Powtórzę się, ale ostatnio mam pecha do filmów, w których pierwsza połowa bardzo, ale to bardzo mi się podoba, natomiast w drugiej następuje znaczny zjazd jakości. Nie inaczej jest w przypadku „28 lat później”.
Pierwsze około czterdzieści minut cechuje niesamowite uczucie zagrożenia związane z pierwszą wyprawą młodego chłopca z ojcem poza bezpieczne schronienie. Młodzik uczony jest przetrwania w dziczy, oswaja się z zabijaniem zombie i przekonuje się o różnych niebezpieczeństwach. Obaj ledwo uchodzą z życiem, ścigani przez überzombiaka aż do samej bramy wioski. I to oglądało się świetnie.
A potem czar pryska.
Dzieciak decyduje się uciec z wioski i wyruszyć na poszukiwanie lekarza, który wyleczyłby jego chorą matkę. Którą zabiera ze sobą. I co? Nagle świat, który wcześniej był cholernie niebezpieczny, staje się prawie że bezproblemowy dla zdeterminowanego chłopaka i wymagającej opieki kobiety. Jasne, wpadają w kłopoty, ale radzą sobie z nimi bez większego trudu. I oboje przeżywają tę podróż, co wydaje się bardzo nieprawdopodobne w porównaniu do pierwszej wyprawy z ojcem.
O ostatniej scenie filmu nawet nie chcę się rozpisywać, tak była tragiczna i niepasująca klimatem.
Znajomy zrobił „krótki” poradnik do „Morrowinda”, w którym kompleksowo tłumaczy rasy, znaki zodiaku, umiejętności i ich rozwój oraz daje ogólne porady, by pierwszy raz z tą grą nie był traumatyczny.
Rewelacyjna rola młodego DiCaprio - zagrał tak przekonująco, że gdybym nie znał go z późniejszych filmów, byłbym przekonany, że rzeczywiście jest upośledzony intelektualnie. I choć zabrzmi to okropnie, nie dziwię się, że w pewnym momencie jego starszy brat stracił cierpliwość i uderzył Arniego.
Trudno sobie wyobrazić, jak sfrustrowany i zmęczony musiał być Gilbert, który w tak młodym wieku musiał wejść w rolę żywiciela rodziny. Nie dość, że opiekował się rodzeństwem (oprócz niepełnosprawnego brata były także dwie siostry), to jeszcze musiał zajmować się bardzo otyłą matką, która praktycznie nie ruszała się z kanapy w salonie. Dodatkowo zmagał się ze śmiercią ojca i niezdrowym romansem z mężatką i matką dwójki dzieci. To zdecydowanie zbyt duży ciężar na barkach dopiero co wchodzącego w dorosłość młodego mężczyzny.
Cieszyłem się, że w jego życiu pojawiła się rówieśniczka, która pozwoliła mu chociaż na chwilę zapomnieć o problemach, mimo że nie trwało to długo - dziewczyna miała ruszyć w dalszą drogę ze swoją babcią, gdy tej tylko uda się naprawić ich samochód.
Kolejny spoiler: przez cały film byłem przekonany, że coś naprawdę złego przydarzy się Arniemu i zostałem zaskoczony, że tak się nie stało.
Do sięgnięcia po tę powieść przekonał mnie model marketingowy wydawnictwa. Jeden z założycieli wrzucił posta o tym, że książka sprzedała się w… zaledwie dziewięciu papierowych egzemplarzach. Doceniam szczerość i umiejętność przyznania, że coś nie wypaliło, chociaż po przeczytaniu paru wywiadów widać świadomość, że wydają literaturę bardzo niszową. Ale żeby sprzedało się tylko dziewięć egzemplarzy?
Dodatkowo zachęciła mnie opinia wyrażona na fanpage’u „Mistycyzm Popkulturowy” (polecam!) oraz na innym, którego nazwy nie pamiętam. Powieść dostępna była w ramach bibliotecznego dostępu do Legimi, ponadto nie należy do najdłuższych, więc stwierdziłem, że co najwyżej stracę trochę czasu.
No i nie straciłem – to bardzo dobra lektura.
Nie każdy ją doceni. Ja pewnie też bym jej nie docenił, gdyby nie fakt, że autor poruszył bliskie mi wątki.
Na przykład wiele miejsca poświęcił listownym sesjom RPG prowadzonym przez głównego bohatera. Chociaż nie do końca były to sesje – raczej bardzo rozbudowana gra paragrafowa. Bądź co bądź większość moich nastoletnich lat spędziłem na pisanych sesjach RPG, przeżyłem wiele przygód nie poznawszy nawet imion moich współgraczy ani nie zamieniwszy z nimi ani jednego słowa w świecie poza grą.
Tym bardziej, że to dość smutna opowieść, o człowieku alienującym się od innych z powodu wypadku, w wyniku którego musiał przejść poważną rekonstrukcję twarzy. Który by uciec od bólu i żeby nie zwariować z nudy podczas pobytu w szpitalu, zaczyna tworzyć swój własny świat.
