Zdjęcie w tle

cyberpunkowy_neuromantyk

Gruba ryba
  • 462wpisów
  • 1978komentarzy

Piszę o rzeczach związanych z cyberpunkiem na blogu: https://cyberpunkowyneuromantyk.blogspot.com/ Mój tag #cyberpunkstories

475 + 1 = 476


Tytuł: Shrek

Rok produkcji: 2001

Kategoria: Animacja / Familijny / Komedia

Reżyseria: Andrew Adamson, Vicky Jenson

Czas trwania: 1h 30m

Ocena: 9/10


Jednak sprawdza się młode przysłowie: jeśli nie wiesz, co włączyć, to włącz „Shreka”. I tak też zrobiłem po wielu latach od ostatniego obejrzenia. 


I wiecie co? Ta animacja ani trochę się nie zestarzała, mimo że w przyszłym roku będzie miała dwadzieścia pięć lat. Dodatkowo obejrzenie jej jako dorosła osoba pozwala dostrzec rzeczy, których nie widziałem jako dziecko, jak chociażby to, że matka niedźwiedzica skończyła jako dywan. 


Wciąż bawi, wciąż uważam, że aktorzy wykonali kawał świetnej roboty i to najlepszy, obok „Misji Kleopatry”, polski dublaż. 


#filmmeter #filmy #ogladajzhejto

57415e31-7533-43ef-8326-5a06476f3bd8

Wciąż bawi, wciąż uważam, że aktorzy wykonali kawał świetnej roboty i to najlepszy, obok „Misji Kleopatry”, polski dublaż.


100% zgody.

@cyberpunkowy_neuromantyk Chyba pierwszy film animowany, który obejrzałem za dzieciaka. Można oglądać kilkanaście razy i się nie nudzi - podobnie jak Harry Potter

Zaloguj się aby komentować

Jednym z moich największych dotychczasowych tegorocznych osiągnięć jest... zakoleżankowanie się z suczką sąsiadów.


Zaczęło się dosyć nieśmiało, ot, mijaliśmy się codziennie, gdy z panem wracała z porannego spaceru, a ja szedłem na autobus. Ukradkiem rzucane spojrzenia, szybko urywany kontakt wzrokowy - prawie jak para nastolatków w szkolnym korytarzu.


Z czasem zaczęła równie nieśmiało okazywać radość na mój widok. To beagle - wcześniej przez ponad trzy lata opiekowałem się suczką, która miała w sobie bardzo dużo z beagle'a właśnie i pewne zachowania są bardzo podobne, więc rozpoznanie ich przyszło mi z łatwością.


Nieśmiałość w końcu przeszła w otwarte okazywanie uczuć. Za pozwoleniem pana zaczęła się witać ze mną i nie ukrywam, że bardzo uprzyjemnia mi to poranki. :3


Aż doszło do tego, że dzisiaj na mój widok suczka zatrzymała się i nie chciała iść dalej, ponieważ czekała, aż się zbliżę i się z nią przywitam. : D


Miłe i jednocześnie zabawne uczucie, że pies, z którym nie mam praktycznie żadnego kontaktu oprócz właśnie tego porannego mijania się, zapałał do mnie sympatią, mimo że nie zrobiłem nic w jej kierunku, żeby tak się stało. :')


#psy #chwalesie

22a07596-5e4f-42c8-9e5e-dcd00285e98a

Zaloguj się aby komentować

Jako że czerwiec, oprócz bycia moim ulubionym miesiącem w roku, jest także Międzynarodowym Miesiącem Świadomości Zdrowia Psychicznego Mężczyzn, postanowiłem przypomnieć o mini-zinie stworzonym przez mojego znajomego, Bartka Biedrzyckiego, pod tytułem „Chłopaki też płaczą”.


Mówienie o tym, że mężczyźni także mają prawo do czucia się źle, do płaczu (który niestety wciąż bywa stygmatyzowany) i do sięgnięcia po pomoc, kiedy nie dają sobie rady z problemami czy przytłaczającymi emocjami, jest dla mnie bardzo ważne i bliskie. Dwaj bracia moich kumpli niestety nie poradzili sobie z nimi sami i popełnili samobójstwa, ja sam wiele lat temu byłem tego bardzo bliski i dzisiaj cieszę się, że coś w moim życiu sprawiło, że się rozmyśliłem. Mimo że czasem życie ssie, to od tamtego momentu przeżyłem wiele szczęśliwych chwil, mimo że wtedy byłem przekonany, że już nic dobrego mnie nie czeka.


Dlatego cieszę się, że świadomość męskich problemów rośnie - i wśród samych mężczyzn, którzy stają się coraz bardziej otwarci na mówienie o swoich sprawach, i wśród kobiet, które wspierają swoich partnerów, braci, synów, kumpli et cetera.


Wciąż jednak jest sporo pracy do wykonania i wciąż trzeba o tym przypominać/informować. Stąd też ten mini-zin „Chłopaki też płaczą”.


Plik jest na licencji Creative Commons 0, więc można go wykorzystać w dowolny sposób. Jeśli możecie, podeślijcie swoim męskim znajomym, wydrukujcie i rozdajcie w miejscu pracy, na uczelni czy gdziekolwiek.


https://www.gniazdoswiatow.net/wn/wp-content/uploads/2023/12/chlopaki_tez_placza_foldzine.pdf


#zdrowie #depresja

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

460 + 1 = 461


Tytuł: EuroTrip

Rok produkcji: 2004

Kategoria: Komedia

Reżyseria: Alec Berg, David Mandel

Czas trwania: 1h 30m

Ocena: 6/10


Głupiutka komedia, którą można puścić w tle, nie za bardzo się niej skupiając - i tak niewiele się straci z fabuły, która jest tu jedynie pretekstem do zmieniającej się scenerii i nowych niekiedy całkiem śmiesznych sytuacji z udziałem głównych bohaterów. Jeśli ktoś lubi humor podobny do tego z „American Pie”, pewnie się tutaj odnajdzie. 


Najbardziej spodobała mi się scena, w której do jadących pociągiem znajomych dosiadł się nad wyraz towarzyski Włoch. Może dlatego, że sam kiedyś padłem „ofiarą” bardzo przyjacielskiego powitania z ich strony. :') 


Wygenerowano za pomocą https://filmmeter.vercel.app


#filmmeter #filmy #ogladajzhejto

ba01ef84-fa5d-4aaa-906f-3689b4e36c8f

Jak obrazić 3/4 użytkowników Hejto? Właśnie tak.


