo
Trudno powiedzieć - ArtRage miało ogrom szczęścia, że „ich” autor zdobył Nobla, dzięki czemu sprzedali sporo egzemplarzy. W innym przypadku raczej by zbankrutowali, jak mówił sam prezes. Dlatego nie wiem, czy brałbym ich za wzór.
W sumie IX też sobie jakoś radzą przy ich niszowych tytułach.
@JapyczStasiek EmpikGo i Legimi w pewnym momencie mocno stawiały na self-publishing. Legimi chyba było lepsze w kontakt z czytelnikami, bo wymagało od autorów zakładania FB, publikowania linków i odpowiadania na komentarze.
@cyberpunkowy_neuromantyk jak się odejmie selfpub, YA, słowiańskie romansidła dla bab i bogoojczyźniane gnioty z Fabryki Słów dla chłopów to tak wiele nie zostanie
Właśnie odkryłem, że na nexto.pl są archiwalne numery „Nowej Fantastyki”, od połowy 2008 roku. Posiadam skany od początków pisma do końca 2004, więc zostaje niewielka luka.
Teraz tylko uzbierać na nowy czytnik (Kindle Scribe, bagatela 2,5 k PLN) i można będzie komfortowo czytać. :3
Wystartowaliśmy razem, ale po chwili dziewczyna powiedziała, żebym biegł swoim tempem. No to pobiegłem i trochę przesadziłem, bo zmachany ledwo dotarłem do domu. :' )
Wciąż muszę walczyć ze swoim ciałem i jednocześnie z głową. Głowa chce dalej i szybciej, ciało zaś protestuje - trudno jest mi znaleźć równowagę.
Numer poświęcony fantastyce religijnej, a że z religią mi nie po drodze, to przyznam, że taka tematyka niekoniecznie mi leży. Jednakże nie zniechęcam się i każdy numer czytam od początku do końca.
Jak zawsze dużym plusem jest felieton Łukasza Orbitowskiego o różnych horrorowych filmach. Co prawda nie zawsze podchodzą mi proponowane przez niego tytuły, ale dzięki niemu trafiłem chociażby na „Goście” z 2022 roku - film ten uważam za jeden z lepszych horrorów, jakie widziałem, ponieważ był bardzo przyziemny.
Z opowiadań do gustu przypadły mi te najbardziej humorystyczne.
Najprzyjemniej czytało mi się „Nie samym chlebem” Davide'a Camparsiego. Bóg postanowił pojawić się na Ziemi we własnej osobie oraz pokazać wszystkim, że niezły z niego dowcipniś. Początkowy humor z czasem przeszedł w trochę mroczniejsze tony - tak myślałem, że niektórzy mogą mieć wiele zarzutów wobec Boga, który według nich pewnie często zachowuje się niesprawiedliwie. W tym i główny bohater, który podczas uroczystej kolacji przygotowanej przez jego mamę, osobiście miał okazję powiedzieć Stwórcy, co mu leży na sercu.
Świetny jest także „Konwent fantastyczny” Andrzeja Miszczaka, który kojarzy mi się ze starszymi utworami pełnego absurdu. Tutaj główny bohater, niespełniony pisarz, trafia na grupkę mężczyzn opowiadających sobie nawzajem niestworzone historie, które przeżyli w przestrzeni kosmicznej. Poprosili głównego bohatera o zdecydowanie, która opowieść jest najlepsza, a ten uznał ich po prostu za wariatów. Autor nawiązuje do Lema, chociażby przez nazwę nagrody.
Kolejnym ciekawym tekstem jest opowiadanie Switłany Taratoriny „Życie Marii i Olgi. Apokryf nowego świata”. Niejednoznaczne, trochę kojarzące się z „Seksmisją”. W świecie, w którym żyje Olga, istnieją tylko kobiety, a przynajmniej same tak twierdzą. Czasem jednak rodzą się (zapłodnienie wydarza się poprzez wejście w Jamę Życia) dziewczynki z męskimi genitaliami, które oczywiście są ucinane jako oznaka deformacji. Z czasem widoczna na niebie kometa przypomina kobietom o Wrogu - Olga postanawia zapobiec katastrofie i odkrywa tajemnicę ich pochodzenia.
Ten numer pokazał mi, że można znaleźć coś ciekawego w nieszczególnie interesującej mnie tematyce.
„Do sprzedaży trafił lutowy numer "Nowej Fantastyki". Jego okładkę zdobi Astro-Cat, którego autorem jest Chuyn. A poniżej znajdziecie kilka słów o zawartości.
W dziale publicystyki czekają na Was dwa obszerne teksty - pierwszy o tym, jak fantastyka zderza się z tzw. purity culture, zaś drugi o arabskiej alchemii, która wywarła na naszą cywilizację większy wpływ niż moglibyśmy się spodziewać. Oprócz tego mamy pokaźną porcję recenzji - książek, serialu, spektaklu teatralnego i komiksów - i felietonów od naszego znakomitego teamu autorów.
W dziale opowiadań aż pięć tekstów polskich (w tym dwa nagrodzone w konkursie NF, Anny Fijałek i Żanety Siemsia-Pindur) i trzy zagraniczne, a wśród nich utwory Roberta Silverberga i Laviego Tidhara. W tym numerze po raz pierwszy na naszych łamach gości też Kajetan Szokalski, autor znakomitego "Jemiolca".
