Wojciech Gunia poinformował, że zawiesza projekt o nazwie „Sny Umarłych”, czyli corocznych antologii z polskimi opowiadaniami weird fiction. Pierwszym powodem jest brak czasu, drugim znikomy odzew i nieopłacalność inicjatywy, której wydawania podjęło się Wydawnictwo IX.
I nie dziwię się. Zajrzałem na LubimyCzytać - antologia z 2024 roku ma 21 ocen i 4 opinie, z czego jedna została napisana przez jedną z autorek. Bądź co bądź bardzo kiepski wynik. Tym bardziej, że autorów było 19.
Oczywiście jest to bardzo niszowy tytuł. Nie dość, że zbiór opowiadań (a te niestety są w Polsce mniej popularne od grubaśnych powieści), to jeszcze weird fiction - ilu z was w ogóle słyszało o tym gatunku?
Wielka szkoda, że taki projekt upadł. Zawsze czuję się odrobinę winny, że nie czytałem i nie kupowałem. Nie jest to mój konik, a i nie mam wystarczająco dużo funduszy, żeby wspierać wszystkie warte uwagi inicjatywy (a chciałbym!), ale i tak jest mi przykro, gdy ktoś lub coś kończy dzialalność.
Dlatego tak bardzo staram się promować „Nową Fantastykę”, która w Polsce jest ostatnim tego rodzaju czasopismem z fantastycznymi opowiadaniami. Jasne, mam w tym swój osobisty interes - raz, że uwielbiam opowiadania, dwa, chciałbym opublikować swój tekst na ich łamach - jednocześnie po prostu nie lubię, kiedy kończą się fajne rzeczy.
Stąd mój mały apel do tych, którzy trafią na mój post: gdy przeczytacie coś, w szczególności coś niszowego, napiszcie o tym na tagu bookmeter i chociażby na LubimyCzytać czy innych agregatorach opinii. Poczta pantoflowa potrafi dużo pomóc.
U nich nie ma woke :p rasizm jest na porządku dziennym, są na przykład knajpy w których obsługują dziewczyny w kusych strojach uczennic. Nie spinają się ;)
Film zaczyna z grubej rury - przedstawia różne relacje z zamachu na World Trade Center. Między innymi rozmowy telefoniczne ofiar.
Chwilę później jest jeszcze mocniej, ponieważ jesteśmy świadkami torturowania zakładnika przetrzymywanego przez CIA. Zacząłem się zastanawiać, czy człowieka, który pomógł w doprowadzeniu do śmierci kilku tysięcy osób, powinno się traktować humanitarnie? Skoro on nie uszanował czyjegoś życia, to czy zasługuje, by uszanować jego?
Nie mam żadnej odpowiedzi na tak trudne pytanie.
Na szczęście potem reżyserska postanowiła dać widzowi odpocząć i tempo mocno spadło, co ma swojego zalety, ale i może też znudzić, jako że film trwa prawie trzy godziny. Potem czekałem już tylko na misję wyeliminowania Osamy bin Ladena. Z tego, co pobieżnie przeczytałem, film wydaje się całkiem nieźle odwzorowywać operację. Przynajmniej według dostępnych informacji.
Wiele się słyszy o zjawisku „enshittification” (zabawne jest polskie tłumaczenie - „gównowacenie”), czyli pogarszaniu jakości usług.
Netflix - kiedyś zachęcano do dzielenia się hasło, dzisiaj trzeba dopłacać, jeśli chce się komuś legalnie udostępnić hasło.
HBO, Disney+ - pakiety z reklamami lub wyższe ceny
GamePass - podniesienie cen, wprowadzenie różnych progów
GeForce Now - ograniczenie do 100 godzin miesięcznie
I tak dalej, i tak dalej.
Ale jako że mam dzisiaj bardzo dobry humor, to nie poprzestanę na narzekaniu. Za to chcę pochwalić... Spotify.
Cena na niezmiennym poziomie, do tego nie robią problemu przy współdzieleniu abonamentu. A co najlepsze, ulepszają swoją usługę, a nie sprawiają, że jest coraz gorsza.
Przykład?
Parę miesięcy temu dodali możliwość wybrania jakości odsłuchiwanych utworów. Można nawet wybrać FLAC, czyli tą najlepszą najlepsiejszą. Normalnym użytkownikom pewnie nie zrobi to większej różnicy, jednakże jestem nieco audiofilskim zjebem - może i nie kupuję złotych kabli, ale nie oszczędzam na sprzęcie do słuchania muzyki. Dzięki temu już nie muszę wyszukiwać muzyki w necie w dobrej jakości, tylko mam wszystko pod ręką.