Weź to usuń lub zmień ocenę na co najmniej 8/10, bo podjadę z Ryśkiem i Rafałem, i pokażemy Ci gdzie raki zimują. Parter, tak? Nie chcemy dostać zadyszki.

Zaloguj się aby komentować

969 + 1 = 970


Tytuł: Invincible 8

Autor: Robert Kirkman, Cory Walker, Ryan Ottley

Tłumacz: Agata Cieślak

Kategoria: komiks

Wydawnictwo: Egmont Polska

Format: książka papierowa

ISBN: 9788328198524

Liczba stron: 296

Ocena: 6/10


Albo spadek formy, albo poruszane wątki nie są tak ciekawe, jak do tej pory. Na przykład ani trochę nie zaciekawiło mnie, co dokładnie wydarzyło się, kiedy Robot i Monster Girl zniknęli na pewien czas w obcym wymiarze, w którym czas płynie znacznie szybciej, dzięki czemu oboje postarzyli się o przynajmniej kilkanaście lat, a ich relacja uległa oziębieniu. No dobra, moooże odrobinę mnie to intrygowało, jednakże opowiedziana historia nie okazała się na tyle ciekawa, żeby poświęcić jej z jedną czwartą czy nawet jedną trzecią objętości zbiorczego tomu. 


Za to pojawił się ciekawy dylemat moralny: czy potencjalnie poświęcić kilka miliardów osób, żeby uratować setki miliardów (czy jeszcze więcej) zamieszkujących Wszechświat czy nic nie zrobić w nadziei, że ci źli przejdą przemianę podobną do tej, która zaszła w jednym z głównych bohaterów? Trochę (bardzo) jak z dylematem wagonika. 


Drugi równie ciekawy wątek o utracie supermocy został troszkę potraktowany po macoszemu - spodziewałbym się, że stanie się główną osią, chociaż trzeba przyznać, że fabuła już dawno przestała się kręcić wokół Niezwyciężonego, który stał się częścią czegoś znacznie większego. 


Ogólnie rzecz biorąc to kolejny wyraźnie słabszy w mojej ocenie tom, w porównaniu do poprzednich. 


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #komiksy #fantastyka #czytajzhejto

5282b985-1588-4d0c-800a-42a28e310ddb

Zaloguj się aby komentować

NF 06/2025


„Do sprzedaży trafił czerwcowy numer "Nowej Fantastyki". Jego okładkę zdobi obraz "The Fall of the King" zaprzyjaźnionego z nami Mariusza Gandzela. Podobnie jak wcześniej, Mariusz przekazał swoje honorarium na rzecz pomocy Ukrainie, do której my również nieustannie zachęcamy.


Z racji tego, że właśnie obchodzimy 50. rocznicę premiery "Szczęk" Stevena Spielberga, tematem numeru są zwierzątka w wydaniu niekoniecznie przyjaznym człowiekowi. Znajdziecie tu zatem artykuł o rekinach na wielkim ekranie oraz przekrojowy tekst o tym, jak inne zwierzęta siały postrach wśród fanów kina. Oprócz tego przygotowaliśmy dla Was dwa wywiady - ze znakomitym autorem horrorów Thomasem Olde Heuveltem oraz ukraińskim pisarzem SF, Maksem Kidrukiem.


W dziale opowiadań czeka na Was sześć tekstów - jeden, długaśny polski, autorstwa Marcina Rusnaka oraz pięć opowiadań zagranicznych - w tym nowość od Charlesa Strossa! Ponadto w numerze znajdziecie tradycyjną porcję recenzji i felietonów oraz podsumowanie Nagród Nowej Fantastyki.


"Nową Fantastykę" możecie kupić w szanujących się kioskach i empikach, a także w księgarni stacjonarnej wydawnictwa Prószyński i S-ka przy ul. Rzymowskiego 28 w Warszawie. Niezmiennie najbardziej korzystną opcją kupna jest roczna prenumerata, którą możecie znaleźć w Gildii - towarzyszy jej tradycyjnie promocja z prezentem książkowym - tym razem do wyboru efektowne wydanie "Miasteczko Salem" lub popularnonaukowa "Moralna AI".


NF jest też dostępna w Nexto oraz Legimi - w formatach czytnikowych epub i mobi oraz w pdf.

Prenumeratę "Nowej Fantastyki" znajdziecie pod tym adresem internetowym:


https://gildia.pl/nf.html


E-wydanie, które również możecie zaprenumerować, na platformie Nexto:


https://www.nexto.pl/e-prasa/nowa\_fantastyka\_p1204368.xml


NF w Legimi:


https://www.legimi.pl/katalog/?searchphrase=nowa%20fantastyka&sort=score


Bądźcie z nami!”


#ksiazki #czytajzhejto #hejtoczyta #fantasy #fantastyka

706dcbba-ce30-4f31-b749-154a107d2bc8

Zaloguj się aby komentować

890 + 1 = 891


Tytuł: Stoner

Autor: John Williams

Tłumacz: Maciej Stroiński

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Wydawnictwo Filtry

Format: e-book

ISBN: 9788396674821

Liczba stron: 352

Ocena: 8/10


Czy historia zwyczajnego człowieka, który nie dokonał niczego spektakularnego, ot, skończył studia, ożenił się, spłodził dziecko i przepracował całe swoje życie w jednym miejscu, może być ciekawa dla czytelnika? Wydawałoby się, że nie - kto w końcu chciałby czytać o problemach w nieudanym małżeństwie czy wieloletniej niechęci po nadepnięciu komuś na odcisk, kiedy do wyboru jest multum biografii fascynujących osób z bogatymi doświadczeniami: artystów, muzyków, polityków et cetera?


Na przykład ja.


Chcąc odpocząć od superbohaterów i postaci, które nie mają chwili wytchnienia od niezwykłych sytuacji, postanowiłem poszukać czegoś zwykłego, spokojnego. I to właśnie otrzymałem w „Stonerze”.


Autor od początku nie udaje, że główny bohater był kimś wyjątkowym. Już od pierwszej strony wiemy, że do końca życia pracował na uczelni i że zapisał się w pamięci niewielu swoich studentów. Ba, Williams nie oszczędził nawet informacji o tym, kiedy bohater umiera.