Sposób prowadzenia historii jest specyficzny. To tak zwany strumień świadomości i czasem trudno połapać się, czy czytamy akurat myśli głównego bohatera o teraźniejszości czy mamy do czynienia z jego wspomnieniami, czy może przedstawia treść listów otrzymanych od swoich graczy. Nie wiem, jak to wygląda w papierowym egzemplarzu, jednakże w e-booku kursywa nie do końca się spisywała.
O samej fabule nie chcę się wypowiadać, ponieważ samodzielne zrozumienie, co tak naprawdę się wydarzyło i dlaczego, stanowi największą zaletę powieści.
Przeczytałem w Nowej Fantastyce fragment nowej powieści Roberta M. Wegnera („Dusza pokryta bliznami”) i o rany, nie mogę się doczekać, aż przyjdzie do mnie zamówiony tom.
Czuję się jak przed rokiem, gdy również w NF przeczytałem fragment „Rozdroża Kruków” Sapkowskiego i z niecierpliwością oczekiwałem dostawy.
Największą zaletą tego filmu jest przedstawienie problemów związanych z niepełnosprawnością - główna bohaterka jeździ na wózku inwalidzkim. I co najciekawsze, nie jest to postać, która łatwo wzbudziła moją sympatię.
Tytułowa dwudziestoczteroletnia Josee jest bardzo nieprzyjemna w obyciu. Tsuneo, czyli drugi główny bohater, zostaje zatrudniony przez jej babcię, by pomagał dziewczynie. Początkowo Josee traktuje go okropnie - każe mu wykonywać bezsensowne polecenia jak chociażby liczenie ździebeł słomy w macie tatami. Odtrąca ludzi i oferowaną przez nich pomoc, jest mocno zgorzkniała.
Myślę, że rozumiem, skąd ta zgorzkniałość wynika. Josee zamknęła się w swoim świecie, ponieważ została do niego zmuszona. Babcia nie chce z nią wychodzić na spacery z obawy, że dziewczynie może coś się stać - zresztą poznały Tsuneo przez to, że ktoś popchnął wózek Josee, a ta zjechała po bardzo stromym zboczu i wpadła na chłopaka. Josee jest też bardzo niesamodzielna i nawet nie pracuje. I to zdecydowanie może rodzić frustrację, kiedy nawet wyjście do sklepu, dla osoby pełnosprawnej nic trudnego, w przypadku osoby niepełnosprawnej zamienia się w wyprawę, która zajmuje znacznie więcej czasu i wymaga więcej wysiłku.
Pewnie wzmaga to też poczucie odosobnienia (dziewczyna nie ma żadnych znajomych) i uczucie niedoświadczania czegoś, co dla innych jest naturalne. Widać to było chociażby po wycieczce nad morze i przejawianej przez Josee ekscytacji różnymi rzeczami, porównywalnej do tej wyrażanej przez dzieci, które dopiero poznają świat.
Dochodzi też fakt złego traktowania osób niepełnosprawnych. Już pal licho ignorowanie ich bądź litowanie się nad ich losem. Na przykład Josee potrącił spieszący się na pociąg mężczyzna, który jeszcze się oburzył, że ta wjechała w niego. Ale gdy zahaczył walizką o starszą panią i ta wydarła się na niego, to nagle struchlał. Dlaczego? Bo pewnie uważał, że niepełnosprawna dziewczyna w żaden sposób mu nie zagrozi.
Co przypomniało mi o opowieściach kolegi również jeżdżącego wózku, że zdarzało mu się, iż ktoś potrafił go wyciągnąć z windy, ponieważ nie chciało się temu komuś czekać na następną. Straszne sku⁎⁎⁎⁎⁎⁎stwo.
Na szczęście z czasem Josee przekonuje się do Tsuneo, zaczyna się otwierać, usamodzielniać, poznaje nawet pierwszą koleżankę. Chłopak ma na nią bardzo dobry wpływ i jestem zdziwiony, że nie odpuścił sobie tej trudnej z początku znajomości.
Historia jest na tyle uniwersalna, że w miejscu Josee można by postawić osoby z innymi niepełnosprawnościami czy nawet cierpiące na depresję bądź inne choroby psychiczne. Depresja też sprawia, że ludzie zamykają się w swoim świecie i odcinają od innych, mają także problemy z codziennym funkcjonowaniem.
Oczywiście nie można zapomnieć o oczywistym od samego początku wątku romantycznym, tak samo jak o tym, że w głównym bohaterze zakochane są dwie dziewczyny, które w pewnym momencie nawet rywalizują ze sobą.
O, to też był ciekawy motyw. Jedna z dziewczyn powiedziała, że kocha Tsuneo, dlatego cieszy się, że ten nie pojedzie do Meksyku spełnić marzenia i że dzięki temu będzie mogła mu pokazać, na czym polega prawdziwe uczucie et cetera. Na co druga odparła, że kocha go tak mocno, że w życiu nie pozwoli mu zrezygnować ze swoich marzeń i będzie go wspierać w dążeniu do ich spełnienia.