Niedawno odkryłem też, że na smartfonie z użyciem Spotify można się bawić w amatorskiego DJ'a. Kiedyś myślałem, żeby kupić konsolę i robić mixy dla samego siebie - teraz już nie muszę inwestować w sprzęt, tylko mogę się pobawić na Spotify. Pewnie oferuje okrojone możliwości względem mniej lub bardziej profesjonalnego sprzętu, ale jak dla osoby, która nigdy wcześniej się tym nie zajmowała, w zupełności mi wystarczy, że mogę zrobić przejścia pomiędzy utworami tak, jak mi się to podoba. : D
No oni też wprowadzają utwory generowane przez AI i tego jakoś specjalnie nie opisują. Masz na myśli przejścia między utworami gdzie możesz wybrać ile sekund Ci utnie z kawałka poprzedzającego? Obojętnie jaka lista,bwszedzie podobne kawałki
Ja mam automatyczne odtawrzanie Spotify po podłączeniu do samochodu i tam z jakiegoś powodu do wyboru są tylko "playlisty polecane przez Sdpotify", i mogę wybrać tylko automatyczne playlisty typu "daily list #1" lub "top rock music of 90s".
I tego czasami się po prostu słuchać nie da, bo to dosłownie brzmi jak "human music" dla Jerry'ego.
Tak swoją drogą to enshitification tych wszystkich usług jest nieunikniona. Wystarczy sobie zajrzeć do raportów finansowych tych firm żeby wiedzieć dlaczego.
Wszystkie te usługi w fazie zbierania użytkowników są ogromnymi spalarniami pieniędzy. Korporacje chcą na nich kosić hajs, a nie dokładać, więc zmiana warunków na gorsze jest po prostu nieunikniona.
Co głupsze firmy jak Spotify nawet nie mają pomysłu jak zarabiać na swoim biznesie, wiec turbo-enshitification po osiągnięciu max użytkowników dla niektorych chyba będzie sporym zdziwieniem.
Bardzo podoba mi się podejście pani prezydent mojego rodzinnego miasta.
Ostatnio głośno zrobiło się o tym, że Multikino kończy działalność w #swinoujscie. Od razu pojawiły się głosy, że to na pewno wina pani prezydent, że nic nie zrobiła, by kino zostało, że zaraz w tym mieście nic nie będzie i inne takie teksty.
Na co pani prezydent przeprowadziła na swoim facebookowym profilu sprawdzanie faktów:
Ani Multikino, ani galeria, w której mieści się kino, nie włączyły miasta w proces informacyjny o zakończeniu umowy. Miasto dowiedziało się o tym... z mediów.
Kończy się umowa zawarta jeszcze przez Cinema 3D, które zostało wchłonięte przez Multikino, i Multikino postanowiło jej nie przedłużać.
Multikino notuje spadek zainteresowania. Z jednej strony się nie dziwię, ponieważ najtańsze bilety niby kosztują 21,90 PLN, ale na miejsca najbliżej ekranu. Dalsze miejsca kosztują już odpowiednio 29,90 PLN i 39,90 PLN. Nie ukrywam, że ceny skutecznie zniechęciły mnie do pójścia na seans, gdy byłem w lato w domu. A nie są to duże sale - patrzę na jedną, która ma zaledwie sześć rzędów.
Pani prezydent wytłumaczyła, że tak jak kiedyś kino Rybak przegrało z kasetami i ich wypożyczalniami, tak teraz kina przegrywają z serwisami streamingowymi.
I co najważniejsze: pani prezydent poinformowała o planach ogłoszenia przetargu na przebudowę sali teatralnej MDK i dostosowaniu jej pod otworzenie kameralnego kina, obsługiwanego właśnie przez MDK. Pamiętam, że kiedyś MDK puściło tam film, na który się wybrałem, i było to całkiem w porządku doświadczenie, więc to będzie dobra alternatywa dla „komercyjnego” kina.
Miło, że prowadzi kampanię informującą i wyjaśniającą. Często pojawiają mi się jej posty o różnych wydarzeniach, co tydzień wrzuca podsumowanie tego, co udało się miastu osiągnąć albo nad czym pracuje.