Tytułowy Stoner to syn rolników, którzy wysłali go na studia, a jakże, rolnicze, żeby zdobył wiedzę, która przyda mu się po przejęciu ojcowizny. Los spłatał mu figla, ponieważ William zainteresował się literaturą angielską i postanowił zmienić kierunek studiów. Okazało się, że ma do tego pewien dryg, na tyle duży, że po latach zaoferowano mu posadę wykładowcy. Widać, że autor czerpał ze swojego akademickiego doświadczenia, ponieważ zamieścił w powieści wiele wiedzy o literaturze angielskiej, ba, jeden rozdział poświęcony jest całkowicie obronie doktorskiej, w której Stoner uczestniczył jako jeden egzaminujących.


Widać też, że nie oszczędzał swojego bohatera, ponieważ ożenił go z kobietą z wyższych sfer. Jak do tego doszło, wciąż się zastanawiam, jednak od początku było wiadomo, że nic dobrego z tego małżeństwa nie wyjdzie. I tak też było w istocie - ogromnie współczułem Stonerowi, że musi się męczyć w takiej relacji, jednakże na początku dwudziestego wieku podejście do małżeństw było troszkę inne i nie tak łatwo było uzyskać rozwód. A nawet jeśli, to mogło się to wiązać z społecznym ostracyzmem.


I nawet gdy Stonera spotkało szczęście, którego zalążek był bardzo oczywisty od momentu, w którym tylko się pojawił (albo po prostu miałem dobre przeczucie), to nie mogło potrwać długo i chwila oderwania się od szarej rzeczywistości bardzo szybko minęła.


Przykro się czytało o życiu, które mogłoby być o wiele lepsze, gdyby Stoner zawalczył o nie - a przynajmniej taką mam nadzieję. Wielokrotnie mu współczułem, jednakże odnosiłem wrażenie, że główny bohater często godził się ze swoim losem. Czy nazwałbym go przegranym człowiekiem, a jego żywot zmarnowanym?


Nie. Z wiekiem nauczyłem się, że wcale nie trzeba prowadzić nie wiadomo jak ciekawego życia, by być z niego zadowolonym. Że można czerpać przyjemność z prozaicznych czynności, jak spacer w ciepły dzień, słuchanie szumu deszczu padającego za oknem czy codzienne witanie się z pieskiem sąsiadów, który za każdym razem cieszy się na mój widok. 


I podobnie myślę o Stonerze. Mimo że jego małżeństwo nie należało do udanych, relacja z córką mocno się popsuła, to jednak odnalazł przyjemność w obcowaniu z literaturą i nauczania studentów, mimo że nie należał do najwybitniejszych wykładowców. Czy jego życie mogło być lepsze? Z pewnością. Czy mogło być gorsze? Oczywiście.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #literatura #czytajzhejto #hejtoczyta

b6de57bb-1485-4d0d-ab98-13de7a908209

Zaloguj się aby komentować

62 + 1 = 63


Tytuł: Happy Game

Developer: Amanita Design

Wydawca: Kepler Amanita Design

Rok wydania: 2021

Gatunek: psychodeliczna gra point and click

Użyta platforma: PC

Czas do ukończenia: 2

Ocena: 8/10


Jako że ostatnio mam troszkę mniej czasu na gierki, postanowiłem zabrać się za bardzo krótkie tytuły, które można ukończyć w parę godzin. Takim tytułem jest właśnie „Happy Game”, które przeszedłem przy jednym, dwugodzinnym posiedzeniu.


Warto zaznaczyć, że uwielbiam produkcje Amanita Design - ich „Machinarium” uważam za jedną z moich najbardziej ulubionych gier – więc gdy zobaczyłem, że „Happy Game” jest dostępne za darmo, momentalnie postanowiłem spróbować. Bo wiecie, bardzo lubię przygodówki, jednakże mam problem z ich kupowaniem - sam nie wiem, dlaczego tak jest, skoro za każdym razem świetnie się przy nich bawię.


Tak też było w przypadku „Happy Game”, które wcale do wesołych gier nie należy. Twórcy ostrzegają o tym na samym początku. Jestem pełny podziwu, że ktokolwiek był w stanie wpaść na tak psychodeliczne obrazy i zastanawiam się, czy to jest jedynie wytwór bardzo bogatej wyobraźni czy ktoś z zespołu deweloperów miał po prostu bad tripa i postanowił przerobić to na gierkę. :')


Sama rozgrywka jest bardzo prosta - polega na ciągnięciu różnych elementów, jakkolwiek by to nie brzmiało, w tym także głównego bohatera.


Fajna przygoda, zdecydowanie polecam.


#gry #pointandclick #epicgames

#gamesmeter

9ba0e8c5-850a-4762-984b-16bbc737955a

Zaloguj się aby komentować

402 + 1 = 403


Tytuł: Bogowie ulicy

Rok produkcji: 2012

Kategoria: Kryminał / Thriller

Reżyseria: David Ayer

Czas trwania: 1h 49m

Ocena: 8/10


Wystarczy mi sam Jake Gyllenhaal jako główny bohater, żebym uznał jakiś film za dobry - do tej pory ani razu się nie zawiodłem na ruchomych obrazkach z jego udziałem. Podobnie było i w tym przypadku. Aktor ma w sobie coś, co okropecznie mnie do niego przyciąga (prawie jak Ennisa do Jacka w „Brokeback Mountain”), ale mniejsza o moje zachwyty osobą Gyllenhaala.


Film z początku jest bardzo chaotyczny w odbiorze i może zniechęcić do dalszego oglądania. Nie pomaga w tym zabieg z relacjonowaniem wydarzeń z podręcznej kamery czy tych montowanych na kamizelkach kuloodpornych policjantów, tak jak szybkie narysowanie trzech ważnych i łączących się ze sobą wątków: policyjnego właśnie, gangu czarnoskórych i gangu latynosów. Jednak warto przebrnąć przez początek.


Film opowiada historię dwóch partnerów policyjnych, którzy mają zadziwiające szczęście (lub pecha) do odkrywania nieprzyjemnych sytuacji. A tu postanowią obserwować dom staruszki, po czym udaje im się zatrzymać gościa w samochodzie z kustomizowaną bronią czy dragami, a to zupełnym przypadkiem wpieprzą się w większą sprawę, wykraczającą poza ich zakres obowiązków.