@cyberpunkowy_neuromantyk W sumie nie znałem. Możesz mi tylko napisać bez spoilerowania czy film jest bardzo smutny? Oglądam anime aby poprawiać sobie humor dlatego pytam.
Trochę mi to zajęło, bo przez zapominalstwo najpierw zostawiłem notes u dziewczyny, potem ona zapomniała mi go przywieźć, później co prawda pamiętałem o tym, żeby go od niej zabrać, ale jakoś zapomniałem, że go mam.
Aż w końcu pojawiła się potrzeba zapisywania czegoś odręcznie i przypomniałem sobie, że mam notes i że @Rozpierpapierduchacz czekał na moją recenzję.
W sumie nie za bardzo jest tu co recenzować. Notes jak każdy inny, tyle że bardzo tani w przeliczeniu na oferowane kartki. Piszę w nim stalówką (nie pamiętam jakiej marki) maczaną w czarnym atramencie Parkera. Nic nie drapie, nic się nie ślizga, papier trochę przebija, ale nie przeszkadza to aż tak bardzo.
Jedynym mankamentem, wpływającym na komfort użytkowania, jest grubość tego notesu. Wydawało mi się to idealnym pomysłem - w końcu będę miał tyle kartek do dyspozycji! - ale pisanie po tej grubszej stronie nie do końca jest wygodne, ponieważ ręka czasem trochę „wisi” nad notesem. No ale nie jest to coś, co by mnie bardzo zniechęcało, w szczególności za taką cenę.
Z otrzymanych zadań wybrałem to polegające na wypatrzeniu i zrobieniu zdjęcia dziko żyjącego zwierza. I żałuję, że ani nie mam umiejętności, ani lepszego aparatu, ponieważ zdjęcia wyszły okropne. xD
Udało się je zrobić w drodze na Szyndzielnię, podczas której oczywiście pomyliłem trasy i zamiast wybrać się na spokojny spacer, to z biedną dziewczyną, która mi zaufała, w pewnym momencie wchodziliśmy pod dość strome zbocze. xD
No ale przynajmniej natrafiliśmy na sarenki, które bardzo mocno zlewały się z otoczeniem i gdyby nie ruch i białe tyłki, trudno byłoby je wypatrzeć.
Widzieliśmy też czarną wiewiórkę, którą prawie przejechał autobus, ale na szczęście uciekła z ulicy. :' )
Ostatnio usłyszałem jedne z najpiękniejszych słów wypowiedzianych w moim kierunku.
Byliśmy z dziewczyną na zakupach. Przypomniało mi się, że mieliśmy wziąć majonez. Z racji mniejszego rozmiaru, co prawda wciąż z obrzydzeniem, sięgnąłem po Winiary. Jak pokazałem go dziewczynie, zapytała:
@cyberpunkowy_neuromantyk Sam dziwię się tej wojnie bo Winiary jest przecież od Nestle, a kielecki jest produkowany w Polsce. To odpowiedź powinna być oczywista.
Autor: Martín Caparrós Tłumaczka: Marta Szafrańska-Brandt
Kategoria: reportaż
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Format: e-book
ISBN: 9788308061008
Liczba stron: 716
Ocena: 8/10
Jak o tym myślę, to trudno jest napisać zwięzłą i w pełni oddającą charakter tego reportażu recenzję, tak wielowątkowa jest to książka. Omawia przyczyny głodu w różnych częściach świata, mechanizmy rządzące światem i żywnością w szczególności. Opowiada, że bieda nie zawsze wiąże się z brakiem pożywienia - w takich Stanach Zjednoczonych biedni mogą pozwolić sobie na kupienie jedzenia, ale śmieciowego. Owoce i warzywa często stoją poza ich możliwościami finansowymi.
Reportaż Caparrósa otwiera oczy na wiele spraw albo po prostu o nich przypomina. O niedożywionych dzieciach mieszkających w Afryce słyszałem już w swoim dzieciństwie, z czasem niestety ta wiedza została zepchnięta przez mój umysł. Czy na pewno „niestety”? Czy na pewno jako człowiek uprzywilejowany, który miał szczęście urodził się w dobrym kraju w dobrych czasach, powinienem przejmować się tym, że ktoś tam na drugim końcu świata nie ma co jeść i nie wie, czy następnego dnia uda mu się zjeść? Po co zaprzątać sobie tym głowę, skoro tak szczerze mówiąc mam na to prawie że zerowy wpływ?
I czy czuję się z tym lepiej, wiedząc, że ktoś cierpi, a ja po pracy pójdę do sklepu z pełnymi półkami i wybiorę to, co mi się tylko podoba? Zdecydowanie nie. Ale pomaga mi to tym bardziej docenić, że nie muszę się martwić podstawowymi potrzebami.