Trudno ocenić, czy jej działania zmieniają miasto na lepsze, ponieważ w nim nie mieszkam od ładnych paru lat, jednakże dobrze, że pani prezydent komunikuje, co się dzieje i będzie się działo.
I nie, nie jestem w żaden sposób politycznie z nią związany. ; )
@cyberpunkowy_neuromantyk To nie jedyne miasto, w którym się zamyka. No cóż, mam wrażenie że popłynęli na swojej chciwości. Koszt obejrzenia jednego filmu dla całej rodziny i to bez kupowania przekąsek, to tyle co obiad dla tej rodziny na mieście.
Serio spina im się, że w tygodniu filmy lecą praktycznie dla pustej sali, niż mieliby zrobić w tygodniu bilety po 10 pln?
Wyświetlanie filmu to praktycznie tylko koszty stałe, bez różnicy czy tych oglądających będzie 10 czy 50.
@GazelkaFarelka True. Ceny biletów w Multikinie, to kpina. Jak idziesz z dziećmi, to już jest niemal luksusowy wydatek. Do tego masz w pakiecie pół godziny reklam. Panie a idź pan...
Scenariusz i gra aktorska stoją na dość przeciętnym poziomie, jednakże nie to jest najważniejsze w tym filmie, a oczywiście sceny walk. A te stoją na naprawdę wysokim poziomie i są realistyczne - w końcu w filmie wzięli udział prawdziwi członkowie Navy SEALs i SWCC, których nazwiska nie pojawiają się w napisach końcowych z powodu chęci zachowania anonimowości.
Jak zwykle po takich ruchomych obrazkach nachodzi mnie myśl, czy żołnierze powinni zakładać rodziny. Z jednej strony nie: dla żon, dzieci czy innych bliskich to na pewno stresujące, gdy ich mąż/ojciec/syn bez przerwy się naraża podczas misji i nie wiadomo, czy wróci cały czy w ogóle żywy. Z drugiej strony tak: żołnierze mają dodatkową motywację, żeby zrobić wszystko, by przeżyć.
Podziwiam też siłę charakteru. Jeden z ich kumpli mocno oberwał, a mimo to nie wpadają w panikę, tylko dalej robią swoje. Kończą misję, opatrują rannego i tyle, emocje zostawiając na później.
Podziwiam też gotowość do oddania życia za członków oddziału. Rzucenie się na granat, by przykryć go własnym ciałem, żeby pozostałym nic się nie stało, to z pewnością ogromna walka z instynktem, który prawdopodobnie kazałby schować się w bezpiecznym miejscu, o ile takie by się znalazło.
Tytuł: PoznAI przyszłość. Opowiadania o umyśle i nauce
Autor: Magdalena Salik, Rafał Kosik, Michał Protasiuk, Janusz Cyran, Aleksandra Zielińska, Michał Cetnarowski, Wojciech Gunia, Radek Rak, Olga Niziołek, Justyna Hankus
Kategoria: fantasy, science fiction
Wydawnictwo: Powergraph
Format: e-book
ISBN: 9788367845380
Liczba stron: 473
Ocena: 7/10
Antologia opowiadań fantastycznych poruszających tematykę edukacji i sztucznej inteligencji.
Szkoda, że tekst Radka Raka otwiera antologię. Rozumiem, że jest oczkiem w głowie wydawnictwa, szczególnie po otrzymaniu nagrody Nike, jednakże jego opowiadanie jest najgorsze z całego zbioru i obawiam się, że po jego przeczytaniu łatwo się zniechęcić do reszty. Do tego stworzył bardzo irytującą główną bohaterkę, najprawdopodobniej świadomie, więc o tyle fajnie, że pokazał o tej patologii wśród nauczycieli, jakiej sam doświadczyłem podczas edukacji - że ci nie pomagają uczniom, której tej pomocy potrzebują, tylko wręcz stają przeciwko im.
Na szczęście im dalej w antologię, tym lepsze teksty.
„SPONAR” Protasiuka według mnie z wykorzystaniem motywu szkolenia modeli sztucznej inteligencji przez uczniów sugeruje, że lepsza jest nauka myślenia i samodzielnego wyciągania wniosków niż wtłaczanie wiedzy w puste głowy. Miałem tak na historii w szkole średniej - historyczka wymagała od nas nie znajomości suchych danych, a opisywania wydarzeń: co je spowodowało, jaki był ich przebieg i skutek. Bardzo dobre podejście.