Skojarzyło mi się to z grą „Ready or Not”, duchowym spadkobiercą serii „SWAT”. Tam również podczas kolejnych misji funkcjonariusze natrafiają na coraz to bardziej chore sytuacje: dziecięcą pornografię, wykorzystywanie nieletnich czy handel żywym towarem. Na ile jest to prawdziwe, trudno powiedzieć, jednakże można uznać, że film pokazuje, z czym muszą się mierzyć niektórzy policjanci w codziennej pracy. Że jednak w swoim zawodzie mogą zobaczyć wiele syfu, którego normalny umysł może mieć problem objąć. No i że sam zawód jest cholernie niebezpieczny i nie dziwię się, że czasem policjantom puszczają nerwy, chociaż nie powinny. Trochę jak z wojskowymi po misjach, którzy są na wiecznej czujce i bez przerwy wyszukują potencjalnego zagrożenia.


Brakowało mi jedynie psychologicznego podejścia - jak służba wpływa na zdrowie psychiczne i zachowanie funkcjonariusza. W historii jest parę trudnych momentów dla bohaterów, po których pytają siebie nawzajem, czy wszystko w porządku. I to tyle - być może ukazanie, jak policjanci radzą sobie z pracą, nie było celem scenarzysty, jednakże nie ukrywam, że mi tego tutaj zabrakło. Niemniej to tylko moje preferencje, że wolałbym trochę więcej głębi.


Wygenerowano za pomocą https://filmmeter.vercel.app


#filmmeter #filmy #ogladajzhejto

30f6ed59-b6de-4a93-8e19-3a6e71c88a02

Zaloguj się aby komentować

385 + 1 = 386


Tytuł: Twoje imię

Rok produkcji: 2016

Kategoria: Anime

Reżyseria: Makoto Shinkai

Czas trwania: 1h 46m

Ocena: 8/10


Ostatnio dowiedziałem się, że w Japonii panuje legenda o Czerwonej Nici Przeznaczenia - niewidzialnej, acz łączącej ze sobą losy dwóch osób nici. W wielkim skrócie: starzec zdradził młodemu chłopcu, że wskazana przez niego dziewczynka zostanie kiedyś jego żoną. I jak to bywa w przypadku młodych chłopców, wizja ta sprawiła, że... rzucił kamieniem w dziewczynkę.


Po latach rodzice chłopca postanawiają zaaranżować małżeństwo. Dorosły już mężczyzna poznał wybrankę dopiero w dniu ślubu. Zachwycił się jej urodą, jednakże zdziwiła go ozdoba, którą nosiła na brwi. Okazało się, że używa jej do zakrycia blizny po... oberwaniu kamieniem w dzieciństwie, który został rzucony przez nieznanego jej chłopaka.


Do tej legendy nawiązuje „Twoje imię”, wykorzystując motyw w postaci czerwonego rzemyka, symbolizującego właśnie Czerwoną Nić Przeznaczenia. Chociaż w przypadku głównej bohaterki kamień był zdecydowanie o wiele większy. :')


Pomysł na historię z pozoru jest ciekawy: nastoletni chłopak budzi się w ciele nastoletniej dziewczyny i niby wszystko wydaje się tylko bardzo realistycznym snem, to jednak okazuje się, że to samo dzieje się w drugą stronę - kontrolę nad jego ciałem przejmuje dziewczyna i jak najbardziej ma wpływ na jego życie. To doprowadza do często zabawnych sytuacji, w których na przykład bliscy i znajomi są zaskoczeni zmianą zachowania o sto osiemdziesiąt stopni z dnia na dzień. Tak samo bohaterowie są zaskoczeni, gdy odkrywają, co w ich życiach namieszała ta druga osoba.


Raczej można się spodziewać, że prędzej czy później oboje zapałają do siebie uczuciem. Przez długi czas zastanawiałem się, dlaczego po prostu do siebie nie zadzwonią, tylko „bawią się” w zostawianie sobie notatek i wiadomości napisanych chociażby na ciele. Sprawa w końcu się wyjaśnia i przyznam szczerze, że od tego momentu jakoś straciłem zaangażowanie w fabułę. Może dlatego, że nie do końca pasują mi oniryczne klimaty, zahaczające o mistycyzm.


Na szczęście anime nadrabia tym, że jest po prostu przepiękne! Warto obejrzeć ten film nawet dla samej warstwy wizualnej. I mimo że czuć tutaj typowe dla tego gatunku naleciałości (nieco zbyt naiwne romantyczne kwestie), to jednak jest to bardzo dobry kawałek kina.


Wygenerowano za pomocą https://filmmeter.vercel.app


#filmmeter #filmy #anime #ogladajzhejto

b357b1f4-e5b7-4696-a657-dd8662c354c0

Zaloguj się aby komentować

791 + 1 = 792


Tytuł: Play Nice. Powstanie, upadek i przyszłość Blizzarda

Autor: Jason Schreier

Tłumacz: Bartosz Czartoryski

Kategoria: reportaż

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Format: e-book

ISBN: 9788383309590

Ocena: 7/10


Czy jestem fanem Blizzarda? Nie powiedziałbym, chociaż z przyjemnością grało mi się w parę gierek, które zostały stworzone przez to studio: „Diablo 2” czy „Warcraft 3” z dodatkiem sprawiły mi mnóstwo radości. Doceniam jednak ogromny wpływ Blizzarda na branżę gier i to, że wykreowali tak wiele znakomitych franczyz, odnosząc sukcesy na różnych polach.


No bo tak: dwie serie świetnych gier strategicznych; niesamowity cykl hack and slashy, który co prawda może z trzecią i czwartą częścią trochę podupadł, ale jednak; MMO, które przez wiele lat (a może i do dzisiaj - aż tak się już tym nie interesuję) nosiło miano króla i wielokrotnie czytałem zapowiedzi potencjalnych pogromców „WoWa” - tyle że nikomu się nie udało; wybitna karcianka; wciągający hero shooter. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że pracownicy Blizzarda po prostu kochali grać w gierki - brali na warsztat tytuły, które bardzo im się podobały, a następnie ulepszali te elementy, które im nie pasowały.


Mimo że wiele z omawianych historii już znałem, to i tak przyjemnie mi się o nich czytało. Jason Schreier raczej pisze dla fanów gierek bądź tego konkretnego studia, jednakże nie zabrakło tłumaczeń niektórych mechanik czy pojęć, które mogłyby być kłopotliwe dla laików - ci również powinni się bez trudu odnaleźć w tym reportażu, napisanym po przeprowadzeniu setek wywiadów z pracownikami Blizzarda. Dodaje to pewnego rodzaju smaczku i otwiera dostęp za kulisy.