Ostatnio też toczy się sporo dyskusji na temat tego, czy bieda to stan umysłu. To trudny, niejednoznaczny temat. Uważam, że łatwo jest wypowiadać się z perspektywy osoby, która po prostu miała szczęście w życiu. Z takiej pozycji znacznie trudniej wczuć się w sytuację osoby, która miała pecha i nie urodziła się w stolicy, w której ma się o wiele większe możliwości, a w niewielkiej miejscowości, gdzie brzydko pisząc psy dupami szczekają. Można powiedzieć, że wystarczy chcieć i robić wszystko, byleby tylko poprawić swój los, ale jak zrozumieć mentalność osoby, która nie ma takich możliwości?
Chociażby z tym głodem: trudno mi się skupić na pracy, gdy ssie mnie w żołądku i tylko czekam, aż przyjedzie pani z cateringu i będę mógł kupić coś do zjedzenia. Nie wiem, jak zachowywałbym się, gdyby całe moje życie koncentrowało się na tym, czy W OGÓLE danego dnia będę mógł cokolwiek zjeść. Czy miałbym siły myśleć o tym, jak poprawić swój los? Czy miałbym chęci do podjęcia jakichś działań? Nie wiem tego. I powiedzenie komuś takiemu, że wystarczy się bardziej starać, a osiągniesz wszystko, moim zdaniem jest skurwysyństwem.
Autor nawet zapytał jedną kobietę, o co by poprosiła, gdyby mogła prosić o wszystko. Odpowiedziała, że chciałaby mieć mleczną krowę. Martin powiedział, że może poprosić o WSZYSTKO. To usłyszał, że w takim razie dwie krowy.
Mogła sobie zażyczyć, nie wiem, milionów czy nawet miliardów dolarów na koncie, a poprosiłaby o dwie krowy. Może tacy ludzie po prostu nie mają szerszej perspektywy, której nikt nigdy im nie pokazał? I nawet nie myślą, że może być inaczej?
Oczywiście to „skrajny” przypadek, ot, bagatela jakieś 8% populacji Ziemi. Według danych z GUS z 2024 roku w Polsce w skrajnym ubóstwie żyje 6,6% obywateli, jakieś 2,5 miliona osób.
„Głód” też zwraca na to uwagę. Mamy ludzi, których majątki wyceniane są na miliardy dolarów, i jednocześnie mamy ludzi, których nie stać na to, żeby codziennie dobrze zjeść, o bardziej zaawansowanych potrzebach nawet nie wspominając. Jak to się stało, że bogate korporacje czy nawet państwa wykupują prawie za bezcen ziemię biednych państw, przez co mieszkający tam ludzie tracą możliwość wyhodowania czegokolwiek? Jak to się stało, że jedni skumulowali majątek i wykorzystują go, żeby polepszyć swoją sytuację, jednocześnie pogarszając sytuację wielu innych? Jak to jest, że jakaś organizacja narzuca globalną cenę żywności i jak to jest, że ktokolwiek spekuluje na temat tych cen? Jak to jest, że „u nas” marnuje się tyle jedzenia, a „tam” nie wystarcza go dla każdego?
Wiele jest takich niesprawiedliwości na świecie, dyktowania warunków z pozycji silniejszego, zagarniania dla siebie, ponieważ przestaje nam wystarczać, przez co innym też już nie wystarcza.
Czytałam, bardzo dobra pozycja. Fajnie otwiera oczy w jakich warunkach żyje masa ludzi i ich główny cel na dzień dzisiejszy to jest zapewnienie sobie i np dzieciom miskę ryżu.
Jeden z momentów który mi bardziej zapadł w pamięci, to gdy autor rozmiawiał z jedną kobietą z bodajże Nigeri? Której majątek to była 1 krowa. Zapytał się jej coś w stylu gdyby miała możliwość otrzymania czegokolwiek to co to by było.
Jej odpowiedzią było: druga krowa, wtedy nie musiałabym się martwić o to czy coś dziś będę miała do jedzenia.
Bardzo to doceniam że urodziłam się w miejscu, gdzie zaspokojenie podstawowych potrzeb fizjologicznych nie jest problemem.
@Trypsyna mi oczy otworzyło to, że produkujemy żywność dla niemal 2x większej liczby ludności, niż żyje na naszej planecie. Nie wyeliminujemy problemu głodu, bo to nie produkcja żywności jest problemem.
@cyberpunkowy_neuromantyk nie do końca mój gatunek, ale Goodreads mówi, że najwyżej oceniane po za Głodem mam:
- David Grann - Killers of the Flower Moon
- James Rebank - Życie pasterza. Opowieść z Krainy Jezior
- David Attenborough - Ocean. Ostatnie dzikie miejsce i inne jego książki
- Katarzyna Boni - Ganbare! Warsztaty Umierania
- Richard Powers - Listowieść (nie do końca reportaż)
Bardzo lubię tematykę związkową. Interesuje mnie czytanie o relacjach międzyludzkich, o problemach, z którymi mierzą się ludzie, więc nie mogłem przejść obojętnie obok „Materialistów”.