„Latimeria, latimeria” z kolei między innymi pokazuje, że zachowanie kolejnego pokolenia może odbiegać od tego, co znamy. Już zresztą się tak dzieje - trudniej jest nawiązać szkolne czy uczelniane znajomości, jeśli nie ma się ze sobą kontaktu fizycznego. Brat koleżanki ze studiów miał tak, że przez lockdown swoich „kolegów” zobaczył dopiero na trzecim roku, więc byli dla siebie kompletnie obcymi ludźmi. Justyna Hankus wspomina o ćwiczeniach i zwrotach face-to-face, o smalltalku. Oczywiście zdalnie. ;') To nie jest motyw przewodni opowiadania, jednakże dało mi dużo do myślenia. Mimo że wychowałem się w świecie z internetem, do którego dostęp miałem od najmłodszych lat (mama była wtedy pasjonatką nowych technologii), to jednak internet stanowił dla mnie substytut i ciągnęło mnie do znajomości realnych. Dopiero w latach nastoletnich stał jedynym miejscem, w którym mogłem znaleźć osoby chociaż trochę podobne do mnie. Trudno sobie wyobrazić, jak to wygląda w przypadku dzieci, dla których TikTok czy Instagram to coś normalnego, a nie nowinki. I trudno je też oceniać.
W „Kodeksie Umysłu” Kosika mamy do czynienia z dość ciekawym zabiegiem - wypowiedzi sztucznej inteligencji cytującej tytułowy kodeks zostały wygenerowane przez sztuczną inteligencję. To może budzić kontrowersje, ale mnie zaintrygowała taka decyzja.
Ponadto opowiadanie przekazuje dość brutalną prawdę, że nie mamy równych szans i nigdy tak nie będzie. Bogatsi będą coraz bardziej się oddalać od biednych - jak masz pieniądze, możesz zapewnić dziecku najlepszą edukację, lepszy start w życiu et cetera, powodując, że już na początku dorosłości będzie „o wiele dalej” względem rówieśników, którzy dopiero muszą zarobić na swoje pierwsze mieszkanie.
Oczywiście bohaterowie nie mają tej pewności - dziewczyna głównego bohatera podejrzewa to, jest wręcz przekonana, że tak właśnie się dzieje, że niektórzy otrzymują lepszą edukację od innych. Tu mały spoiler, ale autor bardzo mnie zaskoczył pod koniec opowiadania.
„Portret Emilii Wierzbanowskiej” zachwycił mnie ideą wykorzystania bakterii z zaszczepionym genem bioluminescencji do oświetlania miast przyszłości. Intrygujący pomysł, bardzo mi się spodobał.
Dodatkowo przypomniał mi opowieść mamy, że przedszkolaki potrafią dopiero w przedszkolu po raz pierwszy w życiu trzymać kredki, o takiej plastelinie nawet nie wspominając. Co jest dla mnie niewyobrażalne, ponieważ odkąd pamiętam, męczyłem mamę o kupowanie różnych kredek i innych takich, chociaż do dzisiaj nie przejawiam talentu artystycznego. ; ) No ale obecne dzieciaki mają znacznie ciekawsze pokusy niż bazgranie po kartce.
„Cięcie nici babiego lata” Wojciecha Guni otworzyło mi oczy na możliwe inne zastosowania VR, w który „zanurzamy się pełnym ciałem”. Państwo czy ktokolwiek inny mógłby wykorzystać takie doświadczenia do szkolenia i zaszczepiania odpowiedniej postawy w obywatelach na wypadek kolejnej wojny. Wszystko w ramach pozornie nieszkodliwych lekcji historii.
„Atlas chwastów” to dla mnie historia o tym, że w dorosłym życiu często zapominamy o rzeczach, które sprawiały nam przyjemność w dzieciństwie. Głównie chodzi o różne działania artystyczne, jak chociażby kolorowanki. Zajmujemy się Bardzo Poważnymi Sprawami Dla Dorosłych, nie dbając o wewnętrzne dziecko, które potrafi się cieszyć z byle czego.
„Sposób nauki” Cetnarowskiego przypomina mi trochę „Linię oporu” Dukaja, ale tylko trochę.