To nie tylko historia o pasjonatach, który zmienili oblicze branży i wyznaczyli pewne standardy (do tego stopnia, że ludzie chcieli pracować w Blizzardzie, mimo że ten często płacił gorzej od konkurencji), ale także opowieść o niszczycielskim wpływie chciwej korporacji, myślącej o krótkoterminowych zyskach. Ciekawe, jakby to wszystko się potoczyło, gdyby nie doszło do fuzji Activision z Blizzardem.


Autor poruszył także kwestie kontrowersji związanych z firmą. Między innymi z oskarżeniami o molestowanie seksualne kobiet czy inne niestosowne zachowania, różnice w płacach na tych samych stanowiskach et cetera.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #hejtoczyta #gry

81c213ba-a653-43e9-810c-b317fe7f10f4

Zaloguj się aby komentować

752 + 1 = 753


Tytuł: Invincible 7

Autor: Robert Kirkman, Cliff Rathburn, Ryan Ottley

Tłumaczka: Agata Cieślak

Kategoria: komiks

Wydawnictwo: Egmont Polska

Format: książka papierowa

ISBN: 9788328198517

Ocena: 6/10


Ten tom podobał mi się najmniej z dotychczasowych przeczytanych.


Przede wszystkim: wreszcie dochodzi do wyczekiwanej wojny z Viltrum. Problem w tym, że w moim mniemaniu została przedstawiona bardzo chaotycznie i zbyt szybko się zakończyła - nie obraziłbym się, gdyby ten wątek, po tak długich zapowiedziach, został rozciągnięty na cały tom.


Kolejnym problemem jest to, że Niezwyciężony rzeczywiście jest niezwyciężony. Wiem, jak to brzmi, jednakże parasol ochronny obejmuje także pozostałych ważnych dla fabuły bohaterów, co całkowicie zmienia wydźwięk Bardzo Poważnej Wojny i uświadomienie sobie przez Marka, że nie wszyscy mogą z niej wrócić. Niby ktoś tam ginie, ale nie do końca, ponieważ można go uratować. Trudno się przejmować losem bohaterów.


Chociaż nie ukrywam, że w pewnym momencie wyrwało mi się z ust ciche „o k⁎⁎wa” po zobaczeniu, co się wydarzyło na kolejnej stronie komiksu.


Z zeszytu na zeszyt historia staje się coraz bardziej krwawa i brutalna, jak gdyby Kirkman po początkowych „bezpiecznych” zeszytach wyrobił sobie na tyle mocną pozycję, że pozwolono mu przedstawiać fabułę po swojemu. Nie każdemu może się spodobać taka zmiana klimatu, co jak najbardziej rozumiem, jednakże sam nie mam nic przeciwko widokowi wypadających flaków i oderwanych rąk. Mimo że niespecjalnie przepadam za gore, tak tutaj świetnie to pasuje. W końcu mamy do czynienia z rasą bezwzględnych kosmitów.


Bardzo spodobało mi się otwarte zakończenie wątku Viltrumitów i mam nadzieję, że w kolejnych tomach autor wrócił do niego, żeby pokazać, co z tego wszystkiego mogło wyniknąć.


Co mi się nie do końca spodobało, to dalsze perypetie Marka już po powrocie na Ziemi. Ponownie pojawiają się wątpliwości, czy rzeczywiście słusznie postępuje, próbując ratować ludzi przed zagrożeniem, jednocześnie narażając ich na to zagrożenie. Wystarczy przypomnieć sobie walkę Marka z jego ojcem albo chociażby z poprzedniego tomu z Conquestem, kiedy spora część miasta uległa zniszczeniu. To ogółem ciekawy wątek, z którym do tej pory nie spotkałem się w innych superbohaterskich dziełach (z drugiej strony nie jestem też znawcą podobnych tekstów), że główny bohater w ogóle zastanawia się, czy rzeczywiście jest bohaterem.


Kolejne takie wątpliwości trochę mnie zmęczyły, ponieważ do tej pory Invincible nic z nimi nie robił, oprócz narzekania właśnie - spodziewałem się, że teraz będzie identycznie. Tym większe było moje zdziwienie, gdy tom zakończył się niespodziewanym zwrotem akcji.


Mimo że wciąż śledzę historię z dużym zaangażowaniem, tak tom według mnie jest wyraźnie słabszy od poprzednich. JEDNAKŻE nie mogę się doczekać kolejnych sezonów ekranizacji, ponieważ jestem bardzo ciekawy, jak zostanie zrealizowana wojna z Viltrum.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #hejtoczyta #komiksy #fantastyka

588f0a85-ad7e-49b0-ae6b-179f67036fd8

Zaloguj się aby komentować

Nowa Fantastyka 05/2025


„W sprzedaży pojawiła się majowa "Nowa Fantastyka", której okładkę zdobi przepiękna grafika z najnowszej powieści Thomasa Olde Heuvelta pt. "Wyrocznia".


W numerze znajdziecie wiele smakowitych kąsków. Na pierwszy ogień idzie artykuł Michała Szymańskiego, w którym autor w oparciu o przeprowadzoną przez siebie ankietę stara się przedstawić portret polskiego fandomu fantastycznego. Lektura na pewno daje do myślenia. W tym miesiącu obchodzimy też na naszych łamach 70. rocznicę powieściowego debiutu Philipa K. Dicka - "Słonecznej loterii". Oprócz klasyki SF mamy również wywiad z przedstawicielką nowego pokolenia twórców, Soyoung Park, której dylogia "Snowglobe" szturmuje listy bestsellerów. W kolejnym odcinku "Fantastyki z lamusa" przeczytacie o filmie "6 godzin życia" z 1932 roku, a fanów uniwersum DC czeka artykuł o nowym animowanym serialu "Koszmarne Komando", stanowiącym kolejny krok wprowadzający widzów w czasy panowania Jamesa Gunna w DCU.


W dziale opowiadań czeka na Was aż dziewięć tekstów - cztery polskie i pięć zagranicznych - a wśród autorów m.im. Łukasz Kucharczyk, Wołodymyr Kuzniecow i Michela Lazzaroni. A do tego drugie komiksowe spotkanie z Ćmą, felietony, recenzje i inne stałe fragmenty gry.