"Nową Fantastykę" możecie kupić w szanujących się kioskach i empikach, a także w księgarni stacjonarnej wydawnictwa Prószyński i S-ka przy ul. Rzymowskiego 28 w Warszawie. Niezmiennie najbardziej korzystną opcją kupna jest roczna prenumerata, którą możecie znaleźć w Gildii - towarzyszy jej promocja z prezentem książkowym - tym razem do wyboru najnowsza powieść Stephena Kinga "Nie wymiękaj" albo "Przepisy kulinarne ze świata Tolkiena".
NF jest też dostępna w Nexto oraz Legimi - w formatach czytnikowych epub i mobi oraz w pdf.
Prenumeratę "Nowej Fantastyki" znajdziecie pod tym adresem internetowym:
Nie spodziewałem się, że to będzie tak dobry film.
Przede wszystkim nie zgadzam się z różnymi komentarzami, że to pornografia przemocy. Myślę, że trudno jest inaczej pokazać przemoc domową bez pokazywania rzeczywistej przemocy. To musiał być obraz brutalności, żeby dobitnie zaznaczyć, jak wygląda życie ofiary przemocowca. Że nie dotyka jej agresja wyłącznie fizyczna, ale także psychiczna i ekonomiczna.
Nie zgodzę się także z tym, że „płeć ma przemoc”, czyli męską. Już na początku mamy przykład przemocowej matki, która w żaden sposób nie wspiera swojej córki, a wręcz przeciwnie, ciągle ściąga ją w dół. Siostra nadużywająca alkoholu i wyzywająca swojego męża od debili, impotentów i cip. Znajome męża głównej bohaterki ignorujące wyraźny problem. Czy chociażby partnerka, która okładała samą siebie, byleby tylko móc pozbyć się swojego partnera, wyprowadzonego przez policję z własnego domu.
Wydawałoby się, że zachowanie głównej bohaterki jest bardzo nielogiczne - dlaczego po prostu nie odejdzie od swojego męża? I dokąd miałaby pójść? Matka zmarła. Siostry ciągle nie było. Własnych pieniędzy najpewniej nie miała. Poza tym pewnie przez całe swoje życie słyszała od matki, że jest najgorszą osobą na świecie, niczego wartą, że przez nią rodzicielka porzuciła swoje marzenia. Skoro mówiła tak do dorosłej córki, to wcześniej zapewne było identycznie. Więc prawdopodobnie Gosia nie wierzyła, że poradzi sobie sama. Że może uwolnić się od męża.
Łatwo jest oceniać taką osobę i jej zachowanie, ale nie wiemy, co siedzi w jej głowie. Szczególnie, gdy jej partner za każdym razem wmawia jej kłamstwa, robi z nią głupią, manipuluje, zastrasza, oczernia, ośmiesza. Gdy sama już nie wie, w co ma wierzyć.
Od początku seansu czułem wewnętrzne napięcie, wiedząc, że prędzej czy później COŚ nastąpi. I ani trochę nie przeszkadzała mi poszatkowana fabuła - mimo że czasem nie wiedziałem, czy to rzeczywistość, to myślę, że dobrze odzwierciedlało to stan głównej bohaterki.
@cyberpunkowy_neuromantyk fajny wpis. Podpisuję się pod tym też. Dla mnie alternatywa happy endu przy tym wszystkim wyglądała aż za bajkowo. Ale dla równowagi psychicznej można uznać, że obie wersje zakończenia mogły by być możliwe, czyli ta optymistyczna też.
a) można wyrwać się z takiego piekła
b) często kobiety same z siebie wracają do tego piekła
Ogółem można potraktować „Dom dobry” jako taki film informacyjny: jak działają tacy przemocowcy, że kobietom nie jest łatwo, ponieważ ludzie im nie wierzą, że nie wierzą im, ponieważ niektóre kobiety potrafią kłamać i oczerniać swoich partnerów. Jak szukać pomocy i że ta pomoc jest możliwa. I tak dalej, i tak dalej.
@cyberpunkowy_neuromantyk widzę, że zachęciłem społeczność Hejto do obejrzenia Domu Dobrego na Prime
Zachowanie głównej bohaterki było nielogicznej, bo była osobą o niskiej samoocenie (dzięki matce), a potem mąż zafundował jej ostre pranie mózgu (gaslighting). Ta poszatkowana fabuła miała potęgować to co się działo w jej głowie. I jeszcze dla wyolbrzymienia tego efektu to mąż otrzymał władzę absolutną w postaci układów i znajomości. Co do zakończenia - myślę, że reżyser pokazuje dwie skrajne opcje - uwolnienie się od potwora wymagające przejścia raz jeszcze koszmar przed sądem (lepsza opcja) lub wykończenie potwora i przejście sądowego koszmaru o wywalczenie możliwie krótkiego wyroku (gorsza opcja), ale wydaje mi się, że to przenikanie się zakończeń wskazuje na to, że Gosia nadal się mota i analizuje co powinna zrobić i wizualizacją tych przemyśleń są właśnie te poszatkowane scenki, które pomieszane są ze wspomnieniami (np. red flagów, które zignorowała).