To kolejne opowiadanie, które dało mi do myślenia - w kontekście opinii o powieściowym „Łowcy androidów” piszę głównie o ludziach, którzy w odróżnieniu od androidów są w stanie odczuwać empatię, ale często zdarzają się osobniki, które jej nie okazują. Cetnarowski zasugerował, że jakby istniały w pełni doświadczalne symulacje, to moglibyśmy w ten sposób uczyć ludzi empatii właśnie. Pokazać, jak się czuje osoba niepełnosprawna, chora na coś, bita czy nawet gwałcona – spektrum jest ogromne i myślę, że jakby coś takiego było możliwe, to dobrze byłoby od czasu do czasu wczuć się w sytuację zupełnie innej osoby, żeby poznać jej perspektywę i odczucia.
Myślę, że Magdalena Salik w opowiadaniu „Lenno wieczyste” chciała pokazać pewne patologie panujące w polskim (chociaż pewnie nie tylko u nas) świecie naukowym. Że mogą istnieć profesorowie, którzy będą utrudniać rozwój swoich podopiecznych z obawy, że ci mogliby ich kiedyś przewyższyć talentem, dorobkiem naukowym, sławą czy czymkolwiek. Spotkałem się z czymś podobnym na jednej akademii muzycznej: pani profesor miała konflikt z panem profesorem i podczas egzaminów z grania utworów zawsze gorzej oceniała jego podopiecznych. Nie była to jakaś drastyczna różnica, ale gdy inni egzaminatorzy przykładowo dawali piątki, to ona oceniała wykonania na cztery z plusem, przez co ocena końcowa nie mogła wynosić pięć. A to utrudniało chociażby zdobycie stypendium.
Najlepsze na koniec. Chciałbym umieć znaleźć słowa odpowiednie do opisania „Lectio Divina” Janusza Cyrana. Ten tekst trzeba po prostu przeczytać. ; )
Tytuł: Battlefield 6 Developer: Battlefield Studios Wydawca: Electronic Arts Rok wydania: 2025 Gatunek: FPS Użyta platforma: PC Czas do ukończenia: 6 - singleplayer Ocena: 5/10
Skoro dostałem za darmo, to postanowiłem, że przejdę kampanię. Akurat seria „Battlefield” nigdy nie kojarzyła mi się z udanymi singleplayerami - „Bad Company 2” była całkiem przyjemna, „Trójka” też mi się podobała, ale nie miały podjazdu do oryginalnej trylogii „Modern Warfare”. I to świeże doznania, ponieważ pierwsze „MW” przeszedłem w grudniu zeszłego roku. Dlatego nie spodziewałem się niczego wybitnego.
I szkoda, że nie dostałem, ponieważ podwaliny są bardzo dobre. I strzelanie daje radochę, i misje są całkiem zróżnicowane, ale wszystko sprawia wrażenie zrobionego po łebkach, na odwal się.
O fabule nie będę się wypowiadał, ponieważ od początku mnie nie zainteresowała i pod koniec kampanii nawet jej nie śledziłem. Są jakieś zwroty akcji, śmierć ważnych postaci et cetera - nic zapadającego w pamięć.
Najważniejsze jest to, że kampania daje się trochę pobawić zabawkami dostępnymi w multiplayerze, często zmieniając postacie, którymi gramy, a co za tym idzie, także dostępne uzbrojenie.
Zagrałem na najwyższym poziomie trudności. Nie jestem jakimś tam hardcore'owym graczem, ale w „Call of Duty” zawsze lubiłem grać na weteranie, więc tutaj nie mogło być inaczej. Szczerze mówiąc, nie chcę wiedzieć, jak nudne muszą być niższe poziomy trudności. Najwyższy nie sprawiał mi żadnych problemów - przeciwnicy są totalnie głupi i nie potrafią strzelać, do tego potrafią się zespawnić tuż pod celownikiem. Na szczęście nasi sojusznicy nie są tylko tłem i naprawdę coś robią. Pozytywne zaskoczenie.
Ogromnym ułatwieniem są też umiejętności członków zespołu, w szczególności zwiad, który zaznacza przeciwników. Trudno dać się zaskoczyć wrogowi, którego pozycję znasz, ale nawet bez tego zwiadu byłoby bardzo łatwo.
Ogółem - nie warto. Nie było to złe doświadczenie, ale nie poleciłbym tej kampanii nikomu. Chyba że ktoś chce zdobyć skiny/emblematy czy inne takie do multi, to może wtedy.