"Nową Fantastykę" możecie kupić w szanujących się kioskach i empikach, a także w księgarni stacjonarnej wydawnictwa Prószyński i S-ka przy ul. Rzymowskiego 28 w Warszawie. Niezmiennie najbardziej korzystną opcją kupna jest roczna prenumerata, którą możecie znaleźć w Gildii - towarzyszy jej tradycyjnie promocja z prezentem książkowym - tym razem do wyboru efektowne wydanie "Miasteczko Salem" lub popularnonaukowa "Moralna AI".


NF jest też dostępna w Nexto oraz Legimi - w formatach czytnikowych epub i mobi oraz w pdf.


Prenumeratę "Nowej Fantastyki" znajdziecie pod tym adresem internetowym:

https://www.gildia.pl/nf


E-wydanie, które również możecie zaprenumerować, na platformie Nexto:

https://www.nexto.pl/e-prasa/nowa_fantastyka_p1204368.xml


NF w Legimi:

https://www.legimi.pl/katalog/?searchphrase=nowa%20fantastyka&sort=score


Bądźcie z nami!”


#ksiazki #czytajzhejto #fantasy #sciencefiction #fantastyka #hejtoczyta

35e36363-ab80-48bb-aa41-59c93d7d8c32

Zaloguj się aby komentować

Z racji tego, że dzisiaj jest Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich, chciałbym przypomnieć swój dość leciwy już, ale zadowalający mnie (chociaż mam w planach odrestaurowanie go) tekst o tym, czy e-booki to czytelnicza przyszłość.


Można go przeczytać także na blogasku:


https://cyberpunkowyneuromantyk.blogspot.com/2021/01/cyberpunkowe-przemyslenia-czy-e-booki.html


Chciałem raz pożyczyć „kilka” książek od mojej znajomej. Skończyło się na tym, że w torbie podróżnej znalazło się ponad trzydzieści różnych pozycji (niech żyje brak zdecydowania!). Dodajcie do tego ciuchy na cały tydzień i wyjdzie Wam całkiem niezły ciężar do dźwigania. Sam chciałem. Tamta sytuacja dała mi dużo do myślenia. Zainteresowałem się czytnikami e-booków. Wizja posiadania wszystkich książek w jednym małym urządzeniu była bardzo kusząca. Tak bardzo, że w końcu kupiłem mój pierwszy czytnik. Służył mi dzielnie przez kilka lat, a gdy sprawiłem sobie nowy, równie dzielnie służył mojej cioci.

Książki to były kryształki z utrwaloną treścią. Czytać można je było przy pomocy optonu. Był nawet podobny do książki, ale o jednej, jedynej stronicy między okładkami. Za dotknięciem pojawiały się na niej kolejne karty tekstu. Ale optonów mało używano, jak mi powiedział robot-sprzedawca. Publiczność wolała lektany – czytały głośno, można je było nastawiać na dowolny rodzaj głosu, tempo i modulację.


Tak pan Stanisław Lem, w swoim „Powrocie z gwiazd” z 1961 roku, pisał o e-bookach (i audiobookach), chociaż nazwał je inaczej. Na swój sposób przewidział przyszłość.


Ale czy e-booki rzeczywiście zastąpią papierowe książki?


Przed wynalezieniem druku przez Gutenberga, książki były przepisywane ręcznie. Cały proces był czasochłonny i trudny; spróbujcie przepisać całą powieść bez ani jednej pomyłki. Czasem też kopiści zmieniali treść, bo wydawała im się nieodpowiednia. Trudno się dziwić, że tak wiele osób nie potrafiło wtedy czytać oraz że książki były drogie.


Wszystko zmieniło się w roku 1450. Nareszcie można było w łatwy i szybki sposób zrobić nie jedną, ale wiele kopii. Miało to ogromny wpływ chociażby na edukację, ale nie o skutkach wynalezienia druku chcę pisać. No, nie do końca. Mnisi stracili pracę, ponieważ coraz mniej osób zlecało im przepisanie książki. Czy to dobrze, czy nie, nie mnie oceniać.


Do czego jednak zmierzam?


Skoro wynalezienie druku sprawiło, że ręczne, mozolne i arcytrudne przepisywanie książek przeszło do historii, to dlaczego e-booki nie zrobiły tego samego? Z technicznego punktu widzenia powinny mieć tak wielki wpływ, jak druk - przecież przez brak fizycznej kopii zdecydowanie ułatwiają ich kopiowanie. Wystarczy na komputerze użyć odpowiedniego skrótu, by mieć drugiego e-booka. Dlaczego ludzie wciąż wolą czytać wydania papierowe? Wydaje mi się, że znam odpowiedź. Albo nawet kilka. Oczywiście wszystkie dotyczą sytuacji w Polsce.


1. Ludzie to tradycjonaliści, którzy nie lubią korzystać z nowych technologii. Oczywiście nie mam zamiaru uogólniać, ale tak szczerze, to ile starszych osób korzysta chociażby ze smartfonów czy komputerów? Wiem, że pod tym względem jest coraz lepiej, coraz więcej ludzi się do tego przekonuje, ale myślę, że jednak więcej osób jest na „nie”. Bo nowe, bo „komputer”, bo coś tam.


2. Aspekt technologiczny. Gdy zdecydowałem się na kupno czytnika, szukałem w Internecie informacji o różnych modelach. I tu pojawia się problem: który wybrać. Czy postawić na dość znany Kindle od Amazona, polski inkBook czy może mało znany francuski Cybook od firmy Booken? Czy wziąć z systemem pracującym na Androidzie, czy na jakimś innym? Duży czy mały? Jak długo wytrzymuje bateria? Czym się różnią formaty epub, mobi oraz PDF? Jest wiele rzeczy, które początkujący musi sprawdzić, żeby potem nie żałować swojej decyzji. A co z papierową książką? Wystarczy wejść do biblioteki/księgarni i wypożyczyć/kupić. W innych sklepach będzie się najwyżej różnić ceną (pomijam kwestię różnych wydań i twardej/miękkiej oprawy).


3. Następny aspekt technologiczny. Kiedyś czytałem, że raptem jedna trzecia osób czytających e-booki korzysta z czytników. Reszta używa tabletów, smartfonów i komputerów. Skoro się da, to dlaczego inwestować w dodatkowe urządzenie? Chociażby dlatego, że od czytania na ekranie tabletu bolą oczy, podobnie jest z monitorem komputera czy smartfona. Ludzie myślą też tak o czytnikach, co akurat jest błędne, zważywszy na technologię w nich wykorzystywaną. Ale nie da się tego wytłumaczyć każdemu.