Uważam, że pod względem pokazania współczesnych problemów to bardzo dobry film. Poszukiwanie idealnego partnera, który spełnia wszystkie nasze wymagania, może trwać wieki, o ile w ogóle się wydarzy. Im większe wymagania, tym węższy zakres osób je spełniających, a tym samym mniejsza szansa na spotkanie ich.
Na przykład główna bohaterka, pracująca w biurze matrymonialnym, miała problemy ze znalezieniem partnera dla jednej z jej klientek przez wygórowane wymagania tejże. I udało się ją uszczęśliwić dopiero w momencie, w którym klientka trochę odpuściła i zgodziła się na kogoś niższego niż mityczne sześć stóp.
W ogóle skreślanie kogoś ze względu na wzrost jest dla mnie bardzo słabe (mimo że sam jestem w miarę wysoki). Ale rozumiem, że biologia robi swoje.
A nawet jeśli spotkamy takiego „jednorożca”, to skąd pewność, że zainteresuje się nami? Przecież bogaty, wysoki, przystojny, charyzmatyczny i kij wie jeszcze jaki mężczyzna na pewno może przebierać w równie atrakcyjnych i majętnych kobietach. Podobnie z piękną, dobrze usytuowaną kobietą - ta raczej nie spojrzy przychylnie na zwykłego magazyniera, tylko będzie się rozglądać za elitą.
Oczywiście pewnie istnieją wyjątki, ale nie ukrywajmy, że ludzi raczej ciągnie do podobnych sobie. Podobnych pod względem atrakcyjności, sytuacji materialnej czy nawet intelektu.
Właśnie ciekawe, że główna bohaterka znalazła perfekcyjnego mężczyznę (chociaż nie do końca), a mimo to został przez nią odrzucony, ponieważ nie kochała go. Zamiast idealnego gościa, wybrała blisko czterdziestoletniego kelnera, który zmuszony jest wynajmować pokój w mieszkaniu z innymi dorosłymi niezarabiającymi wystarczająco dużo, żeby mieszkać całkowicie samodzielnie. Dlaczego to zrobiła? Z miłości oczywiście.
Wydawałoby się, że podjęła bardzo nielogiczną decyzję. Mogła regularnie chodzić do ekskluzywnych restauracji bez specjalnych okazji jak rocznica, nie martwić się o podstawowe potrzeby, cieszyć się towarzystwem szarmanckiego mężczyzny. Ale może właśnie o to chodzi w miłości? Żeby wiązać się z kimś, z kim dobrze się czuje, do kogo żywi się uczucia, a nie podchodzić do tej miłości czysto pragmatycznie, byleby tylko wybrać opcję, która zapewni lepsze życie pod względem materialnym?
Chociaż wiadomo, że problemy finansowe mogą zabić nawet największą miłość. Tak jak jakiekolwiek inne poważne problemy.
Żeby nie było, że tylko kobiety są takimi materialistkami - mężczyznom też się oberwało, chociaż pod innym kątem. Na przykład, że „dojrzały” mężczyzna rozgląda się za dwudziestolatkami, a gdy mówi głównej bohaterce, że chciałby spróbować z kimś bardziej dojrzałym, to nie ma na myśli kobiet w swoim wieku, a te jeszcze przed trzydziestką.
@cyberpunkowy_neuromantyk Na początku się szuka partnera żeby był taki i siaki, a po doświadczeniach życiowych szuka się partnera który nie będzie taki i owaki
Elity niejednokrotnie drwiły sobie z ludowej fantazji o świecie, w którym stoją domy z kiełbas, góry z twarogu, a z nieba leci deszcz gorzałki.
„Substancję” obejrzałem wcześniej niż „Together” i już wtedy stwierdziłem, że body horror do mnie nie przemawia, o czym więcej kapkę później.
Nie rozumiem zachwytów nad tym filmem, nie rozumiem też nominacji do Oscarów i zdobytej nagrody.
Samo przesłanie nie jest zaskakujące - ludzie często nie potrafią pogodzić się z przemijaniem. Z tym, że ich ciała słabną, mają mniej energii i tak dalej. Kobiety mają trochę trudniej, ponieważ w ich przypadku dochodzi jeszcze uroda. Niektórzy uważają, że wraz ze starzeniem się tracą na wartości, bo to, co mogą zaoferować, to głównie ich młodość i wygląd właśnie. I tak dalej, i tak dalej.
Rozumiem, że skorzystanie z substancji to alegoria różnych zabiegów medycyny estetycznej, mające na celu poprawienie wyglądu i odmłodzenie się. Zrozumiałem, że stworzony potworek to coś, co niektóre kobiety same sobie robią - na myśl przychodzi mi chociażby przypadek Erin Moriarty, która z ładnej, dziewczęcej twarzy zrobiła... obecnie wygląda co najmniej niekorzystnie. Powtórzę się: kobiety same to sobie robią, ulegając modzie, presji i pewnie też kompleksom.