A, jest jeden bardzo duży plus - można strzelać do kobiet. #czarnyhumor
@cyberpunkowy_neuromantyk czyli singiel do pominięcia? Grę i tak raczej kupię tylko se muszę stanowisko zrobić żeby na padzie nie grać, no nie umiem xD
Pierwszy raz w życiu zrobiłem sernik nowojorski. W ogóle pierwszy raz w życiu zrobiłem sernik. Chyba wyszedł dobry, ponieważ dziewczyna przyszła po drugi kawałek - pierwszy wzięła, zanim zdążyłem zrobić zdjęcie.
Nie do końca wyszedł taki, jaki chciałem. Myślałem, że będzie bardziej kremowy, ale to pewnie wina tego, że wziąłem twaróg Piątnicy zamiast serka Philadelphia, którego nie mogłem znaleźć w sklepie.
Ostatnio obejrzałem filmik na YT o tym, że TikTok zepsuł hobby, jakim jest kolorowanie kolorowanek i czytanie książek.
Między innymi powodem jest to, że tiktokerzy prześcigają się w tym, kto ładniej pokoloruje kolorowankę, że nie wystarczą zwykłe kredki, tylko koniecznie trzeba kupić markery za dwieście dolarów, że jedna kolorowanka na start to za mało, trzeba kupić przynajmniej kilka polecanych przez autorkę filmiku, że ludzie mają doły, ponieważ nie kolorują tak dobrze, jak osoby zajmujące się tym od lat et cetera. Tworzy to bardzo wysoki próg wejścia w coś, czym zajmują się przecież już dzieci.
Ciekawa perspektywa, ponieważ z TikTokiem nie mam nic wspólnego (no dobra, założyłem konto, ale nie przeglądam), więc różne różne podobne zjawiska są dla mnie interesujące.
Podobnie jest z BookTokiem: wyścigi, kto przez rok przeczyta najwięcej książek, chwalenie się zakupionymi tytułami, które potem i tak w większości stoją nieprzeczytane, byleby ładnie wyglądały na półkach, pokazywanie biblioteczek i tak dalej.
Szczególnie chwalenie się zakupami mnie zaintrygowało - podczas mojego krótkiego researchu nie spotkałem się z filmikiem, w którym ktoś chwaliłby się książkami wypożyczonymi z biblioteki. Rozumiem, że kupowanie książek a ich czytanie to dwa różne hobby, rozumiem chwalenie się tymi zakupami, ponieważ pewnie jest to poniekąd wymagane przez wydawnictwa, które wysyłają egzemplarze recenzenckie, ale dziwi mnie, że nie są promowane biblioteki.
Wiem, że to sprzeczne z duchem konsumpcjonizmu. W końcu wydawnictwa żyją ze sprzedaży książek i sam zachęcam do kupowania tytułów od ArtRage czy Wydawnictwa IX, które oferują ciekawą literaturę. Jednakże pytanie, czy w BookToku czy Bookstagramie chodzi o promocję czytelnictwa („patrzcie, co fajnego przeczytałem, wy też powinniście”) czy raczej o przechwałki, budowanie zasięgów w celu osobistych korzyści et cetera?
@onpanopticon dokładnie tak. Dlatego absolutnie nie zamierzam udzielać się na lubimyczytać czy goodreads - to jest tak rozlazłe, że nie jesteś członkiem społeczności tylko cyferką. To samo z jakimiś krindżowymi grupkami po kilka tysięcy użytkowników na FB czy Discordzie. A tutaj i na wykopie ludzie po jakimś czasie mniej więcej się znają i wiedzą, z czym danego użytkownika się je, kolokwialnie mówiąc.
Trochę jak z naszym tutaj poletkiem, gdzie Adelbert je twaróg, ja jeżdżę na rowerze, Enron czy Trypsyna sobie biegają, a WujekAlien czyta książki. Tutaj te wyniki są fajne, wyróżniają się, są osoby do "rywalizowania" na mniej więcej logicznym poziomie, a ogólnie nikt kto bierze udział nie ginie w tłumie.
No nie wiem, nie wiem - patrzy na Trypsynę, która właśnie przebiegła 76 kilometrów, gdy sam zdycha po niecałych trzech. xD
A tak na poważnie, to zgadzam się z tym. Bardzo cenię naszą kameralność i mimo że z radością witam wnoszących coś nowego użytkowników, to cieszę się widząc posty znanych już osób.
Niektórym to jednak przeszkadza, jak moll czy wielu innym użytkownikom, którzy usunęli konto.