4. Aspekt kolekcjonerski. Kiedy wchodzę do czyjegoś mieszkania, od razu widzę, czy właściciele czytają książki. Wystarczy poszukać jakichś regałów czy półek. Przy okazji równie łatwo określić wielkość zbioru. Krótko mówiąc, można się chwalić. W przypadku e-booków, no cóż, nie da się ich postawić na półkach, chyba że na tych wirtualnych. Odpowiednikiem pokoju przerobionego na dobrze zaopatrzoną, domową biblioteczkę, jest jedno urządzenie, często mieszczące się w kieszeni spodni. Czymś takim ciężko się pochwalić.


5. Opinia przeczytana w Internecie. E-book to nie prawdziwa książka. Jeśli komuś jest lepiej z taką myślą, to jego wola, nie ma co na siłę nikogo przekonywać. Po prostu zauważyłem tendencję do częstych kłótni na linii: zwolennicy książek elektronicznych i tych papierowych. Najczęściej, co mnie dziwi,j wywołują je ci drudzy, jakby przeszkadzało im, że ktoś woli korzystać z czytników.


Ogółem odnoszę wrażenie, jakoby ludzie czytający książki czuli się lepsi od innych, bardziej inteligentni et cetera, o czym można przekonać się na dowolnej facebookowej grupie skupiającej zwolenników czytania.


6. Aspekt dostępności. Papierową książkę teoretycznie łatwiej pożyczyć. Po prostu idziemy, bierzemy z półki i tyle, bez kombinowania z włączaniem komputera, noszenia kabla czy włączania Internetu. Papierową książkę teoretycznie łatwiej też przeczytać. Bierzemy i czytamy, nie martwiąc się, czy wystarczy nam baterii, czy będzie działać na naszym urządzeniu. Jedynie światło, a raczej jego brak, może być problemem. Piszę „teoretycznie”, bo wszystko zależy od osobistych preferencji.


7. Aspekt cenowy. Teoretycznie e-booki powinny być dużo tańsze od papierowych wersji. W końcu odpadają koszty druku, magazynowania et cetera. Często zdarza się jednak tak, że ceny utrzymują się na tym samym poziomie albo na korzyść papieru. Dlaczego tak jest? Oczywiście żeby zachęcić do kupowania tradycyjnych książek. Jedna osoba, która wydała własną powieść powiedziała, że w momencie pojawienia się e-booka straciła dochody z papieru. Elektroniczną książkę można w bardzo łatwy sposób „spiracić” i upowszechnić całkowicie za darmo, a jestem pewien, że wydawnictwa zdają sobie sprawę z tego ryzyka.


Nawet niedawna obniżka podatku VAT na e-booki nie sprawiła, że ceny drastycznie spadły. Wydawnictwa, księgarnie i pośrednicy mają po prostu więcej do podziału.


Myślę, że wymieniłem wszystkie najważniejsze powody, dla których na razie wygrywają tradycyjne papierowe książki. Uważam, że w najbliższych kilkunastu latach sytuacja się nie zmieni, ale jestem przekonany, że e-booki stanowią czytelniczą przyszłość, o ile następne pokolenia w ogóle będą chciały czytać. ; )


Argumenty?

Proszę bardzo.


Po pierwsze: czytniki naprawdę potrafią ułatwić czytanie. Między innymi oferują możliwość zmiany czcionki na bardziej czytelną i przede wszystkim większą, czego nie spotkamy w przypadku papierowych wersji. Macie problemy z czytaniem drobnych literek albo męczy się Wam wzrok? Czytnik jest dla Was.


Czcionka to jedno, rozmiar książki — drugie. Czekacie w kolejce w sklepie? Stoicie w ścisku w tramwaju czy autobusie i chcielibyście poczytać? Żaden problem. Czytnik można śmiało trzymać w jednej ręce, by w razie potrzeby bez problemu schować do kieszeni lub go z niej wyciągnąć. W przypadku papierowych wydań nie zawsze jest to takie łatwe. Niektóre, jak „To” Kinga czy „Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa” to ciężkie i obszerne knigi. Owszem, istnieją wydania kieszonkowe, ale wtedy w parze z małym rozmiarem idzie mała czcionka.


Jedziecie pociągiem, jest noc, chcielibyście poczytać, ale nie chcecie włączać światła, by nie obudzić pozostałych pasażerów w przedziale? Sporo czytników oferuje opcję podświetlania ekranu, co rozwiąże Wasz problem.


Po drugie: wspomniana przeze mnie możliwość trzymania całej biblioteki w jednym małym urządzeniu, co idealnie sprawdza się podczas częstych podróży lub dłuższego urlopu, na który chcielibyście zabrać kilka bądź kilkanaście pozycji. Nie dość, że nie zabiera dużo miejsca (wspomniana kieszeń spodni), to jeszcze macie dostęp do ilu tylko chcecie książek. Skończy się zapas? Wystarczy dostęp do Internetu i można zakupić kolejne powieści, które dostaniecie praktycznie od razu.


Przydatne też dla osób, które cenią sobie minimalizm lub nie chcą marnować miejsca na regały czy półki. Gdzieś te wszystkie książki trzeba przecież trzymać, a jeśli nie na półkach, tylko w kartonach, to po co w ogóle je mieć?


Po trzecie: dostępność. Obędzie się bez sytuacji*, w których wydawnictwo stwierdza, że nie zrobi dodruku. Tu mogę przytoczyć własną: brakowało mi dwóch ostatnich części wiedźmińskiej sagi w białym wydaniu, których nie można było już zdobyć w sklepach (przyznaję, że popisałem się głupotą, odwlekając zakup, gdy było to jeszcze możliwe, ale kto by się spodziewał?), więc pozostało mi jedynie odkupić używane tomy od osoby prywatnej.


Można tutaj dodać też możliwość zabezpieczenia swoich plików poprzez wrzucenie ich na wirtualny dysk.


Po czwarte: wyszukiwanie informacji jest o wiele łatwiejsze. Chcecie przypomnieć sobie jakiś ważny dla Was fragment? Musicie wertować strony książki… albo po prostu wpisać zdanie w ramach wskazówki. Podobnie z robieniem notatek, zaznaczaniem fragmentów et cetera. To wszystko można z powodzeniem zrobić również w przypadku papieru, ale elektronika zdecydowanie to ułatwia. Może się to przydać podczas pisania różnego rodzaju prac, chociażby na studiach.