O presji wspominając: pamiętam „aferę” związaną z twarzą głównej bohaterki, do której niektórzy gracze przyczepili się, że... ma włoski. Co jest całkowicie naturalne i oczywiste dla osób, które widzieli kobiecą twarz z bliska. Odbiegam jednak od tematu.
Zdziwiłem się, ponieważ główna bohaterka... nic nie zyskała korzystając z substancji. Początkowo myślałem, że to będzie po prostu druga, młodsza ona, o tych samych personaliach, która na nowo zachwyci świat. A okazało się, że to zupełnie nowa persona, niekojarzona z jej starszym „oryginałem”. Główna bohaterka nawet nie wiedziała, co młodsza robi. Dziwne rozwiązanie.
Najgorsze i tak było zakończenie. Coś, co chyba miało obrzydzać, mnie po prostu rozśmieszyło. Potworek wyglądał przekomicznie i całkowicie zepsuł i tak marny odbiór tego filmu.
Czytałem dużo opinii, ze odpycha ten film i jest obrzydliwy wręcz jesli chodzi o bohaterkę gdy ta substancje bierze/traci właściwości. Ja jeszcze nie ogladalem ale mam zamiar
Nie przypominam sobie, żeby w jakiś sposób poruszyła mnie chociaż jedna scena. Body horror nie jest dla mnie obrzydliwy, ale przyznaję, że najwidoczniej nie jestem targetem tego gatunku. ; )
Parę lat temu, gdy chodziłem z pieskiem po mieście, w oczy rzuciła mi się plakietka z imieniem i nazwiskiem ginekolożki.
Normalna sprawa, że takie plakietki są na ścianach budynków, w których mieści się praktyka czy inny biznes.
Chodzi jednak o nazwisko lekarki. Dwuczłonowe w dodatku.
Pierwszym członem jest „Wietrzny”. Nie wyróżnia się niczym specjalnym oprócz tego, że mamy końcówkę męską, a nie żeńską („Wietrzna”). No ale to może nazwisko rodowe, które akurat się nie odmienia w przypadku kobiet.
Za to drugi człon... Oh boy.
Przede wszystkim podziwiam kobietę za dystans do samej siebie i za poczucie humoru. Jednocześnie zastanawiam się, jak do tego doszło. Czy gdy poznała swojego przyszłego męża i dowiedziała się, jak brzmi jego nazwisko, to postanowiła, że o, za tego gościa za wszelką cenę muszę wyjść? Czy zakochała się w nim ze względu na jego nazwisko, a nie osobowość? W końcu nie musiała przyjmować go, mogła zostać przy swoim. A mimo to zdecydowała się na nie. Chłop nazywa się „Bonk”.
Dwuczłonowe nazwisko to „Wietrzny-Bonk”. : D
A najlepsze, że dowiedziałem się, że dzieci także przejmują dwuczłonowe nazwisko i Wietrznych-Bonków może być więcej. : D
@cyberpunkowy_neuromantyk to nie przy ślubie (a nawet przy tym spotkaniu ustalającym datę ślubu cywilnego) określa się po kim nazwisko będą nosiły dzieci?
Poszedłem na ten film do kina skuszony zapowiedziami, że to ruchome obrazki, po których pary się rozstają - jeden z zachwalających filmików na YT miał tytuł „Przez ten film zostałem SINGLEM”. Trochę ryzykownie pójść na to z dziewczyną, skoro ludzie po jego obejrzeniu przestają być w związkach, ale czemu nie? Może rzeczywiście historia skłania do przemyślenia, czy warto być w danej relacji? Jako że uwielbiam tematy związkowe, to stwierdziłem, że jest to coś, z czym muszę się zapoznać.
Nic bardziej mylnego.
Może inaczej. Jeśli jesteście osobami świadomymi tego, jak powinien wyglądać zdrowy związek, to niczego nowego się nie dowiecie. Podobnie jeśli lubicie czytać o relacjach, interesują Was różne zagadnienia z nimi związane i tym podobne. Film nagle nie zdejmie Wam klapek z oczu, dzięki czemu będziecie inaczej patrzeć na swojego partnera/partnerkę.
Sama historia nie jest zła. Opowiada o parze - dziewczyna jest nauczycielką, która chce przeprowadzić się do małej miejscowości, żeby uciec trochę od zgiełku dużego miasta. Czuje powołanie do nauczania dzieciaków. Przeprowadzka nie do końca podoba się jej chłopakowi, który z kolei jest niespełnionym muzykiem, lekkoduchem bez stałej pracy, mimo że ma już ponad trzydzieści lat. Przenosiny na wieś, z dala od miasta, odetną go od wielkich możliwości na spełnienie jeszcze większych marzeń. Tym bardziej, że chłop nie ma prawa jazdy i będzie uzależniony od swojej dziewczyny, którą musi prosić chociażby o podwózkę na dworzec kolejowy.