@cyberpunkowy_neuromantyk ja oglądam książkowego jutuba to mi co chwilę wyskakują dokładnie takie filmiki z marudzeniem na w kółko te same tematy. I też wątpię że większość to nagrywa szczerze, a nie podłącza się pod trend żeby nabić wyświetlenia. ¯\_(ツ)_/¯
A co do booktoka to nie oglądam (bo dla mnie sam pomysł platformy z krótkimi filmikami to coś poronionego), ale z tego co wiem to największy sprzedażowy hit zeszłego roku wspomnianego artrege - Ja która nie poznałam mężczyzn, zdobył taką popularność najpierw za granicą, a potem u nas, bo stał się viralem na booktoku. Więc może ktoś tam jednak coś wartościowego czyta i poleca.
Czy tego chcemy czy nie, marketingowo trzeba się dostosowywać do odbiorców. Nawet nie wiedziałem, że BookTok jest tak popularny i ma duży wpływ, więc wydawnictwa powinny z tego korzystać (o ile już tego nie robią).
Często słyszę narzekania, że booktokerki polecają sobie nawzajem jakieś mało ambitne romantasy et cetera. Trzeba grać w tę grę na ich zasadach i udzielać się na takim TikToku, żeby miały w ogóle szansę natrafić na bardziej ambitne treści.
W ramach nadrabiania dwóch zaległych roczników, postanowiłem, że będę wrzucał opinie także na bookmeter. Oczywiście nie o wszystkich tekstach - jedynie o tych, które zrobiły na mnie jakieś wrażenie.
Zacznę od narzekań: nie rozumiem, dlaczego Witold Vargas wciąż publikuje teksty o bestiariuszu słowiańskim. Robi to od ładnych paru lat i po tym czasie odnoszę wrażenie, jakbym ciągle czytał o tym samym. Redakcja mogłaby przekazać tę jedną stronę komuś innemu.
Z przyjemniejszych rzeczy:
Świetny tekst Przemysława Gula „Selkie”. Fabuła może i nie jest wybitna, zwroty akcji zaskakujące i nieprzewidywalne, jednakże autor nadrabia świetnie wykreowanym, podwodnym światem. Algokawa, pasujące do historii powiedzonka i inne takie.
Drugim bardzo zapadającym w pamięć jest „Przed lustrem” Valentino Poppi. Opowiada o staruszku, który został odwiedzony przez pracownicę socjalną. Zauważyła, że mężczyzna pozbył się wszystkich identycznych przedmiotów - nawet skarpetki nosi nie do pary. Ekscentryczne zachowanie wyjaśnił zauważeniem mimika, w co kobieta oczywiście nie wierzy.
Postępowanie staruszka bardzo przypomniało mi zabawne zachowanie naukowców z „Prey”, którzy naklejali na różne przedmioty karteczki samoprzylepne z napisanym „not a mimic!”. : D
Na wyróżnienie zasługuje także „Złomiarz” Lavie Tidhar. Taka przyjemna w odbiorze historia o kosmicznym złomiarzu, który otrzymuje szansę od losu (a raczej swojej byłej) na odbicie się od coraz zbliżającego się dna.
„Szlam” Anthony'ego M. Ruda to także ciekawa lektura, jednak trochę czuć, że opowiadanie zostało po raz pierwszy opublikowane ponad sto lat temu.
Przypadkiem natrafiłem na zdjęcie porównawcze wcześniejszych odtwórczyń Lary Croft z Sophie Turner i stwierdziłem, że gwiazda „Gry o Tron” przy Angelinie Jolie wypada dość blado. Żeby jednak nie krakać po próżnicy, że kiedyś to było i w ogóle, postanowiłem obejrzeć i pierwszą ekranizację, i tę z Alicią Vikander, żeby nie opierać się wyłącznie na wspomnieniach.
Angelina Jolie nie do końca pasuje mi na Larę Croft - wydaje się być zbyt elegancka. Mimo to wyglądem najbardziej ją przypomina. Sama ekranizacja jest niezła, ale nie, żeby poprzeczka została wysoko zawieszona. Dobrze oddaje ducha gier i to jest w tym najważniejsze, a na niektóre nieprawdopodobne sytuacje trzeba po prostu przymknąć oko, żeby się w miarę dobrze bawić.