Po piąte: napisałem, że do e-booków może zniechęcać ich cena, zazwyczaj niewiele niższa od cen papierowych wersji. Jednak często pojawiają się promocje: swego czasu otrzymałem kod na pięćdziesięcioprocentową obniżkę na książki, wliczając w to też obniżone już e-booki. Piętnaście złotych za jedną powieść to niezbyt wygórowana cena.


Podobnie jest z pakietami e-booków, wśród których królowały, przynajmniej moim zdaniem, te od artrage.pl. Trzydzieści parę złotych za sześć książek? Proszę bardzo.


Nie można też zapominać o Legimi, czyli serwisie oferującym prawie nieograniczony dostęp do ogromnej bazy e-booków i audiobooków. Bardzo fajna inicjatywa, szczególnie dla osób, które czytają naprawdę dużo w ciągu miesiąca. Wtedy czterdzieści złotych za abonament, z którego możemy zrezygnować w dowolnym momencie, nie wydaje się wielkim wydatkiem, kiedy podzielimy go przez liczbę przeczytanych książek. Cztery złote za sztukę? Śmiech na sali.


Dodatkowo coraz więcej bibliotek oferuje dostęp do nieco okrojonej, ale darmowej, bibliotecznej wersji Legimi.


Oczywiście nie mam zamiaru przekonywać nikogo do kupna czytnika. Technologia lubi się psuć (chociaż Cybook, czyli ten „mój pierwszy”, nadal świetnie działa pomimo upływu lat), a sam czytnik to wydatek często kilkuset złotych już na starcie, do tego trzeba doliczyć oczywiście cenę poszczególnych powieści, które chcielibyście przeczytać. Mnie samemu zdarza się kupować papierowe wersje, ze względu na estetykę (antologię „Inne światy” kupiłem w papierze dla obrazów, a „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach” ze względu na prześliczne wydanie). Czasopisma, komiksy czy mangi też wolę w tradycyjnej formie, ale powieści i opowiadania czytam głównie na czytniku. Wygoda, łatwy dostęp i możliwość czytania w praktycznie każdych warunkach, to ważne dla mnie rzeczy, ale każdy ma swój gust.


Pewnie mogę się mylić, że e-booki to czytelnicza przyszłość, ale wystarczy spojrzeć chociażby na gry komputerowe, gdzie cyfrowa dystrybucja pokonuje tradycyjne pudełka. Jestem przekonany, że to samo kiedyś stanie się z papierowymi książkami i każdy będzie miał przy sobie swój własny czytnik (albo wszczepiony – vide cyberpunkowe ulepszenia).


Do następnego!


* Głównym niebezpieczeństwem jest wygaśnięcie licencji na sprzedaż e-booków, co na przykład spotkało niektóre z powieści wchodzących w cykl „Świat Dysku” Pratchetta.


#ksiazki #czytajzhejto #przemyslenia #tworczoscwlasna #ebook

7fab77e9-5d69-4e08-876d-9a596047ec8c

I jedno i drugie - mam bibliotekę na dysku sieciowym i na czytniku i mam bibliotekę w domu. Niektórych książek nie widzę potrzeby trzymania długimi latami w domu, niektóre warto mieć w papierze. Zdarza się, że przeczytam książkę na kindlu a i tak sobie kupię papier bo tak mnie zainspiruje.

Bardzo dobry tekst, sama się wpisuje w aspekty o których mówisz i w zasadzie nigdy jakąś mocniej się nad tym nie zastanawiałam, mocno się utrzymuje przy myśli że wolę przerzucać kartki ręcznie, czuć ich zapach i móc postawić je na półce. A przede wszystkim ciężko mi uciec od przekonania, że czytelnik męczy oczy, ale może rzeczywiście powinnam się przekonać, zwłaszcza że czasem zdarza mi się kupić książkę która jest nieudanym zakupem i potem tak zalega na półce bo nie mam co z nią zrobić, a jedyne książki które udało mi się odsprzedać to te po angielsku 😅

@Cori01


Że ekran czytnika męczy oczy, to dosyć powszechne przekonanie - a nic bardziej mylnego!


Oczywiście jak się czyta nałogowo, jak ja kiedyś podczas jednego urlopu, to rzeczywiście oczy miałem bardzo zmęczone. :')

Jestem wyznawcą Kindla.

Czytam mnóstwo, w papierze kupuję mało - w zasadzie tylko książki, których nie ma w formie cyfrowej.

Wygoda używania jest nie do przecenienia!

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

713 + 1 = 714


Tytuł: Myszy i ludzie

Autor: John Steinbeck

Tłumacz: Zbigniew Batko

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Format: e-book

ISBN: 9788382950809

Ocena: 8/10


Piękna, choć prosta opowieść.


Od samego początku poczułem się prawie jak w domu. Steinbeck swoim czasem ciut zbyt oszczędnym stylem opowiedział historię zadziwiająco... komfortową? Nawet pomimo tego, że poruszona tematyka nie należy do najprzyjemniejszych, a zakończenie do najłatwiejszych.


Tym bardziej, że do samego końca trzymałem kciuki za dwóch głównych bohaterów, których nietypowa relacja poruszyła struny mojej duszy.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #literatura #klubczytelniczy

196c696f-452f-49a5-8f4a-b1229265b8b2

Zaloguj się aby komentować

C'mon do something.


Jakby ktoś nie wiedział, to moll założyła społeczność „Szukam Ludzia”, gdzie można się ogłaszać, żeby znaleźć swojego człowieka.


https://www.hejto.pl/wpis/zgodnie-z-zapowiedziami-w-hejtoswatki-utworzylam-spolecznosc-do-poznawania-innyc


A że ja bardzo lubię czytać opisy ludzi (taka tam moja grzeszna przyjemność), to gorąco zachęcam do skorzystania. :')


PS. Gdyby ktoś wątpił, czy to działa - potwierdzam, że tak. :')


#heheszki #memy #humorobrazkowy #zwiazki #tinder

883e42e8-6f4a-48d9-9c14-4506607f4dad

@cyberpunkowy_neuromantyk nikt Cię nie oleje/wysmieje/zdradzi/zawiedzie jeśli nikogo nie poznasz. Także nie spodziewaj się by ktoś się wystawił na ostrzał

824b0bf7-dbd9-4896-a99c-64f287890aac

Zaloguj się aby komentować