Głównym motywem jest współuzależnienie partnerów od siebie w długoletnim związku. Poważne decyzje muszą podejmować wspólnie. Muszą także chodzić na kompromisy czy nawet ustępstwa - przykładem szczęście dziewczyny kosztem szczęścia chłopaka. Mają wspólnych znajomych i pewnie są też na tyle przyzwyczajeni do swojej obecności, że życie bez siebie na co dzień wydaje się czymś... dziwnym?
Związek to też często przejmowanie nawyków i cech partnera, czasem rezygnacja z własnych w celu dostosowania się do drugiej osoby. Niektórzy potrafią się w tym zatracić i na przykład porzucić dawne hobby, co obserwuję czasem w przypadku znajomych - przestają grać w gierki, ponieważ wolą większość wolnego czasu spędzać z partnerkami. Niektórzy mocno się zmieniają pod wpływem partnera czy partnerki.
Reżyser przedstawia to w bardzo dosłowny sposób - już na wstępie pokazuje, co dzieje się, gdy ktoś albo coś (w tym przypadku pieski) napije się wody z jaskini. Przez co film traci jakąkolwiek szansę, żeby zaskoczyć widza tym, co się stanie. Wiadomo, że główni bohaterowie także wpadną do tej jaskini, w jakiś sposób zostaną zmuszeni, żeby się napić wody i przydarzy im się to samo, co wcześniej pieskom. Odarcie „Together” z tajemnicy sprawiło, że nie byłem aż tak zaangażowany w historię, jak powinienem być.
Dodam, że koncepcja body horroru ani trochę do mnie nie przemawia. Ani nie szokuje, ani nie obrzydza. Jedna scena wprawiła mnie w delikatny dyskomfort (ta z przecinaniem skóry), a tak to nic. Na pewno ta nowa fala (czy aby na pewno) horrorów nie zyska fana w mojej postaci.
Usłyszałem jeszcze argument, że pomiędzy głównymi bohaterami jest świetna chemia, z czym niekoniecznie się zgodzę – ja tej chemii po prostu nie czułem. Aktorzy w życiu prywatnym są parą i to na pewno ułatwiło nakręcenie sceny seksu w szkolnej toalecie (ta scena akurat mnie rozbawiła), jednakże poza tym jakoś nie widziałem, żeby wyróżniali się na plus.
Czy uważam obejrzenie tego filmu za stracony czas? Nie, ponieważ skłonił mnie do pewnych przemyśleń, a to cenię bardziej niż walory artystyczne et cetera. Czy jednocześnie jestem w stanie polecić „Together”? Jeśli nie macie niczego lepszego do obejrzenia, to owszem, czemu nie? Ale na pewno nie będę chciał zobaczyć go drugi raz.
Zmieniłem zdanie i stwierdzam, że jednak czasem warto wrócić do raz obejrzanych filmów. Szczególnie, jeśli ogląda się je z potteromaniaczką, która zna je na pamięć. Wtedy w trakcie seansu można śmiało podyskutować o różnych niespójnościach (na przykład w kwestii finansów) czy zastanowić się nad różnymi aspektami świata przedstawionego.
Ciekawe, czy obecne dzieciaki również czują magię związaną z Harrym Potterem. Ja się w pewien sposób wychowałem na książkach, szóstą część czytałem tuż po polskiej premierze, w trzeciej klasie podstawówki i do dzisiaj odczuwam sentyment do tej serii. Podsycany regularnymi ponownymi seansami, na przykład w wakacje na TVN. : D
„Do sprzedaży trafiła październikowa "Nowa Fantastyka". Jej okładkę zdobi niesamowita grafika stworzona specjalnie dla naszego miesięcznika przez jednego z najpopularniejszych polskich artystów komiksowych, Michała Śledzińskiego. W numerze znajdziecie pierwszą część wywiadu z nim oraz galerię jego twórczości.
To nie jest jedyny wywiad w tym wydaniu, bowiem czeka na Was także rozmowa z Michaelem Bacallem - scenarzystą nowej ekranizacji "Uciekiniera", na podstawie powieści Stephena Kinga (pod pseudonimem Richard Bachman), w reżyserii Edgara Wrighta, która trafi na ekrany na początku listopada. Po raz pierwszy na naszych łamach goszczą PigOut i Przemek Corso, którzy w ramach promocji swojej nowej książki "VHS - Przewińmy to jeszcze raz" pochylają się nad, hmmm..., polską szkołą tłumaczenia tytułów filmów. I wreszcie proponujemy artykuł o stworzonej przez Netflix animacji na podstawie gry wideo "Devil May Cry".
W dziale prozy tym razem dwa polskie teksty - Anny Hrycyszyn i Pawła Dybały - i cztery opowiadania zagraniczne - Franka Stocktona, Kena MacLeoda, Maksyma Gacha i Eugenii Triantafyllou. A oprócz tego dostaniecie comiesięczną porcję felietonów, recenzji oraz nowy odcinek komiksu "Ćma".