Warto tu utrzymać pewien kontekst historyczny, to jedna z tych pionierskich ekranizacji gier, które dostały dobrą obsadę i utrzymały poziom, który broni się nawet do dziś. Alicia Vikander gra już postać która nawiązuje do najnowszych gier, bardzo realistycznych i filmowych w samym swoim rdzeniu. Postać nastoletniej Lary w grach jest niezwykle rozbudowana i przez rozmach gier ukazuje znacznie więcej aspektów psychologicznych bohaterki. Mówiąc wprost - przez dwie dekady, gry przegoniły kino jakością rozrywki, głębią narracji i interakcją, której kino nie oferuje. Filmy z Angeliną w momencie kiedy wychodziły oferowały więcej niż gry - teraz role się odwróciły.
Gdyby nie fenomenalnie przetłumaczony tytuł, nie zwróciłbym na ten film uwagi, ale stwierdziłem, że koniecznie muszę go obejrzeć i podzielić się wrażeniami. Których nie ma aż tak dużo, ponieważ „Kutasssss” to zaledwie osiem minut średniej rozrywki. Bardzo ładnie nakręconej, trzeba przyznać, ale jednak średniej.
Ostatnio obejrzałem filmik Krzysztofa M. Maja i jak nie do końca za nim przepadam (dziwnie irytująca mnie mimika twarzy oraz sposób wypowiedzi), tak uważam ten konkretny filmik za bardzo wart obejrzenia. Nie jest to pierwszy ani pewnie nie ostatni w temacie... nicnierobienia vel nudzenia się.
I nie chodzi stricte o „nicnierobienie” w dosłownym znaczeniu. Bardziej o to, żeby nie zajmować swojego mózgu ciągłymi czynnościami. Chociażby żeby nie sięgać po telefon, kiedy druga osoba zapauzuje film, żeby pójść chociażby do toalety, a my nie chcemy „zmarnować” tych paru minut na siedzeniu w bezczynności.
Takie nicnierobienie o dziwo pomaga w rozwijaniu kreatywności - na przykład na, moim zdaniem, najlepsze pomysły na swoje teksty wpadam... pod prysznicem. Kiedy mózg nie musi się skupiać na bardzo zautomatyzowanej już czynności, jaką jest umycie ciała, zaczyna myśleć kreatywnie. Serio, po takim zwykłym prysznicu najczęściej wychodzę z rozwiązaniami problemów, nowymi pomysłami czy rozwinięciami starych.
Podobną rzecz zauważyłem w przypadku mycia naczyń, jazdy na rowerze, spacerach czy bieganiu. Ponownie, kiedy mózg nie musi myśleć o tym, co ma zrobić (bo robił to już wielokrotnie, a wiadomo, że nasza galareta jest cholernie leniwa i nie lubi się zastanawiać, więc dąży do automatyzacji), zaczyna błądzić i to w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Oczywiście to bardzo duże uproszczenie zaawansowanych procesów, które zachodzą w mózgu, ale tak, nicnierobienie jest fajne.
Obejrzałem i muszę przyznać, że całkiem fajnie przedstawione. Nie za długie, nie za krótkie. Nie jak dla idiotów ale zawierajace sugestie małych rzeczy, jakie można już wprowadzić w życie.
Co więcej, video pomogło mi zwiększyć trochę poziom pokory - często oceniałem negatywnie konsumpcję algorytmicznie polecanych treści, ale sam spędzam często wolny czas na np. hejto, żeby uniknąć nudy.
Przyczepiłem się do tego "genialnego pomysłu pod prysznicem", który skojarzył mi się z Głową do Liczb. Wychodzi na to że przez te kilkanaście lat od wydania Mind for Numbers (Głowa do Liczb - słaby tytuł, bo książka mówi o mechanizmach uczenia się ogólnie) nauka poszła trochę do przodu i lepiej rozumiemy mechanizmy z książki. Default Mode Network i to drugie.
Ale za to mechanizm powstawania genialnych pomysłów pod prysznicem i takie proste wprowadzenie do tego jak praktycznie wprowadzać się w ten stan i do czego go używać (jak wspomagać nim naukę i kreatywność) jest trochę lepiej opisane w Głowie do Liczb.
Wiedza z ww. książki jest w tym darmowym kursie online (który nb jest jednym z top 5 najpopularniejszych kursów online na świecie i chyba najpopularniejszym nie dotyczącym stricte jakiegoś tematu jak np machine learning):
Postać Annie zagrana fenomenalnie - już od pierwszej sceny odczuwałem niepokój i ponawiał się za każdym razem, kiedy tylko pojawiła się na ekranie. Nie dziwię się, że Kathy Bathes dostała Oscara za tę rolę, w pełni zasłużona nagroda.