"Nową Fantastykę" możecie kupić w szanujących się kioskach i empikach, a także w księgarni stacjonarnej wydawnictwa Prószyński i S-ka przy ul. Rzymowskiego 28 w Warszawie. Przypominamy, że można nas znaleźć w nowych kanałach dystrybucji - m.in . w salonikach prasowych sieci Trafika i Świat Prasy. Niezmiennie najbardziej korzystną opcją kupna jest roczna prenumerata, którą możecie znaleźć w Gildii - towarzyszy jej promocja z prezentem książkowym - do wyboru "Pan Gawen i Zielony Rycerz" J.R.R. Tolkiena lub "Blask fantastyczny" Terry'ego Pratchetta.
NF jest też dostępna w Nexto oraz Legimi - w formatach czytnikowych epub i mobi oraz w pdf.
Prenumeratę "Nowej Fantastyki" znajdziecie pod tym adresem internetowym:
Ta książka naprawdę działa! Jeszcze podczas jej czytania udało mi się wyrobić pierwszy nawyk - sięgania po książkę podczas jazdy autobusem do pracy.
A tak już poważniej i mniej entuzjastycznie, to tak, krótkie rozdziały zdecydowanie pomogły w codziennym wypełnieniu czasu - z reguły udawało mi się przeczytać cały rozdział, a do pracy mam jakieś dwanaście minut autobusem. Do tego stopnia, że złapałem się na tym, że zamiast przeglądać internet, wolałem przeczytać kilkanaście stron książki.
To też udowadnia jedną z teorii ułatwiających budowanie nowych nawyków - zacząć od prostej rzeczy. Chcesz codziennie czytać książki? Zacznij od przeczytania chociaż jednej strony. Raz, że nie wydaje się to trudne - jedna strona to ile, minuta dla przeciętnego człowieka? Dwa, że powoli uczy systematyczności. Trzy, że ta minuta na ogromną szansę zamienić się w następne.
Pokazuje to też, że metodą małych kroków można dojść wszędzie. Budowanie nowego nawyku lubię porównywać do wchodzenia na szczyt góry. Krok po kroku, w swoim tempie, zmierzamy ku sukcesowi. Nawet jeśli się potkniemy (opuścimy trening/odpuścimy dzień diety czy cokolwiek), to najważniejsze jest to, żeby jak najszybciej odzyskać równowagę (wrócić do tworzącego się nawyku) i kontynuować wędrówkę. Czy zajmie nam to godzinę według znaku na szlaku czy trochę więcej, to bez znaczenia.
Dzień po dniu, rozdział po rozdziale udało mi się przeczytać całą książkę. Zajęło mi to znacznie więcej czasu, niż jakbym czytał także po pracy (co robię w przypadku innych książek). Chodziło mi jedynie o sprawdzenie i udowodnienie sobie, że można zamienić przeglądanie internetu podczas podróży do pracy na czytanie książki. Doprowadziło to do tego, że postaram się wykorzystać tę metodę także w przypadku innych nawyków, które chciałbym w sobie wyrobić.
Najważniejsze jednak jest nieodpuszczanie, szczególnie w dni, kiedy nie jesteśmy zmotywowani, nie mamy na nic ochoty albo jesteśmy bardzo zmęczeni. To wtedy, kiedy nam się nie chce, ale jednak zdecydujemy się zrobić to, co powinniśmy, kształtuje się nawyk - oraz charakter. Że lepiej zrobić coś na pół gwizdka, niż nie zrobić w ogóle.
Autor oprócz przedstawienia, jak kształtuje się nowy nawyk, pokazał także, jak pozbyć się jakiegoś niezdrowego nawyku. Jednak to tylko teoria - trzeba jeszcze umieć wprowadzić ją w życie, a to jest w tym wszystkim najtrudniejsze.
Czy polecam? Zobaczymy, czy uda mi się wyrobić nowy nawyk. ; ) Codzienne czytanie jednak było utrwaleniem istniejącego już nawyku i przeniesieniem go po prostu w nowe środowisko. Za jakiś miesiąc czy dwa dam znać, jak mi poszło.
@cyberpunkowy_neuromantyk już trochę zapomniałem jak to było dokładnie.
Ale przede wszystkim trzymałem się zasady: uczyń to łatwym. Zacząłem robić pompki po 7-8 powtórzeń w serii i zawsze było to gdzieś mimochodem, nigdy nie robiłem treningu. Zacząłem kojarzyć pewne miejsca bądź czynności z robieniem pompek, i tak np. nie zaczynałem jeść obiadu póki nie zrobiłem tych kilku pompek; tak samo gdy szedłem na spacer i mijałem uprzednio wybrane, ustronne miejsce, to też robiłem tam kilka powtórzeń. Gdy już tych kilka przykładów weszło mi w nawyk, to zacząłem dokładać dodatkowe sposobności na robienie pompek np. początek przerwy w pracy - seria; koniec przerwy w pracy - seria; wstaje rano i pierwsze co po toalecie - seria; przed i po każdym posiłku - seria.
Tak naprawdę to pierwszy intencjonalny trening jaki zaliczyłem, to było już z rok po tym jak zacząłem pompować i robiłem wtedy już jakieś 150pompek/dzień.